Królewskie igrzyska - Dorota Worobiec - ebook

Królewskie igrzyska ebook

Dorota Worobiec

0,0

Opis

Wirus drążący społeczeństwo miał ciało widoczne pod mikroskopem laboratoriów medycznych — COVID-19 — i duszę zbrukaną pseudodekalogiem narzucanym ludziom, których serca wystukują jeszcze cichnący, niemodny kodeks moralny istoty wciąż zwanej człowiekiem. Przełomowe momenty potrafią wyodrębnić „Electich” — wybranych, którzy poprzez swoją przemianę wewnętrzną poprowadzą innych ku szczytom ich własnych, często nieuświadomionych możliwości. Życie to igrzyska, jak pisze autorka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 370

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dorota Worobiec

Królewskie igrzyska

z dodatkiem specjalnym SOKRATES Z TORUŃSKIEJ ULICZKI

Wydanie pierwsze.

Wydanie oraz reklama książki są finansowane przez Gminę Miasta Toruń z Panem Prezydentem Michałem Zaleskim na czele

© Dorota Worobiec, 2021

Wirus drążący społeczeństwo miał ciało widoczne pod mikroskopem laboratoriów medycznych — COVID-19 — i duszę zbrukaną pseudodekalogiem narzucanym ludziom, których serca wystukują jeszcze cichnący, niemodny kodeks moralny istoty wciąż zwanej człowiekiem. Przełomowe momenty potrafią wyodrębnić „Electich” — wybranych, którzy poprzez swoją przemianę wewnętrzną poprowadzą innych ku szczytom ich własnych, często nieuświadomionych możliwości. Życie to igrzyska, jak pisze autorka.

ISBN 978-83-8273-323-5

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

*

Czy my jesteśmy skazani? Owszem, jeśli pozostaniemy ludźmi. Nie, jeśli przestaniemy nimi być. Jak, zapytacie? Nie mamy władzy nad naszymi ciałami, na zawsze są skazane na ludzkie słabości. Ale mamy władzę nad swoją duszą! Myślicie, że najstraszniejszą rzeczą w naszym nowym świecie jest promieniowanie albo chłód? Nie! To, co najstraszniejsze, tkwi w nas! Najstraszniejsza rzecz, która czyni człowieka człowiekiem, to dobro!

/Atomowy sen/

Niech Nowe Genesis ludzkości rzeczywistość i duszę ludzką czystą stworzy jak kryształ, w której przegląda się światło, już nie cierpiąc.

/Dorota Worobiec/

Serce człowieka może być układem zamkniętym, izolowanym bądź otwartym! Niech zawsze będzie tym ostatnim.

/Dorota Worobiec/

Od autorki

Wiadomość pędziła lotem pikującego wielkiego, posępnego ptaszyska… Moment lądowania oznajmiony straszliwym krzykiem rozsiał po całej Ziemi drobiny strachu przeszywającego wszelkie istnienie. Wirus drążący społeczeństwo miał ciało widoczne pod mikroskopem laboratoriów medycznych i duszę, którą można było zobaczyć gołym okiem, zbrukaną od lat nowym pseudodekalogiem narzucanym ludziom czującym inaczej, których serca wystukują ostatkiem sił cichnący, niemodny kodeks moralny istoty wciąż zwanej człowiekiem…

Trudne, przełomowe momenty życia społeczeństw i jednostek mają to do siebie, że potrafią wykreować prawdziwie bohaterskie postawy, wyodrębnić „Electich” — wybranych spośród nie tylko dorosłych, ale właśnie dzieci, które poprzez swoją przemianę wewnętrzną poprowadzą innych ku szczytom ich własnych, często nieuświadomionych możliwości. Życie to igrzyska… Jedni wychodzą z nich pokonani, inni ukazując w blasku zwycięstwa medale wywalczone w pocie czoła, bo oto pokonali nie tyle przeciwnika, co siebie samych, a to zwycięstwo największe, najważniejsze…

Dzieciom i dorosłym, naznaczonym marazmem szarej, niewiele mogącej codzienności, otwieram tą opowieścią szyb do kopalni skarbów życia wewnętrznego, duchowego, ukazując własną tożsamość każdej jednostki i wynikające z niej życiowe, często nieodkryte zadanie. Prezentuję też Biblię w świetle idącym jakby ze źródła dotąd nieznanego, niedostępnego dla tak wielu, jakim jest świadome zjednoczenie sacrum i profanum oraz odzyskana jedność wszelkich stworzeń i wydarzeń. Przedstawiam przy tym w tej oto opowieści oraz w załączniku, również mojego autorstwa, drogie mi od urodzenia miasto — Toruń — wraz z pewną jego niezwykłą osobistością, zabytkami, obiektami, a także Ziemię Świętą… Przesłanie tej książki wznosi się ponad wszelkimi podziałami w postaci światopoglądu, przekonań, wierzeń, gdyż celuje i uderza w samo serce tarczy, w dziesiątkę… w to, co jedynie i ostatecznie czyni nas ludźmi i co może zostać zatracone lub ocalone…

Wyjaśnienia niektórych opisów, miejsc

Ożywiłam w tej książce, w drugiej jej części, moje Ponary, pałacyk i starą kuźnię, dawno upadłe w ruinę. Przywołałam echo roku 1976, kiedy jako czternastoletnia dziewczynka przeżyłam tam swoje jedyne kolonie — transformację życiową, pierwszą transformację, potem były inne, dużo bardziej dorosłe. Wydarzenia niezwykłe z Ponar są prawdziwe, nieco dodałam dla podkreślenia ważnego przekazu.

Opisy proroczych, duchowych, czy psychologicznych doznań we śnie i w stanie śmierci klinicznej bohaterki części pierwszej i bohaterów części drugiej są przeżyciami zaczerpniętymi z moich doznań ze stanów, jakie zostały dane człowiekowi, lecz których tak niewielu doświadcza, korzysta z nich — ja natomiast należę do tych szczęśliwców. Niektóre opisy przekazów duchowych w stanie snu są moimi własnymi w każdym słowie, w sensie dosłownym, wiernie oddane. Także przeżycie duchowe „matura z życia” u śp. Profesora z trzeciej części książki zostało przeze mnie doświadczone autentycznie.

Zapraszam do przeczytania wszystkich moich książek wydanych przez wspaniałe wydawnictwo Ridero I.T. Publishing, a także do lektury równie wspaniałego miesięcznika „Nieznany Świat”, publikującego i ceniącego bardzo moje doświadczenia, przeżycia, przemyślenia, co dla mnie jest ogromną radością i zaszczytem.

Moja twórczość była i jest zadaną mi życiową misją, za wypełnienie której dziękuję Bogu, moim Najbliższym oraz wszystkim, którzy byli i dalej są przy mnie, gdyż bez wzajemnej obecności i życiowego wsparcia to wszystko nie byłoby możliwe.

Włączam w akcję książki, w postaci nowego opiekuna klasy — Maćka M., mojego niezapomnianego wychowawcę z Torunia z klasy VIII E, Pana Edwarda M., dzięki któremu, po pewnym ciosie zadanym przez życie w wieku lat kilkunastu, mogłam na nowo poczuć się ważna, dobra, wspaniała, zdobyć bardzo dobre świadectwo na koniec roku, jakie zawsze wcześniej miałam przed ww. policzkiem od losu skierowanym w moją psychikę, w poczucie własnej wartości.

Dziękuję Krzysiowi J. — „Bou” z kanału Czas Po Deszczu ASMR — za piękną inspirację w scence z bramkami w pierwszej części książki.

Oddaję w dodatku specjalnym należny hołd i podziękowanie legendarnej, pełnej mądrości umysłu i serca postaci Torunia, nauczycielowi matematyki — Panu Kazimierzowi J.

Wielkie ukłony i podziękowania w stronę Czcigodnych Ks. Biskupów Diecezji Toruńskiej za miłą korespondencję, docenienie mojej osoby, za lekturę moich książek, wszelkie miłe słowa, za dar modlitwy. Szczęść Boże!

Dziękuję bardzo serdecznie Gminie Miasta Torunia za współfinansowanie wydania tej książki wraz z jej piękną reklamą.

Pan Michał Kadlec ze wspaniałego bloga Po Toruniu otrzymuje kolejne podziękowania za podarowanie pięknych zdjęć Torunia do tej książki i za profesjonalny tekst opisujący skrótowo to miasto.

Wreszcie dziękuję serdecznie wspaniałemu, niezawodnemu wydawnictwu Ridero I.T. Publishing za kilkuletnią owocną współpracę.

KSIĄŻKA DEDYKOWANA JEST DZIECIOM, MŁODZIEŻY, DOROSŁYM I TYM JUŻ SĘDZIWYM — KAŻDEMU! JEST PRZEZNACZONA DO WSPÓLNEGO LUB SAMODZIELNEGO CZYTANIA ORAZ DO PRZEPRACOWANIA JEJ TEMATÓW DLA WSPÓLNEGO DOBRA WSZYSTKICH LUDZI.

Misja mojego życia dobiegła końca, lecz dla mnie to tylko koniec pewnego jej etapu. Co będzie dalej? To wie jedynie Bóg, któremu ufam. /Autorka — Dorota Worobiec/

Część pierwsza

Wakacji tego feralnego roku miało nie być w ogóle, ewentualnie w formie bardzo okrojonej czasowo i naznaczonej wszelkimi ograniczeniami, zakazami, przykazami, pozbawionej radosnej beztroski, swobody. Dziecięca wrzawa zalewająca place zabaw, parki, plaże, korowody wycieczek, wszelkie zapachy lata, w tym zapach owoców, lodów, kwiatów, trawy, flesze aparatów upamiętniających turystyczne przeżycia, zdobyte szlaki i szczyty górskie, morskie kąpiele, wodorosty, muszelki, kamyki, ciała ucałowane brązowym dotykiem magicznych promieni, żeglowanie po urokliwych jeziorach, kolonie, obozy, wczasy, pociągi mknące po szynach na spotkanie z przygodą, stragany z pamiątkami, ogniska w lesie, biesiady na plaży do białego rana, kawiarenki napełnione po brzegi… Gdzież to wszystko zostało?! Pośród wspomnień jedynie, wspomnień sięgających ubiegłego szczęśliwego jeszcze roku, jeśli obecne czasy szczęśliwymi nazwać w ogóle się da, jeśli ktoś w ogóle ośmieli się tak je nazwać!

Na co liczył świat?! Jak bardzo pewny siebie trwał bezkarny, bezczelny?! Odważny?! Dlaczego aż tak splugawił imię człowieka?! A nade wszystko, jakim prawem splugawił imię Boga?! Imię Ziemi?! Na co liczył ten świat?! Ile nienawiści, zawiści, zazdrości, wyroków śmierci, samobójstw, zadanych tortur fizycznych i psychicznych, ile cudzego cierpienia, bólu i strachu, ile pogwałceń wszelkich możliwych pisanych drukiem i wystukiwanych uderzeniami serca kodeksów moralnych, wystukiwanych coraz słabiej, coraz ciszej, bo serca obrośnięte zastygłym betonem znieczulicy wszechczasów doskonale tłumią takie dźwięki, ilu ludzi zabitych ciosem spojrzenia, ośmieszenia, ciosem słowa, drwin i niesłusznych oskarżeń, ile przemilczanego dobra z czyjejś strony, ile złamanych życiorysów, ile przyzwolenia na zło, ile zaniechanych gestów pomocy, ile lichwy podczas gdy gdzieś ktoś prosił jedynie o kromkę chleba, kubek wody, jedną szatę, dobre słowo i skromny dach nad głową, czy może o pracę?! Ile trzeba było mieć buty, pychy, ile zadufania w sobie i poczucia bezkarności?! Aż pękły niebiosa, bo dalej zwyczajnie się nie dało! A niebiosa wołały! Ostrzegały! Tylko dla kogo w tych czasach znaczy coś Jezus, Maryja ze swoimi orędziami? To przedmiot drwin, to temat niewygodny, to jak wyrzut sumienia zasypanego, niczym bijące źródełko, piaskiem! To temat dla bardzo leciwych już babć i dziadków! Ale Kościół? No cóż… „Ale Kościół!” — tak określało się działanie, wypowiedź, postawę kogoś, kto niósł swym życiem światło! Być dobrym, porządnym i wierzyć w Boga to przecież żenada! Powstał w naszym współczesnym świecie nowy alfabet, to umowna klawiatura komputera z dziwnymi znakami, obcy język zła, alfabet szatana, a każdy wyraz wystukiwany na niej brzmi metalicznie i chłodno, jak uderzenia narzędzia zbrodni, jak niemy krzyk ofiary…

Świat po straszliwej wiadomości o pandemii na moment zamilkł, potem zdawał się być posypany siwym pyłem, jakby pokutnym popiołem, słońce świeciło dziwnym przytłumionym blaskiem, przyroda na przekór wszystkiemu wyrywała się do ludzi oszałamiającymi zapachami, które nie znajdowały spragnionych ciał, wokół których mogłyby się okręcić, podarować siebie. W obłędzie wirowały niczym perfumy z rozbitej butelki, szukając daremnie celu, zaś spragnione tychże cudownych woni nosy tkwiły rozpłaszczone na szybach okien cichych domostw, które stały się twierdzą ochronną i więzieniem w jednym. Jedynie oczy, którym tak bardzo żal było, patrzyły lekko wilgotne od zabłąkanej łzy, w której niczym w magicznym zwierciadle odbijało się zeszłoroczne lato. Nie zabrzmi ostatni szkolny dzwonek, do pierwszej komunii świętej nie przystąpią tysiące dzieci, Pan zdawał się stać zadziwiony z pełnym kielichem na środku pustych świątyń, bo oto Jego Mistyczne Ciało zostanie tak bardzo zmniejszone, skurczone czasowo o nieskończone tysiące komórek tworzących Świętą Tkankę… Odwołane przyjęcia w lokalach, niewysłane zaproszenia, białe szatki i całe wyposażenie zamknięte w szafach niczym w więzieniu…

Małe dłonie Mariki dotykające gładkiej, chłodnej, drewnianej powierzchni eleganckiej szafy w pokoju stołowym zdawały się chcieć zaczarować zamkniętą tam szatkę, wianek, buciki, cały ekwipunek, by jednak coś się stało i jej pierwsza komunia święta się odbyła. Wiedziała jednak, że po ludzku to niemożliwe. Więc może chociaż we wrześniu! Może stanie się cud i papież Franciszek wyprosił już pod Cudownym Krucyfiksem ratunek dla ludzi, dla świata… Bo ludzie jakoś nie padli na kolana ani nie ukorzyli się, nie uznali swych win, błagając o ratunek. Kiedyś, przed laty, w dawnych czasach ludzie byli przecież prości, nie posiadali właściwie żadnej wiedzy względem dzisiejszej, ale posiadali bojaźń Bożą, skruchę, skromność, których to całkowicie zabrakło w tym naszym świecie. W świecie okrucieństwa, zła, znieczulicy, świecie rozpusty, egoizmu, nienawiści, świecie, który wykpił Boga! Nikt nie słuchał Maryjnych objawień, wyśmiewano je, podobnie jak wyśmiewano ludzi wierzących. Kościoły świeciły coraz większymi pustkami, wierni dokonywali apostazji, a jako przyczynę, czy raczej jako wymówkę, podawali fakt, że księża są niegodni, źli, jakby rzeczywiście chodziło o nich wszystkich, nie o wybrane przypadki, jakby o mojej wierze stanowić miało to, czy drugi człowiek jest w porządku, czy nie. Jakby chleb kupiony w piekarni, w której sprzedaje niegodny, niemiły ekspedient, smakował gorzej lub miał inny skład niż ten z piekarni obok, gdzie sprzedawca wraz z chlebem rozdaje ludziom dobre słowo i uśmiech życzliwości! Jakby niesprawiedliwy nauczyciel dawał mi prawo do zaprzestania dalszej edukacji, a zły pracodawca był powodem zaprzestania poszukiwań nowej pracy, zdrada przyjaciela z kolei hasłem, by nigdy więcej nie otworzyć się na przyjaźń. Teraz najciekawsze, choć powinno być wykpione, bo pochodzi z objawień Maryi. To nie drugi człowiek krzywdzi, nęka, ośmiesza, zabija, odbiera prawo do godnego życia, to szatan działający w nim, potrząsający nim jak marionetką! Ten brat, ta siostra twoja, którzy tak cię plugawią, godni są wielkiego współczucia, litości! Ale ty tego nie widzisz, nie rozumiesz, nie możesz pojąć i odpowiadasz złem na zło, żądasz ukarania, satysfakcji, bo nie masz siły ani ochoty tego znosić, bo ciebie to boli, obraża, depcze twą godność — i masz rację, tak się nie da żyć, tylko że nie drugi człowiek uczynił ci tyle zła, ale szatan działający w nim! Twój zatracony bliźni to nędzna, żałosna marionetka… Czy zdołasz wyrwać krzyżak z linkami z rąk poruszającego marionetką i sprawić, by zagrała inną rolę w życiu twoim, życiu innych ludzi czy wreszcie dla samej siebie?! By zdążyła pozostawić po sobie w naszym wspólnym Drzewie Życia ludzkości godny sęk po własnej gałęzi?!

Echo pięknych pieśni wyuczonych na katechezach i na próbach wielkiej uroczystości zdawało się ginąć w niepamięci, jakby świeży cios, potężny cios miał moc je uciszyć, rozwiać we mgle…

Dziewczynka niby w jakimś półśnie wyszła z domu na ostre dość tego dnia słońce i zaklinała rzeczywistość, a łzy z powodu jego zbyt intensywnego blasku zalewały jej oczy. Czy rzeczywiście tylko z tego powodu? Szła do toruńskiego parku, tego samego, w którym jeszcze nie tak dawno bawiła się z rówieśnikami… Szła, by usiąść na ławeczce pod starymi drzewami, wiekowymi niczym pomniki, w korze których czas rzeźbił historię, opowieść o ich mieście, o kolejnych pokoleniach. Tam wbiła wzrok w ziemię, potem patyczkiem rysowała znaki, których sama nie rozumiała, a czas mijał. Marika przesiedziała tam aż do obiadu. Potem wstała ciężko i ruszyła do domu.

Na parkowej alejce coś leżało… Dziewczynka lubiła skarby, tajemnice, więc jej smutne serce zabiło mocniej na ten widok. Co to?! Małe dłonie trzymały brązową plecionkę z naturalnego jakby łyka. Pośrodku tej niby-bransolety było ogromne, zielone, przezroczyste oko, z kamienia jakiegoś pewnie, i zachodziły na nie miniaturowe gałązeczki z zielonymi listkami. Plecionka miała zapięcie, była rzeczywiście bransoletą! Ale jaką dziwną! Magiczną! Czarodziejską!

Marika z sercem w gardle pomyślała, że to… prezent od drzewa, pod którym siedziała, bo kiedy się odwróciła, ujrzała, że przedmiot leżał w zasięgu jego najdalej wysuniętych potężnych gałęzi. Nocą przyszedł sen. Stare drzewo ożyło, jej pościel szeleściła, długie sękate ramiona pokryte korą delikatnie dawały jej znak, nad nią szumiała gęstwina liści, zaś drewniana dłoń wręczyła jej dziwne klucze. Drzewo w tym śnie było przeogromne, większe niż w rzeczywistości, jego korona sięgała niebios wysokich, aż ginęła w nich za dziwną mgłą. Zacisnęła mocno dłoń, mocniej, jeszcze mocniej, potem silny, magnetyczny, wręcz czarodziejski wiatr wrzucił ją do zwykłej szarej rzeczywistości. Dłoń miała wciąż zaciśniętą, tylko zamiast kluczy ściskała magiczną bransoletę. Nie pokaże jej nikomu, nikomu! To jej skarb i musi rozszyfrować, co znaczy.

Wiedziała już, że bransoleta stanowi klucz do czegoś bardzo ważnego, być może do jakiejś tajemnicy. Dziewczynka dostała nawet rumieńców na twarzy, w pędzie zjadła rano śniadanie i szybko wybiegła z domu, zabierając ze sobą białą maseczkę na usta i nos, w razie gdyby ktoś zapytał, dlaczego tak beztrosko biega sama po parku w takim czasie. Zaraz wróci, ale musi tam być! Musi obejrzeć drzewo i porozmawiać z nim! Musi pojąć, dlaczego ją obdarowało, i zapytać o te klucze.

Zdyszana stanęła pod swoim darczyńcą i zadała pytanie, a drzewo opowiadało, opowiadało, opowiadało szumem gałęzi lekko obciążonych młodymi, pachnącymi listkami. Marika spała na ławeczce, tak ją uśpił ten szum — mowa drzewa. Szła teraz w swojej komunijnej szatce po dziwnej eterycznej łące z niebieską trawą, szumiał krystaliczny strumyk i opowiadał, opowiadał, zupełnie jak jej drzewo!

— O czym śpiewasz, o czym mówisz, strumyku — zapytała.

— O zdroju żywej wody, której — gdy się napijesz — więcej nie będziesz pragnąć.

— Daj mi tej wody, strumyku!

Z krystalicznej cieczy ukształtowała się natychmiast eteryczna, piękna, smukła dłoń, nabrała w swe zagłębienie trochę płynu i podała Marice. Dziewczynka wzięła łyczek i poczuła się jakby wypiła zapas wody na całe swoje życie, a przecież to były tylko krople! Podziękowała strumykowi i podeszła do swojego drzewa, które rosło teraz w zupełnie innym miejscu, samotnie, na łące z niebieską trawą, a przez dziurę w murawie widać było malutką Ziemię! Naszą Ziemię! A więc umarłam! — pomyślała Marika.

— Dobrze, że jesteś, pozwólcie dziatkom przychodzić do mnie…

— Cooo?! Tak mówił… Tak mówił przecież sam Jezus!

— Jesteś zdziwiona? Tak! Bardzo! Dlaczego mówisz do mnie słowami Jezusa?

— Mam takie prawo — odpowiedziało drzewo.

— Ty?! Drzewo może przypisywać sobie słowa Zbawiciela?!

— Drzewo najbardziej ze wszystkich stworzeń ma do tego prawo!

— Dlaczego?!

— Na drzewie umarłaś i na drzewie odzyskałaś życie.

— Ja?!

— Ty i wszyscy ludzie wszystkich możliwych epok: przeszłych, obecnych i przyszłych, ponadczasowo.

— Ale to nie ja! Nie ja umarłam w Raju!

— Ty, ty umarłaś na drzewie w Raju i ty odzyskałaś życie na Drzewie Krzyża. Ty, zapisana ponadczasowo, genetycznie w rodzaj ludzki, z którym stanowisz nierozerwalną jedność.

— Więc ty, moje kochane drzewo, jesteś jakby tym samym, na którym to wszystko się stało najpierw w Raju, potem na Golgocie, bo też posiadasz ten sam zapis genetyczny ze wszystkimi drzewami świata wszystkich czasów i to, co się stało z jednym drzewem, stało się jednocześnie ze wszystkimi na zawsze, tak?

— Mądra dziewczyna.

— Więc wszystkie drzewa świata były najpierw jakby wyklęte i potem na zawsze uświęcone?!

— Mądra dziewczyna.

— I gwoździe, i ciernie też!

— Tak, one także.

— Mówisz do mnie słowami Pana, ale Jego tu nie ma, prawda?

— Jest, jest — wyszeptało stare drzewo.

— Nie widzę!

— Podnieście kamień, a Mnie tam znajdziecie. Rozłupcie drzewo, a jestem tam. Albowiem jak w ogniu i w wodzie, tak w każdym żywym stworzeniu jest Bóg objawiony jako życie i jego istota — opowiadało drzewo. A może Bóg?

— Pokaż mi Go! Pokaż, proszę! Daj mi Go!

Marika ocknęła się, powtarzając słowa: daj mi Go, daj mi Go… Nasza pierwsza komunia, jeśli w ogóle się odbędzie, to wczesną jesienią, no może późnym latem, ale to do mnie jakoś nie przemawia. To nie o to chodziło drzewu!

Marika, myśląc, że nie ma innego wyjścia, podzieliła się swoim sekretem z koleżanką Paulą — drobną, obciętą na chłopaka dziewczynką z wielodzietnej rodziny, trochę zagubioną, trochę zmanierowaną przez tych, którym starała się przypodobać. Marika nie wiedziała, że kiedy Pan mówi, to mówi do nas osobiście, i to my winniśmy Go słuchać, rozważać w swoim sercu jak Maryja, a nie wystawiać na widowisko. Koleżanka bardzo szybko zrobiła z dziewczyny i jej pięknej tajemnicy pośmiewisko, a filmik z komicznymi wstawkami o drzewie obiegł rozbawione towarzystwo rówieśników.

Nawet w dobie światowej tragedii nie zaprzestano kręcić filmików ośmieszających bliźniego! Szydercze wideoklipy na ulicy, w tramwaju, w autobusie, upokarzające rówieśników i ludzi dojrzałych, takich coś sobą reprezentujących i tych niewiele znaczących w ocenie współczesnej młodzieży, ośmieszające kaleki i dziadków, małe dzieci, jednym słowem brukające bliźniego! Trzeba być albo okrutnym do granic wykraczających poza wszelkie schematy postrzegania, albo tak głupim lub tak odważnym, albo też do końca zawładniętym przez szatana. Marika była naiwna i pożyczyła koleżance swoją cudowną bransoletkę na jedną dobę. Potem i bransoletka miała własny filmik ośmieszający ją — rzecz jasna — i prezentujący magiczne zaklęcia względem niej.

Sama bransoletka została wystawiona przez starszą siostrę Pauli na Allegro i wyceniona wysoko ze względu na walory ozdobne. Licytowano ją, a Mariki nie było stać, by taką licytację wygrać. Jej kieszonkowe nie starczyłoby nawet na jej malutką część. Postanowiła zarobić na jej wykupienie. Przynosiła starym, chorym ludziom zakupy, wyrzucała im śmieci i czytała gazety, pomagała pospacerować trochę po mieszkaniu, lekko poćwiczyć, wyprowadzała psy, sprzątała kuwety po kotach, nakładała im jedzenie do misek, najchętniej jednak rozmawiała z tymi starszymi ludźmi i dla nich było to najważniejsze. Jednak sekretu swego nie zdradziła, a potem było jej wstyd wziąć pieniądze za opiekę i finalnie odmówiła przyjęcia zapłaty, bo taka była, bo za serce nie przyjmuje się zapłaty, bo serca się nie sprzedaje.

Pewnej nocy ujrzała swoją bransoletkę we śnie. Przybliżała się do niej jakby z jakimś przekazem. Po chwili wielkie, przezroczyste, połyskujące oko wyglądało niczym ekran, coś się w jego głębi działo i Marika skupiła się, ile sił, by to zobaczyć. Najpierw pojawia się rajskie drzewo ze swoim sławnym owocem, potem dłoń człowieka zrywa owoc… Za chwilę znów drzewo, jakby to samo w swym przesłaniu, tylko wyglądające inaczej. Znów dłonie człowieka, które trzymają topór i — po długiej pewnie i ciężkiej pracy — ścinają je w konkretnym celu. Ścinają, jakby to było pierwotne rajskie drzewo. Chociaż nim nie było, to w sensie zapisu genetycznego i symboliki już tak! Za chwilę kolejne dłonie CZŁOWIEKA, które dźwigają belkę z tego drzewa wykonaną i położoną na ramieniu, potem kolejne, inne dłonie ludzkie, które do Drzewa Krzyża przybijają czyjeś stopy i dłonie, i jeszcze głos, co echem poszedł i wyrwał Marikę z tego stanu. A głos ten mówił, że od czasów raju drzewa zdawały się przeklęte, zaś od tego momentu są błogosławione, święte! Na krótką chwilę na zielonym ekraniku bransolety pojawiła się w przybliżeniu twarz Jezusa Chrystusa, zaś na samym końcu Jego oczy, potem jedno oko, które zajęło cały ekranik! W źrenicy Zbawiciela pojawiła się kula ziemska widziana jakby z Kosmosu, potem kroczący po niej człowiek i wszelkie stworzenie… Jednak kula ziemska była haniebnie przyozdobiona w koronę, w pewnym sensie cierniową, jak ta Jego! Miała na sobie koronę z wirusa! Święta źrenica zamknęła się, zawarła w sobie Ziemię, człowieka i wszelkie ziemskie stworzenie, a potem ten okrzyk… Wykonało się!

Marika usiadła cała mokra od kropli potu i przerażona. Musi odzyskać bransoletę! Musi! Tylko jak? Jeśli opowie prawdę, wyśmieją ją, a ona stanie się wrogiem i obiektem drwin już na zawsze. Więc co? Co pozostaje?

Czytała starszemu panu Tadeuszowi i jego żonie Stanisławie dzisiejszą prasę, ale jakoś jej nie szło.

— Co się dzieje? — zapytał dziadek Tadeusz, bo tak kazał Marice do siebie mówić, bacznie obserwując jej twarz. — Widać, drogie dziecko, że masz zmartwienie. Przyznaj to i opowiedz nam, jeśli chcesz, może wspólnie znajdziemy radę.

— Nooo… Nie wiem, to trudna sprawa, nie wiem…

— Ale my wiemy i ci pomożemy, tylko opowiadaj!

Po kilkunastu minutach w kuchni starszego, bardzo już leciwego właściwie małżeństwa zapanowała wielka cisza.

— Mówiłam, że to trudna sprawa… — zaczęła Marika.

— Może i trudna, a być może łatwa, zależy od punktu widzenia — odpowiedziała sędziwa pani Stanisława.

— Taaak? — Dziewczyna nie dowierzała.

— Widzisz, tak jak oni ciebie wzięli podstępem i sprytem, tak i my weźmiemy ich, ale w dobrej intencji, więc będzie to usprawiedliwione.

— Niby jak mamy to zrobić?

— Zostaw to nam, kochana!

Kolejnego popołudnia do dziadków przyjechał ich wnuk, dojrzały już bardzo mężczyzna, informatyk, który zarządzał mediami społecznościowymi i miał do zaoferowania ratunek z najwyższej półki.

— No cóż… Wygląda to na przywłaszczenie przedmiotu z premedytacją, a więc w pewnym sensie kradzież, a do tego naruszenie dóbr osobistych poprzez ośmieszenie, nękanie itd. No dobrze, zrobimy z tym porządek! — Piotr poprosił Marikę, by weszła na swój profil na Facebooku… Chwilę później setki znajomych i ich znajomi na Facebooku dostali ważną wiadomość o strasznym, nikczemnym czynie koleżanki dotyczącym bransoletki oraz ośmieszenia Mariki w Internecie i dręczenia. Osobiście nagrał filmik, w którym sam siedzi za biurkiem i czyni wykład, wyłuszczając rozległe strony przepisów prawnych obciążających winowajców oraz głosząc wykład moralny, którego nie powstydziłby się najlepszy fachowiec w takiej branży. Zobligował winną do zwrotu bransoletki, wycofania nikczemnego filmiku, publicznego przeproszenia Mariki i zobowiązania się, że nigdy więcej nie postąpi podobnie względem nikogo. Koleżance miało zostać darowane, jeśli wykona wszystkie polecenia pana Piotra i jeśli obieca — bez względu na światopogląd jej rodziców i jej samej — że przeczyta wyznaczone fragmenty Pisma Świętego dotyczące miłości bliźniego i opracuje swoje na ten temat przemyślenia, po czym umieści je na Facebooku. Jeśli tego nie zrobi, zostaną wyciągnięte daleko idące konsekwencje.

Koleżanka Mariki oszalała ze złości — cała szkoła wyśmiała i wyszydziła oraz skrytykowała teraz ostro na Facebooku właśnie ją, Paulę! Nagle już nie Marikę, ale Paulę! Bo taką moc ma mądre słowo poparte argumentami. Tylko mało komu chce się zająć czyjąś sprawą, pomóc, wyprostować ścieżki życia kogoś, kto pobłądził, i ścieżki tego pokrzywdzonego. Piotrowi zależało i się chciało. Wypowiedzi były setki, co jedna to mocniejsza, bo nagle wszystkich jakby olśniło! Bo znalazł się aktor poruszający linkami marionetek, które wyrwał z rąk szatana. Marika nie wierzyła własnym oczom, że oto nagle wszyscy są przeciwko Pauli, że ona sama jest bohaterką. Jeszcze tego samego dnia odebrała zapakowaną bransoletkę przekazaną jej przez starszego brata nieżyczliwej koleżanki.

Opracowanie tematu przez Paulę z pomocą jej rodziców

Z całą pewnością można stwierdzić, że Biblia (szczególnie Nowy Testament) to najpiękniejszy list miłosny Boga do człowieka.

Od wielu wieków jest ona niekończącym się źródłem inspiracji dla poetów i pisarzy.

Jej najpiękniejszym i najczęściej cytowanym fragmentem (zdaniem wielu osób) jest Hymn o miłości św. Pawła.

Poniżej znajduje się klika pięknych cytatów z Biblii na temat miłości:

Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie oddaje za przyjaciół swoich — J 15,13

Na to zaś wszystko przyobleczcie miłość, która jest więzią doskonałości — Kol 3,14

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą — 1 Kor 13,4

Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie miłuje nie zna Boga, bo Bóg jest miłością — 1J 4,7—8

Miłość niech będzie bez obłudy. Miejcie wstręt do złego, podążajcie za dobrem — Rz 12,9

Miłość nie wyrządza zła bliźniemu. Przeto miłość jest doskonałym wypełnieniem Prawa — Rz 13,10

Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość — te trzy: z nich zaś największa jest miłość — 1 Kor 13,13

Rozwinięcie

Paula wkleiła zdjęcie budynku szkoły i podpisała „szkoła”.

Wkleiła zdjęcie sali lekcyjnej i podpisała „klasa”.

Poniżej wkleiła zdjęcie całej swojej klasy, czyli uczniów, i podpisała „klasa” oraz umieściła zbiorową fotografię z uroczystości rozpoczęcia roku szkolnego przedstawiającą wszystkich uczniów ich niedużej szkoły. Podpis brzmiał „szkoła”.

Dalej napisała: „Jeśli zabrudzę i ośmieszę budynek szkoły, malując na jego murach obraźliwe hasła, to da się to zmyć, zamalować, przyjąć karę, obiecać poprawę i tego dotrzymać i na tym skończą się skutki mojego czynu. Podobnie jeśli zaśmiecę pomieszczenie klasowe, zniszczę ławkę, zdewastuję dekoracje, to wszystko da się sprzątnąć, pozamiatać, naprawić. Ale jeśli moim celem będzie drugi człowiek, to już zupełnie inna sprawa. Bo nawet jeśli przeproszę za ośmieszenie, za poniżenie, za obelgi i naprawię szkodę, zwrócę, co zabrałam, to na osobie skrzywdzonej, jeśli jest wrażliwa, sprawa ta może odcisnąć piętno nawet na całym przyszłym życiu, bo zwątpi w siebie, poczuje się nikim, więcej nie uwierzy nikomu, będzie bojaźliwa, działająca w stresie, podejrzliwa, nieufna, a może i odbierze sobie życie. Napis, jaki wymalowałam na bliźnim swoim czynem, swoim zamachem, nie zniknie pod wpływem wody czy proszku, rozpuszczalnika; śmieci wrzucone przeze mnie w piękne, lecz kruche naczynie jego ludzkiej godności nie znikną pod wpływem działania miotły i szmaty… Wiele pracy specjalistów, terapeutów, psychologów, czasem nawet lekarzy nie wystarczy nieraz na uleczenie takiej szkody, a wartościowa jednostka ludzka nosząca w sobie wielki potencjał, dary, talenty może już nigdy nie uwierzyć w siebie. Żyjmy zatem tak, byśmy wierzyli w siebie i w innych ludzi, lecz przede wszystkim tak, aby inni ludzie mogli wierzyć w nas i nigdy nie zwątpili”.

Paula z pomocą rodziców stworzyła ten tekst, który tak bardzo mówił o niej samej jako o… ofierze, którą sama była jeszcze rok temu! Czy dlatego tak bardzo, w ramach jakiejś źle pojętej zemsty, pragnęła odegrać się na kimś, na przykład na Marice i chętnie przyłączyła się do grupki wyśmiewających wrażliwość Mariki i jej doświadczenie duchowe?

Marika przyjęła publiczne i osobiste przeprosiny koleżanki oraz przeprosiny wszystkich, którzy ją wyśmiewali. Nie zwątpiła w siebie, miała szczęście zachować wiarę we własne siły oraz przekonania i po odzyskaniu bransoletki, w której zielonym kamieniu odbijało się niebo, podjęła dialog z Jezusem z krzyża. Bransoletkę teraz każdy oglądał, podziwiał, wspólnie zastanawiano się nad jej przesłaniem, przesłaniem od starego drzewa, i nikt już z tego tematu nie drwił.

— Wiesz, Mariko, tu w naszym Toruniu, a dokładniej w kościele św. Jakuba, mamy Cudowny Czarny Krucyfiks… — dziadek Tadeusz kontynuował swą wypowiedź. — Jeśli pójść tam w malutkich grupkach lub pojedynczo z powodu zaistniałej sytuacji i na kolanach błagać o litość nad ludzkością, to może być z tego wielka sprawa!

— Może o tym Jezus mówił do mnie z krzyża, jaki ujrzałam na zielonym ekraniku czarodziejskiej bransolety we śnie?!

— Kto wie, może tak! Mariko, jak wyglądała głowa Pana Jezusa w twoim widzeniu? Opowiedz nam.

— Normalnie, zwyczajnie, chociaż tak na wylot przeszywała mnie całą… Jezus miał koronę cierniową i otwarte usta, jakby prawdziwie mówił! Tak smutno zwisały mu włosy i tak smutno patrzył w dół, jakby na stojących pod jego krzyżem…

— Włosy?!

— Tak… A to takie dziwne?

— Ale jak te włosy wyglądały? Były namalowane, wyrzeźbione czy może takie jakby naturalne?

— Nooo… takie, jak mają lalki z prawdziwymi włosami, ciemne, długie, proste…

— I usta miał otwarte?!

— Tak, otwarte, dlaczego to dziwne?

— Bo widzisz, Mariko, ty widziałaś właśnie ten krucyfiks! Pójdziemy tam z tobą, zobaczysz i rozpoznasz go z pewnością!

Marika po wizycie w kościele św. Jakuba z dziadkiem Tadeuszem i babcią Stanisławą spacerowała teraz z nimi chwilę po toruńskim parku i zadzierała głowę w stronę koron zielonych drzew, bo drzewa to święte istoty.

— Mariko, uczyłaś się na przyrodzie o drzewach, prawda?

— Tak, ale nie wiem, co dokładnie babcia ma na myśli.

— Co robią drzewa, jaką odgrywają dla nas rolę poza swym pięknem i majestatem, poza owocami i kwiatami, drewnem i wszystkim, czym nas, ludzi, obdarowują? No pomyśl! Przecież wiesz… Co pobierają, a co w zamian nam oddają?

— Aaa! O tym babcia mówi! Pobierają dwutlenek węgla, a oddają czysty tlen potrzebny do życia!

— Bardzo dobrze! Drzewo Jezusa Chrystusa, na którym umarł, zabrało w Jego Osobie od nas wszelki „dwutlenek węgla”, wszelkie zanieczyszczenie rodzaju ludzkiego i oddało w zamian „czysty tlen” potrzebny do życia! Krzyż Jezusa Chrystusa to Drzewo Tlenowe! Kto wie — powiedziała babcia, rozglądając się po parku — może na jednym z tych drzew pokażą się źrenice, w których zamknięty rodzaj ludzki tkwi w najbezpieczniejszym słodkim więzieniu, uwięziony dla własnego dobra aż do skończenia świata…

NIECH NOWE GENESIS

LUDZKOŚCI RZECZYWISTOŚĆ

I DUSZĘ LUDZKĄ CZYSTĄ STWORZY

JAK KRYSZTAŁ, W KTÓREJ PRZEGLĄDA SIĘ

ŚWIATŁO JUŻ NIE CIERPIĄC

/DOROTA WOROBIEC/

DAR STAREGO DRZEWA W RAJU — OWOC O MOCY POZNANIA DOBRA I ZŁA — SŁODKI W SWYM SMAKU, GORYCZ SKUTKU SWEGO DZIAŁANIA ROZLAŁ W CIAŁA I DUSZE, ZAPISEM GENETYCZNYM UTRWALIŁ GO NA WIEKI /DOROTA WOROBIEC/

NIECH DAR INNEGO STAREGO DRZEWA SPRZED DWÓCH TYSIĘCY LAT — OWOC O MOCY ZBAWIENIA — BĘDZIE DOSTĘPNY DLA KAŻDEJ ISTOTY LUDZKIEJ NA ZIEMI I NIECH W TYCH CZASACH NASZYCH OSTATECZNYCH NIE ZABRAKNIE DŁONI GOTOWYCH GO ZERWAĆ /DOROTA WOROBIEC/

Wycieczka — pielgrzymka do Ziemi Świętej w intencji dziękczynno-błagalnej po czasie ograniczeń i przymusowego trwania w domach, po czasie obowiązujących odstępów między ludźmi i wszystkich temu podobnych niedogodności zyskała rangę najszczęśliwszego wydarzenia ostatnich miesięcy. Był początek lata, bardziej koniec wiosny, bo pierwsze dni czerwca, a śmiercionośny wirus przyczajony, czy może pokonany, dał spokój i życie wróciło w miarę do normy, choć nadal stosowane były pewne delikatne już teraz środki bezpieczeństwa i przewidywano niestety ponowny jego atak jesienią. Nieduży odrzutowiec zdawał się niecierpliwić, by wreszcie jakby wyrwany z niewoli ograniczeń poszybować w niebo ku szczęściu. Grupa pielgrzymkowa pochodząca z tej samej parafii składała się z osób w wieku bardzo zróżnicowanym, od ludzi starszych przez takich w wieku średnim, młodych aż po dzieci.

Pierwszy dzień pobytu miał być dniem wstępnego zwiedzania, zakupu pamiątek i wspólnej modlitwy dziękczynno-błagalnej w sprawie pandemii i w kwestii losów naszego polskiego narodu oraz całego świata. Tak też się stało i wieczorem zmęczeni, lecz szczęśliwi pielgrzymi oglądali pamiątki oraz dyskutowali pełni emocji nad przebiegiem tego tak owocnego dnia, podśpiewywali jeszcze radosne pieśni ze swej dzisiejszej trasy, po czym strudzeni zasnęli.

Dzień następny był wyjątkowy… Mieli wyruszyć na Górę Oliwną! Grupa stała podekscytowana, wyposażona w nieduże plecaki i oczekiwała na przewodnika. Był z nimi w grupie pielgrzymkowej ich ksiądz proboszcz. Ruszyli, śpiewając radosną pieśń o zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa, potem popłynął cały repertuar pieśni oazowych i po pieszej wędrówce grupa stanęła w gaju oliwnym, w którym wiatr śpiewał w liściach echem tamtych odległych dni sprzed dwóch tysięcy lat…

Stary wiatr

Stary wiatr, daleko stąd, wśród palm i oliwek,

w nim zgasłym bólem do dziś tańczą TAMTE chwile.

W nim zaklęty Twój krzyk, Twój strach, Twoja Miłość…

Ten wiatr skargą nieba do dziś mknie

przez niegościnne świątynie naszych serc…

Ich mury pęknięte Czasem? Zaniedbaniem?

Nieczułością? Zwątpieniem?

Naprawić mury świątyń-serc nam trzeba!!!

By resztki Twych ziemskich śladów, słodki nasz Więźniu,

nie uleciały w porywie ludzkich podłych gwałtowności,

z wiatrem groźniejszym dziś niż wtedy, Panie,

gdy grał Ci melodramat w Getsemani,

gdy na ulicach Krzyżowej Drogi wiał w oczy pytaniem,

gdy na Górze Konania jak wierny pies lizał każdą ranę

i niespokojną, szczęśliwą przepowiednią

gnał nieprzytomnie w poranek Zmartwychwstania…

Gdy szukał Cię w pustym grobie, na szczycie Golgoty,

na ulicach Ostatniej Drogi, pod drzewem w Getsemani

i nie znalazł. I zastygł na moment uciszony Twą dłonią,

gdyś mu rozkazał nie szukać żywych wśród umarłych.

Potem wzbudzony pognał stuleciami, On — posłaniec.

Bo zawsze gdzieś będzie ktoś, kto jeszcze nie wie,

i ktoś, kto dobrą nowinę włożył w księgę zapomnienia

i przygniótł kamienieniem sumienia…

Dorota Worobiec

Ścieżki biegły tu na planie krzyża… Drzewa zdawały się tworzyć dziwne jakby przejścia, tylko dokąd one miały prowadzić?

Marika miała ze sobą tajemniczą bransoletę — dar starego drzewa — która dumnie tkwiła na jej szczupłym nadgarstku wraz z koronką różańca w postaci drugiej bransoletki z krzyżykiem. Moje drogie drzewa, znam waszą tajemnicę, każde z was na całym świecie i każde z was tu, w tym gaju oliwnym zwłaszcza, jest tym samym z raju i tym samym z Golgoty, więc wierzę, że tu, w tym świętym, cudownym, tajemniczym miejscu poznam prawdę do końca… Tylko w które przejście wejść, żeby coś się stało?!

Marika pamiętała lubiany i bardzo popularny kanał „Czas po deszczu” prowadzony przez uroczego, miłego, bardzo pozytywnie nastawionego do drugiego człowieka mężczyznę o pseudonimie Bou, chętnie słuchała jego opowieści i oglądała tajemnicze filmy z lekkim dreszczykiem. Jak to było… Trzeba stanąć tak, by widzieć szpaler drzew w ten sposób, że był punkt stanowiący oś, a przed nią i po niej drzewa rosnące jakby parami, i trzeba było położyć drewienko u wlotu do pierwszej bramki, potem obejść wszystko w ściśle określony sposób. Jednak o dobrym przejściu świadczyło wyłącznie to, że drewienko znajdowało się u naszych stóp przy wychodzeniu z tego dziwnego labiryntu. Tu z pewnością tak samo nie będzie, tu będzie potrzebny inny klucz… Tak… inny klucz!

Marika i Paula, obecnie już przyjaciółki, miały ze sobą plecaczki, więc częściowo były również w posiadaniu pakietu wyposażenia zalecanego przez Bou na wyprawę do dziwnego lasu. Wreszcie Marika przyznała, że podświadomie, a może całkiem świadomie, zabrała z domu pewne bardzo drobne przedmioty, które pasowały do rzeczy stanowiących wyposażenie proponowane przez Bou, ale tylko niektóre, bo nie wszystko dało się zorganizować czy może zabrać na pokład samolotu, ale wystarczyło to, co miała.

Dziewczyny spojrzały na siebie porozumiewawczo, po czym wtajemniczyły w plan Kubę i Antka, którzy przystali na ich pomysł z radością i ekscytacją, a jeszcze niedawno wyśmialiby przecież wszystko! Po aferze z Mariką i Paulą ich nastawienie się jednak zmieniło i chłopcy chętnie zgodzili się na eksperyment, chociaż żaden jeszcze nie wiedział, na czym on będzie polegał.

Marika odeszła na bok, zwróciła się do Jezusa i poprosiła o poprowadzenie. Wierzyła, że coś się wydarzy, na razie to COŚ pozostawało zagadką, tajemnicą.

Nasza czwórka podczas opowieści przewodnika sprawdzała dyskretnie wzrokiem teren, po czym w czasie wolnym na własne przechadzki i przemyślenia, obiecując starszym, że nie zrobią nic głupiego, zabrali się za własne „zwiedzanie”.

— Mam miniradyjko z antenką, będzie potrzebne dla echa, pamiętacie?

— Tak, super!

— Bou mówił o łapaniu echa pochodzącego od drewienka położonego u wlotu bramki!

— O! Tam leży odpowiednie drewienko! — Kuba podniósł mały kawałek oliwnego drewna i położył go u wejścia pierwszej bramki.

— Skąd wiesz, że to jest ta właściwa pierwsza bramka?

— Będziemy próbować! — odezwał się Antek.

— Nie mamy czasu na takie próby, tu trzeba myśleć! — Paula wykazała się zmysłem praktycznym i zarządziła debatę.

— Skąd pewność, że drzewa mają układać się tak samo jak u Bou? — Kuba podzielił się swą wątpliwością z przyjaciółmi.

— No to spójrzcie — odezwał się Antek. — W naszym przypadku wejściem jest każda para lub grupa drzew rosnących na zakończeniach czterech belek krzyża i bliżej środka, przecież to plan krzyża!

— Taaak… Masz rację, przyznał Kuba.

— Skąd więc pewność, żeby zacząć od tego wejścia, które stanowi koniec dolnej belki krzyża? Skąd pewność, że trzeba zacząć od dołu i wspinać się w górę? — Marika snuła swoje wątpliwości

— Jeśli zacząć mówić w Imię Ojca i tak dalej — zaczął Kuba — to powinniśmy rzeczywiście po chrześcijańsku rozpocząć od tej górnej, potem stanąć na środku krzyża… Inne religie zaczynają od dołu, mają wspinaczkę ku Bogu, do nas Bóg przyszedł od góry, zniżył się, wyszedł nam na spotkanie, nim zdążyliśmy zrobić pierwszy krok wspinaczki!

— No nieźle! Super powiedziane! JEZU! ŚRODEK KRZYŻA JEST OSIĄ! Nooo… Bracie, czasem potrafisz myśleć! — Antek nie mógł wyjść z podziwu.

Wszyscy mali przyjaciele śmiali się z popisów chłopców i przystąpili do położenia drewienka u wlotu na górnej belce, w tym celu przemierzając kawałek drogi. Weszli. Ostrożnie stąpali po ścieżce stanowiącej górną część krzyża; po dłuższej chwili znaleźli się na środku.

— Spójrzcie, to rzeczywiście jest oś symetrii! Tylko że teraz wszystko zależy, w którą stronę odwrócimy się twarzą! — Paula nie kryła emocji.

— Nie! Idziemy według planu krzyża, a więc jesteśmy teraz w miejscu „Syna” i skręcamy w lewo, w miejsce „Ducha Świętego”. -Zdecydowanie odparł Antek.

— No ale jeśli staniemy na końcu belki Ducha Świętego, to musimy wrócić na miejsce Syna, by przejść w prawo, bo Duch Święty ciągnie się przez całą belkę poziomą! Ciągnęła dyskusję Paula.

— Dobra, idziemy! — Marika dała hasło do rozpoczęcia.

— Stoimy na końcu Ducha Świętego, czyli na końcu prawej poziomej belki i teraz musimy znów wrócić w miejsce Syna i powiedzieć AMEN, więc jaka jest rola tej niepotrzebnej części belki, tej dolnej, a jaka wylotu u jej dołu? I spójrzcie, nie ma tam naszego drewienka, ono leży tam, gdzie je zostawiliśmy, czyli wyjście wylotem u dolnej części krzyża nie jest właściwe! Tam nie ma naszego drewienka! — Kuba brzmiał niczym wielki odkrywca.

— Słuchajcie, musimy odkryć, co jest grane. — Przynaglała Paula.

— Nooo… Dolna belka krzyża to jakby uziemienie! Inaczej krzyż nie spełni swej roli, nie będzie w kontakcie z Ziemią, trzeba go wbić w „ziemię”i w „Ziemię”! Kumacie?

Ooo… Proszę, jakie piękne teorie! Antek, brawo! — Pochwalił kolegę Kuba.

Nagle pojawili się dorośli…’

— Cicho, nie mówmy im nic póki co! — Kuba ostrzegł przyjaciół.

— Dzieci! Idziemy do kawiarni, pospieszcie się!

— Oj nie!

— Nie! My tu sobie zostaniemy, przecież jesteśmy już takie stare dzieci, nie maluchy! Kawiarnia jest blisko.

— Będziemy tylko tu, na tych ścieżkach, prosimy! Mamy przecież komórki!

— Jesteśmy aż w czwórkę! Nic się nam nie stanie! — Prosili wszyscy.

— No dobrze, ale ani kroku dalej!

— Dziękujemy!

— Super!

— Jednak dorośli są czasem spoko, potrafią zaskoczyć!

— Słuchajcie… — Zamyśliła się Marika, po czym cicho krzyknęła i dotknęła swojego lewego oka.

— Co się stało? Pokaż!

— Coś mi wpadło do oka!

— Coś? A może ktoś? Na przykład Kuba! — Śmiał się Antek.

— Ale zabawne! — skomentowała Marika i wyjęła z małego plecaczka lusterko. — Sama zobaczę, dopiero potem poproszę kogoś z was, najlepiej Paulę, o pomoc, ok?

— Ok. Może robal z drzewa ci wpadł?

— Nie… To tylko mały pyłek… Już po wszystkim, wypłynął ze łzami… O nie! — Marika nagle skamieniała, po czym wydała z siebie okrzyk: To niesamowite! Zobaczcie! Mamy to! Mamy to!

— Ale co?! Mów!

— Spójrzcie, jeśli staniemy na miejscu Syna tak, jakby zstępował od Ojca, czyli tyłem do Ojca, to…

— To co?!

— To w odbiciu lustrzanym, w lusterku skierowanym na Ojca ujrzymy nasze drewienko leżące na końcu dolnej belki krzyża! Tylko ta dolna pionowa belka będzie tak naprawdę tą górną pionową! My ulegniemy złudzeniu, że drewienko leży i na wejściu w górną belkę i na wlocie do tej dolnej! Spójrzcie, co robi odbicie lustrzane! Warunkiem jest stanięcie w miejscu Syna, czyli na środku, na osi symetrii, a wówczas to, co na początku, okaże się tym, co na końcu! Jak było na początku, teraz i na wieki, to znaczy na końcu! A więc wejście przez SYNA! Zawsze przez Syna w każdym znaczeniu tego słowa! Syn jest lustrzanym, idealnym odbiciem Ojca!

— Dobra… Ekstra, super! Cudownie! Tylko jak podniesiesz drewienko z wlotu do dolnej belki, skoro leży u wlotu do górnej?!

— Spójrzcie jeszcze raz w lusterko, tym razem odbijemy bramkę od dołu i wtedy zobaczymy, że w bramce górnej, bramce Boga Ojca, nas nie ma ani nie ma drewienka! A wiecie co to znaczy? — Emocjonował się Antek. — Znaczy to tyle, że jeśli my nie ruszymy z nizin naszej ludzkiej egzystencji na spotkanie Boga, ale nie po to, by Go „technicznie zdobyć”, wspinając się aż na sam szczyt, tylko po to, by wyjść Mu na spotkanie i wtedy… Wtedy spotkamy się w sercu, czyli w miejscu Syna, a On nas poprowadzi dalej, ku najwyższym wyżynom! Spójrzmy dalej! Jeśli ustawić lusterko znów na miejscu Syna, czyli na osi, i obrócić je na skos, to co ujrzymy?

— Pokaż! Pokaż!

— Ujrzymy nasze drewienko u wlotu w jedną i drugą belkę poziomą, a więc belkę Ducha Świętego, co by znaczyło, że Ojciec, Syn i Duch Święty są jednym! No bo są jednym!

— Tak, ale tu masz na to obrazowy, namacalny dowód! Szok! Zrób zdjęcia tego widoku z lusterkiem, szybko!

Smartfony pęczniały, w przenośni, od nadmiaru zdjęć, a oni szaleli z radości i trochę z powodu dumy ze swojego odkrycia!

— Słuchajcie, to odbicie jest jak echo! Nie potrzebujemy radia z antenką, żeby złapać echo, radyjkiem może złapiemy echo w jakimś innym sensie, zobaczymy!

— Nooo… Masz chłopie rację! Dobra. Wszystko obadane, odkryte, jest pięknie, miło, ale my wciąż NIE WESZLIŚMY TAM! Jak chcesz wejść w odbicie lustrzane?!

— Możemy!

— Jak?!

— Paula i ja zostaniemy na osi Syna, wy we dwóch staniecie na wlocie w górną belkę i my was uwiecznimy, jak…

— PODNOSIMY DREWIENKO U WLOTU DOLNEJ BELKI — podchwycili chłopcy.

— No właśnie tak!

Po chwili smartfony poszły w ruch i Kuba z Antkiem podnosili drewienko u wlotu dolnej belki, choć stali u wlotu górnej!

— Teraz my! Teraz my! — Dziewczyny powtórzyły czynność za chłopcami i tym razem to oni uwiecznili je w takiej samej sytuacji. Warunek był jeden, jedyny… Zdjęcie zostało wykonane POPRZEZ LUSTERKO!

Potem wszystko powtórzyli z belką Ducha Świętego, następnie jeden fotografował, a trzech stawało z drewienkiem.

— Dobra, ale to teoria, filozofia, wprawdzie to jednak też niezaprzeczalny, udokumentowany przez nas fakt, ale jak my mamy dosłownie wejść w te rzeczywistości lustrzane, by coś tam przeżyć?! Tak jak na kanale Czas Po Deszczu?

— Tak! Tam było wszystko jakby nieco inaczej, ale tylko trochę. Prawo z lusterkiem odkryliśmy my i nasze bramki były inne, zaś idea była z tego kanału. Więc może druga idea też będzie z tego kanału?

— No to pomyślmy!

— Pamiętacie zaginięcie Goldmana?

— Nooo, ma się rozumieć!

— On zagubił się w rzeczywistości równoległej, nie był widoczny dla naszej strefy, potem coś się zadziało i wrócił w dziwny sposób, więc może i my spróbujemy?

— Jak?!

— Pamiętacie wiadomość przemyconą z innego wymiaru i kamień sprzeczności — oksymoron?

— Tak! Tak! I skrzynkę wiadomości i tajemny pokój w dziwnej bibliotece! Co robimy?

— Dziś już nic, bo podpadniemy. Jutro jest dzień wypoczynku i czas dla siebie samych, więc coś się wymyśli.

— Jasne! Uważasz, że dorośli nam pozwolą?!

— Jeśli dziś grzecznie wrócimy cali i zdrowi, to tak! Pozwolą!

— A więc do dzieła!

Po chwili czwórka cała i zdrowa wychodziła na wprost grupy dorosłych, którzy właśnie opuszczali urokliwą kawiarenkę.

— Żałujcie! Były pyszne lody!

— Obleci! — odpowiedział Kuba.

— COOO?! Ty tak mówisz o lodach?

— Może wydoroślałem, a może jeszcze coś innego… — Chłopak zawiesił głos.

Dorośli pośmiali się i wszystko ucichło, po czym wrócili do całkiem nawet luksusowego hotelu.

— Widać, że możemy wam zaufać…

— Tak!

— Oj tak!

— Tak!

— Jasne!

Rozległy się entuzjastyczne odpowiedzi, które miały swój sens i cel, lecz wzbudziły lekkie podejrzenia dorosłych…

— Zasłużyliście, by jutro pochodzić trochę samodzielnie, byle nie za daleko, ok?

— TAAK!

— TAK!

— SUPER!

— DZIĘKI!

— Będziemy raczej w pobliżu, tylko dajcie nam dużo czasu, prosimy! My po swojemu powoli zwiedzamy i rozważamy, fotografujemy, zapisujemy, potem wszystko pokażemy, opowiemy, tylko zaufajcie nam! Prosimy!

— Dobrze, tylko pamiętajcie, granica jest tam! — Gest jednego z rodziców wykluczył zdecydowanie obszar Ogrodu Oliwnego, ale sprytna czwórka puściła sobie oko i porozumiewawcze uśmiechy zdobiły ich twarze zarumienione słońcem i emocjami.

— Spoko, mamy przy sobie komórki i można nam zaufać –oznajmił Antek poważnym głosem.

— No i zaopiekujemy się dziewczynami! — dodał dumnie Kuba, a dziewczyny obiecały, że zaopiekują się chłopcami, po czym salwa śmiechu zakończyła dyskusję.

Rankiem czwórka poszukiwaczy przygód duchowych i nie tylko z małymi plecaczkami, prowiantem i wyposażeniem na wyprawę do innego wymiaru ruszyła na zabronioną Górę Oliwną, która wczoraj podarowała im wielki cud. Wysoki, szczupły Kuba w zielonej bawełnianej koszulce i krótkich spodenkach, niższy Antek w krótkich spodniach i białej koszulce, wysoka, szczupła Marika z dłuższymi włosami blond w białej koszulce na ramiączkach i również w krótkich spodenkach, no i drobniutka Paula o fizjonomii chłopca z króciutką fryzurką ubrana w czerwoną koszulkę i spodenki. Każdy miał mały plecaczek napchany wyposażeniem niezbędnym dla ich sprawy.

Trasę mieli w jednym palcu, poruszali się szybko, znacznie szybciej niż wcześniej z dorosłymi, i w krótkim czasie znaleźli się w upragnionym miejscu, które zdawało się witać ich tajemniczymi blaskami i dźwiękami.

— Dobra, stajemy z drewienkiem u wlotu górnej belki…

— Marika, masz ze sobą radyjko?

— A jakże! Pewnie, że mam!

— Będziemy musieli ustawić je na biały szum i nasłuchiwać, jasne?

— A co to biały szum?

— Poczekaj, włączę wam opis w Internecie!

Biały szum

Większość ludzi słyszała określenie „biały szum”. Szczególnie dobrze znają je rodzice, których małe dzieci mają problemy z zasypianiem. Przyjście dziecka na świat to magiczne przeżycie, jednak niemowlę może być przyczyną bezsenności całej rodziny. Wiele osób z desperacją stara się przespać choć część nocy, a każdy sposób, aby pomóc niemowlęciu zasnąć, jest na wagę złota.

Określenie „biały szum” odnosi się do dźwięków, które mają za zadanie maskować inne, naturalnie występujące w otoczeniu dźwięki. Jest podobny do odgłosu wentylatora działającego w tle, klimatyzatora czy radia na niewykorzystywanej częstotliwości. Jednakowa moc w całym zakresie sprawia, że szum jest monotonny, przez co mózg ignoruje wysokie tony i inne nieprzyjemne dźwięki.

Aby zrozumieć, czym jest biały szum, musimy przyjrzeć się z bliska budowie fal dźwiękowych. Jeśli rozbierzemy falę dźwiękową na czynniki pierwsze, będziemy mieli do czynienia z dwoma elementami:

• częstotliwością, czyli szybkością drgań na sekundę;

• amplitudą, która wskazuje wielkość fal.

Nazwy rodzajów szumów są oparte na luźnej analogii do kolorów światła. Biały szum obejmuje wszystkie słyszalne częstotliwości, natomiast białe światło zawiera wszystkie częstotliwości widzialnego zakresu.

Osoby mieszkające w mieście doskonale wiedzą, jak bardzo irytujące mogą być odgłosy ruchu samochodowego, zwłaszcza gdy próbuje się zasnąć w nocy. Biały szum może pomóc w zniwelowaniu niechcianych dźwięków w otoczeniu i w zaśnięciu.

Jeśli zastanawiasz się, czy korzyści tego zjawiska zostały w jakikolwiek sposób potwierdzone — odpowiedź jest twierdząca. Według jednego z badań biały szum może być szczególnie pomocny przy usypianiu noworodków. Na rynku dostępnych jest wiele urządzeń emitujących dźwięki, które pomagają małym dzieciom w zaśnięciu. Oto kilka zalet białego szumu:

• zmniejsza stres,

• poprawia koncentrację,

• zapewnia większą prywatność,

• ma kojące działanie w przypadku bólu głowy i migreny,

• pomaga w maskowaniu szumu w uszach.

Być może zdziwi cię fakt, że biały szum, w zależności od intensywności i zakresu częstotliwości, można podzielić na kilka innych kolorów (zupełnie jak białe światło tęczy ulegające rozszczepieniu).Oto przykłady:

Różowy szum jest taki sam jak biały, przy czym wyższe częstotliwości są ograniczone. Jest głośniejszy na końcu spektrum o niskiej częstotliwości i cichszy tam, gdzie częstotliwość jest najwyższa. Słuchanie różowego szumu podczas snu może pomóc w lepszym zapamiętaniu kolejnego dnia.

Brązowy szum jest silniejszy i głębszy przy niższych częstotliwościach i nie zawiera dźwięków o wysokiej częstotliwości spotykanych w różowym i białym szumie. Może pomóc w relaksie, poprawić koncentrację i jakość snu.

Niebieskiszum często jest uznawany za biały o wysokiej częstotliwości. Jest to kolor szumu o gęstości widmowej proporcjonalnej do jego częstotliwości. Niebieski szum przybiera na głośności wraz ze wzrostem częstotliwości, jednak dzieje się to wolniej niż w przypadku fioletowego szumu.

Fioletowy szum to dźwięk, który przybiera na głośności w wyższych zakresach częstotliwości. Znany jest też jako szum purpurowy. Ten rodzaj jest szczególnie pomocny przy blokowaniu niektórych dźwięków o wyższej częstotliwości powiązanych z szumem w uszach.

Inna teoria jest taka, że mózg nieustannie poszukuje bodźców (akustycznych). Monotonny szum „zajmuje” mózg, nie przeciążając go. Jest zbyt monotonny, aby stanowić obciążenie. Wiele osób twierdzi, że bezpłatne wersje aplikacji emitujących biały szum dają pozytywne efekty: jednym z przykładów może być aplikacja White Noise Lite, która emituje biały lub różowy szum (dostępna na urządzenia z systemem Android i urządzenia Apple).

Ta i podobne aplikacje doskonale maskują różnorodne hałasy w tle, tworząc przyjemną atmosferę. Lwia część aplikacji emituje większość rodzajów szumów (brązowy, biały, różowy itd.), dźwięki mechaniczne, takie jak dźwięk wentylatora czy klimatyzatora, odgłos lekkiego lub ulewnego deszczu, dźwięk płynącej wody, dźwięki na plaży i odgłos fal oceanu. Pamiętaj, aby pobrać najnowszą wersję i korzystać z pełni możliwości aplikacji. Włącz aplikację nocą i zostaw grającą w tle podczas zasypiania.

https://www.geers.pl/blog/slyszenie-i-utrata-sluchu/bialy-szum-1/ fragmenty

— Jezu… Skoro można nie tylko usłyszeć, ale zobaczyć, to można zobaczyć i usłyszeć tęczę! Nie tylko zobaczyć, ale usłyszeć! — Antek szalał z radości.

— Dobra, ale może po tej drodze nieco odpoczniemy? — Kuba przyhamował nieco kolegę.

— Oj tak…

Po chwili grupa dzieciaków rozłożona na soczystej trawie z małymi podręcznymi plecakami pod głowami odpływała w błogą drzemkę, oczy zamykały się same, tak działał klimat, emocje, no i trochę też droga pod górę. Radyjko było ustawione na biały szum, jednak nasi wędrowcy byli tak bardzo zmęczeni, że zasnęliby i bez tego.

Marika zmierzała teraz w sennym letnim miasteczku obcego kraju do jakiegoś sklepu po konkretny zakup, nie pamiętała już jaki, weszła w jego otwarte z powodu wysokiej temperatury drzwi, tam dowiedziała się, że nie może wyjść drzwiami, którymi weszła. Poszła więc głębiej, korytarzami, krętymi korytarzykami, wreszcie zeszła do piwnicy starej kamienicy, w której znajdował się sklep, i tu dopiero zaczęły się labirynty! No to jestem zgubiona! — pomyślała. Serce waliło jej w głowie, kończyny drżały, czuła się, jakby zagubiła się we Wszechświecie. Nie znała tych miejsc, a liczba korytarzyków powielała się z każdą chwilą. Co robić?! Żadnej wskazówki, podpowiedzi, mogła jedynie brnąć przed siebie, to już postanowione. Co będzie, to będzie, trudno! Zawrócić nie może. Wciąż błąkała się po labiryntach starych kamienic. Niczego już nie pojmowała… Nagle znalazła w piwnicznym korytarzu drzwi prowadzące na korytarz jakiejś klatki schodowej. Wreszcie… — pomyślała. Drzwi jednak miały zamek i były zamknięte. Przekręciła pokrętło zamka i wyszła na odrapaną, zaniedbaną klatkę schodową bardzo starego domu. Drzwi do mieszkania na parterze były otwarte i znajdowała się tam pracownia kuśnierza, kaletnika. W pojemniku leżało żywe zwierzątko przygotowane do zabicia i przerobienia na futro. Mariką wstrząsnęło. To był bóbr! Miły, sympatyczny, pracowity bóbr, bohater bajek. Pięści zaciskały jej się samoistnie, pragnęła go uwolnić, zaś kaletnik jakby jej nie widział, w ogóle nie zwracał na nią uwagi, była dla niego przezroczysta! Ona widziała jego, on jej nie!

W pracowni dziwnie migało i przygasało światło żarówki, tak jest zawsze, kiedy ktoś z rzeczywistości równoległej pojawia się w naszej! Żarówka tak reagowała na nią! Poznawała to. Kaletnik-kuśnierz wyszedł z pomieszczenia po nową żarówkę i wtedy Marika wydostała niezdarne, nieporadne zwierzątko z pojemnika śmierci.

— Uciekaj! Dalej musisz sobie poradzić sam!

Bóbr natychmiast odzyskał pewność siebie, stanął na dwóch tylnych łapkach, zorientował się w sytuacji i czmychnął z pomieszczenia. Marika wyjrzała za nim i… zobaczyła dzięki temu nagle uchylone drzwi przy starej klatce schodowej! Bóbr umknął, wskazał jej przy tym, że jest wyjście również dla niej, Marika przeszła tamtędy ostrożnie na dwór, jednak dalej przedostał się tylko bóbr przez malutki, w sam raz dla niego, otwór w płocie ogradzającym kamienicę. Był uratowany! Ona zaś wydostała się na powietrze, jednak wokół niej wznosił się nieskończenie długi, wysoki mur, w którym tkwiły furtki pozamykane na kłódki i wszelkie inne możliwe zabezpieczenia. Furtka-wyjście musi być na twoją miarę — usłyszała w głębi siebie. Szła teraz przy długim murze, ten zakręcał, końca nie było widać, a kolejne furtki zamknięte na kilka kłódek każda! I żadnej dziury w murze na jej miarę… Droga przebiegała teraz wprawdzie już pod chmurką, jednak nie było żadnych widoków na wyjście! Labirynt przeszedł w kolejny, zaś tylko jedna z jego furtek była otwarta, ale prowadziła znów w głąb, w pomieszczenia. Weszła. Dziwne echo unosiło się w wąskim korytarzyku szerokości najwyżej jednego metra, korytarzyk pomalowany był na żółto i prowadził raz w górę, raz nieco w dół, ale bez schodów. Nagle ujrzała Kubę! Szedł w kierunku przeciwnym do niej i… NIE WIDZIAŁ JEJ! Ona widziała jego i próbowała zawołać, dotknąć go, ale nie reagował. Dokąd zmierzał?! Jak się tutaj dostał? Dlaczego jej nie widział? Czyżby dzieliły ich rodzaje fal? Ktoś, kto jest na najwyższych falach, widzi kogoś na niższych, odwrotnie to nie działa — przypomniała sobie Marika. Musiałaby sama spaść o jakąś częstotliwość niżej, jednak nie potrafiła tego zrobić. Może gdyby użyć radyjka? To wszystko działa jak… ODBICIE LUSTRZANE! Obiekt stojący przed lustrem widzi własne odbicie, jednak to odbicie nie widzi obiektu. Dalej! Obiekt stojący obok lustra nie widzi swojego odbicia. Jeszcze dalej! Obiekt stojący obok lustra nie widzi swojego odbicia, ale może zobaczyć w nim odbicie innych obiektów znajdujących się po tej samej stronie lustra przed nim lub za nim lub obok niego, przy czym obiekty stojące za nim widzą obiekt pierwszy z tyłu w oryginale i widzą jego przód w odbiciu lustrzanym. Obiekty stojące przed nim widzą jego odbicie w lustrze, nie widzą obiektu w oryginale, w naturze. Obiekty stojące obok niego widzą swoje i obiektu odbicia w lustrze, ale ze sobą mogą mieć kontakt w naturze, zaś ich odbicia nie mają kontaktu między sobą ani z oryginałami. Takich kombinacji jest pełno! Można ustawiać obiekty bokiem, przed sobą, za sobą, z boku i kombinacjom nie będzie końca. Tak jest z tym widzeniem się i niewidzeniem na różnych falach. Czy to do końca oddaje sprawę? W dużej mierze tak, choć nie do końca. To taka analogia.

Paula poczuła dziwne duszności, zawsze bała się ciasnych pomieszczeń! Rzeczywistość, w jakiej się znajdowała, oferowała jej właśnie to, czego tak się bała! Czego więc bała się Paula w ciasnych, zamkniętych pomieszczeniach? Czy tego, że zabraknie tlenu? Nie! Tego, że ktoś wejdzie z nią w zbyt bliski kontakt, że przyjrzy się jej dokładnie z bliska w każdym tego słowa znaczeniu i… wyśmieje ją, upokorzy, a ona zrównana się z ziemią, z błotem, skuli się w swym jestestwie pozbawionym poczucia godności i wartości jeszcze bardziej, wciąż bardziej i bardziej… Za taki stan Pauli odpowiedzialna była jej przyjaciółka jeszcze z przedszkola, potem ze szkoły — Agata. Najpierw zaprzyjaźniły się na śmierć i życie, potem Agata stała się jej katem i wciągnęła w to innych. Jej zbrukana i złamana godność podkopała całkowicie pewność siebie. Wciąż zawstydzona, zalękniona milczała obrażana i wyśmiewana, a to z zazdrości za coś, a to ze złośliwości za jakąś usterkę, dusiła wszystko w sobie, sprawiała wrażenie nierozgarniętej! Tylko że wciąż uczyła się bardzo dobrze, co nie było na rękę stronniczym, niesprawiedliwym często nauczycielom, bo oto muszą wychwalić nierozgarniętą, niemiłą, a może raczej smutną Paulę, bo jest najlepsza, choć przykra w sposobie bycia, to znaczy w stanie… depresji dziecięcej, a tu inne dziewczynki takie milutkie, takie sympatyczne, a gorsze w nauce od niej. I co tu zrobić?! Co? To proste! Trzeba uknuć przeciwko niej spisek, szybko wydać wyrok, że niby na klasówkach ściąga, że wypracowania pisze jej ktoś inny, a ona milczała i ze zwieszoną głową odchodziła z dwóją na miejsce spod tablicy, gdzie odbywał się jej sąd. Bo Paula rzeczywiście swoją wiedzę prezentowała, jak należy, tylko na klasówkach, w wypracowaniach domowych, kiedy nie była wystawiana na środek przed oczy wszystkich. Paula pod tablicą w głębi siebie kończyła życie, była małym ptaszkiem, który wpadł do pomieszczenia i nie umiał z niego się wydostać. Świat wirował jej w oczach, nie słyszała głosu nauczyciela, serce waliło w każdej części ciała, głos wydobywający się z niej był jakimś chrapliwym dźwiękiem, trzęsła się i pragnęła już tylko usiąść na miejsce z dwóją, byle mieć spokój. Potem nawet sama mówiła, że jest nieprzygotowana, byle swoją dwóję dostać natychmiast i nie wychodzić na środek. Paulę zniszczono jeszcze na inne sposoby. Tak więc nagle udowodniono jej, że nie umie śpiewać i na lekcjach śpiewu mówiła, że nie zaśpiewa na ocenę, i dostawała dwóję, tak było dobrze, dwója i spokój. Kiedy nikt nie słuchał, po kryjomu śpiewała w domu ładnie i grała na flecie ze słuchu, wtedy była kimś! Tylko że nikt tego nie słyszał… Pauli udowodniono też, że chociaż na zajęciach z okresu przedszkolnego była jedną z najlepszych, wręcz nie miała kręgosłupa, tak była giętka, teraz jest flegmą, bojącą się flegmą i Paula stała się nią! Z WF-u zbierała dwóje i trójki minus, zaś jej najpiękniejsze prace artystyczne przypisywano komuś innemu, tego nie mogła przecież zrobić taka niezdara! Jej skopane człowieczeństwo pogrążało się wciąż dalej i dalej w czarną otchłań, bała się oddychać, a za dobre słowo czy cukierka podarowanego przez jakąś koleżankę wysławiała jej dobroć pod niebiosa. Za to kiedy trzeba było obarczyć winą kogoś za zły czyn, umownie wszystkie palce kierowały się w stronę Pauli… To ona! To ona! Była jak zwinięty w kulkę śmieć z zawartością najwyższej rangi, zawartością wykpioną, ośmieszoną… Ta kulka śmieci targana była przez nieprzychylny wiatr i rzucana o twarde chropowate mury, o chodnik, kopana przez buciory tych innych, „doskonałych”, pożal się Boże! Jeszcze kiedyś ta zawartość rozwinie się, wypłynie na powierzchnię i wtedy wszyscy zobaczą! Zobaczą ją taką, jaką jest prawdziwie!

Teraz było lepiej, nawet dobrze, miała przyjaciół, wciąż była bardzo zdolna…

Paula w swym wąskim korytarzyku labiryntu dosłyszała jakiś dźwięk… Lepiej posiedzi tu cicho, bo ktoś ją zobaczy, oceni, wyśmieje, więc się skuli i przeczeka, aż ludzkie kroki dobiegające skądś ucichną… Ale kroki szły z dziwnym echem i po chwili w jej pomieszczeniu stanął… ANTEK!

— Paula? Co ty tu robisz?

— Antek? To ty?!

— Ja! A kogo się spodziewałaś?!

— Kuba?! Ty też tutaj?!

— A gdzie mam być?! Przecież jesteśmy razem, we czwórkę, tylko Mariki nie widać. Co się z nią dzieje?!

— Jest gdzieś, trzeba poszukać w labiryntach, może potrzebuje pomocy!

Paula, dźwignięta dłonią Antka z pozycji zwiniętej kulki, stała i czuła nagle dziwną moc… Są tu jej przyjaciele i nikt się z niej nie śmieje, mało tego, ona jest potrzebna! Ten gest Antka był gestem historycznym i przełomowym, oto do zwiniętej kulki ktoś wyciągnął dłoń i wyrwał ją z letargu. Stała teraz wyprostowana i pewna siebie.

Zaczęli nawoływać, ale labirynty miały w tym momencie do siebie to, że nie było echa! Głos pozostawał uwięziony w wąskim korytarzyku szerokości pół metra.

— Jak ją teraz znajdziemy?! Krzyknął Kuba.

— Spoko, jakoś znajdziemy. Może się rozdzielmy? — Antek próbował wpaść na pomysł.

— O nie! Tylko nie to! Pogubimy się! Idziemy tylko razem.

— Zaoponował kolega.

— Dobrze, tylko razem. Najwyżej decyzję o rozdzieleniu się podejmiemy na bieżąco, gdyby sytuacja tego wymagała.

— Tak, tak właśnie zrobimy. — Dogadali się po chwili.

Ruszyli. Marika w tym czasie krążyła wypuszczona jedynie z najgłębszej warstwy dzięki sytuacji z bobrem w starym zakładziku rzemieślnika od futer i skór. Pomogła i sama otrzymała pomoc oraz naukę, że furtka z wyjściem pojawia się dokładnie w momencie, kiedy jest dla nas moment najlepszy, kiedy my i okoliczności dojrzeliśmy do wyjścia, bo nasze wyjście wiąże się co do ułamka sekundy z okolicznościami dotyczącymi kogoś innego, kogo spotkamy wtedy na naszej drodze. Marika krążyła wokół jakiegoś środka niekończącymi się labiryntami, a wszelkie furtki w ich ścianach pozamykane były na kilka kłódek i masę różnych innych zabezpieczeń… Nie wyjdę wcale albo wyjdę w śmiesznie prosty, zaskakujący sposób — pomyślała. W sytuacji bez wyjścia często tak bywa. Krążyła wokół jakiegoś niewidocznego środka labiryntu i… wtedy nagły przebłysk! Jakby na chwilę została wrzucona w jakiś inny stan. Ujrzała, a może bardziej poczuła siebie i ujrzała swoich towarzyszy leżących z głowami na plecakach w… LABIRYNCIE DRZEW OLIWNYCH, W POBLIŻU ŚRODKA, W POBLIŻU OSI SYMETRII, W POBLIŻU MIEJSCA SYNA NA PLANIE KRZYŻA OLIWNEGO LABIRYNTU! TAK! ZAWSZE WEJŚCIE I WYJŚCIE, KAŻDY START I KAŻDY POWRÓT PRZEZ SYNA, TAK TO BYŁO! Teraz już wiedziała! Szarpała Paulę, Kubę i Antka leżących pod drzewem blisko ŚRODKA by się obudzili, ale oni ani drgnęli!

Każdy z trójki wędrującej po labiryncie poczuł w odstępie sekund silne dotknięcie na ramieniu, na dłoni…

— Co jest?! — Krzyknął Kuba.

— No właśnie, co jest? Kto mnie dotknął? To ktoś z was?

Antek rozglądał się zdziwiony.

Kuba szedł jako pierwszy i pomyślał, że został dotknięty przez kogoś ze swych przyjaciół, ale oni zapytali o to samo. Antek mógł zostać dotknięty przez Paulę idącą za nim, ale kto dotknął w takim razie Pauli?!

— Jezu, co tu się dzieje?!

— Słuchajcie… A może to Marika nas dotknęła?

— Cooo?! No coś ty, musiałaby nie żyć i przyjść do nas jako duch!

— Nieprawda! We śnie, na jego różnych falach, kontaktujemy się ze sobą w naszych ciałach subtelnych, po prostu kontaktujemy się na różnych falach we śnie!

— Boże! To my jesteśmy w stanie snu?!

— Pewnie tak, na jego jednakowych falach, a Marika na innych! Dlatego jej nie widzimy ani ona nas! Ale czujemy ją! Ona widzi nas, skoro nas dotknęła, to nas widzi! Jest w takim razie na falach wyższej rangi niż my. Pamiętacie zaginięcie Goldmana w Czasie po Deszczu?

— Tak! Jasne!

— Jak więc trafimy do samego centrum, do środka, do osi symetrii? –Zastanowił się Antek.

— Proste! Będziemy zataczać kręgi w labiryncie, bo wszystkie bramki w murze mają po kilka kłódek! — Odpowiedział zwyczajnie Kuba. Chyba nic więcej nam nie zostaje, być może po drodze coś się wydarzy samo i jakaś bramka się otworzy! — Kontynuował dalej. — Wiecie co… My doświadczamy pierwszy raz w życiu zjawiska snu świadomego! — Kuba jakby doznał olśnienia.

— Co to znaczy?! — Zapytała Paula.

— Tyle, że przeżywamy wydarzenia, zdając sobie sprawę, że to we śnie, w rzeczywistości równoległej i jeszcze na dodatek kontaktujemy się ze sobą!

— Super! Więc ruszamy?

— Tak, ruszamy!

Kiedy przeszli kilka okręgów, zorientowali się, że zmierzają do środka, nie na zewnątrz, po coraz bardziej zmniejszającym się obwodzie kolejnych kręgów.

— No to mamy nasz środek! Co teraz? Tu coś musi być…

— Co?

— Nie wiem, popatrzmy!

W centrum, w środku, na osi symetrii rosły dwa takie same drzewa oliwne jak w miejscu, gdzie posnęli. Drzewa stanowiły bramkę!

— Oto nasze wyjście!

— Dobra, ale z której strony bramki wchodzimy, bo są dwie możliwe strony i jeśli raz się pomylimy, może nie być powrotu!

— Przyjrzyjmy się… Drzewa mają z jednej strony mech na sobie, więc tu jest północ! Bóg Ojciec to na planie krzyża północ! Jeśli wejdziemy tak, by zmierzać na północ, pójdziemy od środka do Bramki Boga Ojca… To jest Bramka Ojca! Więc musimy iść na południe, by stanąć na bramce Syna i tam gdzieś w pobliżu się spotkamy, bo tam w rzeczywistości równoległej leżymy i śpimy pod drzewem!

— Dobra, idziemy na południe! Ale nie ma z nami Mariki! Ona nie może zostać w labiryncie sama!

— Nie mamy wyjścia, musimy wrócić i spotkamy się z nią w rzeczywistości równoległej zwanej tym razem naszą ziemską jawą, Marika się obudzi i będzie z nami, bo w tamtej rzeczywistości leży z nami pod drzewem! Proste!

— Tak, tylko że ona może mieć o to pretensje, że nie znaleźliśmy jej na falach snu, i może przez to zapomnieć, co przeżywała w labiryntach.

— To ją oświecimy i sobie przypomni.

— No chyba nie mamy innego wyjścia! Wchodzimy?

Weszli…

Boże, to nie ich czas! Znajdują się oszołomieni dwa tysiące lat temu w Pretorium i tam uczestniczą w sądzie Jezusa! I to oni osobiście w trójkę, bo Mariki z nimi nie było, są decydującym ostatnim wspólnym głosem w sprawie Jezusa! Jak zawołają? Dobre pytanie!

UWOLNIĆ GO! ALE ONI MAJĄ NA MYŚLI JEZUSA! MYŚLĄ, ŻE ZMIENIĄ HISTORIĘ, ŻE ONI WIEDZĄ NAJLEPIEJ, CO TRZEBA ZROBIĆ! Widzą rzeczywistość równoległą, w sytuacji gdy… LUD ZAWOŁAŁ „NA KRZYŻ Z NIM”, ALE LUD W TEJ RZECZYWISTOŚCI RÓWNOLEGŁEJ, WSPÓŁISTNIEJĄCEJ ZE SWYM LUSTRZANYM ODBICIEM, GDZIE COŚ ZADZIAŁO SIĘ INACZEJ, MÓWIŁ „NA KRZYŻ Z NIM”, MYŚLĄC NIE O JEZUSIE, TYLKO O BARABASZU, CZYLI O KAŻDYM Z NAS! W POZORNIE LEPSZEJ RZECZYWISTOŚCI, LEPSZEJ WEDŁUG LUDZKIEGO OSĄDU, LUD WOŁAŁ O UKRZYŻOWANIE BARABASZA I UWOLNIENIE JEZUSA! UKRZYŻOWANIE BARABASZA ZNACZYŁO TYLE, CO UKRZYŻOWANIE LUDZKOŚCI, TYLKO ŻE NIKT Z NAS, LUDZI, WÓWCZAS BY NIE ZMARTWYCHWSTAŁ!

Jezus spojrzał na dziwnie ubranych przybyszów i… LEKKO, Z ULGĄ UŚMIECHNĄŁ SIĘ DO NICH ZA ICH NIEŚWIADOMĄ, ODWROTNIE ZNACZĄCĄ DECYZJĘ! COŚ GŁOŚNO WYSZEPTAŁ, STALI BLISKO, USŁYSZELI: TODA… Muszą zapamiętać to słowo!

Po chwili stali nieco oszołomieni znów w bramce Syna, a zawirowanie z wejściem w rzeczywistość sprzed dwóch tysięcy lat jeszcze trzymało ich w stanie oszołomienia…

— Jezu! Co to było?! Szok!

— Dobra, teraz wchodzimy wreszcie w bramkę Syna tak, byśmy odnaleźli się śpiący pod drzewem! Wchodzimy na trzy. Raz… Dwa… Trzy!

Trójka wywijała rękami i krzyczała „trzy”! A obudzona krzykiem Marika patrzyła na nich jak na nienormalnych.

— Poszaleliście?!

— Jesteśmy!

— Super! Jesteśmy! Marika, szybko mów, co pamiętasz!

— Jak to, co pamiętam?

— Z fal snu!

— Ja? Boże… ja nic nie pamiętam, a dlaczego to takie ważne?

— To my ci przypomnimy może?

Jak na razie ruszyli przed siebie w milczeniu. Rozmawiali po chwili o swojej przyszłej książce z ich wyprawy, którą wspólnie napiszą, zaś szczegółowe opowieści o sennej wyprawie chcieli zostawić na potem, byli już zmęczeni mimo odpoczynku. Pauli najbardziej zależało na pokazaniu, że jest kimś. No cóż… Po takim wcześniejszym sponiewieraniu — nic dziwnego! Bardzo chciała napisać wspólnie z przyjaciółmi tę książkę i pokazać, co potrafi!

— Paula, ty nie musisz wspinać się jak przysłowiowy bóbr na tylnych łapkach, przechodzić siebie samej, bo ty już jesteś kimś, zawsze byłaś, tylko nie wiedziałaś o tym! — Antek tłumaczył Pauli, jaka jest wspaniała już teraz i jaka była zawsze.

— Co takiego powiedziałeś, Antek? BÓBR?! — Marika aż krzyknęła…

— Taaak… A co?

— Przypomniałam sobie lekcję z udziałem bobra i… LABIRYNT BEZ WYJŚCIA!

Wszyscy stanęli w bezruchu.

— Tak, Mariko, zgadza się, byliśmy wszyscy w labiryncie!

— Tak, już pamiętam, jak was szarpnęłam po kolei za ramię, kiedy spaliście pod drzewem!

— Cooo?! To ty, jak podejrzewaliśmy, nas dotknęłaś, kiedy byliśmy we trójkę w labiryncie, szukaliśmy drogi wyjścia i szukaliśmy też ciebie, ale ty nas nie widziałaś na tych falach, na których byliśmy my, tylko na swoich, i dlatego my nie widzieliśmy cię w ogóle, byłaś „wyżej” od nas, a ty nas widziałaś w tym momencie szarpnięcia, ale widziałaś nas leżących, na tych najbardziej płytkich falach zbliżonych do jawy, bo ktoś na falach najwyższych może widzieć wszystkich z każdych fal poniżej!

— Ale numer! To dopiero mieliśmy wyprawę! Musimy wszystko notować, dzień po dniu, żeby potem w książce czegoś nie zapomnieć.

— Jasne, Marika będzie spisywać w pamiętniku z kłódką, dobrze?

— Tak, przyjmuję zadanie na siebie.

Po wszystkim na spokojnie włączyli Internet w smartfonach i przeszukiwali go gorączkowo, każdy na swoim urządzeniu.

— On mówił przecież po hebrajsku, trzeba wpisać to w okno tłumacza hebrajsko-polskiego!

— No to wpisuj!

— Ja już mam! Jest! Boże… JEZUS POWIEDZIAŁ DO NAS „DZIĘKUJĘ”. Toda to dziękuję Podziękował, że nie zniszczyliśmy Mu dzieła zbawienia przez uniknięcie krzyża. Jak można dziękować za krzyż?!

— On mógł, bo rozumiał cały proces krzyża dający życie.

Marika trochę zazdrościła trójce wizyty w Pretorium…

— Widzieliście Go, ja nie…

— Można Go zobaczyć na falach, jeśli bardzo się tego chce, więc wszystko przed tobą! Może będziesz miała z Nim jeszcze piękniejsze doświadczenia niż my.

Marika przeżyła doświadczenie w labiryncie mówiące o tym, że jeśli pomożemy komuś, to ta pomoc otwiera nam drzwi do pomocy, jakiej z kolei my potrzebujemy, i jeszcze to, że uważna obserwacja małego zwierzątka, któremu pomogła, podpowiedziała jej, iż każda istota boża na ziemi niesie sobą jakiś przekaz, podpatrując je możemy wyciągnąć dla siebie lekcję. Marika zaobserwowała też, że pomoc wymierzona jest zawsze miarą stosowną dla jej podmiotu i kiedy furtka pomocy powiększy się co do milimetra odpowiadającego sytuacji, by nas przepuścić, wtedy idziemy…

Dzieci siedziały teraz po godzinie marszu na trawie bardzo zmęczone przeżyciami i włączywszy ponownie malutkie radyjko bez zwrócenia uwagi, na jakie fale jest ono ustawione przypadkowym gestem palca, dłoni, może losu, zabrały się za posiłek. Jednak przypadków nie ma i kiedy Bóg chce nam coś powiedzieć, to nawet pokrętło w radyjku trącone „przypadkiem” ustawi się tak, by mógł On przemówić. Z radia płynęły ciekawe przekazy, dzieci wsłuchiwały się w milczeniu…

Podnieście kamień, a Mnie tam znajdziecie. Rozłupcie drzewo, a jestem tam. Albowiem jak w ogniu i w wodzie, tak w każdym żywym stworzeniu jest Bóg objawiony jako życie i jego istota.

Marika aż podskoczyła!

— Ja to znam! Ono mówiło do mnie w Jego imieniu!

— Jakie „ONO” i w jakim „JEGO” imieniu?! — Kuba się niecierpliwił i czekał na natychmiastową odpowiedź Mariki.

— Wtedy, w Polsce jeszcze, mówiło do mnie stare drzewo we śnie!

— I mówiło dokładnie te słowa?!

— Tak!

— W takim razie ty miałaś też swój kontakt z Jezusem, jeszcze nim my Go zobaczyliśmy!

Marika z wrażenia skryła twarz w dłoniach…

Przestrzegajcie przykazań. Kochaj swego Boga z całego serca swego, a bliźniego swego jak siebie samego. Na tym opiera się cały Zakon i prorocy. A sumą Zakonu jest to: Nie czyńcie nikomu tego, czego byście nie chcieli, aby wam czyniono: Czyńcie to, co byście chcieli, aby wam inni czynili. Błogosławieni są, którzy wypełniają to przykazanie; Bóg bowiem we wszystkich stworzeniach się objawia. Wszystkie stworzenia żyją w Bogu, a Bóg jest skryty w nich…

Tekst dalej płynął z radyjka…

Szukajcie prawa nie w waszych pismach, bo życie jest prawem, podczas gdy pismo jest martwe. (…) Prawo jest żywym słowem żywego Boga do żywych proroków dla żywych ludzi. We wszystkim, co jest życiem, wpisane jest prawo. Znajdziecie je w trawie, w drzewie, w rzece, na górze, w ptaszkach niebieskich, w rybach mórz, ale szukajcie go przede wszystkim w sobie. (…) Ono jest w waszym oddechu, w waszej krwi, w waszych kościach, w waszych trzewiach, oczach, uszach i w każdej najmniejszej cząstce waszego ciała. Ono jest obecne w powietrzu, w wodzie, w ziemi, w roślinach, w promieniach słońca, w głębiach i na wyżynie. (…) Bóg wypisał swe prawa nie na kartach ksiąg, ale w waszym sercu i duchu. (…) One wszystkie przemawiają do was, byście mogli zrozumieć język i wolę żywego Boga. (…) Zaprawdę powiadam wam, wszystkie żywe rzeczy są bliższe Boga niż pismo, które jest bez życia.

Potem głos czytał dalej…

Wydobyć duszę drewna

— Drewno, w przeciwieństwie do kamienia, jest ciepłe, ludzkie i to się czuje — mówi artysta. Swoje rzeźbienie nazywa otwieraniem drewna, wydobywaniem jego duszy. — Michał Anioł, zapytany, co to jest rzeźbienie, odpowiedział, że jest to zdejmowanie zbędnego, niepotrzebnego materiału, wydobywanie tego, co w danej bryle tkwi. I jeśli mi ktoś mówi: „Miałeś duży kloc, a zrobiłeś taką małą rzeźbę”, wówczas mu odpowiadam: „Ponieważ szukałem tej małej cząsteczki, tej duszy drewna, a ona gdzieś tam przykucnęła w maleńkim fragmencie i wreszcie ją odnalazłem” — opowiada Sławomir Smyk.

https://www.lasy.gov.pl/pl/informacje/aktualnosci/w-drewnie-szuka-duszy

Z całego drzewa w przypadku Jezusa Chrystusa powstał tylkokrzyż, został wydobyty z bryły drzewa. Z drzewa ludzkości wydobyta została dusza, istota! I to był właśnie krzyż.

A Maryja jest Nową Arką Przymierza. Ona nosiła w sobie najcenniejszy dar Boga — Jego Syna, Jezusa Chrystusa. Arka Przymierza symbolizowała stare prawo; Maryja — nowe, które ustanowił Jej Syn. Tablice Dekalogu zostały zastąpione Ewangelią, a „Nową Manną”, „Chlebem życia” (por. J 6, 31nn) i „Arką przebłagania” jest sam zmartwychwstały Jezus.

Karl Barth postawił tezę, że chrześcijaństwo nie jest religią jak wszystkie inne. Że jest wiarą. Dowodził, że chrześcijaństwo jest czym innym, gdyż to Jezus, Syn Boży sam przychodzi „z góry na dół” — ku człowiekowi.

W Jezusie Bóg dosięgnął człowieka. A tymczasem każda religia usiłuje „z dołu dotrzeć do góry”, sama dosięgnąć Boga. W judaizmie i chrześcijaństwie jest odwrotnie. Religijność ujawniająca się w sakralnej przestrzeni byłaby zewnętrznym wyrazem tego poszukiwania Boga. Przestrzeń jest święta z ludzkiego nadania, decyzji, która potwierdza ujawniającą się w jakiś sposób wyjątkowość miejsca. Człowiek bowiem kształtowany jest „nie tylko od wewnątrz na zewnątrz”, ale także „z zewnątrz do wewnątrz”. To nie tylko dusza wyraża się przez ciało, ale i ciało kształtuje naszą duszę. Ciało wciąż potrzebuje świętych przestrzeni „tak długo, jak świat się nie skończy”.

https://magazynkontakt.pl/ks-dragula-bog-poza-murami-miasta/

Dzieci po chwili orzeźwienia powoli znów odzywały się do siebie coraz mniej, każde zapadało w stan lekkiego oddalenia, to musiało być działanie klimatu, jednak teksty płynące z radia słyszały wyraźnie i nie zapadały już w sen. Bardzo podobał im się ten stan… Prezenter radiowy zapowiedział słuchowisko, miała zostać przeczytana, opowiedziana legenda chrześcijańska, bardzo osobliwa nowa legenda. Zanim ją odczytano, dzieci usłyszały…

Krzyż bez uziemienia, taki metalowy, ściągnie zawsze pioruny, zwłaszcza wystawiony jak afisz na górze. Jeśli nie ma w nim solidnego uziemienia, lub żadnego, tak będzie się działo. Jeśli krzyż w naszym życiu nie ma żadnego lub solidnego uziemienia w nas samych, jeśli nie będzie z nami związany, będzie niebezpieczną ozdobą, bo nie będzie z nami zrośnięty, będzie zbędnym dodatkiem, którego się boimy i wstydzimy! Wówczas będzie ściągał na nas wszelkie życiowe pioruny. Wydarzenie na Giewoncie daje takie przemyślenie, taką wspaniałą metaforę! Ta legenda powstała między innymi na cześć ofiar Giewontu! I oczywiście nie mówi o tym, że ci, którzy tam zginęli, nie byli „zrośnięci” z krzyżem! Jednak jeśli już tragedia się stała, to przynajmniej niech jakaś godna pamiątka w postaci takiej metafory pozostanie po nich, metafory, która być może do kogoś kiedyś przemówi!

— Super! Ale po wysłuchaniu już wracajmy, robi się bardzo późno… Zatrwożył się Kuba.

— Dobrze, dobrze, ale teraz słuchajmy! — Zgodziła się Marika.

Legenda chrześcijańska — Mistyczny Władca Burz

Pewien człowiek dawno temu założył na swym starym, bardzo, bardzo starym, podniszczonym już mocno domu z cegieł osobliwy piorunochron… Piorunochrony na dachach innych dawnych domów miały postać zwykłego pręta czy też fantazyjnego gryfa, na tym jednak domu piorunochronem było… żelazne ramię i dłoń z palcem wskazującym niebo i z dłonią przedziurawioną pośrodku. W pobliżu rosły liczne wiekowe drzewa, smakowity kąsek dla pioruna, w połączeniu z każdym żelazem istny to był raj dla groźnych energii z nieba… Ludzie z pozostałych domów w tej dzielnicy przypominającej bardziej wioskę mieli piorunochrony proste, inni fantazyjne, przedstawiające bożka piorunów — Peruna, ten zaś dom miał właśnie taki.

Sąsiedzi mieli raczej dobrze uziemione piorunochrony. Czy nasz bohater też? Człowiek ten mieszkał samotnie, jego życie było mroczną historią, gdyż na skutek lawinowych nieszczęść tracił po kolei i nagle wszystkich, których kochał, na sam zaś koniec uległ wypadkowi i stał się kaleką. Był to dziwny wypadek, gdyż człowiek ów wpadł na drodze, przez którą przejeżdżało najwyżej parę drabiniastych wozów na dobę, akurat w ściśle wyliczonym przez los momencie, pod koła właśnie takiego wozu z konnym zaprzęgiem, koń kopnął go kopytem w głowę, uszkodził trwale jedno oko, koło wozu na zawsze uszkodziło mu nogę, którą pod kolanem potem amputowano. Poruszał się o drewnianych kulach, widział tylko na jedno oko, drugie miał przysłonięte przepaską jak pirat, ale jakoś sobie ogólnie radził. Zarośnięty był i zawsze w czarnych, burych łachmanach stanowił postrach mieszkańców ze względu na swój wygląd, ale bardziej z powodu nieciekawego usposobienia, groźnego, posępnego, no i z powodu podejrzeń, że jest naznaczony jakąś klątwą, a od takich lepiej się trzymać z daleka.

Skąd pochodził dziwny odgromnik na jego dachu? Kiedy zaszedł nasz mroczny bohater o swych kulach dnia pewnego na pobliski cmentarz, by położyć kwiaty z zaniedbanego przez kalectwo małego, bardzo dzikiego już teraz ogródka, stanął zaskoczony przy cmentarnym śmietniku… Oto na małym wysypisku cmentarnych śmieci leżał zardzewiały nagrobny żelazny krzyż z Jezusem, który… nie miał jednego ramienia.

— Popatrz — przemawiał z nutką ironii za swój los do Pana. — Dostałeś za swoje, co? Kto by pomyślał, że wylądujesz aż na śmietniku… Na krzyżu? W porządku! Ale na śmietniku?!

Po dłuższej, ponurej jak zawsze medytacji nad rodzinnym skromnym grobowcem poszedł inną ścieżką, by nie minąć ponownie osobliwego widoku… Ale kiedy Bóg ma swoje plany wobec nas, to nawet jeśli uciekniemy na koniec świata, zawsze nas odnajdzie, bo wędruje wewnątrz nas! A my głupi myślimy, że zdołamy Mu uciec. Im szybciej uciekamy, tym szybciej biegnie z nami Bóg… Bóg działający w nas. Jakież było jego zdziwienie, kiedy pod starym drzewem na drugim końcu cmentarza, gdzie nigdy dotąd nie przechodził, na prowizorycznym drugim malutkim śmietniku ujrzał… żelazne ramię Jezusa! Pochodziło ewidentnie od tamtego krucyfiksu! Wiedziony dziwną siłą podniósł to ramię i włożył sobie niezdarnie, z trudem pod pachę, po czym ruszył do domu. Zrobię z ciebie piorunochron! Przynajmniej na to się nadasz. Zaś sam żelazny krucyfiks z równie żelaznym, zardzewiałym ciałem Pana pozostał na śmietniku głównym, przy bramie, którędy zawsze miał zwyczaj przechodzić. Jak postanowił, tak też uczynił. Wyciągnięte, umęczone przedramię Pana z przedziurawioną dłonią i palcami wyciągającymi się do nieba, głównie tym wskazującym, jakby na spotkanie z wszelkimi piorunami ludzkich żywotów utkwiło na dachu jego mrocznego domu. Nikt z początku nie zwrócił na to uwagi, nikt nie dopatrzył się w przedmiocie jego prawdziwego kształtu ani znaczenia, dom był wysoki, dach i komin zbudowane tak, że osobliwy piorunochron nie budził sensacji, wyglądał na pierwszy rzut oka, jakby był to gruby pręt z jakimś fantazyjnym zakończeniem, a drugiego rzutu oka już raczej nigdy nie było, więc wszystko pozostało jakby utajone… Osobliwy odgromnik założył mu na dach młodziutki sprawny włóczęga i dostał za to zapłatę, jednak nie wykonał solidnego uziemienia do tego osobliwego piorunochronu, a raczej prawie żadnego uziemienia, zresztą za przyzwoleniem właściciela domu, który opisał tym czynem, tą decyzją poniekąd swój nieistniejący związek z Panem, związek, którego właściwie nie było. Więcej, łączyły ich jednostronne złe układy. Druga strona póki co w bólu milczała i był to Bóg… Czyżby w utajeniu przygotowywał mocną przemowę?

Burza przyszła po jakichś dwóch tygodniach i była w swej istocie bardzo INNA. Ta inność polegała na dziwnym pogłosie wyładowań, jakich tu dotąd nie słyszano. Echo niosło ten głos jakby skargą jakąś czy groźbą i topiło go w pobliskiej małej, bardzo urokliwej rzeczce, nad którą pochylały się wierzby, po czym następowała głucha cisza. Piorun uderzył jeden raz, ale jego cel był jakby z góry przesądzony… Po domu naszego bohatera nie został ślad, pożar gaszono bardzo długo, jednak efektem akcji było osmolone gruzowisko, z którego wystawała pionowo w górę żelazna dłoń Pana.

Ciało nieszczęsnego człowieka w postaci osmolonych szczątków pochowano tak jakoś po cichu. Nie miał nikogo, a z kościołem był na bakier, wręcz wypisał się z niego umownie, bez konkretnego procesu i potwierdzeń na papierze, po utracie rodziny i wszelkich nieszczęściach. Na mogile postawiono mu mimo wszystko żelazny krzyż ze śmietnika, z zardzewiałym Jezusem bez jednego ramienia. To wyglądało, jakby Pan odmówił mu wyciągniętej dłoni z pomocą. Księdza zgodnie z jego życzeniem na pogrzebie nie było, pochowała go malutka grupka ludzi w skleconej na szybko drewnianej trumnie bez lakieru i ozdób, krzyżyk na wieku z patyków mu przymocowano, wodę święconą z kościelnej kropielnicy wzięto w buteleczkę malutką i poświęcono trumnę i grób… W rodzinnym malutkim grobowcu i tak już było o jedną osobę za ciasno i o wsunięciu tam kolejnej trumny nie było mowy.

Samotny grób był omijany z daleka, budził strach, zmarłego uznano za potępioną duszę. Nikt się za niego nie modlił, nikt nie odwiedzał tej jego mogiły. Gruzowisko po domu usunięto, żelazne ramię Jezusa pojechało na wysypisko śmieci.

A kiedy wstał świt, bardzo jasny świt, potem ranek, gospodarz z sąsiedniej wioski jechał tędy z bańkami pełnymi świeżego mleka prosto od krów do punktu skupu. Nagle oślepiający blask musnął jego oczy.

— Co to było?! Na Boga, co to było?! — Zatrzymał się, zsiadł z wozu i zrobił obchód, ale niczego nie zauważył. — Muszę wsiąść na wóz, cofnąć się kawałeczek i spojrzeć dokładnie z tamtego punktu. –Siedział i spoglądał, przechylając głowę w prawo, w lewo, ale nic się nie działo.

Zsiadł z wozu i ruszył na piechotę w stronę, z której rozpościerał się potężny błysk. Chodził, patrzył pod nogi, to znów w niebo, rozglądał się, ale ciągle nic i nic… Z wysypiska dochodził nieprzyjemny zapach, więc zamachnął się i po chwili wsiadał już na wóz…

— No nie! — Blask oślepił go po raz drugi, gospodarz skamieniał.

Został tak zastygły, ani drgnął, i bardzo powoli