Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Monumentalna powieść finalisty Literackiej Nagrody Nike
Rok 1903. Wśród poznańskich rynsztoków na świat przychodzi Kasperl. Analfabeta z niewiarygodnym słuchem muzycznym i skłonnością do pakowania się w tarapaty. Wkrótce zaczyna brylować na ulicy, a jego znakiem rozpoznawczym staje się akordeon i śpiew.
Równocześnie, po drugiej stronie miasta, dziewczynka z zamożnej rodziny po jednym ze spektakli postanawia, że zostanie aktorką. Lata później przybiera imię Margit i staje się boginią berlińskiej sceny.
Pograniczny świat Polaków i Niemców chwieje się w posadach. Galopuje postęp, rozkwita popkultura, sztuka, a zaraz za wolnością idą niebezpieczne idee. Kasperl i Margit zostają wrzuceni w wir zdarzeń, w których człowiek jest jedynie marionetką w rękach znacznie potężniejszych sił.
Rozpięta na trzy dekady powieść Macieja Płazy to misternie skonstruowany melodramat i zarazem komedia łotrzykowska pełna dwudziestowiecznego życia. Ukazuje panoramę epoki w jej nieustannym fermencie: od wielkiej wojny, przez powstanie wielkopolskie, po narodziny nazizmu. Rejestruje unikalne gwary, prowadzi drogami nędzy oraz przepychu.
Tu prywatne namiętności zderzają się z wielką historią, a my wraz z bohaterami podążamy tropem jednego pytania: co może nas uratować w świecie pełnym niepokojów?
Powieść powstała w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Powieść powstała przy pomocy środków budżetu Województwa Wielkopolskiego.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 861
Opieka redakcyjna: ANNA MICHALIK
Redakcja: WOJCIECH ADAMSKI
Konsultacja dialektologiczna i słowniczek: Dr KATARZYNA ZAGŁOBA
Korekta: JOANNA ZABOROWSKA, MARIA ROLA, ANNA POINC-CHRABĄSZCZ
Projekt okładki i stron tytułowych: WOJTEK JANIKOWSKI
Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ
© Copyright by Maciej Płaza © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2026
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-XXX
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] tel. (+48 12) 619 27 70
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [tj. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).
NA CHWILĘ PUŚCIŁ moją rękę i utonął wśród oklasków i kwiatów. Porwała go burza, pomyślałam, bo wszyscy zerwali się z siedzeń i na scenę runął, jakby z samego nieba, szkwał bukietów i braw. Zerwałam się także, a on wetknął mi w garść bukiecik, który kupiliśmy przed spektaklem w jednym z kramów kwiaciarza Marcińca, po czym wziąwszy zamach moją ręką, cisnął nim z naszej loży. Nie widziałam, czy wiązanka spadła w gąszcz fraków i sukien, czy doleciała na scenę, gdzie gnąc się w ukłonach, promieniejąc wzruszeniem i szczęściem, stała ona, królowa morderczyni. He-le-na!, ryknęli z dołu gimnaziści stłoczeni na stojąco za tylnymi rzędami, He-le-na!, zawtórowały im galerie, począwszy od najwyższych i najtańszych, jaskółki i galarepy, He-le-na!, dołączyło po chwili mieszczaństwo z parteru. He-le-na!, krzyknęły na koniec loże, gdzie porozsiadało się ziemiaństwo i miejski patrycjat, on zaś chwycił mnie i dźwignął, jak gdyby nie dość mu było oklasków i okrzyków, jakby hrabia Wacław Krzyński potrzebował swojej umiłowanej córeczki, by złożyć hołd wielkiej aktorce, a hołd ten wymagałby ofiarowania mnie kapryśnym bogom talentu i sławy. Gdy wrzawa nie milkła, wielka Helena, odebrawszy należną sobie część owacji, przywołała gestem resztę obsady, czekającą o kilka kroków z tyłu w pokornym szeregu, by stanęła razem z nią po kostki w bukietach, które przykryły scenę niby kwietny kobierzec. Ojciec postawił mnie wreszcie, nie kołysał już mną nad parapetem loży, tylko klaskał mi szaleńczo nad głową, a kiedy wrzawa zaczęła cichnąć, chwycił mnie za rękę i nie oglądając się na matkę, pociągnął ku schodom. Pędziliśmy, rozpychając się łokciami, lecz nie do wyjścia, ale w stronę tylnych rewirów teatru, gdzie nigdy dotąd nie byłam, a gdzie ciągnęła już grupka podobnych wybrańców. Drogę zastąpił nam jegomość o posągowej twarzy, z tak wysoko uniesionym nosem i czołem, że nawet stanowisko dyrektora teatru nie mogło przydać mu więcej dostojeństwa, i zamachał rękoma: Ach, nie teraz, moi państwo, Rejtanem legnę i nie wpuszczę was tam, zaczekajcież przynajmniej do kolacji! Ojciec jednak wysunął mnie naprzód i rzekł: Edmundzie kochany, kolacja późno, ja muszę teraz, obiecałem córci. I pan Rygier wpuścił nas za kulisy, poprowadzeni przez kogoś trafiliśmy do garderoby, a tam stała, nie zdążywszy usiąść, ona.
Nie był to pierwszy raz, gdy widziałam ją poza sceną. Dziesięć dni wcześniej zaaferowany ojciec zabrał mnie dorożką na dworzec, a tam okazało się, że nie my jedni przyjechaliśmy ją powitać. Na peronie czekał prawdziwy tłum, który, gdy wreszcie wysiadła z pociągu, ubrana w sobolowe futro, ruszył naprzód tak impetycznie, jakby chciał porwać ją na ramiona i zanieść do Bazaru, gdzie miała mieszkać przez kilka tygodni pobytu w Poznaniu. Ojciec, wielki lubownik sceny, czekał na jej przyjazd i serię spektakli jak na sezon nadzwyczajnych świąt. Cieszył się jak dziecko, że ma stałe miejsce w loży i nie musi kupować biletów, bo te, jak mówiono, rozprzedawały się w okamgnieniu, mimo że pan Rygier dopisywał do harmonogramu kolejne przedstawienia, klnąc ponoć, że nawała listów, telefonów, depesz i osobistych najść, gróźb i próśb nie daje mu żyć. Na stacji ujrzałam ją tylko z daleka, ojciec jednak zapowiedział, że mnie jej przedstawi, o co byłam spokojna, bo zawsze dotrzymywał słowa, jeszcze bardziej zaś uradował mnie obietnicą, że jedno z przedstawień, podobno najwspanialsze, jak donoszono z Krakowa, gdzie mistrzyni występowała wcześniej, obejrzymy we troje: on, matka i ja. Matka, usłyszawszy, jaki to spektakl, próbowała się sprzeciwić, ale ojciec był nieugięty: Pójdzie z nami, mówił, Edmund dostawi nam krzesło, teatr i tak będzie pękał w szwach, mistrzyni zapowiada, że to jej ostatnie tournée po Polsce, już nigdy nie będzie takiej aktorki, dziesięć lat to właściwy wiek, by wyróść z elementarzy i posmakować prawdziwego teatru. Poszliśmy pieszo, ponieważ ojciec, który oglądał wcześniejsze spektakle i wracał z nich podniośle milczący, jak gdyby doznawał tam nieznanych wtajemniczeń, mówił, że dojechać na miejsce po prostu się nie da, bo ulica Berlińska, przy której stoi teatr, przed każdym przedstawieniem zatarasowana jest kilkudziesięcioma dorożkami przedzierającymi się ślimaczym tempem między niezliczonymi pieszymi, którzy bądź liczą na to, że w kasie objawią się cudem wolne bilety, bądź pragną ujrzeć aktorkę, gdy będzie wysiadać z powozu, bądź po prostu chcą być jak najbliżej miejsca, w którym znajdzie się ona. Wyszliśmy więc z kamienicy i brnęliśmy przez tłum wśród wiwatów i śpiewów przerywanych szczekliwymi komendami policjantów, którzy kierowali ruchem, migocząc pałaszami i kolcami pikielhaub w gazowym półmroku ulicy. Przebijaliśmy się do teatru jak do miejsca pełnego czarów, gdzie kamień zamienia się w kryształ, a człowiek dostaje skrzydeł.
Nic jednak nie przygotowało mnie na to, co ujrzałam po podniesieniu kurtyny, a dwie godziny później w garderobie. Kostium królewski już wcześniej, gdy przyglądałam się mu przez lornetkę ze swego krzesełka w loży, nie miał w sobie nic dobrotliwego, nawet mnie, małej dziewczynce, wydał się insygnium srogiej władzy, teraz zaś, gdy patrzyłam z bliska na poluzowane gdzieniegdzie sprzączki i na wpół rozwiązane tasiemki, diadem zdjęty już i trzymany w dłoni oraz dziwną przepaskę wciąż zaciśniętą na szyi, nie szal, raczej wąską szarfę połyskującą atłasowo, z broszą w formie herbowego smoka, szarfę niepokojąco podobną do obroży, która jednak, jak mistrzyni zdradziła później przy kolacji w Bazarze, służyła jedynie przysłonięciu zmarszczek na szyi, cały ten kostium wydał mi się doprawdy szatą śmierci. Wrażenie to potęgował makijaż, rozmazany na skroniach i policzkach strużkami potu, a jeszcze bardziej wzmocniła je dłoń, która wyciągnęła się, by pogłaskać mnie po policzku, ujrzałam na niej bowiem niezmyte do końca plamy scenicznej krwi. Dlatego, gdy odważyłam się wreszcie spojrzeć wprost w szeroką twarz Modrzejewskiej, uśmiechniętej, choć straszliwie zmęczonej, załkało we mnie wzruszenie podszyte prawdziwą trwogą.
Dziecko, odezwała się do mnie, a potem zadała mi osobliwe pytanie: Po co tu przyszłaś? Nie zabrzmiało jednak obcesowo, przeciwnie, pobrzmiewały w nim życzliwość, wręcz troska, i szczera ciekawość. Nikt mnie nigdy w ten sposób nie pytał, może ojciec, ale żadna kobieta, matka nigdy, matka była osobą daleką i chłodną, dotyku zaznawałam jedynie od niańki, później również od służącej, zawsze przypadkowego, mimowolnego, i ilekroć palce podczas zapinania sukienki lub płaszczyka czy wdziewania bucików zbłądziły na moją skórę, wycofywały się przepraszająco, ten dotyk natomiast był szczodry i śmiały. Ruch okrwawionej dłoni miał też w sobie wdzięk podobny do tego, z którym jej postać, nie, raczej ona sama, Helena, podejmowała na zamku królewskiego gościa, mimo że już wtedy szykowała mu skrytobójczy mord. Był również odrobinę senny, pewnie wskutek zmęczenia, lecz przecież z tą samą ospałością morderczyni próbowała zmyć z dłoni plamę zbrodni, jak gdyby wyrzuty sumienia wtrąciły ją w lunatyczny sen. Był i kobiecy, czyli jakby mój, czułam, że ten wdzięk stanie się kiedyś też moim udziałem. Helena miała w sobie wszystko to, co zbrodniarka na scenie, a tamta miała wszystko to, co Helena, i więcej jeszcze, rzeczy mi niedostępne, bo byłam małą dziewczynką, ta chwila jednak, to spotkanie, ten spektakl pokazały mi, że największym może sekretem jest przemieniać się, nie tak, by stać się kimś innym, to przecież niemożliwe, lecz tak, by ktoś stał się nami. Być ośrodkiem tej wielkiej przemiany, osią, wokół której obraca się świat, to właśnie pragną widzieć ci, co szlochają i krzyczą w teatralnych fotelach i lożach, ciskają kwiatami na scenę, do redakcji gazet ślą pochwalne wierszyki, a po spektaklu wyprzęgają konie z powozu uwielbianej aktorki i własnymi siłami zaciągają go do hotelu. Trzymać w rękach przeznaczenie: własne, granej postaci, zachwyconych widzów, kreślić palcem znaki piękna, radości i zguby. Lady Makbet, zdołałam tylko wybąkać, lady, chcę być taka jak pani.
JAK SIĘ, SZCZUNKU1, rodziłeś, to ale była noc, tej. Lało tak, że jeszcze jeden wieczór i Warta zatopiłaby nas jak w osiemdziesiątym ósmym. Wtedy, co Poznań stał w wodzie aż po rynek i nawet kajzerowa przyjechała łaskawie na inspekcję. Łejery, tak było. Tu, o, pływała łódką po ulicach Chwaliszewa, a okoliczne ćmoki, niby tacy Polacy, co Niemiaszka do siebie nie wpuszczą, żeby mu przy okazji nie zalakierować w papę, siedzieli na dachach jak kury na grzędach i machali trąbsparentami: WITAMY CESARSKĄ MOŚCIPANIĄ. Ja to bym dopiero tę cipanią stąd pogoniła! No, a jak ty się, szczunku, rodziłeś, to lało podobnie. Dobrze, że zdążyli wyrychtować te wszystkie wały, przewały, tamy, bramy i zabramy, w magistracie mówili, że nic nam już tu nie grozi, no i mieli recht, choć Warta tak chlupała o te nowe mury, że Jabczyński znów miał w sklepie z miodami wodę po kolana. Łejery, tak było. Jak się tu wdrapałam do was po schodach, boś się musiała, Lilianeczko, aż na samą górkę wprowadzić, to byłam cała mokrzuteńka. Dobrze, że twój nieślubny mężunio miał przy sobie flaszuszkę i wzmocnił mnie łyczkiem. I wody nagotował, i narychtował wszystko, co trzeba. Taki niby fiflancik, a na rodzeniu gzubów się znał.
A bo to pierwszy był jego? I niech Frącka nie mówi o nim „mężunio”, bo jak Frąckę zalakieruję w papę, to będzie Frącka zbierać kielochy po całym Chwaliszewie. To był mój alfons niedobyły.
Mnie się zdawało, że on swojego dobył nie raz, gdy się tu do ciebie przyknajał.
Dobywał, a jak, chętnie też płacił, ale alfonsem moim nie został. Jestem parkietówką w kabarecie, mówiłam mu, i cichodajką w wolnych chwilach, alfonsa nie potrzebuję i w rejestr twoich blyrw się nie piszę. A gdy przyszedł o jeden raz za dużo, Kasperek mu luchnął przez łeb, nie, synuś?
A bo już od urodzenia lubił luchnąć. W taką noc się rodził, że nie miał wyjścia, jak tylko otworzyć ślipka, szpycnąć dokoła, zachichrać się i ćpnąć czymś na oślep, niech Frącka i maćka wiedzą od razu, jaki juchta przyszedł na świat! Parędziesiąt gzubów sprowadziłam na świat, ale w czepku żaden mi się dotąd nie trafił. Patrzę, łepuszek mocniej uślabrany niż trzeba, a po chwili, gdy się bardziej wysmyknął, widzę na nim czapuszkę, jak gdyby gzub ją sobie w brzuchu naciągnął, żeby nie zmoczyć włosków w macinych wodach. Łejery, tak było. Wyjęłam go z ciebie w czepuszku, Lilianko. W czepuszku ciebie wyjęłam z Lilianki, Kasperku ty nasz.
Było zachować! Szczęście większe bym miała w życiu. Ślubnego bym może teraz słuchała zamiast Frąckowego bajtlowania.
Myślisz, że nie chciałam? Już, już miałam mu z łepuszka ściągnąć, delikatnie, żeby się nie podarł, bo to taka miękka skóreczka śliska, niewiele grubsza niż świński pęcherz. Chwytam za skraj, a ty, szczunku, ucichłeś w jednej chwili, boś się wcześniej nadzierał jak każdy gzub, popatrzyłeś na mnie, jakbym cię od maćki chciała zabrać do ochronki, a gdy poczułeś, że ci czepuszek z głowy pomalutku zaczynam ześciubiać, to zacząłeś się chichrać, aż mnie ciarki przebiegły po grzbiecie i omal nie wypuściłam cię z rąk, bo kto to widział, żeby gzub nowo narodzony się chichrał zamiast się nadzierać! Diabła wcielonego urodziłaś, Lilianko, myślę sobie, i w krzyk: Święci pańscy! Nie w skórkowatej ośluzionej czapuszce powinien był się urodzić, a w błazeńskiej, z dzwoneczkami. No i ja: Ajajaj! A on: Łehehe! Ja: Ojojoj! A tyś: Łihihi! No chichrał się szczunek, jakbym go łaskotała pod paszkami. Łejery, tak było.
I tak się, Frącka, zabawiałaś z gzubem na środyszku izby, a ja w wyrku upypłana, spocona. Szkoda, żeście mi szczypkę tego śmiechu nie posłali przez pępowinę.
Właśnie, bo ja z tego wszystkiego zupełnie zapomniałam, że on ciągle do ciebie przywiązany!
A ja sobie myślę: co ona, z głupim przez ścianę się maca? Żeby wrzeszczeć po porodzie? Diabła urodziłam czy jak? Przecież widzę, że zwykły gzub.
I nie słyszałaś, jak się chichra, ha?
Nie słyszałam, powtarzam to, ile razy Frącka mi to wszystko opowiada, i jak jeszcze raz mi Frącka zacznie bajtlować, że Kasperczyna się śmiał po porodzie, to mi się on do końca zbiesi, bo i tak już z niego taki rojber, jakiego Chwaliszewo nie widziało. Niech już Frącka stąd idzie, bo jak Frąckę luchnę, to się na ulicy Frącka obudzi.
O, luchnąć to wy oboje lubicie, wiem o tym. Ty nie pamiętasz, bo byłaś wygłupiona: pierwszy gzub wydany na świat i nie wiadomo, z jakiego ojca. I to w czepku.
Z jakiego ojca, to ja dobrze wiem, ale nie powiem, Frącko, rałs mi stąd wreszcie! Gdzie ten czepek, ja się pytam.
A nie ma! Tyle razy ci mówiłam, że gdy tak stałam z chichrającym się gzubem na ręku i nadzierałam się, bo myślałam, że mnie ten diabeł zaraz porwie do piekła, to on nagle chwycił ręką za skraj czepka i jak mnie nie zalakieruje nim w papę! Łejery, tak było. Ja wtedy jeszcze bardziej w krzyk! Jedną ręką zdarłam z siebie ten diabelski czepek, bo mi się do głowy przykleił, i ćpnęłam go prosto przez otwarte okno!
Rałs mi stąd, Frącka, przeklęty bajtloku! Przez jakie niby otwarte okno? Zimna noc była, mieszkanie jak zawsze niedogrzane, a tyś przed porodem otworzyła okno?
Nie wiem, kto otworzył, ale było uchylone, no! Łejery, tak było. Może ty, szczunku, gdy jedną ręką zdzierałeś czepek z głowy, to drugą zdążyłeś okno otworzyć? Diabła stać na wiele. Potem, jak już wyszłam od was, wygłupiona tym całym cyrkowym porodem, to przez chwilę rozglądałam się po podwyrku, czy ten czepek nie leży gdzieś na bruku. Ale ciemno było jak w miechu. Może pies go porwał. Albo ten harmonista, co przez cały wieczór zymzolił pod waszym oknem, jakbyś go sobie, Lilianko, zamówiła.
Frącka jest głupsza niż ustawa kolonizacyjna przewiduje.
Kolonizacyjna to chyba ciebie tutaj przyniosła, Niemro czarnkowska importowana.
Nie jestem z Czarnkowa, a Niemrą tylko w połowie, ale teraz powiem Frącce jeszcze raz po niemiecku: rałs! Kasper, odprowadź Frąckę, najlepiej kopniakiem!
KASPER, ODPROWADŹ, KASPER, luchnij, Kasper, leć na Wildę i skibnij jakiemu bambrowi z pola parę pyr na obiad, Kasper, zarób mi na ćmiki, a nie daj się przy tym złapać, boś mi, Kasperku, potrzebny, bez ciebie z brudu i nieróbstwa porosłabym tu, na poddaszu z widokiem na Wartę, grzybami i trawą. Oj, maćko moja do życia niepotrzebna, garbie ty mój, sterto niedopranych łachów, ślumpo cuchnąca, która w tingel-tanglu Biały Lew na Wrocławskiej wyćwierzasz się w szminkowatego motyla, a potem przyprowadzasz mi tu jakichś ejbrów z Rybaków, Garbar i Grobli. Blyrwo ty chwaliszewska, nierejestrowana. Rankami, gdy klient wyjdzie już do domu, do żony lub prosto do fabryki, kac gardło ci ściska, pijanico wieczorowa, i wtedy słyszę: Kasper, wody byś mi tu, no i Kasper posłusznie wody ci tu, i wtedy, maćko moja niewdzięczna, palce twoje w moich włosach są najmilsze na świecie, i mówisz: Kasperku, Kasperczynko moja, co ja bym bez ciebie, co ja bym. I ja wtedy wiem, że mam spojrzeć ci w oczy jak aniołyszek i łezkę obetrzeć z kącika. I chwilę, dwie trwa ta zabawa w maćkę i synusia. A potem: Rałs, bo muszę się wyspać.
I Kasperek znika, jak zniknął jego czepek za oknem. Jak szczęśliwa czapuszka uślabrana jeszcze w macinym śluzie zleciała kiedyś na bruk, tak teraz on kula się na ulicę, pomiędzy kejtry, znaczy psiska węszące po zaułkach i bose gzuby spieszące do szkoły, między niedopitych juchtów wytaczających się dopiero z destylii, między ciężkie wozy z węglem, z drzemiącymi woźnicami w krymkach nasuniętych na ślipia, pomiędzy bimby toczące się z brzękiem po szynach w stronę Ostrowa Tumskiego, między szyprów, co zacumowali nocą w chwaliszewskim porcie swoje statki i barki zbożowe. Kasperek wytyka język na wiatr, ręce wbija w kiejdy i idzie. Na zarobek, na skibę w wildeckie sady, na wojnę ze szczunami z sąsiednich fyrtli, na kielonek berbeli. Wróci pod wieczór, niekiedy z podbitym ślipiem, jeśli ktoś silniejszy mu luchnie, i nim maćka zmieniona w pięknogłosą ptaszynę wyjdzie na noc do tingel-tangla, zjedzą razem talerz ślepych ryb lub deptanych pyr z odrobiną gziku. Ucałuje go Lilianka na dobranoc i pójdzie czarować juchtowski Poznań, a on stanie w oknie i jak wtedy, gdy szczęśliwo-diabelska czapuszka poleciała w mrok, zachichra się, aż zadrżą w oknach szyby.
Ale to dopiero za parę lat. Frącka, chwaliszewska akuszerka, przysiostrzy się do maćki, pewnie po to, by uszczknąć coś od niej z tego czepkowego szczęścia, i ich bajtlowanie będę słyszał równie często jak rupot wozów po bruku. Na razie jest czarna, bezimienna noc, za oknem deszcz, Warta szumi pod murem, spóźniony muzykant w bramie zymzoli na rozciąganej, znaczy na akordeonie. W porcie tej nocy zderzą się barki, jedna bąbnie burtą w filar Mostu Chwaliszewskiego, aż zadrżą stalowe barierki, a z pokładu pospadają kasty i z chlupotem pochłonie je nurt. Kamienicznik Zerczyński skończy liczyć, ile zarobi na zburzeniu starych spichrzów na Wenecjańskiej i budowie nowych czynszówek, zamknie kajet, draśnie sobie kielonek na dobranoc i pójdzie spać. Rano mistrz rybacki Gowora złowi ze swoimi ludźmi jesiotra i gdy będą wyciągać tę kolczatą bestię z wody, wuchta wiary na brzegu będzie świadkować temu rzadkiemu zdarzeniu. Młody szkieł, znaczy policmajstrzyk, przyleci aż z Garbar w pogoni za jakimś rojbrem, zbyt niedoświadczony lub rozeźlony, by pamiętać, że w chwaliszewskiej krainie Prusak ginie, i na rogu Zbożowej ktoś zalakieruje go pałą przez łeb, skibnie mu pałasz, a potem rozbierze go do gatek i popędzi z powrotem. Przewala się ziemskie kulisko z jednego boku na drugi, a w kamienicy robotniczej na rogu Tamowej i Nadbrzeżnej rodzi się bękarcik Kasperek, chichraniem głosząc zamęt miastu i światu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Słowniczek najważniejszych terminów z gwary poznańskiej i germanizmów znajduje się na s. 645-648. ↩
