Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Przyszłość Yurto zależy od wuja, grafa de Gra Yudherthardere. Jemu jednak zbrzydły kolejne skargi na rozwiązłość siostrzeńca i zsyła krasnoluda na koniec świata. Nie wie jeszcze, że tam rządzi magia, a chłopakowi trafi się przygoda życia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 28
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Kanikuła
– Cudownie miękka podusia. Oj, cudownie. Żem na takiej miękkiej jeszcze się nie budził – mamrotał rozanielony krasnolud, z czułością ocierając się kudłatym licem o pokaźny biust leżącej obok kobiety. Dziewczyna co prawda pięknem nie grzeszyła, a rozmiarem zbędnych fałd przyćmiewała każdą, z której wdzięków ówże krasnolud korzystał, jednakowoż na tę chwilę Yurtowi zdała się przecudnej urody gwiazdeczką. Najśliczniejszą nimfą. Zaprawdę, po dziesięciu dniach w siodle, na usługach Krasnoludzkiej Rady, możliwość zatonięcia… tak, to najlepsze określenie… zatem możliwość zatonięcia w objęciach Enurfi zdawała się młodzieńcowi czystą ekstazą. No, a i z ową czystością nie ma co przesadzać. Zamtuz z Szemranej Dzielnicy akurat tego nie obiecywał. Nie raz i nie dwa Yurto musiał zasięgać pomocy książęcego medyka po wizycie u tutejszych panienek. Mimo to wciąż wracał. Jak owo ciekawskie kociątko, co to je pies pokąsał, a ono i tak ku niemu się garnie, w poszukiwaniu przygód.
– Zliź – grzecznie poprosiła Enurfia, gramoląc się z łóżka. – Gospodyni idą.
Krasnolud westchnął boleściwie.
– Ech, śliczności moja – wyszeptał i wyciągnął ręce ku dziewczynie – wróć no do mnie. Nie zdążyłem się nacieszyć twoimi wdziękami.
– Jak gospodyni was tu znajdą, to się, kurwa, nacieszycie – warknęła nierządnica, rzucając mu koszulę. – Wezwie którego z drabów i znów wam skórę przetrzepią. Albo i gorzej. Jakbyście chocia raz talara rzucili, byłoby inaczej. A wy nic, ino na krzywy ryj. To i gospodyni zła.
– Enurfijko…
– Cichajta! – Spojrzenie panny zmiękło, ale głos pozostał stalowy. – Kto usłyszy i znów będę przez dwie nocki za nic dupy dawała. Och, głupia żem jest. Głupia. Ino te szczerbate zębiska wyszczerzycie, a mnie już bierze. A przecie mówiła gospodyni… No już! Wynocha!
Yurto wstał niechętnie. Zarzucił koszulę na grzbiet i powolutku zaczął wiązać troczki. Naraz jednak usłyszał ruch za drzwiami izby i gwałtownie przyspieszył. Palce mu drżały, więc zamiast skończyć z tasiemkami, złapał spodnie i buty, pchnięte uprzednio w kąt, i rzucił się ku oknu. Po drodze stanął jeszcze, by cmoknąć policzek Enurfii.
W chwili, gdy do izby wpadli zamtuzowi zbóje, Yurto właśnie skakał przez okno. A że w podobny sposób do zacnego przybytku tej nocy trafił, wiedział, że do bruku niedaleko i nic sobie takim ćwiczeniem nie uszkodzi. Chcąc zaś i w najbliższej przyszłości nieuszkodzonym pozostać, kiedy tylko dotknął kocich łbów, biegiem ruszył w ciasne uliczki, żeby zgubić ewentualny pościg. A Yurto, wbrew ogólnej opinii o krasnoludach, biegać potrafił. Przemykał więc błyskawicznie między wysokimi budynkami, aż wreszcie podążający za nim tupot ucichł zupełnie. Nawet wtedy krasnolud nie zwolnił. Ot tak, dla przyjemności, biegł jeszcze przez pół miasta, aż dojrzał biały dom, w którym rezydował namiestnik Rady. I przenajmilejszy wuj Yurto – graf de Gra Yudherthardere.
***
Następnego dnia o poranku przenajmilejszy wuj Yurto stał przy oknie i wpatrywał się w ciasną uliczkę. Nie żeby specjalnie interesowali go przepychający się przechodnie ani też ta zażywna kobitka z wielkim koszem kwiatów, która ich zaczepiała, próbując wcisnąć wiązankę. Stał tak i patrzył, nie bardzo zwracając uwagę, na co spogląda, a jego i tak nie najpiękniejsze lico szpecił grymas. Ot, graf miał spory problem. Darł się ten problem tuż za jego plecami. I nie był on pierwszy dzisiejszego poranka. Już o świtaniu w progi przedstawicielstwa Krasnoludzkiej Rady zawitała Duża Sofija. Nie żeby Ires de Gra Yudherthardere bał się najbrzydszej burdelmamy w mieście. Jednakowoż nie lubił jej wizyt o poranku. Mało tego, że była żywym dowodem nie najlepszego gustu Iresa w młodzieńczych czasach… a bogowie wiedzą, że bardzo starał się o tychże zapomnieć… to jeszcze jej wizyta zawsze oznaczała spore uszczuplenie krasnoludzkiego mieszka. I ból głowy. A jakże, ból głowy również. Kiedy bowiem Duża Sofija zaczynała gderać tym swoim cieniutkim, kompletnie do niej niepasującym głosikiem, nie potrafiła przestać. Zawodziła niczym zawodowa płaczka nad zwłokami najbogatszego mieszczanina, w oczekiwaniu na dodatkową premię za wkład w pracę.
