Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
24 osoby interesują się tą książką
Zemsta jest jak ogień – pochłania wszystko na swojej drodze, trawiąc nie tylko obiekt naszej nienawiści, lecz także nas samych.
W czasach wojny Trzech Królestw Szkocja staje się areną bezlitosnej walki o władzę i przetrwanie. Wśród krwawych porachunków między klanami dorasta Malva – córka przywódcy Lamontów, od pokoleń skonfliktowanego z potężnymi Campbellami.
Zostaje wydana za lorda wrogiego rodu, a jej małżeństwo ma przypieczętować kruchy sojusz. W rzeczywistości staje się elementem niebezpiecznej gry. Malva, wierna rodzinie i bezgranicznie oddana bratu, podejmuje się odegrania roli, która wymaga od niej sprytu i gotowości do poświęceń. Żyjąc wśród śmiertelnych wrogów, odkrywa, że świat nie jest czarno-biały, a podjęte w przeszłości decyzje przynoszą nieodwracalne skutki.
Lady Campbell to przejmująca opowieść o miłości silniejszej niż rodzinne więzi, o braterskim oddaniu, przeradzającym się w niebezpieczną obsesję, oraz o wyborach, które na zawsze zmieniają bieg historii.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 414
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Emilia KolosaCopyright © by Wydawnictwo WasPos, 2026All rights reservedWszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.
Redakcja: Kinga Szelest
Korekta: Adriana Rak
Projekt okładki: Adam Buzek
Zdjęcie wewnątrz okładki: Obraz Pexels z Pixabay
Zdjęcie na drugiej stronie: Obraz Sophia Hi z Pixabay
Zdjęcie na ostatniej stronie: Obraz Thomas Ulrich z Pixabay
Ilustracje przy częściach: pngtree.com
Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]
Wydanie I – elektroniczne
Wyrażamy zgodę na udostępnianie okładki książki w Internecie
ISBN 978-83-8464-003-6
Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]
Ostrzeżenie
Akcja książki rozgrywa się w XVII-wiecznej Szkocji – epoce naznaczonej przemocą i głęboko zakorzenionymi nierównościami społecznymi. Przedstawione realia historyczne i opisy wydarzeń mogą okazać się wstrząsające dla wrażliwych czytelników.
W treści pojawiają się motywy kazirodztwa, przemocy – w tym przemocy seksualnej – oraz krzywd, które dotykały dzieci.
Proszę o rozważne podejście do lektury.
Mas olc am fitheach, chan fhearr a chomann.Jeżeli kruk jest zły, jego kompani na pewno nie będą lepsi.
Szkockie przysłowie
Rozdział 1
Zbrodnia i zemsta niemal zawsze idą w parze. Pragnienie odwetu jest jak trucizna, która wsiąka w krew i wędruje w najgłębsze zakamarki naszego ciała i duszy, a później popycha do potwornych czynów. Czułam, jak sączy się w każdej myśli, jak zmienia mnie od środka – wypełnia ogniem, palącą potrzebą działania.
Żyłam dla zemsty. Każdy oddech przypominał mi, co odebrano mojej rodzinie, a mijające dni przybliżały mnie do chwili, w której stanę się przyczyną upadku wrogów mojego klanu. Pragnęłam patrzeć, jak ich świat kruszy się na moich oczach. Czekałam na ten dzień od wielu lat. Każda chwila dłużyła się w nieskończoność, jakby czas specjalnie wystawiał moją cierpliwość na próbę. Przygotowywałam się do tego momentu w myślach, wciąż i wciąż przewijając w głowie wszystkie możliwe scenariusze.
Ale ktoś, kto jest uparty, w końcu dotrwa do wyczekiwanej chwili.
– Ślubuję miłować cię i szanować, dzielić z tobą radość i smutek, szczęście i nieszczęście, być wierną i uległą. Przysięgam, że nie opuszczę cię aż do śmierci, a Boga Wszechmogącego proszę o pomoc i błogosławieństwo.
Wypowiadane słowa zdawały się puste, pozbawione znaczenia, a jednak wiązały mnie z największym z wrogów mojego klanu. Upór w końcu doprowadził do dnia, do którego przygotowywałam się od wielu długich lat. Pragnęłam zemsty. Z rozkoszą zabiłabym tego parszywego wieprza, który przyglądał się mi spod kruczoczarnych pukli. Lord Trossachs, to on stał się kluczem, który mi to umożliwi. Trzymał moją dłoń w żelaznym uścisku, który zdawał mi się jak wnyki. Mężczyzna się uśmiechał, a mnie zbierało na mdłości, bo zapewne wyobrażał sobie moje nagie ciało, które lada chwila posiądzie. Starzec otrzymał młódkę i mógł z nią zrobić, co tylko zechce. Nie wiedziałam, ile ma lat, ale liczył sobie niewiele mniej wiosen niż mój ojciec. Mdliło mnie na samą tę myśl.
Nienawidziłam tego człowieka, choć dzisiaj widziałam go po raz pierwszy. Ustalenia aliansu, zrękowiny i wszystkie sprawy dookoła odbyły się bez mojego udziału. Z pokorą znosiłam jednak cały ten spektakl, bo wychodząc za tego starca, wiedziałam, co robię. Czekałam na niego od lat, ponieważ to on miał stać się kluczem do zniszczenia tych, którzy zagrażali mojej rodzinie.
Pragnęłam zobaczyć przegraną Campbellów.
Miałam nadzieję, że będą cierpieć tak samo jak moi rodacy, którym podobni do tego, któremu przysięgłam, zgotowali piekło. Tę nienawiść wpajano mi od najmłodszych lat. Wszyscy Lamontowie mieli zapisaną ją we krwi, ponieważ wiele jej przelano w obronie naszych rodowych ziem. Teraz to ja stałam się jednym z naszych wrogów. Przyjęłam znienawidzone nazwisko Campbell, by zakraść się w szeregi tych, których pragnęliśmy zniszczyć.
Przypieczętował to pocałunek, wywołujący poczucie obrzydzenia. Ciemny zarost mężczyzny tysiącem małych igiełek wbił mi się w skórę, sprawiając, że walczyłam z pokusą, by odgryźć mu wargę. Wiedziałam jednak, że pokora i cierpliwość są moją bronią. Musiałam tłumić gniew i niechęć, robiąc z mego ciała atut, który otworzy mi drzwi do wiedzy. To tego tak bardzo pragnęłam. Hamish zawierzył, że sobie poradzę. Nie mogłam zawieść ukochanego brata.
Aplauz rozniósł się po kaplicy. Otaczali mnie ludzie, których nie znałam. Żaden z członków mojej rodziny nie ważył się przybyć do Inveraray, ponieważ ten sojusz szyty był cienką i sparciałą nicią. Nikt tu nikomu nie ufał – i miał powody.
Gdy tylko opuściliśmy kaplicę i ruszyliśmy w stronę głównego gmachu, do którego trzeba było przejść przez zamkowy dziedziniec, niepostrzeżenie zza naszych pleców wyłonił się nieznany mi mężczyzna – brodaty, o głęboko osadzonych, ciemnych oczach. Zwrócił się do ślubnego z szorstkim uśmiechem.
– No, stary kruku, coś cię widzieć nie mogłem przez długie miesiące. Zdaje mi się, że teraz zapuścisz tu korzenie, co? Choć liczę, że o Kilmun to nie zapomnisz!
– Na pewno nie – odparł.
– To dobrze! Może młoda lady doda ci wigoru, boś zdziadział ostatnio, wiesz?
Mój ślubny uśmiechnął się kącikiem ust, bez cienia humoru.
– Przestań paplać, Rechardzie, bo ci jeszcze język zadrży na ślubnej uczcie – odpowiedział półgłosem, po czym zerknął w moją stronę.
Tamten zaśmiał się gardłowo. Skłonił się i odsunął, pozwalając, byśmy kontynuowali naszą wędrówkę do zamczyska. Przyglądałam mu się z zainteresowaniem. Fortyfikacja wzniesiona pomiędzy dwoma wysokimi wieżami wydawała się nie do zdobycia. Próba jej oblężenia byłaby misją samobójczą, ale uważnie wypatrywałam jej słabych punktów – bez skutku.
Rozbrzmiały dudy wygrywające pieśń wrogiego mi klanu, kiedy tylko przekroczyliśmy próg sali. Wraz ze ślubnym zasiedliśmy po prawicy wodza Campbellów – potwora, którego klęski pragnęłam najbardziej. Był bratem torca1, którego poślubiłam. To Archibald Campbell, pierwszy markiz Argyll, ósmy hrabia i przywódca prezbiterian, winny wszystkich nieszczęść, które dotknęły moją rodzinę. Chyba za długo zawiesiłam na nim spojrzenie, ponieważ zdało mi się, że ściągnęłam jego diabelski wzrok. Jasne, szaro-niebieskie oczy przestrzeliły mnie niemal na wylot. Tego parszywca nienawidziłam najbardziej. Tyle słów, które nie pasowały do damy, cisnęło mi się na usta, ale musiałam zachować pozory. Spojrzałam na zebrany tłum, by nie musieć spoglądać w twarz tego zbrodniarza.
– Interesująca rzecz – rzucił markiz chrapliwym głosem. – Nie spodziewałem się, że James odda swoją córkę. Czyżby wiarołomca poszedł po rozum do głowy? Czy zwyczajnie próbuje zetrzeć winy, których tak ochoczo się dopuszczał?
Przełknęłam jadowitą odpowiedź. Te wszystkie obelgi pod adresem ojca paliły niczym żywa rana i rozbudzały chęć zemsty, która przywiodła mnie pod mury naszych wrogów.
– Nie dzisiaj, Archibaldzie – odpowiedział mój ślubny, wyraźnie siląc się na spokojny ton. – Wysłano ją tu zgodnie z umową, na którą przystałeś, więc odpuść złośliwości i uszanuj powierzone słowo.
– Moje słowo jest nie do podważenia, jednak z przykrością stwierdzam, że nie możemy tego samego powiedzieć o sir Jamesie Lamoncie, czyż nie?
– Więc dlaczego się na to zgodziłeś?
Markiz Campbellów prychnął pogardliwie pod nosem i rzucił na mnie spojrzenie. Widziałam to jedynie kątem oka, ponieważ wpatrywałam się uporczywie w stojący przede mną pusty talerz. Ta rozmowa godziła w honor mojej rodziny. Drżałam ze złości, ale wiedziałam, że nie powinnam się odzywać. To kolejna lekcja, której nauczył mnie Hamish – milczenie. Zbyt łatwo mogłam dać się zdemaskować.
– Bo go sprawdzałem – wyjaśnił Archibald. – Nie ufam mu, ale jestem ciekawy, czy zaryzykuje życiem swojej córki, nie dotrzymując warunków umowy. Poza tym myślisz, że jedno małżeństwo wystarczy, aby zmazać wszystkie jego przewinienia? Naiwność, Brannie, jest przywarą, która, o ironio, często kończy się śmiercią.
– Wszyscy mamy swoje przewiny, Archibaldzie – odpowiedział mój ślubny. – Jednak, jak sądzę, nie ma takiego grzechu, którego nienawiść nie byłaby w stanie pogłębić. Może i żywisz do sir Jamesa urazę, może nawet zasłużenie, ale sądzę, że wybaczając, uwalniamy się od ciężaru przeszłości. Dość już spraw frasuje ci teraz głowę.
Przez chwilę wydawało mi się, że coś błysnęło w oczach Archibalda, by po chwili przysłonił tę iskrę chłodny osąd jego słów.
– Nikt nie jest ponad konsekwencjami. Ale to prawda. Czasy są niespokojne. Poparcie dla rojalistów nie jest nam teraz potrzebne. Obyś miał rację, Brannie, bo jak to mówią, kto pierwszy do boju, ten ostatni do trumny.
– Czas pokaże.
Ten, któremu mnie oddano, przez resztę biesiady głównie milczał. Czasem obrzucał mnie spojrzeniem, którego nie odwzajemniałam. Przyglądałam się biesiadnikom ucztującym tu za odebrane majątki innym, mniejszym rodom, niepotrafiącym się obronić przed Campbellami. Kto wie czy wielka pieczeń, która stała przede mną nie pochodziła od jakiegoś prosięcia odebranego z mojego grodu. Dunoon nigdy nie było bogatym miastem, a ja sama nie opływałam w dostatek. Podczas trwającej wojny trzech królestw poznałam, czym są bieda i głód, dlatego irytował mnie przepych, którym otaczali się moi wrogowie. To było niesprawiedliwe.
Hamish miał rację, twierdząc, że ten plugawy klan powinien zgnić w ziemi za wszystko, czego się dopuszczał. Karmiłam się jego słowami. Nadzieją na lepsze czasy dla naszej rodziny. Chwilą, kiedy wrócę do niego, ciesząc się zwycięstwem, które nastanie dzięki mojemu poświęceniu. Teraz jednak byłam tutaj. Otoczona wrogami, których twarze wyglądały jak maski nie do odróżnienia. Każdy z nich był jednakowo winny i każdy zasługiwał na najgorszy los.
Sama ceremonia i huczna biesiada były jedynie początkiem nałożonej na moje barki powinności. Kiedy zapadła późna noc, zaprowadzono mnie do izby znajdującej się na półpiętrze ogromnego holu, na którym odbywało się wesele. Cały czas dochodziły mnie śpiewy i krzyki biesiadników – teraz tak bardzo przypominające mi ryki zwierząt, które obwieszczały pochwycenie swojej ofiary. Jeszcze nie wiedziały, że przyjdzie po nich gorszy i bardziej śmiercionośny drapieżca.
Stanęłam tuż za progiem i omiotłam wzrokiem nieduży pokój. Alkowa z łożem – to tam zatrzymał się mój wzrok. Wysoka, drewniana rama okryta była lekkim materiałem, który drgał pod naporem wiatru wdzierającego się tu przez otwarte okno. Księżyc wisiał wysoko na niebie, a izbę, w której się znajdowałam, oświetlało mrowie świec. Ich cienie tańczyły na kamiennych ścianach, przywodząc na myśl bitwę mroku z jasnością. Mimo że późne lato niosło ze sobą podmuchy jesieni, nie czułam chłodu. Rześkie powietrze gładziło policzki i wydało się miłą odmianą po zatęchłym smrodzie wypełniającym salę biesiadną.
– Nie bój się. Nie rzucę się na ciebie. – Usłyszałam niski, nieco chrapliwy głos poślubionego mężczyzny.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Domyśliłam się, że odebrał moje milczenie jako strach przed pokładzinami. Nie bałam się jednak zbliżenia, tylko walczyłam z obrzydzeniem, iż muszę wypełnić małżeński obowiązek i zaspokoić jego żądze. Nie byłam cnotliwa, ale w moim życiu istniał tylko jeden mężczyzna, którego szczerze kochałam. Teraz musiałam oddać swe ciało innemu, więc wmawiałam sobie, iż to jedynie nic nieznaczący akt cielesny. Na moje szczęście, ten tutaj nie wydawał się odrażający. Był stary, owszem, ale zadbany i schludny. Po szerokich barkach wnioskowałam, że praca fizyczna nie jest mu obca, choć początkowo spodziewałam się, że trafię do zapijaczonego starca.
Okryłam dłońmi ramiona, by myślał, że rzeczywiście się boję. Nie chciałam wzbudzać podejrzeń, tym bardziej że nie byłam pewna, czy dzięki ziołom mającym wywołać krwawienie zdołam go oszukać. To mój najgorszy lęk – klęska, nim zdążę przysłużyć się mojemu bratu.
Obserwowałam w milczeniu, jak mężczyzna podchodzi do stołu, na którym stały srebrne kielichy i karafka z winem. Nalał do pucharów bordowego trunku, a ja wsłuchiwałam się w uporczywy dźwięk płynącej cieczy, zagłuszającej nieznośną ciszę. Po chwili mężczyzna podał mi jeden z pucharów. Początkowo nie byłam pewna, czy chcę przyjąć poczęstunek, ale uznałam, że to pozwoli mi lepiej odegrać swoją rolę. Ujęłam kielich.
– Przypomnij mi swoje imię.
Spojrzałam na niego, nie mogąc uwierzyć w to, co powiedział. Zapomniał? Tak nisko cenił nasze małżeństwo, że nie wysilił się, by zapamiętać moje miano? Uraził mnie, ale stłumiłam w sobie chęć wypowiedzenia kąśliwej uwagi.
– Malva, lordzie – odpowiedziałam z przekąsem, po czym opróżniłam kielich niemal duszkiem.
– Malva… Malva – powtórzył moje imię kilkukrotnie, jakby próbował je zapamiętać. – Nie słyszałem nigdy takiego imienia.
– Cóż, Brann to dość pospolite imię w Szkocji – wymsknęło mi się, jednak szybko się zreflektowałam. – Wybacz, nie chciałam ci uchybić, lordzie.
– Nie uchybiłaś. I nie musisz mnie tytułować.
Sięgnął do mojej twarzy i dotknął policzka. Jego palce zdawały się palić skórę, kiedy powolnie przesunął opuszkami dłoni wzdłuż żuchwy.
Przeszył mnie nieprzyjemny dreszcz, który tysiącem lodowatych szpilek przebiegł po karku.
Po chwili chwycił kosmyk moich włosów, których pukle leżały swobodnie na ramionach.
– Pierwszy raz widzę tak jasne włosy u młódki. Są jak popiół w kominku.
Oplótł pasmo wokół palców, jakby sprawdzał, czy popielaty kolor zejdzie pod wpływem dotyku. Uderzył mnie jego zapach, ciężki, lekko duszący, który sprawił, że poczułam się osaczona i przytłoczona nim.
Stłumiłam jednak pokusę, by zachować dystans. Zamiast tego przygryzłam niewinnie wargę, bym wyglądała na zawstydzoną.
– To po matce – bąknęłam.
– Z tego, co pamiętam, Laother nie ma tak jasnych włosów.
Chyba umarłabym ze wstydu, gdyby ta wywłoka mnie urodziła.
– Nie jest moją matką. To druga żona mojego ojca.
Mężczyzna uniósł czarne, krzaczaste brwi.
– Nie wiedziałem, że sir James owdowiał.
– Wiele lat temu. Moja matka zmarła w połogu, kiedy się urodziłam.
Mężczyzna przytaknął niepewnie. Puścił moje włosy i raz jeszcze podszedł do karafki, by dolać wina do naszych kielichów. Widziałam, że jest nieco zakłopotany – jakby niepewny tego, co powinien zrobić. Nie wiedziałam, czy onieśmielam go swoją młodością i niewinnością, czy zwyczajnie nie wzbudzam w nim pożądania. To pierwsze byłoby dobrą wróżbą, drugie stanowiło pewną komplikację i wymagałoby większej finezji z mojej strony.
Postanowiłam podejść bliżej i nieco rozładować wiszące w powietrzu napięcie.
– Dlaczego tamten mężczyzna nazwał cię krukiem? To jakiś przydomek?
Zaśmiał się pod nosem i na mnie spojrzał. Opróżnił kielich i obejrzał naczynie, jakby zmieszany pytaniem.
– To złośliwe określenie, które przykleiło się do mnie przed laty – odpowiedział.
– Kruk? Dlaczego?
– Widzisz, ziemie Kilmun, gdzie znajdują się moje włości, wyjątkowo upodobały sobie właśnie kruki. Jak wiesz, zwiastują nieszczęście, więc początkowo staraliśmy się je przegonić. Z czasem jednak, kiedy różne sposoby nie przynosiły skutków, nauczyliśmy się żyć obok nich. Ha, co więcej, nawiązaliśmy z nimi pewien sojusz! Widzisz, okazało się, że to naprawdę mądre stworzenia. Przylatują do nas po poczęstunek, a przy okazji swoją obecnością przepłaszają ptactwo z okolicznych pól.
Przyjrzałam się mu z powątpieniem. Kruki zwiastowały śmierć i nieszczęście. Wydawało mi się wielce nierozważne pozwalać im panoszyć się przy posiadłości – a tym bardziej zapraszać do osiedlenia, częstując jedzeniem.
– Dziwna opowieść – bąknęłam pod nosem.
– Sama to niedługo zobaczysz. Kiedy opanujemy sytuację na granicy, zabiorę cię tam. Jestem pewny, że polubisz życie na wsi.
Uśmiechnęłam się niewinnie, choć wewnątrz poczułam bunt na to stwierdzenie. To nigdy nie będzie mój dom. Należałam do Lamontów i za nic miałam złożoną dzisiaj przysięgę. By jednak nie zagłębiać się w sztuczne zapewnienia, postanowiłam zapytać o coś innego, co zwróciło moją uwagę.
– A cóż takiego dzieje się na granicy?
– Nastroje robią się coraz bardziej niespokojne. Anglia wciąż pogrążona jest w wojnie i coś czuję, że i my tutaj zaczniemy to coraz bardziej odczuwać. Przecież w Szkocji też nie ma zgodności.
– Ano nie… – przyznałam dość niedbale.
– Ta nienawiść to paskudna sprawa – kontynuował. – Gdyby ludzie mogli poznać tych, których nienawidzą, i skupić się na tym, co ich łączy, a nie dzieli, być może mogliby przełamać tę wrogość.
Przełamać wrogość?
Poczułam gorycz tych słów. Nienawiść Lamontów do każdego żyjącego Campbella nie wzięła się znikąd. Przez stulecia napadali oni na nasze ziemie, grabili je i zabijali niewinnych w imię pozyskania rodowych ziem mojej rodziny. Jak on mógł mówić o podobieństwach i pojednaniu, kiedy jego ród dopuszczał się takich strasznych zbrodni.
– Nienawiść nie bierze się znikąd – powiedziałam po chwili. – To często odpowiedź na krzywdy, których zaznaliśmy przed laty.
Spojrzał na mnie, a ja nie potrafiłam z jego niebieskich oczu wyczytać, czy gardzi tym, co powiedziałam, czy raczej współczuje.
– Tak mówisz? – Raz jeszcze sięgnął po karafkę.
Nie odpowiedziałam. Wstrzymałam oddech i starałam się zapanować nad ogarniającą mnie złością, która zaczynała mną miotać jak dziecko szmacianą lalką. Campbellowie od lat łupili nasze ziemie, odbierając dziedzictwo mojej rodziny. W tej chwili większość półwyspu Cowal, który niegdyś w całości należał do Lamontów, pozostawała cieniem dawnej świetności, a nam przypadły jedynie tereny wokół Dunoon i część wyspy Bute, jako spadek po wcześniejszych aliansach. Nie godziłam się z tym. Choć dziś przybrałam nazwisko Campbell, gardziłam tym klanem. Wiedziałam, że choćby nie wiem co, nigdy nie wyrzeknę się swojej rodziny.
– Polityka to trudna do zrozumienia rzecz – dodał. – Nie powinnaś zaprzątać sobie nią głowy.
– Nie jestem na tyle głupia, żeby tego nie zrozumieć – odpowiedziałam kąśliwie.
– Niczego takiego nie powiedziałem. Wydajesz się bystrą niewiastą, jednak uważam, że nie jest to coś, o czym powinniśmy rozprawiać w noc po naszym ślubie.
Odstawił kielich, po czym odwrócił się do mnie. Znowu dotknął mojego policzka. Przejechał po nim opuszką kciuka, sprawiając, że lekko rozchyliłam usta. Chyba sprawdzał, jak zareaguję na dotyk. Badał, czy dopuszczę go do siebie tej nocy, bo zdawało się, że rzeczywiście nie zamierza wziąć mnie siłą. Musiałam go jakoś ośmielić, bo choć czułam mdłości na myśl o dzieleniu z nim łoża, wiedziałam, że bez tego nasze małżeństwo nie będzie ważne. Potrzebowałam wkraść się w jego łaski, rozkochać i sprawić, by śpiewał mi sekrety swojego klanu.
Zrobiłam niepewny krok naprzód i położyłam dłoń, na jego ręce, którą trzymał na moim policzku. Przycisnęłam ją lekko do skóry i ostrożnie poruszyłam głową jak łaszący się kot. Przymknęłam powieki, kiedy i on podjął grę. Przyciągnął mnie bliżej i uniósł dłonią twarz, bym na niego spojrzała. Zrobiłam to.
– Wybacz Archibaldowi – szepnął łagodnie. – Przykro mi, ale Lamontowie nie są tu darzeni zaufaniem.
Co ty powiesz?
Darowałam sobie jednak kąśliwy komentarz, jedynie nieśmiało skinęłam głową. Patrzyłam mu w oczy, które przywodziły na myśl kolor nieba w ciepły letni poranek. Jasne, z mnóstwem drobnych ciemniejszych nitek okalających źrenice. Czarne rzęsy sprawiały, że ich barwa wydawała się doprawdy niezwykła.
Chyba udało mi się go zachęcić do większej śmiałości, bo pochylił się nade mną i złożył na moich ustach pocałunek. Jego ciemny zarost połaskotał skórę, przez co z trudem powstrzymałam się, by nie odsunąć głowy. Choć walczyłam ze wszystkich sił, ciało odmawiało posłuszeństwa, spinając się mimowolnie, bo dotyk tego mężczyzny nie był mi miły. Brzydziłam się nim i gardziłam do żywego. Zganiłam się w myślach za tę słabość i zmusiłam, by zapleść dłonie na jego karku, gdy niespodziewanie ktoś pchnął z impetem drzwi izby. Wrota rozwarły się na oścież, a do środka wpadła nieduża grupa mężczyzn.
– Jeszcze w łachach?! – zawołał jeden z nich bełkotliwie. – A jakże to?! Czyżby kuśka nie stawała już na widok takiej powabnej młódki?!
– Dobra, dobra! – Brann mnie puścił. – Wynocha stąd.
– A cóż że?! Bierz ty się, stary kruku, do roboty – wymamrotał pijacko drugi.
Znałam go. To on zagadnął nas w drodze do zamczyska po uroczystościach w kaplicy.
– Bo jak nie, to chętnie cię w tym jakże przykrym obowiązku wyręczymy!
– Jurny z ciebie chłop, Rechardzie, ale miej świadomość, że to nigdy nie kończyło się dobrze – odparł wyjątkowo spokojnie Brann.
– To nie ja nie wypełniam swoich obowiązków!
– Czyżby? Myślę, że Mery będzie zachwycona. Jeśli nie chcesz skończyć dziś w chlewie ze świniami, wytrzeźwiej i okaż nieco szacunku żonie.
Tamten wymamrotał coś niezrozumiale pod nosem. Zorientowałam się, że Brann musiał trafić w jakiś czuły punkt, bo pijaczyna szybko odpuścił. Wymienili między sobą jeszcze kilka kąśliwych uwag, by ostatecznie doszedł mnie trzask drzwi, które zamknęły się za nieproszonymi gośćmi. Mężczyzna, którego poślubiłam, oparł się ramieniem o skrzydło i westchnął bezsilnie. Po chwili na mnie spojrzał.
– Wybacz, przez ostatnie konflikty nie mieliśmy tu zaślubin od lat. Popili i szukają zabawy. – Zbliżył się i dość niepewnie przejechał dłonią po moim policzku. – Nie dadzą nam spokoju, jeśli nie dopełnimy formalności. Zapytam więc wprost: przyjmiesz mnie tej nocy?
Zaskoczyła mnie jego nieporadność. Byłam drobna, bez wysiłku mógłby zmusić mnie do wszystkiego, czego by tylko zapragnął. Miał takie prawo, a jednak zachowywał się tak, jakby nie wiedział, w jaki sposób powinien posiąść kobietę.
Objął mnie, kiedy przytaknęłam na jego pytanie. Ucałował w czoło, po czym przejechawszy wargami po nosie, odnalazł usta. Zmusiłam się, by położyć dłoń na jego czarnych jak noc włosach. Początkowo był nieco niepewny, nim odkrył, że nie zamierzam się opierać. Stał się bardziej łapczywy, a ja starałam się udawać pożądanie do kogoś, kim gardziłam nade wszystko.
Chwyciłam za tartan, spięty na jego ramieniu, i ostrożnie wypięłam z niego broszę z herbem Campbellów przedstawiającą łeb dzika. Jakże rozkosznie do niego pasował. Obrzydliwy wieprz, z którym musiałam dzielić łoże, rozwiązał sznurki mojego gorsetu.
Odłożyłam broszę na stół i odrzuciłam połę tartanu, która opadła na plecy mężczyzny. Choć wiedziałam, co robię i co mnie czeka, czułam, jak mój oddech zaczyna drżeć. Działałam na polecenie brata, ale czułam się jak zdrajczyni bezczeszcząca swe ciało i zdradzająca własną rodzinę. To budziło we mnie jeszcze większą odrazę, dlatego starałam się przywołać miłe wspomnienia i nie myśleć o tym, co działo się w tej komnacie.
Kiedy stałam jedynie w samej koszuli, ten, któremu zmuszona byłam przysiąc, poprowadził mnie do łoża. Przez cały czas bacznie mi się przyglądał, jakby sprawdzał moją reakcję i doszukiwał się potwierdzenia swoich działań. Byłam posłuszna niczym jagnię. Udawałam niewinną, pokorną i pozwalałam, by to on nadawał pęd temu, co działo się między nami. W jego oczach byłam przecież cnotliwa i nie powinnam była wiedzieć, co mnie właściwie czeka. A wiedziałam – i to było najgorsze.
Utonęłam w wykrochmalonej pościeli i uciekłam myślami do domu i chwil, które spędzałam z bratem. To pomogło, bo nie musiałam myśleć o tym, co się teraz działo. Brann starał się być delikatny, kiedy jego szorstkie dłonie jeździły po skórze. Uniósł moje biodra i połączył nas w miłosnym akcie.
Jęknęłam, ale bynajmniej nie z rozkoszy. Nie czerpałam przyjemności, ponieważ zioła, które znajdowały się w moim wnętrzu, zadziałały tak, jak powiedział mi Hamish. Krwawnik sprawiał, że zbliżenie raniło me łono, a mnie pozostało tylko dotrwać do końca i mieć nadzieję, że mężczyzna się nie zorientuje, że nie jestem dziewicą. Gdyby tak się stało, czekałoby mnie o wiele trudniejsze życie, nie wspominając o hańbie, która okryłaby cieniem całą moją rodzinę.
Próbowałam to przetrwać, przypominając sobie, dlaczego tu jestem i jaką mam misję do wypełnienia. Każda informacja, najdrobniejszy, zasłyszany niuans mogły się okazać kluczowe dla mojego klanu. Dzięki ofierze, którą złożyłam ze swojego życia i ciała, Lamontowie mogli przewidzieć ruchy naszych wrogów. Zapobiec im, być może uprzedzić. Rozumiałam, że to nasza szansa, dlatego starałam się odegrać swoją rolę tak dobrze, jak tylko mogłam.
1Torc(ze szk.) – Dzik (przyp. aut.).
Rozdział 2
Poświęcenie to świadome oddanie czegoś cennego. Czasem to ofiarowanie życia, rezygnacja z tego, co znane i bliskie, w imię wyższych celów. Zdarza się, że polega po prostu na codziennej, wytrwałej walce o lepsze jutro, mimo bólu i rozczarowań. Takie oddanie zmienia nas już na zawsze.
Przez całą noc niemal nie zmrużyłam oka. Obserwowałam powolną wędrówkę gwiazd po sklepieniu nieba i wsłuchiwałam się w miarowy oddech śpiącego obok mnie mężczyzny. Tylko on przebijał się przez otaczającą nas ciszę, a ja walczyłam ze sobą, by nie poderżnąć Brannowi gardła we śnie. Z sali nie dochodziły mnie już pijackie zawodzenia, za oknem wiatr zdawał się całkiem ustać. Świat jakby się zatrzymał, a ja miałam wrażenie, że ta noc chyba nigdy się nie skończy.
Moje myśli powolnie dryfowały po wspomnieniach, otrzymanych naukach, zapewnieniach o przyszłej wolności i przyszłości, którą miałam wieść u boku brata. Wiedziałam, że to dopiero początek mojej gehenny u Campbellów, ale cel, który widziałam przed sobą, zdawał się rekompensować to poświęcenie.
Kiedy izbę wypełniły kolory szkarłatu i pomarańczy, wysunęłam bose stopy spod nakrycia i wyszłam z łóżka. Czułam się obolała i przeklinałam w duchu minioną noc. To wszystko chyba jednak przyniosło skutek, bo nie widziałam, by ten przeklęty torc zorientował się, że nie był pierwszy. Przespacerowałam się ostrożnie po komnacie, po czym – czując chłód dochodzący zza otwartego okna – pozwoliłam sobie okryć się kocem, pod którym spałam. Z niesmakiem spojrzałam na śpiącego mężczyznę, zdając sobie sprawę, że od dzisiaj tak będzie wyglądał każdy mój ranek.
Westchnęłam ciężko i omiotłam wzrokiem izbę. Nie była wielka, ale bogato wykończona. Ramę kominka, w którym ogień całkiem wygasł, wykonano z kamienia – misternie rzeźbionego na kształt oprawy obrazów, które widziałam w innych częściach zamku Inveraray. Stół, kilka krzeseł, ogromna komoda ciosana w mrowie kwiecistych wzorów. To na niej zatrzymałam spojrzenie.
W rzeźbionym drewnie rozpoznałam osty, róże i irysy, które okalały każdą z szuflad. Ten widok przypomniał mi ogrody rozciągające się wokół zamku Toward w Dunoon, które były moją największą chlubą. Dbałam o nie od lat i miałam nadzieję, że pod moją nieobecność ktoś się nimi zaopiekuje, by nie zmarniały. Trzeba było przygotować rośliny na nadchodzącą powoli zimę.
– Już wstałaś? – Doszedł mnie głos Branna, który zwrócił moją uwagę.
Spojrzałam na mężczyznę z niechęcią, starając się, by moja mina wyglądała na zawstydzoną i zdezorientowaną. Przełknęłam ślinę, by wydobyć z siebie cieniutki, dziewczęcy głos.
– Wybacz, nie chciałam cię zbudzić, lordzie.
– Mów mi Brann – mruknął sennie i podniósł się z łóżka. – I nie zbudziłaś. Przywykłem wcześnie wstawać.
Okryłam się szczelniej kocem, kiedy mężczyzna podniósł się z miejsca. Był nagi i kiedy uniósł dłonie, by się przeciągnąć, obejrzałam go dokładnie. Jego ciało nosiło na sobie wiele drobnych blizn, jak również szramę na plecach, która gięła się podobnie jak Loch Fyne. Widziałam ułożenie tej rzeki na mapie, którą pokazywał mi Hamish.
– W porządku? – zapytał, zauważywszy, że się mu przyglądam.
– Tak, dziękuję – bąknęłam.
Zrobiłam krok w jego stronę, chcąc zachęcić, by podszedł bliżej. Choć pragnęłam, by jak najszybciej zniknął mi z oczu, musiałam przekonać się, czy jest zadowolony ze spędzonej ze mną nocy. Chyba dopięłam swego, bo na mój świdrujący wzrok uśmiechnął się serdecznie. Zbliżył się, by ująć moją rękę. Przyciągnął mnie do siebie, objął i ucałował w czubek głowy.
– Pewnie jesteś głodna – mruknął w moje jasne pukle. – Zaraz przyślę kogoś, by pomógł ci się oporządzić i przyniósł strawę.
Pokiwałam głową i pozwoliłam, byśmy trwali chwilę w tej bliskości. Ulga. Cieszyłam się, że wszystko poszło zgodnie z planem. Gdyby oskarżył mnie o rozwiązłość, znalazłabym się w poważnych tarapatach, a co gorsza – zniweczyłabym wiele lat pracy, by znaleźć się tu, gdzie jestem.
Kiedy w końcu mnie puścił, oparłam się o rant stołu. W milczeniu obserwowałam, jak zaczyna się ubierać. Narzucił na siebie koszulę, po czym ułożył na ziemi tartan. Starannie złożył go w plisy i położył się na nim, a następnie spiął grubym skórzanym pasem. Wstał i poprawił kilt. Resztę materiału przerzucił sobie przez ramie i spiął go klamrą rodu Campbellów.
Prychnęłam cicho pod nosem i spojrzałam na swoją suknię ślubną, która leżała niedbale na krześle. Choć była piękna, z mnóstwem haftów i koronek, nie chciałam ponownie jej wkładać. Zastanawiałam się, gdzie są moje rzeczy, ponieważ z Dunoon zabrałam kufer pełen ubrań i moich skarbów. Nim zdążyłam o to zapytać, Brann pożegnał się ze mną i wyszedł z izby. Poczułam ulgę, że nie będę musiała go oglądać.
Spojrzałam raz jeszcze przez okno i dopiero teraz zorientowałam się, że widzę z niego brzeg Loch Fyne. Zatoka graniczyła z półwyspem Cowal, na którym mieszkałam. Jej wody miały słony smak, a gdy spojrzało się na jego wschodni brzeg, odnosiło się wrażenie, że woda łączy się z niebem. To właśnie jego linia brzegowa skojarzyła mi się ze szramą, którą mój ślubny nosił na plecach. Przeklinałam w duchu, że tak zniszczyłam sobie obraz tych niezwykłych wód.
Wściekła przeszłam się raz jeszcze po izbie. Chciałam się umyć, by zmyć z siebie obcy zapach, ulżyć sobie w bólu po nocy i odziać się, by nie czuć się jak kurtyzana w burdelu. Pragnęłam też opuścić komnatę, żeby poszukać moich rzeczy, ale nie mogłam przecież wyjść na wpół naga. Ciche pukanie zwróciło moją uwagę. Do pokoju weszła kobieta w brązowej sukni – służka, jak się domyśliłam.
– Przyniosłam śniadanie, lady Campbell. – Weszła w głąb izby i postawiła tacę na stole.
Przeszył mnie nieprzyjemny dreszcz po tym, w jaki sposób się do mnie zwróciła.
– Zjedz, proszę. Zaraz przyniosę odzienie i pomogę ci się przebrać, lady.
Wzdrygnęłam się na myśl, że mam usiąść na twardym krześle, bo ból w łonie wciąż mi doskwierał. Oparłam się jedynie o blat i spojrzałam na tacę. Znajdowały się tam gotowane jajka, masło i świeży bochen. Pachniało wybornie i poczułam, jak zaburczało mi w brzuchu.
W tym czasie służka podeszła do łóżka i zaczęła przebierać pościel. Kiedy uniosła prześcieradło, spostrzegłam, że jest przybrudzone krwią.
Nie spodziewałam się takiego efektu, choć to tłumaczyło moje samopoczucie i ból, który nie pozwalał mi usiąść. Sztuczka się udała, ale zdawałam sobie sprawę, że teraz przez kilka dni będę dochodziła do siebie.
Westchnęłam ciężko i ujęłam pajdę. Umoczyłam ją w spodeczku z masłem i ugryzłam kęs. Przeżuwałam go powolnie, wpatrując się w jakiś niewidzialny punkt przed sobą. Nie chciałam pamiętać tej nocy. Wystarczyło, że wciąż czułam na sobie zapach Branna, który wykręcał mi trzewia w mdłościach.
– Dobrze się czujesz, lady?
Spojrzałam zdezorientowana na służkę, która przystanęła tuż obok. Nie zauważyłam, że do mnie podeszła.
– Tak – burknęłam zbita z tropu.
– Za pozwoleniem… lady – zaczęła niepewnie. – Zamążpójście to trudny czas dla każdej panny, a tym bardziej kiedy nie poznała wcześniej swojego małżonka. Wierzę jednak, że wszystko się ułoży. Nie rozpaczaj, lady.
No tak, wzięła mnie za niewinną, strapioną młódkę.
Los był mi przychylny, bo obdarował mnie dziewczęcą buzią. Bez trudu wzbudzałam sympatię i współczucie, spoglądając jasnoszarymi oczami, spod popielatych, falowanych pukli. Choć mając dwadzieścia pięć wiosen i uchodziłam za starą pannę, to po samym licu i ciele trudno było to ocenić. Ta tutaj była ode mnie starsza. Pojedyncze pasma ciemnych loków okalały jej okrągłą twarz. Przykrywała je czepcem, co zasugerowało mi, że jest zamężna.
– Naprawdę nic mi nie jest – odpowiedziałam nieco zmieszana jej troską.
Kobieta pokiwała głową i uśmiechnęła się serdecznie, uwydatniając dołki w policzkach.
– Jeśli będziesz czegoś potrzebować, lady, wystarczy, że powiesz. Jestem tu na każde twoje skinienie. Nawet jeśli będziesz chciała tylko porozmawiać. Choć z daleka od domu, nie jesteś tu tak całkiem sama.
Zdziwiły, ale i zaniepokoiły mnie te słowa. Niby dlaczego obchodziło ją moje samopoczucie?
– Jak cię zwą? – zapytałam.
– Katia, lady.
– Pochodzisz z Campbellów?
– Nie, lady – odpowiedziała pospiesznie. – Pochodzę z Blacków, choć po mężu noszę nazwisko MacLeod.
– MacLeod? – powtórzyłam zbita z tropu i ściągnęłam brwi. – To co robisz u Campbellów?
Katia się zmieszała. Oblizała wargi i wytarła dłonie w jasny fartuch.
– To… długa historia, lady – powiedziała półgłosem.
– Czy oni tu wiedzą, że…?
– Tak, lady.
– Więc dlaczego? Przecież MacLeodowie są wierni Lamontom!
– Nie krzycz, lady. Nie odpowiadam za decyzję mojego męża – tłumaczyła zmieszana. – Ale wiedz, że choć tu jestem, nigdy nie działałam przeciw Lamontom.
– To co tu niby robisz? Kim jest twój mąż? – rzucałam pytaniami, zdenerwowana.
– Nie mogę, lady. – Spuściła pokornie głowę.
Zamilkła, a ja, choć na mnie nie patrzyła, starałam się wyczytać intencje z jej ciemnych oczu. To jakaś kpina. Czyżby ten łajdak wysłał tu kogoś, kto podlega mojemu klanowi, bym straciła czujność?
Może fałszywie odczytałam jego zadowolenie, bo rzeczywiście o coś mnie podejrzewa?
Wściekła, odłożyłam chleb, który miałam w dłoni, i przeszłam się po pokoju.
A co, jeśli wszystko trafi szlag? Odkryją moje intencje, przez co zaprzepaszczę cały plan, snuty tak niecnie przez ostatnie lata? Co powie Hamish? Przecież tak wiele pokładał we mnie nadziei! Zawiodę go?
Zatrzymałam tę gonitwę myśli i zaczerpnęłam powietrza.
Spokojnie, może to tylko przypadek. Nie wywlekli cię z tej komnaty. Wciąż masz szansę.
Spojrzałam na kobietę.
Służyła na zamku, więc nawet jeśli klany jej i męża sprzymierzyły się z Lamontami, to jednak w tej chwili małżeństwo opowiedziało się po stronie naszych wrogów. To był ważny szczegół, o którym musiałam donieść bratu.
– Lord Brann cię przysłał? – upewniłam się.
– Tak, lord Trossachs uczynił mnie twoją osobistą służką, lady. – Skłoniła się lekko, trzymając w dłoniach kłąb pościeli.
Skinęłam głową, czując, że wysłanie tu Katii mogło być sprytną manipulacją ze strony Branna. Podsunął mi kogoś, kto nie jest powiązany z Campbellami, bym zaufała tej kobiecie i przestała przed nią udawać. Ta zapewne miała przekazywać mu wszystkie moje sekrety. Nie, nie byłam na tyle głupia, by dać się nabrać.
– Przepraszam – wydusiłam najsłodszym głosem, jaki byłam w stanie wydobyć. – Po prostu się boję. Pierwszy raz jestem tak daleko od rodziny.
– Och, lady. – Ożywiła się na moją grę. Odłożyła pościel i podeszła bliżej. – Nie musisz przepraszać. To zrozumiałe. Nic dziwnego, że jesteś zlękniona.
– A ty? Długo tu mieszkasz? Znasz ten zamek i… ludzi?
– Do tej pory mieszkałam w posiadłości lorda, w Kilmun. Tam służyłam. Przyjechałam tutaj wraz z lordem, kiedy zaplanowano zaślubiny, lady.
Oho, czyżby kochanka?
– Dobrze znasz lorda? – drążyłam cieniutkim głosem.
– Tak, lady. Dlatego wiem, że będzie dla ciebie dobry. Poczekaj, poznaj lorda, a sama się przekonasz.
Nie, gdyby łączyło ją z nim coś więcej, nie zapewniałaby mnie o jego dobroci tak ochoczo. Albo grała tak samo, jak teraz ja.
Musiałam być ostrożna.
– Dziękuję. – Wymusiłam niewinny uśmiech. – Wiesz może, gdzie są moje rzeczy? Bardzo chciałabym się przebrać i umyć.
Tyle wystarczyło, by Katia od razu podjęła działania. Przyniosła mi świeże odzienie i pomogła mi się oporządzić po nocy. Poinformowała też, że kufer przywieziony z Dunoon odnajdę w swoich komnatach, a tę izbę udostępniono nam tylko na czas pokładzin.
W moich oczach korytarze zamku Campbellów zdawały się nie mieć końca. Pierwszy raz widziałam tak ogromną warownię, choć czytałam o podobnych miejscach. Mój ojciec wiele podróżował i zawsze przywoził do Dunoon jakieś nowe księgi. Godzinami ślęczałam nad pożółkłymi kartami opasłych tomiszczy, spisanych starannie ręką poetów, filozofów, historyków i skrybów. To mój brat, Hamish, nauczył mnie czytać, a ja okazałam się pojętną uczennicą. Dzięki niemu opanowałam angielski i łacinę, a to umożliwiło mi poznanie wielu niesamowitych ksiąg.
Kiedy znalazłam się we wspomnianym przez Katię pomieszczeniu, niemal natychmiast podbiegłam do przywiezionej z Dunoon skrzyni. Poprosiłam, by służka zostawiła mnie samą, po czym pospiesznie otworzyłam wieko. Aż usiadłam na podłodze, ciesząc się, że z jej wnętrza nic nie zniknęło. Przy ścianie kufra leżały zwinięte wiadomości od brata, które wysyłał mi, będąc w Edynburgu. Wyciągnęłam je. Rozwiązałam sznurek, którym wcześniej obwiązałam kartki, i rozłożyłam jedną z nich.
Moja słodka Malvo,
dziękuję za Twój poprzedni list. Kolejne długie miesiące rozłąki… Żal mi stąd odejść, och żal, ale próżne nasze smutki, żadne z nich dobre dla nas nie wynikną skutki2.
Przycisnęłam kartki do piersi, jakbym w ten sposób mogła uściskać ukochanego brata. Mimowolnie zaczęłam wspominać czasy, kiedy Hamish pobierał nauki z daleka od domu. Kształcił się, by w przyszłości godnie reprezentować klan Lamontów, gdy mój ojciec już abdykuje.
Kilka lat rozłąki nie poluźniło naszych więzi, wręcz przeciwnie, kiedy wrócił, staliśmy się sobie jeszcze bardziej bliscy.
Hamish często pisał, a owe listy do dziś stanowią dla mnie cenną pamiątkę. Wymyśliliśmy osobliwy sposób na przekazywanie wieści. Używaliśmy cytatów z ksiąg, które wydawały się pozornie zwykłymi słowami. Znając jednak kontekst pełnych treści, tylko my rozumieliśmy prawdziwe przesłanie wiadomości.
Myśląc o tym, rozejrzałam się po komnacie. Znajdowałam się w saloniku, od którego odchodziło dodatkowe pomieszczenie. Z tego, co mówił mi Hamish, Brann przebywa głównie w Kilmun, a tu nocuje tylko wtedy, kiedy odwiedza brata. Mimo to pomyślałam, że może mogłabym znaleźć tu coś, co mogłoby mi się przydać.
Podniosłam się z ziemi i podeszłam do sekretery ustawionej nieopodal wielkiego okna. Otworzyłam jedną z szuflad i niepewnie przejrzałam znajdujące się tam przedmioty. Nic wartego uwagi, ale to zachęciło mnie, by przetrząsnąć pozostałe skrytki.
Ku mojemu zaskoczeniu, odkryłam tam kilka kobiecych bibelotów, jak kolia i bransolety wyciosane z kłów dzika. Wyjęłam biżuterię i obejrzałam ją zaintrygowana. Była piękna, ze srebrnym wykończeniem na szczycie i u nasady szabli. Domyśliłam się, że należały zapewne do zmarłej żony tego, którego poślubiłam, przez co poczułam się nieswojo w ogóle jej dotykając.
Odłożyłam ją i zajrzałam do innej z szuflad. Znalazłam w niej księgę Tukidydesa, którą znałam. Wyciągnęłam ją. Miałam bliźniaczą w Dunoon, ale ta była o wiele piękniejsza i bardziej zadbana. Przekartkowałam książkę, choć dobrze znałam jej treść. Spędziłam długie godziny, studiując z bratem zapiski tego greckiego filozofa.
– Ojcze?
Poderwałam się z miejsca, kiedy ktoś raptownie wszedł do komnaty. Widząc nieznanego mi młodzieńca, dyskretnie odłożyłam trzymaną książkę na stojącą nieopodal sekreterę.
Chłopak wyraźnie się zmieszał, bo chyba nie spodziewał się mnie w komnacie. Przyjrzałam mu się z zainteresowaniem. – znałam go. Widziałam tego młodzieńca na przyjęciu weselnym. To syn tego, któremu zostałam oddana. Urocze małe warchlątko, które próbowało udawać mężczyznę.
– Przepraszam. Lady Holy, tak?
– Malva – poprawiłam go.
Kiedy usłyszał moje imię, nieznacznie zmarszczył brwi, jakby to, co powiedziałam, wydało mu się dziwne bądź niestosowne. Nie rozumiałam, skąd ta reakcja.
– Malva… Malva – powtórzył moje imię, w podobny sposób jak to robił wczorajszego wieczora Brann. – Widziałaś lady, lorda?
– Niestety. I nie wiem, gdzie go znajdziesz, paniczu… – zawiesiłam głos, prowokując, by mi się przedstawił.
– Ach! Morgan Campbell, lady. – Skłonił się pospiesznie. – Przepraszam, wydawało mi się, że zostaliśmy sobie przedstawieni.
– Jeśli tak, to ty również, paniczu, nie zapamiętałeś mojego imienia – zauważyłam kąśliwie.
Chłopak się zaśmiał i podrapał po krótkich czarnych włosach. Miał podobne rysy twarzy do swojego ojca. Kędziorki ścinał dość krótko, przez co grube loki otaczały jego buzię jak lwia grzywa. To sprawiało, że wydawał się młodszy, niż był.
– Czytasz, lady? – Skinął na książkę, którą wcześniej odłożyłam.
– Nie bardzo – skłamałam z udawaną skromnością. – Ale lubię księgi. Opowiadają nieraz o niesamowitych rzeczach.
– Jest tu okazała biblioteka, lady. Zapewne znajdziesz tam wiele interesujących ksiąg.
– Gdybyś zechciał mi poczytać, będę zaszczycona, paniczu. – Dygnęłam.
Chłopak zawstydził się, co dostrzegłam po lekkich rumieńcach. Odchrząknął i skłonił się lekko. Rozbawił mnie swoją niewinnością. Wydał mi się naiwny i dlatego uznałam, że muszę trzymać go blisko. Jego przychylność uwiarygodniałaby moje działania i coś czułam, że mając pasierba po swojej stronie, wiele mogłabym ugrać.
– Będę zaszczycony, lady. Teraz jednak muszę odnaleźć lorda, a jutro wyjeżdżam.
– Coś się stało?
– Nie, lady. Chodzi o Kilmun. Pod nieobecność lorda sprawy ziemskie to mój obowiązek.
– Lord musi ci ufać, paniczu, skoro powierza tak ważne zadanie.
Chyba połechtałam go tymi słowami, bo uśmiechnął się szeroko. Skinął głową i przestąpił z nogi na nogę. Wyraźnie widziałam, że go onieśmielam i nie bardzo wie, jak powinien się zachować w mojej obecności. Postanowiłam pociągnąć tę grę.
– Szkoda. Miałam nadzieję, że znajdę tu miłe towarzystwo – mruknęłam kokieteryjnie. – Widzę, że lord jest bardzo zajętym człowiekiem.
– Nie martw się, lady – odparł pospiesznie. – Pewnie niedługo wrócicie do Kilmun i tam odetchniesz. Ojciec nie za bardzo lubi zabawiać w Inveraray dłużej niż to konieczne.
Skrzywiłam się nieznacznie. Nie na taką odpowiedź liczyłam.
– No tak. Pewnie masz rację, paniczu – bąknęłam.
Chyba chciał coś powiedzieć, ale tylko otworzył usta, by po chwili coś w nich zemleć. Poprawił fontaź zawiązany na szyi, jakby ten pozbawiał go możliwości swobodnego oddychania.
– Pójdę już, lady. – Skłonił się lekko. – Czas mnie niestety nagli, ale liczę, że niedługo się zobaczymy.
– Ja również. – Raz jeszcze dygnęłam.
Obserwowałam, jak zamyka za sobą drzwi, pozostawiając po sobie jedynie echo po tym, jak uderzyły o drewnianą ramę. Po chwili spojrzałam na leżącą na sekreterze książkę. Już wiedziałam, że nie znajdę tu nic cennego, dlatego musiałam wyciągnąć informacje od napotkanych tu ludzi – lub mężczyzny, którego byłam zmuszona poślubić. Na tego warchlaka nie mogłam liczyć, skoro niebawem wyjeżdżał, ale czułam, że choć udało mi się na nim zrobić dobre wrażenie.
***
Dzień dłużył mi się niemal w nieskończoność. Chociaż przywykłam do samotności i lubiłam własne towarzystwo, tu nie czułam się swobodnie. Nie byłam u siebie, nawet jeśli teraz to tu powinnam odnaleźć swoje miejsce.
By nie zadręczać się milionem myśli i nie próbować przewidywać przyszłość, przysiadłam przy stole, aby zanurzyć się w lekturze książki, którą znalazłam. Znałam ją na pamięć. Recytowałam z głowy wyrywkowo niemal każdy wers, a jednak odnajdywałam przyjemność w przedzieraniu się przez znajome słowa, prawiące o wielkich wodzach i wygórowanych ambicjach, które doprowadziły ich na krawędź zguby. Historię dawno minionych bitew pozwalały mi uciec od wszystkiego, co działo się wokół mnie, tworząc namiastkę czegoś, co mogłam nazwać domem.
Skrzypnięcie drzwi zwróciło moją uwagę. Nie uniosłam wzroku znad zapisków, a jedynie kątem oka obserwowałam, jak Brann wchodzi do komnaty. Widziałam, że na mnie spojrzał, ale postanowiłam go zignorować, kontynuując lekturę. Co mnie zaskoczyło, mężczyzna poruszał się bezszelestnie, jakby nie chciał mi przeszkadzać w czytaniu. Zbliżył się i powoli usiadł na stojącym naprzeciw mnie krześle.
– Nie wiedziałem, że umiesz czytać – stwierdził półgłosem.
Ku mojemu zdziwieniu, nie zabrzmiało to jak oskarżenie, lecz raczej jak zwykła ciekawość.
– Trochę. Brat kiedyś mnie uczył. Wybacz, że pozwoliłam sobie wziąć tę książkę bez pytania, ale to bardzo umiliło mi dzień.
– Teraz jest też twoja. Znalazłaś tam coś ciekawego?
Dopiero teraz podniosłam wzrok znad książki. Wzruszyłam ramionami, wciąż udając obojętność.
– Niewiele – skłamałam chłodno. – To księga o bitwach minionych lat. Dziwnie podobnych do tych, które dzieją się teraz wokół nas. Nie sądzisz?
Brann uśmiechnął się, jakby wychwycił złośliwość w moim głosie. Westchnął cicho i skinął głową.
– Historia lubi się powtarzać, Holy.
Zezłościłam się, kiedy usłyszałam, w jaki sposób się do mnie zwrócił. „Holy” to gaelickie określenie ostrokrzewu, więc domyślałam się, że ma to odniesienie do mojego imienia pochodzącego od nazwy kwiatu. Straciłam nazwisko rodowe, dlatego imię było dla mnie tak bardzo ważne. Stanowiło ostatnią z rzeczy, która pomagała zachować tożsamość.
– Nie nazywaj mnie tak – fuknęłam pod nosem.
Zapanowała między nami cisza, przez którą poczułam się dość niezręcznie. Uniosłam wzrok na mężczyznę, starając się wyczytać z jego jasnych oczu to, o czym sobie myśli. W jego spojrzeniu dostrzegłam coś miękkiego, może nawet ciepłego, kiedy wpatrywał się we mnie. Odchrząknęłam i by nie przedłużać tego dziwnego milczenia, odezwałam się:
– Twój syn cię szukał.
Wzrok Branna złagodniał jeszcze bardziej.
– Wiem. Mieliśmy okazję porozmawiać. Jutro skoro świt wraca do Kilmun.
– Mówił, że zajmuje się grodem pod twoją nieobecność. Sporo odpowiedzialności jak na młodego chłopca. Chyba bardzo mu ufasz.
– To nie chłopiec, jest już mężczyzną. – Uśmiechnął się pod nosem. – W dodatku odpowiedzialnym i obowiązkowym. Bywa, że chce robić więcej, niż potrafi, a czasem za dużo bierze na siebie, ale bardzo się stara. Wiem, że mogę mu w pełni zaufać.
Oblizałam wargi dziwnie przejęta. Poczułam się nieswojo, choć jednocześnie intrygowało mnie to uczucie, z którym mężczyzna opowiadał o synu.
– Wydaje mi się zbyt ufny.
Brann pokręcił głową.
– Morgan wprawdzie widzi świat lepszym, niż jest w rzeczywistości, ale dobrze dba o gród i mieszkających tam ludzi. Być może zbyt łatwo zdarza mu się obdarzyć kogoś zaufaniem, jednak nie uważam, że to przeszkodzi mu w dobrym zarządzaniu.
Usiadłam prosto, czując się coraz bardziej zaintrygowana. Brann opowiadał o Morganie ze słyszalną dumą i zaczęłam zdawać sobie sprawę, że chłopak jest dla niego kimś więcej niż synem. Jawił mi się jako ktoś wyjątkowy. To mógł być ważny szczegół, o którym musiałam pamiętać, ponieważ to mogłoby pozwolić mi manipulować poślubionym mężczyzną.
Nie drążyłam więcej tego tematu, zamknęłam książkę i położyłam ją na stole. Wypuściłam powietrze i niby od niechcenia rozejrzałam się po komnacie. Chciałam wypytać Branna o Kilmun, które leżało zaledwie dzień drogi od mojego grodu, kiedy doszło nas pukanie do drzwi.
– Proszę – rzuciłam odruchowo, uprzedzając Branna.
Skrzydło uchyliło się i stanęła w nich Katia, moja służka, która po lekkim ukłonie weszła do komnaty. Trzymała w rękach dzban z wodą, a przez ramię, miała przewieszoną lnianą koszulę nocną.
– Lady. Przyszłam, by pomóc ci oporządzić się przed nocą.
To skutecznie ostudziło moje myśli o dalszej rozmowie z Brannem. Z lekkim westchnieniem wstałam z miejsca i podążyłam za nią ku bocznemu pomieszczeniu. Katia pomogła mi zdjąć wierzchnią suknię i rozplątała spięte włosy. Wyciągnęła z kieszeni fartucha drewniany grzebień i kiedy chciała przyłożyć go do moich jasnych pukli, ostro zaprotestowałam:
– Nie, zrobię to sama.
– Jak sobie życzysz, lady – wymamrotała, zapewne zaskoczona moją gwałtowną reakcją.
Służka wlała wodę do miednicy, a ja obmyłam twarz. Przeczesałam też palcami swoje jasne włosy, bo uważałam, że tyle wystarczy, by wrócić do Branna. Irytowałam się asystowaniem Katii, ale zdawałam sobie sprawę, że jako Lady powinnam do tego przywyknąć, dlatego nie odważyłam się na słowa skargi.
Kiedy wróciłam do komnaty, spostrzegłam, że Brann przez cały ten czas nie ruszył się z miejsca. Katia zostawiła nas samych, ale mimo iż mogliśmy kontynuować rozmowę, straciłam na to ochotę. Zaszyłam się w pościeli, licząc, że dzisiejszą noc w końcu będę w stanie przespać. Musiałam wypocząć, by zachować ostrość umysłu. Nie mogłam zapomnieć, po co tu tak naprawdę jestem.
2Homer, Iliada,tłum. Franciszek Ksawery Dmochowski, oprac. Tadeusz Sinko, nakł. Krakowskiej Spółki Wydawniczej, Kraków 1930. s. 268.
Rozdział 3
Bycie upartą nauczyło mnie zaangażowania i determinacji. Każdy krok ku realizacji celu zawsze wykonywałam z pełnym oddaniem, myślą o odpowiedzialności, która ciążyła na moich barkach. Konsekwentnie stawiałam czoła trudnościom, ale to właśnie ich przezwyciężanie ukształtowało mnie i sprawiło, że stałam się tym, kim byłam.
Włócząc się po ogromnym zamczysku Campbellów, przyglądałam się mieszkającym tu ludziom.
Warownia nie przypominała tej, w której mieszkałam w Dunoon. Rozciągała się na dwa skrzydła, zwieńczone wysokimi wieżami.
Wartownicy, koczujący przy krenelażach, zdawali się dobrze bronić zamku. Hamish nieraz dumał, czy dałoby się tu dostać jakimś nieznanym przejściem, ale w mojej ocenie nie mielibyśmy szans sforsować gmachu. Choć wiele czytałam o podobnych miejscach i uczono mnie, na co zwracać uwagę, to jednak trudno było mi znaleźć słaby punkt grodu Campbellów. Musiał jednak istnieć jakiś sposób, by moja rodzina mogła się zemścić za otrzymane zniewagi.
Przed laty, kiedy mój ojciec sprzymierzył się z rojalistami sympatyzującymi z królem Karolem, przywódca tych parszywców, zadbał o to, by nasza rodzina popadła w niełaskę szkockiego parlamentu. Zapamiętałam ten czas jako długie lata niedoli i głodu, ponieważ mój ojciec stracił nie tylko pozycję, ale i sojuszników. Zmusiło nas to do odstąpienia od własnych założeń i poddania się woli przywódcy prezbiterian – wodza Campbellów.
Aktem dobrej woli i posłuszeństwa miał być właśnie mój mariaż z Brannem. Jako najstarsza córka przywódcy klanu Lamontów stałam się ich zakładniczką. Nie byłam jednak ofiarą, lecz ostrzem, które miało zadać cios w stosownym momencie. Wystarczyło jedynie zaczekać.
Wyszłam na dziedziniec, wypełniony gwarną ciżbą. W tej chwili odwiedzali go kupcy i okoliczni wieśniacy zwożący żywność. Dyskretnie wyciągnęłam zza dekoltu list, który napisałam do brata, i rozejrzałam się po znajdujących się tu ludziach.
Powtarzałam sobie w głowie treść listu.
Mój drogi Hamishu,
minęło wiele dni, odkąd opuściłam Dunoon, ale zdążyłam zadomowić się w Inveraray.
Kłamałam jak z nut, ale gdyby list wpadł w niepowołane ręce, jawiłby się jako niegroźna wiadomość do brata. Z tego powodu spisywałam tam fałszywe zachwyty, kłamliwe fakty i nieprawdziwą radość z zawartego małżeństwa.
Podobno jest tu okazała biblioteka. Jeszcze nie miałam okazji jej odwiedzić, ale na pewno przyjrzę się znajdującym się tam księgom. Kto wie? Może któraś zaciekawi mnie tak bardzo jak ta, o której tak często rozmawialiśmy. Pamiętasz Wojnę Peloponeską Tukidydesa? Do dziś wspominam, jak czytaliśmy ją we dwoje. Wiesz, że znalazłam taką samą w swojej komnacie? Mogę teraz do niej zaglądać i wspominać te nasze wspólne, długie wieczory. Wiemy przecież wszyscy, że największy podziw budzi to, co jest odległe, i co, trudno sprawdzić na podstawie osobistego doświadczenia3. To najszczersza prawda. Tych miałam tutaj aż nadto.
Ciągnęłam ten pozornie bezsensowny wywód, przemycając tam kilka ważnych dla mojego brata informacji. Początkowy plan się udał, więc dałam Hamishowi sygnał, że kontynuuję tę grę. Wspomniałam też o Katii MacLeod, mojej służce, której obecność wzbudziła mój niepokój.
Wiemy, że nigdy nie może być żadnej solidnej przyjaźni między ludźmi bądź ich rodami, chyba że strony będą przekonane o wzajemnej uczciwości4.
Podejrzewałam rodzinę służki o zdradę, dlatego wolałam uprzedzić o tym brata. Nie omieszkałam też wspomnieć o przebywającym w Kilmun młodym Morganie, bo włości Branna znajdowały się ledwie dzień drogi od Dunoon. Choć pozornie te wszystkie informacje nie wydawały się zbyt cenne, to miałam wyraźne wytyczne: „Donoś o wszystkim, czego tylko się dowiesz”. Nigdy nie wiadomo która z wieści mogłaby okazać się kluczowa dla mojego rodu, a ja tak bardzo pragnęłam, by Hamish był ze mnie dumny.
Spacerując po dziedzińcu, szukałam wzrokiem Gordona Kerra, który został mi przedstawiony, kiedy przebywałam jeszcze w domu. Miał on przekazywać wiadomości mojemu bratu, bo regularnie handlował w Inveraray.
Hamish zapewniał, że mogę mu w pełni zaufać, a ja mu wierzyłam. Nigdy mnie nie zawiódł.
Mozolne poszukiwania wreszcie przyniosły efekty. Wśród mrowia nieznanych mi twarzy wypatrzyłam strzelistego starca. Miał bliznę nad lewą skronią w esowatym kształcie.
– Wyglądają na pyszne – zaświergotałam, podchodząc do wozu. – Chyba drzewa w tym roku obrodziły, panie?
Starzec uśmiechnął się szeroko i ściągnął beret ze swojej łysej głowy.
– Nie inaczej… lady. – Zawahał się. – Dobre ziemie rodzą zacne owoce. A takiej damie na pewno dodadzą wigoru.
Wziął jedno z jabłek znajdujących się w skrzyniach i podał mi. Przyjęłam poczęstunek, wsuwając w dłoń mężczyzny papierowe zawiniątko, przepasane lnianym sznurkiem. Wgryzłam się w soczystą skórkę i pożegnałam się wymownym spojrzeniem.
Miałam nadzieję, że list rzeczywiście dotrze do Hamisha. Chciałam mu okazać, że nie próżnuję i robię to, co do mnie należy. Cieszyłam się też, że nie trafiłam do tyrana, bo wtedy miałabym o wiele trudniejsze zadanie.
Ten, któremu przysięgłam, wydawał się poczciwym starcem, onieśmielonym moją młodością i niewinnością. Starał się, co sprawiało, że rzeczywistość wśród Campbellów nie wydawała się taka przerażająca, jak zakładałam.
Był jednak moim wrogiem. Kimś, kto należał do rodu, który skrwawił ziemie półwyspu Cowal krwią Lamontów. Obwiniałam go o tę tragedię tak samo, jak wszystkich innych noszących herb dzika i im zaprzysiężonym.
Myśląc o tym, w ogóle nie zwracałam uwagi na krzyki, które oznaczały jakąś toczącą się kłótnię, dopóki jeden z przebywających tu chłopów na mnie nie wpadł. Przewróciłam się na bruk i dopiero spostrzegłam, że doszło tu do jakiejś bijatyki. Pięści poszły w ruch, a ja, by nie oberwać rykoszetem, pospiesznie podniosłam się i pobiegłam w ciżbę.
Przeliczyłam się jednak, myśląc, że uda mi się zniknąć za murami zamku. Cała ta awantura sprawiła, że zebrany tu tłum ruszył w kierunku burdy i porwał mnie, niczym fala na morzu. Krzyczałam, by pozwolono mi odejść, ale mój głos zlewał się z wrzawą. Byłam przerażona. Myślałam, że za chwilę mnie zgniotą lub zadepczą, jeśli się stąd nie wydostanę, bo z trudem udawało mi się ustać.
Jakieś wołania przebiły przez hałas, a ja poczułam silny i bolesny uścisk na ramieniu. Odwróciłam się i zobaczyłam zbrojnego Campbellów, który wyciągnął mnie z tej ludzkiej masy. Nie był sam, grupa uzbrojonych wpadła w tłum, próbując zapanować nad oszalałą tłuszczą. Mnie natomiast wywleczono do zamku, gdzie zaraz za progiem zostałam postawiona przed obliczem wodza Campbellów. Archibald Mac Cailean Mór, pierwszy Markiz Argyll i ósmy hrabia hrabstwa. Najgorszy z tych plugawych świń, żniwiarz, który winny był wszystkich nieszczęść mojej rodziny.
