Kamienica przy Kruczej - Maria Ulatowska - ebook + książka
NOWOŚĆ

Kamienica przy Kruczej ebook

Maria Ulatowska

0,0

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Historia z przeszłości, dość odległej, a przecież zawsze nam bliskiej. Opowieść tocząca się od roku 1937 do początku nowego wieku. Losy kilku rodzin, mieszkańców pewnego domu w Warszawie. Domu, który przetrwał i wojnę, i Powstanie Warszawskie, a jego mieszkańcy dali sobie radę także w następnych niełatwych latach skomplikowanych czasów powojennych.

Tło historyczne, lecz w powieści nie znajdziecie opisu Wielkich Wydarzeń. Powieść opowiada o ludziach, którym przyszło żyć w tych trudnych czasach. Przeżyć, przetrwać, nie poddać się – było heroizmem ich dni. Dni, w których jak zawsze w życiu były: miłość, trudne wybory, rozstania. Zawsze? Tak, tyle że w tamtych czasach najważniejsza była walka o przetrwanie i o zachowanie własnej tożsamości.

Główni bohaterowie to Tosia i Piotr. Ich losy początkowo łączy tylko miejsce zamieszkania, splątują się dużo później. Splątują…, żeby potem się rozłączyć, ale czy połączą się znowu? Czy różnice światopoglądowe mogą zatriumfować nad uczuciem?

I trzecia bohaterka – nie mniej ważna, może nawet najważniejsza. Madzia Krzeszewska. Magdalena Kornblum. Maddy Raven. Porucznik Dziewanna. Magda Kaczmarek. Mrs. Wilson. Cóż znaczy jej historia i dlaczego jest tak istotna?

Większość tych wydarzeń, służących za tło książki, to historie autentyczne, choć oczywiście nieco przez autorów ubarwione. Niezbyt mocno, ponieważ kolejny raz okazało się, że prawdziwe życie bywa często po wielekroć bardziej fascynujące niż coś, co stworzyć może ludzka wyobraźnia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 391

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Śladami Wokulskiego, lichy jego uczeń

Z duszą półromantyka, półpozytywisty,

Włóczę się tam i nazad do późna po Kruczej

Pod czarem prozy Prusa i nocy gwiaździstej.

Na rogach, jak ćma nocna, wokół latarń kluczę,

Usiłując odnaleźć po stronie parzystej

Bramę, do której Muza wręczyła mi klucze,

Adres, pod którym niegdyś odbierała listy…

Stefan Godlewski, Na Kruczej

Od autorów

Trzymają Państwo w rękach nowe wydanie książki Kamienica przy Kruczej, uprzednio napisanej przez Marię Ulatowską. Autorka obecnie tworzy w duecie z Jackiem Skowrońskim, a tę współpracę tak polubili, że w ciągu dwunastu lat razem powołali do życia już dwadzieścia jeden powieści. I ani myślą o powrocie do samodzielnej twórczości.

Toteż gdy w głowie pisarki – oraz za aprobatą naszego wydawcy – zaczęła kiełkować myśl o ponowieniu opowieści osnutej na dziejach mieszkańców kamienicy, w której autorka się urodziła, uzgodnili, że zrobią to wspólnie…

Powieść – ze starym tytułem i podstawową bazą fabuły – postanowiliśmy razem rozszerzyć, uzupełnić i nieco zmienić. Uznaliśmy, że niektóre postacie aż się proszą o rozwinięcie ich istnienia w książce; niektóre wątki wymagają dokończenia; a wszystko oczywiście na tle zawsze tętniącej życiem i zmieniającej się na oczach bohaterów tej opowieści Warszawy.

Kochani Czytelnicy – nie jest to powieść historyczna, choć występujące w niej osoby poznajemy w ubiegłym wieku, w czasach, o których nie można powiedzieć inaczej niż „wielka historia”. Akcja rozpoczyna się w roku 1937, toczy się przez wojnę, okupację, Powstanie Warszawskie, czas w obozach jenieckich, potem brnie przez najtrudniejsze lata naszych powojennych dziejów (1956, 1968, 1970, 1980, 1981), aż dociera do współczesności, też niełatwej – początku wieku XXI.

Nie opisujemy skrupulatnie wielkich wydarzeń, to zrobili już inni, po wielekroć i lepiej od nas; nie relacjonujemy walk powstania, działań bitewnych i akcji odwetowych; nie stajemy się kronikarzami lat powojennych – zaznaczamy natomiast te wydarzenia, patrząc na nie oczami naszych bohaterów. A oni przecież nie we wszystkim brali udział bezpośrednio, czasami stali po prostu obok, spoglądając niekiedy z dystansu – tak jak wielu z nas.

Bowiem w tych trudnych czasach żyli przecież także zupełnie zwyczajni ludzie. Dla których wielkim heroizmem było po prostu dać sobie radę. Przeżyć, przetrwać, nie poddać się. Pokonać koszmar mijającego dnia, okropności systemu, szarość życia. Osiągnąć własne szczęście bez względu na wszystko. Urodzić dzieci, wychować je, znaleźć swoje miejsce we własnym kraju.

Żyć tak, aby o wszystkim pamiętać, ale dążąc do przodu. Często pod prąd, w zależności od tego, w jaki nurt się wpadło.

O nich właśnie jest ta książka. O bohaterach codzienności, których tu – bez względu na wszystkie różnice – jednak coś łączyło.

Wspólny adres, od którego każda historia tej książki się zaczyna: Warszawa, Krucza 46.

Adres prawdziwy, a dzieje bohaterów tej kamienicy – cóż, poplątane, jak wszystkie historie w większości książek. Trochę faktów, trochę półprawd, trochę fikcji…

Czegóż chcieć więcej?

Oddając w Państwa ręce to nowe wydanie Kamienicy przy Kruczej, mamy nadzieję, że ci, którzy czytali wydanie pierwsze, z sentymentem przyjmą nową wersję, a dla tych, którzy będą czytać powieść po raz pierwszy, stanie się ona lekturą oferującą wiele emocji i pozostającą na długo w pamięci.

Prolog

O tym, że nie jest prawdziwą Ostaniecką, dziewczynka dowiedziała się wcześnie, w swoje dziesiąte urodziny.

– Tosiu, kochanie – powiedziała mama. – Usiądź, proszę, obok mnie. Chcemy ci coś powiedzieć.

Antonina – Tosia lubiła swoje imię, podobało jej się zwłaszcza jego pełne brzmienie, wydawało jej się takie dorosłe – podbiegła do kanapy i przytuliła się do mamy.

Tata przysunął bliżej swój ulubiony fotel i wziął dziewczynkę za rękę.

– Postanowiliśmy, że powiemy ci to, gdy skończysz dziesięć lat, bo uznaliśmy, że będziesz już na tyle dojrzała, że wszystko dobrze zrozumiesz – zaczął mówić, a ona wtedy mocniej wtuliła się w mamę, bo nagle zaczęła się bać. Miała ochotę zatkać uszy albo krzyknąć, że nie chce niczego słuchać. No ale skoro tata uznał, że jest dojrzała, to chyba jednak nie powinna się tak zachować. Spróbowała się wyprostować i zadarła do góry brodę.

– Tosiu – tacie zadrżał głos – nie wiem, jak zacząć… Dobrze, powiem wprost. Tylko proszę, wysłuchaj wszystkiego spokojnie i nie przerywaj, dopóki nie skończę.

Antosia skinęła potakująco głową, choć tata wyglądał, jakby jej zapewnienia nie były mu do niczego potrzebne. Nawet na nią nie patrzył. Patrzył na mamę, a mamie zaczęły dziwnie błyszczeć oczy.

Rozdział 1

1940

Maria Parzyńska otworzyła drzwi. Spieszyła się, bo już minęło południe, a ona jeszcze nie zrobiła obiadu. Zorientowała się, że nie wystarczy ziemniaków, i teraz martwiła się, czy zdoła je kupić. Cóż, warzywniak częściej bywał zamknięty niż otwarty. Otwierano go, jeśli był towar. Pocieszała się, że może dziś dopisze jej szczęście. A jeśli nie, zajrzy do spożywczego na parterze kamienicy, w której mieszkali Parzyńscy. Oni i wielu innych lokatorów.

Właściciel sklepu, pan Dawid Szelenbaum, mimo że sam nie handlował warzywami ani owocami, zachował do tej pory różne kontakty, więc chociaż Żydzi nie mieli już w zasadzie prawa do niczego, on umiał zapewnić regularne dostawy towarów, a dla stałych klientów znalazł czasem nawet to, czego w asortymencie w ogóle nie było, i to, co kupowało się wyłącznie na kartki (brak kartek nie przeszkadzał, a że cena była trochę wyższa, cóż, każdy to rozumiał).

Szelenbaum od ponad dwudziestu lat mieszkał wraz z rodziną na Grzybowie, w dzielnicy żydowskiej, a od kilku miesięcy w zasadzie nie pokazywał się na Kruczej, aby swoim semickim wyglądem nie sprowadzić na sklep nieszczęścia. Wobec wydanego dwudziestego pierwszego stycznia 1940 roku zarządzenia dotyczącego konfiskaty majątku prywatnego w Generalnym Gubernatorstwie (tak zwanej ordynacji sekwestracyjnej) administracja niemiecka była bowiem uprawniona do zajmowania własności należącej i do Polaków, i do Żydów – a jako że własność żydowską grabiono w pierwszej kolejności, fakt, iż właścicielem sklepu jest Żyd, starannie ukrywano. Spożywczak, prowadzony teraz tylko przez ekspedientkę, dla „swoich” był jednak wciąż dobrze zaopatrzony.

„Swoimi”, czyli stałymi klientami, byli oczywiście przede wszystkim mieszkańcy kamienicy, w której mieścił się sklep. Przy ulicy Kruczej 46.

Trzypiętrowa kamienica, pokryta płaskim, trochę tylko spadzistym dachem, ozdobiona była od frontu żeliwnymi balkonami, których kute balustrady wyginały się nad łukiem bramy. Wejście zdobiły też żeliwne zawijasy, a strzegły go dwa przycupnięte po bokach – gnomy? krasnale? domowe skrzaty? – miłe stworki. Z bramy można było się dostać na dwie klatki schodowe, do lewego i prawego skrzydła. Na górę wiodły schody z artystycznie wykonanymi poręczami, a obydwa korytarze były zawsze świeżo odmalowane i dokładnie wysprzątane. Od samego wejścia w bramę szło się po pięknie ułożonej kostce, a każdy wjazd „pojazdu” na kółkach, na przykład wózka dziecięcego, powodował miły dla ucha równomierny turkot. Gdy już minęło się podjazd, wejścia na schody i cały wyłożony kostką korytarz, ukazywało się podwórko, gdzie na centralnym miejscu królował trzepak, miejsce spotkań służących i zabaw dzieci – tych dzieci, którym rodzice pozwalali się bawić na dworze. Po obu bokach pod frontowymi skrzydłami kamienicy stały żeliwne wygodne ławki z drewnianymi siedzeniami – jak w parku – na których można było przysiąść w celu wymiany poglądów z sąsiadką lub sąsiadem. Z podwórka wiodły tak zwane schody kuchenne, wejście na nie już nie było tak ozdobne – ot, zwykłe drzwi, zwykła klatka schodowa, balustrady bez wywijasów, proste, skromne, cóż, kuchenne po prostu.

Dom nie był może najpiękniejszy, ale dla jego mieszkańców najważniejsze było, że do tej pory stał nienaruszony – a był czerwiec 1940 roku – i wszyscy mieli nadzieję, że w takim stanie przetrzyma wojnę. Każdy wierzył, jeszcze wierzył, że trwająca wokół pożoga lada dzień się skończy. Wszyscy starali się żyć i przeżyć. Nawet pomagali sobie, jak mogli.

Krucza 46.

Dom, który trwał, a wraz z nim jego mieszkańcy.

Maria Parzyńska otworzyła z impetem drzwi i… potknęła się o coś, co leżało na wycieraczce. A był to mały tobołek, który poruszył się i pisnął.

– Ludzie! – krzyknęła w przestrzeń. – To chyba dziecko.

Pochyliła się i podniosła maleństwo, bo w istocie było to dziecko. Opatulone w koc i zieloną chustę.

Raptem na klatkę schodową weszła lokatorka z pierwszego piętra, Weronika Ostaniecka. Spojrzała z zaciekawieniem na sąsiadkę i ten dziwaczny tłumoczek, z którego już wyraźnie dochodziło popłakiwanie.

– Pani Mario? – zawiesiła głos. – Dziecko? Czyje? Skąd?

Pani Parzyńska miała około czterdziestu pięciu lat, mieszkała tylko z mężem, mniej więcej w tym samym wieku. Jedyne ich dziecko, syn Marian, przepadło gdzieś w zawierusze wojennej, a jego żona, Adela, zmarła jeszcze przed wojną. Potomstwa nie mieli. A nawet gdyby – to nie byłoby takie malutkie. Ostaniecka miała więc prawo być zdziwiona, choć może nie powinna o nic pytać. Czasy nadeszły przecież takie, że naprawdę najlepiej nic nie wiedzieć i nic nie widzieć. Jednak pani Weronika była osobą bardzo życzliwą całemu światu, dzieci uwielbiała wręcz do szaleństwa, tym bardziej że jakoś nie doczekała się swojego mimo przekroczenia trzydziestu lat. A tak prawdę mówiąc, trzydziestu czterech. Za Alfreda wyszła w roku 1930, byli już więc tak długo małżeństwem, że przestali wierzyć, iż kiedykolwiek rodzina im się powiększy. Los swój znosili z pokorą, choć także z wielkim żalem, którego starali się nie okazywać. Jednak pani Weronika nie mogła obojętnie przejść obok żadnego dziecka. A już na pewno nie obok takiego, które płacze.

Pani Parzyńska z osłupieniem patrzyła na trzymane w ramionach zawiniątko. Dziecko, zapewne zdziwione zmianą położenia i zafascynowane twarzą, której nie znało, ucichło i wpatrywało się w kobietę szeroko otwartymi, ciemnogranatowymi oczami.

– Ono… to dziecko, po prostu… po prostu tu leżało – wykrztusiła, spoglądając na sąsiadkę z niedowierzaniem. – Ja… ja tylko otworzyłam drzwi i ono tu było – mówiła, potrząsając głową. – Mało brakowało, a bym na nie nadepnęła.

Weronika Ostaniecka położyła dłoń na ramieniu oszołomionej kobiety i obracając ją trochę, prawie wepchnęła do mieszkania, z którego ta właśnie wychodziła.

– Nie stójmy tu – powiedziała. – Trzeba obejrzeć to dziecko i zastanowić się, co teraz.

Po wyplątaniu niemowlaka z koca i chusty, a następnie z becika i pieluch, całkiem już przemoczonych, okazało się, że to dziewczynka. Wyglądała na zdrową i zadbaną. Pani Parzyńska przyniosła lniane prześcieradło, pocięła je na kawałki i jakoś wspólnie z sąsiadką zawinęły w nie dziewczynkę, która, chyba zmęczona tym wszystkim, uspokoiła się i usnęła.

– Pani Mario! – zawołała raptem Weronika Ostaniecka, która zbierała porozrzucane na podłodze okrycia ich „znaleziska”. – Tu są jakieś papiery, niech pani spojrzy!

Przedtem

Rozdział 2

1937

Szymon Kornblum szedł ulicą krokiem prawie tanecznym. Gdyby nie to, że był mężczyzną statecznym, już trzydziestosiedmioletnim, podskakiwałby z radości. Magdalena, Magdusia, jego Madzia, powiedziała: tak.

Tak! Tak! Tak!

Zgodziła się wyjść za niego, w co nie mógł do tej pory uwierzyć. Nieważne, że był szalenie przystojnym, miłym i całkiem zamożnym człowiekiem; miał spore, wspaniale umeblowane i doskonale wyposażone mieszkanie w samym centrum stolicy. Nieważne, że był szanowanym lekarzem i członkiem różnych ekskluzywnych towarzystw. Nie liczyło się nawet to, że pisywał artykuły medyczne do specjalistycznej prasy i artykuły te były przedrukowywane w pismach zagranicznych. Kilka razy był również za granicą, gdyż zapraszano go do udziału w sympozjach i proponowano wygłaszanie referatów.

Był jednak Żydem i wiedział, że obecnie to wielka wada. W zasadzie to był Polakiem, ale rozróżnienie tych dwóch narodowości w przypadku, gdy ktoś nosił nazwisko, które można było uznać za żydowskie, wydawało się za trudne. Albo… nie chciano tego rozróżniać. Wzrost antysemickiej nienawiści w Polsce, jaki nastąpił w latach 1933–1936, teraz nasilił się jeszcze bardziej. Obóz Narodowo-Radykalny, rozwiązany w roku 1934 przez władze za swoją konfrontacyjną działalność, kontynuował ją nielegalnie i poczynał sobie coraz śmielej, zdobywając coraz większą popularność wśród młodzieży akademickiej. Po śmierci Józefa Piłsudskiego ideologia antysemicka stała się głównym elementem porozumienia politycznego.

Po ogłoszeniu przez premiera Składkowskiego „wojny ekonomicznej” przeciwko Żydom w czerwcu 1936 roku, po wezwaniu przez przywódcę ONR, Bolesława Piaseckiego, do poparcia nazizmu i wygnania Żydów z Polski, po nasilającej się liczbie napadów i rozbojów – dziesiątki tysięcy Żydów wyemigrowało z Polski do Palestyny, również ci, którzy Żydami byli tylko z urodzenia, bez wyznania.

Pomimo tego wszystkiego Szymon jednak nie chciał wyjeżdżać z Polski. Nawet wtedy, gdy polski związek zawodowy lekarzy ogłosił, że obecnie przyjmować będzie w swoje szeregi wyłącznie Polaków – co szczególnie dotknęło doktora Kornbluma, który był aktywnym członkiem związku od kilku lat. Nie rozumiał tych rozgraniczeń. Owszem, wyznawał judaizm, jak jego rodzice i dziadkowie, i pradziadkowie zapewne – ale przede wszystkim był Polakiem. Kochał swoją ojczyznę i nie wyobrażał sobie, że mógłby mieszkać w innym miejscu. Palestyny nie znał i, prawdę mówiąc, nie tylko mało o niej wiedział, ale też niewiele go obchodziła. Miał więc nadzieję, że ten antysemicki obłęd niebawem się skończy, i chociaż sporo słyszał i wiedział o rozwoju nazizmu, chciał wierzyć, że to przejściowe szaleństwo. Ponieważ jednak był wykształconym, inteligentnym i światłym człowiekiem, gdzieś tam, z tyłu głowy, miał zarazem pewność, że ta jego wiara w rychłą zmianę świata jest trochę śmieszna. Dlatego też, mimo swojej, już przeszło rok trwającej miłości do Magdaleny Krzeszewskiej, opierał się i próbował walczyć z tym uczuciem. Ale kilka dni temu umarła matka dziewczyny. Wczoraj odbył się pogrzeb. Magda została sama na świecie, bo jej ojciec zmarł kilka lat po narodzinach dziewczynki, tak więc w ogóle go nie pamiętała. Wraz z mamą mieszkała w niewielkim mieszkaniu przy Nowogrodzkiej. Mama pracowała jako ekspedientka w sklepie bławatnym, mieszczącym się w kamienicy, w której mieszkał Szymon, a uprzednio także jego rodzice, przy Kruczej 46. Sklep od lat był własnością Kornblumów.

– Magdusiu – tłumaczył ukochanej. – Jestem właścicielem tego sklepu tak trochę wbrew woli. Sklep był własnością mojego dziadka, Abrahama Strontza.

– To tata twojej mamy, prawda? – spytała Magda, słysząc inne nazwisko.

– Tak, mojej mamy – potwierdził Szymon i opowiadał dalej: – Moja mama, Salomea, była jedyną córką Strontzów, więc gdy wyszła za Izaaka Kornbluma, mój dziadek od razu scedował sklep na zięcia. Zamalował dotychczasowy napis na szybie wystawowej sklepu i kazał wypisać: „Sklep bławatny – Strontz & Kornblum”.

Szymon zamilkł i przypomniał sobie, że gdy dziadek Abraham umarł, ojciec Szymona zamalował dotychczasowy napis i umieścił nowy: „Sklep bławatny – Kornblum & Kornblum”. Gdy zmarł ojciec Szymona, Szymon kazał zmazać z okna wystawowego drugą część informacji i pozostało tylko: „Sklep bławatny”.

Od początku ten sklep był kością niezgody w stosunkach między ojcem i synem. Starszy pan Kornblum był do sklepu bardzo przywiązany, dbał o jego rozwój, ciągle coś zmieniał, poprawiał, unowocześniał. Wełny musiał mieć najlepsze, sprowadzane wprost z Bielska. Inne tkaniny też starannie wybierał i kupował; toteż sklep cieszył się popularnością i bardzo dobrze prosperował. Na stałe zatrudnione były zawsze dwie ekspedientki, a czasami pomagały im uczennice ze szkoły handlowej, zaliczające w ten sposób obowiązkowe praktyki.

Sklep stanowił całe życie Izaaka, a Szymon, jego jedyny syn i spadkobierca, nie interesował się ani sklepem, ani handlem w ogóle. Już jako mały chłopiec łamał nogi lub ręce drewnianym pajacykom i wszystkim zabawkom, jakie wpadły w jego łapki – a potem składał te połamane kończyny, obtykał je patyczkami i zawijał bandażami.

– Mamełe – oznajmiał. – Ja będę pan doktor.

– Wiesz, Magdalenko – ciągnął Szymon, powracając od wspomnień do teraźniejszości – ilekroć o tym myślę, jest mi bardzo przykro, że sprzeciwiałem się ojcu. Bo widzisz, mnie nigdy nie obchodził ten sklep. Nie miałem do niego serca, zawsze tylko chciałem być lekarzem.

I rzeczywiście – został lekarzem. W roku 1924 skończył studia medyczne w Akademii Medycznej w Berlinie, potem jeszcze przez pięć lat pracował w jednym z berlińskich szpitali i uzyskał specjalizację z ortopedii. Po powrocie do Polski natychmiast znalazł pracę w Szpitalu Klinicznym imienia Dzieciątka Jezus. Rodzice byli dumni z syna lekarza, choć ojciec jednocześnie martwił się o przyszłość ukochanego sklepu.

– Obiecuję ci, ojcze – przyrzekł uroczyście Szymon, składając mu życzenia urodzinowe w 1930 roku, roku śmierci rodziców – że sklepu nie oddam w obce ręce po twojej śmierci, o ile jeszcze wtedy będę żył. Znajdę zaufanego kierownika, który go poprowadzi, a sam będę nadzorował pracę tego człowieka.

I tak też się stało, gdy ojciec Szymona, a właściwie obydwoje rodzice zmarli, jedno po drugim, jak gdyby żyć bez siebie nie mogli. Najpierw ojciec – na rozległy zawał serca, w sierpniu 1930 roku, a trzy miesiące po nim zgasła pani Salomea, w zasadzie z rozpaczy, gdyż żadnej konkretnej choroby u niej nie zdiagnozowano.

Szymon znalazł sobie zastępcę, któremu powierzył zarządzanie sklepem i opiekę nad nim. Nadzór doktora Kornbluma ograniczał się do składania podpisów na wymagających tego papierach urzędowych i rozliczeniach bankowych. Na szczęście Tadeusz Wolski, który został kierownikiem sklepu, był człowiekiem na wskroś uczciwym, dalekim krewnym matki Szymona. Czuł się członkiem rodziny, a w rodzinie – według jego kodeksu honorowego – obowiązywała bezwzględna lojalność. Dokładał wszelkich sił, żeby firma prosperowała nie gorzej niż dotychczas.

Wszyscy więc byli zadowoleni, sklep miał się dobrze, a Szymon się cieszył – nie tyle z zysków, choć były niemałe, ile z tego, że udało mu się dotrzymać obietnicy złożonej ojcu.

Pani Krzeszewska, matka Magdaleny, była jedną z zatrudnionych w sklepie ekspedientek, lecz Kornblum junior w ogóle jej nie znał i chyba nawet nigdy w życiu nie widział. Aż do poznania Magdy.

Madzia pracowała jako pomocnica bibliotekarki w czytelni naukowej przy ulicy Tadeusza Żulińskiego (do 1935 roku adres czytelni brzmiał: Żurawia 41 – lecz mimo oficjalnej zmiany nazwy odcinka, między Marszałkowską a Poznańską, starzy Warszawiacy cały czas mówili o czytelni naukowej przy Żurawiej).

Niebieskooka blondynka, wiotka i niewysoka, miała pięknie zarysowane usta, które wyglądały, jakby prosiły o pocałunki. Tak naprawdę Magdusia całowała się tylko raz, po szkolnej zabawie, z pewnym kolegą, który uparł się, że odprowadzi ją do domu. To przeżycie tak jej się nie spodobało, że do tej pory nie pozwoliła nikomu na nic podobnego.

Zaczytana, oczytana i pochłonięta książkami, czekała na tę prawdziwą miłość, na dreszcz rozkoszy, słodką niemoc… i niczego podobnego na razie nie doznała.

Poznali się z Szymonem, gdy omal go nie staranowała w chwili, w której wychodził z bramy kamienicy. Wypadła gwałtownie ze sklepu. Spieszyła się, bo akurat miała popołudniowy dyżur w czytelni, a zasiedziała się u mamy. Uwielbiała tu przychodzić, kochała zapach tkanin oraz ich miękką delikatność; mogła godzinami pomagać w układaniu bel materiałów na półkach, nigdy jej to nie męczyło i nigdy nie nudziło. Tego dnia została zbyt długo i martwiła się, że nie zdąży na czas do pracy. Wypadła więc z drzwi jak rakieta i raptem… leżała jak długa na chodniku, a nad nią pochylał się jakiś ciemnowłosy, ciemnooki mężczyzna.

– Nic się pani nie stało? – spytał, patrząc na nią z niepokojem. Mrużył śmiesznie oczy, trzymając w ręku stłuczone okulary.

– Nie, nic. – Magdalena pokręciła przecząco głową, wstając z ziemi. – Przepraszam bardzo, jestem taka nieuważna. Wpadłam na pana, jeszcze raz przepraszam. I te szkła, ojej…

Potarła ręką czoło, bo coś ją zaszczypało. Wyciągnęła rękę do tego ciemnowłosego mężczyzny, chcąc mu się przedstawić i jeszcze raz przeprosić – i raptem zauważyła, że palce ma poplamione krwią. Zbladła i zachwiała się na nogach.

– Ach… – wyszeptała. – Ja…

– To nic takiego, proszę mi wierzyć. – Nieznajomy podawał jej właśnie śnieżnobiałą chustkę, którą niczym magik wyciągnął chyba z kieszeni. – To tylko draśnięcie, już nie krwawi.

Po chwili do dziewczyny zbliżył się przepiękny czarny pies i wtulił nos w jej rękę.

– Effi! – syknął Szymon, właściciel psa, a właściwie suki, z którą właśnie wychodził na spacer. Effi była jednolicie czarnym długowłosym owczarkiem niemieckim, doskonałym okazem swojej rasy. Miała już osiem lat, w domu Szymona znalazła się po śmierci jego rodziców. Przyprowadził ją – już prawie roczną sukę – przyjaciel Szymona, razem z nim pracujący doktor Andrzej Lewandowicz. Zmusił doktora Kornbluma, aby przyjął Effi w prezencie. Do prezentu dołączony był imponujący rodowód, wystawiony w języku niemieckim, suka bowiem pochodziła z niemieckiej hodowli. Effi von Alpine Valley. Doktor Lewandowicz odkupił ją od sąsiada, któremu zmarła żona, a on sam postanowił wyjechać z kraju. „Stary, nie mogłem pozwolić na uśpienie tego pięknego stworzenia. A taki los jej groził” – tłumaczył Szymonowi. „Poza tym od razu pomyślałem o tobie. Przyda ci się teraz towarzyszka, nie będziesz sam w domu. A Edycia z pewnością ją pokocha”.

Edycia, czyli panna Edyta Solska, mieszkała z Kornblumami od urodzin Szymona. Była „piątą wodą po kisielu” pani Salomei, pochodziła z Łodzi, miała rodziców i czwórkę rodzeństwa. Dość kiepsko im się wiodło, więc rodzice Edyci z radością przyjęli propozycję Kornblumów, by córka przyjechała do stolicy. Zadaniem Edyty miała być opieka nad malcem i ogólna pomoc w domu. Z czasem dziewczyna bardzo zżyła się ze swoimi dalekimi kuzynami i czuła się u nich jak w nowej rodzinie. Nawet gdy Szymon nie wymagał już opieki niani, ani w ogóle żadnej opieki, pani Salomea nie wyobrażała sobie domu bez Edyci, która gotowała, sprzątała i w ogóle robiła, co trzeba. A Edycia, później już panna Edyta – ale tylko dla obcych – dla Kornblumów na zawsze pozostała Edycią – nie wyobrażała sobie innego miejsca na świecie, niż tu, w domu przy Kruczej 46. Została więc z Szymonem nawet po śmierci jego rodziców i znowu była dla niego osobą niezastąpioną. Effi przyjęła z radością i entuzjazmem. „Jest cudowna” – zachwycała się. „A jak arystokratycznie wygląda, po prostu królewna” – ogłosiła i z wielką przyjemnością wychodziła na spacery z przepięknym psem na smyczy; kroczyła dumnie ulicą, wyniośle przyjmując zachwyty przechodniów.

Zachwyty nad psem oczywiście, bo samą Edycią jakoś nikt się przez jej całe życie nie zachwycał. Ale jako że miała już swoje lata, wcale się zachwytów nie spodziewała. Dobrze jej było tak, jak było. Effi stała się jej ulubienicą i, niestety, panna Edyta, rozpuściła sukę ponad miarę. Na szczęście owczarki niemieckie są z natury posłuszne, więc rozpieszczanie polegało głównie na przekarmianiu biednego psa, co zaowocowało lekką nadwagą. „Edyciu, tyle razy prosiłem, żeby psa nie karmić między posiłkami” – mówił doktor Kornblum, marszcząc czoło, gdy widział, jak suka znowu – znowu! – zajada coś pod stołem. „Ależ ona tylko taką małą kostkę cielęcą dostała” – broniła się panna Edyta. „Sam Szymon mówił, że kości nie są tuczące”.

Na taki argument „sam Szymon” nie miał odpowiedzi i to był na ogół koniec dyskusji. Do następnego razu, gdy Effi znów łasowała coś pod stołem. Irytowało to niepomiernie pana doktora, ale walka z Edycią była przegrana już na starcie. Szymon starał się więc zapewniać Effi sporo ruchu. Przynajmniej raz dziennie chodzili na długi spacer, a ich ulubioną trasą był marsz do Parku Frascati, za Placem Trzech Krzyży. Gdy była ładna pogoda i Szymon czuł się wypompowany pracą, szli dalej, do Agrykoli, zbiegali w dół, aż nad Wisłę. Po takim spacerze Effi była rozradowana jak mały szczeniak, a pan sam podtykał jej pod nos jakiś przysmak w nagrodę za dzielność.

I teraz właśnie mieli iść na długi spacer, a tu… kraksa.

Suka wcisnęła zimny nos w rękę zdezorientowanej Magdaleny, która po tym zderzeniu z Szymonem jeszcze nie doszła do siebie. Jednak pies, który stał obok niej i wyraźnie się do niej łasił, zachwycił ją do tego stopnia, że przestała się martwić zakrwawionymi palcami oraz stłuczonymi okularami mężczyzny, na którego wpadła, i w ogóle całym zdarzeniem – i zwróciła się do psa.

– Och, jaki ty jesteś piękny. – Wtuliła czoło w psi kark, w ogóle nie czując respektu przed groźnym wilczurem.

– To suka, Effi – powiedział Szymon, patrząc z rozbawieniem na klęczącą obok dziewczynę. – Ona jest piękna, istotnie, i szlacheckiego pochodzenia. Ale klękać przed nią nie trzeba. – Roześmiał się na widok skonfundowanej miny tej rozpędzonej osóbki, która go staranowała, a teraz tuliła jego psa. – A swoją drogą chyba nie zdarzyło się, żeby Effi tak od pierwszej chwili zaakceptowała kogoś obcego – mruknął pod nosem.

Magda usłyszała.

– A, bo widzi pan – uśmiechnęła się nieśmiało – mnie wszystkie psy lubią. Mama mówiła zawsze, że jakieś psie czary odprawiam, bo każdy pies od razu się do mnie łasi. O, tak jak Effi teraz.

I tak, od słowa do słowa, plus psie czary, między tymi dwojgiem zaczęła się znajomość, przyjaźń i wreszcie miłość. Miłość, której Szymon długo się opierał, był bowiem od Magdusi starszy o osiemnaście lat i uważał, że jest dla niej po prostu za stary. Ale ona się z tego tylko śmiała.

Prawdziwym powodem, dla którego Szymon nie chciał tej miłości, była jednak nie różnica wieku, a czasy, w których przyszło im żyć. I jego nieszczęsne pochodzenie.

Szymon, chociaż Żyd z dziada pradziada, nie uczestniczył w życiu swojej społeczności. Nie był członkiem żadnego żydowskiego stowarzyszenia ani ortodoksem – już jego rodzice nie przestrzegali ściśle standardów religijnych judaizmu, choć Szymon został obrzezany i przeszedł bar micwę. Na tym jednak zakończyło się przestrzeganie prawa religijnego w rodzinie Kornblumów. Nie obchodzili szabasu, nie stosowali się do reguł koszerności, nie obchodzili Jom Kippur ani innych świąt żydowskich. Nie uczęszczali do synagogi, w ogóle nie chodzili do żadnej świątyni, po prostu nie byli religijni. Lub byli – na swój sposób, w którym nie mieściły się zewnętrzne oznaki wiary.

O tym, że Szymon jest Żydem, świadczyło jego nazwisko oraz semicki wygląd; ciemne włosy, czarne oczy, opadające powieki, a także duży haczykowaty nos i długie płatki uszne. O jego pochodzeniu świadczyło także – choć oczywiście nie było to widoczne – obrzezanie. I to tyle. On sam czuł się po prostu Polakiem. Miał kłopot, gdy trzeba było wypełnić jakiś dokument z rubryką „wyznanie”. Pisał więc: „urodzony w wyznaniu mojżeszowym, obecnie bez wyznania”. Takie stwierdzenie nie zawsze spotykało się z aprobatą, ale Szymon się tym nie przejmował.

*

Skoro już mowa o psach, to przy Kruczej 46 mieszkał jeszcze jeden, urocze psisko rasy polskiej, czyli kundel czystej krwi, trochę podobny do wilczura, o imieniu Brylek. Brylka znalazł nad Wisłą, któregoś dnia roku 1936, pan Mieczysław Tarnowski, administrator domu. Pies leżał na trawniku i cicho popiskiwał.

Okazało się, że ma złamaną łapkę. Tarnowski dowiedział się o tym od weterynarza, do którego z całym poświęceniem zaniósł znalezionego biedaka. Lekarz łapę nastawił, wziął w łubki, przepisał lekarstwa. Złamanie pięknie się zagoiło, jak to na psie, a Brylek ukochał swego wybawcę ponad wszystko. Jego żonę i syna także darzył szacunkiem, ale tylko trochę. Psia hierarchia ważności w rodzinie Tarnowskich, w skład której wszedł Brylek, przedstawiała się następująco: przewodnikiem stada, osobnikiem alfa i w ogóle panem świata i stworzenia był Tarnowski senior. Potem w psiej kolejce ważności stał właśnie pies, Brylek. Pani Stefania Tarnowska, żona przewodnika stada, i Piotrek Tarnowski, syn, zamykali listę członków stada.

Cała rodzina akceptowała taki stan rzeczy. Brylek może nie był najładniejszy, kulał trochę na tę połamaną łapę, jedno ucho miał sterczące, drugie oklapnięte, sierść miejscami bywała mocno zmierzwiona – ale to mało istotne. Wszyscy go kochali, a to najważniejsze.

Biedny Brylek nie mógł przewidzieć, że za kilka lat będzie musiał zweryfikować swoją hierarchię ważności, bo skład stada zasadniczo się zmieni.

Rozdział 3

1938

Doktor Kornblum przetarł oczy. Była dopiero ósma wieczorem, a on już czuł się bardzo zmęczony. Musi wziąć się w garść, bo przed nim całonocny dyżur. Mijający dzień był okropny. Mieli na oddziale czternaście osób poszkodowanych w wypadku tramwajowym. Połamane ręce, nogi, żebra; nawet złamana szczęka. Nie było wiadomo, co pilniejsze. A tu jeszcze telefon z izby przyjęć.

– Panie doktorze, proszę zejść do nas, mamy tu chłopca w złym stanie. Chyba pobity, krwawi, trzęsie się, nie można z nim dojść do porozumienia.

– To może zadzwońcie na internę, ja tu mam urwanie głowy – bronił się doktor Kornblum.

– Na internie dyżuruje dziś doktor Kochańska, a chłopiec ma porwane spodnie i być może rany na… no, na przyrodzeniu. Nam nie daje się dotknąć, więc doktor Kochańskiej też nie pozwoli. Potrzebny nam mężczyzna – tłumaczyła dyżurna siostra z izby przyjęć.

– A czy ja jestem jedynym… – Szymon machnął ręką i urwał. – Dobrze, zaraz zejdę – powiedział i usłyszał westchnienie ulgi w słuchawce.

Gdy wszedł do izby przyjęć, ujrzał starszego mężczyznę z sumiastym wąsem, siedzącego obok jakiejś skulonej kupki nieszczęścia. Ów mężczyzna, pan Mikołaj Walczak, elektryk zatrudniony przy budowie Dworca Głównego, wracał właśnie ze swojej zmiany do domu, gdy natknął się na gromadę rozwydrzonych wyrostków, znęcających się nad około dziesięcioletnim chłopcem. Dzieciak leżał na ulicy, a rechoczący chuligani szarpali go za spodnie. Obok leżała nadpalona szmata i cuchnęło spalenizną.

– Nie martw się, Mosiek. – Jeden z oprawców pochylał się nad chłopakiem, wymachując trzymanym w ręku nożem. – Zaraz będzie po operacji, pójdziesz do domu i będziesz mógł całować swoją mezuzę 1 z radości, że przestałeś być nieczysty.

– Oj, patrzcie! – wykrzyknął inny. – Fuj! Ten parch się poszczał. Ściągaj, śmieciu, te śmierdzące portki. – Jednym ruchem rozerwał mu spodnie. – Dawaj, Józiek, nóż.

Pan Walczak był rosłym mężczyzną i nie bał się żadnych łobuzów. Ryknął głośno i wpadł między chuliganów, wymachując pięściami. Zaskoczeni gwałtownością ataku i wrzaskiem mężczyzny, rozpierzchli się na boki i uciekli. Elektryk podniósł zasmarkanego, trzęsącego się chłopca z ziemi i ze zgrozą ujrzał, że dzieciak ma przypalone policzki i osmalone włosy, a ponadto rozerwane w kroku spodnie i krwawą krechę przy genitaliach. Rzeczywiście śmierdział moczem.

– Chłopcze, o mój Boże, a co oni ci zrobili? – usiłował dopytać, ale dzieciak szlochał, dygotał i nie był w stanie wykrztusić z siebie słowa. – Możesz iść? – spytał więc tylko pan Walczak, a widząc przytakujący ruch głowy biedaka, wziął go za rękę i przywlókł do szpitala. Przywlókł, bo chłopiec opierał się i nie chciał iść, był w ogromnym szoku, bał się wszystkich i wszystkiego.

Teraz pan Mikołaj opowiedział to wszystko Szymonowi, szczęśliwy, że jego podopiecznym zajmie się już ktoś inny.

– Mogę pójść do domu? – upewnił się, wyjaśniwszy, że chłopca nie zna, nie ma pojęcia, jak malec się nazywa i gdzie mieszka, oraz że o całym zajściu wie tylko tyle, ile opowiedział.

Szymon zajął się chłopcem. Zaprowadził go do izolatki, widział bowiem, że największym problemem małego pacjenta są rozerwane spodnie i to, że pod spodem nie miał żadnej bielizny. Świecił więc golizną i ze wszystkich sił starał się okryć, nie bacząc nawet na to, że ma strasznie poparzoną twarz i pościerane do krwi ręce.

– Siadaj tu, chłopcze, i nie martw się tymi spodniami. Zaraz przyniosę ci coś do założenia. Dostaniesz uniform lekarski i będziesz moim pomocnikiem, dobrze? – Szymon starał się jakoś uspokoić dzieciaka, ale ten zdawał się nie słyszeć. Ściskał z przodu te swoje podarte spodnie, wbijając wzrok w podłogę.

– Jak masz na imię? – spytał doktor Kornblum.

– Samuel – wyszeptał mały.

– Ach, więc umiesz mówić, świetnie – ucieszył się Szymon. – Bo już się bałem, że oderżnęli ci język – mówił do chłopca, oczyszczając mu delikatnie twarz. Smarował poparzone miejsca specjalną maścią i wzdychał w duchu, wyobrażając sobie, jak musi cierpieć to przerażone dziecko. – A tu masz trochę wilgotnej ligniny, wytrzyj się, bo jesteś umazany ziemią. – Delikatnie nie wspomniał o zapachu moczu.

– Mówili, że jestem śmierdzącym parchem – odezwał się raptem mały. – Spalili mi pejsy i powiedzieli, że trzeba mi obciąć tego obrzezanego fiuta, żebym nie płodził innych smrodliwych żydków. Ten największy, ten z nożem, skaleczył mnie nawet i gdyby nie ten pan, pewnie by… – Samuel zaczął znowu trząść się i płakać. – Może szkoda, że mnie nie zabili, bo przecież komu potrzebny taki śmieć – szlochał.

– Skurw… – Szymon zmełł w ustach przekleństwo i przygarnął do siebie chłopca. Raptem wpadł na pewien pomysł. – Posłuchaj, Samuelu – powiedział tak stanowczym tonem, że mały przestał płakać, podniósł głowę i popatrzył w górę. – Wiesz, ja nazywam się Szymon Kornblum. Jestem Żydem, jak i ty. I popatrz na mnie – rozpiął szybko spodnie – ja też jestem obrzezany. – Zapiął rozporek i mówił dalej: – I jednak jestem komuś potrzebny, choćby chorym tu, w szpitalu. Zostałem lekarzem i nie przeszkodziło mi w tym ani obrzezanie, ani religia, w jakiej zostałem wychowany. Więc przestań się mazać i bądź mężczyzną. My, Żydzi – mówił dalej, chcąc wywołać w chłopcu poczucie jakiejś przynależności i wspólnoty – musimy być podwójnie dzielni i spodziewam się, że taki się okażesz.

Skończył opatrywanie poparzeń, obejrzał też skaleczenie na podbrzuszu chłopca, które na szczęście okazało się tylko draśnięciem. Potem wziął Samuela za rękę i zaprowadził do siebie na oddział. Wyjął ze swojej szafki spodnie – zawsze miał jakieś ubranie na zmianę w szpitalu – i przyciął nogawki.

– Wkładaj – polecił i śmiali się obydwaj, bo mały w tych spodniach utonął. Ale Szymon zawinął je z obu boków i obwiązał bandażem jak paskiem. Wyciągnął na wierzch koszulę Samuela, która – o dziwo – prawie nie ucierpiała. Zakryła te zbyt obszerne spodnie na tyle, że chłopiec wyglądał w tym stroju trochę lepiej.

– Masz tu maść. – Wręczył chłopcu mały słoiczek. – Poproś mamę, żeby smarowała ci twarz dwa razy dziennie. Gdyby zaczęło ropieć, natychmiast przyjdź do szpitala. Powiem w izbie przyjęć, że jeśli przyjdziesz, mają mnie zawiadomić, a jeśli mnie nie będzie, będzie mój kolega, inny pan doktor, któremu wszystko wyjaśnię. Rozumiesz? – upewnił się Szymon.

Chłopiec złapał jego dłoń i pocałował.

– Dziękuję. Za… za… za wszystko – wyszeptał i uciekł.

Szymon dopiero teraz poczuł, jak bardzo wstrząsnęła nim ta historia. Nie miał pojęcia, skąd wziął się pomysł pocieszenia chłopca tym, że i on, doktor Szymon Kornblum, jest obrzezany – i dopiero teraz do niego dotarło, że gdyby ktoś wszedł do pokoju lekarskiego w chwili, gdy prezentował Samuelowi swoje obrzezanie, mogłoby to się źle dla pana doktora skończyć.

Aż usiadł, cały spocony. Ale mimo wszystko cieszył się, że wpadł na taki pomysł, bo widział, jak bardzo przywróciło to wiarę chłopca we własną wartość. Mały wybiegł ze szpitala z podniesioną głową, mimo śmiesznego stroju i poparzeń na twarzy.

Następnego dnia znowu poproszono doktora Kornbluma do izby przyjęć.

– Panie doktorze – wyjaśniła mu dyżurująca tam siostra – jest tu pewna pani, która upiera się, że musi z panem porozmawiać, i odmawia pójścia na oddział. Powiedziała, że stąd nie wyjdzie, dopóki pana nie zawiadomię. Przepraszam – kajała się pielęgniarka – ale ona jakaś taka zdesperowana, że mi się jej żal zrobiło. O, tam stoi. – Wskazała.

Szymon obejrzał się i ujrzał drobną przygarbioną kobiecinę w zamotanej na głowie chuście, stojącą w kącie. Podszedł do niej.

– Dzień dobry, jestem doktor Kornblum – przedstawił się. – Pani ma do mnie jakąś sprawę?

Kobieta wyprostowała się błyskawicznie, wyciągnęła rękę i schwyciła Szymona za kitel.

– Oj, dzień dobry, pan doktor – powiedziała cicho. – Ja jestem mama Samuela. Przyszłam podziękować za moje dziecko. On teraz głowę nosi prosto i wszystkim opowiada, że będzie ortopeda.

Złapała Szymona za rękę, on chciał zabrać dłoń, bo przestraszył się, że ta kobieta gotowa go w tę rękę całować… jak syn… Ale ona tylko coś mu wcisnęła i wybiegła z izby przyjęć. Szymon nawet nie zdążył się odezwać. W ręku trzymał mały płócienny woreczek, w którym wyczuł coś twardego. Jakieś pudełko? Słoiczek? Odwrócił się i poszedł w stronę schodów prowadzących na jego oddział. Po drodze zajrzał do woreczka. Był tam słoiczek, a w nim miód, z ręcznie wypisaną nalepką: „z gryki 1937”. Słoik miodu był zapewne ofiarą nieprawdopodobnie hojną dla tej kobieciny. Szymon odkręcił wieczko, chcąc powąchać miód. I dostrzegł, że jego powierzchnia w słoiku jest trochę porysowana i nieudolnie wygładzona. Jakby ktoś… mały Samuel?… chciał chociaż troszeczkę spróbować.

Takich incydentów, jak ten z żydowskim chłopcem, było coraz więcej. Przygoda Samuela skończyła się w miarę dobrze, głównie dzięki dzielnemu elektrykowi z Dworca Głównego. Ale ileż było wypadków, które kończyły się źle, gorzej, a nawet tragicznie?

Poza napadami, coraz częściej zdarzały się włamania do żydowskich mieszkań, sklepików, warsztatów rzemieślniczych. Nierzadko też Żydzi, mieszkający do tej pory w centrum miasta, opuszczali swoje domy i przenosili się do krewnych gdzieś na Nalewki, Powiśle, Tłomackie, Grzybów albo na Szmulcowiznę.

Sklep Szymona jakoś do tej pory ocalał, może dlatego, że na szybie nie było nazwiska właściciela. Natomiast w spożywczym mieszczącym się na parterze tej samej kamienicy – tyle że z prawej strony, a sklep bławatny był z lewej – wybito szyby. Na szczęście na tym się skończyło, widocznie sprawcom wystarczyło samo zniszczenie witryny. Pan Szelenbaum zasłonił dziurę dyktą i tak zostało. Sklepu nie zamknął, choć interes bardzo podupadł, a sam właściciel coraz rzadziej tam zaglądał. Zapasowe klucze dał Mieczysławowi Tarnowskiemu, administratorowi domu, mieszkającemu na parterze. Obok jego mieszkania było nieużywane pomieszczenie po dawnej pralni, więc pan administrator poprzenosił tam sporo zapasów ze sklepu, tych niepsujących się, takich jak sól, makaron, puszki czy beczki z ogórkami. Wszystko to stało tam sobie, czekając na lepsze czasy.

*

Po Nocy Kryształowej w Niemczech Szymon wpadł w popłoch. Mało brakowało, a zrezygnowałby ze ślubu z Madzią, jednak nie mógł przecież jej zostawić, takiej młodziutkiej, bez żadnego doświadczenia, bez rodziny i zabezpieczenia, samej na świecie.

Poza tym oświadczył się przecież i został przyjęty. Było to wprawdzie w ubiegłym roku i choć o terminie na razie nie rozmawiali, Magdalena nosiła bowiem żałobę po matce, bez wątpienia ze ślubu teraz już nie wypadało zrezygnować. Zresztą sama myśl o ślubie napełniała Szymona szczęściem tak wielkim, że aż sam się temu dziwił. Do tej pory – a miał już przecież prawie czterdzieści lat – nigdy nie przyszła mu do głowy myśl o ożenku. Miał oczywiście kilka związków z kobietami, był przecież normalnym, zdrowym mężczyzną, lecz żadna z nich nie wzbudziła w nim prawdziwego uczucia. Dokonała tego dopiero Magda i bez względu na wątpliwości i wahania, jakie go trapiły – na myśl, że miałby ją stracić i że mogłoby nie dojść do ślubu, oblewał go zimny pot.

Ślub więc zbliżał się nieodwołalnie i obydwoje czekali tylko na zakończenie żałoby. Właśnie mijał rok i ten wyczekiwany termin był tuż, tuż.

Chociaż – pojawił się pewien problem. Z uwagi na odmienne wyznania mogli wziąć jedynie ślub cywilny. Dla Szymona nie miało to najmniejszego znaczenia, on mógłby żyć z Madzią w ogóle bez ślubu. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że dla młodej dziewczyny, praktykującej katoliczki, coś takiego byłoby nie do przyjęcia. Martwił się także, że i ślub cywilny – wyłącznie taki – może nie być dla Magdy do przyjęcia. Chciał jednak, żeby miała jakieś oparcie i zabezpieczenie materialne. Przecież jego narzeczona nie miała już żadnej rodziny. Nie wypytywał wprawdzie o jej stan majątkowy, ale to oczywiste, że Magdalenie i jej mamie raczej się nie przelewało. Ślub, nawet wyłącznie cywilny, dawał dziewczynie stabilizację.

Szymon był od przyszłej żony sporo starszy i święcie wierzył, że pierwszy zejdzie z tego świata. Chciał więc tak ją zabezpieczyć, żeby po jego śmierci mogła dalej żyć na przyzwoitym poziomie. Zaraz po ślubie zamierzał złożyć odpowiednie dokumenty u mecenasa Malczewskiego, który mieszkał i prowadził kancelarię na pierwszym piętrze domu przy Kruczej. Najpierw jednak trzeba było wziąć ślub. I należało się pospieszyć, bo Noc Kryształowa w Niemczech podważyła w Szymonie wiarę w to, że uda mu się dożyć starości.

– Magdalenko, kochanie, usiądź przy mnie. – Szymon w końcu zdecydował się wytłumaczyć powody, dla których nie mogą w tej chwili wziąć ślubu kościelnego. Owszem, on bez słowa protestu zgodziłby się zmienić wyznanie, ale nie teraz. Nie w czasach, gdy wielu znajomych Żydów zmieniało wyznanie tylko ze strachu przed prześladowaniami, wierząc naiwnie, że nazwisko Kowalski zamiast Rosenkrantz oraz łańcuszek z krzyżykiem na szyi zamiast menory na honorowym miejscu w domu uchroni ich przed złym losem.

Szymon, choć przecież nieortodoksyjny, ba!, w ogóle niepraktykujący, miał swoje poczucie godności. Urodził się jako Kornblum i jako Kornblum umrze. Może zmienić wyznanie z miłości do żony, ale nie teraz.

Poza tym i tak nie miał pojęcia, jak to przeprowadzić, czy długo to trwa, co musiałby zrobić i tak dalej. Miał natomiast kolegę, również Żyda, który ożenił się z gojką – i wzięli ślub w Paryżu. Ślub był ważny, uznawany i dawał obojgu małżonkom wszystkie prawa.

Do Magdy dopiero teraz dotarło, co oznacza, że jej narzeczony jest Żydem. Do tej pory w ogóle się nad tym nie zastanawiała; w otoczeniu, w którym żyła, kwestia antysemityzmu nie istniała. Człowiek był człowiekiem i tyle. I Magdalena, i jej mama, praktykujące katoliczki, regularnie chodziły do kościoła i przestrzegały wszystkich zasad wiary. Podczas pogrzebu mamy Szymon był w kościele razem z Magdą, na jej prośbę. Widziała, że klękał, gdy wszyscy klękali, i żegnał się, gdy wszyscy czynili znak krzyża; automatycznie uznała więc, że też jest katolikiem, i teraz te jego wyjaśnienia wprawiły ją w wielkie zakłopotanie. Przypomniała sobie nagle, że kilka razy słyszała w bibliotece jakieś niesympatyczne uwagi „o tych żydkach”, kiedyś nawet ktoś opowiadał, że widział, jak rzucano kamieniami w jakiegoś „zasmarkanego mośka”. Puszczała takie opowieści mimo uszu, nie będąc nimi zainteresowana.

W ogóle nie miała pojęcia, co odpowiedzieć. Patrzyła na Szymona i czuła jedynie, że kocha go bardzo, tak bardzo, że to aż boli. I jeśli ktoś lub coś nie da jej wyjść za niego, to ona po prostu umrze.

*

– Proszę księdza!

Magdusia dygnęła na widok wychodzącego proboszcza. Czekała na niego przed kancelarią. Zastanawiała się, czy nie uklęknąć przed konfesjonałem, ale nie wiedziała, czy już zgrzeszyła, czy jeszcze nie. Postanowiła więc, że spróbuje porozmawiać z duchownym na zewnątrz, odprowadzi go do mieszczącej się nieopodal plebanii.

– A co ty tu robisz, dziecko? Zmarzłaś przecież.

Ksiądz Henryk znał Magdalenę, nie tak dawno odprawiał mszę żałobną za jej mamę, zmartwił się więc, że stało się coś złego, skoro dziewczyna czeka na niego.

– Bo ja, proszę księdza, chyba zgrzeszyłam – szepnęła Madzia. – Ale to nie ma być spowiedź. Chciałam prosić o radę, jeśli można. – Spojrzała na proboszcza z nadzieją.

– To wiesz co, moja kochana? – Ten objął ją lekko za ramiona i poprowadził w stronę kancelarii. – Wejdźmy do środka, napijemy się herbaty i porozmawiamy. Chyba jest za zimno na dłuższy spacer, a coś mi się wydaje, że to nie będzie pięć minut.

W kancelarii już nikogo nie było, mogli więc spokojnie porozmawiać.

– Moja droga – duchowny ujął w dłoń szklankę herbaty, bardziej, żeby zająć czymś ręce, a nie dlatego, że chciało mu się pić – żyję już tak długo na tym świecie, że nie istnieje taki grzech, o którym bym nie słyszał. Nie zadziwisz mnie więc niczym, chociaż naprawdę nie przypuszczam, żebyś mogła popełnić grzech ciężki. Słucham cię, proszę, mów, co ci leży na sercu.

Ksiądz Henryk nie bardzo wierzył, że to dziecko mogłoby zrobić coś naprawdę złego, a już w ogóle się nie spodziewał, że grzechem Magdaleny było pokochanie człowieka innej wiary.

– Jak już mam być szczera, muszę wyznać, że on właściwie nie ma żadnej wiary. Odszedł od swojego wyznania i nie zależy mu na jakiejkolwiek religii. Nie chcę go teraz oceniać ani rozmawiać na ten temat. Chcę tylko powiedzieć, że żyć bez niego nie chcę i nie mogę, nawet jeśli ksiądz proboszcz powie mi, że popełnię grzech śmiertelny. Byłabym już gotowa przyjąć jego wyznanie, ale on w ogóle nie chce tego słuchać. Wymyślił, że pojedziemy do Paryża i tam weźmiemy ślub cywilny. Ale wiem, że w oczach Boga będę żyć w grzechu, i nie mam pojęcia, co począć. – Dziewczyna trzymała się dzielnie i choć w jej oczach błyszczały łzy, nie pozwoliła, by popłynęły po policzkach.

Duchowny się zamyślił. Był już siwiuteńki i niejedno przeżył. Takie „tragedie”, o jakiej teraz opowiadała mu ta młoda parafianka, też już widział i pomagał znaleźć wyjście. Był bardzo prosty sposób. Przyszły pan młody musiałby po prostu zmienić wyznanie. Rzecz jednak w tym, iż sumienie księdza wzdragało się w tym przypadku przed takim rozwiązaniem. Z opowiadania Magdusi wynikało bowiem, że jej narzeczony w ogóle odszedł od wiary i zmiana wyznania będzie dlań jedynie formalnością, która pozwoli obalić przeszkodę na drodze do szczęścia.

Było jeszcze jedno rozwiązanie. Teoretycznie. Otóż w świetle kodeksu prawa kanonicznego z 1917 roku istniała możliwość ubiegania się o tak zwaną dyspensę i zawarcie małżeństwa mieszanego. Dyspensy udzielał na przykład biskup kierujący diecezją. Wniosek o nią powinien złożyć proboszcz, występując w imieniu strony katolickiej – ale nie jako pełnomocnik, tylko przekazując prośbę o dyspensę drogą służbową i opiniując ją dla biskupa. Magdalena musiałaby tylko dołączyć do wniosku pisemne zobowiązanie, że uczyni, co w jej mocy, aby małżonek przystąpił do Kościoła katolickiego, sama od wiary katolickiej nie odejdzie, a dzieci będą wychowane w tej właśnie wierze. Przyszły małżonek musiałby natomiast podpisać, że przyjął to zobowiązanie do wiadomości.

– Takie małżeństwo jest zgodne z prawem kanonicznym i zostaje wpisane do księgi małżeństw, prowadzonej w parafii – tłumaczył ksiądz Henryk. – Tylko widzisz, moje dziecko, udzielenie takiej dyspensy ma charakter fakultatywny…

– Co to znaczy? – prawie niegrzecznie spytała oszołomiona Madzia. – Przepraszam – szepnęła i pochyliła głowę. – Nie powinnam księdzu przerywać. Ale… widzi ksiądz, to dla mnie teraz sprawa najważniejsza na świecie.

– Nie szkodzi, nie szkodzi. – Duchowny uśmiechnął się z pobłażaniem i wytłumaczył dziewczynie, że taka dyspensa może być udzielona albo i nie. A jeśli będzie udzielona, to stać się to może za miesiąc (choć tak krótko na ogół się nie czeka) albo za trzy miesiące. Lub jeszcze później.

– Proszę księdza, ja mogę czekać, ile trzeba – oświadczyła rozpromieniona Magda, do której nie dotarło, że może w ogóle nie uzyskać dyspensy. Pojęła jedynie, że oto istnieje możliwość zawarcia małżeństwa w kościele, i tylko to było dla niej istotne. – Ale muszę porozmawiać o tym z Szymonem…

Kornblum okazał się jednak bardziej świadomy powagi sytuacji. Antysemityzm nie słabł, niestety, i Szymon wiedział, że Kościół katolicki niezbyt chętnie akceptuje pary, w których jedno z małżonków wyznaje judaizm. A poza tym – był koniec roku 1938 i coraz głośniej mówiło się o groźbie wojny, zakochany mężczyzna nie chciał zgodzić się na odwlekanie ślubu, który i tak przesunął się już w czasie ze względu na żałobę Magdaleny po matce.

Nie wiedząc nawet, że Magda zasięga rady swojego proboszcza, Szymon ze swej strony zrobił rozeznanie co do możliwości zawarcia ślubu cywilnego. Pomysł z Paryżem upadł, okazało się bowiem, że są jakieś trudności, wymagano zaświadczeń o krajowym prawie przyszłych małżonków. A sytuacja prawna w Polsce w dziedzinie małżeństw cywilnych była zróżnicowana w różnych częściach kraju. Zachowano przepisy z poszczególnych dawnych państw zaborczych, co oznaczało, że ślub cywilny można było wziąć na przykład na terenach dawnego zaboru pruskiego, a nie można było – na obszarze dawnego zaboru rosyjskiego.

Innymi słowy, można było wziąć ślub cywilny na przykład w Poznaniu i to właśnie Szymon miał zamiar załatwić. Tak, załatwić, bo był jeden szkopuł – a mianowicie przynajmniej jedno z przyszłych małżonków musiało mieszkać na terenie dawnego państwa zaborczego. Ale jeśli ma się pieniądze – a Szymon je miał – jakiż problem z uzyskaniem niezbędnych zaświadczeń? Żaden, oczywiście.

Przypisy

1 Mezuza – małe pudełeczko z drewna lub metalu, umieszczane na framudze drzwi wejściowych, zawierające zwitek pergaminu z wypisanymi ręcznie cytatami z Tory. Przekraczający próg domu dotykał jej dwoma palcami, które następnie podnosił do ust, co wyrażało miłość i szacunek do Boga oraz pamięć o Jego przykazaniach. Mezuza miała chronić dom przed nieszczęściami i złymi duchami.

Wszystkie przypisy w książce pochodzą od autorów.

Redakcja

Agnieszka Czapczyk

 

Korekta

Dorota Honek-Sac

 

Skład i łamanie wersji do druku

Łukasz Slotorsz

 

Projekt graficzny okładki

Joanna & Grzegorz Japoł – LUNA Design Studio

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Maria Ulatowska, Jacek Skowroński, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384303153

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Od autorów

Prolog

Rozdział 1

Przedtem

Rozdział 2

Rozdział 3

Przypisy

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści