Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
„Kuria” – opowieść o miejscu, w którym kończy się Kościół, a zaczyna pełen przepychu dwór.
Artur Nowak zabiera nas w podróż po diecezjach, gdzie biskupi nie mieszkają – oni rezydują. Gdzie zakon nie służy Bogu, tylko dyscyplinie, wpływom i mamonie. Tu są doradcy medialni, włoscy sekretarze i kaplice lepiej wyposażone niż szpitale. Są kardynałowie i arcybiskupi, którzy suną po marmurach, a nie chodzą pośród ludzi. I są też ci, którzy zbudowali sobie prywatne wersje Watykanu – z ogromnymi ogrodami, imponującymi bibliotekami, kosztującymi miliony kaplicami i sztabem wysoko wykwalifikowanej służby, która ma zadbać o piękne i luksusowe życie, jakiego zwykli księża mogą tylko pozazdrościć.
Jakie tajemnice kryją miejsca, z których Kościół zarządza Polską?
Artur Nowak (ur. 1974) – adwokat, publicysta i pisarz, m.in. współautor wraz z profesorem Stanisławem Obirkiem bestsellerowych reportaży: „Babilon. Kryminalna historia Kościoła”, „Gomora. Władza, strach i pieniądze w polskim Kościele”, „Skandaliści w sutannach”, „Antysemickie chrześcijaństwo” oraz „Gehenna. Kościelna okupacja Polski”. Z filozofem Ireneuszem Ziemińskim opublikował książkę „Chrześcijaństwo. Amoralna religia”, a z filozofem Tadeuszem Bartosiem „Bóg odszedł z poczuciem winy”. Napisał też „Kroniki opętanej” – powieść, w której przedstawił opartą na faktach historię nastolatki molestowanej przez egzorcystów. Jest również autorem reportażu „Adwokaci. Zraniony zapał”. Współautor podcastu „Kryminalna historia Kościoła”, nagrodzonego Bestsellerem Empiku za 2022 rok. Kolejny sezon tego podcastu otrzymał w roku 2023 nagrodę Best Audio. Od 2021 roku na kanale Sekielski Brothers Studio prowadzi autorski podcast „Wysłuchanie”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 210
Copyright © Artur Nowak, 2026
Projekt okładki
Ilona Gostyńska-Rymkiewicz
Zdjęcia na okładce
© Your Choice/Adobe Stock
© Tatiana/Adobe Stock
Redaktor inicjujący
Michał Nalewski
Redaktor prowadzący
Anna Kubalska
Redakcja
Renata Bubrowiecka
Korekta
Katarzyna Kusojć
Bożena Hulewicz
ISBN 978-83-8391-422-0
Warszawa 2026
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
W jednym z warszawskich pałaców – tym z rokokową bramą i osobistym ogrodnikiem, ochroną i ekipą kuchenną – wieczorami odbywały się kolacje. Czasem z udziałem nuncjusza, czasem w szerszym gronie, z udziałem polityków. Gospodarz tych biesiad nazywał ich uczestników przyjaciółmi. Pewnego dnia na stół zamiast kolacji trafił list – anonim napisany dziecięcym pismem, z błędami ortograficznymi i opatrzony jakby dla ochrony słowem „Bóg”. List przyniósł przyjaciel, wysoko postawiony urzędnik. Jego autorem był chłopiec. Opisał, co działo się w kaplicy, do której nikt nie miał wstępu. Co mówił mu „książę Kościoła”, kiedy zabierał go z oazy „na modlitwę indywidualną”. List trafił do szuflady, a chłopiec – do szpitala psychiatrycznego. Biskup dalej rezydował w pałacu i gościł przyjaciół. Bo pałace kurii, jak się okazuje, mają dźwiękoszczelne ściany.
Kuria to zwieńczenie trylogii. Najpierw była Plebania – podróż po zapleczach polskich parafii, tych małych, niepozornych, gdzie życie toczy się w rytmie mszy, obiadów z ministrantami i półoficjalnych relacji z michałowymi lub „kuzynami”, a chłopca na godziny można łatwiej spotkać niż proboszcza z czystym sumieniem. W Zakrystii zabrzęczały pieniądze, miliardy znikające bez śladu. Pojawiły się przekręty, dotacje, dziwne fundacje, a wreszcie samobójstwa kapłanów, których nikt nie chce wyjaśniać.
Kuria to inna skala. To podróż po diecezjach, gdzie re-zy-du-ją biskupi, gdzie zakon nie służy Bogu, tylko wpływom, gruntom i dyscyplinie. Tu nie ma już chłopców z prowincji. Są doradcy medialni, włoscy sekretarze i kaplice lepiej wyposażone niż szpitale. Kardynałowie i arcybiskupi suną po marmurach wyściełających prywatne kopie Watykanu – z ogrodami, bibliotekami, kaplicami i sztabem pomagierów mających zadbać o piękne życie. Bo przecież każdy arcybiskup zasługuje na risotto w wersji bezglutenowej i adorację w wersji prywatnej.
Nie chodzi tylko o luksus. Chodzi o mentalność. Ten pałac to stan umysłu. Miejsce, w którym cisza jest strategią, a milczenie przemocą. Tu nie zapadają decyzje, tu są zawierane układy. A jeśli któryś z hierarchów ma jakąś niewygodną tajemnicę, rzucającą cień na jego biografię, to spodziewać się może raczej nowej rezydencji niż poważnego pytania o przeszłość. Tutaj ewangelia ubóstwa kończy się na bramie z rokokowymi wazonami, a dialog z wiernymi zaczyna się od rzecznika prasowego i kończy na wezwaniu policji.
W tej książce odwiedzam pałace biskupie nie po to, by się nimi zachwycać. Przeciwnie – sprawdzam, gdzie kończy się Kościół, a zaczyna dwór. Kto służy w kuriach, a kto rezyduje. Kto milczy i kto ten luksus umożliwia. I najważniejsze: kto za to płaci. Bo pałac biskupi nie jest wbrew pozorom samofinansującym się objawieniem. Rośnie na gruncie systemu, który działaniem bardziej przypomina korporację bez prezesa niż wspólnotę wiary.
Nie zamierzam w tej książce tylko oskarżać, ale nie chcę też jak inni przekonywać: „Trzeba zrozumieć”. Wystarczy już zrozumienia. Czas na dostrzeżenie problemu, na zdjęcie korony, skrócenie dystansu i postawienie kilku niewygodnych pytań: o bogactwo, o władzę, o przemoc symboliczną, psychiczną i cielesną. O to, dlaczego Jezus ze względu na swój strój nie miałby wstępu do żadnego z tych pałaców.
Pisząc o polskim Kościele, trzeba koniecznie zatrzymać się przy osobliwym panteonie jego dostojników – tych z korpusu biskupiego i profesorskiego. To oni przecież budują polski Kościół, choć czasem wygląda on raczej jak makieta z kartonu i waty niż duchowa architektura. W tym gronie znajdziemy figury, które z powodzeniem mogłyby zdobić korytarze gabinetu osobliwości: mędrców od teologii stosowanej w polityce, kaznodziejów apokalipsy gender i specjalistów od eklezjalnego savoir-vivre’u rodem z XVIII wieku.
Mózgi biskupów – tak jak relikwie – są zazwyczaj dobrze zakonserwowane. Czasem tak dobrze, że nie dotarły do nich ani duch soboru watykańskiego II, ani nawet wiadomość o istnieniu internetu. Za to cytaty z katechizmu zespoliły się w nich z neuronami. Na każdą niewygodną opinię świeckiego, na każdą krytykę, na każde „a co z ofiarami?” w odpowiedzi werset z Listu do Rzymian. Ich myślenie przypomina grę w memory – zawsze ta sama karta niezależnie od pytania. Dialog? Tylko gdy rozmówca milczy. Teologia? Owszem, ale pod warunkiem, że nie chodzi o nic kontrowersyjnego. Na przykład: antropologia eucharystyczna w świetle godności kapłaństwa mężczyzny żyjącego w celibacie z lękiem przed światem. Ich doktoraty to często dzieła tak hermetyczne, że nawet Duch Święty musiałby znać łacinę i mieć indeks z KUL-u, żeby je zrozumieć. O postawie otwartej nie ma mowy – jedyna otwartość, którą okazują, to ta wobec własnych koterii i układów, jeśli tylko pachnie to awansem.
Zapytaj ich o papieża Franciszka, to spojrzą spode łba, jakbyś właśnie zaproponował legalizację marihuany w seminarium. Zapytaj o Benedykta XVI – nagle rozjaśnienie, niemal wzruszenie, jakby mówiło się o kimś, kto „rozumiał liturgię i cywilizację Zachodu”. Ale powiedz cokolwiek krytycznego o Janie Pawle II – masz proces kanoniczny, ekskomunikę, a jeśli jesteś nauczycielem, wizytę kuratora i trzy katechezy pokutne z proboszczem w gratisie.
Wierzą w Logos, ale rozumieją go jako system cytatów. Operują pojęciami prawdy obiektywnej, upadku wartości i męczeństwa Kościoła, ale nie znoszą dyskusji, w której ktoś ma rację, zwłaszcza jeśli nie nosi mitry. Dla nich intelektualna pokora to herezja, a autorefleksja – pokusa szatana. Ich ulubiony czasownik? „Napominać”. Ulubiony rzeczownik? „Błąd”. I tylko jedno pytanie pozostaje bez odpowiedzi: co by zrobili, gdyby któregoś dnia zabrakło gender, ateizmu, laicyzmu i „ideologii ekologizmu”? Bez wrogów nie byłoby ich całej teologii, nie byłoby ich homilii, doktoratów, postów na Facebooku i debat w TVP. Zostałoby tylko echo. I ten cytat, powtarzany na wszelki wypadek, gdyby ktoś jeszcze słuchał: „Kościół jest w kryzysie, bo świat odszedł od Boga”. A nie – przypadkiem – od rozumu?
Trzeba przyznać, że jest to fascynująca galeria: ludzie, którzy z różańcem w jednej dłoni, a notatkami do habilitacji w drugiej przeszli z zakurzonej plebanii do złoconych apartamentów kurialnych, niekiedy pomijając w tej drodze zdrowy rozsądek, logikę, a czasem również fundamentalne zasady przyzwoitości. Niekiedy mają nawet doktorat z antropologii chrześcijańskiej, choć z człowiekiem nie mają zbyt dużo wspólnego. Choć, rzecz jasna, niektórzy biskupi i profesorowie odróżniają miłosierdzie od kodeksu karnego. Ale na tle tej instytucjonalnej przeciętności wyrastają egzemplarze niemal kolekcjonerskie: purpuraci jak z powieści Mrożka, teolodzy przypominający bohaterów Procesu Kafki i profesorowie – ich główna publikacja to zazwyczaj rozpaczanie nad światem, który zapomniał o Bogu.
Polski episkopat od lat spoglądał w przepaść, aż w końcu z wdziękiem nurka skoczył w nią na główkę. Ale nie do wody, lecz prosto w objęcia ojca dyrektora – samozwańczego pasterza narodowej duszy, medialnego barona z Torunia, doktora honoris chaosu Tadeusza Rydzyka. Bo jeśli ktoś się jeszcze łudził, że biskupi skupiają się wokół papieża w Rzymie, to powinien spojrzeć na mapę ich pielgrzymek. Kierunek: Radio Maryja. Cel przewodni: hołd. Forma: uniżona. Treść: błagalna.
Tak, oto obraz nędzy i rozpaczy: episkopat, który nie broni ofiar, ale budżetu Rydzyka. Zamiast wyciągać konsekwencje wobec duchownych predatorów, całuje po rękach człowieka, który mówi, że „to przecież nie pedofilia, tylko prowokacja mediów”. A wszystko to w rytmie Barki, przerywanej audycjami, w których Żydzi są podejrzani, Niemcy winni, a Unia Europejska to Sodoma i Gomora w jednym pakiecie. Jak nisko trzeba upaść, by to Tadeusz Rydzyk stał się ołtarzem, do którego biskupi pielgrzymują z pobożnością godną średniowiecznych relikwii? Do jakiego stopnia trzeba zatracić instytucjonalny wstyd, by oddać ster Kościoła człowiekowi, który zbudował swoje imperium na strachu, niechęci do „innych” i betonowej odporności na etykę? Bo w istocie to nie Radio Maryja potrzebuje Kościoła, tylko Kościół potrzebuje Rydzyka. Potrzebuje jego mikrofonów, jego kamer, jego armii słuchaczek… Potrzebuje ich bardziej niż Ewangelii. A że wymaga to przymknięcia oka na antysemickie insynuacje, na homofobiczne tyrady i na poklepywanie po plecach ludzi, którzy mieli „problemy z ministrantami”? Cóż, najwyżej odprawi się mszę w intencji oczyszczenia. Z win i z rozumu.
Tymczasem toruńskie imperium rośnie. Zbiera, rozdaje, zaprasza, wyklucza. Rydzyk stał się cenzorem, redaktorem, biskupem i papieżem w jednym. Episkopat można uznać już nie tyle za ślepy, ile po prostu zbędny. Bo kto dziś mówi do Polaków z ambony? Ojciec dyrektor. Kto układa listy lektur duchowych? Ojciec dyrektor. Kto wyznacza kurs na narodową świętość? Wiadomo.
Toruń – oto duchowa stolica oblężonej twierdzy, w której zasieki z paciorków i kropidła stoją w pogotowiu, a kazania przypominają wojenne rozkazy. W tej alternatywnej rzeczywistości Polska to kraj nieustannie zdradzany i napadany. Nie przez armię, ale przez znacznie gorsze siły: od czasu do czasu przez klimat, który zapewne uczestniczy w jakimś antychrześcijańskim spisku, ale gównie przez liberałów, ekologów, genderystów, feministki, LGBT. Innymi słowy, dziedziców zła, potomków masonów, duchowych synów bolszewików, wnuków Adama Michnika i – last but not least – siostrzeńców Lucyfera.
I właśnie Lucyfer odgrywa tu kluczową rolę. Bo bez niego cała ta wielka opowieść o duchowej wojnie, oblężonej twierdzy i apokaliptycznej misji Kościoła w Polsce po prostu by się rozpadła. Bóg? Jasne, jest gdzieś tam w tle – jako figura retoryczna. Ale to diabeł nadaje sens kazaniu, homilii, felietonowi w „Niedzieli” i wykładowi z teologii moralnej. Gdyby Lucyfer nie istniał, trzeba by go natychmiast wymyślić. Bo kogo innego obwinić za spadek powołań, frekwencji i wpływów? Przecież nie siebie. Winni są zawsze oni – lewacy, Żydzi, ekolodzy i oczywiście ci od Netflixa.
Gdyby Jezus zjawił się dzisiaj w kurii, zostałby z niej wyrzucony za brak koloratki i zbyt długie włosy. Dla rezydentów kurialnych pałaców Ewangelia to dodatek do procedur, a krzyż to nie symbol ofiary, tylko insygnium władzy, złote ornaty i purpurowe pompony natomiast to mentalne relikty feudalizmu. Jak uważa Thomas Doyle, „piuska gasi rozum”. I rzeczywiście – to nie są już pasterze, to są zarządcy stadniny danieli na działce kupionej z bonifikatą 99%, z paśnikiem, do którego wstawili figurkę Marii tylko po to, by mieć święty spokój. Głódź, o którym mowa – generał, sołtys, multimilioner z błogosławieństwem Watykanu – to nie wyjątek. To twarz systemu. A właściwie jego gęba.
Polski biskup nie zna pokory. Zna tylko kontrolę, pokaz, rytuał, wydzielanie łask i pogardę dla słabych. Pycha to nie grzech – to metoda działania. A świętość? Świętość to PR, do załatwienia w dwa cudy i tysiąc punktów w katolickiej „Pedagogice”. No i te tytuły naukowe zdobywane w przedziwnych okolicznościach.
Wyobraź sobie, że jesteś młodym polskim teologiem marzącym o habilitacji. Proces ten jest długi, kosztowny i pełen biurokratycznych przeszkód. Ale oto pojawia się alternatywna możliwość: Słowacja. Tam, na Uniwersytecie Katolickim w Rużomberku, procedura habilitacyjna jest znacznie prostsza i szybsza. Wystarczy przetłumaczyć swoją pracę doktorską na słowacki, uiścić opłatę (oficjalnie około 6,5 tysiąca złotych, nieoficjalnie nawet 8 tysięcy euro) i w ciągu kilku miesięcy można cieszyć się tytułem docenta, uznawanym w Polsce jako habilitacja. Z tej możliwości skorzystało wielu polskich akademików. W latach 2005–2016 w Słowacji habilitowało się łącznie dwudziestu ośmiu teologów z naszego kraju, głównie z Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie (szesnaście osób) i Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego (piętnaście osób). Ta droga awansu naukowego była szeroko krytykowana: recenzentami prac habilitacyjnych byli Polacy z tytułami docentów ze… Słowacji, a więc bez odpowiednich kwalifikacji, a zdarzało się, że w zasadzie posługiwano się pracami doktorskimi obronionymi wcześniej w Polsce, bez dodatkowego dorobku naukowego.
Profesor teologii to postać osobliwa – pół duchowny, pół uczony, a w całości oderwany od rzeczywistości. Jego naturalnym środowiskiem nie są parafia, klasztor ani nawet biblioteka. Jego habitatem jest biurko obrośnięte papierami zapisanymi jakimś niezrozumiałym scholastycznym językiem. Zasiada przy nim w todze z aksamitnym kołnierzem i krzyżem, którego nigdy nie zdejmuje – nawet podczas egzaminów z logiki. Ma zespół ludzi, którzy zwracają się do niego „księże profesorze doktorze habilitowany”, a usta otwiera tylko po to, by wygłosić zdanie tak długie i zawikłane, że można by z niego zrobić różaniec.
Profesor teologii nie zna wątpliwości. W jego świecie wszystko jest jasne: kobieta nie może głosić homilii, ekologia to nowa wersja marksizmu, a katolik ma obowiązek głosować „jak trzeba”. Jego ulubiony sposób debaty? Cytat. Najlepiej z soboru trydenckiego. Jego największy lęk? Dialog z feministką albo – nie daj Boże – z księdzem, który zna francuski i czytał Karla Rahnera. Nie uprawia nauki, tylko ją cytuje. Nie zadaje pytań, tylko podaje odpowiedzi – zwłaszcza te, których nikt nie potrzebował. W jego dorobku znajdziesz arcydzieła takie jak Moralna Arka Noego Hugona ze św. Wiktora, Zwierciadło zbawienia rodzaju ludzkiego, bestseller późnego średniowiecza, i Zwierciadło dziewic, dedykowane mniszkom z alegoriami pokory, czystości i ikonografią dydaktyczną. Nikt tego nie czyta – nawet on. Nie prowadzi zajęć, lecz odprawia liturgie dydaktyczne. Z egzaminów studenci wychodzą nie z wiedzą, tylko z pokorą. W recenzjach prac magisterskich pisze: „Brakuje odniesienia do encykliki Humanae vitae i przypisu do mojej książki z 1997 roku”.
Gdyby Jezus pojawił się dziś na wydziale teologii, profesor zapytałby go najpierw o afiliację naukową i status habilitacji. Bo Ewangelia Ewangelią, ale czy Pan Jezus ma list rekomendacyjny od biskupa? Ksiądz Eligiusz Piotrowski napisał obszerną monografię o zmartwychwstaniu Jezusa, w której analizuje różnorodne interpretacje tego wydarzenia. To 871 stron potwierdzających jego teologiczny kunszt, wiedzę i odwagę. Co Piotrowski dostał w zamian? Trzy recenzje pełne ideologicznego bełkotu, strachu przed myśleniem i urażonych ambicji teologicznych aparatczyków. Zarzucono mu odejście od tradycyjnej teologii i skupienie się na analizie opisów zmartwychwstania zamiast na samym wydarzeniu. Nie podobało się, że Ewangelie to dla niego nie stenogramy z grobu Jezusa, tylko teksty historyczne, że cytuje Feuerbacha, że krytycznie czyta Ratzingera jako jednego z wielu autorów, a nie jako Ojca Świętego, że pokazuje różnorodność myśli w chrześcijaństwie. Więc co? Kasacja i koniec kariery. Won.
Polska teologia to rezerwat dla tych, którzy wierzą, że cytat z Jana Pawła II to dowód naukowy. Tu habilitacja to nagroda za lojalność wobec episkopatu. I jakby tego było mało, cała ta zabawa odbywa się na uniwersytetach publicznych za publiczne pieniądze. Jakby ktoś urządził nam rekolekcje z doktrynerstwa i kazał jeszcze za nie płacić.
Gdyby Ewangelie pisały dzieci z przedszkola, prawdopodobnie brzmiałyby jak kazania biskupa Antoniego Długosza, człowieka orkiestry – dosłownie, bo śpiewa, tańczy, klaszcze, a wszystko w rytmie Pana Jezuska, który według niego chodzi z nami na wesele, mieszka w kredensie i odkurza sumienia w konfesjonale jak zelmer. Ten ciaćkający się biskup znany jest głównie z programu Ziarno, czyli katolickiej wersji Teletubisiów z ambicją ewangelizacji. W kolorowej koszulce, z gitarą i roziskrzonym wzrokiem prowadzi w nim dzieci przez tajemnice wiary i choreografię do piosenki Jezus kocha ciebie. Dzieci skaczą, biskup śpiewa, a studio wiruje w rytmie łaski uświęcającej. „Dom to Kościół, stół to ołtarz, rodzice to kapłani, a dzieci to… chyba wierni, czasem niegrzeczni, ale od czego mamy konfesjonał – tę boską myjnię sumienia z zielonym światłem” – mówi Długosz głosem, jakby czytał bajkę o Złotowłosej, tylko zamiast misiów są święci i papież Franciszek, „nasz wspólny tatuś”.
Biskup Antoni Długosz zaskoczył wszystkich, porównując premiera Mateusza Morawieckiego do ewangelisty Mateusza, a ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego do ewangelisty Łukasza. Według niego premier „pochyla się nad naszą egzystencją”, by żyło się nam lepiej, a minister zdrowia jest przedłużeniem czynów Jezusa, troszcząc się o nasze życie i zdrowie. W kontekście problemu pedofilii w Kościele stwierdził: „Kiedy ksiądz grzeszy, biskup wzywa go na rozmowę, upomina, wyznacza pokutę, po której, jeśli otrzymuje od księdza chęć poprawy, przebacza mu i daje szansę dobrego życia i duszpasterskiej pracy”.
W jednym z kazań z 2025 roku biskup Długosz zrekapitulował dotychczasowy dorobek episkopalnego lęku. Tym razem odpalił taki homiletyczny fajerwerk, że nawet archanioł Gabriel zrobił facepalm. Zaczęło się klasycznie: troska o ojczyznę, modlitwa za młodzież, a potem nagły skręt w stronę geopolityki, migracji i, oczywiście, lewackiego spisku. Bo jak wiadomo, wszystko, co złe, pochodzi z Brukseli, Berlina albo z Instagrama. A najlepiej z trzech jednocześnie. „Pakt migracyjny to zamach na Polskę!” – grzmiał biskup. „Chcą nam zabrać suwerenność, sumienie i chyba jeszcze opłatek z wigilijnego stołu!” – można by dodać, gdyby nie fakt, że to już brzmi jak fragment oficjalnego komunikatu episkopatu. Dalej było tylko weselej: lewacka ideologia, aborcja, „zagrożenie tożsamości narodowej” i te wszystkie strachy, które regularnie śnią się polskim biskupom po obejrzeniu reportażu w TVN. I jeszcze ta dramatyczna puenta, że „lewactwo chce zabić sumienie Polaka”. Człowiek się aż zastanawia: może rzeczywiście gdzieś tam w ciemnej piwnicy Sorosa siedzi brygada antysumiennych zombi, która wyrusza nocą, żeby pod osłoną Netflixa mordować katolickie wartości?
Zapadło mi w pamięć jedno z kazań, w którym nasz dzielny pasterz zaatakował Donalda Tuska, głównego diabła brukselskiego piekła. Tym razem Długosz wsiadł na swojego retorycznego rumaka i pogalopował ogłosić światu, że demokracja walcząca to nie demokracja. Mimo że nikt do końca nie wie, co miał na myśli, brzmiało groźnie. A to się liczy. W jego narracji Tusk jawi się niemal jak szatan liberalizmu: uśmiechnięty, niemiecki, z piekielnym planem wyzwolenia Polski od tradycji, Kościoła i święconej wody. „On chce podporządkować wszystko sobie!” – grzmiał biskup, zapominając najwyraźniej, że przez ostatnie trzydzieści lat to raczej Kościół katolicki trenował tę samą dyscyplinę w wersji hard. Nie zabrakło też klasyki gatunku: działania Tuska to „atak na tradycję”, „zniszczenie wartości chrześcijańskich”, „zakwestionowanie autorytetu Kościoła”. Innymi słowy: ktoś wreszcie powiedział „nie” biskupom i włączył myślenie. Skandal.
Ale Długosz nie ustaje. Jak Gandalf z Radia Maryja z pastorałem w dłoni broni Polski przed tęczowym mrokiem, unijnym smokiem i Tuskowym potworem z Gdańska. I trzeba przyznać, że biskup to nie tylko duszpasterz. To polityczny performer pełną gębą, który jednym kazaniem potrafi wskrzesić PRL, ogłosić trzecią wojnę kulturową i zdiagnozować całe zło współczesności – zawsze z Tuskiem jako źródłem. Bo wiadomo: gdzie jest dwóch lub trzech zgromadzonych w imię demokracji, tam zaczyna się lewacka rewolucja.
Kolejny hierarcha w porównaniu z dziecięcym zapałem inkwizytorskim Długosza przypomina słonia. Nie tańczy, nie uśmiecha się. Od lat pełni funkcję religijnego tubylca partii rządzącej – duszpasterza w służbie narodowokatolickiego mitu, który z Ewangelią ma tyle wspólnego, ile marsz kiboli z procesją w Boże Ciało. W kazaniach biskupa Ignacego Deca Europa to Sodoma, Unia Europejska to szatański projekt, a LGBT – ideologia z piekła rodem. W jego teologii wszystko jest czarno-białe: PiS to apostołowie Chrystusa, opozycja to agenci diabła, a każda krytyka Kościoła – przejaw „lewackiej propagandy”. Wielkanocne kazania biskupa przypominają raczej przemówienia partyjne z lat pięćdziesiątych niż chrześcijańskie wezwania do miłości i pokory. Straszy islamem, broni partii władzy, lekceważy ofiary pedofilii. W 2020 roku publicznie podważał dane na temat nadużyć seksualnych w Kościele, sugerując, że media wyolbrzymiają problem, a przecież – jak stwierdził – „w każdej rodzinie zdarzają się słabości”. Czyli gwałt na dziecku to słabość?
Biskup Dec jednak nie jest wyjątkiem. Jest symbolem pewnego stylu bycia polskich hierarchów Kościoła: butnego, wsobnego, oderwanego od rzeczywistości, zblatowanego z władzą. Dec nie głosi Dobrej Nowiny. Jak wielu jemu podobnych myli ambonę z mównicą sejmową, a miłość bliźniego z miłością do sondaży. W istocie jego wypowiedzi są do tego stopnia upolitycznione, że brzmią jak ustępy z biuletynu partyjnego. To modelowy produkt polskiego klerykalnego chamstwa – połączenie bufonady i ignorancji z moralizatorstwem, a przy tym człowiek, który bardziej boi się tęczy niż krzywdy dzieci.
Gdyby Ignacy Dec nie został duchownym, spokojnie mógłby być sołtysem w którejś z zapomnianych przez Boga i Google wsi Dolnego Śląska. I to nie sołtysem z planem rozwoju gminy, ale z batem w ręku, notesem donosów w kieszeni i mszałem pod pachą. Rządziłby remizą jak psiarnią, wypuszczając wiejskiego stróża na trop każdego, kto nie uklęknie przed figurą Nepomucena lub – co gorsza – zagłosuje na „koalicję genderową”.
Tę mentalność idealnie oddaje jedno ze zdarzeń z 2019 roku, kiedy to biskup Dec w kazaniu z okazji święta Konstytucji 3 maja stwierdził, że „politycy PiS myślą jak Pan Jezus”, bo „chcą dobra człowieka, a nie jego zniewolenia przez liberalizm i ideologię gender”. W tej teologii władzy nie ma miejsca na wątpliwość, pytanie ani rozeznanie. Jest tylko jeden pasterz i reszta stada. Myślą jak Jezus? A może raczej jak Władysław Gomułka – tylko w sutannie?
Kiedy Dec mówi o Europie, to z takim dramatyzmem, jakby właśnie odkrył, że Unia Europejska chce mu zarekwirować ornaty i zamienić je na tęczowe pelerynki. Straszy islamem, Brukselą, kobietami z Czarnych Protestów i edukacją seksualną. W porównaniu z jego retoryką nawet wiejski kabaret wydaje się subtelny. Bo tu nie chodzi o wiarę. Chodzi o kontrolę, o podtrzymanie układu, w którym biskup jak kacyk decyduje, kto zasługuje na sakramenty, a kto na potępienie, kto ma być pochowany przy parafialnym murze, a kto w rowie.
Przez lata zarządzał Świdnicą jak własnym folwarkiem twardą ręką i z miękką fobią przed liberalizmem. Jak sołtys, który nie ufa żadnemu obcemu, chyba że przyjedzie z Warszawy z legitymacją PiS i różańcem w ręku. Nawet gdy odchodził na emeryturę, zostawił po sobie kadrę wiernych pretorian – księży wychowanych na jego modelu: srogości bez głębi, moralizowania bez empatii, kaznodziejstwa bez Ewangelii.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
WSTĘP
BÓG, BETON I BROSZURY: INTELEKTUALNA ZAPAŚĆ POLSKIEGO KLERU
Okładka
