Księga nocy - Holly Black - ebook + książka

Księga nocy ebook

Holly Black

4,2

Opis

Królowa fantasy YA, autorka #1 na listach bestsellerów New York Times tym razem wkracza w literaturę przeznaczoną także dla dorosłego fana gatunku!

Dla fanów Neila Gaimana i Erin Morgenstern!

Fantasmagoryczny mroczny świat zdrady i spisków, w którym grasuje bezwzględny potwór kradnący cienie!

Nie ma takiego zamka, którego Charlie Hall nie potrafiłaby otworzyć. Ani księgi, której nie zdołałaby ukraść. Ani błędnej decyzji, jakiej by nie podjęła. Dawniej wysługiwała się umbromantom, czyli magom nakazującym cieniom zaglądać do zamkniętych pokoi, dusić ludzi we śnie i czynić jeszcze potworniejsze rzeczy. Umbromanci zazdrośnie strzegą swoich sekretów, powstał nawet z tego powodu specyficzny czarny rynek grimoire’ów. Aby wejść w posiadanie tajemnej wiedzy innych magów, potrzebują takiej dziewczyny, jak Charlie. Charlie próbuje się odciąć od dawnych błędów, ale jako barmanka w nocnym klubie wciąż porusza się w kręgach zdecydowanie zbyt bliskich mrocznego półświatka. Jednocześnie jej siostra rozpaczliwie pożąda magii, zaś pozbawiony cienia i prawdopodobnie duszy chłopak Charlie znika bez śladu. Kiedy powracają upiory przeszłości, Charlie na powrót schodzi do budzącego grozę świata mordu i fałszu. Teraz Charlie musi się zmagać z sobowtórami, szalonymi miliarderami, umbromancją oraz ludźmi, których kocha najbardziej na całym świecie. Stawką jest przetrwanie oraz sekret, który daje władzę nad światem cieni.

 

Mroczna, pełna tajemnic i zwrotów akcji — historia tak wiarygodna w swej magii, że przewracając kartki, będziesz zerkać ukradkiem na własny cień.

LEIGH BARDUGO

Holly Black to wirtuozka literatury fantasy; jej supermocą jest dotyk Midasa – czego nie tknie, zmienia w literackie złoto najczystszej próby.

V.E. SCHWAB

Gdyby w Neila Gaimana wstąpił duch Stephena Kinga, mogłaby powstać właśnie taka książka... Błyskotliwa proza, zwroty akcji szybkie jak smagnięcie biczem i głos postaci, do której się wraca.

JAMES ROLLINGS

Olbrzymi sukces KSIĘGI NOCY w Stanach, w pierwszym TYGODNIU sprzedaży tytuł osiągnął wynik ponad 30 tysięcy egzemplarzy.

To największa „pierwszotygodniowa” sprzedaż w tym roku ze wszystkich amerykańskich premier!

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 561

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (160 ocen)
72
57
24
4
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Dragon_library73

Całkiem niezła

Rozgrywka o władzę w której głównym sprzymierzeńcem i wrogiem jest cień.. Ta książka jest trochę jak zepsute ciastko w opakowaniu. Pod piękna okładką kryje się interesujący początek, bardzo tajemniczy Vincent i kompletnie zwariowana Charlie. Wszystko zapowiadało dobrą historię; faktycznie czułam dreszcz niepokoju, wręcz widziałam nędzę i mrok w tej historii. Samą Charlie bardzo polubiłam, Vincent skradł moje serce a tajemnice, przeszłość i knowania innych ludzi mnie intrygowały. Niestety potem to ciastko ugryzłam i przy około 250 stronie doszłam do tego "zepsutego nadzienia". Od połowy książki miałam dość. Kolejne osoby które się pojawiały były dla mnie nijakie, myliły mi się; wywody o umbromancji, których potem jest mnóstwo nużyły mnie, bo nic z nich nie rozumiałam. Do tego przeskoki fabularne były wkurzające - w jednym rozdziale problem cienia, a w kolejnym ani słowa o tym tylko skupienie na kradzieży książki, po kradzieży przeskok do czegoś innego. Po przeczytaniu połowy książki c...
11
MarlenaDrozynska
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Zaskakująca i intrygująca. Moim zdaniem coś zupełnie innego i naprawdę dobrego. Nie mogłam się oderwać od czytania. Z niecierpliwością czekam na kontynuację.
00
weronika_szy

Nie oderwiesz się od lektury

Kocham i nie mogę się doczekać kolejnej części 🥹
00
PapieroweDziewczyny

Dobrze spędzony czas

"Trauma to coś więcej niż wyłącznie ból"💛 🌚 KSIĘGA NOCY - HOLLY BLACK (tłum. Stanisław Kroszczyński) 8/10⭐️ 🌚 Q: wolicie, gdy akcja książki fantasy rozgrywa się w prawdziwym świecie czy tym wymyślonym?🤔Ja zdecydowanie preferuję wymyślony świat🤭 🌚 Opowiem Wam historię... Historię złodziejki, która porzuciła swój fach... Historię dziewczyny chcącej zapewnić siostrze przyszłość... Historię o tym, że przeszłość zawsze nas dopadnie... 🌚 Do tej pory Holly Black znałam tylko z książek dla młodzieży. Jak wypadła w książce dla dorosłego czytelnika? Nie najgorzej, to prawda. W dalszym ciągu nie uświadczymy u niej typowego romantasy, co jest dużym plusem. Niemniej zdecydowanie preferuję wymyślone światy, a nie szarą, brudną i brutalną rzeczywistość, z którą dorośli zmagają się na co dzień🥺Choć ciekawym zabiegiem było to, że nasza bohaterka ledwo wiązała koniec z końcem, bo zwykle każdy bohater jakiejkolwiek książki jest obrzydliwie bogaty🫡 🌚 💛"Skoro zabrakło dobrych pomysłów, trzeba sp...
00
MajaS38

Całkiem niezła

Niestety słaba i w wielu miejscach niekonsekwentna. Zdarzenia zmieniają się jak w kalejdoskopie i często wydają się jedynie luźno powiązane z dotychczasową fabułą. na domiar złego główna bohaterka jest ciągle wściekła i przekonana o tym, że jest nic nie warta, co mi osobiście znacznie utrudnia czytanie.
00

Popularność




Tytuł oryginału: The Book of Night

First published in the US by Tor Books in 2022.

Copyright © 2022 by Holly Black. All rights reserved.

Jacket design by theBookDesigners and Tor

Fotografie wykorzystane na okładce: © by Sophia Cole/Shutterstock.com

© by Bruce Amos/Shutterstock.com, © by Peratek/Shutterstock.com

Redakcja: Justyna Techmańska

Korekta: Marta Stochmiałek

Skład i łamanie: Robert Majcher

Adaptacja okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Copyright for the Polish edition © 2022 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-8266-168-2

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2022

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

tiktok.com/@wydawnictwojaguar

twitter.com/WydJaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2022

PROLOG

Każdemu dziecku może się zdarzyć, że ściga je własny cień. Wystarczy pobiec prosto ku słońcu w letnie popołudnie. Dopóki dziecko biegnie, cień podąża za nim. Niby można się odwrócić i ruszyć w pogoń za cieniem, ale nawet największy wysiłek pulchnych nóżek nie zmieni faktu, że cień zawsze pozostaje odrobinę poza zasięgiem.

Zdarza się to każdemu dziecku, ale nie temu.

Chłopiec biegnie przez porośnięte trawą i mleczami podwórko, śmieje się i krzyczy, a jego palce zamykają się na czymś, co nie powinno być namacalne, nie powinno upaść na liście koniczyny prędzej niż on; chłopiec nie powinien być w stanie siłować się z tym czymś i wreszcie przygwoździć do ziemi. Potem chłopiec siada na mchu w cieniu klonu i wbija sobie ostrze scyzoryka w opuszkę serdecznego palca. Odwraca głowę, żeby nie musieć na to patrzeć. Dlatego za pierwszym razem nie przebija skóry. Za drugim także nie. Dopiero kiedy zniecierpliwienie bierze górę nad obawą, dociska mocniej. Boli, i to bardzo, więc aż wstyd, jaka maleńka kropla krwi wypływa z ranki. Ugniata skórę, by sprawdzić, czy zdoła wycisnąć więcej. Kropla się powiększa. Chłopiec czuje wyczekiwanie cienia. Palec piecze, kiedy otacza go mroczna mgła.

Nadchodzi powiew wiatru, strącając nasiona klonu; wirują wokół niego jak skrzydła helikopterów.

Wystarczy choć odrobinkę dać mu się napić każdego dnia – usłyszał to w telewizji, tak ktoś mówił o swoim cieniu. – Wtedy stanie się twoim najwierniejszym przyjacielem.

Choć cień nie ma ust ani języka, a w jego dotyku brak wilgoci, chłopiec wie, że liże jego skórę. Nie jest to przyjemne uczucie, ale też nie jest bolesne.

Nigdy przedtem nie miał przyjaciela, ale przecież wie, że właśnie tak to się robi. W ten sposób stają się braćmi krwi, rana dotyka rany, aż nie wiadomo, gdzie kończy się jeden, a zaczyna drugi. Chłopiec potrzebuje właśnie kogoś takiego.

– Jestem Remy – szepcze do swojego cienia. – A ty będziesz się nazywał Red.

1GŁODNE CIENIE

Brzydkie crocksy Charlie kleiły się do podłogi za barem, wydając przy tym obleśny, lepki odgłos. Pot spływał po skórze pod jej ramionami, po szyi i po wewnętrznej stronie ud. Właśnie odrabiała drugą zmianę tego dnia, bo facet, który miał pracować po południu, niespodziewanie rzucił robotę. Pojechał ze swoim chłopakiem do Los Angeles, więc musiała go zastępować, dopóki Odette nie znajdzie kogoś nowego. Charlie była zmęczona, ale bardzo potrzebowała pieniędzy. Poza tym potrzebowała zajęcia. Przez bezczynność pakowała się w kłopoty.

Z Charlie Hall zawsze coś było nie tak. Od dnia, w którym przyszła na świat. Nie wyciągała właściwych wniosków z niewłaściwych decyzji, powtarzała te same błędy. Miała palce stworzone do obrabiania cudzych kieszeni, język stworzony do kłamstwa i wydrążoną pestkę wiśni zamiast serca.

Gdyby jej cień zaliczał się do tych magicznych cieni, najprawdopodobniej i on by od niej uciekł – była o tym przekonana.

Nie znaczyło to jednak, że nie mogła próbować się zmienić. A więc próbowała. Jasne, że trudno było powstrzymywać swoje najgorsze odruchy, ale udawało jej się już od dziesięciu miesięcy i było to lepsze niż bycie płonącą zapałką w oblanym benzyną mieście.

Miała pracę, i to taką, którą zaczynała oraz kończyła o określonych godzinach. Miała chłopaka, który płacił swoją działkę czynszu. Jej rana postrzałowa ładnie się goiła. Niewielkie osiągnięcia, ale jednak była z nich dumna.

Ta myśl towarzyszyła Charlie w charakterze motywującego bodźca, kiedy codziennie przekraczała podwójne drzwi baru Rapture.

Twarz Doreen Kowalski była zaczerwieniona i mokra od płaczu. Najwidoczniej usiłowała poprawić makijaż, ale tylko rozmazała tusz, tworząc ciągnącą się w bok smugę. W dawnych szkolnych czasach nawet nie spojrzałaby na Charlie, zresztą teraz też raczej nie.

Życie ludzi mających pieniądze różni się pod niezliczonymi względami od życia ludzi bez kasy. Na przykład tym, że kiedy nie ma się środków, by opłacić specjalistę, trzeba sobie tworzyć złożony ekosystem przydatnych amatorów.

Kiedy ojciec Charlie dostał czegoś, co lekarz nazwał rakiem skóry, spożył odpowiednią dawkę whiskey Maker’s Mark i poprosił znajomego rzeźnika, żeby ten wyciął mu z ramienia guz, bo w żaden sposób nie stać go było na chirurga. Kiedy kuzynka przyjaciółki Charlie wychodziła za mąż, poprosiła mieszkającą trzy przecznice dalej panią Silvę o upieczenie tortu weselnego, bo pani Silva lubiła pichcić i w związku z tym miała różne fajne urządzenia do dekorowania wypieków. Co z tego, że krem był trochę za tłusty, jedna z warstw odrobinę zbyt przypalona – skoro tort był słodki, tej samej wielkości co na zdjęciu w czasopiśmie, a kosztował tylko tyle, co jego składniki.

W świecie magii cieni Charlie była wyjątkowo zręczną złodziejką, ale dla tutejszych na zawsze pozostała pożyteczną drobną cwaniarą, która potrafiła zwędzić obrączkę ślubną albo odnaleźć ukradzionego pitbula.

Charlie Hall. Ciągnęło ją do złego niczym ćmę do światła. Każda pokusa wydobywała na powierzchnię jej najgorsze skłonności.

– Muszę z tobą porozmawiać – odezwała się głośno Doreen, wyciągając rękę do przechodzącej Charlie.

W knajpie ruch był nieduży, ale Odette, podstarzała domina na częściowej emeryturze oraz właścicielka knajpy Rapture, siedziała przy wejściu i gawędziła ze swoimi kumpelami. Od razu by zauważyła, gdyby Charlie podjęła z kimś dłuższą rozmowę, a Charlie nie mogła sobie pozwolić na utratę tej roboty. Stanie za barem w Rapture było dla niej szczęśliwym zrządzeniem losu, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej dotychczasowe przygody.

Załatwił jej to Balthazar, który prowadził w podziemiu salon cieni (utrzymany w stylu nielegalnego baru z czasów prohibicji) i miał istotne powody, żeby ją mieć na oku – z których wcale nie najmniej ważnym było to, że miał ochotę namówić Charlie na powrót do pracy dla niego. Gdy tylko Charlie zerknęła na Doreen, poczuła przypływ dobrze znanego uczucia ekscytacji oraz zdała sobie sprawę, jak ulotne jest jej postanowienie, by trzymać się prostej drogi. Coś równie kręcącego jak strategia składająca się wyłącznie ze słowa „zysk”, tylko jeszcze z wieloma wykrzyknikami.

– Czym mogę służyć? Może drinka? – zwróciła się do Doreen.

Doreen potrząsnęła głową.

– Musisz mi pomóc znaleźć Adama. Znowu zniknął, a ja…

– Nie mogę teraz rozmawiać – przerwała jej Charlie. – Zamów coś, bo inaczej moja szefowa się przyczepi. Colę z tonikiem. Sok z limonką. Wszystko jedno. Ja stawiam.

Po wilgotnych, zaczerwienionych oczach Doreen widać było, że nie ma ochoty czekać. Albo że zanim tu przyszła, już parę drinków w siebie wlała. A najpewniej jedno i drugie.

– Hej – zawołał jeden ze stałych klientów.

Charlie podeszła do niego, żeby przyjąć zamówienie.

Przygotowała cosmopolitana; nalała rubinowego płynu z szejkera, wrzuciła do niego maleńkie ziarenko suchego lodu, żeby pojawił się dym jak z czarodziejskiego napoju.

Przy innym stoliku facet, który siedział nad piwem i drżącymi palcami, przyklejał do wnętrza przedramienia trzeci plaster nikotynowy, chciał otworzyć rachunek w zastaw za kartę kredytową.

Potem Charlie nalała szota Four Roses facetowi w tweedowym garniturze i brudnych okularach; sprawiał wrażenie, jakby spał w tym stroju. Powiedział, że nie lubi zbyt słodkiego burbona. Następnie znalazła się przy drugim końcu baru, po drodze zmieszała dla Balthazara we własnej osobie whiskey i piwo imbirowe.

– Jest robota dla ciebie – rzekł półgłosem, kiedy wręczyła mu drinka.

Ze lśniącymi oczami, nieco ogorzałą skórą i włosami dość długimi, by je spiąć w podejrzanie wyglądający kucyk, w sam raz wyglądał na właściciela salonu cieni, za sprawą którego urzeczywistniały się niektóre z brudnych marzeń mieszkańców tego miasta.

– Nic z tego – odpowiedziała Charlie.

Miała już odejść, ale ją zatrzymał.

– Daj spokój. Knight Singh został zamordowany we własnym łóżku, jego pokój splądrowano. Ktoś dokładnie przekopał jego osobiste portfolio magicznych wynalazków. W tym zawsze ty byłaś najlepsza.

– Nic z tego! – rzuciła przez ramię, tak radosnym tonem, jak tylko potrafiła.

Pierdolić Knighta Singha.

Był pierwszym umbromantą, który skorzystał z usług Charlie, jeszcze w dawnych czasach, kiedy była zaledwie małolatą. Z jej punktu widzenia mógł sobie zgnić w grobie, co jednak nie znaczyło, że to ona tę mogiłę obrabowała.

Charlie wycofała się z rynku. Była w tym niestety zbyt dobra, a skutki uboczne okazały się dotkliwe. Teraz została po prostu normalną osobą.

Trójka nawalonych dwudziestokilkuletnich dziewczyn o wyglądzie czarownic celebrowała narodziny weekendowej nocy. Ich usta usmarowane były czarną szminką. Zamówiły po szocie taniego, żarówiastozielonego absyntu i natychmiast wypiły do dna. Jedna z nich musiała niedawno zmienić sobie cień, bo wciąż ustawiała się do światła, tak żeby widać go było na ścianie. Miał rogi i skrzydła, jak sukkub.

I był piękny.

– Moja stara mega się wnerwiła – mówiła nieco bełkotliwie do swoich przyjaciółek. Podskoczyła, przez chwilę zawisła w powietrzu, a wtedy skrzydełka jej cienia zatrzepotały, kilku gości spoglądało z uznaniem. – Moja stara mówi, że kiedy będę chciała dostać normalną pracę, to pożałuję, że mam coś, czego nie mogę schować. Ale jej powiedziałam, że nigdy się nie sprzedam.

Kiedy Charlie pierwszy raz w życiu zobaczyła przemieniony cień, przypomniał jej baśń ze szkolnej biblioteki przeczytaną jeszcze w dzieciństwie. Nosiła tytuł Czarownica i nieszczęśliwy braciszek.

Wciąż jeszcze pamiętała pierwsze linijki tekstu: „Dawno, dawno temu urodził się chłopiec z głodnym cieniem. Szczęście zawsze mu sprzyjało, natomiast jego brat zawsze miał pecha, urodził się bez swojego cienia”.

Rzecz jasna, cień tej dziewczyny nie był wcale szczęśliwy. Po prostu fajnie wyglądał, nadawał jej też odrobinę magii. Tyle że mogła na kilka sekund unieść się trzy cale nad podłogę. Buty na porządnych obcasach dałyby więcej.

Nie czyniło to z niej umbromantki.

Manipulacja cieniem stanowiła specjalność osób parających się najbardziej znaną formą umbromancji, czyli modyfikacją. Modyfikatorzy potrafili dokonywać kosmetycznych zmian w kształcie cienia, ale też używać ich do wywoływania emocji tak silnych, że mogły prowadzić do uzależnienia, a nawet wycinać fragmenty podświadomości. Oczywiście, wiązało się z tym pewne ryzyko. Czasem ktoś tracił dużo więcej swojej osobowości, niż zamierzał.

Pozostałe trzy dziedziny umbromancji otoczone były nimbem tajemnicy. Skorupiarze koncentrowali się na własnym cieniu, aby wznosić się na jego skrzydłach albo wykorzystywać go jako pancerz ochronny. Pacynkarze powierzali swoim cieniom sekretne misje – z doświadczenia Charlie wiedziała, że najczęściej wyjątkowo obrzydliwe i nikt nie chciał o tym mówić. Z maskami też nie było lepiej: banda świrów i mistyków, którzy się zawzięli, by wyjawiać tajemnice tego świata, nie biorąc zupełnie pod uwagę, że mogą przy tym kogoś skrzywdzić.

Nie na próżno nazywano ich pomrokami, zamiast używać właściwego określenia. Nie można ich było obdarzać ani krztą zaufania. Na przykład niezależnie od tego, co umbromanci o sobie rozpowiadali, wszyscy handlowali kradzionymi cieniami.

Chłopak Charlie, Vince, został obrabowany ze swojego cienia. Prawdopodobnie po to, żeby jakiś bogaty chujek mógł dokonać kolejnej modyfikacji. Teraz w ogóle nie rzucał cienia, nawet w najjaśniejszym blasku światła. W powszechnym mniemaniu ludzie pozbawieni cienia mieli w sobie jakiś brak, chociaż nikt nie potrafił sprecyzować, o co konkretnie chodziło. W każdym razie czasem przechodnie na ulicy to dostrzegali i obchodzili Vince’a szerokim łukiem.

Charlie akurat wolałaby, żeby wszyscy się od niej odpieprzyli, ale Vince’owi działało to na nerwy.

Kiedy Charlie znów znalazła się w pobliżu, Doreen ją przywołała.

– Wezmę ginger ale, to powinno mi dobrze zrobić na żołądek.

Odette akurat nie patrzyła w ich stronę.

– Dobra, mów, co się stało.

– Adam chyba znowu ma ciąg – powiedziała Doreen, gdy Charlie postawiła przed nią szklankę i położyła obok serwetkę. – Dzwonili z kasyna. Jeżeli nie przyjdzie w poniedziałek, wywalą go na zbity pysk. Dzwonię do niego na komórkę, ale nie odbiera.

Charlie i Doreen nigdy za sobą nie przepadały, ale znały tych samych ludzi. Czasami zaś to, że się kogoś zna od dawna, jest ważniejsze niż sympatia do tej osoby.

Charlie westchnęła.

– To co mam zrobić?

– Znajdź go i sprowadź do domu – odpowiedziała Doreen. – Możesz mu przypomnieć, że ma dziecko.

– Wątpię, żebym była w stanie go do czegokolwiek nakłonić – stwierdziła Charlie.

– To przez ciebie Adam jest taki – oznajmiła wtedy Doreen. – Ciągle bierze jakieś niebezpieczne ekstrazlecenia.

– Niby dlaczego to moja wina?

Charlie przetarła ścierką bar. Ot tak, żeby coś robić.

– Dlatego, że Balthazar zawsze go z tobą porównuje. Adam usiłuje ci dorównać. Tylko że nie każdy się rodzi kryminalistą.

Partner Doreen, Adam, był krupierem blackjacka w kasynie i po rezygnacji Charlie zaczął też dorabiać u Balthazara. Może sobie wyobrażał, że jakieś tam machlojki przy hazardzie przygotowały go na okradanie pomroków. Podejrzewała też, że zdaniem Adama, skoro Charlie sobie radziła w tej branży, nie mogło to być nic trudnego.

– Pogadamy, jak skończę zmianę – odpowiedziała Charlie.

Zdecydowanie powinna trzymać się z daleka od tej sprawy.

Przede wszystkim dlatego, że była ostatnią osobą, którą Adam chciałby zobaczyć, niezależnie od kontekstu.

Co więcej, Charlie nie zarobi na tym ani centa.

Jak głosiła plotka, Adam wydawał wszystkie dodatkowo zarobione u Balthazara pieniądze na seanse blisu, czyli manipulacje cieniem w taki sposób, żeby można było patrzeć całymi godzinami przed siebie i czuć się przecudownie. Pewnie właśnie leżał na plecach w pokoju hotelowym, czuł się błogo na maksa i z pewnością sobie nie życzył, żeby Charlie się pojawiła i ściągnęła go z powrotem do domu, zanim to z niego nie zejdzie.

Charlie zerknęła w stronę Doreen, która siedziała przy drugim końcu baru i bezmyślnie bawiła się mieszadełkiem. Tak, stanowczo nie powinna się w to pakować.

Już miała sięgnąć po syfon z wodą sodową, kiedy rozległ się głośny łomot. Facet w tweedzie, który nie życzył sobie zbyt słodkiego burbona, wylądował właśnie na czworakach obok pustej sceny, zaplątał się w aksamitną zasłonę. Jeden z karków pilnujących salonu cieni, niejaki Joey Aspirins, stał nad nim i najwyraźniej zastanawiał się, czy kopnąć go w twarz.

Balthazar z wrzaskiem wbiegł za nimi po schodach.

– Zupełnie ci odbiło? W co ty chcesz mnie wrobić? Żeby ktoś sobie pomyślał, że to ja zwinąłem Liber Noctis? Wypierdalaj stąd, ale już!

– Ale to nie tak – zaprotestował koleś w garniturze. – Saltowi naprawdę zależy, dobrze zapłaci nawet za tę jedną stronę…

Charlie wzdrygnęła się na dźwięk nazwiska Salta.

Po tym wszystkim, co już widziała i czego dokonała, trudno było zrobić na niej wrażenie. Jednak wspomnienie Salta zawsze działało.

– Zamknij mordę i wypad stąd.

Balthazar jednoznacznym gestem pokazał facetowi wyjście.

– Co się dzieje? – spytała Doreen.

Charlie pokręciła głową. Przyglądała się, jak Joey Aspirins wypycha tweedowego za drzwi. Odette wstała, żeby pogadać z Balthazarem, ale mówili zbyt cicho, żeby dało się ich podsłuchać.

Kiedy Balthazar wracał do sutereny, po drodze pochwycił wzrok Charlie i puścił do niej oko. Powinna unieść brwi albo się obruszyć, jednak wzmianka o Lionelu Salcie wprawiła ją w otępienie, a Balthazar znikł, zanim zdążyła zdobyć się na jakąś sensowną reakcję.

Wkrótce przyszła pora na ostatnie zamówienia. Charlie przetarła kontuar, po czym wstawiła do zmywarki brudne szejkery i szkło. Przeliczyła kasę, odjęła od swoich napiwków zapłatę za drinka Doreen, dodając je do reszty rachunków. Bar Rapture mógł chlubić się swoją niezwykłą atmosferą, mieć ściany i sufit pomalowany Black 30, farbą tak ciemną, że pochłaniała światło, i powietrze w nim mogło sobie być gęste od kadzidła… Mógł sobie być miejscem, w którym lokalsi mieli ochotę otrzeć się o odrobinę magii czy po prostu zajrzeć, gdy mieli już dosyć barów sportowych, w których podawali kombuchę z nalewaka. Jednak rytuał zamknięcia knajpy wszędzie jest taki sam.

Kiedy Charlie powlokła się na zaplecze po kurtkę i torebkę, większość pracowników już poszła. Wiatr się wzmógł, czuła go na swoim spoconym ciele, idąc do samochodu. W końcu była już późna jesień i zanosiło się na zimę, a to znaczyło, że powinna zacząć ubierać się cieplej, cienka skórzana kurtka nie wystarczy.

– No i jak? – spytała Doreen. – Zmarzłam na kość, czekając tu na ciebie. Znajdziesz go? Suzie Lambton mówi, że jej pomogłaś, a przecież prawie jej nie znasz.

Robota nie wyglądała na trudną, a potem Charlie będzie miała Doreen z głowy. Jeżeli Adam leży gdzieś nieprzytomny, wystarczy gwizdnąć mu portfel. To go szybciutko sprowadzi do domu. Może jeszcze zgarnąć kluczyki od samochodu, choćby po to, żeby pokazać, że może.

– Twój brat pracuje na uniwersytecie, prawda? W biurze kanclerza?

Doreen zmrużyła powieki.

– Jest tylko recepcjonistą. Odbiera telefony.

– Ale ma dostęp do komputerów. Mógłby załatwić, żeby moja siostra dostała jeszcze miesiąc na zapłacenie rachunku? Nie chodzi mi o to, żeby skasował dług, tylko żeby przedłużył termin.

Chodziło o opłaty za kurs wprowadzający, jakieś koszty techniczne i administracyjne, które trzeba było pokryć, zanim przyjdą pieniądze z kredytu. Do tego jeszcze trzeba było skombinować kasę na jakiegoś grata, którym Posey mogłaby jeździć na uczelnię. I jeszcze trochę na książki.

– Nie chcę, żeby sobie narobił kłopotów – odpowiedziała z godnością Doreen, zupełnie jakby nie usiłowała właśnie namówić swojej znajomej kryminalistki na poszukiwanie swojego chłopaka kryminalisty.

Charlie skrzyżowała ramiona.

Czekała.

W końcu Doreen niechętnie skinęła głową.

– Dobra, pewnie mogę spytać.

A to mogło wiele znaczyć. Charlie otworzyła bagażnik swojej rozklekotanej corolli. Oprócz splątanych kabli do odpalania i starej torby z narzędziami do włamów oraz butelki Grey Goose, którą kupiła po hurtowej cenie w barze, znajdowała się tam jej kolekcja jednorazowych telefonów.

Wybrała jeden z nich, wstukała kod, żeby go aktywować.

– Dobra, spróbuję. Zobaczymy, czy Adam się na to złapie. Podyktuj mi jego numer.

Jeśli odbierze – powiedziała sobie – zrobię to. Jak nie, odpuszczę.

Wiedziała, że tylko szuka pretekstu, żeby wpakować się w kłopoty. Wchodzi na ruchome piaski, żeby sprawdzić, czy ją pochłoną. Jednak i tak napisała do niego wiadomość:

Jest robota. Podobno jesteś najlepszy.

Dla kogoś, kto w gruncie rzeczy zdaje sobie sprawę, że jest kiepski, pochlebstwo będzie motywujące. Tak działa każdy szwindel, trzeba znaleźć słabą stronę ofiary. Rzecz jasna, nie powinno się w ten sposób podchodzić do relacji z ludźmi, bo można się zbytnio przyzwyczaić.

– Zobaczymy, czy odpowie, jeśli… – zaczęła Charlie, kiedy na jej telefonie pojawił się symbol wiadomości.

Kim jesteś?

Amber

Charlie posiadała kilka tożsamości zbudowanych jako legendę do kantowania. Spośród nich tylko Amber była umbromantką.

Wybacz, że zawracam głowę tak późno, ale naprawdę potrzebuję Twojej pomocy.

Amber, ta z długimi brązowymi włosami?

Charlie przez dłuższą chwilę wpatrywała się w telefon, próbując odgadnąć, czy to była podpucha.

Naprawdę jesteś dobry.

Dodała do tego emoji z przymrużeniem oka, mając nadzieję, że w ten sposób wykręci się od innych pytań.

– Nie wierzę, on ci odpowiada na esemesy. Co napisał?

– Zobacz – powiedziała Charlie, podając jej telefon. – Widzisz? Żyje. Nic mu nie jest.

Doreen przygryzła paznokieć, czytając wiadomości.

– Nie powiedziałaś, że będziesz z nim flirtować.

Charlie tylko przewróciła oczami.

Po drugiej stronie parkingu owinięta potężnym futrem Odette kroczyła ku swojemu fioletowemu mini cooperowi.

– Naprawdę uważasz, że wyciągniesz od niego, gdzie jest?

Charlie skinęła głową.

– Jasne. Mogę nawet tam pojechać i go związać, jeżeli tego sobie życzysz. Tylko że w zamian za coś takiego musiałabyś mi wyświadczyć jakąś większą przysługę.

– Suzie powiedziała, że prosić ciebie o pomoc, to jak wywoływać diabła. Diabeł może i spełni życzenie, ale potem traci się duszę.

Charlie przygryzła wargę, spojrzała w stronę latarni.

– Sama mówiłaś, że jej prawie nie znam. Ta twoja Suzie musiała mieć kogoś innego na myśli.

– Może – zgodziła się Doreen. – Ale to, co zrobiłaś, chociaż wiem tylko tyle, co ludzie gadali... Ty chyba musisz mieć coś komuś za złe.

– A może zrobiłam to dla zabawy? – podsunęła Charlie. – To by znaczyło, że jestem potężnie walnięta, co nie? A ponieważ wyświadczam ci przysługę, to grzeczniej byłoby do tego nie wracać.

Doreen westchnęła ciężko, tak jak każdego dnia ciężko wzdychają matki małych dzieci, musząc znosić ich fochy.

– Dobra. Jasne. Tylko sprowadź go do domu, zanim zrobi się taki jak ty.

Charlie spoglądała przez chwilę na oddalającą się Doreen, potem wsiadła do toyoty. Zapięła pas. Starała się nie myśleć o propozycji Balthazara i o tym, kim kiedyś była. Zamiast tego skupi się na ramenie, który zamierzała ugotować po powrocie do domu. Liczyła, że jej siostra dała kotce jeść. Już sobie wyobrażała materac na podłodze sypialni. Wyobrażała sobie śpiącego Vince’a w skotłowanej pościeli.

Wetknęła kluczyk do stacyjki.

Samochód jednak nie odpalił.

2ODWRÓCONY KRÓL KIELICHÓW

Wiatr dął jak szalony tunelem Cottage Street, chłostał twarz Charlie zimnem i jej własnymi włosami.

Corolla pozostała na parkingu przed Rapture. Nic nie pomogło przekręcanie sto razy kluczyka i walenie w deskę rozdzielczą. Samym kablem nie da się uruchomić wozu, a holowanie kosztuje.

Pomyślała, że mogłaby zadzwonić po Vince’a, a może nawet po taksówkę, ale zamiast tego sięgnęła do bagażnika po flaszkę, po czym zdrowo z niej kilka razy pociągnęła, użalając się nad sobą i patrząc w niebo.

Resztki liści już całkiem zbrązowiały, tylko nieliczne jeszcze czepiały się gałęzi, zwisając niczym śpiące nietoperze.

Przy znaku stopu zwolnił jakiś samochód. Kierowca rzucił wulgarną propozycję, po czym zaraz dał gazu. Pokazała mu faka, chociaż nie sądziła, by to zauważył.

Nie pierwszy raz coś takiego słyszała i nie ostatni. Widziała swoje odbicie w szybach corolli. Ciemne włosy. Ciemne oczy. I sporo całej reszty: cycki i tyłek, i brzuch, i biodra. Aż nazbyt często faceci zachowywali się, jakby jej krągłości były jakimś rodzajem zaproszenia. Nie pamiętali, że każdy rodzi się z jakimś ciałem i nie można go zrzucić jak kapci; że to nie cień, który można sobie zmieniać.

Kolejny poryw wiatru wzbił w powietrze kilka liści, lecz większość z nich pozostała w kałużach przy krawężniku.

I wtedy Charlie stwierdziła, że te półtorej mili do domu przejdzie sobie spacerkiem.

W końcu to nie tak daleko. Żaden problem.

W każdym razie dla kogoś, kto nie spędził całego dnia i połowy nocy na nogach.

Dopiero poniewczasie przypomniała sobie, że do pomysłów powziętych po pijaku należy się odnosić ze stosowną rezerwą.

Minęła witrynę księgarni; światło było zgaszone, ale w blasku latarni można było podziwiać piękną kolekcję dyń zaopatrzonych w plastikowe wampirze kły. Szczerzyły się obok powieści grozy i dekoracji z żelek candycorn. Ich oranżowe korpusy pomału już zaczynały gnić.

Ulica była zupełnie pusta, wszystko pozamykane. Otuliła się szczelniej kurtką i pomyślała, że byłoby fajnie, gdyby Easthampton bardziej przypominało pobliskie miasteczka uniwersyteckie, na przykład Northampton albo Amherst. Gdyby po ulicach snuli się narąbani studenci, czynne byłyby z myślą o nich przynajmniej jedna pizzeria albo coffeeshop dla nocnych marków.

Przez tę ciszę zbyt wiele myśli pchało jej się do głowy.

Kiedy szła samotnie ciemną ulicą, nie mogła opędzić się od słów wypowiedzianych przez Doreen – o tym wszystkim, co kiedyś zrobiła i że na pewno ma komuś coś za złe.

Kopnęła walający się luzem kawałek cementu.

Kiedy była małolatą, miała zmierzwione czarne włosy, brązowe oczy i była niegrzeczna. Raz za razem pakowała się w kłopoty, ale po drodze się zorientowała, że w jednym jest dobra: w rozbieraniu rzeczy na części pierwsze. Rzeczy i ludzi. Lubiła rozwiązywać takie zagadki i dociekać, w jaki sposób dotrzeć do tego, co ukrywają. I jak się stać tym, w co chcieli uwierzyć.

To przypomniało jej historię z Adamem. W sumie teraz mogła się tym zająć, zamiast pogrążać się w ponurych rozmyślaniach.

Sięgnęła po telefon i wstukała:

W księgozbiorze Mortimera na Smith College jest pewien tom, który zawiera coś ważnego. Zapłacę. Ewentualnie możemy jakoś inaczej się dogadać.

Było rzeczą powszechnie wiadomą, że umbromanci wiecznie poszukują starych ksiąg, w których spisano sekrety manipulacji cieniem. Nie raz bywało, że zabijali się o nie, dosłownie. Podsuwała Adamowi łatwą pracę.

To musiało być coś kuszącego.

Charlie przez dziesięć lat kradła dla tego czy innego umbromanty. Księgi, zwoje, a czasem też inne, gorsze rzeczy. Przez dziesięć lat udawało jej się ukrywać swoją tożsamość. Nikomu nie się rzucała w oczy, dla przykrywki pracowała w barach i restauracjach, zlecenia załatwiał dla niej Balthazar. Nieco ponad rok minął od momentu, kiedy wpłaciła kaucję za wynajęty dom i namówiła Posey, żeby zdawała na studia.

A potem wszystko rozpieprzyła.

Tak jakby wewnątrz Charlie zawsze szalał ogień. Rok temu przekonała się, jak łatwo może wszystko obrócić w popiół.

Adam nie odpisywał. Może usnął. Albo był na haju. Albo po prostu go to nie interesuje. Schowała telefon z powrotem do torebki.

Kątem oka dostrzegła coś dziwnego w przestrzeni między dwoma budynkami.

Odwróciło to jej myśli od przeszłości, ale w niezbyt przyjemny sposób.

Ludzie opowiadali sobie historie o cieniach pozbawionych ciała i wędrujących po świecie, tak jak straszyli się opowieściami o slendermanie czy dziewczynce, która miała buzię pełną pająków, ale Charlie wiedziała, że tak zwane struposze to nie żadne bajeczki, tworzą się, kiedy umiera umbromanta, a jego cień żyje dalej. Zmory takie są jak najbardziej rzeczywiste i bardzo niebezpieczne. Działa na nie onyks i ogień, i właściwie nic poza tym, o ile ktoś sam nie jest umbromantą.

Zaćwierkał jej prawdziwy telefon, sprowadzając ją na ziemię. To esemes od Vince’a:

Wszystko ok?

Niedługo będę – odpisała.

Trzeba było do niego zadzwonić jeszcze spod Rapture. Mógłby po nią podjechać. Pewnie nawet specjalnie by nie marudził. Tyle że nie chciała za bardzo na nim polegać. Wiedziała, że potem będzie trudniej. Potem, czyli kiedy Vince od niej odejdzie.

Z miejsca, w którym Nashawannuck Pond łączy się z RupperThreat Pond, czyli od strony porzuconego młyna, dobiegł jakiś odgłos. Ktoś tam był.

Przyspieszyła kroku, wsuwając jednocześnie dłoń do kieszeni, żeby owinąć palce wokół rękojeści składanego noża, który miała przy kluczach. Był nadal ostry, chociaż otwierała nim pudełka z płatkami zbożowymi i odłupywała kit z okna. Nie bardzo wiedziała, jak się nim posłużyć w obronie własnej, ale przynajmniej miał onyksową okładzinę rękojeści, a to się mogło przydać przy spotkaniu z cieniem.

W jednej z bocznych alejek dostrzegła jakiś ruch. Zewnętrzna lampka nad drzwiami jednego ze sklepów oświetlała poplamione ubranie, białą kość i ścianę zachlapaną czarnymi plamami krwi.

Charlie stanęła jak wryta, spięta, coś ścisnęło ją w żołądku. Umysł usiłował nadążyć za tym, co widziała. Dostarczał usłużnie alternatyw – może to jakiś gadżet ze sklepu z okropnościami czy wesołego miasteczka? Manekin, zwierzę?

Jednak nie, to były ludzkie szczątki. Rozszarpane ciało, strzępy ubrania. Ktokolwiek to zrobił, usiłował chyba dobrać się do wnętrzności ofiary. Charlie podeszła bliżej. Było zimno, więc nie czuła smrodu, ale mimo tego w powietrzu unosił się jakiś mdlący zapach. Twarz mężczyzny zwrócona była na bok, otwarte oczy lśniły szklanym blaskiem. Jego klatka piersiowa była rozszarpana, połamane żebra sterczały ze zwłok jak białe gałązki brzozy.

I potem znowu jakiś ruch przy ścianie: jego cień, który powinien pozostawać w takim samym bezruchu jak trup, a był poszarpany i powiewał na wietrze niczym strzęp wiszący na sznurze. Jakby silniejszy powiew mógł go uwolnić.

Śmierć tak odmieniła twarz mężczyzny, że poznała go najpierw po ubraniu – wymiętym i przybrudzonym, jakby nie miał niczego innego na zmianę. To facet, którego Balthazar wyrzucił z Rapture. Ten, który proponował, że sprzeda mu coś za plecami Salta.

Jeszcze dwie godziny wcześniej postawiła przed nim szklaneczkę Four Roses. A teraz…

W przeciwnym końcu alejki rozległ się jakiś odgłos, Charlie drgnęła nerwowo i spojrzała w tamtą stronę. Oczami czarnymi jak dziury po kulach wpatrywał się w nią mężczyzna w kapeluszu, okryty długim ciemnym płaszczem.

Z jego dłońmi było coś nie w porządku.

Bardzo nie w porządku.

Były wyłącznie z cienia, aż po kikuty nadgarstków.

Ruszył w stronę Charlie, jego kroki się odbijały się głośno na asfalcie. Chciała uciekać, ale instynkt podpowiadał jej, żeby oczekiwać w bezruchu, przecież ucieczka wzbudzi u drapieżnika pragnienie pościgu. Czy rzeczywiście zamierzała się bronić? Nóż w jej dłoni był śmiesznie mały, niewiele większy od nożyczek do paznokci.

W oddali rozległo się wycie syreny.

Na ten dźwięk mężczyzna znieruchomiał. Spoglądali na siebie ponad zwłokami. W końcu facet się cofnął, następnie zniknął za rogiem. Charlie poczuła, że robi jej się słabo, a jednocześnie poczuła się przeraźliwie trzeźwa.

Zmusiła się, by ruszyć z miejsca, chwiejnym krokiem wyszła z alejki, potem prędzej w stronę Union. Gdyby policja zastała ją w pobliżu zwłok, zaczęłaby zadawać mnóstwo pytań, a w dodatku mogłaby nie uwierzyć w opowieść o facecie, który miał ręce z cienia. Zwłaszcza gdyby ją usłyszała od Charlie, która jeszcze przed ukończeniem osiemnastu lat z powodu różnych przekrętów dwukrotnie wylądowała za kratkami.

Nogi same ją niosły, umysł zaś pracował na pełnych obrotach.

Od masakry w Boxford, kiedy opinia publiczna zdała sobie sprawę z istnienia umbromantów, czyli od mniej więcej dwudziestu lat, w zachodnim Massachusetts wprost się od nich roiło. Dolina Krzemowa umbromancji.

Od Springfield z jego zamkniętymi na głucho fabrykami broni i zabitymi dechami rezydencjami aż po szkoły i uniwersytety oraz ekstrawaganckie farmy na wzgórzach, zanieczyszczone rzeki i malownicze mokradła Quabbin Reservoir, Dolina była w sam raz. Tania i położona wystarczająco blisko Nowego Jorku i Bostonu.

Plusem była też panująca tam od dawna tolerancja dla rozmaitych dziwactw. Kozy do wynajęcia, aby przystrzyc gazon. Klub strzelecki, który co roku organizuje festyny historyczne. W zasięgu piętnastu minut jazdy można kupić osiemnastowieczną ramę do łóżka, ręcznie wykonany dzbanek w kształcie waginy i heroinę od dilera na dworcu autobusowym.

Teraz należało do tego dodać możliwość odwiedzenia salonu cieni w celu zmodyfikowania któregoś z wyżej wymienionych upodobań lub nabycia nowego. Seanse błogostanu błyskawicznie zyskiwały coraz większą popularność. Im więcej pojawiało się umbromantów, tym bardziej miasta się zmieniały i całe zasoby onyksu na planecie nie zdołałyby tego powstrzymać.

Wszystko to nie zmieniało faktu, że to morderstwo było wyjątkowo potworne. Ktokolwiek tego dokonał, musiał dysponować niezwykłą siłą, żeby tak rozszarpać ludzkie ciało.

Wsadziła drżące dłonie do kieszeni. Znana trasa do domu stała się obca, wszędzie widziała postrzępione cienie poruszające się przy najmniejszym podmuchu wiatru i wciąż jej się zdawało, że czuje odór padliny.

Jeszcze dwie przecznice i szła już, zdyszana, po podjeździe prowadzącym do jej wynajętego domu. W zlewie tkwiły patelnia i dwa brudne talerze. Trzeci talerz, przykryty salaterką, stał obok mikrofalówki. Ich kotka, Lucypurr, obwąchiwała tę konstrukcję, wyraźnie na coś licząc.

W salonie Vince spał przed telewizorem, w którym leciał jakiś film bez głosu; leżał rozwalony na ich sfatygowanej wersalce, z gazetą na brzuchu. Kiedy tak na niego patrzyła, poczuła ukłucie tęsknoty, to paskudne uczucie, kiedy człowiekowi kogoś brakuje, jeszcze zanim ten ktoś odejdzie. Spojrzała tam, gdzie powinien padać jego cień. Nie było tam jednak zupełnie nic.

Kiedy Charlie zobaczyła go po raz pierwszy, odnotowała mimochodem, że facet ma jakby niewyraźny kontur, jakby widziało się go przez lekką mgiełkę. Niezbyt się tym przejęła, może dlatego, że była pijana, a może z powodu jego męskiej urody i faktu, że był gładko ogolony – faceci w tym typie nigdy na nią nie lecieli. Dopiero następnego ranka to zobaczyła. Stał w drzwiach, a światło padało z tyłu i jakby sączyło się przez jego postać. Wtedy dopiero zdała sobie sprawę, że facet nie ma cienia.

Posey zauważyła od razu.

Siostra Charlie siedziała w tej chwili na wytartym szmacianym chodniku, wpatrywała się w ziarnisty ruchomy obraz na laptopie, miała przed sobą rozłożone karty. Ubrana była w tę samą piżamę, którą miała na sobie, kiedy Charlie wychodziła z domu: brudną, o postrzępionych brzegach. Bez stanika. Jasnobrązowe włosy zwinęła w niechlujny kok na czubku głowy. Jedyną jej ozdobą był tkwiący w nosie kolczyk ze złota i onyksu, którego nigdy nie zdejmowała. Posey wszystkie spotkania na zoomie odbywała z wyłączoną kamerą, tak żeby nie musieć się do nich przebierać.

Jej głos brzmiał jak najbardziej kojąco i profesjonalnie, gdy nie zwracając większej uwagi na Charlie, kontynuowała wróżbę z tarota.

– Dziewiątka buław, odwrócona. To znaczy zmęczenie i wyczerpanie. Chciałaby pani dać z siebie wszystko, ale ostatnio czuje pani, jakby już nic nie zostało do oddania…

Osoba po drugiej stronie musiała na to odpowiedzieć całą falą zwierzeń, bo Posey urwała, by jedynie słuchać.

Kiedy były małe, ich matka mnóstwo razy zabierała je do wróżek czy jasnowidzów. Charlie pozostało wspomnienie zakurzonych aksamitnych poduszek, zasłony z koralików we frontowym pokoju domu przy autostradzie. Posey leżała z głową na jej kolanach i obie słuchały opowiadanych mamie kłamstw o jej przyszłości.

Może i było to oszustwo, ale matka potrzebowała kogoś, z kim by mogła porozmawiać, a jakoś nie była w stanie się otworzyć przed nikim innym. Wróżby to terapia dla ludzi, którzy nie są w stanie przyznać, że potrzebują terapeuty. Magia dla ludzi, którzy desperacko jej potrzebowali, jeszcze zanim stała się rzeczywistością.

Charlie co prawda nie wierzyła w mantyczne predyspozycje Posey, ale przynajmniej klienci jej siostry mieli kogoś, kto podchodził poważnie do ich problemów i chciał pomóc. To było warte pięćdziesięciu dolarów i zapisu na jej patreona.

Charlie wróciła do kuchni, odkryła talerz. Vince zostawił na niej tacos z jajkiem, pokropione tabasco i sosem sriracha. Obok leżało pokrojone awokado. Sądząc po talerzach w zlewie, Vince nakarmił nawet Posey. Charlie zjadła posiłek przy zardzewiałym składanym stoliku w kuchni, słuchając, co mówi jej siostra.

– Król kielichów, także odwrócony. Jest pani mądrą kobietą, więc sama pani wie, że niektóre z podejmowanych przez panią decyzji nie były najlepsze.

Pozostałości adrenaliny sprawiły, że Charlie odłożyła na chwilę widelec, odetchnęła głęboko raz i drugi. Próbowała się skupić na głosie siostry, na dobrze znajomej narracji.

Większość ludzi zwraca się do wróżki z problemami miłosnymi. Czasem chcą wiedzieć, czy mają szanse u kogoś konkretnego. Inni czują się samotni i chcą po prostu usłyszeć, że to nie ich wina, że po prostu nie trafili na odpowiednią osobę. Najczęściej jednak to ludzie pozostający w nieudanych związkach. Jednocześnie chcą, żeby im powiedzieć, że warto się poświęcać, że coś z tego będzie – a zarazem trochę liczą na pretekst, żeby się z tej matni wyrwać.

Większość wizyt ich matki u wróżek dotyczyła właśnie związków. Wszystkie kobiety w ich rodzinie zakochiwały się tak, jakby rzucały się w przepaść. Miały szczególny dar do dobierania sobie niewłaściwych mężczyzn. Wyglądało to tak, jakby od pokoleń ciążyła na nich jakaś klątwa. Wszystko zaczęło się od babci, która wzięła sobie za męża faceta tak okropnego, że ciągle jeszcze siedziała w więzieniu za to, że strzeliła mu w tył głowy, kiedy oglądał telewizję rozparty w swoim fotelu BarcaLounger. Następnie klątwa objawiła się, gdy mama posadziła Charlie i Posey na tylnej kanapie samochodu i kazała im być cicho, po czym krążyła po mieście, próbując przyłapać ich ojca na zdradzie. Potem zjawił się ojczym, który złamał Posey rękę w nadgarstku i były chłopak Charlie, który tak strasznie potrzebował pieniędzy na spłatę hazardowych długów, że zdołał ją namówić do składania zeznań podatkowych za zmarłe osoby – oddawała mu potem kasę ze zwrotów. Posey powiedziała kiedyś, że aby któraś z nich zabujała się w facecie, koleś musi mieć dziurę w głowie, w sercu albo w kieszeni.

Może i była to prawda. Może mężczyźnie musiało czegoś brakować i w ten sposób Charlie mogła mieć poczucie, że ten brak mu wynagrodzi, uzdrowi go sobą niczym czarodziejski eliksir. A może po prostu Charlie żyła w przekonaniu, że i jej czegoś brakuje, a podobieństwa przecież się przyciągają.

Vince był facetem, na którego można było liczyć. Solidnym, pracowitym. Powściągliwość Vincenta w tematach dotyczących rodziny dały Charlie jasno do zrozumienia, że nie ma ochoty wracać do swojej przeszłości, natomiast była na tyle spostrzegawcza, że to i owo do niej dotarło. Stwardnienia na jego dłoniach były świeże i miał zęby tak proste, jak zwykle bywa dzięki zastosowaniu aparatu ortodontycznego. Wiedział różne rzeczy, których ludzie uczą się na studiach, i nie miał długów. Krótko mówiąc, pochodził z bogatej rodziny.

Charlie nie zdołała się zorientować, czy go odrzucili po tym, jak stracił cień. Próbowała go pytać, ale wykręcał się od odpowiedzi. Nie naciskała, bo wcale nie była pewna, czy chce usłyszeć historię o lepszym życiu i o tym, jak ktoś je stracił.

Liczyło się to, że litościwie odwracał wzrok, kiedy na powierzchnię wypływała prawdziwa Charlie Hall, ta, która prosiła się o kłopoty, marudziła od samego rana. Ta sama, która przez długie lata próbowała zatkać pysk uroborosowi swoich myśli nadmiarem alkoholu i zbyt licznymi facetami oraz żyła od kradzieży do kradzieży. Niektórzy twierdzili, że osoba pozbawiona cienia mniej intensywnie przeżywa emocje niż inni ludzie. Może dlatego Vince’a mało obchodziło, kim była i co zrobiła.

W domu z Vince’em starała się być autorką bajki i jednocześnie jej główną postacią, a więc kobietą, której kanciarska przeszłość została już dawno pogrzebana i która teraz wcale nie zmaga się z pokusą, by zboczyć na manowce.

A on, o ile czasem okazywał się zbyt uważnym słuchaczem i docierało do niego – jak podejrzewała – że jej zraniona, niebezpieczna jaźń rwie się na wolność, to chociaż jej nie odpychał.

– Pobudka – odezwała się, trącając nogę Vince’a stopą.

Chciała, żeby poszedł z nią do łóżka, potrzebowała jego oddechu we włosach i ciężaru jego ramienia, który by ją chronił od rozmyślań o białych kościach, zastygłej krwi i dłoniach z cienia.

Vince uniósł powieki. Przeciągnął się. Wyłączył telewizor. Jak niektórzy wysocy mężczyźni, miał zwyczaj lekko się garbić, kiedy wstawał, jakby nie chciał nikogo przytłaczać swoim ogromem.

– Zostawiłem ci kolację, zjadłaś? – spytał.

Mijając Charlie po drodze do sypialni, przesunął palcami po jej plecach. Poczuła dreszcz pożądania, zaciągnęła się zapachem chlorku, który pozostał na jego skórze po pracy.

– Tak. Jesteś dobrym człowiekiem – odpowiedziała.

Uśmiechnął się w odpowiedzi, trochę zawstydzony, ale zadowolony.

Vince płacił swoje rachunki. Wynosił śmieci. Był dobry dla kotki. Może tęsknił za lepszym życiem, ale teraz był z Charlie. Nie liczyło się tak bardzo, co skrywał w sercu, w każdym razie nie bardziej niż to, co ona skrywała w swoim.

3PRZESZŁOŚĆ

Kiedy Charlie miała trzynaście lat, oznajmiła matce, że została nawiedzona. Mama po rozwodzie jeszcze mocniej wciągnęła się w kryształowe kule i wróżby, miała też przyjaciółkę, która otrzymywała „posłannictwa od aniołów”, więc ten pomysł nie wziął się znikąd. Charlie utrzymywała, że zaczął do niej, a potem przez nią, przemawiać duch czarownicy spalonej na stosie w czasach inkwizycji.

Patrząc z dystansu, to nie był dobry pomysł. Jednak w przeciwnym razie mama by jej nie chciała słuchać, a Charlie była zdesperowana.

W ten sposób pojawiła się Elvira de Granada – postać wywodząca się częściowo z oglądanej późną nocą anime, częściowo zaś z tandetnych powieści grozy ze sklepiku spożywczego. Rzecz w tym, że Elvira mogła mówić o tym, o czym Charlie Hall mówić nie mogła. Elvira mogła wyrzucić z siebie gniew nagromadzony w jej poranionym sercu.

Problem polegał na tym, że koniecznie, ale naprawdę koniecznie, trzeba było przekonać mamę, że jej nowy mąż jest bydlakiem – i to szybko. Travis był totalnie wredny, do tego nienawidził Charlie i Posey.

Nie był natomiast głupi. Kiedy przyłożył Posey – tak za nic, po prostu skakała, działała mu na nerwy i nie chciała iść do łóżka – zrobił to, gdy mama nie widziała, a potem wcale nie udawał, że nic się nie stało, tylko powiedział, że to Charlie uderzyła siostrę, a Posey ją kryje.

Charlie została oczywiście ukarana. Posey też, za kłamstwo.

Od tej pory Travis wiedział, że wszystko mu wolno. Powtarzał ich matce, że musi być surowsza w stosunku do swoich córek, że ojciec je rozpuszczał, że knują i kłamią, aby zwrócić na siebie uwagę, a do tego kradną mu pieniądze z portfela. I jeżeli matka czegoś z tym wszystkim nie zrobi, nigdy nie będą jej szanować i pewnie obie skończą w więzieniu.

Kiedy uderzył Charlie, nawet nie próbowała się poskarżyć.

Mama była zafascynowana tym, że córka okazała się medium. Ku jej zdumieniu Charlie opowiadała różne rzeczy o krewnych, chociaż były to tylko wydarzenia, które kiedyś zapamiętała albo jakieś podsłuchane plotki. Od czasu do czasu po prostu bezczelnie zmyślała coś o zmarłych, bo tego nie dało się sprawdzić.

Jednak nawet Elvira de Granada nie była w stanie przekonać matki Charlie, że Travis jest śmieciem. Matka Charlie uznała, że Elvirą kieruje rozgoryczenie i nieufność do mężczyzn, bo to w końcu mężczyźni doprowadzili do jej śmierci. W związku z tym pojawiła się kolejna postać: Alonso Nieto, czarownik. W przeciwieństwie do Elviry nie tyle został posądzony o czarostwo, co sam przyznawał, że uprawiał czarną magię.

Okazuje się, że mężczyznom łatwiej uwierzyć, nawet tym nieistniejącym.

Mama wprost uwielbiała rozmawiać z Alonsem. Charlie sądziła, że była całkiem przekonująca w roli Elviry, ale jeśli chodziło o Alonsa, to matka sama chciała być przekonana.

Charlie wiedziała, że musi uważać, jednak jeśli Alonso miał skutecznie przekonać mamę do spławienia Travisa, czarownik musiał dostarczyć jakiegoś konkretnego dowodu.

Sprawę trochę ułatwiał fakt, że stopniowo zaczynał wychodzić na jaw prawdziwy charakter ojczyma. Świeżo po ślubie robił wielkie przedstawienie, wciąż powtarzał mamie, że jest ideałem i wmawiał, że czeka ich wspaniałe życie – jednak tego nie starczyło na długo. Teraz, gdy się kłócili, zdarzało mu się czynić aluzje do jej nadwagi i dawać do zrozumienia, że nie jest najmądrzejsza. Kwiaty i romantyczne randki odeszły w niepamięć, podobnie jak znaczna część jego wkładu finansowego w gospodarstwo.

Charlie wiedziała, że nadchodzi odpowiedni moment, potrzebowała jednak pomocy. Wtajemniczyła więc młodszą siostrę.

Posey miała spory problem z Elvirą i Alonsem, chociaż cieszyła się, że ktoś źle mówi o znienawidzonym ojczymie. Jednocześnie jednak bała się, że jej siostra została opętana. Teraz, skoro już wiedziała, że to tylko część planu, wszystko się odmieniło.

Zawodowi wróżbici używają dwóch różnych metod, o czym zresztą wtedy żadna z sióstr nie wiedziała. Pierwsza z tych metod to odczyt „na zimno”, nadal stosowany przez Posey udzielającą porad wróżbiarskich przez telefon i polega na bardzo uważnej obserwacji. Drugą jest odczyt „na gorąco”.

Podczas odczytu na zimno osoba wróżąca zwraca uwagę na to, czy klient spogląda w stronę telefonu, czy ma jaśniejszy ślad na palcu po obrączce, czy ma nowe buty, czy są widoczne jakieś tatuaże. Przez telefon trzeba polegać wyłącznie na doborze słów, akcentowaniu, sposobie wymawiania i umieć dostrzegać emocje w głosie. Dobry odczyt na zimno przekonuje klienta o rzetelności wróżby, pozwala mu się zrelaksować, a rozluźniony klient już sam z siebie dostarcza dalszych informacji.

Odczyt „na gorąco” to coś zupełnie innego. Zawczasu trzeba jak najwięcej się dowiedzieć o danej osobie. Niektórzy sławni wróżbici zakładali podsłuchy w swoich poczekalniach, różnego rodzaju magicy występujący na scenie korzystają z usług asystentów, którzy podsłuchują rozmowy odbywające się na widowni.

Plan Charlie polegał na zdobyciu informacji właśnie w ten sposób.

Z pomocą Posey przeszukała kieszenie Travisa. Wykombinowały hasło do jego komputera, po czym dokładnie sprawdziły historię przeglądarki, pocztę, wpisy na Facebooku. Namierzyły jego kolekcję porno, dosyć obrzydliwą, ale nie było tam nic dostatecznie zboczonego, żeby go pogrążyć. Okazało się, że z nikim nie romansuje i nie wyłudza pieniędzy. Travis był człowiekiem złym, ale jednocześnie niestety nudnym.

Charlie miała kiepskie oceny, w szkole już dawno zaliczono ją do tych słabszych, którzy na pewno nie pójdą na studia. Jednak dużo czytała i potrafiła uważnie słuchać. Była po prostu bystra.

Co nie zmienia faktu, że bystre dzieciaki potrafią być przerażająco głupie.

Charlie całkiem niegłupio stwierdziła, że skoro nie udało jej się znaleźć żadnego haka na Travisa, trzeba dowody sfabrykować. Założyła więc nową stronę na Facebooku na jego nazwisko i z jego zdjęciem, potem zaczęła flirtować z kobietami. Zaraz potem zaczęła się wymiana esemesów przez kupiony w tym celu telefon na kartę. Charlie musiała teraz jednocześnie być Travisem i do tego Alonsem, co było bardzo męczące. Coś jak gra w udawanie, tylko na sterydach.

Jednak nie to najbardziej ją męczyło, bo o wiele bardziej doskwierała Charlie frustracja z powodu tego, że marnuje mnóstwo cennego czasu w swoim właściwym wcieleniu jako dziecko, które ma do odrobienia masę zadań z matmy. Nie mogła się doczekać, kiedy znów ją poniesie fala improwizacji, zaczną we właściwej chwili pojawiać się właściwe słowa nadchodzące z jakiejś części jej umysłu, której istnienia dotąd nawet nie podejrzewała.

Oczywiście mogła sfabrykować dowody, ale nie była pewna, czy to wystarczy, żeby przekonać matkę. Uznała, że trzeba najpierw udowodnić, jaką mocą dysponuje Alonso. Dzięki współpracy z Posey światło samo się zapalało w pustym pokoju, sama się włączała kuchenka, różne przedmioty pojawiały się w miejscach, gdzie mogła je znaleźć ich mama. Krótko mówiąc, nieświadomie dokonały rekonstrukcji od podstaw wiktoriańskiego spirytyzmu.

Charlie szybko skojarzyła, jak świetnie się sprawdza najbardziej upajająca ułuda: Alonso wciąż wmawiał mamie, że jest ważna, wyjątkowa, wybrana. Nie wyjaśniał dokładnie, pod jakim względem, ale takie szczegóły nie miały znaczenia.

Mama wkrótce dała się złapać na haczyk. Prawdę mówiąc, Charlie niekiedy przychodziło do głowy, że matka bardziej się interesuje Alonsem niż nią, woli spędzać czas w jego towarzystwie, a nie ze swoim dzieckiem. Czasem Charlie odnosiła wrażenie, że liczy się dla matki tylko jako pośredniczka w tych spotkaniach.

Po pewnej wyjątkowo karczemnej scenie – Travis nawrzeszczał na Charlie, żeby posprzątała w swoim pokoju, a kiedy mu się nie spodobało, w jaki sposób to zrobiła, złamał na pół jej płytę z Ruchomym zamkiem Hauru – postanowiła, że nadszedł już czas. Trzy dni później Alonso poradził mamie, żeby zajrzała do schowka w samochodzie Travisa. Podłożony przez Posey telefon już tam czekał.

Potem wszystko rozegrało się całkiem szybko.

Mama przejrzała wiadomości zapisane w telefonie i zobaczyła, co (rzekomy) Travis obiecywał tamtym dziewczynom i co o niej (rzekomo) opowiadał. Travis wszystkiego się wyparł, a im bardziej się wypierał, tym mniej mama mu wierzyła, on zaś tym bardziej się wściekał i stawał się przez to tym mniej wiarygodny.

No i masz, kurwa, za swoje – pomyślała wtedy Charlie, z satysfakcją, bo doskonale pamiętała, ile razy jej matka uwierzyła Travisowi, chociaż łgał, a Charlie i Posey mówiły prawdę.

Charlie ucieszyła się z wyprowadzki, ucieszyła się jeszcze bardziej, kiedy matka wniosła o rozwód. Była wniebowzięta, kiedy przeniosły się do nowego mieszkania, chociaż forsy brakowało bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Jednak Charlie trochę się bała tego, co zrobiła. Ciężko było żyć ze świadomością, że dokonała oszustwa na taką skalę, że gdyby matka się kiedykolwiek o tym dowiedziała, prawdopodobnie nigdy by jej tego nie wybaczyła.

Poza tym zupełnie nie miała ochoty zaznajomić Alonsa z jej przyjaciółkami. Charlie stanowczo się sprzeciwiła. Płakała i krzyczała, że tego nie chce, że już mu nie pozwoli przemawiać za jej pośrednictwem.

Właśnie wtedy zaczęła dorastać. Była jeszcze w trzech czwartych dzieckiem, w jednej czwartej zżerało już ją pożądanie. Jej marzenia tworzyły zagmatwany kalejdoskop wizji z programów telewizyjnych, koktajli wyglądających jak wódka z martini i smakujących jak sprite, smarowania ust szminką i balerinek pokrytych czerwonym brokatem oraz ślubem z kimś, kto byłby w połowie gwiazdą pop, w drugiej zaś wypchanym zwierzakiem.

Wiedziała, że musi przestać udawać Alonsa, zanim ktoś ją zdemaskuje, nie wiedziała jednak, jak z tym skończyć, nie sprawiając jednocześnie matce zawodu.

Tylko pozwól mu, tylko tym razem, niech przemówi. To już będzie ostatni raz. Obiecuję ci, słoneczko.

Matka zdołała ją namówić, żeby ten jeden raz wystąpiła przed jej przyjaciółkami. A potem jeszcze raz. Za trzecim razem Charlie zorientowała się, że niektóre z nich zaczynają coś podejrzewać. Niejaki Rand, rosły facet o przepięknie wywoskowanych wąsach próbował ją przyłapać na jakiejś historycznej nieścisłości. Nie do końca mu się to udało, ale Charlie spanikowała. Gadała za dużo. Kiedy wracały samochodem do domu, czuła rzucane w swoją stronę spojrzenia matki, którą wyraźnie nachodziły wątpliwości i nawet gotowa była stracić wiarę w Alonsa. Charlie czuła się, jakby jej ciało było z ołowiu.

Za trzecim razem nie sprzeciwiała się, chociaż jej matka już miała poważne wątpliwości. Charlie zawczasu zweryfikowała różne historyczne wydarzenia i uznała, że Alonso nie musi znać się na antybiotykach czy grawitacji. Przypuszczała, że jeszcze ten jeden raz może sobie poradzić.

Ponadto, Charlie mniej więcej wtedy uświadomiła sobie, co tak naprawdę poskutkowało w przypadku jej matki. Przecież nikogo z nich nie trzeba było do niczego przekonywać.

Należało za to sprawić, żeby chcieli uwierzyć.

Dlatego też zamiast odpowiadać na ich pytania, zaczęła zmyślać na całego. W końcu znała przyjaciółki swojej mamy na tyle dobrze, żeby wiedzieć, która marzyła o tym, żeby jej rzeźby pojawiły się w jakiejś gazecie, która marzyła o miłości; która ubolewała, bo straciła kontakt ze swoimi dziećmi.

Alonso mówił im to, co chciały usłyszeć – i to był czad.

Spotkałaś już mężczyznę, który jest ci przeznaczony, i wiesz, kim on jest, i wiesz, czemu nie jesteście razem.

Twoim dzieciom najlepiej będzie nad jeziorem, lecz będą się opierać, nie przyjmą tego do wiadomości.

Twoje dzieła zyskają uznanie po twojej śmierci.

Potem zaś Alonso oznajmił, że spełnił swoją misję i teraz może już podążyć do dalszych wymiarów. Pożegnał się z nimi uroczyście, ze łzami, po czym ciało Charlie zwiotczało. Zwaliła się na podłogę i udawała przez minutę nieprzytomną – dopóki nie przyszło jej do głowy, że mogą wezwać pogotowie i wtedy będzie problem.

Po tym wszystkim nawet najbardziej sceptyczne z przyjaciółek matki częstowały ją ciasteczkami i herbatką ziołową.

Nigdy potem nie zdarzyło jej się już kolejne „nawiedzenie”.

Matka czasami patrzyła na nią dziwnie, ale Charlie starała się nie zwracać na to uwagi. Tymczasem Posey, zazdrosna o względy, jakie Charlie sobie pozyskała, zaczęła się zajmować tarotem i ćwiczyć znaczące spojrzenia. Charlie natomiast miała wrażenie, że zostały jej już tylko najmniej atrakcyjne cząstki osobowości, a całą resztę bezpowrotnie utraciła.

4WIĘCEJ KAWY

Jaskrawy blask poranku rozświetlał kuchnię. Lucypurr siedziała w zlewie, przednimi łapkami opierała się o brudny talerz, zlizywała krople z cieknącego kranu.

Charlie nalała kawy, dostrzegła błysk w zaczerwienionych oczach Posey i zauważyła, jak jej siostra nerwowo podryguje nogą pod stołem. Ciągle była w tej samej piżamie, włożyła tylko na nogi papucie w kształcie jednorożców z szarego futerka.

– W ogóle nie spałaś? – spytała Charlie, chociaż odpowiedź na to pytanie była oczywista.

– Znalazłam nowy kanał.

Ton głosu Posey wskazywał, że oczekuje sprzeciwu ze strony Charlie.

Na stronach odwiedzanych przez Posey i w filmach, których szukała po internecie, można było znaleźć niebezpieczne informacje o tym, jak przebudzić swój cień, co stanowiło pierwszy krok do zostania umbromantą.

Większość tekstów wyskakujących w wyszukiwarce odnośnie do magii cienia dotyczyła jego modyfikacji i najczęściej opatrzone były sensacyjnymi nagłówkami w rodzaju Hollywoodzka gwiazda zapoczątkowuje nowy trend w dziedzinie cienia. Jak raz na zawsze pozbyć się apetytu na niezdrowe pożywienie? Przydatne modyfikacje cienia dla młodych matek. Czy usunięcie pożądania to nowa lobotomia? W takich artykułach umbromantów przedstawiano jako dostawców. Dilerów. Sprzedawców magii. Świętych Mikołajów przynoszących magię w prezencie.

Celebryci coraz częściej dokonywali modyfikacji cienia, stało się to po prostu modne i robili to równie często, jak niektórzy zmieniają fryzury. Pojawiali się na dorocznym balu charytatywnym w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku wyposażeni w cienie o kształtach smoków, łabędzi czy kotowatych drapieżników. Jednocześnie ich emocje były zaprogramowane w taki sposób, by lepiej odgrywali swoje role czy też tworzyli bardziej porywające piosenki.

Zdarzało się co prawda, że ktoś się zagłodził na śmierć albo skoczył z mostu, albo utracił tak wiele ze swojej osobowości, że poruszał się jakby w niebycie, ale co z tego? Jeśli cień ulegał zniszczeniu, przeszczep się nie przyjmował czy zanikał, bogaci zawsze mogli kupić nowy.

Jednak gdy ktoś sobie zadał trud przekopania się przez gąszcz linków i artykułów, to oprócz plotkarskiego bełkotu można było dotrzeć do różnych teorii na temat umbromancji. Pewien naukowiec z Helmholtz Research Centres w szeroko cytowanym wywiadzie dla „New Yorkera” stwierdził: „Cień działa na takiej zasadzie jak cienie umarłych u Homera, potrzebuje krwi, by się przebudzić”. Jednak od pewnego czasu już niemal każdy instruktor wellness czy inny czarodziej z bożej łaski miał swoje sposoby, na YouTubie i TikToku zaroiło się od kursów i poradników. Jak ból obudził mój cień. Przebudzenie cienia po bójce na pięści. Zdolności magiczne odkryte dzięki podtopieniu. Bezpieczne techniki podduszania przy użyciu plastikowej torebki – gwarantowane rezultaty. W przepastnych głębiach 8kun pojawiały się jeszcze dziwniejsze i jeszcze niebezpieczniejsze koncepcje.

Charlie jeszcze pamiętała czasy, kiedy magia wydawała się niemożliwa. A potem zamęt, kiedy nikt na pewno nie wiedział, co jest realne, a co nie. Posey tymczasem bezpośrednio z dziecięcej wiary w magię przeskoczyła do świata, w którym te czary były czymś zupełnie rzeczywistym, z tym że akurat dla niej niedostępnym.

Charlie była przekonana, że nigdy nie zapomni, jak kiedyś weszła do łazienki i ujrzała siostrę siedzącą na podłodze przy wannie do połowy wypełnionej kostkami lodu. Owinięta ręcznikiem Posey była sina, szczękała zębami i zdołała tylko wyjąkać: „Za krótko wytrzymałam”. Charlie błagała ją, żeby nigdy więcej czegoś podobnego nie próbowała.

Zamiast tego Posey zrobiła sobie kolczyk w języku, przywiązała do niego grubą żyłkę i rozpoczęła powolny i z pewnością bolesny proces rozdwajania. Podobno jeśli ktoś zdołał opanować sztukę posługiwania się mięśniami po obu stronach języka jednocześnie, wytwarzało to w mózgu „dwoistą świadomość”. Drugą cechę niezbędną każdemu umbromancie – po przebudzeniu cienia.

O ile Charlie mogła się zorientować, Posey zaczęła od tego tylko lekko seplenić.

Charlie ziewnęła, sprawdziła wiadomości na obu telefonach. Ten prawdziwy wyświetlił jej zaproszenie na barbecue od Laury, jej najlepszej przyjaciółki ze szkoły średniej, która teraz miała trójkę dzieciaków i raczej mało czasu. Prośbę, by wystąpiła jako barmanka na weselu w domu innej przyjaciółki. Spam ze sklepu z talizmanami, wyprzedaż onyksowej biżuterii.

Zajrzała do drugiego telefonu. Spróbowała raz jeszcze, napisała do Adama kolejną wiadomość:

Czy możemy się spotkać? Zależy mi na dyskrecji. Nie chcę, żeby widziano nas razem.

To miała być taka sprytna przynęta. Kiedy zdradzi, gdzie się znajduje, już po nim.

Doreen będzie mogła wkroczyć na scenę, narobić jazgotu i zawlec go do domu.

Gdyby tylko dało się tak łatwo załatwić sprawę z Posey. Jednak w tym przypadku żaden kant, włam, czy przekręt nie mógł już chyba pomóc.

Jutro?

Kłopot polegał na tym, że nie miała samochodu, mogło być trudno.

Jasne – odpisała Charlie. – Najlepiej rano.

Rano odpada.

Zacisnęła zęby. Nie wiedząc, kiedy dojdzie do spotkania, musiała wyznaczyć jakieś miejsce, a ponieważ udawała umbromantkę Amber, nie mogła przecież mieć innej pracy. Charlie postanowiła więc nie wdawać się w szczegóły.

Jestem zajęta do północy. Możemy się spotkać potem.

Odpowiedział symbolem uniesionego kciuka oraz emoji z przymrużonym okiem. Kiedy Charlie przeczytała kolejną wiadomość z numerem pokoju w hotelu MGM w Springfield, ogarnęło ją coś w rodzaju poczucia winy, tak jakby umawiała się z kimś na schadzkę.

Przecież nie robię niczego złego – zapewniła w myślach samą siebie.

No dobrze, robiła coś złego. Tyle że nie to, co ktoś mógłby pomyśleć.

– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – spytała Posey.

– Oczywiście – zapewniła ją niezgodnie z prawdą Charlie.

Posey kopnęła stopą w kapciu nogę jej krzesła.

– Akurat. No więc widziałam film, w którym ludzie biorą ayahuascę i potem szaman pokazuje im, jak obudzić swój cień. Czytałam w paru miejscach, że to naprawdę działa. No i znam kogoś, kto ma dostęp do domu nad jeziorem Quinsigamond, chcemy tam urządzić taki seans. O ile ktoś zdobędzie DMT.

Charlie uniosła brwi.

– Od tego się rzyga przez całą noc. I nie tylko rzyga.

Posey wzruszyła ramionami.

– Możesz załatwić?

– DMT? – spytała Charlie, zastanawiając się jednocześnie, jak bardzo zły jest ten pomysł. – Nie wydaje mi się. Popytaj w pobliżu Hampshire College. Jeżeli ktoś tym diluje w naszej okolicy, to na pewno tam. Albo jak już zaczniesz studia, to pogadaj z kimś od chemii czy biologii, może ci to wyprodukuje w laboratorium.

Siostra Charlie większość ostatnich kilku lat spędziła na reddicie, śledząc wątki, oglądając filmiki i aż po świt dyskutując na chatach z innymi niedoszłymi umbromantami. Ostatnio jednak jej się pogorszyło. Nie spała przez kilka nocy z rzędu, całymi tygodniami nie wychodziła z domu. Popadała w coraz większe przygnębienie, bo jej cień uparcie odmawiał przebudzenia. Zabrnęła tak daleko, że Charlie zaczynała mieć wątpliwości, czy to, co miało być króliczą norą z Alicji w Krainie Czarów, nie okaże się dożywociem w lochu.

Właśnie dlatego tak bardzo jej zależało, żeby Posey poszła na studia. Na UMass, czyli Uniwersytecie Massachusetts, mogła sobie studiować umbrologię, ucząc się od prawdziwych profesorów, a nie świrów z internetu. Może nawet zainteresowałaby się czymś innym.

Jedynym problemem były masa formularzy, wysoki koszt studiów oraz nieoczekiwane dodatkowe opłaty. Charlie udało się uskładać większość potrzebnych pieniędzy, ale nie wszystko. Mogła jednak zarobić resztę, gdyby ten brat Doreen spełnił pokładane w nim nadzieje i pozwolił jej nieco zyskać na czasie.

Charlie nic lepszego niż studia nie potrafiła wymyślić, uznała więc, że zrobiła, co mogła, czasem tylko dopadały ją wyrzuty sumienia i nalegała, żeby siostra wcześniej kładła się spać. Tak jakby jej problemem była bezsenność. Jakby obie nie wiedziały, że Posey pije całe wiadra kawy oraz energetyków i może jeszcze łyka adderall, żeby pokonać zmęczenie. Cóż, taki trening przyda się na studiach.

Charlie miała paskudne przeczucie, że jej siostra wpadła już pomysł, skąd wytrzasnąć to DMT, i będzie się to wiązało z jakąś kradzieżą. A konkretniej z tym, że Charlie ma coś ukraść.

Komórka Posey brzęknęła, dziewczyna zajrzała do niej, dzięki czemu Charlie miała chwilę dla siebie na delektowanie się kawą. Czuła, że kawa będzie jej bardzo potrzebna.

– Mama wyciągnęła dzisiaj siódemkę kielichów – burknęła Posey, pokazała telefon, tak żeby również Charlie mogła zobaczyć fotkę mamy z kartą tarota w dłoni.

Karta osoby śniącej na jawie, poszukiwacza. Ich matka mieszkała teraz w motelu wynajmującym apartamenty na dłuższe okresy. Z nowym facetem, ale w jej życiu zawsze był nowy facet. Chętnie korzystała z usług Posey jako wróżbitki, bo dla rodziny usługi były darmowe.

Charlie zignorowała znajome poczucie winy, stępione z czasem, ale nigdy się go całkowicie nie wyzbyła.

– I co jej powiesz?

Posey się nadąsała.

– A co cię to obchodzi? Przecież i tak nie wierzysz, że wiem, o czym mówię.

Słysząc ton jej głosu, Lucypurr wyjrzała ze zlewu i syknęła.

– Nieprawda, nie bądź taka – odpowiedziała Charlie. – Poza tym drażnisz kotkę. Ona nie cierpi kłótni.

Posey nie słuchała.

– Chyba istnieje jakiś powód, dla którego obcina się ludziom cienie i potem sprzedaje. Każdy chce magii. Nie tylko ja.

Charlie machinalnie spojrzała w stronę łazienki, gdzie Vince brał prysznic. Zniżyła głos.

– Przecież cię nie krytykuję. Wpadasz w jakąś popierdoloną paranoję.

Kiedy Charlie była mała, ktoś podarował jej na urodziny zestaw małego magika. Była tam chusteczka, którą można było wywrócić na lewą stronę, żeby zmieniła kolor. Kapelusz z podwójnym dnem. Talia znaczonych kart. Ćwiczyła długo i wytrwale. Tyle że to też był kant, ale innego rodzaju. Czy może innego rodzaju kłamstwo.

A więc oczywiście, że Charlie wiedziała, co to znaczy marzyć o magii.

Posey przyciągnęła do siebie laptop.

– Coś ci pokażę.

Charlie wypiła jeszcze łyk kawy i zaczęła układać w stosik rozrzuconą na stole pocztę. Katalogi, rachunek za prąd, rachunek za gaz, rachunek za telefon, kolejny list ze szpitala z czerwonym nadrukiem i aż trzy od komornika. Suma rosła z każdym miesiącem, bo dochodziły odsetki. Do tego jeszcze trzeba było doliczyć naprawę toyoty corolli z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego roku, i to zanim ją odholują. Jednak przede wszystkim Posey.

– Pomyśl o tych zatuszowanych skandalach – odezwała się siostra Charlie. – O testowaniu promieniowania na martwych niemowlętach. O tym, jak zmuszano wytwórnie składników używanych do pędzenia nielegalnego alkoholu w czasie prohibicji do ich zatruwania. I to nie tylko nasz rząd czy jakieś inne rządy. Firmy. Instytucje. Jeżeli znają jakiś sposób, żeby przebudzić cień, na pewno go zataili.

Posey odwróciła w jej stronę komputer z włączonym filmem. Grupka nastolatków zakradła się do szpitala. Podpis głosił, że to autentyczny zapis z monitoringu, bez wprowadzania żadnych zmian. Oczy tych dzieciaków świeciły na zielono w podczerwieni. Dziwnie to wszystko wyglądało, chichotali obok śpiących pacjentów, poruszając jednocześnie palcami, jakby grali w „kamień, papier, nożyce” – tylko za każdym razem pokazywali nożyce, jeszcze raz i jeszcze raz.

– Do czego oni używają tych wszystkich cieni? – zastanawiała się Posey. – Muszą mieć jakiś sposób, żeby je budzić.

Charlie spoglądała na ekran ze zmarszczonym czołem. Film nie zrobił na niej specjalnego wrażenia. Nie była też najlepszego zdania o złodziejach cieni. W świecie magicznej przestępczości to były najgorsze szumowiny. O ile się orientowała, potem dilerzy cieni sprzedawali je ludziom, którzy własny cień utracili w wyniku zbyt licznych modyfikacji albo przy okazji jakichś eksperymentów. Charlie uważała, że gdyby ktoś naprawdę wiedział, jak można przebudzić cień, to raczej nie zachowałby tej informacji dla siebie, tylko pławiłby się w morzu pieniędzy, które mógłby dzięki tej wiedzy zdobyć.

– Słyszałaś kiedyś o podartych cieniach? – spytała siostrę, częściowo dlatego, że istotnie chciała się dowiedzieć, a częściowo, żeby zmienić temat.

Posey znów się naburmuszyła.

– Co?

– Widziałam taki cień, wczoraj w nocy. To było… Zresztą nie wiem. Wyglądało, jakby dostał się do niszczarki czy coś. I był tam taki facet…

Posey popatrzyła na nią tak dziwnie, że Charlie urwała w pół zdania. Posey, która gotowa była uwierzyć we wszystko, co znalazła w necie, najwyraźniej nie wierzyła własnej siostrze. Charlie sama wolałaby uwierzyć, że ten cień to była tak naprawdę podarta plastikowa torba, a tamten facet po prostu miał szare rękawiczki… Ale Charlie dobrze wiedziała, co widziała na własne oczy.

– Pewnie ktoś próbował go odciąć – odezwała się po chwili Posey. – Mówi się, że kiedy ciało utraci cień, to jakby odjęto mu duszę. – Zniżyła głos do szeptu. – A przecież wiesz, że Vince…

– Oj, daj spokój – przerwała jej Charlie. – Przecież ma, kurwa, duszę.

– Ale coś z nim jest nie tak – upierała się Posey. – W przeciwnym razie nie mógłby wykonywać takiej parszywej roboty.

Vince zajmował się sprzątaniem pokoi hotelowych, w których wydarzyło się coś, po czym zostało dużo krwi, albo leżały zwłoki – po bójkach na noże, strzelaninach, przedawkowaniach narkotyków. Jego szef załatwiał zlecenia, po czym przekazywał je trójce swoich pracowników: Winnie, starszej kobiecie, która miała już dorosłe dzieci, a przedtem pracowała jako zawodowy klaun; Craigowi, który postanowił popracować w ten sposób przez rok, bo zamierzał zdawać do szkoły Toma Saviniego, żeby studiować efekty specjalne, i chciał wiedzieć, jak to wszystko naprawdę wygląda. No i Vince’owi.

– Akurat co do gównianej pracy, to chyba ty nie powinnaś się na ten temat wypowiadać – zauważyła Charlie.

Posey nie zwróciła na to uwagi.

– Jest zbyt spokojny. I myślę, że skłamał, jeśli chodzi o francuski.

Charlie zaśmiała się, zaskoczona tak absurdalnym zarzutem i powagą, z jaką Posey go wypowiedziała.

– Co takiego?

– Oglądaliśmy telewizję i w pewnym momencie jeden z bohaterów powiedział coś po francusku, a on się zaśmiał, zanim pojawił się napis z tłumaczeniem. I to nie było żadne bonjour czy coś w tym rodzaju. On zrozumiał cały dowcip po francusku – wyjaśniła Posey.

– Może uczył się w szkole. I co z tego?

Posey potrząsnęła głową.

– Nikt nie pamięta języka, którego się uczył w szkole.

– Nie wiem, co ci w nim przeszkadza – odpowiedziała Charlie, rozkładając ręce. – I obawiam się, że ty też tego nie wiesz.

– Jasne, że jest przystojny, ale sama wiesz, że czegoś mu brakuje. Zresztą w tajemnicy przed nim piszesz esemesy do innych facetów. – Posey zgarnęła ze stołu komórkę Charlie. – O, właśnie! Ach, Adamie, spotkajmy się gdzieś na osobności.

– Oddawaj! – Charlie wyrwała jej telefon.