Króliczek - Mona Awad - ebook
NOWOŚĆ

Króliczek ebook

Awad Mona

3,6

46 osób interesuje się tą książką

Opis

Samantha jest outsiderką. Woli spędzać czas w swojej mrocznej wyobraźni niż w towarzystwie większości ludzi. Co więcej, studiuje na Warren – w najbardziej nowatorskiej i eksperymentalnej szkole pisania w kraju. Wszystko tutaj wykracza poza gatunek; obala koncepcję gatunku, nie tylko literacko. Samantha gardzi przeintelektualizowaną grupą samozwańczych poetek, składającą się z kilku nieznośnie bogatych dziewcząt, które określają się wzajemnie Króliczkami i wydają się poruszać i mówić jak jedna osoba.

Sytuacja się zmienia, gdy Samantha otrzymuje od Króliczków zaproszenie do Sprośnego Salonu. W niewytłumaczalny sposób zostaje wciągnięta w ich kręgi, porzucając tym samym nie tylko swoje dotychczasowe opinie, ale i jedyną przyjaciółkę, Avę. Dziewczyna zanurza się coraz głębiej w mglisty i jednocześnie przesłodzony świat Króliczków, zaczynając brać udział w rytualnych Warsztatach, podczas których tworzą swoje hipnotyzujące i ­— arcypotworne — dzieła. Granice rzeczywistości i absurdu zaczynają się zacierać, do momentu, w którym dochodzi do ich zderzenia…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 373

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,6 (31 ocen)
6
10
11
4
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
linka07

Nie oderwiesz się od lektury

Jakie to było fascynująco ARCYdziwne ❤️
00
Dzas06

Całkiem niezła

isi
00
Walindor

Całkiem niezła

⭐️2.5/5
00
_julkawojciechowska

Z braku laku…

zlepek randomowych słów. nic nie zrozumiałam.
00
Vix99

Z braku laku…

Pierwsza część nawet mi się podobała. Ale jak w drugiej Samantha zmienia front i coraz mniej kwestii przestaje się zgrywać, książka za bardzo odjeżdża w stronę narkotycznego haju. Do tego im dalej, tym bardziej styl autorki zaczyna męczyć.
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ

PIERWSZA

 

 

 

1.

 

 

 

 

Nazywamy je Króliczkami, ponieważ tak właśnie się do siebie zwracają. Poważnie. Per Króliczku.

Dajmy na to:

„Cześć, Króliczku!”

„Cześć, Króliczku!”

„Co robiłaś wczoraj wieczorem, Króliczku?”

„Byłam z tobą. Nie pamiętasz, Króliczku?”

„Zgadza się, Króliczku. Byłaś ze mną, a ja nigdy nie bawiłam się lepiej”.

„Kocham cię, Króliczku”.

„A ja kocham ciebie, Króliczku”.

I przytulają się tak mocno, że tylko czekam, aż zmiażdżą sobie żebra. Właściwie po cichu nawet na to liczę, kiedy tak stoję, siedzę, opieram się w przeciwległym rogu sali wykładowej, świetlicy, auli, obserwując cztery dorosłe kobiety — moje koleżanki z roku — czule ściskające się na powitanie. Albo na pożegnanie. Albo „tylko dlatego, że jesteś arcyniesamowita, Króliczku”. To, z jakim zapamiętaniem obłapują swoje białoróżowe ciała, tworząc maleńki, rozgrzany do czerwoności krąg gruchoczącej kosteczki miłości i zrozumienia, zapiera mi dech. A potem pocieranie zadartych nosków i brzoskwiniowych policzków. Skronie przyciskane do skroni w sposób, który kojarzy mi się z rytuałem godowym koczkodanów albo telepatyczną komunikacją pięknych, morderczych dzieci z horrorów. Wszystkie cztery pary powiek mocno zaciśnięte, jakby to zbiorowe duszenie ocierało się o religijną wręcz błogość. Wszystkie cztery pary warg wydające piskliwe dźwięki świadczące o miłości tak monstrualnej, że bije mnie po twarzy.

„Kocham cię, Króliczku”.

Cały zeszły rok w skrytości ducha modliłam się o implozyjny finał tych czułości. Żeby pod wpływem żarliwych uścisków zmiażdżone części ich ciał wyciekły spod lamówek rękawów, dekoltów i rąbków ich słodkich trapezowych sukieneczek niczym durny lukier. Żeby zaplątały się w swoje zainspirowane Grą o tron fryzury, udusiły wymyślnymi warkoczami, które w nieskończoność zaplatały sobie nawzajem drobnymi dłońmi w kształcie serc. Żeby straciły przytomność w oparach swoich mdłych perfum o zapachu trawy.

Ale nic takiego się nie zdarzyło. Nigdy.

Zawsze wychodziły z tego obściskiwania bez szwanku i uszczerbku na zdrowiu, mimo całej wrogości, która sączyła się z moich czujnych oczu, upodabniając mnie do zajadłego złoczyńcy z komiksu. Uśmiechając się do siebie. Wymachując splecionymi rękami. Ze skórą jaśniejącą miłością i poczuciem przynależności, jakby dopiero co została nawilżona najczystszym z górskich strumieni.

„Kocham cię, Króliczku”.

Całkowicie odporne na pogardę swojej koleżanki z roku. Mnie. Samanthy Heather Mackey. Która nie jest Króliczkiem. Która nigdy nie będzie Króliczkiem.

Dolewam darmowego szampana sobie i Avie w odległym zakątku wypielęgnowanej zieleni, gdzie opieram się o białą kolumnę dorycką ozdobioną kłębiącym się tiulem. Wrzesień. Uniwersytet Warren. Coroczna powitalna Galówka dla studentów kierunku literacko-artystycznego, jako że ta uczelnia jest zbyt ciasno opleciona elitarnym bluszczem Nowej Anglii, żeby przyjęcie nazywać przyjęciem. Oto ciężkie od lilii tygrysich dekoracje stołu. Oto rozświetlona jak bożonarodzeniowa choinka biała gaza unosząca się wszędzie niczym rozliczne duchy. Oto cynowe tace pełne roladek z łososiem i zwieńczonych małymi, cukrowymi orchideami tartinek z pasztetem z kaczych wątróbek. Oto biali ludzie w czerni rozprawiający o grantach, które otrzymali, aby z francuskiego tłumaczyć poetów, których nikt nie czyta. Oto obszerny namiot goszczący wykształciuchów biegłych w każdej sztuce prócz sztuki konwersacji. Z uśmiechem ignorujących fakt, że trafili do piekła. Czy, jak mawiamy z Avą, do nory Cthulhu. Cthulhu to gigantyczna, potworna ośmiornica wymyślona przez pisarza horrorów, który zwariował i zmarł w tym miejscu. I wiesz co? To ma sens. Ponieważ kiedy przemierzasz ulice za granicami warrenowskiej bańki, czujesz, że z tym miastem jest coś nie tak. Nie tak z domami, z drzewami, ze światłem. Wspomnij o tym, a większość ludzi ledwo zaszczyci cię spojrzeniem. Ale nie Ava. Ava mówi: „Mój boże, tak. To miasto, domy, drzewa, światło… Wszystko jest popieprzone”.

Stoję tak, chwieję się, pełna ciepłych bąbelków i zwierzęcych podrobów, i tego mocnego alkoholu, który Ava wciąż dolewa do mojego plastikowego kubeczka ze swojej Wypij Mnie.

— Przypomnisz mi, co to? — pytam.

— Po prostu pij — odpowiada.

Zza szkieł pożyczonych okularów przeciwsłonecznych obserwuję, jak kobiety, które muszę nazywać moimi koleżankami, wracają w swoje objęcia po lecie spędzonym osobno w różnych nieciekawych miejscach, takich jak dalekie wyspy tropikalne, południe Francji czy Hamptons. Przyglądam się, jak ich płomienne ciałka rzucają się na siebie w czymś na kształt ekstazy. Wbijając sobie nawzajem w przedramiona paznokcie w kolorze naturalnych trucizn, z mocą tego, co, jak nie przestaję sobie wmawiać, jest pozorowaną, z pewnością pozorowaną miłością. Błyszczące usta rozchylające się, aby wypowiadać wspólne dla nich wszystkich pieszczotliwe zdrobnienie.

— Jezu, czy one tak na serio? — szepce mi do ucha Ava.

Nigdy wcześniej nie widziała ich z bliska. Nie uwierzyła, kiedy rok wcześniej wspomniałam jej o nich po raz pierwszy. Powiedziała: „Żadna dorosła kobieta nie zachowuje się w ten sposób. Coś sobie ubzdurałaś, Śpioszku”. Latem sama zaczęłam tak myśleć. W pewnym sensie ich widok teraz przynosi mi ulgę, choćby tylko dlatego że stanowi dowód mojej poczytalności.

— Tak — komentuję. — Całkiem na serio.

Patrzę, jak mierzy je wzrokiem. Jej ukryte za woalką oczy, upodabniające ją do Davida Bowiego, są pełne przerażenia i nudy. Zaciśnięte usta tworzą niczym niewzruszoną czerwoną kreskę.

— Możemy już iść?

— Nie mogę jeszcze wyjść — tłumaczę, nie odrywając od nich spojrzenia.

W końcu odsuwają się od siebie, a ich cukierkowe sukienki nie noszą choćby jednej zmarszczki. Ani jeden z ich lśniących włosów nie sterczy w inną stronę, niż powinien. Ich skóra roztacza blask ubezpieczenia zdrowotnego, kiedy wszystkie kucają, aby wydać chóralny okrzyk zachwytu nad wiecznie skaczącym shih tzu należącym do pewnej profesorki.

— Czemu?

— Już ci tłumaczyłam, muszę się pokazać.

Ava tylko na mnie patrzy, pijana osuwając się w dół po filarze. Z nikim się nie przywitałam. Ani z poetami, którzy smażą się we własnym gderliwym piekle. Ani z nowym pisarskim narybkiem śmiejącym się z zakłopotaniem przy krewetkowej wieży. Ani nawet z Benjaminem, przyjaznym pracownikiem administracji, którego zwykle nie odstępuję na krok podczas tego typu imprez, pomagając mu nakładać rozedrgane podroby na przesuszone kawałki tostów. Ani z Fosco, która zeszłej wiosny prowadziła moje Warsztaty, ani z żadnym innym członkiem poważanego ciała pedagogicznego. Unikając pytań: „Jak ci minęło lato, Sarah? Jak idzie pisanie pracy dyplomowej, Sasho?” rzucanych z uprzejmą obojętnością. Zawsze przy użyciu niewłaściwego imienia. Jakkolwiek bym odpowiedziała — czy szczerze przyznała się do nieuchronnej porażki, czy zaserwowała zuchwałe kłamstwo, które rozpaliłoby moją twarz do czerwoności — wywołałabym niezmiennie te same reakcje: znaczące skinienie głowy, zmęczony życiem uśmiech, frazesy o nieuchwytności Procesu i o Pracy będącej wymagającą kochanką. „Nie trać wiary, Sasho. Cierpliwości, Sarah. Bywa, że trzeba odpuścić, Sereno. Czasem, Stephanie, musisz chwycić byka za rogi”. Potem nastąpiłaby relacja z podobnych kryzysów/przełomów twórczych, których sami doświadczyli podczas nieistniejącego już programu rezydencji w dalekiej Grecji, Brytanii, Estonii. W trakcie której potakiwałabym, wbijając sobie paznokcie głęboko w ramię.

I oczywiście nie rozmawiałam z Lwem. Mimo że zapewne tu jest. Gdzieś tu jest. Dostrzegłam go wcześniej kątem oka, bardziej zarośniętego i wytatuowanego niż kiedykolwiek wcześniej, nalewającego sobie czerwone wino przy barze. Choć na mnie nie spojrzał, wyczułam, że wie o mojej obecności. A potem, że wie, że ja wiem, że on wie. Co jednak nie przeszkodziło mu w nalewaniu. Odtąd nie tyle go widywałam, ile odbierałam jego energię włoskami na karku. Zaraz po dotarciu na miejsce Ava uznała, że musi znajdować się w pobliżu, ponieważ „niebo tak nagle pociemniało”.

Tego wieczoru w ramach utrzymywania relacji towarzyskich ograniczyłam się do posłania półuśmiechu temu, którego Króliczki nazywają Stukniętym Jonahem, mojemu społecznemu odpowiednikowi wśród poetów, który teraz stoi sam przy ponczu, uśmiechając się błogo we własnym gorączkowym, napędzanym antydepresantami śnie.

Ava wzdycha i odpala papierosa od jednej z licznych okrągłych świeczuszek rozsianych po naszym stole. Ponownie skupia uwagę na Króliczkach, które właśnie głaszczą się nawzajem po ramionach tymi małymi, jakże małymi rączkami. „Tęsknię za tobą, Króliczku”, zwracają się jedna do drugiej, imitując głosiki małych dziewczynek, mimo że stoją tak kurewsko blisko siebie, a nienawiść przepełniająca ich serca ciąży mi na języku jak żelazo.

— Tęsknię za tobą, Króliczku. Lato bez ciebie było arcynieznośne. Pisanie przychodziło mi z trudem, taka byłam arcy, arcysmutna. Czy możemy więcej się nie rozstawać?

Ava wybucha śmiechem. Śmieje się na cały głos. Odrzuca w tył pierzastą głowę. Nawet nie zadaje sobie trudu, aby zasłonić usta dłonią w rękawiczce. To wyborny, chrapliwy dźwięk. Niesie się jak muzyka, której brakuje tego wieczoru.

— Ciiii — uciszam ją. Ale za późno.

Ta, którą nazywam Księżną, obraca ku nam głowę ozdobioną długimi, srebrzystymi puklami wiedźmowej wróżki. Patrzy na nas. Najpierw na Avę. Potem na mnie. A potem znowu na Avę. Wydaje się zaskoczona, że ten jeden raz nie stoję sama — że mam przyjaciółkę. Spojrzenie Avy jest onieśmielające i europejskie. Pali i popija mojego szampana, nie zrywając kontaktu wzrokowego. Opowiedziała mi kiedyś o pewnej Cygance, którą spotkała w paryskim metrze. Kobieta spojrzała na nią, więc Ava wlepiła w nią ślepia, a potem obie ciskały w siebie spojrzeniami jak pociskami z pistoletów przez całą przejażdżkę po mieście świateł. Tylko patrzyły na siebie z przeciwległych brzegów stukoczącego wagonu. W końcu Ava zdjęła kolczyki, nie odrywając wzroku od Cyganki. Dlaczego? Ponieważ na tym etapie oczywiście założyła już, że to walka na śmierć i życie. Ale kiedy pociąg zatrzymał się na ostatnim przystanku linii, kobieta po prostu ruszyła do wyjścia. Uprzejmie przytrzymała nawet rozsuwane drzwi, żeby Ava mogła wyjść pierwsza.

„I jaki z tego morał, Śpioszku?”

„Niczego nie zakładaj z góry?”

„Nigdy nie spuszczaj oczu pierwsza”.

Księżna wywołuje efekt kuli śnieżnej w wykonaniu Króliczków. Pierwsza spogląda na nas Babeczka. Następnie Upiorna Lalka o kocich oczach. A na koniec Nowelka zwraca ku nam swoje śliczne trupie oblicze, z szeroko rozchylonymi wargami, które nie stronią od używek. Wszystkie po kolei przenoszą wzrok z Avy na mnie, skanując nas od czubka głowy po koniuszki palców u stóp. Ich oczy pochłaniają nas niczym drobne usteczka zasysające dziwne koktajle. Gapią się i gapią bez choćby jednego mrugnięcia, marszcząc przy tym noski. Potem ponownie skupiają uwagę na Księżnej i przysuwają się do siebie, formułując ciche słowa pokrytymi błyszczykiem ustami.

Ava mocno ściska moje ramię.

Księżna unosi brew, mierząc nas wzrokiem. Unosi rękę. Czy trzyma w niej niewidzialną broń? Nie. To tylko pusta, rozwarta dłoń. Którą macha. Do mnie. Z czymś na kształt uśmiechu na twarzy. „Cześć”, wypowiadają jej usta.

Moja ręka szybuje w górę jak na akord, zanim mogę nad nią zapanować. Macham i macham, i macham. „Cześć”, wypowiadają moje usta, mimo że nie wydobywa się z nich żaden dźwięk.

Potem pozostałe Króliczki unoszą dłonie i także machają.

Wszystkie machamy do siebie ze wspaniałych brzegów morza wypielęgnowanej zieleni.

Poza Avą. Która wciąż tylko pali, patrząc na nie jak na czterogłową bestię. Kiedy w końcu opuszczam rękę, odwracam się do niej. Mierzy mnie takim spojrzeniem, jakby widziała we mnie obcego człowieka albo coś jeszcze gorszego.

 

 

 

2.

 

 

 

 

Nazajutrz w swojej uczelnianej skrzynce na listy znajduję białe zaproszenie, umiejętnie złożone w łabędzia techniką origami. Jedna z nich musiała wsunąć je między czasopisma o poezji eksperymentalnej a reklamy wielkości pocztówek, informujące o odczytach na wydziale, rumuńskim filmie dokumentalnym i sztuce w wykonaniu jednej kobiety o mieście będącym Ciałem i o Ciele będącym miastem. Zjawiłam się dość wcześnie, przed godzinami szczytu, żeby sprawdzić, czy przyszedł już mój comiesięczny czek stypendialny. Nie przyszedł. Resztę poczty wsuwam do kosza na śmieci przeznaczone do recyklingu, po czym wbijam wzrok w łabędzia, któremu jedna z nich dorysowała brakujące elementy twarzy atramentem w kolorze magenty. Dwie krwawiące kropki w miejscu oczu — po jednej z każdej strony bardzo ostrego dzioba, który dzięki dołeczkom i atramentowej szmince zdaje się do mnie uśmiechać. Na jednym ze skrzydeł widnieje wiadomość: „Otwórz mnie :)”.

 

Samantho Heather Mackey,

Serdecznie zapraszamy CIĘ do…

SPROŚNEGO SALONU

Kiedy: O błękitnej godzinie :)

Dokąd: Dobrze wiesz :)

Zabierz: Siebie, proszę :)

 

Wpatruję się w wymyślne, błyszczące litery i maleńkie serduszka narysowane przez jedną z nich (z pewnością przez Babeczkę albo może przez Upiorną Lalkę) wokół moich imion i nazwiska. Zaczynam się pocić, mimo że w holu panuje ziąb. To pomyłka. Bez wątpienia. Nie ma, u diabła, takiej możliwości, żeby zaprosiły mnie do Sprośnego Salonu. To ich prywatna, króliczkowa sprawa, tak samo jak Wzruszające Wtorki czy wspólne obżeranie się na filmie Wieczór panieński, czy wykonywanie małych, leśnych stworzeń z marcepana. Coś, o czym przyciszonymi głosami rozmawiały cały zeszły rok, kiedy czekałyśmy razem na rozpoczęcie Warsztatów.

„Sprośny Salon zeszłej nocy był o mój boże arcyodjechany”.

„Zdecydowanie za dużo wypiłam zeszłej nocy w Sprośnym Salonie”.

„Pomyślałam sobie, że podczas kolejnego spotkania w Sprośnym Salonie powinnyśmy…”

A potem jedna drugiej przykładała dłonie do ucha i wyszeptywała ciąg dalszy. Ale na tym widnieje moje imię i cała reszta. Samantha Heather Mackey w otulinie rozdętych serc. Na widok tych esów-floresów czuję dziwne i wstydliwe pęcznienie w sercu. Wspominam, jak machały do mnie zeszłego wieczoru. Najpierw Księżna, a potem pozostałe Króliczki. I jak sama odmachałam im bez choćby najmniejszego wahania.

W tym semestrze znowu tylko nasza piątka będzie uczestniczyła w Warsztatach. Które zaczynają się jutro. Ze zgrozą myślałam o tym całe lato. Tylko one i ja w pomieszczeniu bez żadnych widocznych dróg ewakuacyjnych przez dwie godziny i dwadzieścia minut. Co tydzień przez trzynaście kolejnych tygodni. Wyobrażałam sobie, że będzie tak samo jak w zeszłym roku. Ja po jednej stronie stołu, one po drugiej, zbite w ciasną gromadkę, jawiące się jako jedno ciało z czterema głowami tym bardziej, im bardziej mrużyłam oczy. Księżna czytająca na głos słowa wyryte diamentem na szklanej powierzchni, podczas gdy pozostałe Króliczki zamykały oczy, jakby słuchały najprawdziwszej arii. Ich splecione dłonie, gdy wychwalały nawzajem swoje historie. „Mogę poprosić o kolejne pięć tysięcy stron tego samego? Chcę tylko powiedzieć, że z chęcią zamieszkałabym między twoimi wersami i spędziłabym tam resztę życia”. Ich półprzytomne pieszczoty podczas omawiania cotygodniowych prezentacji. Nagłe wybuchy śmiechu po żarcie zrozumiałym wyłącznie dla nich, którego nigdy nie tłumaczyły, ponieważ zbyt były zajęte śmianiem się do rozpuku. „Bez urazy, Samantho — zdarzało im się rzucić między kolejnymi erupcjami — ale cię przy tym nie było”. Pełna zgoda, nie było mnie przy tym. I ten śmiech nie milknął czasem przez kilka minut. Trzęsły się od niego, do oczu napływały im łzy i w spazmach chwytały się za nadgarstki i za ramiona, podczas gdy ja siedziałam po drugiej stronie stołu, wpatrując się w nie albo w pustą przestrzeń między ich głowami. Tymczasem Fosco obserwowała nas wszystkie w milczeniu. Zaczęłam przychodzić na zajęcia coraz później i później. Aż w końcu przestałam się na nich pojawiać. Wyobrażałam sobie, jak Fosco pyta: „Gdzie Samantha?”. „Nie mamy pojęcia”. Wzruszenia opatulonych swetrami ramion. Bezsilne uśmiechy.

Ale może w tym roku postanowiły włączyć mnie do grupy. Może to zaproszenie to gest życzliwości. Albo dowcip. Oczywiście, że to dowcip. Wyobrażam sobie parę dłoni o drobnych palcach składających łabędzia na dużym, dębowym biurku z widokiem na baldachim z liści drzew. Łagodny uśmiech w kolorze błyszczyka, przygryziony białymi ząbkami.

— Suki — mówię bardzo cicho w holu.

— Cześć, Sam.

Podskakuję. Jonah. Stoi obok mnie, przeglądając zawartość swojej skrzynki, z uśmiechem Wiecznej Pogody Nieskalanego Umysłu.

— Wystraszyłeś mnie, Jonahu.

— Przepraszam, Sam. — Sprawia wrażenie szczerze skruszonego. — Z kim właśnie rozmawiałaś?

— Z nikim. Mówiłam do siebie. Czasem tak robię.

— Ja też. — Szczerzy się od ucha do ucha. — Właściwie to nieustannie.

Fryzura na garnek. Rozpięta parka, której nigdy nie ściąga. Widoczny pod spodem T-shirt z kociakiem grającym na klawiszach gdzieś w kosmosie. Walczący z nałogiem Jonah jest do tego stopnia nasączony lekami, że jego głos brzmi tak, jakby musiał przebijać się przez muł. To jak dotąd najlepszy poeta w Programie. W dodatku najsympatyczniejszy, i najhojniej częstujący papierosami. Właściwie nie mam pojęcia, dlaczego koledzy poeci tak bardzo go znieważają. Jeśli nie liczyć udziału w dwóch zajęciach z gatunków mieszanych, poeci i powieściopisarze zwykle się od siebie izolują, zarówno w sferze naukowej, jak i towarzyskiej. Widziałam jednak Jonaha, jak ciągnął się za swoją grupą na ulicy, siedział wciśnięty w róg sali podczas Warsztatów, z uśmiechem spoglądając w przestrzeń, podczas gry reszta pastwiła się nad jego pracą. Oczywiście wiem, jak to jest. Ale różnica polega na tym, że Jonaha to najwyraźniej nie obchodzi. Sprawia wrażenie bardziej lub mniej zadowolonego, kiedy niewzruszony dryfuje w swojej poetyckiej chmurze.

— Co porabiasz, Sam?

— Właśnie szukałam swojego czeku stypendialnego.

— O, to tak jak ja. — Wygląda, jakby był w ekstazie. — Bardzo go potrzebuję. Kupiłem całe mnóstwo książek i płyt, a potem musiałem przeżyć resztę miesiąca na makaronie. Też ci się to zdarza?

— Pewnie.

Nigdy tak nie robię. Nie stać mnie. Trochę się najeżam.

— Ej, a wybierasz się na to? — Unosi pocztówkę reklamującą sztukę.

— Nie — warczę. Potem robi mi się głupio, więc dodaję: — Tak jakby nienawidzę teatru, Jonahu.

— Mhm. Ja też, najczęściej. Ej, widziałem cię na przyjęciu zeszłego wieczoru. Czekałem na ciebie w alejce z dodatkowym dymkiem, ale nie przyszłaś.

— Tak. Zmyłam się wcześniej.

— Mhm. — Sennie kiwa głową, pełen zrozumienia.

Właściwie poznałam Jonaha przy okazji wspólnego palenia w bocznych uliczkach, zaułkach i na werandach różnych imprez oraz uroczystości wydziałowych, których staram się unikać. Ilekroć wyślizgiwałam się za drzwi w desperackiej próbie ucieczki, tylekroć znajdowałam go w chłodzie mroku, drżącego, palącego przy śmietniku. „Cześć, Samantho”. I właśnie tak dowiedziałam się, że poza mną jako jedyny z całego roku nie dostał się tutaj z renomowanego programu studiów licencjackich. Że podobnie jak ja musiał złożyć podanie na jeden z najbardziej ekskluzywnych, selektywnych programów MFA w kraju, o czym przypominają nam bez końca. Myśląc sobie: „To się nie może udać”.

„Co za przygoda”, zwrócił się do mnie na tylnej werandzie podczas jednej z pierwszych imprez.

„Jasne”, burknęłam, nie odrywając oczu od Króliczków, klejących się do siebie w jednym z tych zbiorowych, duszących niczym boa uścisków, z mocno zamkniętymi oczami, choć ledwo się wtedy znały.

„Jest jak we śnie — kontynuował Jonah. — Wiesz, nie mogę przestać myśleć, że w końcu się obudzę. Że może ktoś powinien mnie sieknąć”.

„A nie szczypnąć?”

„Szczypanie nie wybudziłoby mnie z czegoś takiego. Ale gdyby jednak, wróciłbym do Fairbanks, gdzie mieszkałem w piwnicy ojca. A gdzie wylądowałabyś ty, Samantho, gdybym cię sieknął?”

Wgapiałabym się w ceglany mur mojego życia zza kasy fiskalnej na wciśniętym między tereny górskie Zachodzie, pomyślałam wtedy. A wieczorami pisałabym dla siebie inne scenariusze.

„W Mordorze”, odpowiedziałam Jonahowi.

„To lepiej się nie siekajmy”, stwierdził z uśmiechem.

— Jak ci idzie pisanie, Sam? Dobrze spożytkowałaś minione lato?

Szczerząc się, przedrzeźnia Halstroma, który w semestrze wiosennym prowadził nasze Warsztaty z gatunków mieszanych i nie przestawał powtarzać: „Nie wolno wam zmarnować lata. Ponieważ ten rok, wasz ostatni rok, kiedy od każdego z was oczekuje się, że do kwietnia złoży gotową pracę dyplomową, upłynie tak szybko, że sami w to nie uwierzycie. To wszystko — perorował, zataczając wypielęgnowaną dłonią koło po zatęchłej sali ze sztucznymi filarami, zimnym kominkiem, gołymi ścianami — zniknie dosłownie w okamgnieniu”.

Obserwowałam, jak Króliczki drżą, lgnąc do siebie samymi tylko spojrzeniami. A poeci szykują się na nieuchronne klepanie biedy godne wykształciuchów.

— Ja raczej je zmarnowałem — kontynuuje Jonah. — To znaczy napisałem dwa tomiki wierszy, ale są straszne, więc zaczynam od zera. Założę się jednak, że ty w tym czasie pisałaś jak szalona.

Wspominam lato, dni spędzone na wpatrywaniu się w pyłki kurzu zza lady stanowiska informacyjnego warrenowskiej biblioteki muzycznej, noce na dachu Avy upływające na tańczeniu tanga i piciu do nieprzytomności. Czasem wpatrywałam się w pustą kartkę, trzymając ołówek w wiotkich palcach. Czasem rysowałam na niej oczy. I raz za razem bazgrałam: „Co ja tu robię? Co ja tu robię?”. Najczęściej jednak wgapiałam się w ścianę. Przez całe lato kartka i ściana były dla mnie jednym i tym samym.

— Nie wiem, czy jak szalona…

— Dobrze pamiętam, jak w zeszłym roku przyniosłaś na Warsztaty ten kawałek. Ten, który wszyscy zjechali. Pamiętasz?

— Pewnie, Jonahu. Pamiętam. — Przerażone twarze. Odrobinę pochylone głowy.

— Nadal o nim myślę. W sumie trudno o nim zapomnieć. Był taki…

— Zdrożny? — sugeruję. — Umyślnie pokręcony? Agresywnie mroczny? Wiem. Chyba mniej więcej tak brzmiał jednomyślny werdykt.

— Nie! To znaczy tak, był zdrożny i pokręcony, i mroczny, i miałem po nim stracha jeszcze przez długie tygodnie. Ale ogromnie mi się podobał. To niesamowite, jaki był zdrożny, pokręcony i mroczny. — Uśmiecha się do mnie szeroko. — Kto by pomyślał, że akwarium może okazać się takim niebezpiecznym i przerażającym miejscem.

— Jasne.

— Ale jeśli się nad tym zastanowić, to naprawdę takie jest.

— Dzięki, Jonahu. A mi podobał się twój kawałek, który wszyscy zjechali.

— Poważnie? Zamierzałem spisać go na straty, ale…

— Nie rób tego. Oni właśnie tego chcą — mówię z większym naciskiem i większą zajadłością, niż zamierzałam.

Jonah robi zdumioną minę.

— Jak to?

— Nieważne. Powinnam już lecieć. Nie chcę spóźnić się na zajęcia.

Nie spóźnię się. Bo nie mam teraz żadnych zajęć. Zakładam jednak, że Ava czeka na mnie na dworze przy ławce, zabijając wzrokiem studentów tej uczelni. „Pospiesz się, Śpioszku, do kurwy nędzy”.

— W porządku. Ej, Sam, czy mógłbym kiedyś przeczytać jeszcze coś twojego? To do mnie trafia. Dociera bardzo głęboko. Właściwie to po tamtym od razu chciałem więcej.

— Hm… tak myślę. Pewnie.

— Świetnie. Może spotkamy się kiedyś i…

Na korytarzu za plecami Jonaha rozlega się dzwonek windy, od którego przewraca mi się w żołądku. Ponieważ jeszcze przed otwarciem drzwi wiem, kto wysiądzie ze środka. Wiem to, zanim moim oczom ukazuje się wysoka, szczupła, pogwizdująca postać. Grzywa utrzymana w starannie pielęgnowanym chaosie. Ręce pokryte atramentowymi, czujnymi krukami. Lew. Podchodzi do nas. Ubrany w swój ulubiony T-shirt z mało znaną kapelą nurtu noise. Jedną z tych, o których rozmawialiśmy, kiedy jeszcze ze sobą rozmawialiśmy. Roztacza zapach zielonej herbaty, którą dawniej parzył dla nas w swoim gabinecie, z namaszczeniem mieszał, a potem nalewał do bezuchych kubków w kolorze błota. „Jak ci idzie pisanie, Samantho?”, pytał czasem z tym swoim wyraźnym szkockim akcentem.

Widzę teraz, jak jego lwia twarz wykrzywia się odrobinę na widok studentów, z którymi musi się bratać. Których musi pytać o wakacje. O ich twórczość. O to, czy otrzymali swoje głupie czeki stypendialne. I jakby tego było mało, jedną z tych osób jestem ja. Co nie ułatwia sprawy. Ale uśmiecha się. Oczywiście, że się uśmiecha. To jego praca.

— Witaj, Jonahu. Samantho.

Głos wyraźnie mu opada, kiedy wypowiada moje imię, mimo że próbuje zachować luz, spokój. Nieznacznie, subtelnie kiwa grzywiastą głową.

Patrzę, jak zagląda do własnej skrzynki, która eksploduje listami oraz książkami. Podśpiewuje przy tym. Nie spieszy się.

— Dobrze się czujesz, Samantho? — pyta Jonah.

Powinnam podejść do niego, tak jak wyobrażałam to sobie nie wiem ile razy, postukać go w ramię i zagaić: „Możemy porozmawiać?”. Może zrobiłby zaskoczoną minę. Może wytrąciłabym go z równowagi. „Porozmawiać?”, odparłby, rozglądając się w poszukiwaniu drogi ucieczki. Jakbym proponowała coś ogromnie podejrzanego. Nielegalnego. „Obawiam się, Samantho, że nie mam teraz na to czasu. Ale może wpadniesz do mnie na dyżurze?”

Albo może zgrywałby głupka. Spojrzałby na mnie z mrożąco neutralnym wyrazem twarzy, nie zdradzając absolutnie nic. „Jasne, Samantho. O co chodzi?” Spojrzałby mi prosto w oczy, jakby chciał powiedzieć: „No dalej, śmiało, mów, proszę”.

— Samantho?

A co potem? Potem mogłabym przejść do sedna. „Nie rozumiem, co dokładnie wydarzyło się między nami, ale czy możemy już przestać dziwnie się zachowywać?” Obawiam się jednak, że spojrzałby na mnie tak, jakby mi odbiło. Dziwnie? Wydarzyło się? Między nami? „Przykro mi, Samantho, ale chyba nie mam pojęcia, o co ci chodzi”. I w żadnym razie nie sprawiałby wrażenia wystraszonego.

Teraz jednak, kiedy widzę, jak tam stoi, nucąc sobie, wolno przeglądając korespondencję, uśmiechając się do siebie, moje ciało sztywnieje od… sama nie wiem od czego. Muszę się stąd ruszyć.

— Zaczekaj, Samantho… — mówi do mnie Jonah.

— Naprawdę nie chcę spóźnić się na zajęcia.

Lew spogląda znad swojej poczty. Pewnie wie, że na nic się nie spóźnię. Że nie ma teraz żadnych zajęć. Że uciekam przed nim jak mała, przerażona suka. Czy na co tam polują lwy?

— W porządku. Udanych zajęć, Samantho.

A potem Jonah macha i macha, i macha do mnie, a mnie przypomina się, jak zeszłego wieczoru sama tak machałam, trzymając rękę wysoko nad głową.

 

 

 

3.

 

 

 

 

Zanim wychodzę na spotkanie z Avą, wsuwam zaproszenie do kieszeni. Powiedziała, że będzie czekała na mnie przed Instytutem Studiów Literacko-Artystycznych, zaznaczając swoją obecność. „Bo na pewno nie wejdę do środka. Sorki, Śpioszku. Ale dobrze wiesz dlaczego”. Uroczyście skinęłam głową. „Tak”. Choć w rzeczywistości nie znam powodu, jeśli nie liczyć jej bojowego nastawienia do Warren i autorskiej opinii, według której pełno tam roszczeniowych kutafonów. I że to miejsce zabija moją duszę/kreatywność. Wie to z własnego doświadczenia, ponieważ uczęszczała do mieszczącej się po sąsiedzku akademii sztuk pięknych, niemal równie słynnej i elitarnej jak Warren, i omal nie przypłaciła tego życiem. Nie pozwoliła się jednak unicestwić. Rzuciła studia, zanim te zniszczyły jej duszę. Pieprzyć to. Pieprzyć ich. Teraz pracuje w piwnicy laboratorium przyrodniczego na dole. Ustawia na półkach martwe robale. Dla każdego martwego robala przeznaczona jest maleńka szklana szufladka. To nawet miłe. O niebo lepsze dla jej duchowego i kreatywnego dobrostanu od obcowania z gronem studenckim akademii sztuk pięknych, kreującym się na biedaków w jakże modnym nurcie szaleństwa.

Jedyne, co Avie podoba się w Warren, to plądrowanie śmietników za akademikami dla pierwszorocznych i używanie sobie na wycieczkach zwiedzających kampus. Od czasu do czasu upijamy się nawet na ławce przy niesławnym pomniku latającego zająca w oczekiwaniu na pochód przyszłych studentów oraz ich rodziców. Matki zawsze rozglądają się po kampusie niczym ogromnie zainteresowane klientki, pocierając ozdobionymi klejnotami rękami plecy swoich przypominających cielaki młodych, jakby mówiły: „To może być twoje, to może być twoje”. Przyszli studenci wygłodniałym bądź władczym wzrokiem pożerają zieleń kampusu roztaczającą taki sam blask jak ich skóra, być może wyobrażając sobie z przepychem urządzone pokoje w akademikach albo uczelniane orgie, o których tak wiele słyszeli, a na których zdaniem Avy bywają wyłącznie skończeni frajerzy i nieszczególnie ekscytujące nagusy. Pewna jestem natomiast, że żaden z nich nie wyobraża sobie wielce prawdopodobnej sytuacji, w której pewnej nocy, gdy będą wracać ze studenckiego baru, ktoś skróci ich o głowę. Albo zostaną pobici łomami przez wałęsające się po okolicy gangi, które nawiedzają kampus. Ponieważ brutalność tego miejsca, wzbierająca we wrażliwym sercu kipiącej biedoty, nie występuje w scenariuszu wycieczek oprowadzanych po kampusie Warren, zwykle przez jakiegoś durnego pierwszoroczniaka w designerskich butach sportowych, który sprawnie wykrzykuje wygodne, choć mało istotne fakty na temat powstania pomnika oraz żyrandoli, idąc tyłem. Prosto w sidła siejącej zamęt Avy.

„Początki Warren sięgają tysiąc siedemset siedemdziesiątego piątego roku, a tutaj…”

„Bla, bla, bla — kończy za niego Ava usadowiona na ławce obok mnie. — Nie mówi wam tylko, że na kampusie krążą teraz ludzie gotowi odciąć wam głowy! — wykrzykuje do matek, które spoglądają na nią zbulwersowane. — Zgadza się. Siekierą! O tak”.

A potem wstaje i robi krok w ich stronę z niewidzialną siekierą na ramieniu, na co jedna z nich albo kilka, albo wszystkie naraz zaczynają się wydzierać.

Choć przerażona, za każdym razem płaczę ze śmiechu.

Ostatecznie ta właśnie ławka stała się naszym nieoficjalnym punktem zbornym. Właśnie tam powinna teraz siedzieć, piorunując wzrokiem mijających ją studentów i, jak to ma w zwyczaju, rysując w szkicowniku to, co nazywa potworną prawdą.

Na widok pustej ławki wpadam w panikę. Wszystkie dni, które spędziłam samotnie w zeszłym roku, wzbierają w moim sercu, a wzrok zachodzi mi mgłą. Potem czuję, jak ktoś chwyta moją prawą rękę, i uderza mnie znajomy zapach. Dwie obleczone siateczką dłonie zasłaniają mi oczy.

— Bu — szepce mi do ucha.

Choć wiem kto to, udaję zaskoczoną. Robię gwałtowny wdech.

Rozlega się chrapliwy śmiech. Ava składa razem ręce.

— Jezu Chryste, jak łatwo cię podejść — mówi.

— Wiem. Gdzie zniknęłaś? — pytam.

— Dwóch idiotów dyskutowało o Virginii Woolf z tak wyreżyserowanym zapamiętaniem, że musiałam się oddalić. Czemu, u diabła, tyle ci to zajęło? Nie było cię z pięć lat.

Przypominam sobie o zaproszeniu w mojej kieszeni, kiedy nagle łabędź wbija mi w skórę swój dziób.

— Rozmawiałam z Jonahem.

— Z tym bujającym w obłokach poetą, który chce cię przelecieć?

— Właśnie że nie chce.

— To niedorzeczne, jak bardzo chce.

— Nazwał mnie mroczną, pokręconą i zdrożną.

— Jak uroczo. Kocha cię.

— Możemy dać temu spokój?

Przygląda mi się.

— Wydarzyło się coś jeszcze. Gadaj.

— To nic takiego. Tylko. Wpadłam. Prawie wpadłam. Na… wiesz kogo.

Ava kiwa głową. Oczywiście, że wie.

— Rozmawialiście?

— Nie potrafiłam. No wiesz. Skonfrontować się z nim. Po, no wiesz, tym wszystkim… — Przerywam, ponieważ świdruje mnie wzrokiem. Nie wiem, czy jest rozczarowana mną, czy wściekła na niego.

— Naprawdę powinnaś rozważyć podpalenie mu gabinetu — odzywa się w końcu i rozciąga usta w uśmiechu. — Przyszło mi do głowy, że zostałaś porwana przez te koczkodany.

— Króliczki — prostuję, czerwieniąc się na twarzy. Wspominając uśmiechnięte buźki na zaproszeniu. Wszystkie te odręczne serca.

— Bez znaczenia. Martwiłam się.

Drży, spoglądając na duże drzewa, jakby to wcale nie były drzewa, lecz coś naprawdę obrzydliwego, jakby całe to różowawe światło, które zdaje się wiecznie zalewać kampus, miało walnąć ją prosto w twarz niczym straszna pięść bogactwa. Z odrazą patrzy na to wszystko: na wysokie, stare budynki, zdobione strzeliste bramy, bezkresną połać starannie wypielęgnowanej, pachnącej zieleni rojącej się od jasnookich wiewiórek i królików, na przechadzających się tu i tam studentów, pogrążonych w rozmowach o Derridzie i korekcjach swoich nosów, z włosami pieszczonymi wrześniowym światłem tak złotym i doskonałym, jakby zapłacili słońcu, aby opromieniało ich dokładnie w ten sposób. Ja nie jestem odporna na piękno. Cały zeszły rok obfotografowywałam kampus — klik, klik, klik — moim popękanym, sędziwym telefonem o każdej porze roku, o różnych porach dnia, w każdym możliwym świetle. Mimo że nie oglądałam później tych zdjęć ani nikomu ich nie wysyłałam. Opatrzona tabliczką ławka między dwoma pochylonymi drzewami. Dwusetletnia dzwonnica. Kominek, w którym można stanąć prosto, jak w Obywatelu Kanie. Mam selfie, które zrobiłam sobie w tym właśnie kominku. I jest też takie, które zrobiłyśmy sobie z Avą na jego tle, skroń przy skroni, bez uśmiechów, tak jak to mamy w zwyczaju. Oplata mnie ręką, obleczoną dziurawą koronką. Na jednym widnieje tylko Ava. Uchwyciłam ją, jak stoi przed płomieniami, przypominając wiedźmę płonącą na stosie.

Teraz opiera dłoń na moim policzku, uśmiechając się niewyraźnie.

— Czy możemy, do diabła, się stąd wynosić? Wiesz, że przychodzę tutaj wyłącznie dla ciebie.

 

Przez cały dzień nie wspominam Avie o zaproszeniu od Króliczków. Zamiast tego świętujemy to, co ona nieustannie nazywa ostatnim dniem mojej wolności. Z tej okazji idziemy do potwornego baru, gdzie ona rysuje, a ja piszę. Jak twierdzę. W rzeczywistości tylko siedzę z otwartym notatnikiem, obserwując ją, jak rysuje. Potem zoo, żeby przywitać się z niedźwiedziem księżycowym w jego jamie. I wreszcie wypad na wietnamską mrożoną kawę do podejrzanego lokalu w centrum, który lubimy. Gdzie omal nie zostałam postrzelona.

— Nic podobnego, Śpioszku. Jezu Chryste. To był cofający samochód czy coś w tym stylu — powiedziała, kiedy wróciłam do tematu.

— Właśnie, że omal nie zostałam postrzelona.

— Powinnaś częściej wychodzić.

— Wychodzę. Przecież właśnie dotrzymuję ci towarzystwa. Czyż nie?

Teraz jesteśmy z powrotem u niej i popijamy przygotowaną przez nią sangrię, tak mocną, że na pewno można się nią otruć. To ta wieczorowa pora, którą Ava nazywa godziną między psem a wilkiem. Pora, która sprawia, że ten żałosny pas Nowej Anglii wygląda pięknie, kiedy zachodzące słońce rozświetla niebo kolorem flamingów. Na jej zapadającym się dachu słuchamy argentyńskiego tanga, żeby zagłuszyć meksykańską muzykę ryczącą w sąsiedztwie. Ćwiczymy tango, tak jak to robiłyśmy całe lato, na zmianę udając Diega. Diego to zmyślony mężczyzna poruszający się z gracją pantery, który pewnego dnia pojawi się w naszym życiu i uwolni nas od ciężaru naszych bardzo dużych stóp. Ma zamglone, niebezpiecznie hipnotyzujące spojrzenie Rudolpha Valentino, choć w zestawieniu ze wzbudzającymi zaufanie kurzymi łapkami Paula Newmana, obłąkany uśmiech i bardzo długi tułów Luxa Interiora z The Cramps, a dla równowagi przyprawiającą o zawroty głowy żarliwość Jacques’a Brela. Diego nosi białe garnitury albo czarne hawajskie koszule w pomarańczowe płomienie. Rano piecze dla nas chleb. Zrywa kwiaty i rozstawia je w słoikach po całym naszym mieszkaniu. Nie pisze wierszy, ale czyta je dla rozrywki. Ma kawalerkę w Paryżu i rezydencję w Buenos Aires. I co najważniejsze, tańczy tango jak marzenie. Chwilowo to ja jestem Diegiem Avy, co oznacza, że ja prowadzę, a ona może zamknąć oczy.

Króliczkowe zaproszenie nadal tyka w mojej kieszeni, niczym bomba.

„Wpadasz dzisiaj? :)”, napisała do mnie jedna z nich po południu.

— Nie mogę fantazjować, że jesteś Diegiem, kiedy tańczysz jak jakiś lamusowaty inżynier, Śpioszku. Pamiętaj o gracji pantery.

— Sorki.

— Co się dzisiaj z tobą dzieje?

— Nic.

— Wydajesz się rozkojarzona.

Trzeba było odpisać: „Sorki, choruję :(”, i dać sobie z tym spokój. Bo nie powinnam tam iść. Bo nawet kiedy przebywam blisko nich i słyszę te dziecinne głosiki, dobiegające do mnie z drugiego końca sali, bolą mnie zęby. Tymczasem słońce już zaszło. A ja nadal im nie odmówiłam. Pewnie nawet mnie tam nie chcą. Pewnie to tylko taki miły gest. Miły? Nie. Nie do końca. Żeby tylko mogły powiedzieć: „No cóż, próbowałyśmy. To ona się na nas wypięła”.

„Widzisz, Króliczku? Mówiłam, że nie przyjdzie. To jej odpowiada. Ona tak chce”.

„Ale dlaczego?”, zapyta Upiorna Lalka z kocimi uszami, które nosi od Halloween, kiedy Króliczki wcisnęły je jej na głowę.

„Już ci mówiłam — odpowie Babeczka, głaszcząc ją. — To świruska”.

„Jesteś taka zabawna, Króliczku. Kocham cię”.

„A ja kocham ciebie, Króliczku”.

— No dobrze — mówi Ava — kończymy.

— Czemu?

— Wyraźnie nie masz dzisiaj do tego serca.

— Nie, właśnie że mam — kłamię. — Mam.

— Co się z tobą dzieje?

Jest wpół do dziewiętnastej. Muszę podjąć decyzję. Nie powinnam iść. Nie pójdę.

— Może będę musiała dzisiaj gdzieś wyjść — mówię.

Unosi jedną brew. Nic dziwnego. Przez te wszystkie dni, które upłynęły, odkąd poznałyśmy się zeszłej wiosny, nigdy nie miałam własnych planów.

— Szkolne sprawy — dodaję.

— Chyba zaliczyłyśmy ostatnio coś w tym stylu.

— Ale to coś innego.

Przygląda mi się.

— Chyba nie masz mnie dość?

— Nie. W życiu — odpowiadam z zapałem, ponieważ to prawda.

— Wiesz, że możesz być ze mną szczera. Nie rozpłaczę się ani nic takiego.

Wyciągam z kieszeni zaproszenie, które następnie jej podaję. Nie dotyka go. Tylko się przygląda.

— Pewnie od Caroline — tłumaczę. — Babeczki? — doprecyzowuję, kiedy dociera do mnie, że nigdy nie wyjawiłam ich prawdziwych imion.

Mruga oczami, nie wyrażając żadnych emocji.

— Blondynka z idealnie podkręconym paziem, perłami i niebieską orchideą na nadgarstku? Powiedziałaś, że wygląda jak ciastko z kremem. Albo dziecko kukurydzy wystrojone na bal maturalny.

— Dla mnie, Śpioszku, to one wszystkie wyglądają jak ciastka z kremem: nafaszerowane sztuczną słodyczą, rozmiękłe, w opakowaniach, które nie zaskakują. Założę się, że tekst na tym czymś to druk zapachowy — mówi, wyrywając mi zaproszenie z ręki. Pociera słowo „uprzejmie” i przysuwa kartkę do nosa. — A tak w ogóle to kiedy to dostałaś?

— Czekało na mnie rano w mojej skrzynce pocztowej.

— To dlatego przez cały dzień tak dziwnie się zachowywałaś.

— Po prostu nie wiem, co odpowiedzieć. Mam wrażenie, że jeśli nie…

— Proszę bardzo — przerywa mi, po czym wyciąga swoje zippo i przysuwa je do rogu błyszczącego zaproszenia.

— Czekaj — interweniuję. — Co ty wyprawiasz?

— Chyba nie wybierasz się na tę imprezę dla kretynek?

— Nie.

— W takim razie…

Ponownie przysuwa zapalniczkę do zaproszenia, tym razem nawet jeszcze bliżej, po czym spogląda na mnie. Słyszę skwierczenie.

— Czekaj, czekaj, czekaj.

— Co znowu?

— Po prostu. Jutro ruszają Warsztaty.

— I?

— I w tym semestrze znowu będę z nimi sama. Tylko nas pięć.

— I?

— Zastanawiam się, jak nie wyjść na nieuprzejmą. Jeśli odmówię. Bo oczywiście odmówię. Tylko że… no wiesz, to są kobiety z mojego wydziału… moje… no wiesz… koleżanki z roku.

— Które nazywasz pizdolotami.

— Muszę tylko właściwie dobrać słowa. Żeby nie pomyślały, że pałam do nich nienawiścią.

Patrzy na mnie z niedowierzaniem.

— Ale, Śpioszku, przecież ty pałasz do nich nienawiścią.

Patrzę na nią przez grzywkę, którą za jej namową zapuściłam tak, że zasłania mi oczy. Podobno wyglądam z nią bardziej punkowo. Przyglądam się jej różnokolorowym oczom. Przyglądam się jej tlenionym, pierzastym włosom stanowiącym antytezę króliczkowych fryzur, przyciętym niesymetrycznie, a miejscami nawet wygolonym. Przyglądam się woalce, która wyznacza granice nie tylko tym odważnym, którzy spróbują ja przekroczyć, lecz także całej reszcie. I dociera do mnie, że ona nigdy nie założyłaby mitenek w kształcie kociaków ani sukienki z kołnierzykiem w stylu Piotrusia Pana. Nigdy nie powiedziałaby: „Masz śliczną sukienkę”, gdyby cholernie jej się nie podobała. Nigdy nie zapytałaby: „Jak się masz?”, gdyby nie obchodziło jej twoje samopoczucie. Nigdy nie zjadłaby lawendowej babeczki o smaku perfum ani nie użyłaby perfum o zapachu babeczki. Nigdy nie posmarowałaby ust balsamem w celach kosmetycznych. Nigdy nie sięgnęłaby po niego, gdyby jej usta nie były bardzo, ale to bardzo popękane. A nawet gdyby istotnie takie były, potraktowałaby je Groźną Damą, jak nazywa swoją szminkę w jaskrawym, czerwono-niebieskim kolorze, który wygląda na niej surrealistycznie pięknie, ale mnie przeobraził w wariatkę, kiedy ją wypróbowałam. Jej perfumy roztaczają woń deszczu i dymu, a jej makijaż oczu przeraża małe dzieci. W dodatku nosi buty na platformach, mimo że jest co najmniej pięć centymetrów wyższa ode mnie, dziwoląga. Dlaczego? Ponieważ życie jest od nas krótsze, jak mawia. Po co więc się ograniczać.

— Nienawidzę ich, to fakt — mówię cicho. — Powinnam więc odmówić. To znaczy… co twoim zdaniem powinnam zrobić?

Słaby zapach śmieci unosi się wraz z ciepłym powietrzem końca dnia. Przez moment się jej przyglądam, ale przywdziała na twarz maskę. Zapala papierosa. Wbijam wzrok w swoje nogi w nijakich, czarnych dżinsach.

Po czasie, który wydaje mi się nieznośnie długi, kiedy wiatr wprawia w szelest liście na jej jaworze, gwałtowny podmuch na moment zapiera mi dech, przypominając o bliskiej odległości oceanu, którego nigdy nie widziałam — oczywiście w przeciwieństwie do Króliczków, jako że jedna z nich ma SUV-a marki Mercedes, więc jeżdżą tam w weekendy i robią sobie zdjęcia ubrane w retro stroje kąpielowe w stylu Esther Williams, całe w skowronkach brodzą wśród białych fal, trzymając się za ręce.

— Powinnaś iść, jeśli chcesz — odzywa się Ava.

— Słucham? Nie chcę iść.

— Ale też nie chcesz wyjść na nieuprzejmą, zgadza się? To kobiety z twojego wydziału.

Świdruje mnie wzrokiem tak długo, aż spuszczam oczy.

— Ty nie masz pojęcia, jak to jest być z nimi na zajęciach. Być z nimi na Warsztatach. Może w tym roku próbują się wysilić. No wiesz, na miły gest czy coś w tym stylu.

Prycha.

— Mówię poważnie. A jeśli je zlekceważę, na pewno…

— Co? Powiedz, co takiego mogą zrobić.

Wspominam zeszły rok. Jak przyglądały się każdej zaprezentowanej przeze mnie historii, jakby to było dziecko, które właśnie pokazało im środkowy palec, a potem zerkały na siebie z ukosa przez długi czas.

„To bardzo… gniewne”, wyrokowały w końcu.

„Tak. Zgryźliwe. Jak dla mnie?”

„Dokładnie. Takie jakby pławienie się we własnej odmienności? We własnej szorstkiej narracji? Oczywiście, to tylko moje zdanie. (Przelotny przepraszający uśmiech). Niemniej. Życzyłabym sobie większego otwarcia”.

— Posłuchaj, wpadnę tam gdzieś na godzinę — mówię. — Maks. Tylko żeby się pokazać.

— Jak chcesz.

— Wyślę ci zdjęcia ich mieszkania, żebyś mogła się przekonać, jakie jest ohydnie cukierkowe.

Kiwa głową.

— Jasne.

— Możesz iść ze mną, jeśli chcesz — rzucam bez przekonania.

— Daj spokój, Śpioszku. Nawet wszystkie pieniądze tego świata nie skłoniłyby mnie do wzięcia udziału w ich przyjątku. A skoro już o tym mowa, nie ociągaj się. Pędź w podskokach.

— Niedługo wrócę. Może jeszcze przed północą. Tak czy inaczej, napiszę do ciebie.

Nie odzywa się, a jedynie marszczy czoło, patrząc na otwartą książkę, jakby ta stroiła sobie miny, pokazując jej język.

— Hej — woła chyba, kiedy zaczynam schodzić po drabinie, ale kiedy spoglądam w górę, nie patrzy na mnie.

Nie odwraca wzroku od swojej książki. Ponownie zrywa się wiatr, wertując kartki, obracając je w jedną i w drugą stronę, ale ona nadal czyta, jakby w ogóle nie straciła wątku.

 

 

 

4.

 

 

 

 

Jak długo stałam pod jej drzwiami frontowymi, wgapiając się w tulipanopodobny kwiat, który narysowała obok mosiężnego dzwonka, i zamaszyste litery układające się w jej prawdziwe imię i nazwisko? Wystarczająco, aby niebo pociemniało. Ulica zaczęła roztaczać słodszy zapach. Cienie straciły na objętości i wyhodowały sobie zęby. Słyszę doskonale wyćwiczony kobiecy śmiech dobiegający z okna na piętrze. Przestępuję z prawej na lewą nogę. Odwracam się. Jeszcze nie jest za późno, żeby zawrócić i pooglądać rodzinę szopów zjeżdżających po rynnie Avy, jak to mają w zwyczaju każdego wieczoru. Pokibicować temu małemu, który zawsze boi się spuścić w dół. „No dalej, maluchu — powtarzamy zawsze Ava i ja, wnosząc ku niemu nasze drinki. — Odwagi. Dzielny bądź”.

Tutejsze sąsiedztwo jest obscenicznie pięknie. Nie mogę się powstrzymać przed rozglądaniem, kiedy tak stoję na marmurowych schodach strzeżonych przez kamienne gryfy z rozwartymi dziobami gotowymi do krzyku. Rząd okazałych domów, baldachim liści dostojnie pochylonych drzew. Jedynie przecznicę od kampusu, nieopodal kuriozalnej w swej wytworności ulicy pełnej bistro oferujących szampana na kieliszki, kawiarni serwujących cortado z piankowymi dziełami sztuki, które popija cały wydział, i sklepów sprzedających soki tłoczone na zimno oraz organiczne przysmaki dla psów. W przeciwieństwie do mojej ulicy, która wonieje moczem smutnego faceta, jej ulicę spowija aromat jesiennych liści.

Stoję tak, z palcem zawieszonym nad dzwonkiem, kiedy śmiech przeobraża się w piekielne odgłosy. Cztery charakterystyczne piski. Naciskam dzwonek, nie dlatego, że chcę, ale ponieważ robi się zimno, a po pewnej godzinie to miasto, nawet w sąsiedztwie Babeczki, staje się niedorzecznie groźne. Nie muszę spoglądać w górę, aby wiedzieć, że w oknie na piętrze, z falującymi białymi firankami po bokach, pojawiają się nagle cztery głowy. Cztery głowy naszpikowane białymi, ortodontycznie wspieranymi zębami. O włosach tak lśniących, że oślepiają, kiedy patrzy się prosto na nie, niczym zaćmienie. Mój telefon wibruje, informując o nadejściu wiadomości z nieznanego numeru. Emotikon przedstawiający małpę zasłaniającą sobie oczy rękami. Myślę sobie: „Powinnam spadać, powinnam spadać, powinnam spadać”. Ale nie ruszam się z miejsca. I czekam. Czekam tak długo, że niebo robi się jeszcze ciemniejsze. Słodki zapach ulicy zyskuje nutę zgnilizny. Z pobliskiego luksusowego drzewa spadają liście, a ja je liczę. Jeden. Dwa. Trzy.

 

 

 

5.

 

 

 

 

Spoglądam w oczy tej, którą nazywam Babeczką. Ponieważ wygląda jak babeczka. Ubiera się jak babeczka. Pachnie cytrynowymi wypiekami. Ładniutka jak lukrowe esy-floresy. Nie te koszmarne, w kolorze leśnej zieleni i rażącego błękitu z supermarketu, ale pastelowe, widywane na ślubach albo eleganckich wielkanocnych spędach. Przypomina babeczkę do tego stopnia, że kiedy podczas zapoznania ujrzałam ją po raz pierwszy, miałam wielką ochotę ją zjeść. Wgryźć się w jej białe ramię. Wbić widelec w jej policzek. Dzisiejszego wieczoru ubrana jest w modrą sukienkę w wijące się białe chmury oraz jeden z swoich licznych odpowiednio dopasowanych kardiganów. Blond włosy świeżo potraktowane prostownicą. Usta lśniące, lecz niepodkoloryzowane, ponieważ „szminki są dla dziwek, Króliczku”, jak powiedziała kiedyś, a ja nie byłam pewna, czy żartuje, czy jest śmiertelnie poważna. Na szyi błyszczące perły, których nigdy nie zdejmuje. Często pociąga za nie delikatnie podczas Warsztatów, kiedy prezentuje na głos efekty swojej pracy — ostatnio były to post­feministyczne dialogi prowadzone między nią a najróżniejszymi kuchennymi akcesoriami.

Zakładam, że powita mnie tak jak zwykle, jakbym była nieszczęsnym skrawkiem szarego nieba, przed którym powinna szybko się ukryć, albo wysokim, nieco schorowanym drzewem o nagich gałęziach, których widok gorszy, zasmuca, przeraża. Zwykle, kiedy zauważamy się na korytarzu albo na terenie kampusu, szczelniej okrywa się swoim swetrem godnym samego Christophera Robina i mocniej przyciska do piersi swoje książki. Aha! Zdaje się, że zanosi się na deszcz. „Och, cześć, Samantho”, mówi, rozglądając się za czymkolwiek, co mogłoby wybawić ją z opresji. Za słupem telefonicznym. Komarem, którego widzi tylko ona. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, czym zasłużyłam sobie na takie traktowanie przez Babeczkę. Może wyczuła mój głód podczas naszego pierwszego spotkania i, co zrozumiałe, postanowiła trzymać się na dystans.

Ale tego wieczoru Babeczka uśmiecha się do mnie. Jej białoróżowa twarz się rozpromienia.

— Cześć, Samantho!

Jakby mój widok autentycznie wprawił ją w zachwyt. Jakbym była kardiganem w kolorze klejnotu. Pierwszym wydaniem Szklanego klosza. Marcepanową wiewiórką. Fryzjerką, która dokładnie, ale to dokładnie wie, jak zadbać o jej złotego pazia, idealnie podkręconego do środka.

— Tak się cieszę, że jesteś. Króliczki! Patrzcie, kogo my tu mamy! Przyszła!

 

Ujmuje moją dłoń — naprawdę ujmuje moją dłoń — i prowadzi mnie do swojego gigantycznego salonu, który ­wygląda dokładnie i niedokładnie tak, jak go sobie wyobrażałam. Mnóstwo miękkich, puchatych, milusich tkanin. Bardzo, ale to bardzo wysoki sufit. Biały kominek, w którym ustawiła wazon pełen delikatnych, różowych kwiatów. Wszystkie siedzą przy skąpanym w blasku świec niskim stoliku, jakby czekały na gości. Upiorna Lalka aka Kira. Nowelka aka Victoria. I oczywiście Księżna, która w innym życiu jest po prostu Eleanor. Po drodze wyobrażałam sobie najróżniejsze koszmarne scenariusze tego, co mnie czeka. Bałam się, że zastanę je nagie, rozłożone na cudacznych meblach z Alicji w Krainie Czarów. Albo w pastelowej bieliźnie, wachlujące się erotykami Anaïs Nin. Masujące się nawzajem do muzyki Stereolab. Dziwne, choć błyskotliwe porno wyświetlane na jakimś potężnym ekranie. Manifesty seksualności z lat siedemdziesiątych odczytywane do pastelowych wibratorów jak do mikrofonów. Piętrowa patera z babeczkami o tematyce erotycznej. Sama nie wiem. Zamiast tego siedzą w kole, jak na Warsztatach, ubrane jak zwykle, trzymając na kolanach swoje notebooki jak torebki. Zwykle, kiedy wchodzę na Warsztaty, rzucają mi wymuszone cześć, nieznacznie unosząc górne wargi, przez co, kiedy siadam, czuję się jak złowieszcza mgła zasnuwająca salę. Ale tym razem wszystkie na mnie patrzą i uśmiechają się tak, jakbym była słońcem. Uśmiechają się całymi ustami i oczami.

— Samantho! — wykrzykuje Upiorna Lalka. — Dotarłaś. A już myślałyśmy, że zabłądziłaś czy coś.

Zabłądziłam? Spoglądam w bursztynowe oczy tej, którą nazywam Upiorną Lalką. Przypomina upiorne lalki w aksamitnych sukienkach, o których marzyłam w dzieciństwie, z oczami jak pięć złotych, krwistoczerwonymi lokami à la Shirley Temple i różowymi usteczkami ułożonymi w małe „o!” w podziwie dla świata. Pisze baśnie o demonicznych dziewczynach, wilkołaczych książętach, milutkie fantasmagorie z jej rodzinnego New Hampshire. Kolekcjonuje zabytkowe maszyny do pisania, o których opowiada, że każda z nich ma własną „duchową energię”, a ona tchnie ją w swoje historie, kiedy pisze, z odchyloną w tył głową i zamkniętymi oczami. Jest najprawdziwszym pieszczoszkiem pozostałych Króliczków. Niczym kot zwija się na ich obleczonych spódnicami kolanach. Mruczy, kiedy ją głaszczą, i syczy, kiedy przestają. Przemawia głosikiem dzieci z horrorów. Słyszałam jednak, jak obniża go o jakieś pięć oktaw, kiedy sądzi, że jest sama. Spośród nich wszystkich to właśnie ona najczęściej rzuca mi towarzyskie koło ratunkowe w postaci przypadkowego trollowego emotikona albo wysłanego w ostatniej chwili zaproszenia do miejsca, w którym one już są.

Cześć, Samantho, Siedzimy właśnie nad bento. Śmiało wpadaj :)

Także ona jako jedyna z Króliczków podejmuje próby nawiązania ze mną rozmowy podczas wydarzeń towarzyskich. Podchodzi i zarzuca pytania jak małe, czepiające się mnie haczyki, a kiedy odpowiadam, kiwa głową i pomrukuje: „ekstra”, wodząc oczami w lewo i w prawo. Jak dziecko, które odważyło się zapukać do drzwi Boo Radleya, a gdy ten otworzył, nie jest pewne, co robić. Czy uciekać?

Niemniej jej złote oczy jarzą się teraz dobrą wolą. Zdecydowanie najbardziej obscenicznie piękna z nich wszystkich, najdziwniej seksowna. Wciąż nosi na głowie opaskę z uszami w lamparcie cętki, którą króliczkowe kumpele po pijaku wcisnęły jej na głowę w minione Halloween (widziałam zdjęcia na FB). Czarna sukienka w białe wzorki przedstawiające duchy z krwawymi plamami w miejscu oczu. Na pewno wie, że nie zabłądziłam. Przecież widziały, jak stałam przed drzwiami frontowymi przez dobre piętnaście minut.

Robi mi się gorąco w uszy. Usta zaczynają mnie mrowić.

— Mmm. Nie. Ja…

— Wcale tak nie myślałyśmy, Króliczku — wtrąca Nowelka.

Siedzi na szezlongu po lewej stronie Księżnej, pod lampą w kształcie łabędziej szyi rzucającą światło na jej kasztanowe warkocze. Nowelka, ich gorąca punkówa. Najbardziej bezceremonialna z Króliczków. Gustowna sukienka zestawiona z glanami, nieuczesane włosy, rozchylone usta, które nigdy się nie zamykają. Chmurne, szare oczy jak jedno wielkie „pieprz się”. Pisze, żeby szokować. Egzystencjalne nowelki o księżniczkach Disneya uczestniczących w krwawych orgiach, o zdziczałych dziewczynkach w ciałach dorosłych kobiet krążących na czworakach po dnie beckettowskiej studni umysłu, przeżuwających kawałki lalek Barbie. Najczęściej sprawia wrażenie skutej, jakby niezmiennie spowijał ją opiumowy dym. Musiała być baleriną w innym życiu, zanim odeszła od drążków i odkryła sztukę konceptualną oraz pozycję zgarbioną. Wbrew przeźroczystej, znaczonej niebieskimi żyłkami urodzie, która Avie kojarzy się z czaszkami, a mnie z epoką wiktoriańską, od pewnego czasu ubiera się jak upiększony cukierek. Kiedy jednak poznałam ją podczas naszej pierwszej imprezy powitalnej dla studentów kierunku literacko-artystycznego, była kolejną dziewczyną w dżinsach i kracie, z plastikowym kubkiem wina w dłoni, który trzymała tak, jakby nigdy wcześniej nie trzymała kubka. Pomyślałam wtedy, że możemy się zaprzyjaźnić. Podeszłam do niej na imprezie, kiedy jeszcze występowała solo, zanim została wessana do króliczkowego wymiaru. „Cześć”, powiedziałam. „Cześć”, odparła. I spojrzała na mnie z ­ogromną wdzięcznością. Prowadziłyśmy niezręczną rozmowę, którą na siłę przedłużałam, udając, że uwielbiam pilates. Wkrótce kiwałyśmy już tylko głowami, wypijając coraz pospieszniejsze, coraz większe łyki alkoholu, bełkocząc coś o zimach w Nowej Anglii, które podobno są bardzo zimne. Potem przeprosiła pod pretekstem konieczności udania się do toalety. Od tamtej pory za każdym razem, kiedy wywiewało nas w ten sam kąt imprezy, rozglądała się tak, jakby znalazła się w potrzasku. Zamykając przede mną wszystkie drzwi, jedne po drugich. Ale akurat teraz patrzy na mnie dokładnie tak samo jak tamtego dnia, kiedy podeszłam do niej pierwszy raz, a jej twarz wyraża nieme zaproszenie. „Wejdź, wejdź”.

— Przecież zastanawiałyśmy się przez moment, czy nie zabłądziła — upiera się Upiorna Lalka.

— Ty się zastanawiałaś — prostuje Nowelka, opierając delikatną dłoń na dłoni Upiornej Lalki. — Nie byłyśmy jednak pewne, czy przyjdzie. Ale oto jest. — Spogląda na mnie. — Oto jesteś, Samantho. — Posyła mi półuśmiech.

— Tak — mówi Upiorna Lalka. — Oto jesteś.