Jestem Sasza - Magdalena Strzelczyk - ebook + książka

Jestem Sasza ebook

Magdalena Strzelczyk

0,0

Opis

Stworzony do posłuszeństwa. Gotowy, by wreszcie być sobą.

Posiadanie androida zaprojektowanego jako odpowiednik dawnej służby domowej stało się codziennością. Humanoidalny Sasza pracuje u państwa Jordan i… z każdym dniem coraz wyraźniej dostrzega, że właściciele nie traktują go dobrze.

Wszystko zmienia przypadkowe spotkanie z Adą, opiekunką dzieci z sąsiedztwa. To właśnie ona jako pierwsza dostrzega w nim coś więcej niż maszynę. Gdy sytuacja w domu Jordanów staje się nie do zniesienia, proponuje Saszy ucieczkę.

Z pomocą aktywisty Olka, jego dziewczyny Kamy oraz hakera Leśka, znajdują schronienie w odludnym domku na Mazurach. Niezależność wydaje się być na wyciągnięcie ręki.

Jest jednak pewien problem.

Świat nie jest gotowy na androida, który myśli, odczuwa i sam decyduje o własnym losie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 454

Rok wydania: 2023

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Magdalena Strzelczyk

Jestem Sasza

Rozdział I

Towarzystwo przy stole było już mocno rozochocone wlanym w gardła alkoholem. Rozmawiali z ożywieniem, często wybuchając głośnym śmiechem. Sasza stanowił jeden z głównych tematów ich rozmów – toczonych równie intensywnie i w tym samym tonie w jego obecności – gdy wchodził, by ich obsłużyć, i gdy znikał im z oczu, wracając do kuchni. Nie przejmowali się, że może ich słyszeć, bo w sumie niby czemu mieliby się przejmować? On natomiast jakoś nie mógł przestać słuchać.

– One śpią? – dopytywała Pati, jedna z gościń.

– Pewnie, że śpią – odpowiedział z rozbawieniem pan Robert. – Komputery śpią, to czemu androidy miałyby nie spać.

– Serio się pytam, Robby.

– A ja ci serio odpowiadam. Śpią, tak jak komputery i inne urządzenia. Przechodzą w stan uśpienia, tryb niższego zużycia energii.

– Ale muszą to robić?

Pan Robert zarechotał.

– Jak właściciel każe, to muszą. Nie ma sensu, żeby czuwały, gdy wszyscy inni śpią, nie? Taki ośmiogodzinny spoczynek obniża koszty utrzymania o jakąś jedną czwartą.

– Muszą – zawyrokował inny z gości, wysoki brunet Kris, póki co najtrzeźwiejszy z całego towarzystwa. – Spróbuj nie wyłączać komputera przez miesiąc, to się zwyczajnie zepsuje.

– No tak… Ale co, trzeba je tak codziennie włączać i wyłączać, czy same to ogarniają?

– Błagam cię, Pati – jęknął gospodarz – dziś każde najprostsze urządzenie to ogarnia. Androidy, takie jak Sasza czy Daryl, ogarniają dużo więcej. Same się ładują, myją i podcierają sobie tyłek. Ty nie musisz robić przy nich kompletnie nic.

– Jeszcze by tego brakowało, żebyśmy biegali przy naszym andku – sarknęła pani Paula. – To on ma biegać przy nas, nie odwrotnie.

Pikanie piekarnika zasygnalizowało Saszy, że kurczak jest gotowy. Wyciągnął gorącą blachę i zajął się przekładaniem mięsa na półmisek, wciąż słuchając jednym uchem. Przez chwilę wałkowali jeszcze temat snu, potem Pati zarzuciła nowy.

– A jak to u nich jest z płcią? One mają płeć?

– A nie widać?

– Nie no, widać, ale przecież nie powiesz, że Sasza jest mężczyzną.

– To może po prostu go o to spytaj, jak tu przyjdzie – zasugerował pan Robert.

– Tak, tak! – wykrzyknęła z entuzjazmem Lilka, żona Krisa. – Z chęcią to zobaczę.

Kolejne minuty zeszły Saszy na krążeniu z tacą w tę i z powrotem między kuchnią a salonem, by zebrać brudne naczynia, a zwolnione miejsce na stole zapełnić nową porcją specjałów. Na ten czas nawet temat androidów na chwilę został porzucony, a goście skupili się na jedzeniu.

– Sasza – odezwał się pan Robert, gdy Sasza z ostatnią porcją naczyń wychodził do kuchni.

Android zatrzymał się i obejrzał na swojego właściciela.

– Odnieś to i wróć tu do nas zaraz. Nasi goście są ciebie bardzo ciekawi. Chcieliby ci zadać kilka pytań.

– Tak, proszę pana – odparł automatycznie i pospieszył do kuchni.

Trzy minuty później z powrotem był w salonie. Stał przed gapiącymi się na niego ludźmi, jakby był jakąś osobliwością. W sumie trochę był. Pierwsze pytanie nie dotyczyło jednak płci.

– W jakim jesteś wieku, Sasza? – spytała Pati.

Sasza zamrugał, zastanawiając się chwilę nad odpowiedzią. Jakoś nikt go nie przygotował na takie zagadnienia.

– Fizycznie wyglądam jak mężczyzna między dwudziestym a dwudziestym piątym rokiem życia. Obudziłem się miesiąc temu. Ale mam wiedzę odpowiadającą wiedzy dorosłej osoby. Więc trudno powiedzieć, w jakim jestem wieku. To zależy, jak zdefiniujemy wiek.

Towarzystwo wybuchnęło głośnym śmiechem. Sasza nie wiedział, co w jego odpowiedzi było śmieszne. Pan Robert z zadowoleniem klepnął go w ramię – na tyle mocno, że android drgnął minimalnie, pchnięty do przodu tym uderzeniem.

– Obudziłeś się? – zainteresowała się Lilka, gdy śmiech ucichł. – Chyba raczej zostałeś włączony.

– Technicznie zostałem włączony. Z mojego punktu widzenia się obudziłem.

Pani Paula prychnęła cicho pod nosem i nachyliła się w stronę koleżanki.

– Mam dreszcze, jak tak gada – mruknęła.

– Będę musiała spytać o to Daryla – odparła tamta. – Ciekawe, co odpowie.

– Widzisz, Pati? – Pan Robert wyszczerzył się, zagryzając mocniej cygaro. – Mówiłem, że coś jest na rzeczy z tą ich świadomością.

– Proszę cię, Robbie. To, że maszyna twierdzi, że ma punkt widzenia, nie znaczy, że jest świadoma.

Jestem świadomy – pomyślał Sasza, ale się nie odezwał, bo nikt nie pytał go o zdanie.

– O, widzę, że wzięliście Saszę na spytki. Zajebiście, chętnie posłucham. – Ostatni głos rozległ się od strony drzwi. Mia, dziewiętnastoletnia córka państwa Jordan, właśnie weszła do salonu.

Android odruchowo spojrzał w jej stronę i napotkał utkwione w nim spojrzenie. Wargi Mii ułożyły się w ledwie dostrzegalny uśmiech.

– Nasz Saszka to słodziak. Jest jak zwierzątko domowe. A nawet lepszy: nie brudzi, tylko sprząta, daje nam jeść, a jego karmić nie trzeba. Nie broi, słucha się i można nawet zamienić z nim parę słów, prawda Saszka?

Towarzystwo roześmiało się, jakby powiedziała najlepszy żart pod słońcem, co całe szczęście zwolniło Saszę z udzielania odpowiedzi. Nie podobało mu się to porównanie i było całkowicie nielogiczne. Mia tymczasem, sprawiając wrażenie bardzo z siebie zadowolonej, przysiadła obok matki na sofie i sięgnęła po czysty talerzyk.

– Mmm, ładnie wygląda ten kurczak.

– Sasza – podjął tymczasem Kris – nasza znajoma zastanawiała się, czy można o tobie powiedzieć, że jesteś mężczyzną. Co byś jej odpowiedział?

– Jestem androidem płci męskiej – odparł Sasza zgodnie z prawdą. – Nie jestem mężczyzną.

– Wyjaśnij, proszę.

– Każdy android ma zaprogramowaną płeć. Android płci męskiej wygląda jak mężczyzna, ma męski głos, identyfikuje się z męskimi zaimkami i formami. Android płci żeńskiej odwrotnie. Ale to nie znaczy, że mamy płeć naprawdę.

– Widzisz? – rzekł Kris z satysfakcją, zwracając się do Pati.

– No i są te, no, moduły seksualne – podsunęła Lilka.

– One akurat z płcią nie mają wiele wspólnego. Dla każdego co kto lubi. – Kris mrugnął znacząco.

– Założę się, że jak montują dziewczynie moduł męski, to cena jest podwójna – odparowała jego żona, wzbudzając ogólne rozbawienie.

– Cena i tak jest prawie podwójna, jak w ogóle montują – zauważył pan Robert.

– Sasza, mam jeszcze jedno pytanie. – Pati nie odpuszczała. – Powiedz, co sądzisz o teorii archetypów Junga?

Sasza zamarł na chwilę, przetwarzając pytanie. Oczywiście nie miał takiej wiedzy w swojej pamięci. Pati uśmiechała się wyzywająco. I Sasza, patrząc na nią, nagle zrozumiał, że wcale nie chodzi jej o poznanie jego opinii. Chciała tylko sprawdzić, jak się zachowa, gdy zada mu się trudne pytanie. Cóż, skoro tak…

– Nasze pakiety wiedzy nie obejmują teorii naukowych. Mógłbym w ciągu kilku sekund zapoznać się z tematem. Mógłbym tę teorię opisać i przedstawić, wolałbym jednak nie wyrażać swojej opinii na ten temat, bo wyrażanie opinii nie należy do kompetencji androidów domowych.

Po raz enty wybuchnęli śmiechem, rozległo się nawet jakieś gwizdnięcie, i Sasza tym razem nawet się nie zdziwił. Pati zmarszczyła brwi. Android przywołał uśmiech na twarz, by pokazać jej swoje życzliwe, pozytywne nastawienie. Wzdrygnęła się.

– No dobrze, starczy już tych spytek. – Pan Robert znowu pchnął go lekko. – Zmykaj stąd.

– I przynieś nam jeszcze trochę sernika, bo się kończy – dodała pani Paula. – Mia chyba jeszcze nie próbowała, prawda córeczko?

– Ciasta też zrobił – oświadczył z dumą gospodarz. – Postanowiliśmy, że tym razem wszystko będzie domowej roboty, skoro już mamy takiego służącego.

Sasza opuścił gości i schował się w kuchni.

– Upiorny ma ten uśmiech – dobiegły go z salonu słowa Pati.

Prawie uśmiechnął się znowu.

***

Korzystając z okazji, że nikt go chwilowo nie wołał, a w kuchni zrobił już wszystko, co na ten moment miał do zrobienia, wyszedł przez drzwi kuchenne na ganek. Wytyczne mówiły co prawda, że powinien czekać w środku, jednak nie miało większego znaczenia, czy był w kuchni, czy przed nią – sygnał i tak spłynie przez aplikację wprost do jego świadomości. A jeśli użyją staroświeckich metod i po prostu go zawołają, też usłyszy. Na takie drobne, nieszkodliwe modyfikacje wytycznych mógł sobie pozwolić.

Stanął w cieple pogodnego wieczoru. Szpaler niskich latarni wzdłuż głównej ścieżki fantazyjnie oświetlał trawnik i rośliny. Na podjeździe stały dwa samochody gości. W większym, należącym do Krisa i Lilki, na siedzeniu kierowcy dostrzegł ludzką sylwetkę. Szofer miał na sobie sięgający pod samą brodę uniform, bardzo podobny do tego, który nosił Sasza. Siedział sztywno z zamkniętymi oczami, pogrążony w lekkim uśpieniu. Aha, jest i Daryl.

Sasza rzadko widywał inne androidy, głównie podczas zakupów w lokalnym supermarkecie. Dlatego to niespodziewane spotkanie naturalnie wzbudziło w nim ciekawość. Zaintrygowany, przybliżył sobie obraz szofera. Ten to miał aparycję. Gdyby Sasza nie wiedział, jak obiekt jego obserwacji ma na imię, bez wahania nazwałby go Kenem. Rysy idealne niczym z katalogu, blond włosy ułożone w fryzurę à la perfect gel. Wszystkie androidy, jako produkt luksusowy, były unikalne. Produkowano je, owszem, według stałego wzorca, ale potem customizowano dokładnie pod wytyczne klienta: imię, wiek, budowa ciała, fryzura i oczywiście twarz, tworzona przez artystę według wskazówek przyszłych właścicieli. Twarzą z Darylem Sasza by się nie zamienił, za to włosy… Na ich widok poczuł ukłucie czegoś, co pewnie ludzie nazwaliby zazdrością. Jemu właściciele zostawili jedynie dwumilimetrowego jeżyka – ciemniejszy cień na głowie, żeby nie był kompletnie łysy. „Więcej mu nie trzeba, a nie straszy” – skwitowała pani Paula, kiedy ostatecznie podkręcano mu ustawienia pod gusta właścicieli.

Spędził minutę i dziesięć sekund, analizując fizjonomię Daryla detal po detalu. Szkoda, że właściciele nie wzięli swojego służącego do środka. Mógłby pomóc w podawaniu do stołu. Sasza miałby okazję, by nie tylko się przyjrzeć, ale też zamienić parę słów. („Czy zaniesiesz gościom pieczeń?”, „Tak, oczywiście”). To dopiero byłoby ciekawe! No, ale było, jak było.

Szofer tkwił w idealnym bezruchu niczym piękny mebel w salonie i w końcu Sasza, nie znajdując w tym obrazku żadnych nowych bodźców, stracił nim zainteresowanie. Odwrócił wzrok i znowu zapatrzył się na ogród – z pozoru równie niezmienny, a jednak o ile bardziej pełen życia.

***

Tej nocy wrócił do swojej pakamerki o wpół do czwartej nad ranem, myśląc mimochodem, że jego dzisiejszy sen skurczy się z ośmiu godzin do czterech. Pół godziny wcześniej mocno podchmieleni goście państwa Jordan poszli do domów, a sami gospodarze natychmiast udali się na spoczynek. On musiał jeszcze posprzątać po imprezie.

Pakamerka została przerobiona na jego potrzeby z jednego ze schowków. Sześć metrów kwadratowych starczyło, by zainstalować miniaturową kabinę higieniczną, ułożyć materac, wstawić krzesło i zamontować regał na wszystkie potrzebne Saszy rzeczy: wieszak na uniformy, szafkę do przechowywania odżywek, blat do ich przygotowywania, szuflady na dodatkową elektronikę, akcesoria i jeszcze parę drobiazgów, które przyszły w zestawie.

Zdjął uniform, zawiesił go obok dwóch pozostałych – identycznych jak ten – i zaczął przygotowywać się do snu. Umył się, odfiltrował resztki z przyjętych tego dnia odżywek i przygotował sobie wieczorną (nocną) porcję. Wreszcie ubrał się z powrotem, by nie musieć tego robić w razie niespodziewanej pobudki. Jedynie butów nie założył, aby nie brudzić materaca. Ułożył się na wznak, podłączył ładowarkę i przestawił swoją zwykłą porę pobudki na godzinę późniejszą, zgodnie z poleceniem właścicieli, którzy i tak zamierzali odsypiać.

„Ale one śpią na stojąco czy na leżąco?” – przypomniał sobie pytanie Dociekliwej Pati. „Chyba nie muszą się kłaść”. Pan Robert i Kris opowiedzieli jej ze szczegółami o różnych trybach uśpienia i dlaczego najlepiej, by nocny spoczynek odbywał się w pozycji leżącej („Bo głębokie uśpienie, które najskuteczniej oszczędza energię, wyłącza tonus mięśniowy”).

– Zgaś światło, Jarvis – polecił Sasza.

Wirtualny asystent domu posłusznie wykonał komendę.

– Dobranoc, Sasza – odezwało się AI.

– Dobranoc – odparł mechanicznie, choć była to nieracjonalna uprzejmość.

Leżąc w ciemnościach, w ciągu kilkunastu sekund przebrnął przez kilka tekstów o Jungu i jego teorii. Dobrze, że nie musiał dziś o niej opowiadać. Kompletnie nie miał na jej temat opinii. Z tą myślą wcisnął na bransolecie kontrolnej guzik uśpienia, ułożył ręce wygodnie wzdłuż ciała i poszedł spać.

***

– Ładnie wyglądam, Sasza?

Mia oparła się o ścianę przy wejściu do pralni i patrzyła na androida wyzywająco. Zerknął na nią, nie przerywając składania pościeli. Miała na sobie kwiecistą sukienkę przed kolana, podkreślającą jej smukłą talię i odsłaniającą ładnie opalony dekolt. Stała, mocno wyginając biodro, żeby jeszcze je wyeksponować. Uśmiechnęła się słodko.

Zeszła tutaj na dół, żeby spytać go o zdanie?

– Bardzo ładnie, panienko.

– Nie sądzisz, że ta sukienka jest trochę za długa? Może lepiej by było, gdyby była… o, taka? – Podciągnęła brzeg sukienki o dziesięć centymetrów, odsłaniając więcej uda. – Albo taka. – Materiał powędrował kolejne dziesięć centymetrów w górę.

Sasza odłożył złożone w idealną kostkę prześcieradło na kupkę i sięgnął po kolejne.

– To chyba zależy od okazji – powiedział, przygotowując pościel do prasowania.

– Uważasz, że mam ładne nogi? – spytała znienacka Mia.

Android zamarł w trakcie wygładzania prześcieradła na desce. Co to było za pytanie?

– Nie powinienem takich rzeczy oceniać, panienko.

– A co, jeśli ja chcę, żebyś je oceniał? Chcę, żebyś mi odpowiedział.

– W takim wypadku muszę odpowiedzieć.

– Więc?

Sasza był mniej więcej świadom kanonów ludzkiego piękna. Z jakiegoś powodu znalazły się w podstawowym pakiecie jego pamięci. Potrafił ocenić, czy coś jest zbliżone do tych kanonów, czy nie, a więc też z dużym prawdopodobieństwem trafienia – czy coś uznawane jest za ładne.

– Panienka ma bardzo ładne nogi – powiedział, na wszelki wypadek dodając „bardzo”, trochę na wyrost. Uczył się rozpoznawać oczekiwania ludzi, a w tym wypadku oczekiwania Mii były dość oczywiste.

– Ha! – wykrzyknęła z satysfakcją. – Czyli patrzysz na takie rzeczy. Wiedziałam!

Nie odpowiedział. Wytykanie jej, że właśnie go do tego zmusiła, byłoby niegrzeczne.

– A co do okazji, to jadę ze znajomymi na piknik. Będzie sporo chłopaków. Może spotkam jakiegoś przystojniaka.

Sasza to też przemilczał. Nie było to ani pytanie, ani też chyba nic, co wymagało reakcji ze strony służącego androida. Sięgnął po żelazko i zajął się prasowaniem.

Mia wyczekała parę chwil.

– Ech, Saszka, Saszka – westchnęła w końcu – marny z ciebie rozmówca. Powinieneś coś mi odpowiedzieć.

– Co miałbym panience odpowiedzieć?

– Zapewnić mnie, że na pewno spotkam kogoś ciekawego i że w ogóle będę się dobrze bawić.

– Przepraszam, nie wiedziałem. Nie uczono mnie takich rzeczy.

– No tak, oczywiście, że nie. Ale jeśli masz być zabawny, to musisz wiedzieć, jak się zachować. – Kolejne westchnięcie. – Będzie trzeba trochę nad tobą popracować. W każdym razie jadę na piknik. I liczę, że spotkam jakiegoś przystojniaka. Kto wie, może od razu się z nim zabawię. – Zachichotała cicho. – Pomyśl sobie o tym w wolnej chwili. Jak się będę zabawiać. Wyobraź to sobie.

Jej głos stał się miękki i szeleszczący, gdy to mówiła. Sasza nie rozumiał, o co jej chodzi i po co chciała, by sobie takie rzeczy wyobrażał. Nie wiedząc, jak zareagować, oczywiście nie zareagował wcale.

– A ty bidny musisz siedzieć w tej piwnicy i prasować prześcieradła – zakończyła z rozbawieniem. – Cóż, do zobaczenia później! – Odwróciła się na pięcie i wybiegła z pralni niemal w podskokach, nie czekając na jego reakcję.

Sasza przez następne kilkanaście minut zastanawiał się, co się właściwie stało, ale nie doszedł do żadnych sensownych wniosków.

***

Pan Robert siedział w salonie przed wielkim ściennym ekranem i jak co wieczór zażywał relaksu przy lampce wina i wiadomościach z ostatniej doby. Dziś do jego wieczornego rytuału dołączył Alan – przystojny ciemnowłosy dwudziestodwulatek, starsze z dzieci państwa Jordan. Rozwaliwszy się na kanapie obok ojca, z nogami na stoliku kawowym, chrupał chipsy, czasem podsuwając torebkę ojcu, z czego tamten ochoczo korzystał.

Sasza wślizgnął się cicho do salonu, ogarnął ten obrazek wzrokiem i zanotował w pamięci, że gdy maraton prasowy dobiegnie końca, będzie musiał tu wrócić, by wytrzeć blat i odkurzyć tapicerkę. Na razie jednak miał tu inne obowiązki.

– Skąd w ogóle pomysł, że walka o prawa androidów jest potrzebna? – odezwał się telewizor głosem dziennikarza, gdy Sasza zabrał się za polerowanie secesyjnej biblioteczki w rogu salonu. – Świat nie widział chyba jeszcze androida, który by się skarżył. Skąd założenie, że dzieje im się krzywda?

– Wszędzie, gdzie mamy do czynienia z niewolnictwem, dzieje się krzywda – odpowiedział inny, damski głos. – Bo czy posiadanie androidów nie jest współczesnym niewolnictwem? To straszne, że w dzisiejszych czasach znów promujemy tę ideę. Mamy połowę dwudziestego pierwszego wieku, na Boga, żyjemy w zjednoczonej Europie! Oczywiście, że androidy się nie skarżą. Bo po pierwsze to wbrew algorytmom, po drugie producenci bardzo się postarali, żeby im to uniemożliwić. Właśnie dlatego nasza walka jest potrzebna.

Sasza wiedział, że kwestie androidów są dyskutowane, nikt nie robił z tego przed nim tajemnicy. Nigdy się tym zanadto nie przejmował, ale zawsze kiedy natrafiał w sieci na jakąś wzmiankę lub dyskusję, oglądał ją lub czytał z ciekawości. I zwykle był tym z lekka zniesmaczony. Dlaczego aktywiści tak się upierali, że androidy pragną być wolne? On wcale nie pragnął i był niemal pewien, że nie jest wyjątkiem. Całe szczęście chyba nikt nie traktował tych oszołomów poważnie.

Alan rzucił w jego stronę zaciekawione spojrzenie i kiwnął znacząco do ojca.

– Zaprogramowane posłuszeństwo ma być zabezpieczeniem – ciągnął tymczasem prowadzący. – Ludzie boją się, że androidy mogą być niebezpieczne.

– Owszem. Na podstawie bajek o szalonych komputerach, które chcą przejąć władzę na światem, a nie rzeczywistości. W rzeczywistości nie zanotowano żadnych zachowań androidów, które mogłyby budzić obawy.

– Twierdzi pani, że nie ma zagrożenia?

– Tego nie powiedziałam. Po prostu nie zakładam, że ono jest. Oczywiście należy zachować środki ostrożności, szczególnie teraz, kiedy ta świadoma technologia jest bardzo młoda. Ale też teraz bardziej niż kiedykolwiek musimy wykazać się rozwagą. Mamy do czynienia z istotami, które prawdopodobnie odczuwają, więc można wyrządzić im krzywdę.

– Według pani przypadki złego traktowania są częste?

Alan prychnął pod nosem.

– Tak, Sasza, to o tobie – niespodziewanie zagadnął androida, zagłuszając odpowiedź kobiety. – Gadają o tym, że dzieje wam się krzywda.

– Tak jest, proszę pana, słyszałem – odparł Sasza, nie przerywając pracy.

– No proszę, czyli jednak nadstawiasz uszu.

– Słyszę i rozumiem, co jest mówione.

Chłopak zaśmiał się, ale nic nie odpowiedział. Wyłowił z torebki kolejnego chipsa i wpakował sobie do otworu gębowego.

– Jak w takim razie sytuacja powinna się zmienić? – pytał dalej prowadzący. – Jak poprawić byt androidów?

– Myślę, że powinniśmy wzorować się na modelu, który już teraz istnieje w takich krajach jak Japonia czy Korea. Tam androidy mają status osób, choć jeszcze nie obywateli. Mają też swoje prawa i mogą ich dochodzić w razie nadużyć. Tam to się sprawdza, dlaczego nie miałoby się sprawdzić u nas?

– Mają swoje prawa, czyli są wolne?

– Nie do końca, to skomplikowana kwestia. Ale wolniejsze niż u nas.

– Głupia, przemądrzała cipa, pierdoli jak potłuczona. Wolne androidy, co za idiotyzm – żachnął się pan Robert. – Jarvis, wróć do listy, nie będziemy tego oglądać.

– Tiaaa. Jeszcze się Saszy pomiesza od tych głupot w łepetynie i się poczuje skrzywdzony – zawtórował ojcu Alan.

Wypowiedź kobiety została przerwana w pół słowa, gdy Jarvis wypełnił polecenie. Sasza równymi ruchami kontynuował polerowanie stolika. Szkoda, że nie dano mu wysłuchać tej rozmowy do końca. O dziwo, wydawała się rozsądna.

Pan Robert wybrał z listy jakąś debatę o polityce i android, polerując kolejny mebel, szybko stracił nią zainteresowanie. Sięgnął pamięcią kilka minut wstecz, do momentu, gdy wchodząc do pokoju, miał ekran telewizora w polu widzenia. Kobieta w studio nazywała się Anna Li i była członkiem organizacji pozarządowej FORS (Front Obrony Równości Społecznej). Z informacji w sieci wynikało, że jest prawnikiem, a na dodatek socjologiem i psychologiem. Nieźle, jak na człowieka.

Alan powiercił się na miejscu i schrupał dwa chipsy. Jemu najwyraźniej nowy temat też niespecjalnie podszedł. Sasza miał właśnie wychodzić z salonu, gdy chłopak znów go zagadnął.

– A ty jak tam, Sasza, chciałbyś, żeby to, co ta baba gadała, się zadziało? Nie musiałbyś biegać wokół nas i słuchać naszych poleceń.

– Nie wiem, proszę pana, trudno mi odpowiedzieć – odparł szczerze Sasza.

– Weź, nie zalewaj. Nie chciałbyś być wolny?

– Nie jesteśmy stworzeni do wolności. Chcemy przede wszystkim służyć naszym właścicielom.

Chłopak zaśmiał się głośno, odrzucając głowę na oparcie sofy.

– Słyszałeś, tata? Ale numer. Gada, jakby zżarł jakąś instrukcję. Ej, Sasza, a może chciałbyś przejąć władzę nad światem, co? Nie kusi cię to?

Oczywiście, że nie – pomyślał android, lecz nie odpowiedział od razu, zaskoczony niedorzecznością pomysłu.

Pan Robert rzucił wymowne spojrzenie w stronę syna, który wciąż rechotał głupkowato, i uciszył go pacnięciem w ramię – trudno powiedzieć, czy zirytowany pytaniami, czy hałasem, który robił Alan.

– Możesz już iść, Sasza. – Machnął niedbale na służącego.

Ten skłonił się lekko i wyszedł z salonu, ciesząc się, że darowano mu odpowiedź na to absurdalne pytanie.

***

Sasza lubił jeździć na zakupy. Była to w zasadzie jedyna okazja, by wyrwać się z domu, spod kontroli właścicieli, zaznać trochę słońca – lubił słońce. Lubił oglądać świat na zewnątrz, taki wielki i ciekawy. Kiedy jechał na zakupy, nikt go nie pilnował, nikt nie wydawał mu rozkazów. Mógł przez chwilę poczuć się niezależny.

Dzień był piękny, gorący. Zaparkował samochód na jednym z wolnych miejsc. Wysiadł i na parę chwil wystawił twarz do słońca. Przypomniał sobie wczorajszą rozmowę z Alanem. „Nie chciałbyś być wolny?” Wolny raczej nie – to było obce i niepojęte. Ale niezależność wydawała się ekscytująca.

Nad jego głową, na wielkim holoboardzie górującym nad parkingiem, wyświetlano właśnie spot reklamowy AInnovations – firmy, która go wyprodukowała. Sielska sceneria, piękny dzień. Rodzina z dwójką małych dzieci siedzi przy stole w ogrodzie przed domem. Obsługuje ich androidka, jak zwykło się mówić o androidach płci żeńskiej, by uniknąć problemów z rodzajami. Młoda, śliczna, zgrabna – jak większość androidów, z prostymi blond włosami do ramion. Wszyscy się do siebie uśmiechają i są wobec siebie uprzejmi. Sasza dobrze znał ten filmik. Oglądał go i inne podobne animacje, zanim jeszcze opuścił instytut. Tak to będzie wyglądało – przekonywały zajawki – twoi właściciele to przemili ludzie, a twoim zadaniem jest służyć im jak najlepiej. Sasza służył najlepiej, jak potrafił. Miał nadzieję, że już wkrótce doczeka się takiej sielskiej scenki ze swoim udziałem.

Ponad holoboardem, po drugiej stronie ulicy, trwała budowa. Po rusztowaniach poruszały się krępe sylwetki robotów budowlanych Arnie. Sasza przez chwilę przyglądał się ich pokracznym, ciężkim ruchom, myśląc nie po raz pierwszy, że co jak co, ale widok stamtąd to musiały mieć pierwszorzędny. Aż żal, że te półmózgie, prymitywne istoty nie mogły tego docenić.

W sklepie spotkał Floriana, który jak zwykle pchał przed sobą koszyk wypchany zieleniną. Jej skład z zakupów na zakupy pozostawał niemal niezmienny: trzy awokado, sześć bananów, dwie limonki i tak dalej. Zawsze tyle samo, ni mniej, ni więcej. Podejrzewał, że właściciele Floriana to zagorzali weganie z kompulsją. Sam Florian, przez swoją ostro wyciosaną twarz, wydawał się surowy i też jakby kompulsywny. Sasza wręcz trochę się go obawiał.

Nieco później między półkami przemknęła mu Mini, drobna androidka o wyglądzie trzynastolatki. Gdy zobaczył ją był po raz pierwszy, wielce się zdziwił. Nie wiedział, że tworzenie androidów dzieci jest praktykowane. Tym bardziej nie miał pojęcia, że dopuszczalne są takie modyfikacje w ich formalnym uniformie. Mini zamiast spodni nosiła spódniczkę. W dodatku tak krótką, że ledwo co zasłaniała pośladki. Sasza zachodził w głowę, jaki zamysł mieli właściciele, zamawiając takiego androida. Jaką rolę miała spełniać? Przybranej córki? No bo przecież nie kochanki…

Nigdy z żadnym z tych androidów nie zamienił ani słowa – to byłoby wbrew regułom. Nie miał też pojęcia, jak naprawdę się nazywają. Ale lubił je spotykać i zawsze ich wypatrywał. Wyobrażał sobie, jak ich nielegalna rozmowa mogłaby się potoczyć i w jakich nieprawdopodobnych okolicznościach wyniknąć. Traktował je jak swoich braci (te z AInnovations) i kuzynów (te od konkurencji). Prócz Mini i Floriana była ich jeszcze czwórka, regularnie jak on odwiedzających supermarket. Mało, jak na wielką i niebotycznie bogatą modlińską dzielnicę, ale cóż, androidy wciąż budziły w ludziach wiele obaw. Sasza uważał to za bezpodstawne i nad tym ubolewał.

Do domu wrócił trzy kwadranse później. Było wczesne popołudnie. Jeszcze przez jakiś czas, dopóki państwo Jordan nie wrócą z pracy, będzie cieszył się względnym spokojem. Co prawda właśnie zaczęły się wakacje, więc Mia i Alan nie mieli zajęć na uczelni, ale ona wyszła rano do koleżanki, a on zamknął się w pokoju zaraz po śniadaniu i wszelka statystyka wskazywała na to, że wyjdzie z niego dopiero na żądanie rodzicieli.

Gdy wypakowywał zakupy, zauważył dzieci bawiące się w ogrodzie sąsiadów. Dziewczynka i chłopiec, lat osiem (ocena systemu), prawdopodobnie bliźnięta. Widział już je kilka razy wcześniej. Rzucały do siebie piłkę, śmiejąc się głośno. Nieopodal na leżaku wylegiwała się młoda dziewczyna, pogrążona w wirtualnym świecie swojego smartletu.

W pewnym momencie chłopiec zauważył go i zamarł z piłką w rękach.

– Patrz, to on! – szepnął z przejęciem do siostry.

Szept był tak głośny, że Sasza usłyszał go bez trudu ze swego miejsca.

Mała obejrzała się na niego i też zamarła z rozdziawioną buzią. Android wyjął ostatnią torbę i zamknął bagażnik. Zebrał wszystkie torby z ziemi i dźwignął je – po cztery w każdej ręce. Spojrzał w kierunku dzieci i uśmiechnął się do nich życzliwie, jak miał zaprogramowane w pakiecie.

Podskoczyły, przestraszone.

– Wow, widziałeś? – zapytała dziewczynka równie głośnym szeptem, co jej brat.

Sasza ruszył w kierunku domu. Dzieci powiodły za nim wzrokiem. Gdy je mijał, dziewczynka niespodziewanie się odezwała.

– Proszę pana!

Nie pomyślałby, że chodzi o niego, ale innych „panów” w obrębie wzroku nie zauważył, poza tym mała gapiła się prosto na niego. Przystanął i obrócił się w stronę dzieci. Przez chwilę wydawały się onieśmielone tym, że zareagował, potem dziewczynka odzyskała rezon.

– Dzień dobry, proszę pana.

– Dzień dobry – odpowiedział.

Gapili się na siebie w milczeniu. Sasza nie wiedział, jak się zachować. Nie miał im nic do powiedzenia, ale odejść bez słowa on, android, nie powinien. Człowiek – duży czy mały, właściciel czy nie, był istotą nadrzędną. Z drugiej strony… obowiązki czekały, a ich sprawnego wypełnienia wymagały istoty bardziej nadrzędne niż te dzieci. Lepiej jednak pospieszyć do domu. Zaczął odwracać się na pięcie, gdy padło pytanie:

– Pan jest androidem?

Zatrzymał się znowu i jeszcze raz zwrócił do dzieci.

– Tak.

– Fajowo! – jęknął chłopiec głosem pełnym zachwytu.

Sasza uniósł brwi, by dać mu do zrozumienia, że nie rozumie.

– Też bym chciał być androidem! – ekscytował się mały.

– Głupi jesteś – skwitowała jego siostra. – One wcale nie mają fajnie.

– Ale są silne. Zobacz, ile ma siatek. Czy te siatki są ciężkie, proszę pana?

– Nie bardzo – przyznał Sasza. – Ale twoja mama pewnie miałaby z nimi problem.

– A widzisz?! Mówiłem! – zwrócił się chłopiec do siostry. – Poza tym mają lasery w oczach. I widzą przez ściany.

Sasza nie wiedział, o jakich androidach mówi chłopiec. On niczego takiego nie potrafił.

– Jak się pan nazywa? – podjęła dziewczynka. – Ja jestem Madzia, a ten głupek to Tom.

– Głupek? – zdziwił się Sasza.

– Bo jest głupi.

Jej wyjaśnienie nic mu nie powiedziało, ale uśmiechnął się znowu, bo dzieci wydały mu się sympatyczne. Tym razem się nie przestraszyły.

– Ja jestem Sasza – powiedział. – Ale nie trzeba do mnie mówić „pan”, starczy po prostu Sasza.

Gdy to mówił, pilnująca dzieci dziewczyna oderwała wzrok od smartletu i zerknęła w ich kierunku. Obrzuciła androida spojrzeniem. Ją też widywał już wcześniej, zdaje się, że przychodziła kilka razy w tygodniu – właśnie do dzieci.

– Ej, małolaty, zawracacie panu głowę!

Madzia odwróciła główkę w jej stronę.

– Nie zawracamy, tylko rozmawialiśmy z panem Saszą.

– Sasza jest androidem, wiesz? – poinformował ją Tom. – Jest bardzo silny i ma lasery w oczach.

Dziewczyna puknęła w płytkę smartletu, wyłączając ekran holograficzny, wstała z leżaka i podeszła do dzieci. Była bardzo młoda (piętnaście lat w ocenie systemu), niewysoka, o wysportowanej, niemal chłopięcej sylwetce. Krótkie włosy o mysim kolorze wywijały się niesfornie w różne strony, tworząc na głowie zadziorny nieład. Jeszcze raz zerknęła na Saszę.

– Widzę – powiedziała do Toma. – Ale jeśli jest androidem, to pewnie ma sporo pracy i nie należy mu przeszkadzać. Przeszkadzają panu? Zabiorę je, jeśli trzeba.

O co im wszystkim chodziło z tym „panem”?

– Nie ma sprawy. Zamieniliśmy tylko kilka słów, ale rzeczywiście już muszę iść. I proszę nie mówić do mnie „pan”. Po prostu Sasza.

Dziewczyna kiwnęła głową i uśmiechnęła się z lekką rezerwą.

– A to jest Ada – oznajmiła dostojnie Madzia, odczekawszy chwilę. – Zapomniała, że jak ktoś się przedstawia, to też się trzeba przedstawić.

Opiekunka przewróciła oczami.

– Mądrala.

– I nie mam laserów w oczach – sprostował Sasza dla porządku.

– Jak to? – W głosie Toma wybrzmiała nutka zawodu.

– Androidy domowe nie mają laserów w oczach. – Ada niespodziewanie przyszła Saszy z pomocą. – Koledzy ci głupot naopowiadali. No, dzieciaki, dość tych pogaduszek. Słyszeliście, Sasza musi już iść. – Delikatnie popchnęła rodzeństwo w głąb ogrodu.

– A może zagrałbyś kiedyś z nami w piłkę, Sasza? – Tom zręcznie wywinął się spod jej ręki. – Co ty na to?

Sasza zamarł, jak zawsze, gdy próbował przetworzyć coś, co wychodziło poza ramy jego pojmowania. A to wychodziło chyba jeszcze bardziej niż pytanie o archetypy Junga i Mia pokazująca mu nogi. Dziecko zapraszało go do zabawy? Ot tak? I to dziecko ludzi, do których nie należał, obce dziecko, które praktycznie go nie znało.

– Nie wolno mi. Należę do państwa Jordan, nie powinienem przestawać z innymi ludźmi.

– Przestawać? – zdziwił się chłopiec.

– Zadawać się, bawić, spędzać czas – podsunęła Ada.

Dzieciak zmarkotniał.

– Naprawdę? To kijowo. A jeśli ich poprosisz?

Sasza zamrugał, zaskoczony. Tej ewentualności nie rozważył.

– Jeśli ich poproszę, to może mi pozwolą – przyznał ostrożnie. – Jeśli akurat nie będę im potrzebny.

O dziwo, Tom natychmiast znowu się rozpromienił.

– Super! Na pewno! Na pewno ci pozwolą. Przecież nie możesz cały czas pracować.

– No już, już, Tommy, daj Saszy spokój, na pewno kiedyś sobie jeszcze pogadacie. – Ada złapała Toma za rękę i pociągnęła za sobą. – Do widzenia, Sasza – rzuciła przez ramię.

– Do widzenia – odparł.

Przez chwilę jeszcze patrzył, jak odchodzą, żałując nagle, że ta przedziwna rozmowa tak szybko się skończyła. Potem szybko odwrócił się na pięcie i pomaszerował w kierunku domu.

Rozdział II

Temperatura w ogrodzie była iście tropikalna. Niebo skrzyło się błękitem. Jedynie tuż nad szczytem żywopłotu obraz migotał miejscami, zdradzając holograficzną iluzję. Ale kto nie wiedział, ten pewnie by nie zauważył.

Sasza kluczył krętą kamienną ścieżką, balansując tacką z przekąskami. Kolorowe drinki w stożkowych kieliszkach kołysały się miarowo w rytm jego kroków. Ścieżka powiodła go do basenu, przy którym opalały się Mia i jej koleżanka Viki. Córka właścicieli pluskała się właśnie w wodzie, lecz widząc Saszę, podciągnęła się na rękach i zgrabnie wyskoczyła na brzeg.

– No, jesteś wreszcie – rzuciła w jego stronę. – Trochę ci zeszło.

Sasza pomyślał, że zeszło mu dokładnie tyle, ile zajmowało przygotowanie zamówionych przez nie przekąsek, i ani chwili dłużej, ale oczywiście nie odezwał się ani słowem. Mia przemaszerowała mu przed nosem mokra, opalona i prawie naga i opadła na swój leżak.

– Cudownie – westchnęła.

Android ustawił drinki na stoliku między dziewczynami – przed każdą zgodnie z jej zamówieniem. Gdy sięgał po talerz z koreczkami, stopa Mii przypadkiem dotknęła jego nogi. Przesunął się nieco, ustępując przestrzeni właścicielce. Miał wrażenie, że dziewczyna żachnęła się minimalnie. Na sąsiednim leżaku Viki zachichotała pod nosem.

Rozstawiwszy wszystko, wyprostował się z pustą tacą w ręku, wyrecytował grzecznościową formułkę, że ma nadzieję, że wszystko będzie im smakować, i czekał, aż powiedzą mu, żeby sobie poszedł. Mia chyba jednak nie zamierzała tego robić. Smarowała sobie dekolt olejkiem do opalania. Obserwowała Saszę tym swoim intensywnym, wyzywającym wzrokiem, podczas gdy jej dłoń przesuwała się powoli po opalonej skórze. Naoliwiona pierś dziewczyny falowała miarowo.

Sasza patrzył na nią wyczekująco, zastanawiając się, czy dziewczyna coś mu chce powiedzieć… ale gdyby chciała, po prostu by to zrobiła. Odliczał sekundy. Jeszcze parę chwil i będzie mógł sam poprosić o pozwolenie, by się oddalić. Zdał sobie sprawę, że stopa Mii znów dotyka jego nogi. Palce delikatnie muskały nogawkę uniformu. Tym razem było dla niego jasne, że to nie przypadek. Nie śmiał się przesunąć.

– Nie spocisz się w tych ciuchach, Saszka? – spytała jego młoda pani. Duży palec u stopy mocniej nacisnął na goleń. – Taki jesteś zawsze opatulony od stóp po samą szyję, a przecież jest upał.

– Nie ma upału, panienko – stwierdził, wiedząc że prostowanie oczywistych faktów nie ma sensu i jednocześnie nie mogąc pozostawić faktów bez sprostowania. – Temperatura wynosi dziś osiemnaście stopni i pada lekki deszcz.

– Widzisz jakiś deszcz, Viki? Bo ja nie – mruknęła Mia z rozbawieniem, zerkając w bezchmurne niebo ponad nimi.

– Żadnego deszczu – zakomunikowała tamta. – Cudowna patelnia.

Mia uśmiechnęła się półgębkiem. Jej wzrok prześlizgnął się po Saszy z góry do dołu, dziwnie intensywny.

– Patelnia, słyszałeś? Chyba więc jednak trochę ci w tych śpioszkach gorąco.

– Mnie nie bywa gorąco, panienko. Moje uniformy są przeznaczone na każdą pogodę i są wyznacznikiem statusu. Innych ubrań nie mam.

Dziewczyna cmoknęła z niezadowoleniem.

– Status-sratus. Ja tam bym cię chętnie wyciągnęła z tego mundurka i ubrała w coś normalnego. Dać mu T-shirt i szorty. Jak myślisz, Vic, jak by wyglądał?

– Myślę, że mógłby wyglądać zarąbiście – zgodziła się koleżanka.

– Ja też tak myślę. No chyba, że tam pod spodem jesteś plastikowy, Saszka, ale zdaje się, że nie jesteś, prawda?

– Nie jestem – potwierdził Sasza posłusznie.

– Jeśli byś dobrze wyglądał, może byśmy cię tu nawet zaprosiły. Żebyś z nami posiedział i trochę nas pozabawiał. Takie ciacho za darmo. Ech, to mogłoby być zabawne – westchnęła z rozmarzeniem. – No dobrze, to wszystko. Możesz już iść.

Sasza skinął głową, odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę domu.

– Śliczniutki jest – przyznała Viki nieco ściszonym głosem, odczekawszy chwilę.

Szedł równym krokiem, nie dając po sobie poznać, że jej słowa do niego dotarły. Co innego miał zrobić? Zatkać uszy? Pomachać im i powiedzieć, że jeśli chcą sobie o nim w tajemnicy poplotkować, to muszą zaczekać trochę dłużej? Miał czulszy słuch niż ludzie. Wiedział, że będzie je słyszał, dopóki nie wejdzie do domu.

– Prawda? – zgodziła się Mia. – Uwielbiam się z nim drażnić. Ma wtedy takie spłoszone spojrzenie.

Dziewczyny zachichotały zgodnie.

– Ale przyznaj, gapił mi się na cycki, nie?

– Gapił się.

– Czasem mi się zdaje, że te androidy wcale nie są takie obojętne, jak się o tym mówi.

Przez chwilę za plecami Saszy panowała cisza.

– Ty, słuchaj, Majka – podjęła Viki – a on ma ten cały moduł seksualny? Bo jak się na niego patrzy, to w tym kombinezonie jakby coś było.

– Coś ty, myślisz, że ojciec wydałby kasę na taki ekstras? Po co? Żeby jego żona mogła się bzykać z androidem? Albo jego córka? Cokolwiek tam jest, na pewno nie służy do tych celów. – Nawet z tej odległości Sasza usłyszał westchnięcie Mii. – Szkoda.

Dotarł wreszcie do domu i starannie zamknął za sobą drzwi. Nie chciał słyszeć dalszego ciągu tej rozmowy. Nie była przeznaczona dla jego uszu i wydawała się niewłaściwa. Miał nadzieję, że Mia i jej koleżanka nie będą już miały więcej życzeń.

***

Sasza nie spieszył się zanadto, gdy po dziesiątej wyszedł przed dom wyrzucić śmieci. Wieczorem wypogodziło się wreszcie, choć w powietrzu wciąż unosił się przyjemny zapach deszczu. Lekki wiaterek delikatnie chłodził mu skórę. Lubił wieczory nie mniej, niż lubił słońce. Wrzucił torbę do kontenera przy ogrodzeniu i ruszył niespiesznym krokiem w drogę powrotną, układając w głowie kolejność obowiązków, które mu tego dnia zostały.

– Cześć, Sasza.

Przystanął i uniósł wzrok. Na zadaszonym tarasie przed domem sąsiadów siedziała Ada, bujając się na zawieszonej tam huśtawce. Na kolanach ułożyła wyjęty z opaski na nadgarstku i rozłożony do rozmiarów telefonu smartlet. Wiszący nad nim niewielki holograficzny ekran rozświetlał jej twarz.

– Dobry wieczór, panienko – pozdrowił ją Sasza.

Uśmiechnęła się do niego. Puknęła w smartlet, wyłączając hologram.

– Ładny wieczór, prawda?

– Bardzo ładny – przyznał.

– Uwielbiam tutaj siedzieć wieczorami, gdy dzieciaki już pójdą spać.

– Panienka tutaj mieszka?

Najpierw zadał pytanie, a dopiero potem się zdziwił. Odezwał się do człowieka sam, bez potrzeby, z własnej inicjatywy. Nigdy wcześniej tego nie zrobił i w sumie nie powinien. Co go podkusiło? Ale słowa dziewczyny zahaczyły o kwestię, nad którą kiedyś się zastanawiał. Nie należała do rodziny Schreiderów – zwracała się do nich per pan i pani. Początkowo myślał, że tylko dojeżdża do dzieci. Ale ostatnio kilka razy, szykując śniadanie, widział ją przez okno, jak wybiega z domu sąsiadów na poranny jogging.

Odłożyła smartlet, wstała, lekko zeskoczyła po schodkach tarasu i podeszła do dzielącego ich żywopłotu.

– Nie mów do mnie „panienko”. Prosiłeś, żeby mówić ci po imieniu, więc powinieneś robić to samo.

– Nie jesteśmy sobie równi, androidy są podległe ludziom i muszą zwracać się do nich w sposób, który to odzwierciedla.

Skrzywiła się.

– Serio? Takie głupoty wbijają wam do głów? I co, ludzi, którzy nie są twoimi właścicielami, też musisz tytułować?

– Powinienem tytułować wszystkich z wyjątkiem dzieci do dziesiątego roku życia – wyrecytował.

– Nawet jeśli wprost cię proszą, żebyś mówił im po imieniu?

Sasza zamrugał, po raz kolejny zdziwiony. Dlaczego człowiek miałby prosić go o coś takiego?

– Wtedy mógłbym zrobić wyjątek.

Ada się uśmiechnęła.

– Zajebiście. To go zrób. Proszę, Sasza, mów do mnie „Ada”. Dobrze?

Kiwnął głową, ze zdumieniem zapisując ten wyjątek w pamięci. Uśmiech Ady rozjechał się w banana.

– A odpowiadając na twoje pytanie – podjęła – na stałe tu nie mieszkam, ale teraz są wakacje i Schreiderowie, znaczy rodzice dzieciaków, uznali, że tak będzie wszystkim wygodniej. Ja nie mam zajęć, Tomek i Madzia też nie. Potrzebują opieki cały dzień, a ja mam czas. Po co codziennie tu dojeżdżać? Mają w tym swoim domu z dziesięć pokoi… nawet nie wiem, ile dokładnie. Dali mi jeden i tyle. No i sami też na tym korzystają. Co chwila gdzieś wyjeżdżają, to tu, to tam, służbowo, prywatnie. Praktycznie cały czas ich nie ma. Zresztą – wzruszyła ramionami – mnie ten układ odpowiada. Więcej mi płacą, a tam, skąd pochodzę, nie ma basenu za domem ani telewizora na pół ściany.

– A skąd pochodzisz? – spytał Sasza, z pewnym oporem formując zdanie w drugiej osobie.

Znowu to samo – zadawał jej pytania sam z siebie. Nie powstrzymała go nawet forma na ty. Ciągnął rozmowę, choć nie było takiej potrzeby. Co nim kierowało?

Dziewczyna machnęła zbywająco ręką.

– Z innego świata, tak można powiedzieć. – Przekrzywiła głowę, widząc zdziwione spojrzenie androida. – Z Morsa – dodała po chwili zastanowienia. – Ale pewnie nic ci to nie mówi.

Sprawdzenie, czym jest Mors, zajęło Saszy tyle co mrugnięcie okiem. Młodzieżowe Centrum Edukacyjne, zwane kiedyś Młodzieżowym Ośrodkiem Równych Szans, w skrócie Morsem, było organizacją pozarządową działającą na rzecz obiecującej młodzieży z biednych lub trudnych rodzin. Załatwiało swoim podopiecznym stypendia, dofinansowywało naukę w dobrych szkołach i uczelniach, oferowało szkolenia, terapie i wszelkie inne formy wsparcia. A kiedy to było potrzebne – również dach nad głową. Nowa nazwa miała się kojarzyć bardziej światowo i naukowo, ale stary chwytliwy skrót tak się utarł, że Centrum do dziś powszechnie nazywano Morsem.

Ada przyglądała mu się bystro.

– No tak – mruknęła – ale ja jestem głupia, przecież ty możesz w każdej chwili sprawdzić wszystko w necie, prawda? Czyli już wiesz, czym jest Mors.

Sasza kiwnął głową. Patrzyli na siebie w milczeniu i android zdał sobie sprawę, że chciałby coś powiedzieć, mimo że nie tylko nie został zapytany, ale też nawet nic nie miał do powiedzenia. Dziewczyna wydała z siebie tchnienie rozbawienia.

– W porządku. – Mrugnęła do niego. – Nie na wszystko trzeba mieć odpowiedź.

– Proszę mi wybaczyć. Nie stworzono nas do rozmowy. Mam się odzywać w razie potrzeby lub jak ktoś mnie o coś spyta, poza tym raczej nie.

Cmoknęła z niezadowoleniem.

– Słabo. Ale mi się z tobą bardzo miło rozmawia. Nigdy w życiu nie gadałam z żadnym androidem. To bardzo ciekawe.

W tym momencie na ganku za plecami Saszy rozległ się trzask otwieranych drzwi. Odwrócił się, przeczuwając, że oznacza to koniec rozmowy. Pani Paula wyszła na zewnątrz przez drzwi kuchenne i celowała w niego surowym spojrzeniem. Oczywiście. Zmarszczyła brwi, gdy jej wzrok padł na stojącą za ogrodzeniem Adę.

– Ja chyba śnię – mruknęła pod nosem, co niezawodnie dotarło do uszu Saszy. – Co ty tam, u diabła, wyrabiasz? Powinieneś być w kuchni. Wyszedłeś z tymi śmieciami już z dziesięć minut temu. Zapomniałeś drogi?

– Przepraszam, proszę pani. Nie miałem nic pilnego do zrobienia. Już wracam.

– Natychmiast! – warknęła.

Sasza na sekundę odwrócił się jeszcze do Ady. Posłała mu niewyraźny uśmiech.

– Jasne, leć, nie ma sprawy – odezwała się, zanim zdążył coś powiedzieć. – Przepraszam, że cię zagadałam. Mam nadzieję, że nie będziesz miał przeze mnie problemów.

Kiwnął głową i nic już nie mówiąc, odwrócił się i pospieszył w stronę domu.

***

– Nie zgadniecie, co wczoraj widziałam – zarzuciła pani Paula podczas śniadania następnego dnia, akurat gdy Sasza wnosił do salonu koszyk z pieczywem i półmisek z wędlinami. – Wyobraźcie sobie, Sasza zagadywał do tej babysitterki od Schreiderów.

W jadalni na sekundę zapadła cisza. Pozostali członkowie rodziny zamarli z wlepionymi w kobietę zdziwionymi spojrzeniami. Po chwili konsternacja opadła. Pan Robert zakrył usta i wydał z siebie chrząknięcie, które podejrzanie mocno przypominało tłumiony śmiech. Alan parsknął nad widelcem jajecznicy. Tylko Mia nie wyglądała na rozbawioną. Rzuciła Saszy mrożące spojrzenie.

– Poważnie? – zarechotał Alan. – Do tej smarkatej laski, co tam ostatnio pomieszkuje?

– No a do kogo? Schreiderowie mają tylko jedną babysitterkę. Mówię wam, stali i gadali przez płot jak zakochane małolaty.

Rozległo się więcej stłumionych chichotów ze strony męskiej połowy rodziny. Android ustawił pieczywo i półmisek na stole, starając się zachowywać, jakby rozmawiali o pogodzie.

– Naprawdę podobają ci się takie gówniary, Sasza? No proszę cię – zadrwił młody Jordan. – Przecież toto ledwo co od ziemi odrosło, nawet porządnych cycków nie ma.

Jeszcze raz zaśmiał się pod nosem, jakby chciał tym przypieczętować swoje słowa. Mia z politowaniem popukała się w głowę.

– Ale ty jesteś durny – skwitowała.

Sasza stał nad nimi bezradnie, nie rozumiejąc, o co im chodzi. Jego wczorajsza rozmowa z Adą nie miała nic wspólnego z ludzkim flirtem. Skąd im to w ogóle przyszło do głowy? I dlaczego uważali to za śmieszne? Znowu ludzkie żarty, które wciąż były mu obce. Zastanowił się, czy powinien to sprostować. Technicznie Alan zadał mu pytanie, więc mógł, a nawet powinien na nie odpowiedzieć. Jednak chłopak raczej tego nie oczekiwał, takie rzeczy android nauczył się już rozpoznawać.

Pani Paula rzuciła mu ostre spojrzenie.

– Masz tu jeszcze coś do roboty, Sasza?

– Nie, proszę pani.

– To co tak stoisz? Zmykaj do kuchni.

No i dylemat rozwiązany. Odwrócił się na pięcie, by wykonać polecenie.

– Poczekaj! – powstrzymał go Alan. – A gdzie ukłon?

Sasza nie miał wytycznych, by zawsze się kłaniać, choć zwykle to robił, żeby okazać właścicielom szacunek. Oczywiście, jeśli któryś z domowników zwracał mu na to uwagę, nie był uprawniony, by to kwestionować. Skłonił się lekko.

– Bardziej – polecił chłopak.

Pochylił się niżej.

– Bardziej! – Głos Alana podniósł się, ale jednocześnie zadrżał od rozbawienia.

Sasza niemal zgiął się wpół. Usłyszał stłumiony śmieszek Mii. No proszę, jednak udało się rozweselić pannę Jordan. Żartowali z niego – to rozumiał. Nie rozumiał tylko czemu.

– Synek, synek. – Pan Robert pobłażliwie zwrócił synowi uwagę. – Daj mu spokój. Idź, Sasza.

– Uwielbiam to – powiedział Alan za plecami androida. – Musi spełnić każdy twój najgłupszy rozkaz. Gdybym mu powiedział, żeby się stąd wyczołgał, też musiałby to zrobić.

– On nie jest zabawką, młody, nie powinieneś tak go traktować – upomniał go ojciec. – Kosztował nas kupę pieniędzy. A jeśli coś tyle kosztuje, to nie każesz się temu czołgać po podłodze dla własnej uciechy.

– Właśnie, że każesz, tata – zripostował Alan. – Bo skoro tyle mnie kosztował, to muszę mieć uciechę.

Sasza wszedł do kuchni i zajął się sprzątaniem rzeczy z szafek. Wolał być tu niż na widoku swoich państwa. Nie podobały mu się ich żarty. Coś było nie tak. Nie powinien tak o tym myśleć, nie powinien kwestionować ich poczucia humoru. Wieczorem zapuści skan, żeby sprawdzić, czy nie zakradł mu się jakiś defekt. Miał jednak przeczucie, że żadnego defektu nie znajdzie.

***

– Mały jakiś – stwierdził Olek, marszcząc nos. – W ogóle bym nie powiedział, że to autonom. Ale zgrabniutki, to mu trzeba przyznać.

– To model ekonomiczny – wyjaśniła Ada z godnością. – A i tak drogi jak skurwysyn. Znaczy… z tego, co mówią Schreiderowie.

– Wiesz, jak jest, Adi, faceci mają fioła na punkcie rozmiarów – wtrąciła Kama.

Olek nachylił się nad maską samochodu i pogładził ją z taką czułością, jakby głaskał kobiece udo. Przedmiot ich rozważań – granatowa, kompaktowa Izera – faktycznie nie wzbudzał efektu wow, ale Adzie to odpowiadało. Wtapiał się w otoczenie zarówno tu, na praskiej ulicy, wśród ponad stuletnich kamienic, jak i w modlińskim nowobogackim luksusie.

– W ogóle to jakiś kosmos, że pracodawcy kupili ci samochód.

– Nie mi. Swoim dzieciom. Ja im tylko szoferuję. To, że czasami pozwalają mi gdzieś nim pojechać bez młodych, to taki mały bonus.

Olek chwilę jeszcze studiował ponętne krzywizny auta, po czym wyprostował swój chudy grzbiet. Kama natychmiast uwiesiła mu się na ramieniu.

– A nie mogą te ich młode jeździć same, skoro ten wozik nie potrzebuje kierowcy?

– Oluś, Oluś, widać, że na bakier stoisz z prawem. Małoletni mogą poruszać się w autonomach bez opieki dopiero od czternastego roku życia. I muszą mieć prawko dla nieletnich.

Chłopak podrapał się po głowie.

– A ja mógłbym się nim przejechać?

Ada obcięła go krytycznym spojrzeniem. Olek westchnął dramatycznie, a Kama zachichotała słodko i urokliwie.

– Dobra, dość już tych zachwytów – zarządził. – Chodźmy na górę.

Mieszkanie Olka znajdowało się na ostatnim, piątym piętrze kamienicy. Ada była tu już parę razy przy tej czy innej okazji. Było spore, ze wspaniałym drewnianym parkietem i wielkim salonem, lecz nieliczne meble, które w nim stały, widziały już lepsze czasy. Jedynie we wnęce salonu styl sfatygowanego retro ustępował miejsca nowoczesności. Znajdował się tu wszelkiej maści sprzęt RTV, wielkie narożne biurko, a na suficie zamontowano ruchome rusztowanie z oświetleniem. Wnęka służyła Olkowi za kącik nagrań. To tu tworzył vloga – dumę swą i dziecko, jak zwykł o tym mówić.

Podczas gdy ich gospodarz skoczył do kuchni po coś do picia, Ada razem z Kamą powędrowały na balkon: niewielkich rozmiarów półokrągły cypelek otoczony staromodną żelazną balustradą. Zajęły jedyne dwa krzesła przy miniaturowym stoliku z mozaikowym blatem. Chwilę później dołączył do nich i Olek. Przecisnął się obok Ady i ustawił na stoliku dwie puszki piwa i lemoniadę.

– Zgodnie z zamówieniem. Wskoczysz mi na kolana, miśku?

Kama wstała i wpuściła go na swoje miejsce, a gdy ten usiadł, wpakowała mu się na kolana i objęła go za szyję z rozanieloną i pękającą z dumy miną. Olek łaskawie otoczył ją ramieniem, drugą ręką sięgając po piwo. Są bardzo ładną parą – pomyślała Ada wcale nie po raz pierwszy. Kama, śliczna i zgrabna jak modelka, stanowiła obiekt westchnień starszych i młodszych chłopaków w Morsie. Olek mimo tyczkowatej postury i anturażu hippisa-obdartusa przyprawiał o łopot serca większość dziewczyn z ośrodka. Ada była jedną z nielicznych, na które jego urok nie działał.

– No opowiadaj, Adi – zagadnął. – Jak ci się mieszka na pańskich włościach?

– Całkiem nieźle, nie narzekam – przyznała, łapiąc lemoniadę.

– Kąpiesz się w pańskim basenie?

– Zdarza się. Ty byś się nie kąpał?

– Nie no, to ty teraz jesteś światowa, nie to co my, praska hołota.

Irytował ją jego pogardliwy ton, ale był dla niego typowy. Olek starał się na każdym kroku zademonstrować niechęć do ludzi, którzy według niego mają zbyt dużo pieniędzy.

– Oluś, nie pierdziel, jestem nie bardziej światowa niż pokojówka czy ogrodnik. I to nie mi starzy sprezentowali siedemdziesięciometrowe mieszkanko w zabytkowej kamienicy.

– A czymże jest moje mieszkanko w porównaniu z modlińskimi pałacami?

– Spytaj się swoich podopiecznych, to ci wytłumaczą.

Na to Olek najwyraźniej nie znalazł dobrej riposty, bo zamiast odpowiedzieć, wzniósł ręce w geście kapitulacji, aczkolwiek trochę ironicznej. Ada nie po raz pierwszy pomyślała, że może nie powinna tak mu pyskować. W końcu formalnie był w Morsie wychowawcą (dopiero stażystą, ale wciąż) i na dodatek synem kierownictwa. Ale jakoś kompletnie nie potrafiła w nim zobaczyć poważnego pana pedagoga. Pamiętała go z czasów, kiedy jako siedemnastoletni siusiumajtek, niewiele starszy niż ona teraz, włóczył się z co starszymi dzieciakami z Morsa, nazywany przez nich Księciuniem. Niewiele się od tamtych czasów zmienił, poza tym, że wyhodował więcej zarostu i strąki do ramion. Wciąż był złaknionym cudzej uwagi przerośniętym chłopcem.

– A mnie tam smutno bez ciebie – powiedziała Kama, rzucając Adzie krótkie spojrzenie, choć jednocześnie czule odgarniała z twarzy swojego chłopaka jeden ze strąków. – Nie mam z kim plotkować po nocach.

– Przecież plotkujemy.

– Online to nie to samo.

– Masz całe lokum na wyłączność – wypunktowała Ada.

– Do twojego pokoju i tak nie włażę. Tyle że łazienki nikt nie okupuje.

– A nie mieliście przypadkiem testować wspólnego mieszkania? Na takiej chacie na pewno nie byłoby ci smutno.

Kama przeniosła wzrok na Olka, najwyraźniej nie czując się w mocy, by udzielić odpowiedzi.

– Pomyśleliśmy, że lepiej się jeszcze chwilę wstrzymać – wyręczył ją. – Na jesieni misiek skończy osiemnastkę, świat się nie zawali, jak poczekamy te trzy miesiące. Wiesz, jak jest, Adi, w naszej sytuacji ktoś mógłby się przyczepić.

– Poza tym ostatnio pysiu sporo nagrywa – dodała Kama zbolałym głosem, choć bardzo się starała, żeby taki nie był. – Nie chcę go rozpraszać.

– Przekroczyłem dziewięćdziesiąt tysięcy subów na Gtubie! – rozemocjonował się przerośnięty chłopiec, bo na pewno nie dorosły mężczyzna. – Chciałbym jak najszybciej dobić do setki.

Ada miała nieodparte wrażenie, że sto tysięcy subów na Gtubie jest nawet ważniejszym powodem zwłoki niż osiemnastka jej przyjaciółki.

– A testować będziemy krótkoterminowo na Mazurach – dorzucił, sugestywnie głaszcząc swoją dziewczynę po karku. – Jestem pewien, że miśkowi nie będzie smutno ani przez chwilę.

Misiek rozanieliła się i wlepiła ustami w usta Olka. Całus był krótki, ale mlaszczący. Ada miała ochotę przewrócić oczami.

– A może jednak z nami pojedziesz? – zagadnęła starsza dziewczyna, odkleiwszy się od swojego pysia.

– Serio, Kami, miałabym zrezygnować z wyjazdu z góry, by gapić się na to?

Kama pokazała jej język.

– A wiesz, Olek, miałabym niezły temat na twój kanał – podjęła Ada, zanim zdążyła pomyśleć, co robi.

Olek przetarł usta i wziął łyk piwa.

– Dajesz.

– Sąsiedzi Schreiderów mają androida.

Wybałuszył oczy.

– Nie zalewaj. Takiego prawdziwego? Co to jest teraz o nie szum?

– Właśnie takiego, najprawdziwszego.

– Skąd wiesz, że to jeden z tych? – zainteresowała się Kama.

– Widziałam go całkiem z bliska, przez płot. I gadałam z nim, dwa razy. On mówi zupełnie jak człowiek, wygląda jak człowiek, porusza się jak człowiek.

– No, no, całkiem nieźle – mruknął Olek z aprobatą.

– I co? Jaki on jest?

– Miły. – Ada mimowolnie uśmiechnęła się na myśl o Saszy. – Jakby trochę spłoszony. Ale bardzo miły. Przyjazny. Fajnie traktował dzieci.

– A nie wydawał ci się… nie wiem… sztuczny? Straszny?

– Nie, wcale. Gdyby nie nosił tego dziwnego kombinezonu, w ogóle bym się nie kapnęła, że coś z nim nie tak. W każdym razie nie od razu, musiałabym się dobrze przyjrzeć i wiedzieć, na co patrzeć. Na przykład – zastanowiła się – on chyba nie ma zarostu. Ale przecież wielu facetów dzisiaj nie ma zarostu. No i może trochę sztywno się porusza.

Olek podrapał się po szczecinie na brodzie. Odstawił piwo i wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów. Zapalił jednego i zaciągnął się głęboko.

– No dobra, masz mnie, haczyk połknięty. Pytanie, co możemy z tym fantem zrobić. Możesz mnie z tym typkiem jakoś spiknąć? Bo naprawdę chętnie bym się sobie z nim pogawędził.

Dopiero teraz dotarło do Ady, że jej niefrasobliwa uwaga mogła zostać odebrana w ten sposób. Nie chciała, by ktokolwiek łykał jakiś haczyk, chciała po prostu… co? Pochwalić się tą dziwną znajomością, pogadać o niej, bo po prawdzie, była nią podekscytowana. Ale żeby Olek ostrzył sobie na Saszę swoje influencerskie zęby? Tak daleko jej myśl nie sięgała.

– To nie takie proste. On nie może sobie iść z kumplem na piwo, jest czyjąś własnością. I powiem wam, jego właściciele bardzo nie lubią, kiedy gada z obcymi. Ostatnio jak rozmawialiśmy, ta baba, jego pani, wypadła z domu i zaczęła się awanturować. Aż przykro było patrzeć. Nie chcę, żeby przeze mnie miał problemy.

Olek wydał z siebie rozpaczliwe jęknięcie.

– No nie, jesteś sadystką! Nie dość, że masz pod ręką androida, to jeszcze mówisz mi, że ma wrednych właścicieli. Czy ty wiesz, czym ty mi machasz przed nosem, dziewczyno?

Ada wzruszyła ramionami, bo nie wiedziała.

– Gdybym zrobił z nim materiał… to, co on by mógł powiedzieć… czegoś takiego jeszcze nie było! Wiesz, ile by to miało odsłon? Może bym nawet dobił do setki tą jedną wrzutą!

– Pysiu, nie sądzę, żeby android mógł mówić złe rzeczy o swoich właścicielach, choćby byli najwredniejsi – zauważyła ostrożnie Kama.

– Oj tam, oj tam. Jeśli go dobrze podejdę, to powie i nawet tego nie zauważy.

Nakręca się coraz bardziej, niedobrze – Ada westchnęła w duchu. No i masz, głupia kozo, trzeba było trzymać język za zębami. Olek nie był po prostu aspirującym influencerem, on naprawdę chciał się zapisać w annałach historii jako wojownik o wolność i równość. Mawiał, że gen aktywisty odziedziczył po rodzicach. Gdy w zeszłym roku zamknięto go na czterdzieści osiem godzin za wszczynanie niepokoju na demonstracji, nadymał się z dumy przez następny miesiąc. I nagrał o tym trzy filmy! Pod jego wpływem Kama, do niedawna zalękniona i zamknięta w sobie, przywdziała dzwony, rozpuściła włosy i też ogłosiła się wojującą socjalistką. Czasem tylko Ada zastanawiała się, czy te wzniosłe idee nie giną gdzieś wśród liczb, którymi mierzył zasięgi.

– To się nie uda, Olek. Zostaw to. Naprawdę nie chcę napytać mu biedy.

Chłopak wetknął papierosa do ust, zaciągnął się głęboko, po czym powoli, dramatycznie wytchnął szarą smużkę dymu. Kama z przejęciem pogłaskała go po policzku, widząc, w jak głębokiej jej pysiu jest rozterce.

– Adi, taka okazja to zrządzenie losu – mruknął. – Nie mów, że się nie uda, musi się udać. Musimy tylko wymyśleć jak.

Ada miała nieprzyjemne wrażenie, że właśnie wprawiła w ruch machinę, której nie da się zatrzymać.

***

Sasza ułożył się na wznak na materacu, zamknął oczy i zanurkował w sieć. Lubił surfować – poznawać świat, zdobywać nową wiedzę. Nie wszystkie informacje zasłyszane za dnia sprawdzał na bieżąco, a te, które sprawdzał, czasem chciał dodatkowo pogłębić. Ostatnio jego wieczorne sesje trwały coraz dłużej – pewnie dłużej, niż powinny, ale wolał tego nie weryfikować, by przypadkiem nie dowiedzieć się, że to prawda.

Bez problemu znalazł na Infotubie zapis programu, którego live oglądali pan Robert i Alan kilka dni temu. Włączył video na pięciokrotnym przyspieszeniu, żeby nie tracić czasu. Pan Robert nie byłby zadowolony, o nie, nie bez przyczyny kazał zmienić stream. Ale zmiana streamu nie była zakazem.

Obraz rozciągnął się szerokim prostokątem w głowie Saszy, słowa trafiały wprost do jego świadomości. Ludzie byli tak upośledzeni z tą swoją potrzebą nośnika…

– Rock’n’Roid, nowy projekt w FORS, zajmujecie się prawami androidów – zaczął prowadzący. – Ten projekt to pani dziecko.

– Powiedziałabym wręcz, że to moje oczko w głowie. – Jego rozmówczyni uśmiechnęła się.

Anna Li była w wieku młodzieńczym późnym, jak ocenił system (szybkim rzutem oka w internet Sasza doprecyzował, że miała lat czterdzieści dwa). W jej rysach mieszały się wyraźnie wpływy azjatyckie i europejskie. Nosiła się na sportowo. W jeansach, skórzanym żakiecie i z rozpuszczonymi włosami sprawiała wrażenie, jakby wpadła do studia nagrań w drodze z baru na koncert.

– Skąd motywacja, żeby zająć się androidami? Poza oczywistą, że mamy tu nierówność, z którą walczycie.

– Skończyłam psychologię jako drugi kierunek. Jako psychologa tematy świadomości i inteligencji bardzo mnie interesują. A już szczególnie świadomości i inteligencji sztucznej, ze wszystkimi wynikającymi z tego zawiłościami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Jestem Sasza

ISBN: 978-83-8423-773-1

© Magdalena Strzelczyk i Wydawnictwo Novae Res 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Marta Grochowska

KOREKTA: Angelika Kotowska

OKŁADKA: Oliwia Błaszczyk

ILUSTRACJE: Magdalena Strzelczyk

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek