Kuchnia - Banana Yoshimoto - ebook + książka
NOWOŚĆ

Kuchnia ebook

Yoshimoto Banana

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Książka, z którą utożsamiają się pokolenia. Ta kultowa opowieść od lat karmi serca czytelników na całym świecie.

Debiutancka Kuchnia Banany Yoshimoto – książka, która w Japonii zapoczątkowała prawdziwą „bananamanię” – łączy dwie historie młodych ludzi próbujących odnaleźć się po nagłym pęknięciu codzienności.

Mikage zmaga się z żałobą po śmierci babci. Jej schronieniem staje się kuchnia – miejsce, w którym zwykłe czynności przywracają poczucie rytmu, a ciche brzęczenie lodówki koi samotność i przynosi sen. W jej życiu pojawiają się Yuichi i jego transpłciowa matka Eriko, których obecność stopniowo zmienia rytm jej dni, wnosząc ciepło, troskę i nową bliskość.

Nocne, niemal senne pejzaże Tokio otulają historię Satsuki i Hiiragiego, połączonych wspólnym doświadczeniem straty. Na ich drodze zjawia się tajemnicza Urara, spotkana nocą na moście – jej obecność zapowiada coś trudno uchwytnego, jakby na chwilę otwierało się przejście do innego świata.

Teraz pozostaje już tylko uchylić drzwi i dać się zaprosić do tej wyjątkowej Kuchnimiejsca, w którym utrata i nadzieja wzajemnie się poszukują.

„Proza Yoshimoto jest klarowna, szczera i ujmująca… chwyta czytelnika za serce i nie pozwala mu się uwolnić”. „The New York Times”

„Banana Yoshimoto to mistrzyni opowieści… Jej zmysłowość jest subtelna, ukryta, a przy tym niezwykle intensywna. Język – pozornie prosty”. „Chicago Tribune”

„Twórczość [Banany Yoshimoto] już przeszła do legendy”. „The Boston Globe”

„Medytacja nad przemijaniem piękna i miłości… melancholijna i piękna”. „The Washington Post”

„Prosty, elegancki styl Yoshimoto przywodzi na myśl twórczość Kazuo Ishiguro… inteligentny komentarz, doprawiony subtelną nutą realizmu magicznego, sprawia, że jest to lektura pełna ciepła i zaraźliwego uroku”. „The Times”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 159

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: キッチン (Kitchin)

Opieka redakcyjna ANDRZEJ STAŃCZYK

Korekta JAN STRZAŁKA

Projekt okładki MOA SCHULMAN

Opracowanie okładki na podstawie oryginału (wyd. Tranan, Szwecja), układ typograficzny, łamanie ANNA PAPIERNIK

Redaktor techniczny ROBERT GĘBUŚ

Copyright © 1988 by Banana Yoshimoto All rights reserved Japanese original edition published by Shinchosha Publishing Co., Ltd., Japan Polish language translation rights arranged with Banana Yoshimoto through ZIPANGO, S.L. © Copyright for the Polish translation by Anna Zielińska-Elliott © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2026

Pierwsze wydanie: PIW (Warszawa 2004), oprac. red. Barbara Słomka

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-09334-4

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] tel. (+48 12) 619 27 70

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [tj. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).

Kuchnia

Ze wszystkich miejsc na świecie najbardziej lubię kuchnie.

Do szczęścia potrzebna mi jedynie kuchnia, miejsce, w którym przygotowuje się posiłki. Nie ma znaczenia, jaka jest ani gdzie się znajduje. Najlepiej, żeby była funkcjonalna i od dawna używana, z wieloma suchymi, czystymi ścierkami i lśniącymi bielą kafelkami.

Przepadam nawet za strasznie brudnymi kuchniami. W takiej kuchni na podłodze – tak zabrudzonej, że podeszwy kapci robią się czarne – walają się obierki jarzyn. Dobrze, jeśli kuchnia jest duża, z ogromną lodówką, w której jest tyle jedzenia, że wystarczyłoby na całą zimę. Opieram się o jej srebrne drzwi. Podnoszę wzrok znad ubrudzonej pryskającym tłuszczem kuchenki lub rdzewiejącego noża na świecące samotnie gwiazdy za oknem.

Zostałyśmy same, ja i kuchnia. Trochę łatwiej tak myśleć, niż przyznać, że jestem teraz zupełnie sama.

Kiedy czuję się naprawdę wykończona, często przelatuje mi przez głowę myśl, że gdy przyjdzie na mnie czas, dobrze byłoby dokonać żywota w kuchni. Chciałabym odważnie spojrzeć śmierci w oczy, niezależnie od tego, czy będę wtedy sama w jakimś zimnym miejscu, czy z kimś – w ciepłym. Żeby to tylko mogło być w kuchni.

Zanim przygarnęła mnie rodzina Tanabe, codziennie spałam w kuchni.

Gdzie indziej było mi trudno usnąć i stopniowo zaczęłam dryfować ze swojego pokoju, szukając miejsca, w którym będzie łatwiej, aż pewnego dnia o świcie zorientowałam się, że najlepiej mi się śpi obok lodówki.

Nazywam się Mikage Sakurai. Moi rodzice umarli młodo, wychowywali mnie więc dziadkowie. Kiedy poszłam do gimnazjum, umarł dziadek, i odtąd radziłyśmy sobie we dwie z babcią.

Lecz babcia też niedawno zmarła. Przestraszyło mnie to.

Z rodziny, która miała być ze mną zawsze, z upływem czasu ubywało po jednej osobie, aż zostałam zupełnie sama. Kiedy sobie to uświadamiałam, wszystko wokół zaczynało mi się wydawać nierzeczywiste. W mieszkaniu, w którym się wychowałam, czas płynął jak dawniej, choć zostałam w nim sama. To zadziwiające.

Zupełnie jak science fiction. Ciemności kosmosu.

Przez trzy dni po pogrzebie chodziłam jak nieprzytomna.

Wlokąc ze sobą łagodną senność towarzyszącą smutkowi przesyconemu łzami, które nie chcą płynąć, lśniącej ciszą kuchni, gdzie rozkładałam materac. Zasypiałam jak Linus1 owinięta kocem. Mruczenie lodówki broniło mnie przed myślami o samotności. I tak dość spokojnie mijała długa noc i nadchodził poranek.

Chciałam po prostu spać pod gwiazdami. Pragnęłam, by budziło mnie światło dnia.

Wszystko inne mijało obojętnie.

A jednak! Nie mogłam tak żyć. Rzeczywistość jest naprawdę straszna.

Babcia zostawiła mi w spadku pieniądze, lecz mieszkanie było za duże i za drogie dla jednej osoby. Musiałam znaleźć inne.

Nie miałam wyboru. Kupiłam magazyn z ogłoszeniami o mieszkaniach do wynajęcia i próbowałam je przeglądać, ale od patrzenia na kolumny z identycznymi ofertami zakręciło mi się w głowie. Z przeprowadzką jest dużo zachodu. Wymaga energii.

Nie miałam siły, od spania w kuchni dniami i nocami bolały mnie stawy. Jak miałam wziąć się w garść, skoro wszystko było mi obojętne? Iść oglądać mieszkania?! Przeprowadzać się?! Zakładać telefon?!

I gdy tak leżałam, wpadając w rozpacz na myśl o tym zawracaniu głowy, o tych rzeczach, które mogłabym w nieskończoność wyliczać, stał się cud. Dobrze pamiętam to popołudnie.

„Ding dong” odezwał się dzwonek przy drzwiach.

Było trochę pochmurne wiosenne popołudnie. Właśnie zupełnie obrzydło mi niechętne zerkanie na ogłoszenia i w ramach przygotowań do przeprowadzki oddawałam się wiązaniu w paczki starych czasopism. Częściowo jeszcze w piżamie podbiegłam do drzwi i bez namysłu otworzyłam. (Dobrze, że to nie byli złodzieje). W drzwiach stał Yūichi Tanabe.

– Dziękuję ci za pomoc – powiedziałam.

Był to młodszy ode mnie o rok sympatyczny chłopak, który bardzo mi pomógł przy pogrzebie babci. Okazało się, że studiujemy na tym samym uniwersytecie. Ja byłam teraz na urlopie dziekańskim.

– Nie ma za co – odparł. – Znalazłaś nowe mieszkanie?

– Nie, jeszcze niczego nie znalazłam.

– Tak myślałem.

– Wejdź. Napijesz się herbaty?

– Nie. Teraz się spieszę, wpadłem na chwilę po drodze – roześmiał się. – Muszę ci tylko coś powiedzieć. Naradziliśmy się z mamą i chciałem zapytać, czy nie pomieszkałabyś trochę u nas?

– Co? – zapytałam.

– Tak czy inaczej, przyjdź do nas dziś wieczorem koło siódmej. Tu masz adres.

– Ale...

Zaskoczona wzięłam od niego kartkę.

– No to czekamy. Wiesz, Mikage, oboje z matką cieszymy się, że przyjdziesz.

Uśmiechnął się. Uśmiechnął się tak wesoło, że jego oczy, gdy tak stał w drzwiach mojego mieszkania, wydały mi się strasznie bliskie, i nie mogłam od nich oderwać wzroku. Może dlatego, że nieoczekiwanie ktoś zwrócił się do mnie po imieniu?

– To... w takim razie chętnie skorzystam z zaproszenia.

Nie wiem, co mnie podkusiło. Ale ponieważ on zachowywał się bardzo cool, zaufałam mu. W ciemnościach ukazała się przede mną droga, jak mawiają kuszeni przez licho. Lśniła bielą i wyglądała na prawdziwą, dlatego tak odpowiedziałam.

A on rzucił:

– No to na razie. – Uśmiechnął się i wyszedł.

Do pogrzebu babci prawie nie znałam Yūichiego Tanabe. Kiedy nagle pojawił się w dniu ceremonii, poważnie się zastanawiałam, czy nie był przypadkiem jej kochankiem. Zapalił trociczkę, zamknął zaczerwienione od płaczu oczy, ręce mu drżały, a gdy spojrzał na zdjęcie babci, znowu zalał się łzami.

Na ten widok mimowolnie pomyślałam, że być może kochał babcię bardziej niż ja. Zdawał się taki zasmucony.

Przyciskając do twarzy chusteczkę, powiedział:

– Chciałbym w czymś pomóc.

Dlatego potem poprosiłam go o różne rzeczy.

Yūichi Tanabe.

Musiałam być zmieszana, ponieważ dość długo nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy słyszałam od babci to nazwisko. Pracował w kwiaciarni, do której zawsze chodziła. „Taki tam jest miły chłopiec, pan Tanabe, dzisiaj też...” – wiele razy mówiła takie rzeczy. Babcia bardzo lubiła cięte kwiaty i zawsze musiała je mieć w kuchni, więc mniej więcej dwa razy w tygodniu chodziła do kwiaciarni. Zdaje się, że kiedyś Yūichi przyszedł za babcią, dźwigając wielką roślinę doniczkową.

Miał długie nogi i ładną twarz. Nic o nim nie wiedziałam, ale często przechodząc obok kwiaciarni, widywałam go pracującego z wielkim zapałem. Nawet kiedy już go trochę poznałam, nadal miałam wrażenie, że ma w sobie pewien chłód. Zachowywał się i rozmawiał ze mną bardzo serdecznie, lecz i tak miałam wrażenie, że wiedzie samotne życie. Krótko mówiąc, był dla mnie po prostu zupełnie obcym człowiekiem, którego znałam tylko z widzenia.

Wieczorem padało. Szłam z mapką w ręku w ten wiosenny wieczór po ulicach zasnutych jak dymem siąpiącym ciepłym deszczem.

Budynek, w którym mieszkała rodzina Tanabe, znajdował się dokładnie po drugiej stronie parku. Idąc alejkami, niemal dławiłam się zapachem zieleni. Szłam, rozpryskując wodę na mokrych ścieżkach, które lśniły kolorami tęczy.

Szczerze mówiąc, zdecydowałam się pójść do państwa Tanabe wyłącznie dlatego, że mnie zaprosili. Nie zastanawiałam się nad tym, co to oznacza.

Podniosłam wzrok na wysoki budynek i pomyślałam, że z ich mieszkania na dziewiątym piętrze musi być wieczorem piękny widok na miasto.

Wysiadłam z windy, przeszłam korytarzem, pesząc się echem własnych kroków, i zadzwoniłam do drzwi, które od razu otworzył Yūichi.

– Witaj – powiedział.

Weszłam i znalazłam się w naprawdę niezwykłym pomieszczeniu.

Najpierw mój wzrok przykuła ogromna kanapa, która rozparła się w salonie przechodzącym w kuchnię. Stała plecami do kredensu znajdującego się w dużej kuchni, nie było przy niej stołu, a na podłodze żadnego dywanu. Pokryta beżowym materiałem wydawała się naprawdę wspaniała, z rodzaju kanap, które mogłyby się pojawić w reklamach z wygodnie usadowioną na nich rodziną oglądającą telewizję i leżącym obok psem, tak olbrzymim, że praktycznie nie dałoby się mieć takiego w Japonii.

Przed wielkim oknem wychodzącym na balkon znajdowała się istna dżungla roślin doniczkowych. Rozejrzałam się i zauważyłam, że całe mieszkanie tonie w zieleni. Wszędzie stały wazony z przeróżnymi kwiatami.

– Mama za chwilę przyjdzie z klubu, więc może tymczasem rozejrzysz się po mieszkaniu? Oprowadzić cię? Po czym zwykle oceniasz? – zapytał Yūichi, parząc herbatę.

– Co oceniam? – odpowiedziałam pytaniem, siadając na tej miękkiej kanapie.

– Mieszkanie i gust lokatorów. Często mówi się, że wiele można poznać po toalecie, prawda? – mówił spokojnie i z obojętnym uśmiechem.

– Po kuchni – odparłam.

– No to tutaj. Obejrzyj, co chcesz.

Przeszłam za plecami parzącego herbatę Yūichiego i dokładnie rozejrzałam się po kuchni. Przyjemny dywanik leżący na drewnianej klepce, dobrej jakości kapcie Yūichiego. Stały tu i wisiały wszystkie najpotrzebniejsze, często używane rzeczy. U mnie w domu też była patelnia firmy Silverstone i niemiecka obieraczka do jarzyn. Nielubiąca się wysilać babcia cieszyła się, że bardzo łatwo się nią obiera.

Naczynia i lśniące szklanki czekały spokojnie na chwilę wyjścia na scenę, oświetlone małą jarzeniówką. Po chwili zorientowałam się, że mimo wielkiej różnorodności zgromadzonych tu rzeczy wszystkie były, o dziwo, dobrej jakości. Każda z nich miała bardzo konkretne zastosowanie... na przykład duże, głębokie miseczki do donburi2, naczynia do zapiekanek, wielkie talerze, kufle do piwa z przykrywkami – aż miło było patrzeć. Yūichi powiedział, że mogę zajrzeć do lodówki. Była niewielka, lecz w środku panował porządek, niczego nie położono byle gdzie.

Kiwając potakująco głową, obeszłam wszystkie kąty. Dobra kuchnia. Pokochałam ją od pierwszego wejrzenia.

Wróciłam na kanapę i dostałam gorącej herbaty.

Siedząc tak w obcym mieszkaniu naprzeciw prawie obcego człowieka, poczułam się zupełnie sama na świecie.

Zauważyłam, że patrzy na mnie moje własne odbicie w dużym oknie, za którym rozciągał się rozmyty nocny krajobraz spowitego deszczem miasta.

Nie miałam żadnych krewnych. Mogłam pojechać w dowolne miejsce i robić, co mi się żywnie podoba. Wydawało mi się to wielkim luksusem.

Świat jest taki wielki, ciemność taka czarna, a ja dopiero niedawno po raz pierwszy go dotknęłam i dostrzegłam, że jest nieskończenie ciekawy i samotny. Pomyślałam, że do tej pory patrzyłam na świat tylko jednym okiem, zamykając drugie.

– Przypomnij mi, dlaczego mnie zaprosiłeś? – poprosiłam.

– Pomyślałem, że musi ci być ciężko – odrzekł, mrużąc oczy z życzliwym uśmiechem. – Twoja babcia była dla mnie naprawdę dobra, a poza tym, jak widzisz, mamy tu nadmiar miejsca. Musisz się stamtąd wyprowadzić, prawda?

– Tak. Teraz właściciel nie wyrzuca mnie już tylko z dobrego serca.

– Dlatego pomyśleliśmy, że możesz sobie tu zamieszkać – powiedział, jakby to było oczywiste.

Nie okazywał teraz ani nadmiernego ciepła, ani chłodu, co bardzo mnie podniosło na duchu. Było w tym coś trafiającego prosto do serca, że aż zebrało mi się na płacz. Wtedy nagle zazgrzytał klucz w zamku, otworzyły się drzwi i do pokoju wbiegła, z trudem łapiąc oddech, niezwykle piękna kobieta.

Wytrzeszczyłam oczy ze zdziwienia. Musiała już mieć swoje lata, lecz była naprawdę piękna. Po jej niecodziennym stroju i mocnym makijażu od razu poznałam, że pracuje w nocnym klubie.

– To właśnie Mikage Sakurai – przedstawił mnie Yūichi.

– Bardzo mi miło – powiedziała z uśmiechem, jeszcze zdyszana, nieco zachrypniętym głosem. – Jestem matką Yūichiego. Mam na imię Eriko.

To jest jego matka? Z wielkiego zdziwienia nie mogłam od niej oderwać oczu. Gładkie włosy do ramion, lśniące migdałowe oczy o głębokim spojrzeniu, ładnie wykrojone usta, foremny nos. Biła od niej siła witalna, wydawała się istotą nieomal nadludzką. Nigdy wcześniej nie widziałam kogoś takiego.

Gapiłam się na nią niezbyt grzecznie, aż w końcu udało mi się uśmiechnąć w odpowiedzi.

– Mnie też bardzo miło.

– To do zobaczenia jutro – powiedziała łagodnie, a potem zwróciła się do Yūichiego. – Przepraszam cię, Yūichi, ale zupełnie nie mogę się dziś na dłużej wyrwać. Wymknęłam się na chwilę, mówiąc, że idę do toalety. Rano będę miała czas. Niech Mikage zostanie na noc – rzuciła pośpiesznie i pobiegła do wyjścia, tak że uniósł się dół jej czerwonej sukienki.

– W takim razie odwiozę cię samochodem – zaproponował Yūichi.

– Przepraszam, to przeze mnie się pani fatygowała – powiedziałam.

– Nie, nie. Nie wiedziałam, że w klubie będzie taki ruch. To ja przepraszam. No to do zobaczenia rano!

Wybiegła na wysokich obcasach, a Yūichi poleciał za nią.

– Poczekaj na mnie. Pooglądaj sobie telewizję – rzucił w drzwiach i zostałam sama.

Przyglądając się jej dokładnie, zauważyłam w niej niewątpliwie ludzkie niedoskonałości, pojawiające się z wiekiem zmarszczki, lekko nierówne zęby. Ale i tak była oszałamiająca. Miałam ochotę znów ją zobaczyć. W sercu został mi jak powidok ciepły blask i pomyślałam, że na tym właśnie polega „czar”. Słowo to stanęło mi przed oczami jak żywe, czułam się jak Helen Keller3, kiedy pierwszy raz zrozumiała znaczenie słowa „woda”. Nie przesadzam – to spotkanie wywarło na mnie ogromne wrażenie.

Yūichi wrócił, podzwaniając kluczykami od samochodu.

– Skoro mogła się wyrwać tylko na dziesięć minut, powinna była zamiast tego zadzwonić – powiedział, zdejmując przy drzwiach buty.

– Uhm – odrzekłam, nie ruszając się z kanapy.

– Zatkało cię na widok matki?

– Tak, przecież jest taka piękna – odpowiedziałam szczerze.

– Przecież – powiedział Yūichi ze śmiechem, podchodząc i siadając przede mną na podłodze. – Miała operację plastyczną.

– Tak? – rzuciłam, ukrywając zdziwienie. – To nic dziwnego, że wcale nie jesteście podobni.

– Ale zorientowałaś się? – mówił dalej, jakby na siłę powstrzymując się od śmiechu – że jest mężczyzną?

Tym razem nie mogłam udać obojętności. Zaniemówiłam i wytrzeszczyłam na niego oczy. Czekałam, aż powie, że mnie nabiera. Te szczupłe palce, gesty, sposób noszenia się? Przypomniałam sobie jej piękną twarz i czekałam, wstrzymując oddech, ale on tylko siedział, bardzo rozbawiony.

– Ale przecież – odezwałam się – powiedziałeś... powiedziałeś, że to twoja matka.

– A ty nazwałabyś ją ojcem? – zapytał spokojnie.

Miał rację. Była to bardzo przekonująca odpowiedź.

– Na imię ma Eriko?

– Skądże! Naprawdę ma na imię Yūji.

Miałam kompletną pustkę w głowie. W końcu odzyskałam mowę i zapytałam:

– W takim razie kto cię urodził?

– Dawniej była mężczyzną – odparł. – Kiedy była bardzo młoda. Miała wtedy żonę. Tamta kobieta była moją prawdziwą matką.

– Ciekawe... jaka była? – powiedziałam, nie mogąc sobie tego wyobrazić.

– Nie pamiętam jej. Umarła, kiedy byłem mały. Mam zdjęcie, chcesz zobaczyć?

– Uhm – przytaknęłam, a Yūichi nie wstając z podłogi, przyciągnął swoją torbę, wyjął z portfela zniszczone zdjęcie i podał mi.

Było trudno opisać tę twarz. Krótkie włosy, małe oczy i nos – kobieta w nieokreślonym wieku robiąca dziwne wrażenie... Milczałam.

– Strasznie dziwna, prawda? – zapytał Yūichi.

Uśmiechnęłam się zakłopotana.

– Kiedy Eriko była mała, z jakichś powodów przygarnęła ją rodzina mojej matki, tej ze zdjęcia, i razem się wychowali. Nawet jako mężczyzna była podobno ładna i miała duże powodzenie, ale jakoś bardzo przywiązała się – z uśmiechem spojrzał na zdjęcie – do tej mojej matki o dziwnej twarzy i nie zważając na dług wdzięczności w stosunku do jej rodziny, razem uciekli.

Przytakiwałam ze zrozumieniem.

– Po śmierci tej mojej pierwszej matki Eriko zrezygnowała z pracy. Zastanawiała się, co począć ze sobą i z małym dzieckiem, i wtedy postanowiła zostać kobietą. Podobno uważała, że już w nikim się nie zakocha. Jako mężczyzna była bardzo małomówna. Nie lubi nic robić połowicznie, więc zrobiła sobie operację twarzy i całej reszty, a za pozostałe pieniądze założyła klub gejowski i wychowała mnie. Jako samotna matka, jeśli można tak to określić – roześmiał się.

– Miała... niezwykłe życie – powiedziałam.

– Jeszcze żyje – odrzekł Yūichi.

Nie wiedziałam, czy im ufać, czy jeszcze coś ukrywają. Im więcej się dowiadywałam, tym mniej rozumiałam tę rodzinę.

Ale wierzyłam w kuchnię. Poza tym ci niepodobni do siebie matka z synem mieli jednak pewne wspólne cechy. Kiedy się śmieli, ich twarze lśniły nieomal anielskim blaskiem. Bardzo mi się to podobało.

– Jutro rano mnie nie będzie. Możesz swobodnie korzystać ze wszystkiego.

Senny już bardzo Yūichi przyniósł mi koc, piżamę i inne potrzebne rzeczy, pokazał też, jak działa prysznic i gdzie są ręczniki.

Po wysłuchaniu (niezwykłych) opowieści o jego życiu nie myślałam już o poważnych sprawach. Obejrzeliśmy film na wideo, rozmawialiśmy o kwiaciarni, o mojej babci i zrobiło się bardzo późno – pierwsza w nocy. Kanapa okazała się bardzo wygodna – tak przepastnie miękka i szeroka, że nie chciało się z niej wstawać.

– Czy twoja matka – zapytałam wcześniej Yūichiego – usiadła sobie na tej kanapie w sklepie meblowym, strasznie zapragnęła ją mieć i z miejsca kupiła?

– Trafiłaś w dziesiątkę – odpowiedział. – Żyje, kierując się impulsami. Moim zdaniem to wspaniałe, że może swoje pomysły wprowadzać w życie.

– Tak, masz rację.

– Teraz to będzie twoja kanapa. Twoje łóżko – powiedział. – Naprawdę dobrze, że się do czegoś przyda.

– Czy ja – zapytałam dość cicho – naprawdę mogę tu spać?

– Uhm – odparł krótko.

– Nie wiem... jak wam dziękować.

Kiedy skończył mi wszystko objaśniać, powiedział „Dobranoc” i poszedł do swojego pokoju.

Byłam senna.

Stojąc pod obcym prysznicem, czułam, jak gorąca woda zmywa ze mnie zmęczenie wielu dni, i zastanawiałam się, co ja właściwie robię.

Przebrałam się w pożyczoną piżamę i wróciłam do pogrążonego w ciszy pokoju. Klapiąc bosymi stopami po podłodze, poszłam jeszcze raz zobaczyć kuchnię. To jednak była dobra kuchnia.

Dotarłam do kanapy, która miała być dziś w nocy moim łóżkiem, i zgasiłam światło.

Na parapecie w słabym świetle bezgłośnie oddychały rośliny obramowane wspaniałą nocną panoramą z dziewiątego piętra. Przestało padać. Nocny widok lśnił w przesyconym wilgocią przejrzystym powietrzu.

Owinięta w koc roześmiałam się na myśl, że i dziś śpię przy kuchni. Lecz nie byłam samotna. Może na to czekałam. Może czekałam, pragnąc łóżka, w którym mogłabym na pewien czas zapomnieć o tym, co było i co będzie. Gdyby ktoś był przy mnie, wzmogłoby to tylko poczucie samotności. Jest tu kuchnia, są rośliny, ktoś pod tym samym dachem, jest cisza... Nie mogłoby być lepiej. Tu jest najlepiej.

Zasnęłam uspokojona.

Obudził mnie plusk wody.

Był rażąco jasny poranek. Usiadłam nieprzytomna i zobaczyłam w kuchni Eriko odwróconą plecami. W porównaniu z wczorajszym strojem ubrana była skromnie, lecz gdy odwróciła się ze słowami „Dzień dobry!” – pojawiła się przede mną jej wspaniała twarz i od razu się ocknęłam.

– Dzień dobry – odparłam i wstałam.

Otworzyła lodówkę i zajrzała do niej zmartwiona. Popatrzyła na mnie i powiedziała:

– Zwykle śpię o tej porze, lecz dzisiaj jakoś poczułam głód... Ale w domu nic nie ma. Zamówię coś. Na co masz ochotę?

Podeszłam do niej.

– Może ja coś przygotuję? – zaproponowałam.

– Naprawdę? Jesteś taka zaspana, że może nie powinnaś brać do ręki noża – powiedziała zaniepokojona.

– Nic mi nie będzie.

Pokój wypełniony był słońcem jak oszklona weranda. Oślepiało, unosząc się na rozciągającym się w nieskończoność landrynkowo niebieskim niebie.

Oczy zabłysły mi z radości na myśl, że będę gotować w kuchni, która tak mi się spodobała, gdy nagle przypomniałam sobie, że Eriko jest mężczyzną.

Mimowolnie na nią spojrzałam. Doznałam déjà vu gwałtownego jak uderzenie pioruna.

Blask. W powodzi rannego blasku pachniały drzewa. Rozczuliłam się, patrząc, jak Eriko kładzie poduszkę na zakurzonej podłodze w pokoju, wyciąga się na niej i zaczyna oglądać telewizję.

Z radością zjadła kleik ryżowy z jajkiem i sałatkę z ogórków, które przygotowałam. Było południe, wiosenna pogoda, z dołu dobiegały głosy dzieci bawiących się na podwórku przed budynkiem.

Spowite miękkim światłem rośliny na parapecie lśniły świeżą zielenią, po dalekim bladym niebie powoli płynęły przezroczyste chmury.

Było leniwe, ciepłe południe.

Przedziwna wydawała mi się ta scena: oto jem teraz późne śniadanie z kimś zupełnie obcym. Jeszcze wczoraj rano nie potrafiłabym sobie tego nawet wyobrazić.

Ponieważ nie było stołu, jadłyśmy, ustawiwszy wszystko na podłodze. Słońce prześwietlało szklanki, zielony cień zimnej japońskiej herbaty ładnie drżał na podłodze.

– Wiesz – odezwała się nagle Eriko, przyglądając mi się uważnie. – Yūichi już dawno powiedział, że przypominasz mu naszą Miśkę, i to prawda, jesteś do niej podobna.

– Do Miśki?

– Mieliśmy suczkę o takim imieniu.

– Aha.

Podobna do suczki.

– Twoje oczy, włosy... Kiedy wczoraj cię po raz pierwszy zobaczyłam, z trudem powstrzymałam się od śmiechu. Naprawdę.

– Ach tak?

Wolałabym, żeby to nie był bernardyn. Pewnie nie bernardyn.

– Kiedy Miśka zdechła, Yūichi nie mógł nic przełknąć. Dlatego nie uważa cię za kogoś obcego. Nie mogę co prawda zagwarantować, że to miłość – zachichotała.

– Jestem bardzo wdzięczna – powiedziałam.

– Podobno twoja babcia była mu bardzo życzliwa.

– Tak, babcia bardzo lubiła Yūichiego.

– Nie mogłam się cały czas zajmować jego wychowaniem, więc wiele rzeczy zaniedbałam.

– Zaniedbała pani? – roześmiałam się.

– Tak – odparła z matczynym uśmiechem. – Jego uczucia są strasznie poplątane, jest dziwnie chłodny w stosunkach z ludźmi, pod wieloma względami nie jest taki, jak powinien być... ale chciałam, żeby był dobry, i tylko w to włożyłam dużo wysiłku. Jest bardzo dobrym dzieckiem.

– Tak, wiem.

– Ty też jesteś dobrym dzieckiem.

Ona, będąca jednocześnie nim, uśmiechnęła się. Był to nieśmiały uśmiech przypominający nowojorskich gejów, których widywałam w telewizji. Ale była zbyt silna na to, żeby ją do nich porównywać. Miała zbyt dużo czaru, który przywiódł ją aż tutaj. Pomyślałam, że pewnie ani zmarła żona, ani syn, ani sama Eriko nie mogli okiełznać tego czaru. Przepełniała ją cicha samotność, która towarzyszy takim osobom.

Chrupiąc ogórki, powiedziała:

– Ludzie często mówią takie rzeczy, choć naprawdę myślą co innego, ale ty naprawdę możesz tu zostać tak długo, jak zechcesz. Wierzę, że jesteś dobrym dzieckiem, i cieszę się z całego serca. Ciężko jest nie mieć się gdzie podziać, kiedy człowiek cierpi. Więc o nic się nie martw i mieszkaj tu sobie, dobrze?

Powiedziała to z naciskiem, zaglądając mi w oczy.

– Będę... płaciła czynsz – zapewniłam ją wzruszona. – Proszę mi pozwolić tu zostać, aż znajdę nowe mieszkanie.

– Dobrze, nie krępuj się. Za to zrób mi czasem kleik. Jest dużo lepszy niż Yūichiego – odparła ze śmiechem.

Strasznie niepewnie czuje się człowiek, kiedy mieszka ze starszą osobą. Im ta osoba jest zdrowsza, tym gorzej. Przyjemnie spędzając z babcią czas, na pozór wcale nie zastanawiałam się nad takimi rzeczami, lecz kiedy wracam do tego myślami, zdaje mi się, że jednak nie całkiem tak było.

Zawsze i wszędzie bałam się, że babcia może umrzeć.

Kiedy wracałam do domu, babcia wychodziła z wyłożonego matami pokoju z telewizorem i mówiła „Witaj w domu”. Wracając późno, zawsze kupowałam po drodze ciastka. Babcia była bardzo wyrozumiała i nie gniewała się, kiedy nie wracałam na noc, jeżeli tylko ją uprzedziłam. Spędzałyśmy razem trochę czasu przed snem. Jadłyśmy przy telewizji ciastka, popijając czasem kawą, a czasami zieloną herbatą.

W pokoju babci, który nie zmienił się od czasów mojego dzieciństwa, gawędziłyśmy na różne tematy, na przykład plotkowałyśmy o celebrytach albo opowiadałyśmy sobie, co się tego dnia zdarzyło. Zdaje mi się, że była też wtedy mowa o Yūichim.

Bywałam zakochana jak szalona albo pijana na wesoło po wielu kieliszkach, lecz zawsze w głębi serca zależało mi tylko na jednej osobie, stanowiącej całą moją rodzinę.

Choć nikt mi o tym nie powiedział, bardzo wcześnie wyczułam istnienie swoistej, czającej się w kącie i napierającej powoli przerażającej ciszy oraz pewnego rodzaju przestrzeni, której nie da się niczym wypełnić, gdy dziecko mieszka ze starszą osobą.

Myślę, że tak samo było z Yūichim.

Ile mógł mieć lat, gdy zrozumiał, że na tej ciemnej, bezludnej górskiej drodze będzie musiał sam sobie poświecić? Był zawsze samotny, choć wychowywał się otoczony miłością.

Kiedyś każdy rozproszy się i zniknie w ciemności czasu. Idzie się przed siebie, a nasze spojrzenie mówi, że poznaliśmy już tę prawdę. Może to naturalne, że Yūichi się mną zainteresował.

I tak oto zaczęłam wieść życie darmozjada.

Pozwoliłam sobie na lenistwo do maja i dzięki temu codziennie czułam się jak w raju.

Pracowałam dorywczo, a poza tym prowadziłam życie gospodyni domowej: sprzątałam, oglądałam telewizję i piekłam ciasta.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

1 Jeden z bohaterów Fistaszków, słynnego komiksu, z którego pochodzi także Snoopy. Linus często ma przy sobie ukochany kocyk (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). ↩

2 Słowniczek pojęć z kultury japońskiej znajduje się na s. 147. ↩

3 Pisarka amerykańska (1880–1968). Jako małe dziecko straciła wzrok i słuch, lecz przy pomocy oddanej nauczycielki nauczyła się języka migowego i alfabetu Braille’a, skończyła studia i zrobiła doktorat. Autorka wielu książek, wśród nich jednej o swoich przeżyciach, zatytułowanej Historia mojego życia, którą przetłumaczono na pięćdziesiąt języków. ↩