Wydawca: Prozami Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 463 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Jezioro Cierni - Magdalena Zimniak

Kiedy przed laty Katarzyna opuszczała Polskę, nie był to zwykły wyjazd lecz ucieczka. W Silver Spring pod Waszyngtonem próbowała ułożyć życie na nowo - jako Kate Robertson, żona Stephena i matka Petera. Rodzinną sielankę przerywa wiadomość, że dorastający syn pragnie poznać swoje korzenie i odnaleźć rodzinę w Polsce. Kate w desperacji rusza w ślad za nim, by uchronić go przed poznaniem najbardziej mrocznych tajemnic z przeszłości.

Opinie o ebooku Jezioro Cierni - Magdalena Zimniak

Fragment ebooka Jezioro Cierni - Magdalena Zimniak

Copyright © by Magdalena Zimniak

Copyright © by Wydawnictwo Prozami Sp. z o.o.

Projekt graficzny okładki:

Krzysztof Krawiec

Redakcja i korekta:

Olga Gorczyca-Popławska

Wydawnictwo Prozami Sp. z o.o.

www.prozami.pl

Warszawa 2014

ISBN 978-83-63742-94-2

konwersja.virtualo.pl

Mamie

Śpi w niebie moim to jezioro cierni.

Pochylam się i widzę tam na dnie Blask mego życia. I to, co straszy mnie,

Jest tam, nim śmierć mój kształt na wieki spełni.

Fragment wiersza Czesława Miłosza „W mojej ojczyźnie”

Peter Robertson poruszył się niespokojnie. Nie przepadał za trudnymi rozmowami, a wiedział, że ta będzie trudna. Jego dziewiętnastoletnie życie upłynęło w Silver Spring w stanie Maryland. Tak się mówi, chociaż to niemal nigdy nie jest prawda. Naturalnie, że były przerwy, nie tylko na wakacje. Urodził się w szpitalu w Waszyngtonie, był wcześniakiem i okazał się na tyle słaby, że lekarze zatrzymali go tam prawie miesiąc. Chodziło o niedotlenienie podczas porodu. Rodzice podobno umierali z niepokoju, że mogło to uszkodzić mózg, ale szybko okazało się, że nie było żadnych następstw. No, prawie żadnych. Miał dosyć dużą wadę wzroku – minus pięć. Peter zakładał, że to właśnie wynik niedotlenienia, chociaż w żadnym ze znanych mu źródeł nie znalazł potwierdzenia swoich przypuszczeń. Właściwie nawet niespecjalnie szukał i niewiele go to obchodziło. Rodzice mieli świetny wzrok, co raczej wykluczało wadę genetyczną. W pierwszych latach szkoły miał trochę kłopotów, przezwiska rzucane przez kolegów bolały, chociaż udało mu się grać obojętnego. Szybko jednak okazało się, że nawet okularnik może być świetny w koszykówce, i szykany się skończyły. Stał się nawet kimś w rodzaju szkolnej gwiazdy. Jakiś czas marzył o karierze zawodowca, jednak przy swoim wzroście raczej nie miał szans osiągnąć sukcesu na międzynarodową skalę. Teraz, w wieku dziewiętnastu lat, mierzył sto osiemdziesiąt dwa centymetry i nic nie wskazywało na to, aby miał jeszcze urosnąć. Zadowolił się więc grą w drużynie uniwersyteckiej. Cholera, zaklął w myśli. Po co wciąż tkwi w swoim pokoju, przypominając sobie niemalże cały życiorys, kiedy powinien pójść porozmawiać z matką? Z rodzicami, poprawił się natychmiast. Miał nadzieję, że ojciec go poprze, jednak z jej strony spodziewał się oporu. Ale co ona może? W końcu cały rok harował wieczorami w tym pieprzonym barze i składał cent do centa. Ucierpiały na tym jego wyniki na uczelni, co było do przewidzenia, ale dał radę. Był zmęczony, w zasadzie wykończony, jednak najważniejsze, że się udało. Tylko co się udało? Chyba nie miał na myśli zaliczenia roku?

Podniósł się zdecydowanie. Nie chciał już odkładać tej rozmowy. Zszedł do salonu. Rodzice oglądali jakiś teleturniej. Przysadzisty facet zastanawiał się nad odpowiedzią.

– To palant. – Usłyszał głos matki. – Jak można nie wiedzieć, że paella pochodzi z Hiszpanii?

A bigos z Polski. Peter ledwie powstrzymał się przed powiedzeniem tego na głos. Jedna z kelnerek w barze była Polką, harowała dużo ciężej od niego, dowiedział się od niej kilku rzeczy. Studentka anglistyki, która wzięła urlop dziekański, żeby zarobić.

– Hej.

Matka uciszyła go ruchem ręki. Nawet na niego nie spojrzała. Zaczął w nim narastać gniew.

– Chciałbym z wami porozmawiać – oznajmił nieco podniesionym głosem. – Czy ten program jest tak ważny, że nie możecie na moment się od niego oderwać i mnie posłuchać?

Ojciec popatrzył na niego ze zdziwieniem, po czym pstryknął pilotem i wyłączył telewizor. Matka przeniosła wzrok na syna. Nie wyglądała na poirytowaną, raczej na zaintrygowaną. Staruszkowie trzymają się całkiem nieźle, pomyślał nagle Peter. Ojciec – ogromny, dwumetrowy mężczyzna, atletycznie zbudowany, bez śladu łysienia, z ciemnymi włosami gdzieniegdzie poprzetykanymi srebrnymi nitkami. Peter miał kiedyś nadzieję, że przynajmniej zrówna się z nim wzrostem. Poszedł chyba jednak bardziej w matkę, która ledwo przekroczyła sto sześćdziesiąt centymetrów. W jej przypadku nie był to mankament, na tle innych kobiet w swoim wieku wyglądała olśniewająco. Nie miała figury przeciętnej Amerykanki, którą zresztą nie była, co mimo tylu lat spędzonych w Stanach wciąż dawało się usłyszeć w jej akcencie. Bardzo szczupła, z daleka mogła nawet sprawiać wrażenie nastolatki, o słowiańskiej urodzie, a przynajmniej tak Peter wyobrażał sobie typową słowiańską urodę: słomiane włosy, niebieskie oczy, okrągła twarz.

Była Polką.

Peter miał około sześciu lat, kiedy się tego dowiedział. Był wieczór, rodzice zostawili go pod opieką babysitterki. Dziewczyna włączyła mu film, a sama wyszła do sąsiedniego pokoju pogadać przez telefon. Peter był znudzony. Film oglądał już chyba po raz dziesiąty, a nawet nie był to jeden z jego ulubionych. Otworzył szufladę i grzebał w dokumentach rodziców. Znalazł paszporty. Opiekunka wróciła do pokoju, ale nie usiłowała go powstrzymać, pewnie uznała jego zajęcie za nieszkodliwe. Zaglądała mu nawet przez ramię, a on sylabizował, popisując się trudną sztuką czytania. W tym momencie weszli rodzice. Matka bez słowa wyjęła mu z ręki swój paszport, po czym zwróciła się do biednej dziewczyny (Peter przypominał sobie, że pochodziła z Niemiec i miała na imię Petra):

– Proszę za mną. Zapłacę za dzisiaj, ale nie życzę sobie, żeby pani więcej przychodziła.

Nigdy wcześniej nie słyszał, żeby mama mówiła takim tonem.

Wyszły z pokoju, a on został z ojcem. W powietrzu zawisła ciężka cisza. Chłopak niedawno poznał Petrę, więc nie miał zamiaru rozpaczać, że więcej jej nie zobaczy, mimo to czuł się, jakby uderzył głową w ścianę.

– Mama nie lubi, gdy się jej grzebie w dokumentach – powiedział w końcu ojciec.

Peter odetchnął z ulgą. Głos taty był normalny.

– Ona jest… – Chłopiec usiłował przypomnieć sobie nazwę dziwnej narodowości. – Jest Polką.

Mężczyzna pokiwał głową.

– Tak, ale lepiej jej o to nie pytaj. Woli o tym nie mówić.

– Dlaczego? – chciał wiedzieć Peter.

Ojciec wzruszył ramionami.

– Po prostu tego nie lubi. Należy to uszanować.

Szanował to więc do czasu, gdy jako dziesięcioletni chłopiec usłyszał pierwszy dowcip o Polakach. Przypomniał sobie wtedy, że jego matka jest Polką, ale oczywiście nic nie powiedział. Do końca dnia w szkole się nie odezwał. Czuł, że pali go wstyd. Matka też z pewnością się wstydziła i dlatego się nie przyznawała. Ale przecież ojciec zawsze powtarzał, że wszyscy ludzie są równi, niezależnie od narodowości czy koloru skóry. Mówił, że trzeba opierać się głupim stereotypom. Tata miał rację, doszedł do wniosku Peter, ale dlaczego nie powiedział tego mamie?

Opiekunka, która wtedy się nim zajmowała, miała na imię Maria i pochodziła z Meksyku. Odebrała go ze szkoły i odwiozła do domu. Usiłowała go zagadać, ale tylko jej odburkiwał. W końcu wzruszyła ramionami i zaprzestała prób. Minęło parę godzin, zanim matka wróciła z pracy. Peter siedział w swoim pokoju i uparcie odmawiał zjedzenia czegokolwiek. Musiał z nią porozmawiać, obmyślał szczegółowy plan. W końcu usłyszał samochód zatrzymujący się przed domem, a po chwili doszły go dwa kobiece głosy. Nie wyszedł się przywitać. Po chwili drzwi się otworzyły. Utkwił wzrok w matce, ale się nie poruszył.

– Cześć, kochanie – powiedziała. Usiadła obok i otoczyła go ramieniem. – Źle się czujesz?

Dotknęła ustami jego czoła. To był jej sposób na sprawdzenie, czy syn ma gorączkę.

– Nie – powiedział. Gwałtownie uwolnił się z jej objęć. Cały misternie przygotowywany plan runął. – Czy ty się wstydzisz, że jesteś Polką? – niemal krzyknął.

Zesztywniała, jej twarz zrobiła się szara, a w oczach błysnęła wściekłość. Przez chwilę miał wrażenie, że matka ma zamiar go uderzyć.

– Nie – odpowiedziała.

Rozluźniła się. Znów wyglądała normalnie, więc postanowił zadać jeszcze jedno pytanie.

– Dlaczego nie rozmawiasz ze mną po polsku? Matka Mike’a jest Polką i podobno mówi do niego tylko po polsku.

Wzruszyła ramionami.

– Ja nie chcę. Do niczego nie jest ci to potrzebne.

Po chwili przyszła jej do głowy jakaś myśl.

– Czy powiedziałeś kolegom, że ja…

Urwała, jakby dalsze słowa nie chciały jej przejść przez gardło.

– Nie.

Pokiwała głową.

– To dobrze. Po prostu o tym nie mów.

Wstała i wyszła bez słowa. Peter próbował później porozmawiać o tym z ojcem, ale nie udało mu się nic z niego wydobyć. Dowiedział się tylko, że mama ma uraz, że ktoś ją skrzywdził i trzeba to po prostu uszanować. Przypomniał sobie, że ojciec użył tego sformułowania już wcześniej.

– Ktoś z Polski? – chciał wiedzieć.

– Tak.

– Kto? Jak?

Ojciec pokręcił głową.

– Nie wiem.

Peter nie był pewny, czy powinien mu wierzyć, ale zrozumiał, że niczego więcej się nie dowie.

– Jak się poznaliście? – zapytał.

Ojciec opowiedział mu wtedy uroczą historię, jak to firma wysłała go na rozpoznanie rynku do jakiegoś polskiego miasta, wymienił nawet jego nazwę, ale Peter natychmiast ją zapomniał, tym bardziej że w życiu nie byłby w stanie powtórzyć tej zbitki spółgłosek. W każdym razie mama pracowała tam w barze jako kelnerka. Zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia i postanowili się pobrać. Kumpel, który był z tatą, miał znajomości w ambasadzie. Poradził im, żeby wzięli ślub w Polsce, wtedy będzie łatwiej dostać wizę. Zawarli więc pospieszne cywilne małżeństwo, a ceremonię w kościele odłożyli na później. Z wizą nie było problemów.

Peter zadowolił się tą historyjką i przestał pytać rodziców o Polskę. Nie znaczyło to jednak, że sam nie dowiedział się paru rzeczy. Ponownie przejrzał dokumenty mamy i tym razem bez problemu odczytał, że urodziła się w mieście „Warsaw”. Niewiele czasu zajęło mu sprawdzenie, że to stolica Polski, a oryginalna pisownia to „Warszawa”. Oczywiście początkowo nie miał pojęcia, jak to się wymawia, ale zapytał Mike’a. Wyczytał też, że mama nazywała się kiedyś Wojciechowska, a imiona jej rodziców brzmiały: Antoni i Irena.

W ich domu często zmieniały się opiekunki. Zawsze były to cudzoziemki, które nie przyjeżdżały na długo. Gdy udało im się załatwić stały pobyt, zazwyczaj starały się o lepszą pracę. Tuż po Marii matka zatrudniła Polkę, jakby chciała mu udowodnić, że wcale nie wstydzi się swojej narodowości. Jej zachowanie jednak temu przeczyło. Zwracała się do niani tylko po angielsku, a kiedy ta rozmawiała przez telefon w języku ojczystym, zachowywała się całkowicie obojętnie, można było odnieść wrażenie, że nie rozumie ani słowa. Dziewczyna miała na imię Grażyna. W najgłębszej tajemnicy – Peter błagał ją, żeby nic nie mówiła matce, a ona udawała, że wierzy, iż to istotnie – nauczyła go paru polskich słów.

Im był starszy, tym więcej dowiadywał się o Polsce, która tak bardzo fascynowała go właśnie z powodu niewytłumaczalnej postawy matki. Szukał w internecie, kupił nawet parę książek, które starannie ukrył, a których ona nigdy nie spostrzegła, a przynajmniej nie pokazała tego po sobie. Jednak dopiero kiedy poznał Kasię – dziewczyna poinformowała go, że to polski odpowiednik imienia Kate; więc jego matka też była Kasią – zaczął w nim kiełkować pomysł odwiedzenia starego kraju. „Stary kraj”, tak powiedziała kiedyś Kasia i zaniosła się przy tym śmiechem. Nie wiedział, co w tym śmiesznego, ale zawtórował.

Zawsze jej wtórował, miała taki zaraźliwy śmiech.

– Dobrze się czujesz, kochanie?

Głos matki dotarł do niego jak przez mgłę, ale wyrwał go z zamyślenia.

– Jak się masz? – odpowiedział bez związku po polsku.

Na dodatek użył bezsensownego zwrotu, który – jak wytłumaczyła mu Kasia – był w Polsce zupełnie niepraktykowany. To Polonia i zagraniczni turyści zrobili z niego jedno ze sztandarowych zdań.

Matka westchnęła.

– Czyżbyś zaczął się uczyć polskiego? – spytała, po czym roześmiała się swobodnie, bez irytacji.

– Odrobinę – odpowiedział zgodnie z prawdą. – Wybieram się na wakacje do Polski i nie chcę okazać się zupełnym głąbem.

Nie zmieniła wyrazu twarzy, nadal uśmiechała się przyjaźnie, w oczach nie było śladu niepokoju.

– A więc myślisz o spędzeniu wakacji w Polsce? – zapytał ojciec.

Peter powoli przeniósł na niego wzrok. Jego mina również nie zdradzała niepokoju.

– Myślę to mało powiedziane. Już wszystko załatwione. Mam bilet, kwaterę.

Ponownie spojrzał na matkę. Wydawało mu się, że lekko zbladła. Na jej twarzy wciąż gościł ten sam uśmiech. Przyklejony, pomyślał nagle chłopak. Ona nie jest szczera. W gruncie rzeczy nigdy nie była szczera.

– Gdzie będziesz mieszkał? – badał dalej ojciec.

Matka milczała, nie spuszczała oczu z twarzy syna. Przez chwilę zastanowił się, czy to próba nerwów.

– W Warszawie – odrzekł po polsku.

– Nie masz zbyt dobrego akcentu – prychnęła lekceważąco matka.

We wzroku Petera odmalowało się zdumienie. Była złośliwa. Nigdy wcześniej nie dostrzegł w niej tej cechy, przynajmniej nie w stosunku do siebie. Stłumił impuls, żeby odpowiedzieć, że ona, mieszkając w Stanach tyle lat, nadal nie ma amerykańskiego akcentu.

– Być może – zgodził się. – Pomieszkam tam trochę i na pewno go podszlifuję.

– Kiedy wyjeżdżasz? – spytał ojciec.

– Mam samolot jutro o czternastej.

Matka pokiwała głową i dopiero teraz dostrzegł w jej oczach strach. Czego, do diabła, ona się tak boi?

– Czy uważasz, że to jest w porządku? – Ton ojca porażał chłodem. – Mówisz nam o wakacjach za oceanem w przeddzień wylotu. Jak mamy cię traktować? Jak lokatora, który zatrzymał się u nas kątem?

Mówił coś jeszcze, ale Peter nie słuchał. Pomyślał przelotnie, że to ze strony ojca spodziewał się wsparcia, a on okazał się bardziej zatwardziały od matki. Chłopak dawno już nauczył się wyłączać, gdy zaczynały się gadki o odpowiedzialności, wzajemnych stosunkach i tego typu bzdetach. Mógłby się z nimi kłócić, mówić, że oni też nie traktują go w porządku, ciągle uważają za dziecko i nigdy nie zdobywają się na szczerość. Mógłby, ale nie miał zamiaru tracić energii, a przede wszystkim czasu. Tę noc chciał spędzić z Kasią. Prawdopodobnie ich ostatnią wspólną.

– Mamo, czy mogłabyś mi podać jakieś namiary na swoją rodzinę? – zapytał, wykorzystując przerwę, kiedy ojciec nabierał oddechu.

– Moją… rodzinę… – powtórzyła wolno.

Teraz nie miał już wątpliwości. Zbladła. W zasadzie była kredowobiała. Ojciec ujął ją za rękę, jakby pragnął dodać otuchy. Nie broniła się, ale Peter miał wrażenie, że nawet nie zwróciła na ten gest uwagi.

– Wiem, że nazywałaś się Wojciechowska – powiedział.

Skupił się, by nie zapomnieć o wymówieniu na końcu „a” zamiast naturalniejszego dla Amerykanina „i”.

Po chwili matka odzyskała całkowite panowanie nad sobą. Uwolniła dłoń z uścisku ojca.

– Nie utrzymuję z rodziną żadnych kontaktów i wolałabym, żebyś ty też ich nie szukał. – Jej głos nie drżał, brzmiał pewnie. – Rozumiem, że chcesz wrócić do źródeł, zobaczyć kraj, z którego pochodzi twoja matka. Nie zabraniam ci.

Ciekawe, jak mogłabyś mi zabronić, odparował, ale tylko w myślach. Zrozumiał, że naleganie nie ma sensu. Nie dodał, że wie, jak mieli na imię jej rodzice. Pomyślał, że lepiej zachować ostrożność.

– Odwieziecie mnie jutro na lotnisko? – spytał tylko.

Kasia nie będzie mogła go odprowadzić, pracuje. Jeśli się nie zgodzą, weźmie taksówkę, chociaż wolałby uniknąć wydawania pieniędzy, które mogą się przydać w Polsce.

– Mówisz w ostatniej chwili i sądzisz, że zrezygnujemy z naszych plan… – zaczął ojciec.

– Tak – przerwała matka. – Odwieziemy cię.

Na jej ustach znów zagościł przyjazny uśmiech. Kolejny raz przybrała swoją maskę. Peter nie potrafił rozgryźć, jaką rolę odgrywała, ale sam również postanowił zabawić się w aktora.

– Dziękuję, mamo – powiedział. Pocałował ją w policzek. – Kochana jesteś.

– Pochlebstwo – roześmiała się.

Była dobrą aktorką. Przypuszczał, że widzowie nie wyczuliby w jej śmiechu sztuczności.

– Tato – zwrócił się do ojca. – Wiem, że powinienem był powiedzieć wcześniej, ale bałem się waszej reakcji.

Stephen pokiwał głową, najwyraźniej postanowił zrezygnować z dalszego prawienia morałów.

– Teraz muszę wyjść – dodał Peter. – Umówiłem się z koleżanką. Do zobaczenia.

Zanim któreś z nich zdążyło zareagować, wyszedł z pokoju. Spodziewał się, że go zawołają czy wyjdą za nim, ale nic takiego nie nastąpiło. Z uczuciem ulgi opuścił dom i skierował się do samochodu. Nie myślał już o matce i jej zachowaniu. Myślał tylko o Kasi.

*

Siedzieli w milczeniu, wsłuchując się w dźwięk odjeżdżającego samochodu. Dopiero gdy umilkł, Stephen zwrócił się do żony.

– Kochanie, nie bierz tego tak bardzo do serca. Pojedzie na wycieczkę i wróci.

Nie odpowiedziała. Spróbował ją przytulić. Była zupełnie sztywna.

– Kate – szepnął w jej włosy. – Kocham cię, wiesz o tym.

Ciało w jego ramionach trochę się rozluźniło. Gładził szczupłe plecy, pragnąc dodać ukochanej kobiecie otuchy. Niespodziewanie poczuł podniecenie. Jego dłoń objęła pierś żony i zaczęła pocierać sutek. Kate na moment ponownie zesztywniała, po chwili jednak gwałtownie strąciła rękę męża i wyrwała się z jego objęć.

– Nie dotykaj mnie – wysyczała. Zdała sobie jednak sprawę, że zachowuje się nieracjonalnie i dodała łagodniej: – Przepraszam, wiesz, że mnie to rozstroiło, chcę teraz wyjść, nie na długo, ale sama, nie idź za mną.

Pod koniec jej ton brzmiał niemal prosząco.

– Kate – wyszeptał Stephen. – To ja przepraszam.

Wydawało mu się, że w oczach żony zalśniły łzy. Wyciągnął rękę i dotknął jej policzka. Musnęła ustami jego palce i odsunęła się.

– Chcę teraz wyjść – powtórzyła.

Odwróciła się i opuściła pokój. Nie zatrzymywał jej. Po raz drugi tego wieczoru wsłuchiwał się w dźwięk odjeżdżającego samochodu. Kiedy ucichł, ukrył twarz w dłoniach. Poczuł się jak samotne, odtrącone dziecko. Najgorsza była świadomość, że powinien pomóc żonie, ale nie potrafił. Sam potrzebował pomocy. Wyprostował się nagle. Zbierze siły, przejdą przez to razem.

*

Dopiero kiedy ruszyła, zaczęły jej drżeć ręce. Obraz za szybą się rozmazał. Skup się, idiotko, upomniała się w myśli. Nie chcesz spowodować wypadku. Chociaż… to była jakaś pokusa. Gdyby się zabiła albo została ciężko ranna, Peter pewnie by został. Tylko ciekawe na jak długo… Skoncentrowała wzrok, opanowała drżenie. Cel nie był daleko, już po paru minutach zatrzymała się na kościelnym parkingu, zatrzasnęła drzwi samochodu i ruszyła biegiem do świątyni.

Szarpnęła drzwi.

– Shit! – zaklęła.

Były zamknięte. Najpierw ryglują wejście, a potem jęczą, że tak wielu ludzi odchodzi od religii. Niby mogła pomodlić się wszędzie, nawet w samochodzie, ale nigdy dotąd tak silnie nie potrzebowała całej tej oprawy. Zacisnęła zęby i ruszyła w kierunku plebanii. Ksiądz może nie znał jej najlepiej, lecz z pewnością kojarzył. Ostatnio nawet ona i Stephen złożyli całkiem sporą ofiarę podczas wizyty duszpasterskiej. Tysiąc dolarów, nie sądziła, żeby wielu parafian zdobyło się na taką hojność. Nacisnęła dzwonek.

– Tak, słucham? – usłyszała lekko zirytowany męski głos.

Zerknęła na zegarek. Nie było nawet wpół do dziewiątej. Duszpasterz, niezależnie od godziny, powinien dbać o swoje owieczki, a nie odganiać je od domu Pana.

– Szczęść Boże, tu Kate Robertson, jedna z parafianek. Bardzo mi zależy, żeby dostać się do kościoła. Chciałabym się pomodlić.

Odpowiedziała jej cisza. Nad czym on się zastanawia? – myślała rozdrażniona. Czyżbym przeszkodziła mu w jakimś ciekawym zajęciu? Ciekawszym od zbawiania duszyczek parafian?

– Proszę zaczekać – usłyszała. – Zaraz zejdę.

– Dobrze, czekam.

Doszła do wniosku, że pewnie brzmiała obcesowo i natrętnie, ale nie obchodziło jej to. Nagle zrobiło jej się słabo i nieprzyjemnie zawirowało w głowie. Tylko tego brakuje, żebym zemdlała, pomyślała, osuwając się na schody. Wciąż było bardzo duszno, miniony dzień zaliczał się do najbardziej upalnych w tym roku, a wilgotność powietrza dochodziła do dziewięćdziesięciu procent. Waszyngton miał wiele zalet, ale pogoda czasem była nie do zniesienia. Oparła głowę na kolanach, starała się oddychać głęboko i równomiernie. Powoli uczucie osłabienia przechodziło. Drzwi się otworzyły.

– Nic pani nie jest?! – zawołał ksiądz.

Ukucnął obok. Podniosła głowę i spojrzała na niego. Jaki on młody. Nigdy dotąd nie myślała o księdzu w tych kategoriach. W gruncie rzeczy w ogóle o nim nie myślała. Chodziła do kościoła, bo Stephen był wierzący i chciał, żeby co niedzielę uczestniczyli we mszy. Ofiara podczas kolędy była jej pomysłem, zrobiła to na przekór koleżankom z pracy, które chwaliły się swoim ateizmem w wyjątkowo obrzydliwy sposób.

– Źle się poczułam. – Uśmiechnęła się. – Ale już przechodzi.

Ile on może mieć lat? Dwadzieścia cztery? Dwadzieścia pięć? Był bardzo szczupły, niewysoki, o jasnych włosach i intensywnie jasnoniebieskich oczach.

– Może trzeba wezwać lekarza? – zapytał niepewnie.

– Nie, nie. – Potrząsnęła głową. – Zaraz przejdzie.

Nie nalegał. Podniósł się i patrzył przed siebie. Po chwili ona także wstała. Była pewna, że już nie upadnie.

– Proszę mnie wpuścić do kościoła.

Zdawała sobie sprawę, że jej ton na powrót zrobił się apodyktyczny.

– Chodźmy więc.

Zatrzymali się przed głównymi drzwiami. Zanim ksiądz je otworzył, zwrócił się do niej z wahaniem:

– Czy chciałaby pani porozmawiać?

– Tylko z Bogiem – odparła szorstko.

Przekręcił klucz, zapalił światło i wpuścił ją do środka.

– Zostanę w kościele – oznajmił. – Proszę się nie obawiać, nie będę przeszkadzał.

Pewnie boi się, żebym czegoś nie ukradła. Wzruszyła tylko ramionami i podeszła do pierwszej ławki.

Uklękła i natychmiast zapomniała o młodym księdzu. Na powrót wypełniła ją panika. Nie walczyła z tym uczuciem, po to przecież przyjechała do kościoła, żeby być szczera.

– Boże miłosierny – szeptała – pomóż mi. Pomóż mi, błagam, pomóż, pomóż.

Nie umiała się modlić, nie robiła tego już od tylu lat. Ciągle te same słowa wypowiadane na głos podczas niedzielnych mszy raczej się nie liczyły.

– Pomóż – szeptała gorąco, z rozpaczą. – Boże, pomóż.

Tylko tyle. Nie potrafiła zdobyć się na nic więcej. Ale to chyba niepotrzebne? Bóg powinien wiedzieć, o co chodzi. Zamknęła oczy, skoncentrowała się na tym jednym słowie.

– Pomóż – powiedziała na głos. – Pomóż, pomóż, pomóż.

Umilkła. Przemknęło jej przez głowę, że ksiądz mógł ją usłyszeć, ale nie miało to znaczenia. Nie była pewna, jak długo jeszcze klęczała, tym razem błagając o pomoc jedynie bezgłośnie. Przeżegnała się i wstała. Dopiero teraz poczuła, że jej twarz jest mokra od łez. Szybko starła je ręką i ruszyła ku wyjściu. Zauważyła księdza w ostatniej ławce. Podniósł się i razem opuścili kościół.

– Proszę wybaczyć moją śmiałość – powiedział tuż za progiem – ale czy pani jest Polką?

Zatrzymała się i patrzyła na niego zdumiona.

– Nie podsłuchiwałem – usprawiedliwił się. – Ale… ale…

Nadal nie rozumiała.

– Moja babcia jest Polką – dokończył prędko. – I znam to słowo.

„Pomóż”. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że powiedziała to po polsku. Po tylu latach nieużywania języka, kiedy nawet myślała po angielsku.

– Tak – odpowiedziała. – Jestem Polką. Niestety.

Pobiegła do samochodu, nie odwracając się, bez słowa pożegnania. Kapłan stał przed kościołem i patrzył za odjeżdżającą kobietą. Pokręcił głową i ruszył ku własnemu mieszkaniu.

*

Peter zatrzymał się przed blokiem Kasi. Wynajmowała skromne mieszkanie z dwiema koleżankami ze swojego kraju, które – w przeciwieństwie do niej, szczuplutkiej, niewysokiej blondynki z kręconymi włosami o niebieskich oczach – nie pasowały do stereotypu, jaki wytworzył sobie na temat wyglądu Polek. Basia była ruda, miała lekko piegowatą, szalenie miłą twarz i bardzo apetyczną figurę z kobiecymi krągłościami. Ania natomiast była chudą, wysoką brunetką, zbyt chudą i zbyt wysoką, w typie modelek, które nigdy nie robiły na nim wrażenia. Lubił przychodzić do tego mieszkania, nawet kiedy Kasia nie była sama. Wsłuchiwał się w ich polski akcent, uwielbiał, jak przechodziły na rodzimy język, i podziwiał jego melodię. Przede wszystkim jednak lubił Kasię, może nawet zakochał się w niej w jakiś sposób. Była jego pierwszą kobietą. Zdarzało się, że odwoził ją do domu, kiedy kończyli pracę, a ostatni autobus już odjechał. Całowała go potem po przyjacielsku w policzek na do widzenia. Zawsze mu się podobała, ale nie odważył się jej dotknąć, tym bardziej że nieraz opowiadała o swoim chłopaku w Polsce. A on? Nie dość, że nie miał żadnych doświadczeń z dziewczynami, to jeszcze był nieśmiały. Którejś nocy jednak, zamiast cmoknąć go jak zwykle gdzieś w okolicy ucha, pocałowała go w usta. Gorąco i namiętnie. Cała jego nieśmiałość znikła. Kasia była świetną przewodniczką po krainie miłości i wtedy w samochodzie Peter stał się mężczyzną. Szybko wyjaśniła, że to, co się wydarzyło, było całkiem przyjemne, lecz nie zmienia nic w ich relacjach. Nadal są przyjaciółmi, którzy od czasu do czasu, jeśli będą mieli ochotę, mogą iść ze sobą do łóżka. Nie protestował, brał wszystko, co zechciała mu dać. Nadal wyrażała się z czułością o swoim chłopaku.

– Zamierzasz mu o nas opowiedzieć? – zapytał kiedyś z goryczą.

Popatrzyła na niego poważnie, po czym wzruszyła ramionami.

– Nie wiem – odpowiedziała dość obojętnie. – Nie sądzę. Przecież to nie ma znaczenia.

Wtedy, po raz pierwszy i ostatni, wściekł się na nią. Siedzieli w kuchni w jej mieszkaniu. Koleżanek nie było. Uderzył pięścią w stół.

– Co nie ma znaczenia?! – wrzasnął. – Ja nie mam znaczenia?!

Chciał wykrzyczeć dużo więcej, ale trząsł się tak, że nie zdołał już wydusić ani słowa.

– Posłuchaj, Piotrusiu – powiedziała spokojnie. Użyła zdrobnienia polskiej wersji jego imienia, które zazwyczaj uwielbiał. – Chyba źle się wyraziłam. Lubię cię. Nigdy nie przespałabym się z kimś, kogo nie lubię. Co ważniejsze, uważam cię za przyjaciela. Natomiast to, co robimy w łóżku, nie ma znaczenia dla mojej relacji z Maćkiem. Tylko jego potrafię kochać w ten sposób. No, nie złość się już.

Usiadła mu na kolanach i położyła jego dłoń na swojej piersi. Chciał zaprotestować, ale nie potrafił. Zawsze tak bardzo go podniecała. Dużo więcej niż podniecała.

Nadal się buntował, ale już tego nie okazywał. Ona natomiast przestała mówić o narzeczonym z Polski.

Peter wbiegł po schodach i wszedł do mieszkania dziewczyn. Zastał je w kuchni. Basia i Ania śmiały się do rozpuku, ucząc go polskich słów. Kasia, wyjątkowo cicha tego wieczoru, siedziała mu na kolanach, a on powtarzał za jej koleżankami „chrząszcz brzmi w trzcinie”, chociaż rozpraszała go bliskość dziewczyny i delikatny zapach jej perfum.

– Dajcie mu spokój – powiedziała w końcu. Wstała i pociągnęła go za rękę. – Zniechęcicie go tylko. Idziemy spać.

– Dobrej podróży, Peter. – Obcałowały go w policzki. – Odezwij się, jak będziesz już na miejscu.

Kochali się trzy razy tej nocy. Później Peter zasnął, ale obudził się niemal natychmiast. Kasia oddychała spokojnie. Poczekał do piątej i usiadł na łóżku. Założył okulary i wyłączył alarm w komórce, który miał go obudzić za piętnaście minut. Zaczął się ubierać.

– Hej – usłyszał jej głos. – Już wstajesz?

– Muszę jechać – powiedział. Usiłował ukryć żal. – Spakować ostatnie rzeczy i pobyć trochę ze starymi.

– Szkoda. – Przeciągnęła się i objęła go w pasie. – Jesteś fajnym facetem.

– Wiem – wymamrotał, poprawiając okulary.

Wstała i narzuciła na siebie obcisłą koszulkę. Sypiała nago, ale nie lubiła chodzić tak po mieszkaniu.

– Wypijesz ze mną kawę?

Skinął głową.

– Dobra, to przygotuj, a ja wezmę prysznic.

Cała Kasia.

– Najpierw ja wejdę i przynajmniej się wysikam.

Roześmiała się pogodnie, jakby nie ciążyła jej żadna troska. I pewnie tak było.

– Hmm, jak pachnie – powiedziała po paru minutach, gdy wyszła z łazienki, sama pachnąca mydłem, świeżutka i śliczna.

Usiadła, pociągnęła łyk kawy i znów roześmiała się beztrosko. Peter poczuł się urażony.

– Nie rób takiej miny – powiedziała. – Nie rozstajemy się przecież na wieki. Kiedy wrócisz, wciąż tu będę.

– Tak, wiem – odparł sucho. – Parę dni, a potem pojedziesz do swojego Maćka.

Spoważniała.

– Potem też możemy się spotykać.

Miał ochotę rzucić jakimś sprzętem albo chociaż siarczyście zakląć, tylko dlatego że ona tego nie lubiła. Poprawił okulary, po czym zacisnął palce na filiżance. Pociągnął łyk, szybko, nieuważnie, parząc sobie przy tym przełyk.

– Kurwa! – zaklął po polsku.

Nauczyła go tego któraś ze współlokatorek Kasi. Dla niego był to pusty dźwięk, wiedział jednak, że na nią działa silniej niż przekleństwo anglojęzyczne. Zmarszczyła brwi.

– Przecież wiedziałeś. Wiedziałeś też, że jesteśmy przyjaciółmi, którzy lubią się do siebie przytulić. – Tak, wiedział. Ona ustalała zasady, on się podporządkowywał. – Jak będę z Maćkiem, będę to robić tylko z nim, nie jestem w stanie sypiać z dwoma facetami naraz.

– A z kim będziesz to robić przez te dwa miesiące, kiedy nie będzie tu Maćka ani mnie? Przecież z kimś musisz, nie?

W jej niebieskich oczach zapalił się gniew. W tym momencie Peter zdał sobie sprawę, że Kasia jest bardzo podobna do jego matki, nie tylko z figury, koloru oczu czy włosów. Na dobrą sprawę wszystkie dziewczyny, które kiedykolwiek go interesowały, były podobne.

– To jedynie moja sprawa – wysyczała.

Położył rękę na jej dłoni.

– Przepraszam. Wiem, że nie moja.

Poczuł, że musi coś dodać, cokolwiek, żeby zlikwidować napięcie.

– Powiedz mi jeszcze raz, kim jest Agnieszka, do której jadę.

Nie przypomniała mu, że przecież mówiła już o tym co najmniej dwa razy. Rozluźniła się, uśmiechnęła. Wcielenie niewinności. Zapewne psychoanalitycy mieliby coś do powiedzenia na temat jego fascynacji kobietami podobnymi do matki, ale Peter nie zamierzał zagłębiać się we freudowskie dywagacje.

– To siostra mojego kolegi z roku. Bardzo sympatyczna dziewczyna.

Pokiwał głową, jakby usłyszał to po raz pierwszy. Kasia nie dodała już, że współlokatorka Agnieszki się wyprowadziła i dziewczyna była bardzo zadowolona, że ktoś będzie dzielił z nią czynsz przez wakacje.

– Ładna? – O tym jeszcze nie rozmawiali.

– No… – zawahała się. – Bardzo ładna.

Ha, pomyślał. Pewnie jakiś kaszalot.

– Jak wygląda?

– Wysoka i szczupła, czarne włosy do pasa. W rodzaju tych, za którymi każdy facet obejrzy się na ulicy.

Uśmiechnął się kwaśno.

– Na pewno pomoże ci się odnaleźć na początku – dodała.

– Fajnie. Muszę już iść.

Podniósł się. Przytuliła się do niego i rozchyliła usta. Pocałował ją, po czym lekko odsunął. Nie chciał teraz tracić głowy. Miał ochotę powiedzieć, że ją kocha, ledwie się powstrzymał.

– Cześć – szepnął.

Mrugnęła do niego.

– Cześć. Trzymaj się. Będę tęsknić.

Wyszedł bez słowa. Więc to już? Koniec epizodu pod tytułem Kasia? Chciał pomyśleć o czekającej go podróży, ale wczorajsze podniecenie zupełnie go opuściło. Odkrywanie „starego kraju”, szukanie krewnych matki – jaki to właściwie ma sens?

*

Matka nie spała, kiedy wrócił do domu. Siedziała w kuchni, odwrócona tyłem do wejścia. Piła kawę. Nie zareagowała, kiedy wszedł, a przecież musiała go usłyszeć. Patrzył przez chwilę na jej zgarbione plecy. Rzadko siedziała tak niedbale, zazwyczaj wręcz przesadnie troszczyła się o postawę. Chrząknął.

– Cześć, mamo.

Odwróciła się. Przeraził się, gdy zobaczył jej poszarzałą twarz i podkrążone oczy. Zapewne nie spała ani chwili, ale zaniepokoiło go, że nie usiłowała zatuszować objawów zmęczenia makijażem.

– Cześć – odpowiedziała.

Jej głos był bezbarwny, jakby nie zależało jej już na przekonującej grze aktorskiej.

– Dobrze się czujesz? – zapytał.

Wreszcie się uśmiechnęła.

– Tak. Kiepsko spałam i pewnie dlatego wyglądam nie najlepiej. Pójdę chyba zrobić makijaż.

Peter niemal odetchnął z ulgą. Wciąż troszczyła się o pozory, więc nie jest tak źle.

– Mamo – zaryzykował, kiedy wstawała. Spojrzała na niego pytająco. – Tata mówił mi kiedyś, że ktoś w Polsce cię skrzywdził i dlatego…

Nie wiedział, jak dokończyć zdanie.

Machnęła lekceważąco ręką.

– E tam… Teraz nie wydaje mi się to już tak istotne, chociaż to prawda, że nie mam ochoty tam wracać. Pokłóciłam się kiedyś ze swoim ojcem. Jest wielkim patriotą, zresztą to historyk, a ja byłam młoda, zbuntowana, chciałam odrzucać wzorce, które mi wpajał.

Zmilkła, wreszcie pokazała jakieś emocje. Oddychała szybciej, palce zacisnęła na filiżance tak mocno, że zbielały jej kostki.

– O co się pokłóciliście?

Roześmiała się. Dla każdego innego jej śmiech zabrzmiałby naturalnie, ale on już wiedział, że znów gra.

– O coś związanego z historią. – Uważnie przyglądała się synowi. – Zdaje się, że interesujesz się teraz historią mojego kraju – położyła szczególny nacisk na wyraz „mojego” – więc może słyszałeś o powstaniu warszawskim?

Pokiwał głową. Słyszał. Szykował się nawet do przeczytania książki Normana Davisa, ale zabrakło mu czasu.

– No więc… mój ojciec należał do ludzi gloryfikujących powstanie, a ja… kiedyś powiedziałam, że to była głupota, bezsensowna strata tysięcy ludzkich istnień i… i… zaczęliśmy się kłócić i… w końcu uderzył mnie… w twarz.

Peterowi wydawało się, że jej policzki poszarzały jeszcze bardziej. Nie grała. Czegoś takiego nie mogłaby udawać. Chyba. Jej oczy uciekły w bok.

– Wtedy zdecydowałaś się odciąć? – zapytał.

– Mniej więcej – odpowiedziała.

Wciąż na niego nie patrzyła.

Kłamie? – pomyślał. I co znaczy to „mniej więcej”?

– Musisz się już chyba szykować – zdecydowała. – A ja powinnam się zająć swoją nadszarpniętą urodą.

Odstawiła filiżankę, musnęła wargami jego czoło i wyszła. W ekspresie została resztka kawy. Peter zdecydował, że dobrze mu zrobi. W gruncie rzeczy sam padał ze zmęczenia. Kiedy pociągał pierwszy łyk, usłyszał sygnał wiadomości SMS. Serce zabiło mocniej. Kasia? Tak, to była ona.

„Agnieszka po Ciebie wyjdzie. Dobrej podróży”.

Tylko tyle. Jakby już wymazała wszystko, co łączyło ich przez te miesiące. Dobrze, więc wymazujmy.

„Dzięki”, odpisał i poszedł wziąć prysznic.

Całą drogę na lotnisko rozmawiał z matką o pogodzie. W zasadzie to był jej monolog, Peter tylko przytakiwał. Mówiła, że w Warszawie prawdopodobnie będzie znacznie chłodniej, a poza tym prawie w żadnym mieszkaniu nie ma klimatyzacji, więc u niego pewnie też nie będzie, a przecież tam również mogą być upały, a poza tym…

Ojciec zaparkował i pierwszy opuścił samochód. Peter wyszedł za nim i cieszył się, że matce zajęło to więcej czasu.

– Przypomnij mi, jak nazywało się miasto, gdzie się poznaliście – poprosił półgłosem.

– Siedlce – odpowiedział Stephen, patrząc zdziwiony na syna.

Kate była już na zewnątrz i zapewne słyszała tę krótką wymianę zdań, nie skomentowała jej jednak. Weszli do hali odlotów. Peter był zadowolony, że formalności szły szybko. Pocałował matkę, uścisnął dłoń ojca i znalazł się za szklaną szybką. Pomachał im jeszcze. Odmachali i odeszli.

W drodze do samochodu Stephen trzymał żonę za rękę. Jej palce były bardzo zimne, chociaż z nieba lał się żar.

– Niczego się nie dowie – powiedział uspokajająco.

Kate wysunęła wolno rękę z jego dłoni i przyłożyła ją na chwilę do ust. Pokręciła głową. Stephen nie wiedział, że stłumiła nerwowy śmiech.

Lot na szczęście był bezpośredni. Peter całą drogę przysypiał. Wiedział, że powinien ułożyć sobie jakiś plan działania, ale postanowił to odłożyć. Gdy się wyśpi, będzie miał jaśniejszy umysł. Śniło mu się, że rozmawia z narzeczonym Kasi i wyjawia mu całą prawdę. Otworzył oczy, wyjrzał przez okno i przypatrywał się chmurom. Odnalezienie tego chłopaka pewnie nie byłoby takie trudne, tylko… co mu to da? Mógłby mu wszystko opowiedzieć, ale… E tam, pomarzyć można, tyle że nie potrafiłby spojrzeć potem w lustro, a poza tym jechał do Polski z zupełnie innych powodów. Znów zamknął oczy i tym razem śniła mu się kłótnia matki z jego dziadkiem, którego nigdy nie poznał. Kate wyglądała dokładnie jak przy porannej rozmowie, a jej ojciec był starszym siwym, mocno wychudłym facetem. Nosił okulary, które śmiesznie skakały mu na nosie przy każdym gwałtowniejszym ruchu, a ruszał się bardzo gwałtownie!

– Podać panu coś do picia?

Ładna stewardessa stała przy nim, ukazując w uśmiechu dwa rzędy równiutkich białych zębów. Mówiła z uroczym akcentem, który tak dobrze znał z domu. Nowo poznani mężczyźni nie szczędzili matce komplementów: I love your accent, a ona przyjmowała każdy z uśmiechem, ale Peter widział, jak między jej brwiami na moment pojawiała się zmarszczka.

– Nie, dziękuję. – Potrząsnął głową.

Odwrócił się do okna. Nie zaczekał nawet, aż stewardessa odejdzie. Była blondynką o niebieskich oczach, dość szczupłą, zaokrągloną, gdzie trzeba, bardzo ładną, w typie, który zawsze go elektryzował. Teraz sądził jednak, że upłynie sporo czasu, zanim znowu zainteresuje się kobietą. Przypomniał mu się sen sprzed chwili. Był zupełnie absurdalny, lecz sprowadził jego myśli na polską rodzinę. Znał imiona rodziców matki, wiedział też, że dziadek był historykiem (o ile tego nie wymyśliła), więc mógł zacząć poszukiwania. Wcześniej mieszkali w Warszawie. Ale teraz? Mogli się przeprowadzić, mogli już umrzeć. A nawet jeśli nie? Czy naprawdę przypuszczał, że w kilkumilionowej stolicy europejskiego kraju tak łatwo znaleźć Antoniego i Irenę Wojciechowskich? Kasia powiedziała, że to popularne nazwisko, musiałby mieć naprawdę dużo szczęścia, żeby ich zlokalizować. A może on właśnie ma szczęście? W końcu poznał Kasię, a ona załatwiła mu mieszkanie w Warszawie. Nawet ktoś po niego wyjdzie. W gruncie rzeczy była w porządku. Tyle upojnych nocy… Zrobiło mu się gorąco na ich wspomnienie. Tak naprawdę nie chciałby spędzić z nią życia. On, porządny amerykański chłopak, potrzebował porządnej dziewczyny, choćby Polki, lecz nie takiej, która nie mogła wytrzymać bez chłopa. Być może trochę krzywdził Kasię tymi myślami, ale poczuł się pokrzepiony. Ponownie zasnął, lecz tym razem nie miał żadnych snów.

Odprawa na szczęście poszła szybko. Peter obrzucił spojrzeniem tłum ludzi, którzy czekali na bliskich. Miał nadzieję, że gdzieś tu jest Agnieszka i że jakoś się rozpoznają.

– Peter?

Przed nim stała dziewczyna z rodzaju tych, które nigdy na niego nie działały. Wysoka, około stu osiemdziesięciu centymetrów wzrostu, a przy tym jeszcze na obcasach, chuda jak patyk, prawie bez piersi i z wąskimi jak u chłopaka biodrami. Miała długie czarne włosy i wielkie, również czarne oczy w drobnej twarzy. Była ładna… jak obraz, na który można popatrzeć.

– Tak – odpowiedział i uśmiechnął się do niej. – Ty jesteś Agnieszka, prawda?

Skinęła głową i wyciągnęła rękę. Uścisk dłoni miała mocny i pewny.

– A tam stoi moja koleżanka Jola. – Pomachała do kogoś, ale Peter nie dostrzegł, do kogo. – Zawiezie nas samochodem swoich rodziców.

– Cześć. – Podeszła do nich dosyć przysadzista szatynka o miłej piegowatej twarzy. – Chodźcie – powiedziała wesoło. – Mam już dosyć tego lotniska.

Dziewczyny w drodze dyskutowały o czymś po polsku.

– Przepraszam – zwróciła się do niego w pewnym momencie Agnieszka. – Jakoś tak nam łatwiej, a naprawdę nie mówiłyśmy o tobie.

– Aha, jestem przyzwyczajony – mruknął.

Przypomniał sobie wieczory w kuchni Kasi i jej koleżanek.

– Mówiłyśmy, że Jola u nas zanocuje, a jutro zrobimy imprezę powitalną.

No tak, z pewnością padały z nóg. Dla nich to był środek nocy.

– Dzięki, że po mnie wyszłyście, chociaż jest tak późno – powiedział.

– Będziesz musiał jutro za to coś ugotować – roześmiała się Agnieszka.

– Nie ma sprawy.

– Jak mnie rozpoznałaś? – zwrócił się do Agnieszki, gdy dojechali na miejsce.

– Ma się tę kobiecą intuicję… – zaczęła, po czym zmieniła ton. – To było dziecinnie proste, szczególnie że miałam twoje zdjęcie.

– A… Kasia przysłała.

Przez chwilę zastanawiał się, ile Agnieszka wie.

Weszli do mieszkania. Było malutkie: dwa niewielkie pokoje, kuchnia i łazienka, ale Peter wyraził głośny zachwyt. W gruncie rzeczy niczego więcej nie potrzebował, a kontrast z wielkim domem rodzinnym wydał się nawet przyjemny. Jak wakacje, to wakacje!

Dziewczyny okupowały łazienkę, Peter pozostawiony sam sobie włączył komputer i wszedł na swoją pocztę. Dwa e-maile: jeden od Kasi, drugi od matki. Krew uderzyła mu do głowy, ale się opanował. Musiał zacząć się przyzwyczajać, że Kasia nie jest już dla niego nikim więcej niż znajomą… no… przyjaciółką, jeśli przyjąć jej terminologię. Otworzył wiadomość od matki. Pytała, jak minęła podróż, i prosiła, żeby napisał, w którym miejscu Warszawy mieszka i czy mu się podoba. Odpowiedział natychmiast. Poinformował, że podróż była całkiem miła, podał adres i dodał, że zarówno mieszkanie, jak i współlokatorka są bardzo przyjemne. Zanim kliknął drugiego maila, wziął parę głębokich wdechów. Musiał pamiętać, że nie jest zakochanym gnojkiem.

Cześć, mam nadzieję, że podróż zleciała Ci szybko. Jak tam Agnieszka? Ładna, prawda? Jestem nawet trochę zazdrosna, chociaż wiem, że już nie powinnam. W każdym razie ona jest zupełnie inna niż ja, więc jeśli nie masz poważnych zamiarów, nie próbuj jej uwodzić. Co ja mówię, ona się nie da uwieść. Byłam już świadkiem wielu prób. No dobra, koniec z wątkami romansowymi! Jeśli dowiesz się czegokolwiek o swojej rodzinie, koniecznie daj mi znać.

Ściskam Cię mocno, po przyjacielsku. I do Twojej wiadomości: wcale nie muszę z nikim sypiać, całkiem dobrze śpi mi się samej.

Uśmiechnął się. Cała Kasia. Złamała mu serce, ale to właśnie dzięki niej odzyskiwał pewność, że da się je jeszcze poskładać.

Usłyszał pukanie.

– Proszę – powiedział.

Agnieszka uchyliła drzwi. Miała mokre włosy i bardzo seksowny szlafroczek na sobie.

– Chciałam tylko powiedzieć, że łazienka już wolna.

– Dziękuję. – Uśmiechnął się nieśmiało.

Odwzajemniła uśmiech, powiedziała „dobranoc” i wyszła. Jak on mógłby chociaż próbować uwodzić taką dziewczynę?

Ponownie pochylił się nad klawiaturą laptopa. Wpisał w wyszukiwarkę „Antoni Wojciechowski”. Zobaczył mnóstwo polskich stron. Nawet nie próbował ich tłumaczyć. Jutro poprosi o pomoc Agnieszkę.

Mimowolnie się uśmiechnął, po czym przypomniał sobie, że ona przecież nie jest w jego typie. Ziewnął szeroko. Zmęczenie dawało się we znaki. Podróże samolotem zawsze go wykańczały, a teraz dodatkowo nie przespał nocy przed lotem. Kasia… Nie, lepiej o niej nie myśleć. Wszedł do maleńkiej łazienki i nieco zdziwił się brakiem kabiny prysznicowej. Skorzystał z prysznica w wannie, starał się przy tym jak najmniej nachlapać. Egzotyka. W gruncie rzeczy wszystko, co było inne niż w domu, sprawiało mu przyjemność.

Leżał w półśnie z zamkniętymi oczyma. Pod powiekami przesuwały się obrazy, których nie miał siły odganiać, chociaż niepokoiły, wprawiały całe ciało w nieprzyjemne wibracje. Wykrzywiona twarz matki, kiedy zobaczyła go sylabizującego dane z jej paszportu. Rozmarzony wzrok Kasi opowiadającej o swoim chłopaku. Tajemnicze spojrzenie Agnieszki, kiedy mówiła, że widziała Petera na zdjęciu. Jaka tajemnica? – odezwał się głos w jego głowie. Zdjęcie przysłała… no, wiadomo kto. Znów Kasia, siedząca mu na kolanach, całująca w usta. To akurat było przyjemne, ale zaraz ukazała się twarz ojca. Ktoś skrzywdził matkę. Zagadka. No i co z tego? Przyjechał przecież, żeby ją rozwiązać. Jak wygląda jego dziadek? Babcia? Przez chwilę widział twarze rodziców ojca: eleganckiej, drobniutkiej Millie z krótkimi, siwymi włosami, których nigdy nie farbowała, i nieco jowialnego Marka, po którym syn odziedziczył wygląd, lecz z pewnością nie usposobienie. A dziadkowie z drugiej strony? Pewnie w niczym ich nie przypominali. Znów zagadka.

Pukanie. Peter usiadł na łóżku zdezorientowany. Ostre światło słoneczne wdzierało się przez zasłony do malutkiego pokoiku. Chwilę trwało, zanim uświadomił sobie, gdzie się znajduje. Ponowne pukanie.

– Proszę – powiedział po polsku zachrypniętym głosem.

W progu stanęła Agnieszka. Miała na sobie jasnoniebieskie dżinsy i granatowy T-shirt. Włosy związała w kucyk, była bez makijażu.

– Pomyślałam, że cię obudzę, bo musisz się przyzwyczaić do naszego rytmu.

– Która godzina? – Nadal mówił po polsku.

Roześmiała się.

– Jedenasta – odpowiedziała w swoim języku.

– Ładnie wyglądasz.

To też umiał powiedzieć, ale pewnie niedługo zapas polskojęzycznych formułek się skończy.

– Dziękuję. – Swobodnie przyjęła komplement, po czym przeszła na angielski: – Fajny masz akcent. Jak chcesz, możemy kupić podręczniki i godzinę dziennie ćwiczyć polski.

– Naprawdę? – To był świetny pomysł. Myślał nawet, żeby się zapisać na kurs. – Oczywiście wyznacz jakąś stawkę, nie chcę, żebyś traciła na mnie czas.

Machnęła ręką.

– Nie jestem nauczycielką. A z tobą ćwiczę angielski, więc korzyść jest obustronna. Ubieraj się. Jola chce jeszcze z nami zjeść śniadanie i zaraz ucieka.

Zostawiła go samego. Przemknął do łazienki. Po drodze wciągnął rozkoszny zapach kawy dolatujący z kuchni.

– Cześć – rzucił w pośpiechu Joli.

Po polsku, a co!

– Cześć – odpowiedziała.

Wydawało mu się, że uśmiechnęła się do niego szeroko. Spieszył się, poprzedniego wieczoru wlał w siebie zbyt dużo płynów. Po chwili oddychał już z ulgą, przemywając twarz zimną wodą. Chyba szybko przestawi się na polski rytm, zupełnie nie odczuwał skutków zmiany czasu.

Kiedy wszedł do kuchni, dziewczyny były pogrążone w ożywionej rozmowie po polsku. Uwielbiał melodię tego języka, chociaż teraz, podobnie jak w mieszkaniu Kasi, wyławiał jedynie pojedyncze słowa.

– Przepraszam – zwróciła się do niego Jola. – Już się przestawiamy.

Uśmiechnął się do niej.

– Lubię, gdy mówicie po polsku, chociaż nic nie rozumiem. Ale niedługo to się zmieni.

Przeniósł wzrok na Agnieszkę.

– Tak. – Pokiwała głową. – Właśnie mówiłam Joli, że jesteś chętny do nauki.

Nasypał sobie płatków do miski i zalał je mlekiem. Śniadanie takie jak w domu, ale przecież nie wszystko musi radykalnie się zmienić.

– Jestem bardzo chętny. Mogę trochę kawa? – Postanowił popisać się jeszcze jedną formułką.

– Kawy – skorygowała Agnieszka i mrugnęła do niego. – Jestem twoją nauczycielką, więc muszę cię poprawiać – wyjaśniła po angielsku, po czym przeszła na polski: – Proszę bardzo. – Wskazała na dzbanek. – Samoobsługa.

– Samo… samoob… – usiłował powtórzyć.

– Samoobsługa. Self service. Próbuj, próbuj, to nie takie trudne słowo.

Udało mu się po kilku próbach. Bawił się świetnie. Jola wypowiedziała nieśmiertelne: „Chrząszcz brzmi w trzcinie”, ale tym razem je zadziwił. Przećwiczył to już przecież w Silver Spring.

– Niezły jesteś – powiedziała ze szczerym podziwem. – Szybko się uczysz. Dobra, kochani, ja zmykam, idę pomieszkać w domu. Cześć, Peter. Cześć, Aga.

– Aga? – powtórzył nieco zdezorientowany.

Agnieszka wzruszyła ramionami i lekko się skrzywiła.

– To zdrobnienie mojego imienia. Osobiście wolę Agnieszka.

– A mnie się podoba Aga – powiedziała nieco złośliwie Jola, całując koleżankę w policzek. – Poza tym jest krótsze i nie wymaga takiego wysiłku.

Ciemnowłosa dziewczyna pokręciła głową, a Peter postanowił, że będzie ją nazywał Agnieszką. Imię było dość trudne, ale brzmiało pięknie. Aga wydawało się zbyt proste, nie pasowało do niej.

Zaoferował, że posprząta po śniadaniu, Agnieszka bez protestów przyjęła propozycję.

– Myślę, że dojdziesz, gdzie co stoi. Idę na chwilę do swojego pokoju, a później wychodzę kupić te podręczniki. Chcesz iść ze mną?

– Bardzo – odrzekł poważnie. – A później… pomożesz mi coś przetłumaczyć? – Spojrzała na niego pytająco. – Szukam moich dziadków. Wiem tylko, że mieszkali w Warszawie, znam ich imiona i nazwisko. Wiem też, że dziadek był historykiem i patriotą.

Pokiwała głową.

– Jasne. Pewnie coś będzie w internecie.

– Wydaje mi się, że był historykiem i patriotą – poprawił ostatnią informację. Wiadomości od matki nie mogły liczyć się jako wiedza. – Nie wiem, czy oni jeszcze żyją.

Nie domagała się wyjaśnień.

– Pewnie, że ci pomogę. Uwielbiam zabawę w detektywa.

*

Kate zdecydowała się wziąć tydzień wolnego. Nie powiedziała Stephenowi, wiedziała, że przekonywałby ją, iż lepiej zająć umysł czymś innym niż zamartwianiem się, czego Peter może dowiedzieć się w Polsce. Zdusiła histeryczny śmiech. Co on wiedział o zamartwianiu? Mniejsza zresztą o męża – nie mogła chodzić do pracy. Zajęcie umysłu czymkolwiek innym nie wchodziło w rachubę. Wytrzymała wyjazd syna, była nawet przekonana, że wyglądała na dość spokojną, ale w pracy, wśród obcych ludzi, rozsypałaby się na kawałki. Chwilami w jej głowie pojawiało się pytanie, co będzie, kiedy urlop się skończy. Postanowiła na razie nie zawracać sobie tym głowy. W tej chwili tydzień wydawał się niemal wiecznością.

Stephen zawsze wychodził wcześniej, więc nie dziwił się, że żona siedzi jeszcze przy stole, popijając kolejną kawę.

– Na razie, kochanie.

Pocałował ją w policzek. Zawsze tak robił. Zdawała sobie sprawę, że mąż nie wie, jak się zachować. Sytuacja go przerosła. Jego, który kiedyś wyciągnął ją z najgorszego bagna. To jednak było dwadzieścia lat temu. Teraz musi wyciągnąć się sama. Oddała pocałunek i uśmiechnęła się delikatnie.

– Na razie.

Nasłuchiwała dźwięków oddalającego się samochodu. Kiedy umilkły, natychmiast włączyła komputer. Czuła, że Peter będzie chciał odnaleźć jej… swoją rodzinę. Była przekonana, że tamten pamiętny raz nie był jedynym, kiedy syn studiował jej paszport. Wpisała do wyszukiwarki imię i nazwisko ojca. Zrobiło jej się niedobrze, ale stłumiła odruch wymiotny. Nie czas na takie idiotyzmy. Całkiem sporo polskojęzycznych stron dotyczyło różnych Antonich Wojciechowskich. Skupiła się. Wprawdzie informacje na temat jej ojca nie były na pierwszym miejscu, lecz ich odnalezienie nie sprawiało większego kłopotu. Tatuś wciąż żył. Na dodatek wciąż działał. Nie wykładał już wprawdzie na uniwersytecie, ale napisał parę nowych książek. Kate z całej siły uderzyła dłonią w biurko. Jak mogła popełnić tak beznadziejny błąd?! Ona, która całe życie uważała, żeby syn niczego się nie dowiedział! Dlaczego zdradziła, że dziadek jest historykiem?!

– Cholera! – krzyknęła na cały głos i zorientowała się, że użyła polskiego słowa. Za często jej się to ostatnio zdarzało, zdecydowanie za często. – Shit! – poprawiła się, czując całą absurdalność własnego zachowania.

Język przecież nie miał żadnego pieprzonego znaczenia. Mogła czytać po polsku, modlić się po polsku, przeklinać po polsku, a nawet – gdyby natknęła się na jakiegoś Polaczka – porozmawiać z nim po polsku. Nic się od tego nie stanie. Więcej, powinna wejść w ten język, żeby uchronić Petera. Serce biło ciężko. Może nawet powinna jechać za nim? Bzdura. I tak nie byłaby w stanie skontrolować każdego kroku syna. Uspokój się i myśl. Co może się stać? Przypuszczała, że zidentyfikowanie dziadka nie zajmie Peterowi zbyt wiele czasu. A później? Jak łatwo będzie go odnaleźć? Skoncentrowała się i studiowała strony dotyczące ojca. Nie dostrzegła nigdzie kontaktu – żadnych numerów telefonu, żadnego maila. Nie była jednak naiwna. Peter z pewnością znajdzie sposób, żeby skontaktować się z dziadkiem. A jak na wiadomość od rzekomego wnuka zareaguje profesor Wojciechowski?

Poranna kawa znów podeszła jej do gardła. Kate pokręciła głową, nie potrafiła przewidzieć reakcji ojca. Załóżmy, że stęskniony dziadek spotka się z wnuczkiem. Co wtedy? Pogadają o historii, na przykład o powstaniu. Na pewno na tym się nie skończy. Poruszą temat rodzinnych koligacji, może nawet podyskutują o Katarzynie Wojciechowskiej. Co z tego? Pewnie, że wolałaby dać sobie uciąć rękę, niż dopuścić do spotkania tych dwóch, ale jeśli do niego dojdzie, świat nie przestanie istnieć. Najwyżej ona się rozsypie. Zaczęła szlochać jak małe, skrzywdzone dziecko. Wszystko na próżno. Wszystko. Wszystko. Wszystko. Łkała coraz głośniej, coraz bardziej rozdzierająco, po czym raptownie umilkła. Wpisała w wyszukiwarkę „Monika Wojciechowska” i momentalnie znalazła informacje dotyczące odpowiedniej osoby. Nawet zdjęcie. O ile było aktualne, Monika wyglądała dobrze. Nie ma się czemu dziwić. Kobiety w ich rodzinie długo wyglądały promiennie, pod warunkiem że dożywały pewnego wieku. Serce ścisnął dawno zapomniany ból. Mama. Kiedy umierała na raka w wieku trzydziestu sześciu lat, była piękna. Kate długo już o niej nie myślała. Zdarzyło się tyle rzeczy, które przyćmiły te wspomnienia, ale teraz tęsknota wróciła. O, tak, zadrwiła w myślach. Poczuć się dzieckiem w matczynych ramionach. Znów spojrzała na zdjęcie Moniki. Siostra była podobna do matki znacznie bardziej niż ona, która wdała się raczej w ojca. Monika nadal nazywała się Wojciechowska. Nie wyszła za mąż? Czy po prostu zachowała nazwisko panieńskie? Tak się teraz powszechnie robiło. Z drugiej strony Monika była niemal bezprzytomnie zakochana w Arturze, więc Kate nie dziwiłaby się, gdyby zdecydowała się pozostać samotna. Miłość do grobowej deski to mało. Miłość zwyciężająca śmierć, przypomniało jej się hasło reklamowe jakiegoś filmu. Zachichotała nerwowo. Powinna chyba wyłączyć komputer, przesiadywanie przed nim i szukanie informacji o rodzinie wprowadza ją w dziwny stan. Bezpieczniej dla zdrowia byłoby zapewne te atrakcje dawkować. Weszła jeszcze na pocztę i po raz kolejny odczytała wiadomość od syna. Trzeba napisać parę słów, inaczej nie będzie informowana na bieżąco.

Jak wrażenia z Warszawy? Widziałeś jakieś zabytki? U nas potwornie gorąco.

Zerknęła przez okno. Słońce świeciło, więc pewnie pisała prawdę.

Klimatyzacja jest jednak niezawodna.

Zniechęcona oderwała palce od klawiatury. Nie miała pojęcia, co pisać, o co pytać. Nigdy nie nawiązała prawdziwego porozumienia z synem, za bardzo się bała. Stephen umiał znacznie lepiej z nim rozmawiać. Dopiero wiadomość o wycieczce Petera wytrąciła go z równowagi. Wykasowała maila.

Kocham Cię, Peter. Mówiłam Ci to, kiedy byłeś mały. Pamiętasz? Mnie wydaje się to zupełnie inną epoką. Wiesz, że wzięłam tydzień wolnego? Twój wyjazd mnie rozstroił. Tam, w Polsce, pozostały wspomnienia, które bolą i wcale nie zostały pogrzebane na zawsze. Boję się, synku.

Urwała. Chyba zupełnie zwariowała. Wysłać tego rodzaju maila, to prosić się o kłopoty. Z drugiej strony tym razem nie będzie pisała nic nieznaczących formułek. Wykasowała wszystko po „epoką”.

Dorosłemu synowi też można powiedzieć, że się go kocha, prawda? Nie wiem, czy Tobie to do czegokolwiek potrzebne, ale mnie tak.

Napisz, proszę, jak spędzasz czas i co myślisz o Warszawie. Kiedyś kochałam to miasto.

Nie, to robi się zbyt niebezpieczne. Wykasowała ostatnie zdanie.

Uczysz się polskiego? Jak wrócisz, porozmawiamy. Wiem, że nigdy nie chciałam, ale uwierz – miałam powody.

Pokręciła głową i ponownie usunęła zdanie.