Księga złudzeń - Paul Auster - ebook

Księga złudzeń ebook

Paul Auster

0,0

Opis

 

 

W warstwie formalnej Księga złudzeń to powieść-film, dzieło pisarskie będące próbą wykroczenia poza ramy literatury, artystyczny paradoks polegający na tkaniu kina niemego ze słów. 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Tczewie
Miejska Biblioteka w Mszanie Dolnej

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 416

Rok wydania: 2004

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



PAUL AUSTER

KSIĘGA ZŁUDZEŃ

Przełożył

Robert Sudói

NOIR SUR BLANC 

Projekt okładki: Tomasz Lec

Tytuł oryginału: The Book of Illusions

Copyright © 2002 by Paul Auster

All rights reserved

For the Polish edition

Copyright © 2004, Noir sur Blanc, Warszawa

All rights reserved

For the Polish translation

Copyright © 2004 by Robert Sudół

ISBN 83-7392-053-6

Printed in Poland

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o., 2004

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

Skład i łamanie: Zdzisław Popławski

Człowiek nie ma jednego i tego samego życia. Ma wiele żywotów, ułożonych kolejno, i to jest przyczyną jego niedoli.

Chateaubriand

Rozdział 1

Wszyscy myśleli, że nie żyje. Gdy w 1988 roku ukazała się moja książka o jego twórczości, nie słyszano o nim od blisko sześćdziesięciu lat. Poza garstką historyków i wielbicieli starych filmów niewielu ludzi wiedziało, że Hector Mann w ogóle istniał. Ostatnia z dwunastu komedii, które nakręcił pod koniec epoki kina niemego – Dublet, albo figa z makiem – weszła na ekrany 23 listopada 1928 roku. Dwa miesiące później, nie pożegnawszy się z przyjaciółmi ani współpracownikami, nie zostawiwszy żadnego listu, nie poinformowawszy nikogo o swoich planach, Mann wyszedł z domu, który wynajmował przy North Orange Drive, i słuch o nim zaginął. Jego niebieski desoto stał w garażu, umowa najmu obowiązywała przez kolejne trzy miesiące i wszystkie należności opłacono z góry. W kuchni było jedzenie, w barku whisky, w szufladach nie brakowało ani jednej części garderoby. Zdaniem „Los Angeles Herald Express” z 18 stycznia 1929 roku „wyglądało to tak, jakby Hector Mann wybrał się na krótki spacer i miał niebawem wrócić”. Lecz nie wrócił. Przepadł jak kamień w wodę.

Przez kilka lat krążyły różne historyjki i pogłoski o jego zniknięciu, ale nic z nich nie wynikło. Najbardziej prawdopodobnych hipotez – że popełnił samobójstwo albo został zamordowany – nie udało się ani potwierdzić, ani obalić, ponieważ nie odnaleziono ciała. Niektórzy wykazali więcej pomysłowości i optymizmu, usiłowali bowiem nadać romantyczny wydźwięk temu tajemniczemu zdarzeniu. Według jednych Hector wrócił do swojej argentyńskiej ojczyzny i kierował małym prowincjonalnym cyrkiem. Według innych wstąpił do partii komunistycznej i działał pod przybranym nazwiskiem, organizując komórki robotnicze pośród mleczarzy w Utica w stanie Nowy Jork. Jeszcze inni mówili, że jeździ po kraju pociągami towarowymi jako jeden z wielu włóczęgów w czasach Wielkiego Kryzysu. Gdyby Hector był gwiazdorem, z pewnością nadal snuto by różne przypuszczenia. Żyłby w wymyślanych historiach, przeobrażając się stopniowo w jedną z postaci, które zaludniają zakamarki pamięci zbiorowej, w symbol młodości i nadziei oraz diabelskich psikusów fortuny. Lecz tak się nie stało, bo ledwo zdążył zaznaczyć swoją obecność w Hollywood, jego kariera dobiegła końca. Pojawił się za późno, by w pełni wykorzystać swój talent, i grał zbyt krótko, by pozostawić po sobie trwałe wrażenie. Minęło kolejnych kilka lat i ludzie o nim zapomnieli. W roku 1932 lub 1933 Hector Mann należał już do wymarłego świata, a jeśli został po nim jakikolwiek ślad, to tylko w formie przypisu w nieznanej książce, której nikt nie miał ochoty przeczytać. W kinie zaczęto posługiwać się dźwiękiem, skoczne nieme wybryki odeszły w przeszłość. Koniec z błaznami, koniec z przesadną gestykulacją i mimiką, koniec ze ślicznymi podfruwajkami pląsającymi do muzyki granej przez bezgłośną orkiestrę. Filmy tego rodzaju, kręcone jeszcze kilka lat wcześniej, sprawiały teraz wrażenie bytów prehistorycznych, stworów, które grasowały po świecie, kiedy ludzie żyli w jaskiniach.

W swojej książce nie rozpisywałem się o jego prywatnym życiu. Niemy świat Hectora Manna był studium o filmach, nie zaś biografią, a kilka zamieszczonych przeze mnie informacji dotyczących poczynań pozazawodowych mojego bohatera zaczerpnąłem bezpośrednio ze standardowych źródeł: leksykonów filmowych, pamiętników, opowieści o wczesnym Hollywood. Książkę napisałem dlatego, że chciałem dać wyraz swojemu uwielbieniu dla kunsztu Hectora. Historia jego życia miała dla mnie drugorzędne znaczenie i zamiast spekulować na temat jego dalszych losów, wolałem się skupić na analizowaniu filmów. Hector Mann urodził się w 1900 roku, a na ekranie zadebiutował w roku 1929, czy mogłem więc przypuszczać, że wciąż żyje? Zmarli nie wypełzają z grobów, a moim zdaniem tylko zmarły mógł tak długo pozostawać w ukryciu.

W marcu minęło jedenaście lat od wydania książki przez oficynę Uniwersytetu Pensylwanii. Trzy miesiące po jej opublikowaniu, akurat gdy w kwartalnikach filmowych i periodykach akademickich zaczęły ukazywać się pierwsze recenzje, w skrzynce na listy znalazłem pewną przesyłkę. Koperta wydawała się większa i bardziej kwadratowa niż te, które na ogół sprzedaje się w sklepach, a ponieważ wykonano ją z eleganckiego grubego papieru, w pierwszym odruchu pomyślałem, że zawiera zaproszenie na ślub albo anons o narodzinach dziecka. Moje nazwisko i adres skreślono starannym, zamaszystym pismem. Jeśli nie była to robota zawodowego kaligrafa, to na pewno osoby, która przywiązywała dużą wagę do wytwornego posługiwania się piórem, którą wychowano w poszanowaniu starej etykiety i dobrych obyczajów. Znaczek nosił stempel z Albuquerque w Nowym Meksyku, lecz adres nadawcy, widniejący na odwrocie, wskazywał, że list napisano gdzie indziej – zakładając oczywiście, że takie miejsce w ogóle istniało i że nazwa tego miejsca była prawdziwa. Przebiegłem oczami obie linijki: Ranczo „Niebieski Kamień”, Tierra del Sueño, Nowy Meksyk. Być może uśmiechnąłem się na widok tych słów, ale dziś już tego nie pamiętam. Nadawca nie podał swojego nazwiska, a gdy otworzyłem kopertę, by wyjąć list, wyczułem lekką woń perfum, najsubtelniejszy powiew esencji lawendowej.

Szanowny Profesorze Zimmer, Hector przeczytał pańską książkę i chciałby Pana poznać. Czy miałby Pan ochotę złożyć nam wizytę? Z wyrazami szacunku, Frieda Spelling (żona Hectora Manna).

Pochłonąłem treść sześcio- lub siedmiokrotnie. Potem odłożyłem list, poszedłem na koniec pokoju i wróciłem. Gdy znów wziąłem kartkę do ręki, nie byłem pewien, czy słowa nadal na niej będą. I czy będą to te same słowa. Ponownie przeczytałem je sześć, siedem razy, a potem, kompletnie zbity z tropu, uznałem całą rzecz za żart. Po chwili ogarnęły mnie jednak wątpliwości, a jeszcze później zacząłem wątpić, czy naprawdę wątpię. Powzięcie jednej myśli oznaczało pojawienie się jej przeciwieństwa, a gdy tylko druga myśl wyrugowała z mojej głowy pierwszą, natychmiast kiełkowała trzecia, by wyprzeć poprzedniczkę. Nie wiedząc, co powinienem zrobić, wsiadłem do samochodu i pojechałem na pocztę. Książka kodów pocztowych zawiera wszystkie adresy w Stanach Zjednoczonych, a więc jeśli nie znalazłbym w niej miejscowości Tierra del Sueno, mógłbym wyrzucić list i zapomnieć o całej sprawie. Ale miejscowość była w spisie. W pierwszym tomie, na stronie 1933, między Tierra Amarilla a Tijeras – prawdziwe miasteczko z urzędem pocztowym i pięciocyfrowym kodem. To oczywiście nie oznaczało, że list jest autentyczny, ale przynajmniej nabrał pozorów wiarygodności. Nim wróciłem do domu, uświadomiłem sobie, że będę musiał odpisać. Takiego listu nie można było zlekceważyć. Wiedziałem, że jeżeli nie zareaguję, będę dumał o tej historii przez resztę życia.

Nie zachowałem kopii swojej odpowiedzi, ale pamiętam, że skreśliłem ją odręcznie, starając się wyrażać zwięźle, ograniczając do kilku zdań. Niemal bez zastanowienia przejąłem beznamiętny, lakoniczny styl nadawcy. Czułem, że dzięki temu nie wystawię się na pośmiewisko, że w mniejszym stopniu narażę się na okpienie, bo zapewne w tym celu ktoś obmyślił tę mistyfikację —jeśli to rzeczywiście była mistyfikacja. Z grubsza rzecz biorąc, moja odpowiedź brzmiała następująco: Szanowna Pani Spelling. Oczywiście, że chciałbym poznać Hectora Manna. Ale skąd mogę być pewny, że on żyje? O ile wiem, nie widziano go od ponad półwiecza. Proszę o więcej szczegółów. Z poważaniem, David Zimmer.

Wszyscy chyba pragniemy wierzyć, że niemożliwe jest możliwe, chcemy przekonać samych siebie, że cuda się zdarzają. Zważywszy, że byłem jedynym człowiekiem, który napisał książkę o Hectorze Mannie, wydawało się logiczne, że bez wahania uczepię się myśli, iż on żyje. Lecz ja nie byłem w nastroju do takich rewelacji. Albo przynajmniej tak sądziłem. Moja książka narodziła się z wielkiej rozpaczy. Książkę miałem już za sobą, ale rozpacz pozostała. Pisanie o komediach było tylko pretekstem, osobliwym lekarstwem, które aplikowałem sobie dzień w dzień przez ponad rok w nikłej nadziei, że zagłuszę trawiący mnie ból. Do pewnego stopnia zagłuszyłem. Lecz Frieda Spelling (lub ten, kto się za nią podawał) nie miała o tym pojęcia. Nie miała pojęcia, że 7 czerwca 1985 roku, zaledwie tydzień przed dziesiątą rocznicą naszego ślubu, moja żona i dwóch synów ponieśli śmierć w katastrofie lotniczej. Być może spostrzegła, że zadedykowałem im książkę („Pamięci Helen, Todda i Marca”), ale imiona te nic jej nie mówiły, a jeśli nawet domyśliła się, że wymienione osoby wiele znaczą dla autora, nie mogła wiedzieć, że stanowiły sens jego życia – że gdy trzydziestosześcioletnia Helen, siedmioletni Todd i czteroletni Marco zginęli, wraz z nimi umarła duża część mnie samego.

Polecieli do Milwaukee, żeby odwiedzić rodziców Helen. Ja zostałem w Vermoncie, bo musiałem ocenić eseje studentów i wystawić stopnie na koniec semestru. Na tym polegała moja praca – profesora komparatystyki literackiej w Hampton College. W innych okolicznościach pojechalibyśmy wszyscy razem 24 lub 25 czerwca, lecz ojcu Helen dopiero co wycięto z nogi guz nowotworowy, ustaliliśmy więc, że ona i chłopcy wyruszą jak najszybciej. To wymagało pośpiesznych, dość skomplikowanych uzgodnień ze szkołą Todda, by mógł opuścić ostatnie dwa tygodnie nauki w drugiej klasie. Początkowo dyrektorka odniosła się z niechęcią do naszych planów, ale potem okazała zrozumienie i ustąpiła. To właśnie między innymi nie dawało mi spokoju po katastrofie. Gdyby postawiła na swoim, Todd musiałby zostać w domu razem ze mną. Nie zginąłby. W ten sposób zachowałbym przynajmniej jedno z nich. Przynajmniej jedno z nich nie spadłoby przez chmury z wysokości siedmiu mil, a ja nie tkwiłbym teraz sam w domu, w którym dotąd mieszkały cztery osoby. Oczywiście roztrząsałem też inne sprawy, inne ewentualności, którymi się zadręczałem, z uporem podążając wielokrotnie tymi samymi ścieżkami prowadzącymi donikąd. Wszystko było częścią tej tragedii, każde ogniwo w łańcuchu przyczyn i skutków stanowiło zasadniczy element horroru – od nowotworu w nodze teścia, przez warunki pogodowe na Środkowym Zachodzie, po numer telefonu agenta z biura podróży, który zarezerwował bilety lotnicze. A najgorsze było to, że uparłem się, iż zawiozę ich do Bostonu, żeby złapali bezpośredni samolot. Nie chciałem, by wyruszyli z Burlington, bo najpierw musieliby polecieć osiemnastoosobowym turbośmigłowcem do Nowego Jorku i dopiero stamtąd udaliby się do Milwaukee. Powiedziałem Helen, że małe samoloty nie wzbudzają mojego zaufania. Nie są bezpieczne, stwierdziłem. Nie zniosę myśli, że poleci czymś takim z chłopcami beze mnie. Toteż nie polecieli – żeby oszczędzić mi nerwów. Polecieli dużą maszyną, a jakby tego było jeszcze mało, w wielkim pośpiechu zawiozłem ich na lotnisko. Tego ranka panował spory ruch na drogach, a gdy wreszcie dotarliśmy do Springfield i odbiliśmy na Mass Pikę, musiałem przekraczać ograniczenia prędkości, by w porę dotrzeć do Logan.

Niewiele pamiętam z tego, co działo się ze mną owego lata. Przez kilka miesięcy żyłem w otępieniu, podlewając alkoholem głuchą rozpacz i żałość, rzadko ruszając się z domu, rzadko goląc się i przebierając. Większość moich kolegów porozjeżdżała się na wakacje przynajmniej do połowy sierpnia, nie musiałem więc stawiać czoła wielu wizytom, nie musiałem znosić udręki żałobnych konwenansów. Ludzie mieli oczywiście dobre intencje i ilekroć zaglądał ktoś ze znajomych, przyjmowałem go, ale ckliwe uściski oraz długie chwile kłopotliwego milczenia wcale mi nie pomagały. Zorientowałem się, że lepiej pozostawać samemu, lepiej przetrawić wszystko w mroku własnej głowy. Gdy nie byłem pijany lub nie leżałem na kanapie, wpatrzony tępo w telewizor, spędzałem czas na wałęsaniu się po domu. Zachodziłem do pokojów chłopców, siadałem na podłodze, pośród ich rzeczy. Nie potrafiłem myśleć o synach w sposób bezpośredni ani przyzywać ich świadomie, ale gdy układałem ich puzzle i bawiłem się klockami lego, stawiając coraz bardziej skomplikowane, fantazyjne budowle, doznawałem poczucia, że na chwilę ich ożywiam – że przez powtarzanie czynności, które wykonywali, gdy wciąż mieli ciała, przedłużam ich małe widmowe żywoty. Czytałem bajki Todda i porządkowałem jego karty z wizerunkami baseballistów. Pluszowe zwierzęta Marca ustawiałem według gatunków, koloru, wielkości, zmieniając kryterium za każdym razem, gdy wchodziłem znów do pokoju. Tak upływały godziny, całe dnie stapiały się w nicość, a gdy już nie mogłem tego wytrzymać, wracałem do salonu i nalewałem sobie kolejnego drinka. Najczęściej zasypiałem na kanapie, niekiedy, z rzadka, w pokoju Todda. Gdy spałem w swoim łóżku, zawsze śniłem, że Helen jest przy mnie, lecz ilekroć próbowałem objąć ją ramieniem, budziłem się z nagłym, gwałtownym podskokiem, ręce mi się trzęsły, a usta chapały łapczywie powietrze, jak gdybym tonął. Nie potrafiłem zdobyć się na to, by wejść do naszej sypialni po zmroku, ale spędzałem w niej dużo czasu za dnia, stercząc przed szafą Helen, dotykając jej ubrań, przekładając żakiety i swetry, zdejmując sukienki z wieszaków i rozpościerając je na podłodze. Pewnego razu włożyłem jedną z nich, kiedy indziej wciągnąłem na siebie jej bieliznę i umalowałem twarz kosmetykami. To było niebywale przyjemne przeżycie, ale po dodatkowych eksperymentach przekonałem się, że perfumy działają skuteczniej niż szminka i tusz do rzęs. Wydawało się, że sprowadzają ją z powrotem w sposób o wiele bardziej namacalny, że przywołują jej obecność na dłuższy czas. Traf chciał, że w marcu podarowałem jej na urodziny nowy flakonik chanel numer 5. Ograniczając się do dwóch małych porcji dziennie, sprawiłem, że starczył mi do końca lata.

Wziąłem urlop na semestr jesienny, ale zamiast wyjechać lub zwrócić się o pomoc do psychologa, tkwiłem dalej w domu, staczałem się. Na przełomie września i października wypijałem co wieczór ponad połowę butelki whisky. Dzięki temu niewiele czułem, ale jednocześnie pozbawiłem się jakiejkolwiek wizji jutra, a gdy człowiek niczego się już nie spodziewa, to równie dobrze mógłby nie żyć. Niejeden raz chwytałem się na tym, że rozmyślam o zażyciu pigułek nasennych albo odkręceniu kurków od gazu. Nie posunąłem się tak daleko, lecz gdy teraz wspominam te dni, widzę wyraźnie, że byłem od tego zaledwie o krok. Pigułki znajdowały się w apteczce. Trzy lub cztery razy wyjąłem nawet buteleczkę z szafki i wysypałem zawartość na dłoń. Gdyby ta sytuacja potrwała dłużej, wątpię, czy znalazłbym w sobie siłę, żeby oprzeć się pokusie.

Tak właśnie wyglądały sprawy, gdy w moje życie nieoczekiwanie wkroczył Hector Mann. Nie miałem pojęcia, kim był, nigdy nie słyszałem o nim najmniejszej wzmianki, ale pewnego wieczoru, u progu zimy, gdy drzewa zgubiły już liście i zanosiło się na pierwsze opady śniegu, przypadkiem obejrzałem w telewizji fragment jednej z jego dawnych komedii. I fragment ten mnie rozbawił. Może zabrzmi to banalnie, niemniej roześmiałem się wtedy pierwszy raz od czerwca, więc gdy poczułem skurcz narastający w piersi, rezonujący w okolicy płuc, zrozumiałem, że jednak nie sięgnąłem dna, że jest we mnie cząstka, która pragnie żyć. Od początku do końca mój śmiech trwał nie dłużej niż parę sekund. Był to zwykły śmiech, ani szczególnie głośny, ani przeciągły, jednak całkowicie zaskakujący, a to, że się przed nim nie broniłem, że nie doznałem wstydu, iż zapomniałem o swoim nieszczęściu na krótką chwilę, kiedy to Hector Mann pojawił się na ekranie, skłoniło mnie do przyznania przed samym sobą, że w Davidzie Zimmerze tkwi coś, czego dotąd nie dostrzegałem, coś innego niż czysta śmierć. Nie mam na myśli tego, że ogarnęła mnie sentymentalna tęsknota albo niejasne przeczucie, iż coś mogłoby się wydarzyć. Dokonałem empirycznego odkrycia, które cechowała nieodwołalność matematycznego dowodu. Jeśli zachowałem zdolność do śmiechu, to znaczy, że nie byłem całkiem martwy. To znaczy, że nie odgrodziłem się od zewnętrznego świata tak szczelnie, iż nic nie mogło się przedostać do środka.

Było chyba parę minut po dziesiątej. Siedziałem jak zwykle przyklejony do kanapy, w jednej dłoni trzymając szklankę whisky, w drugiej pilota od telewizora, i bezmyślnie przerzucałem kanały. Na program trafiłem kilka minut po jego rozpoczęciu, lecz szybko się zorientowałem, że jest to film dokumentalny o komikach kina niemego. Zobaczyłem znane twarze – Chaplina, Keatona, Lloyda – ale pokazano też unikatowe sceny z aktorami, o których nigdy przedtem nie słyszałem, z mniej popularnymi komikami, takimi jak John Bunny, Larry Semon, Lupino Lane i Raymond Griffith. Śledziłem ich popisy z umiarkowanym zainteresowaniem, niezbyt nimi pochłonięty, niemniej dostatecznie zaciekawiony, by nie zmieniać kanału. Hector Mann pojawił się dopiero pod koniec, w dodatku zaprezentowano tylko jeden urywek: dwuminutową sekwencję z Kasjera, która rozgrywała się w banku, a Mann wcielił się w zapracowanego urzędniczynę. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego akurat to mnie porwało, lecz oto był na ekranie, w białym tropikalnym garniturze, z cienkim czarnym wąsikiem, stał przy stole i liczył stosy pieniędzy, a pracował z tak wściekłym zapałem, w tak błyskawicznym tempie i maniakalnym skupieniu, że nie potrafiłem oderwać od niego oczu. W gabinecie dyrektora banku na piętrze robotnicy układali nowe klepki podłogowe. Po drugiej stronie pomieszczenia, naprzeciw Manna, siedziała przy biurku ładna sekretarka, polerując paznokcie za dużą maszyną do pisania. Z początku wydawało się, że nic nie jest w stanie przeszkodzić kasjerowi w dokończeniu zadania w rekordowym czasie. Lecz raptem strużki trocin zaczęły spadać na jego marynarkę, a kilka sekund później dostrzegł on dziewczynę. Jeden żywioł stał się nagle trzema i odtąd akcja przeskakiwała między nimi w trójwątkowym rytmie pracy, próżności i pożądania: sumiennego liczenia pieniędzy, wysiłków, by ochronić ulubiony garnitur, i chęci nawiązania wzrokowego kontaktu z dziewczyną. Raz po raz wąsik Hectora podrygiwał z konsternacji, jak gdyby ktoś komentował rozwój wypadków ledwo słyszalnym jękiem albo słowami wyszeptanymi na stronie. To była nie tyle bufonada i bezład, co charakter i tempo, przemyślnie zaaranżowana parada przedmiotów, ciał i umysłów. Ilekroć Hector gubił się w liczeniu, zaczynał od nowa, i to ze zdwojoną energią. Ilekroć spoglądał do góry, by zobaczyć, skąd sypią się trociny, akurat ułamek sekundy wcześniej robotnicy zapełnili dziurę kolejną klepką. Ilekroć zerkał na dziewczynę, ona patrzyła w drugą stronę. A jednak, mimo całego galimatiasu, nie tracił zimnej krwi, nie pozwalał, by te drobne niepowodzenia pozbawiły go poczucia celu lub nadszarpnęły jego dobre mniemanie o sobie. Być może nie była to najwspanialsza komedia, jaką widziałem, ale wciągnęła mnie bez reszty i przy drugim lub trzecim podrygu wąsika roześmiałem się, i to w głos.

Popisom tym towarzyszył głos narratora, lecz byłem nazbyt pochłonięty oglądaną sceną, by uchwycić cały komentarz. Zdaje się, że wspomniano coś o tajemniczym zniknięciu Hectora z branży filmowej i o tym, że uważa się go za ostatniego wyróżniającego się komika kina niemego. W latach dwudziestych jego najbardziej wzięci i twórczy koledzy po fachu odeszli już do pełnego metrażu, a krótkie komedie gwałtownie obniżyły loty. Hector Mann nie wniósł nic szczególnego do tego gatunku, stwierdził narrator, niemniej uchodził za godnego uwagi, utalentowanego gagmana o wyjątkowej sprawności mimiczno-ruchowej, który być może pozostawiłby po sobie pamiętny dorobek, gdyby jego kariera rozpoczęła się wcześniej i nie została tak nagle przerwana. Przy tych słowach sekwencja scen dobiegła końca, toteż zacząłem uważniej słuchać komentarza. Przez ekran telewizora przewinęła się seria fotografii kilkudziesięciu aktorów komediowych, narrator zaś zaczął ubolewać nad utratą wielu niemych filmów. Gdy do kina wprowadzono dźwięk, filmy te popadły w niełaskę; gniły w piwnicach, płonęły w pożarach, lądowały na śmietniku, wskutek czego setki aktorskich kreacji uległo zapomnieniu. Lecz jest pewna nadzieja. Stare filmy odnajdują się od czasu do czasu; w ostatnich latach dokonano kilku nadzwyczajnych odkryć. Weźmy na przykład sprawę Hectora Manna, ciągnął narrator. Do roku 1981 sądzono, że na świecie zachowały się tylko trzy jego filmy. Informacje o pozostałych dziewięciu należało wygrzebywać z całej masy drugorzędnych materiałów – doniesień prasowych, ówczesnych recenzji, fotografii z planów, streszczeń scenariuszy – same filmy zaś uznano za utracone na zawsze. A jednak w czerwcu tamtego roku do biur Cinematheque Francaise w Paryżu dostarczono anonimową przesyłkę. Nadana na poczcie w śródmieściu Los Angeles, zawierała świetnie zachowaną kopię Kukiełek, siódmego z dwunastu filmów Hectora Manna. W ciągu następnych trzech lat do głównych archiwów filmowych na całym świecie – nowojorskiego Museum of Modern Art, British Film Institute w Londynie, Eastman House w Rochester, American Film Institute w Waszyngtonie, Pacific Film Archive w Berkeleyi po raz kolejny do paryskiej Cinematheque – przybyło w nieregularnych odstępach osiem podobnych przesyłek. Do roku 1984 w ten sposób rozdzielono między sześć wymienionych instytucji cały dorobek Hectora Manna. Każda przesyłka pochodziła z innego miasta, niekiedy z ośrodków tak od siebie odległych jak Cleveland i San Diego, Filadelfia i Austin, Nowy Orlean i Seattle, a ponieważ nie dołączono żadnego listu ani notki, nie można było zidentyfikować ofiarodawcy ani choćby sformułować hipotezy co do jego tożsamości lub miejsca pobytu. Pojawiła się kolejna zagadka dotycząca tajemniczego Hectora Manna, rzeki narrator, spełniono jednak dobry uczynek, za co kręgi filmowe są wdzięczne.

Nie pociągały mnie żadne zagadki ani tajemnice, ale gdy tak siedziałem wpatrzony w napisy końcowe programu, nabrałem ochoty, by zobaczyć te komedie. Było ich dwanaście, rozproszonych między sześcioma miastami w Europie i Stanach Zjednoczonych, więc osoba zainteresowana obejrzeniem ich wszystkich musiałaby poświęcić na to sporo czasu. Co najmniej kilka tygodni, jak sobie wyobrażałem, może nawet miesiąc albo półtora. W tamtej chwili do głowy mi nie przyszło, że to zaowocuje napisaniem książki o Hectorze Mannie. Chciałem tylko znaleźć sobie jakieś nieszkodliwe zajęcie, coś, co zaprzątnęłoby moją uwagę, dopóki nie będę gotów wrócić do pracy. Przez blisko pół roku byłem świadkiem własnego staczania się i zdawałem sobie sprawę, że jeżeli nie położę temu kresu, to wykończę się w ten sposób. Nie miało znaczenia, co będę robił ani co przez to zyskam. Każdy dokonany wówczas wybór byłby arbitralny, traf zaś chciał, że tamtego wieczoru objawił mi się pewien pomysł; natchniony dwuminutowym pokazem zdjęć archiwalnych i własnym wybuchem śmiechu, postanowiłem, że wyruszę w świat, by obejrzeć nieme komedie.

Nie byłem miłośnikiem filmów. Zacząłem uczyć literatury jako dwudziestopięcioletni absolwent uniwersytetu i odtąd wszelka moja praca wiązała się z książkami, językiem i słowem pisanym. Przełożyłem wiersze paru europejskich poetów (Lorca, Eluard, Leopardi, Michaux), publikowałem recenzje w czasopismach i gazetach oraz wydałem dwie pozycje krytycznoliterackie. Pierwsza, zatytułowana Głosy w strefie wojny, była studium polityczno-literackim, analizującym twórczość Hamsuna, Celine’a i Pounda w związku z ich profaszystowską działalnością w czasie drugiej wojny światowej. Druga – Szlak do Abisynii – historią o autorach, którzy zarzucili pisanie, rozważaniami o milczeniu. Rimbaud, Dashiell Hammett, Laura Riding, J.D. Salinger i inni – wybitni poeci i powieściopisarze, którzy z takiego lub innego powodu zamilkli. Kiedy Helen i chłopcy zginęli w katastrofie, zamierzałem akurat zabrać się do pracy nad kolejną książką, tym razem o Stendhalu. Nie w tym rzecz, bym miał coś przeciwko filmom, po prostu nigdy nie były one dla mnie ważne i ani razu w ciągu ponad piętnastu lat uczenia i pisania nie poczułem ochoty, by o nich mówić. Lubiłem je podobnie jak inni ludzie —jako rozrywkę, ożywioną tapetę, blichtr. Bez względu na to, jak piękne i hipnotyzujące bywały ruchome obrazki, nigdy nie oddziaływały na mnie tak silnie jak słowa. Odnosiłem wrażenie, że film oferuje zbyt dużo, że za mało pozostawia wyobraźni widza, a paradoks polegał na tym, że im lepiej naśladował rzeczywistość, tym mniej udanie przedstawiał świat – którego jest tyle samo w naszym wnętrzu, ile wokół. Dlatego właśnie instynktownie wołałem oglądać filmy czarno-białe, nie zaś barwne, nieme, a nie udźwiękowione. Kino to język wizualny, opowiadanie historii poprzez wyświetlanie obrazów na dwuwymiarowym ekranie. Dodanie dźwięku i koloru stworzyło złudzenie trzeciego wymiaru, lecz zarazem pozbawiło ruchomy obraz czystości. Obraz nie decydował już o wszystkim i zamiast przekształcić film w doskonałe hybrydowe medium, w najlepszy ze wszystkich możliwych światów, dźwięk i kolor osłabiły język, który miały wzmocnić. Tamtego wieczoru, gdy patrzyłem, jak Hector i inni aktorzy urządzają popisy w moim domu, naszła mnie myśl, że obcuję z wymarłym gatunkiem sztuki, całkowicie zarzuconym rodzajem kina, który już nigdy nie będzie uprawiany. A jednak, na przekór wszystkim zmianom, które nastąpiły od lat dwudziestych, ich kreacje były tak świeże i ożywcze jak wtedy, gdy oglądano je po raz pierwszy. Dlaczego? Bo rozumieli język, którym się posługiwali. Wynaleźli składnię oka, gramatykę czystej kinezy, i oprócz kostiumów, samochodów i niemodnych dziś mebli widocznych w tle nic się nie zestarzało. To była myśl przekuta w działanie, ludzka wola wyrażająca się za pośrednictwem ludzkiego ciała – a zatem ponadczasowość. W większości niemych komedii nawet nie próbowano opowiedzieć spójnej historii. Są one jak wiersze, odtwarzane sny, jak skomplikowana choreografia ducha, a ponieważ reprezentują wymarły gatunek, prawdopodobnie przemawiają do nas o wiele silniej niż do widowni w czasach swojej świetności. Oglądamy je znad przepaści zapomnienia i właśnie to, co nas od nich oddziela – „niemota”, brak koloru, rwany, przyspieszony rytm – sprawia, że wydają się tak frapujące. To są przeszkody, które utrudniają nam odbiór, zarazem jednak zdejmują z obrazów brzemię naśladownictwa. Stoją między nami i filmem, toteż nie musimy już udawać, że oglądamy prawdziwy świat. Płaski ekran jest światem, który istnieje w dwóch wymiarach. Trzeci wymiar mieści się w naszych głowach.

Nic mnie nie powstrzymało od spakowania walizek i wyjazdu nazajutrz. Miałem wolny cały semestr, a następny zaczynał się dopiero w połowie stycznia. Mogłem robić, czego dusza zapragnie, mogłem ruszyć, dokądkolwiek poniosłyby mnie nogi, jeżeli zaś okazałoby się, że potrzebuję więcej czasu, mogłem ciągnąć w ten sposób aż do końca stycznia, do końca września, do końca wszystkich wrześniów i styczniów, tak długo, jak długo bym chciał. Na tym polegała ironia mojego absurdalnego i nędznego losu. W chwili gdy Helen i chłopcy zginęli w katastrofie, stałem się zamożnym człowiekiem. Pierwsza kwota nadeszła z polisy ubezpieczeniowej na życie, którą wykupiliśmy za namową agenta – „dla świętego spokoju”, jak wyraził się ten mężczyzna – wkrótce po rozpoczęciu przeze mnie pracy w Hampton, a ponieważ była włączona do całego pakietu uniwersyteckiej opieki zdrowotnej i niewiele kosztowała, wpłacaliśmy co miesiąc drobne składki, w ogóle się nad tym nie zastanawiając. Gdy samolot runął, nie pamiętałem nawet, że objęci jesteśmy tym ubezpieczeniem, ale niespełna miesiąc później do moich drzwi zapukał pewien urzędnik i wręczył mi czek na kilkaset tysięcy dolarów. Niedługo potem linia lotnicza wynegocjowała ugodę z rodzinami ofiar, a jako osoba, która straciła troje najbliższych, otrzymałem największe odszkodowanie, gigantyczną nagrodę pocieszenia za przypadkową śmierć i nieprzewidziane boskie wyroki. Od dnia ślubu Helen i ja musieliśmy żyć z mojej nauczycielskiej pensji i jej sporadycznych honorariów, otrzymywanych za dorywcze pisanie. W tamtym czasie dodatkowy tysiąc dolarów stanowiłby dla nas dużą ulgę. Teraz posiadłem ten tysiąc przemnożony po wielekroć, lecz nie miało to najmniejszego znaczenia. Kiedy nadeszły czeki, połowę przekazałem rodzicom Helen, ale odesłali wszystko pocztą zwrotną, dziękując za gest i zapewniając stanowczo, że nie chcą tych pieniędzy. Kupiłem sprzęt sportowy dla podstawówki Todda, a przedszkolu Marca ofiarowałem najnowocześniejszą piaskownicę i książki za dwa tysiące dolarów. Swojej siostrze z Baltimore i jej mężowi – nauczycielowi muzyki – wcisnąłem dużą kwotę w gotówce. Gdyby w mojej rodzinie było więcej osób, wszystkich obdzieliłbym „Zyskami z Tragedii Davida Zimmera”, lecz rodzice nie żyli, a prócz Deborah nie miałem żadnego rodzeństwa. Kolejnego worka pieniędzy pozbyłem się, powołując w Hampton College fundusz stypendialny imienia mojej zmarłej żony: Stypendium Podróżnicze Helen Markham. Pomysł był bardzo prosty. Co rok jednemu wybranemu absolwentowi miano przyznawać stypendium za wybitne wyniki w nauce. Pieniądze należało wydać na podróże, żadne inne reguły, żadne inne wymogi ani ograniczenia nie obowiązywały. Laureata wskazywałaby komisja rotacyjna złożona z profesorów kilku wydziałów (historii, filozofii, anglistyki, języków obcych) i jeśli spełniłby on żelazny warunek, czyli przeznaczył otrzymaną subwencję na wojaże zagraniczne, nie musiałby się z niczego tłumaczyć. Fundusz ten pochłonął ogromną kwotę (równowartość czteroletniej pensji), ale moje zasoby uszczupliły się nieznacznie, toteż nawet gdy już rozdysponowałem pieniądze na różne cele, które wydały mi się tego warte, wciąż miałem ich tyle, że nie wiedziałem, co z nimi począć. Powstała groteskowa sytuacja, przyprawiający o mdłości nadmiar bogactwa, a każdy grosz naznaczony był krwią. Gdyby więc nie nagła zmiana moich planów, prawdopodobnie rozdałbym wszystko. Lecz pewnego chłodnego wieczoru w pierwszych dniach listopada ubzdurałem sobie, że sam wyruszę w podróż, a bez pieniędzy nie mógłbym urzeczywistnić tego zwariowanego pomysłu. Dotąd pieniądze były dla mnie tylko torturą. Teraz zacząłem je postrzegać jako lekarstwo, balsam, który mógłby odwrócić ostateczny upadek ducha. Przemieszkiwanie w hotelach i jadanie w restauracjach wydawało się kosztowną perspektywą, ale raz w życiu nie musiałem się martwić, czy stać mnie na to, czego pragnę. Zrozpaczony i nieszczęśliwy, byłem zarazem wolny, a ponieważ w mieszku miałem złoto, mogłem przyjąć wolność na własnych warunkach.

Wiedziałem, że do połowy archiwów z filmami Manna dotrę samochodem. Do Rochester było około sześciu godzin jazdy na zachód, a Nowy Jork i Waszyngton leżały wprost na południe – przejechanie pierwszego odcinka zabrałoby mniej więcej pięć godzin, tyle samo czasu należało też przeznaczyć na pokonanie drugiego. Postanowiłem zacząć od Rochester. Zbliżała się zima, a im dłużej zwlekałbym z wyjazdem, tym większe powstałoby ryzyko, że natknę się na burze śnieżne i oblodzone jezdnie, że ugrzęznę gdzieś z powodu niepogody. Nazajutrz rano zatelefonowałem więc do Eastman House, by zapytać o możliwość obejrzenia filmów znajdujących się w tamtejszych zbiorach. Nie miałem pojęcia, jak się do tego zabrać, a ponieważ nie chciałem wypaść na ignoranta, przedstawiłem się przez słuchawkę jako profesor z Hampton College – w nadziei, że wywrze to na tyle dobre wrażenie, iż wezmą mnie za poważnego człowieka, a nie za dziwaka dzwoniącego pod wpływem kaprysu – bo przecież tak wyglądała prawda. Och, odezwała się kobieta na drugim końcu linii telefonicznej, czy pan może pisze coś o Hectorze Mannie? Pytanie zabrzmiało tak, jak gdyby można było udzielić tylko jednej odpowiedzi, zatem po krótkim wahaniu wymamrotałem słowa, które spodziewała się usłyszeć. Owszem, odparłem, trafiła pani w sedno. Piszę o nim książkę i chciałbym zobaczyć filmy pod kątem mojej pracy badawczej.

Tak się zaczęło. Szczęśliwym trafem do tej rozmowy doszło na wczesnym etapie, bo po obejrzeniu filmów znajdujących się w Rochester (Klub dżokejów i Szwindel) uświadomiłem sobie, że nie marnuję czasu. Zgodnie z moimi oczekiwaniami Hector był ze wszech miar utalentowanym i dojrzałym artystą, a jeśli okazałoby się, że pozostałych dziesięć komedii dorównuje poziomem dwóm pierwszym, to zasłużyłby na monografię, zasłużyłby na to, by przypomnieć o nim zwykłym ludziom. Zatem od samego początku nie tylko oglądałem jego filmy, ale także je analizowałem. Gdyby nie rozmowa telefoniczna, w ogóle nie przyszłoby mi do głowy, by tak podejść do sprawy. Mój pierwotny zamysł był o wiele prostszy i wątpię, bym zajmował się jego realizacją dłużej niż do Bożego Narodzenia albo pierwszych dni nowego roku. W rzeczywistości cała rzecz ciągnęła się aż do połowy lutego. Najpierw zamierzałem zobaczyć każdy film tylko raz. W końcu obejrzałem je wszystkie wielokrotnie, spędzając w archiwach nie kilka godzin, lecz całe dnie, wysiadując przy przeglądarkach i rzutnikach, oglądając Hectora ciągiem od rana do późnego popołudnia, przewijając taśmy w tę i z powrotem, dopóki oczy nie kleiły mi się ze zmęczenia. Sporządzałem notatki, zaglądałem do źródeł, pisałem obszerne komentarze, przedstawiając drobiazgowo sposoby montażu, kadrowanie i operowanie światłem, analizując wszystkie aspekty nawet najkrótszych scen aż po najbardziej marginalne elementy, i nigdy nie wyszedłem, póki nie byłem gotowy, póki nie miałem do czynienia z filmem dostatecznie długo, by utrwalić sobie w pamięci każdy cal taśmy.

Nie roztrząsałem, czy to wszystko warte jest zachodu. Zyskałem cel i jedyne, co się dla mnie liczyło, to trwać przy nim i go zrealizować. Wiedziałem, że Hector był zaledwie drugorzędnym aktorem, kolejnym nazwiskiem na liście średniaków i pechowców, ale to nie umniejszało mego podziwu dla jego pracy ani przyjemności, jaką czerpałem z obcowania z nią. Jego filmy ukazywały się w tempie jednego na miesiąc przez okrągły rok, a budżety produkcyjne były tak małe, tak nieporównywalne z sumami niezbędnymi do nakręcenia zapierających dech w piersiach widowiskowych popisów i scen, które na ogół kojarzymy z niemymi komediami, że aż dziw bierze, iż w ogóle udało mu się cokolwiek zrobić, nie mówiąc o dwunastu filmach godnych obejrzenia. Według tego, co przeczytałem, Hector zaczynał w Hollywood jako rekwizytor, malarz dekoracji oraz nieetatowy statysta, potem wydreptał sobie drobne rólki w paru komediach, aż wreszcie człowiek nazwiskiem Seymour Hunt dał mu szansę, by wyreżyserował film i zagrał w nim głównego bohatera. Hunt, bankier z Cincinnati, który zamierzał wkroczyć do branży kinowej, przyjechał do Kalifornii na początku 1927 roku i założył własną wytwórnię filmową o nazwie Kaleidoscopic Pictures. Zdaniem wielu megaloman i dwulicowiec, nie znał się kompletnie na kręceniu filmów, a jeszcze mniej na prowadzeniu interesów. (Wytwórnię Kaleidoscopic Pictures zamknięto półtora roku później. Hunt, oskarżony o oszustwa giełdowe i malwersacje, powiesił się, zanim wytoczono mu proces). Perspektywa współpracy nie wyglądała zachęcająco – niewystarczające środki, skąpa obsługa techniczna, ciągłe ingerencje Hunta – Hector postanowił jednak skorzystać z nadarzającej się okazji, wycisnąć z niej, co się da. Nie było oczywiście żadnych scenariuszy, żadnych z góry ustalonych planów działania. Tylko Mann i para gagmanów, którzy nazywali się Andrew Murphy i Jules Blaustein, improwizujący na gorąco, często kręcący nocą w wypożyczonych dekoracjach, z pomocą skonanej ekipy filmowej i przy użyciu sfatygowanego sprzętu. Nie stać ich było na zniszczenie dwunastu samochodów ani wywołanie popłochu w stadzie bydła. W ich komediach domy się nie waliły, budynki nie wylatywały w powietrze. Musieli się obyć bez powodzi, huraganów, egzotycznych zakątków. Nieustannie brakowało statystów, a gdy jakiś pomysł nie wypalił, dokrętka była luksusem, na który nie mogli sobie pozwolić. Wszystko należało rozegrać co do sekundy, nie mieli chwili na zastanowienie. Gagi na komendę, trzy figle na minutę i już trzeba wrzucić następną monetę do licznika. Mimo wszelkich wad takiego trybu pracy wydawało się, że Hector potrafi obrócić narzucone mu ograniczenia na swoją korzyść. Skala jego wyczynów była skromna, lecz cechowało je pewne ciepło, które przykuwało oko, wzbudzało zainteresowanie. Zrozumiałem, dlaczego krytycy filmowi wyrażali się z szacunkiem o jego dorobku – oraz dlaczego nikt szczególnie się nim nie pasjonował. Mann nie wytyczył nowych horyzontów, a teraz, gdy jego komedie znów były dostępne, jasne się stało, że historii kina tamtych lat nie trzeba będzie pisać od nowa. Wkład Hectora w ten gatunek sztuki był niewielki, jednakże zasługiwał na uwagę, a im więcej jego filmów oglądałem, tym bardziej przypadały mi do gustu z powodu wdzięku i subtelnego dowcipu, z powodu komicznej i zarazem wzruszającej maniery ich gwiazdora. Jak się wkrótce zorientowałem, nikt dotąd nie widział wszystkich komedii Hectora Manna. Ostatnie odzyskano dopiero niedawno i na razie nikomu nie chciało się objechać wszystkich rozrzuconych po świecie archiwów i muzeów. Jeśli zrealizowałbym swój plan, byłbym pierwszy.

Przed wyjazdem z Rochester zatelefonowałem do Smitsa, dziekana mojego wydziału w Hampton College. Powiedziałem mu, że chcę przedłużyć urlop o kolejny semestr. Z początku się zżymał, twierdząc, że moje zajęcia wpisano już do planu, ale gdy skłamałem, że leczę się u terapeuty, zaraz się zreflektował i mnie przeprosił. To była brzydka zagrywka z mojej strony, jednak w tamtej chwili poczułem się tak, jakbym walczył o życie, i nie miałem siły tłumaczyć, dlaczego oglądanie niemych filmów nagle stało się dla mnie tak ważne. Naszą rozmowę zakończyliśmy w serdecznej atmosferze; na pożegnanie Smits życzył mi powodzenia, lecz choć obaj udawaliśmy, że spodziewamy się, iż jesienią wrócę na uczelnię, to chyba odgadł, że powoli się wykruszam, że straciłem serce do tej pracy.

W Nowym Jorku obejrzałem Skandal i Weekend na wsi, a potem pojechałem do Waszyngtonu na Kasjera i Dublet, albo figę z makiem. Bilety na pozostałe podróże zabukowałem przez biuro turystyczne przy Dupont Circle (chciałem wyruszyć Amtrakiem do Kalifornii i „QE 2” do Europy), mimo to nazajutrz, w przypływie ślepego bohaterstwa, odwołałem rezerwacje i postanowiłem lecieć samolotem. To było czyste szaleństwo, ale skoro wszystko tak obiecująco się zaczęło, nie chciałem wytracić rozpędu. Nieważne, że będę musiał nakłonić samego siebie do zrobienia tego, czego —jak sobie poprzysiągłem – nigdy już więcej nie zrobię. Nie mogłem spowolnić tempa, a jeśli to oznaczało konieczność sięgnięcia po środki farmakologiczne, to trudno, gotów byłem połknąć tyle pigułek uspokajających, ile będzie trzeba. Pewna kobieta z American Film Institute podała mi nazwisko lekarza. Myślałem, że wizyta nie potrwa dłużej niż pięć, dziesięć minut. Ja mu powiem oględnie, dlaczego chcę pigułek, a on mi wypisze receptę i na tym sprawa się zakończy. Przecież wielu ludzi cierpi na lęk przed lataniem, więc nie będę musiał opowiadać mu o Helen ani chłopcach, nie będę musiał obnażać przed nim duszy. Chciałem tylko na kilka godzin wyłączyć swój ośrodkowy układ nerwowy, a skoro potrzebnych do tego farmaceutyków nie sprzedaje się w wolnym obrocie, zadaniem tego faceta będzie wręczyć mi podpisany świstek papieru. Tak rozumowałem. Lecz doktor Singh okazał się człowiekiem dociekliwym i gdy zabrał się do osłuchiwania mojego serca i mierzenia ciśnienia krwi, zaczął zadawać tyle pytań, że przesiedziałem w jego gabinecie czterdzieści pięć minut. Był zbyt inteligentny, by mnie nie rozgryźć. Krok po kroku prawda wyszła na jaw.

Wszyscy kiedyś umrzemy, proszę pana, rzekł. Dlaczego pan myśli, że umrze akurat w trakcie podróży samolotem? Gdyby wierzyć temu, co mówią statystyki, to większe niebezpieczeństwo grozi panu, gdy siedzi pan w domu.

Nie powiedziałem, że boję się śmierci, odparłem. Powiedziałem, że boję się wsiąść do samolotu. To różnica.

Ale skoro samolot nie spadnie, to czego się pan boi?

Nie dowierzam sobie. Obawiam się, że mógłbym stracić zimną krew, a nie chcę robić z siebie widowiska.

Chyba pana nie rozumiem.

Wyobrażam sobie, że wchodzę do samolotu i od razu pękam, nie zdążę nawet usiąść na swoim miejscu.

Pęka pan? W jakim sensie? Psychicznie?

Tak, załamuję się na oczach czterystu obcych ludzi. Tracę głowę. Wpadam w popłoch.

I wyobraża pan sobie, że co robi?

To zależy. Czasem krzyczę. Czasem walę kogoś pięścią w nos. Czasem wdzieram się do kokpitu i duszę pilota.

Czy ktoś próbuje pana powstrzymać?

Oczywiście. Wszyscy się rzucają i obezwładniają mnie na podłodze. Dostaję po mordzie.

A kiedy ostatnio bił się pan z kimś?

Nie pamiętam. Chyba jeszcze jako chłopiec. Miałem może jedenaście, dwanaście lat. Szkolne porachunki. Broniłem się przed brutalem z tej samej klasy.

A dlaczego pan myśli, że teraz znów wdałby się pan w bójkę?

Nie wiem. Po prostu czuję to przez skórę i tyle. Jeśli coś nie potoczy się po mojej myśli, to wątpię, bym mógł się pohamować. Wszystko może się wtedy zdarzyć.

Ale dlaczego to dotyczy samolotów? Dlaczego nie boi się pan, że straci zimną krew na ziemi?

Bo latanie samolotami jest bezpieczne. Każdy to wie. Samoloty są bezpieczne, szybkie i sprawne. Gdy już wystartujemy, nic złego nie może się nam przytrafić. Dlatego właśnie się boję. Nie dlatego, że myślę, że zginę, lecz dlatego, że wiem, że nie zginę.

Czy kiedykolwiek próbował pan popełnić samobójstwo? Nie.

A czy myślał pan kiedykolwiek o tym?

Oczywiście. Nie byłbym człowiekiem, gdybym nie miewał takich myśli.

Czy dlatego pan do mnie przyszedł? Chce pan stąd wyjść z receptą na jakieś miłe silne pigułki i skończyć ze sobą?

Szukam zapomnienia, panie doktorze, a nie śmierci. Dzięki pigułkom zasnę, a dopóki będę nieświadomy, co się dzieje, nie będę musiał o tym myśleć. Będę w samolocie, ale zarazem jakby mnie w nim nie było. W tym sensie będę chroniony.

Chroniony przed czym?

Przed samym sobą. Przed przerażeniem, jakie mnie ogarnia na myśl, że nic złego nie może mi się przytrafić.

Czeka pana przyjemny, spokojny lot. Nadal nie rozumiem, dlaczego to wzbudza w panu lęk.

Bo istnieje stuprocentowa pewność, że tak właśnie będzie. Wzbiję się do góry, a potem wyląduję bezpiecznie. Dolecę tam, dokąd się wybieram, wyjdę cały i zdrów z samolotu. I dzięki Bogu, powie pan, ale gdy już to się stanie, zacznę pluć na wszystko, w co święcie wierzę. Znieważę zmarłych, panie doktorze. Tragedię obrócę w zwykłą kwestię braku szczęścia. Rozumie mnie pan teraz? Powiem w ten sposób zmarłym, że ponieśli śmierć bez powodu. Bo mieli pecha.

Zrozumiał. Nie użyłem aż tylu słów, lecz ten lekarz miał subtelny, przenikliwy umysł, resztę więc dopowiedział sobie sam. J.M. Singh, absolwent Królewskiego Kolegium Lekarskiego, internista w szpitalu uniwersyteckim w Georgetown, ze starannym brytyjskim akcentem i przedwcześnie rzednącą czupryną, pojął nagle, co próbuję mu powiedzieć w jego klitce oświetlonej jarzeniówkami, pełnej połyskliwych metalowych powierzchni. Siedziałem na leżance, zapinając koszulę, wpatrzony w podłogę (unikając kontaktu wzrokowego z obawy, że zrobię z siebie żenujące widowisko), gdy raptem, po długiej chwili niezręcznego milczenia, położył dłoń na moim ramieniu. Bardzo mi przykro, rzeki. Naprawdę bardzo mi przykro.

Pierwszy raz od wielu miesięcy ktoś mnie dotknął. Jako gruby nietakt, wręcz jako zniewagę odebrałem to, że stałem się przedmiotem współczucia. Nie chcę pańskiej litości, doktorze, odezwałem się. Chcę tylko pigułek.

Cofnął się z lekkim grymasem na twarzy, następnie usiadł na stołku w rogu gabinetu. Gdy skończyłem upychać poły koszuli w spodnie, zobaczyłem, że wyjmuje receptariusz z kieszeni białego kitla. Jestem skłonny spełnić pana prośbę, powiedział, ale zanim pan wstanie i stąd wyjdzie, proszę, by jeszcze raz rozważył pan swoją decyzję. Wydaje mi się, że wiem, przez co pan przeszedł, panie Zimmer, i z niechęcią myślę o postawieniu pana w sytuacji, która narazi pana na wielki stres. Są przecież inne środki transportu. Może byłoby lepiej, żeby przez pewien czas nie podróżował pan samolotami.

Już się nad tym zastanowiłem, odrzekłem. Odległości są za duże. Moim następnym przystankiem jest Berkeley w Kalifornii, a potem muszę skoczyć do Londynu i Paryża. Pociąg jedzie trzy dni na Zachodnie Wybrzeże. Niech pan to przemnoży przez dwa, bo wyprawa będzie w obie strony, doda kolejnych dziesięć dni na przepłynięcie Atlantyku i z powrotem, to już mamy co najmniej szesnaście straconych dni. Co mam zrobić z całym tym czasem? Gapić się przez okno i sycić oczy pejzażami?

Może warto, żeby pan trochę zwolnił. Zmniejszyłoby się poczucie presji.

Ale ja właśnie presji potrzebuję. Jeśli teraz poluźnię ucisk, wszystko przecieknie mi przez palce. Muszę mieć cel. Bez tego mógłbym polecieć w stu różnych kierunkach, do stu różnych miejsc, a i tak nie potrafiłbym pozbierać się do kupy.

Tak wielkie przekonanie pobrzmiewało w tych słowach, tak szaleńczy zapał w tembrze mego głosu, że lekarz nieomal się uśmiechnął – a przynajmniej wyglądał, jakby powściągał uśmiech. No cóż, tego przecież chcemy uniknąć, prawda?, powiedział. Jeśli tak panu zależy, by lecieć, to proszę bardzo, niech pan leci. Ale niech to będzie jeden wybrany kierunek, nie sto. Rzuciwszy tę dziwaczną uwagę, wyjął z kieszeni długopis i skreślił na receptariuszu ciąg nieczytelnych znaków. Proszę bardzo, rzeki, odrywając arkusik i wkładając mi go w dłoń. Pański bilet na linię Air Xanax.

Nigdy o czymś takim nie słyszałem.

Xanax. Silny, wysoce niebezpieczny farmaceutyk. Proszę stosować ściśle według moich wskazań, a przemieni się pan w żywego trupa, w istotę bez jaźni, w kawał mięsa z wymazanym wnętrzem. Ręczę, że mając xanax, może pan latać przez całe oceany, między kontynentami i nawet się pan nie zorientuje, że wzbił się pan w powietrze.

Nazajutrz po południu byłem już w Kalifornii. Niespełna dwadzieścia cztery godziny później wszedłem do zacisznej sali projekcyjnej w Pacific Film Archive, żeby obejrzeć kolejne dwa dzieła Hectora Manna. Tango, tęgo okazało się jedną z jego najbardziej zwariowanych, żywiołowych komedii, Ognisko domowe – produkcją najstaranniej zrealizowaną. Z filmami tymi spędziłem ponad dwa tygodnie: codziennie punktualnie o dziesiątej rano wracałem do archiwum, a w Boże Narodzenie i Nowy Rok, gdy było zamknięte, kontynuowałem pracę w hotelu, czytając książki i porządkując notatki z myślą o następnym etapie mojej podróży. Siódmego stycznia 1986 roku połknąłem kilka czarodziejskich pigułek doktora Singha i poleciałem z San Francisco prosto do Londynu – sześć tysięcy mil jednym ciągiem na pokładzie Catatonia Express. Tym razem wymagana była większa dawka, ale i tak obawiałem się, że okaże się za słaba, dlatego tuż przed wejściem do samolotu zażyłem dodatkową pigułkę. Powinienem zdawać sobie sprawę, że ignorowanie zaleceń lekarza może być ryzykowne, lecz myśl o przebudzeniu się w trakcie lotu tak bardzo mnie przerażała, że o mało nie sprowadziłem na siebie snu wiecznego. W moim starym paszporcie jest stempel, który potwierdza, że 8 stycznia wjechałem do Wielkiej Brytanii, ale nie pamiętam lądowania, nie pamiętam odprawy celnej ani okoliczności, w jakich dotarłem do hotelu. Rankiem 9 stycznia obudziłem się w obcym łóżku i wtedy moje życie zaczęło się od nowa. Nigdy wcześniej nie miałem tak całkowitej utraty świadomości.

Pozostały cztery filmy do obejrzenia – Kowboje i Pan Nikt w Londynie oraz Kukiełki i Rekwizytor w Paryżu. Uzmysłowiłem sobie, że oto nadarza się jedyna okazja, by je zobaczyć. Amerykańskie archiwa mogłem odwiedzić kolejny raz, gdyby zaszła taka konieczność, ale następna podróż do British Film Institute czy Cinematheque była absolutnie wykluczona. Udało mi się dotrzeć do Europy, lecz nie miałem w sobie dość odwagi, by dwukrotnie robić to, co było ponad moje siły. Z tego powodu w Londynie i Paryżu zabawiłem o wiele dłużej, niż musiałem – ogółem prawie siedem tygodni, zagrzebany w archiwach przez połowę zimy jak obłąkany podziemny stwór. Dotąd byłem drobiazgowy i sumienny, teraz jednak w mojej postawie pojawiła się tak wielka namiętność i koncentracja, że zakrawało to na obsesję. Moim pozornym celem było poznanie i przeanalizowanie filmów Hectora Manna, prawda zaś polegała na tym, że uczyłem się skupienia, myślenia wyłącznie o jednym. Zacząłem wieść życie maniaka, bo był to jedyny sposób, by nie rozpaść się na kawałki. Wreszcie w lutym wróciłem do Waszyngtonu, odespałem działanie xanaksu w hotelu przy lotnisku, a potem, nazajutrz z samego rana, odebrałem samochód z długoterminowego parkingu i pojechałem do Nowego Jorku. Nie byłem gotowy na powrót do Vermontu. Zamierzałem napisać książkę, a więc potrzebowałem miejsca, w którym mógłbym się zagnieździć. Wydawało mi się, że ze wszystkich miast na całym świecie Nowy Jork najmniej będzie działał mi na nerwy. Pięć dni spędziłem na szukaniu mieszkania na Manhattanie, ale nic odpowiedniego się nie trafiło. Boom giełdowy na Wall Street sięgnął akurat zenitu, załamanie przyszło dopiero dwadzieścia miesięcy później, toteż na rynku wciąż brakowało lokali na wynajem. Wreszcie przejechałem przez most, na Brooklyn Heights, i wziąłem pierwsze mieszkanie, które mi pokazano – dwupokojową norę przy Pierrepont Street, którą zwolniono akurat tego ranka. Była droga, obskurna i miała kiepski rozkład pomieszczeń, ale poczułem się tak, jakbym wygrał nagrodę na loterii. Do jednego pokoju wstawiłem materac, do drugiego biurko i krzesło i zaraz potem się wprowadziłem. Umowa obowiązywała przez rok, począwszy od 1 marca, i właśnie tego dnia zacząłem pisać książkę.

Rozdział 2

Zanim pojawi się całe ciało, pojawia się twarz, a zanim pojawi się twarz, pojawia się cienka czarna kreska oddzielająca nos od ust. Drgające włókienko trosk, metafizyczna skakanka, roztańczona nić zakłopotania – wąsik jest sejsmografem stanów wewnętrznych Hectora, nie tylko rozśmiesza widza, lecz także mówi mu, co aktor myśli, pozwala zajrzeć w tryby jego psychiki. Inne elementy też uczestniczą w grze – oczy, usta, precyzyjnie obliczony kaczy chód i potknięcia – ale to wąsik jest narzędziem komunikacji i choć przemawia językiem pozbawionym słów, jego podskoki i podrygi są tak klarowne i zrozumiałe jak informacja nadana alfabetem Morse’a.

Nie byłoby to możliwe bez interwencji kamery. Intymność mowy wąsika jest dziełem obiektywu. W każdym filmie Hectora trafiają się chwile, gdy ujęcie nagle się zmienia i zbliżenie zastępuje daleki lub średni plan. Twarz Hectora wypełnia ekran, a kiedy dokoła znikają wszelkie punkty odniesienia, wąsik staje się środkiem świata. Zaczyna się poruszać, ponieważ zaś talent aktora polega między innymi na kontrolowaniu pozostałych mięśni twarzy, wydaje się, że wąsik żyje własnym życiem, że jest małym zwierzątkiem obdarzonym świadomością i wolną wolą. Usta wykrzywiają się lekko w kącikach, nozdrza napinają się nieznacznie, ale gdy wąsik rozpoczyna błazeńskie pląsy, twarz w zasadzie pozostaje nieruchoma i w tej nieruchomości widz dostrzega siebie jak w lustrze, bo to właśnie w takich chwilach Hector wydaje się najbardziej przekonujący, najpełniej ludzki, staje się odbiciem tego, czym jesteśmy my wszyscy, gdy pozostajemy sam na sam z własnym wnętrzem. Zbliżenia te zarezerwowane są dla przełomowych wydarzeń w opowiadanej fabule, w nich skupia się największe napięcie albo zaskoczenie, i nigdy nie trwają dłużej niż cztery, pięć sekund. Gdy się pojawiają, wszystko inne zastyga. Wąsik rozpoczyna swoje solilokwium i na tę krótką bezcenną chwilę działanie ustępuje refleksji. Możemy odczytać myśli Hectora, jak gdyby wypisano je wołami na ekranie; są tak samo dobrze widoczne jak budynek, fortepian albo tort rzucony w twarz.

W ruchu wąsik jest narzędziem wyrażającym myśli wszystkich ludzi. W stanie spoczynku stanowi coś więcej niż ozdobę. Wyznacza miejsce Hectora w świecie, określa, w jaką postać aktor się wciela i kim będzie w oczach innych – niemniej należy tylko do jednego człowieka, a ponieważ jest niedorzecznie cienki i napomadowany, od razu odgadujemy, z kim mamy do czynienia. Z południowoamerykańskim dandysem, latynoskim amantem, śniadym zawadiaką, w którego żyłach buzuje gorąca krew. Dodajmy do tego zaczesane do tyłu włosy i nieodłączny biały garnitur, a rezultatem będzie jednoznaczny mariaż werwy i dobrych manier. Na tym polega kod obrazów. Wystarczy jedno spojrzenie, by pojąć ich sens, a ponieważ każde nowe perypetie nieuchronnie prowadzą do kolejnych w zdradzieckim świecie niedomkniętych włazów do kanałów ulicznych oraz wybuchających cygar, w chwili gdy widzimy tego mężczyznę idącego ulicą, wiemy, że biały garnitur napyta mu biedy.

Drugim po wąsiku najważniejszym rekwizytem Hectora jest właśnie garnitur. Wąsik stanowi ogniwo łączące nas ze światem wewnętrznym granej postaci, metonimię nagłych pragnień, refleksji i duchowych zawirowań. Garnitur z kolei uosabia związki z otoczeniem, a jego śnieżnobiała nieskazitelność jaśniejąca na tle szarości i czerni służy za magnes przyciągający oko. Hector nosi garnitur we wszystkich swoich filmach i w każdym z nich jest przynajmniej jeden długi gag osnuty wokół niebezpieczeństw, na które naraża się aktor, by utrzymać swój strój w czystości. Błoto i smary, sos ze spaghetti i melasa, sadza kominowa i rozbryzgujące się kałuże – prędzej czy później każdy ciemny płyn, każda ciemna substancja zagrozi zbrukaniem nieskalanej godności tego męskiego atrybutu. Z posiadania garnituru Hector jest niezmiernie dumny, toteż nosi go z kosmopolitycznym sznytem człowieka pragnącego wywrzeć wrażenie na całym świecie. Wkłada go codziennie w sposób, w jaki rycerz wdziewał zbroję – przygotowując się do potyczek, które los zgotuje mu danego dnia – lecz niejednokrotnie przyłapuje się na tym, że osiąga efekt przeciwny do zamierzonego. W rzeczywistości bowiem nie wyposaża się w tarczę chroniącą go przed ewentualnymi razami, lecz przemienia się w cel, w ogniskową każdego nieszczęścia, które rozgrywa się w promieniu stu kroków od niego. Biały garnitur jest oznaką podatności Hectora na ciosy i przydaje patosu żartom, które świat wyprawia jego kosztem. Uparty w swej elegancji, utwierdzony w przekonaniu, że garnitur czyni z niego najatrakcyjniejszego, najbardziej pożądanego mężczyznę, Mann wynosi swą próżność do rangi słusznej sprawy, z którą sympatyzuje widz. Gdy patrzymy, jak strząsa wyimaginowane pyłki z marynarki, dzwoniąc do drzwi swojej dziewczyny w Dublecie, albo fidze z makiem, nie oglądamy już spektaklu samouwielbienia, lecz jesteśmy świadkami katuszy samoświadomości. Biały garnitur przemienia Hectora w poczciwca. Przeciąga widza na jego stronę, a gdy już się to dokona, wszystko uchodzi aktorowi bezkarnie.

Był za wysoki, żeby grywać zdziecinniałych gamoni, zbyt przystojny, by wcielać się w naiwnego ofermę, jak robili to inni komicy. Z wyrazistymi ciemnymi oczyma i kształtnym nosem Hector wyglądał jak gwiazdor drugiego sortu, przesadnie romantyczny bohater, który zabłąkał się na plan nieodpowiedniego filmu. Był dorosłym mężczyzną, a już sama obecność kogoś takiego zdawała się przeczyć obowiązującym zasadom niemej komedii. Śmieszni faceci powinni być niscy, wynaturzeni fizycznie albo grubi. Zdarzały się łobuziaki i błazny, półgłówki i wyrzutki, szkraby przebierające się za dorosłych albo dorośli o mentalności przedszkolaka. Pomyślmy o dziecięcej otyłości Arbuckle’a, jego wymuszonej nieśmiałości i umalowanych, zniewieściałych ustach. Przypomnijmy sobie paluch lądujący w buzi, ilekroć jakaś dziewczyna spogląda na tego aktora. Prześledźmy listę zagrywek i rekwizytów, które ugruntowały karierę znanych mistrzów komediowych: kaczy chód Chaplina w rozczłapanych butach i wyświechtanym ubraniu, grane przez Lloyda niewiniątko w rogowych okularach, Keatonowski przygłup w płaskim kapeluszu i ze zmartwiałą twarzą, Langdonowski dureń o kredowej karnacji. Oni wszyscy są nieudacznikami, a ponieważ ani nam nie zagrażają, ani nie wzbudzają w nas zazdrości, dopingujemy im, by zatryumfowali nad swoimi nieprzyjaciółmi i zdobyli serce dziewczyny. Jedyny problem polega na tym, że nie mamy pewności, czy będą wiedzieli, co zrobić z dziewczyną, gdy już zostaną z nią sam na sam. W wypadku Hectora takie wątpliwości nigdy się nie pojawiają. Kiedy on puszcza oko do kobiety, zachodzi duże prawdopodobieństwo, że ona odpowie tym samym. A gdy już odmrugnie, staje się jasne, że ani jedno, ani drugie nie myśli o wspólnych rekolekcjach w kościele.

Jednak śmiech w żadnym razie nie jest sprawą przesądzoną. Hectorowi daleko do kogoś, kogo określilibyśmy mianem miłego faceta i komu czulibyśmy się w obowiązku współczuć. Jeśli zdobywa naszą sympatię, to tylko dlatego, że nigdy nie wie, kiedy należy przestać. Pracowity i towarzyski, idealne uosobienie 1’homme moyen sensuel,