69,99 zł
16 kobiet. 16 historii. 16 rozmów o życiu, które rzadko bywa proste, ale potrafi być piękne.
To książka o odwadze bycia sobą – także wtedy, gdy nie mamy pewności, dokąd nas to zaprowadzi. O chwilach zwątpienia i momentach, w których odkrywamy w sobie niespotykaną dotąd siłę. O wrażliwości, która nie jest słabością, lecz przejawem odwagi.
To także książka dla kobiet, które nie chcą już udawać, że wszystko mają pod kontrolą. Dla tych, które wolą zadawać ważne pytania i szukać odpowiedzi niż żyć według gotowych schematów. Dla tych, które mają dość spełniania cudzych oczekiwań kosztem siebie.
Jeśli czujesz, że twoje życie pędzi szybciej niż twoje myśli – zatrzymaj się na chwilę. Jeśli myślisz, że w gąszczu życiowych wyborów zgubiłaś siebie – posłuchaj tych historii. Jeśli czasem masz wrażenie, że wybierasz bycie „miłą”, zamiast bycia sobą – zostań z nami.
Może nie znajdziesz tu gotowych odpowiedzi, ale poznasz pytania, które warto sobie zadać. A od nich wszystko się zaczyna.
Kamilla Baar • Ewa Bem • Sylwia Chutnik • Katarzyna Dąbrowska • Aleksandra Gajewska • Paulina Krupińska • Joanna Kryńska • Aleksandra Kurzak • Jolanta Kwaśniewska • Agata Młynarska • Lidia Popiel • Dorota Soszyńska • Ewa Stachowska • Justyna Szyc-Nagłowska • Beata Ścibakówna • Katarzyna Żak w rozmowie z Beatą Biały.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 417
Polecamy również
Beata Biały
KOBIECE GADANIE
Beata Biały
MĘSKIE GADANIE
Beata Biały
MĘSKIE GADANIE 2
Ukochanej siostrze Ewie, jednej z niewielu pewności w moim życiu
Kobiety od zawsze słyszały, kim powinny być. Powinny być silne – ale nie za bardzo, żeby nie onieśmielać. Piękne – ale tak, żeby nie wyglądało to na próżność. Ambitne – ale z umiarem, żeby nie naruszyć kruchej równowagi świata, w którym od wieków wszystko było już jakoś poukładane. Powinny mówić własnym głosem – ale nie za głośno. I przede wszystkim powinny umieć pogodzić pracę, dom, miłość, dzieci, rozwój, opiekę nad innymi i jeszcze, jeśli starczy czasu, odrobinę miejsca dla siebie. W tej układance kobiece życie przez długie lata przypominało zadanie bez rozwiązania. Virginia Woolf napisała kiedyś, że przez stulecia kobiety pełniły rolę luster o magicznej mocy – takich, które odbijały mężczyznę dwa razy większego, niż był naprawdę. To zdanie brzmi dziś jak literacka metafora, ale kryje się w nim coś bardzo prawdziwego. Bo kobiety przez wieki uczono wzmacniać innych. Podtrzymywać, uspokajać, rozumieć, wybaczać. Być tłem dla cudzej historii.
A jednak coś się zmieniło. Coraz więcej kobiet przestaje być lustrem. Zaczynamy być opowieścią. I nie jest to opowieść łatwa. Bo kiedy kobieta zaczyna naprawdę słuchać siebie, świat czasem reaguje zdziwieniem. A czasem niepokojem. Bo nagle okazuje się, że kobieta nie chce już tylko dopasowywać się do świata. Chce go współtworzyć. Simone de Beauvoir napisała kiedyś zdanie, które do dziś brzmi jak cichy manifest: „Nikt nie rodzi się kobietą, lecz się nią staje”. To zdanie mówi o czymś więcej niż o biologii. Wskazuje, że kobiecość jest procesem. Drogą, na której spotykają się doświadczenia, decyzje, błędy, pragnienia i momenty odwagi. Każda z nas dochodzi do siebie inną ścieżką. Jedne szybciej, inne później. Jedne z gniewem, inne z łagodnością. Ale prawie każda z nas w którymś momencie życia zadaje sobie to samo pytanie: Czy życie, które prowadzę, jest naprawdę moje? Bo kobiece życie wciąż bywa sztuką balansowania. Między troską o innych a lojalnością wobec siebie. Między miłością a wolnością. Między rolami, które są ważne, a tym, kim naprawdę jesteśmy. Czasem trzeba wielu lat, żeby zrozumieć prostą rzecz: że nie jesteśmy dodatkiem do cudzej historii. Jesteśmy autorkami własnej opowieści.
Amerykańska poetka Mary Oliver w wierszu Letni dzień zadała jedno z najpiękniejszych pytań, jakie znam: „Powiedz, co zamierzasz wreszcie robić z twoim jedynym zwariowanym i cennym życiem?”1. To pytanie wracało do mnie wielokrotnie podczas rozmów do tej książki. Bo każda z kobiet, które spotkałam, odpowiadała na nie inaczej. Jedne mówiły o odwadze. Inne o stracie. O momentach, kiedy trzeba było odejść z miejsca, które już nie było ich. O chwilach, gdy trzeba było zostać i walczyć. O decyzjach, które zmieniały wszystko, choć w chwili ich podejmowania nie było jeszcze wiadomo, dokąd zaprowadzą. Każda z tych historii jest inna. A jednak wszystkie mają wspólny rytm. Bo kobiece życie rzadko jest liniowe. Częściej przypomina drogę z zakrętami, na której trzeba się zatrzymać, zawrócić, czasem zaczynać od nowa.
Czeska pisarka Milena Jesenská – wielka niespełniona miłość Franza Kafki – napisała kiedyś zdanie, które szczególnie zapadło mi w pamięć: „Człowiek nie jest tym, czym się wydaje, ale tym, czym ma odwagę się stać”. Może właśnie o to chodzi w kobiecym dojrzewaniu. O odwagę stawania się. O moment, kiedy przestajemy żyć według cudzych scenariuszy i zaczynamy pisać własny. Czasem powoli, czasem nieporadnie, czasem z wieloma poprawkami, ale już swoim pismem. Bo kobiety się zmieniają. Zmienia się też świat. Jeszcze niedawno wiele z nas słyszało, że musi wybierać: między rodziną a pracą, między ambicją a miłością, między siłą a czułością. Dziś coraz więcej kobiet mówi: nie chcę wybierać między sobą a światem. Chcę być w nim cała.
To oczywiście nie oznacza, że wszystko stało się łatwe. Wciąż istnieją miejsca, w których kobiety muszą walczyć o podstawowe prawa. Wciąż są sytuacje, w których kobiecy głos próbuje się uciszyć albo pomniejszyć. Wciąż się zdarza, że kobieta musi udowadniać swoją wartość dwa razy mocniej niż inni. Ale jednocześnie urzeczywistniło się coś ważnego. Kobiety zaczęły słuchać siebie nawzajem. A kiedy kobiety zaczynają ze sobą rozmawiać, powstaje coś niezwykłego. Wspólnota doświadczeń, która potrafi być silniejsza niż samotność. I właśnie z takiej rozmowy powstała ta książka.
Druga część Kobiecego gadania jest kontynuacją tej opowieści – ale też jej nowym rozdziałem. Spotkałam kolejne niezwykłe kobiety. Każda z nich przyniosła swoją historię – czasem jasną jak letnie popołudnie, czasem trudną jak noc, przez którą trzeba przejść samotnie. Dziękuję wam za odwagę i szczerość. Za momenty, w których mówiłyście rzeczy niełatwe. Za chwile milczenia, które były równie ważne jak słowa. Za to, że pozwoliłyście mi zapisać fragment swojego świata. Wierzę, że wasze historie staną się dla innych kobiet czymś więcej niż rozmową. Może będą lustrem. Może drogowskazem. A może po prostu przypomnieniem, że żadna z nas nie jest w swoich doświadczeniach sama.
Dziękuję mojej Mamusi – pierwszej przewodniczce po świecie emocji. I choć nie mogę już usłyszeć jej głosu ani poczuć jej dłoni, jej czułość, uważność i mądrość są we mnie do dziś jak wewnętrzny kompas. To od niej nauczyłam się słuchać ludzi naprawdę – nie tylko ich słów, ale także ciszy między nimi.
Dziękuję mojej siostrze Ewie – za jej stałą obecność w moim życiu. Za to, że jest gdzieś po drugiej stronie oceanu, a jednocześnie zawsze obok. Za rozmowy, które potrafią uporządkować chaos w głowie, za uważność, która nie potrzebuje wielu słów, i za tę szczególną więź, którą mają tylko siostry – zbudowaną z dzieciństwa, wspólnych wspomnień i zrozumienia niewymagającego tłumaczeń. Choć dzieli nas odległość, mam poczucie, że w najważniejszych momentach życia jest przy mnie – czuwająca, uważna, gotowa złapać mnie w locie, zanim zdążę się potknąć. Ewa jest moją pierwszą czytelniczką i najczulszym recenzentem – w książkach i w życiu.
Dziękuję mojemu Synowi, który ponownie uczynił mi zaszczyt, tworząc portrety do tej książki. W jego fotografiach jest niezwykła uważność – potrafi dostrzec w kobietach to, czego często nie widać na pierwszy rzut oka: ich siłę, kruchość, myśl ukrytą w spojrzeniu. Jestem wzruszona i dumna, że ta opowieść znów powstała także dzięki niemu.
Dziękuję mojej redaktorce prowadzącej Magdzie Chorębale – za cierpliwość, której poziom nieustannie testuję, i za to, że z godną podziwu konsekwencją przypomina mi, że książki nie piszą się same.
Dziękuję również prezesowi Domu Wydawniczego REBIS Tomaszowi Szponderowi za spokój i cierpliwość – szczególnie wtedy, gdy terminy zaczynają mieć własną interpretację czasu.
Szczególnie ciepło dziękuję zaś wam, moje drogie czytelniczki. Bo to dzięki wam ta książka ma swoją drugą część. Książki powstają w procesie pisania, ale żyją dopiero wtedy, gdy ktoś je czyta.
Ta książka, podobnie jak poprzednia, nie jest poradnikiem. Nie znajdziesz tu gotowych odpowiedzi ani recept na szczęście. Znajdziesz za to historie kobiet, które próbowały odkryć własne odpowiedzi. Każda z nich jest inna, każda prowadzi w trochę inną stronę, ale wszystkie zaczynają się w tym samym miejscu: w momencie, kiedy człowiek przestaje żyć według cudzych scenariuszy i zastanawia się, czego naprawdę chce. Kobiece gadanie 2 to nie zbiór rad, lecz rozmowa. Czasem spokojna, czasem trudna, czasem pełna śmiechu, a czasem takich zdań, które zostają w głowie na długo. To rozmowa między kobietami – o tym, co nas buduje, co nas rani, co daje nam siłę i co każe zaczynać od nowa, kiedy wszystko wydaje się rozsypane. Być może w którejś z tych historii odnajdziesz coś znajomego. Może rozpoznasz w nich własne pytania, własne wątpliwości, własne momenty odwagi. A może po prostu poczujesz, że nie jesteś w tym wszystkim sama. Jeśli więc masz ochotę na chwilę prawdziwej rozmowy – takiej, w której nie trzeba niczego udawać ani niczego udowadniać – otwórz tę książkę i pozwól, żeby te historie zaczęły mówić. Być może jedna z nich okaże się także twoją.
Mary Oliver, Letni dzień, przeł. Czesław Miłosz, https://poezja.net/letni-dzien/. [wróć]
Spokój nie jest ciszą. Cisza jest warunkiem akustycznym. Spokój jest decyzją. Żyjemy w epoce nieustannych bodźców. Telefon pulsuje jak drugi układ nerwowy, wiadomości napierają, tempo się zwiększa. Jak napisał Hartmut Rosa, żyjemy w kulturze przyspieszenia, która nie daje już czasu na doświadczenie tego, co przeżywamy. Zgiełk nie jest tylko hałasem miasta. Jest stanem umysłu. A jednak w tym wszystkim istnieje możliwość spokoju. W filmie Perfect Days bohater budzi się o świcie, czyści toalety publiczne w Tokio, słucha kaset z muzyką z lat sześćdziesiątych, podlewa rośliny. Nic spektakularnego. A jednak każdy jego gest jest uważny. To nie świat jest spokojny, to on wybrał taki sposób bycia w świecie. Prostota nie jest tu ubóstwem doświadczenia, tylko jego zagęszczeniem. Podobną koncentrację odnajdujemy w filmie Paterson. Kierowca autobusu pisze wiersze między kolejnymi kursami. Ta sama droga, ta sama kawa, ten sam spacer z psem. Powtarzalność tworzy rytm, który porządkuje świat. Zwyczajność nie jest pustką, jest przestrzenią uważności.
Carl Gustav Jung twierdził, że to, czego sobie nie uświadomimy, wróci do nas jako los. Tłumione konflikty i nieprzeżyte emocje tworzą wewnętrzny rwetes. Spokój nie jest ich zaprzeczeniem. Jest odwagą pozwalającą je zobaczyć. Bessel van der Kolk napisał, że „ciało pamięta”. Jeśli napięcie nie zostanie rozładowane, zapisuje się w mięśniach i oddechu. Spokój zaczyna się więc od regulacji – od powrotu do rytmu ciała. Spokój nie jest „świętym spokojem”. Nie jest ucieczką od życia. To zdolność bycia w środku zgiełku bez utraty siebie. Jak pestka w owocu – twardy rdzeń, który nie reaguje na każdy impuls. Bo spokój nie polega na tym, że świat przestaje hałasować, tylko na tym, że przestajemy wierzyć, że musimy reagować na każdy jego dźwięk.
Spędziłaś miesiąc na Filipinach. Czy tam spokój miał inny smak niż tutaj, w Warszawie, w codzienności?
Na Filipinach ludzie żyją prosto. Bardzo codziennie. To są katolicy zanurzeni w doczesności – w tym, czym nakarmić dzieci, jak uprawiać ryż, jakie owoce wystawić na ulicy, żeby sprzedać. Dzieci wkładają mundurki, idą do szkoły, wracają po siedemnastej. Kościoły są otwarte cały dzień. Wieczorem – rekolekcje, modlitwa, zwyczajny rytm dnia. Jest w tym jakaś powtarzalność, ale nie nerwowa. Bierzesz łódkę, płyniesz na wyspę. Przewoźnik cię dowozi i zasypia. Nieważne, czy jest ósma rano czy dziesiąta. Ocean szumi jak mantra. Słońce wymusza spowolnienie. Wszystko staje się bardziej płynne. To jest świat antymiejski. I choć kocham miasto – knajpki, rozmowy, kino, teatr, wystawy – to jest tryb bardzo wymagający dla układu nerwowego. I w pewnym wieku zaczynasz to czuć. Ja już wiem, co mi służy, a co mnie przeciąża. Ale paradoks polega na tym, że mój warszawski tryb życia też jest próbą spokoju. Joga, medytacja, rower zamiast samochodu, gotowanie, świadome wybory. Ja ten spokój buduję na co dzień. Na Filipinach dochodzi jeszcze jedna rzecz – brak ambicji. I wiem, że to może zabrzmieć brutalnie, ale ambicja rzadko sprzyja spokojowi. To jest konstrukt Zachodu. Tam ludzie zarabiają tyle, ile są w stanie zjeść. Nie odkładają. Nie planują wielkich awansów. Japonia jest za rogiem, ale poza zasięgiem. I choć mają telefony, Instagram, widzą świat, to żyją w tym, co jest. Trochę z przymusu, ale też z naturalnej zgody. Są bardzo spokojni. Bez temperamentu, który my nazywamy „energią”. Z pozytywnym stosunkiem do rzeczywistości. Jeśli coś się nie da, to znajdzie się ktoś inny, kto to zrobi. Brat, szwagier, kuzyn. Zawsze jest rozwiązanie.
Jak myślisz, z czego u nich ten spokój wynika? Z morza, z horyzontu, z tej natury, która wciąga w siebie człowieka?
Raczej z doświadczenia, że wszystko może zniknąć w jedną noc. Tam żyje się z tajfunem za plecami. Otwierasz prognozę i widzisz, że tajfun jest już za rogiem. I wtedy w jednej sekundzie wszystko się upraszcza – najważniejsze jest to, żebyś z twoimi dziećmi przeżył. Dom, dobytek, dach mogą przestać istnieć. Woda zabiera, wiatr dewastuje. To daje bardzo silne poczucie, że nic nie masz na zawsze. I że inwestowanie całej energii w gromadzenie, bogacenie się, zabezpieczanie przyszłości jest iluzją. My na Zachodzie wierzymy, że możemy wszystko zaplanować, obudować polisami, kredytami, systemami bezpieczeństwa. Tam natura ma ostatnie słowo. I oni w tę iluzję kontroli w ogóle nie inwestują. Żyją w tym, co jest.
Czyli ich spokój nie jest romantyczny, tylko egzystencjalny?
Tak. To jest spokój ludzi, którzy wiedzą, że nie kontrolują świata. I dlatego skupiają się na dniu dzisiejszym. Widać to w przestrzeni. Pamiętam, jak dotarłam do El Nido. Długo jedziesz przez dżunglę i nie wiesz, czego się spodziewać. A potem nagle dojeżdżasz do miejsca, które powstało z wykarczowanej przestrzeni – ktoś zrobił kawałek struktury, domek, jakąś ulicę. A nad tym wszystkim ogromny klif, dżungla wgryzająca się w skałę, skała wpadająca w ultrabłękitny ocean. Natura stworzyła coś doskonałego. I do tego przyklejony jest świat ludzi – trycykle, tuk-tuki, bazar, ryż, owoce, totalny harmider. Ale to nie jest przestrzeń zaprojektowana. Nie ma tu luksusu ani koncepcji. Jest symbioza potrzeb z naturą. Droga prowadzi tylko tam, dokąd można dojechać. Dalej idziesz pieszo. Ścieżka powstaje, bo ktoś nią chodzi. Cmentarz jest na wzniesieniu nad oceanem – najpiękniej położony cmentarz, jaki widziałam. Musisz go ominąć, żeby dojść do kolejnej dzielnicy. Życie i śmierć w jednym pejzażu. Bez oddzielania. Tam wszystko jest myśleniem o dzisiejszych potrzebach. Owoce zerwane rano jutro już będą sfermentowane. Więc jesz to, co jest dziś.
Czego się od nich nauczyłaś? Wróciłaś spokojniejsza?
Może tak, ale to dopiero zobaczę po pewnym czasie. Bardziej czuję, że wróciłam naenergetyzowana. Spełniona. Najbardziej poruszały mnie wschody słońca. Wstawałam około piątej, szłam na najwyższe wzniesienie i czekałam. Wiedziałam, że za chwilę zacznie wyłaniać się ocean z biżuterią wysp aż po horyzont. Z ciemności rodziło się światło. Byłam sama. Tylko ja i ten stan, który się we mnie uruchamiał. Czułam czyste szczęście. Miałam poczucie, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być. To była iluminacja. Dar. Wdzięczność, że mogę na to patrzeć. Ten spektakl odbywał się dla mnie za darmo. I trwał chwilę, dziesięć minut. Kolory się zmieniały, dzień wkraczał. I znowu wracała lekcja – nic nie jest na zawsze. Nie zatrzymasz tego.
Czy to właśnie przywiozłaś z Filipin – nie spokój, ale wdzięczność?
Tak. Radość i wdzięczność za to, że świat jest piękny.
A Filipińczycy, którzy żyją zupełnie inaczej niż my – czy oni są dla nas lekcją? Czy raczej lustrem, w którym widać nasz przywilej?
Dużo o tym myślałam. O tym, jak potężne znaczenie ma to, gdzie się rodzisz. Kto cię otacza. Czy ktoś widzi w tobie potencjał, czy ktoś mówi: „Możesz więcej”. Czy ktoś pomaga ci uwierzyć, że twoje marzenia mają sens i że w ogóle masz prawo je mieć. Tam bardzo wyraźnie widać, jak wiele zależy od startu. Kobiety często są skazane na jedną z niewielu dróg – małżeństwo, często z kimś z Europy, jako szansę na finansową zmianę życia. Dwunarodowe małżeństwa są dość popularne. To bywa jedyna realna możliwość „przelania się” w inny świat. A z drugiej strony to są rodziny katolickie, wielodzietne, bardzo wspólnotowe. Każdy grosz idzie na rodzinę. Nawet jeśli jesteś bardzo zdolną dziewczyną i dobrze się uczysz, studia są kosztowne. Często niemożliwe. Musisz pracować, żeby wspierać dom. Więc tak, to jest też świat, w którym potencjał bywa ucięty przez ekonomię. I kiedy tam jesteś jako turystka, masz w sobie jednocześnie zachwyt i ucisk w sercu. Myślisz: „Jaką ja jestem szczęściarą. Mogę być tu z wyboru. Mogę pracować w zawodzie, który kocham. Mogę podróżować. Mogę wybierać”. To jest ogromny przywilej. Ale nie chcę przez to powiedzieć, że oni są sfrustrowani. Właśnie nie. I to budzi mój wielki podziw. Mam poczucie, że jest w nich zgoda na to, co mają.
Czy są szczęśliwi?
Szczęście jest bardzo subiektywne, więc nie chcę nadużywać tego słowa. Ale widziałam ludzi uśmiechniętych. Radosnych. Chętnych do zabawy, tańca, śmiechu. Filipińczycy żyją bardzo społecznie. Razem gotują, razem chodzą, razem się śmieją. Dzieci jedzą razem, jeżdżą na rowerach, grają w koszykówkę. To jest życie w grupie. I wtedy myślę o nas – Europa, Ameryka, Zachód. Kultura samotników. Możesz mieć trzysta tysięcy lajków i być sama. Bo to wszystko jest wirtualne. Psycholodzy mówią o tym od lat – to, co wirtualne, nie karmi. Tam dwunastu chłopaków gra w koszykówkę na klepisku. Koszem jest jakaś prowizoryczna obręcz, piłka ledwo się odbija. Ale oni walczą o punkty, przybijają piątki, śmieją się, piją Coca-Colę. To jest autentyczne. To jest wspólne przeżycie. Przypominały mi się moje wiejskie czasy. Graliśmy z kuzynami przy koszu na ziemniaki. Wykrzykiwaliśmy nazwiska piłkarzy czy koszykarzy, opieraliśmy się na wyobraźni. Jeden miał za małe buty, drugi za duże, trzeci był w klapkach. To nie miało znaczenia. Liczyło się to, że jesteśmy razem. Tam też nie ma nadmiernego przywiązywania wagi do tego, kto jak wygląda, w co jest ubrany. Nie jest to nędza – to jest po prostu brak obsesji. I może właśnie to daje im lekkość.
Mówisz o wspólnocie, Filipinach, energii ludzi. A jednak w Warszawie szukasz ciszy raczej w sobie niż wokół siebie. Czy ta cisza jest dziś efektem codziennej praktyki – jogi, medytacji, pracy z myślami?
Dzień zaczyna się od jogi. Praktykuję asztangę. To dynamiczna forma z określoną sekwencją, tak zwaną primary series. Kiedy mam czas, robię ją w całości, to około godziny i piętnastu minut. A kiedy nie mam, wybieram asany, które najbardziej mnie stabilizują. Zawsze są powitania słońca, pozycje stojące, część siedzących. Pozycje odwrócone, które dotleniają mózg. I zawsze znajduję moment na medytację. Jeśli mam zdjęcia o piątej rano, nie wstaję o trzeciej, żeby „odhaczyć” jogę. Organizm nie byłby na to gotowy. W takich dniach znajduję czas później – na planie, w garderobie, gdziekolwiek. A jeśli nie ma przestrzeni, odpuszczam. Joga nie może być przemocą wobec siebie. Najbardziej kocham moment medytacyjnego Om. Czasem trwa tylko siedem minut. I kiedy wchodzę w ten dźwięk, czuję, że coś bardzo dobrego dzieje się z moim mózgiem. Bo mój umysł produkuje ogromną ilość myśli. Zalewa mnie nimi. Wiem, że mindfulness oferuje narzędzia, żeby nie dać się porwać każdej z nich, ale to jest trudne, zwłaszcza kiedy jest się osobą temperamentną. A ja taka jestem. Często pojawiają się myśli lękowe, krytyczne, katastroficzne. Dlatego praktyka jest dla mnie sposobem odzyskiwania steru. Przywracania równowagi. Może dlatego Filipiny i Warszawa wcale się nie wykluczają. Tam jest wspólnota i żywioł, tutaj jest praktyka i praca z umysłem. A ja próbuję w tym wszystkim znaleźć miejsce, w którym naprawdę jest cicho.
Pamiętasz, kiedy joga stała się dla ciebie praktyką, bez której trudno sobie wyobrazić codzienność?
To już osiemnaście lat. Zaczynałam od jogi Iyengara. Chodziłam do tej samej nauczycielki co Maja Ostaszewska, która od zawsze jest dla mnie autorytetem w dbaniu o ciało, świadomym życiu, sposobie odżywiania. Kiedy urodziłam syna, wspierała mnie i konsultowała w wegetariańskiej diecie przy małym dziecku. Maja zawsze chętnie się dzieli wiedzą i to jest wspaniałe. Joga Iyengara była spokojna, bardzo precyzyjna, techniczna, dużo ustawiania ciała i uważności. Po jakimś czasie poczułam jednak, że potrzebuję czegoś bardziej dynamicznego – ruchu, siły, przepływu. I wtedy pojawiła się asztanga. Zresztą ja w ogóle mam w sobie potrzebę próbowania. Jeśli pojawia się coś nowego, sprawdzam. Czasem coś zostaje, czasem odpada. W ten sposób poznaję siebie. W tamtym czasie joga zaczęła też mocno wchodzić do naszego aktorskiego świata, pojawiali się nauczyciele, zaczęto o niej mówić. Poszłam spróbować. I zostałam. Ale tak naprawdę zostałam przez oddech. Miałam problemy z oddychaniem. Kiedy czytałam, że w jodze oddycha się inaczej, że pracuje się z oddechem tak, żeby mózg dostawał więcej tlenu, uznałam to za dość abstrakcyjne – przecież oddychanie wydaje się czymś oczywistym. A potem przyszła praktyka: półtorej godziny w ciszy, bez mówienia, tylko oddech przez nos, wdech i wydech, pełne skupienie na tym, co dzieje się w ciele. I nagle poczułam coś niezwykłego, jakby mój mózg wreszcie dostał powietrze, którego brakowało mu od lat. Pojawiło się uczucie takiej lekkości, jakbym się unosiła. Myślę, że właśnie wtedy zaczęła się moja prawdziwa relacja z jogą.
Co joga i medytacja dają ci dzisiaj – jako aktorce, kobiecie żyjącej w napięciu, w stresie, w biegu?
Natychmiastowy powrót do siebie. Jeśli czuję napięcie – przed wyjściem na scenę, za kulisami, w stresującej sytuacji – wchodzę w oddech. I nagle jestem tu i teraz. Bo tak naprawdę, jak mówią buddyści, jedyne, co rzeczywiście mamy, to oddech. Dom, samochód, kariera – to wszystko są rzeczy zewnętrzne. Oddech jest jedyną pewną własnością. Kiedy go nie ma, nie ma już niczego. Ta prosta prawda działa jak kotwica. Przypominam ją sobie w momentach napięcia i to mnie stabilizuje. Po praktyce jogi kończę wszystko szawasaną, czyli całkowitym rozluźnieniem ciała. Potem siadam na poduszce medytacyjnej i włączam chanting Om nagrany przez mnichów. Ten dźwięk, głęboki, przestrzenny, z gongami, przenosi mnie w zupełnie inny rejon umysłu. To trochę jak wejście do świątyni, ale takiej wewnętrznej. Dźwięk zaczyna wibrować w ciele, a myśli, które wcześniej pędziły, powoli się rozrzedzają. Nie zawsze znikają, ale tracą swoją siłę. Czasem trwa to dwadzieścia minut, czasem krócej, zależy od dnia. Ale zawsze pojawia się moment, w którym mam wrażenie, że ktoś ścisza radio grające zbyt głośno w głowie. I wtedy rzeczywiście robi się ciszej.
Spokój to twoja decyzja czy efekt zmęczenia światem? Skąd w ogóle wzięła się w tobie ta potrzeba?
Zawsze potrzebowałam natury. A natura to dla mnie synonim spokoju – las, łąki, woda, promienie słońca. Pierwszym obrazem, który pojawia się w mojej głowie, jest wieś moich dziadków. Spędziłam tam ogromną część dzieciństwa. Potem małe miasteczko drugiej babci, kolejne lata, kolejne krajobrazy. I ten obraz noszę w sobie do dziś – idę przed siebie jak taki włóczykij, wchodzę do lasu, nad jezioro, do potoku, który nie jest komercyjny, nie jest „zaopiekowany”, tylko jest prawdziwy. Siadam z książką nad wodą, pływam, chodzę godzinami. Bez tego mnie nie ma. Ten spokój był zawsze w naturze, więc może ja tylko całe życie próbuję do niego wracać.
A potem trafiasz do Warszawy, do miasta, które jest ruchem, tempem, ambicją. Jak w nim odnajdujesz siebie?
Wtedy zaczynają się rytuały. Właściwie całe moje życie jest z nich utkane. Dzięki nim w tym miejskim pędzie odzyskuję własny rytm. Rano jest joga i medytacja – to pierwszy moment, kiedy zbieram siebie w całość. Potem zimny prysznic. Bez niego mój mózg nie wchodzi w tryb aktywności. To jak naciśnięcie przycisku „start”, sygnał dla ciała, że dzień naprawdę się zaczyna. Potem są soki. Jestem od nich trochę uzależniona. Lubię ten moment, kiedy wkładasz do wyciskarki owoce i warzywa, a po chwili zostaje z nich czysta esencja – koncentracja smaku, koloru i energii. Pierwszy posiłek jem dopiero około południa i to jest dla mnie mała celebracja, najważniejszy moment dnia przy stole. Robię dużą sałatę, warzywa, coś pełnowartościowego i przygotowuję to spokojnie, z uwagą. Samo krojenie i mieszanie jest już częścią rytuału. Jeśli nie mam czasu, zabieram do pracy koktajl, ale też robię go świadomie, nie w biegu. Staram się jeść niewiele, bo nadmiar jedzenia mi nie służy. A jednocześnie jestem łasuchem – kocham smaki, słodycze potrafią mnie całkowicie rozbroić, więc muszę być wobec siebie czujna. To, co jem, musi być dobre i prawdziwe, czasem ten pierwszy posiłek jest jedynym w ciągu dnia. Potem moja ukochana kawa, przygotowana dokładnie tak, jak lubię. I czytanie. Codziennie czytam. To jest dla mnie coś nienaruszalnego. Czytanie wycisza, porządkuje myśli i karmi umysł czymś, co nie jest przypadkowe. Dzięki temu nawet w mieście, które pędzi, mogę na chwilę zatrzymać czas.
Mówisz o rytuałach jak o szkielecie dnia. Czy one są po to, żeby było piękniej, czy po to, żeby się nie rozsypać?
To mój sposób na niezgubienie się. Świat jest głośny, inwazyjny, pełen bodźców. Jeśli nie stworzę sobie własnej struktury, łatwo można się w nim rozpłynąć. Rytuały porządkują dzień i porządkują myśli. Dają poczucie sprawczości. A ja mam temperament żywy, myśli dużo, energii jeszcze więcej. Rytuał jest więc dla mnie jak rama, w której ta energia może się bezpiecznie zmieścić. Dzięki temu nie rozprasza się na wszystkie strony. Czytanie jest jednym z takich punktów stałych. Potrafię bez niego funkcjonować, ale nie chcę. Zawsze mam przy sobie książkę albo Kindle’a. Jeśli dzień jest krótki i pełen spraw, czytam choć jeden rozdział. Jeśli mam więcej czasu, minimum pięćdziesiąt stron – tyle, żeby wejść w historię i pójść z nią kawałek dalej. Czytanie daje mi poczucie ciągłości, wyprowadza mnie poza bieżączkę dnia. Przypomina, że życie jest większe niż to, co wydarza się w ciągu kilku godzin. Rytuałem jest też czystość. Lubię mieć porządek w domu. Nie chodzi o obsesję, raczej o pielęgnowanie przestrzeni. Chcę wracać do miejsca, które mnie wita, które mówi: „Jesteś u siebie”. Żeby było w nim coś z małego święta, z poczucia ładu. Dom powinien uspokajać, nie dokładać chaosu. Wieczorem, jeśli tylko mogę, biorę długą kąpiel. Zapalam świecę i powoli odpływam w noc. To jest moment przejścia ze świata aktywności w świat ciszy. Smaruję ciało kremem, zwalniam, celebruję tę chwilę. To są drobiazgi, ale właśnie z nich składa się poczucie, że dzień miał sens.
A czego już nie robisz, żeby chronić swój spokój?
Nie sięgam po telefon zaraz po przebudzeniu. Poranek jest momentem szczególnym – dopiero wychodzisz ze snu, jesteś jeszcze na granicy dwóch światów. A dla mnie sny są bardzo ważne. Jung i jego praca nad nieświadomością wiele mi w tym sensie wyjaśniły. Jeśli sięgnę po telefon, świat snu natychmiast znika, rozprasza się jak mgła. A ja chcę jeszcze chwilę zostać w tym stanie, pod powiekami, w obrazach, które przyniosła noc. Bo moja nieświadomość mówi do mnie właśnie wtedy. Śni mi się dużo. I pięknie. Bardzo często latam. To motyw, który wraca. Lecę nad jakimś krajobrazem, patrzę z góry. Jest w tym ogromna lekkość, poczucie wolności, jakby na chwilę znikał ciężar codzienności.
A co wytrąca cię ze spokoju – bardziej świat zewnętrzny czy twoje własne myśli?
Myśli są potężne. To, co o sobie myślimy, jak konstruujemy narrację o swoim życiu, o decyzjach, o błędach, ma ogromny wpływ na to, jak się czujemy. Ale ja jestem też bardzo wrażliwa na to, co się dzieje wokół mnie. Na słowa. Na ton. Na atmosferę. Długo udawałam, że nic mnie nie boli. Że się nie boję. Że nic się nie stało. I wtedy to rosło. Trzykrotnie. Teraz wiem, że trzeba dać temu przestrzeń. Usiąść z tym. Nie wypierać. Kiedy coś mnie wybija ze spokoju, siadam na poduszce. Wchodzę w to uczucie. Pozwalam mu się wysycić. I dzieje się coś ciekawego – ono zaczyna się transformować. Złość przestaje być złością, lęk przestaje być lękiem. Zostaje czyste doświadczenie, które przechodzi w coś nowego. Ale to wymaga odwagi, żeby nie uciekać.
Czy ten moment, w którym głowa zaczyna wirować jak pralka – natłok myśli, scenariuszy, lęków – był w twoim życiu epizodem czy raczej rozpoznaniem: „Taka jestem, taki jest mój umysł”? I czy można w ogóle zaprzyjaźnić się z własnym chaosem, zamiast go zwalczać?
Przez długi czas myślałam, że to są jakieś incydenty, że coś mnie przytłoczyło, że za dużo pracy, ludzi, emocji. A potem zrozumiałam, że to nie epizody, tylko konstrukcja mojego umysłu. Ja żyję intensywnie. Dużo czytam, dużo słucham, dużo odbieram. Ludzie przychodzą ze swoimi historiami, z prośbami, oczekiwaniami. Jestem chłonna. Więc w środku musi być ruch. To jest cena tej wrażliwości. W pewnym momencie przestałam z tym walczyć. Zrozumiałam, że mózg to organ, nie wyrocznia. Tak jak ręce wykonują ruch i oczy rejestrują obraz, tak mózg produkuje myśli. Nie wszystkie są prawdą i nie wszystkie wymagają reakcji. I wtedy zaczęłam nie tyle je wyłączać, ile wybierać. Kiedy pojawia się myśl lękowa, czuję ją w ciele – w żołądku, w napięciu. Siadam i zamiast rozwijać ją jak czarną nić, próbuję ją przepisać. Tworzę inny scenariusz. Nie po to, żeby zakłamać rzeczywistość, tylko żeby odzyskać sprawczość. To jest praca, czasem żmudna, ale dzięki niej chaos przestaje być wrogiem. Staje się energią, którą można przekierować. Daniel Kahneman pisał o dwóch trybach myślenia: szybkim i wolnym. Spokój rodzi się w tym wolnym – w decyzji, by nie reagować natychmiast, by pozwolić emocji opaść. Biologicznie trwa ona kilkadziesiąt sekund, jeśli jej nie dokarmimy własną narracją.
Mówisz o wyborze myśli jak o wybieraniu ubrań z szafy. Czy to znaczy, że spokój nie jest stanem, tylko codzienną decyzją interpretacji, aktem wolnej woli wobec rzeczywistości, która wcale nie jest łagodna?
Spokój nie jest dany. Spokój jest budowany. Każdego dnia. Jeśli zaczyna padać deszcz i nagle wszystko w moim planie się rozsypuje, mam dwie możliwości. Mogę utknąć w irytacji, w tym, że „miało być inaczej”. Albo mogę zmienić narrację. Zdarza się, że po prostu jadę rowerem przez Warszawę w deszczu. Ludzie chowają się pod parasolami, przemykają między kałużami, a ja jadę dalej. Czuję krople na twarzy, wiatr, ruch miasta. I nagle okazuje się, że to wcale nie jest katastrofa, tylko doświadczenie. Oczywiście, że czuję frustrację – nie udaję, że jej nie ma. Ale nie chcę w niej zamieszkać. Więc zamiast rozwijać czarny scenariusz, próbuję przedstawić sobie tę sytuację inaczej. To nie jest naiwność. To jest higiena psychiczna. Bo jeśli oddam interpretację świata wyłącznie automatycznym myślom, one prawie zawsze pójdą w stronę lęku. A ja nie chcę być trybem w maszynie własnych katastroficznych projekcji. Chcę być współautorką tego, jak przeżywam świat.
A scena – ten moment tuż przed wejściem, kiedy światło gaśnie, a ty stoisz przy kulisie – czy to jest moment absolutnego skupienia czy moment konfrontacji z własnym ego? Kamera i widownia wyostrzają twój spokój czy rozszczelniają go?
Ja kocham grać. I ta miłość jest silniejsza niż lęk. Kiedyś była trema. Dzisiaj jej nie ma. Czasem za nią tęsknię, bo była jak przyprawa – ostra, wyrazista. Ale brała się z braku pewności. Z pytania: „Czy wystarczę?”. Dziś wiem, że wystarczę, jeśli dam z siebie wszystko. Przed wejściem robię pompki – uruchamiam ciało, bo ciało musi być gotowe. Potem siadam. Dwie, trzy minuty w ciszy. I myślę: „To jest dar. Że ludzie przyszli. Że możemy się spotkać. Że tekst, który wypowiem, ma sens”. Wysyłam tę myśl jak strzałę, żeby było dobrze, żeby to było prawdziwe. I wtedy scena nie rozszczelnia mnie. Ona mnie zbiera. Skupia. Daje poczucie, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być.
Powiedziałaś, że przez lata uczyłaś się definiować dobro i zło po swojemu. Czy ta praca nad sobą – nad myślą, oddechem, nad definicją siebie – była drogą do spokoju czy raczej drogą do odwagi, by żyć bez cudzych definicji?
Myślę, że to była droga do autonomii. Nie mogłam przyjąć gotowych odpowiedzi. Musiałam sprawdzić je w sobie. Co mnie wzmacnia? Co mnie osłabia? Co powoduje, że czuję wzrost, a co, że się kurczę? Patrzę na ostatnie dwadzieścia, trzydzieści lat i widzę proces. Każda decyzja – zawodowa, osobista – była lekcją. Uczyłam się swojej duszy. Uczyłam się, czego naprawdę potrzebuję. I scenę też musiałam zdefiniować. Czy gram po to, żeby coś udowodnić? Czy po to, żeby być podziwiana? Nie. Gram po to, żeby się spotkać. A kiedy motywacja jest czysta, spokój przychodzi naturalnie. Nie jako nagroda. Jako konsekwencja.
Zdarzyło ci się wejść w postać, która naruszyła twój prywatny porządek – tak głęboko, że nie była już rolą, tylko realnym wstrząsem dla twojej psychiki? Czy bycie aktorką oznacza czasem zgodę na to, że ktoś obcy zamieszka w twoim wnętrzu?
Tak. I to była rola, z którą, jak uważam, psychicznie sobie nie poradziłam. Lady Macbeth. W tej pierwszej części – kiedy ona jest napędem zbrodni, kiedy jej ambicja jest bezwzględna, kiedy prowadzi męża do zwycięstwa po trupach – było mi potwornie ciężko. To było wbrew moim wartościom. Nie umiałam znaleźć w sobie miejsca, które by ją usprawiedliwiało. Byłam bardzo młoda, byłam chyba najmłodszą Lady Macbeth w polskim teatrze, i może dlatego wiele mi wybaczono. Ale czułam rozdarcie. Nie miałam doświadczenia, nie miałam narzędzi. Druga część, kiedy ona wpada w obłęd, była dla mnie łatwiejsza – bo obłęd jest jakąś konsekwencją, pokutą, rozpadem, który można sobie wyobrazić. Reżyser Piotrek Kruszczyński miał ciekawy pomysł – pokazał ją jako bardzo młodą dziewczynę, zaślepioną ambicją, naiwną w swojej wierze, że przejdzie przez zbrodnię suchą stopą. To było prawdziwe. Ale ja wracałam po spektaklu rozbita. W tamtym czasie robiliśmy to, co wielu aktorów – wino, papieros, rozmowa, aż emocje opadną. To był sposób, żeby oddalić się od mrocznych uczuć, które w sobie nosiłam. To nie jest tak, że zdejmujesz kostium i jesteś z powrotem sobą. Ciało pamięta. Układ nerwowy pamięta. To było ekstremalne doświadczenie.
Kiedy zrozumiałaś, że emocji postaci nie można zagłuszać, tylko trzeba je rozładować inaczej – ruchem, ciałem, świadomą pracą?
Później. Przy Matce i dziecku. To rola wymagająca emocjonalnie. Po spektaklu byłam jak po bitwie. I wtedy zaczęłam czytać o mechanizmach regulowania napięcia, o tym, jak ludzie w terapiach radzą sobie z napędem i niepokojem. Zrozumiałam, że trzeba zejść do ciała. Że ruch jest naturalnym wyjściem z przeciążenia. Zaczęłam jeździć rowerem bez względu na pogodę. Zimą, w deszczu, w mrozie. Na najniższej przerzutce, żeby wysiłek był realny, żeby nogi pracowały, żeby pot spływał. To było oczyszczające. Emocje, które przynosiłam ze sceny, zaczynały się rozpraszać w rytmie pedałowania. A potem kąpiel – długa, gorąca, woda jak masaż. Najpierw intensywny ruch, potem relaks. To stało się moim sposobem na wychodzenie z roli. I z czasem rzeczywiście rola zamieniła się w kostium – zdejmowałam ją, strząsałam i wracałam do siebie.
Czy w którymś momencie zaczęłaś słuchać siebie bardziej niż kogokolwiek innego, przestałaś budować poczucie bezpieczeństwa na kimś, a zaczęłaś na sobie?
Tak. I była to długa droga. Moje życie nigdy nie było liniowe. W relacjach przez wiele lat byłam osobą, która inwestowała wszystko – w miłość, w mężczyznę, w związek. Wierzyłam, że jeśli będę wystarczająco oddana, jeśli całą energię włożę w „nas”, to szczęście stanie się wspólne. Oddawałam relacji bardzo dużo miejsca, bardzo dużo uwagi. A potem przychodziło rozczarowanie. Bo nie da się oprzeć własnego życia na kimś drugim. Nie da się złożyć siebie w ofierze z nadzieją, że druga osoba poniesie to dalej. I myślę, że przez długi czas było mi z tym szczególnie trudno także dlatego, że wychowałam się w domu, w którym miłość była czymś bardzo stabilnym. Moi rodzice są razem od ponad czterdziestu lat. Ich historia jest prosta i piękna – mama i tata, wspólna droga, wspólne życie. Widziałam ten model od dziecka i bardzo go szanowałam. A moje życie potoczyło się inaczej. Były związki, które się kończyły, był jeden mąż, drugi, potem kolejny partner… I czasem naprawdę pojawiało się we mnie takie nieprzyjemne uczucie, jakbym nie do końca mieściła się w tym rodzinnym wzorcu. Jakbym nie potrafiła powtórzyć tej historii, którą moi rodzice przeżyli razem. Dopiero z czasem zaczęłam rozumieć, że ludzie mają różne drogi. Moi rodzice trafili na siebie idealnie, i to jest piękne. Ale to nie znaczy, że każdy człowiek musi powtórzyć ten sam scenariusz. Ja jestem osobą bardzo dynamiczną. Lubię ruch, zmiany, nowe doświadczenia. I musiałam nauczyć się przyjmować tę prawdę o sobie bez poczucia winy. W pewnym momencie naprawdę zapytałam siebie: „Co ja właściwie robię? Dlaczego zawsze stawiam siebie na końcu? Przecież jestem matką, mam rodzinę, mam pracę, mam swoje życie. Dlaczego te proporcje są tak zaburzone?”. I wtedy zaczęłam się sobie uważnie przyglądać. Całej sobie. Ciału, zdrowiu, temu, co jem, jak się ruszam, jak oddycham. Ale też temu, co dzieje się w mojej głowie i w emocjach. To był proces powolnego odzyskiwania siebie. Z czasem zrozumiałam coś bardzo prostego: jeśli sama o siebie nie zadbam, nikt nie zrobi tego za mnie. I w pewnym sensie stałam się dla siebie najlepszą przyjaciółką.
Miłość własna – brzmi to banalnie, a czasami okazuje się najtrudniejszą z miłości. Czym ona dla ciebie jest? Samoakceptacją? Dyscypliną? Czułością wobec siebie?
To nie jest narcyzm ani zachwyt nad sobą. To odpowiedzialność. To umiejętność spojrzenia na siebie z wielu stron – także tych niewygodnych – i zaakceptowania faktu, że się zmieniam. Że nie jestem tą samą kobietą, którą byłam pięć czy dziesięć lat temu. Że mam cienie, słabości, że czasem się mylę. Ale to ja mam ze sobą spędzić całe życie. Więc wolę być dla siebie życzliwa i wymagająca jednocześnie, a nie surowa i zależna od czyjejś aprobaty.
A kiedy w relacji pojawia się napięcie, kim jesteś częściej – tą, która uspokaja przestrzeń, czy tą, która sama potrzebuje ukojenia?
Najczęściej uspokajam. To jest chyba coś, co mam w sobie od zawsze. Podczas konfliktu pierwszym odruchem nie jest dla mnie obrona ani atak, tylko próba zobaczenia, co naprawdę się wydarzyło. Wiem z doświadczenia, że większość napięć można rozbroić rozmową, czasem nawet odrobiną humoru. Kiedy pojawia się spór, mówię to, co myślę, ale nie przywiązuję się kurczowo do racji. Wypowiadam słowo i pozwalam mu wybrzmieć. Ono rezonuje albo nie – to już nie jest całkowicie w mojej mocy. Nie muszę wygrywać. Z wiekiem zrozumiałam, że w relacjach wygrana bardzo często oznacza czyjąś przegraną, a to rzadko buduje bliskość. Dużo bardziej interesuje mnie zrozumienie. Jeśli druga osoba jest gotowa rozmawiać, zawsze znajdzie się jakaś droga. A jeśli nie – uczę się przyjmować również to. Nie mamy wpływu na wszystko, co dzieje się między ludźmi. I to przyjęcie granic własnej sprawczości też jest formą spokoju.
Powiedziałaś kiedyś, że spokój bywa ważniejszy niż racja. Czy to znaczy, że harmonia w relacji jest dla ciebie ważniejsza niż triumf w sporze?
Spokój nie jest dla mnie ciszą ani unikaniem napięcia. To nie jest też bycie miłą za wszelką cenę. Raczej pewien wewnętrzny ład – poczucie, że różne elementy mogą współistnieć bez potrzeby dominacji. Nie muszę nikogo przekonywać ani udowadniać swojej racji, żeby wiedzieć, kim jestem. Konflikty mnie męczą, bo bardzo szybko zaczynają rozbijać tę równowagę. Oczywiście potrafię wejść w spór – czasem nawet robię to trochę aktorsko, jak ćwiczenie dynamiki rozmowy. Ale w środku zawsze bardziej interesuje mnie zrozumienie niż wygrana. Kiedy ktoś podnosi głos, zatrzymuję tę chwilę i nazywam ją. Pytam: „Czy ty krzyczysz?”. Bo ton potrafi zabić sens słów. I bardzo często ludzie nawet nie wiedzą, że zaczęli krzyczeć. Wtedy napięcie opada. Spokój zaczyna się od uważności – od momentu, w którym ktoś wreszcie dostrzega, co naprawdę się dzieje między nami.
Czy w którymś momencie zrozumiałaś, że dla zachowania własnego spokoju trzeba czasem odejść – nawet z relacji, w której było uczucie?
Tak. I to było trudne doświadczenie. Przez wiele lat wierzyłam, że jeśli w relacji jest miłość, to wszystko można naprawić. Że wystarczy więcej rozmowy, więcej zrozumienia, więcej dobrej woli. Ale z czasem zobaczyłam, że są dynamiki, których nie da się uzdrowić samą intencją. Kiedy w relacji zaczyna pojawiać się przemoc – nie tylko fizyczna, ale też psychiczna, oparta na rywalizacji, podważaniu, próbie dominacji – wtedy coś w środku mówi mi bardzo wyraźnie: to nie jest miejsce dla ciebie. Kiedyś trwałam w takich sytuacjach dłużej, próbując wszystko naprawić. Dziś wiem, że nie każdą relację da się uratować. Spokój nie jest ucieczką. Jest wyborem środowiska, w którym można oddychać. Jeśli w jakiejś przestrzeni zaczyna brakować powietrza, trzeba mieć odwagę wyjść – nawet jeśli oznacza to stratę. Bo dopiero wtedy naprawdę wraca się do siebie.
Macierzyństwo wzmocniło twój spokój czy raczej wprowadziło permanentne drżenie pod skórą?
Macierzyństwo jest paradoksem. Z jednej strony to największa miłość – taka, która zakorzenia. Poczucie, że żyję naprawdę. Że stoję twardo na własnych nogach. Poczucie, że jestem potrzebna, odpowiedzialna, wspierająca. Z drugiej strony wraz z narodzinami dziecka rodzi się lęk – i już zostaje. Niezależnie od wieku dziecka. To jest ten rodzaj troski, którego nie da się wyłączyć. Ale tak… dopiero kiedy zaczęłam być mamą, dotarły do mnie prawdziwy spokój i poczucie ważności tej relacji.
Czego musiałaś przestać się bać, żeby odzyskać równowagę?
Musiałam przestać się bać swojej zmienności. Swojej potrzeby wolności. Tego, że jestem osobą dynamiczną, że kocham nowe bodźce, inspiracje, że trudno mnie zamknąć w jednej definicji. Jak wspomniałam, pochodzę z domu, w którym rodzice są ze sobą czterdzieści sześć lat. Stabilność była normą. A moje życie bywało falą – związki się zaczynały, kończyły, zmieniały. I długo czułam się winna, jakby to świadczyło o jakiejś wadzie. Musiałam zrozumieć, że taka jestem. Że to nie jest zepsucie, tylko temperament. W pracy i w świecie zewnętrznym jestem ekspresyjna, dynamiczna, eksplorująca. W domu, w relacji z samą sobą, potrzebuję ciszy i skupienia. Nie chodzę na jogę grupową, nie uczę się języka w grupie. Wewnętrzne rzeczy robię samotnie. A z ludźmi lubię intensywność, entuzjazm, ruch. To nie jest sprzeczność. To dwa bieguny tej samej osoby.
Gdybyś jednym zdaniem miała określić, czym jest spokój w twoim życiu – nie definicją, ale obrazem – co by to było?
Spokój to pestka. Mała, twarda, ukryta w środku. Z niej wszystko wyrasta. Kiedy jestem w tym miejscu – w tej pestce – czuję się częścią świata. Jestem zakorzeniona. Nie muszę się spieszyć, nie muszę nikogo oceniać ani niczego udowadniać. To jest ten lekki, delikatny uśmiech posągu Buddy – nie triumf, nie ekstaza, tylko ciche „jest dobrze”. I świadomość, że wszystko przemija. Więc jeśli teraz jest dobrze, to wystarczy.
KAMILLA BAAR
Aktorka, która zawsze bardziej interesowała się prawdą emocji niż powierzchnią roli. Od początku drogi zawodowej porusza się między sceną a kamerą, budując postaci skupione, intensywne, oparte na precyzyjnej pracy z ciałem i oddechem. Na scenie występowała m.in. w Teatrze Narodowym w Warszawie, Teatrze Studio i Polonia, a szerokiej publiczności zapisała się w pamięci dzięki rolom w popularnych serialach, takich jak Na dobre i na złe. Wychowana w domu, w którym dyscyplina spotykała się z wrażliwością. Być może dlatego w jej życiu równie ważne jak aktorstwo stały się praktyki, które przywracają równowagę – joga, medytacja, praca z oddechem. Mówi o nich nie jak o modzie, lecz jak o codziennym ćwiczeniu uważności. Potrzebie pozostania w kontakcie z własnym środkiem ciszy.
Smutek jest prosty. Ma w sobie oczywistość spadającego kamienia. Kiedy coś się kończy, kiedy ktoś znika, kiedy ciało odmawia posłuszeństwa albo przyszłość przestaje się pięknie rysować – smutek po prostu jest. Nie trzeba go zapraszać. Nie trzeba go rozumieć. Przychodzi sam i często daje poczucie porządku: to boli, więc to było ważne. Radość jest bardziej skomplikowana. Nie ma w niej tej samej logiki. O radość trzeba się postarać. Zwłaszcza wtedy, gdy niewiele jest powodów, by się cieszyć. Radość trudna nie przypomina tej z pocztówek. Nie ma w niej fajerwerków ani wielkich deklaracji. Jest raczej jak światło zapalone w sąsiednim pokoju – nie ogrzewa całego domu, ale mówi, że nie jesteś w całkowitej ciemności. To radość małych zgód: że wypiję kawę, choć dzień jest ciężki. Że wyjdę na spacer, choć nie mam na nic ochoty. Że spotkam się z kimś, choć łatwiej byłoby zostać samemu. W takich momentach radość nie jest uczuciem. Jest czynnością. Praktyką. Uwagą. Zauważeniem czegoś, co nie jest stratą. Czegoś, co jeszcze trwa. I to „jeszcze” ma ogromne znaczenie. Radość po stracie bardzo często kroczy obok smutku. Nie zamiast niego. Można być w żalu i jednocześnie doświadczyć czegoś dobrego. To nie jest sprzeczność. To jest dorosłość emocjonalna. Dzieci myślą zero-jedynkowo: albo jest dobrze, albo źle. Dorośli wiedzą, że życie bywa jednocześnie ciężkie i czułe. Dlatego radość po trudnych doświadczeniach jest inna. Mniej naiwna. Bardziej oszczędna. Nie krzyczy. Czasem nawet nie ma w niej śmiechu. Bywa spokojem. Chwilą, w której nie ma lęku. Momentem, gdy człowiek myśli: „Teraz nic nie muszę”. I to jest wszystko. Radość nie jest brakiem lojalności wobec bólu ani wobec tych, których już nie ma. Jest sposobem, by nie oddać całego życia cierpieniu. I może to jest najuczciwsze zdanie o radości: ona nie obiecuje, że będzie dobrze. Ona mówi tylko: „To życie jeszcze się nie skończyło”. I czasem, zwłaszcza w najciemniejszych momentach, to jest wystarczający powód, żeby wstać, otworzyć okno, nalać kawy i zostać jeszcze chwilę.
„Życie jest straszne, ale ja postanowiłem, że będzie piękne” – napisał Bohumil Hrabal. Psychologowie egzystencjalni mówią, że sens i radość nie są stanem, tylko aktem woli. Czy dziś, na tym etapie życia, radość jest dla pani bardziej decyzją, wysiłkiem, formą odpowiedzialności wobec samej siebie i życia, czy czymś, co mimo wszystko wciąż przychodzi naturalnie?
Kiedyś, bardzo dawno temu, miałam takie młodzieńcze przekonanie, że każdy dzień powinien być wyjątkowy, że coś musi się samo wydarzyć, choćby drobiazg, kwiatek, telefon, spotkanie, cokolwiek, żeby ten dzień się domknął i miał sens. Żeby ten dzień był inny niż pozostałe, po prostu uroczysty. Dziś myślę trochę inaczej. To zdanie Hrabala brzmi jak paradoks, a przecież takie jest życie – straszne i piękne naraz. Dla mnie to nie jest decyzja raz podjęta, tylko nieustanny wybór, który trzeba powtarzać każdego dnia. Po śmierci dziecka, po odejściu ukochanego męża łatwo byłoby powiedzieć: „Świat się skończył”. I tak naprawdę skończył się ten świat, który znałam. Ale zarazem wciąż trwa inny. Człowiek nie ma wpływu na to, co się wydarza – rak, śmierć, rozstania, choroby. Ma jednak wpływ na to, czy spojrzy w twarz nieszczęściu i zdecyduje, że mimo wszystko podniesie się rano z łóżka. To nie jest heroizm, a raczej akt codziennej pokory. Zrobić kawę. Odpowiedzieć na telefon. Wyjść na scenę. Uśmiechnąć się do wnuka. W tym prostym geście jest zawarta cała decyzja – życie, choć straszne, może być piękne, bo jeszcze jest. Więc tak, uczynienie życia pięknym to decyzja. Nie triumfalna, nie łatwa, ale cicha i uparta. Decyzja, by wśród ruin wciąż zobaczyć choć jeden ocalały kolor.
Na szczęście mam w sobie radość genetyczną. Jestem pogodna, wesoła, kocham dowcip, dobry humor, i to jest coś, czego nie chcę się wyzbywać i nawet nie próbuję. Ale jednocześnie, kiedy zderzam się z ciężkimi przeżyciami, a ostatnio ich przecież nie brakuje, to wiem, że jeśli w moim życiu ma być jakaś radość, nie mogę sobie pozwolić na pogrążenie się. Jest w tym jakaś odpowiedzialność, przekonanie, że trzeba coś zrobić, żeby się w tym nie utopić, bo życie jest takie, jakie jest, i gramy kartami, jakie nam rozdano.
Powiedziała pani, że urodziła się z radością, jakby była częścią wyposażenia na start. Czy pamięta pani tę radość z domu rodzinnego, z dzieciństwa, mimo że to przecież nie było życie usłane różami?
W naszym domu zawsze były dowcip i humor. Robiliśmy sobie żarty, śmialiśmy się, opowiadaliśmy historie – i to było coś naturalnego, jak oddech. Ta energia bardzo wcześnie przeniosła się we mnie na muzykę, scenę, sposób bycia. Do dziś ludzie mówią, że jest we mnie radość, pogoda, jakaś lekkość. I to prawda – taka jestem. Ale mam też świadomość, że ten humor i energia często były sposobem na to, by przykryć własne smutki, trudne doświadczenia, własne tragedie. Przynajmniej przed światem. Moje dzieciństwo nie było łatwe. Kiedy miałam siedem lat, ojciec wyszedł z domu i już nie wrócił. Odszedł do innej kobiety. Niby żył, gdzieś istniał, ale w naszym domu go nie było. A to jest rodzaj straty, której dziecko nie potrafi nazwać, ale którą bardzo intensywnie czuje. Brakuje codziennej obecności, zapachu papierosów, śmiechu, czegoś, co było oczywiste i nagle przestało być. Mama została sama z trójką dzieci i dźwigała ogromny ciężar. I wtedy właśnie objawił się jej niezwykły dar. Wszystko próbowała przykryć fantazją, dowcipem, radością. Łaskotała nas, wymyślała historie, robiła z najzwyklejszych drobiazgów małe przedstawienia. Była artystką w codziennym życiu i tym wesołym twórczym duchem nas chroniła. Dzięki niej nauczyłam się, że radość nie zawsze jest luksusem, czasem jest strategią przetrwania. Myślę, że kiedy zaczyna się życie od braku, bardzo wcześnie rozumie się jedną rzecz: że pełnia nie istnieje. Że zawsze czegoś będzie brakowało. Pytanie brzmi tylko, czy ten brak człowieka złamie, czy nauczy żyć uważniej, intensywniej. Ja nauczyłam się żyć. Ale to nie znaczy, że bolało mniej.
W psychologii mówi się o „żałobie nieuznanej” – kiedy tracimy kogoś, kto żyje, ale już do nas nie należy. Pani dzieciństwo było naznaczone właśnie taką żałobą, której nikt nie nazywał żałobą… Jakim domem było pani dzieciństwo?
To był dom przesiąknięty muzyką i fantazją. Babcia Felicja – ukochana, zawsze obecna – miała trzy siostry i brata, a wszyscy grali na fortepianie i śpiewali. Rodzina przez lata mieszkała w Berlinie, dlatego wszyscy mówili biegle po niemiecku, francusku i angielsku. Babcia do końca życia, podliczając codzienne zakupy, liczyła tylko po niemiecku. Zawsze mnie to zachwycało, gdy słyszałam jej: Sechsunddreißig, dreiundsiebzig… Babcia była kobietą twardą, spokojną i opanowaną. Mama jej przeciwieństwem – pełna wyobraźni i niezwykłego poczucia humoru. Pamiętam, jak po zbudowaniu Pałacu Kultury w 1955 roku oznajmiła mi z powagą, że należy on do naszej rodziny. Uwierzyłam w to bez wahania. Kiedy zabrała mnie i braci na wycieczkę, weszłam do środka jak do własnego domu. Zapytałam tylko, dlaczego po naszych pokojach kręcą się obcy ludzie. Mama odpowiedziała, że pozwalamy im zwiedzać. Ojciec, choć z wykształcenia ekonomista, był artystą z krwi i kości – grał na fortepianie jak zawodowiec. Był człowiekiem niezwykle cenionym, lubianym, charyzmatycznym. Kobiety, jak to się mówiło, mdlały na jego widok. Ale właśnie ten urok, szarm i powodzenie okazały się jego wadą – zostawił matkę z trójką dzieci i odszedł do innej kobiety.
Porzucenie przez ojca to strata, którą nosi się w sobie do końca życia?
Właściwie do dziś jestem takim porzuconym dzieckiem. Myślę, że moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej, gdyby tata nas nie opuścił. Jego odejście sprowadziło na nas czasy wielkiej biedy. Ale to nie był akt nagły. On odchodził powoli, krok po kroku. Jako dzieci widzieliśmy, że rodzice coraz bardziej się od siebie oddalają. Nie było już przytuleń, były za to awantury. Mama wyrzucała przez okno kwiaty, które ojciec przynosił, pewnie na przeprosiny. Pamiętam jego ostatni dzień w domu. To było tuż przed Wielkanocą. Chciał chyba zrobić coś dobrego, zostawić po sobie ślad – postanowił pomóc mamie w myciu okien. W naszym mieszkaniu na MDM-ie były charakterystyczne lufciki. Stałam na korytarzu, gdy ojciec zanosił lufcik do wanny. Z łazienki dobiegał szloch mamy. Wtedy wiedziałam, że to ten moment. Napisałam do niego karteczkę: „Możesz mnie nie lubić, tato, ale ja cię już nie kocham”. Położyłam ją na podłodze, wierząc, że ją zauważy, podniesie, przeczyta, że coś się w nim poruszy i zostanie. Wyobrażałam sobie, że wrócimy do bycia rodziną. A on przeszedł po niej i wyszedł, nie oglądając się za siebie. Drzwi zamknęły się na zawsze.
Potem przez lata prawie nie mieliśmy kontaktu. Nie chciałam go znać.
Owszem, w pamięci zostało kilka jasnych obrazów, ale to były raczej wyjątki niż reguła. Siedzimy razem w kinie na Bambim, ja wtulam się w fotel, jeszcze dziecko, a on obok – obecny, choć przecież tak rzadko. Albo wakacje w górach: ojciec nagle przyjeżdża, wieś cała się zbiega, z desek sklecono scenę, gra orkiestra, a on wyciąga do mnie rękę. Idziemy tańczyć – ja maleńka, on wysoki. Cała wieś patrzy, nawet owce stoją w kręgu jak publiczność. A potem całuje mnie w dłoń – gest tak uroczysty, jakbyśmy grali w jakimś przedstawieniu. I może właśnie tak było: przedstawienie zamiast bliskości.
Ale prawdę mówiąc, bardziej pamiętam jego nieobecność. Tę pustkę, która była w domu zamiast ojca. Mama wpadła w depresję. Miała trzydzieści dwa lata, była przepiękną kobietą o długich do pasa rudych włosach i została sama z trójką dzieci. Musiała zacząć pracować. Łapała się wszystkiego – sprzątała u ludzi, szyła, szydełkowała, obdarzona talentem artystycznym, robiła na drutach filcowe figurki, kapcie. Potrafiła uszyć cuda z niczego. Pamiętam nocny stukot maszyny do szycia, kiedy przerabiała ubrania – ze starszego brata na młodszego, swoje na mnie. Pamiętam też, jak brat Alek przyniósł kiedyś z Hybryd belę srebrnego papieru. Mama uszyła mi z niego strój – spódnicę i bolerko. Jednorazowy, bo z papieru, ale wyglądałam zjawiskowo. Nawet gdy zaczęłam występować, wciąż mogłam liczyć na stroje szyte przez mamę.
Musiało być jej ciężko…
Nasza ukochana babcia Felicja dużo nam pomagała. Wstawała o czwartej rano, żeby zdążyć do pracy w kiosku Ruchu. Po powrocie gotowała niemieckie eintopfy – wielki gar pożywnej zupy z mięsem i warzywami. Na kolację przygotowywała piramidy kanapek z przezroczystymi plasterkami wędliny. Masło było luksusem – babcia kupowała kostkę masła i margaryny, mieszała je, żeby starczało na dłużej. Patrzyłam z zachwytem na domy koleżanek – kryształową paterę Małgosi z ptasim mleczkiem czy mieszanką wedlowską, która nigdy się nie kończyła. U innej koleżanki zawsze było masło w lodówce. Czasem chodziłam z nią na wagary tylko po to, żeby najeść się masła. Ale bardziej od biedy, która na nas spadła, bolało to, że wraz z odejściem ojca zniknął również fortepian. Krótki, koncertowy, idealny do mieszkania – dźwięk jego klawiszy niósł się po całym domu. Na nim uczyliśmy się grać, mieliśmy prywatne lekcje, wierzyliśmy, że muzyka ocali choć kawałek naszego dzieciństwa. Pewnego dnia przyszło jednak dwóch mężczyzn i wyniosło go bez słowa. Została po nim cisza, cięższa niż brak ojca. Od tej pory musieliśmy chodzić do sąsiadki, która z litości pozwalała nam ćwiczyć na pianinie, ale i to wkrótce się skończyło – lekcje stały się luksusem, na który nie było nas stać.
Kiedy nie mogło już być prywatnych lekcji, a fortepian został zabrany, muzyka mogła przecież ucichnąć. A jednak została z panią na zawsze. Kto wtedy stał się dla pani nauczycielem – kto podtrzymał w pani ten płomień?
Brat Aleksander. Najzdolniejszy z nas. Śpiewaliśmy we trójkę wszędzie – na ulicach, w tramwajach, autobusach. Nie dla pieniędzy, ale dlatego, że muzyka była w nas. On nadawał ton, my się przyłączaliśmy. Potem śpiewaliśmy również za pieniądze. Muzyka mnie wessała. To był mój świat, moja ucieczka.
Psychologowie piszą, że niedostatek może stłumić indywidualność, a jednak u was w domu był jej nadmiar – stroje, przebieranki, harce. Mam wrażenie, że pani mama zamieniała biedę w teatr, żeby ocalić waszą wyobraźnię.
Potrafiła stworzyć nam bajkę w szarości. Choć przecież sama była kolorowym, skrzywdzonym ptakiem, któremu wyrwano skrzydła. Musiała udźwignąć samotność i nas. Czasem miałam do niej żal – że nie mam normalnego dzieciństwa, że muszę pomagać, że mnie nie docenia. A teraz, im jestem starsza, tym bardziej ją podziwiam i jestem jej wdzięczna. Zresztą to ona nauczyła mnie tej wdzięczności. Pamiętam, jak ciułaliśmy z rodzeństwem przez cały rok pieniądze, żeby kupić coś na Gwiazdkę mamie i babci. Mieliśmy zeszyt w kratkę, w którym w specjalne rubryki wpisywało się kwoty wpłacone do wspólnego banku. Mama nawet pomagała nam zarabiać – wymyśliła „łaskotanie”, po 50 groszy i po złotówce. Za 50 groszy – łaskotanie do trzech, za złotówkę – do dziesięciu. Alek zwyciężał, bo mógł wytrzymać pół godziny, a Jarek miał straszne łaskotki, ledwie 50 groszy mu się uciułało. A mnie wciąż powtarzała: „Pamiętaj, że jesteś wielką artystką”. Bałam się tego, bo czułam, że nie sprostam. Była wobec mnie bardzo krytyczna, oszczędna w pochwałach. Nawet gdy odnosiłam sukcesy, potrafiła powiedzieć tylko: „Stać cię na więcej”. W młodości bolało mnie to, brakowało mi słów zachwytu. Czasem bałam się dzwonić po koncercie, bo wiedziałam, że usłyszę uwagi. Ale z dzisiejszej perspektywy wiem, że ta krytyka była jej sposobem wspierania mnie. To była jej forma wiary w to, że mogę więcej, że nie powinnam się zatrzymywać.
Czy dziś widzi pani w tej radości mamy rodzaj emocjonalnej ochrony, daru, który był ważniejszy niż pieniądze i stabilność?
Dzisiaj widzę to bardzo wyraźnie. Ta wymyślona bajkowa historia z Pałacem Kultury była dokładnie takim darem, ochroną, czymś, co nie było materialne, ale ogromnie ważne. To był sposób na to, żebyśmy mieli poczucie, że coś do nas należy, że nie jesteśmy całkiem bezbronni. Mama oczywiście bywała smutna, widziałam ją płaczącą, raczej w ukryciu, za drzwiami, bo nie lubiła tego robić na widoku. I myślę, że ona też musiała się o tę radość starać, że była jej potrzebna, żeby się ukoić.
A dziś, kiedy życie jest jednocześnie piękne i bardzo trudne, skąd bierze pani radość, kiedy wstaje pani rano?
Dzisiaj nie czuję się żadnym źródłem radości ani kimś, kto mógłby cokolwiek podpowiadać, ale wiem jedno – mimo wszystko jestem otoczona ludźmi, którym na mnie zależy. Jest moja córka, są wnuki, które doprowadzają mnie do miłosnego szaleństwa, jest praca, są spotkania z muzykami i kiedy jestem z nimi, naprawdę staję się innym człowiekiem. A kiedy jestem sama, co niestety zdarza się najczęściej, oglądam filmy, skaczę po kanałach, czasem trafi się coś dobrego, czasem nie, czasem nawet głupie komedie potrafią mnie uratować, szczególnie włoskie, i to też jest jakaś forma trzymania się życia. Ale kategorycznie wystrzegam się polityki, wystrzegam się też tych wszystkich wszechwiedzących dietetyków i lekarzy, którzy co chwilę straszą ludzi, że wszystko prowadzi do choroby i cierpienia, bo to naprawdę działa jak topór wiszący nad głową. Raz mleko jest dobre, raz złe, raz mięso wolno jeść, raz absolutnie nie, i człowiek zaczyna mieć wrażenie, że cokolwiek zrobi, to i tak będzie źle. A to bardzo szybko wpędza w niechęć do życia. Ja tego nie chcę. Ja wolę rzeczy proste, życiowe, ludzkie, takie, które nie odbierają apetytu na istnienie.
Często mówimy, że radość mieszka nie w wielkich wydarzeniach, ale właśnie w małych momentach. Kiedy wstaje pani rano, jest szaro, cicho, jest pani sama w domu – gdzie wtedy szuka pani tych drobnych punktów zaczepienia, które pozwalają nie opaść z sił?
Te radości są drobne i bardzo konkretne. Cieszy mnie, że mogę nakarmić dwa bezdomne koty, które codziennie do mnie przychodzą. Radość to kawa wypita w ulubionej filiżance. Może to brzmi banalnie, ale kiedy ją sobie zrobię, usiądę z nią i spokojnie piję, to jest po prostu dobrze. Mam mały, niewyszukany ekspres. Kapsułka, czarna kawa. Bez pianek, bez smaków. Czasem u córki albo u fryzjera, gdzie mają piękne duże ekspresy, czuję różnicę. Wiem, że ona jest. Ale nie jest mi to potrzebne. Ta kawa jest mi po prostu potrzebna do życia. Włosi mówią, że w życiu liczą się trzy rzeczy: mangiare, dormire i chiavare, czyli jedzenie, odpoczynek i „bliskość”. I w tej prostej filozofii odnajduję prawdę o radości, która nie jest ani wzniosła, ani spektakularna, ale za to niezbędna. Mangiare to nie tylko jedzenie, lecz smakowanie, przyjemność biesiadowania, zapachy, wszystko, co się z tym wiąże. Dormire to nie tylko sen, ale odpoczynek, regeneracja, dbanie o siebie. A chiavare to nie tylko seks, lecz przede wszystkim poczucie bycia kochanym, bliskość, czułość. Człowiek nie musi być kochany na zabój, nie musi mieć gitarzysty pod oknem przez cały dzień, ale musi czuć, że gdzieś tam jest jakieś uczucie. Bez tego bardzo trudno żyć.
Jest jeszcze jeden drobiazg, który dużo mówi o relacji z samą sobą. Omijanie luster. To jest taki mój codzienny rytuał ochronny. Czasem idę przodem, czasem bokiem, czasem robię mały objazd przez salon, żeby nie przechodzić wprost. Nie zawsze, raczej instynktownie. Nie jestem z siebie zadowolona i lustra mnie męczą. I to też jest forma troski o samopoczucie. Taka, która pozwala zachować trochę siły na dzień. Jest też powitanie z obrazami bliskich osób, z twarzą mojej córki, z twarzą mojego męża. Z nią zawsze jest bardzo czule. A z nim bywa różnie. Czasem mówię mu: „Jakiś ty piękny facet”, a czasem potrafię powiedzieć rzeczy zupełnie nie z tej ziemi. Takie, których potem sama się trochę wstydzę. Mówię: „Ty teraz sobie odpoczywasz, a ja sama muszę się z tym wszystkim uporać. Jak mogłeś mnie z tym zostawić?”. I wiem, że to nie jest sprawiedliwe, ale tak bywa. A potem przychodzą wieczory. I wieczory potrafią być okrutne dla osoby, która jest samotna, schorowana i ma przy każdym temacie listę zakazów. Czekolady nie. Alkoholu nie. Papierosów nie. Kawy nie. Męża nie. I nagle robi się taka trudna do nazwania pustka.
I co wtedy?
Wszystko zależy od tego, jak się o tym pomyśli. Jeśli pomyśli się o tym jak o gruzach, to można tylko siedzieć i płakać. Ale można też spróbować spojrzeć na to inaczej, z odrobiną humoru, powiedzieć sobie: „No dobrze, przynajmniej mam święty spokój”. To nie jest jeszcze radość, ale jakiś sposób, żeby się całkiem nie rozsypać.
Anna Seniuk powiedziała mi kiedyś, że scena to jedyne miejsce, w którym przez dwie godziny czuje się zdrowa. Czy dla pani scena jest podobną przestrzenią – chwilami, w których znika zmęczenie i pojawia się radość?
W dniu koncertu jeszcze przed próbą bywam w fatalnym stanie, rozbita, zmęczona, w złym nastroju. Moja asystentka Sławka dobrze to widzi. Mówi potem: „Wie pani co, jak pani wyszła do pierwszej piosenki, zbaraniałam. Byłam przekonana, że pani dzisiaj w ogóle nie wyjdzie”. Taki był nastrój. Taki był stan. I to się wcale nie dzieje bez wysiłku. Ale scena ma w sobie coś szczególnego. Ten pierwszy kontakt z publicznością, ta obecność ludzi, to jest coś bardzo miłego, bardzo energetycznego, wręcz pożywnego. Nie powiem, że bóle znikają. One nie znikają. Ale przestają być w centrum. Przestaje się na nie patrzeć z taką uwagą. Ciało nie znika, ale przestaje dyktować wszystko. I wtedy można iść dalej. Ogromnie dużo daje mi też reakcja publiczności. To jest jeden z powodów, dla których wciąż wychodzę na scenę, nawet kiedy fizycznie jest bardzo trudno. Tydzień po pogrzebie mojego męża stanęłam na scenie i sama nie wiedziałam, czy to wypada. Pytałam o to. Wahałam się. Ale wiedziałam, że ludzie czekają. I w tych brawach czuję nie tylko radość – czuję serdeczność, współczucie, wsparcie. To nie jest łatwa radość. Ale ona pozwala nie wypaść z życia.
To stąd bierze pani siły?
Jeśli chodzi o siły fizyczne, to ja ich po prostu nie mam. Mówię to wprost. Jestem w trakcie leczenia onkologicznego, ciągle na chemii, i to bardzo osłabia. Nie ma nordic walkingu, nie ma biegania, nie ma żadnych cudownych metod. Skąd więc siła? Chyba głównie z poczucia obowiązku. I z rozmów z samą sobą. Ja bardzo dużo do siebie mówię. Czasem depresyjnie, czasem stanowczo. Mówię sobie: teraz wstaniesz, pójdziesz, podlejesz, zamieciesz, zrobisz jedną rzecz, potem drugą. I tak się sama do tego zmuszam. To nie jest żadna heroiczna metoda. Po prostu wiem, że siły nie da się pożyczyć od kogoś. Trzeba ją wydobyć z siebie, nawet jeśli jest jej bardzo mało.
A zdarza się pani pomyśleć: „Nie jadę, mam dość, zostaję”? I co wtedy wygrywa – zmęczenie czy odpowiedzialność?
Tak, oczywiście, że się zdarza. Myślę sobie: „Nie jadę”. I to jest prawdziwa myśl. Ale ona zawsze zostaje tylko myślą. Mam doświadczenie i wiem, że za tym wyjazdem stoi mnóstwo ludzi – nie tylko muzycy, ale organizatorzy, techniczni, ci, którzy zrobili plakaty, i przede wszystkim ci, którzy kupili bilety. Ja nie mogę ich zawieść. Po prostu nie ma mowy.
W Trzech kolorach. Niebieskim Krzysztofa Kieślowskiego bohaterka po stracie wybiera pustkę i odcięcie jako sposób przetrwania, a życie wraca do niej bocznymi drzwiami, przez muzykę i relacje. Pani doświadczyła i izolacji po jednej stracie, i trwania przy życiu po drugiej. Czy dziś widzi pani, który z tych sposobów jest bliższy radości, czy raczej nie ma tu żadnej hierarchii?
Nie potrafię tego wartościować. Wydaje mi się jednak, że kontakt z ludźmi jest niezwykle ważny w każdej sytuacji. Izolacja, odcinanie się od przyjaciół, pracy, od świata, od ludzi, tylko nas osłabia. Człowiek musi się wygadać, pożalić. Albo posłuchać innych. Czasem porównanie własnego problemu z cudzym daje ulgę, czasem ktoś mówi coś i nagle myślisz: „Boże, ja się tym przejmuję, a przecież są rzeczy o wiele trudniejsze”. Albo odwrotnie, słyszysz kogoś i odkrywasz, że czujesz dokładnie to samo, tylko nigdy nie miałaś odwagi o tym powiedzieć. Samotność w przeżywaniu jest bardzo zła. Kiedyś były domy wielopokoleniowe, rodziny się w nich wspierały. To był doskonały system dla człowieka, od dzieciństwa aż po starość, i on gdzieś zanikł. Znany jest nam obrazek: panie siedzą zajęte robótkami i rozmawiają. I w tych rozmowach wypływa wszystko – problemy, lęki, żale. Ciężar, którego warto się pozbyć. Dziś bardzo nam tego brakuje.
Jak pani myśli: radość i smutek mogą istnieć jednocześnie czy jednak się wykluczają?
Nie wykluczają się absolutnie. W życiu może dziać się coś bardzo trudnego, a jednocześnie może się wydarzyć coś miłego. To trudne nie znika, jest gdzieś pod spodem, jest kluczowe, ale to nie znaczy, że nie ma miejsca na inne emocje. To nie jest tak prosto jak u dziecka, że nie ma łopatki, a potem ma łopatkę i jest szczęśliwe. U dorosłych wszystkie barwy, wszystkie emocje są obecne naraz.
A czy radość po wielkiej stracie jest inna? Mniej naiwna, bardziej uczciwa, a może po prostu już nie jest radością w klasycznym sensie?
Po mojej ostatniej stracie, stracie męża po czterdziestu dwóch latach wspólnego życia, nie odczuwam już pełnej radości. Mówiłam o tych małych elementach, drobiazgach, które można sobie składać, żeby jakoś funkcjonować. Ale ogólnie jestem jednym wielkim żalem. To jest bardzo dobre określenie. Jest przepotwornie żal.
W psychologii żałoby mówi się czasem, że strata nie znika, tylko „idzie obok”, każdego dnia. Czy to poczucie, że wszystko, co miało się jeszcze wydarzyć, zostało już definitywnie odebrane, jest dziś dla pani stałym tłem życia?
Tak. Każdy dzień, który mogliśmy jeszcze spędzić razem, a już go nie spędzimy, jest jak coś wyraźnie napisanego na horyzoncie: „nigdy”. To słowo jest tam cały czas. Ono mi stale towarzyszy i nie widzę światełka w tunelu. Wiem, że już niewiele się w moim życiu wydarzy, nie popłynę jachtem, nie polecę balonem, nie będę znowu zakochana. Wiem, że to się nie stanie. Gdy Dżindżi był ze mną, to na przykład naszą wielką radością były spacery do Parku Dreszera w Warszawie. To było niby nic. Po prostu wychodziliśmy, szliśmy spokojnym krokiem, mieliśmy swoją ławeczkę, swoje rozmowy, swoje milczenia. Regularnie tam chodziliśmy i to była nasza wielka radość. Było w tym coś bardzo prostego i bardzo pełnego. Mieliśmy mnóstwo wspólnych radości – wnuki, muzykę, podróże, nawet zwykłą jazdę samochodem. To wszystko było radością.
A jeśli dziś miałaby pani nazwać radość możliwą – nie tę utraconą, ale taką, która jeszcze mogłaby się wydarzyć – czego by pani chciała najbardziej?
Chciałabym spokoju. Prawdziwego wewnętrznego spokoju. Takiego, w którym nie jestem ciągłym strachem, obawą, że coś się nie uda. I że nic nie muszę. Że mogę leżeć pod gruszą i po prostu być. I że to wystarcza.
EWA BEM
Nazywana „pierwszą damą polskiego jazzu”. Debiutowała w zespole Bemibek, ale szybko poszła własną drogą, tworząc styl łączący jazz, swing i poezję codzienności. Na scenie od ponad pół wieku. Jej piosenki – od Podaruj mi trochę słońca po Moje serce to jest muzyk – są świadectwem nie tylko artystycznej kariery, lecz także siły wrażliwości. Kobieta, która doświadczyła strat, jakich nie uniesie żaden papier, a mimo to wraca na scenę i powtarza swoje życiowe motto: „Żyj kolorowo”.
Nie rodzi się z siły, lecz ze zmęczenia. Z tego momentu, w którym człowiek nie może już dłużej kłamać przed sobą samym. Nie ma w niej nic z bohaterskiego uniesienia – to raczej stan graniczny między „nie mogę” a „muszę”. Jak napisał Czesław Miłosz, odwaga jest skutkiem rozpaczy. Kiedy już nie ma nic do stracenia, pozostaje prawda. W literaturze odwaga zawsze jest cicha i samotna. Antygona nie wygłasza manifestu – po prostu robi to, co uznaje za słuszne, wiedząc, że przypłaci to życiem. Raskolnikow w Zbrodni i karze
