Jedzenie - Ivan Medeši - ebook
NOWOŚĆ

Jedzenie ebook

Ivan Medeši

0,0

Opis

Sześć opowiadań o najrozmaitszych, wyobrażonych formach sprzeciwu wobec wybrakowanej rzeczywistości – tej, która skłania do uniformizacji, pilnuje obyczajowych norm i pozostawia poczucie zmarnowanego czasu. Groteskowa, nasycona bałkańskim temperamentem opowieść o kontrkulturowej reakcji na nudę i stagnację. Świat oglądany oczami mieszkańca miejscowości Ruski Krstur – centrum społeczności rusińskiej w serbskiej Wojwodinie. Opisany w języku rusińskim, języku mniejszości, a następnie – dzięki inicjatywie Wschodniosłowackiego Stowarzyszenia Valal – po raz pierwszy (a potem drugi) opublikowany po słowacku. W 2019 roku książka Jedzenie została uhonorowana najważniejszą słowacką nagrodą literacką w dziedzinie prozy – Anasoft Litera.

 

Capundrek zawsze się dziwił, dlaczego w tych filmach, w których małe murzyniątka chodzą i sprzedają po slumsach crack, żadne dziecko z tego getta się, że tak powiem, nie wzięło w garść, nie poszło do centrum tego wielomilionowego miasta i nie zrobiło nic, żeby poprawić swoją sytuację. No, ale teraz to już wie. Dlaczego? Z biedy. Bieda daje ci ograniczone możliwości horyzontalnych i wertykalnych ruchów w społecznym labiryncie. A nawet jako obcy, jako turyści nie możemy bóg wie czego. Capundrek się tym zbytnio nie przejmuje. Ma swoje logarytmiczne anteny na dachu i radioaktywne pudło w domu, z którego niemal nie wyjmuje głowy, i tak mija mu ta wydłużona zima. W ten sposób odpędza od siebie myśli o wszystkim, co by go mogło w jakikolwiek sposób łączyć z rzeczywistością, spłaca podstępem dług państwu i szydzi z niego. Jak? No, przecież kupił sobie odbiornik do łapania kanałów sąsiednich krajów i nie musi oglądać serbskiej telewizji. Fragment



Ivan Medeši – rusiński prozaik i poeta z serbskiej Wojwodiny. Pochodzi z Ruskiego Krsturu. Debiutował w 2004 roku w punkowym zinie Keresturski pendrek. Jest współautorem Trilogiji (2006), za którą otrzymał  nagrodę im. Aleksandra Duchnowicza, autorem książek Chtoška od mňe dvoch ňenormalni (2007) i Špaciri po spodku dunca (2011) oraz współautorem słowackiej antologii Mastný muž (2023). W Słowacji ukazały się Kvaśna kňižka (2010), Jedenie (2018) i Vlkovia (2021). Publikował również pod pseudonimami Šuker i dr. Šux. Po studiach pedagogicznych w Nowym Sadzie pracował jako psycholog szkolny, obecnie działa w branży IT.



"Jest mocno. Jest anarchistycznie. Jest dziko." 

Marcin Piotrowski, podkast Literatura ze Środka Europy

 

Publikacja ukazała się przy wsparciu Instytutu Książki w ramach programu wydawniczego Inne Tradycje. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej Nr 3/DF-VII/2026

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 312

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ivan Medeši, Jedzenie przełożyły Olga Stawińska i Magdalena Bystrzak, Kraków 2026

Copyright © by Ivan Medeši 2018 Copyright © for the translation by Olga Stawińska 2026 Copyright © for the translation by Magdalena Bystrzak 2026 Copyright © for this edition by Wydawnictwo Ha!art, 2026

Wydanie I

ISBN 978-83-67713-86-3

Redaktor prowadzący · Piotr Marecki

Redakcja · Michał Memeszewski

Korekta · Weronika Klimowicz-Kozłowska

Projekt okładki · Michalina Jurczyk

Projekt typograficzny · Marcin Hernas

Skład i łamanie · By Mouse | www.bymouse.pl

Dystrybucja, promocja · Piotr Miernikowski

E-book · eLitera s.c.

Publikacja ukazała się przy wsparciu Instytutu Książki w ramach programu wydawniczego Inne Tradycje. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej Nr 3/DF-VII/2026.

This book was published with a financial support from SLOLIA, Slovak Literary Centre

568. publikacja wydawnictwa

Wydawnictwo Ha!art ul. Konarskiego 35/8, 30-049 Kraków tel. 795 124 [email protected]

Wydawnictwo Ha!art

@wydawnictwohaart

@wydhaart

SERIA PRZEKŁADÓWprowadzona przez Aleksandrę Małecką i Piotra Mareckiego

Napitki & literatura. Antologia opowiadań holenderskich i flamandzkich, pod redakcją Barbary Kalli i Bożeny Czarneckiej, przełożyły Barbara Kalla, Bożena Czarnecka i Ewa DynarowiczAmbrose Bierce, Diabli dykcjonarz, przełożył Mateusz KopaczAnthony Joseph, Afrykańskie korzenie UFO, przełożyła Teresa Tyszowiecka blasK!Robert Burton, Anatomia melancholii, wybrał i przełożył Michał TabaczyńskiJean Ray, Malpertuis, przełożył Jakub PolaszczykNiña Weijers, Konsekwencje, przełożyła Jadwiga JędryasIshmael Reed, Mambo dżambo, przełożyła Teresa Tyszowiecka blasK!Katarína Kucbelová, Czepiec, przełożyła Katarzyna Dudzic-GrabińskaPeter Markus, Bob albo mężczyzna na łodzi, przełożył Piotr SiweckiAntologia opowiadań. Ruska klasyka, zestawił i przełożył Daniel Majling, przepisała Weronika GogolaKathy Acker, Krew i flaki w szkole średniej, przełożył Andrzej WojtasikJudith Schalansky, Spis paru strat, przełożył Kamil IdzikowskiŁeś Bełej, Plan naprawy Ukrainy, przełożyli Aleksandra Brzuzy, Maciej Piotrowski, Ziemowit SzczerekNicol Hochholczerová, Tego pokoju nie da się zjeść, przełożył Rafał BukowiczBarbora Hrínová, Jednorożce, przełożyła Olga StawińskaIceberg Slim, Alfons. Historia mojego życia, przełożyła Teresa Tyszowiecka blasK!Sergiej Sergiejewicz Sajgon, Brud [*khaki], przełożyła Aleksandra BrzuzyKatja Gorečan, Książeczka macierzyńska, przełożył Miłosz BiedrzyckiJoost de Vries, Republika, przełożył Jan PędzińskiHarry Josephine Giles, Port hwjezdny Topjo, przełożył Krzysztof BartnickiJudith Schalansky, Szyja żyrafy, przełożył Kamil IdzikowskiPeter Markus, Dobrze, bracie, przełożył Piotr SiweckiMiroslava Kuľkova, Hotel Balkan, przełożył Rafał BukowiczKathy Acker, Imperium postradanych zmysłów, przełożył Patrick LeftwichIvan Međeši, Jedzenie, przełożyły Olga Stawińska i Magdalena Bystrzak

KOLEJNE KSIĄŻKI W SERII

Romain Gary, Wino umarłych, przełożył Jakub PolaszczykConstance Debré, Play boy, przełożył Jakub Polaszczyk

Zwycięstwo

Kiedy tego ranka Mire otworzył oczy, zobaczył sufit. Jednak tym razem ów sufit, będący zwykle pierwszą rzeczą, która ukazywała się jego oczom, znajdował się jakieś pół metra wyżej niż normalnie, co mogło oznaczać tyle, że Mirko spał na podłodze, na miękkim, wciąż jednak nienajmiększym do spania dywanie. Powodów tego stanu rzeczy mogło być kilka, dwa – trzy, na przykład takie, że Mire nie mógł znaleźć łóżka albo nie chciał go znaleźć, albo do niego nie trafił, albo że ktoś to łóżko przesunął, a może nawet – w końcu życie jest dziwne, los podobnie, Miro też dziwak – więc może był jeszcze jakiś piąty czy szósty powód lub też nie było ich wcale, biorąc pod uwagę to, jak to już dzisiaj na tym nienormalnym świecie jest.

A przy tym spanie na podłodze to drobiazg w porównaniu z tym, że Mirko nie miał jednej ręki.

Leżał na dywanie rozciągnięty wzdłuż i wszerz, jak ten typek w kółku z obrazu Da Vinci, co ma za sobą jeszcze jakieś maziaje, i reasumował przeszłość, gapiąc się sufit wybałuszonymi oczami, podobnymi do piłeczek do ping-ponga. Zajrzyjmy proszę na chwilę do Mirkowej głowy i zobaczmy, co on o tym sądzi, o tej ręce:

„Hmm . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .” (Blokada substancji szarej kory mózgowej, myśli brak).

Cóż, Czytelniku, mamy pecha, że weszliśmy akurat wtedy, gdy się Mirkowi zawiesiła głowa. Chwilkę poczekamy, Czytelniku, i zajrzymy ponowie. Oho, patrzcie na to:

„ . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . Hmm”. (Coś się tam rusza, koło zębate kory mózgowej zaczyna się obracać, pojawia się zarys aktywności kognitywnej...)

– No dobra, czyli jest tak, hmm, jedna noga tutaj, okej, druga noga tutaj, aha, czyli wszystkie nogi są, idziemy dalej. Głowa. Ile mam głów? Mam jedną głowę, my ludzie chyba wszyscy mamy po jednej głowie z tego, co wiem, poprawcie mnie, jeśli się mylę – mamrotał Mire. Dobra, dalej. Pierwsza ręka tu, ta prawa, nad prawą nogą, o tę mi chodzi, no a tu mam... Co do chuja, gdzie jest ta druga?! Cholera, co to jest za syf! W domu mnie zabiją, a tak mnie prosili, jezu ja tego nie przeżyję, jak mi powiedzą: a tak cię prosiliśmy! Oni mnie zabiją, ja tego nie przeżyję, z której strony na to nie spojrzeć, życie to jedna wielka sraka.

Tak właśnie jest i nic się tu nie zmieni. Ręka mu nie odrośnie, nie pamięta nawet, jak i gdzie ją stracił. Jest jak jest, inaczej nie będzie. Mire przyzwyczaił się, że na tej gównianej ziemi on sam zawsze będzie brodził w srace i pogodził się z tym. Problem był teraz tylko taki, że kończył się rok akademicki i Mire musiał odwiedzić rodziców na wsi, wrócić na chwilę do domu, żeby tam jeść mamine obiadki, chodzić w czystych ubraniach, spotykać się z przyjaciółmi, których się dawno nie widziało i tak dalej, i tak dalej, robić wszystko to, co robi się na urlopie.

Mire zajechał do domu.

– Słuchaj, no co ty tak bez słowa, przecież byśmy przygotowali ci coś do jedzenia... – powiedziała matka, zaskoczona i trochę zawstydzona, że w domu rosły student a na stole pustki, nic, zero. A w lodówce podobnie.

Mire chciał już uciąć tę rozmowę, czmychnąć szybko z domu i nie pozwolić, by ktoś mu się przyjrzał.

– Iiiii tam, nie trzeba, jadłem na dworcu, tu masz rzeczy do prania, ja wychodzę. Serio, muszę już lecieć! – powiedział, marząc już tylko o zamknięciu za sobą drzwi domu rodzinnego i poczuciu tej wolności, która pojawia się wyłącznie po zamknięciu za sobą drzwi domu rodzinnego z gadającą matką w środku, tego rodzaju wolności, którą można nazwać „wolnością po zamknięciu za sobą drzwi domu rodzinnego z gadającą matką w środku”. W chwilach takich jak te człowiek najczęściej marzy tylko o tym, żeby się upić, sam nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Otóż tak właśnie najczęściej jest.

– Gdzie ty, durniu, będziesz znowu łaził!

Awantura, jak to zazwyczaj bywa, gotowa, radość z nieoczekiwanego przyjazdu syna po długiej nieobecności ulatnia się, a nie minęło nawet pięć minut, od kiedy się zobaczyli.

– Nawet na chwilę z nami nie usiadłeś, czekaj tu, a kto z nami pobiesiaduje, choćby pod presją, siadaj na tyłku, patrzcie go, już go niesie do Zabawy Murowanej z tymi jego koleżkami bez szkół, nie wiem, co ty masz tam za interes przesiadywać. Jeszcze z pustym brzuchem, na głodnego, przecież to jasne, że musisz być i głodny, i niesyty do tego jeszcze.

– Mamo, nie zaczynaj, o co ci chodzi, tam macie moje zdjęcie, możecie sobie na nie patrzeć. No dawaj, pytaj się, co trzeba, żebym już mógł iść, proszę, jestem, co chcesz wiedzieć, zdam raport i lecę, albo zróbmy tak, weź sobie dwa moje zdjęcia i ruszaj nimi, raz jednym, raz drugim, będzie wyglądało, jakbym się ruszał, ale bez pyskowania. Lepiej niż na żywo... – Mire nie mógł się doczekać, chciał już zatrzasnąć za sobą te drzwi – domu rodzinnego, a później Zabawy Murowanej – zamówić kawę i piwo, najczęściej przez niego spożywaną kombinację toksyn. Z tej niecierpliwości rodziła się dziecinna, niepotrzebnie przeciągana rozmowa, jakby matka była kierowczynią autobusu, który się nie chce nigdzie zatrzymać, a Mire pasażerem, który natychmiast musi siku.

– Wiesz – grzmiała matka – ze mnie żaden narkotykowy detektyw, żeby cię przesłuchiwać – mówiła, sama się sobie dziwiąc, skąd jej do głowy przyszło takie mądre porównanie. – Ja nie jestem z UDB1, żeby ci robić przesłuchania. Dawaj, ściągaj kurtkę, siadaj z nami, zrobię kawę, zapalimy sobie, poświęcisz nam pół godziny swojego drogocennego czasu. Za te wszystkie dinary, które w ciebie wkładamy, no naprawdę, chociaż tyle mógłbyś nam zaoferować, skoro już nie wyniki w nauce, im jest bliżej do sukcesów serbskiej polityki zagranicznej albo kondycji naszego transportu kolejowego. – To mówiąc, znów się cała rozradowała. Ech, szkoda, że nie słyszały tego sąsiadki, z którymi wysiaduje przed domem i popija kawę, rozkwiczałyby się od śmiechu, a kto wie, może by się nawet mała fekalna salaterka uzbierała się z tego, co popuszczą. Marzenia o tym wszystkim przerwał wywoływany do odpowiedzi Mire:

– Hola hola, o pieniądzach sobie daruj, dobrze wiem, jaka jest sytuacja, jeszcze mi tego brakowało, kwękania o dinarach i moich wynikach w nauce! Co ty myślisz, że ja sam nie chcę, choćby dla świętego spokoju, skończyć już tej gównianej szkoły, przerwać zaklęty krąg wkuwania, prania mózgu i wchodzenia w wąskie dupska profesorskie?

– Zostaw mnie w spokoju, idę hen, za góry, za lasy...

Czytelniku, to „za góry, za lasy” oznacza ni mniej, ni więcej, tylko to, że Mire wybiera się do Zabawy Murowanej, ale już skończmy, bo z matki jest już ewidentnie kłębek tych dwóch – trzech nerwów, które jej jeszcze zostały.

– Ej, stój, koniu jeden, zjadłbyś coś chociaż... CZEKAJ!!! EJ!!!! HA! A co ty masz tylko jedną rękę? Gdzie jest twoja ręka, durnoto?! Hę?! Coś ty zrobił?! Ho, ho, hu, hu! – trajkotała matka. – Och, synu mój, skaranie twoje boskie, gówno mu z tyłka ścierałam aż do pierwszej klasy, a jemu jeszcze mało?! Chyba nie myślałeś, że to przed nami ukryjesz! Widzę przecież, że cały czas coś chowasz, mówiłam ja sobie, że pewnie znów wieczorem ochlał mordę i dlatego taki skruszony chodzi, taki tajemniczy, że sobie łokieć otarł albo stłukł o ścianę, ale on całej ręki nie ma, o, do chuja z takim dzieckiem, mów mi, co jest z tą ręką!

– E, wiedziałem, że tak będzie, ha, nie ma jej i co mi zrobisz! A idźcie wy wszyscy w cholerę i dajcie mi żyć, ja mam dwadzieścia siedem lat, a przez to wasze wtrącanie się, matka, nie mam nawet kapki spokoju. Wielkie rzeczy, no nie ma jej i co? A wy musicie od razu: aha, on to tak specjalnie, żeby nam, starym i umęczonym, na złość... Zgubiłem ją. Prowadziłem pijanego kolegę do domu i odpadła, gdzieś się zapodziała, czego teraz ode mnie chcecie? Miałem do wyboru albo kolega, albo ręka... Dajcie mi spokój, mi też jej brakuje, ale ciebie co to obchodzi? To moja ręka, co ci do tego! Idę do Zabawy, nara, do widzenia, pa paaaa, dziękuję za wspaniałe przywitanie, może jeszcze kiedyś wpadnę, serwus! – Mire trzasnął drzwiami i wybiegł z domu, ale kątem oka zobaczył, że te odbiły się od własnej ramy, to jest framugi, więc zawrócił, żeby je domknąć. Zdawał sobie sprawę, że wartość jego gniewnego buntu spada o połowę, ale co tam, uszy do góry i w drogę.

Tego dnia już nie wrócił do domu, właściwie to zawsze tak się dzieje: jeśli wejdziesz do Zabawy, to, owszem, wyjdziesz z niej kiedyś, w dowolnym terminie, tylko nie w ten sam dzień. Już prędzej byś wyszedł wczoraj, niż tego dnia, w którym tam wszedłeś. A czyż jest coś milszego niż postawienie tego pierwszego kroku w stronę lokalu, to uczucie, gdy łapiesz za klamkę, otwierasz drzwi i wchodzisz do środka knajpy, a później już tylko zamykasz je za sobą, zostawiając wszystkie zmartwienia na zewnątrz, w środku żadnych znajomych, może jakiś jeden czy dwóch, ale po tych nieznajomych widać, że to pierwsza liga gawędziarzy, ewentualnie słuchaczy, mierzysz ich powoli wzrokiem, siadasz, przez chwilę podsłuchujesz, o czym mówią, i do tego pieca dokładasz w końcu też konformistycznie cząstkę siebie, włączasz się w rozmowę, najpierw z jakimś małym żarcikiem, by po chwili zasypać ich gruzem własnych doświadczeń, opowieści z życia wziętych, każdy z nich ma taką, więc wszyscy cię rozumieją i stopniowo to ty wiedziesz gawędziarski rej, potem oni też konformistycznie dodają cząstki siebie i spotykacie się w połowie drogi, by resztę wieczoru, aż do rana, spędzić ramię w ramię niczym jedna brygada, jak prawdziwi żołnierze na prawdziwej wojnie, w prawdziwym dramacie, rozpadzie systemu, katastrofie, załamaniu pogody, gradobiciu, porośniętej chwastami ziemi, na wspólnym wypadzie pod gołym niebem, gdy grzmi. To jest właśnie ta Zabawa Murowana, autostrada zatraconych dusz, skrzyżowanie przeklętych, dom wschodzącego słońca, Da Nang, raj, piekło i mit, apokalipsa dzisiejszego dnia, zabawa murowana żywotów naszych.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

1 UDB – Uprava državne bezbednosti – Urząd Bezpieczeństwa Państwa – tajna policja komunistycznej Jugosławii, odpowiednik polskiej SB. ↩