Jill - Philip Larkin - ebook
NOWOŚĆ

Jill ebook

Philip Larkin

0,0

Opis

Debiutancka powieść Philipa Larkina opowiada o młodym człowieku, który próbuje znaleźć dla siebie miejsce w świecie. John Kemp przyjeżdża do Oxfordu z prowincji i szybko odkrywa, że wiedza nie wystarcza, by stać się częścią środowiska, do którego chciałby należeć. Wśród studentów pewniejszych siebie, bogatszych i lepiej przygotowanych do życia czuje się coraz bardziej obcy. Zamiast zbliżać się do innych, tworzy więc własny świat, zamieszkany przez wyobrażenia, marzenia i fikcje. Napisana podczas wojny Jill przynosi pierwsze ważne tematy późniejszej twórczości autora: samotność, podziały społeczne i życie przeżywane bardziej w marzeniach niż w rzeczywistości. To przejmujący portret młodości, w której wyobraźnia okazuje się jedynym schronieniem przed poczuciem wyobcowania.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 395

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Jamesowi Ballardowi Suttonowi

przekład dedykuję pamięci mojej Mamy,

Danuty Przasnyskiej-Błachnio

JPB

Ta opowieść rozgrywa się głównie podczas trymestru jesiennego 1940 roku na Uniwersytecie Oxfordzkim. Czas i miejsce są przeważnie prawdziwe, ale postacie – fikcyjne. Jako że historia, choć długa, pozostaje w istocie skromnym opowiadaniem, zrezygnowano z wyodrębniania rozdziałów, gdzieniegdzie wprowadzając jedynie światło.

.

John Kemp siedział w kącie pustego przedziału pociągu pokonującego ostatni odcinek trasy do Oxfordu. Dochodziła czwarta, w czwartkowe popołudnie w połowie października, i powietrze zaczęło już gęstnieć – jak zwykle jesienią, nim zapadnie zmrok. Niebo stężało od nieprzeniknionych chmur. Gdy pozostawili za sobą gazometry, wagony towarowe i osmalone wiadukty Banbury, wyjrzał na pola i zwrócił uwagę na przesuwające się błyskawicznie kępy drzew. Każdy więdnący liść miał swój własny odcień, od najbledszej ochry niemal po fiolet. Dzięki temu każde drzewo wyróżniało się spośród innych, jak na wiosnę. Żywopłoty wciąż były zielone, ale listki wplecionych w nie powojów nabrały niezdrowej żółtej barwy i z daleka wyglądały jak późne kwiaty. Niewielkie odnogi rzek wiły się wśród porosłych wierzbami łąk, tak że ich powierzchnia zasypana była liśćmi. Brzegi były spięte pustymi kładkami.

Wszystko wyglądało na zimne i opuszczone. Na szybach wagonów wciąż widniały niebieskawe zawijasy – ślady irchowych myjek – więc zajął się oglądaniem przedziału. Z pąsowych siedzeń wagonu trzeciej klasy unosiły się zapachy kurzu, lokomotywy i tytoniu, ale powietrze było ciepłe. Z przeciwległej ściany spoglądały na niego fotografie Portmadoc1 i zamku w Dartmouth2. Był drobnym osiemnastoletnim chłopcem o bladej twarzy i miękkich jasnych włosach, dziecinnie zaczesanych z lewej strony na prawą. Oparł się o siedzenie, wyprostował nogi, a dłonie wcisnął głęboko w kieszenie taniego niebieskiego płaszcza. Klapy wywinęły się na zewnątrz, a od guzików ciągnęły się zagniecenia. Jego szczupła twarz robiła wrażenie ściągniętej, wokół ust czaiło się napięcie, a na czole utrzymywała niewielka zmarszczka. Całej jego powierzchowności brakowało blasku i bujności. Tylko jedwabiste włosy, miękkie jak puch ostu, mogły stwarzać wrażenie, że jest ładny.

Cały dzień spędził w podróży i był głodny, gdyż właściwie nie jadł lunchu. Kiedy tego ranka wyruszał z domu w Lancashire, miał w kieszeniach dwie paczuszki z kanapkami, które matka przygotowała poprzedniego wieczora. Kanapki z jajkiem były zawinięte w biały papier, a kanapki z szynką w brązowy – każda przewiązana sznurkiem, porządnie, ale nie za mocno. Jednak za kwadrans pierwsza siedział w wypełnionym przedziale, bez perspektywy przesiadki przez najbliższe pięćdziesiąt minut – a ponieważ bał się jeść przy obcych, z niepokojem spoglądał na współpasażerów, chcąc się przekonać, czy oni także wyjmą jedzenie. Nic na to nie wskazywało. Jeden z mężczyzn przepchnął się do wyjścia i poszedł zjeść lunch w wagonie restauracyjnym, ale pozostali – dwie starsze panie, piękna dziewczyna oraz duchowny, który czytał książkę i robił w niej zapiski – spokojnie siedzieli na miejscach. John nie podróżował dotąd zbyt często i z tego, co wiedział, jedzenie w przedziale to przejaw złych manier. Próbował czytać. Ale o pierwszej, zdesperowany, przemknął do łazienki, zaryglował drzwi i zdążył połknąć kilka kanapek, zanim wściekłe łomotanie do drzwi sprawiło, że wypchnął resztę przez wywietrznik, hałaśliwie i bez potrzeby spuścił wodę w klozecie, po czym wrócił na swoje miejsce. Zupełnie jakby jego powrót był umówionym sygnałem, niższa i grubsza ze starszych pań rzuciła z zadowoleniem: „No!” i wyjęła skórzaną torbę na zakupy, z której wydobyła: serwetki, paczuszki z kanapkami, małe ciastka z owocami i termos, po czym obie zaczęły jeść – zrobił się z tego mały piknik. Tymczasem piękna dziewczyna wyciągnęła zwykłe bułki z serem zawinięte w sreberko, nawet stary duchowny wkruszał sobie do ust herbatniki, z chustką do nosa wetkniętą za koloratkę. John ledwie śmiał oddychać. Czuł, że starsze panie wymieniają spojrzenia; siedział zgnębiony i przewracał strony Snu nocy letniej, czekając na to, co, jak wiedział, musi nastąpić: chwilę, gdy któreś ze współpasażerów litościwie zaproponuje, żeby się poczęstował. I rzeczywiście – po pięciu minutach poczuł trącenie łokciem i zobaczył, że niższa i grubsza z pań wychyla się ku niemu z owiniętą w serwetkę paczuszką. Kobieta miała zaróżowioną twarz i obnażała w uśmiechu sztuczne zęby.

– Może miałbyś ochotę na kanapkę, chłopcze?

Stukot pociągu częściowo zagłuszał jej słowa, ale gest był wymowny.

– Hm... nie, dziękuję... to bardzo miło z pani strony... nie, dziękuję... ja...

Nie mógł przecież tłumaczyć, że swój lunch wyrzucił przez okno ubikacji; tymczasem pani nadal trzymała przed nim zawiniątko, potrząsając nim zdecydowanie.

– Śmiało, chłopcze... w bród... będziesz głodny...

Pod beżowym płaszczem podróżnym miała kremową bluzkę z kołnierzykiem spiętym stalową broszką.

Ponieważ John nadal za pomocą gestów i słów dawał do zrozumienia, że to bardzo miło z jej strony, ale naprawdę dziękuje, schowała kanapki i otworzyła torebkę.

– Nie jest ci słabo, prawda? – Pulchną dłonią gmerała pośród listów i kluczy; trąciła też chusteczkę pachnącą lawendą i buteleczkę tabletek. – Jeśli boli cię głowa, mam sole trzeźwiące... połóż się...

Ale on już wziął kanapkę, wszystko bowiem byłoby lepsze, niż zostać spryskanym wodą kolońską albo zmuszonym do siedzenia przy otwartym oknie. Piękna dziewczyna wpatrywała się w niego z rozbawieniem, oblizując końce palców; nawet duchowny, który obierał szarą renetę srebrnym scyzorykiem, przerwał, by rzucić mu wesołe spojrzenie. W końcu John był zmuszony przyjąć nie tylko trzy kanapki od pań, ale również kawałek ciasta od dziewczyny i ćwiartkę jabłka od duchownego. Siedział zupełnie upokorzony i żuł – z oczami wbitymi w brudną podłogę.

Zatem teraz, cztery godziny później, był głodny, ale tak bliski końca podróży, że niepokój odbierał mu ochotę na jedzenie. A pociąg zdawał się przyspieszać, prąc naprzód z rytmicznym stukotem – jak gdyby wiedział, że zbliża się do celu jego podróży. John wyjrzał przez okno i dostrzegł mężczyznę wychodzącego w pole ze strzelbą, dwa konie przy furtce – a teraz przy linii kolejowej pojawiły się kanał i rzędy domów. Wstał i patrzył na zbliżające się miasto poprzez działki, przydomowe ogródki i sterty węgla pokryte opadłymi liśćmi. Czerwone ceglane mury lśniły przytłumionym ciepłem, które kiedy indziej mógłby podziwiać. Teraz był zbyt zdenerwowany. Pociąg łomotał, mijając żelazne mosty, pola kapusty i fabrykę z wymalowanym, wielkim, białym napisem, którego nawet nie przeczytał; dym brudził niebo; pociąg gwałtownie przechylał się na kolejnych zwrotnicach. Nastawnia. Prędkość zdawała się zwiększać, gdy mknęli w kierunku dworca szerokim łukiem, między mnóstwem wagonów, wśród których John dostrzegł i taki ze swoich stron. Potem zadaszony peron z okapami, głuche krzyki, zwalniające twarze, kiedy on z mozołem ściągał z półki ciężką walizkę, dygot hamowania i kłęby pary.

– Oxford! Oxford! – krzyczał bagażowy, idąc wzdłuż całego peronu, gdyż wszystkie tablice z nazwami miejscowości zostały zdjęte na czas wojny. John wysiadł.

Niespiesznie przeszedł przez bramkę, przy której sprawdzano bilety, i gdy opuścił dworzec, nie znalazł już ani jednej taksówki. Stał na chodniku i wcale nie było mu żal, że się trochę spóźnił; po raz pierwszy przybywał do Oxfordu, by tu zamieszkać, i bał się tak bardzo, że nawet teraz zawróciłby i czmychnął z powrotem w swoje dotychczasowe życie, gdyby tylko nadarzyła się okazja. Niczego nie zmieniało to, że pracował na tę chwilę całymi latami – jeśli nie mógł uciec z powrotem do domu, wolał przynajmniej powałęsać się i jedynie stopniowo zbliżać do college’u, w którego księgach został zapisany jako stypendysta.

Kiedy tak stał i wahał się jeszcze, spoglądał w kierunku miasta, a za jego plecami młody człowiek kłócił się z bagażowym o zagubioną torbę kijów golfowych. John nie dostrzegał wokół siebie nic nadzwyczajnego; widział plakaty z reklamami fasolki i ATS3. Ludzi cisnących się do czerwonego autobusu. Fasadę pubu z glazurowanej cegły. Drogą jechał, poskrzypując, wóz zaprzężony w kuca. Woźnica, zgarbiona postać w nikłym zmierzchu, trzymał luźne wodze. John rozejrzał się w poszukiwaniu college’ów i starych budynków, ale w oddali dostrzegał tylko pojedyncze iglice; przyglądał się więc kobiecie, która kupowała brukselkę w warzywniaku niecałe pięćdziesiąt metrów dalej. Torba stała przy nim na krawężniku.

Ponieważ upchnął w tej torbie wszystko, co miał, była bardzo ciężka, musiał więc wziąć taksówkę, czego nigdy przedtem nie robił. Tylko zastawa pojechała przed nim w małej skrzynce; wszystko inne zostało zapakowane do torby, która wyglądała jak mały kuferek z rączką. Była tak ciężka, że ledwie mógł ją unieść choćby i dwadzieścia metrów.

Czekał w napięciu. Kierowca pierwszej taksówki wyszczerzył zęby w uśmiechu i wyłączył silnik, gdy John podał adres swego college’u.

– Przepraszam pana, na podwieczorek bede szed’.

– Aha.

Wrócił na krawężnik. Drugi kierowca przyjął kurs i po krótkiej, nijakiej podróży w cenie dwóch szylingów4 wysadził Johna przed bramą college’u. John dał mu pół korony5 i obawiając się, że kierowca będzie próbował wydać mu sześć pensów reszty, szybko wszedł przez bramę. Usłyszał, jak taksówka odjeżdża.

Dźwięk ruchu ulicznego zdążył przycichnąć. John rozpoznał dziedziniec (kiedyś już tu był) i rozejrzał się wokół siebie.

Muszę zapytać portiera, gdzie jest mój pokój – powiedział sobie, by stłumić rosnące oszołomienie – od tego trzeba zacząć.

Zostawił więc torbę i skręcił w stronę pomieszczeń przy bramie, które przeznaczono na portiernię. Tu wykładano pocztę, a wzdłuż jednej ze ścian wisiało kilka podniszczonych rozkładów jazdy pociągów i książek telefonicznych do użytku studentów. John pamiętał portiera, gwałtownego człowieczka z rudymi bokobrodami i w pułkowym krawacie, którego zobaczył teraz, jak opiera się o wewnętrzne drzwi i rozmawia z dwoma młodymi ludźmi. Był ubrany lepiej niż John.

– Do kogo ta mowa? Do kogo, pytam. Mówiłem to przez cały zeszły trymestr.

– Tak czy owak, nikt nie będzie sobie tym zawracał głowy – rzekł leniwie jeden z młodych.

– W każdym razie nikt przy zdrowych zmysłach.

– Powiem wam, w czym rzecz – zaczął portier jeszcze bardziej gniewnym głosem, ale przerwał, spostrzegłszy Johna. – Słucham pana?

John przełknął ślinę; dwaj młodzi ludzie odwrócili się, by na niego spojrzeć.

– Hm... Właśnie przyjechałem... hm... czy mógłby pan... hm... mój pokój...

– Co takiego, proszę pana? – warknął człowieczek, nadstawiając ucha. – Co proszę? – Johnowi odebrało mowę. – Pierwszoroczny, co?

– Tak...

– Jak nazwisko?

– Hm... Kemp... hm...

– Kent?

Portier wziął listę i przejechał po niej kciukiem; dwaj młodzi ludzie nadal patrzyli na Johna, jakby niewiele dla nich znaczył. Wydawało się, że upłynęło kilka godzin, zanim portier wykrzyknął:

– Kemp! Kemp, tak? Tak jest, pokój numer dwa, klatka czternaście. Z panem Warnerem. Pański pokój – powtórzył, gdyż John stał nieruchomo. – Czternaście, dwa.

– Hm... gdzie...?

– Dziedziniec Fundatora. Drugie przejście po lewej. Klatka numer czternaście jest po prawej stronie. Znajdzie pan raz-dwa.

John wycofał się, mamrocząc podziękowania.

Kim jest pan Warner? Tego właśnie John się obawiał. Dotychczas jednak lęk nie był zbyt silny, istniały bowiem inne, pilniejsze powody do niepokoju.

Sądził, że gdy już znajdzie swój pokój, zawsze będzie miał schronienie, ustronne miejsce, kryjówkę. Najwyraźniej był w błędzie.

Kim jest pan Warner? Może okaże się spokojny i pilny.

Ta wiadomość tak go zdenerwowała, że zapomniał spytać, czy skrzynka z zastawą dotarła na miejsce, tylko wziął torbę i ruszył we wskazanym kierunku. Dziedziniec z trzech stron zamykały mieszkania studentów, a z czwartej – kaplica i sala jadalna. Okna były ciemne i puste; sklepione przejścia, z herbami i kamiennymi wolutami, prowadziły ku innym częściom college’u. Kilka gołębi sfrunęło z wysokich gzymsów ukrytych w bujnym pąsowym bluszczu. Dysząc pod ciężarem torby, John ruszył jednym z przejść, gdzie wisiała tablica upamiętniająca poprzednią wojnę, i znalazł się wśród krużganków, na środku których stała figura fundatora, otoczona żelaznym ogrodzeniem. Odgłos kroków Johna odbijał się echem na kamiennych płytach – stąpał na palcach, nie zdając sobie sprawy, jak zwyczajny stanie się dla niego ten dźwięk za raptem kilka dni. Tutaj, na wewnętrznym dziedzińcu, panowała niemal zupełna cisza, przerywana tylko odległym dźwiękiem gramofonu. Zastanawiał się, kim był fundator i kim jest pan Warner – może biednym stypendystą, tak jak on.

Po prawej stronie dziedzińca znajdowały się trzy klatki schodowe, z których ostatnia miała numer czternaście. Numery namalowano niedawno. Nowe były także nazwiska lokatorów wypisane na parterze każdej klatki. Odczytywał z obawą: Stephenson, Hackett i Cromwell, J.E.S.A.A. Ransom.

Następny był numer czternasty. Kemp i Warner. Zaniepokoił go nie tyle widok drzwi – pokój numer dwa znajdował się na parterze – ile to, że ze środka dobiegały śmiech i pobrzękiwanie filiżanek. Ktoś tam był! Nasłuchiwał przez chwilę; najpierw pod drzwiami jednego pokoju, później pod kolejnymi – nie ulegało jednak wątpliwości, że odgłosy dochodziły z jego własnego pokoju; ostrożnie postawił walizkę i już miał oddalić się chyłkiem – bo za nic w świecie nie wtargnąłby do środka, podobnie jak nigdy nie zadzwoniłby do drzwi obcego domu – gdy drzwi otworzyły się nagle i pojawił się w nich młody mężczyzna z czajnikiem w ręku.

John się cofnął.

– Hm. Ja...

– Dobry wieczór. Do mnie?

Młody chłopak był wyższy i silniejszy od Johna, miał suche, ciemne włosy zaczesane do tyłu i kwadratową szczękę pokrytą kilkudniowym zarostem. Był grubonosy i szeroki w barach; John poczuł ukłucie nieufności. Nieznajomy miał na sobie ciemnoszary garnitur6 i ciemnoniebieską koszulę, a na prawej dłoni – kwadratowy złoty sygnet. Nosił się pewnie i trzymał bardzo prosto.

– Hm. – John zrobił nerwowy, nieokreślony gest. – To znaczy...to jest chyba... nazywam się Kemp.

– A, to ty jesteś Kemp? Miło poznać. Jestem Warner... Chris Warner.

Podali sobie ręce.

– Właśnie jemy podwieczorek: w środku jest spory tłumek. Chyba się za bardzo rozgościłem. – Podstawił czajnik pod kran i zaczął go napełniać wodą – Jesteś z Miasta?

– Z Huddlesford – odparł John, nieświadomy, że „Miasto” to Londyn.

– Aha. Dobra podróż?

– Tak...

John uświadomił sobie dobitnie, że rozmowy w pokoju ucichły i niewidoczne towarzystwo przysłuchuje się wymianie zdań za drzwiami.

– No to wejdź i napij się herbaty, jeśli cokolwiek jeszcze zostało. – John podążył za nim do środka. – Przyjaciele, przybyła moja lepsza połowa, pan Kemp. A oto: Elizabeth Dowling, Eddy Makepeace, Patrick Dowling i Hugh Stanning-Smith.

John uśmiechnął się, wodząc niewidzącym wzrokiem od jednej twarzy do drugiej. Patrzyli na niego i też się uśmiechali.

Pokój był duży, przestronny i okropnie zabałaganiony. Do podwieczorku nakryto na dywaniku przed kominkiem i wszędzie walały się brudne filiżanki i talerzyki. Na stole piętrzyły się: papier do pakowania, okruchy z połówki bochenka chleba, słoik dżemu, góra książek oraz inne rzeczy, dopiero co wypakowane z otwartego kufra stojącego pod oknem. W kominku ogień płonął jasnym płomieniem. Pokój był większy niż którekolwiek z pomieszczeń w domu rodzinnym Johna.

Najpierw spojrzał na Elizabeth Dowling: była dziewczyną, a przy tym tylko jej nazwisko udało mu się dosłyszeć. Miała szerokie ramiona, twarz o regularnych rysach, zajmowała kąt sofy. Była starannie upudrowana i miała uszminkowane usta, a jej złociste włosy, zaczesane ostro do góry z obu stron twarzy, tworzyły sztywną fryzurę, jakby osobliwy hełm. Miała na sobie tweedowy kostium w kratkę; w prawej ręce, która spoczywała spokojnie na sofie, trzymała zapalonego papierosa.

Potem spojrzał na Eddy’ego Makepeace’a i jego żółty jedwabny krawat w podkowy. Eddy miał wyłupiaste oczy i młodzieńczą, pryszczatą twarz, na której malowały się ogromna pewność siebie i głupota.

Patrick Dowling leżał wyciągnięty w nieco lisiej pozie i odwzajemniał spojrzenie Johna z nieprzyjemną bezpośredniością. Nieznaczne podobieństwo do Elizabeth zdradzało, że są spokrewnieni. Hugh Stanning-Smith miał blade palce i mówił cicho.

– Chris, jesteś niemożliwy – jęczała Elizabeth. – Nalewać tak do pełna... Miną wieki, nim się zagotuje. Całe wieki. A ja marzę o jeszcze jednej filiżance.

John utkwił w niej wzrok; nigdy przedtem nie słyszał tego południowoangielskiego gruchania, które brzmiało tak, jakby mówiący parodiował sam siebie. Ogarnęło go przemożne poczucie wyobcowania.

– Chyba... – wymamrotał, rozpaczliwie szukając wymówki, która pozwoliłaby mu wyjść z pokoju. – Chyba...

– Masz, zjedz trochę ciasta. – Christopher niedelikatnie cisnął duży kawał na talerz i podał go Johnowi. – No, dalej, zdejmuj płaszcz i siadaj – dodał życzliwie. – Pat, podnieś się i ustąp panu miejsca.

– Nie trzeba – rzekł pospiesznie John, który chętnie by usiadł. – Cały dzień siedziałem.

– Pat też – zagruchała Elizabeth. – Ale on jest leniem.

– I będzie siedział cały wieczór. – Patrick niespodziewanie wybuchnął denerwującym, głośnym śmiechem, a potem zapchał sobie usta ciastem. Jako że nikt nie kwapił się wstać, John zdjął płaszcz i oparł się o ścianę.

– Przyjechałeś z daleka? – Elizabeth wymawiała każde słowo wyraźnie, jakby mówiła do cudzoziemca. Podniosła przy tym oczy, by na niego spojrzeć. Przyjrzał się z góry jej wargom i spostrzegł, że są o wiele cieńsze niż kształt namalowany szminką.

– Z Huddlesford.

– Mhm. Szmat drogi.

Jako że John nic więcej nie powiedział, rozmowa przestała krążyć wokół niego i skierowała się ku bardziej ogólnym sprawom.

– Chris, co mówiłeś o Julianie? – dopytywał Eddy, wiercąc się na krześle z rozdrażnieniem. – Zgłosił się na ochotnika?

– Zgadza się. Do łączności.

– A, tak. Wiedziałem, że coś jest na rzeczy.

– No pewnie.

– Czy to znaczy, że służba tam nie jest niebezpieczna? – spytała Elizabeth z miną osoby dobrze poinformowanej i strząsnęła popiół na spodeczek filiżanki. – O to wam chodzi?

– Na pewno nie jest, skoro Julian...

– Chris, czy to ten chłopak, którego poznaliśmy w Mieście? – Elizabeth zwróciła się do Christophera Warnera, który niedbale zgarniał talerze (podwieczorek właściwie dobiegł już końca). Warner skinął głową. – W Kopciuszku, po teatrze? Nie wydawał mi się szczególnie bystry.

– Lizzie chce powiedzieć – rzekł sarkastycznie Patrick – że...

– Cicho bądź! – Elizabeth zrobiła taki ruch, jakby chciała rzucić w niego poduszką, lecz tylko się nadąsała. – Ależ świnia z ciebie. – Na chwilę jej wzrok napotkał spojrzenie Johna; potem spuściła oczy. Poza tym atmosfera w pokoju była niemal taka sama jak przed pojawieniem się Kempa.

Zjadł ciasto i nie miał odwagi poprosić o więcej, więc skupił się na oglądaniu pokoju. Było to duże pomieszczenie, pomyślane z rozmachem, ale w szczegółach urządzone niedbale. Okna wychodziły z jednej strony na Dziedziniec Fundatora (widać było jego pomnik), z drugiej zaś na Ogród Dziekana (tę nazwę John poznał później). Długie zasłony sięgały podłogi. Ściany wyłożono pomalowaną na kremowo boazerią; po obu stronach kominka były wnęki z półkami, a umeblowanie składało się ze stołu, biurka, dwóch foteli i kanapy.

Wszędzie walały się rzeczy Christophera. Poza książkami i ubraniami były jeszcze wyjęte z kufra na chybił trafił i porozrzucane jak popadnie inne przedmioty: butelka odżywki do włosów, rakieta do squasha, parę ilustrowanych pism. Kilka obrazków stało opartych o ścianę. Drugą walizkę, rozpiętą i częściowo opróżnioną, wepchnięto za krzesło Eddy’ego.

Jednak nawet wygodne meble i wielki ogień w kominku nie czyniły tego pokoju przytulnym. John wyobraził sobie, że za oknem pada śnieg, a on czyta zbiór esejów przed kominkiem, ale w rzeczywistości okna były duże i nieszczelne, a pokój pozostawał ciągle niedogrzany.

Cała piątka leżała wyciągnięta przed kominkiem, John zaś stał za nimi przy ścianie. Kiedy zwrócił się w ich stronę, spostrzegł, że wbrew temu, co przypuszczał, wcale o nim nie zapomnieli. Gdy jego oszołomione oczy wędrowały od jednej twarzy do drugiej, oni pospiesznie odwracali wzrok; a ten Eddy wręcz uśmiechał się do niego bezmyślnie. Zaczerwienił się, bo choć wydawało się zupełnie naturalne, że go ignorują, nie mógł uwierzyć, że naprawdę mogliby wytykać go palcami i wyśmiewać. Jednak na to właśnie wyglądało.

– Szybciej, czajniku! – jęknęła Elizabeth.

Popatrzył na nią podejrzliwie, jednak ona spuściła tylko rzęsy, zmieniła ułożenie nóg i wygładziła spódnicę. Czyżby mu się zdawało? Na wszystkich twarzach malował się obojętny wyraz. Christopher Warner – jemu John przyglądał się z największą uwagą, wiedział bowiem, że nawiązała się już między nimi więź – Christopher siedział na brzegu krzesła przy kominku, od niechcenia wpatrując się w dywan, i od czasu do czasu zerkał z ukosa na Eddy’ego. Wyrwa w rozmowie powiększała się z każdą sekundą. Co się stało?

Zaczął już odczuwać świdrujący lęk, podobny do początków choroby morskiej; ostrożnie spojrzał po sobie i stwierdził, że rozporek ma zapięty, a w jego wyglądzie nie ma niczego niezwykłego; zaczerwienił się więc jeszcze mocniej i spróbował stanąć w wyprostowanej, wojskowej pozie. Potem przyszło mu na myśl, że to głupie, i próbował przyjąć nonszalancką postawę: skrzyżował stopy i wyglądał przez okno. Eddy Makepeace odchrząknął, ostro i nienaturalnie. Elizabeth wyjęła z torebki chusteczkę i wytarła nos ostrożnie, uważając, by nie zetrzeć pudru.

– Komuś fajkę? – Christopher wyciągnął srebrną papierośnicę i uśmiechnął się z zażenowaniem.

Ale jego słowa zagłuszył odgłos wody, która pieniła się na ogniu; z czajnika kipiało, więc Christopher szybko zdjął naczynie, pomagając sobie chusteczką. Wszyscy sięgnęli po filiżanki, przeciągając się i wiercąc.

– Cała wieczność – zawołała Elizabeth i próbując pokryć czymś przerwę w rozmowie, dziecinnie wyciągnęła swoją filiżankę. – Ja, Chris, ja... Och, pośpiesz się!

– Goście mają pierwszeństwo – rzekł Christopher Warner i nalał herbatę do filiżanki Johna. – Cukru? – Przerwał, by inaczej uchwycić imbryk. – Chryste, ależ to draństwo jest gorące.

– Tak... hm... dziękuję. – John, wciąż ogniście czerwony, rozpaczliwie szukał jakiegoś tematu rozmowy. – Wiesz... hm... zabawne, wydaje mi się, że obaj przywieźliśmy taką samą zastawę...

Przerwał mu ryk śmiechu tak niespodziewany i potężny, że John podskoczył z przestrachem i rozejrzał się wokół siebie. Wszystkich dziko to rozbawiło. Elizabeth chwyciła znów swoją maleńką chusteczkę i trzymając ją blisko oczu, trzęsła się ze śmiechu. Eddy Makepeace wyrzucał z siebie krótkie szczeknięcia, które były irytujące, ponieważ wydawały się wymuszone. Hugh Stanning-Smith chichotał jak człowiek dobrze wychowany, a Patrick Dowling patrzył na Johna z ukosa z lisim uśmieszkiem.

– Co... Co się stało? – wykrzyknął John. Był tak oszołomiony, że znów zaczął zachowywać się naturalnie. Znowu śmiech. Jego konsternacja wywołała kolejną, bardziej ordynarną salwę, jakby komik, który opowiedział zabawną historię, zaraz potem usiadł na kapeluszu.

– O Boże – wysapał wreszcie Christopher Warner i zdjął chusteczkę z rączki imbryka, by otrzeć oczy. – O rety! Mój drogi, to przecież twoje skorupy... O Boże! – Jego twarz wykrzywiła się w kolejnym spazmie wesołości; zanosił się śmiechem z głębi piersi jak kaszlem. – O Boże, wyleję... – Odstawił imbryk; odrobina herbaty wylała się z dzióbka na dywan. – Słuchaj, musisz nam wybaczyć. Nie mam żadnych swoich gratów; obawiam się, że otworzyliśmy skrzynkę i urządziliśmy chrzciny twoim rzeczom. Słuchaj, naprawdę mam nadzieję, że się nie gniewasz...

John pojął od razu. Jak każdy student pierwszego roku otrzymał z Kwestury listę artykułów gospodarstwa domowego, w które powinien być wyposażony, gdy przyjeżdża do college’u: dwa komplety bielizny pościelowej, zastawę do herbaty, czajnik, solniczkę, pieprzniczkę i tak dalej. Trzy tygodnie temu, pod wpływem nalegań matki, spędził z nią popołudnie, chodząc po sklepach w poszukiwaniu tych sprzętów. Była to wzruszająca eskapada, która, jak sobie uświadomił, o wiele więcej znaczyła dla niej niż dla niego. Podwieczorek – herbatę i bułeczki z rodzynkami – zjedli w kawiarni przy kinie.

Większość kupionych wówczas rzeczy leżała teraz brudna i porozrzucana po pokoju. John dziwił się, że tak długo pozostawały nierozpoznane. Teraz spostrzegł, że skrzynka stoi za kufrem Christophera, otwarta tak niestarannie, że nie będzie już mógł użyć jej powtórnie, tak jak zamierzał. A więc to były jego filiżanki i talerzyki, jego sitko do kawy, zapchane herbacianymi liśćmi; jego lśniący czajnik, poczerniały od ognia, jego nóż do chleba, jego cukiernica.

– Boże, już myślałem, że się nie zorientuje – zabulgotał Eddy Makepeace, osuszając wyłupiaste oczy. – Boki zrywać.

Elizabeth Dowling znów wybuchnęła śmiechem.

– I ten cudowny sposób... – Przełknęła ślinę, by zdusić kolejny wybuch. – Zaczął ten temat tak grzecznie... Ojej, jej!

John pił herbatę małymi łyczkami – była gorąca i parzyła mu usta. Uświadamiał sobie dobitnie, że mówi się o nim w trzeciej osobie, co zresztą oddawało jego nastrój. Marzył tylko, żeby się wyrwać z potrzasku ich śmiechu i powlec ociężale do jakiejś kryjówki.

– Słuchaj, stary, nie gniewasz się, co? – spytał Christopher Warner niespokojnym tonem, który zdawał się schlebiać Johnowi.

– Ależ nie... nie...

– Do diabła, nie ma się o co gniewać – rzekł Patrick Dowling wzgardliwie. – Tylko to było tak cholernie zabawne. Pewnie myślał, że mu się coś przywidziało.

– Naprawdę nic nie masz, Chris? Jesteś okropny. Spędzałam całe dnie w Harrodsie, wybierając wzory i kolory, i kształty, i wszystko. Jeśli ktokolwiek śmie je stłuc, to już ja... już ja...

Christopher roześmiał się głośno i podsycił ogień kopniakiem, tak że w kominku znów buchnął płomień.

– Przywiozłem tylko kufle i kieliszki, więc będziemy mogli się dzielić i dzielić – powiedział i stanął w rozkroku na dywanie.

– Trzymam cię za słowo, Chris – rzekł Eddy Makepeace porozumiewawczym tonem.

– No bo słuchajcie. Ta cała lista, co ją przysyłają... koń by się uśmiał. Zastawa śniadaniowa i zastawa do podwieczorku... czy im się zdaje, że śpimy na forsie? Poza tym tylko by się wyszczerbiła albo stłukła. Nie, zabrałem z domu tylko kufle do piwa i kieliszki do sherry... i niech Bóg ma w swojej opiece bydlaka, który stłucze choćby jeden. No, no, Kemp pewnie zacznie używać moich kieliszków, zanim się obejrzę.

John wymamrotał coś tylko, zbyt zawstydzony, że znalazł się w centrum uwagi (jak też dlatego, że użyto słowa „bydlak” w obecności dziewczyny), by pomyśleć o emocjach, od których wewnętrznie aż kipiał. Gdy w końcu się nad nimi zastanowił, stwierdził, że panuje w nich zamęt: złość mieszała się z goryczą upokorzenia i żalem nad samym sobą. Niezobowiązująca pogawędka krążyła najpierw wokół zastawy, potem czegoś innego, on tymczasem zorientował się, że wpatruje się w sitko do kawy, którego użyto do parzenia herbaty, i że jest mu go żal, jakby oboje doświadczyli takich samych cierpień. Impuls, który popychał go do ucieczki, znosiło to, że nie miał dokąd uciec. To był teraz jego dom.

– Co tam leci w kinie? – spytał głośno Eddy Makepeace i strząsnął popiół do filiżanki. John wpatrywał się z coraz większą konsternacją w jego wyłupiaste oczy i pryszczatą twarz; czuł, że zbłądził w rejony, gdzie nie ma nikogo bliskiego. Odstawił filiżankę i nadal zachowywał milczenie.

Nie śmiał mieć nadziei, że kiedykolwiek sobie pójdą – a jednak przed szóstą wszyscy wstali i wreszcie wyszli. Christopher odprowadził ich do bramy. Wieczór zapadał już na dobre, a John słyszał ich śmiech w krużgankach. Pozostawiony samemu sobie usiadł na sofie, przygnębiony, wśród stosu brudnych naczyń – czuł, że rozpłakałby się, gdyby został sam na dłużej. Ale to uczucie przerodziło się w niepokój, gdy usłyszał, że Christopher Warner wraca – wzdragał się na myśl o mieszkaniu z obcym człowiekiem. Czy będą musieli spać w jednym pokoju? Nigdy wcześniej nie był w takiej sytuacji i strasznie go to onieśmielało. Poza tym na razie czuł do Christophera Warnera wyłącznie niechęć.

– Dobrze – rzekł Christopher energicznie i trzasnął drzwiami. – Wydaje mi się, że ten bałagan to głównie moje dzieło. Słuchaj, chmajtnij jeszcze trochę węgla w ogień, co?

John zrobił, jak mu kazano. Christopher zaczął naręczami zanosić ubrania do sypialni, nie zwracając właściwie uwagi na Johna, który ukląkł niezręcznie przy swoim śmiesznym półkufrze i go rozpiął.

– Zająłem dalsze łóżko... nie masz chyba nic przeciwko, co? – spytał Christopher, gdy minęli się w drzwiach. Łóżko, o którym mówił, stało dalej od drzwi i bliżej małej lampki.

– Nie...

John położył swoje trzy koszule w rogu jednej z szuflad. Słysząc, jak Christopher mnie papier do pakowania, rozejrzał się po sypialni. Była mała, stały w niej dwa łóżka, umywalnia i duża szafa na ubrania. Na marmurowym blacie umywalni Christopher ustawił swoje przybory do golenia, którym John przyglądał się niepewnie. Co to jest „krem do golenia”? A „talk”?

– Cieszę się, że poznałeś niektórych moich przyjaciół – odezwał się Christopher, nie przerywając sprzątania. Wziął pierwszą fotografię w ramce i zaczął rozglądać się po ścianach w poszukiwaniu gwoździ. – Znam ich dosyć dobrze z Miasta... Elizabeth jest siostrą Patricka. Ten cały Hugh to kumpel Patricka. Z Eddym chodziłem do szkoły. Do Lamprey.

– A, tak.

– Klawe miejsce. Cholernie klawe miejsce. – Christopher powiesił pierwszy obrazek, wytarł dłonie o spodnie i zrobił krok w tył. – To właśnie ta buda. Sztych.

John nie słyszał przedtem o Lamprey, ale spoglądał na sztych z szacunkiem, podczas gdy Christopher powiesił trzy kolejne fotografie, z których dwie przedstawiały drużyny sportowe Lamprey z Christopherem w składzie.

– Teraz człowiek czuje się bardziej jak w domu – rzekł Warner. – Słuchaj, ale ty nic nie masz, prawda? Przykra sprawa.

– Nic nie szkodzi, naprawdę.

– Bałem się, że będziesz typem faceta, który obwiesi ściany podłymi nowoczesnymi bohomazami. Głupio, że musimy mieć wspólne pokoje, nie?

Gdyby to John zadał takie pytanie, uznałby je za wyjątkowo niegrzeczne. Ale w ustach Christophera Warnera, który wetknął sobie między zęby kolejnego papierosa i przetrząsał teraz kieszenie w poszukiwaniu zapalniczki, nie brzmiało niestosownie.

– Rany, jakoś nie widać, żeby wykładowcy mieszkali wspólnie. Jak do tego dojdzie, będziemy wiedzieli, że jest wojna. – Obłok dymu przykrył jego twarz i po chwili się rozproszył. – Nie żebym miał do nich pretensje.

– Co będziesz studiował? – spytał John.

– Mam robić anglistykę.

– Tak... ja też.

– A, to dlatego mieszkamy razem. – Christopher raz jeszcze rozejrzał się po pokoju. – Bałagan już mniej więcej posprzątany.

Robiło się ciemno, salon zapełniał się cieniami. Christopher niedbale cisnął stos czasopism na jedną z półek; dalekie i bliskie dzwony wybijały pół godziny, a ich dźwięk rozchodził się łagodnie po wszystkich łukowych sklepieniach i kamiennych maswerkach, by wreszcie dotrzeć do uszu Johna. Spuścił głowę i myślał o takich słowach jak „angelus” i „refektarz”.

Rozległo się pukanie do drzwi.

– Proszę.

Szczupły, cherlawy mężczyzna w fartuchu wszedł do środka i stanął przy drzwiach.

– Dobry wieczór panom. Jestem panów służącym.

– Ach, tak. Zapal światło, dobrze? O, właśnie. Nazywam się Warner, a to jest Kemp.

John nieśmiało schylił głowę.

– Zaciemnię okna, proszę pana, proszę się przyjrzeć. Kiedy dni staną się krótsze, prosiłbym, by zajmowali się tym panowie sami.

Patrzyli, jak służący układa płyty ze sklejki w oknach sypialni i zamyka okiennice w salonie. Potem zaczął zbierać brudne naczynia na tacę. Przyglądali się, jak pracuje, sprawnie i metodycznie.

– Wiedzą panowie, że wolno mi zabierać i czyścić panów ścierki do kurzu? – spytał, podnosząc oczy.

– Tak, oczywiście. Nam raczej by się nie przydały – powiedział Christopher.

– Nie bardzo, proszę pana, prawda? – Służący zaczął uprzątać chleb i cukier. – Nie sądzę, żeby chcieli panowie wykonywać moją pracę równie chętnie jak własną. Nie, nie wydaje mi się. – Mówiąc to, śmiał się cicho, jakby odczuwał ból w piersiach. – Wiedzą panowie, że kolacja w sali jadalnej jest o siódmej, prawda? Mają panowie togi?

– Tak...

– Ja nie mam. – Oszołomiony John wpatrywał się w obu pozostałych mężczyzn. Napięcie, jakie odczuwał przez ostatnią godzinę, sprawiło, iż zapomniał o regule (którą już wcześniej się przejmował), że wszyscy stołujący się w sali jadalnej muszą mieć na sobie togę odpowiednią do kierunku studiów.

– Pan nie ma? Stypendysta, proszę pana, prawda? Zaraz panu przyniosę, proszę chwilę poczekać. – Zabrał tacę i wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi.

John poczuł ulgę: i z powodu tej obietnicy, i tego, że miał Christophera, który zajął się tamtym. Nie uśmiechała mu się wcale myśl o czymś tak niecodziennym jak rozmowa ze służącym.

– Wypożyczyłem swoją u portiera za pół dolca7 – wyjaśnił Christopher i wziął do ręki skrawek czarnego materiału. Ziewnął. – Idę do klubu8. Jeden gość mi mówił, że można tam dostać sherry.

Potem nastąpiła kolacja w wielkiej sali jadalnej, gdzie odczytywano modlitwę po łacinie, a rzędy studentów w czarnych togach stały nad biało nakrytymi stołami. W czasie posiłku John prawie nie podnosił głowy, ale docierał do niego swobodny gwar rozmów; dostrzegał też duże olejne obrazy w pozłacanych ramach, wiszące wysoko na wyłożonej boazerią ścianie, i służących, którzy roznosili talerze i tace pełne szklanek. Skończył trzy dania bardzo szybko, poczekał, aż ktoś wyjdzie pierwszy, po czym sam opuścił salę.

Christopher Warner i Patrick Dowling zjedli kolację przy stole dla zwykłych studentów9, a kiedy John wychodził, siedzieli przy piwie, wrócił więc do pustego pokoju i wreszcie był sam. W sztucznym świetle pomalowane na kremowy kolor ściany zdawały się nieprzyjazne. Zdjął togę i usiadł znów na sofie, ale po chwili wstał, niespokojny jak kot w nowym domu, i rozejrzał się wokół siebie. Zaczęła go bez reszty ogarniać ponura melancholia, ogromna samotność. Przygnębiała go świadomość, że nie ma dokąd pójść, nie ma miejsca bardziej przytulnego, przyjaznego niż ten pokój, a zwłaszcza to, że nie będzie tutaj sam. Nie zdoła odgrodzić się tu od tego, co obce, bo w każdej chwili mogą się pojawić Christopher Warner i Patrick, którzy zaczną parzyć kawę w jego dzbanku albo zbiją jeden z jego talerzy, jeśli akurat przyjdzie im do głowy wypróbować sztuczkę zręcznościową. Dotąd liczył, że zawsze pozostanie mu przynajmniej własny pokój, z zaciągniętymi zasłonami i ogniem w kominku, miejsce, gdzie mógłby starannie ustawić tych kilka książek, które posiadał, wypełnić szufladę notatkami i pracami pisemnymi (pisanymi czarnym atramentem, z poprawkami na czerwono; spiętymi mosiężnymi spinaczami) i w spokoju przeżyć jesień, a potem doczekać zimy. Najwyraźniej miało być inaczej.

Nikomu nie przyszłoby do głowy, że mieszkają tu dwie osoby – rozmyślał John, rozglądając się po pokoju. Christopher położył na biurku skórzaną teczkę na dokumenty i przybory do pisania, na gzymsie kominka umieścił wymyślną popielniczkę z kamienia, a na sofie parę jedwabnych poduszek. Jego podbite wełną kapcie stały obok pojemnika na węgiel – własne pantofle John schował pod łóżkiem, bo były bardzo znoszone. Dziwne, że ubrania innych w miarę używania nabierały charakteru, szlachetniały, a jego robiły się jedynie coraz bardziej postrzępione i znoszone. Rozejrzał się po pokoju w poszukiwaniu dowodów swojej obecności, ale znalazł bardzo niewiele. W sypialni wcale nie było lepiej. Przynajmniej miał własne łóżko, z piżamą złożoną starannie na wierzchu. Ale to szkarłatny szlafrok Christophera przyciągał wzrok jako pierwszy, tak jak jego ręczniki, a w szafie – jaskrawe szaliki i koszule.

Z ciekawości John zaczął oglądać rzeczy Christophera Warnera, próbując wyciągnąć z nich jakieś wnioski o cechach jego charakteru. Kim jest? Jest bogaty i pochodzi z Londynu. W grzebieniu pozostało kilka włosów, a szczotki znajdowały się w skórzanym etui. John raz po raz pstrykał zapięciem. Kieszenie wiszących za zasłoną kurtek były puste, ale na ubraniach widniały metki londyńskiego krawca – John z zaciekawieniem pomacał materiał i skórzane guziki. Dwie szuflady też nie przyniosły żadnych rewelacji – poza koszulami i cienką bielizną było tam kłębowisko skarpetek, jedwabnych krawatów, kołnierzyków, komplet spinek i do gorsu, i do mankietów oraz stosik białych lnianych chusteczek. Znalazł tu także kilka nienapoczętych paczek żyletek oraz cztery prezerwatywy. Przestraszyło go to, jakby natrafił na nabity rewolwer.

Poniosło go do salonu, gdzie zerknął na półkę, na której Christopher niedbale upchnął różne rzeczy, w tym kilka książek. Były wśród nich dzieła wszystkie Shakespeare’a, The Shropshire Lad10, zbiór humoresek, tomik Siegfireda Sassoona11 oraz jeden czy dwa kryminały. Okładki podpisano po wewnętrznej stronie „Christopher R.W. Warner” ciasnym, pochyłym pismem, niepozbawionym charakteru. Na książkach leżała rakieta do squasha w pokrowcu; było tam także pięć czy sześć zeszytów opatrzonych masywnym gotyckim napisem „Lamprey College”, a kiedy otworzył jeden z notatników, jego wzrok padł na zdanie:

Widzimy zatem, że Shakespeare oddalił się znacznie od celu, jaki mu pierwotnie przyświecał, gdy tworzył postać Shylocka: zamiast komicznego lichwiarza nakreślił sylwetkę bohatera tragicznego.

Świadomość, że sam napisał coś bardzo podobnego, przyprawiła Johna o dziwny dreszcz: coś pomiędzy rywalizacją a bliskością, połączone z ukłuciem zawodu, że wiedza, z której był niegdyś tak dumny, okazała się czymś pospolitym, co każdy, nawet obcy, mógł mieć na własność.

Z tyłu za książkami John znalazł talię kart, gazetę i parę gumowych ochraniaczy na buty.

Po namyśle doszedł do wniosku, że więcej dowie się z teczki na listy, podszedł więc do biurka i zapalił małą lampkę. Ale teczka zawierała tylko bloki papieru do pisania, koperty i czyste kartki pocztowe, a poza tym jeden jedyny list i fotografię dziewczyny w białej sukience, podpisaną na białym pasku „Dla Christophera z pozdrowieniami”. John przyjrzał się fotografii z zainteresowaniem. List kończył się „Całuję Cię, kochanie” i był niepodpisany, ale gdy John przeczytał go od początku do końca, doszedł do wniosku, że przysłała go matka Christophera, pani Warner. List datowany na dziewiąty października, z majątku w Derbyshire, gdzie najwyraźniej przebywała u przyjaciół, grała w golfa i przyglądała się, jak pada deszcz. Elspeth wstąpiła wreszcie do WRNS12. John zwrócił uwagę na śmiały, kształtny charakter pisma; odłożył list, zamknął teczkę i podszedł do trójkątnej półeczki w kącie, na której Christopher postawił zdjęcie rodziców. Fotografia przedstawiała jego matkę jako wyzywająco atrakcyjną brunetkę, znacznie młodszą, niż wskazywałby jej wiek. Miała taką samą jak Christopher szeroką szczękę i przyjazną minę, co zgadzało się z tonem jej listu, tak swobodnym, jakby uważała Christophera za równego partnera, znajomego albo przyjaciela rodziny – jakże różnym od tonu listów, który kojarzył się Johnowi z rodzicami. Ale, rzecz jasna, John jak dotąd prawie nie dostawał listów – nie wyjeżdżał bowiem nigdy na dłużej z domu.

Porzucił poszukiwania, sam nie wiedział dokładnie czego; czuł jedynie, że nie były one udane. Christopher Warner wydawał się wciąż tak samo daleki i wrogi; John szukał oznak pokrewieństwa, których nie znalazł, ale także jakiejś słabości – pamiętnika albo sentymentalnych listów – która zrekompensowałaby mu historię z zastawą. Właściwie taka słabość byłaby pokrewieństwem. A jednak przerwał; zagubiony w tym wielkim pokoju przyglądał się swojej twarzy w dużym lustrze nad kominkiem i widocznej w tle fotografii państwa Warnerów w podwójnej ramce. Przypomniało mu to, że po przyjeździe nie napisał jeszcze do swoich rodziców – siadł więc przy biurku i zabrał się do pisania, zadowolony, że ma się czym zająć.

Kochani Mamo i Tato!

Dojechałem tu bezpiecznie po czwartej. Siedzę teraz w swoim pokoju, w którym mieszkam z niejakim Warnerem; pokój jest dość duży i znajduje się na Dziedzińcu Fundatora. Zastawa też dojechała szczęśliwie i była już w użyciu. Tutaj nic się jeszcze nie zaczęło, bo trymestr oficjalnie zaczyna się dopiero w niedzielę.

Mam nadzieję, że oboje jesteście zdrowi.

Wasz kochający syn

John

Po namyśle dodał:

Kanapki były bardzo smaczne.

Następnie zaadresował kopertę:

Państwo J. Kemp

48 King Edward Street

Huddlesford

Lancashire

Nakleił niebieski znaczek. Poza furkotaniem płomieni na węgielkach w pokoju było zupełnie cicho, więc kiedy siedział i próbował czytać, cisza dzwoniła mu w uszach, tak że w napięciu nasłuchiwał każdego, choćby najsłabszego dźwięku. Zdawało mu się nawet, że słyszy, jak pali się światło. Czas wlókł się nieznośnie wolno, każda minuta wydawała się cztery razy dłuższa niż zwykle; nie był pewien, czy chciałby, żeby Christopher Warner wrócił, czy też nie – rzecz nie w tym, że chciał znów zobaczyć Christophera, chodziło raczej o to, że jego powrót mógłby oznaczać jakiś przejaw komitywy, a może nawet świadczyłby o tym, że zamierza zadośćuczynić Johnowi za krzywdy, które mu wyrządzili tego popołudnia. Wreszcie John rzucił Sen nocy letniej w kąt, otworzył drzwi, żeby posłuchać nocy, i ostrożnie zszedł po stopniach na otoczony krużgankami dziedziniec. Spoglądając z kamiennego wybiegu, widział nad sobą niebo pełne niezliczonych, drżących gwiazd, a słyszał jedynie odległe, dzikie odgłosy – pijackie wycie na dalekiej ulicy, coś, co mogło być wystrzałem z rewolweru, i skądś z samego college’u – histeryczne zawodzenie płyty jazzowej. Wokół niego było jednak cicho: najlżejszy wietrzyk owiewał trawę i kamienne kolumny, natomiast z Ogrodu Dziekana dobiegał niespokojny szum drzew. John zastanawiał się, czy kiedykolwiek doczeka chwili, gdy wszystko to będzie dodawać mu otuchy i sprawiać przyjemność.

Położył się o wpół do dziesiątej, bo poczuł, że dłużej tego nie zniesie. Jako że miał za sobą męczący dzień, usnął szybciej, niż się spodziewał, mimo że pościel miała obcy zapach, jednak koło północy wyrwał go ze snu potężny huk w sąsiednim pokoju. Przerażony pomyślał, że to jakaś banda przyszła znęcać się nad nim i go zastraszać – dygocząc, poderwał się i usiadł na łóżku, ale niemal w tej samej chwili drzwi do sypialni otworzyły się na oścież, po czym Christopher wtoczył się do środka i zapalił światło. Jego ciemne włosy były potargane, a na twarzy malowała się dzikość; na Johna nie zwracał najmniejszej uwagi. Gdy tylko wszedł do pokoju, głośno skorzystał z nocnika, dysząc przy tym ciężko, jakby przed chwilą brał udział w wyścigu; następnie ściągnął krawat, marynarkę i resztę ubrania. Gdy był już w piżamie, pochylił się nad kubłem na nieczystości, zwymiotował obficie trzy razy i w końcu wdrapał się do łóżka, gdzie, po dłuższym wierceniu się i mamrotaniu oraz głośnym beknięciu, które brzmiało jak darcie płótna, wreszcie zapadł w sen.

Różnych rzeczy mógł się spodziewać John, ale z pewnością nie tego, więc przez kilka minut leżał w nikłym świetle, trzęsąc się ze strachu i trwogi, aż wreszcie uświadomił sobie, że musi zgasić lampę. Z najwyższą ostrożnością, wzbraniając się przed spojrzeniem na kubeł, a nawet na Christophera Warnera, wyślizgnął się z łóżka i delikatnie nacisnął wyłącznik – zatopił pokój w mroku, w którym ciężkie dyszenie i nieregularne chrząknięcia Christophera brzmiały przerażająco.

Bez względu na to, jak nieszczęśliwy się czuł – skulony w ciemności, usiłując na nowo pochwycić sen – jego uczucia szczelnie pokrył lęk. Serce wciąż biło mu szybko – bał się, że Christopher znów się zbudzi i podejdzie do niego chwiejnym krokiem, a kiedy wreszcie usnął, śniły mu się wyłącznie pościgi i brutalne napaści. Za każdym razem, gdy zegar college’u statecznie wybijał godzinę, John wiercił się niespokojnie.

Gdy służący zbudził ich o wpół do ósmej następnego ranka, John nie spał już od blisko dwóch godzin i leżał w łóżku, słuchając popiskiwania kółek pod meblami oraz powracającego i oddalającego się odgłosu froterki do dywanów, w miarę jak służący sprzątał w salonie, a wcześniej zupełnie niczego, prócz dalekiego piania koguta, gdy światło stopniowo nasycało brzegi okiennic. Analizował w myślach wszystko, co wydarzyło się poprzedniego dnia, bo, w porównaniu z innymi wspomnieniami, było to zdumiewająco żywe – dotychczasowe życie zdawało mu się nic nieznaczącą, przelotną myślą. Widok własnych ubrań na krześle przygnębił go, a ciężki oddech i odgłosy chrapania dochodzące z łóżka Christophera wzbudziły lęk. Nie miał więcej ochoty na to nowe życie. Już obawiał się tego, co miało nastąpić: bał się oficjalnego budzenia, bał się śniadania – bał się wszystkiego, co go jeszcze czekało, w porównaniu z błahostką, jaką były dotychczasowe doświadczenia. O ileż przyjemniej byłoby wrócić – nawet jeśli przeszłość zdawała się teraz niewyraźna i mroczna. Przychodziło mu na myśl jedno jedyne wspomnienie, sprzed wielu miesięcy. Tamtego popołudnia matka wyszła do lekarza i zostawiła mu jajko, które miał sobie ugotować na podwieczorek; położył jajko na kuchennym stole i zaczął szukać rondla, ale zanim zdążył temu zapobiec, jajko stoczyło się ze stołu i rozbiło na ceglanej podłodze.

Ale gdy służący zdjął zaciemnienie, a John wstał, umył się w zimnej wodzie i ubrał, jego lęk zelżał nieco, więc spojrzał niepewnie na łóżko, w którym spał Christopher Warner. Warner jeszcze się nie obudził: wciąż leżał w głębokim śnie, z otwartymi ustami, potarganymi czarnymi włosami, z grubą szczeciną na szczęce. Stojąc przy nim, John wyraźnie czuł stęchły zapach piwa, a Christopher był do siebie tak niepodobny, że John nie mógł oprzeć się wrażeniu, że zawarta zeszłego wieczora znajomość to tylko złudzenie, a to jest zupełnie obcy człowiek. Czy powinien go obudzić? Zawahał się, czuł się niezręcznie; w myślach już słyszał, jak Christopher Warner pyta ostrym głosem: „Dlaczego, u diabła, nie obudziłeś mnie na śniadanie?”.

– Warner – powiedział nieśmiało.

Żadnej odpowiedzi.

– Hm... Warner – powtórzył i niepewnie dotknął jego ramienia. – Obudź się.

Kształt na łóżku poruszył się wolno. Christopher chrząknął. Zamknął usta, otworzył oczy i usiłował podnieść rękę, by je przetrzeć.

– Co? Aaaa.... a. Która godzina?

– Nie... nie wiem. Chyba zaraz będzie śniadanie.

Christopher wpatrywał się w zegarek, który wciąż miał na ręku, i po chwili zastanowienia zaczął go nakręcać, jak gdyby układając w myślach odpowiedź.

– Dzięki. Nie wstanę na śniadanie.

– Aha. Hm. Przepraszam...

– Nie szkodzi! – rzekł Christopher uspokajająco i odwrócił się twarzą do ściany. John tymczasem wycofał się dyskretnie, czerwieniąc się na myśl o własnej głupocie.

Śniadanie zjadł w gronie nieśmiałych stypendystów pierwszego roku; do nikogo się nie odzywał. Nie wiedzieć czemu, nie mógł oderwać wzroku od Patricka Dowlinga, który także był stypendystą, ale siedział przy innym stole, ubrany w elegancki, skrojony na londyńską modłę garnitur, i gdy ich spojrzenia przypadkiem się spotkały, nie odwzajemnił półuśmiechu Johna.

Po śniadaniu John zaniósł swoją książeczkę z kartkami na żywność do Kwestury, przeglądał tablicę ogłoszeń tak długo, aż znalazł wiadomość, która go dotyczyła, po czym wrócił do swojego pokoju. Christopher zdążył się już obudzić, chociaż dalej leżał w łóżku.

– To ty, Kemp? – zawołał. – Która jest teraz godzina?

– Hm. Koło dziewiątej.

– Zegarek mi stanął. Podałbyś mi szklankę wody?

– Tak, oczywiście...

John napełnił szklankę do płukania zębów i podał współlokatorowi.

– Dzięki. – Christopher pił, marszcząc czoło. – O, już lepiej. Puszczałem w nocy pawia?

– Hm. Co pro...?

– Puszczałem pawia? Wymiotowałem?

– Tak... hm... owszem.

– Tak myślałem. – Christopher oddał Johnowi pustą szklankę i przez chwilę leżał w milczeniu. – Koło wpół do dziesiątej poszliśmy do pubu i zamówiłem parę piw. Starczyło, że spróbowałem łyka, i mówię: „Eddy, to piwo to sikacz”. On przyznał mi rację. I ja mówię: „Po takim sikaczu zawsze puszczam pawia”. Ciekawe, jak jemu poszło. – Z rezygnacją zacisnął usta, a potem ziewnął. – Mówiłeś, że która godzina?

– Koło dziewiątej.

– O Boże!

Łóżko zaskrzypiało, gdy Christopher usiadł na brzegu; jego stopy niezależnie od siebie poszukiwały kapci, a jedną ręką drapał się po ciemnej czuprynie. Łagodność Christophera dodała Johnowi otuchy i wrócił do drugiego pokoju, gdzie w kominku lśnił mocny ogień, a na wytarty dywan padało kilka smug słonecznego światła.

– Musimy... hm... musimy dziś przed południem spotkać się z tutorem.

– Co?

– Ja... jest ogłoszenie... Musimy spotkać się z tutorem.

– Diabli nadali! Kiedy?

Johnowi zdawało się, że Christopher zapytał „gdzie?”, i odparł:

– W jego mieszkaniu, o jedenastej.

– Jestem umówiony o jedenastej.

Kiedy Christopher wyszedł z sypialni, miał na sobie szkarłatny szlafrok i palił papierosa. Podszedł do ognia i przed nim kucnął.

– Szlag, w ogóle mi to nie na rękę. Wiesz, gdzie on mieszka?

– Nie wiem... Gdzieś w college’u.

– No, ja myślę! Nie mam zamiaru biegać za nim po mieście.

– Jesteśmy jedynymi studentami pierwszego roku anglistyki – powiedział John, przeczesał włosy nieobecnym gestem i spojrzał na palenisko. Christopher nie zwracał na to uwagi; oparł się wreszcie wygodnie na sofie i dopalił papierosa. Po chwili zapalił kolejnego i wyszedł z pokoju, zabrawszy ze sobą ręcznik i przybory do golenia. Gdy zatrzaskiwał za sobą drzwi, zaczął ryczeć teatralną piosenkę:

Patrzcie go, jak w Parlamencie ustawy uchwala, bandytów ściga tam...13, która poniosła się echem po krużgankach, dopóki nie zagłuszyły jej inne dźwięki.

John poczuł ulgę za sprawą życzliwego usposobienia Christophera; spostrzegł list, który napisał poprzedniego wieczora, i wyszedł, by go nadać – zastanawiał się, gdzie jest najbliższa skrzynka pocztowa. Nie wiedział nic o skrzynce w budynku portierni, ale, tak czy owak, spacer sprawiał mu przyjemność; z zaciekawieniem przyglądał się sklepom, szerokim białym chodnikom, wypolerowanym na błysk kołatkom na drzwiach domów. Nawet nowe schrony przeciwlotnicze z czerwonej cegły wyglądały ładnie w słońcu i wydawały mu się równie miłe dla oka jak stare budynki z wieżyczkami i wysokimi oknami. Nagle poczuł, że będzie mu się podobało w Oxfordzie – wcześniejsze przygnębienie znikło bez śladu i sunął przez miasto, pogwizdując cicho melodię. Gdzieniegdzie dostrzegał księgarnie i zatrzymywał się niepewnie przed ich witrynami.

Około jedenastej lęk powrócił i gdy razem z Christopherem weszli do wyłożonego dywanem gabinetu tutora, prawie nie śmiał podnieść oczu. Kiedy zajmowali miejsca, Christopher wygłosił kilka swobodnych uwag o pogodzie i wystroju gabinetu, a John, rozejrzawszy się nerwowo, zwrócił uwagę na duży, ilustrowany album o heraldyce, który tutor akurat odłożył, gdy weszli. Był to wysoki człowiek o trupim wyglądzie i bardzo powolnych ruchach, który sprawiał wrażenie, jakby bał się zaproponować cokolwiek stanowczo; ale właśnie za pomocą ciągu sugestii udało mu się sprowadzić rozmowę na temat literatury i zanim John zdążył się zaniepokoić, omawiali już plan pracy na cały trymestr. Christopher siedział, marszcząc z powagą czoło, a z jego krótkich odpowiedzi John zorientował się z zaskoczeniem, że współlokator o niczym właściwie nie ma pojęcia; jednak im bardziej obnażał własną ignorancję, tym większej pewności siebie nabierał, zupełnie jakby tutor był po prostu dobrym znajomym, który upiera się prowadzić nużącą rozmowę o literaturze. John starannie ukrywał dumę, którą odczuwał za każdym razem, gdy mógł potwierdzić, że owszem, czytał to czy tamto.

Tutor otworzył mały notes, ale w tej samej chwili na jego biurku zabrzęczał telefon, więc znużonym gestem podniósł słuchawkę, John zaś rozejrzał się po pokoju: wnętrze utrzymane było w różach i szarościach, a regał z jasnego dębu upodabniał je niemal do bawialni. Spiżowa głowa chłopca została ustawiona tak, by padały na nią promienie słońca; prawdę mówiąc, John nigdy w życiu nie widział tylu książek, poza biblioteką publiczną. Myśl, że wszystkie stanowią własność jednego człowieka, sprawiła, że znów zaczął przyglądać się tutorowi z zainteresowaniem: wyczuwał, że prowadzi on zupełnie inne życie. Na pewno widzi wszystko w całkiem odmiennych barwach!

– Tak – powiedział tutor do telefonu. – Tak, tak. – Odłożył słuchawkę i wrócił do studentów. – Niestety na razie nie będę mógł zająć się panami oddzielnie. Mój kolega z innego college’u podjął w tym trymestrze... – Na jego twarzy pojawił się słaby, konwencjonalny uśmiech. – ...pracę zupełnie innej natury i kilku jego podopiecznych trafiło do mnie... tak. Cóż, powiedzmy... Czy piątek o jedenastej odpowiadałby obu panom?

Przekazał im listę lektur i temat pracy i wyszli; Christopher od razu pobiegł na kawę, po drodze zrzucił tylko togę w portierni.

Gdy John został sam, osunął się w pustkę. Po lunchu poszedł na spacer po ogrodach – jeszcze można było dostrzec pozostałości ich letniej urody – a potem siedział w pokoju i przez jakiś czas rozmyślał o temacie pracy. Wreszcie włożył płaszcz i poszedł na przechadzkę po mieście; zatem nie będzie już żadnych zajęć, aż do następnego piątku, od dziś za tydzień? Co ma robić? Zmarnowanie tylu godzin wydawało się niewłaściwe. Co powinien teraz zrobić: natychmiast zabrać się do pracy? Co robili inni? Kiedy rozglądał się dookoła, widział dziesiątki studentów w nowych szalikach z herbami college’ów: tłoczyli się przy wejściach do księgarń i herbaciarni, rozmawiając podniesionymi głosami, więc aby od nich uciec, poszedł High Street aż do rzeki i stanął na szerokim moście. Widział stamtąd drzewa na brzegach i wodę płynącą szybko wzdłuż kamiennych murów. Nieco dalej w górę rzeki łabędź zanurzał szyję głęboko w szuwary, a on zatrzymał się dłużej przy balustradzie i na chwilę zatopił w tej kojącej scenie, przyglądając się zeschłym liściom, które płynęły w dal z nurtem.

Ale nim minęło popołudnie, miał już dosyć własnego towarzystwa i wróciwszy do college’u, ogromnie się ucieszył, że zastał Christophera Warnera. Zaczął już podziwiać Christophera tak bardzo, że wstrząs wywołany wydarzeniami poprzedniego popołudnia szybko ustępował, i teraz także bardziej go ucieszył, niż zmartwił jego widok. Christopher znów był wstawiony. Otwarta butelka piwa stała na gzymsie kominka, a Warner, bez marynarki, majstrował przy radioli, którą dostarczono pod nieobecność Johna. Patrick Dowling leżał w fotelu i obserwował to z drugą butelką przy ustach, a kiedy wszedł John, leniwie wodził oczami po pokoju.

– No, zobaczmy teraz, czy ta suka... Gdzie u diabła jest... – Christopher wściekle przesunął potencjometr do oporu i pokój wypełnił się ogłuszającymi, potężnymi dźwiękami fortepianu. Przyciszył. – Tak lepiej. Tak, całkiem dobrze. No i co, pójdzie dalej? Nie, Pat, ta suka znów się zacięła. – Nie zadając sobie trudu, by podnieść pokrywę, kopnął urządzenie z całych sił i igła wskoczyła na właściwe miejsce, ale tym razem to mechanizm się zbuntował i płyta stanęła w miejscu. Christopher zaklął szpetnie i pociągnął z butelki.

– Głupi jesteś, Chris – rzekł bełkotliwie Patrick. – Po co ją rozpieprzasz, skoro dopiero co ją przynieśli. – Przewrócił oczami, by spojrzeć na Johna. – Cześć, Kemp czy Hemp, czy jak ci tam.

– Cześć – odparł John nieśmiało.

Christopher Warner odwrócił się do niego.

– Spójrz no na tę cholerną radiolę, Kemp. Jest tu dopiero od trzeciej i nie chce, cholera, grać. Zrobiłem, co mogłem. Nie wiem, co się dzieje. Co oni sobie, do diabła, myślą, że za co zapłaciłem trzydzieści szylingów?

– Hm... to tanio, prawda?

– Nie kupił jej, idioto – rzucił chamsko Patrick. – Można je sobie wynająć za trzydziestaka na trymestr. Nie zamierzasz dorzucić swojej działki?

Przed udzieleniem odpowiedzi uratowało Johna pojawienie się jeszcze jednego młodego człowieka, studenta drugiego roku, który nosił okulary i trzymał w ręku plik papierów.

– Proszę wybaczyć najście, panowie. – Przybysz odkaszlnął i odezwał się potężnym głosem: – Mam zaszczyt reprezentować Związek Oxfordzki14. Czy którykolwiek z panów byłby zainteresowany tą organizacją? Jeśli tak, mam ulotkę...

– Aha. – Christopher przerwał ściąganie krawata. – Jesteś jednym z tych, którzy przyłażą i zostawiają wszędzie świstki, tak?

– Ujął pan to tyleż dosadnie, co trafnie. Składka wynosi trzydzieści szylingów na trymestr i uprawnia do bezpłatnego korzystania z obiektów Związku, w tym czytelni, pokojów do pracy, sali bilardowej, biblioteki, baru... to ostatnie, mam wrażenie, szczególnie by pana nęciło...

– Posłuchaj no, chłopie. – Christopher wypuścił z ręki krawat i podszedł do gościa. – Może i wyglądam na prostego chłopaka, ale jeśli kiedyś będę chciał zapłacić trzydzieści szylingów za przywilej wypicia drinka, będziesz wiedział, że nadchodzi koniec świata. Żegnam.

– Mimo wszystko – rzekł młody człowiek, cofając się – zostawię to, co raczył pan nazwać świstkami. Może będzie pan łaskaw zerknąć na to w wolnym czasie, którego z pewnością panu nie brak. – Mówiąc, wpatrywał się w Johna, jak gdyby oczekiwał wsparcia z jego strony, ale John, uśmiechnięty od ucha do ucha, obserwował Christophera i starał się powstrzymać wybuch śmiechu. – Do widzenia panom. Pozostawiam panów ich bakchicznym uciechom.

Gdy zamykał za sobą drzwi, Christopher odpowiedział mu grubiańskim beknięciem.

– Co to był za palant? – zapytał głośno. – Mam już ich wszystkich serdecznie, tak, najserdeczniej dosyć. – Podwinął rękawy koszuli, krawat zwisał mu luźno. – Gdzie to piwo, Pat? Nie wypiliśmy chyba wszystkiego?

– Zostało jeszcze jedno.

Patrick podniósł pełną butelkę, którą trzymał pod fotelem. Christopher odkorkował ją i się napił. Jego pogodna bezczelność była zaraźliwa. John miał ochotę śmiać się serdecznie, gdy wspominał, jak został potraktowany gość ze Związku – wiedział, że gdyby był sam, z pewnością pozbyłby się trzydziestu szylingów bardzo szybko. Zachwycał go także fakt, że sam nie ma się ze strony Christophera czego obawiać, skoro należał do grona jego przyjaciół (a przynajmniej tak mu się zdawało); błysnęła mu myśl o Christopherze jako obrońcy: dużym, groźnym dla obcych psie. Dziwne, jak bardzo wspomnienie historii z zastawą zdążyło już zblaknąć i przejść do kategorii nieszkodliwych postępków, które Christopher popełniał bez zastanowienia. Nigdy dotąd nie spotkał osoby tak beztroskiej.

Atencja, jaką okazywał Christopherowi, powstrzymała Johna przed zrobieniem kilku rzeczy, które natychmiast jawiły się jako zbędne, gdy tylko Christopher im się sprzeciwił. Na przykład w pierwszą niedzielę trymestru John zdążył już zdjąć togę z wieszaka za drzwiami – tymczasem Christopher, który leżał na sofie, powiódł wzrokiem po pokoju.

– Co jest grane?

– Kazanie dla pierwszego roku... Nie idziesz...?

– Nie wiedziałem nic o kazaniu.

– Prodziekan powiedział, że ma nadzieję, że przyjdą wszyscy pierwszoroczni.

– Optymista – skomentował Christopher i wrócił do przeglądania czasopisma.

– Nie sądzisz, że sporo ludzi pójdzie?

– Ja nie pójdę.

John odwiesił więc togę i zajął się pisaniem listów: jeden zaadresował do domu, do rodziców, drugi do siostry, która uczyła w szkole podstawowej w Manchesterze; a potem, jako że wypożyczył z biblioteki college’u jedną z książek, które polecił tutor, zabrał się do czytania i robienia notatek. Christopher ziewał i czytał, i palił papierosy do południa, potem wstał i zaczął szykować się do wyjścia. Gdy wkładał obszerny płaszcz w kolorze wrzosu, zauważył: