Kino miłość - Jiaming Tang - ebook + książka

Kino miłość ebook

Tang Jiaming

0,0
39,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

Zakazane związki na chińskiej prowincji

Stary Drugi i Bao Mei od ponad trzydziestu lat wiodą skromne życie w nowojorskim Chinatown. Nie są jednak tradycyjnym małżeństwem. Połączyło ich pożądanie. Jednak nie do siebie nawzajem, lecz do… innych.

Małe kino w prowincjonalnym chińskim mieście Fuzhou. To tam w półmroku sal projekcyjnych podczas seansów filmów wojennych, Stary Drugi i inni mężczyźni nawiązywali intymne znajomości. W większości byli to geje, którzy poślubili kobiety, co pomagało im ukrywać prawdziwą orientację. Bao Mei pracowała w kinie jako kasjerka i pomagała klientom utrzymywać schadzki w sekrecie. Sama też odnajdywała szczęście u boku kinowego operatora.

Nic jednak nie trwa wiecznie. Po ujawnieniu charakteru relacji łączącej Starego Drugiego z jego kochankiem bohaterowie muszą opuścić rodzinny kraj. Co przyniesie im życie w Stanach Zjednoczonych?

Cinema Love to poruszająca, pełna czułości i melancholii opowieść o zakazanych związkach i pożądaniu, o trudach imigracji i trosce o drugiego człowieka. A także o tym, jak cień przeszłości może ciążyć nad teraźniejszością.

Książka nominowana do Carnegie Medal for Excellence in Fiction w 2025 roku.

Wybór klubu książki TeaTime Dakoty Johnson.

Wyjątkowa i poruszająca. Lektura obowiązkowa.

Alice Hoffman

Delikatna – i brutalna. Wzruszająca – i podszyta poczuciem humoru. Nigdy nie czytałem czegoś podobnego.

Robert Jones, Jr.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 319

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dedykacja

Mamie i Tacie

Część pierwsza

Wstęp

Oto on: ukrywa się w piw­nicy i czeka na miłość. Na górze działa kino. Wyświe­tla się tu same stare filmy, dla­tego osoby postronne dzi­wią się, że inte­res w ogóle się kręci. Sie­dząc przy tanim piwie, żar­tują sobie z tego miej­sca i snują teo­rie. Jedna z nich lokuje w kinie pral­nię brud­nych pie­nię­dzy. Inna – punkt prze­rzu­towy han­dla­rzy żywym towa­rem, tyle że przy­by­tek odwie­dzają głów­nie drobni, ner­wowi męż­czyźni. Jedyną widy­waną tutaj kobietą jest uty­ka­jąca kasjerka o suro­wym obli­czu. Wła­śnie idzie kory­ta­rzem do kasy, powłó­cząc nogą i nio­sąc szu­felkę ze zmiotką. Na zewnątrz czeka czło­wiek w zsu­nię­tej na czoło czapce. Trans­ak­cja odbywa się bez słowa. Spoj­rze­nie kasjerki prze­suwa się po klien­cie jak język po skó­rze. Klient wysta­wia do góry palec: jeden bilet, nie­ważne na co. Następ­nie bank­not o wyż­szym niż zwy­kle nomi­nale prze­cho­dzi z ręki do ręki, kobieta i męż­czy­zna dają sobie znak ski­nie­niem głową i zaraz potem ten drugi znika w środku, prze­my­ka­jąc jak ban­dyta. Klient zna wnę­trze jak zmarszczki na twa­rzy kochanka. Kino ma dwa skrzy­dła, w obu znaj­dują się sala pro­jek­cyjna oraz toa­leta, w lewym dodat­kowo klatka scho­dowa ukryta za drzwiami, które łatwo wziąć za pro­wa­dzące do schowka. Klient scho­dzi po stop­niach do piw­nicy i tra­fia do ciem­nego kory­ta­rza. Stą­pa­jąc po nie­do­pał­kach papie­ro­sów i podar­tych bile­tach, idzie wzdłuż pokry­tej graf­fiti ściany, by po chwili wejść pro­sto w chmurę dymu. Klient wyobraża sobie świa­tła stro­bo­sko­powe, któ­rych tu nie ma. Brak też muzyki, próżno szu­kać alko­holu. Jest tylko mate­rac na pod­ło­dze. Żarówka ze zwie­sza­ją­cym się łań­cusz­kiem. I cza­sem, tak jak teraz, męż­czy­zna cze­ka­jący na miłość.

– Czy ty…?

Tak, mówi wzrok klienta.

– Aha.

Żaden nic wię­cej nie mówi. Wystar­czy nie­spieszny ruch do przodu. Walące serca i zasko­cze­nie. Nie wie­rzę, że to się zaraz sta­nie, myśli klient. Nie wie­rzę, że za moment…

A potem dreszcz.

I skrzy­pie­nie wie­ko­wego mate­raca.

Rozdział pierwszy

W Chi­na­town w Nowym Jorku męż­czy­zna zwany Sta­rym Dru­gim pamięta. Jego twarz jest pokryta pie­gami. Bli­znami po opa­rze­niach i zaskór­ni­kami, które są jak pąkle na wie­lo­ry­bie. Drżące dło­nie umo­co­wane na dłu­gich bez­wło­sych ramio­nach wyj­mują i zapa­lają papie­rosa. Pod sufi­tem obraca się wen­ty­la­tor, a przez otwarte okno widać masze­ru­ją­cych ludzi. Stary Drugi przy­gląda im się. Trzy­mają tablice z nie­zro­zu­mia­łymi dla niego hasłami i prze­waż­nie mil­czą, tylko od czasu do czasu skan­dują nie­zro­zu­miałe dla niego słowa. Wie, po co to robią. Przy­szli i do niego, z apa­ra­tami i note­sami, rzu­cali jeden przez dru­giego: „Dzień dobry, nazy­wam się… Przy­szliśmy pro­sić pana o pod­pis… Czy możemy…”.

I tak dalej, dopóki Stary Drugi nie ode­zwał się łama­nym man­da­ryń­skim:

– Jasne.

Wycho­wał się w górach. Do szkoły cho­dził tylko przez rok, tak jak rodzeń­stwo. Dziew­czynki zosta­wały dłu­żej, chłopcy od razu szli na pole. Zresztą tak woleli – twier­dzili, że dzięki temu zyskują wol­ność. Zwłasz­cza w gorące, parne lata. Zamiast man­da­ryń­skiego uczyli się łowić ryby. Jak zasta­wiać rzeczne pułapki ze sta­rych koszul i butli po wodzie. Sta­wali w stru­mie­niu w cał­ko­wi­tym bez­ru­chu, z bły­skiem w oczach i wia­drami w rękach. Nagle krzyk: Jest! Jest! Stary Drugi pamięta ruch ciała. Zło­ci­stą, żyla­stą skórę, napięte, tward­sze od stali mię­śnie. Pamięta rów­nież cię­żar koń­czyn brata, obję­cia, ale nie do końca.

Dziś, wiele lat póź­niej, widzi za oknem miłość podob­nego rodzaju.

Nie rozu­mie słów ani napi­sów, ale zdaje sobie sprawę, co się dzieje. Strajk najem­ców. Uczest­nicy mar­szu pró­bują ura­to­wać Chi­na­town. Na przy­kład pasaż han­dlowy przy East Broad­way z bud­kami przy­by­szów z Fuzhou i dzia­ła­jące od dzie­się­cio­leci restau­ra­cje przy Eldridge Street. Marsz ruszył przed trzema godzi­nami, acz raczej skrom­nie. Pły­nąca ulicą strużka chiń­skich pro­te­stu­ją­cych przy­po­mi­nała zwy­kłych zaku­po­wi­czów. Potem zja­wiła się kobieta z mega­fo­nem i mło­dzi ludzie w stro­jach lwich tan­ce­rzy. Zaczęli dołą­czać prze­chod­nie i wkrótce zro­bił się tłum.

Z góry masze­ro­wa­nie wygląda jak trwa­nie w obję­ciach. Poru­sza Sta­rego Dru­giego, budzi w nim wspo­mnie­nia. Nie tylko o dzie­ciń­stwie i bra­ter­skiej miło­ści, ale też o tym, jak z trzy­dzie­stoma sied­mioma męż­czy­znami stał przed kinem robot­ni­czym w Mawei.

To było dawno temu, myśli.

W sierp­niu minie trzy­dzie­ści pięć lat.

Wpierw jed­nak musimy cof­nąć się jesz­cze dalej. Nie trzy­dzie­ści pięć, tylko czter­dzie­ści lat. Wtedy wła­śnie roz­po­czyna się opo­wieść, w któ­rej chło­piec z gór dowia­duje się, że nie­wła­ściwy rodzaj śmie­chu może zabić. Znasz już Sta­rego Dru­giego, ale są też inne postaci. Człon­ko­wie rodziny i sąsie­dzi pozo­sta­jący na dal­szym pla­nie jak kar­to­nowy las w przed­sta­wie­niu. Matka i Ojciec. Duża Sio­stra, Mała Sio­stra, Stary Trzeci. Istot­niej­szy dla naszej histo­rii – choć tylko tro­chę bar­dziej niż pozo­stali – jest brat nazy­wany Naj­star­szym. To pier­wo­rodny syn, pra­cuje w spa­walni w Fuzhou. Oczko w gło­wie rodziny, prze­zna­czony śmierci, ginie w wypadku w zakła­dzie w 1980 roku. Pozo­stałe ważne postaci to Wio­senny Kur­czak, młod­szy brat Sta­rego Dru­giego, oraz szes­na­sto­letni chło­pak z sąsiedz­twa, któ­rego nazy­wają Metr Sześć­dzie­siąt Pięć.

Żaden z chłop­ców nie przy­po­mina tego, co suge­ruje jego imię. Wio­senny Kur­czak ma paty­ko­wate ręce i policzki jak śred­nio wysma­żone mięso. Zamiast się opa­lać, jego skóra pod wpły­wem słońca robi się naj­pierw różowa, potem czer­wona, a czy­raki, które się na niej two­rzą, wyglą­dają jak guzki na ciele osku­ba­nej gęsi. Jest brzydki i dla­tego ludzie go uwiel­biają. Z kolei Metr Sześć­dzie­siąt Pięć darzony jest sym­pa­tią z cał­ko­wi­cie odmien­nych powo­dów. Nosi swoje prze­zwi­sko od dzie­ciń­stwa. Jest ono odzwier­cie­dle­niem wzro­stu wszyst­kich męż­czyzn w rodzi­nie – z wyjąt­kiem jego samego, olbrzyma o gło­sie brzmią­cym jak cios dło­nią. Ton tego głosu zbliża się ukrad­kiem do ucha niczym cie­kaw­ski kot. A potem zaczyna swa­wol­nie barasz­ko­wać, zanim wkrad­nie się nuda, i odcho­dzi, zabraw­szy kawa­łek two­jego serca.

Wła­śnie to przy­tra­fia się Sta­remu Dru­giemu.

Lato 1980 roku. Pozba­wiona elek­trycz­no­ści i cen­tral­nego ogrze­wa­nia wio­ska, któ­rej nazwa ozna­cza dosłow­nie Wysoką Górę. Pew­nego dnia Naj­star­szy wyje­dzie do pracy w zakła­dzie w Fuzhou i ni­gdy już nie wróci. Brak dróg łączą­cych Wysoką Górę z Fuzhou sprawi, że podróż zaj­mie mu całe popo­łu­dnie i cały wie­czór. Wio­senny Kur­czak odpro­wa­dzi Naj­star­szego wzro­kiem. Spoj­rze­nie jego ciem­nych, okrą­głych, cie­kaw­skich oczu nie opu­ści brata, dopóki ten nie znik­nie z pola widze­nia. Oko­licę pora­sta gęsty las, jest mnó­stwo miejsc, gdzie można się ukryć. Można wspiąć się na drzewo i roz­pły­nąć na wiele godzin. Dzieci w Wyso­kiej Górze nie bawią się w cho­wa­nego, a przy­czyną takiego stanu rze­czy wcale nie jest brak wyobraźni. Po pro­stu zbyt łatwo znik­nąć. Zbyt łatwo umo­ścić się w listo­wiu i zapo­mnieć o ist­nie­niu życia.

Stary Drugi idzie po drewno na opał, bo dziś jego kolej. Ścią­gnął wiązkę sznur­kiem i umie­ścił w koszu. Musi zebrać wię­cej, ale na razie posta­na­wia odpo­cząć nad stru­mie­niem, który jego bra­cia nazy­wają Rzeką. Za dwie godziny pora­nek dobie­gnie końca i słońce znaj­dzie się w naj­wyż­szym punk­cie na nie­bie. Pot na skó­rze, pod pachami i mię­dzy nogami, Stary Drugi obmywa się wodą. Nie­opo­dal leży jedna z rzecz­nych puła­pek Naj­star­szego. Jest cicho, jeśli nie liczyć szmeru stru­mie­nia i sze­le­stu liści. Stary Drugi podej­rzewa, że to jakieś zwie­rzę, ale po chwili z hukiem zwala się na zie­mię Metr Sześć­dzie­siąt Pięć.

– Cho­lera – rzuca – prze­stra­szy­łeś mnie.

– Ja cie­bie?

– Naro­bi­łeś hałasu. Myśla­łem, że to niedź­wiedź.

– Niedź­wiedź? W tych stro­nach?

– Widzia­łem go. Wygląda zupeł­nie jak ty.

– Gdzieś go widział?

– Tutaj. Wła­śnie ze mną roz­ma­wia.

– Nie śmiej się ze mnie. Wiem, gdzie miesz­kasz. Mogę ci doło­żyć tutaj i mogę ci doło­żyć tam.

Roz­ba­wie­nie w gło­sie Metra Sześć­dzie­się­ciu Pię­ciu zacho­dzi Sta­remu Dru­giemu pod skórę. Nie cho­dzi tylko o pysko­wa­nie i prze­ko­ma­rza­nie się. Jest jesz­cze spoj­rze­nie. I wydę­cie warg. Obie te rze­czy spra­wiają, że policzki Sta­rego Dru­giego płoną z wście­kło­ści. Chłopcy uwa­żają się za kole­gów, mimo że obra­cają się w róż­nych śro­do­wi­skach. Prze­waż­nie ich wza­jemne rela­cje są prze­lotne. Spoj­rze­nie albo ski­nie­nie głową z oddali, zwy­kle pozba­wione uśmie­chu. A tu pro­szę: żar­tują, szcze­rzą zęby, w brzu­chu Sta­rego Dru­giego roz­lewa się cie­pło. Ma pięt­na­ście lat i więk­szość reak­cji spro­wa­dza się u niego do zło­ści. Ta sytu­acja nie sta­nowi wyjątku, tyle że tym razem nie swę­dzi go ręka, żeby zadać cios. Sie­dzi i słu­cha, przy­gląda się przy­po­mi­na­ją­cym korze­nie drzewa węzłom mię­śni nóg Metra Sześć­dzie­się­ciu Pię­ciu. Widocz­nemu pod unie­sioną połą koszuli frag­men­towi nagiego, pła­skiego tuło­wia. A naj­bar­dziej ze wszyst­kiego iry­tuje go śmiech – wabiący, kuszący.

– Czę­sto przy­cho­dzisz nad stru­mień, niedź­wie­dziu?

– A co? Jest twój?

– No. Ale możesz wpa­dać, kiedy chcesz. Zupeł­nie za darmo.

Od tej pory chłopcy lgnęli do sie­bie. Jeden dla­tego, że jego star­szy brat i naj­bliż­szy przy­ja­ciel opu­ścił Wysoką Górę, drugi – bo się nudził. Był cie­kaw. Czy przyj­dzie, jeśli popro­szę? Przy­cho­dzi w ciągu dnia, ale nocą? Przy­pa­trują się sobie w ciem­no­ści, oglą­dają te frag­menty swo­ich twa­rzy, które widać w poświa­cie księ­życa. Tu oko, tam uśmiech. Nic nie mówią, ponie­waż nie chcą, żeby ktoś ich usły­szał. Nie roz­ma­wiają o tym, ale wie­dzą, że ich przy­jaźń jest czymś dziw­nym. Gdyby ich nakryto, sta­liby się obiek­tem plo­tek. A prze­cież tylko obej­mują się w mil­cze­niu. Wła­śnie tak mówi Stary Drugi matce, gdy ta się dowia­duje. Pomija, że wymyka się z domu o dru­giej, cza­sem o trze­ciej nad ranem. Nie dzieli się z nią ocze­ki­wa­niem, znie­cier­pli­wie­niem i zło­ścią, że zawsze zja­wia się pierw­szy. Nie wspo­mina, że wyko­nuje dwa razy wię­cej pracy niż poprzed­niego dnia. Nikt nie będzie się zasta­na­wiał, dla­czego Stary Drugi poświęca wię­cej czasu na zbie­ra­nie drewna na opał albo wyko­puje wszyst­kie bataty.

Nikt poza Wio­sen­nym Kur­cza­kiem, któ­rego zasta­na­wia ten dodat­kowy trud Sta­rego Dru­giego.

Ma dzie­więć lat i jest wścib­ski, węszy jak pies. Za mały, by pra­co­wać, i zbyt cho­ro­wity. Całymi dniami i wie­czo­rami obser­wuje rodzeń­stwo zaj­mu­jące się wła­snymi spra­wami. Przy pierw­szej oznace podej­rza­nej aktyw­no­ści roz­po­czyna śle­dze­nie: prze­dziera się przez cier­ni­ste krzewy, prze­myka pod drze­wami, poko­nuje Rzekę. Ostat­nio zauwa­żył sze­reg dziw­nych zacho­wań. Pierw­szym była zaska­ku­jąca wydaj­ność Sta­rego Dru­giego. Brat wyko­nu­jący dodat­kową pracę, i to bez powodu? Coś takiego nie mie­ściło się Wio­sen­nemu Kur­cza­kowi w gło­wie! Potem doszły czę­ste wyprawy nad stru­mień, z któ­rych Stary Drugi wra­cał bez ryb. Nie przy­no­sił nawet mar­nego mikuna, za któ­rym Wio­senny Kur­czak prze­pada. Pyta­nia Wio­sen­nego Kur­czaka Stary Drugi zbywa mil­cze­niem i tylko rzuca nie­spo­kojne spoj­rze­nia. Czego wypa­truje? Tutaj na pewno tego nie ma – we wspól­nej sypialni chłop­ców próżno szu­kać cze­go­kol­wiek poza matami i kocami.

Być może jego postę­po­wa­nie wynika ze zmę­cze­nia. Ostat­nio czę­sto ziewa, bywa, że na długo przed zacho­dem słońca. Zda­rza mu się nawet przy kola­cji albo kiedy się myje. Ziew, po nim mlask, cza­sem bek­nię­cie pro­sto w twarz sio­stry. Wie­czo­rem zasy­pia pierw­szy i nie­raz zapo­mina opu­ścić moski­tierę. Wio­senny Kur­czak musi go w tym wyrę­czać. Nie zdaje sobie sprawy, że Stary Drugi chce czmych­nąć po cichu. Dla­tego śpi w ubra­niu, a po kola­cji zosta­wia otwarte drzwi do kuchni.

Lecz wszyst­kie te wysiłki Sta­rego Dru­giego idą na marne, ponie­waż któ­rejś nocy Wio­senny Kur­czak się budzi. Nie z powodu hałasu – po pro­stu chce mu się siu­siu. W dro­dze do latryny zauważa prze­my­ka­ją­cego w mroku Sta­rego Dru­giego. Rusza za nim w dół gór­ską ścieżką, potem mię­dzy drzewa. Trwa długi, akcen­to­wany trza­skiem pęka­ją­cych gałą­zek marsz. W końcu docie­rają na polanę. Wio­senny Kur­czak trzyma się z daleka, nie­mniej sły­szy szum wody i rechot żab. Las jest pełen wąskich sno­pów księ­ży­co­wego bla­sku. Pod łuną świe­tli­ków Wio­senny Kur­czak dostrzega swo­jego brata sto­ją­cego w towa­rzy­stwie kociego chłopca o skó­rze lśnią­cej jak wypo­le­ro­wany metal. Boi się, ale wie, że lepiej nie krzy­czeć. Cała trójka zacho­wuje pełne mil­cze­nie. Nawet kiedy Stary Drugi dotyka tam­tego, a tam­ten odwza­jem­nia się tym samym. Robią to deli­kat­nie, jak matka głasz­cząca dziecko. Wtedy tam­ten obraca głowę, zauważa Wio­sen­nego Kur­czaka i wybu­cha śmie­chem. Ach, góry. Komary nocą i kró­liki pogry­za­jące rośliny za drze­wami. Nie widzisz ich, ale są tam. Zawsze. To miej­sce, w któ­rym słowa nie mają zna­cze­nia. Liczy się tylko język ciał i odgłos maszyn. Sły­szysz je? Zbli­żają się powoli, ale dla miesz­kań­ców osady i tak za szybko. O wiele za szybko. Zostaje utwar­dzona droga, wyra­sta słup tele­fo­niczny. Potem kolejny i następne – olbrzymy prze­sło­nięte żwi­ro­wym pyłem. Stru­mień, który Stary Drugi nazywa Rzeką, zmie­nia się w kałużę, rzeczne pułapki, wciąż z miku­nami w środku, leżą zagrze­bane w bło­cie.

Sta­rego Dru­giego już tam nie ma, tak samo jak kochanka o nie­pre­cy­zyj­nym imie­niu. Przy­jaźń zakoń­czyła się tej samej nocy, kiedy Wio­senny Kur­czak widział, jak się obej­mo­wali. Cenna tajem­nica, wcze­śniej nale­żąca wyłącz­nie do dwóch chłop­ców, stała się wła­sno­ścią innych. Wio­sen­nego Kur­czaka, który powie mamie, ta z kolei powtó­rzy mężowi, który zaci­śnie pię­ści, gdy Stary Drugi podej­dzie do stołu pod­czas kola­cji. Pozo­stali miesz­kańcy osady też się dowie­dzą. Spró­buj powie­dzieć dzie­wię­cio­lat­kowi, żeby nie pisnął słowa. Następ­nego ranka nawet drzewa będą znały prawdę, i to po swo­jemu ubar­wioną.

Sły­sza­łeś o Sta­rym Dru­gim?

W dodatku z synal­kiem Sta­rego Guana.

Zawsze czu­łem, że jest dziwny. Sta­now­czo za ładny.

W póź­niej­szych latach Wio­senny Kur­czak zmieni zda­nie co do tego, co zoba­czył na polance. Powie­dział mamie, że widział, jak Stary Drugi i tam­ten chło­pak całują się, lecz wiek i dystans wyostrzyły mu pamięć. Doj­dzie do wnio­sku, że się pomy­lił. Dwie sple­cione niczym pną­cza syl­wetki tylko się doty­kały. Jeden gła­skał dru­giego po ple­cach zło­ci­stą dło­nią, a tam­ten wzdy­chał. Wzdy­chał. To nie było nie­przy­zwo­ite uwie­dze­nie, za jakie wzięła je mama. Nie uspra­wie­dli­wiało lania. Nie uspra­wie­dli­wiało tego, że babka zmu­siła Sta­rego Dru­giego do klę­cze­nia przed domem. Wiele, wiele godzin brat klę­czał, a każdy, kto ośmie­lił się mu pomóc, dosta­wał w twarz. Wio­senny Kur­czak przy­po­mina sobie, jak matka nie odzy­wała się do Sta­rego Dru­giego, uda­wała, że nie ist­nieje. Nawet po śmierci Naj­star­szego i wyjeź­dzie Sta­rego Dru­giego do pracy w Mawei rodzeń­stwo miało kate­go­ryczny zakaz wspo­mi­na­nia o bra­cie. Nie wolno im było nawet się poże­gnać.

Rozdział drugi

Widzisz ją? Kule­jąca kobieta z torbą na zakupy. Idzie powoli, tocząc nie­na­wist­nym wzro­kiem. Może to przez upał? Pot spływa jej po nad­garstku i ska­puje na chod­nik. W pla­sti­ko­wej siatce psuje się karp, któ­rego kupiła. Jego lśniący ogon wystaje zza zła­ma­nego pęczka szczy­piorku. W dru­giej tor­bie roz­ta­piają się lody. Tło­czący się na ulicy uczest­nicy mar­szu wyczu­wają zapach ryby, a przy­naj­mniej nie­któ­rym z nich tak się wydaje. Byle trzy­mać się dalej od tej kobiety o gniew­nym spoj­rze­niu, którą uwa­żają za swo­jego wroga. Jest w niej coś wynio­słego. Mina współ­gra­jąca ze zmarsz­czo­nym nosem, tak jak wtedy, kiedy widzisz żebraka pod budyn­kiem i posta­na­wiasz zasło­nić twarz. Sło­wami jed­nego z mło­dych ludzi, „w dzi­siej­szych cza­sach z ludźmi ni­gdy nic nie wia­domo”. Nie myli się, ale też nie ma racji. Ow­szem, ta kobieta ma pro­te­stu­ją­cych w głę­bo­kim powa­ża­niu. Uwie­rzy w unie­waż­nie­nie czyn­szu, jak zoba­czy je na oczy, ale na razie ma tu psu­ją­cego się kar­pia i prze­szkodę do poko­na­nia w postaci tłumu masze­ru­ją­cych. Bia­łych po pro­stu odpy­cha, zwłasz­cza jeśli pozują do zdjęć. Dla Chiń­czy­ków jest nieco łaskaw­sza, choć tak naprawdę soli­da­ry­zuje się wyłącz­nie ze sta­rymi męż­czy­znami i kobie­tami.

Kil­koro z nich to jej sąsie­dzi, w tym dwoje nie­le­gal­nych. Dla niej ich odwaga jest głu­potą. A jeśli dorwą cię gliny? A jeśli zła­piesz jakąś nową cho­robę? Lepiej dmu­chać na zimne, szcze­gól­nie w tej czę­ści świata. Kręci głową i zaczyna wspi­nać się po stop­niach do miesz­ka­nia. Klatki scho­do­wej dawno nie zamia­tano, wszę­dzie walają się papiery. Para­gony, kupony lotto, zdrapki, dzie­cięce rysunki – ohydz­two. Jej kawa­lerka znaj­duje się na dru­gim pię­trze. Drzwi otwie­rają się w tej samej chwili, w któ­rej kobieta wyciąga klu­cze.

– Kupi­łaś pastę kre­wet­kową? – pyta Stary Drugi.

Kobieta nie odpo­wiada, tylko wkłada zakupy od razu do lodówki. Są mał­żeń­stwem od trzy­dzie­stu lat i rzadko zwra­cają się do sie­bie po imie­niu. Za powi­ta­nie służy im zwy­kłe chrząk­nię­cie. Zamiast nazwać ją Bao Mei, Stary Drugi po pro­stu wydaje odgłos, jakby chciał odkaszl­nąć, i spo­gląda na żonę. W ten spo­sób poro­zu­mie­wają się bar­dzo stare pary, które razem wiele prze­żyły.

– Straszny upał, a do tego ci ludzie – mówi Bao Mei.

– Pamię­ta­łaś o paście kre­wet­ko­wej? – dopy­tuje Stary Drugi.

– Nie. Skoń­czyła się.

– Na pewno? W dużym skle­pie, tym przy Canal, zawsze mają.

– Sam sobie pójdź, skoro wszystko wiesz.

– To tylko prze­cznicę dalej. Pięć minut drogi.

– W porządku – oznaj­mia Bao Mei i wpy­cha mu do ręki torby na zakupy. – Idź od razu. Prze­bij się przez ten tabun, no śmiało. Boże. Czło­wiek tam się tak poci, że cały się lepi. Dotkniesz kogoś i przy­wie­rasz do niego jak taśma kle­jąca.

– Następ­nym razem przejdź na drugą stronę. Tłum zebrał się tylko po jed­nej.

– Nie mam już czasu z tobą roz­ma­wiać. Muszę się poło­żyć. Ludzie się kręcą i w nocy nie mogę spać.

– Pro­test zaczął się dopiero dziś rano.

– No tak, cóż. – Kła­dzie się na futo­nie. – Oby nie przy­tra­fiło im się to samo co nam.

Bao Mei i jej sny razem pamię­tają wszystko. Nie tylko wła­sne wspo­mnie­nia, cudze rów­nież. Ciało Bao Mei wzdryga się przez sen, drgają też jej usta, dła­wią się nie­mymi sło­wami, któ­rym nie udało się poko­nać gra­nicy jawy. Dziś z jej gar­dła dobywa się krzyk, mie­sza się z gęstym sierp­nio­wym powie­trzem. Budzi ją obmier­zły odgłos Sta­rego Dru­giego, który wybiega z sypialni. Nastę­puje ruty­nowa wymiana zdań. On pyta, czy ona dobrze się czuje. Ona odpo­wiada, że miała sen i nie, nie chce o tym roz­ma­wiać. Tak, napije się wody z miseczki. Im cie­plej­sza, tym lepiej, bo wtedy osad z kranu nie będzie sma­ko­wał jak krew. Opłu­kuje miseczkę. Roz­gląda się po miesz­ka­niu, które urzą­dzili wspól­nie jako mąż i żona.

Kawa­lerka. Pokój i sypial­nia. Do sypialni nie pro­wa­dzą drzwi, tylko przy­krótka, przy­ciężka kotara. Z pokoju można dostrzec dolną część sta­rych mebli. W zagłówku łóżka odra­pany słu­pek. Nogi stołu – od razu poznasz, że się chy­bo­czą. Z rze­czy nie­wi­docz­nych należy wymie­nić komodę przy­krytą ścierką do kurzu, posu­nięty w latach tele­wi­zor oraz twardy mate­rac, na któ­rym Bao Mei nie jest w sta­nie spać. Po drzemce czuje się, jakby ją poła­mało, a obra­ca­nie się z boku na bok jest niczym noc na tor­tu­rach. Nie, nie. Nie ma mowy. Niech stary pryk śpi sobie na mate­racu, jeśli ma ochotę, Bao Mei woli futon. Obok jej posła­nia stoi stół, dla­tego Bao Mei kła­dzie się twa­rzą do mięk­kich jak boczuś podu­szek. Na stole leżą przed­mioty, dzięki któ­rym czuje się bez­piecz­nie. Port­fel zawie­ra­jący zdję­cia jej i Sta­rego Dru­giego. Tele­fon oraz pilot do tele­wi­zora – łapie za jedno albo za dru­gie zaraz po prze­bu­dze­niu ze złego snu i jed­nym przy­ci­skiem włą­cza pro­gram lub fil­mik mające moc powstrzy­my­wa­nia kosz­ma­rów. Zanim jed­nak to zrobi, zawsze naj­pierw sięga po naj­waż­niej­szą ze wszyst­kich rze­czy: wie­kowy pęk klu­czy, star­szy nawet od jej zgry­zoty.

Bao Mei stoi teraz przy oknie, ści­ska­jąc klu­cze. Pro­te­stu­jący masze­rują dalej, ale już bez prze­mó­wień i okrzy­ków. Sły­chać tylko mia­rowe raz-dwa, raz-dwa wielu dzie­siąt­ków par nóg oraz łopot trans­pa­ren­tów. Niosą slo­gany i hasz­tagi. „Unie­waż­nić czyn­sze”. „Ratujmy Chi­na­town”. „Wpłać na zbiórkę”. Zaj­rzyj do sieci, a znaj­dziesz linki do fun­du­szy pomocy wza­jem­nej i kont na Venmo. Arty­ści nawią­zali współ­pracę z restau­ra­cjami i sprze­dają T-shirty ze „szka­rad­nymi wzo­rami”, jak powie­działby Stary Drugi. Czarna polie­strowa koszulka z wize­run­kiem trzech uśmiech­nię­tych bułe­czek nie jest jego zda­niem warta ciężko zaro­bio­nych dwu­dzie­stu pię­ciu dola­rów. Ale Bao Mei kupuje te T-shirty. W tajem­nicy. Nie dla­tego, że są jej potrzebne, ale ponie­waż pasaż han­dlowy przy East Broad­way jest zbyt ważny, by mógł popaść w zapo­mnie­nie. Nie­dawno fan­ta­zjo­wała o takim fun­du­szu, który przed trzy­dzie­stoma pię­cioma laty mógł tchnąć nowego ducha w jej przy­ja­ciół i brata.

Gdyby tylko, myśli. Gdyby tylko, gdyby tylko.

Rozdział trzeci

W 1984 roku kapłan wrę­cza nasto­let­niej Bao Mei kartkę z licz­bami. Wyja­śnia, że to data pogrzebu jej brata. Tłu­ma­czy rów­nież, kiedy naj­le­piej prze­nieść ciało. Kiedy kopać grób i kiedy doko­nać kre­ma­cji – o ile jest to zgodne z wolą rodziny. Pocią­ga­jąc nosem, Bao Mei przyj­muje kartkę i oka­zuje wdzięcz­ność ski­nie­niem głową. Od kilku dni biega, zała­twia sprawy, prosi o przy­sługi, i od tego zacho­ro­wała. Oka­zuje się, że śmierć jest nie tylko smutna, ale też wyjąt­kowo uprzy­krza życie. Trzeba powia­do­mić krew­nych, wyna­jąć robot­ni­ków. Na ojca nie można liczyć, bo zmógł go żal. Całymi dniami ojciec sie­dzi w polu, pod­lewa uprawy łzami z prze­krwio­nych oczu. W domu gapi się tępo przed sie­bie albo wpa­truje się w trumnę z lekko uchy­lo­nym wie­kiem, w któ­rej spo­czywa syn. Gdy wydaje mu się, że jest sam, nagle bie­rze gwał­towny wdech. Dysze­nie prze­cho­dzi w szloch, by po chwili stać się zawo­dze­niem.

Bao Mei czę­sto to sły­szy. Kroki ojca i jego nie­usta­jące łka­nie. Ojciec w kółko powta­rza te same słowa: „Hen Bao… ród… mój synek, moje serce”. Bao Mei słu­cha, nie mogąc zasnąć, i czuje, jak w jej piersi gęst­nieje coś na kształt zło­ści. Złość oka­zuje się flegmą, wraz z którą przy­cho­dzi cho­roba. Ale na razie Bao Mei poko­nuje drogę ze świą­tyni do domu, nio­sąc torbę pełną akce­so­riów pogrze­bo­wych. Pie­nią­dze na życie po śmierci, kadzi­dełka, biała cza­peczka żałobna. Jest listo­pad, co w tej czę­ści Chin ozna­cza dużo wia­tru i jesz­cze wię­cej desz­czu. Podmu­chy potrzą­sają drze­wami, doby­wa­jąc z nich dźwięki przy­po­mi­na­jące głos małego chłopca. Bao Mei wie­rzy, że w ten spo­sób Hen Bao usi­łuje się z nią skon­tak­to­wać. Od dzie­ciń­stwa, ile­kroć prze­by­wali daleko od sie­bie, brat prze­sy­łał jej sny. Tak było tego dnia, kiedy wyje­chał do pracy w szwalni spodni w Mawei, tak było tego dnia, kiedy umarł.

Sny są przy­ziemne, spra­wiają wra­że­nie wspo­mnień. W jed­nym Bao Mei i Hen Bao sie­dzą we wspól­nej sypialni, roz­ma­wiają o tym, co zje­dli i co będą jeść. W innym Hen Bao opro­wa­dza sio­strę po swoim miesz­ka­niu przy szwalni w Mawei. W jesz­cze innym Bao Mei zwie­dza halę zakładu, ogląda sto­łówkę pełną robot­ni­ków sezo­no­wych, widzi kobiety wyda­jące posiłki i cza­sami nawet dwa razy dzien­nie jada bułeczki bao z męż­czy­zną, któ­rego brat przed­sta­wia jako swo­jego „kolegę”. „Pozna­li­śmy się w kinie”, mówi Hen Bao, a Bao Mei wie, że lepiej nie pytać o szcze­góły. Ostatni sen, ten z nocy poprze­dza­ją­cej dzień śmierci brata, wypa­lił się w pamięci Bao Mei. Uka­zuje się w nim zapusz­czone, zaśmie­cone wej­ście do kina. Bao Mei roz­po­znaje przy­pra­wia­jącą o gęsią skórkę kasjerkę, gdy nagle Hen Bao potrąca ją w pędzie i bie­gnie dalej, wypo­wia­da­jąc swoje ostat­nie słowa: „Muszę do środka. Jesz­cze tego nie rozu­miesz, ale muszę…”.

Rano Bao Mei budzi się zdjęta stra­chem. Tak samo ojciec. Tak samo kury – nie dają jaj. Wie­dzą. Zanim zjawi się męż­czy­zna ze złymi wie­ściami – „Wuju, sio­stro, usiądź­cie. Muszę wam coś powie­dzieć” – oni już wie­dzą.

Cie­kawe, jak zupeł­nie ina­czej wygląda śmierć w praw­dzi­wym życiu. Bao Mei czę­sto cho­dzi oglą­dać filmy, a tam umie­ra­nie jest czymś donio­słym, dra­ma­tycz­nym i hero­icz­nym. To zale­wa­nie się łzami i bicie się pię­ściami w pierś. Żoł­nie­rze lamen­tują, żony/matki/sio­stry osu­wają się na zie­mię. Gdy do drzwi zbliża się męż­czy­zna, Bao Mei chcia­łaby się roz­pła­kać, ale jej oczy wyschły na wiór. W żało­bie targa nią smu­tek gwał­tow­niej­szy od mon­su­no­wych wia­trów, lecz nie idzie z nim w parze ani jedna łza. Mię­dzy ludźmi Bao Mei udaje, że szlo­cha, bo patrzy­liby na nią dziw­nie, gdyby tego nie robiła. Osą­dzi­liby ją i roz­pu­ścili plotki.

Bao Mei przy­po­mina sobie, jak ojciec nego­cjo­wał cenę trumny z rze­mieśl­ni­kiem, który upie­rał się, że i tak sprze­daje ze stratą. Poka­zał na swoje trzy córki, w odróż­nie­niu od Bao Mei i ojca ubrane po kró­lew­sku, i powie­dział, że prze­cież one też muszą jeść, więc do dia­bła z twoim synem. Ojciec ukląkł przed rze­mieśl­ni­kiem i zaczął bła­gać, zacho­wu­jąc wszakże god­ność: „Pro­szę, niech pan nam pomoże. Jeste­śmy biedni. Chodź, córko, uklęk­nij ze mną”.

Potem nastę­puje pora­nek, gdy przy­cho­dzi jej zoba­czyć ciało Hen Bao. Brat jest led­wie twa­rzą w taniej skrzyni. Wnę­trze trumny wyło­żono ścin­kami ze szwalni. W Bao Mei nara­sta gniew, roz­lewa się po jej orga­ni­zmie jak cho­roba, i pierw­szą rze­czą, jaką Bao Mei musi zro­bić, jest sto­cze­nie walki z bra­tem. Jego twarz jest spo­kojna, wygląda, jakby zaraz miał się obu­dzić. Nie jest jed­nym z tych tru­pów, o któ­rych opo­wia­dają starsi. Tych, które nie chcą umrzeć i któ­rych powieki obciąża się mone­tami. Nie, Hen Bao koja­rzy się ze śpią­cym dziec­kiem. Jedyna róż­nica polega na braku odde­chu. Na braku ruchu klatki pier­sio­wej. To jakaś sztuczka, uznaje Bao Mei na fali wście­kło­ści. Dla­czego jemu wolno odpo­czy­wać, a nam nie? Czemu ojciec musi klę­kać, czemu ja też muszę to robić?

Posta­na­wia go uszczyp­nąć.

Szczy­pała go, kiedy się kłó­cili, i zawsze czer­pała z tego wielką satys­fak­cję. Ale teraz czuje tylko prze­ra­że­nie. W dotyku skóra na twa­rzy Hen Bao jest zupeł­nie inna, niż sobie wyobra­żała. Spo­dzie­wała się wiot­kich policz­ków. Tłu­stych porów. Nie przy­pusz­czała, że wyczuje tro­ciny pod pal­cami. Szorst­kie, jeżące włosy na gło­wie. Nic jej nie przy­go­to­wało na to, że uszczyp­nię­cie pozo­stawi wypu­kłość, która ani nie nabie­gnie krwią, ani nie będzie chciała się wchło­nąć.

Na pogrze­bie Bao Mei wpa­truje się w pustkę, zamiast śpie­wać jak krewni. Sie­dzi z tyłu roz­draż­niona, usi­łuje stłu­mić w sobie złość. Śmierć Hen Bao na­dal szo­kuje ją tak, jakby ktoś przy­ło­żył jej nóż do gar­dła. Bao Mei z tru­dem znosi żałobne wido­wi­sko w wyko­na­niu rodziny. Szloch ojca, mono­tonny śpiew kapła­nów. Gło­śne modli­twy wujów: taniec i uda­wane rzu­ca­nie się na trumnę. Bao Mei wie, że na pogrze­bach po pro­stu tak się robi, bo tak każe zwy­czaj. Lecz gwał­tow­ność tych ruchów – dzi­kość, którą łatwo pomy­lić z rado­ścią – spra­wia, że wzbiera w niej furia. Co ci ludzie mogą wie­dzieć o stra­cie brata? O Hen Bao, który ni­gdy już nie uszyje żad­nego ubra­nia, ni­gdy nie opo­wie dow­cipu? Po wszyst­kim wrócą do domów i pokle­pią się po ple­cach. A Bao Mei? Do końca będzie żyła z pustką pozo­sta­wioną przez brata – na próżno będzie usi­ło­wała wypeł­nić ją duchami.

Dwaj kapłani sygna­li­zują począ­tek kolej­nej czę­ści uro­czy­sto­ści pogrze­bo­wych. Zgod­nie z tra­dy­cją naj­bliżsi prze­niosą trumnę ze zmar­łym do wyzna­czo­nego przez sza­ma­nów miej­sca pochówku. Aku­rat dziś roz­pę­tała się burza, wiatr smaga Bao Mei jak bat. Bao Mei nawet nie chce patrzeć na ojca, któ­rego trzeba wlec za trumną jak pijaka. Igno­ruje poszep­ty­wa­nia sąsia­dów głod­nych tematu do plo­tek. Sta­ra­jąc się zapa­no­wać nad nara­sta­jącą wście­kło­ścią, prze­nosi cię­żar myśli na pie­nią­dze. Ni­gdy nie miała ich zbyt wiele. Jej zarobki nie wystar­czą na utrzy­ma­nie rodziny. Co gor­sza, zaję­cie ojca ma cha­rak­ter nie­re­gu­larny, jest sezo­nowe i uza­leż­nione od stanu jego zdro­wia.

Ostat­nio ojciec budzi się bez ener­gii, brak mu sił do prze­rzu­ca­nia kamieni. Bo jest w śred­nim wieku, bo opła­kuje śmierć jedy­nego syna. Ma co robić tylko dwa, cza­sem trzy razy w tygo­dniu – o ile mu się poszczę­ści. Praca fizyczna jest ciężka i źle płatna, a rząd i tak nie narzeka na brak chęt­nych. Wszę­dzie wiszą pla­katy: „Wspo­móż roz­wój Chin! Wspo­móż moder­ni­za­cję Chin!”. Góry o takich nazwach jak Kamień albo Bęben zmie­niają się w pierw­szej kolej­no­ści. Ryje się w ich zbo­czach, kopie, wierci, dyna­mi­tem drąży się tunele. Buduje się drogi. Sta­wia się słupy. Remon­tuje się świą­ty­nie. Kto ma pecha, temu wła­dza odbiera zie­mię. Na zawia­do­mie­niu wid­nieje obiet­nica zapłaty, ale to za mało. To ni­gdy nie wystar­cza. Tyle że odmowa ozna­cza nara­że­nie się na utratę życia. Bao Mei sły­szała o takich przy­pad­kach: o nasy­ła­nych przez wła­dzę zbi­rach, któ­rzy potra­fią zatłuc tego, kto nie chce przy­jąć pro­po­zy­cji. Głu­pota, myśli. W swo­jej sytu­acji z ochotą przy­ję­łaby każde pie­nią­dze.

Ponie­waż życie nauczyło Bao Mei jesz­cze jed­nego na temat śmierci: że jest ona kosz­towna. Śmierć to koniecz­ność uisz­cze­nia opłaty za pogrzeb oraz utrata dochodu. Dotąd Hen Bao co mie­siąc przy­sy­łał do domu pewną część swo­jej wypłaty. Teraz na Bao Mei spo­czął trud zasy­pa­nia dziury w budże­cie. Nikt jej tego nie suge­ruje, nikt nie mówi, co powinna zro­bić. Ale idąc w kon­duk­cie na pogrze­bie brata, Bao Mei posta­na­wia, że tak uczyni. W jej umy­śle panuje cał­ko­wity spo­kój.

Duch Hen Bao osnuwa ramiona żałob­ni­ków jak cie­płe powie­trze. Unosi się nad drze­wami, cza­sem chowa się za nimi, patrzy, jak zie­mia pochła­nia jego ciało. Do trumny, którą wybła­gała sio­stra, wpada piach, roz­sy­puje się po twa­rzy i nie­gdyś nale­żą­cym do ojca gar­ni­tu­rze. Hen Bao nie prze­pa­dał za tym stro­jem, kiedy żył. Kolor jest wręcz odra­ża­jący, mate­riał tani. „Nie chciał­bym, żeby mnie nawet pocho­wano w tym czymś”, żar­to­wał daw­niej, a teraz pro­szę: cho­wają go, w dodatku w tym czymś. Uświa­do­miw­szy to sobie, dostaje napadu szału. Przez wiele dni gra­suje w domu, zdmu­chu­jąc pło­mie­nie. Ojciec pod­pala szczapy w piecu, a Hen Bao pró­buje zga­sić żar. Tyle że duch nie jest wystar­cza­jąco szybki i nie dorów­nuje ludz­kiej spraw­no­ści w dosy­py­wa­niu węgla. Duch może sobie tupać ze wście­kło­ści i prze­kli­nać, a czło­wiek i tak zawsze wygra.

Tak jak Bao Mei zawsze wygrywa, gdy zapala świece w swoim pokoju. Hen Bao zdmu­chuje je, żeby zwró­cić uwagę sio­stry, a ona ponow­nie przy­kłada ogień, raz za razem, jak we śnie. Nie reje­struje faktu, że knot wydaje się dziw­nie słaby. Nie dociera do niej, że w pozba­wio­nym okien pomiesz­cze­niu o gład­kich, nie­po­pę­ka­nych ścia­nach nie powinno być prze­ciągu. Śmierć brata wtrą­ciła ją w odrę­twie­nie. Pomimo wia­tru i listo­pa­do­wego desz­czu Bao Mei cho­dzi po dwo­rze bez kurtki. Przed pogrze­bem, u trum­nia­rza, Hen Bao widział, jak sio­stra klę­czy z ojcem w cien­kim, odra­ża­jąco brzyd­kim stroju. Sły­sząc, jak rze­mieśl­nik odrzuca pro­po­zy­cje godzi­wej zapłaty za usługę, czuł coraz więk­szą nie­na­wiść i w końcu musiał inter­we­nio­wać. Wnik­nął do głowy trum­nia­rza, by poprze­sta­wiać w niej to i owo.

Hen Bao może sto­so­wać swoje sztuczki tylko tam, gdzie wie­rzy się w duchy. W innych miej­scach jego obec­ność dałoby się wyja­śnić. I zlek­ce­wa­żyć. Na przy­kład gaśnię­cie świec Bao Mei prze­staje dzi­wić, jeśli weź­mie się pod uwagę wiek kno­tów. Poza tym ojciec, roz­chwiany przez żal, bez prze­rwy otwiera i zamyka drzwi. Listo­pa­dowy wiatr wpada do wnę­trza i zdmu­chuje wszystko na swej dro­dze, poczy­na­jąc od ognia w piecu. Kto wie­rzy w duchy, ten przy­pi­suje im te i inne sprawki. Zapala kadzi­dło, pusz­cza z dymem pie­nią­dze na życie po śmierci, sta­wia miski z ryżem na poma­lo­wa­nych na czer­wono, pozba­wio­nych ozdób ołta­rzy­kach. Wystar­czy, że poczuje chłód na ramie­niu, a już zmie­nia kie­ru­nek mar­szu. W końcu przy­tra­fia się to Bao Mei w dro­dze powrot­nej do Wyso­kiej Góry po pochówku brata. Na piersi jej żałob­nej szaty roz­lewa się czer­wień. Dotarł­szy do domu, Bao Mei przy­po­mina sobie ostat­nie słowa Hen Bao:

Muszę do środka. Jesz­cze tego nie rozu­miesz, ale muszę… Hen Bao przy­gląda się sio­strze, sie­dząc na sto­ją­cej w kącie bam­bu­so­wej komo­dzie. Macha nogami nad stertą brud­nych ciu­chów. Żałobna szata. Biała opa­ska na głowę i prze­tarte, oble­pione bło­tem szma­ciane buty. Kiedy Bao Mei rzuca czer­wo­nymi skar­pe­tami w kie­runku komody, te prze­ni­kają przez stopy Hen Bao. Nie prze­szka­dza mu to, bo ulga i rado­sne pod­nie­ce­nie wła­śnie prze­ta­czają się przez niego jak fala. Jest prze­ko­nany, że będzie mógł ponow­nie nawią­zać kon­takt z sio­strą, jeśli tylko Bao Mei pój­dzie do kina. Ponie­waż w jego ścia­nach jest zaklęta siła ujaw­nia­jąca to, co ukryte w ludziach. Spra­wia­jąca, że oży­wają. Kiedy Hen Bao udał się tam po raz pierw­szy, męż­czy­zna poczę­sto­wał go papie­ro­sem, a wów­czas Hen Bao prze­ko­nał się, że pot, ślina i siki to zapa­chy miło­ści. Albo za dru­gim razem, gdy tra­cił zmy­sły, kiedy jakiś męż­czy­zna powie­dział, że ma męża, który pra­cuje w banku.

– Kogo? – spy­tał Hen Bao.

– Męża.

– Męża?

– Męża.

Kino jest miej­scem, w któ­rym pewien rodzaj rze­czy­wi­sto­ści przy­staje. Jeśli dłoń mięk­kiego męż­czy­zny otrze się o wło­ski na knyk­ciach dru­giego faceta, ten w pierw­szym odru­chu chwyci ją. Mocno. A potem jesz­cze moc­niej, dopóki ten bez­i­mienny, bez­wonny pąk nie zakwit­nie. W kinie nie trzeba się przej­mo­wać ocze­ki­wa­niami rodzi­ców. Pre­sją ze strony ojca pra­gną­cego prze­dłu­że­nia rodu (po co?) albo matki owład­nię­tej obse­sją na punk­cie wnu­ków. Przy­pa­tru­jąc się sio­strze, Hen Bao uśmie­cha się, a jego uśmiech prze­ista­cza się w spo­kój w jej umy­śle. Zmar­twiona bra­kiem pie­nię­dzy Bao Mei kła­dzie się na łóżku, a wtedy w jej gło­wie poja­wia się syl­wetka kina robot­ni­czego w Mawei.

Rozdział czwarty

Rok i sie­dem mie­sięcy póź­niej Stary Drugi wycho­dzi z domu, żeby kupić jedze­nie, pokrę­cić się i – jak sam sobie tłu­ma­czy – spę­dzić czas na nic­nie­ro­bie­niu.

Jest cie­pły, bez­wietrzny dzień. Zie­mię zasnuwa się­ga­jąca do kolan mgła. Męż­czyźni ofe­ru­jący prze­wozy trój­ko­ło­wymi rowe­rami odpo­czy­wają w her­ba­ciar­niach albo pod mar­ki­zami skle­pów. Ich roz­pięte koszule odsła­niają brą­zowe klatki pier­siowe ze ster­czą­cymi żebrami. Ci, któ­rzy jedzą, mają koł­nie­rze pobru­dzone kawał­kami maka­ronu. Jest 1986 rok w Mawei. Nowo poło­żone drogi zdą­żyły zaro­snąć bru­dem. Nie szko­dzi, może to i lepiej. Pocie­sza­jąca jest myśl, że ulice pachną jak przej­rzałe owoce. A gdy docho­dzą do tego wala­jące się wszę­dzie nie­sprze­dane warzywa, mia­sto od razu wydaje się bar­dziej swoj­skie, mimo że zatło­czone – jeśli nie liczyć bocz­nych uli­czek, pustych i opa­no­wa­nych przez owady. Przy tej pro­wa­dzą­cej do kina robot­ni­czego nie ma nic poza płatną toa­letą i jej znu­dzo­nym straż­ni­kiem.

Stary Drugi idzie do kina po raz drugi w życiu. Pierw­szy raz poszedł w zeszłym tygo­dniu, ale stra­cił pano­wa­nie nad sobą i wybiegł w trak­cie filmu wojen­nego. Nie z powodu tego, co poka­zy­wano na ekra­nie, ale ponie­waż sie­dzący na widowni męż­czyźni doty­kali się nawza­jem. Było to widać już z przej­ścia. Miękcy sie­dzieli w ciem­nych kątach z wykrzy­wio­nymi cia­łami i błą­dzą­cym wzro­kiem. Były też dźwięki (Stary Drugi sły­szał, jak jeden facet prosi dru­giego o pie­nią­dze), były i zapa­chy. Kiedy tylko prze­kro­czył próg kina robot­ni­czego, panu­jąca tam atmos­fera miło­ści spra­wiła, że szyb­ciej zabiło mu serce. Kasjerka od razu wyczuła zmianę, która w nim zaszła. – Jesteś pewien, że dobrze tra­fi­łeś? – spy­tała.

– Tak.

Jest pewien, bo przez całe życie szu­kał takiego miej­sca. Takiego, w któ­rym spo­ty­kają się męż­czyźni tacy jak on. Pró­bo­wał w par­kach, pró­bo­wał w publicz­nych sza­le­tach, ale ile­kroć ktoś się do niego pod­su­wał, Stary Drugi wpa­dał w złość. Któ­re­goś razu dostał takiego szału, że uniósł pię­ści. Powstrzy­mało go tylko to, że tam­ten sku­lił się i roz­pła­kał. Był w wieku ojca Sta­rego Dru­giego, ale zro­bił skru­szoną minę dziecka. Stary Drugi odszedł bez słowa, zosta­wia­jąc męż­czy­znę w parku. Pra­gnął to zro­bić, ale za każ­dym razem, gdy się do kogoś zbli­żał, powra­cały wspo­mnie­nia. Nie ojcow­skiej wście­kło­ści ani peł­nej obrzy­dze­nia miny matki. Lanie bolało, jasne, tak jak klę­cze­nie przez wiele godzin przed domem. Ale gor­szy od tego wszyst­kiego był dobi­ja­jący ton śmie­chu Metra Sześć­dzie­się­ciu Pię­ciu. Kiedy Wio­senny Kur­czak nakrył ich tam­tej nocy, pierw­sza myśl Sta­rego Dru­giego brzmiała: „Zaprze­czaj. Uda­waj, że nic się nie stało. Wró­cimy za dwa tygo­dnie, a wtedy nikt za nami nie przyj­dzie”. Ale zanim zdą­żył się ode­zwać, Metr Sześć­dzie­siąt Pięć zaczął recho­tać. Klep­nął się w uda, wywró­cił się i ryczał, ryczał do roz­puku.

Do Sta­rego Dru­giego dotarło wtedy, że to koniec.

Dla­tego teraz, gdy spo­tyka jakie­goś męż­czy­znę w parku, zawsze przy­po­mina sobie tam­ten śmiech. Pra­gnie miło­ści – bez­dy­sku­syj­nie – lecz dławi go strach, który powraca jak odruch. Sta­nowi to dla Sta­rego Dru­giego tak duży pro­blem, że naka­zuje mu modlić się do bogów o pomoc. A także o siłę. Oraz odwagę. No i o pomyślny rok bez cho­rób. Tym razem Stary Drugi idzie do kina robot­ni­czego po dłu­giej nocy spę­dzo­nej na roz­my­śla­niach. Kasjerka zauważa wory pod jego oczami. Chi­cho­cze.

– Tym razem też jesteś pewien, że dobrze tra­fi­łeś?

– Tak, abso­lut­nie.

– Jasne, jasne. Tylko znowu nie uciek­nij.

Poczer­wie­niały z zaże­no­wa­nia Stary Drugi nie odpo­wiada, tylko rzuca kobie­cie gniewne spoj­rze­nie.

– To nie­po­trzeb­nie zwraca na nas uwagę. Muszę roz­po­wia­dać ludziom, że kino jest nawie­dzone.

– Tak, jestem pewien, że dobrze tra­fi­łem.

– Nie pro­si­łam się o to wszystko. – Wrę­cza mu bilet. – Miłego seansu.

Ponow­nie tra­fia do ciem­nego pomiesz­cze­nia. Ponow­nie znaj­duje pety na sie­dzi­sku, a na pod­ło­dze ślady po gorą­cym popiele. Na dużym ekra­nie leci film wojenny sprzed tygo­dnia. Wybu­cha gra­nat i huk eks­plo­zji wstrząsa fote­lami trzech męż­czyzn obec­nych w sali pro­jek­cyj­nej. Dwóch sie­dzi razem, jeden osobno. Ten ostatni nazywa się Shun-Er. Stary Drugi widzi go ze swo­jego miej­sca w rogu sali. To nie zbieg oko­licz­no­ści, nic mu się nie przy­wi­działo. Zwró­cona w lewą stronę dzio­bata twarz gapi się jak rzym­ski pomnik. Oce­nia sytu­ację. Czy on…? Czy chce…?

Zaczy­nają się sta­ra­nia.

Pierw­szym kro­kiem jest nie­spieszne, „przy­pad­kowe” prze­miesz­cza­nie się w stronę dru­giego męż­czy­zny. Jeśli się nie odsu­nie albo jeśli spoj­rzy na cie­bie, możesz się zbli­żyć. Usiądź obok niego, poczę­stuj go papie­ro­sem. Obser­wuj go. Ogląda film czy bada prze­strzeń wokół sie­bie? Tak czy ina­czej, przy­ję­cie papie­rosa ozna­cza akcep­ta­cję. Odmowa to znak, że musisz spró­bo­wać szczę­ścia gdzie indziej. Nic wiel­kiego w takim mie­ście jak to.

Stary Drugi nie pali, lecz mimo to przyj­muje papie­rosa od Shun-Era. Zaciąga się i natych­miast zanosi się takim kasz­lem, że Shun-Er musi go pokle­pać – a raczej poma­so­wać – po ple­cach, na co pozo­stali męż­czyźni reagują śmie­chem. Dotyk Shun-Era jest deli­katny, koja­rzy się Sta­remu Dru­giemu z Metrem Sześć­dzie­siąt Pięć. Uspo­kaja go. Przy­nosi mu uko­je­nie, choć Shun-Er wpa­truje się w niego zdu­mio­nym wzro­kiem. – Po co bra­łeś papie­rosa, skoro nie palisz?

– Bo myśla­łem, że tak trzeba.

Chi­cho­czą jak dzieci. Weso­łość skut­kuje kłu­ciem w piersi. Stary Drugi recho­cze tak rado­śnie, że zupeł­nie nie zwraca uwagi na szpe­totę Shun-Era. Zapo­mina o nocy na pola­nie w lesie. Śmieje się, zgina się wpół, lekko sztur­cha Shun-Era. Mimo­wol­nie two­rzy się zaży­łość. Poru­szają się jak dwaj pijacy. Dło­nie wędrują ku nad­garst­kom, łok­ciom, ramio­nom, wszystko w opa­rach potu i dymu z papie­ro­sów. Kiedy w końcu Shun-Er pochyla się, żeby poca­ło­wać Sta­rego Dru­giego, tłem staje się dla niego śmierć na ekra­nie. Żaden z męż­czyzn nie widzi, jak bie­gnący po polu bitwy żoł­nierz traci życie na minie.

Rozdział piąty

Ich miłość ma moc odmie­nia­nia aury. W radiu zapo­wia­dano deszcz, ale w chwili gdy Stary Drugi dostrzega Shun-Era, chmury się roz­stę­pują, wiatr lekko się wzmaga, a słońce wygląda wręcz sma­ko­wi­cie w swej żół­to­ści. Tylko obrać je ze skórki, usu­nąć pestki i zato­pić w nim zęby. Nie jest twarde, lecz mięk­kie – tak jak miękko Shun-Er dotyka Sta­rego Dru­giego. Trzy­ma­nie się za ręce jest zaka­zane, dla­tego ich palce i dło­nie muszą odnaj­dy­wać się na inne, pomy­słowe spo­soby. Pew­nego dnia na plaży odkryli, że mogą doty­kać się w nie­skoń­czo­ność, jeśli będą uda­wali, że jeden strze­puje pia­sek z dru­giego. Usku­tecz­niali to godzi­nami. Jeden obra­cał się na brzuch, drugi zaj­mo­wał się jego ple­cami. Potem zmiana, spłu­ka­nie i powtórka. Któ­re­goś razu wybrali się wysoko w góry i skra­dli słone od potu poca­łunki przed ołta­rzem ludo­wej bogini. Ta, jeśli ich widziała, oka­zała się miło­sierna i nie spro­wa­dziła nikogo, kto mógłby im prze­szko­dzić. I oczy­wi­ście było jesz­cze kino robot­ni­cze. Miej­sce, w któ­rym się poznali i gdzie miłość sta­wała się czymś wię­cej niż sło­wami i deli­kat­nymi dotknię­ciami. W kinie powie­trze było gęste. I miało wła­sny smak: potu i śliny, krwi w ustach.

Byli mło­dzi, ich miłość nie­po­skro­miona. Trwała wiele tygo­dni, potem mie­sięcy. Minął rok, a ich uczu­cia wciąż były świeże jak mięta. Jak ssa­nie pastylki, która ni­gdy nie traci smaku. Bra­ko­wało w ich miło­ści miej­sca na zazdrość. Bra­ko­wało go na złość, para­noję i strach. Uskrzy­dlała obu i pozwa­lała im spo­glą­dać na świat z nowej per­spek­tywy.

– Nie mogę uwie­rzyć, że to się dzieje naprawdę – powta­rzał Stary Drugi.

– Co?

– To. – Poka­zy­wał na sie­bie, potem na Shun-Era. – Czy to nie dziwne?

– Nie, ani tro­chę.

Bywały dni, kiedy roz­ma­wiali. Dzie­lili się opo­wie­ściami. Stary Drugi nie pła­cze, gdy wspo­mina prze­szłość. Zamiast tego śmieje się. Płacz uważa za zbyt łatwy i za gło­śny. Gdyby miał do cze­goś przy­rów­nać swoje emo­cje, to do szeptu. Po tym, jak zebrał lanie od ojca, a w oczach matki prze­mie­nił się w kara­lu­cha, Stary Drugi został zmu­szony do klę­cze­nia przed domem przez wiele godzin. Ale naj­gor­sze było lek­ce­wa­że­nie ze strony sąsia­dów. Mijali go, pomru­ku­jąc mię­dzy sobą – robił to nawet Metr Sześć­dzie­siąt Pięć – i nikt nie odwa­żył się spoj­rzeć mu w oczy.

– Pła­kał tylko mój naj­młod­szy brat. Głu­pek, który wywo­łał całą tę aferę. Pła­kał, kiedy mnie bili, i pła­kał, kiedy klę­cza­łem. A potem ojciec jego też zbił, i to moc­niej. Ale nie za łzy, tylko za to, że poszedł za mną do lasu. Przy­naj­mniej tak podej­rze­wam. Ludzie tacy jak my nie są dla nikogo pro­ble­mem, chyba że zosta­niemy na czymś przy­ła­pani. Wtedy jest furia, krew i osiem­na­ście pozio­mów pie­kła. Mam teo­rię, że ojciec był zły na mojego brata, bo ten potwier­dził to, co ojciec już wie­dział od pew­nego czasu. Bo ojciec wył, kiedy mnie ude­rzał. Wył i walił się w pierś jak na pogrze­bie.

– Wtedy pierw­szy raz cię przy­ła­pali?

– O czym ty mówisz? Byłem jesz­cze nasto­lat­kiem. Dopiero co zstą­piły mi jądra.

Śmieją się cicho, dys­kret­nie. Nikt w kinie robot­ni­czym ich nie sły­szy. Krą­żący w poszu­ki­wa­niu part­nera męż­czyźni są zajęci wła­snymi spra­wami. Cho­dzą po sali pro­jek­cyj­nej, łypiąc ner­wowo prze­krwio­nymi oczami. Nie­któ­rzy z nich, z wyglądu stali bywalcy, są wesoł­ko­waci: żar­tują i kupują jedze­nie tym, któ­rzy go potrze­bują. Stary Drugi raz sko­rzy­stał z ich dobro­czyn­no­ści, którą zwy­kle obda­rzają parę ślicz­nych, choć ubo­żuch­nych noma­dów z pro­win­cji Syczuan. Wszy­scy ci ludzie wpi­sują się w kolo­ryt kina, w barwny wachlarz gru­bych, chu­dych, szpet­nych i pięk­nych męż­czyzn. Nie­któ­rzy nie mają środ­ków do życia i aby się tu dostać, sprze­dają wła­sne oso­cze. Inni to ojco­wie, cza­sem dziad­ko­wie, któ­rzy maskują złe zacho­wa­nie bez­myślną hoj­no­ścią. Jedną z cech wspól­nych tutej­szych gości jest to, że żaden z nich nie zwraca uwagi na film wyświe­tlany przez ope­ra­tora. A szkoda, uważa Stary Drugi. Aku­rat dzi­siej­szy seans należy do jego ulu­bio­nych, to roz­gry­wa­jący się w Male­zji poli­cyjny sen­sa­cyj­niak z ele­men­tami nad­przy­ro­dzo­nymi.

Stary Drugi i Shun-Er plot­kują o ope­ra­to­rze w leniwy, luźny spo­sób. Jak myślisz, czy on jest…? A widzia­łeś, jak patrzy na kasjerkę? No trudno. Cho­ciaż przy­stoj­niak z niego. Obga­dują jego oczy, ramiona, sze­ro­kie barki. Sta­remu Dru­giemu podoba się brzuch ope­ra­tora, Shun-Erowi – nie bar­dzo. Wysoki facet, praw­dziwy olbrzym. No i te dło­nie.

– Łapy jak ręka­wice bok­ser­skie – mówi o nich Shun-Er. – Jak ci przy­łoży, to nie wsta­niesz.

Chi­cho­cząc, zasta­na­wiają się, czy ope­ra­tor i kasjerka się cało­wali. Cie­kawe, czy poszli na całość i spę­dzili razem noc. Stary Drugi rzuca, że kobieta ma szczę­ście. Ope­ra­tor jest łagodny jak pasący się byk, zauważa, do tego miły i życz­liwy. Shun-Er uśmie­cha się w mil­cze­niu. Gdy jego oddech staje się głęb­szy, dla Sta­rego Dru­giego jest to sygnał, że w Shun-Erze zaszła zmiana i nastą­pił powrót do powagi. Czę­sto tak bywa mię­dzy nimi. Żarty, potem złość. Smu­tek. Potem znów żarty i plotki.

Powta­rza się cykl.

– Mnie kie­dyś nakryła żona – mówi Shun-Er.

Mię­śnie Sta­rego Dru­giego sztyw­nieją. Dzieje się tak za każ­dym razem, kiedy Shun-Er wspo­mina o żonie.

– Dwa lata po ślu­bie.

– Mówi­łeś, że to było aran­żo­wane mał­żeń­stwo.

Shun-Er kiwa głową.

– Jak wszyst­kie. Ona pra­co­wała za dnia, ja nocami. Zda­rzało się, że przy­pro­wa­dza­łem męż­czyzn do domu. Jeśli ktoś nas zoba­czył, przed­sta­wia­łem ich jako kole­gów z pracy. Jeden wyglą­dał zupeł­nie jak ty. Nie­mal iden­tyczny. Bar­dzo chudy. Fry­zura na jeża, pła­ska powieka. Tyle tylko, że był tro­chę star­szy i… – szcze­rzy się – …dużo brzyd­szy. Dopiero zaczy­na­łem bywać z męż­czyznami. Byłem tak złak­niony, że ten jeden raz zapo­mnia­łem o środ­kach ostroż­no­ści. Nie zamkną­łem drzwi na klucz.

– Jak psy w rui.

– Byli­śmy w sypialni i nie usły­sze­li­śmy powrotu mojej żony. Jej kro­ków na scho­dach. Tego, jak zzuwa buty. Przy­po­mnia­łem sobie o niej, dopiero kiedy zawo­łała mnie po imie­niu, ale wtedy już nie­wiele można było zro­bić. Prze­krę­ci­łem klucz w zamku drzwi do sypialni. Powie­dzia­łem męż­czyź­nie, który wyglą­dał zupeł­nie jak ty, żeby się ubrał, i sam zaczą­łem robić to samo. Kiedy żona poło­żyła dłoń na klamce, byłem w koszuli i majt­kach. Zawo­łała mnie i zapy­tała, co to za tajem­nice. Zabro­ni­łem męż­czyź­nie się odzy­wać. Kiedy obaj się ubra­li­śmy, otwo­rzy­łem drzwi.

– Czyli niczego nie widziała?

– Nie, ale nie jest głu­pia. Dwóch face­tów w zamknię­tym pokoju? Roz­grze­bana pościel? No i ten zapach.

Stary Drugi kiwa głową i rumieni się na wspo­mnie­nie zapa­chu. Dobrze go zna.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki