Komitet pogrzebowy dań byłych chłopaków - Kawashiro Saki - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Komitet pogrzebowy dań byłych chłopaków ebook i audiobook

Kawashiro Saki

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Prawdziwa historia, która poruszyła Japonię

W Tokio znajduje się wyjątkowa kawiarnia, w której można uleczyć złamane serce. Zaprasza wszystkich, którzy cierpią z powodu rozstania – pomaga im pozbyć się żalu i rozpocząć nowy rozdział w życiu.

Do tego niepozornego miejsca trafia Momoko, niespodziewanie porzucona przez chłopaka. Dzieli się swoją historią z właścicielem kawiarni oraz i jej jedynym klientem – mnichem, przygotowując kurczaka w sosie curry, ulubione danie swojego ukochanego. Odkrywa przy tym, że ta zwykła czynność pozwala jej poczuć się lepiej. Zdaje sobie sprawę, że jedzenie przynosi katharsis, kojąc smutek i przygotowując serce na ponowne przyjęcie miłości.

Momoko zakłada więc niekonwencjonalną grupę terapeutyczną – komitet pogrzebowy dań byłych chłopaków, wspierającą wszystkich którzy odczuwają ból po rozpadzie związku.

Saki Kawashiro urodziła się w Tokio. Po ukończeniu studiów pracowała w księgarniokawiarni w Fukuoce, na południu Japonii. Wpadła na pomysł, aby dodać przepis do tamtejszego menu – „Ulubione curry z kurczakiem i masłem mojego byłego chłopaka” – który zawierał krótką opowieść o ich rozstaniu i stał się viralem. Pewnego dnia księgarnię odwiedził Toshikazu Kawaguchi, autor bestsellera Zanim wystygnie kawa, a redaktor Kawaguchiego zainspirował Saki do napisania książki. Tak powstała pierwsza powieść Saki, Komitet pogrzebowy dań byłychchłopaków.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 309

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 45 min

Lektor: Paulina Holtz

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: 元カレごはん埋葬委員会 (MOTO-KARE GOHAN MAISOU IIN­KAI)

Copy­ri­ght © 2023 by Saki Kawa­shiro Copy­ri­ght © 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca Copy­ri­ght © 2026 for the Polish trans­la­tion by Joanna Kaniew­ska Ori­gi­nally publi­shed in Japan as MOTO-KARE GOHAN MAISOU IIN­KAI by Sun­mark Publi­shing, Inc., Tokyo, Japan in 2023. Polish trans­la­tion rights arran­ged with Sun­mark Publi­shing, Inc., thro­ugh Gudo­vitz & Com­pany Lite­rary Agency, New York, USA in coope­ra­tion with Graal Sp. z o.o.

All rights rese­rved

Redak­torka pro­wa­dząca: Agnieszka Radzi­kow­ska Redak­cja: Anna Sza­fran Korekta: Maciej Kor­ba­siń­ski, Adam Osiń­ski Pro­jekt okładki: India Min­ter / S&S Art Dept. Cover Ilu­stra­cja na okładce: © Asako Masu­no­uchi Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN 9788383828985

Uwaga

Powieść jest dzie­łem fik­cji, nie opi­suje żad­nych ist­nie­ją­cych w rze­czy­wi­sto­ści osób ani orga­ni­za­cji.

第 1 話

Roz­dział 1

Curry, które lubił mój były

Czemu wybra­łeś aku­rat love hotel, żeby zerwać ze swoją dziew­czyną, ćwoku?!

Leża­łam na łóżku w love hotelu w Shi­buyi i z całych sił pró­bo­wa­łam powstrzy­mać płacz.

Tak naprawdę chcia­łam porząd­nie zalać się łzami. Chcia­łam ryczeć na cały głos, aż wokół unio­słyby się ono­ma­to­peje szlo­chu, jak w komik­sach. Mimo to resztką siły woli zmu­si­łam się, by zaci­snąć usta.

A to dla­tego, że obok, nie dalej niż sze­ro­kość jed­nej osoby ode mnie, spał Taka­na­shi Kyōhei – dupek, który wła­śnie mnie rzu­cił.

Nie widzia­łam jego twa­rzy, bo obró­cił się do mnie ple­cami. Może jesz­cze nie śpi… Może myśli sobie: „Wybacz… Musia­łaś naprawdę mnie kochać, skoro tak pła­czesz”. Nie­do­cze­ka­nie. Już wola­ła­bym umrzeć, niż dać mu pre­tekst do takich fan­ta­zji.

Nie chcia­łam wsta­wać, by spraw­dzać godzinę, więc zła­pa­łam za kabel od łado­warki i przy­cią­gnę­łam leżący obok poduszki tele­fon. Świa­tło ekranu zakłuło mnie w oczy, zmę­czone po tym całym pła­czu. Już druga w nocy. Poło­ży­łam się pół godziny temu, ale sen nie nad­cho­dził. Tylko kolejne fale łez i smar­ków.

Gdy odkła­da­łam tele­fon na nocny sto­lik, deli­kat­nie, by nie zbu­dzić Kyōheia, przy­pad­kiem musnę­łam pal­cami mały pla­sti­kowy pakie­cik.

Nie­roz­pa­ko­wany kon­dom. Aha, czyli pla­no­wał „to”. Przy­go­to­wał się i w ogóle. Pew­nie jesz­cze mie­li­śmy jakąś szansę na… Ale co z tego.

Za dużo o tym myśla­łam, nie­po­trzeb­nie. Zalało mnie jakieś dziwne uczu­cie – smu­tek? wstyd? sama nie jestem pewna – i razem z nim znów popły­nęły łzy. Nie żebym bar­dzo na to liczyła, ale jed­nak… Ale jed­nak.

Chcia­łam wyjść za niego za mąż. Nikt inny się dla mnie nie liczył. Cztery lata miło­ści roz­bite nagle w drobny mak, roz­sy­pane na tym nie­do­rzecz­nie wiel­kim łóżku w love hotelu. Zostały tylko wstyd i roz­cza­ro­wa­nie.

Czy tak wła­śnie bolał koniec miło­ści?

* * *

Zapach przy­praw…

Przy­po­mina mi się, jak raz Kyōhei zjadł aż trzy por­cje curry but­ter chic­ken, które dla nas przy­rzą­dzi­łam. Nazy­wa­łam je „curry Kyōheia”. Pew­nie już nie będę go robić…

– Curry?!

Zasko­czona otwie­ram oczy i zdaję sobie sprawę, że sie­dzę na mięk­kiej sofie. Przed sobą dostrze­gam drew­nianą powierzch­nię. Wygląda na to, że zasnę­łam przy sto­liku.

– Auć…

Głowa mnie boli. Łup, łup, jak gdyby ktoś roz­gnia­tał mi mózg w kamien­nym moź­dzie­rzu. Do tego led­wie widzę na oczy. Doty­kam powiek i na sto­lik sypią się okruszki tuszu do rzęs.

Zaraz… gdzie ja wła­ści­wie jestem?

Jesz­cze ni­gdy nie byłam w tym miej­scu. Wygląda na kawiar­nię retro: zegar z kukułką rodem z anty­kwa­riatu, mały tele­wi­zor, półki zasta­wione fili­żan­kami, książ­kami, kulami śnież­nymi i innymi sta­ro­ciami. A do tego spe­cy­ficzny zapach sta­rego budynku zmie­szany z aro­ma­tem przy­praw.

Roz­glą­dam się po pomiesz­cze­niu. Poza mną znaj­duje się tu tylko jeden klient. Przy ladzie stoją cztery stołki, miejsc sie­dzą­cych przy sto­li­kach z sofami jest jesz­cze osiem. To mały lokal.

– O, już pani nie śpi – mówi ktoś z tyłu. Sia­dam pro­sto, trzy­ma­jąc w dło­niach udrę­czoną bólem głowę.

– Prze­pra­szam, pamięć mnie tro­chę… Wow, jaki przy­stoj­niak! O nie, wyrwało mi się…

Mówiący ma pro­sty, jak nary­so­wany za pomocą kąto­mie­rza nos, duże, błysz­czące oczy, pod­kre­ślone podwój­nymi powie­kami1, a także twarz o ide­al­nym kształ­cie, nie nazbyt pocią­głą, nie­prze­sad­nie okrą­głą. Gdyby zebrać wszyst­kich przy­stoj­nia­ków świata i stwo­rzyć z nich wzór ide­al­nego męż­czy­zny, wyglą­dałby dokład­nie jak on – spek­ta­ku­lar­nie. Gra­na­towy swe­ter świet­nie pod­kre­śla jasny odcień jego skóry.

– To samo powie­działa pani wcze­śniej. – Chło­pak śmieje się lekko. – Że jestem przy­stojny.

– Ja?! Serio?

– Tak. Naprawdę pani tego nie pamięta?

Niczego takiego sobie nie przy­po­mi­nam. O ósmej rano wyszłam z Kyōheiem z hotelu. On poszedł w swoją stronę, a ja… Tak, ja pró­bo­wa­łam wró­cić pocią­giem, ale ucie­kłam z wagonu – wokół mnie było zbyt wiele szczę­śli­wych par. Wzię­łam wolny dzień, żeby spę­dzić go z Kyōheiem, więc i tak nie mia­ła­bym co robić w domu. Uzna­łam, że rów­nie dobrze mogę się upić do nie­przy­tom­no­ści, więc weszłam do cało­do­bo­wej iza­kai2, gdzie jed­nym hau­stem wypi­łam shōchū3 z lodem… I na tym moja pamięć się koń­czy.

Szybko wyj­muję tele­fon z kie­szeni.

– Co? Stłukł się!

– Poprzed­nio też pani tak zare­ago­wała.

Jaki on ma olśnie­wa­jący uśmiech! To za dużo dla mojej głowy na kacu. Uśmie­cha się tak, że w innej epoce mógłby wręcz stać się legendą. Malo­wa­liby go na fre­skach i nazy­wali „bez­cen­nym klej­no­tem Orientu”.

Stu­kam pal­cem w poprze­ci­nany pęk­nię­ciami ekran. Uff, na szczę­ście chyba się nie zepsuł. Poka­zuje, że jest już połu­dnie. Chwila, która? Zde­cy­do­wa­nie za dużo filmu mi się dziś urwało.

– Prze­pra­szam pana bar­dzo, ale… wła­ści­wie co to za część mia­sta?

– San­gen­jaya – odpo­wiada mi pyta­ją­cym tonem.

– Sa… San­gen­jaya?

Odru­chowo wstaję i wycho­dzę z kawiarni. To prze­cież nie­moż­liwe! No, nie ma mowy!

– Prze­pra­szam, dokąd pani idzie?

Zupeł­nie nie koja­rzę tej oko­licy. Ale na pobli­skim słu­pie fak­tycz­nie wisi tabliczka z nazwą „Taishidō, Seta­gaya”4.

Nie wie­rzę. Jakim cudem prze­szłam tu aż z Shi­buyi? Prze­cież to szmat drogi, nic dziw­nego, że stopy tak mnie bolą. Dopiero teraz się orien­tuję, do jak opła­ka­nego stanu się dopro­wa­dzi­łam. Na sukience widać sporą plamę z sosu sojo­wego, a w raj­sto­pach poszło oczko od pal­ców aż do pośladka. Podra­pane kolano ktoś opa­trzył pla­strem z Hello Kitty (oczy­wi­ście tego też nie pamię­tam). Jeśli cho­dzi o buty za trzy­dzie­ści dzie­więć tysięcy osiem­set jenów5, na które się szarp­nę­łam spe­cjal­nie na randkę z Kyōheiem, cóż… cał­ko­wi­cie zdar­łam w nich obcasy.

No dobra, ale czemu posta­no­wi­łam wejść aku­rat tutaj? Jesz­cze raz przy­glą­dam się kawiarni.

Amay­adori. „Schro­nie­nie przed desz­czem”.

Tak wła­śnie nazywa się to miej­sce. Z zewnątrz wygląda jed­nak, jakby miało prze­cie­kać przy pierw­szej moc­niej­szej ule­wie. Znaki na mar­ki­zie ledwo się daje odczy­tać, a drzwi i schodki cał­kiem wybla­kły. Przy­glą­dam się wysłu­żo­nym ścia­nom i dostrze­gam na nich prze­tar­cia. Przy­wo­dzą mi na myśl plamy wątro­bowe na rękach pra­dziadka ze wsi w pre­fek­tu­rze Kago­shima. Na tablicy sto­ją­cej przed kawiar­nią ktoś wypi­sał kredą: „Naj­po­pu­lar­niej­szy lunch! Curry za tysiąc jenów!”. Ach, to stąd ten zapach przy­praw.

– Wcho­dząc, krzyk­nęła pani: „Tylko wy obsłu­ży­cie mnie, gdy jestem w takim sta­nie!” – opo­wiada mi tym­cza­sem śliczny chło­pak, który ruszył za mną na zewnątrz. – A potem: „Hej, przy­stoj­niaku, polej mi piwa!”. Była pani w świet­nym nastroju, ale po pierw­szym łyku zasnęła pani przy stole. Nie mamy jakoś wielu klien­tów, więc uzna­łem, że dam pani odpo­cząć.

– Ja… naj­moc­niej prze­pra­szam!

Co ja naro­bi­łam! Wtar­gnę­łam tu pijana i uzna­łam, że to iza­kaya. Co za wstyd!

– Naprawdę prze­pra­szam! Oj, nie­do­brze mi…

– Aja­jaj, lepiej na razie tak nie potrzą­sać głową. Może niech pani jesz­cze tro­chę odpocz­nie?

Zwy­kle taka życz­li­wość od Naro­do­wego Skarbu Japo­nii6 w kate­go­rii męskiej urody wpra­wi­łaby mnie w szam­pań­ski nastrój, ale w tym sta­nie tylko pogłę­biła we mnie poczu­cie, że jestem żało­sna. A więc tak się czują ludzie, któ­rzy „chcą się zaszyć w mysiej norze”…

– Powinna pani coś zjeść. Pro­szę zacze­kać, zaraz coś pani przy­niosę.

– Bar­dzo pana prze­pra­szam… Za wszystko.

Przy­stoj­niak nazywa się Iori Ama­miya i wygląda na to, że jest kie­row­ni­kiem tej kawiarni. Ech, nie­do­brze. Teraz, gdy zeszły ze mnie emo­cje i tro­chę wytrzeź­wia­łam, wstyd mi za to, że zakłó­ci­łam ciszę i spo­kój tego miej­sca.

Czuję potrzebę, by bła­gać też o wyba­cze­nie sie­dzą­cego przy ladzie klienta, naj­chęt­niej w głę­bo­kim ukło­nie z twa­rzą przy ziemi. To potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna z ogo­loną głową i oku­la­rami na nosie. Ma na sobie samue7 – kto wie, może to mnich? Je curry i popija je oran­żadą z lodami (co to za połą­cze­nie?), czy­ta­jąc przy tym jakąś małą ksią­żeczkę.

Jeden haust wody zmywa mdło­ści. Lód w szklance stop­niał i zmie­nił się w maleń­kie kulki do gry. Łagod­nie spły­wają mi po gar­dle.

– Hm.

Czy Kyōhei wypił wodę, jak wró­cił do domu? Nawad­nia­nie orga­ni­zmu nie było jego mocną stroną. Jeśli mu o tym nie przy­po­mnia­łam, potra­fił spę­dzić cały dzień bez wody. Ale nie­po­trzeb­nie się mar­twię. Kiedy się dowie­dzia­łam, że miał kiep­skie wyniki badań, zamó­wi­łam mu regu­larną dostawę mine­ral­nej. Powi­nien jesz­cze mieć zapas, więc na razie sobie pora­dzi. Ale może trzeba mu napi­sać, żeby pił wodę, tak na wszelki wypa­dek?

Z tą myślą wycią­gam tele­fon, a tu, jak na zawo­ła­nie, poja­wia się powia­do­mie­nie. Wia­do­mość od Kyōheia.

Aż pod­ry­wam się z miej­sca, czu­jąc w dłoni wibra­cję.

– Ajć… prze­pra­szam pana.

Szybko sia­dam z powro­tem, czu­jąc na sobie wzrok ogo­lo­nego na mni­cha męż­czy­zny.

Biorę głę­boki wdech i otwie­ram wia­do­mość.

Momo, spa­ko­wa­łem już twoje rze­czy, potem ci je wyślę. Pro­szę, ska­suj wszyst­kie sub­skryp­cje i umowy na twoje nazwi­sko. Będę wdzięczny.

A pod tą krótką wia­do­mo­ścią dodał naklejkę ze spo­co­nym z ner­wów misiem z LINE8.

– Co to za naklejka…?

On prze­cież ni­gdy nie uży­wał nakle­jek. Ani razu. Po pro­stu nie miał tego w zwy­czaju. Przez cztery lata pozna­łam jego styl pisa­nia na wylot. Zwy­kle ogra­ni­czał się on do „!”. Zapro­po­no­wa­łam mu kie­dyś, żeby­śmy kupili sobie zestaw nakle­jek do wysy­ła­nia jako para, ale uparł się, że to żenada i on nie chce.

No tak. Wiem, że to nie moje zada­nie mar­twić się o jego zdro­wie. Ale zerwa­li­śmy dopiero wczo­raj, wła­ści­wie to dziś według kalen­da­rza. A po tym, jak odje­chał ostatni pociąg, do rana spa­li­śmy w jed­nym łóżku i roz­sta­li­śmy się dopiero dzi­siaj. Dosłow­nie parę godzin temu.

Aż tak chciał się mnie pozbyć?

Aż tak mnie nie zno­sił, że od razu po roz­sta­niu musiał spa­ko­wać wszyst­kie moje rze­czy?

Kiedy wrzu­cał je do kar­tonu, nie zatę­sk­nił za tym, jak kie­dyś mię­dzy nami było? Ani tro­chę, nawet choć raz, przez chwilę?

Na widok tego prze­pra­sza­ją­cego misia – dowodu na to, że nie zmie­nił zda­nia – znowu wzbiera we mnie fala łez, którą wcze­śniej udało mi się zato­pić w alko­holu.

No i puściło.

Na logikę wiem, że płacz nic nie zmieni, ale nie umiem się powstrzy­mać. Chyba moje wewnętrzne hamulce cał­kiem się zepsuły. Nie­do­brze. Fili­żanki do kawy, znak toa­lety na drzwiach, drzewa i krzewy za oknem – gdzie nie spoj­rzę, wszystko widzę jak przez filtr „Kyōhei”. W tej chwili koja­rzą mi się z nim nawet naj­mniej­sze, naj­dziw­niej­sze rze­czy.

Nie, tak nie można. Wpa­ro­wa­łam tu po pijaku i mnie ścięło. Jeśli do tego się roz­ry­czę, to już będzie kom­pletna porażka. Jak gdy­bym nie spra­wiła wła­ści­cie­lowi dość kło­po­tów.

Otwie­ram sze­roko oczy, pró­bu­jąc w ten spo­sób zapa­no­wać nad łzami. Przy każ­dym mru­gnię­ciu spa­dają mi z rzęs, jak z samo­cho­do­wych wycie­ra­czek. Muszę zacze­kać z otwar­tymi oczami, aż wyschną!

– Ach…

Nie­chcący napo­ty­kam wzrok ogo­lo­nego na mni­cha klienta. Może mam prze­ra­ża­jące spoj­rze­nie, nie wiem – w każ­dym razie on wygląda, jakby się prze­stra­szył. I chyba tak jest, bo książka wysuwa mu się z rąk i z cichym klap­nię­ciem spada na pod­łogę.

– Prze­pra­szam. Pew­nie pan myśli, że coś ze mną nie w porządku…

– Słu­cham?

– Przy­szłam tu pijana i naro­bi­łam kło­po­tów, a za chwilę roz­pła­czę się na całego. W zupeł­nie nie­zna­nym mi miej­scu. Nikt nor­malny tak nie robi…

– Nie, nie. Nic takiego nie mówię.

– Od zawsze tak mam. Daję się pono­sić emo­cjom… Nawet mój chło­pak czę­sto miał mi to za złe. Może to dla­tego mówił, że go przy­tła­czam. Jak pan myśli?

– Naprawdę nie wiem… Czemu pani tu sie­dzi? – dziwi się mnich. W mię­dzy­cza­sie bowiem pod­nio­słam książkę i wdra­pa­łam się na sąsiedni sto­łek barowy.

– Kie­dyś co tydzień zabie­rał mnie do dobrych restau­ra­cji, codzien­nie do mnie pisał, mówił mi, że jestem uro­cza i że mnie kocha. Ale ostat­nio zupeł­nie prze­stał… Na początku myśla­łam, że może ma trud­no­ści w pracy. Han­dlowcy muszą wyra­biać swoje normy. Wła­śnie dla­tego chcia­łam go wspie­rać. Sta­ra­łam się. Goto­wa­łam mu posiłki do odgrza­nia, robi­łam mu wymyślne obiady nie­spo­dzianki w środku tygo­dnia, trzy razy dzien­nie pra­wi­łam mu kom­ple­menty. Ale może takie coś prze­szka­dza męż­czy­znom?

– Pani nie jest przy­pad­kiem wciąż pijana?

O nie, znowu zaczy­nam pła­kać. Ocie­ram chu­s­teczką kąciki oczu i mówię dalej.

– Jeśli on tego wszyst­kiego wcale nie chciał, pew­nie zaczął mnie mieć jesz­cze bar­dziej dość, prawda?

– Tego nie wiem. Panie Ama­miya? Ta pani tutaj tro­chę… Ama­miya?

Chwy­tam pre­zen­tową torebkę z logo agnès b., którą – razem z torbą na ramię – nosi­łam cały ten czas ze sobą. Męż­czy­zna roz­ta­cza wokół sie­bie dziwną aurę spo­koju – może dla­tego, że wygląda zupeł­nie jak mnich. Nabie­ram ochoty, by wyrzu­cić z sie­bie wszyst­kie nega­tywne emo­cje.

– Pro­szę na to spoj­rzeć. – Poka­zuję mu wyjęte z torebki pude­łeczko, wciąż owi­nięte w papier pre­zen­towy.

– Aha?

– To zestaw pasu­ją­cych do sie­bie zegar­ków, który kupi­łam Kyōheiowi na uro­dziny. Jeden dla mnie, drugi dla niego. Myśli pan, że to przy­tła­cza­jące? Taki zestaw kosz­tuje sześć­dzie­siąt sie­dem tysięcy jenów. Pana by to przy­tło­czyło? Na początku chcia­łam zasza­leć i kupić zestaw Car­tiera, ale pomy­śla­łam, że za drogi pre­zent go znie­chęci, więc się powstrzy­ma­łam, wie pan? Po czte­rech latach to chyba nie jest za dużo? Czy coś jest ze mną nie tak, że tak myślę? Co by Budda na to powie­dział?

– Nie sądzę, by wielki Budda Gau­tama kupo­wał zestawy zegar­ków na pre­zent.

– No tak… Jeśli sam Budda nie wie, to chyba nic mi nie pomoże.

– Może i tak, ale… – mówi cicho mnich, pocie­ra­jąc przy tym impo­nu­jące brwi. – Więk­szość ludzi się raczej zgo­dzi, że powy­żej pew­nej ceny, i to w dodatku za parę… taki pre­zent to może już być za dużo.

– Czyli jed­nak?! – Łapię się za głowę. Już sama nie wiem, jak należy postę­po­wać, a jak nie. Wpraw­dzie mnich coś mam­ro­cze, że nie powin­nam pole­gać na jego opi­nii, ale sły­szę go jakby z oddali.

Przez cztery lata ja…

Nie, nie przez cztery. Przez całe dwa­dzie­ścia dzie­więć lat mojego życia dawa­łam się pono­sić emo­cjom. Prze­cież to jakaś tra­ge­dia!

Wybu­cham pła­czem.

– Panie Kuroda, tro­chę deli­kat­niej pro­szę. – Pod­no­szę głowę i widzę wła­ści­ciela kawiarni. Czyli wyglą­da­jący na mni­cha klient nazywa się Kuroda. – Picie na pusty żołą­dek to kiep­ski pomysł. Prze­pra­szam, że podaję pani por­cję z resz­tek, ale… – mówi, po czym zgrab­nym ruchem sta­wia przede mną talerz. Naj­zwy­klej­sze curry z kur­cza­kiem.

Wystar­czy zer­k­nię­cie, by serce zaczęło mi wario­wać w piersi, a przed oczami poja­wił się kalej­do­skop wspo­mnień. Nie jest dobrze. Mam w gło­wie za dużo obra­zów z twa­rzą Kyōheia i curry. Jak z peł­nymi ustami mówił „pycha”, a wypchane policzki zaokrą­glały mu twarz. Kro­ple potu na jego czole, gdy stwier­dzał: „Ostre dziś przy­rzą­dzi­łaś”. Roz­czo­chrane od snu włosy, gdy rano zja­dał por­cję na dwa dni… Setki wer­sji jego twa­rzy w jed­nej chwili oży­wają mi w gło­wie.

– O rany, czy pani nie lubi curry?

– Nie, nie! Nic podob­nego… Smacz­nego!

„Uspo­kój się, kobieto”, powta­rzam sobie w myślach i chwy­tam za łyżkę.

Zosta­łam porzu­cona. Upi­łam się. Na­dal boli mnie głowa. Nie jestem spo­kojna. Ani tro­chę. W takich chwi­lach zwy­kle tracę roz­są­dek. Kiedy zawa­li­łam setną roz­mowę o pracę, pod wpły­wem chwili wyrzu­ci­łam tele­fon i pole­cia­łam do Indii. Zro­biło się wtedy straszne zamie­sza­nie, bo brat zgło­sił moje zagi­nię­cie.

No dobra. Na cokol­wiek się teraz zde­cy­duję, będzie mi ciężko, ale na razie wybierzmy tę korzyst­niej­szą opcję. Jeśli mam prze­ży­wać zawód miło­sny, lepiej to robić z peł­nym żołąd­kiem niż na głod­niaka. Zjem coś pysz­nego i od razu poczuję się lepiej.

Nabie­ram pełną łyżkę curry i wkła­dam ją do ust.

– Mmm?!

– Coś się stało?

– Nie, nie… Chyba żołą­dek jesz­cze tro­chę mi doku­cza.

Wła­ści­ciel wciąż mnie obser­wuje zmar­twio­nym wzro­kiem. Wypi­jam dwie szklanki wody, by go uspo­koić.

To curry… Wod­ni­ste, bez aro­matu, bez smaku. Bar­dziej przy­po­mina gorącą wodę, do któ­rej dosy­pano odro­binę przy­praw.

Jak to powie­dzieć?

Nie owi­ja­jąc w bawełnę… Jest… Paskudne?

Aż przy­po­mina mi się, jak raz sama zepsu­łam curry. Zaczę­łam goto­wać już dzień wcze­śniej, ale pomy­li­łam się przy przy­pra­wia­niu, a potem w panice pró­bo­wa­łam jakoś je popra­wić… Zaraz… Mia­łam już nie myśleć o Kyōheiu! Mózgu, prze­stań! Nie dręcz mnie powtór­kami ze wspo­mnień o byłym!

– Nie sma­kuje pani?

– Ależ skąd! Jest pyszne!

– Tak? To się cie­szę.

Aj… powie­dzia­łam wła­śnie, że jest pyszne! Ale jak mia­łam nie skła­mać? Uśmiech szefa, który oka­zał taką życz­li­wość nie­zna­jo­mej, cał­kiem wyklu­czał tę moż­li­wość…

Zer­kam dys­kret­nie w lewo, w stronę sie­dzą­cego obok Kurody. Zarówno talerz po curry, jak i szklanka po napoju są już puste.

Chwi­leczkę. Prze­cież on jesz­cze nie­dawno jadł to danie i wcale się nie krzy­wił, prawda? A na tablicy przed kawiar­nią jest napi­sane „Naj­po­pu­lar­niej­szy lunch!”. Czyli że wła­śnie to curry jedzą tu klienci.

Biorę głę­boki wdech. Może to mi pomoże opa­no­wać zawroty głowy i koła­ta­nie serca.

Wtedy poja­wia się nie­po­ko­jąca myśl.

Czyżby z curry wszystko było w porządku… za to ze mną nie?

Wydmu­chuję nos i zja­dam kolejną łyżkę. Na­dal dziw­nie sma­kuje.

Nie­moż­liwe. Czyżby popsuł mi się smak? Mój tata pro­wa­dził bar iza­kaya w Kago­shi­mie. Od dziecka poma­ga­łam mu w pracy, a w domu natu­ral­nie obję­łam rządy w kuchni. Dla­tego jestem pewna, że dobrze gotuję. Umiem poszat­ko­wać kapu­stę w trzy­dzie­ści sekund.

Ale jak się nad tym zasta­no­wić…

Lokal stop­niowo tra­cił klien­tów, aż wresz­cie splaj­to­wał, gdy byłam w trze­ciej kla­sie pod­sta­wówki.

To tata mnie nauczył, jak przy­rzą­dzać więk­szość potraw. Zawsze myśla­łam, że te nauki się spraw­dzają, ale co, jeśli tak naprawdę wcale nie goto­wał dobrze?

Nie… To nie­moż­liwe…

Nie wie­rzę, że i ojciec, i jego córka mieli na tyle nie­wraż­liwe kubki sma­kowe, żeby dopro­wa­dzić do upadku rodzinną iza­kayę.

Czyli co? Wycho­dzi na to, że zmu­sza­łam Kyōheia do jedze­nia curry według mojego prze­pisu, świę­cie prze­ko­nana o swo­ich umie­jęt­no­ściach. A on chwa­lił je tylko dla­tego, że wywie­ra­łam taką pre­sję, że nie wie­dział, co innego mógłby zro­bić…?

Wszystko zaczyna nabie­rać sensu.

„Prawdę mówiąc, Momoko, już od dawna myśla­łem o zerwa­niu. Ale widzia­łem, jak się dla mnie sta­rasz, i za nic nie mogłem się na to zdo­być. Wybacz”.

Wczo­raj­sze słowa krążą wokół mnie w powie­trzu, zmie­szane z zapa­chem curry.

Gdy mówił: „Pycha” – czy naprawdę tak myślał?

Gdy mówił: „Świet­nie się bawię” – czy naprawdę się bawił?

Gdy mówił: „Kocham cię” – czy mówił to szcze­rze?

Za jedną myślą popły­nęła kolejna i kolejna, aż potok wąt­pli­wo­ści zalał mi głowę. Do każ­dego wspo­mnie­nia przy­kle­iła się wąt­pli­wość – a może wcale tak nie było? Może wcale tak nie myślał? Kur­czę, nie jest dobrze. Chcę pole­cieć do Indii. Chcę znów stra­cić przy­tom­ność.

– Nie­chcący usły­sza­łem waszą roz­mowę… Ma pani kło­poty ser­cowe?

Gdy zasko­czona pod­no­szę twarz, szef kawiarni przy­siada się obok. Teraz ele­gancko popija kawę, z jedną długą nogą zało­żoną na drugą.

– To było bar­dzo… bez­po­śred­nie, panie Ama­miya – mówi Kuroda z naganą w gło­sie.

– Nie, myślę, że w takiej chwili naj­le­piej jest przy­jąć na sie­bie wszystko, co ktoś chce z sie­bie wyrzu­cić.

– Wyrzu­cić?

– Na zła­mane serce poma­gają tylko trzy rze­czy: empa­tia, czas i zemsta – odpo­wiada szef, uno­sząc przy tym trzy palce.

– Empa­tia, czas i zemsta…

– Zga­dza się. Czę­sto się mówi, że „czas leczy rany”, i nie jest to kłam­stwo, ale z mojego doświad­cze­nia wynika, że potrzeba co naj­mniej pół roku, by zapo­mnieć o kimś, kto cię porzu­cił.

– P-pół roku?!

Będę musiała zma­gać się z tym bólem aż pół roku?! Głowa coraz bar­dziej mnie boli.

– Dla­tego trzeba pomy­śleć, jak wytrzy­mać przez te pół roku. W końcu nic nie działa lepiej niż empa­tia. Gdy się wie, że ktoś nas wspiera w walce z naszymi zmar­twie­niami, można wresz­cie zosta­wić to za sobą i poczuć się tro­chę lepiej – wyja­śnia szef, po czym opiera pod­bró­dek na dłoni i uśmie­cha się łagod­nie.

– Piękni ludzie mówią piękne rze­czy… – Jego życz­li­wość odro­binę koi ból zła­ma­nego serca. Gdzie bym teraz była, gdy­bym nie tra­fiła do tej kawiarni? Pew­nie wró­ci­ła­bym do domu i roz­be­czała się w samot­no­ści. – Tylko że… Jak zacznę mówić, to pew­nie nie będę w sta­nie prze­stać. I coś czuję, że wyleję morze łez. Nie będzie to panu prze­szka­dzać?

Ama­miya chi­cho­cze życz­li­wie.

– Ależ pro­szę bar­dzo! Ile tylko pani potrze­buje.

Nagle wyczu­wam w powie­trzu deli­katny zapach, coś jakby roz­le­wa­nego tuszu. Na zewnątrz pada lekki deszcz. Odgłosy kro­pel tłu­mią nieco moje pocią­gnię­cia nosem.

Zwy­kle nie lubię desz­czu, ale dziś jestem za niego wdzięczna.

* * *

– Co, rzu­cił panią po czte­rech latach? A pani ma dwa­dzie­ścia dzie­więć lat? Nic dziw­nego, że miała pani ochotę się upić.

Szef kawiarni oka­zał się tak świet­nym słu­cha­czem, że zanim się obej­rza­łam, przed­sta­wi­łam mu całą histo­rię swo­jego życia.

Histo­rię Momoko Yūki z pre­fek­tury Kago­shima.

Opo­wie­dzia­łam o mojej pracy: fir­mie, do któ­rej należy sieć restau­ra­cji. Przez ich złą poli­tykę co chwila ktoś się z niej zwal­nia, więc tym­cza­sowo zarzą­dzam naraz kil­koma loka­lami. Zwy­kle pra­cuję rów­nież w week­endy, ale spe­cjal­nie tak wzię­łam zmiany, by mieć wczo­raj wolne na uro­dziny Kyōheia, i teraz nie mam co ze sobą zro­bić…

– Cią­gle o czymś „zapo­mi­nał”. Pew­nie po pro­stu mu nie zale­żało – mówi­łam, wmu­sza­jąc przy tym w sie­bie curry. Gdy już przy­wy­kłam do jego smaku, zro­biło się zaska­ku­jąco zja­dliwe. – Zapo­mi­nał do mnie napi­sać. Zapo­mniał o rocz­nicy. O wspól­nej Gwiazdce. Zapo­mniał o moich uro­dzi­nach…

– O uro­dzi­nach? To już bar­dzo źle.

– Prawda?! Stop­niowo coraz czę­ściej „zapo­mi­nał” o róż­nych rze­czach, a do tego miał coraz głup­sze wymówki. W końcu już nawet prze­stał je wymy­ślać. – A ja stop­niowo robi­łam się coraz lep­sza w bez­rad­nym wzdy­cha­niu „No trudno, nie ma na to rady”. – Ale dobra. Cza­sem się zda­rza, że ktoś ma bar­dzo dużo pracy i zapo­mni o uro­dzi­nach. Mogę to sobie wyobra­zić i mu wyba­czyć. Ale chyba nikt nie uwie­rzy, że można zapo­mnieć o Nowym Roku?!

Ze zło­ści ude­rzy­łam pię­ścią w stół. No wła­śnie. Tam­ten syl­we­ster i Nowy Rok. Pró­bo­wa­łam się z nim skon­tak­to­wać parę razy, ale bez skutku, aż w końcu wystra­szy­łam się, że coś mu się stało. A potem, gdy się spo­tka­li­śmy na początku stycz­nia, miał czel­ność powie­dzieć tylko: „Prze­pra­szam. Nie zauwa­ży­łem, że to już Nowy Rok”.

– Całe życie mieszka w Japo­nii. Jak tu można zapo­mnieć o Nowym Roku?

– Fakt, nikt nie jest tak zajęty, by zapo­mnieć o Nowym Roku – zga­dza się ze mną Ama­miya i uśmie­cha się lekko.

– Może pra­co­wał przez cały okres nowo­roczny? – wtrą­cił Kuroda.

– Ale polu­bił nowo­roczną reklamę piz­ze­rii na Twit­te­rze. Takie rze­czy nie pozwa­lają zapo­mnieć o Nowym Roku – zauwa­ży­łam.

Mnich z hała­sem wstał ze stołka.

– Panie Kuroda? Wszystko w porządku?

– Inni ludzie… mogą zoba­czyć czy­jeś polu­bie­nia?

– Tak, bez pro­blemu – odpo­wie­dzia­łam, a on popra­wił oku­lary, które zsu­nęły mu się z nosa, i pod­szedł bli­żej, patrząc na mnie z prze­ra­że­niem.

– Ale to dla­tego, że ma pani jakieś sztuczki, prawda? Jakieś spo­soby zabor­czych kobiet bez wła­snego życia?

– No wie pan co! Każdy może je zoba­czyć – odpie­ram atak i poka­zuję mu sek­cję polu­bień na czy­imś pro­filu. Kuroda bled­nie i zaczyna się trząść. Mam­ro­cząc coś pod nosem, wycią­gnął z kie­szeni smart­fon.

– Panie Kuroda…

– Pro­szę mu dać chwilę. Mówiła pani, że…?

Atmos­fera zro­biła się nieco napięta, ale niech będzie.

– Takie rze­czy cią­gle się zda­rzały, ale jakoś nie umia­łam na to zare­ago­wać. Wczo­raj były uro­dziny Kyōheia i w końcu, po raz pierw­szy od dawna, udało nam się wybrać na randkę.

Nie widzia­łam się z nim od mie­siąca. Poszli­śmy na kola­cję do dobrej restau­ra­cji i porząd­nie się upi­li­śmy. Poczu­łam ulgę, że wszystko jest jak daw­niej. Spóź­ni­li­śmy się na ostatni pociąg, oczy­wi­ście celowo, i – jak to zwy­kle w takich sytu­acjach bywa – zamel­do­wa­li­śmy się w pobli­skim hotelu.

– Ale potem on…

Na­dal czu­łam ból gdzieś pod żebrami, kiedy o tym myśla­łam.

W pokoju znaj­do­wało się jedno olbrzy­mie łóżko. Poszłam się wyką­pać jako pierw­sza. Nasma­ro­wa­łam się kre­mami, które wzię­łam na wszelki wypa­dek, i wło­ży­łam bie­li­znę, którą wybra­łam też na wszelki wypa­dek. Myśla­łam, czy nie użyć per­fum Chloé, które prze­la­łam do podróż­nego ato­mi­zera, ale zre­zy­gno­wa­łam, bo co, jeśli uzna, że za bar­dzo się sta­ram?

Potem do łazienki wszedł Kyōhei, a ja zaczę­łam bawić się smart­fo­nem. Nie chcia­łam, żeby się zorien­to­wał, jak bar­dzo nie mogę się docze­kać.

Usiadł po turecku na łóżku, wycie­ra­jąc mokre po kąpieli włosy. Przy­tu­li­łam go i lekko poca­ło­wa­łam. Pomy­śla­łam, że dziś na pewno do cze­goś doj­dzie.

Serce biło mi coraz szyb­ciej i szyb­ciej. A Kyōhei tylko wes­tchnął lekko.

– Może jutro? – zapy­tał.

Od razu zro­zu­mia­łam, co się dzieje.

– Ach… – Ama­miya zakrył usta smu­kłymi dłońmi. – Musiała pani prze­żyć szok. Tak sądzę.

– Przy­znam, że już wczo­raj byłam tro­chę na kra­wę­dzi. Sądzi­łam, że on też.

– Prze­pra­szam, co pani ma na myśli?

– Ma na myśli to, że…

Szef zaczął coś szep­tać Kuro­dzie do ucha, praw­do­po­dob­nie po to, by wyja­śnić mu alu­zję. Mnich słu­chał ze zmarsz­czo­nymi brwiami, lekko się przy tym czer­wie­niąc.

– Aha, rozu­miem – odpo­wie­dział i popra­wił oku­lary środ­ko­wym pal­cem, jakby chciał w ten spo­sób zama­sko­wać zakło­po­ta­nie.

– To nie tak, że byłam sfru­stro­wana czy coś. Nie cho­dziło o „te sprawy”. – Wła­śnie tak. To nie kwe­stia pożą­da­nia. – Po pro­stu zro­zu­mia­łam, że prze­stał mnie kochać. Nie widzie­li­śmy się mie­siąc i nawet nie pró­bo­wał mnie dotknąć. Zdrowy męż­czy­zna, dwa­dzie­ścia parę lat, nie był z kobietą od mie­siąca, a mimo to powie­dział, że „może jutro”. Tak mnie to zdo­ło­wało… Mia­łam poczu­cie, że jako kobieta nie mam już dla niego żad­nej war­to­ści.

Zasta­na­wia­łam się, czy wypada tak się wypła­ki­wać nie­zna­jo­mym ludziom, ale zaska­ku­jąco łatwo mi się o tym mówiło. Może dla­tego, że tak uważ­nie mnie słu­chali.

– Nie wiem, co wła­ści­wie Kyōhei o tym myślał. Nie mówił, że chce ze mną zerwać, ale też nie powie­dział, czy mam coś w sobie zmie­nić. Nie wie­dzia­łam, jak napra­wić sytu­ację, i czu­łam się z tym naprawdę źle. Byłoby lepiej, gdy­bym usły­szała od niego, co powin­nam zro­bić… – Łzy kapały mi do łyżki, aż w końcu utwo­rzyły małe jeziorko. – W końcu oznaj­mi­łam, że mam dość i skoro mnie nie kocha, to chyba powin­ni­śmy się roz­stać, nie? Bo nie chcę tra­cić czasu na kogoś, kto nie jest mną zain­te­re­so­wany.

Obie­ca­łam sobie, że ni­gdy cze­goś takiego nie powiem. Przez te cztery lata zawsze jakoś uda­wało mi się powstrzy­mać. Do czasu.

– Chciała pani, by zaprze­czył? – zapy­tał łagod­nie szef.

Miał rację, chcia­łam usły­szeć: „To wcale nie tak”. „No co ty, kocham cię, tylko jestem dziś zmę­czony”. Żeby tak powie­dział i pogła­skał mnie po gło­wie albo wziął za rękę.

Tylko tyle… A może nie tylko?

– Ale… chyba też tro­chę chcia­łam, żeby go to zabo­lało. – Odło­ży­łam łyżkę i otar­łam oczy chu­s­teczką. Rano bar­dzo się przy­ło­ży­łam do maki­jażu, bo chcia­łam wyglą­dać jak naj­le­piej, gdy Kyōhei spoj­rzy na mnie po raz ostatni. Teraz to wszystko spły­wało mi z twa­rzy. – Nawet gdy wie­dział, że jest mi z czymś źle, uda­wał, że tego nie widzi. W ten spo­sób uni­kał poważ­nych roz­mów, a przez to nie mogli­śmy niczego roz­wią­zać. Ale ja też nie uła­twia­łam sprawy swoją dumą. Chcia­łam być nie­za­leżną kobietą, taką, która dobrze się czuje, spę­dza­jąc czas sama ze sobą, gdy Kyōhei jest zajęty.

Dla­tego cokol­wiek zro­bił, zawsze sta­ra­łam się „reago­wać jak doro­sła”. Nawet gdy mnie ole­wał albo zacho­wy­wał się oschle, pró­bo­wa­łam spo­koj­nie to prze­ga­dać. Ale gdy takie sytu­acje się powta­rzały, zaczął we mnie wzbie­rać nowy rodzaj gniewu. Prze­sta­łam ukry­wać swoją fru­stra­cję. Prze­cież mówię o pro­ble­mach w naszym związku, więc dla­czego zawsze się obra­żasz i zarzu­casz mi emo­cjo­nalną nie­doj­rza­łość? Czy to nie oczy­wi­ste, czemu się tak przej­muję? Cho­dzi o NAS. Dla­czego robisz minę, jakby cie­bie to nie doty­czyło? Chcia­ła­bym, żebyś choć raz poczuł to samo.

– Chcia­łam powie­dzieć: „Roz­stańmy się” i zoba­czyć jego smu­tek. Spra­wić, żeby on też poczuł się zra­niony. A to był jedyny spo­sób. Gdy­bym była w sta­nie to zro­bić, choć na chwilę…

Kiedy do niego pisa­łam, odczy­ty­wał wia­do­mość i nie odpo­wia­dał przez trzy dni, by potem wysłać mi poje­dyn­czą naklejkę. Kolejne trzy dni i jakaś nie­zo­bo­wią­zu­jąca wia­do­mość w rodzaju „Zimno dziś! Nie prze­zięb się”. Tyle takich dni… Gdy­bym choćby tylko przez chwilę mogła zoba­czyć, że cierpi, może była­bym w sta­nie to zno­sić.

– Jestem okropna.

Gro­bowa cisza, jakby nikt nie wie­dział, co odpo­wie­dzieć.

– Nie, po pro­stu tak się pani czuła i tyle – zauwa­żył łagod­nie szef i upił łyk kawy. – A jak on na to zare­ago­wał?

– Przy­znał, że chciał mnie skło­nić do zerwa­nia. On sam nie mógł się na to zdo­być, więc celowo nie odpi­sy­wał i zapo­mi­nał o róż­nych wyda­rze­niach, żeby mnie do tego popchnąć.

A potem mnie prze­pro­sił. Ciche „Naprawdę prze­pra­szam”, z pochy­loną głową, nie patrząc mi w oczy. Mia­łam nadzieję, że będzie pła­kał, nie­ko­niecz­nie mocno, ale do samego końca nie uro­nił nawet jed­nej łzy.

– Nie wyglą­dał na szcze­gól­nie zra­nio­nego. Był spo­kojny, nie oka­zy­wał emo­cji. To też było dla mnie trudne.

– Zupeł­nie nie umie się zacho­wać.

– Mię­dzy innymi za to go lubi­łam…

Za to, że jest dzie­cinny, nie­wraż­liwy, zacho­wuje się tak, jak ma na to w danej chwili ochotę. Nie jest typem roman­tyka, ale zda­rzało się, że na swój wła­sny, nie­zręczny spo­sób sta­rał się spra­wiać mi radość. Chcia­łam móc znów to poczuć. Robi­łam wszystko, by znów zoba­czyć tę jego stronę.

– To się stało o dru­giej w nocy. Nawet wola­ła­bym kłó­cić się do świtu, ale już nie zostało nam nic do powie­dze­nia. W końcu poło­ży­li­śmy się w łóżku, jak naj­da­lej od sie­bie, a o ósmej rano roze­szli­śmy się, każde w swoją stronę.

Prze­wra­ca­łam się na mate­racu, a pół metra ode mnie znaj­do­wały się plecy Kyōheia. Jesz­cze nie tak dawno mogłam ich dotknąć. W jed­nej chwili stały się czymś, czego dotknąć mi nie wolno.

Gdy­bym tylko nie spy­tała, czy już mnie nie kocha.

Gdy­bym tylko odparła, że możemy zacze­kać do jutra, jeśli jest zmę­czony.

Może wtedy jesz­cze mogła­bym je pogła­dzić. Leża­łam tak przez całą noc, roz­my­śla­jąc w kółko nad podob­nymi, rów­nie bez­u­ży­tecz­nymi „gdyby tylko”.

– Co zro­bi­łam nie tak? Cią­gle się nad tym mimo­wol­nie zasta­na­wia­łam. Może fak­tycz­nie byłam przy­tła­cza­jąca? Ale sta­ra­łam się taka nie być. Nawet spe­cjal­nie nie odpi­sy­wa­łam mu od razu na ese­mesy, nawet jak bar­dzo chcia­łam, tylko odcze­ki­wa­łam godzinę. Sta­ra­łam się, jak mogłam. Choć tak naprawdę chcia­łam mu cią­gle pisać, że go kocham.

Wła­śnie. Ile razy wyka­so­wa­łam kciu­kiem słowa „kocham cię” z wia­do­mo­ści?

Nawet dziś rano, gdy roz­sta­li­śmy się na dobre, nie mogłam spoj­rzeć mu w oczy i tego powie­dzieć. Cze­ka­łam, aż on poprosi: „Spró­bujmy jesz­cze raz”, ale się nie docze­ka­łam.

Ale gdy­bym wie­działa…

„Kocham cię. Bar­dzo”.

Znowu poczu­łam chłód na policzku. Łza sto­czyła się na pod­bró­dek i skap­nęła do curry.

– Naprawdę go kocha­łam. Bez­wa­run­kowo. Gdy­bym zda­wała sobie sprawę, że tak się może skoń­czyć, mówi­ła­bym mu to czę­ściej.

Może wtedy nie czu­ła­bym takiego żalu?

Może trzeba było po pro­stu szcze­rze powie­dzieć: „Kocham cię”, zamiast się bawić w głu­pie gierki?

Tylko że się bałam. Bar­dzo. Bałam się odsło­nić praw­dziwą sie­bie. Cią­gle się zasta­na­wia­łam, jaką kobietę on uznałby za fajną. Chcia­łam być taka jak dziew­czyny, pod któ­rych zdję­ciami kli­kał „lubię to”. Sta­ra­łam się z całych sił, a wyszło to, co wyszło. Głu­pia, za bar­dzo wszystko roz­trzą­sa­łam.

A osta­tecz­nie nie wie­dzia­łam nic. Nawet nie mia­łam poję­cia, co tak naprawdę myślał Kyōhei. Za bar­dzo byłam sku­piona na tuszo­wa­niu swo­ich wad.

Palce mi drżały i nie mogłam nad nimi zapa­no­wać. Do tego robiło mi się wstyd, że aż tak się spła­ka­łam. Wytar­łam oczy ręka­wem i zja­dłam resztkę mdłego curry.

Ach, no wła­śnie. Moje curry. Pew­nie chwa­lił je tylko z uprzej­mo­ści. Moż­liwe, że już wtedy zaczął pla­no­wać, jak tu ze mną zerwać…

Łyżka curry nagle zasty­gła w powie­trzu.

Cie­kawe, czy to, co mi mówił, było prawdą. Czy kie­dy­kol­wiek poka­zał, co naprawdę czuje? Widzia­łam przed sobą twarz Kyōheia i jego bez­tro­ski uśmiech z tego wie­czora, gdy zjadł cały wielki gar curry, przy­go­to­wany na zapas na parę dni. Powta­rzał przy tym: „W życiu lep­szego nie jadłem!”.

Czy cho­ciaż ten uśmiech był szczery?

– Pro­szę pani, pro­szę się roz­ch­mu­rzyć. Mogę przy­nieść lody…

Nie dam już dłu­żej rady… Muszę poznać prawdę.

– Prze­pra­szam pana bar­dzo, moje curry…

– Tak?

Ile z czte­rech lat, które razem spę­dzi­li­śmy, było prawdą, a ile kłam­stwem?

Co zepsu­łam? A co zro­bi­łam dobrze?

Sama już nie wie­dzia­łam, w co wie­rzyć.

– Może mógłby pan je spró­bo­wać? Tego curry, które lubił Kyōhei? – zapy­ta­łam znie­nacka. Nie uspo­koję się, dopóki tego nie spraw­dzę.

– Kto ma je spró­bo­wać?

– Pan.

– Ja?

– A potem pan mnich… Kuroda, dobrze pamię­tam?

Wspo­mniany klient zakrztu­sił się wodą. Chyba był zasko­czony, że roz­mowa nagle zeszła na niego.

– Ale… ja też?

– Jedna opi­nia to za mało, by powie­dzieć, czy coś jest dobre…

– Wła­ści­wie to muszę wra­cać na medy­ta­cję… – wymam­ro­tał, wycie­ra­jąc chu­s­teczką mokrą twarz, po czym spró­bo­wał dys­kret­nie wstać.

W tym samym momen­cie jed­nak Ama­miya chwy­cił mni­cha mocno za ramię.

– Kuroda – powie­dział, zbli­ża­jąc do niego twarz. Jego deli­katne wargi wygięły się w ide­alny uśmiech rodem z reklamy kosme­ty­ków. – Chyba nie porzuci mnie pan na pastwę losu? To byłoby okrutne z pana strony.

Kuroda uwol­nił się z uści­sku szefa i popra­wił koł­nierz samue.

– Ale ja jestem tylko zwy­kłym klien­tem…

– Pro­szę! – zwró­ci­łam się do obu męż­czyzn, pochy­la­jąc głowę w ukło­nie.

Nie dość, że pozwo­lili mi na drzemkę w kawiarni, to jesz­cze wysłu­chali moich miło­snych żalów. A teraz jesz­cze chcia­łam, żeby spró­bo­wali curry według mojego prze­pisu. Wie­dzia­łam, że to samo­lubne z mojej strony.

– Bar­dzo panów pro­szę… Na pewno się jakoś odwdzię­czę… Chęt­nie przy­niosę panom zestaw sło­dy­czy! Mogę też zapła­cić… Mam odło­żone tro­chę gro­sza… Nawet otwo­rzy­łam konto oszczęd­no­ściowe!

Naprawdę było mi głu­pio. Ale mia­łam szansę się dowie­dzieć.

– No dobrze. Rozu­miemy. Jakich skład­ni­ków pani potrze­buje? – wes­tchnął Ama­miya z rezy­gna­cją, po czym poszedł do kuchni. Zaj­rzał do lodówki. – Mogę pani słu­żyć cebulą i kur­cza­kiem. Resztę pro­szę spi­sać, pójdę na zakupy – powie­dział, poda­jąc mi far­tuch i mały notat­nik.

– Jest pan pewien?!

– Ten pociąg już odje­chał. Będziemy ci towa­rzy­szyć aż do ostat­niej sta­cji. Poza tym… – Zza uśmie­chu szefa nagle wyj­rzało coś w rodzaju samot­no­ści. – Jak się prze­gapi odpo­wiedni moment ze zła­ma­nym ser­cem, ono już się ni­gdy nie zabliźni.

* * *

Na stole cze­kały trzy ład­nie usta­wione tale­rze z kre­mo­wym curry w kolo­rze zmie­sza­nego z przy­pra­wami masła. Na koniec posy­pa­łam każdą por­cję suszoną natką pie­truszki.

– Pro-pro­szę bar­dzo… – Prze­łknę­łam gło­śno ślinę, a potem już tylko wpa­try­wa­łam się bez prze­rwy w Ama­miyę i Kurodę.

– Smacz­nego! – zawo­łali chó­rem i w końcu pod­nie­śli łyżki z curry do ust. Już po chwili mieli pełne usta.

Wytar­łam spo­cone ręce w sukienkę. Sama też spró­bo­wa­łam curry. Dobre… Przy­naj­mniej tak mi się wyda­wało. Ale czy oni się z tym zgo­dzą?

Ama­miya prze­łknął pierw­szy kęs, a potem otwo­rzył sze­roko oczy.

– Dobre!

– Naprawdę?

– Prze­pyszne! Dość ostre, ale ma też łagodny posmak. Bar­dzo mi sma­kuje – odparł z uśmie­chem, od któ­rego w kąci­kach oczu poja­wiły mu się kurze łapki. – Widać, że naprawdę się pani dla tego chło­paka sta­rała… A wła­śnie, Kuroda, pan przed chwilą jadł też moje curry. I ma pan jesz­cze miej­sce w żołądku?

Łyżka mni­cha zawi­sła na chwilę w powie­trzu, a on sam uciekł wzro­kiem w bok.

– Prawdę mówiąc… Muszę sobie prze­czy­ścić pod­nie­bie­nie – wyznał.

– Ej, to nie­miłe!

– Ama­miya, pró­bo­wał pan dziś swo­jego curry?

– Eee… nie.

– Może dodał pan za dużo wody i przez to stra­ciło na smaku?

Szef popę­dził do kuchni, by spró­bo­wać swo­jej wer­sji potrawy. Skrzy­wił się i nakrył gar­nek pokrywką.

– Wyda­wało mi się, że zro­bi­łem je zgod­nie z prze­pi­sem. I wczo­raj powie­dział pan, że jest dobre.

– Może się pan roz­le­ni­wił, bo tylko ja je jem.

– Trzeba było coś powie­dzieć!

– Nie jestem z tych, co się skarżą!

Męż­czyźni spie­rali się po przy­ja­ciel­sku, a ja się zamy­śli­łam. Wycho­dzi na to, że szef po pro­stu coś pomy­lił przy goto­wa­niu. Czyli z moim sma­kiem wszystko jest w porządku?

Posta­no­wi­łam roz­wiać wąt­pli­wo­ści.

– Sma­kuje panom moje curry?

– Tak!

– Bar­dzo dobre!

– I nie mówią tak pano­wie tylko po to, by popra­wić nastrój smut­nej kobie­cie?

– Czy to wygląda, jak­bym tylko chciał popra­wić pani nastrój? – zapy­tał Ama­miya, poka­zu­jąc pra­wie pusty talerz.

– Ach tak. Rany, co za ulga…

Czyli jed­nak nie gotuję źle. Mroczki zaczęły mi latać przed oczami i wszystko się roz­ma­zało: talerz curry przede mną, śliczna twarz szefa, ogo­lona na łyso głowa Kurody. Czu­łam już, jak resztki sił ucie­kają ze mnie przez stopy.

Spoj­rza­łam w sufit i wes­tchnę­łam gło­śno:

– Ulżyło mi, serio… – Po czym roz­płasz­czy­łam się na bla­cie.

Skoro curry robi­łam dobrze, przy­naj­mniej część naszego związku była szczera i praw­dziwa.

– Aż tak się tym mar­twi­łaś?

– Wie pan… Bałam się, czy te całe cztery lata nie były przy­pad­kiem jed­nym wiel­kim kłam­stwem. – No bo kto wie? Może jego uśmie­chy, jego „kocham cię” i „faj­nie było” też w jakiś spo­sób na nim wymu­si­łam? – Wła­ści­wie nie wiem, co naprawdę czuł. Krę­ci­łam się w kółko jak głu­pia idiotka, to na pewno. Ale… Przy­naj­mniej część z tego, co mówił, musiała być prawdą, nie? Na pewno.

Rany, wystar­czy już tych łez na dziś! Wytar­łam oczy ręka­wem – nie chcia­łam, by je zauwa­żyli.

– Panno… Yūki, dobrze pamię­tam? – zaczął cicho pan Kuroda, który wła­śnie skoń­czył jeść swoją por­cję. – Sły­szała pani o „czte­rech i ośmiu cier­pie­niach”?

– Czte­rech i ośmiu… A tak, to przy­sło­wie, prawda? Coś o pro­ble­mach finan­so­wych… – Mózg mi się zaciął przy nagłej zmia­nie tematu. O co mu cho­dzi?

– To sfor­mu­ło­wa­nie ma swoje korze­nie w bud­dy­zmie.

– O, teraz zaczął mówić jak mnich! – oży­wił się Ama­miya. – Wie pani, on jest praw­dzi­wym mni­chem, nie tylko tak wygląda! Ale wcze­śniej skoń­czył Uni­wer­sy­tet Tokij­ski, a potem pra­co­wał jako han­dlo­wiec.

– Prze­rwał mi pan…

Szef wyszcze­rzył zęby, wyraź­nie uzna­jąc to za świetny kawał, po czym wyja­śnił, że Kuroda mieszka i pobiera nauki w pobli­skiej świą­tyni zwa­nej Seizan-ji. Codzien­nie jed­nak wpada do Amay­adori na oran­żadę.

– Wróćmy do tematu. – Zawsty­dzony Kuroda odkaszl­nął gło­śno, po czym kon­ty­nu­ował: – W życiu doświad­czamy wielu róż­nych rodza­jów cier­pie­nia: cho­roba, sta­rość, koniecz­ność życia z kimś, kogo nie­na­wi­dzimy. Bud­dyzm dzieli takie nie­unik­nione bóle ludz­kiego żywota na „cztery cier­pie­nia” i „osiem cier­pień”.

A więc od tego wzięło się to powie­dze­nie. Nie mia­łam poję­cia.

– Sam posta­no­wi­łem zostać mni­chem, bo wśród tych czte­rech i ośmiu cier­pień jest rów­nież „życie”. Ina­czej mówiąc, sam fakt bycia żywą istotą ozna­cza cier­pie­nie.

– Już samo życie?

– Tak. Myślę, że już samo prze­ży­wa­nie życia jest naprawdę trudne. Nikt nie chce być nie­lu­biany. Albo czuć bólu. Wal­czymy z tym wszyst­kim, a rów­no­cze­śnie rzu­camy wszystko dla miło­ści… Robimy, co możemy, by zdo­być względy kogoś, kogo kochamy. Na przy­kład two­rzymy dla niego zupeł­nie nowy prze­pis na curry. – Mnich pogła­dził łagod­nie brzeg tale­rza. – Jest pani nie­sa­mo­wita, wie pani o tym? Bo wal­czy pani z czte­rema i ośmioma cier­pie­niami. Mówi pani, że krę­ciła się w kółko jak idiotka… Zupeł­nie nie­po­trzeb­nie pani umniej­sza swoją war­tość, tak myślę.

– Panie Kuroda…

– No, no. Ład­nie powie­dziane – skwi­to­wał szef.

Mnich miał rację. Cier­pia­łam. Cią­gle myśla­łam wyłącz­nie o Kyōheiu. Choć wciąż sobie powta­rza­łam, że chcę o nim zapo­mnieć, nie mogłam wyrzu­cić go z głowy. Ale wła­śnie to sta­no­wiło dowód, że go kocha­łam. Że był taki czas, kiedy kogoś kocha­łam ze wszyst­kich sił.

Może nie­zbyt sku­tecz­nie, ale mia­łam w życiu coś, za co chcia­łam wal­czyć. Co z tego, że nie wyszło to tak, jak myśla­łam. Robi­łam wszystko, by poczuć, że żyję.

Nagle poczu­łam przy­pływ ener­gii.

– Wiem… – Krew pul­so­wała mi w żyłach, gwał­tow­nie krą­żyła od mózgu do serca i z powro­tem. Aż mnie roz­sa­dzało od środka! – Ode­ślijmy je na wieczny spo­czy­nek.

– Co?

– Wszyst­kie moje żale i gniew. Pocho­wajmy je! – Z pod­eks­cy­to­wa­nia zerwa­łam się z krze­sła. Ama­miya i Kuroda tylko się na mnie gapili ze zdzi­wio­nymi minami. – Panie Kuroda, powie pan coś odpo­wied­niego do oka­zji? Jakieś Namu Amida Butsu9 albo coś w tym stylu?

Pochy­li­łam się do Kurody i pona­gla­jąco wycią­gnę­łam do niego ręce.

– Moja szkoła tego nie prak­ty­kuje… A poza tym tego się nie mówi przy takiej oka­zji.

– To może coś w rodzaju „Tu spo­czywa mój były”? Pro­szę!

– To brzmi tro­chę, jak gdyby zmarł…

– No nie, a już myśla­łam, że powie pan coś, po czym mój żal do niego znik­nie…

– Nie wiem, co dokład­nie pani myśli o bud­dy­zmie, ale…

Cho­lera, mia­łam nadzieję, że zapo­mnę o Kyōheiu! Że uda mi się zosta­wić prze­szłość za sobą i jutro już nie będę cier­pieć! Ale wygląda na to, że to nie takie pro­ste.

– Tak jak mówi­łem, nie­ła­two ule­czyć zła­mane serce – ode­zwał się nagle Ama­miya, który od jakie­goś czasu tylko obser­wo­wał naszą roz­mowę. – A poza tym, Momo, mam lep­szy pomysł.

– Tak? Jaki? Niech pan mówi!

– Powin­naś się byłemu odpła­cić.

– Odpła­cić…? – No tak, teraz mi się przy­po­mniało. Szef mówił, że trzy spo­soby na zła­mane serce to współ­czu­cie, czas i zemsta. – Zna­czy, mam się zemścić?!

– Tak. Stwo­rzy­łaś dla niego spe­cjalne, zna­ko­mite curry, tak bar­dzo go kocha­łaś. Ale on nawet to odrzu­cił. Tro­chę to boli, co nie?

– Tak… Boli…

– No więc wła­śnie. Czemu by nie robić two­jego curry wła­śnie tutaj? – zapro­po­no­wał Ama­miya, bły­ska­jąc uśmie­chem god­nym bożysz­cza nasto­la­tek.

– Co? Ale… tutaj?! – wyją­ka­łam.

– Tak. W tej kawiarni, jako część nowego menu. Co ty na to? – Uniósł zna­cząco palec. – Wtedy na pewno sta­nie się popu­larne, prawda?

– Aha…

– A gdyby zro­biło się tak sławne, że ludzie będą stać w kolej­kach na zewnątrz, żeby go spró­bo­wać? – dodał i mru­gnął zna­cząco, jak gdyby pyta­jąc „Co wtedy się sta­nie?”.

Gdyby moje curry stało się popu­larne… a wręcz sławne… Wtedy…

– Wtedy Kyōhei też o nim usły­szy!

Ama­miya przy­tak­nął z zado­wo­loną miną.

– A potem… potem będą o nim mówić nawet w tele­wi­zji! „Ostatni kuli­narny krzyk mody z San­gen­jai!” I zro­bimy się sławni na cały kraj! Może nawet dosta­niemy kon­trakt na współ­pracę z Seven Ele­ven! Będziemy sprze­da­wać nasze curry w saszet­kach, do odgrza­nia w domu?

– Aż tak bym się nie roz­pę­dzał…

– A potem, za sześć lat, Kyōhei kupi sobie moją saszetkę! – Nie mogłam się powstrzy­mać, to było aż zbyt eks­cy­tu­jące!

– Wyszła z tego cała prze­mowa – usły­sza­łam mruk­nię­cie.

– Za sześć lat… to dodaje reali­zmu.

– Kyōhei zje całą saszetkę naraz i pomy­śli: „Zaraz, skądś znam ten smak!”. Zer­k­nie na opa­ko­wa­nie, zoba­czy nazwę marki i aż krzyk­nie z zasko­cze­nia… Bo zoba­czy nazwi­sko swo­jej byłej sprzed sze­ściu lat!

– Może to jed­nak nie był naj­lep­szy pomysł?

– Panie sze­fie! Pro­szę mnie tu zatrud­nić! – Wsta­łam, wycią­ga­jąc do niego rękę.

– Wła­śnie po to ci to powie­dzia­łem – odparł i uści­snął mi dłoń. Miał nieco chłodną skórę. W ten spo­sób zawar­li­śmy umowę.

Kuroda spoj­rzał na nas z lekko skrzy­wioną miną.

– Ama­miya, a nie pro­po­nuje jej pan pracy, bo dziew­czyna z kuchni się zwol­niła, a pan sobie nie radzi?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Podwójna powieka to taka, gdzie wyraź­nie widać „roz­dzie­le­nie” mię­dzy górną powieką a prze­strze­nią pod brwiami. W Japo­nii i Korei taka budowa powieki jest uwa­żana za oznakę piękna, gdyż – przy­naj­mniej w popu­lar­nym dys­kur­sie – powięk­sza ona optycz­nie oczy (wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­maczki). [wróć]

Bar utrzy­many w tra­dy­cyj­nym japoń­skim stylu, ofe­ru­jący alko­hol i prze­ką­ski. Bary w stylu zachod­nim nazy­wane są angli­cy­zmem bā.[wróć]

Japoń­ska wódka o zawar­to­ści alko­holu od 25 do 40 pro­cent. Może być pro­du­ko­wana z róż­nych surow­ców (ryż, bataty, jęcz­mień i inne). [wróć]

Oko­lica znana jako San­gen­jaya znaj­duje się wła­śnie w tej dziel­nicy. [wróć]

Kurs jena z 20 lutego 2026 roku: 100 jenów to 2 złote i 29 gro­szy. [wróć]

Tytuł nada­wany szcze­gól­nie cen­nym zabyt­kom, dzie­łom sztuki i archi­tek­tury przez Bunka-chō, oddział Mini­ster­stwa Edu­ka­cji, Kul­tury, Sportu, Nauki i Tech­no­lo­gii zaj­mu­jący się pro­mo­wa­niem japoń­skiej kul­tury. [wróć]

Robo­czy strój mni­chów zen. [wróć]

LINE to japoń­ski komu­ni­ka­tor inter­ne­towy, a zara­zem naj­po­pu­lar­niej­sza apli­ka­cja spo­łecz­no­ściowa w Japo­nii. Jedną z jej masko­tek jest brą­zowy miś. [wróć]

Recy­ta­cja frazy Namu Amida Butsu (chiń­ski odpo­wied­nik brzmi Nāmó Āmítuófó, a ory­gi­nał w san­skry­cie to Namo’mitābhāya Buddhāya) sta­nowi inte­gralną część prak­tyki bud­dyj­skiej Szkoły Czy­stej Ziemi. [wróć]