Korzenie. Powieść genealogiczno‑stomatologiczna - Nousiainen Miika - ebook + audiobook
BESTSELLER

Korzenie. Powieść genealogiczno‑stomatologiczna ebook i audiobook

Nousiainen Miika

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

66 osób interesuje się tą książką

Opis

Do prywatnej kliniki dentystycznej przychodzi klient z bolącym zębem. Przyjmuje go lekarz, który nosi takie samo nazwisko. Okazuje się, że panowie są braćmi, mają wspólnego ojca, ale obaj wychowali się bez niego: młodszego Pekkę (copywritera
w agencji reklamowej) wychowała samotnie matka, a starszy Esko (dentysta) dorastał w rodzinie zastępczej. Obaj postanawiają odszukać ojca. Tak się zaczyna ich ekscytująca podróż.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 366

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (315 ocen)
201
84
23
6
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
74dany

Nie oderwiesz się od lektury

W moim odczuciu ta książka jest rewelacyjna. Śmiał bym się od ucha do ucha momentami, gdyby nie parę uszczerbków w moim uzębieniu. Nie dość, że chwilami śmieszna to do tego mądra.
40
DomRyg

Dobrze spędzony czas

Jedną z lepszych informacji ostatnich dni jest fakt, iż Wydawnictwo Książkowe Klimaty w końcu postanowiło, wzorem innych wydawnictw, pójść w audiobooki. Jest to jeden z tych wydawców, po książki którego sięgałabym częściej, gdyby dostępne były właśnie w formie audio (bo tradycyjnie się nie wyrabiam, niestety). Okazuje się, że jednak już są dostępne w serwisie Legimi i że w końcu można słuchać. I to jest w moim odczuciu ekstra. Dlatego też, idąc za ciosem, z ogromnym zapałem sięgnęłam po ten audiobookowy, książkowo-klimatowy debiut. A są nim „Korzenie” Miiki Nousiainen w przekładzie Sebastiana Musielaka. I niech Was nie zwiedzie ta okładka, ani ten przystający do niej tytuł. Bo te, choć traktowane dosłownie, w powieści mogą i muszą być interpretowane również bardziej metaforycznie i symbolicznie. Zacznijmy jednak od tej oczywistej interpretacji, czyli od zębów. Bo od zębów tutaj się wszystko zaczyna. Pekka Kirnuvaara cierpi na choroby zębów i przyzębia. Sam jest sobie w sumie winny, b...
31
Bajubajka

Nie oderwiesz się od lektury

Genialna, ironiczna,zabawna, wzruszająca. Prawdziwa
20
MojeMole

Całkiem niezła

Bardzo optymistyczna, aż nie chce się wierzyć, że losy tak dobrze się mogą układać, może dlatego recenzja nieco niższa niż zakładałam. Ciekawe zabiegi formalne odnośnie narracji, lekka choć poruszająca głębokie, rodzinne tematy książka.
10
marwyd

Nie oderwiesz się od lektury

Dawno nie przeczytałam tak dobrej książki.To napisana świetnym, pełnym ironii językiem historia przyrodniego rodzeństwa, które odnajduje się nawzajem i poszukuje ojca.
10

Popularność




Miika Nousiainen

Korzenie

Powieść genealogiczno-stomatologiczna

Z języka fińskiego przełożył Sebastian Musielak

Dziękuję za fachową pomoc doktorowi stomatologii Kaiowi Aaltowi, doktor stomatologii Satu Anniki Aalto oraz personelowi przychodni dentystycznej Albin.

What is love?

– HADDAWAY

Człowiek już taki jest: nie kontroluje uczuć.

– HANNU JORTIKKA

Badanie

W trakcie badania klinicznego sprawdza się stan ogólny zębów i błon śluzowych. W razie potrzeby ustala się przyczynę bólu, wykonując zdjęcie rentgenowskie. Na podstawie tych badań dentysta podejmuje decyzję odnośnie do leczenia.

Pekka

Kto pierwszy złapie za siekierę, ten jest w bitce górą. Tak brzmi jedyna nauka ojca, którą zapamiętałem. I jest to święta prawda. Dobra sytuacja wyjściowa daje podczas awantury pewne zwycięstwo.

Ojciec raczej nie był głupi. Kiedyś spytałem o niego matkę. Odpowiedziała, że był żałosnym śmierdzącym tchórzem i że nie chce więcej o nim ode mnie słyszeć.

Oczywiście była to tylko jej opinia, którą należy rozpatrywać w odniesieniu do konkretnej sytuacji. Kobieta porzucona bez słowa i pozostawiona z małym dzieckiem bez pieniędzy skłania się zwykle do sądów kategorycznych.

Raz zatelefonował, w Boże Narodzenie. Choć miałem wtedy dopiero siedem lat, z tonu głosu matki domyśliłem się, że to on. Z jej ust popłynęła wiązka słów powszechnie wówczas uznawanych za niecenzuralne.

Wtedy Pertti „Spede” Pasanen był szanowaną postacią show-biznesu i epitet „jebany spede” jeszcze nie wszedł do obiegu. Jednak nawet gdyby już wówczas był znany, okazałby się zdecydowanie za słaby, by opisać stosunek matki do mojego ojca.

Trzasnęła wtedy słuchawką. Ale ojciec zadzwonił ponownie i najwidoczniej pociągnął za właściwe sznurki, bo matka przekazała mi słuchawkę. Z jakości połączenia wywnioskowałem, że nie dzwoni z Helsinek, a międzymiastowe wówczas nie należały do tanich. A więc ojciec był gotów we mnie inwestować.

Może nawet dzwonił z zagranicy? Nikt nie miał pojęcia, gdzie przepadł. Były to czasy, gdy zagranica już dla nas istniała.

Nasza rozmowa miała nie tylko konkretną cenę, lecz również pewną treść. Ojciec powiedział wtedy: „Dobry z ciebie chłopak, Pekka”, a potem mnie pouczył, że w bitce warto być pierwszym, który złapie za siekierę. „Jak to sobie zapamiętasz, to daleko zajdziesz”. W jego głosie wybrzmiało głębokie przekonanie.

Zapamiętałem to sobie, nigdy jednak nie brałem udziału w bijatyce, w której musiałbym się wykazać refleksem w łapaniu za siekierę. Co prawda pracuję w reklamie, lecz nawet w mojej branży nie dochodzi do aż tak dantejskich scen, choć szaleńczy pośpiech i brak pewności jutra są na porządku dziennym.

Nie powiedziałbym też, że zaszedłem daleko. Pracownikiem jestem przeciętnym, a jako człowiek plasuję się chyba nawet poniżej średniej.

Matka dopięła swego. O ojcu w naszym domu się nie mówiło. I nie myślałem o nim prawie wcale. Porzucił mnie, gdy miałem trzy lata. Powiedział, że idzie do sklepu. Miał przynieść mleko, chleb i lemoniadę do sauny.

Tamtego wieczoru sauny nie było, a następnego dnia na śniadanie jedliśmy z matką kaszę. Nasz duchowy stan można by podsumować wyrażeniem „duchowa pustka”. No ale w tamtych czasach ojcowie nie brali udziału w rodzicielstwie, więc nie zdążyłem się do niego szczególnie przywiązać.

Siedzę w poczekalni prywatnej kliniki dentystycznej. Nigdy tu nie byłem, choć to na Kallio, mojej dzielni. Na ulicy zgrzyta tramwaj, do niedawna jeszcze rozluźnieni latem przechodnie zaczynają się nieporadnie kulić w pokornym oczekiwaniu na jesienne szarugi.

Lekarz, który ma mnie przyjąć, nosi to samo nazwisko co ja. „Lek. stom. Esko Kirnuvaara”. Tak jest napisane na tabliczce przy drzwiach.

Ludzi z wyższym wykształceniem w mojej rodzinie jest niewielu. Bez względu jednak na noszony tytuł wszystkie osoby o tym nazwisku są ze sobą spokrewnione, bo Kirnuvaara to sfińszczona wersja rosyjskiego Kiryłowa. Nasi przodkowie przybyli zza wschodniej granicy po wojnie i osiedlili się w Lieksie w Karelii Północnej.

Ten dentysta będzie więc jakimś moim bliższym lub dalszym krewnym. A może nawet bratem. Diabeł wie, ile razy w życiu mój ojciec wyszedł do sklepu po lemoniadę i już nie wrócił. W Finlandii ludzie chodzą do sauny co sobotę.

Człowiek ma w życiu szansę zniknąć wielokrotnie. Nie ma sensu wierzyć we własną wyjątkowość i uważać, że ojciec porzucił beznamiętnie tylko mnie. Może zostawił kogoś innego jeszcze beznamiętniej.

Z gabinetu wychodzi pacjentka, na opuchniętym policzku trzyma woreczek z lodem. Widok ani trochę nie poprawia mi samopoczucia. Setki godzin przeleżałem na tych ich dentystycznych fotelach sztywny ze strachu, wczepiony kurczowo w podłokietniki.

Moje uzębienie ma bardzo złą karmę. Kiedy byłem mały, przeleciałem przez kierownicę roweru i połamałem sobie górne jedynki i dwójki. Gdy zaczęły wychodzić mi ósemki, bolały tak, jak tylko może boleć coś zupełnie człowiekowi zbędnego. Matka nie goniła mnie nigdy do mycia zębów, a ja sumiennie podcinałem gałąź, na której siedziałem, obżerając się słodyczami i zapijając je colą i jej pochodnymi.

Tym razem łupie mnie ząb trzonowy. Wiem z doświadczenia, co się podziało. Zapalenie miazgi, trzeba usunąć zgorzel.

Asystentka kiwa na mnie. Wchodzę do gabinetu i wyciągam rękę do dentysty. Nie ściska jej.

– Lepiej nie, mamy sezon grypy. Witam, nazywam się Esko Kirnuvaara.

– A ja Pekka Kirnuvaara. Czy my nie jesteśmy rodziną?

– Całkiem możliwe, w takim małym kraju chyba każdy jest czyimś krewnym. Ale może zajmijmy się teraz tymi zębami.

Siadam na fotelu. Asystentka zakłada mi na piersi serwetę, a na oczy żółte okulary ochronne. Zanim opuści oparcie, zobaczę siebie w lustrze na ścianie. Taki Bono z U2 w żółtych okularach ma jednak znacznie więcej charyzmy. Ja wyglądam wyłącznie na bezbronnego pacjenta. Zwłaszcza w pozycji leżącej.

Asystentka kieruje lampę w stronę moich ust. Dentysta zakłada maseczkę i prosi o podanie pierwszych instrumentów. Stuka mi po zębach czymś metalowym.

– Tu boli?

– Nie.

– A tu?

– Nie.

Przy kolejnym stuknięciu o mało co nie podskakuję z bólu.

– Dobrze. Sprawa jasna. Dla pewności zrobimy jeszcze zdjęcie rentgenowskie.

Lekarz mówi coś asystentce, która przystawia mi do policzka jakieś urządzenie. Potem oboje wychodzą z gabinetu.

Nie chcą podzielić losu państwa Röntgenów. Z tym że raczej nie są małżeństwem. Między nimi wyczuwam pewien chłód. Wieje nim zwłaszcza od tego dentysty.

Kiedy wracają, na monitorze komputera pojawia się zdjęcie moich zębów. Dentysta bada je chwilę i obraca się do mnie.

– No tak. Nie obędzie się, niestety, bez leczenia kanałowego. Ale zobaczymy, może uda się go jeszcze uratować. Znieczulamy?

W odpowiedzi kiwam głową. Asystentka wyciąga skądś długą metaliczną strzykawkę, a lekarz od razu wbija mi igłę w dziąsło. Uczucie jest tak paskudne, że dałbym wszystko, żeby być teraz gdzieś daleko stąd. Najlepiej pod narkozą.

Dentysta zsuwa maseczkę na podbródek, siada przed komputerem i uważniej studiuje zdjęcie. Widzę go z półprofilu. Może tylko mi się zdaje, ale gość wygląda zupełnie jak ojciec na tych dwóch fotografiach, które matka zapomniała zniszczyć.

– Chwilę potrwa, zanim substancja znieczulająca zacznie działać. Jak ci się udało doprowadzić ten ząb do takiego stanu?

– Czy twój ojciec nie nazywał się czasem Onni Kirnuvaara?

– Od dawna boli?

– No, będą już jakieś dwa miesiące.

– I nie przyszło ci do głowy, by zająć się tym wcześniej?

– Czekałem w kolejce do państwowego i się nie dostałem. Widocznie za mało bolało.

– Takie buty… Dziąsła tak samo, w strasznym stanie. Szczotkujesz zęby rano i wieczorem?

Kłamię, kiwając potakująco głową. Naprawdę nie mam siły myć zębów co wieczór. A rano nie zawsze jest czas.

– Musisz je szczotkować dokładniej. Używasz chociaż nici dentystycznej?

– Nieszczególnie.

Nigdy nie używam nici dentystycznej.

– Na to właśnie wygląda. Warto by używać.

– Jeszcze spytam o twojego ojca. Czy wychowałeś się może…

– Teraz boli?

Dentysta mnie ucisza, uderzając ponownie w ząb. Słyszę stukanie, ale bólu już nie czuję.

– Nie.

– Dobrze.

Próbuję znów go spytać o sprawy rodzinne, ale mnie knebluje, wpychając mi do ust dwa wężyki.

– Diament na turbinę poproszę.

Asystentka podaje mu wiertarkę, no i się zaczyna. Słyszę świdrujący wizg.

– Średnią różyczkę poproszę.

Dostaje do rąk nowy instrument. Monotonne borowanie nie boli, ale odczucie jest obrzydliwie znajome. Po zakończeniu wiercenia dentysta ogląda ząb przez lusterko. I prosi o kolejne narzędzie.

– Pilnik dwadzieścia pięć poproszę.

Asystentka podaje, cokolwiek to jest, i teraz lekarz dłubie tym czymś w kanale korzenia. Ból jest psychosomatyczny, znieczulenie działa, ale dostaję dreszczy na samą myśl o pilniku dwadzieścia pięć. Ściskam podłokietniki spoconymi dłońmi. Asystentka dostrzega moje zdenerwowanie. Ona jedna w tym gabinecie ma jakieś ludzkie odruchy.

– Spróbuj się rozluźnić.

Kiwam głową i próbuję. Byłem sztywny jak łom, teraz jestem wyluzowany jak stara dewotka słuchająca okolicznościowych przemówień podczas swoich osiemdziesiątych urodzin.

– Czterdziestkę do kanału dystalnego poproszę.

Zdaje się, że dentysta dotarł do źródła problemu. W każdym razie w ustach czuję smak zgnilizny, gdy czterdziestka otwiera ten kanał dystalny, cokolwiek to cholerstwo oznacza. Nie ma wątpliwości, że w korzeniu jest zapalenie i dentysta właśnie upuszcza ciśnienie, które powodowało pulsujący ból.

– Zostawimy na chwilę, niech się trochę uspokoi. Tymczasem przygotuj mi trzyprocentowy podchloryn sodu.

Ja zostaję na fotelu. Lekarz wychodzi z gabinetu. Jest jasne, że ucieka przed kolejnymi pytaniami genealogicznymi. Asystentka podtrzymuje nastrój, komentując słowa lecącej w radiu piosenki i jesienną pogodę za oknem. Nagle przechodzi do sedna sprawy.

– Nie no, jesteście do siebie podobni. Trudno to uchwycić, nie wiem… jakoś tak ogólnie.

– My, czyli kto?

– Ty i Esko, dentysta.

– Wiesz coś o jego rodzinie?

– Nie, nasza relacja opiera się wyłącznie na zaglądaniu ludziom w zęby.

Drzwi się otwierają i asystentka podejmuje przerwane czynności, udając osobę, która nigdy nie rozmawia z nikim na tematy prywatne.

– Tu masz ten podchloryn.

– Dzięki. No to chyba będziemy kontynuować.

Po paskudnym smaku podchlorynu czuję, że dentysta zaczyna wypełniać czymś dziurę w zębie. Na koniec wygładza powierzchnię.

– Zagryź i powiedz, czy nie wydaje się wyższy.

– Nie.

– W porządku. No to tyle, masz teraz w środku lekarstwo i dwa rodzaje wypełnienia. Nawet gdyby to z wierzchu odpadło, nie musisz się martwić. To drugie wytrzyma na pewno. Za cztery tygodnie trzeba to dokończyć. Tu masz rachunek, zapraszam do kasy. Od razu się umów na kolejną wizytę.

Stoję zbaraniały z rachunkiem w ręku. Dentysta zerka na mnie przez okulary. Jego mina mówi wszystko: a ten tu jeszcze czego?

– Chłopie, ty nie rozumiesz, że my możemy być braćmi? Właśnie się dowiedziałeś, że chyba masz rodzeństwo! Takich rewelacji nie kwituje się wręczeniem rachunku za usługę dentystyczną!

– Ja tylko leczę zęby.

Asystentka mówi, że idzie do toalety, i wymyka się z gabinetu.

– Mógłbyś mi chociaż powiedzieć, co wiesz o swoim ojcu?

– Posłuchaj no. Jestem dentystą, który za niedługo skończy sześćdziesiąt lat. Na tym etapie życia szczegóły przestają mieć znaczenie. A tego rodzaju spekulacje genealogiczne zaliczam do szczegółów. Tak że zapraszam do kasy i od razu się umów na usunięcie kamienia nazębnego. Nie zapomnij o tym.

Wciska mi w dłoń pudełko nici dentystycznej, po czym otwiera drzwi i woła:

– Sinivuori, zapraszam!

Wściekły idę zapłacić rachunek.

Esko

Niech to szlag trafi.

– Przepraszam, trochę mi się smyknęło. Nie bolało?

– Nie.

Coś mam nagle dziwnie niepewną rękę. Dziąsło klienta krwawi, ale na szczęście to nic groźnego.

Wszystko przez tego poprzedniego pacjenta. Musiał przyłazić przed końcem dnia i robić mi mętlik w głowie, gdy ja już sobie życie ułożyłem? Różowo nie jest, wiadomo, ten i ów mógłby o mnie powiedzieć, że jestem samotnym ponurakiem, ale wszystko idzie jako tako, lepiej nie będzie.

Człowiek poznaje, czym jest szczęście, dokładnie w tej samej chwili, w której przestaje marzyć. Długo mi doskwierał ten brak korzeni, bardzo długo. Tyle tylko, że to nie przywróci mi rodziców, a gdyby nawet tak się stało, raczej nie umieliby podać żadnego sensownego powodu, dla którego mnie porzucili. Albo mieliby argumenty tak rozsądne, że nie byłoby sensu ich podważać.

Tak że obecnie jestem ze swojego życia zadowolony. Pewnie, miało się kiedyś te młodzieńcze marzenia. Na studiach roiłem sobie, że kiedyś założę rodzinę, wyjadę do Hollywood i będę leczył zęby gwiazdom filmowym. Czy to nie szczyt marzeń lekarza dentysty?

Marzenia pryskają szybko. Zmagający się z szarą codziennością stary kawaler nie ma chyba gorszego życia od męża i ojca, który wiecznie się martwi o swoje dzieci. A fiński klient z korporacji nie jest wcale gorszym pacjentem niż gwiazdor światowego kina.

Jeden i drugi czuje respekt przed wiertłem, jednemu i drugiemu człowiek próbuje ratować w tej jamie ustnej to, co jest do uratowania. Staram się zwrócić pacjenta społeczeństwu z lepszym uzębieniem. To jest dla mnie najważniejsze. Zęby są zwierciadłem duszy. Stąd wiem, że dusza tego ciekawskiego Kirnuvaary do pięknych nie należy.

No i załatwiony ostatni pacjent dnia. Asystentka też już skończyła pracę, zostaję sam w klinice, żeby wypełnić papiery.

Spoglądam na zdjęcie rentgenowskie zębów tego Pekki Kirnuvaary.

Głowy do genealogii to ja nie mam. Ale jakoś tak automatycznie zapaliła mi się lampka, gdy zobaczyłem na ekranie jego nazwisko. No i zęby. Chwilę później wszystko było jasne. Brak piątek. Ja też ich nie mam. To się zwykle dziedziczy, więc jedno z rodziców ich nie miało. Raczej na pewno ojciec, skoro nie ma ich też ten cholernie wścibski Kirnuvaara.

Niech go szlag, jak on mógł doprowadzić swoje zęby do takiego stanu? Myć to na pewno nie mył. Na pierwszy rzut oka widać, że to jeden z tych, co to przed wizytą szorują zęby jak wariat przez dziesięć minut, a kiedy naprawdę trzeba, to już niekoniecznie.

Lecz jeszcze bardziej od tych jego zębów przeraziła mnie moja pierwsza reakcja, kiedy do mnie dotarło, że jesteśmy rodzeństwem. Miałem ochotę się rozpłakać. I zrobić to, co robią zawsze młodzi, gdy się spotykają. Ściskają się czy tam obejmują, nie wiem, jak to nazwać. Ale miałem ochotę zrobić to samo. Objąć brata.

Tylko do czego by to doprowadziło? Potwierdzenie jego przypuszczeń wywołałoby lawinę nowych pytań. Musiałem więc zabić w sobie to osobliwe pragnienie płaczu i uścisku, bo z góry wiadomo, że nie wyszłoby z tego nic dobrego.

Zrobiłem to samo, co dawniej w chwilach słabości, czyli skierowałem swoją uwagę w zupełnie inną stronę. Wyobraziłem sobie, że uprawiam seks z jakąś pięknością. Często tak robię. Bo w realnym życiu nie zdarzyło mi się nigdy. Tym razem jednak nie pomogło, więc wyobraziłem sobie, że ta sama piękność leży na moim fotelu, a ja rozwiercam jej kanały. Zwykle to sprowadza moje myśli na właściwy tor. Wyobrażenie, jeżeli ma działać, musi być realistyczne.

Lepiej zapomnieć o tej sprawie i żyć dalej tak jak do tej pory. Robić to, do czego zostałem powołany. Leczyć zęby, nie jeść cukru i uprawiać jogging. Dzięki temu będę w stanie pracować do siedemdziesiątki piątki. A przez te ostatnie dziesięć lat, które mi zostaną, jakoś sobie poradzę z własnymi myślami. Ojciec nie będzie mi do tego potrzebny. Ani brat czy inny krewny.

W życiu są tylko trzy wielkie pytania. Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Czy znieczulamy? Sam potrafię odpowiedzieć tylko na to ostatnie. Znieczulenie to dobra rzecz, wszystko przestaje boleć. Szczególnie serce.

Pekka

W ciągu paru ostatnich tygodni wiele razy mnie korciło, żeby zadzwonić do brata. Czyli do tego wycofanego stomatologa, który przypuszczalnie jest moim bratem. Jego reakcja obronna była jednak na tyle silna, że postanowiłem dać mu spokój. Spotkamy się, kiedy pójdę do niego dokończyć ten ząb.

W tę sobotę i niedzielę dzieciaki są u mnie. Jak co drugi weekend, na co Tiina, moja była, zgodziła się na rozprawie rozwodowej. Dobro dzieci wymaga, by miały stabilny dom. A z nas dwojga podobno tylko matka jest tym rodzicem, który może im tę stabilność zapewnić. Mimo że kiedy mieszkaliśmy razem, odpowiedzialnością dzieliliśmy się po równo.

Odbieram dzieciaki jak zawsze w piątek po południu sprzed domu mojej byłej. Prawie dwa tygodnie bez nich to długo. Od razu podchodzą, żeby się przytulić, wyczuwam jednak dystans. Pewnie się zastanawiają, co to za gość i jak się do niego odnosić.

Starsze podaje mi karteczkę, na której moja była zapisała niezbędne informacje o spakowanych ubraniach, stanie zdrowia obojga i rytmie spania młodszego. W zasadzie ze sobą nie rozmawiamy, ja i ich matka. To była jej decyzja.

Idziemy na przystanek tramwajowy niedaleko kościoła. Pobliski park poszedł już w odstawkę. Tylko budka z parówkami jeszcze trzyma się kurczowo dwóch stolików, przy których trzęsie się pod kocami paru klientów. Na ławkach w alejkach nie siedzi już nikt.

Zadaję dzieciakom obowiązkowe pytania i uzyskuję normalne jednowyrazowe odpowiedzi: „Okej” i „Dobrze”.

Jeszcze przełamiemy lody. Nieufność im przejdzie po dwóch godzinach. Najpóźniej po przekupieniu ich słodkościami.

Prędzej czy później zawsze te lody przełamujemy, ale proces boli tak samo za każdym razem. Dzieci muszą co dwa tygodnie poznawać na nowo własnego ojca. Gdyby tylko wiedziały, jak bardzo czekam na te weekendy. Z tego powodu dziwnie wspominam czasy, gdy byłem już nimi strasznie zmęczony. Do tego stopnia, że to zmęczenie groziło wybuchem złości. Może raz czy dwa ta złość rzeczywiście wybuchła.

Była to oczywiście moja wina.

Tiinę poznałem na studiach. Uważano nas za parę idealną. Jeżeli nią byliśmy, to tylko przez jakiś czas. Czy nie wszystkie pary tak wyglądają? Popołudniówki piszą tylko o zaskakujących rozwodach.

Pewnie, mieliśmy w naszym związku dobre chwile. Trzymaliśmy się obowiązkowej rozpiski dla klasy średniej, od chodzenia ze sobą, przez zamieszkanie razem i kupienie własnych czterech ścian, po marzenia o dzieciach i zajście w ciążę. Wszystko zgodnie z planem.

Po urodzeniu się córki przeprowadziliśmy się do własnego domu na powojennym osiedlu. W tamtych czasach poczucie wspólnoty jeszcze nie wygasło, nie trzeba go było odgórnie wskrzeszać imprezami dla mieszkańców. Było czymś normalnym, że sąsiadom zanosiło się placek z jagodami, a grabie pożyczało bez pytania. Po prostu raj.

Pierwsze czarne myśli zaczęły się lęgnąć w moim pesymizującym umyśle już wtedy, gdy poszliśmy na pokaz naszego przyszłego gniazda rodzinnego. Gdy w piękny letni dzień człowiek szedł przez skąpane w soczystej zieleni idylliczne osiedle, aż odruchowo zastanawiał się, skąd oni wezmą tylu Finów, którzy potrafiliby się odnaleźć w takiej sielance. Nie wierzyłem, że możemy być warci tego wszystkiego. Czasy były takie, że architekci tworzyli takie miejsca, zbyt piękne dla nas.

Gdy syn skończył roczek, a córka trzy lata, wziąłem dwanaście miesięcy tacierzyńskiego i to ja siedziałem z dziećmi w domu. My, faceci mający pełne usta równouprawnienia, czuliśmy, że to ważne, by nie tylko gadać, ale też dawać przykład. Robiłem wszystko, żeby wyglądać na gościa, który dojrzał do odpowiedzialności. Starałem się udowodnić żonie, że sobie poradzę.

Słoiczków nawet nie brałem pod uwagę. Dla naszych dzieci wszystko musiało być naturalne, z nieskażonych składników. Dwa razy w tygodniu przynosiłem z osiedlowego ryneczku pełną torbę ekologicznych produktów z naszego osiedlowego pola. Na froncie pracy organicznej nie miałem sobie równych.

Na śniadanie przygotowywałem pieczoną ekoowsiankę na ekomleku. Po nakarmieniu dzieci zabierałem je na plac zabaw. I tak dzień w dzień, słońce czy deszcz. Nastałem się przy drabinkach za wszystkie czasy z innymi podobnie myślącymi. Fajnie jest móc patrzeć na rozwój swoich pociech, pełna zgoda. Tylko że żadne się jeszcze nie rozwinęło w jeden dzień.

Przed urodzeniem dziecka wszyscy w kółko powtarzają, że z maluchem człowiek nie wie, co to nuda. Mit jakich mało. Nigdzie człowiek nie poznaje nudy tak dobrze, jak łażąc po placu zabaw za swoim dzieckiem.

No ale wszyscy próbowali udawać, że jest cudownie. Jeszcze się zdążymy narobić w życiu, wybraliśmy właściwie. Żłobki i przedszkola to zbyt trudne doświadczenie dla takich maluchów. Hamują ich rozwój intelektualny.

Córki nie daliśmy nawet do przedszkola, choć mogło jej brakować towarzystwa rówieśników. Z perspektywy czasu powiedziałbym, że trzeba było jednak postawić na fachowców.

Owszem, byliśmy zmęczeni, ale za to solidarni z innymi rodzicami. Wspieraliśmy się nawzajem, wysłuchiwaliśmy skarg. Podświadomie jednak rywalizowaliśmy. Kto będzie najpraktyczniejszy, a zarazem najbardziej pomysłowy. Najbardziej rozluźniony, ale najtroskliwszy. Zadanie było proste. Być najdoskonalszym ze wszystkich, zachowując przy tym maksimum człowieczeństwa.

Rodzice stawiali sobie cele tak ambitne i tak bardzo niedające się ze sobą pogodzić, że cały ten biznes zaczął się chwiać. Przynajmniej ja tak miałem. W najgorsze dni cudowne dzieci zmieniały się w moich wrogów.

W ich poczynaniach najbardziej wkurzał mnie brak logiki. Robienie rzeczy pozbawionych jakiegoś widocznego sensu. Rano pędziły na plac zabaw i jeszcze dwie godziny później nie miały dość.

Najbardziej frustrujące były dni, kiedy im urządzałem coś superfajnego. Pozwalałem im pojeździć rowerkami albo zabierałem do wesołego miasteczka, a kiedy trzeba było wracać, krzyczały dwa razy głośniej niż na karuzeli. Kolejny dowód na to, że zabawa jest przereklamowana.

Trochę mnie pocieszał fakt, że przed pojawieniem się dzieci też nieszczególnie korzystałem z życia. Gdy człowiek codziennie obcuje z dzieciakami, zaczyna go wkurwiać coraz więcej rzeczy. Więc nie ma co się dziwić, że w końcu pęka pod tym ciśnieniem. Ja też pękłem. Niestety.

Patrzę na moje pociechy bawiące się na podłodze w salonie. Kocham je tak, że nie da się bardziej. Teraz już mogę śmiać się z tamtych czasów, gdy myślałem inaczej. Byłby to z pewnością najlepszy okres mojego życia, gdybym tylko umiał trochę wyluzować. Nie umiałem. Chciałem być z nimi tak bardzo, że szybko stawałem się nieobecny.

Chciałem wynagrodzić moim dzieciom krzywdę, którą wyrządził mi mój ojciec. Szkoda, że nikt mi wtedy nie powiedział, że między porzuceniem dziecka a maniakalnym ojcostwem domowym jest sporo miejsca na warianty pośrednie.

W podobnej sytuacji znalazło się wielu innych mężczyzn. A na pewno ci, którzy razem ze mną podeszli do rodzicielstwa jak do wyścigu zbrojeń.

No i niedługo później przewróciła się pierwsza kostka domina. Mąż i ojciec, który wykonuje wymagającą pracę, remontuje powojenny dom z szacunku dla tradycji, wspomaga finansowo organizacje charytatywne, należy do kooperatywy i karmi dziecko ekologiczną owsianką z piekarnika, szybko opada z sił, czyli jest zbyt zmęczony, by zadbać jeszcze o własne małżeństwo. Kapituluje. Coraz częściej zabiera dzieciaki na hamburgery, aż w końcu zaczyna wychodzić z siebie.

Sprzedaliśmy dom kolejnym marzycielom, którzy w nadziei na lepszą przyszłość stare tapety zaklajstrowali nowymi. Trendy w tapetach się zmieniają, ale w człowieku nie. Choć przecież może się zdarzyć i tak, że komuś uda się to, co nam nie wyszło.

Niektórzy pozorowali idyllę jeszcze po złożeniu papierów rozwodowych. Na lewo i prawo rozgłaszali, że rozstają się dla dobra dzieci. Że nie będą się przy nich wzajemnie obrażać i że wciąż zależy im głównie na tym, by mimo rozwodu dzieciom niczego w życiu nie brakło.

U nas nie wyglądało to aż tak różowo. Żona odnalazła ciekawszego partnera w osobie sąsiada, a winą za rozwód obarczyła mnie. Bo nie mogła przy mnie swobodnie oddychać. Bo nie byłem na ty z moim własnym ja. Bo byłem ojcem zbyt niestabilnym.

Tylko że przez cały rok to właśnie ja byłem tym stabilnym rodzicem, który opiekował się dziećmi, gdy ona chodziła do pracy. Nie chciała tego słuchać. Kazała mi iść na terapię i przepracować traumę. Na koniec uderzyła jeszcze w mój najczulszy punkt: „Nigdy się nie pozbierałeś po odejściu ojca!”.

To były jedynie preteksty. W rzeczywistości żądała rzeczy niemożliwych. Dotarło to do mnie, kiedy wybrałem się raz po skrzynkę narzędziową do marketu w centrum.

Wypatrzyłem na regale różową. Wybór takiego, a nie innego koloru miał zapewne obniżyć próg zakupu dla samotnie mieszkających kobiet.

W tej skrzynce zogniskowała się cała ta utopia w krzywym zwierciadle. Dokładnie takie oczekiwania stawia mężczyźnie współczesny świat, dokładnie na takiego mężczyznę chciała mnie urobić moja żona. Twardego i praktycznego, a jednocześnie miękkiego i grzecznego.

A ja nie potrafiłem stać się kimś takim. Nie byłem materiałem na różową skrzynkę narzędziową.

Niekiedy, gdy stres w naszej rodzinie osiągał apogeum, rozumiałem nawet, dlaczego mój ojciec mnie porzucił. Przyjście na świat dziecka totalnie przestawia facetowi psychikę. Oto trzyma na rękach coś, co kocha najbardziej na świecie, co jest zależne od niego w stu procentach.

Uświadomienie sobie tej zależności wzbudza w normalnym człowieku paniczny lęk. Nic już nie jest takie jak przedtem. Co się dziwić, że co poniektórzy porzucają rodzinę, by uciec przed odpowiedzialnością.

Bo to oczywiste, że prędzej czy później dziecku przytrafi się jakieś nieszczęście. Na jego drodze czyha mnóstwo niebezpieczeństw. Samochody, ciemne uliczki, narkotyki, gimnazjum. Generalnie życie.

Ten irracjonalny lęk wzmaga się w najpiękniejszych chwilach. Gdy idealnie piękna mała istotka po bajce na dobranoc wpatruje się przed zaśnięciem w ciemny sufit, wraca myślami do wydarzeń z minionego dnia i czasem rzuci coś o pociągu albo o jakimś psie.

W jej oczach widać bezgraniczną ufność do rodzica i wiarę w dobro świata. To widok pocieszający, natychmiast jednak budzi w człowieku smutek. Jak i kiedy powiedzieć tej cudownej dziecinie, że ten wspaniały świat wcale nie jest aż taki piękny? W podobnych chwilach do głowy ciśnie się nieznośna myśl: kiedy to śliczne i ufne dziecko zamieni się w taki sam wrak człowieka jak jego ojciec?

Podobnie jak większość spraw na tym świecie, również ojcostwo można spieprzyć na wiele sposobów. Mój ojciec był zupełnie nieobecny, mnie znów z początku było aż za dużo. A teraz przebywam z dziećmi zbyt rzadko.

Nasz piątkowy wieczór mija koniec końców bardzo fajnie. Dzieciom smakuje moja zapiekanka z pełnoziarnistego fusilli z granulatem sojowym. Wisienką na torcie jest deser lodowy.

Po kolacji gramy w gry i po prostu cieszymy się, że możemy ze sobą pobyć. Tata jest znowu tatą. Córka po myciu zostaje w salonie, chce obejrzeć film. Idę ułożyć synka do snu. Do poduszki czytam mu przygody Krecika. Pies dostał auto, więc i Krecik chce mieć takie samo.

Zupełnie jak z ludźmi: życie byłoby piękniejsze, gdyby człowiek nie miał z kim się porównywać. A tak zawsze znajdzie się ktoś, kto ma wyraźnie lepiej niż my.

Po bajce na dobranoc gaszę lampkę. Zmęczony trzylatek jest już śpiący. Brzegi zasłony przepuszczają akurat tyle światła, że jeszcze się widzimy. Synek patrzy na mnie z ufnością. Nie wiem, może to sobie tylko wyobrażam, ale w jego spojrzeniu dostrzegam miłość. Może widzę jej nawet za wiele, jeśli wziąć pod uwagę, że jestem w jego życiu tylko co drugi weekend. I nie zawsze byłem w formie, by odgrywać kochającego ojca. Teraźniejszy mąż mojej byłej jest obecny w ich życiu znacznie częściej niż ja.

Synek wpatruje się we mnie niebieskimi oczkami. Wiem, że za chwilkę zaśnie, ziewnął już dwa razy, a powieki mu się zamykają zwykle po trzecim.

– Mój piękny, cudny synuś. Kocham cię.

Nie wiem, czy mnie rozumie. Czy to zresztą możliwe? Ja sam tego nie rozumiem. Tego się nie da powiedzieć w żadnym języku. Jak bardzo tata kocha. A potem małe oczka się zamykają.

Jego ufność nie ma granic. Powierzył mi całe swoje życie. Tak jak zapewne wcześniej ja powierzyłem swoje ojcu. Kładę się na chwilę obok mojego malucha. Głaszczę go po włosach i słucham trochę zakatarzonego oddechu.

Za jedno jestem wdzięczny. Że nim staliśmy się z Tiiną nie do zniesienia dla siebie, zdążyliśmy się jednak dorobić tej parki. To duża ulga. Ja wychowałem się bez ojca i bez rodzeństwa. I choć nie było to życie aż tak złe, często brakowało mi brata czy siostry.

Przykrywam synka skopaną kołdrą. Wracam do salonu, gdzie córka siedzi zatopiona w świecie disnejowskich opowieści o księżniczkach. Przysiadam się do niej i głaszczę ją po głowie.

– Co byś powiedziała na nowego wujka, brata taty?

– A to on już się urodził?

– To nie tak. To znaczy tak, już się urodził, ale ma już prawie sześćdziesiąt lat. I jest dentystą.

– Ble.

– No, rybeńko, idź już myć ząbki i do spania.

Moje dzieci nie mają już dziadka. Ojciec mojej byłej zmarł przed rokiem. Za moim starym nawet nie tęsknią. Bo niby jak tęsknić za osobą, której się nigdy nie poznało?

Córka przypomniała sobie o moim ojcu raz, na pogrzebie swojego dziadka od strony mamy. I była na mnie zła, że nie ma drugiego dziadka, bo jak chodziła do tego pierwszego, to zawsze jej dawał dwadzieścia euro. A teraz zmarł nagle na zawał, gdy zmieniał opony na wiosnę, i tak strumień łatwej kasy wysechł na zawsze.

Na pogrzebie nasza córka rzuciła głośno, że pierwszy raz wyjedzie z Riihimäki z pustymi rękami. Jej uwaga wywołała wesołość żałobników. Było to najszczersze zdanie całej uroczystości. Jak by tu ubrać sprawę w piękne słowa, aby nikogo nie urazić: mój teść był nieustępliwym rzecznikiem i pragmatycznym obrońcą własnych praw, który dbanie o dobry nastrój w towarzystwie pozostawiał innym.

Mówiąc wprost, był niezłym gnojem. Ale przynajmniej był. Obecny w życiu dzieci kiepski ojciec jest lepszy od najlepszego, który gdzieś przepadł. Nieobecni zazwyczaj nie mają racji.

Teraz czytam bajkę córce. Robię to cicho, żeby nie zbudzić jej posapującego parę metrów dalej braciszka. Nie dochodzimy daleko, wyczerpana tygodniem w szkole sześciolatka zasypia przy drugiej stronie.

Sam już ledwo trzymam się na nogach, więc to by było na tyle. Idę umyć zęby. Wypluwam pastę z ust, umywalka zabarwia się na czerwono. Jasna cholera, jak to możliwe, że moje dziąsła tak łatwo krwawią? Kurwa. Ledwo wczoraj ze zmęczenia zapomniałem o wieczornym myciu i znowu się zaczyna. Czemu nogi jakoś człowiekowi nie gniją, choć zdarzy mu się czasem zapomnieć umyć je wieczorem? Oprócz zębów chyba tylko relacje międzyludzkie potrafią się psuć tak podstępnie.

Zaglądam do szuflady, jest. Niewinnie wyglądające opakowanie nici dentystycznej od lekarza stomatologa Kirnuvaary. Szybko, łatwo i przyjemnie. Wystarczy czyścić zęby pięć minut dziennie przed pójściem spać.

Skończyłem na pierwszym podejściu. Kurewski ból i tryskająca krew. Wcale nie jest tak łatwo, bo najpierw cholerna nitka nie chce wejść między zęby, a kiedy ją mocniej nacisnąć, paskudnie rani dziąsło.

Musi istnieć jakiś inny sposób. Człowiek potrafił dolecieć na Księżyc, wejść na Mount Everest i przeżyć Black Friday w galerii handlowej, a na bezbolesne czyszczenie zębów jakoś nie ma żadnego sposobu? Coś tu mocno śmierdzi.

Płuczę usta jeszcze raz, ale i tak ciągle czuję smak krwi, gdy kładę się do łóżka. To przypomina mi nie tylko o tym przeklętym dentyście, ale też o mojej byłej. A wtedy zaczyna mi krwawić także serce.

Weekend był idealny. Usłyszałem od dzieciaków, że chętnie przychodziłyby do mnie częściej. I nie wydaje mi się, by powiedziały to pod wpływem mojej sugestii czy nadmiarowego spożycia cukru. Dlatego też kontrast z początkiem tygodnia jest znaczący. Kolejna bezowocna dyskusja z moją byłą żoną o zapewnieniu mi częstszego kontaktu z dziećmi.

Tiina podjęła decyzję. Ponieważ jej nowa rodzina przechodzi właśnie proces zjednoczenia, jest istotne, aby nasze dzieci i dzieci jej męża spędzały razem jak najwięcej czasu. Nie mam zamiaru im tego zabraniać, ale czuję się zawiedziony, że moja była nie potrafi spojrzeć na tę sprawę z mojej perspektywy.

Podziękowała mi, bo zmusiłem ją do zastanowienia się nad swoim życiem. Weźmie roczny urlop i zrobi szkolenie. Terapia krótkoterminowa skoncentrowana na rozwiązaniach czy coś takiego.

Kiedy to słyszę, czuję głęboki wewnętrzny skurcz. Nie żebym miał coś przeciwko temu, że ludzie próbują odnaleźć siebie i być szczęśliwi w życiu. Boli mnie to, że Tiina chce zostać terapeutką. Moja sympatia z liceum wylądowała na psychologii. Potem moja pierwsza dziewczyna ze studiów zaraz po naszym rozstaniu przeniosła się z politologii na psychologię.

Partnerzy w dobrym związku stają się lepszymi ludźmi. Moje partnerki zostają terapeutkami.

Idę do kliniki jak na ścięcie. Po rodzicielskich przepychankach z byłą żoną człowiek powinien wstąpić do baru na piwo, żeby się zresetować, ale ja mam umówioną wizytę u dentysty.

Nie cierpię tej całej sadystycznej bandy. Matka mi opowiadała, że w dzieciństwie splunąłem szkolnemu dentyście w twarz.

Sprawa się teraz trochę niuansuje, bo ten stomatolog może być moim bratem. Na dodatek to okropny sztywniak, który nie chce rozmawiać o czymś, co na chłopski rozum powinno interesować każdego.

Oprócz niego. On jest dentystą. A o dentystach nie da się powiedzieć niczego dobrego. Pamiętam szkolny gabinet stomatologiczny, to był jakiś horror. Śmierdziało tam jak jasna cholera, wszyscy byli niemili i każde wiercenie okropnie bolało.

Jedyne, co było fajne u szkolnego dentysty, to śmietnik z pedałem. Jaka to była radocha, gdy po wypiciu czerwonego płynu wrzucało się kubek do kosza bez dotykania pokrywy ręką.

Tylko kto wybrałby sobie zawód, którego jedynym plusem jest to, że ma się w gabinecie śmietnik z pedałem? Odpowiedź jest prosta: do tej branży ciągną wyłącznie sadyści, którzy uwielbiają zadawać człowiekowi ból.

Siedzę więc w poczekalni u mojego sadysty i czytam czasopismo plotkarskie. Wygląda na to, że nasz telewizyjny celebryta ma gorący romans z fińskim króliczkiem od bikini. Skąd oni to wiedzą? To już celebryty nie może łączyć z modelką aseksualna relacja opierająca się na wspólnym oglądaniu filmów?

Co my możemy wiedzieć o sobie nawzajem? Ja wyglądam na kasiastego przedstawiciela jakiejś trendującej korporacji z branży kreatywnej. A w rzeczywistości jestem wrakiem człowieka, którego toczą konflikt z byłą żoną o kontakty z dziećmi i trauma porzucenia. I któremu w najlepsze gniją zęby.

– Kirnuvaara!

Mój domniemany brat woła mnie do gabinetu. Rzucam czasopismo z powrotem do kosza wypełnionego pisaniną o domniemaniach z prywatnego życia innych.

Muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczony. Pomny lodowatej atmosfery naszego pierwszego spotkania, byłem święcie przekonany, że Kirnuvaara odda mnie w ręce któregoś ze swoich sadystycznych kolegów, ale nie.

Chyba poczuwa się do odpowiedzialności i chce doprowadzić leczenie do końca. A może poczuwa się również do odpowiedzialności za brata?

Pozwalam mu robić swoje, nie rozpraszam go pytaniami. Znowu wbija mi w dziąsło igłę, podaje znieczulenie. Łupie mnie jak cholera, chyba specjalnie zrobił to tak, żeby bolało. Przechwalają się na pewno przed sobą takimi numerami i głupio rechoczą. Przynajmniej ja bym się chwalił, gdybym był dentystą.

– Mogę zrobić przegląd zębów, zanim znieczulenie zacznie działać?

– Proszę.

Ogląda po kolei każdy mój ząb i dyktuje głośno asystentce jakieś cyfry, które ta wklepuje do komputera. Podobno brakuje mi piątek.

– Jak to możliwe, że ten stan zapalny nadal się utrzymuje? Wyglądają gorzej niż ostatnio.

– Zęby?

– Nie, dziąsła.

– Nie wiem.

– Używałeś nici dentystycznej, którą ci dałem?

– Nie używałem. A nie, czekaj, raz spróbowałem.

– Dlaczego tylko raz? Powinieneś jej używać co wieczór i najlepiej również rano, jeżeli tylko czas pozwoli. To priorytetowa kwestia.

– No, na mojej liście priorytetów nić dentystyczna nie plasuje się wysoko. Dziąsła mnie od niej bolały i do tego krwawiły.

– W pewnym sensie właśnie na tym to polega. Najpierw boli i krwawi, ale z czasem jest coraz lepiej. I masz już ubytki. Nie mógłbyś…

– Człowieku, nie gadałbyś tyle, tylko zajął się moimi zębami. Nikt z nas nie jest chodzącym ideałem. Każdy ma jakiś słaby punkt. U mnie akurat padło na zęby.

– Ale te stany zapalne będą się rozprzestrzeniać. Niekorzystnie wpływać na stan całego organizmu.

– A wiesz, jak niekorzystnie na mnie wpływa ten… ten twój…

– Ten mój co?

Miałem go nie rozpraszać sprawami rodzinnymi, ale co poradzę. Pierwszy mnie wkurzył.

– Ten twój pierdolony eskapizm! Serio tak trudno porozmawiać o tym, że możemy być spokrewnieni? Będę codziennie używał tej pierdolonej nici, jeżeli zaczniesz rozmawiać!

– To powinno być zrozumiałe samo przez się.

– To, że jesteśmy spokrewnieni?

– Nie, to, że powinieneś używać codziennie nici dentystycznej. Jestem stomatologiem, nie genealogiem.

– Za mało cię jeszcze znam jako człowieka, więc muszę cię zbluzgać generycznie. Wiesz, co o was myślę? O dentystach?

– No?

– Tłumicie w środku jakąś pierdoloną ranę, ale boicie się o niej mówić. Maskujecie tę nieprzepracowaną traumę, wabicie do tych swoich gabinetów bezbronne ofiary, a potem je torturujecie. Jestem pewny, że ktoś już dawno wymyślił bezbolesne leczenie zębów, ale wy, gnoje, decydujecie co roku na jakiejś jebanej konferencji, że o tym ani mru-mru.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Sebastian Musielak

Technik samochodowy, absolwent filologii fińskiej UAM, autor blisko stu przekładów z literatury fińskiej i anglojęzycznej. Pracował jako nauczyciel języka angielskiego, pilot wycieczek i tłumacz ustny (fabryka autobusów we Wrocławiu, stocznia Aker Yards w Helsinkach). Od 25 lat freelancer, w 2015 założył Oficynę Wolny Tor, która wydała pięć e-booków z nowszą klasyką fińską. Zajmuje się kształceniem tłumaczy, jest mentorem, od 2019 dyrektorem międzynarodowego kursu dla początkujących tłumaczy języka fińskiego organizowanym co dwa lata w Helsinkach.

Laureat nagrody czasopisma „Literatura na Świecie” w kategorii „Nowy głos” (2008) za przekład powieści Daniela Katza Kobieta pułkownika. Otrzymał nagrodę Ministerstwa Kultury Finlandii dla tłumacza literatury fińskiej na język obcy (2017) oraz nagrodę Europejskiego Stowarzyszenia Science Fiction (ESFS) w kategorii Hall of Fame/Best Translator (2023). Dla Książkowych Klimatów przetłumaczył Rok zająca Arto Paasilinna (2020).

Miika Nousiainen

Fiński dziennikarz i pisarz, mieszka w Helsinkach. Pracował w fińskiej komercyjnej stacji telewizyjnej MTV3, był gospodarzem i panelistą kilku popularnych programów rozrywkowych. W dzieciństwie i młodości Nousiainen biegał w zawodach lekkoatletycznych, później przerzucił się na gry zespołowe, najchętniej grywa w unihokeja. Reprezentował Finlandię na dystansie 400 metrów podczas halowych Mistrzostw Europy Lekkiej Atletyki Masters (Toruń 2024). Autor pięciu bestsellerowych powieści, które zostały adaptowane na sztuki teatralne i filmy. W drugiej powieści, Maaninkavaara z 2009 roku, za którą otrzymał nagrodę Kaleviego Jänttiego przyznawaną młodym pisarzom, Nousiainen wykorzystuje swoje doświadczenia biegowe: to tragikomiczna historia ojca, który próbuje wytrenować swoje dzieci na mistrzów długich dystansów. Korzenie (2016) to pierwsza książka autora przełożona na język polski. Tematyka powieści i typowa dla Nousiainena autoironia zaskarbiły mu miano „Paasilinny naszych czasów”.

Tytuł oryginału: Juurihoito

Redakcja: Ilona Klimek

Korekta: Marcin Dymalski, Małgorzata Kuśnierz

Współpraca produkcyjna: Szczepan Kulpa

Adaptacja okładki i projek makiety: Karolina Korbut

© Copyright by Miika Nousiainen, 2016

Original edition published by Otava, 2016

Polish edition published by agreement with Miika Nousiainen

and Elina Ahlback Literary Agency, Helsinki, Finland

© Copyright for the Polish translation by Sebastian Musielak, 2024

© Copyright for the Polish edition by Książkowe Klimaty, 2024

This work has been published with the financial assistance of FILI – Finnish Literature Exchange

ISBN 9978-83-66505-70-4

Książkowe Klimaty

www.ksiazkoweklimaty.pl

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek

Spis treści:

Okładka
Strona tytułowa
Badanie
Otwarcie
Otwarcie i poszerzenie kanału korzeniowego
Osadzenie korony
Badanie kontrolne

Książkowe Klimaty

www.ksiazkoweklimaty.pl

Redakcja:

[email protected]

Promocja:

[email protected]

Sprzedaż:

[email protected]

KsiazkoweKlimaty

ksiazkoweklimaty

ksiazkowe_klimaty