Kiedy kochasz za bardzo - Ameya Gabriella Canovi - ebook

Kiedy kochasz za bardzo ebook

Ameya Gabriella Canovi

0,0
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego


Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+.

Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Co, jeśli partner staje się kołem ratunkowym, a miłość – nałogiem?

Jeżeli zdarza ci się myśleć, że bez partnera rozpadniesz się na kawałki, często bardziej liczysz się z jego zdaniem niż z własnym, masz poczucie, że dajesz więcej, niż otrzymujesz, albo pociągają cię osoby niedostępne – ta książka pomoże ci lepiej zrozumieć, skąd biorą się takie wzorce, i wprowadzić realne zmiany.

Psycholożka Ameya Gabriella Canovi, czerpiąc ze swojego wieloletniego doświadczenia terapeutycznego, przybliża temat uzależnienia emocjonalnego, czyli zatracania się w relacji i dążenia do miłości za wszelką cenę, nawet kosztem swoich potrzeb, godności i bezpieczeństwa.

Ze szczerością i empatią autorka pokazuje, że nadmiar miłości można przekształcić w dojrzałe zaangażowanie, a obezwładniające pragnienie drugiej osoby – w umiejętność budowania bliskości bez rezygnowania z siebie. Zgłębianie własnej historii staje się wówczas zaproszeniem do uzdrowienia przeszłych doświadczeń i tworzenia relacji opartych na odpowiedzialności, wolności i wzajemnym szacunku.

„Istnieje wiele par, które nie są w stanie być razem, a jednocześnie nie potrafią się rozstać. Relacja staje się konfliktowa, bolesna i zmienia się w męczarnię, która warunkuje i zaburza dobrostan psychofizyczny partnerów. Uruchamiają się mniej lub bardziej sztywne schematy zachowań: A ucieka, B goni, błaga, prosi, nie zgadza się na porzucenie. Wypełnia się zatem scenariusz: ani z tobą, ani bez ciebie”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 328

Data ważności licencji: 2/18/2033

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Di troppo amore

Prze­kład: Anna Kowa­lik Redak­torka ini­cju­jąca: Maria Zalasa Redak­torka pro­wa­dząca: Domi­nika Kowal­ska Redak­cja: Domi­nika Syno­wiec Korekta: Anna Stro­żek Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Joanna Wasi­lew­ska/KATA­KA­NA­STA

Copy­ri­ght © 2022 by Ameya Gabriella Canovi Polish edi­tion publi­shed by arran­ge­ment with Grandi & Asso­ciati & Graal Lite­rary Agency. Copy­ri­ght for the Polish edi­tion and trans­la­tion © JK Wydaw­nic­two, 2026

Niniej­sza publi­ka­cja jest chro­niona pra­wem autor­skim. Publi­ka­cja może być zwie­lo­krot­niana i wyko­rzy­sty­wana wyłącz­nie w zakre­sie dozwo­lo­nym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwie­lo­krot­nia­nie i wyko­rzy­sty­wa­nie tre­ści publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek for­mie do eks­plo­ra­cji tek­stów i danych (text and data mining) lub do tre­no­wa­nia modeli sztucz­nej inte­li­gen­cji bez uprzed­niej, wyraź­nej zgody Wydawcy jest zabro­nione.

ISBN 978-83-68846-42-3 Wyda­nie I, Łódź 2026

JK Wydaw­nic­two ul. Kro­ku­sowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydaw­nic­two­fe­eria.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Moim rodzi­com, moim cen­nym korze­niom i skrzy­dłom. Gdy­bym tylko mogła mieć Was jesz­cze przy sobie, aby wysłu­chać opo­wie­ści przod­ków i podać je dalej swoim dzie­ciom.

Przedmowa

Selvag­gia Luca­relli

„Odci­nek z psy­cho­lożką? Czy nie będzie nudny jak flaki z ole­jem?”

Moje spo­tka­nie z Ameyą Gabriellą Canovi na początku 2021 roku poprze­dzone było tym mało sym­pa­tycz­nym pyta­niem (o czym sama zain­te­re­so­wana dowia­duje się wła­śnie w tej chwili). A było to tak: przy­go­to­wy­wa­łam pod­kast o uza­leż­nie­niach emo­cjo­nal­nych, do któ­rego zgro­ma­dzi­łam pięć bole­snych histo­rii związ­ków, mają­cych wywrzeć silne wra­że­nie emo­cjo­nalne na słu­cha­czach, kiedy mój współ­pra­cow­nik zapro­po­no­wał, aby ostatni odci­nek poświę­cić pogłę­bio­nej ana­li­zie wszyst­kich tych przy­pad­ków z pomocą psy­cho­loga. Miała to być swego rodzaju poga­danka, która w bar­dziej tech­niczny spo­sób wyja­śni mecha­ni­zmy powsta­wa­nia uza­leż­nień emo­cjo­nal­nych – z udzia­łem spe­cja­listki z tej dzie­dziny.

Wła­śnie to słowo „tech­niczny” wzbu­dzało moją nie­chęć. Myśla­łam, że ta pełna emo­cji opo­wieść prze­ro­dzi się w suchy wykład z psy­cho­lo­gii, burząc patos, z takim mozo­łem budo­wany odwagą boha­te­rów pod­ka­stu – osób, które prze­żyły roz­dzie­ra­jące serce histo­rie i które być może noszą w sobie wciąż nie­za­bliź­nione rany. Jed­nak mój współ­pra­cow­nik nale­gał, dla­tego posta­no­wi­łam prze­pro­wa­dzić coś w rodzaju castingu i bez zbyt­niego prze­ko­na­nia zabra­łam się do poszu­ki­wa­nia w ser­wi­sie YouTube fil­mi­ków publi­ko­wa­nych przez psy­cho­lo­gów. Jakiś czas wcze­śniej Ameya wysłała do mnie sym­pa­tyczną wia­do­mość, dla­tego mia­łam ją na liście „do obej­rze­nia”. Kiedy ją usły­sza­łam w jed­nym z nagrań, natych­miast poczu­łam, że to ideał, choć prze­cież tak wła­śnie wygląda kla­syczny począ­tek każ­dego uza­leż­nie­nia emo­cjo­nal­nego. Na szczę­ście pomię­dzy mną a Ameyą od razu zro­dziła się ser­deczna i pełna zro­zu­mie­nia rela­cja, a jeśli w ogóle możemy mówić o jakim­kol­wiek uza­leż­nie­niu, to co naj­wy­żej od zie­lo­nych pie­roż­ków tor­telli.

W tam­tym cza­sie obej­rza­łam mnó­stwo fil­mi­ków, wysłu­cha­łam nie­zli­czo­nych eks­per­tów, z któ­rych wielu umiało z pasją i kom­pe­tent­nie opo­wia­dać o uza­leż­nie­niu emo­cjo­nal­nym, jed­nak Ameya miała coś wię­cej: potra­fiła otu­lić słu­cha­cza piesz­czotą łagod­nej deter­mi­na­cji. Miała umie­jęt­ność obda­rza­nia zro­zu­mie­niem bez zbęd­nej reto­ryki i pie­ty­zmu. Ameya towa­rzy­szyła ofia­rom w pro­ce­sie, który nie miał nic wspól­nego z lito­wa­niem się i zwy­czaj­nym roz­grze­sza­niem, „ponie­waż mani­pu­la­tor jest zły i nie­do­bry” (w sumie jest, ale nie o to cho­dzi) – ona wycho­dziła od kon­cep­cji odpo­wie­dzial­no­ści. Mówiąc w skró­cie, wyja­śniała, że dobra praca nad sobą chroni nas przed wie­loma bole­snymi sytu­acjami i „roz­braja” mecha­nizm uza­leż­nie­nia.

W ten spo­sób Ameya została boha­terką ostat­niego odcinka pod­ka­stu, który dla mnie wciąż jest tym naj­bar­dziej wzru­sza­ją­cym i obfi­tu­ją­cym w olśnie­nia. Po dziś dzień, mimo że wie­lo­krot­nie go odsłu­chi­wa­łam, jej otu­la­jący głos, jej nie­zwy­kle przej­rzy­ste słowa oraz tro­skliwy, acz nie­ustę­pliwy spo­sób bycia spra­wiają, że pła­czę jak bóbr. Żadne tam „zbyt tech­niczne”. Jest tech­nika, jest wie­dza, jest doświad­cze­nie, jed­nak u Amei przede wszyst­kim widoczna jest umie­jęt­ność łącze­nia wie­dzy z odczu­wa­niem. I ta książka jest wła­śnie taka – to pod­ręcz­nik, który uczy rozu­mieć i inter­pre­to­wać, w któ­rym nie znaj­dziemy jed­nak ani jed­nej strony zapi­sa­nej zim­nym tonem kogoś, kto wie, lecz nie czuje.

Bar­dzo chcia­ła­bym móc wejść do księ­garni i zna­leźć na półce Kiedy kochasz za bar­dzo w cza­sach, kiedy cier­pia­łam na uza­leż­nie­nie emo­cjo­nalne i nie wie­dzia­łam, jak je nazwać. Kiedy moja zdol­ność do ana­lizy pro­blemu nie wycho­dziła poza stwier­dze­nia, że „on jest dra­niem”, „jest mi źle, ale bez niego nie potra­fię żyć, więc lepiej być nie­szczę­śliwą z nim niż w pie­kle samot­no­ści”, „w końcu zro­zu­mie, jak bar­dzo jestem nie­sa­mo­wita”. Nie twier­dzę, że książka Amei by mnie oca­liła (ani ona, ani ja nie lubimy takich wyświech­ta­nych sfor­mu­ło­wań), ale bez wąt­pie­nia dałaby mi narzę­dzia do roz­po­czę­cia pla­no­wa­nia swo­jego oca­le­nia – na czas wyczer­pa­nia i nastę­pu­ją­cego po nim zdro­wie­nia. Zro­zu­mia­ła­bym na przy­kład, dla­czego czu­jąc się ofiarą nar­cyza-mani­pu­la­tora, mia­łam w sobie tyle gniewu. „Nar­cyz pro­jek­tuje na drugą osobę swoje cechy, które uznaje za słabe i któ­rych się wsty­dzi, aby móc je szka­lo­wać i ata­ko­wać na zewnątrz. Z dru­giej strony osoba uza­leż­niona odczuwa dużą złość wobec nar­cyza, który w jej oczach zdaje się bar­dzo dobrze sobie radzić bez jej bli­sko­ści. Jedno wobec dru­giego odczuwa zawiść” – wyja­śnia Ameya na kar­tach tej książki. Tłu­ma­czy też, że role w tej auto­de­struk­cyj­nej walce mogą się mie­szać; że mamy do czy­nie­nia z uza­leż­nie­niem emo­cjo­nal­nym tam, gdzie nie tyle chcemy być szczę­śliwi – ponie­waż z oczy­wi­stych powo­dów jest to cel nie­osią­galny – co chcemy odnieść zwy­cię­stwo.

Czę­sto zada­wa­łam sobie pyta­nie, skąd wzięło się zain­te­re­so­wa­nie Amei tymi tema­tami już w cza­sach, kiedy nie było to jesz­cze popu­larne – na długo przed tym, jak słowa „nar­cy­styczny” czy „tok­syczny” zaczęły zatru­wać całą komu­ni­ka­cję na ten temat, gdy pro­blem stał się modny. Jesz­cze zanim influ­en­ce­rzy i świeżo upie­czeni eks­perci zaczęli sur­fo­wać na fali aktu­al­nego trendu, uprasz­cza­jąc ten zło­żony temat, bana­li­zu­jąc go i prze­ko­nu­jąc ofiary, że po pro­stu tra­fiły na złego męż­czy­znę lub złą kobietę, a przez to wyra­bia­jąc w nich prze­ko­na­nie, że dzięki dobremu „ryso­pi­sowi” będą potra­fiły roz­po­zna­wać złych ludzi i zdo­łają się ura­to­wać. Żeby było jasne, rów­nież Ameya w niniej­szym pod­ręcz­niku dzieli ofiary i nar­cy­zów (nie bez dozy iro­nii) na różne typy, jed­nak – jako wro­gini uprosz­czeń – doko­nuje tego po dłu­gim wstę­pie, ana­li­zu­jąc przy­czyny, które spra­wiają, że mamy pre­dys­po­zy­cje do roz­nie­ce­nia tej nie­zdro­wej iskry, będą­cej począt­kiem uza­leż­nie­nia; „pierw­szego dra­śnię­cia”, jak je nazy­wam.

Ale Ameya robi o wiele wię­cej. I tutaj powra­cam do mojego wcze­śniej­szego pyta­nia: jak to się stało, że zafa­scy­no­wała się tym tema­tem, kiedy był on niszowy i poru­szany jedy­nie w har­le­qu­inach opo­wia­da­ją­cych o zła­ma­nych ser­cach?

Ponie­waż tak naprawdę Ameya jest jedną z nas. Albo raczej: była jedną z nas. Odkry­wamy to roz­dział po roz­dziale, kiedy w kilku linij­kach stop­niowo pre­zen­tuje czy­tel­ni­kowi część sie­bie. Część swo­jej histo­rii. Kiedy odsła­nia swoją ranę oraz opo­wiada o tym, jak pogo­dziła się z bólem i doskwie­ra­ją­cymi jej bra­kami. Kiedy opo­wiada, że w pew­nym momen­cie zro­zu­miała, jak samotna musiała czuć się jej matka, gdy żyła w obcym i dale­kim mie­ście. O tym, że rodzina jest zaląż­kiem, lecz nie naszym prze­zna­cze­niem. O tym, jak ważne jest, aby nie „wyba­czać”, ale pozwo­lić pły­nąć żalowi za tym, czego nam zabra­kło, gdy przy­cho­dzi czas, aby odzy­skać wol­ność. I lek­kość.

Kiedy kochasz za bar­dzo jest tym wszyst­kim.

To mapa dla tych, któ­rzy chcą zro­zu­mieć. Świe­cący w ciem­no­ściach pło­mień dla tych, któ­rzy cier­pią. Ską­pana w słońcu ławka dla tych, któ­rzy wyzdro­wieli i patrzą na wyda­rze­nia z prze­szło­ści z bez­tro­ską i życz­li­wo­ścią wyma­lo­waną na twa­rzy.

Wstęp

O uza­leż­nie­niu emo­cjo­nal­nym wciąż wia­domo nie­wiele.

Wbrew panu­ją­cej powszech­nie opi­nii nie cho­dzi tu o zła­mane kobiece serca czy nie­szczę­śliwe miło­ści, lecz o praw­dziwe zabu­rze­nia w budo­wa­niu rela­cji, które doty­kają ogrom­nej liczby kobiet i męż­czyzn, choć według danych sta­ty­stycz­nych tych dru­gich o wiele mniej.

Niniej­sza książka opo­wiada o tym cza­ją­cym się pod skórą nie­po­koju, jakim jest nad­mierna potrzeba dru­giego czło­wieka.

Choć istot­nie uza­leż­nie­nie w rela­cji bywa czyn­ni­kiem wyzwa­la­ją­cym zacho­wa­nia prze­mo­cowe, skut­ku­jące nie­kiedy tra­gicz­nym fina­łem, w któ­rym kobieta ginie z rąk part­nera, nie będziemy się tutaj zaj­mo­wać fatal­nymi skut­kami tych smut­nych wyda­rzeń. Zamiast tego posta­ramy się prze­ana­li­zo­wać to, co zacho­dzi o wiele wcze­śniej w psy­chice osoby z zabu­rzoną sferą uczu­ciową i co nie­ko­niecz­nie pro­wa­dzi do dra­ma­tycz­nego zakoń­cze­nia, mimo że jest źró­dłem wielu cier­pień.

Dla­czego poczu­łam potrzebę napi­sa­nia książki na taki temat? Ponie­waż pro­blem ten doty­czy mnie samej.

Uczy­ni­łam z niego swój zawód oraz życiową misję. Jestem prze­ko­nana, że wielu oso­bom można pomóc wydo­stać się z tego bole­snego pie­kła, choć wciąż nie jest ono zbyt dobrze zba­dane. Na pod­sta­wie mojego dwu­dzie­sto­let­niego doświad­cze­nia mogę stwier­dzić, że uza­leż­nie­nie w rela­cji czę­sto jest bar­dzo głę­boko ukry­tym pro­ble­mem, który należy wydo­być na świa­tło dzienne; trzeba wypo­sa­żyć klienta w nie­zbędne infor­ma­cje i pod­po­wie­dzieć mu stra­te­gie pre­wen­cyjne, które pozwolą mu ten pro­blem roz­po­znać i sta­wić mu czoła.

Nie­stety w kul­tu­rze Zachodu uza­leż­nie­nie emo­cjo­nalne jest powszech­nie akcep­to­wane i utrwa­lane poprzez ste­reo­typy czy choćby tek­sty pio­se­nek, które wyśpie­wu­jemy na całe gar­dło. Eros i Tana­tos bez ustanku tań­czą sple­ceni w miło­snym uści­sku, zabu­rza­jąc nasze wyobra­że­nie o miło­ści, co póź­niej omó­wię szcze­gó­łowo. Obec­nie uza­leż­nie­nie od dru­giej osoby rzadko sta­nowi temat docie­kań nauko­wych, a wobec braku wystar­cza­ją­cych badań nie jest zali­czane do praw­dzi­wych pato­lo­gii zdro­wot­nych. DSM-5 (Dia­gno­stic and Sta­ti­sti­cal Manual of Men­tal Disor­ders, Fifth Edi­tion), sta­ty­styczny pod­ręcz­nik zabu­rzeń psy­chicz­nych, z któ­rego korzy­stają spe­cja­li­ści, nie okre­śla kry­te­riów dia­gno­stycz­nych dla uza­leż­nie­nia emo­cjo­nal­nego, opi­suje je jed­nak w kon­tek­ście zabu­rze­nia o nazwie oso­bo­wość zależna. Jak prze­ko­namy się w dal­szej czę­ści książki, osoby cier­piące na to zabu­rze­nie mają pro­blem z podej­mo­wa­niem decy­zji oraz odczu­wają nie­po­kój, lęk i nie­pew­ność, które prze­ja­wiają się w wielu aspek­tach ich życia. Mogą na przy­kład oba­wiać się samot­nego podró­żo­wa­nia lub doko­ny­wa­nia waż­nych wybo­rów. Osoba uza­leż­niona emo­cjo­nal­nie spra­wia wra­że­nie złą­cze­nia nie­ro­ze­rwal­nym węzłem z osobą, z którą two­rzy parę, potrafi jed­nak dosko­nale funk­cjo­no­wać we wszyst­kich innych kon­tek­stach.

Do wer­sji DSM-5 z 2013 roku wpro­wa­dzone zostały uza­leż­nie­nia beha­wio­ralne, nazy­wane new addic­tions, wśród któ­rych zna­la­zło się uza­leż­nie­nie od gier hazar­do­wych, pracy, seksu czy zaku­pów. Nie­któ­rzy bada­cze zali­czają do tej kate­go­rii rów­nież uza­leż­nie­nie od miło­ści, czyli love addic­tion. Choć temat ten wciąż wymaga zgłę­bie­nia, uza­leż­nie­nie od dru­giej osoby jest bar­dzo dobrze zna­nym zja­wi­skiem dla tych, któ­rzy go doświad­czają.

Warto w tym miej­scu nad­mie­nić, że ta książka nie jest w zamie­rze­niu trak­ta­tem nauko­wym ani nie ma na celu wyczer­pa­nia tematu. Jej celem jest omó­wie­nie zagad­nie­nia i opo­wie­dze­nie o oso­bach, które cier­pią z powodu postrze­ga­nia innych jako koła ratun­ko­wego. Nie­które czę­ści będą miały wydźwięk bar­dziej teo­re­tyczny – to w nich pojawi się spe­cja­li­styczna ter­mi­no­lo­gia, któ­rej nie chcia­łam dodat­kowo obcią­żać odnie­sie­niami biblio­gra­ficz­nymi. Inne nato­miast mają na celu przy­bli­że­nie czy­tel­ni­kowi sedna pro­blemu, dla­tego wola­łam zasto­so­wać w nich bar­dziej codzienny język.

Wycho­dząc od aktu­al­nego stanu wie­dzy dostęp­nej w lite­ra­tu­rze nauko­wej, sta­ra­łam się wyja­śnić mecha­ni­zmy leżące u pod­staw uza­leż­nie­nia emo­cjo­nal­nego. Po wielu latach pracy z ludźmi mogę powie­dzieć, że osoby dotknięte tą cho­robą uczu­ciową – jeśli możemy ją tak nazwać – zdo­łają osią­gnąć wewnętrzny dobro­stan jedy­nie wtedy, gdy sta­wią czoła wła­snym demo­nom, przed któ­rymi i tak nie ma ucieczki, oraz wyko­nają żmudną pracę pole­ga­jącą na pozna­niu, zba­da­niu i akcep­ta­cji wła­snych cieni, czyli tych czę­ści wła­snego „ja”, które odbie­ramy jako nega­tywne, nie­roz­wią­zane i mroczne.

Książka została zbu­do­wana z czte­rech prze­pla­ta­ją­cych się ele­men­tów: teo­rii, histo­rii, wspo­mnień i kart pracy. Opo­wie­ści o nie­któ­rych prze­ży­ciach sta­no­wią tło dla ana­li­zo­wa­nych kon­cep­cji, nato­miast we wspo­mnie­niach opi­sa­łam to, co doty­czy mnie oso­bi­ście. W koń­co­wej czę­ści książki pro­po­nuję ćwi­cze­nia, które uła­twią czy­tel­ni­kowi samo­po­zna­nie. Nazwa­łam je kar­tami pracy, ponie­waż sta­no­wią narzę­dzie uru­cha­mia­jące świa­do­mość, nie mają jed­nak na celu cze­go­kol­wiek leczyć. Powstały po to, by skło­nić do reflek­sji osoby odczu­wa­jące dys­kom­fort zwią­zany z oma­wia­nym sta­nem psy­chicz­nym. Karty z pew­no­ścią nie mogą zastą­pić inter­wen­cji tera­peu­tycz­nej, ale sta­no­wią dodat­kowy bodziec do pozna­nia wła­snego świata wewnętrz­nego, z któ­rym można się zaprzy­jaź­nić i oswoić – być może jako uzu­peł­nie­nie już toczą­cego się pro­cesu tera­peu­tycz­nego lub w ocze­ki­wa­niu na decy­zję o roz­po­czę­ciu psy­cho­te­ra­pii, jeśli okaże się potrzebna.

Przed­sta­wione w książce w ramach przy­kładu zda­rze­nia zostały odtwo­rzone w taki spo­sób, aby chro­nić pry­wat­ność boha­te­rów i unie­moż­li­wić ich iden­ty­fi­ka­cję. Dają jed­nak czy­tel­ni­kowi moż­li­wość roz­po­zna­nia sie­bie i przyj­rze­nia się róż­nym zacho­wa­niom w poszcze­gól­nych sytu­acjach, a także odkry­cia, jak bar­dzo jeste­śmy do sie­bie podobni. Przy­padki, które będziemy tu oma­wiać, są zatem z życia wzięte, a ja – tam, gdzie to było konieczne – zosta­łam upo­waż­niona do ich opo­wie­dze­nia. To frag­menty mnie i histo­rii mojej oraz osób, które spo­tka­łam – wzbo­ga­cone, dogłęb­nie prze­ana­li­zo­wane, wymie­szane i wyde­sty­lo­wane. To my, wszy­scy razem.

#Wspomnienie 1. Gdzieś tam

#Wspo­mnie­nie 1 Gdzieś tam

W jaki spo­sób odkry­wamy, że jeste­śmy uza­leż­nieni emo­cjo­nal­nie? Ja – tak, wła­śnie ta, która pisze tę książkę – zawsze wie­dzia­łam, że noszę w sobie splą­tany węzeł emo­cji. Odkry­wa­łam go w swoim wnę­trzu, gdy z tęsk­notą myśla­łam o moim ojcu.

Upo­rząd­kujmy jed­nak fakty.

Jeśli dobrze się nad tym zasta­no­wić, dziwne jest nazy­wa­nie porząd­kiem tego, co w głębi duszy zawsze postrze­gało się jako coś nie­upo­rząd­ko­wa­nego, czę­ścio­wego, roz­trza­ska­nego lub nie­obec­nego. Potrze­bo­wa­łam jed­nak lat, aby prze­kształ­cić tę pustkę w jej zupełne prze­ci­wień­stwo, roz­po­znać wszystko, co zostało mi dane, i poczuć za to wdzięcz­ność.

Stało się to dopiero wtedy, gdy udało mi się nadać zna­cze­nie mojej wła­snej histo­rii i kiedy poczu­łam się ule­czona z bólu, jaki wywo­ły­wali we mnie mój wyide­ali­zo­wany i nie­obecny ojciec oraz matka – zbyt zajęta próbą prze­ży­cia na obcym kon­ty­nen­cie, odważna i samotna. Mogłam tego doko­nać dzięki alche­micz­nemu pro­ce­sowi trans­for­ma­cji wewnętrz­nej, w wyniku któ­rego udało mi się zmie­nić mój spo­sób patrze­nia.

Po latach pracy nad sobą samą, pła­cząc przed moim tera­peutą oraz licz­nymi nauczy­cie­lami, któ­rzy poma­gali mi w wyzdro­wie­niu z emo­cjo­nal­nej pustki, udało mi się stwo­rzyć w sobie postaci rodzi­ców, które wcze­śniej postrze­ga­łam jako nie­obecne.

I wła­śnie wtedy wyda­rzył się cud – rana prze­stała krwa­wić.

Dzięki temu, co prze­ży­łam, mogłam roz­po­znać i wes­przeć wiele innych cier­pią­cych osób, pod jed­nym wzglę­dem podob­nych do mnie: mają­cych w sobie te zimne i puste miej­sca, które może wytwo­rzyć jedy­nie rodzic zapa­mię­tany jako odwró­cony do dziecka ple­cami.

1. Dwa punkty widzenia

1

Dwa punkty widze­nia

Pani dok­tor, kiedy nie mam żad­nego part­nera, czuję się jak pies, który cią­gnie po ziemi swoją smycz, szu­ka­jąc nowego wła­ści­ciela. Czuję się żało­śnie, widząc sie­bie taką.

Leda

Czę­sto w cza­so­pi­smach lub w sieci możemy spo­tkać uprosz­czone defi­ni­cje, pobieżne albo udzie­lone na pocze­ka­niu wyja­śnie­nia, według któ­rych uza­leż­nie­nie emo­cjo­nalne jest naj­pierw przez coś wywo­ły­wane, a następ­nie pod­sy­cane przez tego Innego, postrze­ga­nego jako zła osoba i mani­pu­la­tor. Choć, jak się prze­ko­namy, rze­czy­wi­ście ist­nieją nie­zwy­kle podłe i wypa­czone oso­bo­wo­ści, teza, którą tu będziemy pro­pa­go­wać, mówi: nikt nie jest w sta­nie spra­wić, że będziemy się czuli w okre­ślony spo­sób, jeśli my sami w głębi już się tak nie czu­jemy. W naszym wnę­trzu ist­nieje już zalą­żek nie­pew­no­ści sie­bie, który przez lata może pozo­sta­wać w sta­nie uśpie­nia, by następ­nie ujaw­nić się z całą mocą w kon­kret­nej sytu­acji.

Wiele cier­pią­cych osób nie potrafi nazwać tego ukry­tego i wszech­ogar­nia­ją­cego uczu­cia nie­po­koju, które zatruwa ich rela­cje.

W niniej­szej książce posta­ramy się zro­zu­mieć, gdzie leży źró­dło tego bólu.

Należy pamię­tać, że w każ­dym nad­mia­rze skrywa się jakiś nie­do­sta­tek, zatem – jeśli się nad tym zasta­no­wić – nad­miar cze­goś czę­sto przy­krywa jakąś sła­bość. Osoba, która jest sta­bilna, opa­no­wana i speł­niona, nie odczuwa potrzeby kur­czo­wego ucze­pia­nia się innych ludzi, sub­stan­cji czy dys­funk­cyj­nych zacho­wań.

Jeśli przyj­rzymy się histo­rii dzie­jów, każda epoka miała swoje ulu­bione uza­leż­nie­nia, wywo­dzące się z bólu, któ­rego prze­jawy zdają się zmie­niać na prze­strzeni czasu. Przy­kła­dowo na Zacho­dzie pod koniec XIX wieku powie­lano ste­reo­ty­powe wyobra­że­nie cier­pią­cej kobiety jako deli­kat­nej i melan­cho­lij­nej istoty, kona­ją­cej z powodu nie­speł­nio­nej i utra­co­nej miło­ści. Współ­cze­snym odpo­wied­ni­kiem osoby cier­pią­cej jest zaś praw­do­po­dob­nie kobieta zmu­szona do tego, być zaradną, zadbaną i bar­dziej speł­nioną, choć nękana jest smut­kiem wymie­sza­nym ze zło­ścią i poczu­ciem bez­sil­no­ści.

Jeśli cho­dzi o przed­sta­wie­nie potę­pio­nego męż­czy­zny, w XIX wieku był nim poeta wyklęty (fr. poète mau­dit), przed­sta­wi­ciel bohemy, zabłą­kany w opa­rach opium. W latach 60. poprzed­niego stu­le­cia typo­wym por­tre­tem był młody nar­ko­man – czło­nek kul­tury hip­pi­sow­skiej, nie­do­ży­wiony, brudny, zaro­śnięty, wła­mu­jący się do samo­cho­dów, aby zaro­bić na działkę nar­ko­tyku. Następ­nie prze­kształ­cił się on w bar­dziej ele­ganc­kiego i zarad­nego życiowo nało­go­wego kon­su­menta koka­iny. Mowa tu o yup­pie, który chcąc utrzy­mać się na fali suk­cesu, ukry­wał swoją sła­bość i się­gał po pobu­dza­jące sub­stan­cje che­miczne, nazy­wane smart drugs, aby funk­cjo­no­wać na naj­wyż­szych obro­tach. Mogło to pro­wa­dzić do poważ­nych pro­ble­mów kar­dio­lo­gicz­nych wyni­ka­ją­cych ze stylu życia nazna­czo­nego chro­nicz­nym stre­sem. W dzi­siej­szych cza­sach figurą, którą naj­czę­ściej obwi­niamy za pro­blemy w rela­cjach, jest nar­cyz.

Zakła­da­jąc, że zabu­rze­nia są lustrem cza­sów, w któ­rych żyjemy, oprócz szcze­gól­nych cech jed­nostki i jej oso­bi­stej wizji świata warto uwzględ­niać rów­nież śro­do­wi­sko i kli­mat, w któ­rym osoba taka wzra­stała, jak rów­nież men­tal­ność i spo­sób życia spo­łecz­no­ści, do któ­rej należy.

Wła­śnie dla­tego w swo­jej karie­rze zawo­do­wej psy­cho­loga kli­nicz­nego i spo­łecz­nego, aby rzu­cić świa­tło na ten temat, posta­no­wi­łam oprzeć się na dwóch teo­re­tycz­nych fila­rach, które lubię postrze­gać jako parę socze­wek do obser­wa­cji rze­czy­wi­sto­ści: podej­ściu psy­cho­dy­na­micz­nym i teo­rii sys­te­mo­wej. Podej­ście psy­cho­dy­na­miczne pozwala mi obser­wo­wać nie­które psy­chiczne mecha­ni­zmy przy­wią­za­nia, pro­jek­cji i inter­na­li­za­cji. Teo­ria sys­te­mowa, sto­so­wana w bada­niu rodzin, pomaga mi w ana­li­zie sche­ma­tów rodzin­nych, które mają na nas tak wielki wpływ. W przy­padku osób, z któ­rymi pro­wa­dzę tera­pię wspie­ra­jącą, te dwa podej­ścia teo­re­tyczne pozwa­lają mi dotrzeć w głąb oraz cof­nąć się w cza­sie – tam, gdzie wszystko się zaczęło, aby pomóc im wyjść z cier­ni­stego labi­ryntu uza­leż­nie­nia.

Uży­wamy więc rów­no­cze­śnie lunety i mikro­skopu. Uwa­żam jed­nak, że zin­te­gro­wane podej­ście, uwzględ­nia­jące i wyko­rzy­stu­jące także odkry­cia innych nur­tów teo­re­tycz­nych, rów­nież oka­zuje się cenne przy roz­plą­ty­wa­niu wąt­ków nie­wi­dzial­nych sieci powo­du­ją­cych cier­pie­nie. Celem jest zapew­nie­nie poprawy w zakre­sie stylu przy­wią­za­nia cier­pią­cej osoby. Po wysłu­cha­niu mnó­stwa okrop­nych histo­rii mogę posta­wić kon­klu­zję, że każda nie­rów­no­waga w rela­cji zdaje się mieć swój począ­tek na łonie rodziny, w tej więzi przy­wią­za­nia, która następ­nie prze­no­szona jest na tkankę spo­łeczną i kul­tu­rową. Ten, kto żyje lub żył w kon­tek­stach rodzin­nych, spo­łeczno-śro­do­wi­sko­wych lub biop­sy­chicz­nych, które nie pozwo­liły mu doświad­czyć bez­piecz­nych i wspie­ra­ją­cych rela­cji, z dużym praw­do­po­do­bień­stwem będzie ocze­ki­wał od part­nera kom­pen­sa­cji tego braku. Lub, para­dok­sal­nie, będzie nego­wał swoją potrzebę miło­ści, przyj­mu­jąc uni­ka­jący styl przy­wią­za­nia, o czym póź­niej jesz­cze poroz­ma­wiamy.

Inne szkoły tera­peu­tyczne nie przy­wią­zują takiej samej wagi do prze­szło­ści i kon­cen­trują się na teraź­niej­szo­ści lub obie­rają inne drogi, aby dojść do dobro­stanu klienta. Dla­tego pra­gnę pod­kre­ślić, że to, co prze­czy­ta­cie w niniej­szej książce, jest owo­cem mojego doświad­cze­nia w tej dzie­dzi­nie, moich badań i ana­liz, choć zdaję sobie sprawę, że pre­zen­tuję tylko jedno z wielu moż­li­wych spoj­rzeń na ten pro­blem.

Zgod­nie z tym, co mia­łam moż­li­wość zaob­ser­wo­wać do tej pory, osoby, które nie dopeł­niły swo­jej ścieżki roz­woju emo­cjo­nal­nego, mogą pozo­stać uwię­zione w nostal­gii za uczu­ciem zespo­le­nia z rodzi­cami, cha­rak­te­ry­zu­ją­cym pierw­sze lata życia. Z dużym praw­do­po­do­bień­stwem będą więc szu­kać takiego samego uczu­cia zaspo­ko­je­nia w innej oso­bie, sub­stan­cji czy zacho­wa­niu.

W rela­cji jeste­śmy we dwoje, ale pamię­tajmy, że to przede wszyst­kim ze sobą samym musimy się kon­fron­to­wać: z naszymi wła­snymi zaso­bami i demo­nami. Potrzeba dru­giej osoby jest potrzebą pier­wotną i wła­ściwą dla istot ludz­kich. Umie­jęt­ność łącze­nia obec­no­ści z nieobec­no­ścią pozo­staje zaś jed­nym z naj­waż­niej­szych zadań roz­woju dla każ­dej jed­nostki.

Jeśli ty, droga czy­tel­niczko lub drogi czy­tel­niku, zechcesz mi towa­rzy­szyć w tej podróży, spró­bu­jemy wspól­nie prze­mie­rzyć tę głę­boko ukrytą, bru­natną rzekę bólu, która pły­nie w oso­bach uwię­zio­nych w histo­rii uza­leż­nie­nia – po to, by ją zro­zu­mieć i już ni­gdy wię­cej nie pozwo­lić się porwać jej nur­towi.

2. W umyśle osoby uzależnionej emocjonalnie. Błąd Erosa

2

W umy­śle osoby uza­leż­nio­nej emo­cjo­nal­nie. Błąd Erosa

Nie­na­wi­dzę i kocham. Czemu tak się dzieje –

Spy­tasz. Nie wiem. Lecz czuję, że tak jest. I cier­pię1.

Katul­lus

Świat wewnętrzny osoby uza­leż­nio­nej emo­cjo­nal­nie roi się od ilu­zji. Mówiąc naj­pro­ściej, ma ona nadzieję, wyobraża sobie, a cza­sami wręcz ocze­kuje, że zosta­nie oca­lona.

W nie­wy­sło­wiony spo­sób prosi drugą osobę, żeby ule­czyła ją z bole­snej lub dys­funk­cyj­nej prze­szło­ści – z nad­miaru lub nie­do­boru doświad­czeń, który oka­zał się dla niej destruk­cyjny.

W naszym spo­łe­czeń­stwie czę­stym zja­wi­skiem jest pewien rodzaj wypa­cze­nia rela­cji, który w powszech­nej opi­nii w jakimś stop­niu uwa­żany jest za coś oczy­wi­stego. Słowa „nie mogę bez cie­bie żyć” nie są tylko slo­ga­nem powta­rza­nym w pio­sen­kach i roman­sach, lecz ideą zako­rze­nioną głę­boko w spo­łecz­nym wyobra­że­niu, poczu­ciem, które zdaje się przy­na­le­żeć do sys­temu wspól­nych, powszech­nie podzie­la­nych prze­ko­nań. Cier­pie­nie z powodu miło­ści nie jest jed­nak tak dys­funk­cyjne, jak nie­umie­jęt­ność uwol­nie­nia się od dru­giej osoby, nie­moż­ność powró­ce­nia do sie­bie samego i tkwie­nie w pułapce bólu wywo­ły­wa­nego odrzu­ce­niem lub zakoń­cze­niem rela­cji. Nawet jeśli druga osoba nie odwza­jem­nia lub nie daje nam tego, co sami jej ofe­ru­jemy, nie prze­sta­jemy się jej kur­czowo trzy­mać, poświę­cać się jej, uwie­szać na niej i bła­gać o uwagę.

W płyn­nym, zmie­nia­ją­cym się, żyją­cym szybko i prze­peł­nio­nym skraj­nymi bodź­cami spo­łe­czeń­stwie jed­nostka zdaje się tra­cić opar­cie oraz punkty odnie­sie­nia. Prze­strzeń zare­zer­wo­wana na spo­tka­nie z dru­gim czło­wie­kiem bywa ska­żona obse­syjną potrzebą odzwier­cie­dle­nia samego sie­bie, słu­żącą jedy­nie potwier­dze­niu wła­snej war­to­ści („powiedz mi, że jestem coś wart”), albo prze­ciw­nie – nie­uf­no­ścią i lękiem.

Dla­czego tak się dzieje?

Aby odna­leźć przy­czyny, należy, moim zda­niem, zba­dać rela­cje w rodzi­nie pocho­dze­nia. Współ­cze­sne dąże­nie rodzi­ców do tego, aby poszcze­gólne etapy roz­woju ich potom­stwa prze­bie­gały bez­pro­ble­mowo i były pozba­wione bólu, spra­wia, że dzieci z tru­dem oddzie­lają się od opie­ku­nów. Staje się to prze­szkodą w pro­ce­sie indy­wi­du­ali­za­cji, a zara­zem sprzyja utrwa­la­niu modelu rodziny wie­lo­po­ko­le­nio­wej, w któ­rej pod jed­nym dachem współ­ist­nieje kilka gene­ra­cji. Mło­dzi kur­czowo trzy­mają się takiej wspól­noty, trak­tu­jąc ją jako waru­nek prze­trwa­nia. Ponadto w ostat­nich latach rodzina, rów­no­le­gle do roz­woju spo­łe­czeń­stwa, doznała tak głę­bo­kich trans­for­ma­cji, że powin­ni­śmy już raczej mówić o for­mach rodziny. Jako że dyna­mika rela­cji rodzin­nych jest ważna z punktu widze­nia pro­blemu uza­leż­nie­nia emo­cjo­nal­nego, wydaje mi się, że warto poczy­nić kilka spo­strze­żeń na ten temat.

Wład­czy ojciec, nie­gdyś dyk­tu­jący zasady, został zastą­piony przez dwie figury, które naprze­mien­nie zaj­mują się opieką nad dziećmi. Rodzice w pew­nych aspek­tach przy­jęli równe role w wycho­wa­niu i edu­ko­wa­niu swo­ich dzieci.

Do tego momentu wszystko gra.

Surowy i auto­ry­tarny ojciec z lat 20. XIX wieku prze­kształ­cił się naj­pierw w ojca czu­łego, jak opi­suje go psy­chia­tra Gustavo Pie­tro­polli Char­met, a następ­nie przy­jął postać „zani­ka­jącą” – według defi­ni­cji psy­cho­ana­li­tyka Mas­sima Recal­ca­tiego.

W isto­cie, ojciec pier­wot­nie sta­nął u boku swo­jej part­nerki, jed­nak potem jakby się roz­pro­szył, przez co jego rola ule­gła osła­bie­niu. Jak będziemy mieli jesz­cze oka­zję zauwa­żyć, wyni­kiem tej trans­for­ma­cji jest chwi­lami zagu­biona i chwiejna figura ojca, pozba­wiona daw­nej wła­dzy i auto­ry­tar­no­ści. Zajęła nowe miej­sce w rodzi­nie, któ­rej gra­nice same stały się roz­myte i nie­pewne. Tak jak ojciec, z cza­sem rów­nież nor­ma­tywna rodzina prze­kształ­ciła się w rodzinę czułą, zmie­nia­jąc swój układ z pio­no­wego na poziomy. Pod­czas tych prze­mian nie­które rze­czy nieco się skom­pli­ko­wały.

Trzeba pamię­tać, że oka­zy­wa­nie uczuć nie ozna­cza zmniej­sze­nia ogra­ni­czeń. Wręcz prze­ciw­nie. Tym, co pomaga nam się roz­wi­jać, jest wła­śnie roz­róż­nie­nie ról, w któ­rych następ­nie będziemy się odzwier­cie­dlać. I mówimy o rolach, a nie o płciach. To wła­śnie prze­ci­wień­stwa uczą nas, jak odnaj­dy­wać się w świe­cie.

Freud twier­dził, że naj­pil­niej­szą potrzebą dzie­ciń­stwa jest posia­da­nie jed­nej rodzi­ciel­skiej figury odnie­sie­nia. Tym­cza­sem, jak wyka­zały bada­nia prze­pro­wa­dzone na grun­cie psy­cho­lo­gii spo­łecz­nej, mini­malną jed­nostką inte­rak­cji nie jest diada matka–dziecko, lecz rela­cja oparta na tria­dzie zło­żo­nej z dwojga rodzi­ców i dziecka.

Rodzimy się z dwojga ludzi, nie­za­leż­nie od tego, czy jedno z nich, czy oboje pozo­staną przy nas. Bar­dzo czę­sto zadaję klien­tom pyta­nie: „Bar­dziej odczu­wała pani «głód» ojca czy matki?”. Nie­rzadko odpo­wiedź brzmi nastę­pu­jąco: „Obojga, z róż­nych powo­dów”. Cza­sami zda­rza się, że jedno z rodzi­ców oddali się w wymia­rze mate­rial­nym lub emo­cjo­nal­nym albo że zabrak­nie ich obojga – na pozio­mie fizycz­nym i uczu­cio­wym.

Innym razem zary­so­wuje się jed­nak tło nazna­czone przez nad­miar: za dużo czu­ło­ści, która staje się dusząca, za dużo uwagi, za dużo nie­po­koju. Nad­miar zaś pro­wa­dzi do powsta­wa­nia takich samych nie­pra­wi­dło­wo­ści jak brak.

Jak­kol­wiek by było – bez względu na to, czy ktoś się nami rze­czy­wi­ście opie­ko­wał – przez całe życie w naszej psy­chice będzie toczył się dia­log pomię­dzy trzema oso­bami: nami oraz naszymi rodzi­cami – tymi, któ­rych mie­li­śmy, któ­rych nam bra­ko­wało lub wciąż bra­kuje.

W tej trzy­oso­bo­wej grze można w jed­nym cza­sie doświad­czyć bycia z drugą osobą i jej braku. Dla­tego płeć uczest­ni­ków nie ma tu zna­cze­nia. „Trójka” to forma, z którą się mie­rzymy, gdy dora­stamy, a w tle roz­brzmie­wają głosy tych, któ­rzy żyli przed nami i jesz­cze wcze­śniej. Rodzina, rów­nież ta już nie­wi­doczna i odle­gła w cza­sie, towa­rzy­szy nam niczym pra­dawny, mniej lub bar­dziej bujny las, pełen drzew i opo­wie­ści two­rzą­cych naszą gene­alo­gię.

Uczymy się two­rze­nia rela­cji z drugą osobą na pod­sta­wie rela­cji z naj­bliż­szymi: z rodzi­cami, a następ­nie z innymi oso­bami, które poma­gają nam w dora­sta­niu. Według eko­lo­gicz­nego modelu roz­woju ewo­lu­cja obej­muje kon­cen­tryczne kręgi róż­nych śro­do­wisk, do któ­rych nale­żymy – od naj­mniej­szego, jakim jest rodzina, po te coraz więk­sze, jak nasza dziel­nica, szkoła, spo­łe­czeń­stwo. To w nich nawią­zu­jemy różne typy rela­cji. W poszcze­gól­nych śro­do­wiskach jed­nostka może porzu­cać rusz­to­wa­nie (scaf­fol­ding) rela­cji ofe­ro­wa­nych przez jej pier­wotne śro­do­wi­sko, aby zdo­by­wać szer­sze doświad­cze­nia i kształ­to­wać wła­sną toż­sa­mość. W tle stale obecna jest jed­nak wspie­ra­jąca rola rodziny, która została zin­ter­na­li­zo­wana i oddzia­łuje na jed­nostkę w spo­sób sym­bo­liczny. To wła­śnie w klu­czo­wych momen­tach roz­woju – jak jesz­cze pokażę – przy­swa­jamy wzorce rela­cyjne, które w doro­sło­ści pozwolą nam wcho­dzić w emo­cjo­nal­nie satys­fak­cjo­nu­jące związki.

Odpo­wiedź na pyta­nie, gdzie uczymy się miło­ści, przy­cho­dzi zatem sama: od tych, któ­rych miłość lub jej brak obser­wu­jemy, gdy się roz­wi­jamy.

Rodziny sta­no­wią coś na kształt sceny, na któ­rej z poko­le­nia na poko­le­nie są two­rzone i prze­ka­zy­wane całe uni­wersa sen­sów, a także bagaż sche­ma­tów, war­to­ści, kodów i zna­czeń. Pro­ces ten zdaje się prze­bie­gać poprzez mikro­oscy­la­cje, czyli drobne prze­su­nię­cia uchwytne w codzien­nych roz­mo­wach – na przy­kład przy stole, gdzie wymie­nia się poglądy i buduje wspólną kul­turę. Odbywa się to nie tylko w gęstej i sub­tel­nej sieci rela­cji, które są nie­ustan­nie nego­cjo­wane, lecz przede wszyst­kim dzięki opo­wia­da­nym i wysłu­chi­wa­nym histo­riom – to one stają się kanwą wzor­ców oraz punk­tów odnie­sie­nia. Wspólny posi­łek jest oka­zją do prze­ka­zy­wa­nia przy­kładów, kształ­to­wa­nia nowych prze­ko­nań i przy­swa­ja­nia zacho­wań. To wtedy zapeł­nia się nie­wi­dzialny album obraz­ków tego, co wolno, a czego nie wolno robić. Nie­rzadko prze­my­cane są też bez­względne prawdy i punkty widze­nia, w które – co omó­wię potem – osta­tecz­nie będziemy ślepo i bez­kry­tycz­nie wie­rzyć.

Kiedy dora­stamy, jeste­śmy więc fizjo­lo­gicz­nie zanu­rzeni w sta­nie cał­ko­wi­tej zależ­no­ści od opie­ku­nów, któ­rzy prze­ka­zują nam rów­nież „instruk­cję” prze­ży­cia. Jeśli mamy szczę­ście, wcho­dzimy w wiek doro­sły obda­rzeni wspar­ciem, dzięki czemu będziemy dzia­łać w spo­sób nie­za­leżny i auto­no­miczny. Fak­tyczna i emo­cjo­nalna zależ­ność jest zatem nie­zbędna i zupeł­nie natu­ralna, dopóki nie poczu­jemy, że damy sobie radę sami, ponie­waż zin­ter­na­li­zo­wa­li­śmy trwałą i chro­niącą więź, która umoż­liwi nam funk­cjo­no­wa­nie w świe­cie. Nie ozna­cza to, że nie będziemy już potrze­bo­wać innych; jeste­śmy isto­tami spo­łecz­nymi i prze­glą­damy się w sobie nawza­jem jak w lustrze. Według wielu teo­re­ty­ków psy­cho­lo­gii roz­wo­jo­wej pozo­sta­jemy zależni od innych przez całe życie. Należy jed­nak odróż­nić zależ­ność dzie­cięcą od tej doro­słej, okre­śla­nej mia­nem współzależ­no­ści.

Jeśli wszystko prze­biega (dość) dobrze, z zależ­nych malu­chów prze­kształ­camy się w auto­no­micz­nych doro­słych.

A co, jeśli na tej dro­dze poja­wią się zakręty?

Dys­funk­cyj­ność emo­cjo­nalna i rela­cyjna prze­ja­wia się przy­kła­dowo w nie­któ­rych cechach cha­rak­teru, które mogą ulec zaostrze­niu, aby chro­nić jed­nostkę przed defi­cy­tami śro­do­wi­sko­wymi lub sytu­acjami dys­kom­fortu. Z cza­sem takie mecha­ni­zmy mogą przy­brać postać rze­czy­wi­stych zabu­rzeń.

Wil­helm Reich, jeden z pierw­szych uczniów Freuda, twier­dził, że cha­rak­ter każ­dej osoby two­rzy się jako reak­cja obronna na bodziec zewnętrzny, czę­sto prze­ży­wany jako trauma. W odnie­sie­niu do kształ­to­wa­nia się cha­rak­teru Reich ana­li­zuje rów­nież powsta­nie rany nar­cy­stycz­nej, tak czę­sto przy­ta­cza­nej w dzi­siej­szych cza­sach: kiedy rodzice ośmie­szają dziecko, obni­żają jego war­tość, poni­żają je, rodzi się w nim głę­bo­kie poczu­cie wstydu i upo­ko­rze­nia. Podob­nie dziecko nad­mier­nie hołu­bione i roz­piesz­czane będzie dora­stało bez doświad­cze­nia fru­stra­cji, trwa­jąc w złud­nym prze­świad­cze­niu, że jest wyjąt­kowe i nie­śmier­telne. Przy pierw­szej porażce lub zda­rze­niu postrze­ga­nym jako takie nie zdoła jej udźwi­gnąć i będzie prze­ży­wać zaist­niałą sytu­ację jako nie­moż­liwe do znie­sie­nia upo­ko­rze­nie. Możemy zatem uznać, że rana nar­cy­styczna rodzi się z braku ser­decz­nego, uczci­wego i peł­nego miło­ści spoj­rze­nia.

Kiedy do pro­cesu roz­woju wkra­dają się tego rodzaju zabu­rze­nia, kształ­tują się sche­maty, które następ­nie zostaną prze­nie­sione jako dys­funk­cyjny bagaż do przy­szłych rela­cji.

We współ­cze­snej for­mie rodziny wie­lo­po­ko­le­nio­wej, o któ­rej wspo­mnia­łam, uczu­cio­wość odgrywa cen­tralną rolę w wycho­wy­wa­niu dzieci, lecz nad­miar miło­ści dopro­wa­dził do powsta­nia pew­nych dys­funk­cji. Jak mówi ludowe porze­ka­dło: co za dużo, to nie­zdrowo; powstaje zatem coś, co przy­nosi efekt prze­ciwny do zamie­rzo­nego. Z mojego puntu widze­nia nad­miar jest toż­samy z bra­kiem – zale­wa­nie dziecka uczu­ciami i przed­mio­tami, robie­nie z niego spo­łecz­nego emble­matu, kata­li­za­tora całej uwagi, sym­bolu kom­pen­sa­cji i naprawy ode­brało rodzi­ciel­stwu jego naj­bar­dziej natu­ralny wymiar, wywo­łu­jąc para­doks wewnątrz rodziny. Z jed­nej strony obser­wu­jemy rodzi­ców wciąż zaab­sor­bo­wa­nych wła­snymi nie­roz­wi­kła­nymi zmar­twie­niami i zma­ga­ją­cych się z pro­ce­sem unie­za­leż­nia­nia od rodziny pocho­dze­nia, z dru­giej zaś – goto­wych prze­kształ­cić się w rodzi­ców-heli­kop­tery, aby oca­lić i uchro­nić swoje dzieci przed ewen­tu­al­nym bólem, któ­rego sami nie prze­pra­co­wali.

Czyli wszyst­kiemu winni są rodzice? Ależ nie.

Rodzice, ale także ich przod­ko­wie, dają to, co sami otrzy­mali i zdo­łali pojąć. Nie można dać cze­goś, czego się nie ma. Kiedy to zro­zu­miemy i będziemy gotowi doro­snąć, pora­dzimy sobie sami.

Jeśli pro­ces roz­woju nie zosta­nie domknięty, rodzi się nie­pew­ność. Jak wyja­śnimy dokład­niej w dal­szej czę­ści książki, może to dopro­wa­dzić albo do zamknię­cia się w uni­ka­ją­cej i nie­uf­nej posta­wie, albo do pozo­sta­nia w sta­nie zależ­no­ści i nie­speł­nio­nych potrzeb. W obu sytu­acjach jed­nostka czuje, że nie posiada god­nej i wyraź­nie okre­ślo­nej toż­sa­mo­ści, że jest nie­ważna, nie­od­po­wied­nia, nie­po­trzebna czy zbędna. Pozo­staje w niej jed­nak ukryty strach: że jej egzy­sten­cja może być jałowa, próżna, bez­ce­lowa. Dla­tego w takich przy­pad­kach przy­szłość, zamiast być postrze­gana jako pełne ocze­ki­wań i obiet­nic „jesz­cze nie”, widziana jest jako czas, który zosta­nie prze­żyty w nudzie, obo­jęt­no­ści, dys­kom­for­cie i nie­pew­no­ści. Chyba że ktoś przyj­dzie nas z tego wycią­gnąć, oca­lić. To pomysł, który może się jawić jako roz­wią­za­nie, lecz który nie działa, ponie­waż droga ta pro­wa­dzi pro­sto do uza­leż­nie­nia, nie zaś emo­cjo­nal­nej auto­no­mii. Każdy rodzic odnosi się do dziecka, obda­rza­jąc je całym bogac­twem zna­czeń, które wykra­czają daleko poza sam fakt repro­duk­cji genów. W począt­ko­wym okre­sie, gdy dziecko pozo­staje w cał­ko­wi­tej zależ­no­ści od matki i ojca, może ono wzmac­niać w nich ilu­zję posia­da­nia wier­nej kopii sie­bie samych albo moż­li­wo­ści „odro­dze­nia się” w nim. Na pozio­mie nie­świa­do­mo­ści zakła­dają więc, że dziecko zdoła speł­nić te ocze­ki­wa­nia, a ono z kolei dosto­so­wuje się do nich, aby pora­dzić sobie z lękiem przed porzu­ce­niem.

Pro­ces roz­woju dziecka, przy­naj­mniej w zamie­rze­niu, koń­czy się oddzie­le­niem od zin­ter­na­li­zo­wa­nych figur rodzi­ciel­skich, co umoż­li­wia mu stop­niowe, a w końcu pełne osią­gnię­cie wła­snej indy­wi­du­al­no­ści.

Aby doszło do eman­cy­pa­cji, zakłada się, że naj­pierw musi ist­nieć jakaś więź, czyli to, co naukowcy zaj­mu­jący się roz­wo­jem okre­ślają mia­nem przy­wią­za­nia do figur opie­ku­nów. Przy­wią­za­nie może być trwałe i bez­pieczne, ale rów­nie dobrze może oka­zać się chwiejne, nie­pewne oraz ambi­wa­lentne. W pierw­szym przy­padku poja­wia się roz­grze­wa­jące poczu­cie posia­da­nia bez­piecznego portu, do któ­rego zawsze będziemy mogli wró­cić i który będziemy nosić w sobie rów­nież jako doro­śli. W dru­gim będzie nam się wyda­wało, że wtedy, gdy potrze­bu­jemy wspar­cia, spa­damy w próż­nię. Ni­gdy nie będziemy mieli pew­no­ści, że ktoś nas przyj­mie. Towa­rzy­szyć nam będzie uczu­cie zagu­bie­nia czy uwię­zie­nia w nie­ustan­nym waha­niu mię­dzy dąże­niem do nie­za­leż­no­ści a lękiem przed nią. Taka dyna­mika nie opu­ści nas rów­nież w doro­słym życiu, ponie­waż nie będziemy w sta­nie postrze­gać sie­bie jako auto­no­micz­nej jed­nostki. Za to z dużym praw­do­po­do­bień­stwem popchnie nas to do nawią­zy­wa­nia rela­cji zależ­nych i kom­pen­sa­cyj­nych, do ucze­pia­nia się dru­giej osoby niczym kotwicy.

Powróćmy teraz do świata uczuć osoby uza­leż­nio­nej emo­cjo­nal­nie. Zako­cha­nie to dla wszyst­kich wyjąt­kowe doświad­cze­nie, które ogar­nia całe ciało.

Spo­tka­nie z drugą osobą spra­wia, że wszystko wydaje się pełne roman­ty­zmu i zna­czeń; poja­wia się w nas uczu­cie gra­ty­fi­ka­cji, upo­je­nia. Uko­chana osoba czyni nasze życie oraz nas samych wspa­nia­łymi. Jeśli jed­nak ze stanu bło­go­ści prze­cho­dzimy do obse­sji, miłość staje się cho­ro­bliwa.

Kiedy druga osoba może zostać uznana za szko­dliwą niczym tru­ci­zna? Ist­nieją na przy­kład związki, w któ­rych miłość prze­ży­wana jest jak uczu­cie rodzi­ciel­skie – zba­wienne i opie­kuń­cze. Jedno z dwojga bie­rze wtedy na sie­bie cię­żar ist­nie­nia dru­giej osoby, pozba­wio­nej odpo­wie­dzial­no­ści, celowo chro­nio­nej i ota­cza­nej opieką, jak w sym­bio­tycz­nej rela­cji mię­dzy matką a dziec­kiem: „Zaopie­kuj się mną, nawet gdy nie będę chciał”. O ile obiet­nica bez­względ­nego odda­nia i opieki może schle­biać part­ne­rowi, o tyle rela­cja miło­sna nie powinna być związ­kiem zastęp­czym dla więzi z rodzi­cem.

Dla­tego też w tym przy­padku błę­dem Erosa jest ocze­ki­wa­nie od uko­cha­nej osoby zadość­uczy­nie­nia za to, czego w naszym mnie­ma­niu nie otrzy­ma­li­śmy od rodzi­ców.

Nie jest to jed­nak jedyny błąd, jaki można popeł­nić. W zdro­wej rela­cji miło­snej ludzie się spo­ty­kają, two­rzą mniej lub bar­dziej inten­sywny i szczę­śliwy zwią­zek, są razem, a ich rela­cja jest odżyw­cza, zaspo­kaja i zado­wala pra­gnie­nie współ­dzie­le­nia, bli­sko­ści fizycz­nej i uczu­cio­wo­ści obojga part­ne­rów. W prze­ciw­nym razie – jeśli coś idzie nie tak – roz­stają się.

W teo­rii fabuła histo­rii miło­snych powinna prze­bie­gać według tego sce­na­riu­sza. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak ist­nieje wiele par, które nie są w sta­nie być razem, a jed­no­cze­śnie nie potra­fią się roz­stać. Rela­cja staje się kon­flik­towa, bole­sna, zmie­nia się w męczar­nię, która warun­kuje i zabu­rza dobro­stan psy­cho­fi­zyczny part­ne­rów. Uru­cha­miają się mniej lub bar­dziej sztywne sche­maty zacho­wań: A ucieka, B goni, błaga, prosi, nie zga­dza się na porzu­ce­nie.

Wypeł­nia się zatem sce­na­riusz: ani z tobą, ani bez cie­bie.

Czę­sto przy pogłę­bio­nej ana­li­zie oka­zuje się, że u źró­dła pro­ble­mów w takich przy­pad­kach leżą bar­dzo kon­kretne wyobra­że­nia na temat sie­bie lub świata, któ­rych korzeni należy szu­kać w okre­sie roz­woju. Powo­dują one, że osoba uza­leż­niona emo­cjo­nal­nie two­rzy wokół sie­bie okre­śloną rze­czy­wi­stość niczym samo­speł­nia­jącą się prze­po­wied­nię.

Tutaj błąd Erosa polega na prze­no­sze­niu wła­snych nie­za­ła­ta­nych dziur do rela­cji miło­snej.

Przy­po­mnijmy: jeśli przy­kła­dowo wie­rzymy, że nie zasłu­gu­jemy na miłość, w każ­dym przy­padku będziemy sta­rali się ją sabo­to­wać, ślepo pod­po­rząd­ko­wu­jąc się naszemu znie­kształ­co­nemu prze­ko­na­niu. Jeśli nasza wiara w sie­bie jest bli­ska zeru i uwa­żamy się za pozba­wio­nych spraw­czo­ści, która umoż­li­wia­łaby nam wpły­wa­nie na świat i zbu­do­wa­nie zdro­wego i satys­fak­cjo­nu­ją­cego związku, wizja naszej egzy­sten­cji jest kata­stro­ficzna, a my jeste­śmy prze­ko­nani, że z pew­no­ścią skoń­czymy sami. W ten spo­sób będziemy wszystko spraw­dzać, testo­wać na wszel­kie spo­soby nasze hipo­tezy, nie­świa­do­mie zmu­sza­jąc drugą osobę do odsu­nię­cia się od nas, by potem za nią pła­kać, gonić ją, bła­gać.

W ten oto spo­sób urze­czy­wist­nia się ta sama stara histo­ria, nasze pier­wotne prze­ko­na­nie. Dążymy do powta­rza­nia tego, co jest nam już zna­jome.

Rzecz w tym, że pewne sche­maty mogą dopro­wa­dzić do tra­ge­dii. Pra­gniemy dru­giej osoby do tego stop­nia, że staje się ona naszym nar­ko­ty­kiem; możemy zacząć ją prze­śla­do­wać, mole­sto­wać, gro­zić jej, spra­wiać, że jej życie sta­nie się nie do wytrzy­ma­nia, stal­ko­wać lub zacho­wy­wać się agre­syw­nie, ponie­waż nie będziemy w sta­nie znieść fru­stra­cji wyni­ka­ją­cej z odmowy. W takich przy­pad­kach nie­moż­ność zbli­że­nia się spra­wia, że to, co jest nie­osią­galne, staje się celem do zdo­by­cia; druga osoba jawi się wtedy niczym bóstwo – coraz bar­dziej upra­gnione, nie­do­stępne i odle­głe, a przez to tęsk­nie pożą­dane, opła­ki­wane, nie­zbędne, wręcz nie­za­stą­pione.

Ide­alny przy­kład znaj­dziemy w sztuce teatral­nej Anna Cap­pelli Anni­ba­lego Rucella – to tra­giczna inter­pre­ta­cja tego, czego na pozio­mie sym­bo­licz­nym w isto­cie pra­gnę­łaby osoba uza­leż­niona emo­cjo­nal­nie: wchło­nąć drugą osobę, sto­pić się z nią i ist­nieć poprzez nią – by potem, ku swo­jej roz­pa­czy, zro­zu­mieć, że to nie wystar­cza.

Przy­kro mi, Tonino, naprawdę mi przy­kro, uwierz mi. To jedyna rzecz, jaką mogłam zro­bić, tak naprawdę zro­bić, naprawdę jedyna, jedyna! Szu­ka­łam innych roz­wią­zań, ale wszyst­kie były… nie wiem, jak to powie­dzieć… pro­wi­zo­ryczne. Tym­cza­sem, Tonino, potrzebne było roz­wią­za­nie naprawdę osta­teczne. […] (sieka pie­truszkę, potrzą­sa­jąc głową i mówiąc do sie­bie) […] Uwierz mi, ponie­waż to, co zro­bi­łam, Tonino, było jedy­nie aktem miło­ści […]. Tylko że ja teraz mam swój plan, ja i ty, mój plan, cały mój: ni­gdy, przeni­gdy już mnie nie opu­ścisz, już ni­gdy mnie nie zosta­wisz… Wiesz dla­czego, Tonino? Ponie­waż teraz cię zjem! Zjem cię całego! […] Hmm, nie będę nawet się wypróż­niać, żeby nie stra­cić ani odro­biny cie­bie… oczy­wi­ście, to będzie trudne, będzie cięż­kie, wręcz bole­sne! […] Tonino… od czego mam zacząć? Od mózgu? […] Ach, zaczniemy od serca? Od serca, mówisz? […] Kto wie, gdzie miesz­kają uczu­cia! […] Lecz dla­czego wszystko teraz wydaje mi się pozba­wione sensu? To coś tutaj, wszystko… Tonino, ty też już nie wyda­jesz się sobą! No a ja? Tonino… Tonino, kochany mój… pomóż mi…

3. Uzależnienie emocjonalne

3

Uza­leż­nie­nie emo­cjo­nalne

Każdy rodzaj uza­leż­nie­nia jest zły, bez względu na to, czy nar­ko­ty­kiem jest alko­hol, mor­fina, czy ide­alizm.

Carl Gustav Jung

Alko­hol! Przy­czyna i roz­wią­za­nie wszyst­kich życio­wych pro­ble­mów!

Homer Simp­son

Uza­leż­nie­nie emo­cjo­nalne, krótko mówiąc, to rodzaj przy­wią­za­nia, które gene­ruje ogromne cier­pie­nie u osoby prze­ko­na­nej, że nie potrafi żyć bez obec­no­ści dru­giego czło­wieka.

Różni się od zabu­rze­nia oso­bo­wo­ści zależ­nej. Osoba o oso­bo­wo­ści zależ­nej wyka­zuje trud­no­ści w podej­mo­wa­niu decy­zji, bra­kuje jej pew­no­ści i ma pro­blemy we wszyst­kich sfe­rach życia.

Osoba uza­leż­niona emo­cjo­nal­nie nie wpi­suje się w tę cha­rak­te­ry­stykę, ponie­waż zdaje się mieć pro­blem „tylko” w sfe­rze uczuć. Może dosko­nale funk­cjo­no­wać w pracy i z powo­dze­niem wyko­ny­wać swój zawód, a jed­no­cze­śnie w związku cof­nąć się do bar­dzo wcze­snego etapu roz­woju. Osoby zwra­ca­jące się do mnie po pomoc – o wiele wię­cej kobiet niż męż­czyzn – mają satys­fak­cjo­nu­jącą karierę, latają samo­lo­tami i z łatwo­ścią podej­mują decy­zje. Mimo to wszyst­kich łączy jedna rzecz: bra­kuje im jakie­goś ele­mentu w sfe­rze emo­cji, co czyni ich chwiej­nymi w rela­cjach z drugą osobą.

Wbrew temu, co nie­któ­rzy mogliby sądzić, uza­leż­nie­nie nie jest wywo­ły­wane przez jakąś osobę, ponie­waż jego zalą­żek obecny jest w cho­rym już od dzie­ciń­stwa. Jak wspo­mnie­li­śmy w poprzed­nim roz­dziale, jeśli w doro­sło­ści jeste­śmy uza­leż­nieni, ozna­cza to, że jakaś część nas zatrzy­mała się na dzie­cię­cym spo­so­bie funk­cjo­no­wa­nia. Zobaczmy, jak to wygląda na poszcze­gól­nych eta­pach roz­woju.

Według teo­rii psy­cho­dy­na­micz­nej, roz­wi­ja­jąc się, prze­cho­dzimy przez różne etapy, aż do osią­gnię­cia doro­sło­ści. Pierw­szy etap, istotny z punktu widze­nia naszych roz­wa­żań, okre­ślany jest przez Freuda jako faza oralna. Cały świat dziecka obraca się wtedy wokół buzi, jego jedy­nego łącz­nika ze świa­tem zewnętrz­nym. Nie zagłę­bia­jąc się zbyt­nio w nie­po­trzebną ana­lizę, wystar­czy przy­po­mnieć, że to, jak pierw­sze, naj­wcze­śniej­sze potrzeby dziecka będą zaspo­ka­jane przez jego opie­kuna, wpły­nie na wszyst­kie jego przy­szłe rela­cje. Freud uwa­żał, że spo­sób, w jaki matka kocha swoje dziecko, będzie taki sam lub bar­dzo podobny do tego, w jaki dziecko jako doro­sły będzie kochało napo­tkane przez sie­bie osoby. To stwier­dze­nie brzmi tro­chę jak wyrok, jed­nak jeśli się nad nim zasta­no­wić, jest raczej logiczne. Gdy dziecko cze­goś potrze­buje – czy to poży­wie­nia, czy uko­ły­sa­nia – domaga się tego od świata, pła­cząc na całe gar­dło, jakby bła­ga­jąc. Jeśli pojawi się poży­wie­nie lub odpo­wiedź nio­sąca uko­je­nie, poczuje się naje­dzone i zaspo­ko­jone. I znowu za pośred­nic­twem buzi – poprzez uśmiech – okaże światu swoje zado­wo­le­nie.

Co się nato­miast wyda­rzy, jeśli reak­cja, rozu­miana jako zaopie­ko­wa­nie się jakąś potrzebą, nie nadej­dzie? Jeśli matka kar­miąca dziecko jest zmar­twiona lub zaab­sor­bo­wana jaki­miś myślami albo jeśli wraz z mle­kiem dziecko otrzyma nie­po­kój czy roz­tar­gnione spoj­rze­nia – co pomy­śli na swój temat? Być może coś w stylu: „Nie mogę o nic pro­sić ani niczego pra­gnąć”.

Ten, kto widział żywiące się małe dziecko, zauwa­żył ten magiczny trój­kąt skła­da­jący się z piersi (lub butelki, w takim przy­padku dyna­mika psy­chiczna nie ulega zmia­nie), oczu dziecka i oczu matki (lub kar­mią­cej je osoby), które pro­wa­dzą ze sobą niemy dia­log. To roz­mowa, prośba i odpo­wiedź w postaci uwagi, wysłu­cha­nia, inte­rak­cji i wza­jem­nego zaspo­ko­je­nia potrzeb. Cza­sami matka (lub osoba peł­niąca jej funk­cję) spo­gląda gdzieś w dal, jej oczy prze­peł­nione są łzami lub bólem. Nie może więc odpo­wie­dzieć dziecku w wystar­cza­jący i konieczny spo­sób. To wła­śnie w tych momen­tach dziecko zaczyna uczyć się tego, jak reaguje na nie świat i co ma myśleć o sobie samym.

Uwaga: nie cho­dzi tu o przy­pi­sy­wa­nie „winy” oso­bie spra­wu­ją­cej opiekę. Życie nie­któ­rych ludzi jest pełne pro­ble­mów. Być może oto­cze­nie jest zbyt prze­siąk­nięte kon­flik­tami, by zestroić się z potrze­bami dziecka, które nie prze­staje być głodne i domaga się cze­goś, co mu się słusz­nie należy – tro­ski i opieki. Z dru­giej strony dziecko rodzi się z pew­nym tem­pe­ra­men­tem, który bez wąt­pie­nia wpływa na to, jak odbiera je oto­cze­nie. Bada­nia w tym zakre­sie wska­zują bowiem, że spo­sób, w jaki dziecko się zacho­wuje, jest decy­du­jący dla formy reak­cji, którą otrzyma w odpo­wie­dzi. Dzieci „bez­pro­ble­mowe” praw­do­po­dob­nie będą ota­czane opieką z uśmie­chem i spo­ko­jem, nato­miast te bar­dziej żywio­łowe i ner­wowe, skłonne do pła­czu, nie­śpiące lub nie­spo­kojne, mogą wywo­łać zmę­czony, surowy wyraz twa­rzy lub oschłe czy wręcz pełne roz­draż­nie­nia reak­cje.

To, co Freud opi­sałby jako fik­sa­cję na fazie oral­nej, przy­pa­da­ją­cej mniej wię­cej na drugi rok życia, w isto­cie ozna­cza zatrzy­ma­nie roz­woju – moment, w któ­rym dziecko zaczyna dostrze­gać, że jest istotą odrębną od swo­ich opie­ku­nów. To ważna chwila: jeżeli matka z wła­snych powo­dów nie akcep­tuje ambi­wa­len­cji dziecka roz­dar­tego pomię­dzy potrzebą opieki a pra­gnie­niem auto­no­mii, a dziecko nie otrzyma tego, czego pra­gnie, może ono poczuć, że nie dostaje wła­ści­wych odpo­wie­dzi i w związku z tym nie ma prawa do pra­gnień. Pozo­sta­nie bez­radne wobec tego dyle­matu, a gdy doro­śnie, praw­do­po­dob­nie z jed­nej strony nauczy się nego­wać swoje potrzeby, z dru­giej zaś w jakiś spo­sób będzie wykrzy­ki­wać światu swoją roz­pacz wywo­łaną tym, że nie zostało oto­czone nale­żytą opieką. Wresz­cie przy­zwy­czai się do braku spoj­rzeń oraz wyni­ka­ją­cej z tego fru­stra­cji. Przy­zwy­czai się do pro­sze­nia i nie­otrzy­my­wa­nia tego, o co prosi.

W innych przy­pad­kach, w odpo­wie­dzi na potrzebę opieki, dziecko kar­mione jest w spo­sób prze­sadny, nie­malże przy­mu­szane, w ilo­ściach i o porach usta­lo­nych przez opie­kuna. Ale i tutaj nie ma miej­sca na pra­gnie­nia: dziecko przekar­mione nie ma nawet czasu, żeby zapra­gnąć cze­goś od świata – zostaje mu to dane, zanim usły­szy swój wła­sny głos. Para­dok­sal­nie ta nad­mierna gra­ty­fi­ka­cja je osła­bia. Odma­wia mu się prawa do pra­gnie­nia, dokład­nie tak samo, jak dzieje się to w przy­padku dziecka, które kar­mione jest w spo­sób nie­wy­star­cza­jący.

Uwa­żam te hipo­tezy za fascy­nu­jące i gdy przy­glą­dam się wcze­snemu dzie­ciń­stwu osób, które opo­wia­dają mi swoje histo­rie, potra­fię zasad­ni­czo wyróż­nić dwa typy jed­no­stek. W doro­słych rela­cjach prze­ja­wiają one postawy odpo­wia­da­jące arche­ty­pom zna­nym z baśni, które będziemy mieli jesz­cze oka­zję omó­wić bar­dziej szcze­gó­łowo: dziew­czynce z zapał­kami i księż­niczce na ziarnku gro­chu. W pierw­szym przy­padku cho­dzi o dziew­czynki, które dora­stały bez czu­łych spoj­rzeń, w dru­gim – o te, które doświad­czyły nad­mier­nej gra­ty­fi­ka­cji. Jest jed­nak jesz­cze trzeci typ, który okre­śli­ła­bym mia­nem sio­stry miło­sier­dzia – uosa­bia­jący rolę wyba­wi­cielki, goto­wej do poświę­ceń i cał­ko­wi­cie odda­ją­cej się dru­giej oso­bie. Wyba­wi­cielka musiała doro­snąć w mgnie­niu oka, nie było miej­sca na jej potrzeby, ponie­waż musiała zająć się emo­cjo­nal­nie potrze­bami jed­nego lub obojga rodzi­ców.

Jako że więk­szość moich pacjen­tów to kobiety, opo­wia­da­łam o tych typach w rodzaju żeń­skim. W dal­szej czę­ści książki powró­cimy jed­nak do tych kwe­stii i poznamy ich męskie odpo­wied­niki – warto bowiem pamię­tać, że podobne zacho­wa­nia możemy spo­tkać zarówno wśród kobiet, jak i męż­czyzn.

#Wspomnienie 2. Gdy byłam mała

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tłum. Jerzy Cie­cha­no­wicz (przyp. red.). [wróć]