33 osoby interesują się tą książką

Opis

Nowa powieść Holly Black, autorki wielu megabestsellerów, w tym "Okrutnego księcia"!

Miasteczko Fairfold to jedno z tych niewielu miejsc, w których magia nieznacznie przenika do naszej rzeczywistości. Od czasu do czasu ktoś znika bez śladu, ale takie wypadki zdarzają się najwyżej raz czy dwa razy w roku, no a poza tym dotyczą wyłącznie turystów.
Jednak tego roku z serca okolicznej puszczy wyłania się ponura groza. Odkąd ktoś strzaskał szklaną trumnę, w której spoczywał śpiący królewicz, apokaliptyczna bestia imieniem Rozpacz zagraża wszystkim mieszkańcom miasteczka. Pewna dziewczyna, o  imieniu Hazel, która znajduje niezwykły miecz, niezbyt dobrze pamięta, co robiła przez ostatnich pięć lat. Okazuje się, że musi czym prędzej przypomnieć sobie kilka istotnych faktów, dotyczących żelaza i marchewek… Czy zdoła? Jeśli  nie zdąży, miasteczko czeka zagłada smutniejsza niż śmierć…  Teraz jedyna nadzieja w Hazel, jej muzykalnym braciszku oraz w pewnym zabójczo przystojnym elfie.
Czytelnicy Okrutnego księcia Holly Black, pamiętają z pewnością Króla Olszyn i Severina. W tej książce przedstawiona jest ich historia i dzieje miecza, który później odegrał istotną rolę w rozwiązaniu problemów Jude, Królowej niczego. Wartka, pełna przygód akcja nie pozwala się oderwać i każe z wypiekami na twarzy przewracać kolejne strony.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 393

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: The Darkest Part of the Forest

Redakcja: Justyna Techmańska

Korekta: Renata Kuk

Skład i łamanie: Robert Majcher

Opracowanie graficzne polskiej okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Copyright © 2015 by Holly Black

Illustrations by Kathleen Jannings

Cover art copyright © 2019 by Sean Freeman. Image of foliage © Chansom Pantip/Shutterstock.com; image of vines © Venus Kaewyoo/Shutterstock.com; images of leaves © KETriKET/Shutterstock.com; image of nettles © Tetiana Rostopira/Shutterstock.com; image of flower bud © JasminkaM/Shutterstock.com; images of beetles © Zety Akhazar/Shutterstock.com

Cover design by Karina Granda

Cover copyright © 2019 by Hachette Book Group, Inc.

Copyright for the Polish edition © 2020 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-7686-887-5

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

Sarze Rees Brennan, wspaniałej przyjaciółce w podziękowaniu za inspirację.

Pójdź ku nam, dziecię; gdybyśmy cię skrzywdzić zamierzali, czy byśmy czatowali u skraju ścieżki wiodącej przez ten las na granicy światów?

– Kenneth Patchen

ROZDZIAŁ 1

Ścieżką wydeptaną w lesie, gdy minęło się strumień i wydrążony pień drzewa pełny chrząszczy i termitów, można było dojść do szklanej trumny. Stała bezpośrednio na ziemi, a w niej spał rogaty chłopiec o uszach spiczastych jak ostrza noży.

O ile Hazel Evans wiedziała – od swoich rodziców, a jej rodzice wiedzieli to od swoich – zawsze tam był. I cokolwiek by ktokolwiek wyprawiał, wcale się nie budził.

Nie budził się przez długie letnie miesiące, kiedy Hazel i jej brat Ben przychodzili, by położyć się na trumnie i wpatrywać przez kryształowe szybki, zostawiając na nich mgiełkę swoich oddechów i snując przedziwne marzenia. Nie budził się, kiedy nadciągali turyści, by się na niego gapić i nie budził się, kiedy różni cwaniacy zapewniali, że wcale nie jest prawdziwy. Nie budził się w jesienne weekendy, kiedy dziewczyny na nim tańczyły, gibając się w rytm metalicznych dźwięków, płynących z podłączonych do iPodów głośniczków. Nie zwrócił uwagi na to, że Leonie Wallace wzniosła piwo nad głowę w toaście, jakby w pozdrowieniu dla całego nawiedzonego lasu. Nawet nie drgnął, kiedy najlepszy przyjaciel Bena, Jack Gordon, napisał na jednym z boków trumny flamastrem W RAZIE NIEBEZPIECZEŃSTWA ZBIĆ SZYBĘ. Ani kiedy Lloyd Lindblad przytaszczył młot i rzeczywiście próbował tego dokonać. Wokół rogatego chłopca przez lata odbywały się niezliczone imprezy, aż całą przestrzeń wokół usiały pokolenia potłuczonych butelek w odcieniach zieleni i bursztynu, aż krzaki lśniły od zgniecionych puszek aluminiowych, srebrzystych, złocistych i przerdzewiałych – i cokolwiek działo się podczas tych wszystkich imprez, nigdy nie wydarzyło się nic, co byłoby w stanie obudzić chłopca śpiącego w szklanej trumnie.

Kiedy Ben i Hazel byli dziećmi, splatali dla niego wianki z kwiatów i opowiadali mu historie o tym, jak go uratują. To były czasy, kiedy w ogóle zamierzali ocalić w Fairfold wszystkich, którzy by tego potrzebowali. Kiedy Hazel podrosła, najczęściej odwiedzała trumnę tylko nocą, wraz z rzeszą imprezowiczów, jednak zawsze na widok dziwnej i pięknej twarzy chłopca coś ściskało ją w piersi.

Nie uratowała go i nie uratowała też Fairfold.

– Cześć, Hazel – zawołała Leonie. Nie przestając tańczyć, przesunęła się na bok, żeby zrobić miejsce, gdyby Hazel chciała dołączyć do tańczących na trumnie rogatego chłopca. Pląsała już tam Doris Alvaro, której nie chciało się przebrać, więc nadal miała na sobie strój cheerleaderki przywdziany na dzisiejszy, przegrany zresztą, mecz; wymachiwała głową, aż kasztanowy kucyk trzepotał w powietrzu. Obie dziewczyny były zarumienione od alkoholu i dobrej zabawy. Hazel pomachała na powitanie Leonie, ale nie wskoczyła na trumnę, chociaż trochę ją kusiło. Zamiast tego jednak wmieszała się w tłum.

Liceum w Fairfold było na tyle małą szkołą, że chociaż oczywiście istniały kliki oraz elity (co prawda niektóre złożone tylko z jednej osoby, na przykład na całą społeczność metali składała się niejaka Megan Rojas), wszyscy po prostu musieli bawić się razem, w przeciwnym wypadku było po prostu za mało ludzi, żeby taką zajawkę nazwać imprezą. Melanż melanżem, nie znaczyło to jednak, że każdy z każdym się przyjaźnił. Jeszcze miesiąc wcześniej Hazel należała do towarzystwa dziewczyn paradujących dumnie po szkole w wyzywającym makijażu i biżuterii równie ostrej jak ich uśmiechy. Przysięgały sobie wierność na zawsze, nie obyło się bez chlastania kciuków żyletami i wysysania krwi. Wymiksowała się z nich po tym, jak Molly Lipscomb poprosiła ją, żeby zaczęła wyrywać jej dawnego faceta, a kiedy Hazel spełniła prośbę, Molly się na nią wściekła.

Wkrótce okazało się, że również inne przyjaciółki Hazel to po prostu przyjaciółki Molly. Co prawda były we wszystko wtajemniczone, ale wmawiały każdemu, że nie, skądże znowu. Zachowywały się tak, jakby to była wina Hazel i to ona powinna za wszystko przepraszać. I jeszcze przyznać się, że zrobiła to, żeby sprawić Molly przykrość.

Hazel całowała się z chłopakami z bardzo wielu różnych powodów – na przykład dlatego, że byli fajni, że była trochę nastukana, że się nudziła, bo mogła, bo to było spoko, bo któryś tam był samotny, bo przez to na chwilę zapominała o swoich lękach; bo nie wiedziała, ile jeszcze pocałunków pozostało jej w życiu. Jednak tylko raz całowała się z chłopakiem, który był chłopakiem innej dziewczyny i pod żadnym pozorem nie zamierzała nigdy więcej tego zrobić.

Przynajmniej tyle, że zawsze pozostawał jej do towarzystwa brat, chociaż akurat w tym momencie był na randce z jakimś kolesiem poznanym przez internet. No i był jeszcze najlepszy kumpel Bena, Jack, chociaż trochę nieswojo się czuła w jego obecności. No i jeszcze Leonie.

Podsumowując, mnóstwo przyjaciół. Aż za wielu, prawdę mówiąc, biorąc pod uwagę, że prędzej lub później, ale raczej wkrótce, będzie musiała odejść, pozostawiając ich zapewne w nieutulonym smutku.

Nie chcąc zawracać głowy żadnemu z nich, nikogo nie poprosiła o podwiezienie na imprezę, w związku z tym musiała przejść kawał drogi pieszo, najpierw przez rzadki zagajnik, następnie minąć kilka farm i stary skład tytoniu, by potem zagłębić się w las.

Była wczesna jesień, zapadał wieczór, w powietrzu pachniało dymem z palonych drew i wilgotną, słodkawą zgnilizną opadłych liści, i wszystko wydawało się możliwe. Miała na sobie nowy zielony sweter, swoje ulubione brązowe glany, w uszach tanie kolczyki – kółka pokryte zieloną emalią. W jej rozpuszczonych rudych włosach połyskiwało złoto minionego lata, a kiedy przed wyjściem spojrzała na siebie w lustrze, by rozsmarować na ustach nieco szminki, uznała, że wygląda całkiem, całkiem w porządku.

Muzyką zajmowała się Duża Liz, puszczała kawałki z telefonu podłączonego do głośników swojego vintage’owego fiata: dansowa muzyka łomotała tak głośno, że aż drzewa się trzęsły. Martin Silver gadał jednocześnie z Lourdes i Namiyą, najwyraźniej mając nadzieję na trójkącik z najlepszymi kumpelami, czyli coś, do czego nigdy, ale to przenigdy z pewnością nie dojdzie. Molly zaśmiewała się, otoczona wianuszkiem lasek. Stephen siedział na masce swojej półciężarówki, nawet nie zgasił świateł. Miał na sobie pochlapaną farbą koszulę i walił z flachy bimber taty Franklina, zbyt zajęty jakimś tajemnym smutkiem, by się martwić, czy od tego zajzajeru nie oślepnie. Jack siedział z Carterem, swoim (w pewnym sensie) bratem, na pniaku opodal szklanej trumny. Śmiali się, więc Hazel chciała pójść do nich i też się pośmiać, tylko że jednocześnie miała ochotę potańczyć, a także wrócić do domu.

– Hazel – odezwał się ktoś.

Odwróciła się, ujrzała Robbiego Delmonico. Uśmiech zastygł na jej twarzy.

– Dawno cię nie widziałem. Ładnie wyglądasz.

Powiedział komplement w taki sposób, jakby miał jej to za złe.

– No, dzięki.

Robbie przecież musiał zdawać sobie sprawę, że go unika, przez co czuła się parszywie, ale odkąd kiedyś coś tam się między nimi wydarzyło na jakiejś imprezie, łaził za nią, jakby się zakochał po uszy, a to było naprawdę okropne. Nie rzuciła go ani nic w tym rodzaju, nigdy nie byli ze sobą, nawet zresztą nie próbował się z nią umówić. Gapił się tylko na nią, strasznie nieszczęśliwy i zadawał dziwaczne, wieloznaczne pytania w rodzaju: „Co robisz po szkole?”. Kiedy odpowiadała: „Ja wiem? Chyba nic”, nie podejmował tematu, nigdy nie próbował jakoś się zbliżyć.

Właśnie dlatego, że Hazel całowała się z takimi kolesiami jak Robbie Delmonico, zyskała sobie opinię laski, która gotowa jest całować się z każdym.

Co może zresztą nie było wcale takim głupim pomysłem.

– No dzięki, dzięki – powtórzyła trochę głośniej, skinęła głową. Zaczęła już się odwracać.

– Masz nowy sweter, nie?

Obdarzył ją przy tym tym smutnym uśmiechem, który miał dać jej do zrozumienia, że on wie, jakie to miłe z jego strony, że to zauważył i że wie, że najfajniejsi kolesie mają w życiu najgorzej.

Najzabawniejsze było to, że nigdy przedtem nie sprawiał wrażenia szczególnie nią zainteresowanego, to znaczy zanim się do niego dobrała. Natomiast łącząc swoje wargi z jego ustami – no i coś tam jeszcze poza tym – przekształciła się mimowolnie w jakąś okrutną boginię miłości.

– Tak, chyba nowy – odpowiedziała, znów kiwnęła głową. W jego obecności czuła się tak oziębła, jak najwyraźniej jemu się wydawało. – To co, na razie.

– No – odpowiedział przeciągle.

Potem zaś, w krytycznym momencie, w chwili, gdy miała właśnie odejść, ogarnęło ją poczucie winy i powiedziała tę jedną rzecz, której mówić nie należało, za którą będzie ganić się i winić przez resztę nocy:

– Pewnie jeszcze się zobaczymy.

W jego oczach zajaśniała nadzieja, a Hazel zbyt późno zdała sobie sprawę, że nieszczęśnik potraktował to jak obietnicę. Mogła zrobić już tylko jedno, dać nogę i dołączyć do Jacka i Cartera.

Jack, w którym Hazel kochała się, kiedy była młoda i głupia, zdziwił się na jej widok, co właściwie było dziwne, bo rzadko kiedy okazywał zaskoczenie. Jak kiedyś powiedziała jego matka, Jack potrafił dosłyszeć grom, jeszcze zanim raczyła się pojawić błyskawica.

– Hazel, Hazel, oczy niebieskie, a przez te oczy życie chłopców kiepskie – odezwał się Carter, bo Carter potrafił zachować się jak fiut.

Carter i Jack byli do siebie bardzo podobni, jakby byli bliźniakami. Takie same ciemne, kręcone włosy. Bursztynowe oczy. Tak samo śniada skóra i pełne usta oraz wydatne kości policzkowe, których pożądały wszystkie dziewczyny w mieście. Nie byli jednak bliźniakami. Jack był podmieńcem – podmieńcem za Cartera, podrzuconym, kiedy elfy ukradły prawdziwego Cartera.

Fairfold było dziwnym miastem. Położone w samym sercu puszczy Carling, nawiedzonego lasu, w którym aż roiło się od tych, których dziadek Hazel nazywał zielonym ludkiem, jej mama zaś mówiła na nich „oni we własnych osobach” lub „powietrzne elfy”. W tych lasach nie dziwił nikogo widok czarnego zająca przepływającego przez strumień, chociaż wiadomo, że długouchy nie przepadają za wodą – albo jelenia, który w mgnieniu oka przeistacza się w biegnącą dziewczynę. Każdej jesieni sporą część zebranych jabłek pozostawiano dla okrutnego i kapryśnego Króla Olszyn. Każdej jesieni wyplatano dlań kwietne girlandy. Mieszkańcy miasta wiedzieli, że lękać się należy przyczajonego w sercu lasu stwora, który wabi turystów odgłosami przypominającymi kobiecy płacz. Powiadano, że owa jędza czy strzyga ma palce z patyków, włosy z mchu, a żywi się rozpaczą i rozsiewa ziarna rozkładu. Można ją przywołać specjalną rymowanką, którą dziewczynki z miasta powtarzały sobie szeptem podczas urodzinowych noclegów u koleżanek. Rósł tam też pośrodku kamiennego kręgu głóg, do którego należało w razie potrzeby przywiązać podczas pełni księżyca kawałek swojego odzienia i czekać, aż pojawi się ktoś z Małego Ludku, z kim będzie można się potargować o spełnienie swoich najskrytszych pragnień. Poprzedniego roku Jenny Eichmann zażyczyła tam sobie, aby ją przyjęto do Princeton, obiecując, że zapłaci każdą cenę, jakiej zażądają elfy. Owszem, dostała się, ale tego samego dnia, kiedy przyszła wiadomość, jej matka dostała zawału i umarła.

Z tej to przyczyny, dzięki dziwnym zjawiskom i spełniającym się życzeniom, w maleńkim Fairfold wprost roiło się od turystów, chociaż była to tak skromna mieścina, że maluchy chodziły do przedszkola w tym samym budynku, w którym mieściła się szkoła, a żeby kupić nową lodówkę czy choćby pochodzić sobie po sklepach, trzeba było jechać trzy miejscowości dalej. Inne miasta miały swoje atrakcje w rodzaju największego kłębu sznura lub wytwarzano w nich ogromne kręgi sera albo tamtejsi stolarze wykonali krzesło jak dla giganta. Zjawiskowe wodospady, lśniące jaskinie pełne stalaktytów, albo nietoperze śpiące pod przęsłami mostu. Fairfold miało swojego chłopca w szklanej trumnie.

Oraz elfy.

Dla elfów zaś turyści stanowili atrakcyjną zwierzynę.

Może właśnie dlatego elfowie w taki sposób potraktowali rodziców Cartera. Tymczasem owszem, jego ojciec był przyjezdny, ale mama z pewnością nie była turystką. Już pierwszej nocy zorientowała się, że skradziono jej niemowlę. I wiedziała, co trzeba zrobić. Poprosiła męża, żeby wyniósł się z domu na jeden dzień, następnie zaprosiła dobrane kumy z sąsiedztwa. Upiekły chleb, narąbały drew, nasypały soli do glinianej misy. Potem, kiedy wszystko było gotowe, mama Cartera wetknęła do paleniska pogrzebacz.

Rozżarzył się do czerwoności, a ona czekała. Dopiero gdy metal stał się biały od gorąca, przytknęła koniuszek pogrzebacza do ramienia podmieńca.

Zaniósł się tak przejmującym wrzaskiem, że pękły szyby w obu kuchennych oknach.

Rozszedł się zapach, jakby ktoś wrzucił garść świeżej trawy do ognia, a skóra niemowlęcia w miejscu oparzenia poczerwieniała gwałtownie i pokryła się bąblami. Blizna pozostała na zawsze, Hazel widziała ją, kiedy zeszłego lata poszła z Jackiem, Benem i Carterem popływać – rozciągnęła się w okresie dorastania, ale wciąż pozostała wyraźnie widoczna.

Przypalanie żywcem podmieńca to najlepszy sposób, by przywołać jego matkę. Stanęła na progu w kilka chwil później, niosąc w ramionach zawiniątko. Jak głoszą opowieści, była chuda i wysoka, miała brązowe włosy koloru jesiennych liści a skórę barwy drzewnej kory, jej oczy zaś mieniły się bezustannie, to żywym srebrem, to sowim złotem, czasem zaś robiły się szare i matowe niczym kamień. Nikt o zdrowych zmysłach nawet przez chwilę nie wziąłby jej za ludzką istotę.

– Nie odbieracie nam dzieci – powiedziała wtedy matka Cartera, a przynajmniej tak głosiła opowieść, którą Hazel słyszała, zresztą wielokrotnie. – Nie porywacie nas i nie przyprawiacie o choroby. Tak tu się rzeczy miały od pokoleń i tak pozostanie.

Elfka jakby skurczyła się w sobie. W odpowiedzi wyciągnęła ramiona, w których trzymała dziecko owinięte kocykiem i śpiące tak słodko, jakby leżało we własnym łóżeczku.

– Weź go.

Matka chwyciła łapczywie dziecko, przycisnęła je do piersi, rozkoszując się jego mlecznym zapachem. Mówiła potem, że tego jednego elfy powietrzne nie potrafią podrobić. Drugie dziecko po prostu nie pachniało tak jak Carter.

Jednak potem, kiedy elfka chciała wziąć sobie własne niemowlę, sąsiadka trzymająca je na rękach cofnęła się o krok, a matka Cartera zastąpiła elfce drogę.

– Nie, nie dostaniesz go – powiedziała. Oddała swoje dziecko siostrze, sięgnęła po żelazne opiłki, jagody jarzębiny i sól dla obrony przed czarami elfów. – Skoro przystałaś na to, żeby go oddać, choćby na godzinę, to znaczy, że na niego nie zasługujesz. Obaj u mnie zostaną, wychowam go jak własne dziecko i niech to będzie dla ciebie karą za złamanie przymierza.

Elfka odpowiedziała głosem, który brzmiał jak wiatr i deszcz, i szelest zbutwiałych liści pod nogami:

– Nie tobie nas pouczać ani osądzać. Nie macie mocy i prawa. Oddaj mi moje dziecko, a pobłogosławię twój dom, jeśli jednak je zachowasz, nadejdzie dzień, w którym tego pożałujesz.

– Do wszystkich diabłów z konsekwencjami i do wszystkich diabłów z tobą – powiedziała wtedy mama Cartera, co zgodnie powtarzają wszyscy, którzy opowiadają tę historię. – Wynoś się stąd.

Tak więc, choć niektóre kumy z sąsiedztwa sarkały, że matka Cartera sama prosi się o kłopoty, Jack zamieszkał u swojej ludzkiej rodziny jako brat Cartera, a także najlepszy przyjaciel Bena. Tak przywykli do jego obecności, że już dawno nikt nie zwracał uwagi na jego spiczaste uszy i na to, że w jego oczach czasami pobłyskuje srebro oraz że umie przepowiedzieć pogodę znacznie lepiej niż jakakolwiek pogodynka w telewizji.

– To co, myślisz, że Ben bawi się w tej chwili lepiej niż my? – spytał ją Jack, przepędzając w ten sposób myśli o przeszłości, bliźnie i jego urodziwej twarzy.

O ile Hazel podchodziła do kwestii całowania się z chłopakami raczej zbyt lekko, o tyle Ben, wręcz przeciwnie, traktował te sprawy bardzo poważnie. Pragnął być zakochany, zawsze gotów oddać swoje serce. Taki był od niepamiętnych czasów, chociaż kosztowało go to więcej, niż Hazel chciało się o tym myśleć.

Tak się bowiem składało, że jakoś nie miał szczęścia.

– Przypuszczam, że ten nowy chłopak Bena to nudziarz. – Hazel wzięła puszkę piwa z dłoni Jacka i pociągnęła łyk. Było kwaśne. – Większość z nich to nudziarze, nawet ci, którzy kłamią. Właściwie ci są najgorsi. Nie rozumiem, po co zawraca sobie nimi głowę.

Carter wzruszył ramionami.

– Seks?

– On lubi historyjki – wyjaśnił Jack z konspiracyjnym uśmiechem skierowanym w jej stronę.

Hazel oblizała pianę z górnej wargi. Powoli wracał jej dobry humor.

– No, chyba tak.

Carter wstał, zerkając z ukosa na Megan Rojas, która właśnie się pojawiła, z włosami świeżo zafarbowanymi na fioletowo oraz butelką cynamonówki w ręce; ostre obcasy jej wysokich butów wyszywanych w pajęczynę pogrążały się z wolna w miękkiej ziemi.

– Idę po następny browar. Chcecie coś?

– Hazel pozbawiła mnie mojego – odpowiedział Jack, spoglądając na nią. Grube srebrne kółka połyskiwały księżycową poświatą w jego uszach. – Więc najlepiej zgarnij kolejkę dla nas obu.

– A ty nie łam zbyt wielu serc pod moją nieobecność – rzucił Carter do Hazel, niby żartem, ale w tonie jego głosu usłyszała coś niezbyt przyjaznego.

Hazel usiadła na miejscu, które Carter właśnie zwolnił. Patrzyła na tańczące dziewczyny i alkoholizujących się facetów. Czuła się wyłączona z tego wszystkiego, pozbawiona sensu i celu. Kiedyś, dawno temu miała misję i gotowa była dla niej wszystko poświęcić, tymczasem jednak okazało się, że niektórych misji nie da się wypełnić. Nic nie pomoże poświęcanie czegokolwiek.

– Nie słuchaj go – powiedział Jack, gdy tylko jego brat znalazł się przy beczce, poza zasięgiem głosu. – Niczego złego nie zrobiłaś. A ktoś taki jak Rob jest sam sobie winien, jeżeli podtyka ci serce na srebrnej tacy. Zasłużył na to, co go spotkało.

Hazel znów pomyślała o Benie i że nie chciałaby, żeby to było prawdą.

– Wciąż popełniam ten sam głupi błąd – odpowiedziała. – Idę na imprezę i potem całuję się z jakimś kolesiem, na którego w szkole nawet bym nie spojrzała. Wiesz, to są faceci, którzy mi się nawet tak naprawdę nie podobają, ale tutaj, w lesie, pojawia się złudzenie, że objawią jakąś sekretną stronę swojego jestestwa. No i nie, zawsze są tacy sami.

– To tylko faceci – stwierdził z półuśmiechem, w którym drgnął i uniósł się jeden koniuszek jego ust. W odpowiedzi zaś na to w Hazel także coś drgnęło. Jego uśmiechy wcale nie były podobne do uśmiechów Cartera. – Przecież to tylko zabawa. Nikomu nie robisz krzywdy. Przecież nie wbijasz im noża w plecy, żeby coś zaczęło się tu wreszcie dziać.

To ją zaskoczyło i rozbawiło.

– Może powinieneś to wyjaśnić Carterowi.

Nie uściśliła, że nie tyle życzyłaby sobie, żeby coś się zaczęło dziać, co chciałaby nie być jedyną osobą, która coś ukrywa przed światem. Jack objął ją ramieniem, niby flirtując, ale tak naprawdę dla zabawy i po przyjacielsku.

– Jest moim bratem, więc z całą pewnością wiem, co mówię: to idiota. A ty powinnaś się bawić i już, przynajmniej na tyle, na ile to możliwe w gronie nudziarzy z Fairfold.

Potrząsnęła głową z uśmiechem, potem odwróciła się do niego. Umilkł, nagle Hazel zdała sobie sprawę, jak blisko siebie znajdują się ich twarze.

Tak blisko, że czuła na policzku ciepło jego oddechu. Blisko na tyle, żeby dostrzec, jak czarna krawędź jego rzęs staje się złota w odbitym świetle, oraz widzieć łagodną krzywiznę jego ust.

Serce Hazel zabiło mocniej, nagle powróciło wspomnienie, jak się w nim bujała, kiedy miała dziesięć lat. Poczuła się tak samo bezbronna i głupia jak wtedy. Nie cierpiała tego uczucia. Teraz to ona łamie serca, nie odwrotnie.

Każdy, kto mi wręcza swoje serce na srebrnej tacy, zasługuje na to, co go spotyka.

Jest tylko jeden sposób, żeby wybić sobie faceta z głowy. Tylko jeden sposób, który faktycznie działa.

Wzrok Jacka był trochę nieobecny, wargi nieco rozchylone. W tej chwili wydało jej się czymś oczywistym, żeby zbliżyć się jeszcze bardziej, zamknąć oczy i dotknąć wargami jego ust. Delikatnie odwzajemnił pocałunek i trwało to przez jeden wspólny oddech.

Potem odsunął się, zamrugał.

– Hazel, nie chcę, żebyś myślała…

– Nie, nie – przerwała mu. Zerwała się na równe nogi. Paliły ją policzki. Przecież to jej przyjaciel i najlepszy kumpel jej brata. Nie byle kto, tylko ktoś ważny. To nie w porządku, żeby się z nim całować, nawet gdyby miał ochotę, a najwyraźniej nie miał, co jeszcze pogarszało sprawę. – Jasne, że nie. Sorry. Wybacz! Mówiłam ci, że nie powinnam się tak ze wszystkimi całować, no i masz, znowu.

Cofnęła się o krok.

– Zaczekaj… – zaczął, wyciągnął do niej rękę, ale Hazel nie chciała wysłuchiwać, jak będzie próbował znaleźć dla niej jakieś wytłumaczenie, żeby się za bardzo nie przejmowała.

Uciekła więc. Po drodze minęła Cartera, ale nie spojrzała na niego, żeby nie dostrzec na jego twarzy tryumfalnego wyrazu w rodzaju „a nie mówiłem?”. Czuła się megagłupio, i dobrze jej tak, zasłużyła na odrzucenie. Natychmiastowa karmiczna sprawiedliwość. To rzadko się zdarza w prawdziwym życiu, w każdym razie nie tak od razu.

Hazel poszła prosto do Franklina.

– Dasz się napić? – spytała, spoglądając na metalową manierkę.

Zerknął na nią przekrwionymi oczami nie całkiem przytomnie, ale podał manierkę.

– Nie będzie ci smakować.

Rzeczywiście, bimber jej nie smakował. Palił w gardle, ale Hazel zmusiła się do dwóch kolejnych łyków w nadziei, że dzięki temu zapomni o wszystkim, co się zdarzyło od jej przybycia na imprezę. W nadziei, że Jack nie powie Benowi, co zrobiła. W nadziei, że Jack będzie udawał, że to się nigdy nie stało. Chciałaby móc wszystko cofnąć, spruć splot wydarzeń jak wydziergany z włóczki sweter.

Tymczasem na środku polany w świetle reflektorów wozu Stephena pojawił się Tom Mullins, wspomagający w obronie i generalnie świr. Niespodziewanie wskoczył na szklaną trumnę, płosząc dziewczyny. Był kompletnie nawalony, czerwony na twarzy, włosy miał zlepione potem.

– Te! – wrzasnął. Zaczął podskakiwać, tupiąc, jakby próbował stłuc szkło. – Budź się, budź się, pora wstawać, dupy nie dawać! No, rusz się!

– Daj sobie spokój – powiedział Martin, machając na Toma, żeby zlazł. – Pamiętasz, co przydarzyło się Lloydowi?

Lloyd był typem bandziora, który lubił to i owo podpalić i zawsze miał przy sobie nóż, także w szkole. Kiedy nauczyciele sprawdzali listę, nigdy nie mogli skojarzyć, czy jego nieobecność wynika z wagarów, czy z tego, że znów został zawieszony. Otóż wiosną Lloyd przyniósł wielki młot i próbował rozbić nim szklaną trumnę. Bezskutecznie, na szkle nie powstała nawet najmniejsza rysa, natomiast następnym razem, kiedy Lloyd usiłował wzniecić pożar, uległ ciężkiemu poparzeniu. Nadal przebywał w szpitalu w Philadelphii, gdzie mieli mu przeszczepić skórę z dupy na twarz.

Niektórzy ludzie twierdzili, że rogaty chłopak załatwił w ten sposób Lloyda, bo nie lubi, jak ktoś próbuje mu się dobrać do trumny. Inni zaś utrzymywali, że ktoś, kto rzucił klątwę na rogatego chłopca, przeklął też szkło. Ktokolwiek więc spróbuje je rozbić, ściąga na siebie zły los. Tom Mullins dobrze o tym wiedział, ale w tej chwili mało go to obchodziło.

A Hazel wiedziała, jak Tom musi się czuć.

– Wstawać! – wrzeszczał, kopiąc, tupiąc i skacząc. – No już, śpiochu, pobudkaaaaa!!!

Carter chwycił go za ramię.

– Tom, wyluzuj. Zaraz będziemy pili drinki. Chyba nie chcesz, żeby cię to ominęło?

Tom zawahał się.

– No – ponaglił go Carter. – Chyba że już masz dosyć.

– Właśnie – wtrącił Martin, starając się, by zabrzmiało to przekonująco. – Bo może masz za słabą głowę. Co, Tom?

To załatwiło sprawę. Tom zlazł na ziemię, zatoczył się, po czym zapewnił wszystkich, że jest w stanie wypić więcej niż oni obaj razem.

– No – powiedział Franklin do Hazel. – Kolejny nudny wieczór w Fairfold, każdy albo wariat, albo elf.

Upiła jeszcze trunku ze srebrzystej manierki. Zaczęła już się przyzwyczajać do uczucia palenia w przełyku.

– Coś w tym jest.

Uśmiechnął się, jego zaczerwienione oczy tańczyły.

– Chcesz się całować?

Patrząc na niego, Hazel stwierdziła, że jest tak samo godny pożałowania jak ona. Franklin, facet, który przez pierwsze trzy lata podstawówki właściwie nie mówił, a wszyscy byli pewni, że od czasu do czasu żywił się mięsem rozjechanych zwierzaków. Franklin, który nie podziękowałby jej, gdyby go spytała, co go dręczy; gotowa była się założyć, że ma prawie tyle samo do zapomnienia co ona. Trochę jej się kręciło w głowie, miała to wszystko gdzieś.

– Okej.

Wyszli spoza zasięgu świateł samochodów, poszli do lasu. Hazel zerknęła za siebie na rozwijającą się imprezę. Jack przyglądał jej się z dziwnym wyrazem twarzy. Kiedy trzymając się za ręce z Franklinem przechodzili pod dębem, Hazel wydało się, że jedna z gałęzi porusza się, jakby to były długie palce, ale kiedy przyjrzała się uważniej, dostrzegła tylko cienie.

ROZDZIAŁ 2

Tamtego lata Ben był niemowlakiem, a Hazel jeszcze przebywała w brzuchu swojej mamy, która pewnego dnia wybrała się na leśną polanę, żeby malować w plenerze. Rozłożyła na trawie koc i usadziła na nim Bena, wysmarowała go kremem z filtrem 50, posmarowała sucharka konfiturą, po czym sama zaczęła smarować płótno kadmium oranżowym i karmazynem alizarynowym. Malowała prawie godzinę, gdy zauważyła, że przygląda jej się jakaś kobieta stojąca w cieniu pobliskich drzew.

Kiedy mama opowiadała tę historię, mówiła, że kobieta miała spięte do tyłu brązowe włosy i trzymała w ręce koszyk pełny młodych zielonych jabłek.

– Jesteś prawdziwą artystką – powiedziała.

Podeszła i przykucnęła, żeby przyjrzeć się z bliska. Uśmiechała się, zachwycona. Wtedy mama zwróciła uwagę, że jej luźna suknia jest ręcznie tkana, w najlepszym gatunku. Przez chwilę mama myślała, że to jedna z takich pań, które zajmują się gospodarstwem domowym, robią przetwory z uprawianych przez siebie w ogródku owoców, hodują kury i same sobie szyją ubrania. Potem jednak zobaczyła, że jej uszy są delikatnie spiczaste i pojęła, że ma do czynienia z powietrzną elfką, czyli istotą niebezpieczną i podstępną.

Jak to niestety bywa z artystami, mama, zamiast się bać, była zafascynowana.

Od urodzenia mieszkała w Fairfold i słyszała mnóstwo historii o elfach. Wiedziała o czerwonych kapturach, które nurzają swoje nakrycia głowy w świeżej ludzkiej krwi, podobno mieszkały w pobliżu starego podziemnego magazynu po drugiej stronie miasta. Słyszała o kobiecie-wężu, którą widywano o zachodzie słońca na skraju lasu. Wiedziała o jędzy z suchych gałęzi, drzewnej kory, ziemi i mchu, która przemienia krew swoich ofiar w roślinny sok.

Doskonale pamiętała rymowankę, którą dziewczynki skandowały, skacząc przez skakankę:

W naszym lesie jest potwora,

przyjdzie, wrzuci cię do wora,

pod suche liście zawlecze

i nikt przed nią nie uciecze;

brudny kołtun, zżuta kość,

nigdy, nigdy nie ma dość.

I nie mów, nie mów nikomu

bo nigdy nie wrócisz do…

Darły się na cały głos, ale nigdy nie wypowiadały ostatniego słowa. Gdyby to zrobiły, przywołałyby jędzę z lasu, w końcu przecież do tego służyła ta rymowanka. Jednak jeśli tylko nie wypowie się do końca wszystkich słów, zaklęcie nie działa.

Zresztą nie wszystkie opowieści były straszne. Szczodrość elfów dorównywała ich okrucieństwu. W grupie przedszkolnej Bena była dziewczynka, której jakaś nixie ukradła lalkę. Tydzień później ta sama dziewczynka obudziła się w swoim łóżeczku we wspaniałym naszyjniku ze słodkowodnych pereł. Właśnie dlatego Fairfold miało ten niezwykły urok, tak blisko było stąd do magii. Magii niebezpiecznej, ale przecież magii.

Ludzie twierdzili, że w Fairfold wszystko lepiej smakuje, bo tak działa czar tego miejsca. Sny były wyrazistsze. Artyści łatwiej znajdowali natchnienie i tworzyli piękniejsze dzieła. Kiedy ktoś się w kimś kochał, kochał się bardziej; muzyka łatwiej wpadała w ucho, pomysły przychodziły częściej niż gdzie indziej.

– Mogę cię narysować? – spytała mama, wyjęła z torby szkicownik i węgiel. Też uważała, że w Fairfold lepiej jej się rysuje.

Kobieta machnęła ręką.

– Lepiej narysuj moje śliczne jabłuszka. One wkrótce zgniją, a ja pozostanę taka, jaka jestem, jeszcze przez długie lata mojego życia.

Te słowa sprawiły, że mamę przeszedł zimny dreszcz. Elfka dostrzegła jej lęk, zaśmiała się.

– O tak, widziałam żołądź, nim stała się dębem. Widziałam jajo, nim stało się kurą. I jeszcze nieraz je zobaczę.

Mama wzięła głęboki wdech, nie dawała za wygraną.

– Jeżeli pozwolisz mi się narysować, podaruję ci potem ten portret.

Elfka zastanawiała się dłuższą chwilę.

– Naprawdę będę mogła go sobie wziąć?

Mama skinęła głową. Umowa została zawarta, a mama zabrała się do pracy. Podczas gdy rysowała, opowiadały sobie nawzajem o swoim życiu. Elfka powiedziała, że kiedyś była damą pewnego dworu, ale udała się w ślad za jednym z elfów wysokiego rodu na wygnanie. Opowiedziała mamie, jak pokochała leśne ostępy, ale też o tęsknocie za dawnym życiem. W zamian mama zwierzyła jej się z obaw o swoje pierwsze dziecko, które nudziło się coraz bardziej na kocyku, a poza tym chyba już potrzebowało świeżej pieluszki. Czy Ben nie wyrośnie na kogoś zupełnie innego niż ona, obojętnego na piękno i sztukę, kogoś nudnego i pospolitego? Mama była ogromnym rozczarowaniem dla swoich rodziców, którzy ubolewali, że była inna niż oni. Czy teraz czeka ją to samo z Benem?

Kiedy mama skończyła rysunek, elfka aż westchnęła z zachwytu, bo był wyjątkowo udany. Uklękła na kocyku obok dziecka i dotknęła kciukiem jego skroni. Natychmiast zaczęło wrzeszczeć.

Mama chwyciła ją za rękę.

– Coś ty zrobiła?

Na czole jej synka widniała czerwona plama w kształcie czubka palca.

– Za podarunek winna ci jestem podarunek. – Stała nad mamą, wydawała się dziwnie wysoka, mama tymczasem objęła Bena, starając się utulić jego płacz. – Nie mogę zmienić jego natury, ale mogę zapewnić mu dar naszej muzyki. Będzie grał tak pięknie, że nikt, słysząc go, nie będzie w stanie myśleć o niczym innym, bo to będzie muzyka pełna elfowej magii. To będzie trudne brzemię, odmieni go i uczyni z niego artystę, choćby pragnął czegoś innego. Każde dziecko potrzebuje cierpienia, bo inaczej nic ciekawego zeń nie wyrośnie. To jest mój dar dla ciebie; czy będzie chciał, czy nie, sztuka jest w nim.

To rzekłszy, elfka wzięła swój rysunek i zostawiła moją matkę zapłakaną, niepewną, czy jej synka spotkało błogosławieństwo czy klątwa.

Z czasem okazało się, że i jedno, i drugie.

Tymczasem Hazel, która unosiła się wtedy w oceanie wód płodowych, była zupełnie zwyczajna. Jej nieszczęście, o ile było to nieszczęście, polegało na tym, że była przeciętna, taka jak każde dziecko.

ROZDZIAŁ 3

Hazel wróciła z imprezy dosyć późno, zastała Bena w kuchni. Jadł zupę mleczną, odławiał łyżką ostatnie płatki. Było nieco po północy, ale rodzice nie spali, nadal zajęci pracą. W oknach ich wspólnej pracowni w głębi podwórza paliło się światło. Czasami któreś z nich tam sypiało – gdy szło im wyjątkowo dobrze albo zbliżał się termin oddania roboty.

Hazel nie miała nic przeciwko temu. Dumna była, że nie są tacy jak inni rodzice, bo tak ją wychowali. Powtarzali: „Normalni ludzie, brrr! – i wzdrygali się. – Normalni ludzie myślą, że są szczęśliwi, ale to z głupoty, bo są za tępi, by pojąć, że wcale tak nie jest. Już lepiej cierpieć, ale za to być kimś, zgadza się?”. Potem śmiali się. Jednak czasami, kiedy Hazel buszowała po ich pracowni, wdychając znajomy zapach terpentyny, werniksu i schnących farb, nie mogła się nie zastanawiać, jak by to było mieć szczęśliwych, normalnych, głupich rodziców – a potem doskwierało jej poczucie winy za te myśli.

Ben podniósł na nią spod czarnych rzęs spojrzenie chabrowych oczu, takich jak jej oczy. Rude włosy miał w większym nieładzie niż zwykle i dostrzegła w nich liść.

Podeszła, żeby go wyciągnąć, rozbawiona. Była na tyle nietrzeźwa, że niezbyt ostro widziała kontury, a usta miała trochę poocierane, bo Franklin wpił się w jej wargi… I te wszystkie detale, o których chciała nie myśleć. Nie miała ochoty pamiętać niczego z tej nocy, ani Jacka, ani tego, jaką idiotkę z siebie zrobiła, ani nic. Wyobraziła sobie wielką skrzynię, do której wrzuca te wspomnienia, owija łańcuchem, zamyka na kłódkę, a potem skrzynia ląduje na dnie morza.

– No i jak randka? – spytała Hazel.

Ben westchnął i odsunął od siebie miskę, marszcząc wyblakły obrus.

– W zasadzie beznadziejnie.

Hazel oparła głowę o stół, wciąż patrząc na brata. Widziany pod tym kątem stał się jakiś nierealny, jakby wystarczyło zmrużyć powieki, żeby przejrzeć go na wskroś.

– A co, okazał się zbokiem? Gumowe ciuszki? Strój klauna? Gumowe ciuszki klauna?

– Nie.

Ben nie roześmiał się. Jego uśmiech stał się jeszcze trochę bardziej wymuszony.

Hazel spoważniała.

– Ty, nic ci nie jest? Czy coś…

– Nie, nie w tym sensie – przerwał jej pospiesznie Ben. – Nic złego się nie stało, tylko że poszliśmy do jego mieszkania, a tam kto? Jego były. No wiesz, dalej z nim mieszka.

Otworzyła szeroko usta, bo to rzeczywiście było wyjątkowo słabe.

– Poważnie? Nie raczył wcześniej o tym wspomnieć?

– Mówił, że z kimś był. Każdy z kimś był, nawet ja! A ty, nie wiem, masz chyba z milion tych eksów? – Uśmiechnął się, żeby wiedziała, że nie chce jej urazić.

Hazel nie była jednak w nastroju na takie akurat żarty.

– Nie mam żadnych eksów, bo z nikim się nie umawiam – sprostowała.

– No, w każdym razie. Wchodzimy do środka, a tam koleś siedzi przed telewizorem i rozpacza. Widać wyraźnie, że mu przeszkadza, że przyszedłem i tak samo doskonale widać, że nie jest na to gotów. A mój koleś paple i przekonuje, że ten jego były jest taki spoko i nawet zgodził się spać na kanapie, żebyśmy mogli się zabawić w sypialni. Wtedy dotarło do mnie, że w mieszkaniu jest tylko jedna sypialnia. W tym momencie stwierdziłem, że muszę wiać. Tylko jak to zrobić? Nie mogę przecież nic powiedzieć, bo to by było chamstwo. Wiesz, uzgodniona rzeczywistość, ugoda społeczna, coś tam, coś tam. Nie mogę tego zrobić.

Hazel prychnęła gniewnie, ale Ben ją zignorował.

– No więc mówię, że muszę do toalety i tam się chowam, próbuję to wszystko ogarnąć. A potem biorę głęboki wdech, wychodzę i idę, idę, aż dochodzę do drzwi i na schody. Na ulicy ruszyłem biegiem.

Roześmiała się, widząc oczami wyobraźni realizację tego niezbyt wyszukanego fortelu.

– Aha, bo jak zniknąłeś bez słowa, to postąpiłeś bardzo kulturalnie i uprzejmie.

Ben pokręcił głową.

– To było mniej krępujące.

Roześmiała się jeszcze głośniej.

– A sprawdzałeś pocztę? Bo przecież facet do ciebie napisze i spyta, gdzie znikłeś. I to nie będzie krępujące?

– Chyba żartujesz. Już nigdy więcej nie otworzę mejla – odparł Ben z przekonaniem.

– No i dobrze – odpowiedziała Hazel. – Chłopcy w internecie kłamią.

– Wszyscy chłopcy kłamią – stwierdził Ben. – I wszystkie dziewczyny. Ja kłamię, ty kłamiesz. Tylko nie mów, że nie kłamiesz.

Hazel nie odezwała się, bo miał rację. Kłamała. Dużo kłamała, a najczęściej okłamywała właśnie Bena.

– A co tam u ciebie? Jak się dziś miewa nasz śpiący królewicz? – spytał Ben.

Od lat Hazel i Ben wymyślali najrozmaitsze historie o rogatym chłopcu. Rysowali w nieskończoność jego cudną twarz i zakręcone rogi markerami taty, węglem mamy, a wcześniej własnymi kredkami. Gdy Hazel zamknęła oczy, potrafiła przywołać jego obraz – granatowy kaftan wyszywany ciemnozłotą nicią w feniksy, gryfy i smoki; blade dłonie założone jedna na drugą, obie przyozdobione lśniącymi pierścieniami; wyjątkowo długie paznokcie, równo spiłowane na delikatny szpic; skórkowe buty koloru kości słoniowej z wysokimi cholewami, no i twarz tak piękną, o tak perfekcyjnych rysach, że gdy patrzyło się zbyt długo, człowiek odnosił wrażenie, że wszystko inne jest miałkie i brzydkie.

Z pewnością był królewiczem, a przynajmniej księciem. Tak stwierdził Ben, kiedy pierwszy raz go zobaczyli. Jak w bajkach: królewicz, na którego ktoś rzucił klątwę, a przełamać ją może tylko prawdziwa miłość. W tamtych czasach Hazel była przekonana, że to ona go obudzi.

– Nasz królewicz bez zmian – powiedziała Hazel. Nie chciała opowiadać wydarzeń tego wieczoru, ale nie chciała też zniżyć się do banału. – Wszyscy bez zmian. Wszystko bez zmian, tak samo jak zawsze.

Przecież Ben nie był niczemu winny, jej frustracja brała się zupełnie skądinąd. Decyzje dawno zostały podjęte, klamka zapadła. Nie było sensu niczego żałować, a tym bardziej mieć Benowi czegokolwiek za złe.

Po jakimś czasie do kuchni wmaszerował znużony tata, żeby zrobić sobie herbatę, przy okazji zaś pogonił ich do łóżek. Miał pilną robotę, musiał skończyć ilustracje, które miał zawieźć do miasta w poniedziałek. Należało się spodziewać, że będzie pracować całą noc, co oznaczało, że zauważy, jeśli i oni nie pójdą spać.

Należało też się spodziewać, że mama dotrzyma mu towarzystwa. Mama i tata zaczęli chodzić ze sobą, gdy uczęszczali do szkoły artystycznej w Philadelphii; połączyła ich miłość do książek dla dzieci, za których sprawą Ben i Hazel dostali imiona – o hańbo! – na cześć słynnych królików. Wkrótce po dyplomie mama i tata przenieśli się do Fairfold; byli bez grosza, mama w ciąży i gotowa wyjść za mąż, jeśli w zamian rodzina taty pozwoliłaby im za darmo mieszkać w domu jego ciotecznej babki. Tato przebudował szopę na pracownię i w swojej połowie malował ilustracje, a mama w swojej malowała pejzażyki, widoki lasu Carling, które sprzedawała w mieście, najczęściej turystom.

Wiosną i latem w Fairfold roiło się od turystów. W Railway Diner opychali się pankejkami z prawdziwym syropem klonowym, w Curious obkupywali się T-shirtami oraz czterolistną koniczyną zatopioną w pleksi, dawali sobie powróżyć w Mystical Moon Taret, robili selfiaki, siedząc na szklanej trumnie królewicza, kupowali posiłki na wynos w Annie’s Luncheonette, by wybrać się na piknik w okolice jeziora Naci; przechadzali się, trzymając za ręce po ulicach miasteczka, tak jakby Fairfold było superprzytulnym miejscem dla nieszkodliwych wariatów.

Każdego roku jacyś turyści znikali.

Niektórych topiły w jeziorze Naci wodne wiedźmy, ich ciała rozkładały się w gęstej plątaninie wodorostów, uwięzione na zawsze pod płaszczem rzęsy wodnej. Innych tratowały o zmierzchu rumaki pobrzękujące dzwonkami wplecionymi w grzywy, których grzbietów dosiadali sami Promieniści. Niektóre ciała znajdowano w wydrążonych pniach drzew: do góry nogami, wykrwawione i nadgryzione. Czasem widywało się kogoś siedzącego na parkowej ławce, z wyrazem tak bezbrzeżnego przerażenia na martwej twarzy, że stawało się jasne, że umarł ze strachu. A niektórzy po prostu znikali.

Niewielu. W każdym sezonie jedna czy dwie osoby. Dość jednak, by też ktoś spoza Fairfold zwrócił na to uwagę. Dość w każdym razie, aby w przewodnikach pojawiły się ostrzeżenia, dobre rady na stronach internetowych, cokolwiek. Dość, żeby turyści bali się przyjeżdżać. Ale nie, nie bali się.

Jeszcze pokolenie temu Mały Ludek bardziej dawał się we znaki. To znaczy, przejawiał większe skłonności do psot. A to nagły podmuch wiatru porywał zabłąkaną turystkę, niósł ją przez przestworza, by bez żadnej szkody odstawić ją kilka mil dalej. Niektórzy turyści po suto zakrapianej imprezie wracali do hotelu, by przekonać się, że minęło właśnie sześć miesięcy, odkąd go opuścili. Od czasu do czasu ktoś budził się z włosami splątanymi w kołtun. Z kieszeni turystów znikały rzeczy, które z całą pewnością tam włożyli, a na ich miejsce pojawiały się dziwne i zupełnie nowe przedmioty. Niewidoczne języki wylizywały masło, prosto z maselniczki. Pieniądze zmieniały się w liście. Sznurówki się rozsznurowywały, cienie były dziwnie poszarpane, tak jakby miały ochotę urwać się i też się zabawić.

Z drugiej jednak strony, wtedy bardzo rzadko się zdarzało, żeby za sprawą elfów ktoś poniósł śmierć.

Turyści – powiadali miejscowi z lekceważeniem. Tak mówili wtedy i tak mówią do dzisiaj – w przekonaniu, bo przecież musieli w to wierzyć, że turyści sami są sobie winni, że popełnili jakiś błąd, przez który zginęli. Jeśli zaś zupełnie wyjątkowo zniknął ktoś z mieszkańców Fairfold, to cóż, z pewnością dlatego, że zachowywał się jak głupi turysta. A trzeba było słuchać dobrych rad! Mieszkańcy Fairfold przywykli myśleć o elfach jak o żywiole, nieuniknionym i naturalnym zagrożeniu, czymś takim jak gradobicie albo gwałtowny przypływ morski, który też przecież porywa ludzi.

To był dziwny przykład dwójmyślenia.

Leśne istoty należało szanować, ale się ich nie bać. Turyści się bali.

Należało trzymać się od elfów z daleka i zawsze mieć przy sobie odpowiednie amulety. Turyści pod tym względem za mało się bali.

Kiedy Ben i Hazel przez krótki czas mieszkali w Philadelphii, nikt nie wierzył w ich opowieści. To były dziwaczne dwa lata. Musieli się kryć, żeby nie wyjść na dziwadła. Jednak i powrót był niełatwy, bo przecież wiedzieli, jak niezwykłe jest Fairfold w porównaniu z innymi miastami. A także dlatego, że wtedy Ben postanowił całkowicie porzucić swoją magię, swoją muzykę.

To zaś znaczyło, że nigdy, przenigdy nie dowie się, jaką cenę zapłaciła Hazel za to, żeby mógł pójść do tej szkoły. Bądź co bądź nie była głupią turystką. Powinna była słuchać rad. Jednak czasem, w takie noce jak właśnie ta, pragnęła móc o tym komuś opowiedzieć. Trudno jej było się pogodzić ze skazaniem na wieczną samotność.

Tej nocy, kiedy ona i Ben udali się do łóżek, kiedy zrzuciła ubranie i włożyła piżamę, wyszczotkowała zęby i upewniła się, że ususzone resztki posolonej owsianki nadal znajdują się pod jej poduszką jako zabezpieczenie przed sztuczkami elfów, wtedy Hazel nie miała już czym się zająć i powróciły wspomnienia powodującej zawrót głowy chwili, kiedy jej usta dotknęły warg Jacka. Tylko że kiedy zapadała w sny, nie całowała już Jacka, lecz rogatego chłopca. Miał otwarte oczy, a kiedy przyciągnęła go do siebie, on jej nie odepchnął.

Hazel obudziła się nieswoja, zmęczona i przygnębiona. Uznała, że to wpływ wypitego poprzedniego wieczoru alkoholu, łyknęła więc aspirynę i popiła ją resztką pomarańczowego soku z kartonu. W wielkiej glinianej wazie stojącej pośrodku kuchennego stołu i służącej do przechowywania wszystkiego Hazel znalazła banknot dziesięciodolarowy oraz przypiętą do niego agrafką notkę od mamy: trzeba kupić chleb i mleko.

Hazel stęknęła głucho, powlekła się na górę, by włożyć legginsy i wypchaną czarną bluzę. W uszy wetknęła zielone kółka kolczyków.

Z pokoju Bena dobiegała muzyka. Co prawda sam już nie grał, ale muzyka towarzyszyła mu zawsze, nawet kiedy spał. Może jednak już wstał. Hazel liczyła, że uda się go namówić na zrobienie zakupów dla mamy, a wówczas ona mogłaby jeszcze się położyć.

Zastukała do drzwi pokoju Bena.

– Wchodzisz na własne ryzyko – zawołał.

Hazel otworzyła drzwi i ujrzała go, jak jedną ręką trzyma przy uchu komórkę, a drugą usiłuje włożyć obcisłe dżinsy w musztardowym kolorze.

– Cześć – powiedziała. – Mógłbyś…

Machnął na nią ręką i powiedział do telefonu:

– Tak, już wstała. Właśnie jest w moim pokoju. Dobra, spoko, widzimy się za piętnaście minut.

Hazel znów jęknęła.

– Na co ty się znów zgodziłeś?

Wyszczerzył do niej zęby w uśmiechu i pożegnał się z tym kimś, z kim rozmawiał. Czyli prawie na pewno z Jackiem.

Ben i Jack przyjaźnili się od lat, ich przyjaźń przetrwała coming out Bena i jego obsesyjny związek z jedynym w szkole chłopakiem innej orientacji, co zresztą zakończyło się potężną bójką przy wszystkich podczas ogniska na rozpoczęcie roku. Przetrwała też czarny dół depresji, w który stoczył się Jack, kiedy rzuciła go Amanda Watkins, w dodatku mówiąc mu, że spotykała się z nim tylko dlatego, że właściwie to chciała chodzić z Carterem, a on był dla niej czymś w rodzaju cienia Cartera. Przyjaźń niezakłócona mimo że słuchali zupełnie innej muzyki, czytali inne książki i przy lunchu zadawali się z zupełnie innymi ludźmi. Jasne, że taki drobiazg, jak przelotny pocałunek, takiej przyjaźni nie zakłóci. Nie znaczyło to jednak, żeby z niecierpliwością wyczekiwała momentu, w którym Ben dowie się, co narozrabiała. I niespecjalnie też marzyła o tym, żeby Jack przyglądał jej się ostrożnie przez całe popołudnie, tak jakby miała rzucić się na niego czy coś.

Jednak mimo woli cieszyła się na myśl o spotkaniu. Właściwie nie mogła uwierzyć, że się całowali, choćby przez chwilę. To wspomnienie nieoczekiwanie i ku jej zawstydzeniu powodowało przypływ euforii. Tak jakby zrobiła coś naprawdę odważnego, pierwszy raz od niepamiętnych czasów. Rzecz jasna, był to fatalny błąd, bo mogła wszystko zepsuć. Na razie miała nadzieję, że jednak nie zepsuła. Nigdy więcej nie będzie mogła tego zrobić. Nawet nie była w stanie wyobrazić sobie, w jakich okolicznościach byłoby to możliwe.

Hazel nie potrafiła określić, kiedy pojawiła się u niej ta słabość do Jacka. Narastała powoli, począwszy od wzmożonej świadomości jego istnienia, od cieszenia się, gdy zwrócił na nią uwagę; na jakimś etapie pojawiła się nieustanna nerwowa paplanina Hazel w jego obecności. Pamiętała jednak dobrze, kiedy ta słabość stała się naprawdę silna. Hazel wkroczyła do kuchni Gordonów, żeby przypomnieć Benowi, że zaraz ma lekcję muzyki z jednym z alternatywnomuzycznych kumpli taty. Zastała tam całą paczkę chłopaków, robili sobie kanapki i wygłupiali się. Jack zrobił jej tosta z kurczakiem i równiutko pokrojonym pomidorkiem. Kiedy odwrócił się, żeby sięgnąć po precle dla niej, gwizdnęła częściowo przeżutą gumę, którą przykleił do spodu swojego talerza, po czym natychmiast wetknęła ją do ust. Smakowała truskawką i jego śliną, a dała jej krótki przypływ takiego samego dojmującego szczęścia jak pocałunek.

Ta guma nadal tkwiła przyklejona do ramy jej łóżka jako talizman, z którym nie potrafiła się rozstać.

– Idziemy do Lucky’s – oznajmił Ben beztroskim tonem. Aż nie miała sumienia mu wytknąć, że przecież wcale się na to nie zgodziła. – Łykniemy sobie po kawce i posłuchamy płyt. Zobaczymy, może są jakieś nowości. No weź, pan Schröder na pewno bardzo za tobą tęskni. Poza tym, jak sama w kółko powtarzasz, co innego można robić w tym mieście w niedzielę?

Hazel westchnęła. Powinna odmówić, ale widocznie już taki jej los, żeby pakować się w kłopoty przy każdej nadarzającej się okazji; nie odpuścić żadnemu chłopakowi, nie zapominać o młodzieńczej miłości, a za to natychmiastowo wprowadzić w życie najgłupsze ze swoich głupich pomysłów.

– No nie wiem, może kawa dobrze mi zrobi – odpowiedziała. Brat sięgnął po czerwony blezer, chcąc zapewne dostosować kolor swojego stroju do wschodu słońca.

Lucky’s to wielki, stary, lecz odnowiony magazyn w brzydszej części Main Street, wznoszący się obok banku, przychodni dentystycznej i sklepu z zegarami. Pachniało tam starą książką, kulkami na mole i pieczystym. Niedopasowane do siebie regały o różnych rozmiarach pokrywały ściany i dzieliły wnętrze. Niektóre z tych regałów wykonano z rzeźbionego dębu, inne zbito gwoździami z palet, a wszystkie pochodziły z garażowych wyprzedaży, kupione za bezcen przez państwa Schröderów, gospodarzy tego lokalu. Dwa zapadające się fotele i gramofon ustawiono obok wielkich okien wychodzących na szeroki strumień. Goście sklepu mieli prawo odtwarzać dowolne winylowe płyty znajdujące się w ofercie. W dwóch wielkich termosach czekała na nich organiczna kawa ze zrównoważonego handlu. Na malowanym stole stały wyszczerbione kubki, napis obok głosił: SAMOOBSŁUGA. 50 CENTÓW ZA KUBEK.

Po drugiej stronie dawnego magazynu ciągnęły się półki ze starymi ciuchami, butami, torebkami i innymi skarbami. Hazel zatrudniła się tu w lecie, a jej praca w znacznym stopniu polegała na przebieraniu zawartości setek plastikowych worków na śmieci, by oddzielić towar nadający się na półki od rzeczy podartych, poplamionych czy śmierdzących. Myszkując w tych torbach, znalazła dla siebie mnóstwo fajnych szmatek. W Lucky’s było o wiele drożej niż w Goodwill; jej rodzice woleliby, żeby tam robiła zakupy, ponieważ uważali, że zaopatrywanie się w nowe ciuchy to okropnie burżujska przypadłość – ale tu było przyjemniej i miała stały rabat.

Jack, którego rodzina w oczach rodziców Hazel zdecydowanie zaliczała się do burżujskich, który kupował nowiutkie ubrania w galerii handlowej, przychodził do Lucky’s przeglądać stosy książek w poszukiwaniu biografii sławnych zapomnianych, którymi zaczytywał się z takim zapałem, z jakim niektórzy odpalają jednego papierosa od drugiego.

Ben przychodził tu po stare płyty, które uwielbiał, chociaż przeskakiwały i trzeszczały, i z czasem brzmiały jeszcze gorzej; on jednak twierdził, że rowki w nich nadal oddają oryginalną falę akustyczną. Co więcej, dzięki temu zyskują prawdziwszy, bogatszy dźwięk. Hazel jednak sądziła, że tak naprawdę uwielbia ten rytuał – wyciąganie czarnej płyty z koperty, układanie jej na dysku gramofonu, przesuwanie ramienia z igłą dokładnie we właściwe miejsce, a potem zaciskanie dłoni w pięści, żeby nie wystukiwać rękami rytmu na udach.

Cóż, tego ostatniego pewnie akurat wcale nie lubił, ale robił to. Zawsze to robił.

Dzień był jasny i chłodny, wiatr chłostał ich policzki, aż poróżowiały. Gdy Hazel i Ben weszli do sklepu, z pobliskiej jodły zerwało się stadko kilkunastu wron; wzbiły się w niebo z głośnym krakaniem. Pan Schröder, który drzemał w swoim fotelu, zerknął na nich, zbudzony dzwonkiem u drzwi, po czym puścił oko do Hazel, która odpowiedziała mu tym samym. Właściciel uśmiechnął się i opadł z powrotem w objęcia pluszowego giganta.

W przeciwnym końcu pomieszczenia Jack słuchał płyty Nicka Drake’a z gramofonu. Dźwięczny głos wypełniał wnętrze szeptem o złotych koronach i ciszy. Hazel zerknęła na niego z ukosa, tak żeby nie zauważył; próbowała się zorientować, w jakim jest nastroju. Wyglądał jak zawsze, trochę niechlujnie, w dżinsach, dwukolorowych oksfordach i pogniecionej zielonej koszuli, której barwa jakby uwydatniała srebrny połysk jego oczu. Na widok Hazel i Bena uśmiechnął się, ale czy Hazel przypadkiem nie wydawało się, że ten uśmiech był trochę na siłę i nie całkiem sięgnął kącików oczu? Tak czy inaczej, to było bez znaczenia, bo spojrzenie Jacka prześlizgnęło się po niej i spoczęło na jej braciszku.

– No więc jak to było? Porzuciłeś swojego niedoszłego niczym Bruce Wayne na widok Znaku!

Ben roześmiał się.

– Nie tak było!

Co też przyszło jej do głowy, żeby się z nim całować? Tylko dlatego, że się w nim kochała, kiedy byli dziećmi? Tylko dlatego, że akurat miała na to ochotę?

– Taa – zmusiła się, żeby coś powiedzieć. – Batman nigdy od nikogo nie zwiał.

Ben był zachwycony, bo miał okazję jeszcze raz opowiedzieć o swojej katastrofalnej randce. Uzbierali drobniaki na kawę z samoobsługowej dystrybucji, a tymczasem nowa wersja opowieści Bena nabierała kolorów i dramaturgii. Były niedoszłego kochał się jeszcze bardziej na zabój w niedoszłym Bena i jeszcze bardziej wściekał na intruza. Ben jeszcze komiczniej wykaraskał się z niezręcznej sytuacji. Pod koniec Hazel nie wiedziała już, co z tego jest właściwie prawdą, nie miało to zresztą żadnego znaczenia. Przypomniała za to sobie, jak pięknie Ben potrafi opowiadać i jak wiele jej ukochanych baśni o rogatym chłopcu było właśnie jego autorstwa.

– A co u was? – spytał w końcu Ben. – Hazel nic nie mówiła, czyżby wczoraj nie wydarzyło się naprawdę zupełnie nic interesującego?

Jack przestał się śmiać.

– Hm – powiedział po pauzie, która trwała odrobinę zbyt długo. W jego bursztynowych oczach pojawił się dziwny błysk. – Nic ci nie powiedziała?

Hazel zamarła.

Brat przyglądał się im z zaciekawieniem.

– No? Co?

– Tom Mullins nawalił się, wlazł na szklaną trumnę i próbował ją rozbić. Jak nic ściągnął na siebie klątwę, biedny głupek.

Uśmiech Jacka był jakiś dziwny, niewyraźny. Przesunął palcami przez burzę brązowych włosów, wprawiając je w jeszcze większy nieład.

Hazel odetchnęła, lekko kręciło jej się w głowie.

Ben potrząsnął głową.