Uzyskaj dostęp do tej i ponad 360000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Jedna z najważniejszych palestyńskich powieści ostatnich lat, nominowana do Międzynarodowej Nagrody Bookera.
Alaa jest prześladowany wspomnieniami swojej babci, która po Nakbie została przesiedlona na drugi koniec Jafy i stała się uchodźczynią we własnej ojczyźnie. Ariel, jego sąsiad i przyjaciel, to liberalny syjonista, krytyczny wobec okupacji wojskowej Zachodniego Brzegu i Strefy Gazy, ale wierny projektowi Izraela. Kiedy pewnego ranka ten ostatni budzi się i odkrywa, że wszyscy Palestyńczycy nagle zniknęli, zaczyna szukać wyjaśnienia tej zagadki. Historie obu bohaterów zaś pozwalają nam bliżej poznać zwyczajne życie mieszkańców Jaffy i Tel Awiwu.
Oszczędna, sugestywna, niezwykle inteligentna w grze perspektyw powieść Ibtisam Azem daje czytelnikom wyjątkowe spojrzenie na współczesną Palestynę, zmagającą się zarówno z pamięcią o stracie, jak i utratą pamięci.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 232
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ibtisam Azem
Księga zniknięcia
Przełożyła
Hanna JankowskaArtRageWarszawa 2026
Babci Rasmijji,Sidu Muhammadowi, Ichlas, Abli i Salimowi,mieszkańcom Jafy
Matka wybiegła z domu w butach nie do pary. Kędzierzawe włosy związała do tyłu czarną wstążką, przez co strach malujący się na jej twarzy jeszcze bardziej się uwidocznił, a niebieskie oczy wydawały się większe. Skraj białej bluzki wysunął się w nieładzie zza paska szarej spódnicy. Wyszedłem za nią. Gdy z błędnym wzrokiem przemierzała ulice Al-Adżami w poszukiwaniu babci, sprawiała wrażenie szalonej. Szła szybko, jakby ścigała samą siebie. Odwróciła się na odgłos moich kroków. Gestem ręki cienkiej jak kij od miotły kazała mi zawrócić do domu.
– Zostań tam, może sama przyjdzie.
– W domu jest ojciec.
– To idź do niej, a potem na Plac pod Zegarem. Zobacz, czy jej tam nie ma.
Matka chodziła od domu do domu, spięta jak zagubiona mrówka. Bałem się, że uszkodzi sobie rękę, którą waliła do kolejnych drzwi, jakby pięść była młotkiem, a nie częścią ciała. Kiedy jej otwierano, nie witała się, pytała od razu, czy widzieli babcię. A kiedy nikt nie reagował na jej pukanie, brała głęboki oddech, zanosiła się szlochem i ocierając łzy rękawem, szła do następnego domu.
Podążałem za nią jak dziecko. Zapomniałem już, jak szybko potrafi chodzić. Ja, mężczyzna po trzydziestce, któremu z dzieciństwa pozostały tylko bardzo odległe, niemal zatarte wspomnienia. Bałem się, że matka coś sobie zrobi. Nigdy wcześniej nie widziałem jej aż tak owładniętej strachem. Od czasu do czasu oglądała się na mnie, jakby zdumiewało ją, że za nią idę. Nie wiem, dlaczego nie szedłem obok niej, tylko pozostawałem kilka kroków z tyłu. Czułem własną słabość, nie miałem siły na tę kobietę, moją matkę. Prosiłem, żeby wróciła do domu, że sam poszukam babci w kolejnych miejscach w Al-Adżami. Znów machnęła na mnie ręką, jakby przeganiała natrętną muchę, z którą nie chce mieć do czynienia. Szła dalej od domu do domu, ale te ją odpychały.
Do mieszkania rodziców dotarłem mniej więcej przed godziną, akurat kiedy w Jafie, w naszej dzielnicy Al-Adżami, zachodziło słońce. Przyjeżdżam tu dwa razy w tygodniu, zwykle dwie godziny przed zachodem słońca, i zostaję, aż wszystkich ogarnie senność, po czym wracam do siebie, do Tel Awiwu. Babcia zamieszkała z rodzicami pół roku temu. Matka na to nalegała, odkąd znalazła ją nieprzytomną w łazience. O mało nie złamała sobie wtedy nogi. Dom babci w Al-Adżami przy ulicy Al-Count dzieliło od ich domu najwyżej dziesięć minut spaceru. „Al-Count” to stara nazwa, babcia z uporem nadal jej używała. Ja adresowałem listy na „Sza’are Nakanor”. Ale co ja mówię? Nie chodzi o to, że babcia się upierała przy starej nazwie. Tak nazywała się ta ulica. Kiedy byłem mały, wydawało mi się to dziwne, ale dowiedziałem się od babci, że było to nawiązanie do tytułu, jakim Watykan uhonorował Talmasa, Palestyńczyka, który ufundował budowę kościoła maronickiego w Jafie, a mieszkał przy tej ulicy. Odkąd babcia przeniosła się do rodziców, codziennie rano szła do swojego domu, żeby podlać kwiaty. Matka ją odprowadzała, a później, po południu, ona albo ojciec przychodzili po nią, żeby przed zachodem słońca zabrać ją do siebie. Tamtego dnia rano oznajmiła, że jest trochę zmęczona i nie pójdzie do swojego domu. Zrobiła to jednak jakąś godzinę po wyjściu matki, tak przynajmniej powiedział mi ojciec, kiedy się u nich zjawiłem, i zdziwiło mnie, że wyszła sama. Ale nie przestraszyłem się tak jak matka, gdy wróciła po wizycie u przyjaciółki i po zakupach.
Dzień rozsypał mi przed oczami minuty, które pozostały do jego końca. Zmęczyło mnie podążanie za matką. Zostawiłem ją i pospieszyłem na Plac pod Zegarem. Teta lubiła tam przychodzić. (Nazywaliśmy ją teta, babunia, nie lubiła bardziej formalnego słowa sitti, babka). Szybko jednak zawróciłem. Tam jej nie będzie. Nie miałaby przecież gdzie usiąść, by popatrzeć na miasto. Uznałem, że pewnie poszła nad morze, w kierunku starej dzielnicy. Nie wiem, czemu kochała tę okolicę. Było tam wzgórze, na którym przesiadywała. Żeby szybko dotrzeć w to miejsce, musiałem się zapuścić w dzielnicę artystów na starym mieście, której nie znosiłem.
Czy ją znajdę? Czy Teta tam będzie? Serce mi się ściskało, kiedy zadawałem sobie to pytanie. Idąc wąskimi zaułkami między domkami dla lalek, jak określam tamtejsze galerie artystów, słyszałem własny urywany oddech. Od szybkiego wspinania się na schody starych uliczek rozbolało mnie w piersi, jakby płuca zwęziły się na ich podobieństwo. Kiedy w dzieciństwie chodziłem tymi ulicami, widziałem swój cień przesuwający się obok innych cieni. Czasami się ode mnie odrywał, jakby stawał się cudzy. Wydawało mi się wtedy, że oszalałem. Całymi latami utrzymywałem to w tajemnicy. Pewnego razu poprosiłem babcię, żebyśmy poszli inną drogą, nie przez uliczki starego miasta. Roześmiała się, pocałowała mnie w czubek głowy, wzięła za rękę i powiedziała czułym głosem: „Nie bój się, kochanie. Wszyscy mieszkańcy Jafy, którzy tu pozostali, wciąż widzą koło siebie cienie, kiedy przechodzą przez stare miasto. Nawet Żydzi powiadają, że słyszą nocą głosy, ale kiedy wyglądają, żeby zobaczyć, kto woła, nie ma tam nikogo”.
To wyjaśnienie nie rozproszyło wtedy mojego strachu, przeciwnie, nie opuszczał mnie, dopóki nie dorosłem.
Doszedłem do rozległego placu nad morzem, którego część przesłaniały Kościół Mar Butrusa[1] i Meczet Al-Bahr. Kiedy wychodzę nad morze, wyrwawszy się z paszczy staromiejskich uliczek, zawsze potrafi mnie ono zaskoczyć. Poczułem suchy wiatr muskający moje spękane usta, jakbym znajdował się na pustyni. Spojrzałem ku północnej części Jafy. Moje oczy poraziło światło odbijające się od szkła budowli tego drugiego miasta – białego, szklanego.
Skierowałem się na porośnięty rzadką roślinnością pagórek koło Kościoła Mar Butrusa. Nie wiem, dlaczego przyszło mi na myśl, że kościół jest równie zmęczony jak ja. Wolałem jego drugą nazwę, Kościół Cytadeli, bo wyobrażałem sobie, że nadaje mu ona siłę.
Tam ją znalazłem!
Siedziała na drewnianej ławce, patrząc na morze. W sercu zatańczyła mi radość.
– Teta! Teeeta! – zawołałem na cały głos.
Podbiegłem do niej, spojrzałem na smagłą twarz zwróconą ku morzu. Kosmyk czarnych włosów wymknął się spod chusty i zdawał się tańczyć razem z wiatrem. Na ustach babci błąkał się lekki uśmiech. Usiadłem koło niej, wziąłem ją za rękę. „Napędziłaś nam strachu”, powiedziałem. Lecz palce były jak z drewna, suche, choć ciało jeszcze nie ostygło. Tak przynajmniej czułem. Gdy potrząsnąłem ją za ramię, trochę się przechyliła. Drżącą ręką znów je ścisnąłem. Czyżby zemdlała? Przyłożyłem ucho do jej piersi, żeby sprawdzić, czy oddycha. Poczułem, że się duszę, jakby uwięziono we mnie całe miasto. Wyjąłem komórkę, żeby zadzwonić na pogotowie. Słowa z trudem wydobywały się z wyschniętego gardła. Tyle wody naokoło, a gardło miałem suche.
Siedziała na starej drewnianej ławce, utkwiwszy w morzu spojrzenie, które teraz wydało mi się puste. Otaczały ją głosy dzieci bawiących się w pobliżu. Zawsze powtarzała, że dzieci to rajskie ptaszyny, a matka odpowiadała na to, niech nas Bóg od nich uchowa, więcej robią zamieszania, niż przynoszą radości. W raju też będzie taki hałas? Nikt z przechodniów nie zauważył, że nie żyje. Umarła tak, jak pragnęła: nad morzem albo we własnym łóżku. Nie chciała się zestarzeć i być zależną od innych, często powtarzała, Boże, spraw, żebym nie potrzebowała niczyjej pomocy, zabierz mnie do siebie, kiedy będę jeszcze w pełni zdrowia. Przysunąłem się i ją objąłem. A może się do niej przytuliłem. Wiedziałem, że to ostatnia chwila, w której jesteśmy sam na sam, zanim przyjedzie karetka. Czułem zapach jaśminowego mydła, którego używała, jej ulubiony, otaczała się nim, po całym domu były porozstawiane flakoniki z olejkiem jaśminowym. Nie płakałem, może dlatego, że jeszcze do mnie nie dotarło to, co się stało. A może nie chciałem uwierzyć, że umarła. To słowo nie miało dla mnie w tamtej chwili żadnego sensu poza osobliwym uczuciem osunięcia się w pustkę. Zadzwoniłem do ojca. Był w domu, powiedział, że matka właśnie wróciła i jest na granicy obłędu. Ustaliliśmy, że oboje przyjadą do szpitala, gdzie ja dotrę przed nimi.
Przed wyjściem babcia wykąpała się, jakby wybierała się na własny pogrzeb.
[1] Kościół Mar Butrusa – arabska nazwa Kościoła Świętego Piotra (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
Żyłam samotnie, powtarzała, choć w jej domu, jak pamiętam, nigdy nie brakowało gości. Ale pamięć to tylko gęsta mgła, która z biegiem lat rozściela się albo rzednie. Nie rozumiałem, dlaczego babcia tak często mówiła o sobie w czasie przeszłym, nawet kiedy się śmiała, a lubiła śmiech i kochała życie. Nawet wtedy powiadała: „Bardzo lubiłam się śmiać, oj, jak bardzo”.
Teta umarła!
Dreszcz mnie przechodzi za każdym razem, kiedy powtarzam to na głos: Teta umarła. Ulgę przynosiła świadomość, że nie stała się dla nikogo ciężarem. Ale umarła.
Umarła.
Przed wyjściem z domu wykąpała się.
Jakby wybierała się na własny pogrzeb!
Usiadła na drewnianej ławce naprzeciwko morza. Miała na sobie ciemnoliliową plisowaną spódnicę, bluzkę w tym samym kolorze i czarny szyfonowy żakiet. Nie wzięła ze sobą tym razem swojej czarnej lakierowanej torebki. A może ktoś ją ukradł? Jak się tutaj znalazła? Włosy przykryła półprzezroczystą czarną chustą. Nie dała im posiwieć. Nawet po osiemdziesiątce farbowała je na czarno, a paznokcie malowała na różne kolory, dopasowane do barwy ubrania. „Nikt na świecie nie kocha życia tak jak my, ludzie znad morza, z Al-Manszijji” – powtarzała i szydziła z tych, co nie dbają o swój wygląd. Jakby mieszkańcy miast albo ludzie z Jafy mieli monopol na elegancję.
Wolała umrzeć w Jafie, niż ją opuścić. Często przesiadywała nad morzem, przeważnie na plaży Szatt al-Arab, w pobliżu Al-Adżami. Upodobała też sobie inne miejsce, to, gdzie ją znalazłem – ławkę na wzgórku. Nie dowiedziałem się, dlaczego. Umarła, patrząc na morze. Zawsze kiedy wypowiadała nazwę Jafy, brała głęboki oddech, jakby miasto ją niespodziewanie zdradziło i zraniło jej serce. W tamtej chwili, kiedy jej martwe oczy patrzyły na morze, pomyślałem, że nie zdążyłem jej zadać tak wielu pytań. Śmierć i czas mnie wyprzedziły. „Ile razy można powtarzać to samo – mówiła, uśmiechając się, kiedy ją prosiłem, żeby znów opowiedziała którąś historię z przeszłości – na Boga, czasami mam dość samej siebie”.
Tęsknota za nią jest jak ciernista róża.
Zauważyłem, że w prawej dłoni coś trzyma. Rozgiąwszy jej palce, zobaczyłem, że to naszyjnik z pereł. Kiedyś dawno temu się rozerwał, ale nie chciała go naprawiać. Owinięty w watę spoczął w drewnianej szkatułce. Czasami go wyjmowała. Zapytałem o niego matkę, ale nie umiała mi nic powiedzieć na jego temat. Nie wiedziała nawet, czy perły są prawdziwe. Nie wiem dlaczego, ale odniosłem wrażenie, że nie mówi prawdy.
Na prawym policzku babcia miała czarny pieprzyk przypominający oczko drogiego pierścionka. Kiedy byłem mały, gładziłem go i całowałem. Matka ma takie samo znamię, ale na lewym policzku. Spojrzałem na jej twarz. Wciąż błąkał się po niej lekki uśmiech, widziałem jej zęby. „Nie mam sztucznej szczęki – mawiała. – Nikt nie wierzy, że w tym wieku, po osiemdziesiątce, zachowałam własne zęby. Stopy mnie bolą od pedału maszyny do szycia, ale zęby mam jak perły, nie potrzebuję sztucznych”. Dlaczego postanowiła umrzeć w samotności, tu nad morzem? Czy zawsze czuła się wśród nas samotna? Coś takiego jest z ocalałymi, że czują się samotni.
„Chodzę po mieście, a ono mnie nie poznaje” – powiedziała kiedyś ze smutkiem.
„Jakże miałoby cię poznać, Teto? Jesteś Aleksandrem Macedońskim, czy co? Poza tym miasto nie jest żywą istotą, to nie człowiek”.
„Co to za gadanie? Kto ci powiedział, że miasto nie poznaje swoich mieszkańców? Wy, młodzi, nic nie rozumiecie. Miasto umiera, jeśli ich nie poznaje. Tylko morze się nie zmieniło, ale, prawdę mówiąc, zatraciło smak. Mnóstwo bezużytecznej wody”.
Roześmiałem się, słysząc te jej słowa, lecz ona zaraz przestała robić morzu zarzuty, jakby tylko ono jedno pozostało wierne, nie zmieniło się i nie zniknęło. Wciąż ubolewała, że ulice są puste. Pełno na nich ludzi, ale są puste. „Oni wszyscy opuścili swoje kraje, przyjechali do nas, ale po co? Robią tłok, tyle ich jest, ale szacunku nie wzbudzają. Nie lubię iść rano ulicą, na której nie spotykam nikogo znajomego. Ile nas zostało, tych, co mówią sobie dzień dobry? Zajdźmy do apteki, żeby się przywitać z magistrem Abu Jusufem”.
Chodziłem z nią do apteki Al-Kamal. Już od progu zaczynała skarżyć się Abu Jusufowi na ból w kolanach. Zwracałem jej uwagę, że on nie jest lekarzem, ale farmaceuta mówił, żebym jej pozwolił zadawać pytania. Przy każdym spotkaniu z kimś z dawnych mieszkańców, którzy zostali w Jafie, zachowywała się jak dziewczynka. Rozmawiali o „tamtym roku”, o tym, co było przed nim i po nim. Będąc nastolatkiem, śmiałem się z nazwy apteki i z jej zielonej boazerii. Teraz ją polubiłem. Tylko tam realizuję recepty. Widzę Tetę, jak stojąc albo siedząc, wdaje się w długie rozmowy z magistrem. Zawsze gadają o ludziach z Jafy. Kiedy byłem mały, męczyło mnie to ich niekończące się wyliczanie nazwisk.
„Powiedział mi, że trzeba wyjechać. Wszystko już zorganizowałem, mówił, wyjedziemy do Bejrutu, zanim nas pozabijają. Wrócimy, jak sytuacja się uspokoi. Byłam w szóstym miesiącu ciąży. Co zrobimy, jeśli w drodze coś mi się stanie? A poza tym jak można opuścić Jafę? Co będę robić w Bejrucie? Tam nic nie ma, nie lubię tego miasta. Czy ktoś, kto mieszka w Jafie, będzie myślał o wyjeździe do Bejrutu? Nie wiem, co ludzie w nim widzą. Nie ma tam nic godnego uwagi”.
Przytaczała tę swoją odpowiedź, ilekroć wspomniało się o dziadku. Zależnie od nastroju zmieniała jej treść. Raz Bejrut był miastem pięknym, ale obcym i dlatego nie chciała tam jechać. Innym razem był prawdziwym piekłem.
„Nie bałaś się?”
„A kto mówi, że nie? Tydzień przed wyjazdem twojego dziadka i moich bliskich myślałam, że poronię. Ciągle strzelali nam nad głowami. Celowali do nas, jak tylko wychyliliśmy się z domów. Byliśmy jak te szczury, których życie się nie liczy. Wiesz, dlaczego w całym mieście prawie nikt nie został? Wiesz, dlaczego wyjechał mój brat Rubin, siostra Sumajja i wszyscy stryjowie? Kto tak wyjeżdża bez powodu? Dość tego, nie sprawiaj mi już bólu”.
Odczekałem dwa dni, zanim zapytałem ją o dom. Gdzie się znajduje? Powiedziała, że w Al-Manszijji. Budynek, w którym mieszkała jej rodzina, został wysadzony w powietrze i zawalił się, grzebiąc ludzi. Miała szczęście, że tamtej nocy coś ją bardzo rozbolało, krewni zebrali się u niej i zostali do rana. A kiedy na drugi dzień wrócili do siebie, nie zastali już sąsiadów. Wszyscy zginęli pod gruzami. Dom umarł, a ludzie razem z nim. Jej rodzina uratowała się przypadkiem. Mąż, czyli mój dziadek, postanowił, że razem z krewnymi wyjadą do Bejrutu i tam przeczekają. Teta nie chciała opuścić Jafy. Dziadek wyjechał, przekonany, że za jakiś czas do niego dojedzie. Jej matka, brat i siostra też wyjechali. Został przy niej ojciec. Miał nadzieję, że dołączy do reszty członków rodziny albo że wszyscy wrócą. Ani im nie udało się wrócić, ani babcia nie zdecydowała się na podróż. Była uparta jak jej ojciec. Dziadek czekał na nią dziesięć lat, ale ona powtarzała tylko: „Nie wyjechałam. Zostałam w swoim domu. To on wyjechał”.
I tak moja matka wychowała się bez ojca. Nigdy go nie poznała. Dziadek rozwiódł się z babcią i ożenił z inną kobietą. Wysłał do Tety dziesiątki listów, doręczanych za pośrednictwem Czerwonego Krzyża. Aż w ostatnim napisał, że czeka na nią do końca roku, a jeśli nie przyjedzie, da jej rozwód, żeby była wolna. I tak się stało, przynajmniej na papierze. Zapytałem ją kiedyś, czy to on podarował jej naszyjnik z pereł. Roześmiała się, ale odpowiedzi się nie doczekałem. Na moje pytanie, kiedy naszyjnik się zerwał, odpowiedziała mi, nie odpowiadając: „Ludzie wyjechali, kraj pozostał, nasze dusze się rozsypały, a ty pytasz o naszyjnik? Wymęczyłeś mnie dzisiaj. Dość tych pytań”.
Szkoda, że nie zadałem ich więcej. Szkoda, że tamtego wieczoru nie zostałem z nią dłużej.
***
Ala’a odłożył wieczne pióro na niski drewniany stolik, którego nogi do jednej trzeciej wysokości pogrążone były w nadmorskim piasku. Rozbolały go plecy, odchylił się na oparcie pomarańczowego krzesełka. Spojrzał na błękitne morze. Spojrzał w lewo. Z miejsca, gdzie siedział na plaży, widział światła Kościoła Mar Butrusa i Meczetu Al-Bahr. Przeczytał jeszcze raz swoje notatki. Na widok własnego niechlujnego pisma przypomniał sobie, co zawsze powtarzała Teta: „Bazgrzesz jak kura pazurem. Dlaczego? Gdybyś zobaczył, jaki piękny charakter pisma miał mój ojciec. Jak kaligraf”.
Ala’a zaczął zapisywać swoje wspomnienia w czerwonym zeszycie. Gdy mijał kiedyś sklep z papeterią przy ulicy Allenby’ego, wpadł mu w oko ten kolor. Kupił zeszyt i w drodze do kawiarni Tsfoni na plaży w Białym Mieście podjął decyzję, że spisze wszystko, co pamięta.
Poczuł, że jest bardzo zmęczony. Przymknął oczy i wsłuchał się w szum morza. Lecz donośna muzyka reggae dobiegająca z wielkich głośników ustawionych na plaży i gadanina kawiarnianych gości zagłuszały odgłos fal. Na próżno próbował się na nim skupić.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Rahla składany, często bogato zdobiony pulpit pod najbardziej wartościowe księgi, ale też seria, w ramach której pragniemy przedstawić czytelnikom literaturę piękną tłumaczoną z języków Azji Zachodniej i Centralnej oraz Afryki Północnej: wartościową, autentyczną, nieorientalizującą.
W serii Rahla do tej pory ukazały się następujące pozycje:
Jokha Alharthi Ciała niebieskie w tłumaczeniu Hanny Jankowskiej
Kamel Daoud Huryska w tłumaczeniu Oskara Hedemanna
Mahmud Doulatabadi Idąc na rzeź w tłumaczeniu Mateusza M. Kłagisza
Tytuł oryginału: سفر الاختفاء (Sifr al-ichtifa)
Redaktor inicjujący: Krzysztof Cieślik
Redaktor prowadzący: Michał Michalski
Redaktorka serii: Karolina Cieślik-Jakubiak
Koordynacja produkcji: Szczepan Kulpa
Opieka promocyjna: Paula Czubaj, Agata Krajewska
Projekt okładki: Adam Walas i Sabina Twardowska
Projekt serii: Mimi Wasilewska
Redakcja: Agnieszka Rzonca
Korekta: Aleksandra Tarnowska, Hanna Trubicka
© 2014 Ibtisam Azem
© Copyright for the Polish edition by ArtRage, 2026
Published by arrangement of And Other Stories Publishing CIC and Book/Lab Literary Agency, Poland
© Copyright for the Polish translation by Hanna Jankowska, 2026
Wydawnictwo ArtRage
wydawnictwo.artrage.pl
Wydanie pierwsze, Warszawa 2026
ISBN 978-83-68295-98-6
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
