39,99 zł
Zakazane związki na chińskiej prowincji
Stary Drugi i Bao Mei od ponad trzydziestu lat wiodą skromne życie w nowojorskim Chinatown. Nie są jednak tradycyjnym małżeństwem. Połączyło ich pożądanie. Jednak nie do siebie nawzajem, lecz do… innych.
Małe kino w prowincjonalnym chińskim mieście Fuzhou. To tam w półmroku sal projekcyjnych podczas seansów filmów wojennych, Stary Drugi i inni mężczyźni nawiązywali intymne znajomości. W większości byli to geje, którzy poślubili kobiety, co pomagało im ukrywać prawdziwą orientację. Bao Mei pracowała w kinie jako kasjerka i pomagała klientom utrzymywać schadzki w sekrecie. Sama też odnajdywała szczęście u boku kinowego operatora.
Nic jednak nie trwa wiecznie. Po ujawnieniu charakteru relacji łączącej Starego Drugiego z jego kochankiem bohaterowie muszą opuścić rodzinny kraj. Co przyniesie im życie w Stanach Zjednoczonych?
Cinema Love to poruszająca, pełna czułości i melancholii opowieść o zakazanych związkach i pożądaniu, o trudach imigracji i trosce o drugiego człowieka. A także o tym, jak cień przeszłości może ciążyć nad teraźniejszością.
Książka nominowana do Carnegie Medal for Excellence in Fiction w 2025 roku.
Wybór klubu książki TeaTime Dakoty Johnson.
Wyjątkowa i poruszająca. Lektura obowiązkowa.
Alice Hoffman
Delikatna – i brutalna. Wzruszająca – i podszyta poczuciem humoru. Nigdy nie czytałem czegoś podobnego.
Robert Jones, Jr.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 319
Mamie i Tacie
Oto on: ukrywa się w piwnicy i czeka na miłość. Na górze działa kino. Wyświetla się tu same stare filmy, dlatego osoby postronne dziwią się, że interes w ogóle się kręci. Siedząc przy tanim piwie, żartują sobie z tego miejsca i snują teorie. Jedna z nich lokuje w kinie pralnię brudnych pieniędzy. Inna – punkt przerzutowy handlarzy żywym towarem, tyle że przybytek odwiedzają głównie drobni, nerwowi mężczyźni. Jedyną widywaną tutaj kobietą jest utykająca kasjerka o surowym obliczu. Właśnie idzie korytarzem do kasy, powłócząc nogą i niosąc szufelkę ze zmiotką. Na zewnątrz czeka człowiek w zsuniętej na czoło czapce. Transakcja odbywa się bez słowa. Spojrzenie kasjerki przesuwa się po kliencie jak język po skórze. Klient wystawia do góry palec: jeden bilet, nieważne na co. Następnie banknot o wyższym niż zwykle nominale przechodzi z ręki do ręki, kobieta i mężczyzna dają sobie znak skinieniem głową i zaraz potem ten drugi znika w środku, przemykając jak bandyta. Klient zna wnętrze jak zmarszczki na twarzy kochanka. Kino ma dwa skrzydła, w obu znajdują się sala projekcyjna oraz toaleta, w lewym dodatkowo klatka schodowa ukryta za drzwiami, które łatwo wziąć za prowadzące do schowka. Klient schodzi po stopniach do piwnicy i trafia do ciemnego korytarza. Stąpając po niedopałkach papierosów i podartych biletach, idzie wzdłuż pokrytej graffiti ściany, by po chwili wejść prosto w chmurę dymu. Klient wyobraża sobie światła stroboskopowe, których tu nie ma. Brak też muzyki, próżno szukać alkoholu. Jest tylko materac na podłodze. Żarówka ze zwieszającym się łańcuszkiem. I czasem, tak jak teraz, mężczyzna czekający na miłość.
– Czy ty…?
Tak, mówi wzrok klienta.
– Aha.
Żaden nic więcej nie mówi. Wystarczy niespieszny ruch do przodu. Walące serca i zaskoczenie. Nie wierzę, że to się zaraz stanie, myśli klient. Nie wierzę, że za moment…
A potem dreszcz.
I skrzypienie wiekowego materaca.
W Chinatown w Nowym Jorku mężczyzna zwany Starym Drugim pamięta. Jego twarz jest pokryta piegami. Bliznami po oparzeniach i zaskórnikami, które są jak pąkle na wielorybie. Drżące dłonie umocowane na długich bezwłosych ramionach wyjmują i zapalają papierosa. Pod sufitem obraca się wentylator, a przez otwarte okno widać maszerujących ludzi. Stary Drugi przygląda im się. Trzymają tablice z niezrozumiałymi dla niego hasłami i przeważnie milczą, tylko od czasu do czasu skandują niezrozumiałe dla niego słowa. Wie, po co to robią. Przyszli i do niego, z aparatami i notesami, rzucali jeden przez drugiego: „Dzień dobry, nazywam się… Przyszliśmy prosić pana o podpis… Czy możemy…”.
I tak dalej, dopóki Stary Drugi nie odezwał się łamanym mandaryńskim:
– Jasne.
Wychował się w górach. Do szkoły chodził tylko przez rok, tak jak rodzeństwo. Dziewczynki zostawały dłużej, chłopcy od razu szli na pole. Zresztą tak woleli – twierdzili, że dzięki temu zyskują wolność. Zwłaszcza w gorące, parne lata. Zamiast mandaryńskiego uczyli się łowić ryby. Jak zastawiać rzeczne pułapki ze starych koszul i butli po wodzie. Stawali w strumieniu w całkowitym bezruchu, z błyskiem w oczach i wiadrami w rękach. Nagle krzyk: Jest! Jest! Stary Drugi pamięta ruch ciała. Złocistą, żylastą skórę, napięte, twardsze od stali mięśnie. Pamięta również ciężar kończyn brata, objęcia, ale nie do końca.
Dziś, wiele lat później, widzi za oknem miłość podobnego rodzaju.
Nie rozumie słów ani napisów, ale zdaje sobie sprawę, co się dzieje. Strajk najemców. Uczestnicy marszu próbują uratować Chinatown. Na przykład pasaż handlowy przy East Broadway z budkami przybyszów z Fuzhou i działające od dziesięcioleci restauracje przy Eldridge Street. Marsz ruszył przed trzema godzinami, acz raczej skromnie. Płynąca ulicą strużka chińskich protestujących przypominała zwykłych zakupowiczów. Potem zjawiła się kobieta z megafonem i młodzi ludzie w strojach lwich tancerzy. Zaczęli dołączać przechodnie i wkrótce zrobił się tłum.
Z góry maszerowanie wygląda jak trwanie w objęciach. Porusza Starego Drugiego, budzi w nim wspomnienia. Nie tylko o dzieciństwie i braterskiej miłości, ale też o tym, jak z trzydziestoma siedmioma mężczyznami stał przed kinem robotniczym w Mawei.
To było dawno temu, myśli.
W sierpniu minie trzydzieści pięć lat.
Wpierw jednak musimy cofnąć się jeszcze dalej. Nie trzydzieści pięć, tylko czterdzieści lat. Wtedy właśnie rozpoczyna się opowieść, w której chłopiec z gór dowiaduje się, że niewłaściwy rodzaj śmiechu może zabić. Znasz już Starego Drugiego, ale są też inne postaci. Członkowie rodziny i sąsiedzi pozostający na dalszym planie jak kartonowy las w przedstawieniu. Matka i Ojciec. Duża Siostra, Mała Siostra, Stary Trzeci. Istotniejszy dla naszej historii – choć tylko trochę bardziej niż pozostali – jest brat nazywany Najstarszym. To pierworodny syn, pracuje w spawalni w Fuzhou. Oczko w głowie rodziny, przeznaczony śmierci, ginie w wypadku w zakładzie w 1980 roku. Pozostałe ważne postaci to Wiosenny Kurczak, młodszy brat Starego Drugiego, oraz szesnastoletni chłopak z sąsiedztwa, którego nazywają Metr Sześćdziesiąt Pięć.
Żaden z chłopców nie przypomina tego, co sugeruje jego imię. Wiosenny Kurczak ma patykowate ręce i policzki jak średnio wysmażone mięso. Zamiast się opalać, jego skóra pod wpływem słońca robi się najpierw różowa, potem czerwona, a czyraki, które się na niej tworzą, wyglądają jak guzki na ciele oskubanej gęsi. Jest brzydki i dlatego ludzie go uwielbiają. Z kolei Metr Sześćdziesiąt Pięć darzony jest sympatią z całkowicie odmiennych powodów. Nosi swoje przezwisko od dzieciństwa. Jest ono odzwierciedleniem wzrostu wszystkich mężczyzn w rodzinie – z wyjątkiem jego samego, olbrzyma o głosie brzmiącym jak cios dłonią. Ton tego głosu zbliża się ukradkiem do ucha niczym ciekawski kot. A potem zaczyna swawolnie baraszkować, zanim wkradnie się nuda, i odchodzi, zabrawszy kawałek twojego serca.
Właśnie to przytrafia się Staremu Drugiemu.
Lato 1980 roku. Pozbawiona elektryczności i centralnego ogrzewania wioska, której nazwa oznacza dosłownie Wysoką Górę. Pewnego dnia Najstarszy wyjedzie do pracy w zakładzie w Fuzhou i nigdy już nie wróci. Brak dróg łączących Wysoką Górę z Fuzhou sprawi, że podróż zajmie mu całe popołudnie i cały wieczór. Wiosenny Kurczak odprowadzi Najstarszego wzrokiem. Spojrzenie jego ciemnych, okrągłych, ciekawskich oczu nie opuści brata, dopóki ten nie zniknie z pola widzenia. Okolicę porasta gęsty las, jest mnóstwo miejsc, gdzie można się ukryć. Można wspiąć się na drzewo i rozpłynąć na wiele godzin. Dzieci w Wysokiej Górze nie bawią się w chowanego, a przyczyną takiego stanu rzeczy wcale nie jest brak wyobraźni. Po prostu zbyt łatwo zniknąć. Zbyt łatwo umościć się w listowiu i zapomnieć o istnieniu życia.
Stary Drugi idzie po drewno na opał, bo dziś jego kolej. Ściągnął wiązkę sznurkiem i umieścił w koszu. Musi zebrać więcej, ale na razie postanawia odpocząć nad strumieniem, który jego bracia nazywają Rzeką. Za dwie godziny poranek dobiegnie końca i słońce znajdzie się w najwyższym punkcie na niebie. Pot na skórze, pod pachami i między nogami, Stary Drugi obmywa się wodą. Nieopodal leży jedna z rzecznych pułapek Najstarszego. Jest cicho, jeśli nie liczyć szmeru strumienia i szelestu liści. Stary Drugi podejrzewa, że to jakieś zwierzę, ale po chwili z hukiem zwala się na ziemię Metr Sześćdziesiąt Pięć.
– Cholera – rzuca – przestraszyłeś mnie.
– Ja ciebie?
– Narobiłeś hałasu. Myślałem, że to niedźwiedź.
– Niedźwiedź? W tych stronach?
– Widziałem go. Wygląda zupełnie jak ty.
– Gdzieś go widział?
– Tutaj. Właśnie ze mną rozmawia.
– Nie śmiej się ze mnie. Wiem, gdzie mieszkasz. Mogę ci dołożyć tutaj i mogę ci dołożyć tam.
Rozbawienie w głosie Metra Sześćdziesięciu Pięciu zachodzi Staremu Drugiemu pod skórę. Nie chodzi tylko o pyskowanie i przekomarzanie się. Jest jeszcze spojrzenie. I wydęcie warg. Obie te rzeczy sprawiają, że policzki Starego Drugiego płoną z wściekłości. Chłopcy uważają się za kolegów, mimo że obracają się w różnych środowiskach. Przeważnie ich wzajemne relacje są przelotne. Spojrzenie albo skinienie głową z oddali, zwykle pozbawione uśmiechu. A tu proszę: żartują, szczerzą zęby, w brzuchu Starego Drugiego rozlewa się ciepło. Ma piętnaście lat i większość reakcji sprowadza się u niego do złości. Ta sytuacja nie stanowi wyjątku, tyle że tym razem nie swędzi go ręka, żeby zadać cios. Siedzi i słucha, przygląda się przypominającym korzenie drzewa węzłom mięśni nóg Metra Sześćdziesięciu Pięciu. Widocznemu pod uniesioną połą koszuli fragmentowi nagiego, płaskiego tułowia. A najbardziej ze wszystkiego irytuje go śmiech – wabiący, kuszący.
– Często przychodzisz nad strumień, niedźwiedziu?
– A co? Jest twój?
– No. Ale możesz wpadać, kiedy chcesz. Zupełnie za darmo.
Od tej pory chłopcy lgnęli do siebie. Jeden dlatego, że jego starszy brat i najbliższy przyjaciel opuścił Wysoką Górę, drugi – bo się nudził. Był ciekaw. Czy przyjdzie, jeśli poproszę? Przychodzi w ciągu dnia, ale nocą? Przypatrują się sobie w ciemności, oglądają te fragmenty swoich twarzy, które widać w poświacie księżyca. Tu oko, tam uśmiech. Nic nie mówią, ponieważ nie chcą, żeby ktoś ich usłyszał. Nie rozmawiają o tym, ale wiedzą, że ich przyjaźń jest czymś dziwnym. Gdyby ich nakryto, staliby się obiektem plotek. A przecież tylko obejmują się w milczeniu. Właśnie tak mówi Stary Drugi matce, gdy ta się dowiaduje. Pomija, że wymyka się z domu o drugiej, czasem o trzeciej nad ranem. Nie dzieli się z nią oczekiwaniem, zniecierpliwieniem i złością, że zawsze zjawia się pierwszy. Nie wspomina, że wykonuje dwa razy więcej pracy niż poprzedniego dnia. Nikt nie będzie się zastanawiał, dlaczego Stary Drugi poświęca więcej czasu na zbieranie drewna na opał albo wykopuje wszystkie bataty.
Nikt poza Wiosennym Kurczakiem, którego zastanawia ten dodatkowy trud Starego Drugiego.
Ma dziewięć lat i jest wścibski, węszy jak pies. Za mały, by pracować, i zbyt chorowity. Całymi dniami i wieczorami obserwuje rodzeństwo zajmujące się własnymi sprawami. Przy pierwszej oznace podejrzanej aktywności rozpoczyna śledzenie: przedziera się przez cierniste krzewy, przemyka pod drzewami, pokonuje Rzekę. Ostatnio zauważył szereg dziwnych zachowań. Pierwszym była zaskakująca wydajność Starego Drugiego. Brat wykonujący dodatkową pracę, i to bez powodu? Coś takiego nie mieściło się Wiosennemu Kurczakowi w głowie! Potem doszły częste wyprawy nad strumień, z których Stary Drugi wracał bez ryb. Nie przynosił nawet marnego mikuna, za którym Wiosenny Kurczak przepada. Pytania Wiosennego Kurczaka Stary Drugi zbywa milczeniem i tylko rzuca niespokojne spojrzenia. Czego wypatruje? Tutaj na pewno tego nie ma – we wspólnej sypialni chłopców próżno szukać czegokolwiek poza matami i kocami.
Być może jego postępowanie wynika ze zmęczenia. Ostatnio często ziewa, bywa, że na długo przed zachodem słońca. Zdarza mu się nawet przy kolacji albo kiedy się myje. Ziew, po nim mlask, czasem beknięcie prosto w twarz siostry. Wieczorem zasypia pierwszy i nieraz zapomina opuścić moskitierę. Wiosenny Kurczak musi go w tym wyręczać. Nie zdaje sobie sprawy, że Stary Drugi chce czmychnąć po cichu. Dlatego śpi w ubraniu, a po kolacji zostawia otwarte drzwi do kuchni.
Lecz wszystkie te wysiłki Starego Drugiego idą na marne, ponieważ którejś nocy Wiosenny Kurczak się budzi. Nie z powodu hałasu – po prostu chce mu się siusiu. W drodze do latryny zauważa przemykającego w mroku Starego Drugiego. Rusza za nim w dół górską ścieżką, potem między drzewa. Trwa długi, akcentowany trzaskiem pękających gałązek marsz. W końcu docierają na polanę. Wiosenny Kurczak trzyma się z daleka, niemniej słyszy szum wody i rechot żab. Las jest pełen wąskich snopów księżycowego blasku. Pod łuną świetlików Wiosenny Kurczak dostrzega swojego brata stojącego w towarzystwie kociego chłopca o skórze lśniącej jak wypolerowany metal. Boi się, ale wie, że lepiej nie krzyczeć. Cała trójka zachowuje pełne milczenie. Nawet kiedy Stary Drugi dotyka tamtego, a tamten odwzajemnia się tym samym. Robią to delikatnie, jak matka głaszcząca dziecko. Wtedy tamten obraca głowę, zauważa Wiosennego Kurczaka i wybucha śmiechem. Ach, góry. Komary nocą i króliki pogryzające rośliny za drzewami. Nie widzisz ich, ale są tam. Zawsze. To miejsce, w którym słowa nie mają znaczenia. Liczy się tylko język ciał i odgłos maszyn. Słyszysz je? Zbliżają się powoli, ale dla mieszkańców osady i tak za szybko. O wiele za szybko. Zostaje utwardzona droga, wyrasta słup telefoniczny. Potem kolejny i następne – olbrzymy przesłonięte żwirowym pyłem. Strumień, który Stary Drugi nazywa Rzeką, zmienia się w kałużę, rzeczne pułapki, wciąż z mikunami w środku, leżą zagrzebane w błocie.
Starego Drugiego już tam nie ma, tak samo jak kochanka o nieprecyzyjnym imieniu. Przyjaźń zakończyła się tej samej nocy, kiedy Wiosenny Kurczak widział, jak się obejmowali. Cenna tajemnica, wcześniej należąca wyłącznie do dwóch chłopców, stała się własnością innych. Wiosennego Kurczaka, który powie mamie, ta z kolei powtórzy mężowi, który zaciśnie pięści, gdy Stary Drugi podejdzie do stołu podczas kolacji. Pozostali mieszkańcy osady też się dowiedzą. Spróbuj powiedzieć dziewięciolatkowi, żeby nie pisnął słowa. Następnego ranka nawet drzewa będą znały prawdę, i to po swojemu ubarwioną.
Słyszałeś o Starym Drugim?
W dodatku z synalkiem Starego Guana.
Zawsze czułem, że jest dziwny. Stanowczo za ładny.
W późniejszych latach Wiosenny Kurczak zmieni zdanie co do tego, co zobaczył na polance. Powiedział mamie, że widział, jak Stary Drugi i tamten chłopak całują się, lecz wiek i dystans wyostrzyły mu pamięć. Dojdzie do wniosku, że się pomylił. Dwie splecione niczym pnącza sylwetki tylko się dotykały. Jeden głaskał drugiego po plecach złocistą dłonią, a tamten wzdychał. Wzdychał. To nie było nieprzyzwoite uwiedzenie, za jakie wzięła je mama. Nie usprawiedliwiało lania. Nie usprawiedliwiało tego, że babka zmusiła Starego Drugiego do klęczenia przed domem. Wiele, wiele godzin brat klęczał, a każdy, kto ośmielił się mu pomóc, dostawał w twarz. Wiosenny Kurczak przypomina sobie, jak matka nie odzywała się do Starego Drugiego, udawała, że nie istnieje. Nawet po śmierci Najstarszego i wyjeździe Starego Drugiego do pracy w Mawei rodzeństwo miało kategoryczny zakaz wspominania o bracie. Nie wolno im było nawet się pożegnać.
Widzisz ją? Kulejąca kobieta z torbą na zakupy. Idzie powoli, tocząc nienawistnym wzrokiem. Może to przez upał? Pot spływa jej po nadgarstku i skapuje na chodnik. W plastikowej siatce psuje się karp, którego kupiła. Jego lśniący ogon wystaje zza złamanego pęczka szczypiorku. W drugiej torbie roztapiają się lody. Tłoczący się na ulicy uczestnicy marszu wyczuwają zapach ryby, a przynajmniej niektórym z nich tak się wydaje. Byle trzymać się dalej od tej kobiety o gniewnym spojrzeniu, którą uważają za swojego wroga. Jest w niej coś wyniosłego. Mina współgrająca ze zmarszczonym nosem, tak jak wtedy, kiedy widzisz żebraka pod budynkiem i postanawiasz zasłonić twarz. Słowami jednego z młodych ludzi, „w dzisiejszych czasach z ludźmi nigdy nic nie wiadomo”. Nie myli się, ale też nie ma racji. Owszem, ta kobieta ma protestujących w głębokim poważaniu. Uwierzy w unieważnienie czynszu, jak zobaczy je na oczy, ale na razie ma tu psującego się karpia i przeszkodę do pokonania w postaci tłumu maszerujących. Białych po prostu odpycha, zwłaszcza jeśli pozują do zdjęć. Dla Chińczyków jest nieco łaskawsza, choć tak naprawdę solidaryzuje się wyłącznie ze starymi mężczyznami i kobietami.
Kilkoro z nich to jej sąsiedzi, w tym dwoje nielegalnych. Dla niej ich odwaga jest głupotą. A jeśli dorwą cię gliny? A jeśli złapiesz jakąś nową chorobę? Lepiej dmuchać na zimne, szczególnie w tej części świata. Kręci głową i zaczyna wspinać się po stopniach do mieszkania. Klatki schodowej dawno nie zamiatano, wszędzie walają się papiery. Paragony, kupony lotto, zdrapki, dziecięce rysunki – ohydztwo. Jej kawalerka znajduje się na drugim piętrze. Drzwi otwierają się w tej samej chwili, w której kobieta wyciąga klucze.
– Kupiłaś pastę krewetkową? – pyta Stary Drugi.
Kobieta nie odpowiada, tylko wkłada zakupy od razu do lodówki. Są małżeństwem od trzydziestu lat i rzadko zwracają się do siebie po imieniu. Za powitanie służy im zwykłe chrząknięcie. Zamiast nazwać ją Bao Mei, Stary Drugi po prostu wydaje odgłos, jakby chciał odkaszlnąć, i spogląda na żonę. W ten sposób porozumiewają się bardzo stare pary, które razem wiele przeżyły.
– Straszny upał, a do tego ci ludzie – mówi Bao Mei.
– Pamiętałaś o paście krewetkowej? – dopytuje Stary Drugi.
– Nie. Skończyła się.
– Na pewno? W dużym sklepie, tym przy Canal, zawsze mają.
– Sam sobie pójdź, skoro wszystko wiesz.
– To tylko przecznicę dalej. Pięć minut drogi.
– W porządku – oznajmia Bao Mei i wpycha mu do ręki torby na zakupy. – Idź od razu. Przebij się przez ten tabun, no śmiało. Boże. Człowiek tam się tak poci, że cały się lepi. Dotkniesz kogoś i przywierasz do niego jak taśma klejąca.
– Następnym razem przejdź na drugą stronę. Tłum zebrał się tylko po jednej.
– Nie mam już czasu z tobą rozmawiać. Muszę się położyć. Ludzie się kręcą i w nocy nie mogę spać.
– Protest zaczął się dopiero dziś rano.
– No tak, cóż. – Kładzie się na futonie. – Oby nie przytrafiło im się to samo co nam.
Bao Mei i jej sny razem pamiętają wszystko. Nie tylko własne wspomnienia, cudze również. Ciało Bao Mei wzdryga się przez sen, drgają też jej usta, dławią się niemymi słowami, którym nie udało się pokonać granicy jawy. Dziś z jej gardła dobywa się krzyk, miesza się z gęstym sierpniowym powietrzem. Budzi ją obmierzły odgłos Starego Drugiego, który wybiega z sypialni. Następuje rutynowa wymiana zdań. On pyta, czy ona dobrze się czuje. Ona odpowiada, że miała sen i nie, nie chce o tym rozmawiać. Tak, napije się wody z miseczki. Im cieplejsza, tym lepiej, bo wtedy osad z kranu nie będzie smakował jak krew. Opłukuje miseczkę. Rozgląda się po mieszkaniu, które urządzili wspólnie jako mąż i żona.
Kawalerka. Pokój i sypialnia. Do sypialni nie prowadzą drzwi, tylko przykrótka, przyciężka kotara. Z pokoju można dostrzec dolną część starych mebli. W zagłówku łóżka odrapany słupek. Nogi stołu – od razu poznasz, że się chyboczą. Z rzeczy niewidocznych należy wymienić komodę przykrytą ścierką do kurzu, posunięty w latach telewizor oraz twardy materac, na którym Bao Mei nie jest w stanie spać. Po drzemce czuje się, jakby ją połamało, a obracanie się z boku na bok jest niczym noc na torturach. Nie, nie. Nie ma mowy. Niech stary pryk śpi sobie na materacu, jeśli ma ochotę, Bao Mei woli futon. Obok jej posłania stoi stół, dlatego Bao Mei kładzie się twarzą do miękkich jak boczuś poduszek. Na stole leżą przedmioty, dzięki którym czuje się bezpiecznie. Portfel zawierający zdjęcia jej i Starego Drugiego. Telefon oraz pilot do telewizora – łapie za jedno albo za drugie zaraz po przebudzeniu ze złego snu i jednym przyciskiem włącza program lub filmik mające moc powstrzymywania koszmarów. Zanim jednak to zrobi, zawsze najpierw sięga po najważniejszą ze wszystkich rzeczy: wiekowy pęk kluczy, starszy nawet od jej zgryzoty.
Bao Mei stoi teraz przy oknie, ściskając klucze. Protestujący maszerują dalej, ale już bez przemówień i okrzyków. Słychać tylko miarowe raz-dwa, raz-dwa wielu dziesiątków par nóg oraz łopot transparentów. Niosą slogany i hasztagi. „Unieważnić czynsze”. „Ratujmy Chinatown”. „Wpłać na zbiórkę”. Zajrzyj do sieci, a znajdziesz linki do funduszy pomocy wzajemnej i kont na Venmo. Artyści nawiązali współpracę z restauracjami i sprzedają T-shirty ze „szkaradnymi wzorami”, jak powiedziałby Stary Drugi. Czarna poliestrowa koszulka z wizerunkiem trzech uśmiechniętych bułeczek nie jest jego zdaniem warta ciężko zarobionych dwudziestu pięciu dolarów. Ale Bao Mei kupuje te T-shirty. W tajemnicy. Nie dlatego, że są jej potrzebne, ale ponieważ pasaż handlowy przy East Broadway jest zbyt ważny, by mógł popaść w zapomnienie. Niedawno fantazjowała o takim funduszu, który przed trzydziestoma pięcioma laty mógł tchnąć nowego ducha w jej przyjaciół i brata.
Gdyby tylko, myśli. Gdyby tylko, gdyby tylko.
W 1984 roku kapłan wręcza nastoletniej Bao Mei kartkę z liczbami. Wyjaśnia, że to data pogrzebu jej brata. Tłumaczy również, kiedy najlepiej przenieść ciało. Kiedy kopać grób i kiedy dokonać kremacji – o ile jest to zgodne z wolą rodziny. Pociągając nosem, Bao Mei przyjmuje kartkę i okazuje wdzięczność skinieniem głową. Od kilku dni biega, załatwia sprawy, prosi o przysługi, i od tego zachorowała. Okazuje się, że śmierć jest nie tylko smutna, ale też wyjątkowo uprzykrza życie. Trzeba powiadomić krewnych, wynająć robotników. Na ojca nie można liczyć, bo zmógł go żal. Całymi dniami ojciec siedzi w polu, podlewa uprawy łzami z przekrwionych oczu. W domu gapi się tępo przed siebie albo wpatruje się w trumnę z lekko uchylonym wiekiem, w której spoczywa syn. Gdy wydaje mu się, że jest sam, nagle bierze gwałtowny wdech. Dyszenie przechodzi w szloch, by po chwili stać się zawodzeniem.
Bao Mei często to słyszy. Kroki ojca i jego nieustające łkanie. Ojciec w kółko powtarza te same słowa: „Hen Bao… ród… mój synek, moje serce”. Bao Mei słucha, nie mogąc zasnąć, i czuje, jak w jej piersi gęstnieje coś na kształt złości. Złość okazuje się flegmą, wraz z którą przychodzi choroba. Ale na razie Bao Mei pokonuje drogę ze świątyni do domu, niosąc torbę pełną akcesoriów pogrzebowych. Pieniądze na życie po śmierci, kadzidełka, biała czapeczka żałobna. Jest listopad, co w tej części Chin oznacza dużo wiatru i jeszcze więcej deszczu. Podmuchy potrząsają drzewami, dobywając z nich dźwięki przypominające głos małego chłopca. Bao Mei wierzy, że w ten sposób Hen Bao usiłuje się z nią skontaktować. Od dzieciństwa, ilekroć przebywali daleko od siebie, brat przesyłał jej sny. Tak było tego dnia, kiedy wyjechał do pracy w szwalni spodni w Mawei, tak było tego dnia, kiedy umarł.
Sny są przyziemne, sprawiają wrażenie wspomnień. W jednym Bao Mei i Hen Bao siedzą we wspólnej sypialni, rozmawiają o tym, co zjedli i co będą jeść. W innym Hen Bao oprowadza siostrę po swoim mieszkaniu przy szwalni w Mawei. W jeszcze innym Bao Mei zwiedza halę zakładu, ogląda stołówkę pełną robotników sezonowych, widzi kobiety wydające posiłki i czasami nawet dwa razy dziennie jada bułeczki bao z mężczyzną, którego brat przedstawia jako swojego „kolegę”. „Poznaliśmy się w kinie”, mówi Hen Bao, a Bao Mei wie, że lepiej nie pytać o szczegóły. Ostatni sen, ten z nocy poprzedzającej dzień śmierci brata, wypalił się w pamięci Bao Mei. Ukazuje się w nim zapuszczone, zaśmiecone wejście do kina. Bao Mei rozpoznaje przyprawiającą o gęsią skórkę kasjerkę, gdy nagle Hen Bao potrąca ją w pędzie i biegnie dalej, wypowiadając swoje ostatnie słowa: „Muszę do środka. Jeszcze tego nie rozumiesz, ale muszę…”.
Rano Bao Mei budzi się zdjęta strachem. Tak samo ojciec. Tak samo kury – nie dają jaj. Wiedzą. Zanim zjawi się mężczyzna ze złymi wieściami – „Wuju, siostro, usiądźcie. Muszę wam coś powiedzieć” – oni już wiedzą.
Ciekawe, jak zupełnie inaczej wygląda śmierć w prawdziwym życiu. Bao Mei często chodzi oglądać filmy, a tam umieranie jest czymś doniosłym, dramatycznym i heroicznym. To zalewanie się łzami i bicie się pięściami w pierś. Żołnierze lamentują, żony/matki/siostry osuwają się na ziemię. Gdy do drzwi zbliża się mężczyzna, Bao Mei chciałaby się rozpłakać, ale jej oczy wyschły na wiór. W żałobie targa nią smutek gwałtowniejszy od monsunowych wiatrów, lecz nie idzie z nim w parze ani jedna łza. Między ludźmi Bao Mei udaje, że szlocha, bo patrzyliby na nią dziwnie, gdyby tego nie robiła. Osądziliby ją i rozpuścili plotki.
Bao Mei przypomina sobie, jak ojciec negocjował cenę trumny z rzemieślnikiem, który upierał się, że i tak sprzedaje ze stratą. Pokazał na swoje trzy córki, w odróżnieniu od Bao Mei i ojca ubrane po królewsku, i powiedział, że przecież one też muszą jeść, więc do diabła z twoim synem. Ojciec ukląkł przed rzemieślnikiem i zaczął błagać, zachowując wszakże godność: „Proszę, niech pan nam pomoże. Jesteśmy biedni. Chodź, córko, uklęknij ze mną”.
Potem następuje poranek, gdy przychodzi jej zobaczyć ciało Hen Bao. Brat jest ledwie twarzą w taniej skrzyni. Wnętrze trumny wyłożono ścinkami ze szwalni. W Bao Mei narasta gniew, rozlewa się po jej organizmie jak choroba, i pierwszą rzeczą, jaką Bao Mei musi zrobić, jest stoczenie walki z bratem. Jego twarz jest spokojna, wygląda, jakby zaraz miał się obudzić. Nie jest jednym z tych trupów, o których opowiadają starsi. Tych, które nie chcą umrzeć i których powieki obciąża się monetami. Nie, Hen Bao kojarzy się ze śpiącym dzieckiem. Jedyna różnica polega na braku oddechu. Na braku ruchu klatki piersiowej. To jakaś sztuczka, uznaje Bao Mei na fali wściekłości. Dlaczego jemu wolno odpoczywać, a nam nie? Czemu ojciec musi klękać, czemu ja też muszę to robić?
Postanawia go uszczypnąć.
Szczypała go, kiedy się kłócili, i zawsze czerpała z tego wielką satysfakcję. Ale teraz czuje tylko przerażenie. W dotyku skóra na twarzy Hen Bao jest zupełnie inna, niż sobie wyobrażała. Spodziewała się wiotkich policzków. Tłustych porów. Nie przypuszczała, że wyczuje trociny pod palcami. Szorstkie, jeżące włosy na głowie. Nic jej nie przygotowało na to, że uszczypnięcie pozostawi wypukłość, która ani nie nabiegnie krwią, ani nie będzie chciała się wchłonąć.
Na pogrzebie Bao Mei wpatruje się w pustkę, zamiast śpiewać jak krewni. Siedzi z tyłu rozdrażniona, usiłuje stłumić w sobie złość. Śmierć Hen Bao nadal szokuje ją tak, jakby ktoś przyłożył jej nóż do gardła. Bao Mei z trudem znosi żałobne widowisko w wykonaniu rodziny. Szloch ojca, monotonny śpiew kapłanów. Głośne modlitwy wujów: taniec i udawane rzucanie się na trumnę. Bao Mei wie, że na pogrzebach po prostu tak się robi, bo tak każe zwyczaj. Lecz gwałtowność tych ruchów – dzikość, którą łatwo pomylić z radością – sprawia, że wzbiera w niej furia. Co ci ludzie mogą wiedzieć o stracie brata? O Hen Bao, który nigdy już nie uszyje żadnego ubrania, nigdy nie opowie dowcipu? Po wszystkim wrócą do domów i poklepią się po plecach. A Bao Mei? Do końca będzie żyła z pustką pozostawioną przez brata – na próżno będzie usiłowała wypełnić ją duchami.
Dwaj kapłani sygnalizują początek kolejnej części uroczystości pogrzebowych. Zgodnie z tradycją najbliżsi przeniosą trumnę ze zmarłym do wyznaczonego przez szamanów miejsca pochówku. Akurat dziś rozpętała się burza, wiatr smaga Bao Mei jak bat. Bao Mei nawet nie chce patrzeć na ojca, którego trzeba wlec za trumną jak pijaka. Ignoruje poszeptywania sąsiadów głodnych tematu do plotek. Starając się zapanować nad narastającą wściekłością, przenosi ciężar myśli na pieniądze. Nigdy nie miała ich zbyt wiele. Jej zarobki nie wystarczą na utrzymanie rodziny. Co gorsza, zajęcie ojca ma charakter nieregularny, jest sezonowe i uzależnione od stanu jego zdrowia.
Ostatnio ojciec budzi się bez energii, brak mu sił do przerzucania kamieni. Bo jest w średnim wieku, bo opłakuje śmierć jedynego syna. Ma co robić tylko dwa, czasem trzy razy w tygodniu – o ile mu się poszczęści. Praca fizyczna jest ciężka i źle płatna, a rząd i tak nie narzeka na brak chętnych. Wszędzie wiszą plakaty: „Wspomóż rozwój Chin! Wspomóż modernizację Chin!”. Góry o takich nazwach jak Kamień albo Bęben zmieniają się w pierwszej kolejności. Ryje się w ich zboczach, kopie, wierci, dynamitem drąży się tunele. Buduje się drogi. Stawia się słupy. Remontuje się świątynie. Kto ma pecha, temu władza odbiera ziemię. Na zawiadomieniu widnieje obietnica zapłaty, ale to za mało. To nigdy nie wystarcza. Tyle że odmowa oznacza narażenie się na utratę życia. Bao Mei słyszała o takich przypadkach: o nasyłanych przez władzę zbirach, którzy potrafią zatłuc tego, kto nie chce przyjąć propozycji. Głupota, myśli. W swojej sytuacji z ochotą przyjęłaby każde pieniądze.
Ponieważ życie nauczyło Bao Mei jeszcze jednego na temat śmierci: że jest ona kosztowna. Śmierć to konieczność uiszczenia opłaty za pogrzeb oraz utrata dochodu. Dotąd Hen Bao co miesiąc przysyłał do domu pewną część swojej wypłaty. Teraz na Bao Mei spoczął trud zasypania dziury w budżecie. Nikt jej tego nie sugeruje, nikt nie mówi, co powinna zrobić. Ale idąc w kondukcie na pogrzebie brata, Bao Mei postanawia, że tak uczyni. W jej umyśle panuje całkowity spokój.
Duch Hen Bao osnuwa ramiona żałobników jak ciepłe powietrze. Unosi się nad drzewami, czasem chowa się za nimi, patrzy, jak ziemia pochłania jego ciało. Do trumny, którą wybłagała siostra, wpada piach, rozsypuje się po twarzy i niegdyś należącym do ojca garniturze. Hen Bao nie przepadał za tym strojem, kiedy żył. Kolor jest wręcz odrażający, materiał tani. „Nie chciałbym, żeby mnie nawet pochowano w tym czymś”, żartował dawniej, a teraz proszę: chowają go, w dodatku w tym czymś. Uświadomiwszy to sobie, dostaje napadu szału. Przez wiele dni grasuje w domu, zdmuchując płomienie. Ojciec podpala szczapy w piecu, a Hen Bao próbuje zgasić żar. Tyle że duch nie jest wystarczająco szybki i nie dorównuje ludzkiej sprawności w dosypywaniu węgla. Duch może sobie tupać ze wściekłości i przeklinać, a człowiek i tak zawsze wygra.
Tak jak Bao Mei zawsze wygrywa, gdy zapala świece w swoim pokoju. Hen Bao zdmuchuje je, żeby zwrócić uwagę siostry, a ona ponownie przykłada ogień, raz za razem, jak we śnie. Nie rejestruje faktu, że knot wydaje się dziwnie słaby. Nie dociera do niej, że w pozbawionym okien pomieszczeniu o gładkich, niepopękanych ścianach nie powinno być przeciągu. Śmierć brata wtrąciła ją w odrętwienie. Pomimo wiatru i listopadowego deszczu Bao Mei chodzi po dworze bez kurtki. Przed pogrzebem, u trumniarza, Hen Bao widział, jak siostra klęczy z ojcem w cienkim, odrażająco brzydkim stroju. Słysząc, jak rzemieślnik odrzuca propozycje godziwej zapłaty za usługę, czuł coraz większą nienawiść i w końcu musiał interweniować. Wniknął do głowy trumniarza, by poprzestawiać w niej to i owo.
Hen Bao może stosować swoje sztuczki tylko tam, gdzie wierzy się w duchy. W innych miejscach jego obecność dałoby się wyjaśnić. I zlekceważyć. Na przykład gaśnięcie świec Bao Mei przestaje dziwić, jeśli weźmie się pod uwagę wiek knotów. Poza tym ojciec, rozchwiany przez żal, bez przerwy otwiera i zamyka drzwi. Listopadowy wiatr wpada do wnętrza i zdmuchuje wszystko na swej drodze, poczynając od ognia w piecu. Kto wierzy w duchy, ten przypisuje im te i inne sprawki. Zapala kadzidło, puszcza z dymem pieniądze na życie po śmierci, stawia miski z ryżem na pomalowanych na czerwono, pozbawionych ozdób ołtarzykach. Wystarczy, że poczuje chłód na ramieniu, a już zmienia kierunek marszu. W końcu przytrafia się to Bao Mei w drodze powrotnej do Wysokiej Góry po pochówku brata. Na piersi jej żałobnej szaty rozlewa się czerwień. Dotarłszy do domu, Bao Mei przypomina sobie ostatnie słowa Hen Bao:
Muszę do środka. Jeszcze tego nie rozumiesz, ale muszę… Hen Bao przygląda się siostrze, siedząc na stojącej w kącie bambusowej komodzie. Macha nogami nad stertą brudnych ciuchów. Żałobna szata. Biała opaska na głowę i przetarte, oblepione błotem szmaciane buty. Kiedy Bao Mei rzuca czerwonymi skarpetami w kierunku komody, te przenikają przez stopy Hen Bao. Nie przeszkadza mu to, bo ulga i radosne podniecenie właśnie przetaczają się przez niego jak fala. Jest przekonany, że będzie mógł ponownie nawiązać kontakt z siostrą, jeśli tylko Bao Mei pójdzie do kina. Ponieważ w jego ścianach jest zaklęta siła ujawniająca to, co ukryte w ludziach. Sprawiająca, że ożywają. Kiedy Hen Bao udał się tam po raz pierwszy, mężczyzna poczęstował go papierosem, a wówczas Hen Bao przekonał się, że pot, ślina i siki to zapachy miłości. Albo za drugim razem, gdy tracił zmysły, kiedy jakiś mężczyzna powiedział, że ma męża, który pracuje w banku.
– Kogo? – spytał Hen Bao.
– Męża.
– Męża?
– Męża.
Kino jest miejscem, w którym pewien rodzaj rzeczywistości przystaje. Jeśli dłoń miękkiego mężczyzny otrze się o włoski na knykciach drugiego faceta, ten w pierwszym odruchu chwyci ją. Mocno. A potem jeszcze mocniej, dopóki ten bezimienny, bezwonny pąk nie zakwitnie. W kinie nie trzeba się przejmować oczekiwaniami rodziców. Presją ze strony ojca pragnącego przedłużenia rodu (po co?) albo matki owładniętej obsesją na punkcie wnuków. Przypatrując się siostrze, Hen Bao uśmiecha się, a jego uśmiech przeistacza się w spokój w jej umyśle. Zmartwiona brakiem pieniędzy Bao Mei kładzie się na łóżku, a wtedy w jej głowie pojawia się sylwetka kina robotniczego w Mawei.
Rok i siedem miesięcy później Stary Drugi wychodzi z domu, żeby kupić jedzenie, pokręcić się i – jak sam sobie tłumaczy – spędzić czas na nicnierobieniu.
Jest ciepły, bezwietrzny dzień. Ziemię zasnuwa sięgająca do kolan mgła. Mężczyźni oferujący przewozy trójkołowymi rowerami odpoczywają w herbaciarniach albo pod markizami sklepów. Ich rozpięte koszule odsłaniają brązowe klatki piersiowe ze sterczącymi żebrami. Ci, którzy jedzą, mają kołnierze pobrudzone kawałkami makaronu. Jest 1986 rok w Mawei. Nowo położone drogi zdążyły zarosnąć brudem. Nie szkodzi, może to i lepiej. Pocieszająca jest myśl, że ulice pachną jak przejrzałe owoce. A gdy dochodzą do tego walające się wszędzie niesprzedane warzywa, miasto od razu wydaje się bardziej swojskie, mimo że zatłoczone – jeśli nie liczyć bocznych uliczek, pustych i opanowanych przez owady. Przy tej prowadzącej do kina robotniczego nie ma nic poza płatną toaletą i jej znudzonym strażnikiem.
Stary Drugi idzie do kina po raz drugi w życiu. Pierwszy raz poszedł w zeszłym tygodniu, ale stracił panowanie nad sobą i wybiegł w trakcie filmu wojennego. Nie z powodu tego, co pokazywano na ekranie, ale ponieważ siedzący na widowni mężczyźni dotykali się nawzajem. Było to widać już z przejścia. Miękcy siedzieli w ciemnych kątach z wykrzywionymi ciałami i błądzącym wzrokiem. Były też dźwięki (Stary Drugi słyszał, jak jeden facet prosi drugiego o pieniądze), były i zapachy. Kiedy tylko przekroczył próg kina robotniczego, panująca tam atmosfera miłości sprawiła, że szybciej zabiło mu serce. Kasjerka od razu wyczuła zmianę, która w nim zaszła. – Jesteś pewien, że dobrze trafiłeś? – spytała.
– Tak.
Jest pewien, bo przez całe życie szukał takiego miejsca. Takiego, w którym spotykają się mężczyźni tacy jak on. Próbował w parkach, próbował w publicznych szaletach, ale ilekroć ktoś się do niego podsuwał, Stary Drugi wpadał w złość. Któregoś razu dostał takiego szału, że uniósł pięści. Powstrzymało go tylko to, że tamten skulił się i rozpłakał. Był w wieku ojca Starego Drugiego, ale zrobił skruszoną minę dziecka. Stary Drugi odszedł bez słowa, zostawiając mężczyznę w parku. Pragnął to zrobić, ale za każdym razem, gdy się do kogoś zbliżał, powracały wspomnienia. Nie ojcowskiej wściekłości ani pełnej obrzydzenia miny matki. Lanie bolało, jasne, tak jak klęczenie przez wiele godzin przed domem. Ale gorszy od tego wszystkiego był dobijający ton śmiechu Metra Sześćdziesięciu Pięciu. Kiedy Wiosenny Kurczak nakrył ich tamtej nocy, pierwsza myśl Starego Drugiego brzmiała: „Zaprzeczaj. Udawaj, że nic się nie stało. Wrócimy za dwa tygodnie, a wtedy nikt za nami nie przyjdzie”. Ale zanim zdążył się odezwać, Metr Sześćdziesiąt Pięć zaczął rechotać. Klepnął się w uda, wywrócił się i ryczał, ryczał do rozpuku.
Do Starego Drugiego dotarło wtedy, że to koniec.
Dlatego teraz, gdy spotyka jakiegoś mężczyznę w parku, zawsze przypomina sobie tamten śmiech. Pragnie miłości – bezdyskusyjnie – lecz dławi go strach, który powraca jak odruch. Stanowi to dla Starego Drugiego tak duży problem, że nakazuje mu modlić się do bogów o pomoc. A także o siłę. Oraz odwagę. No i o pomyślny rok bez chorób. Tym razem Stary Drugi idzie do kina robotniczego po długiej nocy spędzonej na rozmyślaniach. Kasjerka zauważa wory pod jego oczami. Chichocze.
– Tym razem też jesteś pewien, że dobrze trafiłeś?
– Tak, absolutnie.
– Jasne, jasne. Tylko znowu nie ucieknij.
Poczerwieniały z zażenowania Stary Drugi nie odpowiada, tylko rzuca kobiecie gniewne spojrzenie.
– To niepotrzebnie zwraca na nas uwagę. Muszę rozpowiadać ludziom, że kino jest nawiedzone.
– Tak, jestem pewien, że dobrze trafiłem.
– Nie prosiłam się o to wszystko. – Wręcza mu bilet. – Miłego seansu.
Ponownie trafia do ciemnego pomieszczenia. Ponownie znajduje pety na siedzisku, a na podłodze ślady po gorącym popiele. Na dużym ekranie leci film wojenny sprzed tygodnia. Wybucha granat i huk eksplozji wstrząsa fotelami trzech mężczyzn obecnych w sali projekcyjnej. Dwóch siedzi razem, jeden osobno. Ten ostatni nazywa się Shun-Er. Stary Drugi widzi go ze swojego miejsca w rogu sali. To nie zbieg okoliczności, nic mu się nie przywidziało. Zwrócona w lewą stronę dziobata twarz gapi się jak rzymski pomnik. Ocenia sytuację. Czy on…? Czy chce…?
Zaczynają się starania.
Pierwszym krokiem jest niespieszne, „przypadkowe” przemieszczanie się w stronę drugiego mężczyzny. Jeśli się nie odsunie albo jeśli spojrzy na ciebie, możesz się zbliżyć. Usiądź obok niego, poczęstuj go papierosem. Obserwuj go. Ogląda film czy bada przestrzeń wokół siebie? Tak czy inaczej, przyjęcie papierosa oznacza akceptację. Odmowa to znak, że musisz spróbować szczęścia gdzie indziej. Nic wielkiego w takim mieście jak to.
Stary Drugi nie pali, lecz mimo to przyjmuje papierosa od Shun-Era. Zaciąga się i natychmiast zanosi się takim kaszlem, że Shun-Er musi go poklepać – a raczej pomasować – po plecach, na co pozostali mężczyźni reagują śmiechem. Dotyk Shun-Era jest delikatny, kojarzy się Staremu Drugiemu z Metrem Sześćdziesiąt Pięć. Uspokaja go. Przynosi mu ukojenie, choć Shun-Er wpatruje się w niego zdumionym wzrokiem. – Po co brałeś papierosa, skoro nie palisz?
– Bo myślałem, że tak trzeba.
Chichoczą jak dzieci. Wesołość skutkuje kłuciem w piersi. Stary Drugi rechocze tak radośnie, że zupełnie nie zwraca uwagi na szpetotę Shun-Era. Zapomina o nocy na polanie w lesie. Śmieje się, zgina się wpół, lekko szturcha Shun-Era. Mimowolnie tworzy się zażyłość. Poruszają się jak dwaj pijacy. Dłonie wędrują ku nadgarstkom, łokciom, ramionom, wszystko w oparach potu i dymu z papierosów. Kiedy w końcu Shun-Er pochyla się, żeby pocałować Starego Drugiego, tłem staje się dla niego śmierć na ekranie. Żaden z mężczyzn nie widzi, jak biegnący po polu bitwy żołnierz traci życie na minie.
Ich miłość ma moc odmieniania aury. W radiu zapowiadano deszcz, ale w chwili gdy Stary Drugi dostrzega Shun-Era, chmury się rozstępują, wiatr lekko się wzmaga, a słońce wygląda wręcz smakowicie w swej żółtości. Tylko obrać je ze skórki, usunąć pestki i zatopić w nim zęby. Nie jest twarde, lecz miękkie – tak jak miękko Shun-Er dotyka Starego Drugiego. Trzymanie się za ręce jest zakazane, dlatego ich palce i dłonie muszą odnajdywać się na inne, pomysłowe sposoby. Pewnego dnia na plaży odkryli, że mogą dotykać się w nieskończoność, jeśli będą udawali, że jeden strzepuje piasek z drugiego. Uskuteczniali to godzinami. Jeden obracał się na brzuch, drugi zajmował się jego plecami. Potem zmiana, spłukanie i powtórka. Któregoś razu wybrali się wysoko w góry i skradli słone od potu pocałunki przed ołtarzem ludowej bogini. Ta, jeśli ich widziała, okazała się miłosierna i nie sprowadziła nikogo, kto mógłby im przeszkodzić. I oczywiście było jeszcze kino robotnicze. Miejsce, w którym się poznali i gdzie miłość stawała się czymś więcej niż słowami i delikatnymi dotknięciami. W kinie powietrze było gęste. I miało własny smak: potu i śliny, krwi w ustach.
Byli młodzi, ich miłość nieposkromiona. Trwała wiele tygodni, potem miesięcy. Minął rok, a ich uczucia wciąż były świeże jak mięta. Jak ssanie pastylki, która nigdy nie traci smaku. Brakowało w ich miłości miejsca na zazdrość. Brakowało go na złość, paranoję i strach. Uskrzydlała obu i pozwalała im spoglądać na świat z nowej perspektywy.
– Nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę – powtarzał Stary Drugi.
– Co?
– To. – Pokazywał na siebie, potem na Shun-Era. – Czy to nie dziwne?
– Nie, ani trochę.
Bywały dni, kiedy rozmawiali. Dzielili się opowieściami. Stary Drugi nie płacze, gdy wspomina przeszłość. Zamiast tego śmieje się. Płacz uważa za zbyt łatwy i za głośny. Gdyby miał do czegoś przyrównać swoje emocje, to do szeptu. Po tym, jak zebrał lanie od ojca, a w oczach matki przemienił się w karalucha, Stary Drugi został zmuszony do klęczenia przed domem przez wiele godzin. Ale najgorsze było lekceważenie ze strony sąsiadów. Mijali go, pomrukując między sobą – robił to nawet Metr Sześćdziesiąt Pięć – i nikt nie odważył się spojrzeć mu w oczy.
– Płakał tylko mój najmłodszy brat. Głupek, który wywołał całą tę aferę. Płakał, kiedy mnie bili, i płakał, kiedy klęczałem. A potem ojciec jego też zbił, i to mocniej. Ale nie za łzy, tylko za to, że poszedł za mną do lasu. Przynajmniej tak podejrzewam. Ludzie tacy jak my nie są dla nikogo problemem, chyba że zostaniemy na czymś przyłapani. Wtedy jest furia, krew i osiemnaście poziomów piekła. Mam teorię, że ojciec był zły na mojego brata, bo ten potwierdził to, co ojciec już wiedział od pewnego czasu. Bo ojciec wył, kiedy mnie uderzał. Wył i walił się w pierś jak na pogrzebie.
– Wtedy pierwszy raz cię przyłapali?
– O czym ty mówisz? Byłem jeszcze nastolatkiem. Dopiero co zstąpiły mi jądra.
Śmieją się cicho, dyskretnie. Nikt w kinie robotniczym ich nie słyszy. Krążący w poszukiwaniu partnera mężczyźni są zajęci własnymi sprawami. Chodzą po sali projekcyjnej, łypiąc nerwowo przekrwionymi oczami. Niektórzy z nich, z wyglądu stali bywalcy, są wesołkowaci: żartują i kupują jedzenie tym, którzy go potrzebują. Stary Drugi raz skorzystał z ich dobroczynności, którą zwykle obdarzają parę ślicznych, choć ubożuchnych nomadów z prowincji Syczuan. Wszyscy ci ludzie wpisują się w koloryt kina, w barwny wachlarz grubych, chudych, szpetnych i pięknych mężczyzn. Niektórzy nie mają środków do życia i aby się tu dostać, sprzedają własne osocze. Inni to ojcowie, czasem dziadkowie, którzy maskują złe zachowanie bezmyślną hojnością. Jedną z cech wspólnych tutejszych gości jest to, że żaden z nich nie zwraca uwagi na film wyświetlany przez operatora. A szkoda, uważa Stary Drugi. Akurat dzisiejszy seans należy do jego ulubionych, to rozgrywający się w Malezji policyjny sensacyjniak z elementami nadprzyrodzonymi.
Stary Drugi i Shun-Er plotkują o operatorze w leniwy, luźny sposób. Jak myślisz, czy on jest…? A widziałeś, jak patrzy na kasjerkę? No trudno. Chociaż przystojniak z niego. Obgadują jego oczy, ramiona, szerokie barki. Staremu Drugiemu podoba się brzuch operatora, Shun-Erowi – nie bardzo. Wysoki facet, prawdziwy olbrzym. No i te dłonie.
– Łapy jak rękawice bokserskie – mówi o nich Shun-Er. – Jak ci przyłoży, to nie wstaniesz.
Chichocząc, zastanawiają się, czy operator i kasjerka się całowali. Ciekawe, czy poszli na całość i spędzili razem noc. Stary Drugi rzuca, że kobieta ma szczęście. Operator jest łagodny jak pasący się byk, zauważa, do tego miły i życzliwy. Shun-Er uśmiecha się w milczeniu. Gdy jego oddech staje się głębszy, dla Starego Drugiego jest to sygnał, że w Shun-Erze zaszła zmiana i nastąpił powrót do powagi. Często tak bywa między nimi. Żarty, potem złość. Smutek. Potem znów żarty i plotki.
Powtarza się cykl.
– Mnie kiedyś nakryła żona – mówi Shun-Er.
Mięśnie Starego Drugiego sztywnieją. Dzieje się tak za każdym razem, kiedy Shun-Er wspomina o żonie.
– Dwa lata po ślubie.
– Mówiłeś, że to było aranżowane małżeństwo.
Shun-Er kiwa głową.
– Jak wszystkie. Ona pracowała za dnia, ja nocami. Zdarzało się, że przyprowadzałem mężczyzn do domu. Jeśli ktoś nas zobaczył, przedstawiałem ich jako kolegów z pracy. Jeden wyglądał zupełnie jak ty. Niemal identyczny. Bardzo chudy. Fryzura na jeża, płaska powieka. Tyle tylko, że był trochę starszy i… – szczerzy się – …dużo brzydszy. Dopiero zaczynałem bywać z mężczyznami. Byłem tak złakniony, że ten jeden raz zapomniałem o środkach ostrożności. Nie zamknąłem drzwi na klucz.
– Jak psy w rui.
– Byliśmy w sypialni i nie usłyszeliśmy powrotu mojej żony. Jej kroków na schodach. Tego, jak zzuwa buty. Przypomniałem sobie o niej, dopiero kiedy zawołała mnie po imieniu, ale wtedy już niewiele można było zrobić. Przekręciłem klucz w zamku drzwi do sypialni. Powiedziałem mężczyźnie, który wyglądał zupełnie jak ty, żeby się ubrał, i sam zacząłem robić to samo. Kiedy żona położyła dłoń na klamce, byłem w koszuli i majtkach. Zawołała mnie i zapytała, co to za tajemnice. Zabroniłem mężczyźnie się odzywać. Kiedy obaj się ubraliśmy, otworzyłem drzwi.
– Czyli niczego nie widziała?
– Nie, ale nie jest głupia. Dwóch facetów w zamkniętym pokoju? Rozgrzebana pościel? No i ten zapach.
Stary Drugi kiwa głową i rumieni się na wspomnienie zapachu. Dobrze go zna.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki