Koła zębate - Ryūnosuke Akutagawa - ebook
Opis

 

Akutagawa Ryūnosuke (1892‒1927) jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych twórców japońskich XX wieku. Jego bezkompromisowe poszukiwania odpowiedniej formy wyrazu stały się inspiracją dla wielu późniejszych twórców, zarówno w kraju, jak i zagranicą.

Prezentowane w niniejszym tomie opowiadania – jak pisze w posłowiu autorka wyboru i przekładu Katarzyna Sonnenberg-Musiał – „chociaż często traktują o śmierci, dla czytelnika mogą być zaproszeniem do pełniejszego życia. Skrzą się humorem, wabią ironią i zachwycają przenikliwością w ocenie świata. Ostrzegają przed przybieraniem różnorakich póz czy masek, wzywają do mierzenia się z własnymi słabościami i unikania łatwego osądzania innych, pokazują, że ufać można tylko tym, którzy zdają sobie sprawę z własnej zawodności. Zaglądając w głąb ruin różnych postaci, czytelnik zyskuje szansę lepszego zrozumienia samego siebie".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 375

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


HYOTTOKO

Przy balustradzie mostu Azumabashi zgromadził się tłum. Czasami dzielnicowy przychodził i strofował zebranych, którzy wówczas pierzchali, by po chwili zebrać się na nowo. Wszyscy gromadzili się i wystawali na moście, żeby obserwować łodzie płynące poniżej.

W czasie odpływu łodzie z pasażerami, którzy wybrali się, by podziwiać rozkwitłe pąki, płynęły po jednej lub dwie w górę rzeki. W większości były to lichtugi z zadaszeniem wykonanym z grubego płótna i bokami przesłoniętymi dekoracyjną tkaniną w czerwone i białe pasy. U dziobów miały zawieszone sztandary i proporce w dawnym stylu. Ludzie w łodziach wyglądali na mocno już upojonych alkoholem. Zza tkaniny widać było, jak niektórzy z takimi samymi ręcznikami przewiązanymi w stylu powszechnym w Yoshiwarze lub na sposób handlarzy ryżem grali w proste gry przy użyciu dłoni, krzycząc przy tym wniebogłosy. Inni śpiewali coś żałośnie, kiwając głowami.

Z perspektywy osób stojących na moście był to widok wielce komiczny. Ilekroć przepływały poniżej łodzie z muzykantami grającymi na instrumentach japońskich lub zachodnich, z mostu dobiegały głośne wybuchy śmiechu. Czasem towarzyszyły im okrzyki: „Błazny!”.

Z mostu rzeka wyglądała jak tafla metalu, w której słońce odbijało się białym światłem. Czasami widać było, jak przepływające parowce zostawiały na niej lśniące złocenia poprzecznych zmarszczek. Radosne dźwięki bębnów, fletów, shamisenu wgryzały się w gładką powierzchnię jak wszy. Od miejsca, w którym kończył się ceglany budynek browaru Sapporo Beer, aż hen, poza nadbrzeże, ciągnęły się szarawo-białe plamy kwitnących właśnie wiśni. Przy pomoście Kototoi kołysały się zacumowane licznie łodzie w stylu japońskim i zachodnim. Hangar uniwersytecki tamował dopływ światła, więc wyglądały z oddali jak poruszający się pas brudnawej czerni.

W pewnej chwili pod mostem przepłynęła jeszcze jedna łódź – lichtuga podobna do tych wcześniejszych, pełna ludzi świętujących czas kwitnienia wiśni, osłonięta dekoracyjną tkaniną w czerwone i białe pasy, z przytwierdzonymi biało-czerwonymi proporcami. Dwóch lub trzech mężczyzn miało na głowach przewiązane ręczniki z wzorem czerwonej sakury i na zmianę odpychało łódź wiosłami i tykami. Mimo to łódź poruszała się wolno. Za zasłoną mogło znajdować się nawet pięćdziesięcioro pasażerów. Kiedy podpływali do mostu, słychać było pieśń Wiosna w kwiatach śliwy lub coś w tym rodzaju, graną przy akompaniamencie dwóch shamisenów. Za mostem jednak nastrój gwałtownie się zmienił i przy uderzeniach w gong rozbrzmiała świąteczna przyśpiewka. Gapie raz jeszcze zaśmiali się gromko. Ściśnięte w tłumie dziecko zaczęło płakać.

– Zobaczcie! Tańczą na łodzi! – zawołała kobieta piskliwym głosem.

Pod proporcami na pokładzie niski mężczyzna z maską hyottoko wykonywał komiczne ruchy taneczne. Hyottoko zrzucił z ramion niewyszukane jedwabne kimono, odsłaniając na piersi barwną bieliznę z cętkowanymi rękawami. Kołnierzyk z czarnego, grubego jedwabiu miał rozchełstany, a rozwiązany granatowy pas zwisał mu luźno z tyłu. Musiał już być mocno upojony alkoholem. Wykonywał dziwaczne ruchy – wyginał się i machał rękami raz po raz jak błazen w tańcu kagura podczas święta w chramie. W upojeniu tracił kontrolę nad własnym ciałem i chwilami wydawało się, że poruszał się gwałtownie po to, by odzyskać równowagę i nie wypaść za burtę.

Ten widok oczywiście wzbudził jeszcze większe poruszenie wśród zgromadzonych, którzy zaczęli wykrzykiwać głośne uwagi na temat tancerza:

– Zobaczcie tylko, jak się wygina!

– Chyba się dobrze bawi. Skąd on się w ogóle wziął?

– Co za dziwadło! O, zachwiał się!

– Lepiej, żeby tańczył na trzeźwo…

Zapewne działanie alkoholu sprawiło, że kroki hyottoko stawały się coraz mniej pewne. Jego głowa, przepasana ręcznikiem z wzorem sakury, zawiązanym pod brodą, chwiała się jak niepewny metronom i kilkakrotnie zdawała się chylić za burtę. Wiosłujących łodzią również musiał zaniepokoić ten widok, bo raz i drugi zawołali ostrzegawczo, ale hyottoko zdawał się ich nie słyszeć.

Nagle przepłynął obok parowiec, tworząc na powierzchni rzeki fale, które mocno zakołysały lichtugą. W tej samej chwili drobne ciało hyottoko, pewnie pod wpływem tej nowej siły, ruszyło chwiejnie do przodu trzy kroki i kiedy już wszyscy myśleli, że stanie w miejscu, zatoczyło koło, jak bączek, który nagle zatrzymano, i niespodziewanie nogi mężczyzny w trykotowych nogawkach powędrowały w powietrze, a on sam upadł na plecy na dno lichtugi.

Gapie zebrani na moście raz jeszcze wybuchnęli gromkim śmiechem. W wyniku tego upadku w łodzi złamał się chyba gryf shamisenu. Zza dekoracyjnej tkaniny widać było, że upojeni alkoholem pasażerowie, którzy bawili się dotychczas w najlepsze, przejęci powstawali ze swoich miejsc. Świąteczna muzyka, którą słychać było do tej pory, nagle ustała, jak gdyby muzykantom zabrakło tchu. Rozlegały się tylko podniesione głosy pasażerów. Na łodzi musiało powstać spore zamieszanie. Po chwili jeden z mężczyzn wysunął zarumienioną twarz zza zasłony i powiedział coś szybko do wiosłujących, gestykulując przy tym gorączkowo. Chwilę później lichtuga skierowała się nagle w kierunku przeciwnym do kwitnących wiśni – do przystani, tam, gdzie na brzegu pośród pagórków stały gospody.

Do gapiów na moście dziesięć minut później dotarła wiadomość o nagłej śmierci hyottoko. O szczegółach zdarzenia można było przeczytać następnego dnia w rubryce rozmaitości jednej z gazet. Widniało tam nazwisko hyottoko: Yamamura Heikichi, i przyczyna śmierci: udar mózgu.

* * *

Yamamura Heikichi był, tak jak jego ojciec, sprzedawcą artykułów malarskich w Wakamatsuchō, w tokijskiej dzielnicy Nihonbashi. Zmarł w wieku czterdziestu pięciu lat, pozostawiając po sobie wychudzoną, piegowatą żonę i syna w wojsku. Nie był wprawdzie szczególnie bogaty, ale zatrudniał dwóch czy trzech pomocników i powodziło mu się nie najgorzej. Ludzie mówią, że odniósł sukces, kiedy w czasie wojny sino-japońskiej wykupił niemal cały malachit z terenów Akity. Do tego czasu prowadził jedynie „sklep z tradycjami”, którego klientów można było policzyć na palcach jednej ręki.

Heikichi miał krągłą twarz, nieznaczną łysinę i niewielkie zmarszczki w kącikach oczu. Było w jego wyglądzie coś zabawnego. Był przy tym skromny i grzeczny. Jego jedyną rozrywkę stanowiło picie sake, a kiedy się upił, na ogół zachowywał się przyzwoicie. Miał wtedy jedynie osobliwy zwyczaj prezentowania komicznych tańców. Tłumaczył, że nabierał wprawy w tańczeniu w tym samym czasie, kiedy pani z rodu Toyoda w Hamamatsuchō uczyła się tańca mikomai, i że kagura1 cieszyła się wtedy ogromną popularnością zarówno w Shinbashi, jak i w Yoshichō.

Jego tańce nie stanowiły, rzecz jasna, szczególnego powodu do dumy. Można by je złośliwie nazwać nieskładnymi. W najlepszym razie pozostawało dziękować, że przynajmniej nie zabierał się za bardziej wysmakowane układy jak „Kisen” w jednej ze sztuk kabuki. Co ciekawe, Heikichi był świadomy braku odpowiednich zdolności i na trzeźwo nigdy nie wspominał nawet o tańcach kagura.

– Panie Yamamura, może pan coś dla nas zatańczy! – proszono go nieraz, ale on zbywał podobne nalegania żartem. Wystarczyła jednak odrobina alkoholu, a natychmiast obwiązywał sobie głowę ręcznikiem, przykucał, wzruszał ramionami i, naśladując równocześnie dźwięki fletu i bębnów, prezentował taniec hyottoko. Kiedy już zaczął tańczyć, zatracał się i nie mógł przestać. Nie dbał o to, czy ktokolwiek przygrywał mu na shamisenie lub przyśpiewywał.

Zdarzyło się, że w upojeniu tracił przytomność i padał, jak gdyby dostał ataku apopleksji. Raz w łaźni miejskiej runął na cementową podłogę, kiedy obmywał się po wyjściu z kąpieli. Uderzył się wówczas tylko w biodro i nie upłynęło dziesięć minut, jak odzyskał przytomność. Za drugim razem wywrócił się w spiżarni w swoim domu. Wezwano lekarza i przywrócenie świadomości Heikichiemu trwało około pół godziny. Lekarz zabronił mu wtedy spożywać alkoholu. Chwalebna trzeźwość Yamamury nie trwała jednak długo. „Jeden przecież nie zaszkodzi” – mówił i stopniowo wypijał coraz więcej kieliszków. Nie minęły dwa tygodnie, a wrócił do stanu wyjściowego. Tylko że Heikichi nie przejmował się tym wcale, twierdząc niefrasobliwie: „Nie służy mi, kiedy nie piję”.

* * *

Za piciem Heikichiego kryło się jednak coś więcej niż tylko potrzeba fizjologiczna, którą deklarował. Jego psychika także domagała się alkoholu. Gdy wypił, czuł się swobodnie – znikało skrępowanie, jakie odczuwał przed ludźmi. Mógł tańczyć, kiedy tylko zechciał. Spać, kiedy miał na to ochotę. Nikt go nie potępiał i Heikichi był za to wdzięczny nade wszystko. Dlaczego tak było? Tego sam nie wiedział. Był świadomy, że pod wpływem alkoholu stawał się zupełnie inną osobą. Kiedy wytrzeźwiał, płonął wstydem, słysząc, jak inni mówili:

– Ależ się wczoraj wieczorem świetnie bawiłeś!

– Kiedy wypiję, tracę zupełnie kontrolę nad sobą. Dziś to, co wyprawiałem wczoraj, wydaje mi się nierealne – Heikichi kłamał jak z nut, bo doskonale pamiętał, że zeszłej nocy tańczył i zapadł w sen. Kiedy jednak porównywał siebie z tamtych chwil z sobą tu i teraz, wydawało mu się, że ma do czynienia z dwiema różnymi osobami. Która z nich to prawdziwy Heikichi? – tego nie wiedział. Pijany bywał tylko czasami, trzeźwy był zazwyczaj. Wydawać by się mogło zatem, że to w stanie trzeźwości był prawdziwym Heikichim, ale – co dziwne – nie był tego taki pewien.

Kiedy się nad tym zastanawiał, musiał uznać, że wszystkie niedorzeczności zazwyczaj popełniał w upojeniu alkoholowym. Taneczne wygibasy nie były jeszcze najgorsze. Grał także w karty, płacił za towarzystwo kobiet i robił rzeczy, których nie sposób tu wymienić. Nie do pomyślenia było, żeby w takich momentach pozostawał przy zdrowych zmysłach. Bożek Janus miał podobno dwie twarze i nikt nie wie, która z nich była prawdziwa. Podobnie z Heikichim. Ten na co dzień różnił się od tego pod wpływem alkoholu.

Na co dzień trudno też byłoby znaleźć kogoś, kto bardziej kłamał niż Heikichi. Nie kłamał jednak dla jakichkolwiek korzyści. Zazwyczaj nie był nawet świadomy tego, że kłamie. Orientował się dopiero po fakcie, ale w chwili, gdy kłamał, nie miał czasu się zastanawiać nad konsekwencjami swojego działania. Sam nie wiedział, dlaczego właściwie kłamie. Wypowiadał kłamstwa impulsywnie, choć wcale tego nie planował. Nie było to jednak dla niego źródłem jakiejś szczególnej udręki. Nie uważał, że robi coś złego, więc kłamał zazwyczaj bez mrugnięcia okiem.

* * *

Heikichi opowiadał, że w wieku jedenastu lat poszedł na praktyki do sklepu papierniczego w Minami Tenmachō. Tamtejszy właściciel był podobno fanatycznym wyznawcą buddyjskiej sekty Nichirena i bez trzykrotnego wypowiedzenia modlitewnej inwokacji nie zaczynał nawet posiłku. Tymczasem dwa miesiące po tym, jak pojawił się Heikichi, żona sklepikarza, powodowana nagłym pragnieniem, zbiegła razem z młodym pracownikiem, nie zabierając z domu niczego. Właściciel pewnie poczuł, że jego wiara żadną miarą nie zapewniła mu upragnionego rodzinnego spokoju, i z zagorzałego wyznawcy sekty Nichirena zmienił się w jednej chwili w wyznawcę Nowej Sekty Czystej Ziemi. Podniósł przy tym wielkie larum: wizerunek bóstwa Taishaku cisnął do rzeki, a obraz bodhisattwy Shichimena spalił w piecu.

Heikichi pozostał w sklepie papierniczym do ukończenia dwudziestego roku życia, manipulując nieraz księgami rachunkowymi, by wyłuskać pieniądze na rozrywki. Pamiętał, że w tym czasie wprawiła go w konsternację propozycja pewnej kobiety, z którą wszedł w intymną relację: chciała, by popełnili razem samobójstwo. Wymówił się wtedy i zażegnał kryzys, ale później dotarły do niego wieści o tym, że za trzy dni kobieta w istocie popełniła samobójstwo z rękodzielnikiem parającym się wyrobem ozdób z metalu. Mężczyzna, który był jej bliski, porzucił ją dla innej i chciała mu się odpłacić, idąc na śmierć z pierwszym lepszym.

Kiedy Heikichi miał dwadzieścia lat, zmarł mu ojciec, młodzieniec zrezygnował więc z pracy w sklepie i wrócił do domu. Nie minęły dwa tygodnie, a subiekt, który pracował dla nich za czasów ojca, poprosił młodego pracodawcę, żeby napisał w jego imieniu wiadomość: „Wszystko nam sprzyja. Będę wkrótce”. Poczciwina miał ponad pięćdziesiąt lat i niedawno zranił się w palec prawej ręki, tak że nie mógł utrzymać pióra. Heikichi napisał, jak go poproszono, a ponieważ adresatką wiadomości była kobieta, zaśmiał się uszczypliwie: „Popatrz tylko! Trzeba na ciebie uważać”. „To list do siostry” – padła odpowiedź.

Trzy dni później subiekt wyjechał, mówiąc, że udaje się z wizytą do stałych klientów. Nigdy już nie wrócił. Okazało się, że w księgach rachunkowych były poważne braki, a adresatką wiadomości była naprawdę kochanka subiekta. Pomyśleć tylko, że Heikichi skreślił tę wiadomość własną ręką. Ależ z niego głupiec…

Tylko że to wszystko kłamstwa. Jeśliby je odjąć z historii życia Heikichiego (tej, którą znali ludzie), nic by nie pozostało.

* * *

Kiedy Heikichi w pożyczonej od muzykantów masce hyottoko wspinał się na nadburcie, był, rzecz jasna, jak zwykle pod wpływem alkoholu. To, jak w czasie tańca wywrócił się w łodzi i zmarł, zostało już opisane. Wydarzenie to wprawiło wszystkich na statku w osłupienie. Najbardziej zdumiony był nauczyciel ballad kiyomoto, na którego kolana Heikichi upadł. Jego ciało potoczyło się następnie na czerwony dywanik rozłożony na dnie łodzi, na którym leżały kawałeczki sushi i gotowane jajka.

– Wolne żarty! Przecież ktoś mógłby ucierpieć! – powiedział ze złością dzielnicowy przywódca ochotniczej straży pożarnej, myśląc, że Heikichi znowu się wygłupia. On jednak nawet nie drgnął.

Po chwili siedzący obok właściciel zakładu fryzjerskiego zaniepokoił się i położył rękę na ramieniu leżącego.

– Szanowny panie! Szanowny panie! Wszystko w porządku? – zawołał.

Odpowiedziało mu milczenie. Kiedy uścisnął czubki palców Heikichiego, poczuł, że są zimne. Wtedy razem z dzielnicowym przywódcą podniósł ciało mężczyzny. Wszyscy zebrani przyglądali się mu zaniepokojeni.

– Szanowny panie! Szanowny panie! Wszystko w porządku? – głos właściciela zakładu fryzjerskiego brzmiał teraz świdrująco. Nagle spod maski dobiegł jego uszu cichy głos, a może to był oddech:

– Maska… Zdejmij maskę…

Dzielnicowy przywódca i właściciel zakładu fryzjerskiego drżącymi rękami zdjęli ręcznik i maskę. Pod spodem nie było już jednak twarzy Heikichiego, którą znali. Skrzydełka nosa miał opadnięte, kolor ust zmieniony, oleiste krople potu spływały po pobladłym czole. Na pierwszy rzut oka nikt nie powiedziałby, że to ten ujmujący, zabawny, gadatliwy Heikichi. Niezmieniona pozostała jedynie maska hyottoko z wydętymi sztywno ustami, która pustym wzrokiem patrzyła z rozłożonego na dnie łodzi czerwonego dywanika w twarz Heikichiego.

(1915)

NOS

W całym Ikenoo nie było nikogo, kto by nie wiedział o nosie Zenchi Naigu. Nos ów był długi na szesnaście czy nawet dwadzieścia centymetrów i zwisał znad górnej wargi aż poniżej podbródka. Był tak samo gruby u początku jak u końca – wyglądał jak podłużny serdelek dyndający pośrodku twarzy.

Naigu od momentu, gdy został nowicjuszem w zakonie, aż po dziś, kiedy sprawował najważniejsze funkcje w świątyni, a miał już ponad pięćdziesiąt lat, w głębi serca nie przestawał cierpieć z powodu swojego nosa. Rzecz jasna, przed innymi udawał, że wcale się tym nie przejmuje. Nie tylko dlatego, że w jego mniemaniu zamartwianie się własnym nosem nie przystoi mnichowi, który ma skupiać się wyłącznie na tym, co wiedzie do odrodzenia w Czystej Krainie Buddy. Jeszcze bardziej przeszkadzało mu to, że inni wiedzieli, jak bardzo przejmuje się własnym nosem. Kiedy więc w codziennych rozmowach pojawiało się słowo „nos”, ogarniało go przerażenie.

Naigu nie znosił swojego nosa z dwóch powodów. Po pierwsze, jego długość w istocie była wielce niewygodna. Nie był nawet w stanie samodzielnie jeść. Kiedy siadał do posiłku, czubek nosa sięgał wnętrza jego miski. Naigu zwykł więc sadzać jednego z uczniów naprzeciw siebie, by w czasie posiłku podtrzymywał mu nos za pomocą deseczki szerokiej na trzy, a długiej na sześćdziesiąt centymetrów. Nie było to łatwe zadanie ani dla Naigu, ani dla tego, kto podtrzymywał jego nos. Pewnego razu ucznia zastąpił w tej czynności chłopiec, który usługiwał w świątyni. Chłopiec kichnął niespodziewanie i upuścił nos Naigu do miski z kleikiem ryżowym, a opowieść o tym dotarła nawet do stolicy.

Bynajmniej nie była to jednak główna przyczyna cierpienia Naigu. Cierpiał on przede wszystkim dlatego, że nos urażał jego miłość własną. Mieszkańcy Ikenoo winszowali Naigu, że nie jest osobą świecką. Nikt z takim nosem nie znalazłby sobie żony – twierdzili. Byli nawet tacy, którzy złośliwie utrzymywali, że Naigu został mnichem właśnie ze względu na swój nos. On sam nie uważał, aby to, że był mnichem, w najmniejszym bodaj stopniu zmniejszało cierpienia, jakich ten mu przysparzał. Jego miłość własna była natury zbyt subtelnej, by coś tak oczywistego jak małżeństwo miało mieć na nią wpływ.

W każdym razie Naigu próbował na różne sposoby – czynnie i biernie – odbudować poczucie własnej wartości. Najpierw myślał, jak to zrobić, by jego długi nos wyglądał na krótszy, niż był w istocie. Kiedy nikogo nie było w pobliżu, stawał przed lustrem i z zapałem prezentował swoją twarz pod różnymi kątami. Wystarczyło, by zmienił lekko ułożenie, a natychmiast tracił spokój ducha. Podpierał wtedy dłońmi policzki, palcem przyciskał podbródek, wpatrując się uporczywie w taflę lustra. Nie zdarzyło się jednak dotychczas, by jego oczom ukazał się nos zadowalającej długości. Czasami wydawało mu się nawet, że im bardziej się starał, tym jego nos zdawał się dłuższy. Wówczas Naigu chował lustro do pudełka, wzdychał bezradnie i niechętnie wracał do czytania Sutry Kannon przy przeznaczonym do tej czynności stoliku.

Co więcej, Naigu nieustannie zwracał uwagę na nosy innych. W świątyni w Ikenoo odbywały się najróżniejsze uroczystości – ludzie przynosili ofiary, przychodzili słuchać objaśnień sutr. Cele mnichów były tuż obok siebie, a do łaźni, w której co dzień grzano wodę, udawali się licznie i mnisi, i świeccy. Naigu uważnie obserwował więc twarze innych ludzi z nadzieją, że znajdzie choć jedną z podobnie długim nosem i będzie mógł odetchnąć z ulgą. Nie zwracał najmniejszej uwagi na barwę i rodzaj strojów, nieważne, czy było to granatowe codzienne odzienie, czy białe, zwiewne kimona. Jeszcze mniej uwagi poświęcał szafranowym nakryciom głowy czy czarnym szatom noszonym przez mnichów, do widoku których był przyzwyczajony. Wszystko to mogło dla niego równie dobrze nie istnieć. Naigu nie patrzył na ludzi, tylko na ich nosy.

Nawet jeśli trafił się ktoś z nosem jak haczyk, żaden nos nie mógł się jednak nawet równać z nosem Naigu. Z czasem jego skrępowanie wzrosło i kiedy rozmawiał z ludźmi, nieświadomie chwytał palcami za czubek swojego zwisającego jak serdelek nosa, czerwieniąc się przy tym pomimo dostojnego wieku. Tak, kierowało nim skrępowanie.

W końcu Naigu pomyślał, że byłoby dla niego pewnym ukojeniem, gdyby chociaż w pismach – buddyjskich lub innych – znalazł przykład kogoś, kto miał nos podobny do jego. W żadnej z sutr nie było jednak wspomniane ani słowem, by Mahamaudgaljajana czy Śariputra mielie długi nosy. Jak się można spodziewać, Nagardżuna i Aśwagosza również byli wyposażeni w nosy standardowych rozmiarów. Kiedy Naigu usłyszał, że według jednego z chińskich podań Liu Xuande z prowincji Shu Han miał długie uszy, pomyślał z żalem, ileż boleści by mu odjęto, gdyby nie o uszy chodziło, a o nos.

Naigu znosił tego rodzaju udręki, ale równocześnie, o czym nie trzeba chyba nadmieniać, czynnie szukał sposobu, by skrócić swój nos. W tym zakresie zrobił już niemal wszystko, co było w jego mocy. Pił nawet wywar z ogórkowatej gurdliny i próbował nacierać sobie nos moczem myszy. Wszystko jednak na nic. Długi na ponad szesnaście centymetrów nos nadal dyndał mu nad wargą.

Pewnej jesieni jednak uczeń Naigu, który udał się do Kioto w sprawie swojego przełożonego, dowiedział się od znajomego lekarza, w jaki sposób można skrócić zbyt długi nos. Ów lekarz pochodził z Chin i pełnił w tym czasie funkcję kapłana w świątyni Chōrakuji.

Naigu jak zwykle starał się nie dać po sobie poznać, że przejmuje się sprawą własnego nosa, i celowo nie zasugerował, by wypróbować tę metodę od razu. Wspomniał jednak – jak gdyby od niechcenia – że chciałby nie musieć kłopotać swoich uczniów za każdym razem, kiedy siada do posiłku. W głębi serca oczywiście pragnął, by to uczeń sam zaproponował wypróbowanie nowego sposobu. Uczeń natychmiast pojął strategię Naigu. Nie wzbudziła ona jednak jego niechęci. Raczej współczuł Naigu, widząc, jakie uczucia nim kierują. Zgodnie z oczekiwaniami przełożonego starał się usilnie przekonać go do wypróbowania nowej metody, a Naigu – co było do przewidzenia – uległ ostatecznie jego entuzjastycznym namowom.

Metoda była nad wyraz prosta – wystarczyło ugotować nos we wrzątku i wystawić go później na podeptanie. Wodę gotowano w łaźni świątynnej każdego dnia. Uczeń natychmiast udał się tam i wrócił, niosąc w wiadrze wodę tak gorącą, że nie sposób było zanurzyć w niej nawet palca. Gdyby Naigu włożył do niej nos tak po prostu, para mogłaby mu poparzyć twarz. Dlatego też postanowiono użyć tacy jako pokrywy i zrobić w niej dziurę, przez którą Naigu wetknął nos do wrzątku. W ten sposób, chociaż nos miał zanurzony we wrzącej wodzie, nie odczuwał żadnego gorąca. Po pewnym czasie uczeń się odezwał:

– Pewnie już się ugotował.

Naigu uśmiechnął się gorzko. Pomyślał bowiem, że nawet jeśli ktoś miałby usłyszeć te słowa, nie zorientowałby się, że mowa o nosie. Ugotowany we wrzątku nos swędział, jak gdyby pogryzły go pchły.

Uczeń wyciągnął nos Naigu z dziury – wciąż unosiła się nad nim para – i natychmiast zaczął go deptać co sił w nogach. Naigu leżał z nosem rozciągniętym na podłodze i wpatrywał się w stopy ucznia, które poruszały się rytmicznie w górę i w dół. Uczeń od czasu do czasu spoglądał ze współczuciem na łysinę Naigu i mówił:

– Mam nadzieję, że nie boli. Lekarz mówił, żeby deptać bez litości. Oby tylko nie bolało.

Naigu pokręcił głową na znak, że nie boli. Ale że nos był właśnie deptany, głowa nie poruszyła się zgodnie z zamiarem. Naigu, spoglądając w górę na spierzchnięte stopy ucznia, odpowiedział więc poirytowanym głosem:

– Nie boli.

W istocie deptanie swędzącego nosa było dla niego raczej źródłem przyjemności niż bólu.

Uczeń ugniatał stopami nos nauczyciela dłuższą chwilę, aż w końcu pojawiło się na nim coś, co przypominało ziarna prosa. Nos wyglądał teraz jak oskubane i upieczone w całości kurczę. Na ten widok uczeń zamruczał, jak gdyby mówił do siebie:

– Powiedziano mi, żeby wyrwać je pęsetą.

Naigu nadął policzki z niezadowolenia i bez słowa pozwolił uczniowi postępować dalej zgodnie ze wskazaniami. Oczywiście doceniał jego uprzejmość. Mimo to nie było mu miło, że jego nos traktowano jak jakiś przedmiot. Naigu miał wyraz twarzy pacjenta pozwalającego się operować lekarzowi, któremu nie ufa, i niechętnie obserwował, jak uczeń wyrywa pęsetą tłuszcz z porów skóry opinającej nos. Tłuszcz miał kształt stosiny, a wydobywane kawałki mierzyły około centymetra.

Kiedy uczeń wreszcie skończył, odetchnął z ulgą i powiedział:

– Teraz trzeba nam ugotować go raz jeszcze.

Naigu zmarszczył brwi, ale zrobił tak, jak uczeń powiedział. Kiedy wyjęli nos po jego powtórnym ugotowaniu, był niewątpliwie krótszy niż wcześniej. Niewiele różnił się teraz od zwyczajnego krogulczego nosa. Naigu, gładząc go, nerwowo i z zakłopotaniem spoglądał w lustro podane mu przez ucznia. Nos, który wcześniej zwisał aż po podbródek, skurczył się w stopniu niewiarygodnym i teraz ledwo zaznaczał swoją obecność nad górną wargą. Czerwone plamy tu i ówdzie były zapewne śladami po deptaniu. Teraz już nikt nie będzie sobie stroił z niego żartów. Twarz w lustrze zamrugała z uznaniem na widok stojącego przed nim Naigu.

Nadal jednak towarzyszył mu niepokój, czy jego nos aby na powrót się nie wydłuży. Dlatego też mnich w każdej wolnej chwili – czy to podczas czytania sutr, czy w trakcie posiłku – podnosił rękę i dotykał nią nosa. Ten jednak grzecznie pozostawał w obszarze ponad górną wargą i nic nie wskazywało na to, by miał zawisnąć niżej.

Następnego dnia skoro świt Naigu zaraz po przebudzeniu dotknął ręką nosa. Był krótki jak wcześniej. Mnicha ogarnęła wielka ulga i spokój, jakiego dawno już nie odczuwał. Podobnego spokoju doświadczył kiedyś wcześniej, gdy zajął myśli i ciało przepisywaniem Sutry Lotosu. Nie minął jednak dzień, dwa, a Naigu zauważył coś dziwnego. Otóż pewien samuraj, który przebywał wtedy w świątyni w Ikenoo, na widok Naigu wydawał się bardziej rozbawiony niż kiedykolwiek wcześniej. Nie był nawet w stanie prowadzić rzeczowej rozmowy i cały czas nie spuszczał wzroku z jego nosa.

Nie tylko on. Gdy chłopiec pomagający w świątyni – ten, który niegdyś upuścił nos Naigu do miski z kleikiem ryżowym – mijał się z nim, najpierw spuścił głowę, próbując ukryć rozbawienie, aż w końcu nie mogąc się powstrzymać, parsknął śmiechem. Niżsi rangą mnisi słuchali Naigu z namaszczeniem, ale z chwilą, gdy się odwracał, nieraz chichotali między sobą.

Początkowo Naigu tłumaczył to nagłą zmianą, jaka zaszła w wyglądzie jego twarzy. To wyjaśnienie jednak najwyraźniej nie było wystarczające. Pomocnicy świątynni i mnisi będący niżej w hierarchii pewnie śmiali się z tego powodu. Ich obecny śmiech różnił się jednak od tego, jak śmiali się wcześniej, kiedy nos Naigu był długi. Można było oczywiście uznać, że krótki nos był dla nich bardziej komiczny niż ten, do którego przywykli. Ale musiało chodzić jeszcze o coś innego. Czasami Naigu odkładał czytanie sutry, przechylał łysą głowę i mamrotał do siebie:

– Wcześniej nie śmiali się tak otwarcie…

W takich chwilach poczciwy Naigu spoglądał zawsze odruchowo na wiszący obok obraz Samantabhadry i wspominał, jak to było cztery, pięć dni wcześniej, kiedy miał jeszcze długi nos. „Zupełnie jak ktoś, kto upadł nisko i wspomina czasy dawnej świetności” – myślał przygnębiony. Naigu stwierdzał z żalem, że nie potrafi znaleźć wyjaśnienia tej sytuacji.

W sercu człowieka współistnieją dwa sprzeczne uczucia. Oczywiście współczuje drugiemu w nieszczęściu. Z chwilą jednak, gdy nieszczęśnikowi uda się przezwyciężyć trudności, daje o sobie znać osobliwe niezadowolenie. Ujmując rzecz nieco przesadnie, można powiedzieć, że pojawia się nawet pragnienie, by ów nieszczęśnik ponownie zakosztował wcześniejszego losu. W pewnym momencie rodzi się w stosunku do niego uczucie biernej wrogości.

Naigu odczuwał skrępowanie, choć nie wiedział, dlaczego. Musiał pewnie wyczuć, że był teraz uważnie obserwowany przez mnichów i świeckich w Ikenoo. Z dnia na dzień czuł się coraz gorzej. Ilekroć się odezwał, ganił srogo wszystkich wokół. W końcu nawet ten uczeń, który pomógł mu wyleczyć nos, zaczął rozpowiadać za jego plecami: „Naigu doczeka się w końcu kary za swoją srogość”. Największą złość Naigu budził jednak ów szelmowski chłopiec, który zwykł pomagać w świątyni.

Pewnego dnia Naigu usłyszał głośne ujadanie. Kiedy wyszedł na zewnątrz, zobaczył, jak chłopiec gonił chudego psa o długiej sierści, wymachując ponad półmetrową drewnianą deseczką. Gonił go i krzyczał przy tym: „Uważaj, żeby nie dostać w nos! Uważaj, żeby nie dostać w nos!”. Naigu wydarł deseczkę z rąk chłopca i uderzył go mocno w twarz. Była to deseczka, która wcześniej służyła do podtrzymywania jego nosa.

Naigu zaczął w końcu żałować, że tak nieroztropnie skrócił nos. Pewnego wieczoru po zachodzie słońca zadął silny wicher i głośno rozbrzmiały świątynne dzwonki. Na dodatek panował dokuczliwy ziąb. Naigu przewracał się na posłaniu z boku na bok, nie mogąc zasnąć, kiedy nagle, ni stąd, ni zowąd, zaczął go swędzieć nos. Dotknął go i poczuł, że jest nieco napuchnięty, jak gdyby zebrała się w nim woda. Wydawało się, że ta opuchnięta część pałała gorącem.

– Pewnie nabawiłem się jakiejś choroby, kiedy za wszelką cenę chciałem skrócić nos – wymamrotał Naigu, ująwszy nos w obie ręce z czcią, jak gdyby składał ofiarę z kwiatów i kadzideł przed ołtarzem Buddy.

Następnego ranka obudził się jak zwykle o świcie. W nocy liście miłorzębu i kasztanowca zdążyły opaść i ogród wyglądał jak usłany złotem. Być może z powodu szronu, który osiadł na dachu pagody, wieńczące jej szpic metalowe obręcze jasno lśniły w świetle bladego brzasku. Zenchi Naigu otworzył kratownicę okna, stanął na werandzie i odetchnął głęboko. W tej samej chwili powróciło do niego owo uczucie, o którym starał się zapomnieć.

Przejęty dotknął ręką twarzy i poczuł, że po tym krótkim nosie, z którym kładł się spać, nie było ani śladu. Znad górnej wargi aż po sam podbródek zwisał nos długi na szesnaście czy dwadzieścia nawet centymetrów. Jego dawny, długi nos, który w ciągu jednej nocy musiał powrócić do wcześniejszego kształtu. Naigu poczuł tę samą lekkość, której doznawał – nie wiedzieć skąd – kiedy odkrył, że jego nos stał się krótszy.

– Teraz już na pewno nikt nie będzie się śmiał – Naigu szepnął w sercu. Jego serdelkowaty nos dyndał poruszany jesiennym wiatrem poranka.

(1916)

KLEIK Z BATATÓW

Historia ta mogła się wydarzyć ponad tysiąc lat temu, u końca ery Gangyō lub u początku Ninna. Dokładna data nie ma większego znaczenia. Czytelnik musi tylko wiedzieć, że tłem tej opowieści jest odległa przeszłość okresu Heian. W owym czasie żył w stolicy pewien urzędnik piątej rangi pracujący na dworze u regenta Fujiwary Mototsunego. Chciałbym móc wymienić jego nazwisko, ale niestety nie zachowało się w odległych źródłach. Pewnie był zbył mało znaczącą postacią, by wspominać, jak się nazywał. Autorzy w odległych czasach najwyraźniej nie interesowali się nadmiernie zwykłymi ludźmi. Wbrew obiegowej opinii byli na to zbyt zajęci. Pod tym względem istnieje przepaść między nimi a współczesnymi naturalistami.

W każdym razie bohaterem naszej opowieści jest urzędnik na służbie u Fujiwary Mototsunego. Nazwiemy go zatem Goi – „Piąta Ranga”. Goi nie prezentował się okazale. Był nikczemnego wzrostu, nos miał zaczerwieniony, oczy zapadłe, a wąs – jak można przypuszczać – rzadki. Wychudłe policzki sprawiały, że jego podbródek zdawał się nader szpiczasty, a usta… Cóż, można by tak wymieniać bez końca. Dość rzec, że wygląd miał wyjątkowo nieszczególny.

Nie wiadomo, jak to się stało, że Goi trafił na służbę do regenta Mototsunego. Pewne jest jednak, że od dłuższego już czasu, dzień po dniu, w wypłowiałym stroju i zniszczonym nakryciu głowy wykonywał niezmiennie swoje obowiązki. Może z tego względu trudno sobie nawet dziś wyobrazić, że był kiedykolwiek młodym człowiekiem (Goi miał ponad czterdzieści lat). Wydawało się, że od urodzenia miał nos zaczerwieniony jak gdyby od zimna, a rzadki wąsik w nieładzie, jak gdyby potargał go wiatr wiejący przez Suzaku Ōji – główny trakt stolicy. Uważali tak wszyscy bez wyjątku – począwszy od regenta Mototsunego aż po chłopców wypasających krowy.

Można sobie z łatwością wyobrazić, jak odnoszono się do kogoś o takim wyglądzie. Inni urzędnicy równi Goiemu rangą nie zwracali nań najmniejszej uwagi. Jego podwładni – blisko dwadzieścia osób, niektórzy z tytułami, inni bez – byli wobec niego niebywale chłodni. Nie przerywali rozmów, nawet kiedy Goi próbował wydawać im jakieś polecenia. Traktowali go jak powietrze. Skoro tak się sprawy miały z podwładnymi, nie trzeba dodawać, że przełożeni tym bardziej patrzyli na niego z góry. Rozkazywali mu przy użyciu samych tylko gestów, a ich oziębła postawa miała w sobie coś z owej niedorzecznej dokuczliwości, jaka występuje u dzieci.

Człowiek nie bez powodu został obdarzony językiem. Nic dziwnego, że gesty często nie wystarczały, by komunikować rozkazy. W takich sytuacjach przełożeni zwykli uznawać, że to Goi był winien. Kiedy nie potrafili czegoś zakomunikować, najpierw patrzyli nań z niezadowoleniem, wodząc wzrokiem od czubka jego zniekształconego kapelusza aż po koniuszki przedartych słomianych sandałów. Następnie prychali pod nosem i bez uprzedzenia odwracali się do niego plecami. Nie zdarzyło się, by Goi wówczas się zdenerwował. Był płochliwy i niepewny do tego stopnia, że żadnej niesprawiedliwości nie uznawał za niesprawiedliwość.

Współpracownicy mieli zwyczaj zabawiać się jego kosztem. Starsi nieustannie stroili sobie rubaszne żarty z jego wyglądu. Młodsi przy tej okazji również ćwiczyli się w kąśliwych uwagach. W jego obecności stale krytykowali to, jak Goi się prezentował – jego nos, wąsik, kapelusz i odzienie. Często nawet rozmawiali przy nim swobodnie o jego żonie z odstającą dolną wargą, z którą Goi rozstał się kilka lat wcześniej, a która wdała się w romans z pewnym mnichem, pijaczyną. Byli gotowi posunąć się do tak wielu okrutnych żartów, że nie sposób ich w tym miejscu wyliczyć. Niech to, że pewnego razu wypili mu z bambusowego naczynia sake, a w jej miejsce wlali mocz, posłuży za obrazowy przykład.

Goi był jednak nieczuły na wszelkie kpiny. W każdym razie takie sprawiał wrażenie. Cokolwiek usłyszał, zachowywał kamienną twarz. W milczeniu gładził wąsa i robił, co do niego należało. Kiedy zdarzało się, że współpracownicy posunęli się za daleko, przyczepiając mu do włosów skrawki papieru lub przywiązując sandały do pochwy miecza, Goi, z wyrazem twarzy, jak gdyby sam nie wiedział, czy się śmiać, czy płakać, mówił: „Przecież tak nie można, panowie…”. Jego słowa wzbudzały na chwilę współczucie wszystkich obecnych. (Trzeba nadmienić, że nie tylko czerwononosy Goi był przedmiotem powszechnych żartów, a w jego słowach kryła się skarga wielu innych, nieznanych mu ludzi, którzy także doświadczali podobnego okrucieństwa).

Zebrani czuli, że żal, którego wyrazicielem był Goi, przejmuje na chwilę ich serca, ale niewielu było w stanie zachować to uczucie na dłużej. Udało się to jednemu pracownikowi bez rangi. Był to młodzieniec pochodzący z Tanby, który miał jeszcze zaledwie miękki puch pod nosem. Rzecz jasna, on także wraz z innymi bez żadnej przyczyny pogardzał wcześniej czerwononosym Goim. Pewnego razu jednak usłyszał wypowiedziane przez niego przy jakiejś okazji: „Przecież tak nie można, panowie…” i nie mógł zapomnieć tych słów. Od tamtej chwili w jego oczach Goi jawił się jako zupełnie inna osoba. W niedożywionym, bladym, nierozgarniętym urzędniku dostrzegł bowiem człowieka, który opłakiwał okrucieństwo świata. Odtąd ilekroć o nim myślał, zdawało mu się, że widzi nagle całą fundamentalną podłość świata, a Goi ze swoim odmrożonym, czerwonym nosem i mocno przerzedzonym wąsem stał się dla niego źródłem pewnego pocieszenia.

Młodzieniec był jednak wyjątkiem, a Goi wiódł niezmiennie swe psie życie pośród żartów i obelg. Przede wszystkim nie miał żadnego porządnego ubrania. Szaroniebieskie okrycie i spodnie hakama w tym samym kolorze były już tak wypłowiałe, że trudno byłoby rozpoznać ich pierwotny odcień. Okrycie miał znoszone, a stan sznura, którym się przepasywał, i ozdobnych wiązań był opłakany. Hakama również miały brzegi tak podniszczone, że aż przykro było na nie patrzeć. Wystawały spod nich cienkie nóżki, których widok nie tylko złośliwym kolegom z pracy mógł przywodzić na myśl raczej kończyny wychudłego wołu ciągnącego wóz jakiegoś ubogiego dworzanina aniżeli nogi dworskiego urzędnika. Miecz był w równie żałosnym stanie, okucia rękojeści miał wątpliwe, a laka pokrywająca pochwę zaczęła się łuszczyć. Goi z czerwonym nosem zwykł do tego chodzić niedbale, mocniej przygarbiony z powodu zimna, powłócząc stopami w słomianych sandałach i rzucając dookoła wygłodzonym wzrokiem. Nic dziwnego, że był pośmiewiskiem nawet wśród wędrownych handlarzy. Oto, co mu się kiedyś przytrafiło…

Pewnego dnia szedł Goi z Sanjō w stronę ogrodu cesarskiego Shinsen’en, kiedy zobaczył kilkoro dzieci stojących przy drodze. Pomyślał najpierw, że bawią się bączkiem, ale po chwili dostrzegł, że biły i kopały uwiązanego na linie kudłatego bezpańskiego psa. Goi był z natury tchórzliwy i nawet jeśli dotychczas współczuł komuś, z lęku przed tym, co inni powiedzą, nie reagował. Tym razem jednak miał do czynienia z dziećmi, więc zdobył się na odwagę. Uśmiechnął się zaraz i klepnął jedno ze starszych dzieci po ramieniu.

– No, dajcie już spokój. Przecież psa to boli – powiedział. Chłopiec odwrócił się, podniósł wzrok i spojrzał na Goiego z pogardą. Zupełnie jak jego przełożony, kiedy nie mógł się z nim porozumieć.

– Nie wtrącaj się – warknął.

Po czym zrobił krok w jego stronę i zawołał butnie:

– Czego chcesz? Paskudny czerwony nosie!

Goi poczuł się tak, jak gdyby te słowa uderzyły go prosto w twarz. Zachowanie chłopca nie rozzłościło go jednak w najmniejszym stopniu. Czuł żal do samego siebie, że niepotrzebnie się odezwał. Kryjąc zmieszanie za gorzkim uśmiechem, w milczeniu ruszył w kierunku Shinsen’en. Za jego plecami dzieci robiły miny i pokazywały język, ale Goi już tego nie wiedział. A nawet gdyby wiedział, cóż by zrobił, skoro brakowało mu hartu ducha?

Nieprawdziwe byłoby jednak stwierdzenie, że bohater naszej opowieści przyszedł na świat tylko po to, by inni nim pogardzali, i że nie miał żadnych dążeń. Od kilku lat odczuwał bowiem niezwykłe pragnienie kleiku z batatów. Jest to potrawa z plasterków słodkiego ziemniaka duszonych w wywarze z jiaogulan. W owym czasie był to wyjątkowy przysmak podawany nawet na stoły władców. Ktoś taki jak Goi mógł go skosztować zaledwie raz w roku, kiedy zapraszano do pałacu regenta dostojnych gości. A i wówczas była to zaledwie niewielka porcja stosowna do zwilżenia ust. Dlatego też odkąd pamiętał, Goi marzył o tym, by najeść się kleiku do syta. Oczywiście nikomu się z tego marzenia nie zwierzał. Sam nawet nie zdawał sobie w pełni sprawy, jak potężne było to pragnienie. A tymczasem można by bez większej przesady stwierdzić, że ów kleik był w istocie sensem jego życia. Człowiek czasami poświęca swoje życie pragnieniu, o którym nie wiadomo, czy się kiedykolwiek ziści. Kto się śmieje z tego szaleństwa, jest zaledwie obserwatorem życia. Okazało się jednak, że pragnienie Goiego miało się spełnić nad wyraz łatwo. Opowiem teraz, jak do tego doszło.

* * *

Drugiego dnia pierwszego miesiąca pewnego roku do pałacu Fujiwary Mototsunego przybyli dostojni goście. Regent wydawał wielkie przyjęcie, na które zaprosił ministrów i arystokrację i które nie odbiegało istotnie od przyjęcia organizowanego w tym samym dniu na cesarskim dworze. Goi i inni urzędnicy również mogli skosztować przygotowanych potraw. Nie było wówczas jeszcze zwyczaju rozdzielania tego, co pozostało po uczcie, a wszyscy służący gromadzili się w jednej sali i jedli wspólnie. Niewiele z licznych potraw podawanych nawet na najwyśmienitszych ucztach w dawnych czasach można współcześnie uznać za wykwintne: lepkie kluseczki i smażone ciasteczka ryżowe, uchowce gotowane na parze, suszony drób, narybek aju z Uji, karasie z Ōmi, suszone morlesze cięte na paseczki, solone łososie wypełnione ikrą, pieczone ośmiornice, homary, pomarańcze, mandarynki, cytrusy, suszone persymony na szpikulcach i tym podobne. Wśród podawanych potraw znalazł się także kleik z batatów, którego Goi wyczekiwał cały rok. Ludzi jednak było wielu, więc dla niego zostawała tylko odrobina. W tym roku jego porcja kleiku okazała się nadzwyczaj skąpa, a Goi miał wrażenie – kto wie, może to tylko wytwór jego wyobraźni – że smak potrawy był wyjątkowo wyborny.

Z wzrokiem utkwionym w pustej misce otarł ręką krople kleiku z rzadkiego wąsa i powiedział:

– Ciekawe, czy kiedykolwiek najem się tego kleiku do syta…

– Szanowny pan twierdzi, że nie miał jeszcze okazji nasycić się kleikiem. – Ktoś podchwycił prześmiewczo. Głos był chropowaty, pełen godności – musiał należeć do któregoś z wojowników. Goi podniósł głowę znad zgarbionych ramion i spojrzał lękliwie w stronę jego właściciela. Był nim Fujiwara Toshihito, syn Tokinagi z Ministerstwa do spraw Ludu, będący również na służbie u Mototsunego – mężczyzna o szerokich barkach, wyróżniający się z tłumu. Wychylał jedną za drugą czarki z czarną sake, żując przy tym gotowane kasztany, i był już mocno upojony.

– Ależ mi pana szkoda… – Toshihito kontynuował, patrząc w zwróconą ku niemu twarz Goiego, a w jego głosie dało się słyszeć równocześnie współczucie i pogardę.

– Jeśli tylko pan zechce, sprawię, że będzie się pan mógł nasycić kleikiem.

Zdarza się czasem, że nękany pies nie zbliży się szybko do człowieka, nawet gdyby dano mu kawałek mięsa. Podobnie Goi w milczeniu, z wyrazem twarzy, jak gdyby nie wiedział, czy ma się śmiać, czy płakać, wpatrywał się na przemian to w Toshihito, to w pustą miskę.

– Nie ma pan na to ochoty?

– …

– Niech pan coś powie.

– …

Goi czuł, że wzrok zebranych skupiony jest na nim. W zależności od tego, co odpowie, mógł stać się znowu pośmiewiskiem. Pomyślał nawet, że zabawią się jego kosztem niezależnie od tego, co powie. Zawahał się. Gdyby w tym momencie Toshihito nie powiedział zniecierpliwiony: „Jeśli pan nie chce, nie ma o czym mówić”, Goi pewnie bez końca wpatrywałby się na przemian to w jego twarz, to w miskę.

Na słowa Toshihito odparł jednak pospiesznie:

– Będę panu zobowiązany.

Jego odpowiedź wzbudziła powszechną wesołość. Byli nawet tacy, którzy przedrzeźniali go: „Będę panu zobowiązany!”. Wraz z wybuchem śmiechu oficjalne nakrycia głowy – te usztywnione i te miękkie – niczym fala poruszyły się ponad zastawą, na której mieniły się barwy pomarańczowe, złociste, cytrynowe i szkarłatne. Najgłośniej spośród wszystkich śmiał się sam Toshihito.

– A zatem zaproszę pana wkrótce – przy tych słowach delikatnie się skrzywił. Musiał zadławić się własnym śmiechem i połykanym jednocześnie alkoholem. – Czyli to już ustalone, tak?

– Będę panu zobowiązany – spąsowiały Goi, jąkając się, wydusił tę samą odpowiedź co wcześniej, która – rzecz jasna – tym razem także wywołała salwy śmiechu. Zwłaszcza Toshihito, który celowo ponowił pytanie, zanosił się śmiechem tak, że jego szerokie ramiona całe drżały. Prości ludzie z północy cenią w życiu tylko dwie rzeczy – to, że mogą wypić, i to, że mogą się pośmiać.

Na szczęście w końcu rozmowa zeszła na inny temat. Być może niektórzy z zebranych nie czuli się swobodnie w sytuacji, gdy cała uwaga skupiona była na czerwononosym Goim. Rozmawiano o tym i owym, a kiedy zaczynało już powoli brakować sake i zakąsek, wszyscy skupili się na pewnym świeżo upieczonym wojowniku, który usiłował dosiąść konia, mając obie nogi włożone w jeden ochraniacz. Tylko Goi zdawał się niczego nie słyszeć. Wszystkie jego myśli musiały zajmować trzy zaledwie słowa – kleik z batatów. Nie sięgał nawet po pieczonego pawia ani po wyborną czarną sake. Z rękami złożonymi na kolanach, zawstydzony jak panienka, która pierwszy raz spotyka swojego przyszłego męża, czerwienił się aż po końcówki włosów na skroniach przyprószonych siwizną i z bezmyślnym uśmiechem wpatrywał się w swoją pustą miskę.

* * *

Kilka dni później, rankiem, nad brzegiem Kamogawy widać było dwie męskie sylwetki jadące spokojnie konno w stronę Awataguchi. Jedną z nich był przystojny mężczyzna z pięknym zarostem – wzór wojownika, odziany w błękitny strój myśliwski z mieczem przy boku. Druga przedstawiała sobą opłakany widok – ponadczterdziestoletni mężczyzna w zniszczonym szaroniebieskim okryciu i tylko dwiema cieniutkimi bawełnianymi warstwami pod spodem. Z zawiązanym niedbale pasem i zaczerwienionym nosem, z którego spływał śluz, prezentował się niebywale nędznie. Tylko konie obaj mężczyźni mieli podobne – trzyletnie wierzchowce – pierwszy maści jabłkowitej, drugi siwy. Oba były tak rącze, że przykuwały uwagę wędrownych sprzedawców i innych wojowników na drodze. Za nimi truchtało, starając się nie pozostać w tyle, dwóch służących. Nie trzeba wyjaśniać, że na koniach jechali nie kto inny jak tylko Toshihito i Goi.

Była zima, ale dzień był pogodny i spokojny. Żaden podmuch wiatru nie poruszał nawet zeschłymi liśćmi bylicy, która rosła nad brzegiem wody szemrzącej między skałami w białawym korycie. Nagie gałęzie niskich wierzb nad rzeką skąpane były w łagodnych, przejrzystych promieniach słońca – wystarczył ruch ogona pliszki siedzącej na wierzchołku, by na drogę padał wyrazisty cień. Ponad ciemną zielenią wzgórz Higashiyama wznosiła swój zaokrąglony bark oszroniona góra Hiei. Mężczyźni jechali w stronę Awataguchi powoli, nie poganiając koni, a zdobienia z macicy perłowej na ich siodłach połyskiwały w jasnym świetle.

– Dokąd pan jest łaskaw mnie prowadzić? – zapytał Goi, niewprawnym ruchem pociągając za lejce.

– Niedługo dotrzemy na miejsce. To bliżej, niż pan myśli.

– Czyli to okolica Awataguchi?

– Powiedzmy, że tak.

Tego ranka Toshihito zaproponował, by Goi udał się razem z nim do ciepłych źródeł w pobliżu Higashiyamy. Czerwononosy Goi natychmiast przystał na tę propozycję. Od dawna nie brał już gorącej kąpieli i czuł swędzenie na całym ciele. Gdyby udało się najeść kleiku z batatów, a przy tym wziąć kąpiel… Czegoż mu więcej potrzeba do szczęścia? Natychmiast dosiadł siwego konia, którego przyprowadził Toshihito. Jechali jednak obok siebie już jakiś czas i wyglądało na to, że Toshihito nie zamierzał się zatrzymywać. Minęli Awataguchi.

– Czyli to nie Awataguchi?

– Jeszcze trochę…

Toshihito uśmiechnął się pod nosem i unikając wzroku Goiego, powoli jechał przed siebie. Po obu stronach drogi domy pojawiały się coraz rzadziej, aż w końcu widać już było jedynie rozległe zimowe pola, na których kruki szukały pożywienia. W oddali na północnym zboczu gór niewyraźnie połyskiwał błękitem śnieg. Ostre wierzchołki obnażonych z liści sumaków zdawały się boleśnie dziurawić niebo, potęgując wrażenie chłodu.

– Czyli to gdzieś w pobliżu Yamashiny.

– Nie. Yamashina jest już tutaj. My jedziemy nieco dalej.

W istocie właśnie minęli Yamashinę.

Przejechali przez Sekiyamę i tuż po południu dotarli do świątyni Miidera. Mieszkał tam mnich zaprzyjaźniony z Toshihito, któremu złożyli wizytę. Zostali przyjęci obiadem, a później wsiedli na konie i pospieszyli dalej opustoszałą drogą, a czasy były niespokojne – wszędzie roiło się od zbójców. Goi przygarbił się jeszcze bardziej niż zwykle i, usiłując spojrzeć Toshihito w oczy, zapytał:

– Czy to jeszcze daleko?

Toshihito uśmiechnął się jak dziecko, którego psoty właśnie mają wyjść na jaw. W zmarszczonym nosie i drgających kącikach oczu kryło się wahanie. W końcu powiedział:

– Prawda jest taka, że chcę pana zabrać do Tsurugi. – Ze śmiechem wskazał pejczem odległą przestrzeń przed sobą. Poniżej pejcza połyskiwały w południowym słońcu wody jeziora Biwa.

Goiego ogarnęło przerażenie.

– Chodzi panu o Tsurugę w prowincji Echizen? O tę Tsurugę?

Goi słyszał, że odkąd Toshihito ożenił się z córką Fujiwary Arihito, spędzał mnóstwo czasu w Tsurudze, ale nie podejrzewał nawet, że zamierzał zabrać go ze sobą tak daleko. Przede wszystkim, jak mogliby bezpiecznie podróżować do odległego Echizen przez góry i rzeki, mając ze sobą zaledwie dwóch służących? Tyle słyszało się o podróżnych zamordowanych przez rabusiów w drodze. Goi spojrzał na Toshihito błagalnie.

– Dobre nieba! Najpierw myślałem, że jedziemy do Higashiyamy. Później, że do Yamashiny. Później do Miidery. A tymczasem to Tsuruga w prowincji Echizen! Gdybym wiedział od początku, wziąłbym ze sobą służącego. Tsuruga! Dobre nieba! – wystękał, usiłując powstrzymać płacz. Gdyby pragnienie kleiku nie dodawało mu odwagi, pewnie rozstałby się z Toshihito i sam wrócił do Kioto.

– Jeden Toshihito wart jest tysiąca ludzi. Nie ma powodu do obaw.

Widząc, że Goi jest przerażony, Toshihito zmarszczył nieco brwi i uśmiechnął się kpiąco. Po chwili zawołał służącego. Wziął od niego kołczan i zarzucił go na plecy, wyjął mu z ręki pokryty czarną laką łuk z trzmieliny i nachyliwszy się, przytwierdził go do siodła, po czym popędził konia.

W tej sytuacji tchórzliwy Goi mógł już tylko ślepo podążać za Toshihito. Jego koń szedł dalej chwiejnym krokiem, a Goi spoglądał bezradnie na opustoszałą okolicę i przyciskając swój jak zawsze czerwony nos do łęku, powtarzał słowa Sutry Miłosiernej Kannon, które pamiętał jak przez mgłę.

Stukot kopyt niósł się po rozległych polach porośniętych żółtawymi trawami. Bajora tu i ówdzie odbijały chłodno błękit nieba, sprawiając wrażenie, jak gdyby w każdej chwili tego zimowego popołudnia mogły zamarznąć. Na horyzoncie rysowało się pasmo gór odcięte od promieni słońca. Leżący na ich szczytach śnieg pozbawiony był tym samym skrzącej poświaty. Widok ten przesłaniały dwóm służącym posępne kępy obumarłej trawy pampasowej.

W pewnej chwili Toshihito odwrócił się w stronę Goiego i powiedział:

– Oto i nadchodzi dobry posłaniec. Wyślemy przez niego wiadomość do Tsurugi.

Goi, nie rozumiejąc znaczenia tych słów, spojrzał lękliwie w kierunku, który Toshihito wskazywał łukiem. Nie było tam ani śladu ludzkiej sylwetki. Natomiast z krzaków, w które wplątana była winorośl lub innego rodzaju pnącze, wyłonił się lis. Szedł powoli, wystawiając futro ciepłej barwy na działanie promieni chylącego się ku zachodowi słońca.

Nagle zwierzę odskoczyło i ruszyło pędem przed siebie. Toshihito strzelił z bicza i pogalopował w jego stronę. Goi, tracąc panowanie nad sobą, mimowolnie pospieszył za nim. Służący także starali się nie pozostawać z tyłu. Przez pewien czas tętent kopyt roznoszących kamienie gromił ciszę otulającą rozległą przestrzeń. W końcu jednak Toshihito przystanął. Przy siodle miał już zawieszonego lisa – za tylne nogi, głową w dół. Musiał ścigać go, aż zwierzę opadło z sił, i wyciągnąć żywcem spod wierzchowca. Goi z trudem go dogonił, ocierając nerwowo krople potu z rzadkiego wąsa.

– Posłuchaj no, lisie! – Toshihito podniósł zwierzę na wysokość swojego wzroku i przemówił wyniosłym tonem. – Pobiegnij jeszcze tej nocy do domu Toshihito w Tsurudze i powiedz, co następuje: „Toshihito zbliża się właśnie, prowadząc z sobą gościa. Przyślijcie sługi na powitanie do Takashimy i dwa osiodłane konie”. Zapamiętaj to dobrze!

Ledwo Toshihito skończył, zamachnął lisem i cisnął go w głąb krzaków.

– O, pędzi, pędzi! – Służący, którym wreszcie udało się dobiec do Toshihito, patrzyli teraz za uchodzącym zwierzęciem, wznosząc okrzyki i klaszcząc w dłonie.

Lisi grzbiet barwy płonących liści mknął szybko w promieniach zachodzącego słońca – byle dalej, byle przed siebie. Widać go było jak na dłoni, bo mężczyźni, goniąc za nim przez pola, zdążyli wspiąć się na łagodne wzgórze, które schodziło wprost do wyschniętego koryta rzeki.

– To dopiero łaskawy posłaniec – Goi westchnął, dając wyraz swej prostoduszności, i znów spojrzał z uznaniem na swojego towarzysza – nieokiełznanego wojownika, któremu nawet lisy były posłuszne. Nie zastanawiał się nad tym, jaka przepaść dzieli go od Toshihito. Czuł jedynie, że ponieważ wola Toshihito jest tak potężna, to jeśli obejmie także jego wolę, da i jemu większą wolność. W takich chwilach łatwo o pochlebstwa, więc jeśli czytelnik dostrzegałby w postawie Goiego pewną służalczość, niech nie wyciąga zbyt pochopnych wniosków o jego charakterze.

Ciśnięty w krzaki lis najpierw zbiegł ze zbocza, jak gdyby się turlał, potem zaczął zręcznie przeskakiwać przez kamienie leżące w wyschniętym korycie rzeki, a następnie wbiegł szybko na kolejne wzgórze. Stamtąd obejrzał się za siebie – wojownik, który go pochwycił, i jego towarzysz tkwili na koniach na łagodnym zboczu. Wydawali się drobni jak palce dłoni. W mroźnym, czystym powietrzu zwłaszcza wyraźnie rysowały się kształty koni – siwego i maści jabłkowitej – skąpanych teraz w promieniach zachodzącego słońca. Lis odwrócił głowę i ponownie puścił się przed siebie, niknąc w gęstwinie zeschłej trawy pampasowej.

* * *