Łapacz Prawdy - Joanna Karyś - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Łapacz Prawdy ebook i audiobook

Karyś Joanna

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Thriller fantasy jakiego jeszcze nie było!

Meredith od lat zawodowo odkrywa to, co inni chcieliby ukryć. Jako prywatna detektyw nauczyła się dostrzegać rzeczy, których większość ludzi wolałaby nie pokazywać. Kiedy jednak na planie popularnego reality show „Łapacz Prawdy” dochodzi do tajemniczej śmierci jednej z uczestniczek, Meredith zostaje poproszona o coś, czego nigdy nie planowała: ma wejść do programu jako uczestniczka i znaleźć mordercę.

Na poznanie innych i zbudowanie prawdziwej więzi ma zaledwie tydzień – inaczej magia wyrzuci ją z gry. Stawka jest wysoka, bo zwycięzcy otrzymują szansę na odzyskanie tego, co kiedyś bezpowrotnie utracili. W zamian muszą zmierzyć się z najtrudniejszą prawdą o sobie. Co sobotę uczestnicy losują łapacz, który decyduje, co w nocy obnaży przed nimi magia: od najskrytszych marzeń i najcenniejszych wspomnień po najgłębsze lęki.

Im dłużej trwa gra, tym bardziej zaciera się granica między rzeczywistością a telewizyjną fikcją. Śledztwo przestaje być tylko pracą, a zaczyna dotykać sekretów, przed którymi Meredith sama uciekała od lat. Czy zdoła schwytać mordercę, nim magia wyciągnie na światło dzienne jej własne, głęboko skrywane traumy?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 358

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 33 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Karolina Kalina

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



ŁAPACZ PRAWDY

Łapacz Prawdy

Copyright © Joanna Karyś

Copyright © Wydawnictwo Excalibur

Wydanie I, Wrocław 2026

ISBN: 978-83-981060-7-8

Druk i oprawa: Abedik

Redakcja: Katarzyna Myszkorowska

Korekta: Jolanta Augustyniak

Skład i łamanie: Piotr Mańturzyk, Joanna Karyś

Ilustracja na okładce: Martyna Szpil-Augusiewicz KajuArt

Ilustracje (postać, łapacz snów): Isabella Karpińska

Opracowanie graficzne okładki: Joanna Karyś, Piotr Mańturzyk

Wektory: Magnific.com

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.

All right reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

instagram.com/joannakarys.autorka/

instagram.com/wydawnictwoexcalibur

fb.com/wydawnictwoexcalibur

www.wydawnictwoexcalibur.pl

Mojej kochanej siostrze Joli

Rozdział 1

Patrzyłam, jak krew wsiąka w kartę. A choć wiedziałam, że od teraz jestem z nią związana, ciało zadrżało… z podekscytowania.

W tym sezonie stawką było życie. 

Rozdział 2

2 miesiące wcześniej

Magia od zawsze wywoływała we mnie uczucie niepokoju. Byłam zdania, że nie powinno się igrać z losem, jeśli chciało się dożyć trzydziestki. Potem to już ponoć tylko łupanie w krzyżu i strzelające kolana przy kucaniu, ale tak się składało, że chciałabym tego dożyć, aby poczuć to na własnej skórze.

Z tego też powodu unikałam magii, ale bądźmy szczerzy – co jakiś czas z niej korzystałam. Wszystko jest dla ludzi. Jak to mawiał mój świętej pamięci wujaszek – ważne, aby znać umiar. Chociaż akurat on nie był najlepszym wzorem do naśladowania, bo niekoniecznie stosował się do własnych rad i od tego braku umiaru przyszło mu zemrzeć. Chyba większego hipokryty nie znałam, ale hej!, to mój wujek, więc i tak go kochałam.

Ziewnęłam, ostatni raz spojrzałam na akta, które leżały przede mną na ciemnoszarym biurku, po czym zamknęłam teczkę. Odłożyłam ją na bok, żeby zaraz schować ją do komody umieszczonej przy oknie. To tam trzymałam zamknięte sprawy.

– Kolejna zdrada – westchnęłam, wspominając najpierw zapłakaną, a później zdenerwowaną twarz Lary. Parę dni temu zgłosiła się do mnie z prośbą, abym przyjrzała się jej mężowi.

Już po wstępnym wywiadzie podejrzewałam, jak to się skończy. Lara widziała znaki świadczące o zdradzie, ale ignorowała je lub usprawiedliwiała. Podświadomie wolała tkwić w czymś, co znała, i nie miało znaczenia, że nie była w tym związku szczęśliwa. Poczucie bezpieczeństwa, choć złudne, nie pozwalało jej przejrzeć na oczy, za to trzymało jak w imadle. Nie ją pierwszą i nie ostatnią. Zdjęcia jednak nie pozostawiały żadnej wątpliwości.

– Żegnaj, Tivolt – dodałam, zasuwając szufladę.

Przeciągnęłam się i pokręciłam głową, aby rozluźnić mięśnie. Skończyłam pracę na dziś, czas na relaks. Chwyciłam dużą torebkę, do której wcisnęłam jeszcze aparat fotograficzny oraz kostkę pamięci, po czym zgarnęłam z blatu telefon i klucze. Zamknęłam gabinet i udałam się do swojego Volkswagena zaparkowanego pod blokiem.

Kiedy przechodziłam przez pasy, niemal zostałam staranowana przez pojazd zasilany magią. Nie cierpiałam tego cholerstwa, a niestety wypuszczali go coraz więcej. Mówiło się, że cała seria Magcar stanowi następstwo hybryd i elektryków. Te nowe „cuda” nie potrzebowały ładowania ani benzyny, więc już w ogóle były eko, tylko że ich użytkowanie wiązało się z tym, że prowadząca je osoba zużywała swoje zasoby magii. A nie każdego stać, aby je tak łatwo uzupełniać. Istniały różne sposoby, a najpopularniejsze…

Pozwoliłam myślom błądzić bez celu, unikając tylko tego jednego ciemnego zakamarka, w którym upchnęłam wszystko to, czego nie chciałam wspominać.

Przekręciłam kluczyk i włączyłam muzykę najgłośniej, jak się dało, przez co jakaś staruszka obejrzała się z przestrachem. Skrzywiłam się i uniosłam rękę w przepraszającym geście, ale kobiecina tylko rzuciła coś pod nosem, przytuliła torebkę do piersi i czym prędzej się oddaliła. Ściszyłam muzykę, a po chwili skupiłam się na tyle, aby w końcu rozpoznać utwór. Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy usłyszałam „Wake Up” zespołu Black Veil Bradies. Ponoć jedną pisarkę ten utwór zainspirował do napisania książki. Jak szedł ten tytuł… Dopóki starczy nam dnia? Tak, chyba tak. I tam chodziło o to, że wirus… Dobra, dość.

Przejechałam dłonią po twarzy i westchnęłam, jednocześnie słuchając z głośników Andy’ego Blacka, którzy kazał mi się obudzić. Cóż, problem w tym, że najchętniej poszłabym spać, aby chociaż na chwilę wyłączyć mózg i przestać czuć. Za dużo… Za dużo myśli…

– Dobra, najwyżej pójdę na terapię. Co mi szkodzi…

Wyprostowałam się, wzięłam głęboki wdech, uśmiechnęłam do samej siebie i ruszyłam.

Dotarłam do celu w nieco ponad kwadrans. Zaparkowałam w najłatwiejszym możliwym miejscu, z którego później bez problemu wyjadę, bo nie potrzebowałam sobie komplikować życia.

Poprawiłam włosy i weszłam do restauracji, w której serwowali naprawdę dobry makaron z sosem pomidorowym, zapiekany serem.

Uwielbiałam wystrój tego wnętrza. Było tutaj tak ciepło, przytulnie, bezpiecznie. Lampy nie oślepiały, tylko dawały przyjemnie przytłumione światło, a krzesła obite miękkim, czerwonym materiałem zapewniały komfort nawet przy dłuższej kolacji. W lokalu znajdowało się dwanaście stolików, ale w ciepłe dni rozstawiano także trzy przed wejściem i kilkanaście w ogrodzie, który był przepięknie przyozdobiony lampkami i czerwono-różowymi kwiatami.

– Meredith! – zawołał Steven, rozpromieniając się na mój widok. Zbliżył się do mnie. – Jak zwykle o czasie!

– Cenię sobie punktualność – odparłam, odwzajemniając uścisk.

– A ja lubię być wcześniej. – Zaśmiał się pod nosem. – A Carmen później.

– Dobrze, że niektóre rzeczy się nie zmieniają – podsumowałam, zajmując miejsce. Sięgnęłam po menu, choć przecież wiedziałam, co wybiorę. Ślinka ciekła mi na samą myśl. – Co dziś stawiasz?

– Znowu ja?

– A co, ja? Kto pracuje w telewizji i świetnie zarabia?

Uśmiechnął się szeroko, przez co w jego lewym policzku pojawił się dołeczek.

– Dobra, tym razem też stawiam. Możesz wziąć sobie to drogie wino, które tak uwielbiasz.

Teraz to ja się uśmiechnęłam.

– I od tego trzeba było zacząć – stwierdziłam. – A jak przygotowania do programu?

– Poczekajcie na mnie! – zawołała Carmen, dosiadając się do nas. Wychyliła się przez stół, aby uściskać najpierw mnie, a potem Stevena. – Też chcę się dowiedzieć!

I tak oto byliśmy w komplecie.

Meredith, Steve i Carmen – trójka przyjaciół od przeszło dziesięciu lat. Do naszej paczki dołączali nowi ludzie, zwykle osoby, z którymi się wiązaliśmy, ale oni odchodzili, a my wciąż trzymaliśmy się razem.

– Tobie za wiele nie mogę opowiedzieć – rzucił, po czym zmieszał się, co nie uszło mojej uwadze. Co więcej, Steve nagle zaczął unikać mojego wzroku.

Zmrużyłam oczy i przestawiłam się na tryb, który nazywałam „badaniem podejrzanego”.

– Nie patrz na mnie tak oceniająco – powiedział, ale mniej pewnie niż zwykle.

Ha, oni naprawdę myśleli, że ja nie wiem.

Skierowałam spojrzenie na Carmen. Najpierw dostrzegłam u niej niepewność, ale później zmarszczyła nieznacznie brwi.

– Od kiedy? – zapytała z głośnym westchnieniem.

Posłałam jej spojrzenie, które mówiło: „Ja miałabym się nie dowiedzieć?”, z kolei Steve wyglądał, jakby mu nieco ulżyło, choć wyrzuty sumienia wciąż malowały się na jego twarzy.

– Od samego początku – powiedziałam zgodnie z prawdą. – Serio? Próbowaliście coś przede mną zataić? Przecież dobrze wiecie, że nigdy się wam to nie udaje.

– A przyjęcie niespodzianka na twoje dwudzieste trzecie urodziny? – zarzucił od razu Steve.

Machnęłam ręką.

– Wyjątek potwierdza regułę. Poza tym domyślałam się wtedy, że coś knujecie.

Spodziewałam się, że chcą mnie gdzieś zabrać i zorganizować małe przyjęcie, ale że pojedziemy do Alton Towers, największego parku rozrywki w Wielkiej Brytanii, to tym rzeczywiście mnie zaskoczyli. Ten jeden raz.

Carmen przewróciła oczami.

– Chciałam cię zaskoczyć – oznajmiła, zabierając mi menu. – Miałaś mnie zobaczyć dopiero w programie.

– To następnym razem musisz się lepiej ukrywać. – Sięgnęłam po kieliszek czerwonego wytrawnego wina, które kelner przyniósł przed chwilą. – Chodziłyśmy po różnych sklepach z ubraniami, a ty kupowałaś jak szalona. Dodatkowo poszłaś do fryzjera i zrobiłaś sobie paznokcie. Fakt, rozstałaś się dwa miesiące temu z tym całym Carlem, ale żadnego faceta nie masz na oku, a dbasz o siebie tak, jak zawsze, gdy wybierasz się na randkę.

– I po tym wiedziałaś?

– I po paru innych szczegółach, ale dobry detektyw nie zdradza wszystkich swoich sekretów. – Uniosłam kieliszek i upiłam łyk.

Tak naprawdę wiedziałam od pierwszego dnia, bo wyjątkowo przyszłam na nasze spotkanie kilka minut przed czasem, a Carmen już była na miejscu, co od razu mnie zaalarmowało. Musiało jej na czymś bardzo zależeć. To wtedy dopinała szczegóły ze Stevenem. Uznałam, że nie będę się zdradzać z tym, że wiem, i poczekam, aż sami mnie o tym poinformują.

Odstawiłam kieliszek, zawołałam kelnera i zamówiłam swój ulubiony makaron. Pozostali również złożyli zamówienie. Steven zdecydował się na owoce morza, a Carmen poszła w moje ślady.

– Dlaczego mi nie powiedzieliście? – zapytałam, wodząc między nimi wzrokiem. – Tak naprawdę – dodałam, żeby mieli jasność. Próba „zaskoczenia mnie” mogła być dodatkiem, a nie głównym powodem.

Steven pokręcił ręką w przeczącym geście.

– Ja chciałem, ale decyzja nie należała do mnie.

Carmen zagryzła wargę.

– Wiedziałam, że będziesz próbowała mi to wyperswadować – wyznała.

– Wszyscy wiemy, jakie masz do tego podejście – dodał mężczyzna, przeczesując ręką włosy.

Skrzywiłam się.

– Oczywiście. Już samo „tajemniczy inwestor” brzmi co najmniej podejrzanie.

Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Steven umówił się z nami u siebie w domu i przy trzecim kawałku pizzy oznajmił, że weźmie udział w nowym reality show. Nie jako uczestnik, a jako prowadzący. Został zaproszony do prowadzenia programu, co akurat nie stanowiło dla mnie zaskoczenia. Zdarzało mu się prowadzić różne pomniejsze eventy: pokazy mody lokalnych projektantów, artystyczne występy z użyciem magii i inne takie. Charyzmy mu nie brakowało – i bez czarów oczarowywał publiczność. A do tego był przystojny. Ciemnooki brunet, wysoki, wysportowany. No idealny materiał na prezentera.

Zdziwiła mnie jednak kwota, jaką mu oferowano za zwykłe prowadzenie. Osobie, która miała może z sześć tysięcy obserwujących na Instagramie i niewiele więcej na TikToku. Poza tym reżyserowanie zlecono jego przyjacielowi, Bradowi. On również nie był jeszcze zbyt znany, ale uwierzyłabym, że mogli go wziąć ze względu na to, że razem ze Stevenem często nagrywał filmiki promujące te wszystkie eventy, w których brali udział.

Lecz nie potrafiłam zaakceptować faktu, że nie znali osoby, która to wszystko zleciła. Mieli tylko imię i nazwisko – i ono również wyświetlało się w napisach po każdym odcinku programu. I tyle. Nigdy nie spotkali tego, kto za tym wszystkim stał.

A ja nie mogłam znaleźć na tę osobę żadnych brudów. Ani żadnych zdjęć. Rzekomo istniał taki mężczyzna, wzbogacił się na giełdzie, a teraz zaczął parać się magią i zapragnął stworzyć reality show, w którym…

– I tak, masz rację, odradzałabym ci udział, bo oglądałam poprzednie dwa sezony i wiem, że igranie z magią ma swoje konsekwencje – mruknęłam.

– Ale nagroda jest obiecująca – odparł Steven i puścił w moją stronę oczko, jakby to, przez co musieli przejść uczestnicy, nie było żadnym wyzwaniem. Może dla niego…

Duncan Campbell, mężczyzna odpowiedzialny za to całe zamieszanie, w swoim oświadczeniu zarzekał, że robi to z dobroci serca. Ponoć uznał, że skoro ma możliwości, to pragnie dać ludziom szansę. Wszak każdy człowiek coś stracił, a uczestnik programu ma szansę to odzyskać.

Nie za darmo, oczywiście. Duncan uważał, że jeśli ktoś otrzyma coś bez wysiłku, to nie doceni tej wartości. Akurat z tym i ja musiałam się zgodzić. Co nie oznaczało, że popierałam jego metody.

Co było ceną?

A to, że to nie był zwykły program rozrywkowy. Tutaj z ludzi wydobywano ich największe lęki i traumy, a także tajemnice, które powinny pozostać w ukryciu.

Patrzyłam na Carmen i zastanawiałam się, co pragnęła odzyskać, skoro była skłonna poświęcić swoją prywatność. Znałam ją jak nikt inny, a mimo to nic nie wydawało się wystarczająco istotne wobec tak desperackiego kroku. Tak – uważałam, że tylko desperaci zgadzali się na udział w czymś takim.

– Gdzie tym razem odbędzie się show? – rzuciłam zamiast pytania, które kotłowało mi się w głowie.

– Ardverikie Estate – odparł zadowolony z siebie Steven. – Oficjalnie ogłosimy to jutro.

– Szkocja. Jesienią. – Spojrzałam na Carmen. – Ten strój kąpielowy, który niedawno kupiłaś, to ci się jednak nie przyda.

Nie odpowiedziała, bo kelner przyniósł nasze zamówienie.

Dzisiejszy makaron smakował jakoś inaczej. A choć rozmawialiśmy też na inne tematy, nie mogłam zapomnieć twarzy przyjaciółki, gdy Steven wspomniał o nagrodzie.

Co Carmen przede mną ukrywała?

Rozdział 3

2 tygodnie wcześniej

Rzuciłam się w wir pracy. Starałam się jak najmniej rozmyślać o programie i udziale Carmen, a zamiast tego skupić na tu i teraz. Na szczęście miałam kilka zleceń, więc moje myśli były stale zaprzątane przez bieżące sprawy.

– Dzień dobry, Meredith – powitała mnie Robin, moja asystentka. – Udało ci się odkryć, gdzie wyjechał Conrad? Dzwoniła Judy.

– Jeśli jeszcze raz zadzwoni, możesz jej przekazać, że śledztwo jest w toku i że jutro otrzyma cały raport – oznajmiłam, ściągając płaszcz. Był koniec września, więc zaczęło się robić mało przyjemnie.

Robin pokiwała głową.

– Kolejna zdrada? – zgadła.

– Kolejna „delegacja” do hotelu i kochanki.

– Dawno nie było czegoś innego – zauważyła.

I miała rację.

Nie podzieliłam się z nią tym, że od jakiegoś czasu decydowałam się głównie na takie sprawy. Łatwe, szybkie, nieangażujące emocjonalnie. Miałam jednak co do Robin dobre przypuszczenia – była bardzo spostrzegawcza, więc domyśliła się wszystkiego sama. I wiedziała, dlaczego to robię. Mimo to nie poruszała tego tematu wprost, tylko co jakiś czas rzucała takie drobne uwagi, aby dać mi sposobność do zaczęcia rozmowy, jeśli wreszcie będę gotowa.

Nie byłam. Nie wiedziałam, czy kiedykolwiek będę.

Delikatnie potrząsnęłam głową, aby pozbyć się z niej niechcianych obrazów, które już niebezpiecznie zaczęły się tam klarować.

Nie, nie zamierzałam teraz wracać do przeszłości.

– Może następne śledztwo będzie dotyczyło czegoś innego – odparłam.

Drzwi otworzyły się i do środka weszła zapłakana kobieta. Robin omiotła ją wzrokiem – przejęła ten zwyczaj ode mnie – po czym zmarszczyła brwi i posłała mi zaniepokojone spojrzenie.

Robin pracowała jako moja asystentka od trzech lat. Początkowo zajmowała się umawianiem spotkań i odciążaniem mnie w kwestiach papierologii. Cały pierwszy miesiąc poświęciła na uporządkowanie wszystkich spraw, bo choć jestem punktualna i skrupulatna, to zawsze odkładam dokumenty w różne miejsca. Dla mnie to nie stanowiło problemu, bo pamiętałam, gdzie je położyłam, ale wtedy jeszcze myślałam o powiększeniu biura i zatrudnieniu nowych osób, więc dokumenty musiały mieć swoje stałe miejsce, aby w razie potrzeby różne osoby mogły je równie szybko odnaleźć. W wyniku zbiegu różnych okoliczności rozwój biura odsunęłam na dalszy plan, ale powoli nadchodził czas, w którym zmiana będzie nieunikniona.

W ciągu ostatniego roku coraz częściej zlecałam Robin mniejsze zadania w terenie. Widziałam, że zwykłe asystowanie za biurkiem już jej nie wystarczało, ale od pierwszego dnia spodziewałam się, że tak się stanie. W ostatnich miesiącach oddelegowałam ją między innymi do czuwania w samochodzie lub śledzenia podejrzanych w barze, ale z zastrzeżeniem, że ma unikać bezpośredniego kontaktu. Robin dopiero niedawno zakończyła szkolenie, a w przyszłym tygodniu czekał ją jeszcze ostatni egzamin, ale niedługo moje biuro zyska pierwszego pełnoprawnego agenta. Poza mną, rzecz jasna.

Powinnam zacząć się rozglądać za nową asystentką biurową. Być może tym razem podświadomie nie wybiorę kolejnego agenta…

Zaprosiłam zapłakaną kobietę do swojego gabinetu. Zanim zamknęłam drzwi, odwróciłam się do Robin.

– Zaparz melisę, proszę.

Póki jeszcze oficjalnie była asystentką, mogłam ją o to prosić.

– Dwa razy? – zapytała, choć znała odpowiedź.

– Tak, dziękuję.

Skinęła głową, a ja skupiłam się na kobiecie.

– Proszę usiąść. – Wskazałam na jedno z dwóch krzeseł, obitych niebieskim materiałem, które stały przed moim biurkiem. – W czym mogę pomóc?

Zanim nieznajoma odpowiedziała, ja już zdążyłam swoje zauważyć. Mogła mieć czterdzieści trzy, góra czterdzieści siedem lat. Wyglądała na bardzo zmęczoną kobiecinę. Worki pod oczami, niepomalowane paznokcie, a włosy choć uczesane, od dawna nie widziały fryzjera. Ubranie miała schludne, jednak wyraźnie znoszone. Musiało należeć do jej ulubionych, a to oznaczało, że kojarzyło jej się z komfortem i wygodą. Włożyła je, żeby czuć się choć odrobinę pewniej.

Zauważyłam, że ludzie, którzy umawiają się na spotkanie, czy to z lekarzem, czy to z detektywem, zwykle starają się ubrać nieco bardziej odświętnie. Nowa bluzka, nowe spodnie. Często też używają perfum. Niejednokrotnie robią to po to, aby stwarzać pozory – że dbają o siebie, że nie jest u nich tak źle i tak dalej. Lecz ta kobieta nie zaprzątała sobie tym głowy. Wygląd i moje zdanie o niej nie miały dla niej znaczenia.

Robin odgadła to jeszcze w holu.

To nie będzie sprawa romansu.

– Błagam, niech pani mi pomoże – poprosiła i pociągnęła nosem. W ręku trzymała zmiętą chusteczkę, którą teraz wytarła łzę spływającą z prawego oka.

Zajęłam swoje miejsce.

– Moja córka zaginęła – ciągnęła. – Nazywam się Teresa Holt, a to Diana. – Sięgnęła do kieszeni kurtki i wyciągnęła ogłoszenie, w którym zamieściła zdjęcie dziewczyny.

Mimowolnie sięgnęłam po kartkę.

Patrzyłam na uśmiechniętą dwudziestojednolatkę. Co gorsza, już ją widziałam, a nawet śledziłam jej losy. Podobnie jak pół świata, a przynajmniej Zjednoczonego Królestwa.

Nie umiałam stwierdzić, ile czasu upłynęło ani czy Teresa powiedziała coś więcej, bo wróciłam do rzeczywistości dopiero wtedy, gdy Robin przyniosła herbatę. Postawiła ją obok mojej ręki, po czym dyskretnie ścisnęła mnie za bark.

– Wszystko w porządku? – zapytała cicho.

Nie odpowiedziałam.

– Tak jak wspominałam, minęło już dziewięć miesięcy – oznajmiła Teresa, wodząc wzrokiem ode mnie do Robin i z powrotem. Czyli jednak zdążyła mi co nieco streścić, ale ja tego nie zakodowałam. – Wzięła udział w programie…

– Przykro mi, nie mogę pani pomóc – odparłam, kładąc ogłoszenie przed kobietą.

Jej twarz ściągnęła się w żalu tak wielkim, że przez chwilę mnie samej trudno było oddychać.

– Obecnie nie zajmujemy się zaginięciami – dodałam w końcu, po czym odchrząknęłam. – Proszę udać się z tym na policję.

Teresa ponownie otarła twarz z łez.

– Jestem tam codziennie. Powiedzieli, że jej szukają, ale… skoro minęło już tyle czasu…

Załkała. Robin podała jej nową chustkę, którą kobieta przyjęła z wdzięcznością, po czym kontynuowała:

– …tyle czasu, że nie powinnam mieć nadziei, że… – Zamknęła oczy, jakby podświadomie nie zgadzała się z tym, co zaraz powie. – Nie powinnam mieć nadziei, że moje dziecko odnajdzie się żywe.

– Policja na pewno dokłada wszelkich starań, aby odnaleźć pani dziecko. – Wypowiedziane słowa paliły mnie w język.

Gdyby policja naprawdę sobie radziła, prywatni detektywi nie mieliby takiego wzięcia.

– Są bezradni – stwierdziła, a bezradność mogłam dostrzec i w jej oczach. – Kończą mi się pomysły, do kogo jeszcze mogę się udać.

– A próbowała pani z zaklęciem lokalizującym? – wtrąciła pełnym współczucia głosem Robin. – Istnieją grupy osób, które parają się takimi czarami.

Kobieta pokiwała głową.

– Próbowałam.

– I nic? – zdziwiła się Robin.

– Pięciu różnych nie potrafiło jej namierzyć. Ani jej…

Szczątków. Ale to słowo nie przeszło kobiecie przez gardło, a ja nie zamierzałam go wymawiać. Było zbyt okrutne.

Teresa sięgnęła po parujący napój i upiła kilka łyków. Delikatnie się rozluźniła. Nie wiedziała, że w tej herbacie znajdowało się ziele, które kupiłam od magiczki na targu. Nie było uzależniające, ale wzmacniało działanie melisy i powodowało natychmiastowe odprężenie.

Robin wyszła, a my w milczeniu dopiłyśmy napar.

– Dziękuję za herbatę – powiedziała Teresa, a choć te zioła nie poprawią jej ogólnego stanu, wiedziałam, że prześpi dzisiejszą noc długim, spokojnym snem, którego najpewniej nie zaznała od dziewięciu miesięcy.

Skinęłam jej głową, odstawiając swoją filiżankę w niebieskie, czerwone i białe kryształy.

Gdy kobieta była już przy drzwiach, zatrzymałam ją.

– Pani Tereso. – Chwyciłam kartkę. – Zapomniała pani.

Pokręciła smętnie głową.

– Proszę sobie zostawić. Gdyby zmieniła pani zdanie, tam jest mój numer – powiedziała, po czym odwróciła się i wyszła, a ja wiedziałam, że odrzucając jej prośbę, pozbawiłam ją nadziei, która jeszcze się w niej tliła, gdy przekraczała próg za pierwszym razem.

Opadłam na fotel, wciąż trzymając w ręku ogłoszenie. Zerknęłam na nie, po czym spojrzałam na pozostawione przez Teresę otwarte drzwi. Po pięciu sekundach pojawiła się tam Robin, tak jak przewidziałam.

– Chciałam tylko dać znać, że gdybyś mnie potrzebowała, jestem tutaj.

– Wiem – odparłam cicho, ale nie zdołałam jej za to podziękować.

A Robin tego nie oczekiwała. Wyszła, zamykając za sobą drzwi.

Tego dnia nie byłam w stanie już nikogo przyjąć. Umówione spotkania przełożyłam na jutro. Akurat tak się złożyło, że miał to być nieco luźniejszy dzień, więc bez problemu mogłam je przenieść. Nieco rozczarowałam trzy osoby, ale wiedziałam, że dzisiaj i tak nie mieliby ze mnie pożytku.

Przekręciłam klucz w drzwiach, a gdy tylko je uchyliłam, zostałam obszczekana i zalizana.

– Już, Morgana, spokój – rzuciłam, choć w moim głosie nie było nagany, a radość.

Morgana, niezadowolona, że przywitanie trwało tak krótko, szczeknęła ostatni raz i dopiero usiadła. Uniosła lewą łapę i trzymała ją w powietrzu, więc nie pozostało mi nic innego, jak kucnąć i się z nią jeszcze raz przywitać. Oczywiście wykorzystała to, by obrócić się brzuchem do góry, czego zignorować nie mogłam.

– No już, już, dobra psinka – dodałam kilka minut później.

Wybrałyśmy się na długi spacer. Choć trafił mi się wyjątkowo leniwy golden retriever, to musiał swoje poganiać za piłką. A najlepsze były tenisowe. Morgana zapominała wtedy o moim istnieniu, liczyły się tylko one.

W drodze powrotnej zobaczyłam mężczyznę w pelerynie, z przypiętą do niej broszką w kształcie koła. Przezornie przeszłam z Morganą na drugą stronę. Osoby, który nosiły takie odzienie, opanowały najwyższy stopień posługiwania się mocą – czwarty. Oznaczało to, że potrafiły korzystać ze wszystkich rodzajów magii: leczniczej, tworzącej, wzmacniającej i niszczącej. A możliwe, że kiedyś ta liczba się zwiększy, ponieważ wciąż starano się przekraczać granice.

Dlatego Magcarów używać mogli tylko ci, którzy wznieśli się na drugi stopień: do obsługi pojazdu potrzebowali jednocześnie magii tworzącej i wzmacniającej. I o ile to dało się jeszcze jakoś opanować, o tyle korzystanie z trzech rodzajów magii w tym samym czasie uznawano za naprawdę trudne, a używanie czterech było niezwykle rzadkie. Dlatego takie osoby należały do elitarnego klubu, nazywanego Zamkniętym Kręgiem. Lepiej nie wchodzić im w drogę.

Właściwie dobrze się stało, że przeszłam na drugą stronę ulicy, bo znajdowała się tam pizzeria, a wyjątkowo nie miałam ochoty na gotowanie. Skorzystałam więc z okazji i zaopatrzyłam się w pizzę na wynos.

Po powrocie nakarmiłam Morganę i rozsiadłam się na kanapie w salonie. Zaciągając się zapachem pieczonego sera i pepperoni, włączyłam telewizor.

Równo o dziewiętnastej zaczął się pierwszy odcinek programu „Łapacz Prawdy”.

– Morgana, chodź! Ciocia Carmen i wujek Steve będą w telewizji.

Psinka raczej za wiele nie zrozumiała, ale chętnie usadowiła się obok mnie, po czym położyła pyszczek na moim kolanie, pewnie licząc na to, że coś jej skapnie z mojej pizzy.

Z ekranu patrzył na nas uśmiechnięty mężczyzna.

– Witam ponownie! Nazywam się Steven Evans i mam przyjemność poprowadzić dla was już trzecią edycję programu „Łapacz Prawdy”.

– Nawet ja wierzę w ten jego entuzjazm – mruknęłam i wgryzłam się w grube ciasto. Ser przyjemnie się ciągnął, a ja oglądałam dalej.

Zanim ruszył pierwszy sezon, Steven i Brad mieli na swoich listach zadań przygotowanie materiałów promujących całe to wydarzenie. A choć ostrzegali, co będzie trzeba „poświęcić”, to poradzili sobie na tyle dobrze, że zgłosiło się ponad dziesięć tysięcy osób. Liczba ta nie była może powalająca, jeśli wziąć pod uwagę ponad siedemdziesiąt pięć milionów obywateli Zjednoczonego Królestwa, ale potrzebowali raptem dwudziestu paru uczestników, więc taki wynik okazał się wręcz zbyteczny. Duncan zatrudnił specjalną komisję do weryfikacji zgłoszeń, ale Steven i Brad też mogli kogoś polecić, dlatego w obu sezonach pojawili się ludzie, których kojarzyłam.

Po pierwszej edycji liczba zgłoszeń do nowego sezonu urosła do trzydziestu dwóch tysięcy. Tym razem Steven nie chciał przyznać, jak wiele osób wyraziło chęć uczestnictwa.

– Każdy z nas zmierzył się z jakąś stratą – ciągnął Steven, poważniejąc. – Utracona pamięć, magiczne zdolności, miłość. Ach, mógłbym tak wymieniać bez końca. I oto walczą nasi uczestnicy. Zwycięska para otrzyma możliwość odzyskania tego, co wydawało się stracone. I tak, nie przesłyszeliście się! – Uśmiechnął się szeroko i rozłożył ręce na boki. – Tym razem zmieniły się zasady gry. Wygrywa nie jeden uczestnik, a dwoje. W tym sezonie stawiamy na pracę zespołową. Na uczestników czekają nowe zadania.

– Ciekawe – skomentowałam, sięgając po drugi kawałek pizzy. – Tego mi nie zdradził.

Do tej pory wyglądało to tak, że w ciągu dnia uczestnicy wykonywali indywidualne lub grupowe zadania, ekipa odpowiedzialna za montaż wyciągała z tego najlepsze fragmenty, a produkcja puszczała tę skondensowaną wersję podczas pierwszej godziny wieczornego odcinka. Zapewne korzystali z magii, aby zdążyć na transmisję na żywo, która zaczynała się zaraz po podsumowaniu.

– Nie wiem, co o tym sądzisz, Morgano, ale bycie obserwowanym dwadzieścia cztery godziny na dobę jest jak dla mnie pogwałceniem prawa do prywatności.

Oczywiście jako detektyw robiłam coś podobnego, no ale cóż. Wujaszek wpoił mi nieco hipokryzji.

Morgana ziewnęła, po czym polizała mnie po dłoni. Ugięłam się i dałam jej jeden plasterek pepperoni. Zjadła go naprędce, machając przy tym ogonem.

Steven wciąż przedstawiał zasady, ale nadal pomijał tę najistotniejszą. Bo już pal licho śledzenie ludzi przez całą dobę, ale największym pogwałceniem prawa człowieka było przecież zaglądanie do głów uczestników.

Wzdrygnęłam się na samo wspomnienie niektórych scen z poprzednich edycji.

– Pary nie muszą mieć podłoża romantycznego – oznajmił, unosząc palec wskazujący do góry, aby skupić na sobie uwagę. – Liczy się przede wszystkim więź. Przyjaciele, rodzeństwo, wrogowie. Najważniejsze jest to, aby więź była prawdziwa. – Pochylił się, jakby chciał zdradzić coś wyłącznie widzom przed telewizorami. – Uczestnicy mogą próbować oszukiwać, ale magii nie da się tak łatwo zwieść. – Wyprostował się i wskazał na oświetlony budynek za swoimi plecami. – W tym sezonie będziemy wspólnie podziwiali Ardverikie Estate. Przypominam: przez osiem następnych tygodni uczestnicy nie będą mieli normalnego kontaktu ze światem zewnętrznym. Ardverikie Estate stanie się ich jedynym domem.

– Nie takie to brzydkie – mruknęłam do siebie, gdy pokazywali poszczególne sypialnie, ogród, pokój wspólny, jadalnię, bibliotekę.

Udało mi się wyciągnąć ze Stevena, że producent miał dostęp do wszystkich kamer i transmisji na żywo, aby móc śledzić wydarzenia dziejące się w programie, gdy tylko najdzie go na to ochota. Nie mogłam się zdecydować, na ile to zboczone, a na ile zastanawiające. Chociaż z drugiej strony, w końcu był producentem, więc mógł sprawdzić, na co wydaje pieniądze.

– A teraz, nie przeciągając dłużej, poznajcie naszych nieustraszonych uczestników!

Jak Steven to robił, że nawet ja miałam ochotę klaskać w tym momencie?

Carmen przedstawili jako piątą uczestniczkę z jedenastu, z kolei uczestników miało być dziesięciu.

Zacmokałam. Łącznie dwadzieścia jeden osób.

– Nieparzyście. Ktoś dziś zostanie bez pary.

Steven przedstawiał po kolei każdą osobę i mówił o niej kilka słów. Odruchowo zapamiętywałam te informacje, choć wcale nie byłam ich aż tak ciekawa.

W pierwszym sezonie przeważali właściciele klubów fitness, agenci nieruchomości, trenerzy personalni, gimnastyczki czy kosmetyczki. Komisja zdecydowała się na nich, ponieważ to oni najlepiej dbali o swoje ciało i ładnie się prezentowali, więc mieli czym przyciągnąć widzów przed telewizory. W drugim sezonie trochę się to zmieniło, bo pojawili się księgowi i lekarze, ale też byli wojskowi. Tym razem postawiono na jeszcze większą różnorodność pod względem zawodów i osobowości. Za to niezmiennie w programie mogły wziąć udział jedynie osoby w wieku od dwudziestu jeden do trzydziestu sześciu lat.

Najbardziej zastanawiało mnie, na kogo trafi Carmen. Zakładałam, że pójdzie w relację, która może przerodzić się w coś romantycznego. Po zaprezentowaniu wszystkich uczestników miałam dwa typy.

Ekipa uwijała się i pokazywała widzom urywki z całego dnia, kiedy to grupa zapoznawała się ze sobą. No cóż, nie zaskoczyło mnie, że Carmen najczęściej rozmawiała z Zackiem i George’em. Musiałam przyznać, że w tej nowej sukience moja przyjaciółka prezentowała się bardzo elegancko. Miała jasną karnację i długie blond fale, dlatego zdecydowała się na granat z błękitem. Przechodzące w siebie barwy podbijały kolor jej oczu, a tych dwóch facetów nie mogło oderwać od niej wzroku.

Dokończyłam pizzę i nalałam sobie lampkę wina.

Drugą opróżniłam akurat w chwili, gdy Steven kończył ogłaszać pary.

Przywykłam, że w tego typu programach uczestnicy sami dobierają się w pary, ale tutaj było inaczej. Komisja, która zadecydowała, kto weźmie udział, wytypowała również możliwe więzi. Przez najbliższy tydzień uczestnicy byli skazani na swoje towarzystwo, czy tego chcieli, czy nie.

– Jak ona mogła się na to zgodzić, Morgano? – zapytałam, ale psinka smacznie spała z brzuchem wywalonym do góry. Bezwiednie głaskałam ją po nim, spoglądając na tabelę, gdzie wypisano obecne pary.

Tydzień 1:

Para 1 – Chloe i James

Para 2 – Yowita i William

Para 3 – Carmen i George

Para 4 – Grace i Malcolm

Para 5 – Harper i Alice

Para 6 – Sebastian i Natalie

Para 7 – Ben i Noah

Para 8 – Liam i Zack

Para 9 – Mike i Agnes

Para 10 – Charlotte i Olivia

Osoby bez pary – Polly

Według tego, co mówił Steven, mieliśmy kilka par, które z miejsca stały się silnymi drużynami. Była wśród nich parka, która razem zgłosiła się do programu – Chloe i James, rodzeństwo – Grace i Malcolm, bliźniaczki – Harper i Alice, dwóch przyjaciół – Ben i Noah, oraz przyjaciółki – Charlotte i Olivia. Pozostałe osoby się nie znały. Z kolei Polly, która została bez pary, miała trafić do pojedynczej sypialni i w ciągu najbliższego tygodnia spróbować nawiązać z kimś więź.

– Na dziś to koniec, drodzy widzowie – oznajmił Steven, uśmiechając się do kamery. – Zapraszam już jutro o tej samej godzinie.

Rozdział 4

2 dni wcześniej

Wieczory wypełniały mi dwugodzinne odcinki „Łapacza Prawdy”.

To reality show opierało się przede wszystkim na rozmowach, wykonywaniu tajemnych zadań zleconych przez magiczną kartę przypisaną do każdego uczestnika – choć zadania rozdzielał także Steven – i zdobywaniu punktów. Dramy, dramy, dramy – to właśnie one najczęściej przyciągały widzów. I obserwowanie, jak wiele człowiek jest w stanie znieść, gdy mu na czymś zależy.

W razie potrzeby istniała opcja wymiany punktów na tak zwane nagrody. A te były przeróżne. Zdarzało się, że ktoś wymienił dziesięć punktów tylko po to, aby dostać kubełek lodów czy inny przysmak, ale niektórzy umieli poświęcić sto punktów za możliwość ponownego losowania łapacza snów, ponieważ nie chcieli zmierzyć się ze swoimi najgorszymi lękami. Tyle że utrata tylu punktów wiązała się z tym, że ostatnie etapy, na których pojawiały się typowo magiczne zadania i konkurencje, stawały się wręcz nie do przejścia i oznaczały pewną przegraną. Niemniej uczestnicy mieli wybór.

Zastanawiałam się, czy i ja bym skorzystała z takiej opcji. Pewnie tak. Nie zależałoby mi na nagrodzie. Nie tak jak innym. Tylko po co ja to w ogóle rozważałam? Po pierwsze: nie musiałabym z tego korzystać, bo by mnie tam nie było. Po drugie: kropka.

Po tygodniu okazało się, że Polly wygryzła Agnes. No, może nie dosłownie, ale od pięciu dni to właśnie ona tworzyła parę z Mikiem, a namieszać próbował nowy uczestnik: Kevin. Siostry – Harper i Alice – nie wiedziały, że startował do obu, chcąc przekonać którąś z nich, aby ta wybrała jego.

Po pierwszym tygodniu, gdy uczestnicy poznali się lepiej, utworzyły się trzy nowe pary: Yowita i Sebastian, William i Zack oraz Liam i Natalie. I jak na moje oko, pierwsza z nich stawała się naprawdę mocnym przeciwnikiem, podczas gdy na przykład Chloe i James, parka sprzed programu, kłóciła się coraz częściej.

Gdy prześledziłam opinie internautów, odkryłam, że nie tylko cotygodniowe eliminacje wzbudzały sporo zainteresowania, ale też coś, co zawsze miało miejsce dzień wcześniej. To wtedy jedna osoba z pary losowała kolor łapacza snów, z którym przyjdzie im spędzić noc. Mógł być różowy, biały, niebieski, czarny lub jasnobrązowy. W pierwszym tygodniu nikt, nawet Polly, która również miała do wylosowania łapacz, nie trafił na najgorszy z nich…

Głos Stevena wyrwał mnie z zamyślenia.

– Podsumowanie dnia oraz parę wstawek z całego tygodnia już za nami, więc wracamy do was na żywo!

Przez następne pół godziny kamerzyści starali się uchwycić wszystkie dwadzieścia jeden osób, aby pokazać ich aktualne zajęcia, ale nigdzie nie mogłam dostrzec Carmen. Odruchowo wyprostowałam się i zaczęłam bardziej skupiać na tym, co jest pokazywane. Steven miał zaraz zwołać uczestników, aby na koniec dnia zadać im jakieś dodatkowe zadanie – trzymał w ręku kartonik z logo reality show, więc pewnie miał do przeczytania dłuższą instrukcję.

W pewnym momencie kamera najechała na posiadłość, któryś z kamerzystów zrobił zbliżenie, a wtedy… coś zaczęło spadać. Szybko przełączono obraz na inne ujęcie.

Przestałam przeżuwać i po prostu przełknęłam, a miskę z płatkami czekoladowymi odstawiłam na stolik przed sobą.

Wiedziałam, co się wydarzyło, choć mój mózg nie chciał tego zaakceptować.

Znowu pojawił się Steven. Na jego czole perlił się pot, a oczy były rozbiegane, mimo to na twarzy zachował nienaganny uśmiech.

– Dzisiaj kończymy szybciej, ale nie martwcie się, wracamy już jutro! – oznajmił szybko, a na ekranie wyświetliły się napisy.

Zastygłam w bezruchu. Nawet nie umiałabym stwierdzić, czy mrugałam.

Tkwiłam tak z kwadrans, może dwa. Płatki już dawno zdążyły rozmoknąć, a mleko zabarwiło się na brązowo.

Dźwięk telefonu dobiegł z oddali. Raz, drugi, trzeci.

Za czwartym moje ciało w końcu zdołało się poruszyć.

Odebrałam połączenie.

– Mer… Mamy problem – powiedział podenerwowany Steven.

– Ktoś zginął na planie.

Zwłoki.

To właśnie widziałam.

Telefon Stevena tylko mnie w tym utwierdził.

– Czy to Carmen? – zapytałam, choć nie chciałam poznać odpowiedzi na to pytanie.

Zapamiętałam tylko jasne włosy, ale nie była jedyną blondynką wśród uczestniczek…

– Nie, to Harper, jedna z bliźniaczek.

Jednocześnie mi ulżyło, jak i zrobiło się głupio, że ucieszyłam się z czyjejś śmierci.

A jednak… jak dobrze, że to nie Carmen.

– Czemu do mnie dzwonisz, Steve?

– Meredith, wiem, że nie powinienem cię o to prosić, ale musisz dołączyć do programu.

Momentalnie oblałam się potem, a serce zaczęło bić nienaturalnie szybko. Milczałam.

– Wiem, jakie masz zdanie na temat tego całego reality show…

– To nie o to chodzi! – przerwałam mu, po czym wzięłam głęboki wdech.

Nie wiedział, dlaczego tak bardzo gardziłam tym programem. Nie znał prawdy. Nie mógł jej poznać. Nikt nie mógł.

– Proszę – powiedział i już przy tym jednym słowie wyczułam, że się waha, czy powiedzieć coś więcej. – Ja… nie mogę się angażować. Mam kontrakt przypieczętowany krwią, Mer. Jeśli go naruszę… – Głośno przełknął ślinę. – Zostanie mi odebrane to, co dla mnie najcenniejsze.

Strach – przed odkryciem prawdy przez Stevena – zamienił się w złość.

– Co?! – warknęłam. – Dlaczego w ogóle się na to zgodziłeś?!

– Bez tego nie było mowy o prowadzeniu show. Musiałem.

– Mogłeś się nie zgadzać!

– To była moja życiowa szansa! – Brzmiał na coraz bardziej załamanego. – Mer, kocham Carmen tak samo jak ciebie, ale wiem, że jeśli do czegoś dojdzie, to ona sama się nie obroni, a ja nie będę mógł pomóc… – Wziął głęboki wdech. – Widziałem ciało, Mer. Nie jestem ekspertem, ale to z pewnością nie było samobójstwo. Czekamy jeszcze na wyniki sekcji… ale uczestnicy i widzowie i tak dostaną informację o samobójstwie.

– Któryś z uczestników jest mordercą – wyszeptałam. – I wy nie możecie nic zrobić, magia wam nie pozwoli.

To nie było pytanie.

– Muszę postępować zgonie ze scenariuszem, takie dostałem wytyczne. Za Harper mogę teraz jednak wprowadzić dowolnego uczestnika, a nie znam innego równie dobrego detektywa, który po kryjomu może pomóc.

– A co z kamerami? Macie ich tam z pięćdziesiąt. Któraś musiała uchwycić moment morderstwa.

Steven nie odpowiedział.

– Jesteś tam?

– Tak… – Westchnął. – Nie bez powodu w czasie relacji na żywo działaliśmy na trzech kamerach w ogrodzie. Pozostałe… Wszystkie się wyłączyły. Nie mamy nic, Meredith.

Spojrzałam w prawo i złapałam zaniepokojone spojrzenie Morgany. Musiała wyczuć moje emocje i nie wiedziała, co się dzieje. Przywołałam ją gestem dłoni, na co suczka od razu wgramoliła się na moje kolana i wtuliła w szyję, przy okazji mocząc ją mokrym nosem.

– Zgodzisz się? – zapytał Steven jeszcze raz.

Czy zgodzę się przejść przez własne piekło? Bo właśnie tym będzie dla mnie ten program. Zwłaszcza gdy trafię do pokoju z czarnym łapaczem snów.

– „Łapacz Prawdy”, kurwa. Jakie wy tam mieliście hasło reklamowe? Odzyskać spokój? Złapać szczęście? Chyba depresję. Dajecie chociaż terapeutę po zakończeniu show?

I tak rozważałam terapię.

– Dostaniesz ode mnie, co tylko będziesz chciała. Tylko się zgódź.

Kurwa.

Właściwie życie bez magii musiało być zabawne. Nie pamiętam tych czasów, miałam jakieś siedem lat, kiedy magia weszła na dobre do użytku publicznego. Podobno wcześniej tylko szeptano o niej po kątach i mało osób wierzyło, że ona istnieje. A istniała, i to jak!

Na początku dwudziestego pierwszego wieku odkryto, że każdy z nas posiada w sobie cząstkę magii, ale jak to bywa, nie każdy ma predyspozycje, aby nią się posługiwać. Takie osoby zwykle sprzedawały swoją moc, żeby się wzbogacić. A że magia była odnawialna, to po jakimś czasie – w zależności od wieku, zdrowia i samego organizmu – znowu mogły powtórzyć cały rytuał.

Wbrew pozorom pozbycie się magii nie było trudne: wystarczyło przelać ją w wybrany przez siebie kryształ. Mógł to być ametyst, hematyt, kryształ górski czy cokolwiek innego. Dla osoby oddającej tak naprawdę nie miało to żadnego znaczenia, co innego dla kupującego. Istniały grupy kryształów, które odpowiadały za różne rodzaje magii. Wszyscy mogli z nich korzystać, oczywiście pod warunkiem, że mieli predyspozycje.

W ciągu ostatnich dwudziestu lat ludzie uczyli się posługiwać magią. Przywódcy państw bardzo starali się utrzymać w ryzach społeczeństwo, ale choć magia przyniosła sporo dobrego – jak chociażby usprawniła pracę lekarzy i zmniejszyła odsetek osób chorych – tak też spowodowała wiele złego. I choć mogło się wydawać, że to magia niszcząca za tym stoi, to prawda była taka, że najwięcej problemów stwarzała magia wzmacniająca. Trudno zliczyć wszystkie wybuchy i pożary, do których się przyczyniła.

Jednak, jak widać, można też zgodzić się na kontrakt, z którego nie da się wyplątać. Jak Steven mógł na to pójść…

Siedziałam przy biurku i przyglądałam się temu, co przez ostatnie lata otaczało mnie na co dzień.

Lubiłam mój gabinet, mimo że nie należał do największych. W tych dwudziestu metrach kwadratowych udało mi się jednak zmieścić trzy komody z szerokimi szafkami na akta, duże biurko i przyjemnie miękki obrotowy fotel na kółkach. Przed biurkiem stały dwa krzesła dla klientów, a trzecie – zapasowe – przy oknie. Niewielką kanapę ustawiłam między dwoma regałami wypchanymi książkami i ozdobnymi figurkami. Dwie małe komody na pomniejsze szpargały stały przy pomalowanej na niebiesko ścianie, a obraz przedstawiający wschód słońca nad zatoką wisiał na kremowej.

– Jestem! – zawołała Robin, wchodząc do gabinetu. – Co się stało?

No tak, wzywanie ludzie do pracy przed północą może budzić pewne obawy.

– Od jutra przejmujesz wszystkie moje sprawy – oznajmiłam, po czym wstałam z fotela, chwyciłam przygotowane teczki i wręczyłam je nowej agentce.

Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia, ale zaraz pojęła.

– Wyjeżdżasz – zauważyła trafnie. – Dokąd?

Nie zamierzałam trzymać tego w tajemnicy.

– Ardverikie Estate.

Zmarszczyła brwi, gdy pojęła, co zamierzam zrobić. Tym razem na jej twarzy dostrzegłam troskę.

– Nie powinnaś tam jechać, Meredith.

Miała rację.

Nie powinnam.

Ale nie było rzeczy, której bym nie zrobiła dla Carmen. Była dla mnie jak siostra.

– Nie oglądałaś dzisiejszego odcinka?

Robin pokręciła głową.

– Siedziałam nad aktami.

Jakbym widziała siebie, gdy zaczynałam. Ani znajomi, ani chłopak, ani żadne rozrywki nie wchodziły wtedy w grę. Chciałam skupić się wyłącznie na pracy, rozwiązać jak najwięcej spraw.

– Ktoś zginął.

Otworzyła szerzej oczy.

– Carmen…?

– Nic jej nie jest, ale nie mogę jej tam zostawić. Nie w takiej sytuacji.

– Domyślam się, że nie zrezygnują z emisji…

– Nie mogą, tutaj w grę wchodzi magia. Konsekwencje zerwania umowy byłyby zbyt wielkie. – Westchnęłam. To właśnie dlatego nie lubiłam polegać tylko na magicznych sztuczkach, zaklęciach i tej całej mocy. – Znajdę zabójcę, zanim znowu kogoś zabije.

Robin jedną ręką przycisnęła akta do piersi, a drugą położyła mi na ramieniu.

– Jeżeli ktoś może to zrobić, to właśnie ty. A tym – uniosła nieco teczki – się nie martw. Poradzę sobie.

Uścisnęłam jej dłoń, ale nic nie odpowiedziałam.

Gdy zostałam sama, a zegar na wieży kościoła mieszczącego się przecznicę dalej wybił północ, kucnęłam do dolnej szafki przy biurku. Spojrzałam na leżące w niej akta.

Przez ostatnie sześć lat poprowadziłam ponad sto pięćdziesiąt spraw. Nie wszystkie rozwiązałam, takim cudotwórcą nie byłam, ale dawałam klientom przynajmniej częściowe rozwiązania, poszlaki, które mogli przekazać komuś innemu, kto dysponował większymi środkami i mógł dokończyć sprawę tak, jak należało.

Zawsze tak było… Poza jednym przypadkiem.

Z bijącym sercem sięgnęłam po teczkę, ale nie odważyłam się jej otworzyć. Zamiast tego udałam się z nią w stronę komody stojącej przy drzwiach. To tutaj trzymałam niedokończone sprawy.

– Wrócę do tego po powrocie – wyszeptałam.

Otworzyłam środkową szufladę i umieściłam akta obok innej, równie obszernej teczki, która pojawiła się tam niedawno. W ciągu ostatnich dwóch tygodni wylądowało w niej wiele wycinków z gazet i artykułów.

Diana Holt.

Uczestniczka pierwszego sezonu „Łapacza Prawdy”.

Zaginęła dziewięć i pół miesiąca temu.

Jej matka nie wiedziała, że wzięłam tę sprawę. Nie chciałam karmić jej złudnymi nadziejami.

Okazało się jednak, że Diana Holt była jedną z czterech osób, które zaginęły po programie – a przynajmniej ślad po nich zaginął, przestały się komunikować ze znajomymi, udzielać w portalach społecznościowych i tak dalej. Intuicja podpowiadała mi, że to nie był przypadek.

A Carmen nie będzie kolejną zaginioną. Albo co gorsza – zamordowaną. Nie dopuszczę do tego.

Rozdział 5

Obecnie

Najbardziej utkwił mi nagłówek gazety, którą ujrzałam wczoraj.

„Reality show, w którym stawką jest… twoje życie”.

Najpierw prychnęłam pod nosem, ale potem dotarło do mnie, że redaktor trafił w sedno.

Gazety i serwisy internetowe huczały od plotek. Część osób uważała, że Harper mogła popełnić samobójstwo, ale znaleźli się i tacy, którzy twierdzili, że ktoś pomógł jej spaść z tej wieży.

Nie wiedzieli, że gdy leciała, już nie żyła. A przynajmniej tak oznajmił patolog sądowy w czasie sekcji zwłok zleconej w trybie pilnym. Steven powiedział mi to wieczorem – zadzwonił do mnie po emisji najnowszego odcinka programu. A choć Brad i reszta ekipy starali się jak najmniej pokazywać siostrę zmarłej, to i tak przez niemal całe dwie godziny nie pojawił się inny temat.

– Oglądalność wzrosła dwukrotnie – przyznał i chyba sam w to nie dowierzał.

Dla mnie było to do przewidzenia.

– Ludzka tragedia zawsze przyciąga gapiów. Nie mówiąc już o morderstwie na planie…

– Samobójstwie – poprawił mnie szybko. – Pamiętaj, aby tak to nazywać, gdy będziesz przed kamerami.

Westchnęłam krótko, jednocześnie przypominając sobie, że na koniec uczestnicy losowali łapacze snów. Carmen trafił się różowy, ale jedna osoba nie miała tyle szczęścia.

– A Alice wie? – zapytałam, wciąż mając przed oczami wyraz jej twarzy, gdy wyciągnęła z worka czarny łapacz. – Siostra Harper.

– Nie – wyznał cicho. – Ale dowie się po zakończeniu sezonu. Pozna prawdę, Mer. Obiecuję.

– Nigdy nie złamałeś danego mi słowa, więc mam nadzieję, że i tym razem je dotrzymasz – odparłam.

Zakończyłam połączenie i zabrałam się za dopakowanie walizki.

W domu było niezwykle pusto. Pod wieczór zawiozłam Morganę do mojego kuzyna Rogera, który zajmował się nią, gdy wyjeżdżałam gdzieś na dłużej. Tym razem nie byłam w stanie określić, jak długo mnie nie będzie. Nawet gdybym złapała mordercę w pierwszym tygodniu, nie mogłabym zrezygnować z programu – musiałam odpaść w eliminacjach. A istniała możliwość, że morderca zrobi wszystko, aby trafić do finału. Mogło zdarzyć się też tak, że morderca odpadnie, a ja wciąż będę w grze, lub też na odwrót, ale to było zmartwienie na później.

Z samego rana z Londynu poleciałam samolotem do Portu Lotniczego Inverness. A choć od jakichś trzynastu, może piętnastu lat istniały punkty teleportacyjne – wynalazek, na który ponoć czekali wszyscy – to jak na prawdziwego sceptyka przystało, jeszcze nigdy z nich nie skorzystałam. Z roku na rok sieć punktów się rozrastała, ale teleportacja wciąż nie stanowiła najpopularniejszego środka transportu – po pierwsze, była droga, a po drugie, i tak należało jakoś dojechać do punktu, a te budowano na obrzeżach miast. Póki co.

Sam lot zajął jakieś półtorej godziny. Na miejscu czekał na mnie samochód. Czarny SUV, a jakże. Zaskoczyliby mnie jedynie wtedy, gdyby dali jakiś różowy pojazd.

Po kolejnej półtorej godziny dotarłam do Ardverikie Estate.

Rogerowi, Robin i najbliższym przekazałam numer do Stevena. Gdyby ktokolwiek zechciał się ze mną skontaktować, musiał zwrócić się do mojego przyjaciela. Podobnie jak reszta uczestników, również i mnie czekało pożegnanie ze smartfonem. Prowadzącego show to nie dotyczyło.