Breakdown - Krzysztof Kasowski - ebook

Breakdown ebook

Kasowski Krzysztof

0,0

Opis

„Breakdown” to bezpośrednia kontynuacja „Upadku Króla Rapu” i obejmuje cztery ostatnie miesiące 1991 roku. To właśnie tutaj zaczyna się prawdziwy upadek – nie symboliczny, lecz realny.

Kończą się koncerty i złudzenia. Zostają długi, wezwania do Wojskowej Komisji Uzupełnień, policja i coraz mniej dróg ucieczki. Każda wcześniejsza decyzja ma swoje konsekwencje, a „jakoś to będzie” przestaje działać.

Marzenie o tym, by być jak bohater „Lotu nad kukułczym gniazdem” – buntownik, który śmieje się systemowi w twarz – zamienia się w brutalną rzeczywistość. System przestaje być przeciwnikiem z wyobraźni.

Finał może być tylko jeden: bohater znajdzie się w sytuacji swojego idola z filmu Formana... 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 379

Rok wydania: 2022

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Spis treści

Okładka

|

Spis treści

Krzysztof Kasowski„Breakdown”

Copyright © by Krzysztof Kasowski, 2023

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Redaktor prowadząca:Renata Grześkowiak

Korekta:„Dobry Duszek”,Marianna Umerle

Projekt graficzny i skład:„Dobry Duszek”

Projekt okładki:Robert Rumak

ISBN: 9788397202269

Okładka

Nota wydawnicza

Wrzesień

Październik

Listopad

Grudzień

Wrzesień

9. Na zewnątrz jest piękna pogoda, jak gdyby przedwczoraj nie było tego najtragiczniejszego dnia w historii polskiej muzyki rozrywkowej czyli mojego upadku z zamku po fatalnym, niedokończonym koncercie …. Próbuję oglądać telewizję ale jak to w poniedziałek lecą same rolnicze albo przyrodnicze programy -nuda. Zżera mnie ciekawość, co tam gadają o mnie w Podziemiu. Ale z taką gębą może nie powinienem wychodzić. Znów patrzę w lustro, kolejny dzień nie przyniósł zmian na lepsze. Mocno podkrążone oczy, prawy policzek totalnie zdarty, spuchnięty, sino-czerwony. Jaki kraj taki McMurphy, chciałem wpakować się w jakieś kłopoty, awantury to mam za swoje. Z drugiej strony drugi dzień w domu już nie wysiedzę, niech się dzieje co chce. z trudem zakładam kurtkę Złotego i chwilę później wychodzę. Muszę to wziąć na klatę. Powoli ruszam główną ulicą w stronę centrum, tym razem rzecz jasna na piechotę. Mimo że jest dość ciepło mam naciągnięte rękawy kurtki żeby ukryć gips i bandaż na ręce. Ale twarzy nie da się ukryć, przecież jej sobie nie zabandażuję. Już po kilkuset metrach, przed budką z piwem dawni koledzy z osiedla krzyczą do mnie: - Hej, Dolar, co jest, z czołgiem się zderzyłeś? - rozpoznaję głos Małego z którym kiedyś chodziłem do klasy. Jeszcze coś tam pokrzykują i rechotają więc skręcam w prawo by nie iść dalej główną ulicą osiedla. Pnę się w stronę starej szkoły, tam na pewno będzie spokojniej. Gdy wchodzę w Konarskiego na przeciwko mnie dostrzegam jakiś tłumek odświętnie ubrany…Zaraz, czy to nie…ale jest już za późno. Staram się uśmiechać szeroko, ale boli mnie twarz… - Co ci się stało, nie idziesz na rozpoczęcie roku? Przystaję na chwilę i nawet nie mogę się przywitać, chowam prawą dłoń za plecy ale pewnie i tak widzą, że jest w gipsie… przede mną stoją odświętnie ubrani Śpiewak, Pijar i Arek Down czyli kumple z mojej byłej klasy. - no przecież wiecie, że skończyłem ze szkołą raz na zawsze - odpowiadam - Pobili cię? - Pyta przejęty Śpiewak - Nie. Spadłem z zamku po koncercie - Grałeś w Chęcinach? - Nie, w Krzyżtoporze.. Długa historia - Ale co, już nie będziesz się już uczył? Nie przenosisz się do zaocznej? - Nie, chyba już nigdy nie wrócę do szkoły, przynajmniej dopóki ten chuj Szarek jest dyrektorem. Patrzą na mnie z mieszanką litości i nawet współczucia. Właśnie tak musi to wyglądać. Odchodząc Pijar rzuca jeszcze tylko: - Rzeczywiście, coś czytałem o twoim występie w gazecie rano.. Kurwa, on też. To jest najgorsze. Jak wypadłem świetnie w „Pałacyku” to nikt nie napisał pochwalnej recenzji. A jak się nie udało to od razu hieny się zlatują. Coś ciężko idzie mi ta kariera…Jeśli nawet Arek Down martwi się o mnie to znaczy, że nie jest ze mną najlepiej. Po dziesięciu minutach wchodzę do Podziemia. - O kurwa, nawet po ciemku widać, że nie jest najlepiej - mówi Hrabia patrząc na moją gębę i poklepując mnie po plecach. - Naprawdę ci nie wpierdolili? - kumple przyglądają mi się uważnie. - Spadłem na rękę, żebra i twarz - odpowiadam Pusty pociąga łyk piwa, ociera usta rękawem, beka i mówi: - chciałeś być królem rapu, no to jesteś teraz GIPSY KING! - mówi wskazując na moją rękę w gipsie Wszyscy niemal tarzają się ze śmiechu! Rzeczywiście, Pusty jak zwykle trafia w punkt, gdyby to było o kimś innym to też bym się śmiał. I gdyby mnie nie bolały żebra od samego oddychania a co dopiero mówić o śmiechu. Chwilę później prosto z rozpoczęcia roku zaglądają nasi ‚punkowcy’ Wyglądają nieco dziwnie, zupełnie inaczej niż przedwczoraj. Nie są bowiem w swoich strojach ‚roboczych’ tylko eleganckich białych koszulach, pod krawatem, fryzury przylizane. W końcu dziś pierwszy dzień szkoły. Śmieciu twierdzi, że to oczywiście niedzielny styl „oi” Suchy też nie jest dziś metalem, Dawid hippisem, jedynie Beton jest dalej „depeszem” no bo to dość elegancka subkultura. Oni wszyscy przynajmniej nie kryją swojego entuzjazmu: - Zajebiście, stary, kurwa, zadyma jak na koncertach punkowych, tylko bez pogo, dawno nie byłem na czymś takim! - mówi Śmieciu - warto było, daliście czadu, te wieśniaki się nie znają, w kółko by słuchali tego samego szajsu, chuj z nimi - sekunduje mu Bajron rozglądając się na boki wyciąga ze szkolnej teczki proste wino. - Pij pierwszy - mówi i podaje mi butelkę. Tak, to musi być oznaka wielkiego szacunku.. Zaczynają się opowieści co i kto robił po koncercie. Oczywiście każdy widział co innego i po chwili zaczyna się przekręcanie faktów w czym króluje oczywiście Śmieciu. Pomimo powracającego bólu ręki po jakimś czasie sam zaczynam uważać, że koncert był wielkim sukcesem w czym cały czas utwierdzają mnie punkowcy wspominając jak zeszłym roku oglądaliśmy film Rockandrollowy Szwindel: -Przecież cała trasa koncertowa Sex Pistols w USA była co chwila przerwana przez policję, fanów, anty fanów i tak dalej. Im większa zadyma na koncercie, na scenie tym lepiej. Skandal przecież najważniejszy, sam to przecież powtarzasz! Niby tak ale domyślam się, że kumple z kapeli będą innego zdania. Przeczuwam, że czas Zespołu Downa dobiegł końca. Śliwek na pewno nie będzie już myślał o graniu ze mną, a Maras? No właśnie. Co z Marasem? Dlaczego go jeszcze tu nie ma? A o Andrzejku to w ogóle już mogę zapomnieć. Wiadomo, że teraz Boss będzie rozdawać karty i zabroni mu grać ze mną. Z resztą gdzie miałbym grać. Po takim „sukcesie” raczej nie będę miał wielu propozycji, takie plotki bardzo szybko się rozchodzą w środowisku. Maras nie pojawia się ani dziś ani w kolejne dni a jak do niego dzwonię to ojciec mówi, że wyjechał. To dziwne. Niby gdzie miał wyjechać, jak jeździł zawsze ze mną. Ja też przez jakiś czas na pewno nie będę jeździł maluchem, bo niby jak, z tą ręką nie dam rady zmieniać biegów nawet. Tymczasem Baton, być może dlatego by mi poprawić humor dzwoni do mnie, bo ma rewelacyjną wiadomość: jako laureaci turnieju break dance w Piotrkowie mają zaproszenie na mistrzostwa Europy w październiku w… Szwajcarii! Teraz tylko czekają na potwierdzenie terminu no i kasę na to. Z tym jest największy problem. Oczywiście nie mają też transportu i Baton pyta mnie czy nie pojechałbym z nimi maluchem. No pewnie, bez problemu. Skoro byłem we Francji, to Szwajcaria jest chyba nawet bliżej choć to podobno aż pod granicą francuską. W październiku to już pewnie nie będę miał gipsu. Myślę oczywiście, że to jakaś mrzonka, fanaberia. Szwajcaria to nie Francja, potrzebne są wizy, jest drogo no i nie znam absolutnie nikogo kto tam był. Strasznie mi ciężko przestawić się na chodzenie na piechotę, a do autobusów mam awersję, podobnie jak Maras. Ale chodzę co zrobić, głównie do Podziemia a więc nie tak daleko. Na placu boju zostajemy tylko my, niebieskie ptaki: Szycu, Jeżu, Wesoły, Hrabia i Pusty, bo już skończył technikum i nie zamierza się uczyć…A reszta uczy się, lub udaje, że się uczy jak Edi. Wuju gdzieś zniknął, może narobił długów u złodziei i musiał zwiać z miasta. W ogóle jakoś tak „coś się skończyło’ nie wiem co, a może to tylko moja kapela? Ale chyba nie. Większość „małolatów” idzie do maturalnej klasy i chyba będą musieli się w końcu wziąć do nauki. Popołudniami chodzę więc czasem trochę dalej, do Dziurki bo tylko tam jeszcze jest jak kiedyś. Ale często kogoś nie ma ze starego składu. Ale natura nie znosi próżni. Pojawiają się nowe dziewczyny jak Martynka. Piękna szczupła brunetka z krótkimi włosami. Co ciekawe jest z mojego osiedla a rzecz jasna nigdy wcześniej nie widziałem. A tu już pije piwko jedno za drugim i bezczelnie się uśmiecha. Często gadamy. Ma też absztyfikanta - to fryzjer z centrum, jeździ golfem, chodzi w golfie - wygląda jak kelner z Budapesztu i podoba się dziewczynom. Znów przychodzi Wierka, na szczęście bez Pauliny. W wakacje jakoś przestała przychodzić, chyba gdzieś wyjechała, ale teraz wraca w wielkim stylu. Świetne nogi, w ogóle wygląda bardzo ‚brytyjsko’ wystrzępione rude włosy, skórzana kurtka czyli fajnie, zachodnio choć dalej troszkę chuligańsko. No ale w końcu jest z Uroczyska, tam taki sznyt. Za to Whisky kompletnie zniknęła, przynajmniej dla nas. Pytam Suchego, cały czas jej nie ma mimo, że rok szkolny się już zaczął. ale podobno dzwoniła do Ewy, że pojawi się jakoś w przyszłym tygodniu. Bywa Arnold, który też zniknął niemal na całe wakacje. Uaktywnili się nieśmiertelni Złoty z Żurkiem. Czyli nie jest tak źle. Ale ogólnie mam nieco gorszy humor i nie wiem dlaczego, nie chodzi wcale o Krzyżtopór, czuję jakby coś mnie omijało, nie wiem… Kolejnego dnia już wiem. Straciłem moją super-moc. Czerwonego szerszenia! Któregoś dnia po kryjomu biorę klucze i dokumenty malucha, idąc do garażu za blok jeszcze się waham patrząc na moją złamaną prawą rękę, niech się dzieje co chce. Ważne, żeby policja mnie nie zatrzymała. Oczywiście kurtka Złotego jest nieodzowna, elastyczny rękaw idealnie zakrywa gips. Wsiadam. Próbuję wrzucić jedynkę. Boli. Zaraz, a lewą? Udaje się! Trochę to idiotyczne, ale jak nikt nie widzi, to idzie nawet płynnie. Jakoś dojeżdżam do parku. Nie zamierzam jeździć niewiadomo gdzie, ale po prostu bez malucha czuję się nikim! Ufff, teraz mogę sobie siedzieć w parku czy Podziemiu choćby cały dzień. Poza tym czuję się też jakoś…dekadencko, nie wiem jak to nazwać. Po raz pierwszy z premedytacją nie zapisałem się do szkoły, bo ostatnie dwa trzy lata jeśli nawet pauzowałem jakiś semestr, to jednak zawsze wracałem, miałem jakiś plan, a to szkoła muzyczna, a to wieczorowa nawet jeśli udawałem przed sobą i innymi… A teraz nic. Kompletnie. W dodatku to wojsko, wiem, że wkrótce, jak to na jesieni przyjdzie wezwanie, albo od razu bilet. Dyrektor nie omieszkał zawiadomić komisji, że już się nie uczę. On i paru innych marzą o tym, by mnie jakiś kapral nauczył wreszcie życia i bym schylił pokornie głowę. Nigdy w życiu! Muszę znów odwiedzić psychiatrę ale prawdę mówiąc nie wiem, czy to coś pomoże. Zapisuję się, tym razem również bez Ediego z którym rok temu zacząłem moją psychiatryczną przygodę. Jest sporo ludzi. Dziwne, większość wygląda zupełnie normalnie. To znaczy ja na ich tle się wyróżniam, wyglądam jak wariat, choć nie mam już napisu YO na głowie ale dalej mam kolorową kurtkę, dolara na szyi, czapkę z daszkiem i koszulkę z obrazem Picassa. A oni wszyscy smutni i szarzy, wpatrzeni w jakiś punkt na ścianie, cierpiący, a przecież nie mają obtartej gęby, złamanej ręki czy w ogóle żadnych widocznych obrażeń. A jednak to ja jestem symulantem nie oni. … Tym razem już sam mój widok przynajmniej robi wrażenie na lekarce. Uważnie mi się przygląda, a ja tym razem mówię zwyczajnie, że nie mogę sobie znaleźć miejsca w życiu, wyrzucają mnie, bądź ja sam rzucam już kolejną szkołę, nigdzie nie pasuję. Mam poczucie jakiejś obcości - A ma pan halucynacje, słyszy głosy? - _yta lekarka I tak jak na wiosnę od razu bym dostał skrzydeł i nawijał o tym, że tajemnicze głosy nakłaniają mnie do morderstwa Wałęsy dajmy na to, to tym razem odpowiadam: - Nie, raczej nie, chyba że po alkoholu…- Próbuję się uśmiechnąć Lekarka coś zapisuje i po chwili mówi: - No dobrze, zaczyna się jesień, ostatnio był pan wczesną wiosną, to są dwa takie okresy w roku kiedy nasilają się zmiany nastrojów. Weźmie pan leki. Jeśli nie ustąpi za miesiąc, dwa, proszę się zgłosić Wypisuje mi receptę. Znów jej nie wyrzucam, dam Hrabiemu czy Wesołemu jak ich spotkam, na pewno będą zadowoleni. Idę do Podziemia. Dziwne. Znów nie ma Marasa. W sumie to nie widziałem go od Krzyżtoporu, już prawie tydzień. A przecież wcześniej widywaliśmy się codziennie. W końcu dochodzą mnie plotki, że Maras jeździ ostatnio do Łodzi na próby z Balonem i to zwykłym P.K.S.’em. A więc dogadali się, widać było, że przypadli sobie do gustu. Pewnie mnie to, że z naszego grania nici, z resztą przypomniałem sobie naszą kłótnię na ostatniej próbie. Gdyby Krzyżtopór był sukcesem to co innego. A tak, po prostu wybrał inną, lepszą zdaje się opcję i miasto. Łódź i granie z autorem tekstów Maryli oraz byłym gitarzystą Moskwy. Co zrobić. Ale co jeszcze. Podobno w podróżach do Łodzi towarzyszy mu… Whisky. A więc miłość trwa w najlepsze. I pomyśleć, że to dzięki mnie się poznali z Balonem, gdybym jej wówczas nie zaprosił na koncert do Pałacyku.. to i tak by przyszła z innymi. Co ma być to będzie. Ale szkoda. Tak czy inaczej bardzo chciałbym znów ją zobaczyć. A Marasa niekoniecznie. Tymczasem pojawiają się plakaty o cyklicznej imprezie w Nowej Słupi czyli Dymarkach Świętokrzyskich. Do tej pory kojarzyło mi się to z jakimiś ludowymi występami ale tym razem gwiazdą imprezy ma być Armia, Acid Drinkers, nasza „wielka gwiazda” Kramer i jeszcze inna metalowa kapela Skull Smokes czy jakoś tak. Choć mam trochę dość wiejskich spędów we wschodniej części regionu, bo wiadomo jak się to skończyło w moim przypadku, to jednak wszyscy chcą jechać. No dobra. Tym razem jadę z „naszymi” dziewczynami, Monią, Madzią Skórą i Asią. Na miejscu okazuje się, że B-Boye też mają swój występ na samym początku. Ale bez Batona bo on ćwiczy do tych mistrzostw Europy. Jest za to Wembley, Piter i cała masa tancerzy, których znałem dotąd tylko z widzenia jak Spinksu czy Dżony oraz młodszych: Przemo, Bartas, Igor czy Bioły. Edi zabrał z Kielc Stacha, Jeża, Wesołego więc klimat jest zasadzie znów jak w Krzyżtoporze na początku, zjawia się niemal cała ‚Podziemna’ ekipa. Po szybkim spożyciu prostego winka z dziewczynami przez chwilę nawet myślę, czy by się nie wedrzeć na scenę z B-Boyami, którzy mają tam tańczyć i podobno nawet coś rapować, ale odpuszczam. Bez zespołu to nie ma sensu, z resztą z zespołem chyba też, bo znów przyjadą fani metalu i może skończyć się tak samo jak ostatnio. A przecież dalej mam jeszcze pamiątkę czyli złamaną rękę. Już nie boli, ale gips mam jeszcze nosić conajmniej dwa tygodnie. Breakowcy jako pierwsi zaczynają swój występ. Ja zostaję z Piterem, który nie tańczy. Z tyłu sceny szykuje się już Kramer. Mają jakieś nowe ubrania i w ogóle zachowują się jak gwiazdy, nawet Andrzejkowi to się podoba, widzę, że ledwo co mnie poznaje. Pewnie boi się, że znów go poproszę o występ. B- boye po pokazie tanecznym zostają na scenie tylko we czterech, wszyscy oprócz Batona. Jeden z nich robi human beat box w rytmie a la RUN DMC a reszta przygotowuje się do rapu. Piter patrzy na to wszystko z niesmakiem: - Picie, bicie i pieprzenie to jest nasze przeznaczenie…Picie bicie i jebanie to jest nasze powołanie - rapują. No sam już nie wiem…Niby fajne, ostre, ale jednak jakieś takie bez humoru, bezpośrednie, trochę z resztą przesadzone, gdyż większość z nich ledwie skończyła osiemnaście lat i na prawdą póki co są grzeczni. Jeszcze raz zastanawiam się czy nie wyjść do nich na scenę, Spinksu, największy jajcarz z nich, z mojego osiedla oczywiście mnie do tego namawia ze sceny może licząc na jakąś zadymę, nie był w Krzyżtoporze a tyle słyszał… Ale nie. Na tej imprezie to w ogóle nie ma sensu. Za chwilę b-boye schodzą i montuje się Kramer. W końcu za sceną dostrzegam Marasa jak stoi z Kajtkiem bębniarzem z z Dekretu i gadają z Acidami. Wśród publiczności są już nasi punkowcy bo co jakiś czas wydzierają się: „Król Rapu”, „Dolar”, „Zespół Downa”, …Przez chwilę jednak kiełkuje mi myśl, że może namówię na granie Marasa i Kajtka, ten ostatni bez problemu zagra rockowy beat i Maras pożyczy bas od Maria i zrobimy jeszcze jeden skandal. Nawet bez gitary. Ale widzę, że Maras unika mojego wzroku i w ogóle nie podchodzi do mnie. Nie, Król Rapu na razie jest na wygnaniu. Zaczyna Kramer a ponieważ słyszałem ich w tym roku już kilka razy idę z punkowcami i Stachem na łono natury, ten ostatni ma bowiem jakiś fajny bimberek w dość dużej litrowej butli. Potem gracją ci Acidzi, czyli Kwasożłopy, odstawieni jak jacyś Amerykanie i w ogóle tak po amerykańsku grają ale.. nie rusza mnie to. Są nieźli, choć wyczuwam tam lekkie pozerstwo przykryte tym całym niby-amerykańskim luzem. Ciekawe czy piją tyle patyków co my, nie sądzę. Krowa która dużo ryczy mało mleka daje. Bimber zupełnie mi nie wchodzi. Już pierwszy łyk mnie skręca. Jest gorszy niż najgorsza wódka z czasów PRL, typu Bałtyk czy Vistula. Karbid jak to się mówiło kiedyś. Acidzi grają a my daleko od sceny w krzakach siedzimy i pijemy, to znaczy ja tylko winko, reszta żłopie ten samogon. Po godzinie już leżą i rzygają… Za chwilę jęczą, że chcą już wracać a nie ma już żadnego autobusu. Edi pojechał wcześniej, sam. Chwiejnym krokiem idą i pakują się wszyscy do malucha. Stacha wnoszą, we trzech, bo pomimo tego, że nie jest jakoś specjalnie duży, to zawsze był masywny, ubity. - Kurwa, waży chyba ze sto kilo, jęczy chudy jak przecinek Śmieciu. Otwieram boczne drzwi i uchylam fotel pasażera. Chłopaki rzucają go na tył, ale nie mają tyle siły by przesunąć go na tylną kanapę więc zaległ gdzieś w nogach dziwnie poskręcany. Do tyłu ładują się ‚sanitariusze’ we trzech trzymając nogi na Stachu a z przodu Asia i Monia. Bo Madzia i Skóra jeszcze zostają. Siedem osób. Rekord jak do tej pory. Maluch ledwo jedzie, ja cały czas oczywiście zmieniam biegi lewą ręką, bo prawa trochę mnie boli. Normalnie droga zajmuje około czterdziestu minut ale tym razem ze względu na obciążenie dopiero po godzinie jesteśmy na miejscu. Oczywiście Stachu ani drgnie, nie reaguje, można mu pluć w twarz i nic. Wszyscy chcą wysiadać a ja mówię: - Kurwa, przecież mi go nie zostawicie tak? Nie wiem gdzie dokładnie mieszka - Nie przejmuj się i zostaw go w samochodzie.. - Żeby mi się zlał jak na Cedzynie? - No jest takie ryzyko- śmieje się Śmieciu - Kurwa, a może to nie głupi pomysł, przełóżcie go na kanapę, żeby nie był taki pogięty… Zostawiam malucha ze Stachem w środku pod moim blokiem, zamykam samochód, jak coś to sobie otworzy ze środka, ale znając go, to nie obudzi się do południa. Ale kiedy wiedziony ciekawością schodzę na dół koło dziesiątej samochód jest pusty. Zamykam drzwi na klucz i wracam do domu. Po południu Podziemie obowiązkowe, trzeba, jak po każdej imprezie ustalić co się widziało, co się zdarzyło, jak u Kurosawy trochę, każdy musi zdać relację z tego co zapamiętał. Śmiechu jest co niemiara a kiedy wreszcie wchodzi Stachu, odstawiony jak zwykle w jasne jeansy jest uśmiechnięty od ucha do ucha: - Kurwa, ale się najebałem! w ogóle nie pamiętam jak stamtąd wróciłem. Ale przyznajcie, bimberek pierwsza klasa! Imprezy imprezami ale oprócz kolegi w postaci Marasa straciłem też cel życia, czyli robienie nowych kawałków, które podbiją świat. Z resztą czy to dziwne? Pół roku pracy na nic, bo jakiś Kazik z Warszawy dzięki znajomościom, układom i pozycji w branży rujnuje mi to wszystko nie będąc w dodatku raperem. Jestem przez to trochę taki jakiś otępiały. Jednak pisanie, komponowanie i samo myślenie o zespole napędzało mnie choć oczywiście czasem znosiło na boki. A teraz? Szara rzeczywistość. A i kasa z maryśki też już się kończy, muszę upomnieć się o dług u Bałagana, ale po to trzeba jechać do Krakowa. Jeszcze za daleko jak na rękę w gipsie. Ale po jakichś dwóch tygodniach od upadku ręka przynajmniej nie boli mnie i mogę nią zmieniać biegi choć wiem, że i tak za to może być solidny mandat. Więc niezależnie od temperatury noszę kurtkę Złotego z naciągniętym rękawem tak, że ręka wygląda tylko na zabandażowaną. Kolejnego dnia do Podziemia wchodzi akurat Złoty i od razu ma sprawę: - Cześć, co robisz? - Nic - Wiesz co, na koniec roku zapomniałem wziąć od baby adresu do warsztatu gdzie mam mieć praktyki, tymczasem babka jest na zwolnieniu i nie mam kogo zapytać, bo w sekretariacie mówią, że wszyscy byli poinformowani w czerwcu… Bez praktyk mnie wyjebią… - A gdzie te praktyki? - W Kostomłotach tu obok. Pamiętam nawet nazwisko gościa Józef Syska, ma warsztat samochodowy. - Znajdziemy w sekundę, przecież to wiocha, wszyscy się znają - mówię i przypominam sobie jak szybko znaleźliśmy Śliwka w Krynkach. Kończę piwo i jedziemy. Po kwadransie wjeżdżamy do Kostomłotów. Pierwszych. To są jakieś drugie? Jedziemy ze cztery kilometry, domy po lewej, po prawej i ani żywego ducha. Koniec tablicy, zawracamy. W połowie wioski widzimy napis – skręt w prawo do Kostomłotów drugich. Skręcamy. Znowu kilka kilometrów domów. I nikogo na drodze, żadnych szyldów, napisów. W końcu w widzimy kogoś. Idzie dziewczyna, mniej więcej w naszym wieku. Zatrzymuję się i pytam nie wysiadając z samochodu: - Dzień dobry - A dziń dobry - Szukamy Józefa Syski, mechanika - Syski? Tutaj som same Syski - No ale mechanik, Józef, ma warsztat, przyjmuje uczniów z mechanika na praktyki - Każdy cuś przy samochodach grzebie, jo ta nie wim… - Ale Józef… Syska, warsztat, Złoty nie traci nadziei… Ona odwraca się w kierunku z którego przyszła, patrzy w dal, mruży oczy i mówi: - Ze stund, gdzie teraz my som, tam het het do kuńca aż pode sam las, same Syski - Odwraca się do nas- Jo tyż jestem Syska! – uśmiecha się i pokazuje lekko wybrakowane zęby… - Dziękujemy… patrzymy po sobie i chichramy się - ale kosmos.. a to tylko kilometr czy dwa od granicy Kielc. Jedziemy jeszcze dalej, w stronę lasu ale oczywiście nie ma żadnego szyldu, napisu nic, a na każdym podwórku stoi jakiś rozebrany golfik czy passat…Misja nieudana….Mimo tego śmiejemy się z nazwiska Syska, - ty co to może znaczyć, chyba Szyszka? - Chuj, będę musiał jeszcze raz się tu kopsnąć, co za pech.. no ale moja wina, tak mi było już spieszno na wakacje Następnego dnia po południu przychodzi i mówi: - Kurwa, staliśmy koło jego domu! - No ale wiesz, tam same Syski, skąd mogliśmy wiedzieć? Same Syski staje się naszym hasłem. O patrz, same Syski mówimy, kiedy zjawiają się dziewczyny bez męskiego towarzystwa Czasem zamiast Żurka pojawia się niejaki Zimior. To lekko grubawy kolega Złotego z zawodówki, ogolony na krótko, z okrągłą głową, wiecznie uśmiechnięty przez co oczy ma niemal cały czas przymrużone, prawie skośne. Zawsze też jest ubrany jak na egzamin, biała czy jasna koszula, czasem nawet wąski krawat. Taki ma styl. Czasem przychodzi też kumpel Złotego z bloku obok, niejaki Fikoł. Drobny, mający kilka tatuaży rodem z „kajdanowa” czyli poprawczaka. Znosi do Podziemia jakieś trofiejne czyli kradzione rzeczy i chce, żebym przechował je w maluchu. Niechętnie ale się zgadzam, bo potem płaci mi za to… prostymi winami. Dziś odwożę ich ze Złotym na Sady wieczorem, Fikoł widzi jakiegoś pijaczka śpiącego na pustym przystanku - Zatrzymaj się! mówi No dobra… zatrzymuję się na samym przystanku, o tej porze i tak nie jeżdżą autobusy. Fikoł siada obok pijaka, rozgląda się, obejmuje go niczym kumpla a w rzeczywistości przeszukuje mu kieszenie. W końcu coś ma, szybko wsiada i ruszamy - to się nazywa iść na Benka, albo na Bena! - mówi z dumą i zagląda do portfela. - Niewiele, dwieście pięćdziesiąt tysi. Masz setkę. Nie wiem co mam zrobić ale biorę… - To cześć…. - Cześć, a możesz mi dać porfel? - bo widzę, że chce go wyrzucić przez okno - ale nic już nie ma, dowód tylko - nieważne, ojcu dam - mówię robiąc poważną minę. - Tylko wypierdol dowód, bilety czy co on tam ma - pewa… Fikoł się dziwi ale oczywiście daje mi portfel. Wysiadają. Obserwuję ich jak idą w stronę bloku Złotego. Zaraz, z kimś mi się kojarzy ten Fikoł… te ruchy, wygląd, Wiem! Z tymi gośćmi z Łodzi, których spotkaliśmy w Jastrzębiej. Tak, Złoty jest czasem na granicy dwóch światów. Tego osiedlowego i naszego, Podziemnego. Ciekawe, który zwycięży. Z resztą może to samo można powiedzieć o mnie. Gdy wracam do domu tą samą drogą ‚nasz’ pijaczek cały czas śpi. Zatrzymuję się, rozglądam i wkładam mu portfel z powrotem do kieszeni kurtki, niech przynajmniej ma dokumenty jak go obudzi policja i zabierze na izbę. Jadę dalej. Przy fontannach na początku mojego osiedla, wyglądających trochę jak ufo widzę skuloną postać i żar papierosa. Zaraz, to ktoś jakby znajomy… Zwalniam. On kiwa głową, że mnie poznaje. Maras… - Cześć..cmoka - Co tu robisz? - Nic, tak sobie siedzę - czuję wyraźny, mocny zapach marihuany - Jest pierwsza - No wiem.. - Podwieźć cię? - Nie, mam blisko, jeszcze sobie tak posiedzę, chcę pobyć sam - uśmiechnął się z jakimś grymasem…Tak, znałem ten jego nastrój… w sumie to on też powinien przejść się do psychiatry, jak prawie każdy z nas. Znów siedzę w Podziemiu i czekam co przyniesie dzień. Fikoł i Złoty przynoszą kilka win, chowam je do bagażnika a oni zabierają stamtąd fanty do upłynnienia. Przychodzą po paru minutach z kolejnym winem. Pijemy je na dziedzińcu przed Podziemiem, ale jedziemy poszukać jakiegoś fajniejszego miejsca. Zatrzymujemy się na Kilińskiego koło Katedry. Kiedy rozpijamy drugie wino stojąc dalej koło malucha zatrzymuję się za nami granatowy Polonez z dwoma antenami i rejestracją z końcówką D zamiast ostatniej cyfry. - Pały - mówi Fikoł i chowa za siebie wino. Mendy wysiadają, są po cywilu, ale machają nam jakimiś dokumentami. - Prawko i dowód rejestracyjny…Kto jest kierowcą? - ja - odpowiadam i podaję im prawo jazdy i dowód rejestracyjny oczywiście lewą ręką. - Otwórz bagażnik. Zagląda i zdziwiony pyta - Co to, jeżdżąca melina? - śmieje się a z nim rechota dwóch pozostałych. - No dobra chuchnij - mówi do mnie A więc chucham - huu huuu On zatyka nos - alkoholu nie czuć za dużo, ale…co ty jadłeś!? - Pizzę pikantną w Podziemiu - No ale popiłeś czymś? - No winem, przed chwilą… - I zamierzasz teraz tak jechać? - Nie - No a kto tu przyjechał? - Przyjechałem ja, ale jeszcze jak byłem trzeźwy - mówię i patrzę poważnym wzrokiem. Jeden z nich dotyka klapy silnika, który pewnie jest jeszcze ciepły. Widzę, że nie wie co powiedzieć, bo przecież nie może mi udowodnić, że było inaczej. Przygląda mi się jeszcze i pyta: - No dobra, a jak wrócisz na KSM? - Normalnie. Zostawię malucha i pójdę na piechotę - No to zobaczymy… odpowiada ni to grożąc ni żartując. Wsiadają do poloneza i odjeżdżają. Śmiejemy się. Fikoł twierdz, że ich zna z widzenia. Dochodzeniówka, mówi ze znawstwem, wiedzą wszystko co się dzieje na mieście. Taka elita policji. Oczywiście nie dość, że potem jeszcze wracam do domu maluchem, to jeszcze odwożę kumpli na Sady. Kilka dni poźniej jadąc w tym samym składzie plus Zimior widzimy ich znowu. Zwalniają, przyglądają się nam i jadą dalej. A więc wiedzą już, że nie jesteśmy groźni. Takie miasto. Znów mi to zaczyna doskwierać. Jest tak małe, że znają cie wszyscy złodzieje i policjanci. Zwłaszcza w dni tygodnia jest słabo kiedy Grucha zamyka Podziemie zaraz po dziewiątej i potem pakujemy się w malucha i toczymy się wolno po ulicach. Nawet dworzec jest pusty. A czasem Pusty ze swoimi kolegami z zakładu pogrzebowego, przemkną swoją nyską przez centrum i tyle. Czasem nawet ze zwłokami w środku. A więc to dosłownie martwe miasto. Jakby tego było mało maluch od jakiegoś czasu odmawia posłuszeństwa. Padł rozrusznik. Radzę sobie bez tego. Kielce są pagórkowate, w zasadzie trudno jest znaleźć ulicę całkiem płaską – więc mogę parkować bez strachu że nie odpali, zawsze tyłem do wzniesienia, wówczas zadanie mam ułatwione. Tyle, że z tą złamaną ręką trochę trudniej ale i tak najczęściej mam kogoś do pomocy, czasem mają tak pilne ‚zlecenia‘, że pchaliby malucha nawet pod górkę! Przez to, że w Podziemiu też są pustki przynajmniej do późnego popołudnia, kiedy kończą się lekcje zaglądam znów częściej do Dziurki. Znów nie ma Apacza, mówią, że wyjechał. Podobno chciał kupić autobus, żeby zabrać nas wszystkich do Tybetu, ale ponieważ nie było tylu chętnych to kupił jakiś nieduży bus z kominkiem w środku i ruszył sam na Sycylię. Chce dostać się na Saharę by tam medytować… Ale oprócz niego stara gwardia jest na posterunku. Tu zawsze ktoś jest o każdej porze. Kiedy jadę tam, po raz pierwszy od dobrych kilku dni wychodzi słońce i to jakoś tak uciążliwie świeci mi prosto w oczy, że opuszczam osłonę pasażera i wypada na fotel… mój paszport… Ale jaja, jeździł ze mną od Francji czyli jakiś miesiąc. Bałagan podczas ostatniej kontroli musiał go tam schować…Wkładam go tam z powrotem i wchodzę do pubu. Są stali bywalcy: Wodzu, Mierny, Filozof, Kornel i Zdzinek. Wypijam piwo i siedzę z nimi i kiedy już chcę jak zwykle przenieść się na ostatnią godzinę do Podziemia wpada dawno nie widziany Szycu. Jest w jakiejś dziwnej białej koszuli ze stójką, ale takiej ludowej, podobnej do tej, jaką kiedyś nosił Niemen. - Hej, gdzie byleś tyle czasu? - pytam go - Tu i tam… między innymi w Rumunii - uśmiecha się tajemniczo. No rzeczywiście, Rumunia jest w obecnym czasie dosyć dziwnym celem podróży. - W Rumunii? A co można robić w Rumunii? - Tam w przyszłym roku ma być jakiś festiwal teatrów alternatywnych i byliśmy z Wiktorem z kliniki to wszystko zobaczyć - odpowiada, dosiada się do mnie i idzie po piwo. A tak, przypomniałem sobie, że oprócz Zagnańska podobno jest jeszcze inna „wioska wariatów” - Wolimierz. Od niedawna działa tam jakiś alternatywny teatr „Klinika Lalek” założony przez gości z Wrocławia, znajomych Kiniora. Nawet raz już byli tutaj w gościach, zapamiętałem całą bandę dziwnych ludzi, dzieci z dredami, które podobno nigdy nie chodziły do szkoły, biegały boso po parku i wyglądały trochę jak te z filmu Mad Max. Szycu jest nimi zafascynowany, spędził u nich cały miesiąc i opowiada o planach jakie mają. Chcą przekształcić starą poniemiecką stację kolejową w siedzibie teatru. Tak, dużo się słyszy ostatnio o takich zwariowanych „komunach artystycznych”. Wierszalin z którymi z kolei występuje czasem Zdzinek, czy teatr Witkacego, który to zapoczątkował chyba tę modę jeszcze za komuny. Byłem nawet parę lat temu na kilku ich pierwszych spektaklach. Podobno również w Kielcach ma powstać niezależny teatr, mój kumpel Tomczak z kapeli Pere Lachaise, chce taki założyć, nazwać Diaspora i wystawić sztukę o pogromie kieleckim. Pytał mnie nawet kiedyś czy nie zrobiłbym do tego muzyki. Jeszcze rok temu bardzo chętnie. Wówczas interesowałem się muzyką muzyka etniczną więc jakieś motywy żydowskie, klezmerskie by mi podeszły, zwłaszcza, że przecież klarnet to był mój główny instrument w szkole muzycznej. Ale dziś po prostu mi się nie chce. No i nie mam na czym. Do tego konieczny jest jakiś syntezator z programowaniem. W ogóle nie wiem jeszcze co mam robić muzycznie ale przynajmniej wiem, czego mam nie robić - Rapu, bo tego nikt tego nigdy u nas nie rozumie. Muszę obczaić jakiś nowy gatunek, którego nikt jeszcze nie gra i spróbować ten ostatni raz. Szycu wraca z piwem dla nas i dalej nawija o Wolimierzu: - Tam jest zajebiście. To tylko kilka kilometrów do granicy z Czechami, tanio jak barszcz, piwo, knedliczki, żarcie, i zawsze można coś kupić i tu sprzedać i wyjazd się zwraca. Ja na przykład przywiozłem kilka sprayów i sprzedałem kilka razy drożej. Pociągam łyk piwa i próbuję sobie przypomnieć smak piwa czeskiego. Kurczę, przejechałbym się, kilka lat nie byłem w Czechosłowacji. To przecież tyle ile do Zakopanego mniej więcej, jakoś lekko ponad dwie stówki, niedużo. Wypijamy jeszcze po piwku i na prawdę dobrze nam się gada, Szyca nie było w końcu ponad miesiąc, opowiadam mu więc i o Jarocinie i o Krzyżtoporze. On dopiero teraz zauważa, że mam złamaną rękę i że jestem trochę poobijany. - A jeździsz maluchem z tą ręką? - Człowieku, zapierdalam, już nią czasem zmieniam biegi nawet! I kiedy tak sobie rozmawiamy w najlepsze, słyszymy donośny głos Wojtka, nowego wspólnika Jarpa czyli szefa knajpy: - Dobra, chłopaki, ostatnie zamówienia, bo zaraz zamykam… - Ale jak to, dopiero co przyszedłem a w zasadzie przyjechałem! - oburza się Szycu Mierny, Wodzu, i Zdzinek też zamilkli i patrzą ze zdziwieniem w stronę baru - Jestem zmęczony po weekendzie - mówi Wojtek - jest poniedziałek, dajcie spokój Niezadowolonych jest nas kilku, … - Kurwa, że nie można się napić piwa o dziewiątej czy dziesiątej w poniedziałek, Wojtek, przecież mówiłeś, że będzie inaczej, jak w Krakowie, codziennie do ostatniego klienta - Jutro, dziś już padam na ryj. Jarpa nie było bo mieli jakiś koncert z Dekretem i sam siedziałem do czwartej wczoraj a w sobotę do o szóstej wyszedłem…chłopaki zrozumcie - Dobra, to dawaj po dwa piwa - mówimy by mieć jeszcze trochę czasu do namysłu. Zupełnie nie chciało nam się iść do domów. Szycu opowiadając o swoich podróżach wniósł w mój dosyć smutny ostatnio świat odrobinę jakiejś pozytywnej energii. Kiedy chcemy zamówić kolejne, ostatnie już piwo, Wojtek definitywnie zamyka bar. - To my, mówię - jeśli tu nie możemy się napić, to jedziemy na piwo do, chciałem powiedzieć do Krakowa jak to czasem robiliśmy ale przypominałem sobie co mówił Szycu -…do Czech! Wojtek aż się obrócił - Do Czech? I niby teraz? - Tak, teraz. Za chwilę ruszamy. Jak nie masz szacunku do stałych klientów do jedziemy gdzie indziej! - To przywieźcie mi czeskie piwo, bardzo lubię - śmieje się Wojtek i zaczyna sprzątać bar. No tak, Wojtek w odróżnieniu od Gruchy nie wie jeszcze do czego jestem zdolny… - A co, nie wierzysz, że pojedziemy? - Pytam prowokacyjnie, dość głośno Wodzu i inni zaczynają z zaciekawieniem przysłuchiwać się naszej rozmowie. - Pewnie, że nie, bo po pierwsze jest druga, po drugie do daleko a po trzecie wypiliście już swoje i lepiej idźcie już spać - Wojtek, ale jak Ci przywieziemy czeskie piwo, to będziemy mogli pić tu za friko przez miesiąc, ok? - A może tak. Przez miesiąc dwa razy taniej na wszystko - Spojrzał na nas zza swoich okrągłych okularów - ale jak nie pojedziecie, to będziecie płacić podwójnie za każde piwo, zakład? - Zakład - odpowiada Szycu - Stoi - Mierny przeciął nasze ręce - Ale nam też musicie coś przywieźć z Czech byśmy wam uwierzyli! - Nie ma sprawy W doskonałych humorach wychodzimy na zewnątrz. Jest już po pierwszej. W samym środku miasta Jesteśmy tylko my, ostatni Mohikanie - klienci Dziurki. Wsiadamy z Szycem do malucha. „Starzy” wciąż są obok nas, bo oczywiście nie wierzą, że pojedziemy. Włączam stacyjkę. Nie jest dobrze. Głęboka rezerwa, nie wiem nawet czy starczy do jedynej czynnej w nocy stacji na Krakowskiej…Mam nadzieję. Odpalam silnik z górki, zawracam, włączam jedynkę i powoli ruszam w górę Sienkiewki przy akompaniamencie okrzyków starszych kolegów kiedy nagle silnik krztusi się i gaśnie… - Kurwa, koniec wachy, ja pierdolę…- mowię do Szyca Dobiega nas głośny śmiech kolegów… - No to kurwa daleko nie zajechaliście! - Poczekajcie, jeszcze… nie powiedzieliśmy ostatniego słowa! - krzyczę do nich i na prawdę raczej w to nie wierzę. Mam tylko nadzieję, że Wojtek zapomni o zakładzie i nie będzie nam liczył podwójnie. Jak coś, to będziemy interweniować u Jarpa. Powiemy, że to był żart. Zupełnie nie wiem co mamy robić, iść na piechotę na stację? Przecież nie mam nawet kanistra, woziłbym, ale jest za duży, już nic innego nie weszłoby do bagażnika. Rozglądam się i nie widać absolutnie nikogo, choćby „złotówy”, któremu zapłacilibyśmy, żeby nam przywiózł wachę. Rezygnujemy, cóż, na przeciwność losu nie ma rady. Zostawiam malucha pisząc kartkę „Brak etyliny” żeby mi mandatu rano nie dali i ruszamy po woli z buta w stronę KSM’u. Nagle tuż przed Kilińskiego od strony Katedry słyszymy jakiś hałas. Coś grzechocze, wyje silnik i słychać pisk opon, …Patrzymy w prawo i z mroku wyłania się czarna nyska podskakując po wybojach, jadąc z dość dużą szybkością. „Usługi pogrzebowe S. Kot” - Zaraz, przecież to - mówię do Szyca ….W tym momencie karawan gwałtownie hamuje. Otwierają się tylne drzwi i wysiada… Pusty. Na szczęście zupełnie żywy. Tyle, że pijany. - Dolar, kurwa, co tu robisz o tej porze, jedziecie na ryby? - A wy? Myślałem, że o tej porze nie ma pogrzebów.. - co ty, jedziemy po kwiaty pod Warszawę na giełdę, zawsze się tak jeździ. Chcecie się przejechać? To za Grójcem w zasadzie. Mam flaszkę. - Tak, chcemy się przejechać, ale do Czech moim maluchem - Ale teraz? - Tak - Pojebało was? Opowiadamy szybko co zaszło no i o zakładzie, że w związku z tym będziemy mieć problem. - Jaki problem! mówi Pusty,- poczekajcie chwilę Jestem przekonany, że idzie pogadać z braćmi Kotami by nas podwieźć na jakąś czynna stację. Tymczasem on wyciąga zza tylnego fotela mały kanisterek pięciolitrowy. Pełny! - Zawsze wozimy, mówi jeden z Kotów, bo często jeździmy w nocy a wiadomo jak ze stacjami i z benzyną. Jesteśmy uratowani. - A wam nie zabraknie? - pytam - Właśnie tankowaliśmy do pełna, obrócimy bez problemu - Poczekajcie chwilę - mówi Szycu - Ile za te pięć litrów? - Nawet nas nie wkurwiaj, przywieźcie po piwku dla nas, nie piłem czeskiego od końca podstawówki chyba! Tymczasem z góry wolno toczy się cywilny Polonez z dwoma antenkami. Przystaje na chwilę, policjanci przyglądają się nam przez chwilę i jadą w dół dalej. - hehe, może myśleli, że coś kradniemy. - A co tu można ukraść w tym mieście - Na przykład zwłoki - odpowiadam - Zwłoki to za chwilę będą z Pustego jak tak dalej pójdzie, sam wypił chyba już pierwszą flaszkę - mówi jeden z braci. Szycu pali fajkę i zostaje z nimi a ja idę szybko w dół przelać paliwo do zbiornika. Kiedy wracam i chcę oddać kanister mówią, że mogę sobie go zatrzymać na jakiś czas bo mają też dwudziestolitrowy. Przepychamy z Szycem malucha w dół Sienkiewki i po chwili odpala. Czujemy, jak wraca w nas życie. Pełni energii ruszamy w stronę Krakowskiej Rogatki. - Kurwa, ale się zdziwią - No, tylko musimy dojechać, nie jesteś zmęczony? - Pyta Szycu - Byłem, minęło mi. Dam radę. Na jedynej w Kielcach stacji CPN akurat na wylocie na Kraków tankujemy dodatkowo paliwo i kupujemy cztery piwa na drogę. - Bo to jest tak - mówię do Szyca, kiedy już jesteśmy na trasie na południe - że wszyscy narzekają jak w Kielcach jest chujowo, miasto wymarłe. A potem taki Wojtek czy Grucha, którzy obiecywali, że to zmienią zamykają pub o dziesiątej. Są miasta gdzie o tej godzinie dopiero wychodzi się z domu! - No jacha, Nie szanują klientów a klient, nasz pan! - Mówi Szycu i otwiera swoje piwo Mijamy Jędrzejów i wspominamy nasz handel maryśką - hehe, ale się małolaty dawały na to nabrać - śmieje się Szycu - nie tylko małolaty, połowa moich znajomych też Potem mówię mu o wojsku i spodziewanym bilecie. Jemu załatwiła matka, pielęgniarka, ale nie było łatwo… - w Wolimierzu mogą cie cmoknąć, nigdy cię tam nie znajdą, jedź ze mną! Bo Szycu ma plan, żeby najpóźniej w przyszłym roku tam zamieszkać na stałe. - Ale co tam będę robił, mówisz, że to wieś na odludziu, a dla mnie Kielce są wioską - no tak…jeśli nie palisz trawki i nie jesz grzybków to rzeczywiście, to nie jest miejsce dla ciebie! - śmieje się. Widać, że ta niespodziewana podróż bardzo mu się podoba. Przed Krakowem Szycu zasypia a mnie też zamykają się oczy ale jakoś daję radę. Wczesnym rankiem jesteśmy na granicy. Tam okazuje się, że moja zielona karta skończyła się właśnie.. wczoraj. No tak, przecież była wykupiona na miesiąc…Nie opłaca kupować nowej, bo jej cena mocno zdrożała a przecież mamy plan być tam tylko kilka godzin. Szkoda nam kasy na świstek papieru, który jest nam potrzebny by przejechać parę kilometrów do najbliższego miasteczka. Wymieniamy pieniądze i czekamy na kogoś, kto nas podwiezie. Widzimy czeskiego a raczej słowackiego mleczarza w śmiesznym niedużym pojeździe, jakby mini ciężarówce. Pytamy czy nas podrzuci kilka kilometrów do Trsteny. - Ne ma problema No to jedziemy. Pyta się po co jedziemy - Piwo! Śmieje się, też lubi, ale po pracy. My nie pracujemy, mówimy, możemy teraz - Ale nie ma piwa tak rano, Ale w Dolnym Kubinie tak. Jest vlak. No dobra. Możemy jechać „vlakiem” Zostawia nas koło stacji kolejowej, kupujemy bilety i wsiadamy w pociąg. To taka osobowa bonanza, śmieszna, trochę jak większy tramwaj. I rzeczywiście nie jedzie, tylko się wlecze, może stąd ta nazwa, Słowacja jest górzysta dużej części i pociągi jeżdżą wolno. Jest już siódma czy ósma i wagon jest pełen miejscowych… pasterzy, no bo tak wyglądają. To Górale jadący do miasta. Słucham co mówią i nagle uświadamiam sobie, że rozumiem niemal każde słowo. Znam ten dialekt! Jest niemal identyczny jak ten, którym mówił mój dziadek z Nowego Targu……Przecież nawet ojciec mi mówił, że dialekt góralski różni się nie granicami, tylko regionami, Spisz, Orawa, a nawet wioskami, każda ma trochę inny. I że niektórzy znajomi ojca z przygranicznych wiosek nie wiedzieli nawet czy są Polakami czy Słowakami… zasypiam. Budzą nas przepychający się do wejścia ludzie – Dolny Kubin! Po kilkudziesięciu minutach snu jesteśmy wykończeni. Dopiero teraz zaczynam żałować tej idiotycznej podróży. Idziemy powłócząc nogami do jakiegoś baru, i myślę, że na prawdę jesteśmy kretynami, żeby dla byle zakładu pchać się prawie trzysta kilometrów na piwo próbując coś komuś udowodnić. Ale słowo się rzekło, jesteśmy już tutaj, co robić. A raczej dobrze wiemy co mamy robić. Szukamy knajpy. Na szczęście Dolny Kubin jest większy niż Trstena no i od razu znajdujemy bar z restauracją i zamawiamy… dania obiadowe i piwo choć nie ma jeszcze dziewiątej. Kelnerka w ogóle się nie dziwi. Uff, po chwili już czuję się lepiej. Zaczynamy się rozglądać. Czas zatrzymał się tu w miejscu w latach osiemdziesiątych albo nawet dekadę wcześniej. Boazeria, wystrój jaki mniej więcej był w naszej PRL’owskiej „Winnicy” ale najciekawsze były wielkie fotografie czechosłowackich drużyn hokejowych. O tak wczesnej porze nie ma wielu gości, ale pomimo letniej jeszcze pory wszyscy mają zimowe wełniane czapki zimowe założone na czubek głowy. To ciekawe, mimo, że jest dzień tygodnia jest sporo ludzi, jedzą spokojnie, piją piwo, niektórzy palą, trochę gadają, czytają gazety…Więcej ludzi w knajpie niż u nas o tej porze a jednocześnie spokojniej, bardziej kulturalnie. Kubin jest mniej więcej wielkości Jędrzejowa. Od razu przypomniał mi się Zagnańsk czy Brody, które są przecież kilka razy mniejsze, a jednak zdecydowanie mniej bezpieczne. No, chyba, że wieczorami jest tu inaczej i wszyscy okładają się na przykład kijami hokejowymi po głowach. Ale nie sądzę. Słowacy są jacyś inni. A to przecież tylko kilkadziesiąt kilometrów od granicy, z resztą, podejrzewam, że nawet w Trstenie w barze będzie tak samo, a to tylko sześć kilometrów od granicy. W ogóle jest tu tak, jak z jakiś filmów Jarmuscha o amerykańskiej prowincji, może dlatego że w tle leci muzyka.. country w języku czeskim. Wypijamy po dwa duże piwa o wspaniałym, lekkim, orzeźwiającym smaku i ruszamy rozejrzeć się do pobliskiego supersamu. Wygląda jak nasz stary ‚ederdowiec’ na osiedlu ale w środku jest lepiej. Albo po prostu inaczej. Szycu od razu idzie po spraye, ja kupuję moje ulubione kiedyś orzeszki arachidowe. Przy kasach w kratkach stoją piwa: markowe po półtorej korony, jakieś nieznane po koronie oraz lokalne, bez etykiety po pięćdziesiąt halerzy, oczywiście bierzemy lokalne, i tak są milion razy lepsze od naszych „markowych” jak Żywiec na przykład. Kupujemy torbę, bo mamy tylko jeden plecak. No, szkoda, że jednak nie mogliśmy wjechać maluchem, bo będziemy musieli to dźwigać, ale co tam. Damy radę. Obładowani zakupami ruszamy w powrotną drogę. - Popatrz - Szycu pokazuje mi dziesiątki malutkich pudełek od zapałek ze zdjęciami rozebranych dziewcząt - w takich powinniśmy byli sprzedawać maryśkę i brać drożej, za produkt dwa w jednym, dragi i porno! Jedziemy pociągiem do Trsteny, znów z tymi samymi Góralami co w tamtą stronę a przynajmniej wyglądającymi tak samo. Okazuje się, że knajpy już są otwarte, postanawiamy zajrzeć więc na jedno piwko i knedliczki. Taka okazja już w tym roku się nie powtórzy. Szycu pasuje tutaj, też wygląda w końcu trochę jak czeski hokeista, dłuższe, włosy, lekka bródka, niedbale ubrany, i uśmiechnięty od ucha do ucha. Zawsze taki był. Tak, to dobre miejsce na krótki odpoczynek od szalonej Polski, gdzie siedząc w jakiejkolwiek knajpie trzeba mieć oczy naokoło głowy, z resztą nie tylko w knajpie, ale na ulicy, wszędzie ktoś się może o coś przypierdolić. A tu relaksik. Może człowiek umarłby z nudów, ale na chwilę jest wspaniale. To był jednak świetny pomysł. Ale wszystko co dobre w końcu się kończy. Czas się zbierać, jeśli mamy zdążyć na wieczór pod Dziurkę. Teraz pozostaje nam złapać stopa na samą granicę, może spotkamy tego samego mleczarza? Ruszamy w kierunku przejścia po drodze starając się coś złapać. Niestety, ruch jest bardzo nieduży.   Co kwadrans minut mija nas jakaś ‚Skodzianka’ z kierowcą w kapelusiku z piórkiem, który udaje, że nas nie widzi a wiadomo, że jedzie na granicę bo ta droga tylko tam prowadzi. Szycu jest wyraźnie wkurzony. Co jakiś czas wyrywa słupki drogowe i rzuca do rowu. Po lewej stronie widzimy kapliczkę. Akurat wyszło słońce i zrobiło się ciepło. - Ok, to może czas na mały przystanek - mówi Szycu i siada na trawie przed kapliczką - będzie nam trochę lżej Siadamy na trawie, wyciągamy po piwie, pijemy i patrzymy na ładny, lekko pagórkowaty krajobraz. W tle gdzieś majaczą Tatry. Oczywiście kiedy jedzie jakiś samochód w stronę granicy jeden z nas wstaje i próbuje go zatrzymać. Ale za każdym razem kończy się tak samo - Co za chuje.. a patrz, niby jak my - katolicy - Szycu pokazuje na kapliczkę - a nie ma w nich ani śladu miłosierdzia. Czas wypróbować spraye. Szycu rozgląda się po czym bierze jeden spray i maluje na kapliczne pentagram oraz cyfrę 666 wściekle czerwonym kolorem..- działa! Wracamy na drogę, po chwili znów przejeżdża Skoda, również się nie zatrzymuje ale kierowca patrzy na kapliczkę aż odwraca mu się głowa w kapelusiku o sto osiemdziesiąt stopi, niczym sowie.…Do samej granicy rozglądamy się za policją i mamy nadzieję, że nikt nie doniósł o naszym niecnym wyczynie. W końcu przechodzimy kontrolę i docieramy do malucha. Ufff. - Nie ma jak w domu! - mówię wsiadając do środka i wrzucając na tył nasze bagaże. Tak, coś w tym jest. Z reguły jeśli podróżowałem, i nawet zwiedzaliśmy jakiś miejsce to zawsze maluch zawsze był w pobliżu. Ruszamy w drogę powrotną. Gdy docieramy do Krakowa zapada zmierzch. Jedziemy alejami, niestety, nie udaje mi się złapać słynnej zielonej linii, a chce nam się lać, nie ma stacji benzynowej w końcu, gdzieś już prawie przed wylotem z miasta zatrzymuję się na dość pustym chodniku wbiegam w krzaki i sikam. Za chwilę dołącza do mnie Szycu. Zapala papierosa. Jesteśmy w połowie drogi, za dwie godziny powinniśmy być pod Dziurką, Szycu patrzy na zegarek, - na ósmą, dziewiątą będziemy. Idealnie. Patrzymy na posępny budynek za nami otoczony wysokim murem. - To areszt na Montelupich, podobno najcięższe więzienie w Polsce…mówi Szycu - Jedno z czterech w którym wykonuje się karę śmierci… Podczas gdy on kończy palić ja zastanawiam się jak tam jest. Czy rzeczywiście tak groźnie, czy dałbym radę gdybym na przykład przypadkiem tam się znalazł? Nie wiem skąd takie myśli. Obym nigdy się nie przekonał. - Za pomalowanie kapliczki sprayem chyba nie wsadzą nas tutaj? - Śmiejemy się. Wsiadamy i jedziemy dalej. Do Kielc przyjeżdżamy w niecałe dwie godziny i jedziemy prosto pod pub. Kilka osób pali na zewnątrz i już z daleka nas widzą. Widocznie już się rozeszło że pojechaliśmy do Czech na piwo i na prawdę chyba nas oczekiwano. Choć jesteśmy koszmarnie zmęczeni i najchętniej poszlibyśmy od razu spać, honor nam na to nie pozwala. Z uśmiechami wysiadamy z malucha i rozdajemy każdemu czeskie zapałki z ‚gołymi babami‘ - - Proszę, oto dowód! Byliśmy! Tylko Wojtek coś niemrawo patrzy na nas zza okularów, unika ‚kontaktu wzrokowego’ Aż w końcu mówi: - no to co, skoro już byliście w Czechach, to macie dosyć piwa, nie? Nic nie mówiąc z ponurą miną nalewa nam po piwie. Stukamy się z Szycem kuflami i triumfujemy. Nagle wstępuje we mnie życie. Opowiadamy całą naszą historię, o pentagramie i szóstkach na kapliczce, pociągu, czeskich knajpkach. Wszyscy słuchają nas jak świnia grzmotu. Naszą relację przerywa jak zwykle ponury głos Wojtka: - Chłopaki, po jednym i do domu.. Aż nie chce nam się tego komentować. - kurwa, drugi raz już na Słowację nie pojedziemy - mówię do Szyca, tym razem odpuszczamy… Szycu proponuje mi, że weźmie ode mnie trzy spraye i da mi za nie swoje trzy piwa. „No jacha”, co mi tam, choć tracę może na tym interesie. Jestem koszmarnie zmęczony, Szycu, który mógł spać w samochodzie oczywiście idzie do kogoś na chatę by imprezować dalej a ja jadę do domu. Oczy mi się zamykają i rzeczywiście, wyjechałem na wydawało mi się puste skrzyżowanie z podporządkowanej i nagle słyszę obok mnie klakson i pisk opon hamującego samochodu. Kątem oka widzę, że to jakiś bus. Uff. Kiedy chcę ruszać słyszę znajomy głos. - Dolar, co ty odpierdalasz, najebany jesteś? - poznaję głos Pustego. Parkuję i wysiadam. Z czarnej nyski wychodzą bracia Kotowie i Pusty. - Dolar, to jedziesz w końcu do tych Czech czy nie! - pyta mnie Pusty - Właśnie wracam… - No nie mów…Pusty patrzy z podziwem i chyba mi wierzy. - Poczekaj - przypominam sobie, że obiecałem im piwa, i trochę z żalem daję im ostatnie trzy butelki z czterech, które mi zostały - A wy co, jeździcie po nocy i szukacie klientów? - No prawie. Mówiłem ci, ostatnio niemal codziennie jeździmy pod Warszawę po kwiaty, żeby były na rano. Taka robota. - to nie możecie kupić więcej na raz? - całe auto kupujemy, ale jest za mało - mówi pierwszy Kot - Jesień, szron się zaczął - dodał drugi Kot - sezon na co? - Na trupy, kurwa, a na co. - jesień i wiosna są najlepsze - splunął drugi - A może pojedziesz z nami? - Pusty popija łyk piwa - Kurwa, nie mam siły, ledwo co wróciłem z tych Czech. - no ale kto ci każe kierować - zachęca Pusty - Padam z nóg - No to odstąpię ci moje miejsce. Leżące! - mruga okiem i pokazuje na pakę nyski - Dolar, chodź. Taką limuzyną to jeszcze nie jechałeś! Kurwa, jadę a co mi tam. Zamykam malucha, Pusty otwiera mi tylne drzwi Nyski wchodzę a tam na samym środku leży.. trumna. No w sumie to czego mogłem się spodziewać w karawanie. - Pusta? - pytam się niepewnie - Zajrzyj - zachęca mnie Pusty ale ja nie mam zamiaru tego robić - Jutro już nie będzie pusta, klient czeka w prosektorium - śmieje się Pusty. Pusty otwiera ją i kładzie wieko obok. Zaglądam do niej. W środku trumna ma dość miękki, czerwony materiał. A więc tak to wygląda, oczywiście nieboszczyk już tego nie wie i jest mu wszystko jedno. Pusty wkłada tam drugą flaszkę wódki i colę. Ruszamy, oni oczywiście oprócz kierowcy, jednak wolą pić wódkę więc dla mnie zostają czeskie piwa oprócz tego, które wypił Pusty. Znów wspominamy obrosłą już legendą imprezę na Stadionie z kulomiotkami a potem ja słucham jednym uchem i przysypiam. W końcu jesteśmy na miejscu. Jest jakaś czwarta nad ranem, kompletnie ciemno, skręcamy w lewo od głównej drogi za Tarczynem i wjeżdżamy jakieś miejsce gdzie jest gdzie jest już wiele samochodów w większości oczywiście pogrzebowych, dziesiątki słabo oświetlonych budek z kwiatami, stare Żuki, Tarpany, podejrzewam, że to auta dostawców. Czekamy na braci Kotów jakieś pół godziny, w końcu góra kwiatów ląduje z tyłu obok trumny i chwilę później ruszamy z powrotem. Teraz jestem już całkiem padnięty, Pusty kładzie się na bocznej ławie i momentalnie zasypia a na drugiej są położone wszystkie kwiaty. Zostaje więc tylko.. trumna. Wchodzę tam, kładę się i czuję, że wcale nie jest tak wygodnie. Kręci mi się w głowie, wsłuchuję się w szum silnika. Zasypiam. Kiedy się budzę czuję, że ciężko mi się oddycha ale najgorsze jest to, że nic nie widzę, mimo szeroko otwartych oczu. Podnoszę głowę i uderzam się o coś..