Kobiece gadanie 2 - Beata Biały - ebook + książka

Kobiece gadanie 2 ebook

Beata Biały

0,0
69,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

16 kobiet. 16 historii. 16 rozmów o życiu, które rzadko bywa proste, ale potrafi być piękne.

To książka o odwadze bycia sobą – także wtedy, gdy nie mamy pewności, dokąd nas to zaprowadzi. O chwilach zwątpienia i momentach, w których odkrywamy w sobie niespotykaną dotąd siłę. O wrażliwości, która nie jest słabością, lecz przejawem odwagi.

To także książka dla kobiet, które nie chcą już udawać, że wszystko mają pod kontrolą. Dla tych, które wolą zadawać ważne pytania i szukać odpowiedzi niż żyć według gotowych schematów. Dla tych, które mają dość spełniania cudzych oczekiwań kosztem siebie.

Jeśli czujesz, że twoje życie pędzi szybciej niż twoje myśli – zatrzymaj się na chwilę. Jeśli myślisz, że w gąszczu życiowych wyborów zgubiłaś siebie – posłuchaj tych historii. Jeśli czasem masz wrażenie, że wybierasz bycie „miłą”, zamiast bycia sobą – zostań z nami.

Może nie znajdziesz tu gotowych odpowiedzi, ale poznasz pytania, które warto sobie zadać. A od nich wszystko się zaczyna.

Kamilla Baar • Ewa Bem • Sylwia Chutnik • Katarzyna Dąbrowska • Aleksandra Gajewska • Paulina Krupińska • Joanna Kryńska • Aleksandra Kurzak • Jolanta Kwaśniewska • Agata Młynarska • Lidia Popiel • Dorota Soszyńska • Ewa Stachowska • Justyna Szyc-Nagłowska • Beata Ścibakówna • Katarzyna Żak w rozmowie z Beatą Biały.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 417

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Polecamy

Pole­camy rów­nież

Beata Biały

KOBIECE GADA­NIE

Beata Biały

MĘSKIE GADA­NIE

Beata Biały

MĘSKIE GADA­NIE 2

Dedykacja

Uko­cha­nej sio­strze Ewie, jed­nej z nie­wielu pew­no­ści w moim życiu

ZAMIAST WSTĘPU

Kobiety od zawsze sły­szały, kim powinny być. Powinny być silne – ale nie za bar­dzo, żeby nie onie­śmie­lać. Piękne – ale tak, żeby nie wyglą­dało to na próż­ność. Ambitne – ale z umia­rem, żeby nie naru­szyć kru­chej rów­no­wagi świata, w któ­rym od wie­ków wszystko było już jakoś poukła­dane. Powinny mówić wła­snym gło­sem – ale nie za gło­śno. I przede wszyst­kim powinny umieć pogo­dzić pracę, dom, miłość, dzieci, roz­wój, opiekę nad innymi i jesz­cze, jeśli star­czy czasu, odro­binę miej­sca dla sie­bie. W tej ukła­dance kobiece życie przez dłu­gie lata przy­po­mi­nało zada­nie bez roz­wią­za­nia. Vir­gi­nia Woolf napi­sała kie­dyś, że przez stu­le­cia kobiety peł­niły rolę luster o magicz­nej mocy – takich, które odbi­jały męż­czy­znę dwa razy więk­szego, niż był naprawdę. To zda­nie brzmi dziś jak lite­racka meta­fora, ale kryje się w nim coś bar­dzo praw­dzi­wego. Bo kobiety przez wieki uczono wzmac­niać innych. Pod­trzy­my­wać, uspo­ka­jać, rozu­mieć, wyba­czać. Być tłem dla cudzej histo­rii.

A jed­nak coś się zmie­niło. Coraz wię­cej kobiet prze­staje być lustrem. Zaczy­namy być opo­wie­ścią. I nie jest to opo­wieść łatwa. Bo kiedy kobieta zaczyna naprawdę słu­chać sie­bie, świat cza­sem reaguje zdzi­wie­niem. A cza­sem nie­po­ko­jem. Bo nagle oka­zuje się, że kobieta nie chce już tylko dopa­so­wy­wać się do świata. Chce go współ­two­rzyć. Simone de Beau­voir napi­sała kie­dyś zda­nie, które do dziś brzmi jak cichy mani­fest: „Nikt nie rodzi się kobietą, lecz się nią staje”. To zda­nie mówi o czymś wię­cej niż o bio­lo­gii. Wska­zuje, że kobie­cość jest pro­ce­sem. Drogą, na któ­rej spo­ty­kają się doświad­cze­nia, decy­zje, błędy, pra­gnie­nia i momenty odwagi. Każda z nas docho­dzi do sie­bie inną ścieżką. Jedne szyb­ciej, inne póź­niej. Jedne z gnie­wem, inne z łagod­no­ścią. Ale pra­wie każda z nas w któ­rymś momen­cie życia zadaje sobie to samo pyta­nie: Czy życie, które pro­wa­dzę, jest naprawdę moje? Bo kobiece życie wciąż bywa sztuką balan­so­wa­nia. Mię­dzy tro­ską o innych a lojal­no­ścią wobec sie­bie. Mię­dzy miło­ścią a wol­no­ścią. Mię­dzy rolami, które są ważne, a tym, kim naprawdę jeste­śmy. Cza­sem trzeba wielu lat, żeby zro­zu­mieć pro­stą rzecz: że nie jeste­śmy dodat­kiem do cudzej histo­rii. Jeste­śmy autor­kami wła­snej opo­wie­ści.

Ame­ry­kań­ska poetka Mary Oli­ver w wier­szu Letni dzień zadała jedno z naj­pięk­niej­szych pytań, jakie znam: „Powiedz, co zamie­rzasz wresz­cie robić z twoim jedy­nym zwa­rio­wa­nym i cen­nym życiem?”1. To pyta­nie wra­cało do mnie wie­lo­krot­nie pod­czas roz­mów do tej książki. Bo każda z kobiet, które spo­tka­łam, odpo­wia­dała na nie ina­czej. Jedne mówiły o odwa­dze. Inne o stra­cie. O momen­tach, kiedy trzeba było odejść z miej­sca, które już nie było ich. O chwi­lach, gdy trzeba było zostać i wal­czyć. O decy­zjach, które zmie­niały wszystko, choć w chwili ich podej­mo­wa­nia nie było jesz­cze wia­domo, dokąd zapro­wa­dzą. Każda z tych histo­rii jest inna. A jed­nak wszyst­kie mają wspólny rytm. Bo kobiece życie rzadko jest liniowe. Czę­ściej przy­po­mina drogę z zakrę­tami, na któ­rej trzeba się zatrzy­mać, zawró­cić, cza­sem zaczy­nać od nowa.

Cze­ska pisarka Milena Jesenská – wielka nie­speł­niona miłość Franza Kafki – napi­sała kie­dyś zda­nie, które szcze­gól­nie zapa­dło mi w pamięć: „Czło­wiek nie jest tym, czym się wydaje, ale tym, czym ma odwagę się stać”. Może wła­śnie o to cho­dzi w kobie­cym doj­rze­wa­niu. O odwagę sta­wa­nia się. O moment, kiedy prze­sta­jemy żyć według cudzych sce­na­riu­szy i zaczy­namy pisać wła­sny. Cza­sem powoli, cza­sem nie­po­rad­nie, cza­sem z wie­loma popraw­kami, ale już swoim pismem. Bo kobiety się zmie­niają. Zmie­nia się też świat. Jesz­cze nie­dawno wiele z nas sły­szało, że musi wybie­rać: mię­dzy rodziną a pracą, mię­dzy ambi­cją a miło­ścią, mię­dzy siłą a czu­ło­ścią. Dziś coraz wię­cej kobiet mówi: nie chcę wybie­rać mię­dzy sobą a świa­tem. Chcę być w nim cała.

To oczy­wi­ście nie ozna­cza, że wszystko stało się łatwe. Wciąż ist­nieją miej­sca, w któ­rych kobiety muszą wal­czyć o pod­sta­wowe prawa. Wciąż są sytu­acje, w któ­rych kobiecy głos pró­buje się uci­szyć albo pomniej­szyć. Wciąż się zda­rza, że kobieta musi udo­wad­niać swoją war­tość dwa razy moc­niej niż inni. Ale jed­no­cze­śnie urze­czy­wist­niło się coś waż­nego. Kobiety zaczęły słu­chać sie­bie nawza­jem. A kiedy kobiety zaczy­nają ze sobą roz­ma­wiać, powstaje coś nie­zwy­kłego. Wspól­nota doświad­czeń, która potrafi być sil­niej­sza niż samot­ność. I wła­śnie z takiej roz­mowy powstała ta książka.

Druga część Kobie­cego gada­nia jest kon­ty­nu­acją tej opo­wie­ści – ale też jej nowym roz­dzia­łem. Spo­tka­łam kolejne nie­zwy­kłe kobiety. Każda z nich przy­nio­sła swoją histo­rię – cza­sem jasną jak let­nie popo­łu­dnie, cza­sem trudną jak noc, przez którą trzeba przejść samot­nie. Dzię­kuję wam za odwagę i szcze­rość. Za momenty, w któ­rych mówi­ły­ście rze­czy nie­ła­twe. Za chwile mil­cze­nia, które były rów­nie ważne jak słowa. Za to, że pozwo­li­ły­ście mi zapi­sać frag­ment swo­jego świata. Wie­rzę, że wasze histo­rie staną się dla innych kobiet czymś wię­cej niż roz­mową. Może będą lustrem. Może dro­go­wska­zem. A może po pro­stu przy­po­mnie­niem, że żadna z nas nie jest w swo­ich doświad­cze­niach sama.

Dzię­kuję mojej Mamusi – pierw­szej prze­wod­niczce po świe­cie emo­cji. I choć nie mogę już usły­szeć jej głosu ani poczuć jej dłoni, jej czu­łość, uważ­ność i mądrość są we mnie do dziś jak wewnętrzny kom­pas. To od niej nauczy­łam się słu­chać ludzi naprawdę – nie tylko ich słów, ale także ciszy mię­dzy nimi.

Dzię­kuję mojej sio­strze Ewie – za jej stałą obec­ność w moim życiu. Za to, że jest gdzieś po dru­giej stro­nie oce­anu, a jed­no­cze­śnie zawsze obok. Za roz­mowy, które potra­fią upo­rząd­ko­wać chaos w gło­wie, za uważ­ność, która nie potrze­buje wielu słów, i za tę szcze­gólną więź, którą mają tylko sio­stry – zbu­do­waną z dzie­ciń­stwa, wspól­nych wspo­mnień i zro­zu­mie­nia nie­wy­ma­ga­ją­cego tłu­ma­czeń. Choć dzieli nas odle­głość, mam poczu­cie, że w naj­waż­niej­szych momen­tach życia jest przy mnie – czu­wa­jąca, uważna, gotowa zła­pać mnie w locie, zanim zdążę się potknąć. Ewa jest moją pierw­szą czy­tel­niczką i naj­czul­szym recen­zen­tem – w książ­kach i w życiu.

Dzię­kuję mojemu Synowi, który ponow­nie uczy­nił mi zaszczyt, two­rząc por­trety do tej książki. W jego foto­gra­fiach jest nie­zwy­kła uważ­ność – potrafi dostrzec w kobie­tach to, czego czę­sto nie widać na pierw­szy rzut oka: ich siłę, kru­chość, myśl ukrytą w spoj­rze­niu. Jestem wzru­szona i dumna, że ta opo­wieść znów powstała także dzięki niemu.

Dzię­kuję mojej redak­torce pro­wa­dzą­cej Mag­dzie Cho­rę­bale – za cier­pli­wość, któ­rej poziom nie­ustan­nie testuję, i za to, że z godną podziwu kon­se­kwen­cją przy­po­mina mi, że książki nie piszą się same.

Dzię­kuję rów­nież pre­ze­sowi Domu Wydaw­ni­czego REBIS Toma­szowi Szpon­de­rowi za spo­kój i cier­pli­wość – szcze­gól­nie wtedy, gdy ter­miny zaczy­nają mieć wła­sną inter­pre­ta­cję czasu.

Szcze­gól­nie cie­pło dzię­kuję zaś wam, moje dro­gie czy­tel­niczki. Bo to dzięki wam ta książka ma swoją drugą część. Książki powstają w pro­ce­sie pisa­nia, ale żyją dopiero wtedy, gdy ktoś je czyta.

Ta książka, podob­nie jak poprzed­nia, nie jest porad­ni­kiem. Nie znaj­dziesz tu goto­wych odpo­wie­dzi ani recept na szczę­ście. Znaj­dziesz za to histo­rie kobiet, które pró­bo­wały odkryć wła­sne odpo­wie­dzi. Każda z nich jest inna, każda pro­wa­dzi w tro­chę inną stronę, ale wszyst­kie zaczy­nają się w tym samym miej­scu: w momen­cie, kiedy czło­wiek prze­staje żyć według cudzych sce­na­riu­szy i zasta­na­wia się, czego naprawdę chce. Kobiece gada­nie 2 to nie zbiór rad, lecz roz­mowa. Cza­sem spo­kojna, cza­sem trudna, cza­sem pełna śmie­chu, a cza­sem takich zdań, które zostają w gło­wie na długo. To roz­mowa mię­dzy kobie­tami – o tym, co nas buduje, co nas rani, co daje nam siłę i co każe zaczy­nać od nowa, kiedy wszystko wydaje się roz­sy­pane. Być może w któ­rejś z tych histo­rii odnaj­dziesz coś zna­jo­mego. Może roz­po­znasz w nich wła­sne pyta­nia, wła­sne wąt­pli­wo­ści, wła­sne momenty odwagi. A może po pro­stu poczu­jesz, że nie jesteś w tym wszyst­kim sama. Jeśli więc masz ochotę na chwilę praw­dzi­wej roz­mowy – takiej, w któ­rej nie trzeba niczego uda­wać ani niczego udo­wad­niać – otwórz tę książkę i pozwól, żeby te histo­rie zaczęły mówić. Być może jedna z nich okaże się także twoją.

Mary Oli­ver, Letni dzień, przeł. Cze­sław Miłosz, https://poezja.net/letni-dzien/. [wróć]

KAMILLA BAAR

Pestka spokoju

Spo­kój nie jest ciszą. Cisza jest warun­kiem aku­stycz­nym. Spo­kój jest decy­zją. Żyjemy w epoce nie­ustan­nych bodź­ców. Tele­fon pul­suje jak drugi układ ner­wowy, wia­do­mo­ści napie­rają, tempo się zwięk­sza. Jak napi­sał Hart­mut Rosa, żyjemy w kul­tu­rze przy­spie­sze­nia, która nie daje już czasu na doświad­cze­nie tego, co prze­ży­wamy. Zgiełk nie jest tylko hała­sem mia­sta. Jest sta­nem umy­słu. A jed­nak w tym wszyst­kim ist­nieje moż­li­wość spo­koju. W fil­mie Per­fect Days boha­ter budzi się o świ­cie, czy­ści toa­lety publiczne w Tokio, słu­cha kaset z muzyką z lat sześć­dzie­sią­tych, pod­lewa rośliny. Nic spek­ta­ku­lar­nego. A jed­nak każdy jego gest jest uważny. To nie świat jest spo­kojny, to on wybrał taki spo­sób bycia w świe­cie. Pro­stota nie jest tu ubó­stwem doświad­cze­nia, tylko jego zagęsz­cze­niem. Podobną kon­cen­tra­cję odnaj­du­jemy w fil­mie Pater­son. Kie­rowca auto­busu pisze wier­sze mię­dzy kolej­nymi kur­sami. Ta sama droga, ta sama kawa, ten sam spa­cer z psem. Powta­rzal­ność two­rzy rytm, który porząd­kuje świat. Zwy­czaj­ność nie jest pustką, jest prze­strze­nią uważ­no­ści.

Carl Gustav Jung twier­dził, że to, czego sobie nie uświa­do­mimy, wróci do nas jako los. Tłu­mione kon­flikty i nie­prze­żyte emo­cje two­rzą wewnętrzny rwe­tes. Spo­kój nie jest ich zaprze­cze­niem. Jest odwagą pozwa­la­jącą je zoba­czyć. Bes­sel van der Kolk napi­sał, że „ciało pamięta”. Jeśli napię­cie nie zosta­nie roz­ła­do­wane, zapi­suje się w mię­śniach i odde­chu. Spo­kój zaczyna się więc od regu­la­cji – od powrotu do rytmu ciała. Spo­kój nie jest „świę­tym spo­ko­jem”. Nie jest ucieczką od życia. To zdol­ność bycia w środku zgiełku bez utraty sie­bie. Jak pestka w owocu – twardy rdzeń, który nie reaguje na każdy impuls. Bo spo­kój nie polega na tym, że świat prze­staje hała­so­wać, tylko na tym, że prze­stajemy wie­rzyć, że musimy reago­wać na każdy jego dźwięk.

Spę­dzi­łaś mie­siąc na Fili­pi­nach. Czy tam spo­kój miał inny smak niż tutaj, w War­sza­wie, w codzien­no­ści?

Na Fili­pi­nach ludzie żyją pro­sto. Bar­dzo codzien­nie. To są kato­licy zanu­rzeni w docze­sno­ści – w tym, czym nakar­mić dzieci, jak upra­wiać ryż, jakie owoce wysta­wić na ulicy, żeby sprze­dać. Dzieci wkła­dają mun­durki, idą do szkoły, wra­cają po sie­dem­na­stej. Kościoły są otwarte cały dzień. Wie­czo­rem – reko­lek­cje, modli­twa, zwy­czajny rytm dnia. Jest w tym jakaś powta­rzal­ność, ale nie ner­wowa. Bie­rzesz łódkę, pły­niesz na wyspę. Prze­woź­nik cię dowozi i zasy­pia. Nie­ważne, czy jest ósma rano czy dzie­siąta. Ocean szumi jak man­tra. Słońce wymu­sza spo­wol­nie­nie. Wszystko staje się bar­dziej płynne. To jest świat anty­miej­ski. I choć kocham mia­sto – knajpki, roz­mowy, kino, teatr, wystawy – to jest tryb bar­dzo wyma­ga­jący dla układu ner­wo­wego. I w pew­nym wieku zaczy­nasz to czuć. Ja już wiem, co mi służy, a co mnie prze­ciąża. Ale para­doks polega na tym, że mój war­szaw­ski tryb życia też jest próbą spo­koju. Joga, medy­ta­cja, rower zamiast samo­chodu, goto­wa­nie, świa­dome wybory. Ja ten spo­kój buduję na co dzień. Na Fili­pi­nach docho­dzi jesz­cze jedna rzecz – brak ambi­cji. I wiem, że to może zabrzmieć bru­tal­nie, ale ambi­cja rzadko sprzyja spo­ko­jowi. To jest kon­strukt Zachodu. Tam ludzie zara­biają tyle, ile są w sta­nie zjeść. Nie odkła­dają. Nie pla­nują wiel­kich awan­sów. Japo­nia jest za rogiem, ale poza zasię­giem. I choć mają tele­fony, Insta­gram, widzą świat, to żyją w tym, co jest. Tro­chę z przy­musu, ale też z natu­ral­nej zgody. Są bar­dzo spo­kojni. Bez tem­pe­ra­mentu, który my nazy­wamy „ener­gią”. Z pozy­tyw­nym sto­sun­kiem do rze­czy­wi­sto­ści. Jeśli coś się nie da, to znaj­dzie się ktoś inny, kto to zrobi. Brat, szwa­gier, kuzyn. Zawsze jest roz­wią­za­nie.

Jak myślisz, z czego u nich ten spo­kój wynika? Z morza, z hory­zontu, z tej natury, która wciąga w sie­bie czło­wieka?

Raczej z doświad­cze­nia, że wszystko może znik­nąć w jedną noc. Tam żyje się z taj­fu­nem za ple­cami. Otwie­rasz pro­gnozę i widzisz, że taj­fun jest już za rogiem. I wtedy w jed­nej sekun­dzie wszystko się uprasz­cza – naj­waż­niej­sze jest to, żebyś z two­imi dziećmi prze­żył. Dom, doby­tek, dach mogą prze­stać ist­nieć. Woda zabiera, wiatr dewa­stuje. To daje bar­dzo silne poczu­cie, że nic nie masz na zawsze. I że inwe­sto­wa­nie całej ener­gii w gro­ma­dze­nie, boga­ce­nie się, zabez­pie­cza­nie przy­szło­ści jest ilu­zją. My na Zacho­dzie wie­rzymy, że możemy wszystko zapla­no­wać, obu­do­wać poli­sami, kre­dy­tami, sys­te­mami bez­pie­czeń­stwa. Tam natura ma ostat­nie słowo. I oni w tę ilu­zję kon­troli w ogóle nie inwe­stują. Żyją w tym, co jest.

Czyli ich spo­kój nie jest roman­tyczny, tylko egzy­sten­cjalny?

Tak. To jest spo­kój ludzi, któ­rzy wie­dzą, że nie kon­tro­lują świata. I dla­tego sku­piają się na dniu dzi­siej­szym. Widać to w prze­strzeni. Pamię­tam, jak dotar­łam do El Nido. Długo jedziesz przez dżun­glę i nie wiesz, czego się spo­dzie­wać. A potem nagle dojeż­dżasz do miej­sca, które powstało z wykar­czo­wa­nej prze­strzeni – ktoś zro­bił kawa­łek struk­tury, domek, jakąś ulicę. A nad tym wszyst­kim ogromny klif, dżun­gla wgry­za­jąca się w skałę, skała wpa­da­jąca w ultra­błę­kitny ocean. Natura stwo­rzyła coś dosko­na­łego. I do tego przy­kle­jony jest świat ludzi – try­cy­kle, tuk-tuki, bazar, ryż, owoce, totalny har­mi­der. Ale to nie jest prze­strzeń zapro­jek­to­wana. Nie ma tu luk­susu ani kon­cep­cji. Jest sym­bioza potrzeb z naturą. Droga pro­wa­dzi tylko tam, dokąd można doje­chać. Dalej idziesz pie­szo. Ścieżka powstaje, bo ktoś nią cho­dzi. Cmen­tarz jest na wznie­sie­niu nad oce­anem – naj­pięk­niej poło­żony cmen­tarz, jaki widzia­łam. Musisz go omi­nąć, żeby dojść do kolej­nej dziel­nicy. Życie i śmierć w jed­nym pej­zażu. Bez oddzie­la­nia. Tam wszystko jest myśle­niem o dzi­siej­szych potrze­bach. Owoce zerwane rano jutro już będą sfer­men­to­wane. Więc jesz to, co jest dziś.

Czego się od nich nauczy­łaś? Wró­ci­łaś spo­koj­niej­sza?

Może tak, ale to dopiero zoba­czę po pew­nym cza­sie. Bar­dziej czuję, że wró­ci­łam naener­ge­ty­zo­wana. Speł­niona. Naj­bar­dziej poru­szały mnie wschody słońca. Wsta­wa­łam około pią­tej, szłam na naj­wyż­sze wznie­sie­nie i cze­ka­łam. Wie­dzia­łam, że za chwilę zacznie wyła­niać się ocean z biżu­te­rią wysp aż po hory­zont. Z ciem­no­ści rodziło się świa­tło. Byłam sama. Tylko ja i ten stan, który się we mnie uru­cha­miał. Czu­łam czy­ste szczę­ście. Mia­łam poczu­cie, że jestem dokład­nie tam, gdzie powin­nam być. To była ilu­mi­na­cja. Dar. Wdzięcz­ność, że mogę na to patrzeć. Ten spek­takl odby­wał się dla mnie za darmo. I trwał chwilę, dzie­sięć minut. Kolory się zmie­niały, dzień wkra­czał. I znowu wra­cała lek­cja – nic nie jest na zawsze. Nie zatrzy­masz tego.

Czy to wła­śnie przy­wio­złaś z Fili­pin – nie spo­kój, ale wdzięcz­ność?

Tak. Radość i wdzięcz­ność za to, że świat jest piękny.

A Fili­piń­czycy, któ­rzy żyją zupeł­nie ina­czej niż my – czy oni są dla nas lek­cją? Czy raczej lustrem, w któ­rym widać nasz przy­wi­lej?

Dużo o tym myśla­łam. O tym, jak potężne zna­cze­nie ma to, gdzie się rodzisz. Kto cię ota­cza. Czy ktoś widzi w tobie poten­cjał, czy ktoś mówi: „Możesz wię­cej”. Czy ktoś pomaga ci uwie­rzyć, że twoje marze­nia mają sens i że w ogóle masz prawo je mieć. Tam bar­dzo wyraź­nie widać, jak wiele zależy od startu. Kobiety czę­sto są ska­zane na jedną z nie­wielu dróg – mał­żeń­stwo, czę­sto z kimś z Europy, jako szansę na finan­sową zmianę życia. Dwu­na­ro­dowe mał­żeń­stwa są dość popu­larne. To bywa jedyna realna moż­li­wość „prze­la­nia się” w inny świat. A z dru­giej strony to są rodziny kato­lic­kie, wie­lo­dzietne, bar­dzo wspól­no­towe. Każdy grosz idzie na rodzinę. Nawet jeśli jesteś bar­dzo zdolną dziew­czyną i dobrze się uczysz, stu­dia są kosz­towne. Czę­sto nie­moż­liwe. Musisz pra­co­wać, żeby wspie­rać dom. Więc tak, to jest też świat, w któ­rym poten­cjał bywa ucięty przez eko­no­mię. I kiedy tam jesteś jako turystka, masz w sobie jed­no­cze­śnie zachwyt i ucisk w sercu. Myślisz: „Jaką ja jestem szczę­ściarą. Mogę być tu z wyboru. Mogę pra­co­wać w zawo­dzie, który kocham. Mogę podró­żo­wać. Mogę wybie­rać”. To jest ogromny przy­wi­lej. Ale nie chcę przez to powie­dzieć, że oni są sfru­stro­wani. Wła­śnie nie. I to budzi mój wielki podziw. Mam poczu­cie, że jest w nich zgoda na to, co mają.

Czy są szczę­śliwi?

Szczę­ście jest bar­dzo subiek­tywne, więc nie chcę nad­uży­wać tego słowa. Ale widzia­łam ludzi uśmiech­nię­tych. Rado­snych. Chęt­nych do zabawy, tańca, śmie­chu. Fili­piń­czycy żyją bar­dzo spo­łecz­nie. Razem gotują, razem cho­dzą, razem się śmieją. Dzieci jedzą razem, jeż­dżą na rowe­rach, grają w koszy­kówkę. To jest życie w gru­pie. I wtedy myślę o nas – Europa, Ame­ryka, Zachód. Kul­tura samot­ni­ków. Możesz mieć trzy­sta tysięcy laj­ków i być sama. Bo to wszystko jest wir­tu­alne. Psy­cho­lo­dzy mówią o tym od lat – to, co wir­tu­alne, nie karmi. Tam dwu­na­stu chło­pa­ków gra w koszy­kówkę na kle­pi­sku. Koszem jest jakaś pro­wi­zo­ryczna obręcz, piłka ledwo się odbija. Ale oni wal­czą o punkty, przy­bi­jają piątki, śmieją się, piją Coca-Colę. To jest auten­tyczne. To jest wspólne prze­ży­cie. Przy­po­mi­nały mi się moje wiej­skie czasy. Gra­li­śmy z kuzy­nami przy koszu na ziem­niaki. Wykrzy­ki­wa­li­śmy nazwi­ska pił­ka­rzy czy koszy­ka­rzy, opie­ra­li­śmy się na wyobraźni. Jeden miał za małe buty, drugi za duże, trzeci był w klap­kach. To nie miało zna­cze­nia. Liczyło się to, że jeste­śmy razem. Tam też nie ma nad­mier­nego przy­wią­zy­wa­nia wagi do tego, kto jak wygląda, w co jest ubrany. Nie jest to nędza – to jest po pro­stu brak obse­sji. I może wła­śnie to daje im lek­kość.

Mówisz o wspól­no­cie, Fili­pi­nach, ener­gii ludzi. A jed­nak w War­sza­wie szu­kasz ciszy raczej w sobie niż wokół sie­bie. Czy ta cisza jest dziś efek­tem codzien­nej prak­tyki – jogi, medy­ta­cji, pracy z myślami?

Dzień zaczyna się od jogi. Prak­ty­kuję asz­tangę. To dyna­miczna forma z okre­śloną sekwen­cją, tak zwaną pri­mary series. Kiedy mam czas, robię ją w cało­ści, to około godziny i pięt­na­stu minut. A kiedy nie mam, wybie­ram asany, które naj­bar­dziej mnie sta­bi­li­zują. Zawsze są powi­ta­nia słońca, pozy­cje sto­jące, część sie­dzą­cych. Pozy­cje odwró­cone, które dotle­niają mózg. I zawsze znaj­duję moment na medy­ta­cję. Jeśli mam zdję­cia o pią­tej rano, nie wstaję o trze­ciej, żeby „odha­czyć” jogę. Orga­nizm nie byłby na to gotowy. W takich dniach znaj­duję czas póź­niej – na pla­nie, w gar­de­ro­bie, gdzie­kol­wiek. A jeśli nie ma prze­strzeni, odpusz­czam. Joga nie może być prze­mocą wobec sie­bie. Naj­bar­dziej kocham moment medy­ta­cyj­nego Om. Cza­sem trwa tylko sie­dem minut. I kiedy wcho­dzę w ten dźwięk, czuję, że coś bar­dzo dobrego dzieje się z moim mózgiem. Bo mój umysł pro­du­kuje ogromną ilość myśli. Zalewa mnie nimi. Wiem, że mind­ful­ness ofe­ruje narzę­dzia, żeby nie dać się porwać każ­dej z nich, ale to jest trudne, zwłasz­cza kiedy jest się osobą tem­pe­ra­mentną. A ja taka jestem. Czę­sto poja­wiają się myśli lękowe, kry­tyczne, kata­stro­ficzne. Dla­tego prak­tyka jest dla mnie spo­so­bem odzy­ski­wa­nia steru. Przy­wra­ca­nia rów­no­wagi. Może dla­tego Fili­piny i War­szawa wcale się nie wyklu­czają. Tam jest wspól­nota i żywioł, tutaj jest prak­tyka i praca z umy­słem. A ja pró­buję w tym wszyst­kim zna­leźć miej­sce, w któ­rym naprawdę jest cicho.

Pamię­tasz, kiedy joga stała się dla cie­bie prak­tyką, bez któ­rej trudno sobie wyobra­zić codzien­ność?

To już osiem­na­ście lat. Zaczy­na­łam od jogi Iyen­gara. Cho­dzi­łam do tej samej nauczy­cielki co Maja Osta­szew­ska, która od zawsze jest dla mnie auto­ry­te­tem w dba­niu o ciało, świa­do­mym życiu, spo­so­bie odży­wia­nia. Kiedy uro­dzi­łam syna, wspie­rała mnie i kon­sul­to­wała w wege­ta­riań­skiej die­cie przy małym dziecku. Maja zawsze chęt­nie się dzieli wie­dzą i to jest wspa­niałe. Joga Iyen­gara była spo­kojna, bar­dzo pre­cy­zyjna, tech­niczna, dużo usta­wia­nia ciała i uważ­no­ści. Po jakimś cza­sie poczu­łam jed­nak, że potrze­buję cze­goś bar­dziej dyna­micz­nego – ruchu, siły, prze­pływu. I wtedy poja­wiła się asz­tanga. Zresztą ja w ogóle mam w sobie potrzebę pró­bo­wa­nia. Jeśli poja­wia się coś nowego, spraw­dzam. Cza­sem coś zostaje, cza­sem odpada. W ten spo­sób poznaję sie­bie. W tam­tym cza­sie joga zaczęła też mocno wcho­dzić do naszego aktor­skiego świata, poja­wiali się nauczy­ciele, zaczęto o niej mówić. Poszłam spró­bo­wać. I zosta­łam. Ale tak naprawdę zosta­łam przez oddech. Mia­łam pro­blemy z oddy­cha­niem. Kiedy czy­ta­łam, że w jodze oddy­cha się ina­czej, że pra­cuje się z odde­chem tak, żeby mózg dosta­wał wię­cej tlenu, uzna­łam to za dość abs­trak­cyjne – prze­cież oddy­chanie wydaje się czymś oczy­wi­stym. A potem przy­szła prak­tyka: pół­to­rej godziny w ciszy, bez mówie­nia, tylko oddech przez nos, wdech i wydech, pełne sku­pie­nie na tym, co dzieje się w ciele. I nagle poczu­łam coś nie­zwy­kłego, jakby mój mózg wresz­cie dostał powie­trze, któ­rego bra­ko­wało mu od lat. Poja­wiło się uczu­cie takiej lek­ko­ści, jak­bym się uno­siła. Myślę, że wła­śnie wtedy zaczęła się moja praw­dziwa rela­cja z jogą.

Co joga i medy­ta­cja dają ci dzi­siaj – jako aktorce, kobie­cie żyją­cej w napię­ciu, w stre­sie, w biegu?

Natych­mia­stowy powrót do sie­bie. Jeśli czuję napię­cie – przed wyj­ściem na scenę, za kuli­sami, w stre­su­ją­cej sytu­acji – wcho­dzę w oddech. I nagle jestem tu i teraz. Bo tak naprawdę, jak mówią bud­dy­ści, jedyne, co rze­czy­wi­ście mamy, to oddech. Dom, samo­chód, kariera – to wszystko są rze­czy zewnętrzne. Oddech jest jedyną pewną wła­sno­ścią. Kiedy go nie ma, nie ma już niczego. Ta pro­sta prawda działa jak kotwica. Przy­po­mi­nam ją sobie w momen­tach napię­cia i to mnie sta­bi­li­zuje. Po prak­tyce jogi koń­czę wszystko sza­wa­saną, czyli cał­ko­wi­tym roz­luź­nie­niem ciała. Potem sia­dam na poduszce medy­ta­cyj­nej i włą­czam chan­ting Om nagrany przez mni­chów. Ten dźwięk, głę­boki, prze­strzenny, z gon­gami, prze­nosi mnie w zupeł­nie inny rejon umy­słu. To tro­chę jak wej­ście do świą­tyni, ale takiej wewnętrz­nej. Dźwięk zaczyna wibro­wać w ciele, a myśli, które wcze­śniej pędziły, powoli się roz­rze­dzają. Nie zawsze zni­kają, ale tracą swoją siłę. Cza­sem trwa to dwa­dzie­ścia minut, cza­sem kró­cej, zależy od dnia. Ale zawsze poja­wia się moment, w któ­rym mam wra­że­nie, że ktoś ści­sza radio gra­jące zbyt gło­śno w gło­wie. I wtedy rze­czy­wi­ście robi się ciszej.

Spo­kój to twoja decy­zja czy efekt zmę­cze­nia świa­tem? Skąd w ogóle wzięła się w tobie ta potrzeba?

Zawsze potrze­bo­wa­łam natury. A natura to dla mnie syno­nim spo­koju – las, łąki, woda, pro­mie­nie słońca. Pierw­szym obra­zem, który poja­wia się w mojej gło­wie, jest wieś moich dziad­ków. Spę­dzi­łam tam ogromną część dzie­ciń­stwa. Potem małe mia­steczko dru­giej babci, kolejne lata, kolejne kra­jo­brazy. I ten obraz noszę w sobie do dziś – idę przed sie­bie jak taki włó­czy­kij, wcho­dzę do lasu, nad jezioro, do potoku, który nie jest komer­cyjny, nie jest „zaopie­ko­wany”, tylko jest praw­dziwy. Sia­dam z książką nad wodą, pły­wam, cho­dzę godzi­nami. Bez tego mnie nie ma. Ten spo­kój był zawsze w natu­rze, więc może ja tylko całe życie pró­buję do niego wra­cać.

A potem tra­fiasz do War­szawy, do mia­sta, które jest ruchem, tem­pem, ambi­cją. Jak w nim odnaj­du­jesz sie­bie?

Wtedy zaczy­nają się rytu­ały. Wła­ści­wie całe moje życie jest z nich utkane. Dzięki nim w tym miej­skim pędzie odzy­skuję wła­sny rytm. Rano jest joga i medy­ta­cja – to pierw­szy moment, kiedy zbie­ram sie­bie w całość. Potem zimny prysz­nic. Bez niego mój mózg nie wcho­dzi w tryb aktyw­no­ści. To jak naci­śnię­cie przy­ci­sku „start”, sygnał dla ciała, że dzień naprawdę się zaczyna. Potem są soki. Jestem od nich tro­chę uza­leż­niona. Lubię ten moment, kiedy wkła­dasz do wyci­skarki owoce i warzywa, a po chwili zostaje z nich czy­sta esen­cja – kon­cen­tra­cja smaku, koloru i ener­gii. Pierw­szy posi­łek jem dopiero około połu­dnia i to jest dla mnie mała cele­bra­cja, naj­waż­niej­szy moment dnia przy stole. Robię dużą sałatę, warzywa, coś peł­no­war­to­ścio­wego i przy­go­to­wuję to spo­koj­nie, z uwagą. Samo kro­je­nie i mie­sza­nie jest już czę­ścią rytu­ału. Jeśli nie mam czasu, zabie­ram do pracy kok­tajl, ale też robię go świa­do­mie, nie w biegu. Sta­ram się jeść nie­wiele, bo nad­miar jedze­nia mi nie służy. A jed­no­cze­śnie jestem łasu­chem – kocham smaki, sło­dy­cze potra­fią mnie cał­ko­wi­cie roz­broić, więc muszę być wobec sie­bie czujna. To, co jem, musi być dobre i praw­dziwe, cza­sem ten pierw­szy posi­łek jest jedy­nym w ciągu dnia. Potem moja uko­chana kawa, przy­go­to­wana dokład­nie tak, jak lubię. I czy­ta­nie. Codzien­nie czy­tam. To jest dla mnie coś nie­na­ru­szal­nego. Czy­ta­nie wyci­sza, porząd­kuje myśli i karmi umysł czymś, co nie jest przy­pad­kowe. Dzięki temu nawet w mie­ście, które pędzi, mogę na chwilę zatrzy­mać czas.

Mówisz o rytu­ałach jak o szkie­le­cie dnia. Czy one są po to, żeby było pięk­niej, czy po to, żeby się nie roz­sy­pać?

To mój spo­sób na nie­zgu­bie­nie się. Świat jest gło­śny, inwa­zyjny, pełen bodź­ców. Jeśli nie stwo­rzę sobie wła­snej struk­tury, łatwo można się w nim roz­pły­nąć. Rytu­ały porząd­kują dzień i porząd­kują myśli. Dają poczu­cie spraw­czo­ści. A ja mam tem­pe­ra­ment żywy, myśli dużo, ener­gii jesz­cze wię­cej. Rytuał jest więc dla mnie jak rama, w któ­rej ta ener­gia może się bez­piecz­nie zmie­ścić. Dzięki temu nie roz­pra­sza się na wszyst­kie strony. Czy­ta­nie jest jed­nym z takich punk­tów sta­łych. Potra­fię bez niego funk­cjo­no­wać, ale nie chcę. Zawsze mam przy sobie książkę albo Kin­dle’a. Jeśli dzień jest krótki i pełen spraw, czy­tam choć jeden roz­dział. Jeśli mam wię­cej czasu, mini­mum pięć­dzie­siąt stron – tyle, żeby wejść w histo­rię i pójść z nią kawa­łek dalej. Czy­ta­nie daje mi poczu­cie cią­gło­ści, wypro­wa­dza mnie poza bie­żączkę dnia. Przy­po­mina, że życie jest więk­sze niż to, co wyda­rza się w ciągu kilku godzin. Rytu­ałem jest też czy­stość. Lubię mieć porzą­dek w domu. Nie cho­dzi o obse­sję, raczej o pie­lę­gno­wa­nie prze­strzeni. Chcę wra­cać do miej­sca, które mnie wita, które mówi: „Jesteś u sie­bie”. Żeby było w nim coś z małego święta, z poczu­cia ładu. Dom powi­nien uspo­ka­jać, nie dokła­dać cha­osu. Wie­czo­rem, jeśli tylko mogę, biorę długą kąpiel. Zapa­lam świecę i powoli odpły­wam w noc. To jest moment przej­ścia ze świata aktyw­no­ści w świat ciszy. Sma­ruję ciało kre­mem, zwal­niam, cele­bruję tę chwilę. To są dro­bia­zgi, ale wła­śnie z nich składa się poczu­cie, że dzień miał sens.

A czego już nie robisz, żeby chro­nić swój spo­kój?

Nie się­gam po tele­fon zaraz po prze­bu­dze­niu. Pora­nek jest momen­tem szcze­gól­nym – dopiero wycho­dzisz ze snu, jesteś jesz­cze na gra­nicy dwóch świa­tów. A dla mnie sny są bar­dzo ważne. Jung i jego praca nad nie­świa­do­mo­ścią wiele mi w tym sen­sie wyja­śniły. Jeśli się­gnę po tele­fon, świat snu natych­miast znika, roz­pra­sza się jak mgła. A ja chcę jesz­cze chwilę zostać w tym sta­nie, pod powie­kami, w obra­zach, które przy­nio­sła noc. Bo moja nie­świa­do­mość mówi do mnie wła­śnie wtedy. Śni mi się dużo. I pięk­nie. Bar­dzo czę­sto latam. To motyw, który wraca. Lecę nad jakimś kra­jo­bra­zem, patrzę z góry. Jest w tym ogromna lek­kość, poczu­cie wol­no­ści, jakby na chwilę zni­kał cię­żar codzien­no­ści.

A co wytrąca cię ze spo­koju – bar­dziej świat zewnętrzny czy twoje wła­sne myśli?

Myśli są potężne. To, co o sobie myślimy, jak kon­stru­ujemy nar­ra­cję o swoim życiu, o decy­zjach, o błę­dach, ma ogromny wpływ na to, jak się czu­jemy. Ale ja jestem też bar­dzo wraż­liwa na to, co się dzieje wokół mnie. Na słowa. Na ton. Na atmos­ferę. Długo uda­wa­łam, że nic mnie nie boli. Że się nie boję. Że nic się nie stało. I wtedy to rosło. Trzy­krot­nie. Teraz wiem, że trzeba dać temu prze­strzeń. Usiąść z tym. Nie wypie­rać. Kiedy coś mnie wybija ze spo­koju, sia­dam na poduszce. Wcho­dzę w to uczu­cie. Pozwa­lam mu się wysy­cić. I dzieje się coś cie­ka­wego – ono zaczyna się trans­for­mo­wać. Złość prze­staje być zło­ścią, lęk prze­staje być lękiem. Zostaje czy­ste doświad­cze­nie, które prze­cho­dzi w coś nowego. Ale to wymaga odwagi, żeby nie ucie­kać.

Czy ten moment, w któ­rym głowa zaczyna wiro­wać jak pralka – natłok myśli, sce­na­riu­szy, lęków – był w twoim życiu epi­zo­dem czy raczej roz­po­zna­niem: „Taka jestem, taki jest mój umysł”? I czy można w ogóle zaprzy­jaź­nić się z wła­snym cha­osem, zamiast go zwal­czać?

Przez długi czas myśla­łam, że to są jakieś incy­denty, że coś mnie przy­tło­czyło, że za dużo pracy, ludzi, emo­cji. A potem zro­zu­mia­łam, że to nie epi­zody, tylko kon­struk­cja mojego umy­słu. Ja żyję inten­syw­nie. Dużo czy­tam, dużo słu­cham, dużo odbie­ram. Ludzie przy­cho­dzą ze swo­imi histo­riami, z proś­bami, ocze­ki­wa­niami. Jestem chłonna. Więc w środku musi być ruch. To jest cena tej wraż­li­wo­ści. W pew­nym momen­cie prze­sta­łam z tym wal­czyć. Zro­zu­mia­łam, że mózg to organ, nie wyrocz­nia. Tak jak ręce wyko­nują ruch i oczy reje­strują obraz, tak mózg pro­du­kuje myśli. Nie wszyst­kie są prawdą i nie wszyst­kie wyma­gają reak­cji. I wtedy zaczę­łam nie tyle je wyłą­czać, ile wybie­rać. Kiedy poja­wia się myśl lękowa, czuję ją w ciele – w żołądku, w napię­ciu. Sia­dam i zamiast roz­wi­jać ją jak czarną nić, pró­buję ją prze­pi­sać. Two­rzę inny sce­na­riusz. Nie po to, żeby zakła­mać rze­czy­wi­stość, tylko żeby odzy­skać spraw­czość. To jest praca, cza­sem żmudna, ale dzięki niej chaos prze­staje być wro­giem. Staje się ener­gią, którą można prze­kie­ro­wać. Daniel Kah­ne­man pisał o dwóch try­bach myśle­nia: szyb­kim i wol­nym. Spo­kój rodzi się w tym wol­nym – w decy­zji, by nie reago­wać natych­miast, by pozwo­lić emo­cji opaść. Bio­lo­gicz­nie trwa ona kil­ka­dzie­siąt sekund, jeśli jej nie dokar­mimy wła­sną nar­ra­cją.

Mówisz o wybo­rze myśli jak o wybie­ra­niu ubrań z szafy. Czy to zna­czy, że spo­kój nie jest sta­nem, tylko codzienną decy­zją inter­pre­ta­cji, aktem wol­nej woli wobec rze­czy­wi­sto­ści, która wcale nie jest łagodna?

Spo­kój nie jest dany. Spo­kój jest budo­wany. Każ­dego dnia. Jeśli zaczyna padać deszcz i nagle wszystko w moim pla­nie się roz­sy­puje, mam dwie moż­li­wo­ści. Mogę utknąć w iry­ta­cji, w tym, że „miało być ina­czej”. Albo mogę zmie­nić nar­ra­cję. Zda­rza się, że po pro­stu jadę rowe­rem przez War­szawę w desz­czu. Ludzie cho­wają się pod para­so­lami, prze­my­kają mię­dzy kału­żami, a ja jadę dalej. Czuję kro­ple na twa­rzy, wiatr, ruch mia­sta. I nagle oka­zuje się, że to wcale nie jest kata­strofa, tylko doświad­cze­nie. Oczy­wi­ście, że czuję fru­stra­cję – nie udaję, że jej nie ma. Ale nie chcę w niej zamiesz­kać. Więc zamiast roz­wi­jać czarny sce­na­riusz, pró­buję przed­sta­wić sobie tę sytu­ację ina­czej. To nie jest naiw­ność. To jest higiena psy­chiczna. Bo jeśli oddam inter­pre­ta­cję świata wyłącz­nie auto­ma­tycz­nym myślom, one pra­wie zawsze pójdą w stronę lęku. A ja nie chcę być try­bem w maszy­nie wła­snych kata­stro­ficz­nych pro­jek­cji. Chcę być współ­au­torką tego, jak prze­ży­wam świat.

A scena – ten moment tuż przed wej­ściem, kiedy świa­tło gaśnie, a ty sto­isz przy kuli­sie – czy to jest moment abso­lut­nego sku­pie­nia czy moment kon­fron­ta­cji z wła­snym ego? Kamera i widow­nia wyostrzają twój spo­kój czy roz­sz­czel­niają go?

Ja kocham grać. I ta miłość jest sil­niej­sza niż lęk. Kie­dyś była trema. Dzi­siaj jej nie ma. Cza­sem za nią tęsk­nię, bo była jak przy­prawa – ostra, wyra­zi­sta. Ale brała się z braku pew­no­ści. Z pyta­nia: „Czy wystar­czę?”. Dziś wiem, że wystar­czę, jeśli dam z sie­bie wszystko. Przed wej­ściem robię pompki – uru­cha­miam ciało, bo ciało musi być gotowe. Potem sia­dam. Dwie, trzy minuty w ciszy. I myślę: „To jest dar. Że ludzie przy­szli. Że możemy się spo­tkać. Że tekst, który wypo­wiem, ma sens”. Wysy­łam tę myśl jak strzałę, żeby było dobrze, żeby to było praw­dziwe. I wtedy scena nie roz­sz­czel­nia mnie. Ona mnie zbiera. Sku­pia. Daje poczu­cie, że jestem dokład­nie tam, gdzie powin­nam być.

Powie­dzia­łaś, że przez lata uczy­łaś się defi­nio­wać dobro i zło po swo­jemu. Czy ta praca nad sobą – nad myślą, odde­chem, nad defi­ni­cją sie­bie – była drogą do spo­koju czy raczej drogą do odwagi, by żyć bez cudzych defi­ni­cji?

Myślę, że to była droga do auto­no­mii. Nie mogłam przy­jąć goto­wych odpo­wie­dzi. Musia­łam spraw­dzić je w sobie. Co mnie wzmac­nia? Co mnie osła­bia? Co powo­duje, że czuję wzrost, a co, że się kur­czę? Patrzę na ostat­nie dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści lat i widzę pro­ces. Każda decy­zja – zawo­dowa, oso­bi­sta – była lek­cją. Uczy­łam się swo­jej duszy. Uczy­łam się, czego naprawdę potrze­buję. I scenę też musia­łam zde­fi­nio­wać. Czy gram po to, żeby coś udo­wod­nić? Czy po to, żeby być podzi­wiana? Nie. Gram po to, żeby się spo­tkać. A kiedy moty­wa­cja jest czy­sta, spo­kój przy­cho­dzi natu­ral­nie. Nie jako nagroda. Jako kon­se­kwen­cja.

Zda­rzyło ci się wejść w postać, która naru­szyła twój pry­watny porzą­dek – tak głę­boko, że nie była już rolą, tylko real­nym wstrzą­sem dla two­jej psy­chiki? Czy bycie aktorką ozna­cza cza­sem zgodę na to, że ktoś obcy zamieszka w twoim wnę­trzu?

Tak. I to była rola, z którą, jak uwa­żam, psy­chicz­nie sobie nie pora­dzi­łam. Lady Mac­beth. W tej pierw­szej czę­ści – kiedy ona jest napę­dem zbrodni, kiedy jej ambi­cja jest bez­względna, kiedy pro­wa­dzi męża do zwy­cię­stwa po tru­pach – było mi potwor­nie ciężko. To było wbrew moim war­to­ściom. Nie umia­łam zna­leźć w sobie miej­sca, które by ją uspra­wie­dli­wiało. Byłam bar­dzo młoda, byłam chyba naj­młod­szą Lady Mac­beth w pol­skim teatrze, i może dla­tego wiele mi wyba­czono. Ale czu­łam roz­dar­cie. Nie mia­łam doświad­cze­nia, nie mia­łam narzę­dzi. Druga część, kiedy ona wpada w obłęd, była dla mnie łatwiej­sza – bo obłęd jest jakąś kon­se­kwen­cją, pokutą, roz­pa­dem, który można sobie wyobra­zić. Reży­ser Pio­trek Krusz­czyń­ski miał cie­kawy pomysł – poka­zał ją jako bar­dzo młodą dziew­czynę, zaśle­pioną ambi­cją, naiwną w swo­jej wie­rze, że przej­dzie przez zbrod­nię suchą stopą. To było praw­dziwe. Ale ja wra­ca­łam po spek­ta­klu roz­bita. W tam­tym cza­sie robi­li­śmy to, co wielu akto­rów – wino, papie­ros, roz­mowa, aż emo­cje opadną. To był spo­sób, żeby odda­lić się od mrocz­nych uczuć, które w sobie nosi­łam. To nie jest tak, że zdej­mu­jesz kostium i jesteś z powro­tem sobą. Ciało pamięta. Układ ner­wowy pamięta. To było eks­tre­malne doświad­cze­nie.

Kiedy zro­zu­mia­łaś, że emo­cji postaci nie można zagłu­szać, tylko trzeba je roz­ła­do­wać ina­czej – ruchem, cia­łem, świa­domą pracą?

Póź­niej. Przy Matce i dziecku. To rola wyma­ga­jąca emo­cjo­nal­nie. Po spek­ta­klu byłam jak po bitwie. I wtedy zaczę­łam czy­tać o mecha­ni­zmach regu­lo­wa­nia napię­cia, o tym, jak ludzie w tera­piach radzą sobie z napę­dem i nie­po­ko­jem. Zro­zu­mia­łam, że trzeba zejść do ciała. Że ruch jest natu­ral­nym wyj­ściem z prze­cią­że­nia. Zaczę­łam jeź­dzić rowe­rem bez względu na pogodę. Zimą, w desz­czu, w mro­zie. Na naj­niż­szej prze­rzutce, żeby wysi­łek był realny, żeby nogi pra­co­wały, żeby pot spły­wał. To było oczysz­cza­jące. Emo­cje, które przy­no­si­łam ze sceny, zaczy­nały się roz­pra­szać w ryt­mie peda­ło­wa­nia. A potem kąpiel – długa, gorąca, woda jak masaż. Naj­pierw inten­sywny ruch, potem relaks. To stało się moim spo­so­bem na wycho­dze­nie z roli. I z cza­sem rze­czy­wi­ście rola zamie­niła się w kostium – zdej­mo­wa­łam ją, strzą­sa­łam i wra­ca­łam do sie­bie.

Czy w któ­rymś momen­cie zaczę­łaś słu­chać sie­bie bar­dziej niż kogo­kol­wiek innego, prze­sta­łaś budo­wać poczu­cie bez­pie­czeń­stwa na kimś, a zaczę­łaś na sobie?

Tak. I była to długa droga. Moje życie ni­gdy nie było liniowe. W rela­cjach przez wiele lat byłam osobą, która inwe­sto­wała wszystko – w miłość, w męż­czy­znę, w zwią­zek. Wie­rzy­łam, że jeśli będę wystar­cza­jąco oddana, jeśli całą ener­gię włożę w „nas”, to szczę­ście sta­nie się wspólne. Odda­wa­łam rela­cji bar­dzo dużo miej­sca, bar­dzo dużo uwagi. A potem przy­cho­dziło roz­cza­ro­wa­nie. Bo nie da się oprzeć wła­snego życia na kimś dru­gim. Nie da się zło­żyć sie­bie w ofie­rze z nadzieją, że druga osoba ponie­sie to dalej. I myślę, że przez długi czas było mi z tym szcze­gól­nie trudno także dla­tego, że wycho­wa­łam się w domu, w któ­rym miłość była czymś bar­dzo sta­bil­nym. Moi rodzice są razem od ponad czter­dzie­stu lat. Ich histo­ria jest pro­sta i piękna – mama i tata, wspólna droga, wspólne życie. Widzia­łam ten model od dziecka i bar­dzo go sza­no­wa­łam. A moje życie poto­czyło się ina­czej. Były związki, które się koń­czyły, był jeden mąż, drugi, potem kolejny part­ner… I cza­sem naprawdę poja­wiało się we mnie takie nie­przy­jemne uczu­cie, jak­bym nie do końca mie­ściła się w tym rodzin­nym wzorcu. Jak­bym nie potra­fiła powtó­rzyć tej histo­rii, którą moi rodzice prze­żyli razem. Dopiero z cza­sem zaczę­łam rozu­mieć, że ludzie mają różne drogi. Moi rodzice tra­fili na sie­bie ide­al­nie, i to jest piękne. Ale to nie zna­czy, że każdy czło­wiek musi powtó­rzyć ten sam sce­na­riusz. Ja jestem osobą bar­dzo dyna­miczną. Lubię ruch, zmiany, nowe doświad­cze­nia. I musia­łam nauczyć się przyj­mo­wać tę prawdę o sobie bez poczu­cia winy. W pew­nym momen­cie naprawdę zapy­ta­łam sie­bie: „Co ja wła­ści­wie robię? Dla­czego zawsze sta­wiam sie­bie na końcu? Prze­cież jestem matką, mam rodzinę, mam pracę, mam swoje życie. Dla­czego te pro­por­cje są tak zabu­rzone?”. I wtedy zaczę­łam się sobie uważ­nie przy­glą­dać. Całej sobie. Ciału, zdro­wiu, temu, co jem, jak się ruszam, jak oddy­cham. Ale też temu, co dzieje się w mojej gło­wie i w emo­cjach. To był pro­ces powol­nego odzy­ski­wa­nia sie­bie. Z cza­sem zro­zu­mia­łam coś bar­dzo pro­stego: jeśli sama o sie­bie nie zadbam, nikt nie zrobi tego za mnie. I w pew­nym sen­sie sta­łam się dla sie­bie naj­lep­szą przy­ja­ciółką.

Miłość wła­sna – brzmi to banal­nie, a cza­sami oka­zuje się naj­trud­niej­szą z miło­ści. Czym ona dla cie­bie jest? Samo­ak­cep­ta­cją? Dys­cy­pliną? Czu­ło­ścią wobec sie­bie?

To nie jest nar­cyzm ani zachwyt nad sobą. To odpo­wie­dzial­ność. To umie­jęt­ność spoj­rze­nia na sie­bie z wielu stron – także tych nie­wy­god­nych – i zaak­cep­to­wa­nia faktu, że się zmie­niam. Że nie jestem tą samą kobietą, którą byłam pięć czy dzie­sięć lat temu. Że mam cie­nie, sła­bo­ści, że cza­sem się mylę. Ale to ja mam ze sobą spę­dzić całe życie. Więc wolę być dla sie­bie życz­liwa i wyma­ga­jąca jed­no­cze­śnie, a nie surowa i zależna od czy­jejś apro­baty.

A kiedy w rela­cji poja­wia się napię­cie, kim jesteś czę­ściej – tą, która uspo­kaja prze­strzeń, czy tą, która sama potrze­buje uko­je­nia?

Naj­czę­ściej uspo­ka­jam. To jest chyba coś, co mam w sobie od zawsze. Pod­czas kon­fliktu pierw­szym odru­chem nie jest dla mnie obrona ani atak, tylko próba zoba­cze­nia, co naprawdę się wyda­rzyło. Wiem z doświad­cze­nia, że więk­szość napięć można roz­broić roz­mową, cza­sem nawet odro­biną humoru. Kiedy poja­wia się spór, mówię to, co myślę, ale nie przy­wią­zuję się kur­czowo do racji. Wypo­wia­dam słowo i pozwa­lam mu wybrzmieć. Ono rezo­nuje albo nie – to już nie jest cał­ko­wi­cie w mojej mocy. Nie muszę wygry­wać. Z wie­kiem zro­zu­mia­łam, że w rela­cjach wygrana bar­dzo czę­sto ozna­cza czy­jąś prze­graną, a to rzadko buduje bli­skość. Dużo bar­dziej inte­re­suje mnie zro­zu­mie­nie. Jeśli druga osoba jest gotowa roz­ma­wiać, zawsze znaj­dzie się jakaś droga. A jeśli nie – uczę się przyj­mo­wać rów­nież to. Nie mamy wpływu na wszystko, co dzieje się mię­dzy ludźmi. I to przy­ję­cie gra­nic wła­snej spraw­czo­ści też jest formą spo­koju.

Powie­dzia­łaś kie­dyś, że spo­kój bywa waż­niej­szy niż racja. Czy to zna­czy, że har­mo­nia w rela­cji jest dla cie­bie waż­niej­sza niż triumf w spo­rze?

Spo­kój nie jest dla mnie ciszą ani uni­ka­niem napię­cia. To nie jest też bycie miłą za wszelką cenę. Raczej pewien wewnętrzny ład – poczu­cie, że różne ele­menty mogą współ­ist­nieć bez potrzeby domi­na­cji. Nie muszę nikogo prze­ko­ny­wać ani udo­wad­niać swo­jej racji, żeby wie­dzieć, kim jestem. Kon­flikty mnie męczą, bo bar­dzo szybko zaczy­nają roz­bi­jać tę rów­no­wagę. Oczy­wi­ście potra­fię wejść w spór – cza­sem nawet robię to tro­chę aktor­sko, jak ćwi­cze­nie dyna­miki roz­mowy. Ale w środku zawsze bar­dziej inte­re­suje mnie zro­zu­mie­nie niż wygrana. Kiedy ktoś pod­nosi głos, zatrzy­muję tę chwilę i nazy­wam ją. Pytam: „Czy ty krzy­czysz?”. Bo ton potrafi zabić sens słów. I bar­dzo czę­sto ludzie nawet nie wie­dzą, że zaczęli krzy­czeć. Wtedy napię­cie opada. Spo­kój zaczyna się od uważ­no­ści – od momentu, w któ­rym ktoś wresz­cie dostrzega, co naprawdę się dzieje mię­dzy nami.

Czy w któ­rymś momen­cie zro­zu­mia­łaś, że dla zacho­wa­nia wła­snego spo­koju trzeba cza­sem odejść – nawet z rela­cji, w któ­rej było uczu­cie?

Tak. I to było trudne doświad­cze­nie. Przez wiele lat wie­rzy­łam, że jeśli w rela­cji jest miłość, to wszystko można napra­wić. Że wystar­czy wię­cej roz­mowy, wię­cej zro­zu­mie­nia, wię­cej dobrej woli. Ale z cza­sem zoba­czy­łam, że są dyna­miki, któ­rych nie da się uzdro­wić samą inten­cją. Kiedy w rela­cji zaczyna poja­wiać się prze­moc – nie tylko fizyczna, ale też psy­chiczna, oparta na rywa­li­za­cji, pod­wa­ża­niu, pró­bie domi­na­cji – wtedy coś w środku mówi mi bar­dzo wyraź­nie: to nie jest miej­sce dla cie­bie. Kie­dyś trwa­łam w takich sytu­acjach dłu­żej, pró­bu­jąc wszystko napra­wić. Dziś wiem, że nie każdą rela­cję da się ura­to­wać. Spo­kój nie jest ucieczką. Jest wybo­rem śro­do­wi­ska, w któ­rym można oddy­chać. Jeśli w jakiejś prze­strzeni zaczyna bra­ko­wać powie­trza, trzeba mieć odwagę wyjść – nawet jeśli ozna­cza to stratę. Bo dopiero wtedy naprawdę wraca się do sie­bie.

Macie­rzyń­stwo wzmoc­niło twój spo­kój czy raczej wpro­wa­dziło per­ma­nentne drże­nie pod skórą?

Macie­rzyń­stwo jest para­dok­sem. Z jed­nej strony to naj­więk­sza miłość – taka, która zako­rze­nia. Poczu­cie, że żyję naprawdę. Że stoję twardo na wła­snych nogach. Poczu­cie, że jestem potrzebna, odpo­wie­dzialna, wspie­ra­jąca. Z dru­giej strony wraz z naro­dzi­nami dziecka rodzi się lęk – i już zostaje. Nie­za­leż­nie od wieku dziecka. To jest ten rodzaj tro­ski, któ­rego nie da się wyłą­czyć. Ale tak… dopiero kiedy zaczę­łam być mamą, dotarły do mnie praw­dziwy spo­kój i poczu­cie waż­no­ści tej rela­cji.

Czego musia­łaś prze­stać się bać, żeby odzy­skać rów­no­wagę?

Musia­łam prze­stać się bać swo­jej zmien­no­ści. Swo­jej potrzeby wol­no­ści. Tego, że jestem osobą dyna­miczną, że kocham nowe bodźce, inspi­ra­cje, że trudno mnie zamknąć w jed­nej defi­ni­cji. Jak wspo­mnia­łam, pocho­dzę z domu, w któ­rym rodzice są ze sobą czter­dzie­ści sześć lat. Sta­bil­ność była normą. A moje życie bywało falą – związki się zaczy­nały, koń­czyły, zmie­niały. I długo czu­łam się winna, jakby to świad­czyło o jakiejś wadzie. Musia­łam zro­zu­mieć, że taka jestem. Że to nie jest zepsu­cie, tylko tem­pe­ra­ment. W pracy i w świe­cie zewnętrz­nym jestem eks­pre­syjna, dyna­miczna, eks­plo­ru­jąca. W domu, w rela­cji z samą sobą, potrze­buję ciszy i sku­pie­nia. Nie cho­dzę na jogę gru­pową, nie uczę się języka w gru­pie. Wewnętrzne rze­czy robię samot­nie. A z ludźmi lubię inten­syw­ność, entu­zjazm, ruch. To nie jest sprzecz­ność. To dwa bie­guny tej samej osoby.

Gdy­byś jed­nym zda­niem miała okre­ślić, czym jest spo­kój w twoim życiu – nie defi­ni­cją, ale obra­zem – co by to było?

Spo­kój to pestka. Mała, twarda, ukryta w środku. Z niej wszystko wyra­sta. Kiedy jestem w tym miej­scu – w tej pestce – czuję się czę­ścią świata. Jestem zako­rze­niona. Nie muszę się spie­szyć, nie muszę nikogo oce­niać ani niczego udo­wad­niać. To jest ten lekki, deli­katny uśmiech posągu Buddy – nie triumf, nie eks­taza, tylko ciche „jest dobrze”. I świa­do­mość, że wszystko prze­mija. Więc jeśli teraz jest dobrze, to wystar­czy.

  KAMILLA BAAR

Aktorka, która zawsze bar­dziej inte­re­so­wała się prawdą emo­cji niż powierzch­nią roli. Od początku drogi zawo­do­wej poru­sza się mię­dzy sceną a kamerą, budu­jąc postaci sku­pione, inten­sywne, oparte na pre­cy­zyj­nej pracy z cia­łem i odde­chem. Na sce­nie wystę­po­wała m.in. w Teatrze Naro­do­wym w War­sza­wie, Teatrze Stu­dio i Polo­nia, a sze­ro­kiej publicz­no­ści zapi­sała się w pamięci dzięki rolom w popu­lar­nych seria­lach, takich jak Na dobre i na złe. Wycho­wana w domu, w któ­rym dys­cy­plina spo­ty­kała się z wraż­li­wo­ścią. Być może dla­tego w jej życiu rów­nie ważne jak aktor­stwo stały się prak­tyki, które przy­wra­cają rów­no­wagę – joga, medy­ta­cja, praca z odde­chem. Mówi o nich nie jak o modzie, lecz jak o codzien­nym ćwi­cze­niu uważ­no­ści. Potrze­bie pozo­sta­nia w kon­tak­cie z wła­snym środ­kiem ciszy.

EWA BEM

Życie, jak się tobą ucieszyć?

Smu­tek jest pro­sty. Ma w sobie oczy­wi­stość spa­da­ją­cego kamie­nia. Kiedy coś się koń­czy, kiedy ktoś znika, kiedy ciało odma­wia posłu­szeń­stwa albo przy­szłość prze­staje się pięk­nie ryso­wać – smu­tek po pro­stu jest. Nie trzeba go zapra­szać. Nie trzeba go rozu­mieć. Przy­cho­dzi sam i czę­sto daje poczu­cie porządku: to boli, więc to było ważne. Radość jest bar­dziej skom­pli­ko­wana. Nie ma w niej tej samej logiki. O radość trzeba się posta­rać. Zwłasz­cza wtedy, gdy nie­wiele jest powo­dów, by się cie­szyć. Radość trudna nie przy­po­mina tej z pocz­tó­wek. Nie ma w niej fajer­wer­ków ani wiel­kich dekla­ra­cji. Jest raczej jak świa­tło zapa­lone w sąsied­nim pokoju – nie ogrzewa całego domu, ale mówi, że nie jesteś w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści. To radość małych zgód: że wypiję kawę, choć dzień jest ciężki. Że wyjdę na spa­cer, choć nie mam na nic ochoty. Że spo­tkam się z kimś, choć łatwiej byłoby zostać samemu. W takich momen­tach radość nie jest uczu­ciem. Jest czyn­no­ścią. Prak­tyką. Uwagą. Zauwa­że­niem cze­goś, co nie jest stratą. Cze­goś, co jesz­cze trwa. I to „jesz­cze” ma ogromne zna­cze­nie. Radość po stra­cie bar­dzo czę­sto kro­czy obok smutku. Nie zamiast niego. Można być w żalu i jed­no­cze­śnie doświad­czyć cze­goś dobrego. To nie jest sprzecz­ność. To jest doro­słość emo­cjo­nalna. Dzieci myślą zero-jedyn­kowo: albo jest dobrze, albo źle. Doro­śli wie­dzą, że życie bywa jed­no­cze­śnie cięż­kie i czułe. Dla­tego radość po trud­nych doświad­cze­niach jest inna. Mniej naiwna. Bar­dziej oszczędna. Nie krzy­czy. Cza­sem nawet nie ma w niej śmie­chu. Bywa spo­ko­jem. Chwilą, w któ­rej nie ma lęku. Momen­tem, gdy czło­wiek myśli: „Teraz nic nie muszę”. I to jest wszystko. Radość nie jest bra­kiem lojal­no­ści wobec bólu ani wobec tych, któ­rych już nie ma. Jest spo­so­bem, by nie oddać całego życia cier­pie­niu. I może to jest naj­uczciw­sze zda­nie o rado­ści: ona nie obie­cuje, że będzie dobrze. Ona mówi tylko: „To życie jesz­cze się nie skoń­czyło”. I cza­sem, zwłasz­cza w naj­ciem­niej­szych momen­tach, to jest wystar­cza­jący powód, żeby wstać, otwo­rzyć okno, nalać kawy i zostać jesz­cze chwilę.

„Życie jest straszne, ale ja posta­no­wi­łem, że będzie piękne” – napi­sał Bohu­mil Hra­bal. Psy­cho­lo­go­wie egzy­sten­cjalni mówią, że sens i radość nie są sta­nem, tylko aktem woli. Czy dziś, na tym eta­pie życia, radość jest dla pani bar­dziej decy­zją, wysił­kiem, formą odpo­wie­dzial­no­ści wobec samej sie­bie i życia, czy czymś, co mimo wszystko wciąż przy­cho­dzi natu­ral­nie?

Kie­dyś, bar­dzo dawno temu, mia­łam takie mło­dzień­cze prze­ko­na­nie, że każdy dzień powi­nien być wyjąt­kowy, że coś musi się samo wyda­rzyć, choćby dro­biazg, kwia­tek, tele­fon, spo­tka­nie, cokol­wiek, żeby ten dzień się domknął i miał sens. Żeby ten dzień był inny niż pozo­stałe, po pro­stu uro­czy­sty. Dziś myślę tro­chę ina­czej. To zda­nie Hra­bala brzmi jak para­doks, a prze­cież takie jest życie – straszne i piękne naraz. Dla mnie to nie jest decy­zja raz pod­jęta, tylko nie­ustanny wybór, który trzeba powta­rzać każ­dego dnia. Po śmierci dziecka, po odej­ściu uko­cha­nego męża łatwo byłoby powie­dzieć: „Świat się skoń­czył”. I tak naprawdę skoń­czył się ten świat, który zna­łam. Ale zara­zem wciąż trwa inny. Czło­wiek nie ma wpływu na to, co się wyda­rza – rak, śmierć, roz­sta­nia, cho­roby. Ma jed­nak wpływ na to, czy spoj­rzy w twarz nie­szczę­ściu i zde­cy­duje, że mimo wszystko pod­nie­sie się rano z łóżka. To nie jest hero­izm, a raczej akt codzien­nej pokory. Zro­bić kawę. Odpowie­dzieć na tele­fon. Wyjść na scenę. Uśmiech­nąć się do wnuka. W tym pro­stym geście jest zawarta cała decy­zja – życie, choć straszne, może być piękne, bo jesz­cze jest. Więc tak, uczy­nie­nie życia pięk­nym to decy­zja. Nie trium­falna, nie łatwa, ale cicha i uparta. Decy­zja, by wśród ruin wciąż zoba­czyć choć jeden oca­lały kolor.

Na szczę­ście mam w sobie radość gene­tyczną. Jestem pogodna, wesoła, kocham dow­cip, dobry humor, i to jest coś, czego nie chcę się wyzby­wać i nawet nie pró­buję. Ale jed­no­cze­śnie, kiedy zde­rzam się z cięż­kimi prze­ży­ciami, a ostat­nio ich prze­cież nie bra­kuje, to wiem, że jeśli w moim życiu ma być jakaś radość, nie mogę sobie pozwo­lić na pogrą­że­nie się. Jest w tym jakaś odpo­wie­dzial­ność, prze­ko­na­nie, że trzeba coś zro­bić, żeby się w tym nie uto­pić, bo życie jest takie, jakie jest, i gramy kar­tami, jakie nam roz­dano.

Powie­działa pani, że uro­dziła się z rado­ścią, jakby była czę­ścią wypo­sa­że­nia na start. Czy pamięta pani tę radość z domu rodzin­nego, z dzie­ciń­stwa, mimo że to prze­cież nie było życie usłane różami?

W naszym domu zawsze były dow­cip i humor. Robi­li­śmy sobie żarty, śmia­li­śmy się, opo­wia­da­li­śmy histo­rie – i to było coś natu­ral­nego, jak oddech. Ta ener­gia bar­dzo wcze­śnie prze­nio­sła się we mnie na muzykę, scenę, spo­sób bycia. Do dziś ludzie mówią, że jest we mnie radość, pogoda, jakaś lek­kość. I to prawda – taka jestem. Ale mam też świa­do­mość, że ten humor i ener­gia czę­sto były spo­so­bem na to, by przy­kryć wła­sne smutki, trudne doświad­cze­nia, wła­sne tra­ge­die. Przy­naj­mniej przed świa­tem. Moje dzie­ciń­stwo nie było łatwe. Kiedy mia­łam sie­dem lat, ojciec wyszedł z domu i już nie wró­cił. Odszedł do innej kobiety. Niby żył, gdzieś ist­niał, ale w naszym domu go nie było. A to jest rodzaj straty, któ­rej dziecko nie potrafi nazwać, ale którą bar­dzo inten­syw­nie czuje. Bra­kuje codzien­nej obec­no­ści, zapa­chu papie­ro­sów, śmie­chu, cze­goś, co było oczy­wi­ste i nagle prze­stało być. Mama została sama z trójką dzieci i dźwi­gała ogromny cię­żar. I wtedy wła­śnie obja­wił się jej nie­zwy­kły dar. Wszystko pró­bo­wała przy­kryć fan­ta­zją, dow­cipem, rado­ścią. Łasko­tała nas, wymy­ślała histo­rie, robiła z naj­zwy­klej­szych dro­bia­zgów małe przed­sta­wie­nia. Była artystką w codzien­nym życiu i tym weso­łym twór­czym duchem nas chro­niła. Dzięki niej nauczy­łam się, że radość nie zawsze jest luk­su­sem, cza­sem jest stra­te­gią prze­trwa­nia. Myślę, że kiedy zaczyna się życie od braku, bar­dzo wcze­śnie rozu­mie się jedną rzecz: że peł­nia nie ist­nieje. Że zawsze cze­goś będzie bra­ko­wało. Pyta­nie brzmi tylko, czy ten brak czło­wieka zła­mie, czy nauczy żyć uważ­niej, inten­syw­niej. Ja nauczy­łam się żyć. Ale to nie zna­czy, że bolało mniej.

W psy­cho­lo­gii mówi się o „żało­bie nie­uzna­nej” – kiedy tra­cimy kogoś, kto żyje, ale już do nas nie należy. Pani dzie­ciń­stwo było nazna­czone wła­śnie taką żałobą, któ­rej nikt nie nazy­wał żałobą… Jakim domem było pani dzie­ciń­stwo?

To był dom prze­siąk­nięty muzyką i fan­ta­zją. Bab­cia Feli­cja – uko­chana, zawsze obecna – miała trzy sio­stry i brata, a wszy­scy grali na for­te­pia­nie i śpie­wali. Rodzina przez lata miesz­kała w Ber­li­nie, dla­tego wszy­scy mówili bie­gle po nie­miecku, fran­cu­sku i angiel­sku. Bab­cia do końca życia, pod­li­cza­jąc codzienne zakupy, liczyła tylko po nie­miecku. Zawsze mnie to zachwy­cało, gdy sły­sza­łam jej: Sechsunddreißig, dre­iund­sieb­zig… Bab­cia była kobietą twardą, spo­kojną i opa­no­waną. Mama jej prze­ci­wień­stwem – pełna wyobraźni i nie­zwy­kłego poczu­cia humoru. Pamię­tam, jak po zbu­do­wa­niu Pałacu Kul­tury w 1955 roku oznaj­miła mi z powagą, że należy on do naszej rodziny. Uwie­rzy­łam w to bez waha­nia. Kiedy zabrała mnie i braci na wycieczkę, weszłam do środka jak do wła­snego domu. Zapy­ta­łam tylko, dla­czego po naszych poko­jach kręcą się obcy ludzie. Mama odpo­wie­działa, że pozwa­lamy im zwie­dzać. Ojciec, choć z wykształ­ce­nia eko­no­mi­sta, był arty­stą z krwi i kości – grał na for­te­pia­nie jak zawo­do­wiec. Był czło­wie­kiem nie­zwy­kle cenio­nym, lubia­nym, cha­ry­zma­tycz­nym. Kobiety, jak to się mówiło, mdlały na jego widok. Ale wła­śnie ten urok, szarm i powo­dze­nie oka­zały się jego wadą – zosta­wił matkę z trójką dzieci i odszedł do innej kobiety.

Porzu­ce­nie przez ojca to strata, którą nosi się w sobie do końca życia?

Wła­ści­wie do dziś jestem takim porzu­co­nym dziec­kiem. Myślę, że moje życie poto­czy­łoby się zupeł­nie ina­czej, gdyby tata nas nie opu­ścił. Jego odej­ście spro­wa­dziło na nas czasy wiel­kiej biedy. Ale to nie był akt nagły. On odcho­dził powoli, krok po kroku. Jako dzieci widzie­li­śmy, że rodzice coraz bar­dziej się od sie­bie odda­lają. Nie było już przy­tu­leń, były za to awan­tury. Mama wyrzu­cała przez okno kwiaty, które ojciec przy­no­sił, pew­nie na prze­pro­siny. Pamię­tam jego ostatni dzień w domu. To było tuż przed Wiel­ka­nocą. Chciał chyba zro­bić coś dobrego, zosta­wić po sobie ślad – posta­no­wił pomóc mamie w myciu okien. W naszym miesz­ka­niu na MDM-ie były cha­rak­te­ry­styczne luf­ciki. Sta­łam na kory­ta­rzu, gdy ojciec zano­sił luf­cik do wanny. Z łazienki dobie­gał szloch mamy. Wtedy wie­dzia­łam, że to ten moment. Napi­sa­łam do niego kar­teczkę: „Możesz mnie nie lubić, tato, ale ja cię już nie kocham”. Poło­ży­łam ją na pod­ło­dze, wie­rząc, że ją zauważy, pod­nie­sie, prze­czyta, że coś się w nim poru­szy i zosta­nie. Wyobra­ża­łam sobie, że wró­cimy do bycia rodziną. A on prze­szedł po niej i wyszedł, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Drzwi zamknęły się na zawsze.

Potem przez lata pra­wie nie mie­li­śmy kon­taktu. Nie chcia­łam go znać.

Ow­szem, w pamięci zostało kilka jasnych obra­zów, ale to były raczej wyjątki niż reguła. Sie­dzimy razem w kinie na Bam­bim, ja wtu­lam się w fotel, jesz­cze dziecko, a on obok – obecny, choć prze­cież tak rzadko. Albo waka­cje w górach: ojciec nagle przy­jeż­dża, wieś cała się zbiega, z desek skle­cono scenę, gra orkie­stra, a on wyciąga do mnie rękę. Idziemy tań­czyć – ja maleńka, on wysoki. Cała wieś patrzy, nawet owce stoją w kręgu jak publicz­ność. A potem całuje mnie w dłoń – gest tak uro­czy­sty, jak­by­śmy grali w jakimś przed­sta­wie­niu. I może wła­śnie tak było: przed­sta­wie­nie zamiast bli­sko­ści.

Ale prawdę mówiąc, bar­dziej pamię­tam jego nie­obec­ność. Tę pustkę, która była w domu zamiast ojca. Mama wpa­dła w depre­sję. Miała trzy­dzie­ści dwa lata, była prze­piękną kobietą o dłu­gich do pasa rudych wło­sach i została sama z trójką dzieci. Musiała zacząć pra­co­wać. Łapała się wszyst­kiego – sprzą­tała u ludzi, szyła, szy­deł­ko­wała, obda­rzona talen­tem arty­stycz­nym, robiła na dru­tach fil­cowe figurki, kap­cie. Potra­fiła uszyć cuda z niczego. Pamię­tam nocny stu­kot maszyny do szy­cia, kiedy prze­ra­biała ubra­nia – ze star­szego brata na młod­szego, swoje na mnie. Pamię­tam też, jak brat Alek przy­niósł kie­dyś z Hybryd belę srebr­nego papieru. Mama uszyła mi z niego strój – spód­nicę i bolerko. Jed­no­ra­zowy, bo z papieru, ale wyglą­da­łam zja­wi­skowo. Nawet gdy zaczę­łam wystę­po­wać, wciąż mogłam liczyć na stroje szyte przez mamę.

Musiało być jej ciężko…

Nasza uko­chana bab­cia Feli­cja dużo nam poma­gała. Wsta­wała o czwar­tej rano, żeby zdą­żyć do pracy w kio­sku Ruchu. Po powro­cie goto­wała nie­miec­kie ein­topfy – wielki gar pożyw­nej zupy z mię­sem i warzy­wami. Na kola­cję przy­go­to­wy­wała pira­midy kana­pek z prze­zro­czy­stymi pla­ster­kami wędliny. Masło było luk­su­sem – bab­cia kupo­wała kostkę masła i mar­ga­ryny, mie­szała je, żeby star­czało na dłu­żej. Patrzy­łam z zachwy­tem na domy kole­ża­nek – krysz­ta­łową paterę Mał­gosi z pta­sim mlecz­kiem czy mie­szanką wedlow­ską, która ni­gdy się nie koń­czyła. U innej kole­żanki zawsze było masło w lodówce. Cza­sem cho­dzi­łam z nią na wagary tylko po to, żeby najeść się masła. Ale bar­dziej od biedy, która na nas spa­dła, bolało to, że wraz z odej­ściem ojca znik­nął rów­nież for­te­pian. Krótki, kon­cer­towy, ide­alny do miesz­ka­nia – dźwięk jego kla­wi­szy niósł się po całym domu. Na nim uczy­li­śmy się grać, mie­li­śmy pry­watne lek­cje, wie­rzy­li­śmy, że muzyka ocali choć kawa­łek naszego dzie­ciń­stwa. Pew­nego dnia przy­szło jed­nak dwóch męż­czyzn i wynio­sło go bez słowa. Została po nim cisza, cięż­sza niż brak ojca. Od tej pory musie­li­śmy cho­dzić do sąsiadki, która z lito­ści pozwa­lała nam ćwi­czyć na pia­ni­nie, ale i to wkrótce się skoń­czyło – lek­cje stały się luk­su­sem, na który nie było nas stać.

Kiedy nie mogło już być pry­wat­nych lek­cji, a for­te­pian został zabrany, muzyka mogła prze­cież ucich­nąć. A jed­nak została z panią na zawsze. Kto wtedy stał się dla pani nauczy­cie­lem – kto pod­trzy­mał w pani ten pło­mień?

Brat Alek­san­der. Naj­zdol­niej­szy z nas. Śpie­wa­li­śmy we trójkę wszę­dzie – na uli­cach, w tram­wa­jach, auto­bu­sach. Nie dla pie­nię­dzy, ale dla­tego, że muzyka była w nas. On nada­wał ton, my się przy­łą­cza­li­śmy. Potem śpie­wa­li­śmy rów­nież za pie­nią­dze. Muzyka mnie wessała. To był mój świat, moja ucieczka.

Psy­cho­lo­go­wie piszą, że nie­do­sta­tek może stłu­mić indy­wi­du­al­ność, a jed­nak u was w domu był jej nad­miar – stroje, prze­bie­ranki, harce. Mam wra­że­nie, że pani mama zamie­niała biedę w teatr, żeby oca­lić waszą wyobraź­nię.

Potra­fiła stwo­rzyć nam bajkę w sza­ro­ści. Choć prze­cież sama była kolo­ro­wym, skrzyw­dzo­nym pta­kiem, któ­remu wyrwano skrzy­dła. Musiała udźwi­gnąć samot­ność i nas. Cza­sem mia­łam do niej żal – że nie mam nor­mal­nego dzie­ciń­stwa, że muszę poma­gać, że mnie nie doce­nia. A teraz, im jestem star­sza, tym bar­dziej ją podzi­wiam i jestem jej wdzięczna. Zresztą to ona nauczyła mnie tej wdzięcz­no­ści. Pamię­tam, jak ciu­ła­li­śmy z rodzeń­stwem przez cały rok pie­nią­dze, żeby kupić coś na Gwiazdkę mamie i babci. Mie­li­śmy zeszyt w kratkę, w któ­rym w spe­cjalne rubryki wpi­sy­wało się kwoty wpła­cone do wspól­nego banku. Mama nawet poma­gała nam zara­biać – wymy­śliła „łasko­ta­nie”, po 50 gro­szy i po zło­tówce. Za 50 gro­szy – łasko­ta­nie do trzech, za zło­tówkę – do dzie­się­ciu. Alek zwy­cię­żał, bo mógł wytrzy­mać pół godziny, a Jarek miał straszne łaskotki, led­wie 50 gro­szy mu się uciu­łało. A mnie wciąż powta­rzała: „Pamię­taj, że jesteś wielką artystką”. Bałam się tego, bo czu­łam, że nie spro­stam. Była wobec mnie bar­dzo kry­tyczna, oszczędna w pochwa­łach. Nawet gdy odno­si­łam suk­cesy, potra­fiła powie­dzieć tylko: „Stać cię na wię­cej”. W mło­do­ści bolało mnie to, bra­ko­wało mi słów zachwytu. Cza­sem bałam się dzwo­nić po kon­cer­cie, bo wie­dzia­łam, że usły­szę uwagi. Ale z dzi­siej­szej per­spek­tywy wiem, że ta kry­tyka była jej spo­so­bem wspie­ra­nia mnie. To była jej forma wiary w to, że mogę wię­cej, że nie powin­nam się zatrzy­my­wać.

Czy dziś widzi pani w tej rado­ści mamy rodzaj emo­cjo­nal­nej ochrony, daru, który był waż­niej­szy niż pie­nią­dze i sta­bil­ność?

Dzi­siaj widzę to bar­dzo wyraź­nie. Ta wymy­ślona baj­kowa histo­ria z Pała­cem Kul­tury była dokład­nie takim darem, ochroną, czymś, co nie było mate­rialne, ale ogrom­nie ważne. To był spo­sób na to, żeby­śmy mieli poczu­cie, że coś do nas należy, że nie jeste­śmy cał­kiem bez­bronni. Mama oczy­wi­ście bywała smutna, widzia­łam ją pła­czącą, raczej w ukry­ciu, za drzwiami, bo nie lubiła tego robić na widoku. I myślę, że ona też musiała się o tę radość sta­rać, że była jej potrzebna, żeby się ukoić.

A dziś, kiedy życie jest jed­no­cze­śnie piękne i bar­dzo trudne, skąd bie­rze pani radość, kiedy wstaje pani rano?

Dzi­siaj nie czuję się żad­nym źró­dłem rado­ści ani kimś, kto mógłby cokol­wiek pod­po­wia­dać, ale wiem jedno – mimo wszystko jestem oto­czona ludźmi, któ­rym na mnie zależy. Jest moja córka, są wnuki, które dopro­wa­dzają mnie do miło­snego sza­leń­stwa, jest praca, są spo­tka­nia z muzy­kami i kiedy jestem z nimi, naprawdę staję się innym czło­wie­kiem. A kiedy jestem sama, co nie­stety zda­rza się naj­czę­ściej, oglą­dam filmy, ska­czę po kana­łach, cza­sem trafi się coś dobrego, cza­sem nie, cza­sem nawet głu­pie kome­die potra­fią mnie ura­to­wać, szcze­gól­nie wło­skie, i to też jest jakaś forma trzy­ma­nia się życia. Ale kate­go­rycz­nie wystrze­gam się poli­tyki, wystrze­gam się też tych wszyst­kich wszech­wie­dzą­cych die­te­ty­ków i leka­rzy, któ­rzy co chwilę stra­szą ludzi, że wszystko pro­wa­dzi do cho­roby i cier­pie­nia, bo to naprawdę działa jak topór wiszący nad głową. Raz mleko jest dobre, raz złe, raz mięso wolno jeść, raz abso­lut­nie nie, i czło­wiek zaczyna mieć wra­że­nie, że cokol­wiek zrobi, to i tak będzie źle. A to bar­dzo szybko wpę­dza w nie­chęć do życia. Ja tego nie chcę. Ja wolę rze­czy pro­ste, życiowe, ludz­kie, takie, które nie odbie­rają ape­tytu na ist­nie­nie.

Czę­sto mówimy, że radość mieszka nie w wiel­kich wyda­rze­niach, ale wła­śnie w małych momen­tach. Kiedy wstaje pani rano, jest szaro, cicho, jest pani sama w domu – gdzie wtedy szuka pani tych drob­nych punk­tów zacze­pie­nia, które pozwa­lają nie opaść z sił?

Te rado­ści są drobne i bar­dzo kon­kretne. Cie­szy mnie, że mogę nakar­mić dwa bez­domne koty, które codzien­nie do mnie przy­cho­dzą. Radość to kawa wypita w ulu­bio­nej fili­żance. Może to brzmi banal­nie, ale kiedy ją sobie zro­bię, usiądę z nią i spo­koj­nie piję, to jest po pro­stu dobrze. Mam mały, nie­wy­szu­kany eks­pres. Kap­sułka, czarna kawa. Bez pia­nek, bez sma­ków. Cza­sem u córki albo u fry­zjera, gdzie mają piękne duże eks­presy, czuję róż­nicę. Wiem, że ona jest. Ale nie jest mi to potrzebne. Ta kawa jest mi po pro­stu potrzebna do życia. Włosi mówią, że w życiu liczą się trzy rze­czy: man­giare, dormire i chia­vare, czyli jedze­nie, odpo­czy­nek i „bli­skość”. I w tej pro­stej filo­zo­fii odnaj­duję prawdę o rado­ści, która nie jest ani wznio­sła, ani spek­ta­ku­larna, ale za to nie­zbędna. Man­giare to nie tylko jedze­nie, lecz sma­ko­wa­nie, przy­jem­ność bie­sia­do­wa­nia, zapa­chy, wszystko, co się z tym wiąże. Dormire to nie tylko sen, ale odpo­czy­nek, rege­ne­ra­cja, dba­nie o sie­bie. A chia­vare to nie tylko seks, lecz przede wszyst­kim poczu­cie bycia kocha­nym, bli­skość, czu­łość. Czło­wiek nie musi być kochany na zabój, nie musi mieć gita­rzy­sty pod oknem przez cały dzień, ale musi czuć, że gdzieś tam jest jakieś uczu­cie. Bez tego bar­dzo trudno żyć.

Jest jesz­cze jeden dro­biazg, który dużo mówi o rela­cji z samą sobą. Omi­ja­nie luster. To jest taki mój codzienny rytuał ochronny. Cza­sem idę przo­dem, cza­sem bokiem, cza­sem robię mały objazd przez salon, żeby nie prze­cho­dzić wprost. Nie zawsze, raczej instynk­tow­nie. Nie jestem z sie­bie zado­wo­lona i lustra mnie męczą. I to też jest forma tro­ski o samo­po­czu­cie. Taka, która pozwala zacho­wać tro­chę siły na dzień. Jest też powi­ta­nie z obra­zami bli­skich osób, z twa­rzą mojej córki, z twa­rzą mojego męża. Z nią zawsze jest bar­dzo czule. A z nim bywa róż­nie. Cza­sem mówię mu: „Jakiś ty piękny facet”, a cza­sem potra­fię powie­dzieć rze­czy zupeł­nie nie z tej ziemi. Takie, któ­rych potem sama się tro­chę wsty­dzę. Mówię: „Ty teraz sobie odpo­czy­wasz, a ja sama muszę się z tym wszyst­kim upo­rać. Jak mogłeś mnie z tym zosta­wić?”. I wiem, że to nie jest spra­wie­dliwe, ale tak bywa. A potem przy­cho­dzą wie­czory. I wie­czory potra­fią być okrutne dla osoby, która jest samotna, scho­ro­wana i ma przy każ­dym tema­cie listę zaka­zów. Cze­ko­lady nie. Alko­holu nie. Papie­ro­sów nie. Kawy nie. Męża nie. I nagle robi się taka trudna do nazwa­nia pustka.

I co wtedy?

Wszystko zależy od tego, jak się o tym pomy­śli. Jeśli pomy­śli się o tym jak o gru­zach, to można tylko sie­dzieć i pła­kać. Ale można też spró­bo­wać spoj­rzeć na to ina­czej, z odro­biną humoru, powie­dzieć sobie: „No dobrze, przy­naj­mniej mam święty spo­kój”. To nie jest jesz­cze radość, ale jakiś spo­sób, żeby się cał­kiem nie roz­sy­pać.

Anna Seniuk powie­działa mi kie­dyś, że scena to jedyne miej­sce, w któ­rym przez dwie godziny czuje się zdrowa. Czy dla pani scena jest podobną prze­strze­nią – chwi­lami, w któ­rych znika zmę­cze­nie i poja­wia się radość?

W dniu kon­certu jesz­cze przed próbą bywam w fatal­nym sta­nie, roz­bita, zmę­czona, w złym nastroju. Moja asy­stentka Sławka dobrze to widzi. Mówi potem: „Wie pani co, jak pani wyszła do pierw­szej pio­senki, zba­ra­nia­łam. Byłam prze­ko­nana, że pani dzi­siaj w ogóle nie wyj­dzie”. Taki był nastrój. Taki był stan. I to się wcale nie dzieje bez wysiłku. Ale scena ma w sobie coś szcze­gól­nego. Ten pierw­szy kon­takt z publicz­no­ścią, ta obec­ność ludzi, to jest coś bar­dzo miłego, bar­dzo ener­ge­tycz­nego, wręcz pożyw­nego. Nie powiem, że bóle zni­kają. One nie zni­kają. Ale prze­stają być w cen­trum. Prze­staje się na nie patrzeć z taką uwagą. Ciało nie znika, ale prze­staje dyk­to­wać wszystko. I wtedy można iść dalej. Ogrom­nie dużo daje mi też reak­cja publicz­no­ści. To jest jeden z powo­dów, dla któ­rych wciąż wycho­dzę na scenę, nawet kiedy fizycz­nie jest bar­dzo trudno. Tydzień po pogrze­bie mojego męża sta­nę­łam na sce­nie i sama nie wie­dzia­łam, czy to wypada. Pyta­łam o to. Waha­łam się. Ale wie­dzia­łam, że ludzie cze­kają. I w tych bra­wach czuję nie tylko radość – czuję ser­decz­ność, współ­czu­cie, wspar­cie. To nie jest łatwa radość. Ale ona pozwala nie wypaść z życia.

To stąd bie­rze pani siły?

Jeśli cho­dzi o siły fizyczne, to ja ich po pro­stu nie mam. Mówię to wprost. Jestem w trak­cie lecze­nia onko­lo­gicz­nego, cią­gle na che­mii, i to bar­dzo osła­bia. Nie ma nor­dic wal­kingu, nie ma bie­ga­nia, nie ma żad­nych cudow­nych metod. Skąd więc siła? Chyba głów­nie z poczu­cia obo­wiązku. I z roz­mów z samą sobą. Ja bar­dzo dużo do sie­bie mówię. Cza­sem depre­syj­nie, cza­sem sta­now­czo. Mówię sobie: teraz wsta­niesz, pój­dziesz, pod­le­jesz, zamie­ciesz, zro­bisz jedną rzecz, potem drugą. I tak się sama do tego zmu­szam. To nie jest żadna hero­iczna metoda. Po pro­stu wiem, że siły nie da się poży­czyć od kogoś. Trzeba ją wydo­być z sie­bie, nawet jeśli jest jej bar­dzo mało.

A zda­rza się pani pomy­śleć: „Nie jadę, mam dość, zostaję”? I co wtedy wygrywa – zmę­cze­nie czy odpo­wie­dzial­ność?

Tak, oczy­wi­ście, że się zda­rza. Myślę sobie: „Nie jadę”. I to jest praw­dziwa myśl. Ale ona zawsze zostaje tylko myślą. Mam doświad­cze­nie i wiem, że za tym wyjaz­dem stoi mnó­stwo ludzi – nie tylko muzycy, ale orga­ni­za­to­rzy, tech­niczni, ci, któ­rzy zro­bili pla­katy, i przede wszyst­kim ci, któ­rzy kupili bilety. Ja nie mogę ich zawieść. Po pro­stu nie ma mowy.

W Trzech kolo­rach. Nie­bie­skim Krzysz­tofa Kie­ślow­skiego boha­terka po stra­cie wybiera pustkę i odcię­cie jako spo­sób prze­trwa­nia, a życie wraca do niej bocz­nymi drzwiami, przez muzykę i rela­cje. Pani doświad­czyła i izo­la­cji po jed­nej stra­cie, i trwa­nia przy życiu po dru­giej. Czy dziś widzi pani, który z tych spo­so­bów jest bliż­szy rado­ści, czy raczej nie ma tu żad­nej hie­rar­chii?

Nie potra­fię tego war­to­ścio­wać. Wydaje mi się jed­nak, że kon­takt z ludźmi jest nie­zwy­kle ważny w każ­dej sytu­acji. Izo­la­cja, odci­na­nie się od przy­ja­ciół, pracy, od świata, od ludzi, tylko nas osła­bia. Czło­wiek musi się wyga­dać, poża­lić. Albo posłu­chać innych. Cza­sem porów­na­nie wła­snego pro­blemu z cudzym daje ulgę, cza­sem ktoś mówi coś i nagle myślisz: „Boże, ja się tym przej­muję, a prze­cież są rze­czy o wiele trud­niej­sze”. Albo odwrot­nie, sły­szysz kogoś i odkry­wasz, że czu­jesz dokład­nie to samo, tylko ni­gdy nie mia­łaś odwagi o tym powie­dzieć. Samot­ność w prze­ży­wa­niu jest bar­dzo zła. Kie­dyś były domy wie­lo­po­ko­le­niowe, rodziny się w nich wspie­rały. To był dosko­nały sys­tem dla czło­wieka, od dzie­ciń­stwa aż po sta­rość, i on gdzieś zanikł. Znany jest nam obra­zek: panie sie­dzą zajęte robót­kami i roz­ma­wiają. I w tych roz­mo­wach wypływa wszystko – pro­blemy, lęki, żale. Cię­żar, któ­rego warto się pozbyć. Dziś bar­dzo nam tego bra­kuje.

Jak pani myśli: radość i smu­tek mogą ist­nieć jed­no­cze­śnie czy jed­nak się wyklu­czają?

Nie wyklu­czają się abso­lut­nie. W życiu może dziać się coś bar­dzo trud­nego, a jed­no­cze­śnie może się wyda­rzyć coś miłego. To trudne nie znika, jest gdzieś pod spodem, jest klu­czowe, ale to nie zna­czy, że nie ma miej­sca na inne emo­cje. To nie jest tak pro­sto jak u dziecka, że nie ma łopatki, a potem ma łopatkę i jest szczę­śliwe. U doro­słych wszyst­kie barwy, wszyst­kie emo­cje są obecne naraz.

A czy radość po wiel­kiej stra­cie jest inna? Mniej naiwna, bar­dziej uczciwa, a może po pro­stu już nie jest rado­ścią w kla­sycz­nym sen­sie?

Po mojej ostat­niej stra­cie, stra­cie męża po czter­dzie­stu dwóch latach wspól­nego życia, nie odczu­wam już peł­nej rado­ści. Mówi­łam o tych małych ele­men­tach, dro­bia­zgach, które można sobie skła­dać, żeby jakoś funk­cjo­no­wać. Ale ogól­nie jestem jed­nym wiel­kim żalem. To jest bar­dzo dobre okre­śle­nie. Jest prze­po­twor­nie żal.

W psy­cho­lo­gii żałoby mówi się cza­sem, że strata nie znika, tylko „idzie obok”, każ­dego dnia. Czy to poczu­cie, że wszystko, co miało się jesz­cze wyda­rzyć, zostało już defi­ni­tyw­nie ode­brane, jest dziś dla pani sta­łym tłem życia?

Tak. Każdy dzień, który mogli­śmy jesz­cze spę­dzić razem, a już go nie spę­dzimy, jest jak coś wyraź­nie napi­sa­nego na hory­zon­cie: „ni­gdy”. To słowo jest tam cały czas. Ono mi stale towa­rzy­szy i nie widzę świa­tełka w tunelu. Wiem, że już nie­wiele się w moim życiu wyda­rzy, nie popłynę jach­tem, nie polecę balo­nem, nie będę znowu zako­chana. Wiem, że to się nie sta­nie. Gdy Dżin­dżi był ze mną, to na przy­kład naszą wielką rado­ścią były spa­cery do Parku Dre­szera w War­sza­wie. To było niby nic. Po pro­stu wycho­dzi­li­śmy, szli­śmy spo­koj­nym kro­kiem, mie­li­śmy swoją ławeczkę, swoje roz­mowy, swoje mil­cze­nia. Regu­lar­nie tam cho­dzi­li­śmy i to była nasza wielka radość. Było w tym coś bar­dzo pro­stego i bar­dzo peł­nego. Mie­li­śmy mnó­stwo wspól­nych rado­ści – wnuki, muzykę, podróże, nawet zwy­kłą jazdę samo­cho­dem. To wszystko było rado­ścią.

A jeśli dziś mia­łaby pani nazwać radość moż­liwą – nie tę utra­coną, ale taką, która jesz­cze mogłaby się wyda­rzyć – czego by pani chciała naj­bar­dziej?

Chcia­ła­bym spo­koju. Praw­dzi­wego wewnętrz­nego spo­koju. Takiego, w któ­rym nie jestem cią­głym stra­chem, obawą, że coś się nie uda. I że nic nie muszę. Że mogę leżeć pod gru­szą i po pro­stu być. I że to wystar­cza.

  EWA BEM

Nazy­wana „pierw­szą damą pol­skiego jazzu”. Debiu­to­wała w zespole Bemi­bek, ale szybko poszła wła­sną drogą, two­rząc styl łączący jazz, swing i poezję codzien­no­ści. Na sce­nie od ponad pół wieku. Jej pio­senki – od Poda­ruj mi tro­chę słońca po Moje serce to jest muzyk – są świa­dec­twem nie tylko arty­stycz­nej kariery, lecz także siły wraż­li­wo­ści. Kobieta, która doświad­czyła strat, jakich nie unie­sie żaden papier, a mimo to wraca na scenę i powta­rza swoje życiowe motto: „Żyj kolo­rowo”.

SYLWIA CHUTNIK

Odważna mimo woli

Nie rodzi się z siły, lecz ze zmę­cze­nia. Z tego momentu, w któ­rym czło­wiek nie może już dłu­żej kła­mać przed sobą samym. Nie ma w niej nic z boha­ter­skiego unie­sie­nia – to raczej stan gra­niczny mię­dzy „nie mogę” a „muszę”. Jak napi­sał Cze­sław Miłosz, odwaga jest skut­kiem roz­pa­czy. Kiedy już nie ma nic do stra­ce­nia, pozo­staje prawda. W lite­ra­tu­rze odwaga zawsze jest cicha i samotna. Anty­gona nie wygła­sza mani­fe­stu – po pro­stu robi to, co uznaje za słuszne, wie­dząc, że przy­płaci to życiem. Raskol­ni­kow w Zbrodni i karze