Kiedy wdowa chce, żeby ktoś do niej zagadnął, stawia na grobie konewkę dzióbkiem do przodu - Saša Stanišić - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Kiedy wdowa chce, żeby ktoś do niej zagadnął, stawia na grobie konewkę dzióbkiem do przodu ebook i audiobook

Saša Stanišić

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

A co by było, gdybyśmy zamiast jednej decyzji podjęli inną? Gdybyśmy odważyli się skłamać, zaryzykować albo pójść pod prąd? Albo gdybyśmy mogli wypróbować życie, zanim je naprawdę przeżyjemy? Laureat nagrody Angelus Saša Stanišić w swojej książce Kiedy wdowa chce, żeby ktoś do niej zagadnął, stawia na grobie konewkę dzióbkiem do przodu prowadzi nas do miejsc, w których nagle okazuje się to możliwe: wybrać trudniejszą drogę, zdecydować się na coś nieoczywistego albo powiedzieć jedno „dobre” kłamstwo. Z charakterystycznym dla siebie humorem, wyczuciem ludzkich słabości i wyobraźnią Stanišić bez patosu prowadzi czytelników przez świat pełen alternatywnych możliwości. I w ten sposób pani sprzątająca postanawia wreszcie zawalczyć o siebie. Prawnik jest gotów oszukiwać, by wygrać z ośmioletnim synem w memory. Pisarz jedzie na Helgoland i odkrywa, że już kiedyś tam był. Każda historia jest próbą odpowiedzi na pytanie, ile żyć można zmieścić w jednym życiu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 242

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 7 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Jakub Kamieński

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Saša Stanišić

Kiedy wdowa chce, żeby ktoś do niej zagadnął, stawia na grobie konewkę dzióbkiem do przodu

Z języka niemieckiego przełożyła

Małgorzata Gralińska

Time is what keeps everything from happening at once.

Ray Cummings, The Girl in the Golden Atom

Należy czytać po kolei.

Saša Stanišić

Nowa ziemia ojczysta

Pewnego gorącego popołudnia w winnicy, w czerwcu 1994 roku, Fatih podrzucił kamień, a my próbowaliśmy trafić w niego naszymi kamieniami.

– Poczekajcie chwilę – powiedział Fatih. Kamienie z hukiem spadły na ziemię. – Ale byłoby super – mówił – gdyby istniała przemierzalnia życia. Wchodziłoby się do środka i można byłoby wypróbować dowolne dziesięć minut z przyszłości. Jak w Deichmannie, z tym że nie przymierzałbyś butów, tylko los. Koszt: sto trzydzieści marek. Jeśli podoba ci się to, co widzisz, możesz od razu wybrać tę opcję i się cieszyć, bo wypróbowane dziesięć minut na bank pojawi się w przyszłości. Aktywacja kosztuje sto trzydzieści tysięcy marek.

Upał w winnicy nigdy nie jest tak ekstremalny jak upał w mieście, wiadomo. W naszej dzielnicy rozciągającej się tuż nad winnicą odczuwalna temperatura w czasie upału wydaje się bez przesady jakieś dziesięć stopni wyższa. A to dlatego, że na etapie planowania zapomniano o drzewach. Tak, serio. Drzewa, które rosły tutaj wcześniej, po prostu wycięli, a nowych nie posadzili prawie wcale. Kiedy dziadek Piera (jak twierdzi Piero) w trakcie konsultacji z mieszkańcami uprzejmie (jak twierdzi Piero) zapytał, co stało się z drzewami, gdzie podziały się wszystkie drzewa, urbaniści, architekci, inwestorzy budowlani oraz przedstawiciel miasta w oparach alkoholu zaczęli na podium wymieniać między sobą spojrzenia – i to takie, że nawet nie sposób ich opisać (jak twierdzi Piero), po prostu musiałbyś przy tym być.

Po krótkiej naradzie najmasywniejszy mężczyzna na podium oznajmił:

– Drzewa rosną przede wszystkim w lesie.

Merytorycznie zgadzało się to w stu procentach, a ponadto w okolicy mieliśmy przecież las. Nikt nie zamierzał z tym dyskutować, zresztą nie tego dotyczyło pytanie. A brzmiało ono: gdzie są drzewa wśród tego betonu? Dziadek Piera zadał je więc jeszcze raz dokładnie w ten sposób, bo może ludzie na podium nie udawali głupich, tylko naprawdę byli głupi.

A zatem:

– Gdzie są drzewa wśród tego betonu?

Na te słowa ludzie na podium z pełną powagą zaczęli wyliczać wszystkie ocalałe drzewa. Brakowało tylko, żeby nadali im imiona.

– A na parkingu przed Augustinum wciąż rosną Karsten i Birgit.

Przecież każdy dobrze o tym wie: budujesz? Nie zapominaj o zieleni! Zieleń niweluje poziom agresji, dzięki zieleni możesz poczuć się szczęśliwszy, niż jesteś w rzeczywistości. Widok korony drzewa na ulicy – mówią o tym statystyki – sprawia, że dana ulica wydaje ci się ładniejsza niż ta bez drzew, nawet jeśli stojące na niej domy są sto razy piękniejsze. Zieleń wreszcie, a przede wszystkim drzewa, które dają cień, przynajmniej trochę schładza beton. I tak oto znów wylądowaliśmy przy temacie upału.

Pewnie się teraz zastanawiasz, i to całkiem słusznie, po co ta cała dygresja. Po pierwsze dlatego, że w ten sposób mogłem nakreślić położenie naszego rodzimego betonu, wprost idylliczne, między winnicą a lasem. A po drugie dlatego, że dokładnie tak długo, jak ten wtręt, trwała cisza, która w przyjemnym upale winnicy zapadła po wypowiedzi Fatiha.

A czemu nikt nic nie mówił? No cóż, ponieważ pomysł z przemierzalnią był naprawdę znakomity, ba, zawierał nawet zalążek niezłego biznesplanu. W takiej sytuacji nie odzywasz się od razu, jak w przypadku durnych pomysłów i biznesplanów, kiedy to twój obywatelski obowiązek jako kumpla nakazuje ci: natychmiast coś powiedz.

Fatih podrzucił kolejny kamień.

– Oczywiście może zdarzyć się też tak – ciągnął, a my cisnęliśmy w górę naszymi kamieniami – że przemierzalnia będzie ci wypluwać jeden za drugim gówniane warianty przyszłości. Dla większości to, niestety, nawet całkiem prawdopodobne, co? Dajmy na to nasza czwórka. Obcokrajowcy w Niemczech. Tak, Nico, ty również, twoja matka jest z NRD, też się liczy. Rodzice albo mają gównianą pracę, albo nie mają jej wcale, jak twój ojciec, Saša. No tak, matka Nica zasuwa na dwa etaty, ale jest sama. O szkole nie ma nawet co gadać. Ilu z nas uda się ją skończyć z przyzwoitym wynikiem? Statystycznie rzecz biorąc, takich jak my czeka raczej parszywe życie, nie? Ale co, przestaniesz wchodzić do przemierzalni tylko dlatego, że dostałeś dziesięć kijowych minut, a potem kolejne dziesięć do dupy? No oczywiście, że nie. A dlaczego nie? Bo następne dziesięć minut może okazać się świetne! Życie może potoczyć się na nieskończenie wiele sposobów! A to, że ktoś, nawet ktoś taki jak my, nigdy nie przeżyje nawet dziesięciu dobrych minut, jest zwyczajnie niemożliwe. Po prostu niektórych, biorąc pod uwagę okoliczności, los skąpiej obdarza szczęściem.

Wciąż nic nie mówiliśmy. Zastanawialiśmy się. Jeden pewnie nad tym, jak super brzmi to zdanie: „Po prostu niektórych, biorąc pod uwagę okoliczności, los skąpiej obdarza szczęściem”, drugi myślał o prawdopodobieństwie swojej przesranej przyszłości, a jeszcze inny o tym, co najbardziej chciałby zobaczyć w ciągu tych dziesięciu minut, zakładając, że miałby na zbyciu sto trzydzieści marek – chociaż pewnie Fatih dałby nam jakiś rabat.

Tymczasem Fatih dokładał nam wciąż nowych tematów do namysłu.

– Trzeba jednak uważać – powiedział. – Istnieje ryzyko uzależnienia. Większość ludzi nigdy nie będzie miała dosyć oglądania filmików z własnego jeszcze nieprzeżytego życia. Rach-ciach i wpadniesz w długi. Albo w depresję: udało ci się wyskrobać sto trzydzieści tysięcy na lepszą przyszłość, cała rodzina się dołożyła, ale ty nie odpuszczasz i po chwili widzisz przed sobą jeszcze bardziej wypasioną wersję: fajniejszą brykę, plantację oliwek, twoja mama wreszcie zostaje nauczycielką, a teraz pracuje tylko na taśmie i tak dalej. Ale nie masz już kasy, żeby to wszystko aktywować.

Najpóźniej w tym momencie któryś z nas musiał się wreszcie odezwać, choćby dlatego, że Fatih wprost zapytał:

– Hej, lan[1], co jest, co się tak głupio gapicie?

No tak.

Nico jako pierwszy znalazł odpowiednie słowa i odpowiedni kamień, który posłał w niebo, a ja nie na darmo powiedziałem:

– Raj.

Nico to dopiero umiał rzucać, obłęd. Założę się, że gdyby zrobił tę próbę u Fatiha, jeden z jego wariantów przyszłości wyglądałby następująco: Nico, dyskobol, igrzyska olimpijskie w Tokio, czwarte miejsce przed ostatnią próbą. Nico wykonuje obrót z dyskiem, no wiesz, trzyma go w dłoniach białych od talku, czy czego oni tam używają, żeby dysk im się nie wyślizgnął, a potem jak nie walnie… Jest letni wieczór, może zresztą dzieje się to w Szanghaju, i cyk, srebrny medal, łzy radości, Nico robi rundę honorową, na ramionach oprócz niemieckiej flagi ma flagę AC/DC.

Nikt nie trafiał w jego kamień.

– Jak często można wchodzić do tej przemierzalni? – zapytał.

– Raz dziennie maks. Nie wolno bagatelizować skutków ubocznych. Wiadomo, jednego tylko rozboli głowa, a drugi może nawet paść nieprzytomny. Jak naprawdę porządnie cię trafi, to stracisz pamięć. A utrata pamięci to dopiero pech. Pomyśl tylko, właśnie zobaczyłeś idealną przyszłość, wychodzisz z przemierzalni i musisz na nowo uczyć się liter.

– Brutalne – stwierdziłem.

– Na pewno dostanę wysypki – powiedział Nico.

– A mi zacznie lecieć krew z nosa.

To Piero. W jego głosie pobrzmiewał szczery smutek. Pewnie hasło „krew z nosa” przypomniało mu o wypadku, od którego stale dostawał krwotoków z nosa, a co za tym idzie, także o motorynce, na której miał wypadek, co z kolei przypomniało mu o całkowitym uszkodzeniu pojazdu, a summa summarum uświadomiło, że mimo wszystko, nawet na przekór chronicznym bólom w miednicy i czaszce, najszybciej, jak tylko się da, znów chce wsiąść na motorynkę, tylko że nie ma siana na nową, a kiedy tak mówił o krwawieniu z nosa – serio! – dostał kolejnego krwotoku.

Na to wkroczył Fatih.

– Zapomnijcie na chwilę o skutkach ubocznych, patałachy! Co w ogóle o tym sądzicie?

Rzecz jasna było to najbardziej retoryczne pytanie, odkąd wynaleziono zadawanie pytań. Tamtego upalnego dnia w czerwcu 1994 roku istniała tylko jedna możliwa odpowiedź: pomysł z przemierzalnią uznaliśmy za bez porównania najlepszy pomysł, na jaki kiedykolwiek wpadł Fatih, a więc odkąd był embrionem, a może nawet – tu już w zależności od wyznawanej religii – od jeszcze wcześniejszych czasów.

W tym pomyśle wszystko było pierwsza klasa, wszystko. My, trójka długowłosych szesnastolatków, którzy niejeden długi włos dzielili na czworo, nie mieliśmy się do czego przyczepić. W gruncie rzeczy projekt rozbijał się tylko o jedną rzecz: był niewykonalny.

– Jeszcze nie! – zauważył jego autor, wierząc w siebie i Niemcy jako ośrodek innowacji.

Ten entuzjazm w jego oczach! Błyszczały, kiedy Fatih opowiadał dalej.

– Może sami na to wpadniecie: na co taka przemierzalnia mogłaby się przydać tym, którzy wprawdzie dostaną dziesięć dobrych minut, ale nie będzie ich stać na aktywację? Bo, spójrzmy prawdzie w oczy, kto ma tak po prostu na zbyciu sto trzydzieści patyków?

Oczywiście sami na to nie wpadliśmy, ale Fatih, niczym porządny nauczyciel, dał nam wskazówkę.

– Nie stać was na lepszą przyszłość, wiecie jednak, że jest możliwa. A więc co robicie w teraźniejszości…?

– Staramy się?

To był Nico. Poprawna odpowiedź! Wszyscy od razu załapali.

– No właśnie! – triumfował Fatih. – Staracie się, żeby zwiększyć prawdopodobieństwo takiej przyszłości. Jecie tylko brokuły i orzechy, pijecie jedynie wino i oliwę z oliwek jak Grecy. Stajecie się dla wszystkich mili, bo wiadomo, że im mniej zachowań aspołecznych, tym wyższa jakość życia. I już jesteście zdrowsi i szczęśliwsi, i to nawet bez przemierzalni!

– A dlaczego jak Grecy? – Piero zmarszczył czoło.

– Bo żyją dłużej niż Turcy – wyjaśnił Fatih.

W tym momencie mi też przyszła do głowy konstruktywna myśl.

– Sądzę – powiedziałem – że starałbym się bardziej również wtedy, gdybym otrzymał same durne warianty przyszłości. Żeby zmniejszyć prawdopodobieństwo, że się ziszczą. Wiecie, o co chodzi? Na przykład jakbym zobaczył, że będę zdychał na raka płuc, to zszedłbym do dziesięciu fajek dziennie.

– Hę? Przecież ty wcale nie palisz – powiedział Piero.

– Mówię czysto teoretycznie – odparłem.

– Weź jakiś inny przykład – nie odpuszczał Piero.

– Sam weź przykład, przykładzie jeden – odciąłem się.

– Fakt jest taki – wtrącił się na szczęście Fatih – że przemierzalnia, tak czy siak, zrobi z ciebie lepszego człowieka. – Podniósł kamień, ale go nie podrzucił. Mówił teraz wolniej. – Nie zmienią się jedynie ci, którzy bez problemu będą mogli zainwestować sto trzydzieści tysięcy. Aktywują przyszłość, a ponieważ wiedzą, że los jest dla nich łaskawy, choćby nawet pluli innym w twarz, czy co tam porabiają szychy w wolnym czasie, ich życie i tak będzie biegło utartym torem. I nawet jeśli dostanie im się jeden gówniany wariant za drugim, to bez znaczenia: w razie czego kupią sobie na pocieszenie wyspę.

– To może w ogóle nie wpuszczać szych? – zaproponował Piero.

– Można przemyśleć, ale później. Na początek potrzebuję kasy. Prace badawcze, sprzęt. Wiecie, ile kosztuje taki skaner mózgu? Chciałbym też, żeby przy wszystkim była obecna lekarka. A lekarki są drogie.

Przychodzi mi do głowy pewien pomysł: kto chce wejść do przemierzalni, musi pokazać swój życiorys i odpowiedzieć na kilka pytań. Bezpłatne posiłki w szkole dla każdego – tak czy nie? Jesteś kibicem Bayernu? Co sądzisz na temat islamu? Z czego twój dziadek żył w czterdziestym trzecim? Przecież nie każdy z tych ważniaków musi być od razu taki straszny.

– Ale jeśli trafiłby się ktoś naprawdę paskudny, to tylko bym udawał, że aktywuję dobrą przyszłość, a tak naprawdę wybierałbym jakąś losową. Trochę loterii nie zaszkodzi, he, he. Tylko w ten sposób z przemierzalnią nie stałoby się tak, jak to zazwyczaj bywa: że jedynie nieliczni są w stanie spełnić swoje marzenia, a większość może sobie co najwyżej pomarzyć.

Nasz Fatih pójdzie jeszcze w politykę! Czerwony pas w taekwondo, nisko położony środek ciężkości ciała! Sam prowadzi szkolne kółko majsterkowiczów, potrafi rozłożyć słuchawki i walkmana, a potem z powrotem złożyć je tak, że dźwięk wydaje się znacznie lepszy! Trójka z niemieckiego, ale z biologii szóstka! Ulubione zwierzęta: młode kózki! Fatihu, mój drogi Fatihu! Tamtego dnia naprawdę miałem nadzieję, że zostaniesz wynalazcą, takim, jakim zobaczyłeś się w przemierzalni twojej wyobraźni w naszych winnicach, które wcale nie były nasze, ale tak o nich myśleliśmy, przesiadując tam.

Pojawiło się kilka pytań technicznych. Piero próbował się dowiedzieć, czy przemierzalnia uwzględnia klęski żywiołowe.

Tak, wszystko: trzęsienia ziemi, wulkany, miłość.

Ja zapytałem, co w takim razie z przypadkiem. Idziesz sobie na spacer do lasu, a myśliwy myli cię z jeleniem.

Żaden problem, przypadek to też jedynie pewna zmienna.

Nico chciał wiedzieć, jaka w ogóle stoi za tym teoria.

– Na każdego człowieka czeka wiele możliwych życiorysów, w zależności od decyzji, które podejmie, albo tego, co mu się przydarzy – wyjaśnił Fatih.

– To czy teraz z wami nie ma jakiegoś innego Piera? – zatrwożył się Piero.

– Niestety jest – odpowiedział Fatih. – Ale ten bez wątpienia też jest baranem.

Wybuchnęliśmy śmiechem, Piero poczuł ulgę, Fatih marzył dalej.

Kiedy zarobi już wystarczająco dużo na pierwszej przemierzalni, zacznie produkować na masową skalę. Najtaniej, jak tylko się da. Przemierzalnie staną w dzielnicach podobnych do naszej. Zupełnie jak miejskie biblioteki, tylko zamiast książki przeczytasz swoją przyszłość. W ten sposób praktycznie każdego będzie stać na przemierzalnię. Bo każdy, no może prawie każdy, zasługuje na dziesięć minut najlepszej przyszłości.

Słowo daję, co za niezwykła troska o dobro ogółu! Bądźmy szczerzy: jak często miewałeś takie pomysły? Jako szesnastolatek albo w ogóle kiedykolwiek. Ja w wieku szesnastu lat miałem może z pół bezinteresownej myśli raz na dwa tygodnie! W tamtym momencie poczułem się dzięki Fatihowi tak zaangażowany, że najchętniej od razu złapałbym za śrubokręt i przykręcił gdzieś kawałek blachy jako ścianę w jego przemierzalni. Tak niesamowity wydał mi się ten pomysł.

Nieco później tamtego popołudnia, pełnego wynalazków i niedojrzałych winogron, zmęczeni, położyliśmy się w trawie. Pod bezchmurnym niebem, wśród kleszczy rozmawialiśmy o zbliżających się wakacjach. Kto gdzie wyjeżdża, na jak długo i czy będzie fajnie.

Fatih, jak każdego lata, jechał nad Morze Czarne. W wiosce, która nazywała się Kaleköy, mieszkał wuj Mustafa. Wuj Mustafa całymi dniami siedział w przebudowanej oborze i dłubał w urządzeniach, które niegdyś były sprawne, a teraz nie działały, lecz jeśli w nich podłubać, znów wrócą do stanu używalności.

O wujku Mustafie nad Morzem Czarnym, majsterkowiczu, jakim pewnego dnia chciał stać się Fatih, wiedzieliśmy więcej niż o jego rodzicach, zamieszkałych przy Emmertsgrundpassage dwadzieścia jeden. Matka sprzątała wille w dzielnicy Weststadt, a dodatkowo prowadziła tureckie centrum kulturalne. W Turcji ojciec studiował coś związanego z książkami, dlatego tutaj jeździł jako kierowca tira.

Wiedzieliśmy, że wuj Mustafa nie jest prawdziwym wujem Fatiha oraz że zbudował łódź, która mogła pływać, ale niekoniecznie musiała, bo umiała też jeździć, nawet po wyboistej drodze. Jakby już samo to nie było dość genialne, łódź – jak twierdził Fatih – teoretycznie mogła służyć jako sanie. Wuj Mustafa odpowiednio wytresował psy, tylko śnieg musiałby poleżeć odrobinę dłużej.

Nico jechał z matką do Rimini. Wydawało nam się to fenomenalne, bo i jego matka wydawała nam się fenomenalna. Genialne było na przykład to, że od czasu do czasu, jak gdyby nigdy nic, pojawiała się wśród nas i przesiadywała z nami, jakby winnica należała również do niej. Że lubiła podrzucać kamienie, w które próbowaliśmy trafić. Że wypalała jednego papierosa albo trzy, a potem nas zostawiała, kiedy zaczynała się nudzić albo kiedy mieliśmy w planach coś męczącego: koszykówkę, odrabianie lekcji albo granie u Piera w UFO: Enemy Unknown.

Nico nigdy nie wstydził się swojej matki, a to wpływało również na nas. Zdania, które w ustach innych matek wydawały nam się idiotyczne, u niej brzmiały jak najbardziej okej. Każda inna matka mówiąca do swojego syna: „Tylko nie łaź dziś za długo”, w nas, a przede wszystkim we własnym synu, wywoływała poczucie obciachu. Kiedy jednak słyszeliśmy to od matki Nica, myśleliśmy sobie: aha, jasne, dobra rada, lepiej się wyspać.

Szczerze martwiła się o Piera i wielokrotnie go ostrzegała, że jeździ za szybko na motorynce. Potem dowiedziała się, że wyprzedzał na zboczu. Na zakręcie! A dowiedziała się dlatego, że to właśnie ją wyprzedzał Piero. No i się zaczęło. Piero od razu spokorniał. Obiecał nigdy tak nie robić. To, co stało się później, nie było jego winą. Czasem chcesz zrobić w życiu wszystko jak należy, a potem okazuje się, że nie zauważy cię kierowca tira z Heilbronn.

Nie próbowała się nam przypodobać i to również się liczyło. Nie zabiegała o nasze względy, nie naśladowała tego, jak mówimy, a później nie kupowała nam piwa na stacji benzynowej. Nie piła z nami, kiedy coś ze sobą mieliśmy, chociaż tylko dlatego, że było to najtańsze piwo z puszki. Kiedy wypowiadaliśmy na głos nasze głupie marzenia, mówiła czule:

– You wish…

Miała dwadzieścia lat, gdy urodził się Nico. Pół roku później uciekła z niemowlęciem z NRD. Pewnego razu, kiedy urządziliśmy u Nica wieczór growy, w środku rundy Monopoly zaczęła opowiadać, jak trudne było samotne macierzyństwo. Uff, mega mocne. Nie łapaliśmy w pełni treści, ale emocje już tak. Rozumieliśmy, dlaczego kilka razy zdarzyło jej się zasnąć w biały dzień w winnicy. I jaka ona była piękna, ta bliskość między Nikiem a jego matką, konieczna bliskość, jak sobie dziś myślę. Widzę, jak syn delikatnie ją budzi, a potem idą razem do domu.

Nigdy nie nazywaliśmy jej po imieniu, zawsze mówiliśmy „pani Wolkendorf”, bo to przecież takie niesamowite nazwisko, znaczy tyle co „wioska chmur”. Co aktywowałaby pani Wolkendorf jako dwudziestolatka w Naumburgu?

Teraz nadeszła kolej Piera, żeby opowiedzieć o planach na wakacje. On też miał jechać do Włoch.

– Ale, niestety, nie do Rimini z twoją matką – powiedział do Nica.

Wszystkich to rozbawiło. Matka Nica też pewnie by się śmiała, gdyby wtedy z nami była. Tak, w jej obecności mogłeś spokojnie pozwolić sobie na tego typu żarty.

„I tak bym cię nie wzięła. Ja i Nico chcemy trochę odpocząć”. Coś w tym stylu padłoby pewnie z jej ust i wywołało ogólną wesołość, bo każdy wiedział, jak okropnie upierdliwy potrafi być Piero.

– A ty? – rzucił Nico w moim kierunku.

Zawahałem się. Obok mnie stali moi przyjaciele. Fatih, Nico, Piero. Ich numery telefonów były jedynymi, które znałem na pamięć. Jako jedyni też wiedzieli, że napisałem do Rike trzy listy, i, oczywiście, nabijali się z tego, bo to przecież śmieszne – listy! A i tak pytali, czy Rike odpisała. (Nie wiedzieli tylko, że nigdy tych listów nie wysłałem).

Wahałem się pomimo wszystko.

– Wyjeżdżam na Helgoland – oznajmiłem w miarę zdecydowanym głosem.

Popatrzyłem wokół siebie, spodziewając się pytań. Byłem święcie przekonany, że ktoś zaraz zacznie drążyć: „Dlaczego akurat Helgoland?”.

Nikt nie zapytał, dlaczego akurat Helgoland.

– Czy to kraj? – zainteresował się Piero.

– To coś jak Legoland? – wtrącił Fatih.

Tylko Nico słyszał wcześniej o Helgolandzie. Od razu mi się to spodobało. Jakbym lubił jakiś zespół, którego nikt nie zna.

– A co tam będziesz robił? – zapytał Nico.

– Nie mam żadnego planu – odpowiedziałem szczerze.

– Bez planu tak czy siak jest najfajniej. – Nico obwieścił wielką prawdę i odchylił się do tyłu.

Tak zawsze się robi w winnicy po obwieszczeniu wielkiej prawdy. Fatih też odchylił się do tyłu, i Piero, i ja, a potem, bez kitu, odchyliła się cała Dolina Neckara. Cicho zaskrzypiał horyzont.

Wkrótce miał zapaść zmrok. Wraz z komarami zgłodniejemy i my, wrócimy do mieszkań, które musieliśmy nazywać domem. Ale wciąż zostało trochę czasu. Wciąż liczyło się tylko leżenie w winnicy i patrzenie w czerwień nieba nad Francją. Wtedy Nico cicho, niemal czule, powiedział:

– To chyba powinno się nazywać „przymierzalnia”.

Jak we śnie

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Wyrażenie z języka tureckiego, które znaczy „mężczyzna”, „człowiek”, „chłopak”, „stary”, stosowane w bezpośrednich zwrotach. Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki.

Małgorzata Gralińska

Absolwentka filologii germańskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz Szkoły Tłumaczy i Języków Obcych UAM. Leksykografka, tłumaczka przysięgła, tłumaczka literatury. Dla Książkowych Klimatów przełożyła książki Jaroslava Rudiša: Ostatnia podróż Winterberga (2021), Trieste Centrale (2023), Stacja Europa Centralna (2023) oraz komiks Przez noc (2024), a także Duchy z miasteczka Demmin Vereny Keßler (2022) i Skąd Sašy Stanišicia (2022). W 2023 roku za przekład powieści Skąd otrzymała Literacką Nagrodę Europy Środkowej „Angelus”. Członkini Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury. Mama trzech nastolatek.

Książkowe Klimaty

www.ksiazkoweklimaty.pl

Redakcja:

[email protected]

Promocja:

[email protected]

Sprzedaż:

[email protected]

KsiazkoweKlimaty

ksiazkoweklimaty

ksiazkowe_klimaty

Tytuł oryginału: Möchte die Witwe angesprochen werden, platziert sie auf dem Grab die Gießkanne mit dem Ausguss nach vorne

Autor: Saša Stanišić

Redakcja: Anna Mirkowska

Korekta: Magdalena Wołoszyn‑Cępa, Małgorzata Kuśnierz

Współpraca produkcyjna: Szczepan Kulpa

Redaktor inicjujący: Tomasz Zaród

Redaktorka prowadząca: Urszula Pieczek

Projekt makiety: Karolina Korbut

Projekt okładki: Paweł Smardzewski

© Copyright by Luchterhand Literaturverlag, a division of Penguin Random House Verlagsgruppe GmbH, München, Germany, 2024

© Copyright for the Polish translation by Małgorzata Gralińska, 2026

© Copyright for the Polish edition by Książkowe Klimaty, 2026

The translation of this work was supported by a grant from Goethe‑Institut

ISBN 978-83-68640-16-8

Książkowe Klimaty

www.ksiazkoweklimaty.pl

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek