Karzeł Mendla - Simon Mawer - ebook

Karzeł Mendla ebook

Mawer Simon

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Goleniowie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 361

Rok wydania: 2007

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

KarzełMendla

 

SIMON MAWER

Karzeł Mendla

Z angielskiego przełożył

Bohdan Maliborski

 

Tytuł oryginałuMENDEL’S DWARF

Redaktor prowadzącyKatarzyna Krawczyk

Redakcja

Jerzy Lewiński

Redakcja techniczna

Małgorzata Juźwik

Korekta

Krystyna BoberElżbieta JaroszukKrystyna Śliwa

Copyright © by Simon Mawer, 1998

Copyright © for the Polish translation by Bohdan Maliborski,Warszawa 2007

Świat KsiążkiWarszawa 2007Bertelsmann Media sp. z o.o.ul. Rosoła 10, 02-786 Warszawa

Skład i łamanie

Akces, Warszawa

Druk i oprawa

Finidr, Czechy

ISBN 978-83-7391-828-3Nr 5095

 

Pamięci ojca, który dał mi połowę genów, a także znacznie więcej

Genom

Doktor Benedict Lambert, sławny Benedict Lambert, malutki Benedict Lambert, dzielny Benedict Lambert (przymiotniki ostrożnie ślizgają się wokół istoty tego wszystkiego) staje, żeby przemówić do uczestników Sympozjum Mendlowskiego. Aplauz zamiera. Zapada grobowa cisza - wpatrzone oczy, wstrzymane oddechy, dłonie nieruchome nad notatnikami dostarczonymi dzięki uprzejmości firmy Hewison Pharmaceuticals. Przed zacnym doktorem usadowiły się w rzędach jak probówki w statywie wszystkie fenotypy, jakie tylko można sobie zażyczyć: męskie i żeńskie, ektomorficzne i endomorficzne, długogłowe i krótkogłowe, nordyckie, śródziemnomorskie, słowiańskie, mongoloidalne (trzy), negroidalne (jeden). Są tu podbródki z dołkiem1 i normalne, włosy kręcone2 i proste, oczy błękitne3, piwne i zielone, skóra biała, brązowa, żółta i czarna4, czaszki łyse5 i zarośnięte. Zupełnie jakby organizatorzy (Amerykańskie Stowarzyszenie Mendlowskie we współpracy z Hewison Pharmaceuticals i Uniwersytetem im. Masaryka w Brnie6) przejrzeli całą gamę typów ludzkich, aby uzyskać reprezentatywną mieszankę genetyczną. A jednak...

...A jednak jest tu coś stałego, oczywistego dla wszystkich, lecz świadomie postrzeganego jedynie przez niepozorną postać na podium: każdego z podekscytowanych słuchaczy można zaliczyć do kategorii fenotyp normalny.

Doktor Lambert zdejmuje zegarek i kładzie go bez wyraźnej potrzeby teatralnym gestem na widocznym miejscu mównicy. Uśmiecha się, przez chwilę zerka na kartkę z notatkami, odchrząkuje i zagaja:

- Wszyscy odwiedziliśmy klasztor.

Odwiedzili. Niektórzy potakują, jakby się z nim zgadzali, chcieli mu zrobić przyjemność, dać coś w rodzaju rekompensaty.

- Żeby tam dotrzeć, wszyscy przeszliśmy, nie zwracając na to większej uwagi, przez wielki plac, któremu ojcowie miasta nadali na cześć tego wielkiego uczonego nazwę Mendlovo namesti. W czasach Gregora Mendla i przez wiele następnych lat nazywano go, po prostu, Klosterplatz, plac Klasztorny. Aż do tego stulecia leżał na skraju miasta, między wzgórzem Śpilberk a podmokłymi łąkami nad brzegami Svratki.

Wykład z historii? - zastanawiają się. Z planowania zabudowy miasta? Ze strategii muzeum w kontekście rozwoju turystyki? Głowy potakują, oczy robią się szklane. Pewnie zabawa już się skończyła. A dzień jest ciepły.

- Na Klosterplatz odbywały się jarmarki. Stały tam budki, w których połykacze ognia wydmuchiwali płomienie z ust, niedźwiedzie tańczyły, a kieszonkowcy kradli. Było to także miejsce prezentacji dziwów. Wystawiano tam na widok publiczny monstra, pokazywano tłumowi ludzi zdeformowanych, a ten się w nich wpatrywał z przerażeniem, wstrętem i rozbawieniem. Tacy ludzie, jak ja...

Trzyma ich w ręku jak ziarnka grochu świeżo wyłuskane ze strączka.

- A także zrośnięte bliźnięta. Brodate kobiety oczywiście też. Akromegaliczne olbrzymy, ludzie z brodawkami, ludzie- -słonie, dzieci o skórze pokrytej łuskami, z płetwami zamiast rąk - w istocie cała gama ludzkich deformacji i nieszczęść. I wy, panie i panowie, też byście poszli popatrzeć. Na takich, jak ja - dodaje.

Cisza. Czy jakiś niezguła odważyłby się upuścić szpilkę? Poczucie winy staje się wręcz wyczuwalne, szczypie w oczy oparem drażniącym przepływ powietrza. Przysadzista postać na podium obserwuje ich oczami o fenotypie normalnym (piwnymi), lecz nic poza tym nie jest w nim normalne. Jego ciało nie jest normalne, jego twarz nie jest normalna, jego kończyny nie są normalne. Ma ogromne czoło i stępione, mopsie rysy twarzy. Nos ze spłaszczonym mostkiem, wystające usta i szczęka. Kończyny są krótkie i krzywe, a palce jak poduszeczki. Ma metr i dwadzieścia siedem centymetrów wzrostu.

- To Gregor Mendel umożliwił nam zrozumienie tego wszystkiego, a poprzez zrozumienie - swego rodzaju akceptację. To on, kontemplując ziarna grochu, dostrzegł w nich jednostki dziedzicznej mocy, którą - na nasze szczęście lub nieszczęście - wszyscy mamy. Był Galileuszem biologii, dostrzegając jako pierwszy te księżyce równie wyraźnie jak my dzisiaj, choć nie dysponował żadnym pomocnym instrumentem i żadnym materialnym dowodem, na którym mógłby oprzeć swoją wizję.

Łyk wody - bardziej dla efektu niż dla zaspokojenia pragnienia. Jego gesty są wyćwiczone, niemal wyuczone. Przywykł do tego wszystkiego, jest świadom każdego ruchu w sali, każdego kaszlnięcia, każdego szeptu, każdego spojrzenia.

- Mendel poświęcił osiem lat na same eksperymenty z groszkiem pachnącym. W sumie wyhodował około trzydziestu trzech tysięcy roślin. Opracował rygorystyczną, matematyczną interpretację wyników swoich badań, w trakcie których poprzez implikację przewidział haploidalną naturę gamet oraz diploidalną naturę komórek ciała, a także potrzebę podziału redukcyjnego w produkcji gamet. Nikt jednak nie dostrzegł doniosłości tych odkryć. Był równie wielkim eksperymentatorem jak współczesny mu Ludwik Pasteur, jednak nikt nie zwrócił na to uwagi. Był bardziej bystry, lepiej rozumiał naturę przyrody niż także mu współczesny Karol Darwin, jednak nikt go nie słuchał. Był jednym z tych wizjonerów, którzy wykraczają poza to, co możemy dostrzec i dotknąć, ale nikt z jego współczesnych nie okazał się równie wnikliwy. Wnikliwość to odpowiednie słowo. Mendel miał taką samą percepcję natury jak Pasteur, który potrafił wyobrazić sobie nieodkryte jeszcze wirusy, czy Thompson, który ogarniał umysłem cząsteczki mniejsze od atomu. Także i Mendel przeniknął przez zewnętrzną powłokę do struktury życia i dojrzał atomy dziedziczności równie wyraźnie, jak Dalton czy Rutherford dostrzegli atomy materii. I nikt nie zwrócił na to uwagi. Możemy go uważać za prawdziwego wizjonera, podczas gdy taki Darwin był zaledwie zwykłym przyrodnikiem układającym zdroworozsądkowe spostrzeżenia w chaotyczną, tautologiczną teorię, której brakowało ścisłości i precyzji, a z samej swej istoty głęboko w sobie nosiła fatalną skazę. Ale nikt nie zwrócił na to uwagi. Mendel dał nam do zbadania nasze korzenie i los, lecz nikt wówczas tego nie zauważył.

Po skończonym wykładzie rozległy się burzliwe oklaski. Przez aulę przetoczyły się wielkie fale braw, jednak - wybaczcie mi to wyznanie - jestem do tego przyzwyczajony. Przywykłem, że w istocie oklaskiwaliby wszystko, cokolwiek bym zrobił, bo to sposób na uśmierzenie tych podstępnych wyrzutów sumienia, które oni wszyscy odczuwają.

Wyrzuty sumienia? Jak to możliwe? Przecież to niczyja wina. Nikogo nie można winić za to, że mam takie skarłowaciałe, pokrzywione ciało, takie szkaradne więzienie mięśni, tłuszczu i chrząstek... Może jedynie złośliwą rękę losu...

Poczucie winy to wyrzuty sumienia tych, którzy mieli więcej szczęścia.

Prezes wstał, promieniejąc jak cyrkowy konferansjer, i uciszył zebranych.

- Jestem pewien, iż wszyscy jesteśmy wdzięczni Benowi, że do nas przyjechał i podzielił się z nami swoimi spostrzeżeniami. - Uśmiechnął się do mnie. Wszyscy wyciągnęli szyje, by popatrzeć. - Mam nadzieję, że nie będzie miał nic przeciwko stwierdzeniu, iż jest nie tylko wielkim mendelistą, ale także... - Naprawdę spojrzał, żeby znaleźć u mnie przyzwolenie? - Myślę, że bardzo dzielnym człowiekiem. Panie i panowie, oto doktor Ben Lambert!

Crescendo oklasków jak stukot kropel deszczu o blaszany dach. Flesze rozbłysły jak błyskawica podczas burzy. Ocean ludzi zakołysał się i zaryczał. Stanęli nawet w kolejce, aby uścisnąć mi dłoń - jak pielgrzymi do ucałowania figury męczennika. Może liczyli, że dzięki temu spłynie na nich nieco mojej łaski, tej dzielności, o której mówił prezes. Sekretarz stowarzyszenia, pani Gravenstein, pochyliła się nade mną, by potwierdzić pochwały prezesa. Była wielka7 i rozedrgana - góra troskliwego mięsa okrytego bawełną w tureckie wzory.

- Jezu, Ben, to wspaniałe. Taki dzielny, taki dzielny...

Dzielny. To było słowo dnia. Ale często powtarzałem Jean: „Żeby być dzielnym, musisz mieć wybór”.

Tego wieczoru w hotelowej restauracji zorganizowano kolację - upiorną imprezę z morawskimi tańcami ludowymi i cygańskimi skrzypcami. Dziennikarz lokalnej gazety zadawał mi pytania: „Jaka jest główna idea pańskich badań? Czy to prawda, że prowadząc badania, nawiązuje pan do swoich korzeni?”, podczas gdy Gravenstein i prezes rozpieszczali mnie i chronili jak dziecko. Wybawił mnie komunikat podany przez hotelowy głośnik:

- Telefon do doktora Lamberta. Telefon do doktora Lamberta.

Umknąłem do recepcji. Hotel wybudowano, zanim opadła kurtyna nad Czechosłowacką Republiką Socjalistyczną - recepcja była obskurna i tandetna jak hala dworca. Odnosiło się wrażenie, że na tablicy z ogłoszeniami pojawi się rozkład jazdy pociągów. Zamiast niego niespodziewanie ujrzałem listę imprez związanych z Sympozjum Mendlowskim: seminarium na uniwersyteckim wydziale biologii molekularnej, wykład na temat nowej eugeniki doktora Benedicta Lamberta, wizyta w przyklasztornej bibliotece. Przyjmowano zapisy na wycieczkę do miejsca urodzin Mendla pod Ołomuńcem8. Doktor Daniel Hartl z University School of Medicine w Waszyngtonie będzie się zastanawiał: Gregor Mendel Myślał, Że Co Odkrył?

Wyciągnąłem rękę, żeby zastukać w blat recepcji.

- Ktoś do mnie dzwoni. Chciałbym odebrać telefon.

Recepcjonistka wyjrzała zza blatu. Miała mały garb na karku i przyrośnięte płatki uszne9. Takie rzeczy się zauważa. Nastawiasz na nie swój umysł. Brązowe oczy. Brązowe włosy. Fenotyp normalny. Zobaczyłem znane mi grymasy pojawiające się na jej twarzy na mój widok: zaskoczenie, odrazę, troskę - jeden przechodzący nieporadnie w drugi, a wszystkie razem połączone z niedowierzaniem.

- To telefon do doktora Lamberta - powiedziała.
- Ja jestem doktorem Lambertem.
- Pan?
- Tak.

Niedowierzanie niemal wzięło górę. Prawie zaprzeczyła temu faktowi. W końcu wzruszyła ramionami i wskazała na rząd kabin za fontanną.

- Tam pan odbierze - powiedziała i wróciła do opiłowywania paznokci.

Kabina telefoniczna była brudna i duszna od dymu papierosowego. W jej rogach czaił się jeszcze gorszy, nienazwany zapach. Musiałem stanąć na palcach, żeby podnieść słuchawkę.

- Halo?

Słaby głos, nadwątlony przez odległość, przez elektryczne łącza, przez niepokój, wyszeptał mi do ucha:

- To ty, Ben?
- Jean. Gdzie jesteś?
- W szpitalu.
- A dziecko...?
- Przyjęli mnie wcześniej. Z powodu mojego wieku czy czegoś tam. Są tacy mili...
- Wszystko w porządku?
- Mówią, że tak.
- Skąd wzięłaś ten numer?

Mruczenie i świergotanie gdzieś na linii.

- Zadzwoniłam do instytutu. Nie życzysz mi szczęścia?

Powiedziałem, że go nie potrzebuje, że szczęście się tu nie liczy. Jednak w końcu złożyłem jej życzenia. Później wróciłem na kolację, do głośno szczebiocącej Gravenstein, krzątaniny prezesa, brykania tancerzy i niedorzecznych pytań dziennikarza.

Mutacja

Nazajutrz rano odłączyłem od uczestników kongresu. Wyszedłszy z hotelu, ruszyłem samotnie ulicą Husovą, szerokim bulwarem przecinającym miasto pomiędzy centrum a zalesionym wzgórzem Śpilberk. Ludzie mi się przyglądali. W końcu skręciłem na skrzyżowaniu z Pekarską, gdzie tramwaje stają na światłach. Ludzie wciąż mi się przyglądali. Szedłem pod górę do Altbrunn, do Starego Brna (starego już prawie tylko z nazwy), obok zatęchłych, brudnych kamienic z ubiegłego wieku, a poczciwi mieszkańcy miasta wciąż mi się przypatrywali. Przyzwyczaiłem się do tego. To nie jest prostoduszne spojrzenie w rodzaju: „Co my tu mamy?”. Oni od razu wiedzą, co tu mają. To raczej spojrzenie, które można odczytać jako: „Na litość boską, dobrze, że nie ja”, chytre i ukradkowe, kiedy twarze ostentacyjnie i z rozmysłem odwracają się w inną stronę. Jakaś kobieta się przeżegnała. Inna dyskretnie mnie dotknęła, gdy przystanąłem, żeby obejrzeć tandetną wystawę sklepową. To podobno przynosi szczęście.

A ja czego szukałem? Też szczęścia? Oczywiście myślałem o Jean. Myślałem o niej i o szczęściu, które jest jedynie przypadkiem występującym pod zmienioną nazwą - tyranią przypadku.

U stóp wzgórza dotarłem na Mendlovo namesti. Powietrze było gęste od zapachu prażonego chmielu z pobliskiego browaru. Ulicą przetaczały się tramwaje, przepływając falami przez plac jak powietrze wypełniające płuca miasta i uchodzące z nich. Pasażerowie czekali w apatycznych kolejkach. Przeszedłem na światłach przez ulicę (kierowcy się gapili) i zbliżyłem się do klasztoru. Jego budynki miały czerwone dachy i białe ściany. Wyglądały ładnie i pogodnie na tle przypór z ciemnej cegły i gotyckich wieżyczek kościoła - jak coś racjonalnego wyrastającego z irracjonalnego. Szukacie takich znaków, prawda? Wytworów Człowieka nasyconych czymś z ducha, w którym je tworzono. Tak jak patrzycie na samego Człowieka i zastanawiacie się nad siłami, które go stworzyły.

Przeszedłem wzdłuż długiego południowego muru klasztoru do bramy. Ponad tym wszystkim - unieście na chwilę wzrok znad chodników, ponad czerwone dachy, ponad wieżę zegarową biblioteki i iglicę kościoła, ponad brudne kamienice, ponad całą tę dzielnicę - stała cytadela Śpilberk, w której austriaccy cesarze przetrzymywali więźniów politycznych. To ciekawe, że gdy sekrety genetyki odkrywano po raz pierwszy w ogrodzie na tyłach klasztoru, sekrety demokracji i działalności wywrotowej odkrywano po raz tysięczny w lochach na pobliskim wzgórzu: naturę zarówno ludzi, jak i roślin poddawano torturom. Czy on o tym wiedział? Oczywiście, że tak. A co o tym myślał? W 1858 roku Habsburgowie odstąpili od trzymania tu więźniów politycznych, jednak nie da się usunąć plamy z takiego miejsca. Niespełna sto lat później gestapo znów zrobiło z niego użytek.

Zajrzałem przez ogrodową bramę. Klaster - klasztor. Pośrodku kompleksu białych budynków znajdował się spory trawnik, nadając temu miejscu coś z atmosfery uniwersytetu - trochę przypominał ogród dla wykładowców. Odnosiło się wrażenie, że za chwilę pojawią się tu osoby w togach.

Jak każdy podejrzliwie podchodzę do odwoływania się do uczuć, jednak jestem także szczery. Przyznaję, że gdy tam stałem, owładnęło mną pełne ciekawości podniecenie, poczucie, że - w jakimś sensie - wszystko skupiało się tutaj: na tym terenie, w tych dostojnych budynkach z czerwonymi dachami i mansardowymi oknami, w tym cichym miejscu pod letnim niebem, z kobietą spacerującą ścieżką z psem (jamnikiem), z ogrodnikiem zajmującym się pieleniem, dwoma mężczyznami kierującymi się do położonej po przeciwnej stronie bramy, i w napisie MENDELIANUM. O tak, coś poczułem, kiedy tam stałem i patrzyłem na trawniki; coś, co porusza trzewia i umysł, coś, co wymyka się słowom. Na grządkach pod oknami po raz pierwszy wyhodował swoje rośliny. Ten długi, żwirowy prostokąt pośród trawy to miejsce, gdzie stała jego cieplarnia, gdzie dłubał przy groszku, mrucząc do siebie, licząc i oznaczając, dźgając pędzelkiem z wielbłądziego włosia, sadząc ziarna, znowu je licząc, bez przerwy licząc... To na tym kawałku ziemi wszystko się zaczęło, to tu uparty zakonnik zapalił lont, który płonął niezauważalnie przez trzydzieści pięć lat, dopóki w 1900 roku nie odkryto jego eksperymentów, i ta bomba wreszcie wybuchła. Siła eksplozji nie wygasła do tej pory. Porwała mnie w chwili poczęcia. Być może porwie w końcu nas wszystkich.

W krzakach w przeciwległej części ogrodu stał pomnik. Z oddali wyglądał jak anioł ogarniający ramionami dusze w czyśćcu. Z bliska oczywiście nie przypominał już anioła; była to anemiczna, konwencjonalna postać w szatach duchownego, wyciągająca ręce nad grządką wyrzeźbionych roślin groszku: O. GREGOR MENDEL1822-1884

U stóp figury ktoś zasadził grządkę grochu, a na postumencie leżał mały bukiet polnych kwiatów. Sprawiało to wrażenie, że po śmierci Mendel stał się przedmiotem jakiegoś tajemnego kultu polegającego na tym, że nabożni genetycy przyczołgiwali się tu nocą i ukradkiem składali swemu świętemu ofiary.

*

„Skąd ja się wziąłem?” - spytałem kiedyś matkę. Nie miałem wtedy więcej niż cztery lata, ale nawet w tym wieku dostrzegłem bolesny wyraz jej twarzy - mieszankę bezradności i poczucia winy - gdy próbowała odpowiedzieć. Już nigdy więcej ją o to nie pytałem. Zastanawiam się, jak jej o mnie powiedzieli po raz pierwszy. Oczywiście położna potrafi to rozpoznać natychmiast. Diagnoza jest prosta. Jednak dla oszołomionej matki leżącej w łóżku w połogu pomarszczone niemowlę wygląda jak każde inne - kości są jeszcze nieukształtowane, a złośliwa ręka mutacji miała zbyt mało czasu na ich zdeformowanie. Ciekawe, jak jej powiedzieli. Ciekawe, kiedy...

Czy wiecie, że ojciec nigdy nie spojrzał na mnie wprost? Nigdy, przez całe moje życie, nie patrzył prosto na mnie. Zawsze spoglądał jakoś z boku, jakby ten sposób patrzenia pomagał mu nie zauważać.

Wiem, jak pracuje wasz umysł. Próbujecie ich sobie wyobrazić, chcecie nadać im formę i treść. Pragniecie dostrzec, czy są normalni.

Są normalni.

Nie jestem nawet do nich podobny. Jasne, że mam pewne ich cechy: ciemne włosy, piwne oczy, dołek w podbródku jak u mojego ojca - tego typu sprawy - lecz nie ma podobieństw w budowie ani rysach twarzy. Nie wyglądam jak mój ojciec, moja matka czy moja siostra. Nie mam nosa matki, szczęki ojca czy brwi dziadka. Jestem sam.

- Jesteś wyjątkowy - powtarzała matka, ciągnąc mnie do takich czy innych specjalistów: pediatrów, ortopedów, neurologów, ortodontów, którzy nigdy nie mogli nic zrobić.
- Jesteś wyjątkowy, dlatego ci wszyscy ludzie tak się o ciebie troszczą.

Przez jakiś czas nabierałem się na jej zapewnienia. Wyobrażałem sobie nawet, że zostałem podrzucony rodzicom przez istoty pozaziemskie. Jednak szybko poznałem prawdę. Jestem dokładnie tym, czym się wydaję - aberracją, mutantem, wytworem czystego, złośliwego przypadku.

Wyobraźcie sobie taką scenę: wczesny ranek, pustynia ciągnąca się w kierunku wschodzącego słońca, ku idealnej linii horyzontu. W połowie drogi z lewej strony wyłania się skała. Za nią kilka pojazdów wojskowych i grupa żołnierzy. Są zdenerwowani. Cicho rozmawiają. Wyczuwa się jakieś napięcie, za chwilę na pewno coś się stanie, coś doniosłego - być może egzekucja. Żołnierze niecierpliwie rysują stopami w wojskowych butach wzory na piasku i kopią kamienie, co chwila nerwowo spoglądając na zegarki, jakby czas mógł nagle przyspieszyć i znienacka ich zaskoczyć.

Mimo atmosfery wyczekiwania pozbawiony ciała głos, który dochodzi w nieruchomym, chłodnym powietrzu poranka z jednego z wozów, zaskakuje ich.

- Pięć minut - obwieszcza wśród trzasków. - Wszyscy mają włożyć osłonę na oczy. Powtarzam, wszyscy mają...

Powstaje niewielki zamęt, gdy żołnierze wyjmują z plecaków gogle i je wkładają. Ktoś rzuca żart, że wyglądają jak pieprzone żaby, ale nikt się nie śmieje. Kiedy wszystko jest już gotowe, odwracają się i rozglądają po pustyni, jakby czegoś wypatrywali przez grube, przyciemnione soczewki.

Zaczyna wyć syrena. Minuty mijają, a to jedyny dźwięk na pustyni. Przypomina wycie syren w mieście podczas nalotu, gdy zdruzgotana Rachela opłakuje swoje dzieci. Nagle wycie ustaje, żołnierze czekają, nad ziemią szumi poranna bryza. Jest to dźwięk delikatny i żałobny.

- Jeszcze minuta.

Ta minuta trwa sto lat.

- Trzydzieści sekund.

Już nie ma mamrotania. Mężczyźni stoją w ciszy, ich postacie odcinają się na tle bladobrzoskwiniowego świtu.

- Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden...

I nagle wybucha brzask - z rozbłyskiem i w ciszy. Żołnierze stoją jak tubylcy i patrzą na drugie wschodzące słońce, które zapowiada nową erę.

Czy to było wtedy? Mężczyźni mieli gogle chroniące przed oślepiającym blaskiem, jednak dokładnie w tej samej chwili, gdy dotarł do nich błysk niemego światła, dosięgły ich także inne promienie - gamma. Kiedy światło przeniknęło przez ciemne szkło gogli, promienie gamma, subtelne i niewidzialne, przeniknęły swobodnie przez ubranie, mięśnie i kości. Czy na swej drodze dotknęły, złośliwe i lekkie jak piórko, komórek rozrodczych ukrytych głęboko w jądrach mojego ojca? Czy to był ten moment?

Mam zdjęcie ojca z tamtych czasów z Australii. Jest w mundurze królewskich wojsk inżynieryjnych. Sierżant Erie Lambert. Jest pełen nadziei, uśmiecha się pogodnie, w dużej mierze dlatego, że udało mu się uniknąć służby na Malajach. Zamiast tego wysłali go do Australii na testy nowej broni. Kiedy stamtąd wrócił, spłodził mnie.

Stąd się wziąłem?

Kto wie? Czy ktoś się kiedykolwiek dowie? Z pewnością była to pojedyncza mutacja gdzieś po drodze, ponieważ jestem - na porządną, mendlowską modłę - dominantem prostym. Mogę mieć pięćdziesiąt procent genów wspólnych z każdym z rodziców, ale tego konkretnego nie dzielę z żadnym z nich. Nie mógłbym od nich pochodzić bez mutacji...

...Należy rozważyć wszystkie okoliczności.

Rodowód

Jest jeszcze coś w dziwacznym genetycznym równaniu, co uzupełnia obraz Benedicta Lamberta. Jest wuj Harry - cioteczny dziadek Harry Wise.

W moich dziecinnych wspomnieniach kościsty i ciemnooki wuj Harry siedzi sztywno w wytartym fotelu z poręczami we frontowym pokoju swojego bungalowu na południowym wybrzeżu. Na szyi ma kołnierz ortopedyczny, a dłonie pokryte plamami ściskają poręcze fotela, jakby w ten sposób trzymał się życia. Wuj Harry był jedyną osobą, która zdawała się obojętna na mój stan, jedyną, która nigdy nie patrzyła na mnie z afektowaną wesołością, jedyną, która nigdy nie wygłaszała źle skrywanych dyskretnych uwag o tym, jaki to ten mały jest dzielny. A może zwyczajnie w zachmurzonym świecie starości nie był tego świadom.

- Komm tu i popatrz, chłopcze - zwykł mawiać, przywołując mnie palcem na kolano (niewyraźny zapach wilgoci i pleśni), żebym obejrzał rodzinne fotografie. Jedna z nich ukazywała - wciąż ukazuje, gdyż mam ją na biurku w laboratorium - grupkę trzech dorosłych osób pozujących przy gipsowej kolumnie w małej dżungli sztucznych roślin. Wpatrują się uporczywie w obiektyw aparatu jak w pluton egzekucyjny historii - przysadzisty mężczyzna w czarnej sutannie, stojący obok młodszy mężczyzna w surducie i raczej fircykowatej apaszce oraz siedząca między nimi młoda kobieta. Na kolanach trzyma małe dziecko.

- Moja biedna Mutti - zwykł mawiać ze smutkiem wuj Harry - ze mną na rękach.

Dziecko - cztero-, pięcioletnie - jest bez wyrazu, bez oznak życia, niemal bez charakterystycznych cech określających płeć. Plama - coś przybranego w falbanki i noszącego jakiś niedorzeczny czepek - którą matka trzyma na kolanach jak rodzinną pamiątkę. Dawno temu, dawniej, niż dziecko mogło to ogarnąć, Harry Wise urodził się w Wiedniu jako Heinrich Weiss; ta fotografia była jedynym posiadanym przez niego reliktem tych martwych już czasów.

- Ten pan jest twoim pradziadkiem, chłopcze - ciągnął wuj Harry.
- Prapradziadkiem - korygowała moja matka.
- Ururgrossvater Gottlieb - przyznawał uroczyście Harry, jakby odkrycie dodatkowego pokolenia w jakiś sposób wpędzało go w depresję. - Z - jego kościsty palec szturchał postać w sutannie, jakby próbował przywrócić ją do życia - wujem Hansem. Tak nazywano go w rodzinie. Wuj Hans. Był sławnym człowiekiem, chłopcze, sławnym człowiekiem.

Jest to zdjęcie w pewnym sensie kluczowe. Dokumentuje ostatnie chwile austriackiego życia rodziny Weissów. Kilka lat później matka, ta krucha i ufna istota z dzieckiem na kolanach, została pozostawiona, żywa lub martwa - tu rodzinna historia jest niejasna - w odległym Wiedniu, a Gottlieb Weiss wywiózł jedynaka do Anglii. Tutaj znalazł sobie drugą żonę - Angielkę, anglikankę, bladą i surową - a gdy w roku 1914 poręcznie było zmienić nazwisko, zmienił imię i nazwisko: Godley Wise. Mógł się zastanawiać nad etymologicznie bardziej akuratnym Teophilusem White’em, jednak najwyraźniej to dziwaczne połączenie nie do końca odpowiadało temu wolnomyślicielowi, agnostykowi i swawolnemu uczniowi Freuda. Zatem Gottlieb Weiss stał się Godleyem Wise’em - doktorem Godleyem Wise’em - a młody Heinrich - Harrym. Później przyszła na świat córka, przyrodnia siostra Harry’ego, lecz - zdaniem mojej matki - zupełnie do niego niepodobna. Wymieszanie ras rozcieńczyło nie do poznania austriacką krew. Stuprocentowo angielską miała moja babcia.

Będę cofał czas i pokolenia do tego portretu zrobionego w jakimś wiedeńskim atelier i jeszcze dalej, do królestwa mitów i legend: Gottlieb Weiss, człowiek, który zmieniał nazwiska, jak się zmienia płaszcze, urodził się jako Gottlieb Schindler, wnuk niejakiego Antona Mendla z Heinzendorfu10na Śląsku. Anton Mendel był ojcem Gregora Mendla. Gregor Mendel jest tym księdzem z rodzinnej fotografii. Tak to Benedict Lambert i Gregor Mendel są spokrewnieni. Właśnie o tym opowiadał mi wuj Harry ze swoim ciężkim i monotonnym akcentem. Zakręt historii, kaprys losu, żart genetyki i dziedziczenie sprawiły, że jestem spokrewniony z Gregorem Mendlem. Mamy wspólne geny, a dokładnie trzy procent genów. Jestem prapraprasiostrzeńcem Gregora Mendla.

W wieku jedenastu lat przystąpiłem do egzaminu wstępnego do gimnazjum. Nosił on nazwę „egzaminu szóstoklasisty” i został opracowany w myśl dobrych, mendlowskich zasad. Sir Cyril Burt z uniwersytetu w Oksfordzie, Liverpoolu, Cambridge i Londynie był głównym orędownikiem wprowadzenia testów i jestem mu za to bardzo wdzięczny. Sir Cyril to uczeń Galtona. Jego badania nad bliźniętami i rodziną udowodniły tezę Galtona, że inteligencja jest w dużej mierze dziedziczna. Jeśli więc potrafimy zmierzyć inteligencję dziecka, będziemy mogli także określić jego zdolności: dziecko zdolne trafi do gimnazjum, a nieudane - do zawodówki.

Pamiętam jedno z pytań, tylko jedno: Jeżeli jajko gotuje się trzy minuty, to ile potrwa gotowanie stu jaj?

Odpowiedź, drogi Czytelniku, brzmi: trzy minuty. Każda inna jest błędna. Wtedy w anonimowej sali miejscowego gimnazjum, obserwowany przez kilkanaścioro dzieci zdających tak jak ja egzamin, chciałem napisać: To zależy... jednak byłem zbyt inteligentny, żeby zrobić coś równie głupiego. Trzy minuty.

- Przynajmniej w jednym mu się poszczęściło, biedaczkowi - powiedziała pewna przyjaciółka mojej matki. Podsłuchałem ich rozmowę tuż po nadejściu wieści o moim sukcesie. - Przynajmniej ma poukładane w głowie.

Ciekawe po kim. Po ojcu? Pewnie tak. Chociaż to nigdy nie wiadomo. Moja matka siedziała przy maszynie do szycia, marszczyła w skupieniu brwi i próbowała uszyć jakąś koszulę, która by pasowała na mnie i zakrywała mój nienormalny tułów i karle ręce. Wydawało się, że matka, gdy jest w domu i nie gotuje albo nie zmywa, zawsze coś dla mnie szyje. Takich ubrań nie można kupić. Producenci nie biorą pod uwagę osób o moich wymiarach.

Przynajmniej ma poukładane w głowie. Nawet wtedy nie byłem pewien, czy było to wystarczające pocieszenie. Jednak zdałem egzamin i przyjęto mnie do gimnazjum.

W gimnazjum biologii nauczano w sali identycznej z pozostałymi. Była tam tablica, podium i zwrócone ku nim pilnie rzędy biurek z pochylonymi blatami. Sam Mendel rozpoznałby to miejsce. Szkołę wyposażono w odpowiednie laboratoria do prowadzenia zajęć z fizyki i chemii, lecz o biologii pomyślano później i zajęcia z tego przedmiotu prowadzono w sali nadającej się jedynie do dyktand, siedzenia, słuchania i notowania. Panowała w niej atmosfera powszechnej nudy, poczucie, że nic wielkiego nigdy się tu nie wydarzy. Plakat na ścianie ukazywał wewnętrzne organy ludzkiego ciała w ponurych i nierealnych kolorach. Był to pruderyjny, pozbawiony seksu rysunek. Ktoś próbował nabazgrać na nim brakujące genitalia. Bazgroły starto gumką, jednak toporne linie pozostały widoczne jak blizny po jakiejś okropnej operacji. Pod plakatem stała ława z rządkiem zakurzonych probówek zawierających szczątki Tradescantia, wspomnienie po jakimś małym referacie sprzed tygodni, o którym szybko zapomniano. Mikroskopy zamknięto w szafie z adnotacją, że mogą z nich korzystać jedynie starsi uczniowie.

Wgramoliłem się z wysiłkiem na krzesło. Klasa patrzyła i szeptała. Nauczyciel biologii, pan Perkins, niecierpliwie zakasłał, jakbym odpowiadał za to, że jestem ostatni, że jestem przedmiotem zainteresowania, że jestem, kim byłem i wciąż jestem.

- Gregor Mendel był austriackim zakonnikiem - poinformował nas nauczyciel, kiedy zapadła cisza. Nie przywiązywał wagi do faktów. - Z klasztoru wszędzie było daleko. Nikt nie wiedział o mnichu i jego badaniach, a on nie wiedział nic o tym, co się dzieje we współczesnym mu świecie nauki, jednak mimo tylu przeszkód stworzył całą genetykę. Płynie z tego wniosek dla was. Nie potrzebujecie drogich laboratoriów i sprzętu. Wystarczy determinacja i koncentracja. Przestań gadać, Dawkins. Buzia ci się nie zamyka, chłopcze, choć nigdy nie masz nic ciekawego do powiedzenia. Zdjęcie Mendla znajdziecie w podręczniku na stronie sto czterdziestej piątej. Przyjrzyjcie się uważnie: przedstawia człowieka, który ma więcej rozumu w jednym małym palcu niż wy w całej głowie. Jednak zdjęcia nie pomogą ci zdać egzaminów, prawda, Jones? Nie pomogą, jeśli zamiast uważać i się uczyć, będziesz się bez przerwy wiercił.

Przewróciłem kartki. Na stronie sto czterdziestej piątej spoglądała z dziewiętnastego wieku w następne stulecie twarz o słabym i enigmatycznym uśmiechu, jakby człowiek ów wiedział, co się święci. Strzegłem swojego sekretu jak gracz, który dostał wspaniałe karty i trzyma je przy piersi.

- Pod zdjęciem zobaczycie jeden z jego wykresów - powiedział pan Perkins. - Przestudiuj go uważnie, Jones.

 

- To jeden z jego najsłynniejszych eksperymentów. Mendel wziął dwa ziarnka...
- Proszę pana, a jak się wyciąga dwa ziarnka?
- Milcz, chłopcze.
- Dawkins wyciąga swoje, jak sika. To o to panu chodziło?
- Zostajesz po lekcjach! Jedno ziarno było duże, a drugie karłowate...
- Takie jak Lambert, proszę pana?

Wybuch śmiechu zamarł. Pan Perkins poczerwieniał.

- Dosyć tego, chłopcze.
- Ale czy takie, proszę pana?
- Powiedziałem: Dosyć. Teraz wyjaśnię wam, co odkrył Mendel. Otwórzcie zeszyty i zapiszcie to, co wam podyktuję...

Wtedy wyłożyłem swoje karty.

- Proszę pana, to mój wujek. To znaczy cioteczny dziadek. Prapradziadek. Tak powiedział wuj Harry.

Zapadła grobowa cisza. Ktoś zachichotał.

- Nie gadaj bzdur, dziecko - skwitował pan Perkins.
- Naprawdę, proszę pana.

Chichot się nasilił, przemienił w śmiech.

- Ale naprawdę, proszę pana. Wujek Hans. Cioteczny prapradziadek, Hans Gregor.

Śmiech wstrząsnął i rozkołysał salę, omiatając moją drobną postać i zgliszcza niedorzecznej przechwałki. Cioteczny prapradziadek!

- Prapra! - wołali koledzy - Prapra! Prapra!
- Przymknijcie się! Ma być cisza!

Śmiech zamarł, ale pozostała zwykła pogarda.

- Teraz otwórzcie zeszyty - powtórzył groźnym tonem pan Perkins - i zapiszcie to, co wam podyktuję...

Po lekcji osaczyli mnie na placu zabaw i chłostali docinkami o wujku Gregorze.

- To jeden z nich - krzyczeli - to jeden z karłów Mendla!

Oczywiście, nie byłem nim. U karłów Mendla karłowatość była recesywna. U mnie jest dominująca. Jednak wtedy jeszcze niewiele wiedziałem; spotkałem się jedynie z wymijającymi spojrzeniami, krzepiącymi uśmiechami na twarzy matki i pogodnymi, lecz nieprzekonującymi zapewnieniami, że liczy się tylko moje wnętrze. Łatwo powiedzieć. Wszystko jest jak najlepiej na najlepszym ze światów. W domu miałem malutkie krzesła, malutkie łóżko i niskie półki na książki. Tylko książki były normalne.

- Karzeł Mendla - krzyczeli za mną na placu zabaw. - Mendel, Mendel.

Nazwisko to stało się drwiną, pogardliwym zaklęciem. Szukałem schronienia w szopach na rowery, ale dopadali mnie tam, przebierając kolanami na linii mojego wzroku i tupiąc nogami, jakbym był czymś, co trzeba wdeptać w ziemię jak karalucha.

- Mendel, Mendel, karzeł Mendla! - wołali, kopiąc mnie przez pręty stojaka na rowery, dopóki nie weszły tam dwie starsze dziewczyny.
- Zostawcie go - rzuciły od niechcenia - co on wam zrobił, biedny skurwiel?
- To karzeł Mendla.
- Odwalcie się.

Chłopcy odeszli, skarceni przez wiek i płeć. Dziewczyny patrzyły na mnie z obrzydzeniem przez pręty stojaka. Jedna chyba nawet chciała się odezwać, jednak się wzdrygnęła, jakby uznała, że szkoda zachodu.

- Dobra, daj fajkę - powiedziała do drugiej.

Kiedy wychodziłem, śmiały się, drapały i paliły woodbine’y.

- To problem, z którym musisz żyć - powiedział mi dyrektor szkoły. Odpowiedziałem, iż wcześniej nie zdawałem sobie z tego sprawy, i bardzo mu podziękowałem, że podzielił się ze mną swoją światłą opinią. Odparł, że bezczelność ani arogancja mi nie pomogą. Spytałem, czy pomoże pokora. Albo ucieczka. Kazał mi wyjść z gabinetu.

Problem, z którym musisz żyć. Dobre, co? To nie jest coś, z czym się żyje, jak znamię, jąkanie się albo płaskostopie. To nie jest dodatek, jak znamię na twarzy, albo brak, jak przedwczesna łysina: to cały ja. Innego nie ma.

Co najciekawsze, jestem podwójnie obciążony. Jestem, jaki jestem, a jednak chcę żyć. To inna cecha, subtelniejsza niż karłowatość, niemniej zwierzęca, właściwa niemal wszystkim ludziom. Błogosławiony Zygmunt Freud się mylił. Nie ma pragnienia śmierci, nie ma Todeswunsch. Gdyby istniało, nie przetrwałby żaden gatunek zwierząt, a już na pewno nie nasz, potępiony. Gdyby jednak istniało, wszystko byłoby dla mnie prostsze: głowa w piecyku, przedawkowanie leków, okno na czwartym piętrze - możliwości są nieograniczone. Gdy nadjeżdżał pociąg metra, często stawałem na krawędzi peronu i myślałem o śmierci. Ale nie, musisz z tym żyć. Właściwie nie masz wyboru. Nikt nie ma. Piszę w drugiej osobie, żeby odnieść się do całej ludzkości. Nikt nie jest wyjątkiem. Wszyscy jesteście ofiarami selekcji genów przydzielonych wam w tej absurdalnej i najwyraźniej mało znaczącej chwili, gdy wijący się plemnik odpycha konkurentów i przenika do jajeczka.

- Co my tu mamy? - dziwi się Matka Natura. - Jaką kombinację wyrzygaliśmy tym razem? To jak sprawdzanie wyników jakiejś loterii, numerków losowanych codziennie, co minuta każdego dnia; za każdym razem są wygrani i przegrani. Nie muszę chyba dodawać, do której zaliczałem się grupy.

Oto dwa drzewa genealogiczne obrazujące badania nad karłowatością; odkryłem je kiedyś w podręczniku do genetyki w publicznej bibliotece. Diagramy te mają w sobie coś z ładnego deseniu, prawda? Jest w nich równowaga, rytm, subtelna asymetria, które przykuwają wzrok. Całość wygląda niczym obraz Mondriana albo gryzmoły Miro:

 

Czwórka dzieci dwóch achondroplazyjnych matek przyszła na świat w wyniku cesarskiego cięcia. Jeśli któryś z dwóch karłowatych chłopców będzie miał dzieci, ryzyko, że urodzą się one karłowate, wynosi pięćdziesiąt procent.

 

Właśnie tym się zajmowałem w wolnym czasie - biegałem do publicznej biblioteki. Była moim schronieniem, miejscem cichym i miłym. Zaprzyjaźniłem się z jedną bibliotekarką. Odkładała mi książki, które - jak sądziła - mogą mi się spodobać; rozmawiała ze mną niemal jak z dzieckiem normalnym. Nie była brzydka. Znajdowała się akurat gdzieś na granicy między dziewczyną a kobietą. Jedna czy dwie krosty ciągle jeszcze widniały na jej brodzie, rumieniec wciąż szybko oblewał policzki za każdym razem, gdy zwracał się do niej szef. Myszka, to jasne. Myślę, że wszystkie bibliotekarki powinny być myszkami. Powinno to być konieczne (choć nie jedyne) kryterium naboru do tej pracy. Myszka? Aguti? Ciekawe, jakie geny tym rządzą. Być może jest to ściśle związane z genem schludności. Ta myszka bibliotekarka miała około osiemnastu lat - osiemnastoletnia, schludna i bojąca się szefa (też było w nim coś mysiego, ale był po czterdziestce i łysiał). Nazywała się panna Piercey.

- To Benedict - mawiała, kiedy wczłapywałem tam jak kaczka. Jej ton świadczył niemal o zadowoleniu, prawie jakby cieszył ją mój widok. - Jak się dzisiaj miewamy?

My.

Zwykle siedziała na stołku przy głównym biurku. Dość często, żeby można było to zauważyć, za rzadko, by mogło to być coś więcej niż przypadek - podciągała na udach nieskromnie sukienkę. Kiedy tak siadywała, miałem interesującą perspektywę. Była to jedyna okazja w moim życiu, kiedy zyskiwałem przewagę nad normalnymi ludźmi. Wpatrywałem się w nogi panny Piercey, tęskniłem do piersi panny Piercey.

- Szukamy dzisiaj czegoś konkretnego? - pytała. - Czy tylko szperamy?

M y. W tych chwilach dzieliła moje liche życie.

- Szperamy - odpowiadałem, wędrując wzrokiem w dół i w górę od krągłości jej kolan po mrok tego, co wyżej. - Tylko szperamy.

Niekiedy zdarzały się trudne sytuacje - na przykład gdy obracała się na stołku, aby obsłużyć innego czytelnika, i zdejmowała nogę z nogi. Musiałem wtedy szybko ją przeprosić i ruszyć nie do regałów, lecz do toalety, żeby własnoręcznie sprawić sobie uciechę i ulgę.

Jesteście zaskoczeni? O tak, w tym sensie jestem całkiem n o r m a l n y. Jedynie kości mam zdeformowane...

Cóż, to też można nazwać kością, choć nią nie jest. Os penis, czyli heterotopowa kość prącia, która występuje u wielu owadożernych, gryzoni i u większości naczelnych. Człowiek jej nie ma. To nie jest kość i pod tym względem z pewnością nie jestem karłem. Z powodu krótkich rąk muszę się pochylić, żeby go dosięgnąć, ale kiedy już to zrobię, jest całkiem normalny. Prawie dwadzieścia centymetrów we wzwodzie. Raz go zmierzyłem, kiedy myślałem o pannie Piercey.

Pytanie testowe: Kto chwalił masturbację jako ideał kontaktu seksualnego, ponieważ tylko tutaj rozkosz dana dokładnie równa się rozkoszy odebranej? Odpowiedź: Jean Genet.

Kiedyś zobaczyłem majtki panny Piercey. Stałem i rozmawiałem z nią, gdy jakaś staruszka zawołała, żeby podała jej książkę z wysokiego regału.

- Już, słonko - odpowiedziała panna Piercey. - Już idę.

Kiedy ześlizgiwała się ze stołka, sukienka podjechała jej na udach, zaczepiwszy o jakąś drzazgę.

- Ups! - krzyknęła, obciągając sukienkę. - Oczka przy sobie, młodzieńcze.

Pospieszyła na pomoc staruszce, a ja pobiegłem do toalety. Był to banalny incydent i wkrótce wszystko wróciło do normy (moja chuć spłynęła do muszli klozetowej; staruszka dostała książkę z wysokiego regału; panna Piercey ponownie usiadła na stołku w sukience z przesadną skromnością ściągniętej do kolan), jednak wspomnienie pozostało żywe. Majtki panny Piercey, z białej bawełny w różowe kwiatki, wryły mi się w pamięć. Niedługo potem zobaczyłem identyczny wzór w domu towarowym British Home Stores i ruszyłem tam, żeby wydać swoje kieszonkowe.

- Dla siostry - tłumaczyłem.

Ekspedientka podeszła do tego sceptycznie; chociaż gdyby cel był inny, z pewnością grzebałbym w czarnych koronkach, podwiązkach i przezroczystych francuskich figach, a nie w zwykłych, kwiecistych majtkach. Trzeba trzeźwo myśleć.

Już w zaciszu swojego pokoju, przyciskając kawałek bawełny do twarzy, marzyłem o pannie Piercey leżącej jak biała myszka tylko w tych majtkach. Dymorfizmem płciowym rządzi para chromosomów X i Y, ale co rządzi pożądaniem? Pytanie to stanowi wyzwanie dla największych genetyków naszych czasów. Niektórzy twierdzą, że łajdacki fragment długiego łańcucha chromosomu X (dokładnie segment Xq2811) może odpowiadać za skłonności homoseksualne; ale co wprawiało moje ciało w paroksyzmy żądzy na myśl o mysiej pannie Piercey?

Nie mówiłem nic o jej oczach, prawda? Wspomniałem - przez implikację - o innych częściach anatomii, a zwłaszcza o włosach, ale ani słowa nie poświęciłem przedziwnym oczom. Jedno było niebieskie, drugie zielone. Jak to wyjaśnić - matematycznym tańcem genów...?

Panna J. Piercey. Tak było napisane na wizytówce na biurku w bibliotece (widziałem ją jedynie, stojąc odpowiednio daleko). Nie znałem nawet jej imienia. J? Nadałem jej imię Jenny. Marzyłem: Jenny, księżyc, przytuleni; pasowałoby idealnie. Chodziła na jakiś kurs dla bibliotekarzy na politechnice, połączony ze stażem. Ja miałem szesnaście lat i studiowałem biologię, chemię i matematykę - przedmioty, które ona oblała. Dzieliła nas przepaść - materia i emocje, kwestie fizyczne i duchowe. Przypuszczam, że gdyby znała moje uczucia, wydałaby z siebie skowyt obrzydzenia i oskarżyła mnie o sprośne myśli. Jednak było to coś bliskiego miłości.

Oczywiście biologia szła mi świetnie, zwłaszcza tematy związane z genetyką. Moje pióro z łatwością wypisywało słowa segregacja, dominacja, recesywny, mutacja. Moje pola Punneta były szczegółowe, moje proporcje - racjonalne.

Myszy zwane walcującymi cierpią na zaburzenie móżdżka, które sprawia, że poruszają się w nieskoordynowany sposób w kółko, co określa się mianem walca. Skrzyżowanie myszy walcujących z normalnymi daje w całości normalne potomstwo...

Szczęściarze!

Ludzie należący do karłów achondroplazyjnych cierpią na niedobór komórek chrzęstnych, dlatego ich kości, których rozwój zależny jest od chrząstki, się nie rozrastają. Gdy karły tego typu krzyżują się z ludźmi zdrowymi, połowa potomstwa rodzi się zdrowa, a druga połowa karłowata.

Pechowcy!

Rzućcie monetę. Wszystko jest kwestią prawdopodobieństwa i przypadku. Spróbujcie. Śmiało! Wyciągnijcie monetę z kieszeni albo z portmonetki, wybierzcie orła lub reszkę, rzućcie monetę i gotowe. Obciążony czy nie?

W szkolnej pracowni biologicznej było pięć mikroskopów. Błyszczące i stare, wykonane z mosiądzu, optykę miały dobrą. Tylko starsi uczniowie mogli z nich korzystać, i to jedynie pod nadzorem nudnego pana Perkinsa, ale zawsze znajdzie się jakiś sposób. Zdobyłem klucz do sali (sprzątaczka zgłosiła zaginięcie, ale i tak wszyscy zakładali, że gdzieś go posiała) i pewnego razu zostałem w szkole po lekcjach. W nędznej szkolnej bibliotece wolno się było uczyć popołudniami we wtorki i czwartki. Trochę tam posiedziałem, żeby przygotować sobie alibi, a potem ruszyłem korytarzem i schodami do położonej na tyłach budynku pracowni biologicznej z widokiem na parking i magazyn supermarketu. Szybko dostałem się do środka i zamknąłem za sobą drzwi na klucz.

Mikroskopy stały w szafie, ale miałem to wszystko rozpracowane. Klucz leżał w biurku pana Perkinsa. W kilka chwil (niebezpiecznych, ponieważ szafa znajdowała się w polu widzenia patrzącego przez szybę w drzwiach) najlepszy z mikroskopów (pamiętam, że z czeską optyką) znalazł się w moich rękach. Ustawiłem go w kącie, z dala od drzwi. Wziąłem pudełko szkiełek i drugie - ze szkiełkami nakrywkowymi. Znalazłem zlewkę i pipetę ze smoczkiem.

Byłem - jestem - urodzonym badaczem. Uparty, cierpliwy, przygotowany, zdeterminowany, jak mój cioteczny prapradziadek. Starannie wybrałem ulubione zdjęcie. W zalanym różowym światłem buduarze słodkie dziewczę, mokre i miękkie jak angora, pochylało się, ukazując tył obiektywowi i per procura moim wygłodniałym oczom. Oglądała się, jakby na swój zadek, rozwierając jedną ręką pośladki i objawiając magiczny, złoty meszek oraz tajemnicę wilgotnej, czerwieniejącej fałdy ciała. Mówiłem wam, że jestem urodzonym badaczem. Nie mam żadnych zahamowań. Ustawiłem zdjęcie na biurku i zacząłem grzebać w ubraniu. Po kilku chwilach poczułem znajomy spazm rozkoszy i moją dłoń wypełniła perłowa ciecz.

Milion milionów plemników

A wszystkie rozedrgane:

Z tego kataklizmu tylko biedny Noe

Może liczyć na przetrwanie.

Autor? Aldous Huxley: wnuk Thomasa Huxleya, sojusznika Darwina w walce z duchowieństwem, i brat Juliana Huxleya, s i r Juliana Huxleya, niegdyś profesora zoologii w King’s College w Londynie, dyrektora generalnego UNESCO i wybitnego specjalisty od eugeniki...

Wypuściłem z pipety kroplę kleistego płynu na szkiełko i niezwykle starannie przesunąłem na nią szkiełko nakrywkowe. Później ustawiłem światło i wsunąłem preparat na stolik mikroskopu. Mała moc... średnia moc. Spojrzałem, wyostrzyłem przesłonę, nastawiłem oprawę obiektywu na dużą soczewkę. Zaskoczyła.

Milion milionów plemników, wszystkie rozedrgane. Maleńkie wykrzykniki ślepego i karygodnego planu! Pytajniki zadające jakieś absurdalne pytania? Tysiące kropek, każda zawierająca doniosłe, niejasne przesłanie... Migotały i drżały, rwąc się do Bóg jeden wie jakiego, bliżej nieokreślonego jajeczka. Wiedziałem, o tak, wiedziałem, że z każdego tysiąca, na który patrzyłem w jasnym kręgu światła, pięćset niosło rozkaz wzrostu, normalności, szczęścia i zadowolenia, a pięćset - klątwę.

Tylko które?

Czy było to objawienie? Czy to chwila, kiedy przemówiło do mnie coś albo ktoś - posępna i surowa muza nauki? Czy to wtedy określono przyszły przedmiot moich badań, tak jak siedemnaście lat wcześniej zadecydowano o moim przyszłym życiu, kiedy sperma, taka jak ta, podążyła jajowodem mojej matki i napotkała tam wędrujące, zdumione jajeczko z delikatną otoczką komórek pęcherzykowych? Zapomnijmy o kopulacji. Prawdziwa penetracja następuje, kiedy szczęśliwy plemnik, biedny Noe, ociera się o jajeczko i gdy eksploduje pęcherzyk z enzymami trawiennymi. Ogonek odpada, a główka wnika do wewnątrz. Przez chwilę dwa zestawy chromosomów - z jajeczka i z plemnika - leżą obok siebie w krępującym, bezpośrednim sąsiedztwie. Jeden z nich ma w sobie moją klątwę. Chromosomy, splątane zwoje kwasu nukleinowego i białka, układają się w jeden proroczy układ. Tak powstał Benedict Lambert. Chromosomy wcześniej należące do matki i ojca teraz stają się moimi. Powstałem. I jestem przeklęty.

Czy Gregor Mendel też był przeklęty? Moment zespolenia następuje w masywnym łożu w chłopskiej chacie pod numerem 58 w Heinzendorfie, wiosce u stóp Sudetów na austriackim Śląsku, nieopodal obecnej polskiej granicy. Jest mniej więcej 22 października 1821 roku. Pod jedną ze ścian stoi kwadratowy piec kaflowy, wokół którego sypia rodzina w długie zimowe noce. Teraz jest jednak chłodna jesień, kiedy modrzewie, białe brzozy i topole zmieniają kolor na złoty i rdzawy. Anton i Rosine leżą w wielkim łożu. Ich córka Veronika śpi po jednej stronie, a jej rodzice cicho i metodycznie kopulują po drugiej. Ogrzewają się nawzajem ciepłem swoich ciał i przez spazmatyczną chwilę czymś jeszcze - ulotnym zapomnieniem o troskach chłopskiego życia. Później cicho leżą przytuleni, obejmując się ramionami, gdy migotliwa ławica plemników rozpoczyna z determinacją wędrówkę na oślep po drogach płciowych Rosine.

Czy konkretne zestawy chromosomów, które się wtedy spotkały, niosły w sobie konkretną przyszłość Gregora Mendla? Czy zapisano ją w genach? Czy można mieć geny geniuszu?

Restrykcja

Francis Galton, kuzyn Karola Darwina, szukał dowodów na to, że inteligencja jest dziedziczna - i znalazł je, oczywiście wśród własnych dostojnych krewnych. Ciekawe, co powiedziałby o współczesnym mu Gregorze Mendlu. Ciekawe, jakie wnioski wysnułby z nędzy, w jakiej się wychował, z tępej głupoty, z ciężkiej pracy w polu, z biedy i brudu. Ojciec Mendla był zwykłym chłopem pańszczyźnianym. Może coś tam i miał, a jednak pozostawał poddanym R o b o t a. Z takiego świata pochodził Mendel.

Robot to słowo symbol. Oczywiście miało się nim stać z chwilą, gdy dramatopisarz Kareł Ćapek wyciągnął je ze składnicy języka czeskiego, ukuwając jego nowe znaczenie12. Za czasów Mendla Robot nie był maszyną, lecz człowiekiem, chłopem, zmuszanym przez trzy dni w tygodniu do pracy na rzecz pana. Po rewolucji w 1848 roku, która uwolniła wieśniaków od pańszczyzny, Robota zdelegalizowano, jednak wcześniej zdążył zrujnować życie Antona Mendla. Była to rodzinna scheda, którą miał odziedziczyć Gregor.

Tymczasem Galton odziedziczył fortunę i stworzył eugenikę, żeby udowodnić, iż klasy wyższe są w istocie lepsze (w jego konkretnym przypadku także bezpłodne, ale na to spuśćmy miłosiernie kurtynę milczenia). W moim tezaurusie „prawo Galtona” sąsiaduje bezpośrednio z proporcjami mendlowskimi. Jest w tym ironia.

Oczywiście ta wioska wciąż istnieje, wtulona we wzgórza północnych Moraw - w sercu Europy, równie daleka od Madrytu jak od Moskwy, od Bałtyku jak od Morza Śródziemnego. To dość ładna miejscowość. Można by pomyśleć - wiejska sielanka. Lasy i pola ciągną się pod delikatnym, letnim niebem jak za czasów Mendla. Ten sam strumień płynie wzdłuż tej samej drogi (tyle że teraz asfaltowej) ku dolinie Odry. Te same drzewa - olchy, wierzby i osiki - rosną wzdłuż jego brzegów, a za polami na północy wznoszą się te same góry, wciąż czarne od świerków. Można tu sobie wyobrazić tę rodzinę w chacie - wesołą i krzepką Rosine, bladego i ponurego Antona, dwie córki: Veronikę i Theresię, oraz syna Johanna. Można to sobie wszystko wyobrazić, jednak byłoby to dalekie od prawdy.

Fakty są takie, że choć topografia jak i większość budynków pozostały te same, to miejscowość zmieniła się nie do poznania. Zmieniła się nazwa, zmienił się język, ludzie się zmienili, cały świat się zmienił. Nic nie jest takie samo. Nie ma już Heinzendorfu - teraz to są Hynčice, sady, chaty i stodoły porozrzucane wzdłuż jednej ulicy i przechodzące w sąsiednią wioskę, Ważne, dawniej Grosspetersdorf. Góry wznoszące się na północy są częścią pasma Sudetów.

To Sudetenland.

Na głównym skrzyżowaniu tej idyllicznej wioski stoi dziwna budowla. Wygląda jak połączenie przystanku autobusowego z kaplicą. Ponad dachem wznosi się tablica z czarnego kamienia z gotyckim napisem:

Nietrudno sobie wyobrazić oddział żołnierzy w szarozielonych mundurach, którzy zatrzymują się na krzyżówce i spoglądają w górę na tablicę. Załóżmy, że jest piękny, jesienny dzień w 1938 roku. Za oddziałem jedzie półciężarówka albo motocykl z przyczepą. Żołnierze patrzą na inskrypcję z satysfakcją wyzwolicieli, a mieszkańcy - kobiety w kwiecistych fartuchach z rękami ubrudzonymi mąką i mężczyźni w drelichach i zabłoconych butach - wychodzą z domów i stodół, by ich powitać.

- Hier wurde Mendel geboren - tłumaczą im.
- Mendel? Ein Jude?
- Nein, nein - śmiech. - Prałat Mendel. Entdecker der Genetik.

Na dowód pokazują im szczerzącego zęby, zażenowanego krewniaka. Świadomi własnej rasy i krwi, czystości swoich genów i pośledniej natury Słowian, żołnierze są zachwyceni, że trafili do rodzinnej wioski Mendla. Poczytują to za znak. Śmieją się. Może nawet zrobią sobie zdjęcie eleganckim, gustownym, futurystycznym aparatem Leica; potem wyślą je do rodziny w Rostocku.

Oświęcim jest o dwie godziny stąd, tuż za polską granicą.

Dom Mendla, otoczony wiśniami i jabłoniami, wciąż stoi - oddalona nieco od drogi solidna budowla, do której wiedzie zarośnięta ścieżka. Jest tu metalowa tabliczka z koślawym napisem z czasów Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej - Pamatka G. Mendela, pomnik G. Mendla. Klucze wydaje kobieta sprzedająca w miejscowym sklepie. Oczywiście, jest Czeszką. Rozumie trochę po niemiecku.

Zwiedzającym udostępniono dwie izby - obydwie z bielonymi ścianami i ze śladami wilgoci. Na ścianach typowe zdjęcia - Gartner, Nageli, Darwin, bracia augustianie - i typowe kopie prac Mendla. Są diagramy przedstawiające krzyżówki groszku, cytat z T.H. Morgana i stylizowany, błędny model fragmentu łańcucha DNA. Poza tym niewiele. Jedynie w izbie od podwórza jest coś, co sam Mendel mógłby rozpoznać: stojący w rogu kaflowy piec, niemy świadek długich, ciężkich zim.

W księdze gości ktoś dopisał pod swoim nazwiskiem: SudetenDeutscher.

Jak wyglądało życie sudeckich Niemców sto pięćdziesiąt lat temu? Pewnie było skromne, bogobojne, wypełnione obowiązkami. Przyszłość stanowiła prostą kontynuację przeszłości - nie podlegała zmianom. Godziłeś się na swój los i regularnie odwiedzałeś rodzinne groby, by zrozumieć, co oznacza pogodzenie się z losem. Modliłeś się i pracowałeś. Nie zadawałeś pytań.

Johann Mendel wymknął się przez jedyną uchyloną furtkę - wykształcenie. W roku 1834, zachęcony przez dyrektora miejscowej szkoły, przystąpił do egzaminu do gimnazjum cesarskiego w Troppau (Opawa) i zdał.

Możecie sobie wyobrazić dumę jego matki, gdy się o tym dowiedziała: stoi w kuchni, wyciera w ścierkę zaczerwienione ręce i przytula synka w mocnym, matczynym uścisku. Pewnie miała wobec niego jakieś plany: jej wuj był kiedyś nauczycielem i być może marzyła o czymś podobnym dla swojego syna. Wyobraźcie też sobie starego Antona skrywającego gorycz i zazdrość, gdy klepie syna po ramieniu.

- Za moich czasów nie było takich możliwości, synu. Za moich czasów musiałeś pracować, żeby ci się lepiej wiodło...
- Przecież chłopak pracuje. Pracuje głową.

W tej odpowiedzi krył się podskórny wyrzut, sugestia, że Johann jest stworzony do czegoś lepszego, że wysilając umysł, można wyrwać się ze szponów pańszczyzny i R o b o t a; kryła się też w niej aluzja, że wychodząc za mąż za Antona Mendla, Rosine Schwirtlich w jakimś sensie zeszła szczebel niżej.

Johannowi zapewniono w gimnazjum niepełny wikt - zapewne dostawał darmowe kolacje. Był pracowity i nauka szła mu dobrze - został prima classis cum eminentia - jednak wyrwanie się nie było takie proste, gdyż zimą 1838 roku jego ojciec odniósł poważne obrażenia, odrabiając pańszczyznę przy wycince lasu pod Ostrau13. Przygniótł go pień drzewa. Odwieźli rannego wozem do domu ze zmiażdżoną klatką piersiową.

W Heinzendorfie zapewne wrzało od domysłów. Co zrobi Johann Mendel? Jego ojciec niby przeżył, ale o pracy fizycznej nie mogło być mowy. Co zrobi jego jedyny syn? Posępny i nieprzejednany Robot dybał w ciemnościach, by upomnieć się o Johanna Mendla.

Czy istnieje gen uporu? Johann był niewątpliwie człowiekiem upartym. Upartym w badaniach nad zielonym groszkiem (osiem lat, osiem pokoleń, ponad trzydzieści tysięcy roślin), upartym w zmaganiach z fiskusem, gdy został opatem klasztoru, i upartym wtedy, jako szesnastolatek, gdy jego ojciec został niemal kaleką, a ich gospodarstwo miało popaść w ruinę. Nietrudno wyobrazić sobie dramat, który rozgrywał się w chacie w wiosce Heinzendorf po powrocie Johanna do domu. Nietrudno dojrzeć wyniszczające kłótnie grożące rozpadem rodziny - zawiść, oskarżenia, fałszywe apele do poczucia obowiązku i oszukańcze odwoływanie się do miłości, cały ten żrący roztwór rodzinnego konfliktu.

- Chłopak musi się dalej uczyć - nalegała Rosine.

Na to stary Anton, siedzący na krześle koło pieca, kaszlał i odcharkiwał śluz i krew, przedstawiając je jako dowody.

- Harowałem na ten dom jak wół. Teraz ciskacie mi to w twarz, nawet nie mówiąc dziękuję.
- To nie tak, ojcze - próbował mu tłumaczyć syn, ale bez powodzenia.
- Właśnie, że tak. Gardzisz pracą na roli, ot co. Uważasz, że to poniżej twojej godności. Myślisz, że zostaniesz kimś, bo przeczytasz kilka książek... - Stary Anton charkał, pluł i wygrażał palcem synowi.

Córki krążyły wokół niego, zaklinając ojca, żeby przestał.

- Zrobisz sobie krzywdę, ojcze.
- Nie mieszajcie się. To nie babska rzecz.

A jednak okazało się, że to była właśnie ich sprawa, gdyż w ich rękach znalazł się klucz do rozwiązania tego problemu - starszej Veroniki z jej świeżo poślubionym mężem i młodszej Theresii, babci wuja Harry’ego, wtedy ledwie jedenastoletniej. Wyobrażam sobie, że ukartowały to wszystko z matką, stawiając ojca przed faktem dokonanym. Mąż Veroniki, Alois Sturm, miał trochę oszczędności. Mógł odkupić gospodarstwo, żeby zostało w rodzinie. Pieniędzy ze sprzedaży starczyłoby Antonowi i Rosine na życie - przecież Anton nie nadawał się do pracy - i jeszcze trochę by zostało, żeby wesprzeć Johanna na uniwersytecie. W dodatku Theresia - krzepka, mądra Theresia - zrzekłaby się swojej części schedy - w istocie, swojego posagu - by pomóc ukochanemu bratu w nauce.

I tak Johann uczył się dalej, ledwie wiążąc koniec z końcem, udzielając korepetycji, ściubiąc grosz i borykając się z biedą oraz poczuciem winy.