Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
To historia wzlotu i upadku muzyka o pseudonimie KRIS, który podpisując kontrakt z dużą firmą płytową postawił wszystko na jedną kartę. Chcesz wiedzieć co czuje ktoś, kto z dnia na dzień staje się sławny a potem znowu jest nikim? Koniecznie musisz przeczytać 'Kontrakt'!
Autor nie oszczędza w książce nikogo, opisuje brutalny świat rodzimego showbiznesu, mocno zakrapiane imprezy, łatwe dziewczyny chcące ogrzać się w blasku sławy czyli świat, w którym bohater zanurza się całkowicie i w końcu tonie.
Choć historia przedstawiona w książce jest fikcją, to jednak wiele postaci czy sytuacji pojawiających się w niej
jest prawdziwa. 'Kontrakt' to swoista przestroga przed pozornie kolorowym światem showbiznesu!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 376
Rok wydania: 2012
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Krzysztof Kasowski
Redakcja: Krystyna Iwanowska
Projekt okładki, grafika: Grzegorz Sobczak www.sobczak.art.pl
Zdjęcie na okładce: Rafał Nowak www.rafalnowak.com
ISBN 9788397202252
Można mieć dwie tragedie w życiu: nie spełnić marzeń i spełnić marzenia.
George Bernard Shaw
KONTRAKT
Z głębokiego snu wyrwał mnie dzwonek telefonu. Oszołomiony uniosłem głowę i w tym samym momencie poczułem silny ból w skroniach. Opadłem na łóżko bez sił. Czułem jakby coś mnie przygniatało, nie mogłem poruszyć nogami… W jednej chwili zrobiłem się cały mokry. Moje serce waliło jak oszalałe, oddychałem z trudem. Powietrze było gorące i suche. Poczułem dziwny lęk, jakby irracjonalny, metafizyczny. Umarłem? A więc tak to wygląda… Zdawało mi się, że przez kilka sekund zobaczyłem jakieś chaotyczne obrazy z całego mojego życia, a może nawet z przyszłości. Czułem jakieś niezywkle silne emocje. Smutek, żal, złość. Może to pozostałość snu? Było to takie realne.. Kręciło mi się w głowie. Gdzie byłem, w piekle? Ból głowy pulsował wraz z uderzeniami serca. Telefon nie przestawał dzwonić i ten dźwięk przeszywał mnie na wylot w sekundowych odstępach, a razem z pulsem serca tworzył skomplikowany, chaotyczny i bolesny rytm. W ustach miałem jakiś obrzydliwy smak, czułem spuchnięty, odrętwiały język, jakby nie mój. Spokojnie, myślałem, może jeszcze jest jakieś wyjście. Zamknąłem oczy. Serce powoli się uspokajało. Zacząłem głębiej i wolniej oddychać… Może to jednak jeszcze nie śmierć? Choć w tym momencie chyba wolałbym umrzeć. Czułem się fatalnie. Jeszcze raz wsłuchałem się w siebie, wyraźnie poczułem ból głowy, głośne i nierówne bicie serca, słyszałem swój świszczący, niespokojny oddech. Mój umysł, niczym komputer pokładowy, zaczął analizować wszystkie swoje podzespoły.
Komunikat usterki pojawił się niczym migający neon pod moimi powiekami. Error: KAC. Dojmujący, przeszywający na wylot, bolesny i zaskakujący. Choć przez ostatnich kilka lat to był dość normalny jak na mnie stan. Ale do kaca nie da się przyzwyczaić. Zawsze zaskakuje, jakby przydarzył się pierwszy raz. A wraz z wiekiem jeszcze gorzej go znosiłem. Wytężałem wzrok próbując coś zobaczyć… Bolały mnie oczy. Coś mi jednak dalej przeszkadzało. Ach, to ten przeklęty telefon nie przestawał dzwonić! No i dalej nie do końca wiedziałem gdzie jestem. Na pewno nie w domu. Nie mam ciężkich zasłon tylko rolety. No i stolik nie z tej strony. Rozejrzałem się. Telewizor, okno... Spojrzałem w bok. Czerwone, elektroniczne cyfry budzika na stoliku obok łóżka. Szósta sześćdziesiąt sześć? Niemożliwe. A... szósta szesnaście. OK. Już sobie przypomniałem. Hotel, apartament. Zaczęły wracać obrazy z wczorajszej nocy… Pub „Karczma”, Kielce. Poszliśmy tam świętować moją spóźnioną o pół roku „czterdziestkę” oraz „wielki powrót” i tak dalej. Czyli byłem w apartamencie hotelowym w centrum Kielc. Po imprezach w rodzinnym mieście wolałem zatrzymać się tutaj niż u mamy, która od jakiegoś już czasu podejrzewała, że ze mną jest coś nie tak… Nie chciałem, by widziała mnie w takim stanie. Dźwięk telefonu dobiegał z drugiego pokoju… musiałem go tam zostawić gdy wróciłem. Może został w kieszeni spodni? Zapomniałem go wyłączyć, dziwne. Zawsze to robię, zwłaszcza po imprezie. Musiałem być zbyt pijany… Nie pamiętam zresztą jak wróciłem. Czterdziesty rok życia to podobno czas rozliczeń. No więc rozliczałem się ze sobą solidnie. Od kilku lat codziennie byłem pijany, a przynajmniej „na lekkim rauszu”. Kurwa, kto dzwoni o tej porze? Odwróciłem się do ściany, przykryłem głowę poduszką i zamknąłem oczy… Próbowałem zasnąć. Ale myśli nie chciały się zatrzymać. Wczoraj miał być wielki powrót, jubileusz, koncert, podpisywanie płyty… I to w moim rodzinnym mieście. Miało być świetnie, a wyszło… jak zwykle… Telefon był zbyt daleko, by go wyłączyć. Próbowałem zwlec się jakoś, ale znów przeszył mnie koszmarny ból głowy. Już wiedziałem, dlaczego nie mogłem się poruszać. Łóżko posłane było tak, że od strony nóg tworzyło coś jakby kopertę. W nocy wsunąłem tam nogi i dlatego miałem wrażenie, że jestem sparaliżowany... W dodatku zapomniałem włączyć klimatyzację, więc było chyba z pięćdziesiąt stopni. A telefon? Dalej dzwonił. Może to coś ważnego? Ale przecież nie musiałem nigdzie się spieszyć ani wyjeżdżać. Od lat nie miałem zaplanowanego żadnego spotkania. W ogóle nikt ważny do mnie już nie dzwonił. Chyba że to kumple, którzy dalej balują w „Karczmie”? Raczej nie. Chyba wszyscy rozeszliśmy się o czwartej czy piątej rano do domów. To już nie te czasy, gdy imprezowało się do południa następnego dnia… Może mama? Wspominałem jej wczoraj, że odwiedzę ją najwcześniej dziś po południu… Ale była dopiero 6 rano. Spałem tylko dwie godziny? Czułem, że kręci mi się w głowie. Byłem chyba jeszcze pijany, ale jednocześnie miałem już kaca… W końcu piłem przez kilkanaście godzin, zacząłem już po południu, od piwka… Dzwonek nie przestawał dzwonić. A może to tylko coś dzwoni w mojej głowie? Różne rzeczy już widziałem czy słyszałem w takim stanie… Wkurzony, zerwałem się w końcu z łóżka, poszedłem do drugiego pokoju i trzęsącymi się rękami zacząłem szperać po kieszeniach spodni leżących na podłodze. Wyciągnąłem tę cholerną komórkę. Wtedy telefon przestał dzwonić… Oddychałem głośno. Kiedy próbowałem zobaczyć na wyświetlaczu kto telefonował, dzwonek rozległ się ponownie. Aparat wypadł mi z rąk. Podniosłem go w końcu, odebrałem i krzyknąłem chrapliwym głosem:
— Halo!
— Dzień dobry - odpowiedział spokojnie niski męski głos. - Czy pan Paweł Krystofiak?
Nienawidziłem jak ktoś nie przedstawiał się dzwoniąc do mnie z nieznanego numeru…
— Tak – odpowiedziałem. - A kto mówi?
Musiałem brzmieć jak pijak, w końcu to były pierwsze słowa wypowiedziane dzisiaj po naprawdę grubej imprezie.
— To świetnie, bardzo mi miło. Adam Twardowski. Dzwonię w sprawie naszego kontraktu. Ale najpierw chciałbym panu serdecznie życzyć wszystkiego najlepszego z okazji czterdziestych urodzin!
— Dziękuję… - odparłem mechanicznie. - Kontraktu? Jakiego kontraktu? O tej porze?
Już nawet nie wspomniałem, że urodziny miałem kilka miesięcy temu. Ale kontrakt? Przez chwilę starałem sobie przypomnieć o co chodzi. Coś związane z wczorajszym dniem? Może Gonzo nie rozliczył się z dzierżawy hali?
— Kontraktu, który pan podpisał z nami równe 15 lat temu - odpowiedział głos. – Ale ma to też związek z pana urodzinami.
Nic z tego nie rozumiałem… Kontrakt, urodziny… A może…
— Co, niby to jakaś promocja? – zapytałem.
Prawdopodobnie ktoś mnie znowu na coś naciąga. Może ubezpieczenie na życie? Podpisywałem coś kiedyś i być może była tam jakaś klauzula o dodatkowej opcji po czterdziestym roku życia.
— Tak, zgadł pan – odpowiedział głos. – To specjalna promocja. Rozszerzenie usług.
— Dziękuję bardzo, ale nie jestem zainteresowany. Do widzenia – rozłączyłem się i odetchnąłem… Wróciłem do łóżka i przykryłem się kołdrą. Choć dalej było gorąco, to po paru minutach poza łóżkiem miałem dreszcze. Myślałem dalej. Jaki kontrakt, do diabła! W dzisiejszych czasach aż roiło się od cwaniaków, akwizytorów, którzy oferowali albo dodatkowy telefon, albo ubezpieczenie. Może rzeczywiście wykupiłem jakąś polisę kilkanaście lat temu? Wówczas zaczęła się ta moda. Kilka lat później pojawili się z kolei jacyś zakręceni doradcy finansowi. Czyli prawdopodobnie jakiś kolega z branży znów „sprzedał” mój numer w zamian za lepszą ofertę dla siebie. Przed tym nie da się ustrzec. Gdy dzwonią, zawsze odpowiadam: nie. Tak dla zasady. Mówię im, że nie mam żadnych planów ani pieniędzy. Zresztą ostatnimi czasy nie było to dalekie od prawdy.
Nagle telefon zadzwonił jeszcze raz. Wstałem wkurzony i miałem zamiar odpowiedzieć bardzo konkretnie. Podniosłem komórkę, odebrałem i już miałem krzyknąć: „Odpierdolcie się ode mnie!”, ale uprzedził mnie ten sam niski, spokojny, ale zdecydowany głos:
— Koncert w Hali w Kielcach, rok 1995, potem „Karczma”, gdzie podpisał pan z nami kontrakt, który obowiązuje do tej pory. Wymaga jednak podpisania aneksu, ponieważ skończył pan czterdzieści lat…
— Jaki znowu kontrakt… - odpowiedziałem dużo mniej pewnie. Zaniepokoił mnie bowiem ten fakt z dalekiej przeszłości. Mało kto pamiętał moje początki. Nasz pierwszy duży koncert w Kielcach? Co za prehistoryczne czasy. Więc to nie akwizytor? Więc kto? Może jakiś kumpel robi sobie ze mnie jaja, chce mnie jeszcze bardziej zdołować po wczorajszej porażce? Ale kto byłby tak okrutny? Spojrzałem jeszcze raz na wyświetlacz. To był jakiś dziwny numer... sześćset sześćdziesiąt coś tam, zero sześć… Czy to możliwe, że to…
— Dobra Gonzo, zajebisty dowcip, ale nie pierdol już, mam kaca jak skurwysyn! – krzyknąłem. - Musiałeś mnie budzić o tej porze? To nie jest śmieszne!
Głos na chwilę zamilkł, po czym kontynuował niezrażony…
— Tak, panie Pawle, to nie jest wcale śmieszne. Mam przed sobą oryginał kontraktu z panem z roku 1995. Nie odzywał się pan do nas, więc kilka lat panu przepadło. Czasy się zmieniły, ale w związku z reorganizacją naszej firmy chcielibyśmy zaproponować panu aneks do umowy. Co najważniejsze, nie wiąże się to absolutnie z przedłużeniem ważności kontraktu ani zmianą jego warunków. Zatem, pozwoli pan, przejdę do szczegółów…
Więc to nie Gonzo, mój manager ani nikt ze znajomych?… Gonzo czy ktokolwiek inny już by „pękł”. Postanowiłem zaatakować.
— Ale jakiego kontraktu?! Dalej nie wiem o czym pan mówi! – prawie krzyczałem. – Nie podpisałem w Kielcach żadnego kontraktu, nigdy! Z telefonem przy uchu zacząłem rozglądać się za wodą mineralną… - Pierwszy swój kontrakt fonograficzny i managerski podpisałem w Warszawie.
— No to przypomnę panu: było to kilka miesięcy po pana 25 urodzinach, czyli dokładnie 15 lat temu. Po pana pierwszym dużym koncercie w Hali w Kielcach poszliście z zespołem i przyjaciółmi do „Karczmy” - snując plany o wielkiej sławie, płytach, pieniądzach, fankach. Nie pamięta pan?
— Czy pamiętam? Pewnie, że pamiętam… Ta sama Hala i ta sama „Karczma” co wczoraj. Pierwszy nasz wielki koncert, niesamowite przyjęcie publiczności, chwilę potem profesjonalne nagrania i początek mojej kariery…
Nagle uświadomiłem sobie, że przypominam sobie to wszystko wyraźniej niż to, co zdarzyło się kilkanaście godzin temu. W sumie od tamtego koncertu wszystko się zaczęło. Odkręciłem butelkę wody mineralnej i wypiłem ją całą jednym haustem. Pomogło. Zacząłem głębiej oddychać…
***********************
Przygotowania do naszego pierwszego dużego koncertu w Hali Widowiskowo-Sportowej trwały kilka miesięcy. Ale tak naprawdę to dobrych kilka lat. Od kiedy tylko potrafiłem zagrać cokolwiek na gitarze chciałem pisać piosenki, występować. A teraz był rok 1995, rok w którym to wszystko się zaczęło, ja liczyłem 25 wiosen i miałem już za sobą kilka lat prób, występów w małych pubach czy salach. Kompletowanie składu muzyków, materiału… nieustannych zmian stylistycznych, pod różnymi nazwami. Choć najczęściej przewijała się nazwa Teatr Cieni, jeszcze z okresu mojej fascynacji muzyką new romantic. Graliśmy zawsze bez ciśnień, na luzie, bardziej dla zabawy niż dla „kariery”. Chociaż oczywiście marzyłem o bajkowym życiu muzyka pop-rockowego, prosto z plakatu Kajagoogoo w domu moich starszych kuzynek. Kolorowe stroje, piski fanek, kumple, telewizja. Marzyłem, by być jak oni czy jak późniejsze zespoły Duran Duran, Ultravox, Tears for Fears. Może nie chciałem grać tak jak Limahl, ale tak bardzo chciałem nim być! Tyle że w Kielcach w tamtych latach słowo kariera muzyczna nie istniało. Nie znaliśmy nikogo, komu by się udało zaistnieć na scenie ogólnopolskiej, choć w latach osiemdziesiątych działało w naszym mieście kilka świetnych zespołów. Żaden nie potrafił jednak się przebić, jakby to była zabawa nie dla nas. No ale bawić się dźwiękami nie mógł zabronić nam nikt. Wszystko toczyło się w swoim rytmie. Próby, rozmowy, słuchanie płyt. Ważniejsze niekiedy było dla mnie samo życie, wyjazdy, towarzystwo kumpli niż granie. Ale muzyka stanowiła oś doboru moich przyjaciół. Zaczynaliśmy w połowie lat 80. od nowej fali i new romantic, i z roku na rok graliśmy coraz rytmiczniej i dynamiczniej. A kiedy w drugiej połowie lat 80. usłyszałem Beastie Boys, a potem RunDMC w przeróbce Aerosmith, do naszych piosenek doszły elementy rapu, śpiewanio-skandowania i nieobyczajnych tekstów. Mówię my, ale zawsze to ja byłem liderem i zawsze graliśmy moje piosenki. Miałem mnóstwo pomysłów. Tysiąc na godzinę. A skład formował się na bieżąco. W zasadzie cały czas obracał się wokół kilkunastu najbliższych przyjaciół. Przez dłuższy czas, w zasadzie od samego początku, towarzyszył mi Marecki na basie, ale to też zależnie od jego nastroju. Zresztą były to czasy, że wszystko się mieszało. Składy muzyczne, towarzyskie. W taki właśnie sposób poznałem Anię, moją dziewczynę z tamtych lat. Przyszła kiedyś przez przypadek na jakąś próbę i… została. W roku pamiętnego koncertu w Hali graliśmy już na pewno najnowocześniej w mieście. Duży wpływ mieli na to moi koledzy - b-boye z osiedla, którzy interesowali się hip-hopem, wówczas kompletnie w Polsce nieznanym. Mnie sama ich subkultura niezbyt ciekawiła, natomiast muzyka jak najbardziej. To było coś naprawdę ekscytującego. Dźwięki, które znałem, jak James Brown czy Kraftwerk, b-boye przetwarzali, miksowali, dodając nową jakość. Oczywiście nie w Kielcach, tylko w Nowym Jorku. Ale w Kielcach, dzięki młodszym kumplom, mogłem się o tym dowiedzieć. Było ich kilku, tworzyli własną grupę tańca Break Dance i Electric Boogie. Zaprzyjaźniłem się z nimi i często przebywałem w ich towarzystwie. Nasz zespół powoli zdobywał fanów. Po raz pierwszy wreszcie mówiło się o nas, o mnie. Wcześniej to inne zespoły „mieszały” na naszej lokalnej scenie. Ale po kilku latach to się zmieniło. Zresztą nie tylko to. W międzyczasie zmienił się „ustrój”, a ja rzuciłem szkołę. A może to ona mnie rzuciła?. Dziś już nie pamiętam. Ale wówczas wogóle się tym nie przejmowałem. Czułem się panem świata! Wydawało mi się wówczas, że „nowa” wolność przyniesie nieograniczone możliwości, Polska już za chwilę zmieni się w Amerykę, a my nagramy przebojową płytę i ruszymy w gigantyczną trasę po halach i stadionach! Dlatego staraliśmy się grać jak najlepiej, jak najbardziej po „amerykańsku”, czyli alkohol i papierosy na scenie, zawsze jakiś skandal, a to przerwany koncert, zbyt dużo wulgaryzmów, a to bójka z publicznością z innego miasta czy osiedla. Ale to wszystko, jak nam się wówczas wydawało, tworzyło niezwykle „nowoczesny” klimat koncertu, co bardzo podobało się młodej publiczności. Chodziło nam bardziej o przygodę, happening niż odegranie kawałka nuta w nutę, jak na próbie. Wersje koncertowe moich piosenek za każdym razem były nieco inne. Nawet nasz spontaniczny wyjazd kilka lat wcześniej na przesłuchania do Jarocina miał charakter happeningu, skandalu. Pojechaliśmy ‘maluchem’ z gitarami zapakowanymi na bagażnik dachowy! Musieliśmy wyglądać zabawnie. Gdy przyjechaliśmy było już po południu. Zobaczyliśmy, że na konkurs przesłuchań jest jakaś gigantyczna kolejka, a my nie byliśmy wcześniej zapisani. Poszliśmy więc najpierw na basen, żeby się odświeżyć, a potem na wino, żeby się pobudzić. I dopiero wówczas przystąpiliśmy do ataku. Wdarliśmy się na scenę bez kolejki, i z fasonem wykonaliśmy nie dwie jak przewidywał regulamin, lecz pięć naszych piosenek! Wzbudziliśmy entuzjazm znudzonej już nieco publiczności, która wiedziała, że jesteśmy na scenie z zupełnego przypadku, nie było nas na liście zespołów konkursowych. W końcu wyłączono nam aparaturę i przegoniono ze sceny. Ale od razu potem udzieliłem kilku wywiadów radiowych i jeden telewizyjny! Niestety, nie dostaliśmy się do głównego konkursu ale zostaliśmy bohaterami dnia! Jeszcze wieczorem zaczepiano nas i częstowano alkoholem! Sława była blisko, ale… nie wyszło.
Może to i lepiej, bo wówczas zostałbym może ikoną undergroundu! Za dużo było chyba wówczas skandalu, pozerstwa, a za mało muzyki.
Ale po kilku kolejnych latach sytuacja nieco się uspokoiła. Piosenki brzmiały lepiej, graliśmy dużo swobodniej, ze swadą. A może po prostu nauczyliśmy się w końcu grać? Nie pamiętam, wiem tylko, że wytworzyła się jakaś niezwykła energia i chcieliśmy ją jakoś spożytkować. Mieliśmy ze dwadzieścia piosenek, które sam napisałem, i wałkowaliśmy je na okrągło w sali prób przed akademikiem „Fama” na moim osiedlu. Często wpadali znajomi z innych kapel, coś nam podpowiadali, doradzali, i tak zrodził się cały klimat naszej grupy. Jak na ówczesne czasy i na nasze miasto graliśmy naprawdę wyjątkowo. Czuliśmy to my, nasi znajomi, a nawet konkurencyjne zespoły. Chociaż tak naprawdę nie było konkurencji. Tworzyliśmy jedną wielką ekipę. Większość kapel grała grunge czy rocka progresywnego. Wszyscy jednak byliśmy kumplami. Nie było nieporozumień czy podziałów między muzykami ze względu na gatunki, które graliśmy.
Ponieważ - jak do tej pory - nikomu z naszego pokolenia nie udało się w Polsce zaistnieć, nie zarabialiśmy kasy, więc nie było między nami zawiści. Muzycy grający całkiem różne style muzyki przyjaźnili się, często razem improwizowaliśmy. To było dość niezwykłe, ale miałem się o tym przekonać dużo później. No i za tym po latach miałem tęsknić najbardziej…
W 1995 roku na jednej z prób nagrałem na zwykły magnetofon kilka naszych piosenek i jako nasze demo wysłałem do wszystkich firm płytowych w Warszawie. Wszystkich czterech, zapomniałem dodać. Pominąłem dwie, trzy niezależne, nie pamiętam nawet dlaczego. Adresy zdobyłem z książki telefonicznej, która leżała na półce na poczcie głównej w Kielcach.
Kilka dni później graliśmy jakiś hip-hopowo-jazzowy koncert w Pałacyku z zespołem Zawiść. Zaprzyjaźniłem się z jego liderem i on po wysłuchaniu mojego ostatniego demo stwierdził, że powinienem spróbować zawalczyć z tym komercyjnie. Całkiem zapomniałem o tej rozmowie i o tym, że w ogóle wysyłałem demo, bo kilka dni później dostaliśmy propozycję na prawdę dużego koncertu w Hali Widowiskowo-Sportowej. Przygotowywaliśmy się do tego dnia długo, ćwicząc prawie codziennie, ale tak naprawdę nie wiedzieliśmy, czy przyjdą ludzie. Przecież nie mieliśmy żadnych nagrań w radiu, telewizji…
Już na godzinę przed występem nie było wolnego miejsca na sali. A bilety po 50 000, czyli dzisiejsze 5 złotych, wcale niemało jak na tamte czasy i jak na prawie nieznany lokalny zespół. No i nikt nas wcześniej nie słyszał! Chyba tylko raz w lokalnym radiu zaprezentowaliśmy akustycznie jedną piosenkę. Ale plotki, że jesteśmy najciekawszym, najnowocześniejszym kieleckim zespołem rozchodziły się błyskawicznie. Nic się wówczas nie działo ciekawego w mieście i na takie wydarzenia z reguły przychodzili ludzie. Poza tym, jak to w Kielcach, znajomi znajomych, klasy szkolne, licealne i tak dalej. Akurat chcieli teraz oglądać mnie. To stało się nagle. Przez lata byłem raczej w ogonie kieleckich muzyków, taki dziwak-amator. Bo nie grałem jak wszyscy. Kiedyś prym wiedli bluesmani, rockmani, grający dobrze technicznie, ale zupełnie bez polotu i bez jakiegokolwiek odniesienia do współczesnych czasów… Według nich ja nie miałem najmniejszych szans na sukces. Miałem najgorszą gitarę i wzmacniacz, taki zupełnie nie „rockowy”. No i ta skłonność do gatunków dziwacznych, jak reggae, funk czy hip-hop, gdzie rola gitary ograniczała się jedynie do podkreślania rytmu. Dla gitarzystów stricte rockowych to był syf. Dodatkowo nawet tego nie grałem zbyt dobrze ani tym bardziej nie śpiewałem za specjalnie. Ale wciąż miałem pomysły na oryginalne piosenki, na teksty. I tym wygrywałem. W końcu nadszedł długo wyczekiwany przez nas dzień koncertu. Aż nie mogliśmy uwierzyć, że mamy pełną salę. Choć była już godzina rozpoczęcia, czyli siódma, wciąż jeszcze wchodzili ludzie. Zaczęliśmy przed ósmą. Sam nasz występ, przyjęcie ludzi, przeszły nasze oczekiwania. Była taka energia na scenie, taki odbiór, że zagraliśmy jeszcze kilka bisów. Dziś myślę, że wówczas młodzi ludzie chcieli właśnie czegoś takiego. Nowego, świeżego. Blues, rock czy nawet grunge już się przejadły. A my byliśmy kolorowi, graliśmy kładąc nacisk na rytm i skandowanie, a nie na rockową ciężką ekspresję, choć Diabeł na gitarze grał w sumie „metalowo”. Ale była to już nowa jakość. I wytworzyła się niejako sama, bez kalkulacji, kombinacji. Po prostu graliśmy to, co czuliśmy. Byliśmy też w idealnym wieku, ja właśnie obchodziłem swoje „ćwierćwiecze” - idealny wiek, by zostać idolem. Czuliśmy, że to jest to, że podbijemy tym Kielce, a może nawet Polskę. Potem całą ekipą poszliśmy do naszego ulubionego pubu, czyli „Karczmy”. Piliśmy do rana… Wierzyliśmy, że coś się zaczyna, że mamy zajebisty materiał, że wkrótce podpiszemy kontrakt i...
***********
— Kontrakt, przypomniał pan sobie? - wyrwał mnie ze wspomnień monotonny głos. - Pamięta pan? W noc po pierwszym koncercie. Naprawdę byliście świetni! Co za energia, kontakt z ludźmi… to było imponujące. Muszę przyznać, że zrobiło to na mnie wrażenie. Choć przecież jestem profesjonalistą i całe wieki się tym zajmuję. Robił pan z ludźmi co chciał.
— To na koncercie też pan był? – zapytałem.
— Tak, byłem wówczas „w terenie”… że tak powiem. To była dla nas nowość, jak nigdy wcześniej czy potem. Zawsze klienci zgłaszali się do nas sami. Pan jest jednym z nielicznych wyjątków.
Kompletnie nie wiedziałem o co mu chodzi, ale uwierzyłem mu w końcu, że tam był. Czyli nie był kimś z Warszawy, z firmy płytowej na przykład. Bo komu by się chciało przyjeżdżać specjalnie na nasz koncert? Tylko dalej nie wiedziałem najważniejszego. Czego niby dotyczyła ta umowa. Domyślałem się, że chodzi o zwykły kontrakt managerski. Chciałem jednak poczekać, aż Akwizytor sam się wygada.
— Tylko że jest pewien problem – powiedziałem.
— Jaki? – zapytał, trochę zbity z tropu.
— Kompletnie nie pamiętam, żebym tej nocy cokolwiek podpisywał. Chyba pokwitowanie na odebranie kasy z biletów, z czego dużą część przepiliśmy w „Karczmie”, heh…
— To właśnie w „Karczmie” podpisał pan z nami umowę. Nad ranem – powiedział spokojnie. – Dokładnie po 6 rano, mniej więcej o tej porze. Dlatego system przed chwilą wyświetlił mi pana dane i dlatego dzwonię tak wcześnie, przepraszam…
— Wcześnie? Dla artysty to środek nocy, powinien pan to wiedzieć!
— Myślałem, że może pan jeszcze nie śpi – powiedział dość wesoło. – No a wracając do naszej umowy… jak pan pamięta albo i nie…
— Czy pamiętam? W tym rzecz, że nie pamiętam!… Na pewno nie podpisałem żadnej umowy, byłem zbyt pijany. I co pan ma na myśli, że sam się nie zgłosiłem? – zapytałem.
— No to ja się zgłosiłem do pana. Przez całe lata było odwrotnie. Ale kontrakt to kontrakt. Jest ważny, obojętnie z jakiej przyczyny doszło do jego podpisania.
— Tyle że ja nie pamiętam tego faktu… - próbowałem oponować.
— To też nie jest istotne. Nawet jeśli to ja pana znalazłem i namówiłem na podpisanie, to umowa dalej jest ważna. Taka akwizycja bezpośrednia to była nowość. Eksperyment. Nasz szef zauważył, że w państwach bloku wschodniego, zwłaszcza po transformacji ustrojowej, idzie nam jakby gorzej. I postanowił wysyłać nas do pracy w terenie.
— No i z jakimi efektami? – zapytałem, choć w sumie kompletnie mnie to nie interesowało.
— Dość dobrymi, był pan jednym z naszych pierwszych klientów zdobytych w ten właśnie sposób. Potem jednak odeszliśmy od agresywnej akwizycji…
To brzmiało jak jakaś kompletna bzdura. Pamiętałem jedyny kontrakt, który podpisałem tamtego roku. Było to jakieś kilka tygodni później. Podpisałem umowę fonograficzną z DMG, dużą „zachodnią” firmą płytową z Warszawy… Od tego zaczęła się moja kariera, akurat to do dzisiaj pamiętam bardzo dobrze…
*******************
…I nagle przypomniałem sobie tego gościa. To rzeczywiście było w noc po koncercie, a w zasadzie już nad ranem. Był jedynym trzeźwym klientem „Karczmy”, co mnie trochę zdziwiło. No i był sporo starszy od nas, tak przed pięćdziesiątką, w dodatku jakoś poważnie ubrany. Jak akwizytor czy przedsiębiorca pogrzebowy. Zresztą na Bodzentyńskiej były same zakłady pogrzebowe… i „Karczma”. Nie wiem jak to się stało, ale w którymś momencie zostałem z nim na chwilę sam, pewnie wszyscy wyszli zapalić na zewnątrz, a ja zostałem… No i wówczas on się dosiadł do mnie. Mówił bardzo spokojnym i opanowanym głosem, że mnie obserwuje kilka miesięcy, że mam nieprzeciętny talent… że to bardzo delikatny temat i że jest trudno na rynku… Byłem bardzo pijany, ale też nabuzowany koncertem. Myślałem, że sława jest tuż, tuż… Że to efekt naszego występu, że to tak właśnie działa, że właśnie otwierają się drzwi do sławy… Teraz pamiętam, że rozmawiałem z nim nawet dłuższy czas. Był pierwszą osobą, która wykazała jakieś zainteresowanie mną, moją muzyką, piosenkami… Nie zdarzyło się to nigdy wcześniej ze strony „dorosłych”. Wspierali mnie jedynie kumple, no i moja dziewczyna Ania. Ona jedna zawsze wierzyła, że w końcu mi się uda. Że to co robię ma jakiś sens. Imponowało jej też trochę, że jej facet jest muzykiem. Ale przez resztę „świata” zawsze byłem ignorowany, wyśmiewany. Nawet przez kierowników instytucji, takich jak Wojewódzki Dom Kultury, które miały teoretycznie pomagać takim jak ja… W tamtych czasach nikt nie doceniał kreatywności czy pasji jaką miał ktoś młody. Kiedy w liceum szło mi coraz gorzej, bo całe dnie spędzałem na próbach czy pisałem piosenki, to jedyną reakcją była wizyta w gabinecie dyrektora szkoły. Ważniejsze były bowiem wyniki, stopnie, mimo że była to klasa „muzyczna” w liceum wieczorowym. Zresztą, nawet w szkole muzycznej kreatywność nie była doceniana. Liczyły się egzaminy, ćwiczenia, postęp w graniu na danym
instrumencie, oczywiście pod warunkiem, że repertuar stanowiła muzyka klasyczna. Mimo wszystko lubiłem tam chodzić, bo przynajmniej czegoś się mogłem nauczyć, no i spotkać podobnych do siebie. Ale nasi profesorowie krzywo patrzyli na tych, którzy przyszli do szkoły po to, by później grać „rozrywkę” czy jazz. To w końcu była „fabryka” muzyków do filharmonii kieleckiej, czego wówczas jeszcze nie rozumiałem. Myślałem, że muzyka to muzyka. Nieważne jaki gatunek. Ale mało który z nas chciał grać „klasykę”. Większość z nas zbierała się popołudniami, niczym na „tajnych kompletach”, w salkach szkolnych na ostatnim piętrze. Wnosiliśmy bębny z dołu i próbowaliśmy improwizować jak Corea, Jarett, uzyskać klimat jak Level 42 czy Sade… Moja profesorka od fortepianu przynajmniej lubiła jazz. Może dlatego, że była kiedyś nauczycielką Włodka Pawlika, uznanego jazzmana. Niestety, nie zmieniało to faktu, że dalej kazała mi ćwiczyć fugi barokowe czy preludia z okresu romantyzmu, bo to był warunek przejścia do następnej klasy. I powoli nie miałem już ochoty ani siły. Po trzech latach miałem dosyć. Na czwartym roku rzuciłem szkołę i już nigdy do niej nie wróciłem. Zostało mi kilka dyplomów, wyróżnień… oraz płyta winylowa koncertu fortepianowego Czajkowskiego, której zresztą nigdy nie wysłuchałem. Nagroda za jakiś wygrany konkurs... Od tamtej pory żyłem na własny rachunek. Postawiłem na jedną kartę. Chciałem pisać i grać własne piosenki. Tyle że oprócz kilku kolegów nikt tego nie doceniał. Akwizytor był pierwszym, który miał nawet jakieś uwagi, nic więc dziwnego, że mnie to zainteresowało… A, i jeszcze jedno, poprosił Wojtka, barmana i szefa, żeby zrobił nam zdjęcie; miał nawet aparat przy sobie, to akurat zapamiętałem, bo to była tzw. „idiotkamera”, czyli stosunkowo „szpanerski” wówczas sprzęt. Czyli był pierwszą osobą, która chciała mieć ze mną zdjęcie. Potem zamieniliśmy jeszcze kilka zdań i sobie poszedł. Dziwny facet z teczką. Potem wrócili kumple, więc zaczęliśmy znowu pić i gadać… Akwizytor rozmył się na zawsze… To dziwne, że nigdy potem z nikim na ten temat nie rozmawiałem, czyżby nikt poza mną go nie widział? Ale czy coś podpisywałem?
*****************
— No cóż, ubieramy się zawsze zgodnie z epoką - przerwał mi wspomnienia głos w słuchawce. – Akwizytor, powiada pan? Rzeczywiście, miałem wówczas podobne stanowisko w Firmie. Choć u nas nazywało się to „manager do spraw nowych kontraktów”… Teraz awansowałem i jestem w dziale klientów „gold”. Zresztą, przez kilka lat byłem pana opiekunem prowadzącym, o czym, rzecz jasna, nie musiał pan wiedzieć… Bo polityką naszej Firmy jest „dyskrecja przede wszystkim”. Dziś może pan o mnie powiedzieć konsultant – stwierdził, wyraźnie z siebie zadowolony Akwizytor.
— Jestem klientem „gold”? Jak miło - próbowałem żartować. - Tylko dlaczego nie pamiętam żadnych szczegółów dotyczących kontraktu i przede wszystkim czego on dotyczył…
— To zrozumiałe w pana przypadku, jak już wspomniałem wcześniej, to nie pan szukał kontaktu, tylko został pan zwerbowany. Nie był też pan całkiem trzeźwy, jak pan pamięta. Wówczas może nastąpić tak zwane wyparcie psychologiczne i klient nie pamięta szczegółów, a przede wszystkim reguł naszej umowy. Dlatego później zrezygnowaliśmy z takiej polityki i powróciliśmy do starych zasad – powiedział. – Chociaż ogólnie rzecz biorąc, nasze kontrakty podpisujemy zawsze w takich momentach życia naszych klientów, że często i tak nie pamiętają oni detali, co jest nawet lepsze dla naszych wspólnych interesów… Tak jak w pana przypadku. Sama świadomość umowy z nami mogłaby bardziej zaszkodzić niż pomóc… Zresztą, jeśli mi pan nie wierzy, mogę panu przesłać do wglądu kopię tamtego kontraktu, bardzo proszę. Sporządzony był jeszcze na elektrycznej maszynie do pisania. Dziś to zabytek!
— Wyparcie, powiada pan? A może zaparcie? Ja będę szedł w zaparte, że nie mamy żadnego kontraktu ze sobą i próbuje mnie pan zwyczajnie naciągnąć na kasę. Proszę powiedzieć konkretnie, ile chcecie i za co – wypaliłem.
— To naprawdę nie tak – starał się mówić spokojnie Akwizytor. - Proszę sobie przypomnieć ten wieczór, nigdy nie było mowy o pieniądzach.
— No dobrze, już sobie przypomniałem. Rozmawialiśmy jakiś czas, pamiętam pana, ale - usłyszałem pukanie do drzwi – nie przypominam sobie, żebyśmy cokolwiek podpisywali… Przepraszam na moment…
Zanim zdążyłem podejść, zauważyłem jak ktoś wsunął pod drzwi wejściowe pojedynczą kartkę papieru. Podniosłem ją. To była kserokopia jakiejś umowy… Spojrzałem na podpis… Był mój, bez wątpienia… Data 13 lipca 1995. Zacząłem szybko przeglądać punkty, niestety, treść była niewyraźna.
— OK, to skoro już mamy jasność - kontynuował Akwizytor - pozwoli pan, że przejdę do naszej oferty…
Dziwne to wszystko. A może jednak coś podpisałem? Słyszałem o takich przypadkach. Pierwszy, zapomniany manager nagle zgłasza się po latach i dochodzi swoich utraconych rzekomo korzyści. Tylko że my nie mieliśmy wówczas managera. I czy jeśli z nim cokolwiek podpisałem, to czy daje mu to prawo do części moich dochodów na przykład?
Jeśli liczyłby wstecz, mogły to być naprawdę spore pieniądze, co gorsze, już dawno przeze mnie wydane. Tyle że jeśli nie chodzi o pieniądze, to o co? O udziały w prawach autorskich? W wizerunku? Przecież to też pieniądze. A ja sam załatwiłem sobie kontrakt z firmą fonograficzną. A może jeszcze twierdzi, że to on dla mnie zrobił? Słyszałem o różnych przypadkach… Czasem nawet artyści godzili się zapłacić jakąś kasę, żeby ktoś taki się odczepił. Ale to bez sensu, każdy prawnik podważy coś takiego. No i dlaczego czekałby tak długo? Chyba że to taki genialny, wyrafinowany żart? Jeśli tak to bardzo okrutny. No i komu by na tym zależało? Tym bardziej więc byłem ciekawy o co chodzi. Nie miałem ochoty się rozłączyć. Nastrój i paranoja tej rozmowy jakoś mi pasowały… Nie byłem nawet śpiący, choć czułem się jakbym dalej śnił. Może dlatego, że byłem jeszcze pijany? Na kacu często włączał mi się słowotok. Gadałem wówczas z kimś godzinami przez telefon, czasem zupełnie bez sensu… Dodatkowo uruchomiły się w mojej głowie obrazy i wspomnienia, do których wracałem bardzo rzadko, a które koiły ból ostatnich lat, a zwłaszcza wczorajszego dnia. A może istotnie to jakiś zapomniany manager, który po latach alkoholizmu nagle przypomniał sobie naszą rozmowę? I liczy jedynie na zainteresowanie, na docenienie, że to on jako pierwszy mnie dostrzegł? Też tak może być.
— Proponujemy panu następujące opcje – wtrącił nagle głos. – Pierwsza…
— Nie wiem kim pan jest – przerwałem mu – ale jeszcze raz proszę od razu powiedzieć ile pan chce, to pogadam z moim managerem. Może istotnie coś wtedy podpisałem, naprawdę nie pamiętam. To było dawno temu, jeszcze nie miałem pojęcia o umowach, kontraktach, zresztą później też wiele razy podpisywałem nie to co trzeba…
— Ależ proszę się nie denerwować, nasza umowa jest zupełnie innego typu. Nie ma bezpośredniego wpływu na pana relacje z managerem czy firmą płytową... Nasz kontrakt ma charakter niejako globalny, jest ponad managerami, firmami fonograficznymi czy producentami. No i pan w dużej części już nam zapłacił… Teraz tylko podpiszemy aneks.
*****************
Umowa managerska? Bzdura kompletna. Przecież w Kielcach nigdy nie było żadnego profesjonalnego managera. Nie licząc „kolesi” z dawnej PRL-owskiej Estrady. Ale kiedy zmieniły się czasy, lokalne zespoły pozostawiono samym sobie. Koncertami, jeśli były płatne, zajmował się zazwyczaj jeden z muzyków. Od czasów boomu na „muzykę młodzieżową” żaden zespół z naszego miasta się nie przebił, choć oczywiście niejeden próbował. Arianie w latach 70., Dom Mody w latach 80., Lovers czy Citi Skyline na początku lat 90. Może odrobinę lepiej było w muzyce alternatywnej. Kinior, Dekret, Ankh; ci ostatni zaistnieli nawet na scenie ogólnopolskiej, no ale nie była to jednak muzyka masowa. Ale przynajmniej mogli wyjechać i grać w innych miastach, dla innych ludzi. To już było coś. Zawsze jakoś zgromadzili minimum kilkudziesięciu fanów w jakimś mieście, miasteczku, i wystarczało im na życie. Każdy kolejny nowy zespół miał nadzieję, że to jemu uda się wypłynąć na szerokie wody. Było snucie planów i „bicie piany”. Bo każdy z nas chciał się widzieć w roli „prekursora”, czyli pierwszej kieleckiej ogólnopolskiej gwiazdy! Ale nikomu – jak do tej pory - to się nie udawało, choć każdy próbował, to jasne. Zamiast iść do pracy do „Iskry”, SHL-ki czy „Chemaru”, woleliśmy biegać z gitarą po scenie. Czytając biografie „prawdziwych” zachodnich rockmanów, doskonale rozumiałem ich determinację. Bo Kielce były trochę takim polskim Detroit, Manchesterem, Birmingham, Liverpoolem czy Seattle. Centralny Okręg Przemysłowy. Miasto fabryk. Produkowali tu motocykle, łożyska, świece zapłonowe i inne części do samochodów czy maszyn. Prawie Motown. Ale my nie chcieliśmy pracować w fabryce jak niektórzy rodzice czy starsi koledzy. Tęskniliśmy za innym światem. Wielkim światem, pełnym kolorowych scenicznych świateł, olbrzymich „kolumn” bębnów, gitar, wzmacniaczy, dymu i pisku fanów. Albo raczej fanek. Nieważne były nawet pieniądze, zresztą - jak później wspominali starsi koledzy - do połowy lat 90. nie zarabiało się wiele. Chodziło bardziej o styl życia. O wolność, niezależność. Bez konieczności wstawania codziennie rano do „tyrki”. Dużo lepsze było granie, podróżowanie, imprezy. Chcieliśmy zaistnieć jakkolwiek, obojętnie czy w popie czy alternatywie, zresztą w pierwszej połowie lat 90. nie było większej różnicy. Triumfy święciły zespoły Apteka, Proletariat, Kult, Hey; ten ostatni debiutujący właśnie na festiwalu rockowym w Kielcach. Taki świat wydawał mi się tak fascynujący… Festiwale, Jarocin, Brodnica, Róbrege... Pojechałem raz na taki koncert jako techniczny z zespołem Ankh i od razu mi się spodobało. Mieliśmy świetny hotel z basenem, śniadania w formie szwedzkiego bufetu, a po koncertach nawet ja sam rozdawałem autografy! To „życie w trasie”, kumple, alkohol, dziewczyny… Nie wiadomo, gdzie kończyła się zabawa a zaczynała praca. To było niesamowite. Zawsze uwielbiałem podróżować bez celu, a tu nagle można jeździć i jeszcze dostawać za to pieniądze. Nie miałem od tamtej pory innego marzenia. Skoro moim kumplom udało się choć na trochę wyściubić nosa z Kielc, to może i mnie się uda. Tylko nie tak od razu. Najpierw więc słuchałem opowieści starszych kolegów: darmowy alkohol, trawka, imprezy, czasem dziewczyny skore umilić czas zmęczonym muzykom. To był świat, którego chciałem być częścią. Być taki jak starsi kumple, którzy choć nie grali w dużych zespołach, to przynajmniej wyjeżdżali z Kielc, no a gdy wracali opowiadali niestworzone rzeczy: „Właśnie wróciliśmy po trasie po Wspólnocie Niepodległych Państw, trasa udana, kupiłem pół kilo złota, podałem trzy razy do paszczy, a raz było kakao. Ukrainki zajebiste…”. Zazdrościłem im. Bo ja miałem tylko jedną fankę. Małą Ewę, młodszą kilka lat ode mnie, śliczną, drobną, nieśmiałą dziewczynę o hinduskiej urodzie, która była siostrą mojego kolegi Roberta. I w dodatku nic z nią nie robiłem, bo ona wiedziała o Ani, a poza tym traktowałem ją trochę jak młodszą siostrę. Marzyłem o całkiem innych fankach czy groupies, wyzwolonych dziewczynach, o seksie bez zobowiązań. O takich laskach, jakie miały pierwszoligowe zespoły. O dziewczynach gotowych na wszystko! Ale do pierwszej ligi było nam, kielczanom, jeszcze bardzo daleko. Ale raz się o nią przypadkiem „otarłem”. Gdzieś w 1993 roku. Była połowa wakacji, popołudnie, a my z kumplem zupełnie nie wiedzieliśmy co ze sobą zrobić. Kręciłem „maluchem” na centralnym rondzie w Kielcach już piąte kółko, nie wiedzieliśmy w którą stronę pojechać i po co. Na południe do Krakowa, na zachód do Łodzi czy może na północ do Warszawy? Nagle widzimy przechodzącego znajomego muzyka, ksywa Hippis. Zjechaliśmy w boczną uliczkę i zatrzymaliśmy się. Pierwsze, o co się nas pyta, to czy słuchamy „Trójki”. Nie słuchaliśmy.
— To posłuchajcie, włączcie teraz - powiedział.
Okazało się, że tego dnia miał się odbyć gigantyczny koncert na Stadionie Dziesięciolecia, potocznie zwany „Koncertem Kotana”. Miał to być olbrzymi charytatywny event z największymi gwiazdami polskiej muzyki. Pieniądze miały zasilić konto Monaru, z przeznaczeniem dla dzieci z HIV. I to było właśnie dzisiaj. W dodatku zaczynało się za godzinę czy dwie. Wystarczyło, że spojrzeliśmy po sobie i… trzy i pół godziny później byliśmy już przed Stadionem Dziesięciolecia. Znałem tylko jeden podjazd pod stadion od strony Wisły, zaparkowałem tam „malucha”. Koncert trwał już w najlepsze. Nie pamiętam już, kto grał, ale dźwięk był potężny. Zobaczyłem jakieś wejście. Nie było ludzi, widocznie wszyscy już dawno byli w środku. Wybiegłem z kolegą pierwszy, za nami nasz kuśtykający długowłosy Hippis.
Nagle dostrzegłem, że za otwartymi drzwiami stoi dwóch wielkich, ubranych na czarno facetów. Pewnie ochrona. Ale nie zareagowali na nas. Ja, wygolony dziwnie, w punkowej „papie”, a kolega z rudymi dreadlockami, w kolorowej koszulce z Amsterdamu. A może nie zdążyli zareagować? Hippis, który wbiegł jako ostatni, został jednak zatrzymany.
— Stój – powiedział do niego jeden z ochroniarzy. – Identyfikator.
My też zatrzymaliśmy się trochę dalej, by w razie czego ratować kolegę. Ale on poradził sobie sam. Spojrzał do góry na „goryli” i spokojnie ich zapytał: - Czy naprawdę tak trudno mnie zidentyfikować?
Nastała chwila ciszy. Ochroniarze spojrzeli po sobie i kiwnęli głową: - OK, wchodź.
Kiedy do nas dołączył, prawie dusiliśmy się ze śmiechu. Zrozumieliśmy, że weszliśmy bramą dla artystów.
Hippis był podobny do Bruce Dickinsona z Iron Maiden i przy okazji do dziesiątków innych muzyków rockowych… Zresztą w Kielcach nieraz rozdawał z tego powodu autografy… No i to mu pomogło. Weszliśmy na zaplecze sceny. Szok. Byli tam wszyscy, których znaliśmy z telewizji… No i był darmowy bufet dla gwiazd! Od razu ustawiliśmy się w kolejce po darmowe drinki. Przed nami był Borysewicz, a za nami Gawliński. Gadali z kimś, byli zupełnie na luzie. A pośród nich wszystkich my, menele z kieleckiego parku!
Nagle usłyszałem: – O kurwa, a co wy tu robicie?
Już się przestraszyłem, że ochroniarze wrócili po nas. Odwracam się, a tu jeden z moich „konkurentów”, czyli kolega muzyk z Kielc, który załapał się na otwarcie koncertu ze swoją kapelką. Oczywiście bez wynagrodzenia. I gdy już myślał, że złapał Pana Boga za nogi, że przekroczył progi sławy i będzie miał o czym opowiadać w parku gdy wróci, to pojawiliśmy się my, żeby popsuć mu trochę samopoczucie.
— Jak się tu dostaliście? Mieliście przepustki? Kto wam dał? Tu są tylko ci co grają…
Trochę pogardliwie na nas patrzył, bo choć mnie lubił, to jak większość muzyków w Kielcach, uważał mnie za kompletnego amatora. Poza tym wszyscy wówczas byliśmy młodzi i konkurowaliśmy ze sobą; to była kwestia ambicji, każdy chciał udowodnić, że jest lepszy. Potem nagle stwierdził, że nie ma o czym z nami gadać i musi porozmawiać z kimś z IRY. Ale za jakiś czas wrócił do nas. Chwalił się bez przerwy, kogo to dzisiaj nie poznał, kto mu gratulował występu i tak dalej. Widać było, że bardzo przeżywa swój debiut na dużej scenie, obok wielkich gwiazd. Nagle obok naszej grupki przeszedł Janerka. Uwielbiałem wręcz jego piosenki. Obok znów stał Gawliński, który po Madame utworzył Wilki. Był to jeden z ich pierwszych koncertów. Właśnie mówił do kogoś, o jakimś innym zespole: „Nie, stary, oni są chujowi”… Borysewicz, w krótszych włosach niż w latach 80., wydawał mi się młodszy niż w telewizji…
Cały ten artystyczny chaos, który potem miał stać się częścią mojego życia… Do tego momentu musiały upłynąć jednak jeszcze cztery lata. Ale bakcyla już złapałem… I choć wówczas wydawało mi się, że moi idole byli na wyciągnięcie ręki, to ten świat był jeszcze bardzo, bardzo daleko. Potem jeszcze kilka razy ocierałem się o niego, częściej w jego alternatywnych odmianach. Koncert Apteki i Tie Break w Pionkach, ogólny happening artystyczny, bal przebierańców, gdzie wcieliłem się w „apasza” z przedwojennych warszawskich ulic, grałem na banjo i śpiewałem piosenki Grzesiuka i Stępowskiego. Moim miniwystępem zainspirowałem pewnego producenta muzycznego, który odświeżył te piosenki i zarobił na tym niezłą kasę. Ale przynajmniej „liznąłem” troszkę „wielkiego świata” i może właśnie dlatego chciałem więcej. Myślałem, że to łatwe życie. Intensywność wrażeń, jaka towarzyszyła tego typu imprezom sprawiała, że chciałem być muzykiem. Wydawało mi się to bardzo proste. Wystarczyło umieć grać i już były money for nothing. Nie wiedziałem wówczas, że „ciężko jest lekko żyć” i że nie ma nic za darmo. Nie miałem pojęcia, że w tym biznesie rachunek jest wystawiany dopiero wtedy, kiedy wypadasz z gry… A ja wyobrażałem sobie koncerty, alkohol i piękne dziewczyny. Zwłaszcza ten ostatni punkt mnie szczególnie interesował. Do tej pory nie miałem bowiem zbytniego powodzenia u dziewczyn. Ale też wymagania miałem zdecydowanie wygórowane. „Laska” musiała być piękna, inteligentna i mieć poczucie humoru. Niestety, takie były przeważnie zajęte przez bardziej znanych czy starszych lokalnych muzyków. Próbowałem swych sił, ale bez powodzenia. Nawet później, jak już byłem z Anią, też ukradkiem zerkałem na te najlepsze dziewczyny w środowisku, chociaż one, nie wiem dlaczego raczej nie zwracały na mnie uwagi. Czy może byłem zbyt dziwny, ekscentryczny? A może dlatego, że byłem mały, chudy, zarozumiały, złośliwy i zdecydowanie za dużo czytałem? Miałem też bardzo delikatne rysy twarzy, wyglądałem na dużo młodszego niż byłem, może dziewczyny traktowały mnie jak młodszego brata? Aha, nie byłem też w żadnej subkulturze. Przebywałem głównie w alternatywnym środowisku, przede wszystkim dlatego, że tylko tam czułem się akceptowany. Poza tym słuchałem całkiem innej muzyki, zdecydowanie bardziej „murzyńskiej”, co było dość dziwne jak na tamte czasy. Pomyślałem zatem, że tylko sława może „odmienić mój los”, jak śpiewał Oddział Zamknięty, mój ulubiony zespół sprzed lat. Ale jak to zrobić? W sumie całe moje otoczenie to nie była pierwsza czy nawet druga liga… A w dodatku nie byłem też typem kogoś, kto godzinami siedzi w sali prób i ćwiczy. Może kilka lat wcześniej, kiedy uczyłem się grać albo w szkole muzycznej, ale z zespołem już nie. Intuicyjnie czułem, że „nie tędy droga”. Nie przez supertechnikę, tylko przez pomysł, brzmienie, styl.
Na to, że chciałem grać inną muzykę niż wszyscy w mieście wpływ miały moje wyjazdy „za chlebem” do Francji i Anglii. To tam poznałem kolorowy, prawdziwy „Zachód”, co prawda z perspektywy zbieracza winogron czy chmielu, ale zawsze. Wieczory i niedziele mieliśmy dla siebie, i wówczas byliśmy jak oni, czyli lokalna młodzież. Kupowałem najnowsze płyty, a raczej kasety, słuchałem lokalnego radia prawie non stop, no i w Anglii kupiłem jakąś koreańską gitarę elektryczną, lepszą niż moja wysłużona Jola 22, na której grałem od lat. Więc kiedy po takim kilkumiesięcznym pobycie wracałem do starego, a raczej wówczas szarego kraju, od nowa zbierałem zespół i próbowaliśmy jakoś skleić te moje „zachodnie” doświadczenia z tym co naprawdę potrafiliśmy. Ale i tak wychodziło nieźle. Tylko kasy żadnej, niestety, z tego nie było… Bo dopiero moje pokolenie, za rok, dwa miało rozpocząć zmianę na lepsze…
*********************
— No właśnie, à propos zmiany na lepsze - znów wtrącił się Akwizytor. - Pozwoli pan, że przedstawię w końcu tę ofertę, obliguje mnie do tego regulamin. Jak wspomniałem na samym początku, ma ona związek z pana urodzinami, bo nazywa się „czterdzieści plus”! – powiedział uroczyście.
— Ooo, to rzeczywiście, co za punktualność, najpierw nie odzywa się pan 15 lat, a teraz kilka miesięcy po urodzinach nagle pan dzwoni.
— Przepraszam, powinienem odzywać się częściej, ale mamy tyle spraw na głowie, w dodatku ta przeklęta reorganizacja naszej Firmy. Firmy, która choć nie ma konkurencji bezpośredniej, postanowiła podnieść jakość usług. Stąd choćby różne nowe produkty dla klientów, którzy ukończyli czterdziestkę… Ale żeby zacząć, pozwoli pan, że zadam teraz kilka pytań?
Czy pozwolę? Co ja w ogóle robię i o czym z nim rozmawiam? To bez sensu. Nie odpowiedziałem nawet, byłem całkiem ogłupiały. Po chwili Akwizytor zaczął mi czytać jakieś formułki, a ja włączyłem telewizor… Nie wiedziałem dlaczego, ale nie chciałem się rozłączać… Naprawdę chciałem się dowiedzieć czy istniał jakiś kontrakt? Czy ten dziwny facet prowokuje mnie do wspomnień? Było mi wszystko jedno. Patrzyłem tępym wzrokiem w telewizor, przełączałem kanały. Wyłączyłem głos. Zobaczyłem jakąś znajomą scenę z filmu… Co to za aktor? To była kiedyś jedna z moich ulubionych scen… Zaraz, zaraz… tylko jaki to był film? Tymczasem mój „manager” kontynuował.
— Po pierwsze - zaczął ankietę. - Czy jest pan zadowolony z naszych usług?
— Jakich usług? - odpowiedziałem mechanicznie.
— To że zrobił pan karierę, zarobił mnóstwo pieniędzy – w sumie przecież o tym pan marzył i to, można powiedzieć, w całości się spełniło. Wiem, że dziś już o tym pan nie pamięta, może nie jest już tak dobrze jak było na początku, ale 15 lat w tym trudnym zawodzie to jednak jest coś! – odpowiedział zadowolony.
— No, mogło być gorzej, istotnie – przyznałem ironicznie. – Niektórzy z moich kolegów „z pracy” po latach sukcesów dziś nie mają z czego opłacić rachunków. Ja przynajmniej jeszcze to mogę…
— Proszę nie narzekać, naprawdę przez całe długie lata mojej pracy widziałem już tyle tragedii, że pana sytuacja naprawdę nie jest zła, wymaga jedynie drobnej korekty, poprawek, no i stąd mój telefon. Prawdę mówiąc, pana sprawa gdzieś mi się zapodziała, show-biznes tak się zmienił, przyspieszył, że ostatnio mieliśmy naprawdę sporo roboty. Nie jest już tak łatwo jak kiedyś…
— Czyli uważa pan, że to pana firma sprawiła, że zrobiłem karierę? Hehehe… Myślałem, że to był mój talent, szczęście, a jedyna firma, to fonograficzna DMG, no i potem manager, Gonzo…
— No tak, niby się zgadza – odparł - ale chodzi o ten pierwszy impuls, po którym wszystko potoczyło się jak po sznurku. Proszę się zastanowić. Nie za łatwo to przyszło? Telefon z Warszawy już następnego dnia po pierwszym dużym koncercie? I to w Kielcach? Proszę się zastanowić… Czy to na pewno przypadek? W życiu nie ma przypadków. Ale pan pewnie wówczas myślał, że jest wyjątkowy… Tak, też znam to uczucie, które towarzyszy wam na samym początku, tyle razy to już widziałem…
**************
