Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ucieczka, która kosztuje więcej niż życie
Kiedy choroba zaczyna zamieniać ciało w popękany kamień, nie ma już miejsca na złudzenia, są tylko: czas, który nieubłaganie się kończy, miasta żerujące na cudzym strachu i czworo młodych ludzi, którzy stają się dla siebie wszystkim.
Luna, Daniel, Tala i Kaj zmuszeni są do ucieczki ze swojej wioski, a ich jedyną szansą staje się Wyrocznia – istota, o której mówi się szeptem, bo nie daje ratunku bez ceny i zawsze sięga po to, co boli najbardziej.
W świecie pełnym brudu i przemocy lojalność staje się silniejsza niż rozsądek, uczucia rodzą się we wspólnym cierpieniu, a ci, którzy mieli być ofiarami, odzyskują swój głos i imię.
„Kamienne twarze” to opowieść o ludziach złamanych, którzy mimo że dźwigają własne rany, wciąż podnoszą się z ziemi, by ocalić siebie nawzajem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 471
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Twarze z kamienia nie mają w sobie dobra.
Tylko ból i strach.
Ich mięśnie zapomniały, jak drgać ze współczucia.
Kiedyś roniły łzy, ale nie pamiętają, co je wtedy bolało.
Skóra pęka, a w szczelinach czai się żar skwierczący od środka.
Boją się siebie, szczególnie chwili, w której wszystko runie i wypłynie zgnilizna.
Jak długo potrwa, zanim się zorientujesz, że to twoja twarz?
Patrzyłam, jak siedzi na trawie z kolanami podciągniętymi pod brodę, z twarzą uciekającą od słońca – nie chciała należeć ani do światła, ani do cienia. Jej czarne włosy powiewały miękko na wietrze.
– Wiosna lubi nas oszukiwać.
– Co masz na myśli? – zapytałam, skubiąc trawę.
– No wiesz… – Tala westchnęła głęboko. – Udaje, że całe życie można zacząć od nowa. Liście wracają, ludzie zaczynają za wszystkim biegać, zmieniają upięcia włosów, kłócą się jak piekarz z młynarzem, kiedy mąka nie przyjechała na czas i trzeba zrzucić na kogoś winę, zanim ciasto przestanie wyrastać. – Wzruszyła ramionami.
Wpatrywałam się w rzekę. Pierwsze dni zieleni były wszędzie – w ptakach, które przelatywały tak nisko nad wodą, że muskały skrzydłami jej powierzchnię, czy młodych liściach drżących na gałęziach.
– Babcia mówi, że motyle to najpiękniejsze kłamstwo świata.
Milczałam. Tala miała w zwyczaju nagle skręcać rozmową w boczną ścieżkę, której nie widać z głównej drogi, dopóki się na nią nie wejdzie. Rzucała zdanie, niczym kamyk w wodę, czekając, aż zrobi kręgi. Właśnie za to ją lubiłam. Nie potrafiła siedzieć cicho, kiedy w środku niej coś się poruszało. Nie pozwalała myślom zarastać milczeniem, łapała je w locie i wypowiadała na głos, zanim zdążyły się spłoszyć.
– W wiosce mówią, że gdy pokaże się pierwszy motyl, to znak, że przyszło nowe. – Popatrzyła gdzieś w bok. – Można odetchnąć, bo zima puściła i wszystko stanie się lżejsze. Jakby te skrzydła były dowodem, że świat potrafi się nagle naprawić.
Przesunęła palcami po źdźble trawy, urwała je i przez moment obracała w dłoniach.
– A babcia tak mówi, bo ludzie widzą tylko kolor i miękkość, a nie pamiętają, co było przedtem. Że to nie cud znikąd, tylko robak, który tak długo uciekał przed śmiercią, że najpierw musiał być głodny i brzydki, zaszyć się w sobie, rozpaść po cichu, by wrócić z czymś, co wszystkich zachwyci. – Zmrużyła oczy. – I dlatego wiosna tak łatwo nas nabiera. Szybko chcemy wierzyć, że to nowy początek.
– Co to właściwie znaczy?
Oparłam łokcie o kolana. W palcach ściskałam żółty kwiatek, łodyga pękła prawie bez oporu.
Tala spojrzała na mnie krótko. Było w tym trochę zdziwienia.
– Najpierw trzeba umrzeć – rzuciła. – Zanim zaczniesz latać, coś w tobie musi się skończyć. – Odwróciła twarz w stronę lasu.
– Umrzeć… – powtórzyłam za nią.
– Pozwolić sobie się rozpaść – powiedziała wolno. – Puścić wszystko, co znałaś, w czym byłaś bezpieczna. I nie mieć żadnej pewności, że po drugiej stronie naprawdę będzie lepiej.
– To brzmi jak skok – wyszeptałam. – Bez ziemi pod nogami.
– Właśnie. – Tala kiwnęła głową.
– A co się stanie, jeśli nie będę tego chciała?
– Nic wielkiego – odparła ciszej, a przez to straszniej. – Po prostu zostaniesz tam, gdzie miałaś się zmienić. I zgnijesz. Nie w sensie… – Urwała, szukając słowa, a po chwili machnęła ręką. – Nie w takim, że wszystko w tobie zrobi się ciężkie. Ale że w końcu przestaniesz pamiętać, po co w ogóle chciałaś mieć skrzydła.
Patrzyłam na żółty kwiatek, który trzymałam w dłoniach. Nagle wydał mi się bardzo kruchy.
Tala miała szesnaście lat i była tylko rok starsza ode mnie, a czasami mówiła tak, jakby znała te wszystkie rzeczy od dawna. I kiedy odpowiadała na moje pytania, czułam jednocześnie złość i ulgę, że ona potrafi to nazwać na głos, a ja mogę tylko pytać.
Może to los włożył jej do kołyski te wszystkie dziwne myśli, jak kamyki, których nie da się wyrzucić daleko, bo zawsze wracają do kieszeni. Dorośli w naszej wiosce od dawna omijali Talę. W jej obecności czuli się nieswojo. Moja przyjaciółka nie umiała udawać, że liczy się tylko to, co można unieść w dłoniach, jak porąbane szczapy, zacerowany płaszcz, worek zboża wymieniony na cukier, rachunek, który się zgadza. A przecież wszyscy oni żyli z takich rzeczy, oddychali nimi, mieli od nich odciski i spokój, który przychodzi, kiedy dzień się kończy.
– A co twój dziadek na słowa babci? – zapytałam w końcu, trochę specjalnie, ale bardziej z ciekawości.
Tala uniosła brew, a potem uśmiechnęła się pod nosem.
– Dziadek? – parsknęła. – On by pewnie oznajmił, że możemy sobie mówić wzniosłe rzeczy o motylach, ale gdy któryś wleci do izby, to i tak skończy w zupie. – Zaśmiała się krótko i nakreśliła patykiem kilka kółek na piasku. – Wiesz, dziadek zawsze dogryza babci. Kiedy ona zaczyna swoje gadanie, to mówi, że to czcza paplanina, bo ktoś musi pamiętać, żeby ptaki spod dachu wygonić, inaczej cała chata będzie w piórach. A potem, kiedy chodzimy razem po wodę do studni, głaszcze mnie po głowie. Mówi, że ma w domu dwie mądrości: jedną starą i jedną młodą. Ale zaraz dodaje, że z tej młodej to i tak żadnego pożytku nie będzie, jeśli się nie nauczy porządnie cerować, bo mąż ucieknie szybciej, niż zdążę mu podać chleb z pieca.
Prychnęła, tym razem głośniej, a ja wyobraziłam sobie dziadka Tali, w lnianej koszuli, ze spracowanymi, wyglądającymi jak dębowa kora rękami, który żartuje przy studni tak samo lekko jak inni w karczmie.
– Tala… – Zawahałam się, bo nie byłam pewna, czy powinnam dopytywać.
Zerknęła na mnie. Jej oczy przypominały orzechy laskowe w ciepłym świetle.
– Ciągle masz w głowie takie rzeczy? – Zmarszczyłam brwi. – W naszej wiosce jest tyle pracy. Drzewo trzeba zwieźć, strażnik Oleg znów nakazał stawiać grube bale wokół chat. Mówią, że w większych miastach zbóje grabią podróżnych, a potem ciągną na wsie, gdzie łatwiej coś ukraść.
Popatrzyłam na swoje dłonie, jeszcze obolałe od noszenia polan.
– Dzisiaj z Różą szyłyśmy płótno na worki, bo ciągle wszystkiego brakuje. – Tala zerwała źdźbło trawy i zaczęła je leniwie skręcać między palcami. – Słyszałam nowe wieści, które nadeszły od Rady Miasta z Północnych Borów – dodała po chwili, broniąc się przed moimi słowami. – Od zimy noszę wodę do beczek, żeby było czym gasić, gdyby ogień przyszedł… – Urwała i znów zaczęła ściskać łodygi. – Ale wiesz, nawet gdy ciało robi, co trzeba, to głowa nie zawsze chce. Nie wiem, może to po prostu moje myśli nie zawsze są tam, gdzie trzeba.
Uniosła oczy ku niebu. Przez moment myślałam, że coś ją tam wołało. W tej samej chwili usłyszałam wewnętrzny szept, że może Tala nie należy tylko do tej wioski. Może w ogóle nie należy do żadnego miejsca.
Ale była moją przyjaciółką, jedyną, jaką miałam. I chyba dopiero dużo później zrozumiałam, że to dar. Nie trzeba rozumieć drugiego człowieka do końca, by zostać obok.
Tala była tylko o rok starsza ode mnie, wydawała się jednak wiedzieć więcej. Potrafiła zrobić pułapkę na zające, złagodzić ugryzienia owadów – trzeba rozgnieść liść babki i przyłożyć, a potem nie drapać – oraz rozpalić ogień nawet z mokrego drewna.
Ostrzegała też, które grzyby można zjeść, a które „zabijają powoli, tak żebyś jeszcze zdążyła się przestraszyć”. Oznajmiała to głosem pozbawionym lekkości. Nigdy nie śmiała się z własnych żartów. Zawsze chodziła pierwsza przez bagna. Miała w sobie coś, co rozsuwało świat – natura ją znała i przepuszczała.
Ja szłam za nią. Nie tylko ścieżką, która cięła trawy na dwie połowy, ale w ogóle, w tym, jak patrzyła na świat. Mieszkałyśmy w tej samej wiosce, w Księżycowym Gaju. Nazwa brzmiała jak obietnica, że wszystko toczy się tu spokojnie, ludzie mówią szeptem, a wieczorami nad rzeką unosi się tylko dym z ognisk. I czasem rzeczywiście tak było, kiedy róże przy płotach naprawdę kwitły, a wiatr niósł słodki zapach z ogrodów.
Ale Księżycowy Gaj nie był przystanią dla każdego.
Od jednej strony trzymały nas ciemne lasy, które zaczynały się nagle, tuż za ostatnią stodołą. Drzewa stały gęsto, blisko siebie i kiedy się między nie wchodziło, wioska od razu znikała. Z drugiej strony, kilka dni marszu od nas, mieliśmy kamieniołomy, białe blizny w zboczu – ziemia rozcięta do kości.
Bezpiecznie było tylko między chatami, gdzie płoty wyznaczały przestrzeń dla kur, a ludzie mieli swoje rytuały. Nikt z nas niczego się nie obawiał, dopóki świat kończył się na granicy znajomych głosów. Wystarczyło jednak pójść kawałek dalej, w stronę przełęczy, a wszystko robiło się większe i mniej ludzkie. Szlaki wiły się między wzgórzami. Wąskie przejścia potrafiły zamknąć się mgłą w pół dnia. A za przełęczą zaczynały się inne osady, z których mieszkańcami wymienialiśmy sól na mąkę i zioła na narzędzia. Czasem przychodziły stamtąd dobre wieści o tym, że most nadal stoi i droga jest przejezdna. A niekiedy docierały tylko urwane zdania, że ktoś nie wrócił z lasu, w kamieniołomie osunęła się ściana, a na trakcie widziano ludzi, którzy rabują podróżnych.
W naszej wiosce czułam się jak jedno z tych ognisk, które zawsze palą się słabiej. Znałam swoje zadania i się ich trzymałam. Byłam pracowita, pomagałam w chacie, nosiłam wodę i pilnowałam, żeby ogień nie zgasł. Najczęściej opiekowałam się swoją młodszą siostrą, Sofi. Zaplatałam jej włosy, uciszałam, kiedy płakała bez powodu, uczyłam, czego nie dotykać, gdzie nie wchodzić. Od święta pojawiałam się w mieście, kiedy trzeba było wymienić zboże na sól, moje ulubione mydło na suszone zioła albo gdy mama potrzebowała wełny na koce – cokolwiek akurat było do zrobienia. Jak większość z nas trzymałam się jednak swoich progów.
Dlatego chodziłam za Talą. Bo przy niej nawet Księżycowy Gaj wyglądał inaczej, jak coś żywego, co oddycha, wciśnięte między las a rzekę. Czasem odwracała się do mnie z tym swoim wzrokiem, którym sprawdzała, czy nadążam i czy się nie boję. Przy niej czułam się bezpieczna. Tak jak wtedy, gdy pierwszy raz odważyłam się powędrować do Sączyc. Chciałam sprawić mamie przyjemność i wymienić szal na zwierciadło. Tala od razu znalazła handlarza, który zgodził się nie brać monet, tylko zapłatę w towarze.
Ale nim zdążyłyśmy odejść, strażnik zagrodził nam drogę. Był jednym z tych, którzy nosili żelazne znaki Rady Miasta na pasach – ich słowo było prawem, które zmieniało się tak, by im żyło się wygodnie. Trzymali w ryzach drogi i osady, niby w imieniu Rady, ale każdy wiedział, że lubią sięgać po więcej. Wartownik kazał wszystkim się zatrzymać. Na rynku złapano chłopaka, ledwie starszego ode mnie, którego oskarżono o kradzież sakiewki. Nie pytano, czy to prawda, bo wystarczyło, że ktoś wskazał palcem. Patrzyłam, jak dwóch innych strażników przyciska go do ziemi, a ludzie odwracają wzrok. Nikt się za nim nie wstawił, bo każdy wiedział, że z Radą się nie dyskutuje. Kto podniesie głos, temu sami znajdą winę.
Tala stała obok mnie, ścisnęła mocniej moją dłoń. Przypomniały mi się słowa mamy: „Prawo jest po to, żeby cię pilnowano, gdy masz do powiedzenia coś, co może im zagrozić. Rada Miasta to brzuch, który pożera trud biednych, a oddaje im tylko resztki”. Tala nie zrobiła niczego, co wyglądałoby jak bunt. W tłumie, który stał ściśnięty na rynku, poruszała się z obojętną twarzą, jakby bywała w tym miejscu od zawsze. Moja przyjaciółka już przy handlarzu dopilnowała, by owinąć zwierciadło w płótno i wcisnąć między rzeczy, które wyglądały na bezwartościowe. Ułożyła pakunek tak, żeby nic nie dzwoniło i nie zdradzało kształtu. Wyglądałyśmy jak wszystkie inne dziewczyny z torbami na ramionach i zbyt dużymi chustami wracające z targu w chłodny poranek i dopiero wtedy pojęłam, na czym polega spryt Tali. Umiała stać się niewidzialna w odpowiednim momencie i sprawić, żeby niewidoczna była też rzecz, po którą przyszłyśmy.
Mama ucieszyła się z daru. Oprawione w ciemne drewno zwierciadło lśniło w jej dłoniach. Powiedziała, że nigdy wcześniej nie widziała czegoś tak pięknego. Skłamałam, że wyhandlowałam lustro od wędrownego kramarza, który przeszedł przez naszą wioskę.
– Luna!
Głos Tali wyrwał mnie ze wspomnień. Stała kawałek dalej, czekając, aż do niej dołączę. Tego dnia powiedziała, że nauczy mnie budować kryjówkę.
– Taką, żeby nawet ludzie o twarzach z kamienia jej nie znaleźli – oznajmiła.
Rozejrzałam się odruchowo, jakby wśród drzew mogło stać to, czym dorośli straszą dzieci. W głowie odezwało mi się jeszcze echo rynku i twarzy odwróconych w bok. I nagle wydało mi się głupie, że pozwalam wyobraźni wpychać do lasu ludzi z kamienia. Powiedziałam więc półgłosem, że przecież to tylko opowieści. Takimi rzeczami straszy się dzieci, żeby nie szły za daleko.
Tala uśmiechnęła się kątem ust, tym swoim sposobem, w którym zawsze było trochę kpiny.
– Opowieści też potrafią znaleźć człowieka – rzuciła lekko. – Najpierw idą z ust do ust, a potem zaczynają łazić za plecami. Chodź, przed nami jeszcze kawałek drogi. – Machnęła ręką, odgoniła komara i dodała już zupełnie inaczej: – Ale bez strachu, Luna. Kryjówka nie jest na wypadek kamiennych twarzy.
– To po co nam ona?
– Na wypadek chłopaków.
To mnie rozbroiło. Pomyślałam od razu o tych, co lubili włóczyć się po skraju wioski i udawać, że są myśliwymi, choć potrafili co najwyżej zgubić własne buty. Tala szła pewnie, z gracją omijała mokre miejsca. Kiedy gałęzie skłoniły się zbyt nisko, nie schylała głowy w panice, po prostu przechodziła, a las robił jej miejsce.
Szłyśmy coraz głębiej, aż trawa stawała się rzadsza, a ziemia ciemniejsza i miękka od igliwia. Drzewa gęstniały. Ich korony splatały się w sklepienia, przez które sączyły się promienie słońca. Ścieżka ginęła w paprociach i korzeniach. Miałam wrażenie, że idziemy już tylko tam, gdzie Tala chce, żeby istniała droga.
Moja przyjaciółka zatrzymywała się co kilka kroków, unosiła głowę i patrzyła. Potem schylała się i dotykała ziemi, jakby pytała las o zgodę. W końcu uklęknęła przy zwalonym pniu i wyjęła mały patyk.
– Tu – powiedziała krótko, stukając nim w ziemię.
Zaczęłyśmy znosić gałęzie. Suche nie były dobre – Tala od razu odrzucała je na bok, mówiąc, że rozpadną się przy pierwszym deszczu. Kazała mi szukać tych cięższych, jeszcze wilgotnych w środku.
Podawałam jej kolejne konary, a ona opierała je o pnie. Gałąź po gałęzi, trzeba było wciskać je ciasno, by nie zostawały szczeliny. Brudziłyśmy się błotem. Czasem musiałam użyć kolana, żeby wcisnąć grubsze drewno w wyrwę. Dopiero potem zaczęłyśmy wplatać cieńsze patyki. To nie wyglądało pięknie, ale Tala przyjrzała się całości i cmoknęła z aprobatą.
– Dobre kryjówki nie błyszczą i nie próbują przyciągać wzroku. – Zaczęła skubać kawałek kory. – Jeśli coś wygląda zwyczajnie, łatwo to ominąć. I o to właśnie chodzi, by nie rzucać się w oczy, przypominać zarośla albo zniszczoną chatę.
Nie odpowiedziałam. Zauważyłam, że w moich włosach zaplątały się liście i drobne igły, więc zaczęłam je wyciągać.
Tala położyła przed wejściem płaski kamień, jak pieczęć. Potem wślizgnęłyśmy się do środka.
– Tu jesteś tylko ty i to, co ze sobą przyniesiesz – powiedziała, leżąc na plecach, z rękami za głową. – Tu nie znajdzie nas żaden strażnik ani ci, co noszą żelazne znaki Rady, żaden kupiec, a tym bardziej bogacz… ani nawet Wyrocznia.
Wsłuchiwałam się w swój oddech i szelest dalekich liści. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że Tala stawiała coś więcej niż kryjówkę. Budowała we mnie miejsce, do którego będę wracać, kiedy wszystko inne się rozpadnie.
Sofi! Ile razy mam mówić?! – krzyknęła mama z głębi izby. – Gdy rozlewasz mleko, to ścierasz!
Moja siostra przebiegła przez kuchnię z ręką pełną okruchów i miną niewiniątka.
– To kot zrzucił!
– Nie mamy kota!
– To czemu słyszę miauczenie?
Mama jęknęła głośno. Stała w fartuchu przewiązanym krzywo, z dłonią na biodrze i mokrą szmatą w drugiej ręce.
– Wracaj i posprzątaj, mała. Nie jestem twoją służącą.
– Ale jesteś moją mamą, a to wyższa ranga – oznajmiła, już cofając się w stronę izby, ale z uśmiechem tak bezczelnym, że nawet mnie trudno było zachować powagę.
W kącie palił się ogień, rzucając pomarańczową poświatę na podłogę. Pokój pachniał jabłkami i bezpieczeństwem, którego nie dało się nazwać, ale które miało smak miękkiego chleba.
Sofi była drobna, ale zadziorna. Miała osiem lat i oczy, które rozwierały się szeroko przy każdym pytaniu i rzadko mrugały, włosy rozczochrane, nogi zawsze z obtarciem albo siniakiem. Ale kiedy się śmiała, wyglądała jak ktoś, komu świat jeszcze nie zdążył zrobić krzywdy.
Sofi i mamę łączyła więź, której nic nie potrafiło naruszyć. Widziałam to każdego dnia. Mama mogła być zmęczona, milczeć całe popołudnie albo z irytacją wyrzucać popiół z pieca, ale kiedy Sofi spojrzała na nią spod rzęs i przeciągle westchnęła, zawsze miękła. Wyciągała koc albo piekła coś słodkiego. Ja też na to czekałam, bo wtedy w kuchni pachniało jak podczas święta.
Dokądkolwiek szła mama, tam szła też Sofi. Lubiła, gdy mama przesiąkała zapachem rabarbaru, kiedy czesała jej włosy, mimo że zawsze narzekała, że są takie długie. Czasem śmiałyśmy się wszystkie naraz, bo Sofi wymyślała coś głupiego – stroiła miny, po czym uciekała z kosmykami sterczącymi jak siano. A kiedy mama krzyczała, że tata już idzie, pierwsza biegłam do drzwi. Sofi potykała się tuż za mną.
– Dokąd idziesz?! – zawołała mama, kiedy wstałam od stołu.
– Do Tali! Potrzebuje mnie!
– Żebyście znów goniły po bagnach, a potem kolejny raz będę kleić twoje buty!
– Oj, mamo! – krzyknęłam już zza progu.
A potem zatrzymałam się i spojrzałam na nią przez ramię. Jej twarz była spokojna, ale w oczach miała ciężar.
– Lepiej zniszczyć buty niż całe życie stawiać je w tym samym miejscu – odezwałam się. – Ja nie chcę przyszłości, która tylko pachnie popiołem i ziołami do nacierania.
Mama zamarła. Ogień w palenisku trzaskał dalej, przypominał, że czas płynie, nawet jeśli człowiek stanie w miejscu.
– Luna… – zaczęła w końcu. – Nie masz pojęcia, o czym mówisz.
– Tata mi zdradził, że gdy byłaś w moim wieku, uwielbiałaś tańczyć – dodałam, nie spuszczając z niej wzroku. – I potrafiłaś wspiąć się na każde drzewo, nawet z zamkniętymi oczami.
Mama położyła lnianą szmatę na stole i ruszyła w moją stronę.
– Nie przestałam od razu. Tylko któregoś dnia nie wróciłam już tam, gdzie tańczyłam. Tobie się wydaje, że drewno w palenisku to tylko nuda i codzienność. Ale ciepły popiół znaczy, że ogień już grzał, dał chleb i że przeżyliśmy kolejny dzień. – Włożyła mi kosmyk włosów za ucho i niepewnie, ale tak, że aż stanęłam w miejscu, podjęła: – Luna, uważaj, proszę, w lesie.
– Na co? – zapytałam. – Tala dobrze zna las.
– Nie o nią mi chodzi. Tylko…
Parsknęłam, choć było w tym więcej nerwowości.
– O te opowieści zza gór? O ludziach o twarzach z kamienia?
Zauważyłam, że jej usta się zacisnęły.
– Przecież wiesz, że to plotki – rzuciłam. – Stara szwaczka z rynku opowiada je każdej wiosny. Wymyśla, że przychodzą nocą, więc trzeba szyć zasłony z trzech warstw materiału, żeby nie zobaczyli światła… To wszystko tylko po to, żeby ludzie kupowali więcej lnu i wełny. Znalazła sposób, by zgarnąć trochę monet. – Przestępowałam z nogi na nogę. – Daniel wrócił wczoraj z górskiej osady – dodałam pospiesznie. – Mówił, że handel medalionami ma się tam świetnie. Sprzedają je na każdym rogu, jedni noszą na szyi, inni wieszają przy drzwiach, a jeszcze inni chowają pod siennikiem, żeby dzieci im w nocy nie zabrano. Prychnęłam razem z nim, bo wyglądało to bardziej na sztuczkę kramarzy i złotników niż na prawdziwą ochronę. Przecież to tylko strach liczony w wadze srebra.
Spojrzałam na mamę, ale jej twarz nie zareagowała ani odrobiną łagodności.
– Może. Ale każda plotka zaczyna się od ziarna prawdy – odparła.
Odwróciła wzrok, jej ramiona drgnęły.
– Luna… Kiedy tata wróci z polowania, chcielibyśmy z tobą o czymś porozmawiać. – Zawiesiła głos. – Masz już piętnaście lat. Myślę, że to odpowiedni wiek, by…
Patrzyłam na nią przez chwilę, ale nie zapytałam, o co chodzi, bo coś w jej głosie podpowiadało, że to dla niej bardzo trudne.
– Dobrze. – Zdołałam powiedzieć tylko to.
Kącik jej ust drgnął.
– Wróć przed zmrokiem.
– Oczywiście, mamo. Jak zawsze.
Za progiem poczułam powietrze pachnące sosnami.
Wyszłam, zatrzaskując za sobą drzwi.
Wioska tonęła w kurzu, ptaki darły się w koronach drzew. Minęłam skrzypiący płot Wani, naszej garncarki, która na wszystko miała oko i głowę owiniętą chustą tak szczelnie, że zdawała się ukrywać pod nią coś więcej niż tylko włosy. Tym razem na ganku jej nie było. W cieniu ściany drzemał pies, łapą przykrywając pysk.
Szłam dalej drogą ubitą przez mieszkańców. Krzyżowały się na niej ślady kół wozów i końskich kopyt, po bokach leżały zgubione źdźbła, kilka zgniłych jabłek, a nawet fragment glinianego dzbana. Pachniało kwaśnym mlekiem.
Za płotem piekarza stał przewrócony kosz po bochenkach – musiał go zostawić wczoraj, po targu, kiedy wszyscy w pośpiechu rozchodzili się do domów. Czułam jeszcze woń pieczywa wymieszaną z dymem palonych polan.
Droga prowadziła w dół, a ja dostrzegłam dzieciaki wspinające się na stare wozy. Przed domem młynarza usłyszałam podniesione głosy. Jeden z nich poznałam od razu.
Wojciech.
Nie musiałam go widzieć, żeby wiedzieć, że to on. Był starszy ode mnie. Miał więcej pewności siebie niż zdrowego rozsądku. W jego głosie zawsze dało się wysłyszeć coś, co ocierało się o zaczepkę – pewne słowa mówił tylko po to, by zobaczyć, czy ktoś odważy się mu odpowiedzieć.
Tego poranka wciskał coś chłopcu w wieku Sofi, który mieszkał na końcu wioski. Trzymał w dłoni woreczek z suszem, jak się domyślałam – z miętą i pokrzywą, choć równie dobrze mogło to być coś innego. Malec wziął to niepewnie, a potem spojrzał na Wojciecha z mieszaniną podziwu i obawy. Ten poklepał chłopca po głowie, jakby właśnie pasował go na głupca, i już miał odejść, ale mnie zauważył.
Wyprostowałam się i machnęłam mu krótko ręką. Nie odwzajemnił tego gestu, tylko bąknął pod nosem coś niezrozumiałego, co brzmiało jak „nie twój interes”, i poszedł dalej, z rękami w kieszeniach.
Ruszyłam przed siebie. Słońce stało już wysoko, a pod stopami ścieżka zmieniała się z ubitej w piaszczystą. Wkrótce minęłam stary staw, do którego często wrzucaliśmy kamyki i w którym pływały kaczki Mistrza Wita, naszego nauczyciela. O tej porze dnia woda była spokojna, przez taflę prześwitywało nawet dno.
Na brzegu klęczała Róża. Włosy barwy płomienia zebrała w luźny warkocz, dłonie miała pełne kwiatów, bławatków i mniszków, które układała w małe pęczki. Lubiłam ją. Podobało mi się, z jaką delikatnością rozmawiała z roślinami, zanim je zerwała. Jej sukienka była przybrudzona od kolan w dół, ale nie wyglądało, żeby się tym przejmowała. Gdy mnie zauważyła, uniosła dłoń z jedną stokrotką, a z jej twarzy biła szczera radość.
Za stawem droga zaczęła pachnieć inaczej, więcej tu było mokrej trawy. Kroki tłumiła rzadko używana ścieżka, która zarosła gęstymi kępami pokrzyw. Usłyszałam szelest. Najpierw coś szarpnęło w zaroślach, potem rozniósł się głuchy dźwięk uderzenia, a zaraz po nim szczęk metalu o korę.
Daniel.
Stał przy pniu starego dębu. Ramiona miał napięte, twarz ściągniętą gniewem. Bił pięściami w korę tak, że aż drobne kawałki odrywały się i sypały pod jego nogi. Sięgnął do pasa. Wysunął nóż i cisnął nim w pień. Ostrze uderzyło w drewno z głuchym dźwiękiem, wbiło się w miejsce już naznaczone wcześniejszymi ciosami.
Obok, przy jego nogach, leżała torba – stara, ze skóry, popękana przy szwach. Wystawały z niej dwa tomy ksiąg – jeden cienki, sfatygowany, z miękkimi kartkami wygiętymi od używania, i drugi grubszy, zamknięty na rzemyk. Daniel sporo czytał. Widziałam go nieraz u Mistrza Wita, zadawał pytania, na które nikt inny nie miał cierpliwości odpowiadać.
Oparł się w końcu o drzewo, nagle zabrakło mu sił. Podniósł wzrok i mnie dostrzegł. Otarł dłonią pot z czoła, a włosy przykleiły mu się do skroni.
Moje policzki zapłonęły na czerwono, przez moment miałam ochotę odwrócić się i odejść. Ale zamiast tego zrobiłam krok naprzód i podeszłam bliżej.
– Czym zawiniło to drzewo?
Daniel parsknął pod nosem, opuścił wzrok na pień.
– Prosiło się o nauczkę – przyznał. – A ja nie umiem odmawiać.
Podeszłam do niego i oparłam się plecami o pień. Daniel zrobił to samo, stanął obok, ale bliżej, niż się spodziewałam. Był wyższy, więc kiedy nachylił się w moją stronę, padł na mnie jego cień.
– Widziałam Wojciecha. Znów rozdaje dzieciakom woreczki z pokrzywą za miedziaki.
Uśmiech zniknął z twarzy Daniela. Opuścił głowę, a jego pięści same się zacisnęły.
– Wmówił im, że to ich ochroni… – wychrypiał w końcu.
Podniósł wzrok i spojrzał na mnie.
– Nie kręć się koło niego, Luna – ostrzegł. – Wiem, że robi gorsze rzeczy.
Pokręciłam głową, chociaż w środku zrobiło mi się nieswojo.
– On tylko sprzedaje woreczki. Dzieciaki się boją, Daniel. A Mistrz Wit dziś mówił, że w miastach opustoszały kapliczki. Już nawet świeczek nikt nie stawia, bo nie ma komu… – Urwałam, szukając słowa. – U nas kapłanów nie było, odkąd pamiętam. Więc może to dlatego ludzie chwytają się takich rzeczy. Chcą mieć w dłoni coś, co złagodzi ich strach.
Daniel patrzył chwilę na wbity nóż. Powoli wyciągnął ostrze i przeciągnął kciukiem po rękojeści, sprawdzając, czy nie ma drzazg.
– Wiem, że się boją – powiedział w końcu. – Tylko Wojciech nie sprzedaje odwagi. Uczy ich, że można nie myśleć. Wystarczy mieć coś przy szyi, to wszystko. A potem dzieciaki chodzą dumnie, jakby im ktoś wręczył tarczę… i jeszcze łatwiej je zranić.
Przygryzłam wargę.
– Mistrz Wit nie chce nas uczyć o starych królach – rzuciłam nagle, bo to też mnie gryzło. – Zawsze ucina temat. A przecież oni byli… Nie wiem. Byli kiedyś, prawda?
Daniel się skrzywił.
– Byli. Tylko o nich się teraz nie mówi przy stołach, bo z tego robi się kłótnia. – Wskazał brodą na swoją torbę i wystające księgi. – Czytałem. W tych grubych, nudnych tomach, których nikt nie chce dotykać, bo pachną stęchlizną. – Usiadł na korzeniu i kontynuował: – Za królów było inaczej. Kapłani mieli swoje miejsca, a prawo miało jakąś twarz, nawet jeśli była paskudna. Ludzie wiedzieli, komu mają złorzeczyć i dokąd iść po łaskę. A potem przyszły Rady Miast ze swoimi znakami i strażami i ogłosiły, że jedyną prawdą jest Wyrocznia. I że wszystko ma się do niej naginać jak trawa do ziemi pod naporem wiatru.
Uniósł na mnie wzrok. Widziałam w jego oczach zmęczenie.
– Kapłani albo uciekli, albo ich przepędzono – mówił dalej. – Niektórzy sami zamilkli, bo co masz mówić, kiedy niszczy się wszystko dookoła? A królowie… pomarli. I od tego czasu Rady Miast próbują trzymać wszystko w zaciśniętej pięści, bo inaczej byłby chaos. Tylko że pięść to to samo co pętla na szyi.
Przez chwilę miałam wrażenie, że chce dodać coś jeszcze. Ale zamiast mówić, wstał. Zrobił krok w moją stronę. Zatrzymał się bliżej niż wcześniej i nagle zobaczyłam, że wcale nie jest tak pewny siebie, jak udawał przy drzewie.
Patrzył na mnie przez moment bez słowa. W jego spojrzeniu dostrzegłam coś, co mnie speszyło. Daniel uniósł rękę. Myślałam, że odsunie mi z policzka włosy, które wiatr przykleił do skóry. Jego palce zawisły w powietrzu tuż przy mojej twarzy. A potem cofnął dłoń i zacisnął ją na rękojeści noża.
Poczułam, że policzki znów robią mi się gorące. Wykonałam głupi, zbyt szybki gest – poprawiłam włosy sama. Chciałam natychmiast zająć czymś ręce.
– Muszę iść – powiedziałam, trochę za głośno.
Ruszyłam ścieżką. Nie obejrzałam się, ale wiedziałam, że Daniel patrzy za mną.
Las gęstniał z każdym krokiem. Minęłam krzewy jeżyn, wypuszczające dopiero pierwsze miękkie pędy, i zwalony pień, którego korę obsiadły świeże porosty. Ścieżka się zwęziła, między pniami było chłodniej. Raz po raz musiałam odgarniać giętkie gałązki tarniny, które smagały mnie po ramionach.
W gęstwinie czekała Tala. Siedziała na pniu. W dłoniach trzymała coś zawiniętego w szary pergamin. Gdy mnie zobaczyła, uniosła pakunek i się rozpromieniła.
– W końcu!
Zatrzymałam się kilka kroków od niej. Spojrzałam na to, co miała w dłoniach… i aż pisnęłam. Moim oczom ukazał się kruchy cukrowy blok o barwie jasnego brązu. Z boku, na jednej z krawędzi, zauważyłam złamaną zielonkawą smugę.
– Te brzegi wyglądają jak twoje oczy. Wiesz, taki zielonobrązowy kamień ze strumienia, co nie umie się zdecydować, jaki ostatecznie chce mieć odcień. Ale stawiam na zielony. – Prychnęłam. – Tak ładnie mówię o oczach, a ty odmawiasz mi słodyczy.
– No to masz – mruknęła, łamiąc kawałek i mi go podając.
– Skąd to wzięłaś?
– Dziadek był na targu pod Czarnym Brzegiem. Udało nam się przygotować sporo masła z ziołami, a podobno w osadzie za granią lubią takie rarytasy. Wymienił je na nowe koce i dostał to na spróbowanie. – Wzruszyła ramionami, jakby słodycz była najmniej istotną częścią całej historii. – Mówił też, że dziesięć mil stąd miasto zaczynają już otaczać drewnem. Zbijają pale, wzmacniają bramy. Niby przez obcych. Boją się.
Wzięłam kawałek do ust. Był słodki, kruchy, lekko maślany, z czymś orzechowym w środku.
– Tala?
– Hmm?
– Kiedy umrę, chcę, żebyś rzuciła mi to do dołu, w którym mnie zakopiecie.
– No i widzisz? – Oparła głowę o dłoń. – Nie można ci dać niczego dobrego, bo od razu dramatyzujesz.
Zaśmiałam się.
– Wiesz, Mistrz Wit opowiadał mi wczoraj, że we wsi obok Niedźwiedziego Szlaku Rada wydała nowy dekret. – Zerknęłam na Talę, żeby sprawdzić, czy słucha. – Podobno wybiorą nowych sędziów drożnych. Tak ich nazwał. Strażnicy mają pilnować murów, a ci sędziowie będą decydować, kogo wpuścić do miasta, a kogo odesłać.
Tala się skrzywiła.
– Sędziowie byli od zawsze. Tylko że kiedyś mieli więcej funkcji. Babcia mówi, że słuchali nawet skarg przeciwko strażnikom. Ale to dawno. Potem Rada odwołała połowę z nich, tak jak kapłanów. – Wskazała dłonią na las. – Dziś nikt już nie potrzebuje modlitw.
– Ale przecież u nas stoi budka – przypomniałam. – Wania przychodzi tam co tydzień i ludzie zostawiają jajka, mąkę…
– To tylko dla starszych, którzy pamiętają dawne czasy.
Wbiłam wzrok w kawałek cukru, który trzymałam w palcach.
– No to chyba dlatego jeszcze do nas dekret nie doszedł – stwierdziłam. – Mistrz Wit uważa, że nasza wioska jest ukryta między przełęczami i od dawna nie ma tu obcych. Mało kto zapuszcza się w te strony. Ale stary młynarz ostatnio oznajmił, że nadawałby się na takiego sędziego. Prawie się o to pokłócił ze strażnikiem Olegiem.
Na to Tala parsknęła tak głośno, że aż spłoszyła ptaka z pobliskiego krzewu.
– A wiesz, że Wojciech znów wymienia woreczki na monety? – rzuciłam, jeszcze z resztką słodyczy w ustach.
Tala sięgnęła po kolejny kawałek.
– Wiem. Ostatnio Kaj dał się nabrać.
– Co?!
– Wojciech mu wmówił, że te woreczki mają w sobie coś z górskich ziół. Kto nosi jeden przy sercu, temu dziki zwierz niestraszny, a nawet jak spojrzy komuś w oczy, to nie zabraknie mu słów.
Jęknęłam, ale Tala jeszcze nie skończyła.
– Kaj oddał mu wszystkie miedziaki, które dostał za ścinanie traw, i już po chwili wtykał sobie to za koszulę. – Uniosła brew. – Poszedł prosto do Róży, żeby ją zaprosić na spacer.
Zakryłam dłonią oczy. Ten gest miał mnie uchronić przed wyobrażeniem sobie tego, co zaraz usłyszę.
– Zanim zdążył otworzyć usta, czknął tak głośno, że jej mama, stojąca wtedy na balkonie, wylała na niego całe wiadro wody. Na tym skończyła się cała jego odwaga.
Zaczęłyśmy się śmiać. Siedziałyśmy tak jeszcze chwilę, z łokciami opartymi o kolana, ze słońcem na twarzach i cieniem między myślami. W świecie, który jeszcze nie próbował nas złamać.
Kiedy wróciłam, drzwi chaty były uchylone, a z wnętrza unosiła się para. Pachniało mydłem i sosnowym naparem. Od razu wiedziałam, że tata wrócił – po drodze zawsze zbierał gałązki, „żeby balia pachniała lasem, gdyby kiedyś zabrakło prawdziwego”.
Zanim zdążyłam go zawołać, usłyszałam śmiech. Głęboki, ten sam, który potrafił przegonić każdą ciszę.
– No proszę, kto wrócił z dziczy! – zabrzmiał jego głos. – Mówiłaś, że nie znosisz błota, a wyglądasz, jakbyś właśnie się w nim wytarzała.
Zachichotałam. Ojciec stał owinięty w grube płótno, którym mama zawsze wycierała nas po kąpieli. Włosy miał jeszcze wilgotne, przyklejone do czoła. Na piersi rysowało się świeże zadrapanie. Pamiętałam podobne ślady z innych jego powrotów. Czasem mówił, że to gałęzie, czasem, że zwierz się spłoszył. Nigdy nie tłumaczył wiele, a ja udawałam, że wierzę.
– Co to? – spytałam, dotykając palcem jego ramienia.
– Historia, którą ci opowiem, kiedy będziesz starsza – mruknął. – Ale mogę zdradzić tyle: nigdy nie ufaj szopowi, który patrzy na ciebie zbyt długo. Zwłaszcza w nocy.
Objęłam go szybko, zanim zdążył pójść po ubranie. Tata zawsze wracał z takim zapachem, jakby niósł w sobie cały świat.
– Znowu urosłaś – zauważył, odsuwając się na chwilę, by mnie obejrzeć. – Niedługo będziemy ci musieli szukać zalotnika.
– Nie ma mowy! – Skrzywiłam się teatralnie, wycierając o niego ręce. – Najpierw nauczę się stawiać pułapki. Chłopaka zawsze można złapać, gdy się je dobrze zastawi.
Ojciec zaśmiał się głośno.
– A poza tym Tala twierdzi, że najpierw trzeba się dowiedzieć, jak się chodzi własnymi ścieżkami, zanim odda się komuś prowadzenie.
– Mądrze mówi. Mimo to…
Sięgnął do swojego worka, który stał przy drzwiach, i wyciągnął zawiniątko. Podał mi, przyglądając się mojej reakcji. Rozwinęłam je ostrożnie. W środku znajdował się kawałek materiału – głęboka zieleń z delikatnym złotym połyskiem.
– Tato…
W moich oczach pojawiły się łzy.
– Przywiozłem to z miasta na północ od stepów – przyznał. – Szwaczka zapewniła, że to resztka z sukni, którą zamówiła wysoka dama z daleka, co nosi pierścienie cięższe niż nasze dzbany. Ludzie tam chodzą właśnie w takich barwach. Pomyślałem, że lepiej jej będzie u ciebie.
Materiał połyskiwał jak tafla wody o świcie.
– W miastach takie tkaniny chowają do skrzyń, żeby leżały i czekały na ucztę, której nikt nie zapamięta. A tu… – Spojrzał na mnie z ciepłem w oczach. – Może mama uszyje wam coś ładnego. Tobie i Sofi. Suknie niegorsze od tych, które noszą córki kupców na rynku.
Przyłożyłam materiał do twarzy. Był chłodny, a jednocześnie przyjemnie miękki.
– Dziękuję. – Otuliłam tatę ramionami. – Jest przepiękny.
Spojrzałam na niego, na zmarszczki przy oczach, które pojawiały się zawsze, gdy żartował, choć często jego wzrok mówił coś innego. I przez chwilę pomyślałam, że tak właśnie wygląda dom.
Kiedy tata się oporządził, narzucił na ramiona lnianą koszulę i przeszedł do izby kuchennej. Wsypał do garnka ziarna, które przywiózł z drogi. Były ciemniejsze niż nasze, pachniały orzechem. Dodał odrobinę ziół, które mama zostawiła w miseczce przy piecu, trochę suszonych jabłek i garść startego korzenia. Mieszał z wprawą, choć robił to powoli – czas płynął inaczej, kiedy przyrządzał posiłki.
Usiedliśmy przy stole. Ojciec podał mi miskę, z której unosiła się para i zapach ciepłego, prostego dobra. Nabrałam pierwszą łyżkę i pozwoliłam, by ogrzała mi usta.
– Smakuje?
– Lepsze niż wczorajsze – oznajmiłam, mimo że poprzedniego wieczoru gotowała nam mama.
Tata się roześmiał.
– I co tam u Mistrza Wita? – Oparł łokcie o stół. – Uczy was dalej, jak nie umrzeć od wypicia wody ze strumienia?
Kąciki ust uniosły mi się lekko, choć nie podniosłam jeszcze wzroku.
– Staram się go słuchać bez zasypiania. Nawet kiedy wszyscy marudzą, gdy zaczyna historie o dawnych granicach, o tym, jak powstawały pierwsze trakty przez przełęcze albo kto nadał nazwy rzekom.
– Mądry jest ten stary zrzęda – przytaknął ojciec z zadowoleniem.
– Chłopcy wolą słuchać, jak dawni wojowie ścinali trzy głowy jednym ruchem miecza, a ludzie z północy smarowali włócznie żywicą i je podpalali, żeby rzucać w mury strażników, a nie jak ktoś układał kamienie pod drogę.
– I dlatego właśnie dostajecie księgi do czytania, Luna. Bo dawne czasy, o których tak chętnie plotkujecie, nie miały w sobie nic z godności. Była tylko krew, głód i pycha tych, którzy posiadali miecze. Dzisiaj może brakuje sędziów, kapłani poznikali, a Rady biorą więcej, niż dają, ale przynajmniej mamy wielkie miasta, wioski i osady, a w naszej nawet względny spokój.
Odsunęłam potrawę na bok. Ojciec od razu to zauważył.
– Co jest? Nie smakuje? Czy coś cię w myślach ugryzło?
Pokręciłam głową.
– Nie o to chodzi… – Zawahałam się, bo nie chciałam brzmieć jak moja przyjaciółka, a jednak jej słowa we mnie siedziały. – Tala mówiła, że w innych osadach zaczynają stawiać mury – wyrzuciłam z siebie szybciej, niż planowałam. – Ludzie obijają pale żelazem, zamykają bramy na noc. A u nas kłócą się co najwyżej o to, kto dostanie od młynarza więcej ziarna albo czyja koza weszła komuś w grządkę. Czemu my nie stawiamy murów?
Zerknęłam na niego spod rzęs. Ojciec poruszył się na krześle. Nieznacznie. Ale ja to zobaczyłam, bo znałam go zbyt dobrze.
– A chciałabyś budzić się z myślą, że trzeba pilnować bramy? – zapytał. – Chciałabyś, żeby Sofi nie mogła biegać do stawu? Żeby wszystkie matki zaczęły chować mąkę do skrzyń, a ojcowie trzymać siekiery przy łóżku?
Zrobiło mi się gorąco.
– Ja tylko… – Urwałam.
Ojciec westchnął i potarł skroń. Wyglądał nagle na bardziej zmęczonego niż po całej drodze.
– Tala dużo mówi – mruknął łagodnie. – I dobrze, niech mówi. Tylko pamiętaj, że czasem ludzie sądzą, że jak postawią coś z kamienia, to to zatrzyma wszystko.
Pomyślałam o Księżycowym Gaju wciśniętym między las a rzekę, o tych ścieżkach, które znają tylko nasi.
– To czemu inni budują? – zapytałam już ciszej. – Skoro to takie… niepotrzebne.
Ojciec spojrzał na mnie tak, jak patrzy się na dziecko, które nagle staje się starsze, niż powinno. A potem, odruchowo, przesunął w moją stronę dłonią po stole. Nie dotarł do końca. Zatrzymał rękę w połowie drogi i cofnął powoli.
– Bo mają powód, żeby się bać – odpowiedział wreszcie.
Wstał, niby po to, żeby poprawić pokrywkę na garnku, ale widziałam, że potrzebował ruchu.
– U nas tego powodu nie ma? – spytałam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.
Ojciec odłożył pokrywkę, aż głucho stuknęła o brzeg garnka, i dopiero wtedy się odwrócił.
– Z jakiegoś powodu nasza wioska nazywa się Księżycowy Gaj – powiedział. – I ja wolę, żebyś myślała o niej jak o miłym domu, nie o murach.
To było zbyt proste wytłumaczenie. Mój ojciec wiedział więcej, niż mówił przy stole. Przez moment wciąż stał przy piecu, a potem usiadł z powrotem, jakby sobie coś przypomniał. Tym razem zrobił to lżej, prawie z przesadą. Uśmiechnął się.
– Lepiej mi poopowiadaj, co tam u was, młodych.
Odpuściłam.
– Ostatnio chłopcy z naszej gromady zaczęli nas uczyć, jak skakać z wysokości, żeby nie połamać nóg i żeby spadać szybko, a nie głośno.
Tata uniósł brwi.
– Taka nauka akurat wam się przyda. Zwłaszcza temu gburowi z krzywym nosem. Jak mu tam? Wojtek?
– Wojciech – poprawiłam. – Ale tak. Nawet on próbuje. Najpierw udaje, że nic go to nie obchodzi, a potem ćwiczy trzy razy więcej niż inni. Ale i mnie całkiem dobrze idzie. Skoczyłam z dachu starego spichlerza, tego przy młynie. Daniel był pewien, że skręcę kark, ale wylądowałam miękko. Lepiej niż Tala, a to aż dziw.
Tata chrząknął.
– Daniel. No tak. – Potarł brodę. – Jego ojciec to niezły łowca. Widziałem, jak własnymi rękami powalił dzika, zanim ten zdążył się rozpędzić. Albo przez trzy dni tropił wilka, a potem pojawił się z futrem na plecach i uśmiechem, jakby wracał z targu, nie z walki. Pewnie nieraz zabierał chłopaka w puszczę i uczył go takich sztuk. Ale ty… – Uniósł wzrok, wskazał na mnie palcem i wyostrzył ton. – Masz jeszcze wszystkie kości na miejscu i chciałbym, żeby tak zostało.
– Ale…
– Z wysoka skakać możesz, jak zbudujesz sobie podkład z siana. – Wyprostował się, skrzyżował ramiona na piersi i uniósł podbródek. – Jak mam ci ufać, że poradzisz sobie w świecie, skoro zachowujesz się tak, jakbyś chciała go przeskoczyć jednym susem?
Spojrzał na mnie surowszym wzrokiem.
– Ale przecież mi wyszło… – oznajmiłam z nutą dumy, choć już bardziej pod nosem.
– Tym razem. A następnym możesz nie mieć szczęścia. Pamiętaj, Luna, kości łamią się łatwiej, niż wracają do zdrowia. Widziałem już takich, co po jednym wybryku nigdy nie chodzili jak dawniej. – Zamilkł, przestraszył się własnych słów i dopiero po chwili dodał łagodniej: – Wolę, żebyś uczyła się cierpliwości, a nie odwagi na pokaz. Nawet ojcowie nie mogą wiecznie stać na straży przy swoich córkach.
Pokręciłam głową.
– Ojcze, nie jestem małą dziewczynką, co gubi trzewiki w kałuży. Sama potrafię znaleźć drogę między wioskami i rozpalić ogień, nawet kiedy drewno jest mokre. Naprawdę radzę sobie coraz lepiej.
– A gdybym poprosił Mistrza Wita, żeby pozwolił ci przychodzić też w wolne dni… czasem?
Zamrugałam, niepewna, czy dobrze usłyszałam.
Ojciec odchylił się na krześle, skrzyżował ręce na piersi.
– Znałem Wita, zanim jeszcze został mistrzem. Byliśmy młodzi, zbyt głupi, by rozumieć, że ciekawość też potrafi zabić. Przemierzyliśmy razem wiele wiosek i miast. Widzieliśmy trakty, które prowadzą wprost do bogactwa, i takie, na których każdy krok mógł kosztować życie. I nauczyliśmy się, że każda ziemia rządzi się swoimi prawami. Na północy słucha się starszyzny, na południu kupców, a w miastach, gdzie rządzi Rada, prawo zmienia się szybciej niż wiatr na przełęczach. – Zamilkł, a jego rysy stężały. Po chwili dodał: – On mógłby ci to przybliżyć. Jak rozmawiać tam, gdzie język nic nie znaczy, a wszystko rozstrzyga spojrzenie. Kiedy milczeć, a kiedy mówić. Jak patrzeć ludziom w oczy, by wiedzieć, czy pod uśmiechem kryją ostrze.
– A czy ja w ogóle tego potrzebuję? – spytałam podejrzliwie. – W końcu sam uznałeś, że nie ma sensu wbijać pali.
Ojciec spojrzał na mnie twardo.
– Stworzyliśmy tutaj bezpieczny kawałek ziemi. Taki, w którym można się śmiać, spać spokojnie, jeść ciepłą strawę i budować kryjówki w lesie. Ale to jest tylko wycinek świata, Luna. Za przełęczami nie ma spokoju. – Nachylił się bardziej. – Chciałbym, żebyś wiedziała, jak odróżnić człowieka, który wyciąga rękę, żeby ci pomóc, od tego, który wyciąga ją, aby cię udusić. I żebyś potrafiła znosić ból. Ten gorszy, który wchodzi w środek i rozrywa cię po kawałku, a ty mimo wszystko musisz nauczyć się oddychać.
W słowach ojca czaiło się coś więcej, niż kiedykolwiek pozwalał mi zobaczyć. W kominku trzasnęło drewno, płomień na chwilę strzelił w górę i zgasł. Mama i Sofi powinny już wrócić z targu, wykorzystałam więc chwilę, kiedy jeszcze mogłam pomówić z ojcem twarzą w twarz.
– Nigdy nie mówiłeś, co wydarzyło się przed moim urodzeniem – odezwałam się ostrożnie. – Dlaczego teraz rozmawiasz ze mną w taki sposób? – Zacisnęłam dłonie na kolanach, zanim odważyłam się dodać: – I skąd wiesz, że Mistrz Wit będzie umiał mnie tego nauczyć?
– Są rzeczy, o których nie mówi się dzieciom – zaczął, zbyt spokojnie jak na to, co kryło się w jego głosie. – I ty długo byłaś dzieckiem. Chciałem, żebyś żyła w świecie, gdzie największym zmartwieniem jest podarta suknia albo błoto w butach. – Dotknął mojej dłoni. – Mistrz Wit nauczy cię tego, czego ja nie mogę. Spokoju w słowie, cierpliwości w milczeniu. Ale tego, co ja pamiętam… – Miałam wrażenie, że coś utknęło mu w gardle. – Nikt nie powinien poznawać, jeśli nie musi.
Otworzyłam usta. Już miałam dopytać. Nie można przecież rzucać takich słów i zostawiać bez wyjaśnienia. Ale wtedy spojrzałam mu w oczy. Dojrzałam w nich coś, czego wcześniej nie widziałam – drobne drżenie, ledwie uchwytne, niczym cień dawnych obrazów, których nie chciał przywoływać. I odpuściłam.
– Jeśli Mistrz Wit się zgodzi, przyjdę. Nawet w wolny dzień.
Jego twarz złagodniała.
– Dziękuję.
Redakcja: Katarzyna Stolarek-Kulec
Korekta: Julia Zając, Beata Buko
Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Slotorsz
Zdjęcia wykorzystane na okładce: © larshallstrom/Adobe Stock, © pornpun/Adobe Stock; © ECLIVN/Adobe Stock; © seksan1/Adobe Stock; © Astart/Adobe Stock; © Lyubov Ovsyannikova/iStock; © Juhku/iStock; © ZenVectors/AdobeStock; © per/AdobeStock; © Kaz/AdobeStock; © Andrei/AdobeStock; © Madele/AdobeStock
Skład i łamanie: Dariusz Ziach
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl
Wydawnictwo Mięta Sp. z o.o.
03-475 Warszawa, ul. Borowskiego 2 lok. 210
www.wydawnictwomieta.pl
tel. +48 505 636 224
ISBN 978-83-68608-93-9
