Klub Czerwonych Trampek. Klub Czerwonych Trampek - Ana Punset - ebook

Klub Czerwonych Trampek. Klub Czerwonych Trampek ebook

Ana Punset

0,0
29,90 zł

lub
Opis

Lucia, Frida, Bea i Marta są nierozłączne, zawsze były i zawsze będą. Teraz muszą stawić czoła złym wiadomościom - Marta i jej rodzina przeprowadzają się do Berlina. Wygląda na to, że ich świat się zawali... Ale cztery przyjaciółki decydują się założyć klub, który pozwoli im być razem! Do końca świata!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 168




Ana Punset Klub czerwonych trampek ISBN Tytuł oryginału: El club de las zapatillas rojas © 2013, Ana Punset © 2013, Penguin Random House Grupo Editorial, S. A. U. Travessera de Gracia, 47-49. 08021 Barcelona © 2013, Paula González, for the illustrations Tłumaczenie © Wydawnictwo Nowa Baśń 2020 Wszystkie prawa zastrzeżone Redaktor prowadząca Marta Ziegler Redakcja Wioleta Żyłowska Projekt typograficzny i łamanie Jarosław Szumski Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być kopiowana i wykorzystywana w jakiejkolwiek formie bez zgody wydawcy i/lub właściciela praw autorskich. Wydanie 1 Wydawnictwo Nowa Baśń ul. Czechowska 10, 60-447 Poznań telefon 881 000 125www.nowabasn.com Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonał Jarosław Szumski.

1. Prezent na życzenie

Lucíi został do odpakowania jeszcze tylko jeden prezent. Kiedy go otworzyła, nie mogła uwierzyć własnym oczom — fioletowe buty na obcasie zawinięte w ozdobny papier! Domyśliła się, że są od Loreny, obecnej żony jej ojca — jemu przecież nie przyszłoby to do głowy — więc podziękowała jej spojrzeniem. Wreszcie będzie mogła patrzeć na innych z przyzwoitej wysokości i chodzić, kołysząc biodrami na wzór celebrytek z telewizji, jakby to było coś najnormalniejszego na świecie. Miała co prawda dopiero dwanaście lat, ale w tych butach będzie wyglądała na starszą. Tak, chociaż raz Lorena się postarała. Wyszła za jej ojca całe wieki temu, ale rzadko udawało jej się zaskoczyć czymś Lucíę… Mogłaby je założyć na następne spotkanie z dziewczynami w centrum handlowym albo do kina, kiedy pójdą na ostatni film tego przystojniaczka, Jorgego Blanca. Jednak… to nie był ten prezent, na który najbardziej liczyła. To, o czym marzyła, podkreśliła w swoim liście wszystkimi pisakami, jakie trzyma w szufladzie biurka. Nie była już małym dzieckiem, ale dalej pisała listy do Trzech Króli, a jednym z plusów rozstania jej rodziców było to, że teraz rozdzielali między siebie prezenty dla niej i nie kłócili się przy tym (a przynajmniej kłócili się mniej).

Wracając do tematu… Nie rozumiała, dlaczego pod choinką zabrakło tego, na czym najbardziej jej zależało z caaałej listy. Nie znalazła wymarzonego prezentu wśród gwiazdkowych podarunków od mamy i była przekonana, że dostanie go na Trzech Króli od ojca. Ale NIE, jej tata też się nie domyślił… Zmarszczyła swój perkaty nosek i rozejrzała wokół, szukając wzrokiem kolejnego pudełka, które wyglądałoby obiecująco. Podobno nadzieja umiera ostatnia.

A co jeśli…? Wzrok Lucíi spoczął na Aitanie, owocu miłości Loreny i jej ojca. Miała zaledwie sześć lat, a już przypominała istne tornado. Owszem, była bardzo ładna z tymi swoimi złotymi kręconymi lokami i zaróżowionymi policzkami, ale to, co najlepiej jej wychodziło, to psucie rzeczy starszej siostry. Mała stała teraz u stóp choinki i szatkowała opakowania jak niszczarka do papieru. A spod góry śmieci wyglądał niezauważony wcześniej przez Lucíę prezent zawinięty w czerwony papier bez dziecięcych wzorków, które widniały na reszcie rzeczy, które dostała.

NARESZCIE! Nie mogła się mylić, musiał być dla niej… Skoczyła na równe nogi, ale wtedy zobaczyła, że Aitana wyciąga po niego ręce, żeby zrobić z nim to samo, co z resztą. Trzema raczej krótkimi susami (na jakie pozwoliła długość jej nóg) Lucía doskoczyła do prezentu, odepchnęła siostrę i uklękła, żeby go ochronić. Aitana natychmiast wybuchnęła płaczem, jak zawsze, kiedy na coś jej nie pozwalano — zazwyczaj traktowano ją, jakby była pępkiem świata.

— Lucía! — rzuciła Lorena tym swoim głosem mówiącym: „w tym domu ja rządzę”.

Tata Lucíi siedział w jednym z foteli stojących wokół choinki i nie odzywał się, a jego rozemocjonowana żona kręciła się po całym pokoju i pstrykała zdjęcia. I wszystkim wydawała rozkazy:

— Przeproś swoją siostrę!

„Moją siostrę??? Ten rozpieszczony dzieciak nie jest moją siostrą!” — pomyślała Lucía. Pewne rzeczy lepiej jednak zachować dla siebie — w świetle lampek choinkowych Lorena wydawała się jeszcze bardziej najeżona niż zazwyczaj. Nie przejęła się więc reprymendą i skupiła na prezencie będącym jej ostatnią nadzieją. I rzeczywiście, na dołączonej do niego karteczce napisane było wielkimi literami:

Czyli to jednak dla niej! Żadna z rzeczy, które dostała, choćby nie wiadomo jak przydatna, już się dla niej nie liczyła: ani kuferek do makijażu Pucca, ani kostium baletowy, ani iPod, ani notatnik. Modliła się, żeby w środku kryło się to, czego pragnie.

Rozpakowała prezent z wielką ostrożnością, jakby trzymała w rękach prawdziwy skarb: najpierw jeden bok, a potem drugi. Powstrzymywała się, żeby nie rozerwać po prostu opakowania, bo chciała się nacieszyć każdą sekundą. Kiedy już oderwała taśmę klejącą i odwinęła papier, jej oczom ukazało się proste, kartonowe pudełko. Zdjęła pokrywkę dwiema rękami, jakby była ze szkła, a kiedy zobaczyła zawartość, z jej gardła wydobył się okrzyk radości, który aż wystraszył resztę rodziny.

Jej tata, Lorena i Aitana spojrzeli na nią, każdy na swój sposób. Mała w końcu przestała płakać i stała z otwartą buzią wypełnioną słodyczami, które dostała od mamy na uspokojenie. Pewnie pomyśleli, że Lucía ma nierówno pod sufitem… Chyba trochę przesadza. Wtedy tata zapytał z fotela, czy prezent jej się podoba, a z jego twarzy można było wyczytać, że cieszy się, że jest zadowolona. Lucía odpowiedziała mu uśmiechem szerokim — dosłownie — od ucha do ucha i zamaszystym kiwnięciem głową… Jeszcze jak!

Była tak szczęśliwa, że nawet wyściskała Aitanę. Koniec końców mała nic złego jej nie zrobiła i nawet nie zdążyła ruszyć jej prezentu. A to już coś. Odłożyła na bok wszystkie pudełka i pozbierała papiery. Potem — żeby nikt nie miał do niej pretensji — wcieliła się na chwilę w rolę starszej siostry i pobawiła z Aitaną, a także zapytała o imiona jej lalek. Kiedy doszła do wniosku, że już wystarczy, pobiegła do swojego pokoju obładowana prezentami. Zastanawiała się, czy będzie mogła pochwalić się swoją nową zdobyczą jako pierwsza z grupy…

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

2. Czas, start!

Lucía zapaliła światło w swoim pokoju, przysunęła sobie puf i usiadła przed komputerem, którego nie wyłączała ani na chwilę, kiedy była w domu. W ten sposób mogła pozostawać w stałym kontakcie z resztą.

„Plan czerwone trampki rozpoczęty” — zmieniła status na Facebooku i załączyła do niego swoje zdjęcie zrobione zaraz po wyjściu od fryzjera: idealnie równa grzywka sięgająca brwi i ruda czupryna bez rozdwajających się końcówek.

Rozsiadła się wygodnie, czekając na odpowiedź Fridy i Bei. Marta jako jedyna dostała czerwone trampki już wcześniej i nie musiała zamawiać ich sobie na Gwiazdkę.

Lucía była podekscytowana planem, który opracowały, i czuła się, jakby miała wyruszyć w jakąś podróż i musiała zdecydować, co ze sobą zabrać. Stwierdziła, że nie może tak bezczynnie siedzieć. To nie w jej stylu. Rozejrzała się wokół, szukając czegoś, czym mogłaby się zająć. Trzeba przyznać, że Lorena i tata świetnie urządzili jej pokój: ściany pomalowali na fioletowo — jej ulubiony kolor — a do tego tata zawiesił jej nad łóżkiem tablicę korkową, do której mogła przypinać, co tylko chciała. Szybko zagospodarowała ją zdjęciami swoich przyjaciółek i wycinkami z gazet, na których widniały między innymi wydmy na pustyni w Egipcie, dokąd chciałaby kiedyś pojechać. Jej łóżko nie było zbyt duże, ale podobało jej się, że narzutę dobrano pod kolor ścian i lampy pod sufitem.

Wzięła podarowany jej przed chwilą notatnik i ołówkiem węglowym zaczęła kreślić na pierwszej stronie.

Pomysł, że wszystkie dostaną na Gwiazdkę czerwone trampki, zrodził się kilka dni wcześniej w odpowiedzi na tragiczną wiadomość, że Marta wyprowadza się za granicę… i to zaraz po święcie Trzech Króli! Aż zaniemówiły, kiedy to usłyszały. Nawet Frida, grupowa gaduła, nie wiedziała, co powiedzieć. Znały się od początku podstawówki (właśnie zaczynały gimnazjum) i Marta jako pierwsza miała opuścić ich paczkę. Wszystko dlatego, że jej mama, która była Niemką, dostała pracę marzeń w Berlinie, a to wiązało się z przeprowadzką całej rodziny. Sama wyjechała już miesiąc wcześniej, żeby wszystko zorganizować, ale wróciła na święta Bożego Narodzenia do Barcelony.

Lucíę dużo kosztowało pogodzenie się z myślą, że jej przyjaciółka wyjeżdża na zawsze. Możliwe, że już nigdy nie będą mieszkać w tym samym mieście… Dlatego właśnie postanowiły spędzać razem każdą wolną chwilę, zanim nadejdzie ten sądny dzień: oglądały filmy, których Marta miała już z nimi nie obejrzeć, jadły drożdżówki z czekoladą, których Marta miała już nigdy nie spróbować, przymierzały ubrania w sklepach, do których Marta miała już nie wrócić, wdychały zapach bryzy morskiej i spacerowały po plaży, której w Berlinie miało nie być… To wszystko okazało się jednak niewystarczające, dlatego postanowiły założyć klub przyjaciółek-nierozłączek. Chciały, aby pomimo dzielących je kilometrów ich przyjaźń przetrwała na zawsze. Klub pozwoli im dalej trzymać się razem i robić to, co zwykle: rozmawiać codziennie, zwierzać się sobie ze wszystkiego, być najlepszymi przyjaciółkami.

Impulsem okazało się również to, co wydarzyło się między Martą a Julią (ich wychowawczynią i nauczycielką hiszpańskiego). Marta mieszkała blisko szkoły i zawsze szła do niej na piechotę. Któregoś ranka założyła do szkoły trampki, bo od wielu dni padało i jej buty od szkolnego mundurka zdążyły przemoknąć. Trampki były w jej ulubionym, czerwonym kolorze. Jednak kiedy Wrona (jak przezywały Julię ze względu na jej czarne ubrania i irytujący głos) ją zobaczyła, zatrzymała ją w drzwiach i nie pozwoliła wejść.

— Gdzie masz niebieskie obuwie? — zapytała podobno.

— No… w domu, proszę pani — odpowiedziała Marta, składając swój biały parasol w czarne grochy. — Jest mokre od deszczu.

— To żaden powód. Nie możesz tak przychodzić do szkoły — warknęła Wrona wyprostowana jak miotła.

— Ale przecież mogłam się przeziębić! — poskarżyła się Marta. Z jej jasnych, niemal białych włosów kapały krople deszczu.

— Nic mnie to nie obchodzi, Marto. Nie możesz wejść tak ubrana. Wiesz przecież, że powinnaś mieć dwie pary butów na zmianę. Przekaż to ode mnie swoim rodzicom — nalegała nauczycielka, grożąc jej palcem. Zawsze malowała paznokcie na krwisty kolor, od którego przechodziły je po plecach ciarki.

— Właśnie o to chodzi. Moja mama wyjechała do Niemiec i jestem teraz sama z tatą.

— Co to ma do rzeczy?

— To, że zabrała ze sobą prawie wszystkie moje rzeczy, drugą parę butów też!

Wychowawczyni zaniemówiła i zmierzyła ją wzrokiem. Najwyraźniej nie lubiła, kiedy ktoś jej się sprzeciwiał, bo jej twarz robiła się coraz bardziej czerwona.

— Nie podnoś głosu, kiedy ze mną rozmawiasz. — Znowu pogroziła jej palcem. — Pójdziesz teraz do domu i założysz te przemoczone buty, jeśli trzeba. A kiedy wrócisz, odmeldujesz się u mnie w gabinecie. Może dodatkowa praca domowa nauczy cię trzymać buzię na kłódkę.

Lucía właśnie w tym momencie przyjechała do szkoły i zobaczyła, że Marta zaciska zęby i odchodzi w deszczu. Marta opowiedziała im potem, że kiedy wracała w przemoczonych butach do szkoły, słyszała, jak chlupie w nich woda. Wrona kazała jej napisać sto razy „Nie będę się kłócić z nauczycielami”, jakby cofnęły się do szkolnych czasów swoich mam. Boże, co za staroświeckie metody! Tej samej nocy Marta dostała gorączki. Ostatnie dni szkoły przeleżała w łóżku z grypą i mało brakowało, a ominęłoby ją przedstawienie, które cała ich klasa przygotowywała z okazji Bożego Narodzenia. Opowieść wigilijna Charlesa Dickensa miała być ich ostatnim wspólnym występem, a Marta grała jedną z głównych ról — ducha przeszłości.

Na pomysł z trampkami wpadły pierwszego dnia ferii świątecznych. Rozmawiały akurat we czwórkę o wyjeździe Marty, kiedy Lucía zauważyła jej czerwone buty i pomyślała, że mogłyby być symbolem klubu, który chciały założyć.

— Może wszystkie poprosimy o takie trampki na Gwiazdkę, co? — zaproponowała.

Frida od razu podłapała ten pomysł:

— I założymy je po lekcjach na oczach Wrony!

Reszta również była za tym pomysłem. Już one się postarają, żeby wychowawczyni je w nich zobaczyła!

— Sprawdzimy, jaką wtedy zrobi minę to wredne ptaszysko — skwitowała Lucía.

Sygnał przychodzących wiadomości sprawił, że podniosła wzrok znad swojego rysunku: Frida i Bea napisały na Facebooku, że one również dostały czerwone trampki. Marta zamknęła rozmowę, dodając na koniec: „Zaczynamy!”. Reszta zareagowała na jej słowa uśmiechniętymi buźkami:

Lucía odczuwała niepokój na myśl o nadejściu jutra: po obiedzie miały się spotkać na imprezie pożegnalnej, którą Marta wyprawiała u siebie w domu. Chciały pokazać, że dzieląca je odległość nie zniszczy ich przyjaźni, dlatego też zrobiły dla Marty album z czerwoną okładką, do którego wkleiły zdjęcia i różne wycinki przypominające o ich wspólnie spędzonych chwilach. Będzie mogła zabrać go ze sobą do swojego nowego domu i wracać do nich myślami.

Nagle Lucía wpadła na pewien pomysł… mogła przecież dorzucić do albumu obrazek czerwonych trampek symbolizujących ich klub, które właśnie rysowała. To byłoby super!

Musiała się jednak pospieszyć, jeżeli chciała ukończyć go na czas. Wzięła czerwoną kredkę i zaczęła kolorować swoje dzieło: najpierw szybkie ruchy dla podkreślenia tekstury, a potem delikatne rozmycie palcami, żeby dodać blasku. Kiedy rysowała, przenosiła się do innej galaktyki, w której istniała tylko ona i jej myśli — nic jej tak nie odprężało. Nigdy nie chodziła na lekcje rysunku, ani nie uczyła się techniki (tak jak w przypadku baletu), od zawsze po prostu przenosiła na papier to, co zwróciło jej uwagę, albo to, co miała w głowie. Rysowanie było dla niej czymś zupełnie naturalnym.

Kiedy skończyła dzieło, wskoczyła do łóżka, myśląc o tym, że ma ogromną ochotę pokazać je swoim przyjaciółkom. Była tak podekscytowana, że z początku nie mogła zasnąć. Nie usłyszała jednak, kiedy do jej pokoju wszedł tata, żeby życzyć jej słodkich snów i pocałować na dobranoc w czoło, jak miał w zwyczaju.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

3. Nasze dziesięć przykazań

Lucía zjawiła się u Marty jako ostatnia i zaskoczyło ją to, jak duży wydawał się jej dom bez mebli i dekoracji. W jadalni rozłożono stolik turystyczny, na którym stało kilka talerzy z jedzeniem, a na ścianach powieszono łańcuchy świąteczne, żeby wypełnić czymś pustkę.

Grupka kilkunastu dorosłych — rodziców, sąsiadów i przyjaciół — rozmawiała na stojąco i jadła kanapki. Marta zaprosiła tylko je trzy: to miało być ich święto, a nie pożegnanie.

Lucía zobaczyła, że wszystkie założyły czerwone trampki, tak jak ustaliły wcześniej. Kiwnęła głową w geście aprobaty, a potem razem udały się do pokoju Marty, żeby porozmawiać w spokoju (zaopatrzywszy się najpierw w prowiant na podwieczorek). Na widok pustego pokoju, bez plakatów Taylora Lautnera i Justina Biebera na ścianach oraz półek pełnych książek, Lucía poczuła zawroty głowy. Przypomniała sobie nagle, dlaczego wszystkie tego dnia były takie smutne: ich przyjaciółka musiała wyjechać i nie wiadomo było, kiedy znowu ją zobaczą.

Frida podeszła do niej i niezbyt dyskretnie szepnęła do ucha:

— Przyniosłaś?

Lucía miała akurat w ustach chrupki, więc odpowiedziała jej kiwnięciem głowy i wskazała swoją torebkę w trójkolorowe pasy.

Usiadły na podłodze na poduszkach, a kiedy Bea zdjęła buty, Lucía zauważyła, że ma szare skarpetki.

— Nowe? — zapytała. Wiedziała doskonale, że Bea dobiera skarpetki do swojego nastroju. To była jedna z wielu jej osobliwości…

— Tak, sprawiłam sobie z tej okazji całą kolekcję — odpowiedziała Bea, uśmiechając się kwaśno.

— Przynajmniej nie będzie widać, że ich nie zmieniasz! — zażartowała Frida.

Wybuchnęły śmiechem, a któraś dodała, że zdradzi ją zapach sera.

— Moja mama z kolei podarowała mi obcisły sweter podkreślający kobiece kształty — powiedziała kpiąco Frida, dotykając swojego prawie płaskiego biustu.

Zaczęły na nowo śmiać się do rozpuku, a Marta omal nie upadła na plecy. Frida była najmniej zaokrąglona z nich wszystkich i najbardziej niepozorna — włosy zawsze wiązała w kitkę, a do tego ubierała się na sportowo.

— A mnie Lorena kupiła pierwsze buty na obcasie — pochwaliła się Lucía, wiedząc, że dziewczyny będą pod wrażeniem.

— Wow! Będziesz wyglądała sexy! — krzyknęła Marta, a reszta jej zawtórowała.

— Pokażesz je swojej mamie? — zapytała Bea nieco poważniejszym tonem.

— Sama nie wiem — Lucía zacisnęła usta. — Dzisiaj mam u niej spać, ale możliwe, że zostawię je w domu ojca. Na wszelki wypadek.

— Ja na twoim miejscu poczekałabym, aż będzie w BAAARDZO dobrym humorze — stwierdziła Marta, przeciągając słowo „bardzo”. — Jeśli się dowie, że są od Loreny, na pewno zacznie je krytykować…

Stwierdzenie Marty nie było bezpodstawne. Mama Lucíi nie cierpiała tego, że Lorena wtrąca się w jej życie i robi rzeczy, których ona sama nie pochwala. Rezultat był taki, że jej rodzice co chwilę kłócili się przez telefon — na żywo prawie się nie widywali. W pewnym momencie zaczynali krzyczeć tak głośno, że można było usłyszeć ich rozmowę z drugiego pokoju.

Lucía pokręciła głową i westchnęła ciężko, dając do zrozumienia, że nie ma ochoty rozmawiać o swojej rodzinie. Jako jedyna z całej czwórki miała dwa domy na dwóch końcach Barcelony i czasami wszystko jej się plątało. Nie cierpiała, kiedy myliły jej się torby i zabierała na weekend do ojca ubrania, które nie pasowały do ich sobotnich planów. W takich przypadkach (które powtarzały się niepokojąco często) musiała mu tłumaczyć, że nic z tego, co ma w szafie, się nie nadaje, i prosić go, żeby pojechał z nią do mamy i pozwolił jej zabrać bluzkę czy spódnicę, której rozpaczliwie potrzebowała. Chociaż mieszkanie w dwóch różnych miejscach miało też swoje plusy. Mogła, przykładowo, mieć dużo rzeczy i nie musiała ich tak często sprzątać — miejsca było wystarczająco, żeby wszystko pomieścić. Kiedy mama zaczynała narzekać, że jej płaszcze wypadają z szafy, zawoziła kilka z nich do domu taty, gdzie zawsze znajdowała wolną przestrzeń. Wiązało się to jednak z pewnym ryzykiem… Nieraz mama przyłapała ją na noszeniu czegoś, co PODOBNO już dawno wylądowało w kontenerze na ubrania. Tak, dobrze było mieć gdzie ukryć wszystko, czego jej matka nie chciała już widzieć. I tak naprawdę — mimo że nigdy by jej się do tego nie przyznała — Lucía bardziej lubiła pokój w domu ojca. On przynajmniej pozwalał jej wieszać na ścianach to, co chciała, żeby czuła się bardziej jak u siebie. Stąd właśnie ta kilometrowa tablica korkowa. Jej matka zgadzała się co najwyżej na obraz baletnicy na nieskazitelnie białym tle.

Przez większość czasu Lucía mieszkała z mamą i jej mężem, José Maríą. Zawsze powtarzali, że to dzięki niej się zakochali: on był kierownikiem sali w restauracji, w której wyprawiono pierwszą komunię Lucíi, i przez cały obiad nie spuszczał z jej mamy wzroku. Nawet babcia Agustina to zauważyła!

Ojca Lucía widywała dosyć często: czasem odbierał ją ze szkoły i zapraszał do siebie na weekendy. Zaczęła nawet myśleć, że ma dużo większą rodzinę niż jej koleżanki…

— Skoro już mowa o prezentach… — oznajmiła Frida i szturchnęła łokciem Lucíę, która odpłynęła myślami. Wyciągnęła album ze zdjęciami, który zrobiły dla Marty.

— To dla ciebie. Żebyś o nas nie zapomniała w Berlinie.

Marta natychmiast go otworzyła. Na pierwszej stronie widniał obrazek czerwonych trampek narysowany przez Lucíę. Wszystkie wykrzyknęły jednocześnie „ale eks-tra!”, jakby to wcześniej zaplanowały. Spędzały razem tyle czasu, że można było odnieść wrażenie, że porozumiewają się telepatycznie.

— Chciałabym umieć tak rysować… I dostawać same szóstki na plastyce… — stwierdziła Bea.

— I kto to mówi, madame skrzypce — odrzekła Lucía.

— To co innego…

Bea się zaczerwieniła. Lucía zawsze podziwiała siłę woli swojej przyjaciółki, która grała na skrzypcach od piątego roku życia. Wcześniej umiała czytać nuty niż litery, a w szkole muzycznej była najlepsza z całej klasy.

— Ach, jakie te nasze artystki są skromne! — żartowała Frida.

Lucía i Bea zaprotestowały, a Marta zaczęła narzekać, że nie pozwalają jej obejrzeć albumu w spokoju. Chciała, żeby zrobiły to razem, więc reszta posłuchała jej i zamilkła. Kiedy przewróciła pierwszą kartkę, zobaczyły zdjęcie całej ich czwórki na tle kolorowego graffiti na murze.

— To zdjęcie jest super! Wszystkie ładnie na nich wyszłyśmy, a ja chociaż raz nie wyglądam, jakbym urwała się z choinki… — rzuciła Bea.

Zdjęcie to zrobiły sobie poprzedniego lata w pierwszy dzień wakacji. Poprosiły jakiegoś nieznajomego, żeby im je pstryknął, a potem zmusiły go, żeby powtórzył je jakieś dwadzieścia razy. Marta ustawiła się swoim ładnym profilem, jak sama go nazywała, odrzucając do tyłu blond włosy i patrząc zalotnie w obiektyw, żeby dobrze było widać błękit jej oczu. Frida rozpuściła tego dnia włosy, bo dopiero co je obcięła i sięgały jej zaledwie do ramion. Jak zawsze była ubrana najbardziej sportowo z nich wszystkich — nawet kiedy chciała wyglądać elegancko, zakładała coś z logo Adidasa czy Nike. Bea miała na sobie szerokie niebieskie dżinsy i białą, nieco hippisowską koszulkę z sercem przebitym strzałą. Chociaż na zdjęciu nie widać jej skarpetek, Lucía pamiętała, że były zielone jak jej oczy. Sama Lucía ubrała się tego dnia w swoją ulubioną dżinsową minispódniczkę, w której jej nogi wydawały się dłuższe. Chociaż i tak nie udało jej się zamaskować, że jest najniższa.

— Uwielbiam to zdjęcie… Wyglądamy na nim jak gwiazdy pop — stwierdziła Marta, przewracając kartkę.

Na kolejnej stronie widniały okładki filmów, które razem obejrzały: Camp Rock, Trzy metry nad niebem, Igrzyska śmierci, niektóre części Harry’ego Pottera (choć młody czarodziej wywijający różdżką nie bawił ich już tak, jak kiedyś)… Potem przyszła kolej na zdjęcie każdej z nich z osobna: Lucía na festiwalu tańca, w pełnym obrocie, ubrana w białą spódniczkę tutu, Bea na koncercie skrzypcowym, skupiona na partyturze, Frida ze swoją drużyną siatkarską, skacząca ze szczęścia po odniesionym zwycięstwie, Marta pochłonięta lekturą jednego z tych grubych tomisk, które tak lubi…

Marta zaczęła pociągać nosem, jakby zaraz miała się rozpłakać. Do akcji natychmiast wkroczyła Frida, która po prostu zatrzasnęła album.

— Lepiej będzie, jak obejrzysz go sobie na miejscu. Żeby ci się nie znudziło oglądanie w kółko tych samych zdjęć…

— Frida! — Lucía skarciła ją za ten brak wyczucia.

Kiedy Frida zrobiła minę „nie wiem, o co ci chodzi”, Marta wytarła sobie nos i przyznała jej rację:

— Pogadajmy lepiej o naszym klubie.

Reszta poparła ten pomysł.

— Powinnyśmy pomyśleć o jakimś regulaminie… — zaproponowała Frida. — Każdy klub go ma. Moja drużyna siatkarska zawsze stara się go przestrzegać…

Lucía wyjęła z torebki notatnik, który podarowano jej na Trzech Króli, żeby wszystko w nim zanotować. Otworzyła go na pierwszej stronie i w skupieniu napisała fioletowym długopisem, wystawiając przy tym język:

Tak, powinno być ich dziesięć, bo to okrągła i ważna liczba jak dziesięć przykazań czy dziesięć najlepszych filmów roku. A złote dlatego, że są cenne. Dziewczyny jednomyślnie przyjęły jej wniosek, a potem wspólnie zaczęły się zastanawiać nad zasadami, które pomogłyby przetrwać ich przyjaźni pomimo dzielących je kilometrów.

Osobą, która wymyśliła regułę numer 1, była — jak zwykle — Frida:

— Nigdy nie pozbędziemy się naszych trampek — zaproponowała.

Lucía zapisała to najładniej, jak potrafiła — zaokrąglonymi literami przypominającymi rząd gąsienic. W tym czasie Frida trajkotała jak najęta o tym, że kiedy wyrosną z tych trampek, będą musiały kupić sobie kolejne, a potem kolejne… i tak do końca życia. Lucía pomyślała, że jej przyjaciółka trochę przesadza — w końcu jaka staruszka w wieku siedemdziesięciu lat nosi tego typu obuwie? Ale nie zdążyła nawet oderwać ręki od kartki.

— Reguła numer 2 — powiedziała Bea — jeżeli któraś będzie w tarapatach, reszta zjawi się, żeby jej pomóc, bez względu na odległość.

Jasne! To przecież podstawa podstaw. Lucía była w trakcie pisania, kiedy Marta klasnęła w ręce, żeby zwrócić na siebie ich uwagę.

— Zasada numer 3: nigdy nie będziemy miały przed sobą tajemnic. Jeśli którejś coś się przydarzy, wszystkie się o tym dowiedzą.

Przyznały jej rację i obiecały, że będą ją informować na bieżąco. Ustaliły, że postarają się pisać do siebie codziennie oraz wysyłać sobie zdjęcia, i zawsze będą dostępne na czacie na Facebooku, w razie gdyby pojawiła się jakaś ważna sprawa.

Bea zaproponowała zasadę numer 4:

— Może: kiedy którejś zbierze się na płacz, będzie mogła wyżalić się reszcie?

— Płacz? A co ze śmiechem? Kiedy będziemy miały coś śmiesznego do opowiedzenia, mamy to zatrzymać dla siebie, bo jest mniej ważne?

Bea i Frida zaczęły dyskutować o tym, że przyjaciół warto mieć przy sobie nie tylko w chwilach nieszczęścia, ale również i szczęścia, że jedna łza znaczy tyle, co jeden uśmiech, czy też jeden uśmiech tyle, co jedna łza… Czy to przypadkiem nie było hasło reklamowe? Może lepiej niech przejdą do zasady numer 5: nigdy nie robić niczego, co mogłoby zagrozić jedności klubu. Lucía słuchała tego wszystkiego jednym uchem i miała wrażenie, że została zepchnięta na boczny tor. Poczuła się nieswojo, więc przywołała dziewczyny do porządku, podnosząc głos:

— Stop!

Reszta dziewczyn zamilkła i poczekała, aż skończy pisać, nie kryjąc zniecierpliwienia. Bea obgryzała paznokcie, a Frida wyłamywała sobie palce, które aż strzelały w stawach.

Potem Lucía zaczęła się zastanawiać nad zasadą numer 6. Szukała podpowiedzi na suficie, na którym widniały resztki kleju, i szybko ją znalazła:

— Chłopak, który podoba się jednej z nas, jest nietykalny dla reszty.

Natychmiast podniosły się głosy sprzeciwu.

— To bez sensu, żadna z nas nie ma przecież chłopaka — poskarżyła się Frida.

— A co ja mam powiedzieć, skoro to moja ostatnia noc tutaj… — zawtórowała jej Marta.

— Może lepiej pomyślmy o czymś bardziej… realnym — zasugerowała Bea, patrząc na nie szeroko otwartymi oczami.

Lucía wiedziała, o co tak naprawdę chodzi — najprzystojniejszy chłopak w szkole, Eric, nie tylko z nią rozmawiał, ale zanosiło się również na to, że wkrótce zaprosi ją na randkę. Pozostałe dziewczyny nie mogły tego powiedzieć o sobie.

— A ja jestem za! — upierała się Lucía i przypomniała im, że to ma być demokratyczne głosowanie… Ona wcześniej zgodziła się na wszystko, a teraz reszta kręci nosem na jej propozycję.

Frida, Bea i Marta pokiwały bez przekonania głowami, a Lucía z poczuciem satysfakcji zapisała swoją regułę w notatniku. Kiedy skończyła, Bea zasugerowała:

— Zasada numer 7: nie wolno krytykować nieobecnych. Ok?

— No właśnie, bo ze mną poszłoby wam łatwo — przyznała jej rację Marta.

Lucía odnotowała tę regułę, a kiedy reszta znowu wdała się w dyskusję, podniosła rękę, prosząc o kolejną przerwę; nie czuła już ręki od tego ciągłego pisania, a do tego jeszcze rano, po wyjściu spod prysznica, zawiązała sobie zbyt ciasno bransoletki. Może to jednak nie był dobry pomysł, żeby to ona wszystko notowała… Potrząsnęła dłonią, żeby pobudzić krążenie, a potem wróciła do swoich zapisków.

— Postaramy się unikać kłótni i każdy problem obgadamy — zaproponowała Marta, która miała znajdować się najdalej od centrum wydarzeń.

— I nie będziemy się okłamywać — dodała Frida. — Wiecie przecież, że kłamstwo ma krótkie nogi…

Lucía szybko policzyła wszystkie zanotowane reguły i oznajmiła, że do pełnej dziesiątki brakuje tylko jednej:

— Trzeba się nad nią dobrze zastanowić.

Dziewczyny popatrzyły na siebie w milczeniu. Jak powinna brzmieć ostatnia zasada, zamykająca całą listę? Ostatnia i najważniejsza, bo po niej miało już nie być żadnych innych. Wpadła na nią Frida, podobnie jak i na pierwszą:

— Nigdy nie przestaniemy się przyjaźnić.

Wszystkim się ona spodobała. Razem tyle już przeszły, że wyjazd do Niemiec będzie tylko kolejną próbą. Uda im się i tym razem i pozostaną zgraną paczką forever.

Lucía odłożyła notatnik, zbliżyła się do pozostałych i wszystkie — jakby czytając w jej myślach — otoczyły się ramionami i uścisnęły mocniej niż kiedykolwiek wcześniej. Nawet Frida, która zawsze uważała się za twardzielkę. Obiecały sobie, że będą przestrzegać dziesięciu złotych zasad Klubu Czerwonych Trampek bez względu na wszystko.

Wstały z podłogi dopiero, kiedy do pokoju weszła mama Marty, żeby im oznajmić, że rodzice już na nie czekają. Trzymając się za ręce, udały się do prawie pustej jadalni. Zostali w niej tylko rodzice dziewczyn, którzy patrzyli na nie ze współczuciem.

— A więc to już… — powiedziała Frida trzęsącym się głosem.

Lucía poczuła, że coś ściska ją w klatce piersiowej i że ma ochotę się rozpłakać. Spojrzały na siebie i w tej samej chwili wszystkie wybuchnęły płaczem, nie rozluźniając uścisku i nie chcąc się rozstać.

Dlaczego miałyby pozwolić Marcie wyjechać? − przyszło Lucíi do głowy. Jeśli będą ją trzymać wystarczająco mocno… nikt ich nie rozdzieli. Jej plan spalił jednak na panewce — rodzice delikatnie je odciągnęli i skierowali się do drzwi. Kiedy przekraczały próg mieszkania, Marta krzyknęła:

— Niech żyje Klub Czerwonych Trampek!

Reszta odpowiedziała jej ze ściśniętym gardłem:

— Niech żyje!

Lucía usłyszała ponownie ich wojenny okrzyk, wychodząc z klatki. Odpowiedziała na niego z uniesioną ręką.

Płakała przez całą drogę do domu, podczas kolacji i w łóżku… Jej mama rozumiała najwidoczniej powagę sytuacji, bo nie nalegała, żeby zjadła groszek czy sprzątnęła ze stołu. Dopiero sen był w stanie zatamować jej łzy.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki