Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Co, jeśli partner staje się kołem ratunkowym, a miłość – nałogiem?
Jeżeli zdarza ci się myśleć, że bez partnera rozpadniesz się na kawałki, często bardziej liczysz się z jego zdaniem niż z własnym, masz poczucie, że dajesz więcej, niż otrzymujesz, albo pociągają cię osoby niedostępne – ta książka pomoże ci lepiej zrozumieć, skąd biorą się takie wzorce, i wprowadzić realne zmiany.
Psycholożka Ameya Gabriella Canovi, czerpiąc ze swojego wieloletniego doświadczenia terapeutycznego, przybliża temat uzależnienia emocjonalnego, czyli zatracania się w relacji i dążenia do miłości za wszelką cenę, nawet kosztem swoich potrzeb, godności i bezpieczeństwa.
Ze szczerością i empatią autorka pokazuje, że nadmiar miłości można przekształcić w dojrzałe zaangażowanie, a obezwładniające pragnienie drugiej osoby – w umiejętność budowania bliskości bez rezygnowania z siebie. Zgłębianie własnej historii staje się wówczas zaproszeniem do uzdrowienia przeszłych doświadczeń i tworzenia relacji opartych na odpowiedzialności, wolności i wzajemnym szacunku.
„Istnieje wiele par, które nie są w stanie być razem, a jednocześnie nie potrafią się rozstać. Relacja staje się konfliktowa, bolesna i zmienia się w męczarnię, która warunkuje i zaburza dobrostan psychofizyczny partnerów. Uruchamiają się mniej lub bardziej sztywne schematy zachowań: A ucieka, B goni, błaga, prosi, nie zgadza się na porzucenie. Wypełnia się zatem scenariusz: ani z tobą, ani bez ciebie”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 328
Data ważności licencji: 2/18/2033
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Di troppo amore
Przekład: Anna Kowalik Redaktorka inicjująca: Maria Zalasa Redaktorka prowadząca: Dominika Kowalska Redakcja: Dominika Synowiec Korekta: Anna Strożek Projekt okładki i stron tytułowych: Joanna Wasilewska/KATAKANASTA
Copyright © 2022 by Ameya Gabriella Canovi Polish edition published by arrangement with Grandi & Associati & Graal Literary Agency. Copyright for the Polish edition and translation © JK Wydawnictwo, 2026
Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniana i wykorzystywana wyłącznie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.
ISBN 978-83-68846-42-3 Wydanie I, Łódź 2026
JK Wydawnictwo ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Moim rodzicom, moim cennym korzeniom i skrzydłom. Gdybym tylko mogła mieć Was jeszcze przy sobie, aby wysłuchać opowieści przodków i podać je dalej swoim dzieciom.
Selvaggia Lucarelli
„Odcinek z psycholożką? Czy nie będzie nudny jak flaki z olejem?”
Moje spotkanie z Ameyą Gabriellą Canovi na początku 2021 roku poprzedzone było tym mało sympatycznym pytaniem (o czym sama zainteresowana dowiaduje się właśnie w tej chwili). A było to tak: przygotowywałam podkast o uzależnieniach emocjonalnych, do którego zgromadziłam pięć bolesnych historii związków, mających wywrzeć silne wrażenie emocjonalne na słuchaczach, kiedy mój współpracownik zaproponował, aby ostatni odcinek poświęcić pogłębionej analizie wszystkich tych przypadków z pomocą psychologa. Miała to być swego rodzaju pogadanka, która w bardziej techniczny sposób wyjaśni mechanizmy powstawania uzależnień emocjonalnych – z udziałem specjalistki z tej dziedziny.
Właśnie to słowo „techniczny” wzbudzało moją niechęć. Myślałam, że ta pełna emocji opowieść przerodzi się w suchy wykład z psychologii, burząc patos, z takim mozołem budowany odwagą bohaterów podkastu – osób, które przeżyły rozdzierające serce historie i które być może noszą w sobie wciąż niezabliźnione rany. Jednak mój współpracownik nalegał, dlatego postanowiłam przeprowadzić coś w rodzaju castingu i bez zbytniego przekonania zabrałam się do poszukiwania w serwisie YouTube filmików publikowanych przez psychologów. Jakiś czas wcześniej Ameya wysłała do mnie sympatyczną wiadomość, dlatego miałam ją na liście „do obejrzenia”. Kiedy ją usłyszałam w jednym z nagrań, natychmiast poczułam, że to ideał, choć przecież tak właśnie wygląda klasyczny początek każdego uzależnienia emocjonalnego. Na szczęście pomiędzy mną a Ameyą od razu zrodziła się serdeczna i pełna zrozumienia relacja, a jeśli w ogóle możemy mówić o jakimkolwiek uzależnieniu, to co najwyżej od zielonych pierożków tortelli.
W tamtym czasie obejrzałam mnóstwo filmików, wysłuchałam niezliczonych ekspertów, z których wielu umiało z pasją i kompetentnie opowiadać o uzależnieniu emocjonalnym, jednak Ameya miała coś więcej: potrafiła otulić słuchacza pieszczotą łagodnej determinacji. Miała umiejętność obdarzania zrozumieniem bez zbędnej retoryki i pietyzmu. Ameya towarzyszyła ofiarom w procesie, który nie miał nic wspólnego z litowaniem się i zwyczajnym rozgrzeszaniem, „ponieważ manipulator jest zły i niedobry” (w sumie jest, ale nie o to chodzi) – ona wychodziła od koncepcji odpowiedzialności. Mówiąc w skrócie, wyjaśniała, że dobra praca nad sobą chroni nas przed wieloma bolesnymi sytuacjami i „rozbraja” mechanizm uzależnienia.
W ten sposób Ameya została bohaterką ostatniego odcinka podkastu, który dla mnie wciąż jest tym najbardziej wzruszającym i obfitującym w olśnienia. Po dziś dzień, mimo że wielokrotnie go odsłuchiwałam, jej otulający głos, jej niezwykle przejrzyste słowa oraz troskliwy, acz nieustępliwy sposób bycia sprawiają, że płaczę jak bóbr. Żadne tam „zbyt techniczne”. Jest technika, jest wiedza, jest doświadczenie, jednak u Amei przede wszystkim widoczna jest umiejętność łączenia wiedzy z odczuwaniem. I ta książka jest właśnie taka – to podręcznik, który uczy rozumieć i interpretować, w którym nie znajdziemy jednak ani jednej strony zapisanej zimnym tonem kogoś, kto wie, lecz nie czuje.
Bardzo chciałabym móc wejść do księgarni i znaleźć na półce Kiedy kochasz za bardzo w czasach, kiedy cierpiałam na uzależnienie emocjonalne i nie wiedziałam, jak je nazwać. Kiedy moja zdolność do analizy problemu nie wychodziła poza stwierdzenia, że „on jest draniem”, „jest mi źle, ale bez niego nie potrafię żyć, więc lepiej być nieszczęśliwą z nim niż w piekle samotności”, „w końcu zrozumie, jak bardzo jestem niesamowita”. Nie twierdzę, że książka Amei by mnie ocaliła (ani ona, ani ja nie lubimy takich wyświechtanych sformułowań), ale bez wątpienia dałaby mi narzędzia do rozpoczęcia planowania swojego ocalenia – na czas wyczerpania i następującego po nim zdrowienia. Zrozumiałabym na przykład, dlaczego czując się ofiarą narcyza-manipulatora, miałam w sobie tyle gniewu. „Narcyz projektuje na drugą osobę swoje cechy, które uznaje za słabe i których się wstydzi, aby móc je szkalować i atakować na zewnątrz. Z drugiej strony osoba uzależniona odczuwa dużą złość wobec narcyza, który w jej oczach zdaje się bardzo dobrze sobie radzić bez jej bliskości. Jedno wobec drugiego odczuwa zawiść” – wyjaśnia Ameya na kartach tej książki. Tłumaczy też, że role w tej autodestrukcyjnej walce mogą się mieszać; że mamy do czynienia z uzależnieniem emocjonalnym tam, gdzie nie tyle chcemy być szczęśliwi – ponieważ z oczywistych powodów jest to cel nieosiągalny – co chcemy odnieść zwycięstwo.
Często zadawałam sobie pytanie, skąd wzięło się zainteresowanie Amei tymi tematami już w czasach, kiedy nie było to jeszcze popularne – na długo przed tym, jak słowa „narcystyczny” czy „toksyczny” zaczęły zatruwać całą komunikację na ten temat, gdy problem stał się modny. Jeszcze zanim influencerzy i świeżo upieczeni eksperci zaczęli surfować na fali aktualnego trendu, upraszczając ten złożony temat, banalizując go i przekonując ofiary, że po prostu trafiły na złego mężczyznę lub złą kobietę, a przez to wyrabiając w nich przekonanie, że dzięki dobremu „rysopisowi” będą potrafiły rozpoznawać złych ludzi i zdołają się uratować. Żeby było jasne, również Ameya w niniejszym podręczniku dzieli ofiary i narcyzów (nie bez dozy ironii) na różne typy, jednak – jako wrogini uproszczeń – dokonuje tego po długim wstępie, analizując przyczyny, które sprawiają, że mamy predyspozycje do rozniecenia tej niezdrowej iskry, będącej początkiem uzależnienia; „pierwszego draśnięcia”, jak je nazywam.
Ale Ameya robi o wiele więcej. I tutaj powracam do mojego wcześniejszego pytania: jak to się stało, że zafascynowała się tym tematem, kiedy był on niszowy i poruszany jedynie w harlequinach opowiadających o złamanych sercach?
Ponieważ tak naprawdę Ameya jest jedną z nas. Albo raczej: była jedną z nas. Odkrywamy to rozdział po rozdziale, kiedy w kilku linijkach stopniowo prezentuje czytelnikowi część siebie. Część swojej historii. Kiedy odsłania swoją ranę oraz opowiada o tym, jak pogodziła się z bólem i doskwierającymi jej brakami. Kiedy opowiada, że w pewnym momencie zrozumiała, jak samotna musiała czuć się jej matka, gdy żyła w obcym i dalekim mieście. O tym, że rodzina jest zalążkiem, lecz nie naszym przeznaczeniem. O tym, jak ważne jest, aby nie „wybaczać”, ale pozwolić płynąć żalowi za tym, czego nam zabrakło, gdy przychodzi czas, aby odzyskać wolność. I lekkość.
Kiedy kochasz za bardzo jest tym wszystkim.
To mapa dla tych, którzy chcą zrozumieć. Świecący w ciemnościach płomień dla tych, którzy cierpią. Skąpana w słońcu ławka dla tych, którzy wyzdrowieli i patrzą na wydarzenia z przeszłości z beztroską i życzliwością wymalowaną na twarzy.
O uzależnieniu emocjonalnym wciąż wiadomo niewiele.
Wbrew panującej powszechnie opinii nie chodzi tu o złamane kobiece serca czy nieszczęśliwe miłości, lecz o prawdziwe zaburzenia w budowaniu relacji, które dotykają ogromnej liczby kobiet i mężczyzn, choć według danych statystycznych tych drugich o wiele mniej.
Niniejsza książka opowiada o tym czającym się pod skórą niepokoju, jakim jest nadmierna potrzeba drugiego człowieka.
Choć istotnie uzależnienie w relacji bywa czynnikiem wyzwalającym zachowania przemocowe, skutkujące niekiedy tragicznym finałem, w którym kobieta ginie z rąk partnera, nie będziemy się tutaj zajmować fatalnymi skutkami tych smutnych wydarzeń. Zamiast tego postaramy się przeanalizować to, co zachodzi o wiele wcześniej w psychice osoby z zaburzoną sferą uczuciową i co niekoniecznie prowadzi do dramatycznego zakończenia, mimo że jest źródłem wielu cierpień.
Dlaczego poczułam potrzebę napisania książki na taki temat? Ponieważ problem ten dotyczy mnie samej.
Uczyniłam z niego swój zawód oraz życiową misję. Jestem przekonana, że wielu osobom można pomóc wydostać się z tego bolesnego piekła, choć wciąż nie jest ono zbyt dobrze zbadane. Na podstawie mojego dwudziestoletniego doświadczenia mogę stwierdzić, że uzależnienie w relacji często jest bardzo głęboko ukrytym problemem, który należy wydobyć na światło dzienne; trzeba wyposażyć klienta w niezbędne informacje i podpowiedzieć mu strategie prewencyjne, które pozwolą mu ten problem rozpoznać i stawić mu czoła.
Niestety w kulturze Zachodu uzależnienie emocjonalne jest powszechnie akceptowane i utrwalane poprzez stereotypy czy choćby teksty piosenek, które wyśpiewujemy na całe gardło. Eros i Tanatos bez ustanku tańczą spleceni w miłosnym uścisku, zaburzając nasze wyobrażenie o miłości, co później omówię szczegółowo. Obecnie uzależnienie od drugiej osoby rzadko stanowi temat dociekań naukowych, a wobec braku wystarczających badań nie jest zaliczane do prawdziwych patologii zdrowotnych. DSM-5 (Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders, Fifth Edition), statystyczny podręcznik zaburzeń psychicznych, z którego korzystają specjaliści, nie określa kryteriów diagnostycznych dla uzależnienia emocjonalnego, opisuje je jednak w kontekście zaburzenia o nazwie osobowość zależna. Jak przekonamy się w dalszej części książki, osoby cierpiące na to zaburzenie mają problem z podejmowaniem decyzji oraz odczuwają niepokój, lęk i niepewność, które przejawiają się w wielu aspektach ich życia. Mogą na przykład obawiać się samotnego podróżowania lub dokonywania ważnych wyborów. Osoba uzależniona emocjonalnie sprawia wrażenie złączenia nierozerwalnym węzłem z osobą, z którą tworzy parę, potrafi jednak doskonale funkcjonować we wszystkich innych kontekstach.
Do wersji DSM-5 z 2013 roku wprowadzone zostały uzależnienia behawioralne, nazywane new addictions, wśród których znalazło się uzależnienie od gier hazardowych, pracy, seksu czy zakupów. Niektórzy badacze zaliczają do tej kategorii również uzależnienie od miłości, czyli love addiction. Choć temat ten wciąż wymaga zgłębienia, uzależnienie od drugiej osoby jest bardzo dobrze znanym zjawiskiem dla tych, którzy go doświadczają.
Warto w tym miejscu nadmienić, że ta książka nie jest w zamierzeniu traktatem naukowym ani nie ma na celu wyczerpania tematu. Jej celem jest omówienie zagadnienia i opowiedzenie o osobach, które cierpią z powodu postrzegania innych jako koła ratunkowego. Niektóre części będą miały wydźwięk bardziej teoretyczny – to w nich pojawi się specjalistyczna terminologia, której nie chciałam dodatkowo obciążać odniesieniami bibliograficznymi. Inne natomiast mają na celu przybliżenie czytelnikowi sedna problemu, dlatego wolałam zastosować w nich bardziej codzienny język.
Wychodząc od aktualnego stanu wiedzy dostępnej w literaturze naukowej, starałam się wyjaśnić mechanizmy leżące u podstaw uzależnienia emocjonalnego. Po wielu latach pracy z ludźmi mogę powiedzieć, że osoby dotknięte tą chorobą uczuciową – jeśli możemy ją tak nazwać – zdołają osiągnąć wewnętrzny dobrostan jedynie wtedy, gdy stawią czoła własnym demonom, przed którymi i tak nie ma ucieczki, oraz wykonają żmudną pracę polegającą na poznaniu, zbadaniu i akceptacji własnych cieni, czyli tych części własnego „ja”, które odbieramy jako negatywne, nierozwiązane i mroczne.
Książka została zbudowana z czterech przeplatających się elementów: teorii, historii, wspomnień i kart pracy. Opowieści o niektórych przeżyciach stanowią tło dla analizowanych koncepcji, natomiast we wspomnieniach opisałam to, co dotyczy mnie osobiście. W końcowej części książki proponuję ćwiczenia, które ułatwią czytelnikowi samopoznanie. Nazwałam je kartami pracy, ponieważ stanowią narzędzie uruchamiające świadomość, nie mają jednak na celu czegokolwiek leczyć. Powstały po to, by skłonić do refleksji osoby odczuwające dyskomfort związany z omawianym stanem psychicznym. Karty z pewnością nie mogą zastąpić interwencji terapeutycznej, ale stanowią dodatkowy bodziec do poznania własnego świata wewnętrznego, z którym można się zaprzyjaźnić i oswoić – być może jako uzupełnienie już toczącego się procesu terapeutycznego lub w oczekiwaniu na decyzję o rozpoczęciu psychoterapii, jeśli okaże się potrzebna.
Przedstawione w książce w ramach przykładu zdarzenia zostały odtworzone w taki sposób, aby chronić prywatność bohaterów i uniemożliwić ich identyfikację. Dają jednak czytelnikowi możliwość rozpoznania siebie i przyjrzenia się różnym zachowaniom w poszczególnych sytuacjach, a także odkrycia, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni. Przypadki, które będziemy tu omawiać, są zatem z życia wzięte, a ja – tam, gdzie to było konieczne – zostałam upoważniona do ich opowiedzenia. To fragmenty mnie i historii mojej oraz osób, które spotkałam – wzbogacone, dogłębnie przeanalizowane, wymieszane i wydestylowane. To my, wszyscy razem.
#Wspomnienie 1 Gdzieś tam
W jaki sposób odkrywamy, że jesteśmy uzależnieni emocjonalnie? Ja – tak, właśnie ta, która pisze tę książkę – zawsze wiedziałam, że noszę w sobie splątany węzeł emocji. Odkrywałam go w swoim wnętrzu, gdy z tęsknotą myślałam o moim ojcu.
Uporządkujmy jednak fakty.
Jeśli dobrze się nad tym zastanowić, dziwne jest nazywanie porządkiem tego, co w głębi duszy zawsze postrzegało się jako coś nieuporządkowanego, częściowego, roztrzaskanego lub nieobecnego. Potrzebowałam jednak lat, aby przekształcić tę pustkę w jej zupełne przeciwieństwo, rozpoznać wszystko, co zostało mi dane, i poczuć za to wdzięczność.
Stało się to dopiero wtedy, gdy udało mi się nadać znaczenie mojej własnej historii i kiedy poczułam się uleczona z bólu, jaki wywoływali we mnie mój wyidealizowany i nieobecny ojciec oraz matka – zbyt zajęta próbą przeżycia na obcym kontynencie, odważna i samotna. Mogłam tego dokonać dzięki alchemicznemu procesowi transformacji wewnętrznej, w wyniku którego udało mi się zmienić mój sposób patrzenia.
Po latach pracy nad sobą samą, płacząc przed moim terapeutą oraz licznymi nauczycielami, którzy pomagali mi w wyzdrowieniu z emocjonalnej pustki, udało mi się stworzyć w sobie postaci rodziców, które wcześniej postrzegałam jako nieobecne.
I właśnie wtedy wydarzył się cud – rana przestała krwawić.
Dzięki temu, co przeżyłam, mogłam rozpoznać i wesprzeć wiele innych cierpiących osób, pod jednym względem podobnych do mnie: mających w sobie te zimne i puste miejsca, które może wytworzyć jedynie rodzic zapamiętany jako odwrócony do dziecka plecami.
1
Dwa punkty widzenia
Pani doktor, kiedy nie mam żadnego partnera, czuję się jak pies, który ciągnie po ziemi swoją smycz, szukając nowego właściciela. Czuję się żałośnie, widząc siebie taką.
Leda
Często w czasopismach lub w sieci możemy spotkać uproszczone definicje, pobieżne albo udzielone na poczekaniu wyjaśnienia, według których uzależnienie emocjonalne jest najpierw przez coś wywoływane, a następnie podsycane przez tego Innego, postrzeganego jako zła osoba i manipulator. Choć, jak się przekonamy, rzeczywiście istnieją niezwykle podłe i wypaczone osobowości, teza, którą tu będziemy propagować, mówi: nikt nie jest w stanie sprawić, że będziemy się czuli w określony sposób, jeśli my sami w głębi już się tak nie czujemy. W naszym wnętrzu istnieje już zalążek niepewności siebie, który przez lata może pozostawać w stanie uśpienia, by następnie ujawnić się z całą mocą w konkretnej sytuacji.
Wiele cierpiących osób nie potrafi nazwać tego ukrytego i wszechogarniającego uczucia niepokoju, które zatruwa ich relacje.
W niniejszej książce postaramy się zrozumieć, gdzie leży źródło tego bólu.
Należy pamiętać, że w każdym nadmiarze skrywa się jakiś niedostatek, zatem – jeśli się nad tym zastanowić – nadmiar czegoś często przykrywa jakąś słabość. Osoba, która jest stabilna, opanowana i spełniona, nie odczuwa potrzeby kurczowego uczepiania się innych ludzi, substancji czy dysfunkcyjnych zachowań.
Jeśli przyjrzymy się historii dziejów, każda epoka miała swoje ulubione uzależnienia, wywodzące się z bólu, którego przejawy zdają się zmieniać na przestrzeni czasu. Przykładowo na Zachodzie pod koniec XIX wieku powielano stereotypowe wyobrażenie cierpiącej kobiety jako delikatnej i melancholijnej istoty, konającej z powodu niespełnionej i utraconej miłości. Współczesnym odpowiednikiem osoby cierpiącej jest zaś prawdopodobnie kobieta zmuszona do tego, być zaradną, zadbaną i bardziej spełnioną, choć nękana jest smutkiem wymieszanym ze złością i poczuciem bezsilności.
Jeśli chodzi o przedstawienie potępionego mężczyzny, w XIX wieku był nim poeta wyklęty (fr. poète maudit), przedstawiciel bohemy, zabłąkany w oparach opium. W latach 60. poprzedniego stulecia typowym portretem był młody narkoman – członek kultury hippisowskiej, niedożywiony, brudny, zarośnięty, włamujący się do samochodów, aby zarobić na działkę narkotyku. Następnie przekształcił się on w bardziej eleganckiego i zaradnego życiowo nałogowego konsumenta kokainy. Mowa tu o yuppie, który chcąc utrzymać się na fali sukcesu, ukrywał swoją słabość i sięgał po pobudzające substancje chemiczne, nazywane smart drugs, aby funkcjonować na najwyższych obrotach. Mogło to prowadzić do poważnych problemów kardiologicznych wynikających ze stylu życia naznaczonego chronicznym stresem. W dzisiejszych czasach figurą, którą najczęściej obwiniamy za problemy w relacjach, jest narcyz.
Zakładając, że zaburzenia są lustrem czasów, w których żyjemy, oprócz szczególnych cech jednostki i jej osobistej wizji świata warto uwzględniać również środowisko i klimat, w którym osoba taka wzrastała, jak również mentalność i sposób życia społeczności, do której należy.
Właśnie dlatego w swojej karierze zawodowej psychologa klinicznego i społecznego, aby rzucić światło na ten temat, postanowiłam oprzeć się na dwóch teoretycznych filarach, które lubię postrzegać jako parę soczewek do obserwacji rzeczywistości: podejściu psychodynamicznym i teorii systemowej. Podejście psychodynamiczne pozwala mi obserwować niektóre psychiczne mechanizmy przywiązania, projekcji i internalizacji. Teoria systemowa, stosowana w badaniu rodzin, pomaga mi w analizie schematów rodzinnych, które mają na nas tak wielki wpływ. W przypadku osób, z którymi prowadzę terapię wspierającą, te dwa podejścia teoretyczne pozwalają mi dotrzeć w głąb oraz cofnąć się w czasie – tam, gdzie wszystko się zaczęło, aby pomóc im wyjść z ciernistego labiryntu uzależnienia.
Używamy więc równocześnie lunety i mikroskopu. Uważam jednak, że zintegrowane podejście, uwzględniające i wykorzystujące także odkrycia innych nurtów teoretycznych, również okazuje się cenne przy rozplątywaniu wątków niewidzialnych sieci powodujących cierpienie. Celem jest zapewnienie poprawy w zakresie stylu przywiązania cierpiącej osoby. Po wysłuchaniu mnóstwa okropnych historii mogę postawić konkluzję, że każda nierównowaga w relacji zdaje się mieć swój początek na łonie rodziny, w tej więzi przywiązania, która następnie przenoszona jest na tkankę społeczną i kulturową. Ten, kto żyje lub żył w kontekstach rodzinnych, społeczno-środowiskowych lub biopsychicznych, które nie pozwoliły mu doświadczyć bezpiecznych i wspierających relacji, z dużym prawdopodobieństwem będzie oczekiwał od partnera kompensacji tego braku. Lub, paradoksalnie, będzie negował swoją potrzebę miłości, przyjmując unikający styl przywiązania, o czym później jeszcze porozmawiamy.
Inne szkoły terapeutyczne nie przywiązują takiej samej wagi do przeszłości i koncentrują się na teraźniejszości lub obierają inne drogi, aby dojść do dobrostanu klienta. Dlatego pragnę podkreślić, że to, co przeczytacie w niniejszej książce, jest owocem mojego doświadczenia w tej dziedzinie, moich badań i analiz, choć zdaję sobie sprawę, że prezentuję tylko jedno z wielu możliwych spojrzeń na ten problem.
Zgodnie z tym, co miałam możliwość zaobserwować do tej pory, osoby, które nie dopełniły swojej ścieżki rozwoju emocjonalnego, mogą pozostać uwięzione w nostalgii za uczuciem zespolenia z rodzicami, charakteryzującym pierwsze lata życia. Z dużym prawdopodobieństwem będą więc szukać takiego samego uczucia zaspokojenia w innej osobie, substancji czy zachowaniu.
W relacji jesteśmy we dwoje, ale pamiętajmy, że to przede wszystkim ze sobą samym musimy się konfrontować: z naszymi własnymi zasobami i demonami. Potrzeba drugiej osoby jest potrzebą pierwotną i właściwą dla istot ludzkich. Umiejętność łączenia obecności z nieobecnością pozostaje zaś jednym z najważniejszych zadań rozwoju dla każdej jednostki.
Jeśli ty, droga czytelniczko lub drogi czytelniku, zechcesz mi towarzyszyć w tej podróży, spróbujemy wspólnie przemierzyć tę głęboko ukrytą, brunatną rzekę bólu, która płynie w osobach uwięzionych w historii uzależnienia – po to, by ją zrozumieć i już nigdy więcej nie pozwolić się porwać jej nurtowi.
2
W umyśle osoby uzależnionej emocjonalnie. Błąd Erosa
Nienawidzę i kocham. Czemu tak się dzieje –
Spytasz. Nie wiem. Lecz czuję, że tak jest. I cierpię1.
Katullus
Świat wewnętrzny osoby uzależnionej emocjonalnie roi się od iluzji. Mówiąc najprościej, ma ona nadzieję, wyobraża sobie, a czasami wręcz oczekuje, że zostanie ocalona.
W niewysłowiony sposób prosi drugą osobę, żeby uleczyła ją z bolesnej lub dysfunkcyjnej przeszłości – z nadmiaru lub niedoboru doświadczeń, który okazał się dla niej destrukcyjny.
W naszym społeczeństwie częstym zjawiskiem jest pewien rodzaj wypaczenia relacji, który w powszechnej opinii w jakimś stopniu uważany jest za coś oczywistego. Słowa „nie mogę bez ciebie żyć” nie są tylko sloganem powtarzanym w piosenkach i romansach, lecz ideą zakorzenioną głęboko w społecznym wyobrażeniu, poczuciem, które zdaje się przynależeć do systemu wspólnych, powszechnie podzielanych przekonań. Cierpienie z powodu miłości nie jest jednak tak dysfunkcyjne, jak nieumiejętność uwolnienia się od drugiej osoby, niemożność powrócenia do siebie samego i tkwienie w pułapce bólu wywoływanego odrzuceniem lub zakończeniem relacji. Nawet jeśli druga osoba nie odwzajemnia lub nie daje nam tego, co sami jej oferujemy, nie przestajemy się jej kurczowo trzymać, poświęcać się jej, uwieszać na niej i błagać o uwagę.
W płynnym, zmieniającym się, żyjącym szybko i przepełnionym skrajnymi bodźcami społeczeństwie jednostka zdaje się tracić oparcie oraz punkty odniesienia. Przestrzeń zarezerwowana na spotkanie z drugim człowiekiem bywa skażona obsesyjną potrzebą odzwierciedlenia samego siebie, służącą jedynie potwierdzeniu własnej wartości („powiedz mi, że jestem coś wart”), albo przeciwnie – nieufnością i lękiem.
Dlaczego tak się dzieje?
Aby odnaleźć przyczyny, należy, moim zdaniem, zbadać relacje w rodzinie pochodzenia. Współczesne dążenie rodziców do tego, aby poszczególne etapy rozwoju ich potomstwa przebiegały bezproblemowo i były pozbawione bólu, sprawia, że dzieci z trudem oddzielają się od opiekunów. Staje się to przeszkodą w procesie indywidualizacji, a zarazem sprzyja utrwalaniu modelu rodziny wielopokoleniowej, w której pod jednym dachem współistnieje kilka generacji. Młodzi kurczowo trzymają się takiej wspólnoty, traktując ją jako warunek przetrwania. Ponadto w ostatnich latach rodzina, równolegle do rozwoju społeczeństwa, doznała tak głębokich transformacji, że powinniśmy już raczej mówić o formach rodziny. Jako że dynamika relacji rodzinnych jest ważna z punktu widzenia problemu uzależnienia emocjonalnego, wydaje mi się, że warto poczynić kilka spostrzeżeń na ten temat.
Władczy ojciec, niegdyś dyktujący zasady, został zastąpiony przez dwie figury, które naprzemiennie zajmują się opieką nad dziećmi. Rodzice w pewnych aspektach przyjęli równe role w wychowaniu i edukowaniu swoich dzieci.
Do tego momentu wszystko gra.
Surowy i autorytarny ojciec z lat 20. XIX wieku przekształcił się najpierw w ojca czułego, jak opisuje go psychiatra Gustavo Pietropolli Charmet, a następnie przyjął postać „zanikającą” – według definicji psychoanalityka Massima Recalcatiego.
W istocie, ojciec pierwotnie stanął u boku swojej partnerki, jednak potem jakby się rozproszył, przez co jego rola uległa osłabieniu. Jak będziemy mieli jeszcze okazję zauważyć, wynikiem tej transformacji jest chwilami zagubiona i chwiejna figura ojca, pozbawiona dawnej władzy i autorytarności. Zajęła nowe miejsce w rodzinie, której granice same stały się rozmyte i niepewne. Tak jak ojciec, z czasem również normatywna rodzina przekształciła się w rodzinę czułą, zmieniając swój układ z pionowego na poziomy. Podczas tych przemian niektóre rzeczy nieco się skomplikowały.
Trzeba pamiętać, że okazywanie uczuć nie oznacza zmniejszenia ograniczeń. Wręcz przeciwnie. Tym, co pomaga nam się rozwijać, jest właśnie rozróżnienie ról, w których następnie będziemy się odzwierciedlać. I mówimy o rolach, a nie o płciach. To właśnie przeciwieństwa uczą nas, jak odnajdywać się w świecie.
Freud twierdził, że najpilniejszą potrzebą dzieciństwa jest posiadanie jednej rodzicielskiej figury odniesienia. Tymczasem, jak wykazały badania przeprowadzone na gruncie psychologii społecznej, minimalną jednostką interakcji nie jest diada matka–dziecko, lecz relacja oparta na triadzie złożonej z dwojga rodziców i dziecka.
Rodzimy się z dwojga ludzi, niezależnie od tego, czy jedno z nich, czy oboje pozostaną przy nas. Bardzo często zadaję klientom pytanie: „Bardziej odczuwała pani «głód» ojca czy matki?”. Nierzadko odpowiedź brzmi następująco: „Obojga, z różnych powodów”. Czasami zdarza się, że jedno z rodziców oddali się w wymiarze materialnym lub emocjonalnym albo że zabraknie ich obojga – na poziomie fizycznym i uczuciowym.
Innym razem zarysowuje się jednak tło naznaczone przez nadmiar: za dużo czułości, która staje się dusząca, za dużo uwagi, za dużo niepokoju. Nadmiar zaś prowadzi do powstawania takich samych nieprawidłowości jak brak.
Jakkolwiek by było – bez względu na to, czy ktoś się nami rzeczywiście opiekował – przez całe życie w naszej psychice będzie toczył się dialog pomiędzy trzema osobami: nami oraz naszymi rodzicami – tymi, których mieliśmy, których nam brakowało lub wciąż brakuje.
W tej trzyosobowej grze można w jednym czasie doświadczyć bycia z drugą osobą i jej braku. Dlatego płeć uczestników nie ma tu znaczenia. „Trójka” to forma, z którą się mierzymy, gdy dorastamy, a w tle rozbrzmiewają głosy tych, którzy żyli przed nami i jeszcze wcześniej. Rodzina, również ta już niewidoczna i odległa w czasie, towarzyszy nam niczym pradawny, mniej lub bardziej bujny las, pełen drzew i opowieści tworzących naszą genealogię.
Uczymy się tworzenia relacji z drugą osobą na podstawie relacji z najbliższymi: z rodzicami, a następnie z innymi osobami, które pomagają nam w dorastaniu. Według ekologicznego modelu rozwoju ewolucja obejmuje koncentryczne kręgi różnych środowisk, do których należymy – od najmniejszego, jakim jest rodzina, po te coraz większe, jak nasza dzielnica, szkoła, społeczeństwo. To w nich nawiązujemy różne typy relacji. W poszczególnych środowiskach jednostka może porzucać rusztowanie (scaffolding) relacji oferowanych przez jej pierwotne środowisko, aby zdobywać szersze doświadczenia i kształtować własną tożsamość. W tle stale obecna jest jednak wspierająca rola rodziny, która została zinternalizowana i oddziałuje na jednostkę w sposób symboliczny. To właśnie w kluczowych momentach rozwoju – jak jeszcze pokażę – przyswajamy wzorce relacyjne, które w dorosłości pozwolą nam wchodzić w emocjonalnie satysfakcjonujące związki.
Odpowiedź na pytanie, gdzie uczymy się miłości, przychodzi zatem sama: od tych, których miłość lub jej brak obserwujemy, gdy się rozwijamy.
Rodziny stanowią coś na kształt sceny, na której z pokolenia na pokolenie są tworzone i przekazywane całe uniwersa sensów, a także bagaż schematów, wartości, kodów i znaczeń. Proces ten zdaje się przebiegać poprzez mikrooscylacje, czyli drobne przesunięcia uchwytne w codziennych rozmowach – na przykład przy stole, gdzie wymienia się poglądy i buduje wspólną kulturę. Odbywa się to nie tylko w gęstej i subtelnej sieci relacji, które są nieustannie negocjowane, lecz przede wszystkim dzięki opowiadanym i wysłuchiwanym historiom – to one stają się kanwą wzorców oraz punktów odniesienia. Wspólny posiłek jest okazją do przekazywania przykładów, kształtowania nowych przekonań i przyswajania zachowań. To wtedy zapełnia się niewidzialny album obrazków tego, co wolno, a czego nie wolno robić. Nierzadko przemycane są też bezwzględne prawdy i punkty widzenia, w które – co omówię potem – ostatecznie będziemy ślepo i bezkrytycznie wierzyć.
Kiedy dorastamy, jesteśmy więc fizjologicznie zanurzeni w stanie całkowitej zależności od opiekunów, którzy przekazują nam również „instrukcję” przeżycia. Jeśli mamy szczęście, wchodzimy w wiek dorosły obdarzeni wsparciem, dzięki czemu będziemy działać w sposób niezależny i autonomiczny. Faktyczna i emocjonalna zależność jest zatem niezbędna i zupełnie naturalna, dopóki nie poczujemy, że damy sobie radę sami, ponieważ zinternalizowaliśmy trwałą i chroniącą więź, która umożliwi nam funkcjonowanie w świecie. Nie oznacza to, że nie będziemy już potrzebować innych; jesteśmy istotami społecznymi i przeglądamy się w sobie nawzajem jak w lustrze. Według wielu teoretyków psychologii rozwojowej pozostajemy zależni od innych przez całe życie. Należy jednak odróżnić zależność dziecięcą od tej dorosłej, określanej mianem współzależności.
Jeśli wszystko przebiega (dość) dobrze, z zależnych maluchów przekształcamy się w autonomicznych dorosłych.
A co, jeśli na tej drodze pojawią się zakręty?
Dysfunkcyjność emocjonalna i relacyjna przejawia się przykładowo w niektórych cechach charakteru, które mogą ulec zaostrzeniu, aby chronić jednostkę przed deficytami środowiskowymi lub sytuacjami dyskomfortu. Z czasem takie mechanizmy mogą przybrać postać rzeczywistych zaburzeń.
Wilhelm Reich, jeden z pierwszych uczniów Freuda, twierdził, że charakter każdej osoby tworzy się jako reakcja obronna na bodziec zewnętrzny, często przeżywany jako trauma. W odniesieniu do kształtowania się charakteru Reich analizuje również powstanie rany narcystycznej, tak często przytaczanej w dzisiejszych czasach: kiedy rodzice ośmieszają dziecko, obniżają jego wartość, poniżają je, rodzi się w nim głębokie poczucie wstydu i upokorzenia. Podobnie dziecko nadmiernie hołubione i rozpieszczane będzie dorastało bez doświadczenia frustracji, trwając w złudnym przeświadczeniu, że jest wyjątkowe i nieśmiertelne. Przy pierwszej porażce lub zdarzeniu postrzeganym jako takie nie zdoła jej udźwignąć i będzie przeżywać zaistniałą sytuację jako niemożliwe do zniesienia upokorzenie. Możemy zatem uznać, że rana narcystyczna rodzi się z braku serdecznego, uczciwego i pełnego miłości spojrzenia.
Kiedy do procesu rozwoju wkradają się tego rodzaju zaburzenia, kształtują się schematy, które następnie zostaną przeniesione jako dysfunkcyjny bagaż do przyszłych relacji.
We współczesnej formie rodziny wielopokoleniowej, o której wspomniałam, uczuciowość odgrywa centralną rolę w wychowywaniu dzieci, lecz nadmiar miłości doprowadził do powstania pewnych dysfunkcji. Jak mówi ludowe porzekadło: co za dużo, to niezdrowo; powstaje zatem coś, co przynosi efekt przeciwny do zamierzonego. Z mojego puntu widzenia nadmiar jest tożsamy z brakiem – zalewanie dziecka uczuciami i przedmiotami, robienie z niego społecznego emblematu, katalizatora całej uwagi, symbolu kompensacji i naprawy odebrało rodzicielstwu jego najbardziej naturalny wymiar, wywołując paradoks wewnątrz rodziny. Z jednej strony obserwujemy rodziców wciąż zaabsorbowanych własnymi nierozwikłanymi zmartwieniami i zmagających się z procesem uniezależniania od rodziny pochodzenia, z drugiej zaś – gotowych przekształcić się w rodziców-helikoptery, aby ocalić i uchronić swoje dzieci przed ewentualnym bólem, którego sami nie przepracowali.
Czyli wszystkiemu winni są rodzice? Ależ nie.
Rodzice, ale także ich przodkowie, dają to, co sami otrzymali i zdołali pojąć. Nie można dać czegoś, czego się nie ma. Kiedy to zrozumiemy i będziemy gotowi dorosnąć, poradzimy sobie sami.
Jeśli proces rozwoju nie zostanie domknięty, rodzi się niepewność. Jak wyjaśnimy dokładniej w dalszej części książki, może to doprowadzić albo do zamknięcia się w unikającej i nieufnej postawie, albo do pozostania w stanie zależności i niespełnionych potrzeb. W obu sytuacjach jednostka czuje, że nie posiada godnej i wyraźnie określonej tożsamości, że jest nieważna, nieodpowiednia, niepotrzebna czy zbędna. Pozostaje w niej jednak ukryty strach: że jej egzystencja może być jałowa, próżna, bezcelowa. Dlatego w takich przypadkach przyszłość, zamiast być postrzegana jako pełne oczekiwań i obietnic „jeszcze nie”, widziana jest jako czas, który zostanie przeżyty w nudzie, obojętności, dyskomforcie i niepewności. Chyba że ktoś przyjdzie nas z tego wyciągnąć, ocalić. To pomysł, który może się jawić jako rozwiązanie, lecz który nie działa, ponieważ droga ta prowadzi prosto do uzależnienia, nie zaś emocjonalnej autonomii. Każdy rodzic odnosi się do dziecka, obdarzając je całym bogactwem znaczeń, które wykraczają daleko poza sam fakt reprodukcji genów. W początkowym okresie, gdy dziecko pozostaje w całkowitej zależności od matki i ojca, może ono wzmacniać w nich iluzję posiadania wiernej kopii siebie samych albo możliwości „odrodzenia się” w nim. Na poziomie nieświadomości zakładają więc, że dziecko zdoła spełnić te oczekiwania, a ono z kolei dostosowuje się do nich, aby poradzić sobie z lękiem przed porzuceniem.
Proces rozwoju dziecka, przynajmniej w zamierzeniu, kończy się oddzieleniem od zinternalizowanych figur rodzicielskich, co umożliwia mu stopniowe, a w końcu pełne osiągnięcie własnej indywidualności.
Aby doszło do emancypacji, zakłada się, że najpierw musi istnieć jakaś więź, czyli to, co naukowcy zajmujący się rozwojem określają mianem przywiązania do figur opiekunów. Przywiązanie może być trwałe i bezpieczne, ale równie dobrze może okazać się chwiejne, niepewne oraz ambiwalentne. W pierwszym przypadku pojawia się rozgrzewające poczucie posiadania bezpiecznego portu, do którego zawsze będziemy mogli wrócić i który będziemy nosić w sobie również jako dorośli. W drugim będzie nam się wydawało, że wtedy, gdy potrzebujemy wsparcia, spadamy w próżnię. Nigdy nie będziemy mieli pewności, że ktoś nas przyjmie. Towarzyszyć nam będzie uczucie zagubienia czy uwięzienia w nieustannym wahaniu między dążeniem do niezależności a lękiem przed nią. Taka dynamika nie opuści nas również w dorosłym życiu, ponieważ nie będziemy w stanie postrzegać siebie jako autonomicznej jednostki. Za to z dużym prawdopodobieństwem popchnie nas to do nawiązywania relacji zależnych i kompensacyjnych, do uczepiania się drugiej osoby niczym kotwicy.
Powróćmy teraz do świata uczuć osoby uzależnionej emocjonalnie. Zakochanie to dla wszystkich wyjątkowe doświadczenie, które ogarnia całe ciało.
Spotkanie z drugą osobą sprawia, że wszystko wydaje się pełne romantyzmu i znaczeń; pojawia się w nas uczucie gratyfikacji, upojenia. Ukochana osoba czyni nasze życie oraz nas samych wspaniałymi. Jeśli jednak ze stanu błogości przechodzimy do obsesji, miłość staje się chorobliwa.
Kiedy druga osoba może zostać uznana za szkodliwą niczym trucizna? Istnieją na przykład związki, w których miłość przeżywana jest jak uczucie rodzicielskie – zbawienne i opiekuńcze. Jedno z dwojga bierze wtedy na siebie ciężar istnienia drugiej osoby, pozbawionej odpowiedzialności, celowo chronionej i otaczanej opieką, jak w symbiotycznej relacji między matką a dzieckiem: „Zaopiekuj się mną, nawet gdy nie będę chciał”. O ile obietnica bezwzględnego oddania i opieki może schlebiać partnerowi, o tyle relacja miłosna nie powinna być związkiem zastępczym dla więzi z rodzicem.
Dlatego też w tym przypadku błędem Erosa jest oczekiwanie od ukochanej osoby zadośćuczynienia za to, czego w naszym mniemaniu nie otrzymaliśmy od rodziców.
Nie jest to jednak jedyny błąd, jaki można popełnić. W zdrowej relacji miłosnej ludzie się spotykają, tworzą mniej lub bardziej intensywny i szczęśliwy związek, są razem, a ich relacja jest odżywcza, zaspokaja i zadowala pragnienie współdzielenia, bliskości fizycznej i uczuciowości obojga partnerów. W przeciwnym razie – jeśli coś idzie nie tak – rozstają się.
W teorii fabuła historii miłosnych powinna przebiegać według tego scenariusza. W rzeczywistości jednak istnieje wiele par, które nie są w stanie być razem, a jednocześnie nie potrafią się rozstać. Relacja staje się konfliktowa, bolesna, zmienia się w męczarnię, która warunkuje i zaburza dobrostan psychofizyczny partnerów. Uruchamiają się mniej lub bardziej sztywne schematy zachowań: A ucieka, B goni, błaga, prosi, nie zgadza się na porzucenie.
Wypełnia się zatem scenariusz: ani z tobą, ani bez ciebie.
Często przy pogłębionej analizie okazuje się, że u źródła problemów w takich przypadkach leżą bardzo konkretne wyobrażenia na temat siebie lub świata, których korzeni należy szukać w okresie rozwoju. Powodują one, że osoba uzależniona emocjonalnie tworzy wokół siebie określoną rzeczywistość niczym samospełniającą się przepowiednię.
Tutaj błąd Erosa polega na przenoszeniu własnych niezałatanych dziur do relacji miłosnej.
Przypomnijmy: jeśli przykładowo wierzymy, że nie zasługujemy na miłość, w każdym przypadku będziemy starali się ją sabotować, ślepo podporządkowując się naszemu zniekształconemu przekonaniu. Jeśli nasza wiara w siebie jest bliska zeru i uważamy się za pozbawionych sprawczości, która umożliwiałaby nam wpływanie na świat i zbudowanie zdrowego i satysfakcjonującego związku, wizja naszej egzystencji jest katastroficzna, a my jesteśmy przekonani, że z pewnością skończymy sami. W ten sposób będziemy wszystko sprawdzać, testować na wszelkie sposoby nasze hipotezy, nieświadomie zmuszając drugą osobę do odsunięcia się od nas, by potem za nią płakać, gonić ją, błagać.
W ten oto sposób urzeczywistnia się ta sama stara historia, nasze pierwotne przekonanie. Dążymy do powtarzania tego, co jest nam już znajome.
Rzecz w tym, że pewne schematy mogą doprowadzić do tragedii. Pragniemy drugiej osoby do tego stopnia, że staje się ona naszym narkotykiem; możemy zacząć ją prześladować, molestować, grozić jej, sprawiać, że jej życie stanie się nie do wytrzymania, stalkować lub zachowywać się agresywnie, ponieważ nie będziemy w stanie znieść frustracji wynikającej z odmowy. W takich przypadkach niemożność zbliżenia się sprawia, że to, co jest nieosiągalne, staje się celem do zdobycia; druga osoba jawi się wtedy niczym bóstwo – coraz bardziej upragnione, niedostępne i odległe, a przez to tęsknie pożądane, opłakiwane, niezbędne, wręcz niezastąpione.
Idealny przykład znajdziemy w sztuce teatralnej Anna Cappelli Annibalego Rucella – to tragiczna interpretacja tego, czego na poziomie symbolicznym w istocie pragnęłaby osoba uzależniona emocjonalnie: wchłonąć drugą osobę, stopić się z nią i istnieć poprzez nią – by potem, ku swojej rozpaczy, zrozumieć, że to nie wystarcza.
Przykro mi, Tonino, naprawdę mi przykro, uwierz mi. To jedyna rzecz, jaką mogłam zrobić, tak naprawdę zrobić, naprawdę jedyna, jedyna! Szukałam innych rozwiązań, ale wszystkie były… nie wiem, jak to powiedzieć… prowizoryczne. Tymczasem, Tonino, potrzebne było rozwiązanie naprawdę ostateczne. […] (sieka pietruszkę, potrząsając głową i mówiąc do siebie) […] Uwierz mi, ponieważ to, co zrobiłam, Tonino, było jedynie aktem miłości […]. Tylko że ja teraz mam swój plan, ja i ty, mój plan, cały mój: nigdy, przenigdy już mnie nie opuścisz, już nigdy mnie nie zostawisz… Wiesz dlaczego, Tonino? Ponieważ teraz cię zjem! Zjem cię całego! […] Hmm, nie będę nawet się wypróżniać, żeby nie stracić ani odrobiny ciebie… oczywiście, to będzie trudne, będzie ciężkie, wręcz bolesne! […] Tonino… od czego mam zacząć? Od mózgu? […] Ach, zaczniemy od serca? Od serca, mówisz? […] Kto wie, gdzie mieszkają uczucia! […] Lecz dlaczego wszystko teraz wydaje mi się pozbawione sensu? To coś tutaj, wszystko… Tonino, ty też już nie wydajesz się sobą! No a ja? Tonino… Tonino, kochany mój… pomóż mi…
3
Uzależnienie emocjonalne
Każdy rodzaj uzależnienia jest zły, bez względu na to, czy narkotykiem jest alkohol, morfina, czy idealizm.
Carl Gustav Jung
Alkohol! Przyczyna i rozwiązanie wszystkich życiowych problemów!
Homer Simpson
Uzależnienie emocjonalne, krótko mówiąc, to rodzaj przywiązania, które generuje ogromne cierpienie u osoby przekonanej, że nie potrafi żyć bez obecności drugiego człowieka.
Różni się od zaburzenia osobowości zależnej. Osoba o osobowości zależnej wykazuje trudności w podejmowaniu decyzji, brakuje jej pewności i ma problemy we wszystkich sferach życia.
Osoba uzależniona emocjonalnie nie wpisuje się w tę charakterystykę, ponieważ zdaje się mieć problem „tylko” w sferze uczuć. Może doskonale funkcjonować w pracy i z powodzeniem wykonywać swój zawód, a jednocześnie w związku cofnąć się do bardzo wczesnego etapu rozwoju. Osoby zwracające się do mnie po pomoc – o wiele więcej kobiet niż mężczyzn – mają satysfakcjonującą karierę, latają samolotami i z łatwością podejmują decyzje. Mimo to wszystkich łączy jedna rzecz: brakuje im jakiegoś elementu w sferze emocji, co czyni ich chwiejnymi w relacjach z drugą osobą.
Wbrew temu, co niektórzy mogliby sądzić, uzależnienie nie jest wywoływane przez jakąś osobę, ponieważ jego zalążek obecny jest w chorym już od dzieciństwa. Jak wspomnieliśmy w poprzednim rozdziale, jeśli w dorosłości jesteśmy uzależnieni, oznacza to, że jakaś część nas zatrzymała się na dziecięcym sposobie funkcjonowania. Zobaczmy, jak to wygląda na poszczególnych etapach rozwoju.
Według teorii psychodynamicznej, rozwijając się, przechodzimy przez różne etapy, aż do osiągnięcia dorosłości. Pierwszy etap, istotny z punktu widzenia naszych rozważań, określany jest przez Freuda jako faza oralna. Cały świat dziecka obraca się wtedy wokół buzi, jego jedynego łącznika ze światem zewnętrznym. Nie zagłębiając się zbytnio w niepotrzebną analizę, wystarczy przypomnieć, że to, jak pierwsze, najwcześniejsze potrzeby dziecka będą zaspokajane przez jego opiekuna, wpłynie na wszystkie jego przyszłe relacje. Freud uważał, że sposób, w jaki matka kocha swoje dziecko, będzie taki sam lub bardzo podobny do tego, w jaki dziecko jako dorosły będzie kochało napotkane przez siebie osoby. To stwierdzenie brzmi trochę jak wyrok, jednak jeśli się nad nim zastanowić, jest raczej logiczne. Gdy dziecko czegoś potrzebuje – czy to pożywienia, czy ukołysania – domaga się tego od świata, płacząc na całe gardło, jakby błagając. Jeśli pojawi się pożywienie lub odpowiedź niosąca ukojenie, poczuje się najedzone i zaspokojone. I znowu za pośrednictwem buzi – poprzez uśmiech – okaże światu swoje zadowolenie.
Co się natomiast wydarzy, jeśli reakcja, rozumiana jako zaopiekowanie się jakąś potrzebą, nie nadejdzie? Jeśli matka karmiąca dziecko jest zmartwiona lub zaabsorbowana jakimiś myślami albo jeśli wraz z mlekiem dziecko otrzyma niepokój czy roztargnione spojrzenia – co pomyśli na swój temat? Być może coś w stylu: „Nie mogę o nic prosić ani niczego pragnąć”.
Ten, kto widział żywiące się małe dziecko, zauważył ten magiczny trójkąt składający się z piersi (lub butelki, w takim przypadku dynamika psychiczna nie ulega zmianie), oczu dziecka i oczu matki (lub karmiącej je osoby), które prowadzą ze sobą niemy dialog. To rozmowa, prośba i odpowiedź w postaci uwagi, wysłuchania, interakcji i wzajemnego zaspokojenia potrzeb. Czasami matka (lub osoba pełniąca jej funkcję) spogląda gdzieś w dal, jej oczy przepełnione są łzami lub bólem. Nie może więc odpowiedzieć dziecku w wystarczający i konieczny sposób. To właśnie w tych momentach dziecko zaczyna uczyć się tego, jak reaguje na nie świat i co ma myśleć o sobie samym.
Uwaga: nie chodzi tu o przypisywanie „winy” osobie sprawującej opiekę. Życie niektórych ludzi jest pełne problemów. Być może otoczenie jest zbyt przesiąknięte konfliktami, by zestroić się z potrzebami dziecka, które nie przestaje być głodne i domaga się czegoś, co mu się słusznie należy – troski i opieki. Z drugiej strony dziecko rodzi się z pewnym temperamentem, który bez wątpienia wpływa na to, jak odbiera je otoczenie. Badania w tym zakresie wskazują bowiem, że sposób, w jaki dziecko się zachowuje, jest decydujący dla formy reakcji, którą otrzyma w odpowiedzi. Dzieci „bezproblemowe” prawdopodobnie będą otaczane opieką z uśmiechem i spokojem, natomiast te bardziej żywiołowe i nerwowe, skłonne do płaczu, nieśpiące lub niespokojne, mogą wywołać zmęczony, surowy wyraz twarzy lub oschłe czy wręcz pełne rozdrażnienia reakcje.
To, co Freud opisałby jako fiksację na fazie oralnej, przypadającej mniej więcej na drugi rok życia, w istocie oznacza zatrzymanie rozwoju – moment, w którym dziecko zaczyna dostrzegać, że jest istotą odrębną od swoich opiekunów. To ważna chwila: jeżeli matka z własnych powodów nie akceptuje ambiwalencji dziecka rozdartego pomiędzy potrzebą opieki a pragnieniem autonomii, a dziecko nie otrzyma tego, czego pragnie, może ono poczuć, że nie dostaje właściwych odpowiedzi i w związku z tym nie ma prawa do pragnień. Pozostanie bezradne wobec tego dylematu, a gdy dorośnie, prawdopodobnie z jednej strony nauczy się negować swoje potrzeby, z drugiej zaś w jakiś sposób będzie wykrzykiwać światu swoją rozpacz wywołaną tym, że nie zostało otoczone należytą opieką. Wreszcie przyzwyczai się do braku spojrzeń oraz wynikającej z tego frustracji. Przyzwyczai się do proszenia i nieotrzymywania tego, o co prosi.
W innych przypadkach, w odpowiedzi na potrzebę opieki, dziecko karmione jest w sposób przesadny, niemalże przymuszane, w ilościach i o porach ustalonych przez opiekuna. Ale i tutaj nie ma miejsca na pragnienia: dziecko przekarmione nie ma nawet czasu, żeby zapragnąć czegoś od świata – zostaje mu to dane, zanim usłyszy swój własny głos. Paradoksalnie ta nadmierna gratyfikacja je osłabia. Odmawia mu się prawa do pragnienia, dokładnie tak samo, jak dzieje się to w przypadku dziecka, które karmione jest w sposób niewystarczający.
Uważam te hipotezy za fascynujące i gdy przyglądam się wczesnemu dzieciństwu osób, które opowiadają mi swoje historie, potrafię zasadniczo wyróżnić dwa typy jednostek. W dorosłych relacjach przejawiają one postawy odpowiadające archetypom znanym z baśni, które będziemy mieli jeszcze okazję omówić bardziej szczegółowo: dziewczynce z zapałkami i księżniczce na ziarnku grochu. W pierwszym przypadku chodzi o dziewczynki, które dorastały bez czułych spojrzeń, w drugim – o te, które doświadczyły nadmiernej gratyfikacji. Jest jednak jeszcze trzeci typ, który określiłabym mianem siostry miłosierdzia – uosabiający rolę wybawicielki, gotowej do poświęceń i całkowicie oddającej się drugiej osobie. Wybawicielka musiała dorosnąć w mgnieniu oka, nie było miejsca na jej potrzeby, ponieważ musiała zająć się emocjonalnie potrzebami jednego lub obojga rodziców.
Jako że większość moich pacjentów to kobiety, opowiadałam o tych typach w rodzaju żeńskim. W dalszej części książki powrócimy jednak do tych kwestii i poznamy ich męskie odpowiedniki – warto bowiem pamiętać, że podobne zachowania możemy spotkać zarówno wśród kobiet, jak i mężczyzn.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Tłum. Jerzy Ciechanowicz (przyp. red.). [wróć]
