Jeden długi weekend - Shari Low - ebook

Jeden długi weekend ebook

Low Shari

0,0
32,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Kiedy wydaje się, że wszystko jest stracone, głęboko w nas wciąż tli się nadzieja…

Val Murray gubi najcenniejsze pamiątki po bliskich, których straciła. Czy rodzina, nowoczesna technologia i odrobina cudu pomogą jej poskładać rozbite serce?

Sophie Smith musiała zaczekać z odpowiedzią na oświadczyny. Czy próba cofnięcia czasu zaprowadzi ją do prawdziwej miłości, czy raczej znów skończy się rozczarowaniem?

Alice McLenn trwała przy mężu, Larrym, gdy skandal odebrał im wszystko. Kiedy jego nazwisko ponownie trafia na nagłówki gazet, Alice dostaje szansę, by odejść. Tylko czy znajdzie w sobie siłę, by wreszcie to zrobić?

Rory Brookes odwrócił się od rodziców, żeby ocalić karierę i małżeństwo. Teraz, jednego dnia, stracił jedno i drugie. Czy nie jest już za późno, by naprawić relację z jedyną osobą, która nigdy go nie zawiodła?

Trzy dni. Cztery złamane serca. I jeden weekend, który może wszystko odmienić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 318

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: One Long Week­end

Korekta: zespół

Copy­ri­ght © by Shari Low, 2024

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Karo­lina Nie­wia­dom­ska, 2026 Prawa do prze­kładu zostały pozy­skane za pośred­nic­twem Vicki Satlow Lite­rary Agency oraz Book/Lab Lite­rary Agency Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin Sp. z o.o., 2026

Pro­du­cent Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@swiatk­siazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydaw­nic­two­swiatk­siazki.pl

War­szawa 2026

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-68812-67-1

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Dedykacja

Moim dwóm bab­ciom, Sadie Hill i Betty Mur­phy. Dwóm nie­moż­li­wym do zatrzy­ma­nia siłom, które poka­zują światu, jak to się robi. Tęsk­nię i kocham.

Od Shari

Od Shari…

Kocha­nie!

Witaj ponow­nie! Dzię­kuję, że się­gnę­łaś (lub się­gną­łeś) po kolejną moją książkę, a jeśli to nasze pierw­sze spo­tka­nie – witaj! Mam nadzieję, że spodo­bają Ci się słowa, które za chwilę wypeł­nią kolejne strony.

Chcia­łam napi­sać kilka słów o tym, jak powstała ta książka, bo tym razem nie jest to histo­ria, którą pier­wot­nie pla­no­wa­łam opo­wie­dzieć. Jed­nak, jak w przy­padku wielu moich powie­ści, praw­dziwe życie rzu­ciło mi pod nogi nie­ocze­ki­wany zakręt, który cał­ko­wi­cie zawład­nął moimi myślami i popro­wa­dził wyobraź­nię w zupeł­nie nowym kie­runku. Więk­szość rze­czy, które mnie spo­ty­kają – dobrych i złych – prę­dzej czy póź­niej tra­fia do moich ksią­żek, a to wyda­rze­nie było jed­nym z tych, które odła­mały maleńki kawa­łek mojego serca.

We wrze­śniu ubie­głego roku lecia­łam z mojego domu w Glas­gow do Los Ange­les. Przez kilka dni pra­wie nie spa­łam, bo jed­no­cze­śnie żon­glo­wa­łam samymi eks­cy­tu­ją­cymi spra­wami – pre­mierą One Chri­st­mas Eve, popraw­kami do One Year After You i pisa­niem dwóch nowych ksią­żek – a przy tym zma­ga­łam się z rze­czami już znacz­nie mniej przy­jem­nymi: pro­ble­mami zdro­wot­nymi w rodzi­nie, dwiema dru­zgo­cą­cymi stra­tami i remon­tem domu, który spra­wił, że przez nie­mal mie­siąc miesz­ka­łam w zim­nym, zaku­rzo­nym gru­zo­wi­sku, mając za towa­rzy­stwo wyłącz­nie mikro­fa­lówkę. Praw­dzi­wie (nie­zbyt) gla­mour.

Kiedy tam­tego ranka przy­je­chała po mnie tak­sówka na lot­ni­sko, byłam na nogach od dwu­dzie­stu czte­rech godzin, a walizkę pako­wa­łam w cha­otycz­nym, pozba­wio­nym snu pośpie­chu – gdzieś pomię­dzy pisa­niem kolej­nych stron, reali­zo­wa­niem zobo­wią­zań pro­mo­cyj­nych zwią­za­nych z nową książką a wyrzu­ca­niem wszyst­kich szybko psu­ją­cych się pro­duk­tów z misy na owoce i z lodówki.

Nie piszę tego, by wzbu­dzić współ­czu­cie, lecz by nakre­ślić tło mojego ogrom­nego błędu. Gigan­tycz­nego. Jed­nego z naj­bar­dziej kolo­sal­nych w histo­rii.

Ni­gdy nie noszę biżu­te­rii w podróży, więc – jak zawsze – wło­ży­łam rze­czy, które kocham naj­bar­dziej, do małego czar­nego aksa­mit­nego woreczka. Sie­dem pier­ścion­ków. Trzy z nich były zwy­kłą biżu­te­rią sztuczną, ale obok nich spo­czy­wał kom­plet obrą­czek, który mój mąż poda­ro­wał mi z oka­zji naszej dwu­dzie­stej pią­tej rocz­nicy ślubu, kolejny dro­go­cenny pier­ścio­nek, który dosta­łam ponad trzy­dzie­ści lat temu, oraz… wciąż nie potra­fię pisać o tym bez łez… dymny kwarc opra­wiony w złoto, nale­żący do mojej uko­cha­nej, nie­od­ża­ło­wa­nej babci, Betty. Nie jestem mate­ria­listką. Nie jestem też szcze­gól­nie „biżu­te­ryjną” osobą. Ale te cztery pier­ścionki były jed­nymi z nie­licz­nych rze­czy na świe­cie, które naprawdę uwiel­bia­łam.

Wsu­nę­łam wore­czek do tyl­nej kie­szeni torebki i wtedy popeł­ni­łam błąd – nie zasu­nę­łam zamka. Zamiast tego wrzu­ci­łam do środka pasz­port, port­fel, szczotkę do wło­sów i tuzin innych rze­czy, zatrza­snę­łam magne­tyczne zapię­cie i wybie­głam z domu, sły­sząc pona­gla­jące trą­bie­nie tak­sów­ka­rza.

Zapewne domy­ślasz się, co wyda­rzyło się potem, dla­tego w tym miej­scu oddam tę histo­rię jed­nej z moich ulu­bio­nych boha­te­rek – mojej uko­cha­nej Val. To wła­śnie ona powinna ją opo­wie­dzieć.

Przez lata Val poja­wiała się w więk­szo­ści moich ksią­żek, a jej wiel­kie, odważne i lojalne serce inspi­ro­wane było moją bab­cią, która nosiła ten dymny kwarc na dłoni, a która kie­dyś trzy­mała moją. To, co roze­gra się na tych stro­nach, jest podróżą Val, nie moją – choć swoją wła­sną histo­rię dopo­wiem w ostat­nim roz­dziale.

Tym­cza­sem pozwólmy Val prze­jąć opo­wieść. A Wy, dro­dzy czy­tel­nicy – jeśli podró­żu­je­cie z czymś cen­nym – zapnij­cie tę torebkę.

Z miło­ścią,

Shari xx

Podczas tej podróży poznacie…

Pod­czas tej podróży pozna­cie…

Val Mur­ray – uwiel­bianą mamę, bab­cię i przy­ja­ciółkę, obda­rzoną sze­ro­kimi ramio­nami, ogrom­nym ser­cem oraz nie­wy­czer­pa­nymi pokła­dami empa­tii, tro­ski i kar­me­lo­wych wafel­ków.

Carly Mor­ton – sio­strze­nicę Val i jedną z jej ulu­bio­nych osób na świe­cie. Szczę­śli­wie zamężna ze swoim dru­gim mężem, Samem, ale zma­ga­jąca się z pustką w domu, odkąd jej syno­wie – dwu­dzie­sto­dwu­letni Mac i dwu­dzie­sto­letni Benny – wyfru­nęli w świat, by reali­zo­wać swoje marze­nia.

Carol Cooper – była modelka, obec­nie influ­en­cerka w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, żona brata Carly, Cal­luma (i tak, ich imiona są zde­cy­do­wa­nie zbyt podobne – co nie­ustan­nie dez­orien­tuje star­szych człon­ków rodziny) oraz mama dwu­dzie­sto­trzy­let­nich bliź­nia­czek, Char­lotte i Toni.

Sophie Smith – nauczy­cielka w szkole pod­sta­wo­wej, córka nado­pie­kuń­czego Sida, sio­stra Erin, obec­nie sin­gielka – choć w ten week­end zamie­rza zmie­nić swój sta­tus.

Erin Smith – sio­stra Sophie, pra­cuje w mar­ke­tingu i mediach spo­łecz­no­ścio­wych dla lon­dyń­skiej marki bie­liź­nia­nej.

Ash Ait­ken – były chło­pak Sophie, jak dotąd jedyna miłość jej życia i ten, któ­rego stra­ciła.

Alice McLenn – matka Rory’ego, żona Larry’ego McLenna, sprzą­taczka pra­cu­jąca na dwie zmiany, która mimo samot­nego życia u boku męża, któ­rym gar­dzi, wciąż potrafi odna­leźć drobne prze­bły­ski rado­ści.

Larry McLenn – mąż Alice, były poli­tyk, któ­rego publiczny upa­dek zruj­no­wał karierę i znisz­czył jego rodzinę.

Rory Bro­okes (McLenn) – syn Alice i Larry’ego, bie­gły księ­gowy śled­czy w Fiel­dow Finan­cial Group, mąż nie­zwy­kle ele­ganc­kiej Julii, obec­nie zma­ga­jący się z kolej­nym oso­bi­stym kry­zy­sem.

Julia Fiel­dow Bro­okes – dba­jąca o wize­ru­nek, żyjąca w sepa­ra­cji żona Rory’ego oraz córka jego szefa, Rogera Fiel­dowa.

Roger Fiel­dow – ceniony prze­ło­żony i men­tor Rory’ego, zało­ży­ciel i pre­zes Fiel­dow Finan­cial Group.

Albie Pratt – począt­ku­jący komik stand-upowy i przy­ja­ciel Rory’ego jesz­cze z cza­sów szkoły śred­niej.

Dok­tor Richard Camp­bell – ordy­na­tor Szpi­tal­nego Oddziału Ratun­ko­wego w Glas­gow Cen­tral Hospi­tal.

PIĄTEK. 3 maja 2024

PIĄ­TEK

3 maja 2024

Rozdział 1. Val Murray

Roz­dział 1

Val Mur­ray

Zasta­na­wia­łam się, czy gdy­bym wrzu­ciła tele­fon do puszki na her­bat­niki i z całej siły doci­snęła szczelną pokrywkę, prze­stałby dzwo­nić. Jakiś men­talny zator spra­wiał, że nie potra­fi­łam sobie przy­po­mnieć, jak wyłą­czyć to cho­ler­stwo (dla­czego nie ma po pro­stu zwy­kłego przy­ci­sku on/off?). Nie należę do osób, które wyko­nują dra­ma­tyczne gesty w rodzaju rzu­ce­nia nim o ścianę czy zgnie­ce­nia go pod obca­sami moich nie­bie­skich, futrza­stych pan­to­fli, bo wtedy musia­ła­bym kupić nowy. A mar­no­wa­nie pie­nię­dzy w ten spo­sób jest sprzeczne z moją filo­zo­fią życiową. Nie będziesz wyda­wać ciężko zaro­bio­nych oszczęd­no­ści ani eme­ry­tury na nowo­cze­sne badzie­wie w rodzaju wypa­sio­nych tele­fonów czy desi­gner­skich tore­bek. Nato­miast absur­dal­nie dro­gie bilety na kon­cert Toma Jonesa… Cóż, to była inwe­sty­cja w dobro­stan oso­bi­sty.

Ta myśl przy­wo­łała wspo­mnie­nie, które natych­miast ścią­gnęło mi do gar­dła bole­sną gulę. Mój mąż, Don. Na milio­nie przy­jęć. Przez ponad czter­dzie­ści lat mał­żeń­stwa. Śpie­wa­jący It’s Not Unu­sual. Z gesty­ku­la­cją, swoim głę­bo­kim, sek­sow­nym gło­sem i tym łobu­zer­skim bły­skiem w oku, bo wie­dział, że mnie roz­śmie­sza. Bły­skiem, który kilka lat temu przy­ga­siła cho­roba Alzhe­imera, a nieco ponad mie­siąc temu zgasł cał­kiem, kiedy odszedł w moich ramio­nach.

Nagle ból wspo­mnie­nia był bru­tal­niej­szy niż lęk przed roz­mową z kim­kol­wiek przez tele­fon, więc ode­bra­łam.

– Halo?

– Ile razy pomy­śla­łaś o wyrzu­ce­niu tele­fonu przez okno, zanim ode­bra­łaś, cio­ciu Val?

Moja sio­strze­nica, Carly, od zawsze miała nie­sa­mo­witą zdol­ność czy­ta­nia mi w myślach i tym razem też była bli­sko prawdy. Jestem jej ofi­cjalną cio­cią, odkąd Don i ja pobra­li­śmy się ponad cztery dekady temu. Z rado­ścią wzię­li­śmy pod skrzy­dła córkę jego star­szego brata. Nie cho­dziła jesz­cze wtedy do liceum, a teraz ma ponad pięć­dzie­siątkę, więc prze­ry­wana linia mię­dzy rodziną z krwi a powi­no­wac­twem dawno już się zatarła.

– Ani razu – odpo­wie­dzia­łam, zaj­mu­jąc swoje miej­sce przy naszym wysłu­żo­nym, dębo­wym bla­cie stołu. Dziś nazwa­liby go „ręko­dzie­łem” albo „meblem z odzy­sku”, ale prawda była taka, że był po pro­stu stary i kochany. – Mia­łam zamiar wsa­dzić cie­bie do puszki na her­bat­niki.

– Przy­ty­łam dwa funty od samego wyobra­że­nia – odpa­ro­wała Carly, a ja się uśmiech­nę­łam.

Moja sio­strze­nica jest jedną z moich ulu­bio­nych osób, które zostały mi na tym świe­cie, ale tym razem jej głos ani odro­binę nie zmniej­szył mojego nie­po­koju. Tak było każ­dego dnia od śmierci Dona. Łomo­czące serce, bez­senne noce, prze­pla­tane para­li­żu­jącą trwogą, która wyłą­czała moje ciało i umysł komórka po komórce, aż led­wie funk­cjo­no­wa­łam.

W doro­słym życiu ponio­słam trzy straty, które nie­mal mnie zła­mały. Pierw­sza, gdy moja córka Dee została potrą­cona przez naćpa­nego kie­rowcę, mając nie­spełna trzy­dzie­ści lat. Druga, gdy moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka, Josie, zmarła nagle – zale­d­wie kilka godzin po tym, jak tań­czy­ły­śmy do utraty tchu, piły­śmy szam­pana i śmia­ły­śmy się do łez na weselu. I trze­cia – teraz, kilka tygo­dni po poże­gna­niu miło­ści mojego życia.

Don odszedł pierw­szego kwiet­nia. Prima apri­lis. Nawet wtedy musiał mieć ostatni żart. Od tam­tej pory życz­liwi ludzie powta­rzają wszyst­kie te banały. Że żałoba to cena za miłość. Że czas leczy rany. Że lepiej kochać i stra­cić… Ale te wszyst­kie fra­zesy spra­wiają tylko, że zaci­skam zęby i krzy­czę w myślach, że naj­wy­raź­niej nie znali Dona Mur­raya, bo tutaj nic z tego nie ma zasto­so­wa­nia. Jest tylko roz­dzie­ra­jąca, bru­talna dziura w sercu, która boli fizycz­nie, nawet gdy sta­ram się jakoś prze­trwać codzien­ność.

– Nie powin­naś już sie­dzieć w tak­sówce? – zapy­tała Carly, a po moich ramio­nach prze­bie­gła nowa fala napię­cia. Tak­sówka. Ta, która miała mnie zawieźć na lot­ni­sko, na lot do Lon­dynu, gdzie miesz­kała od dwu­dzie­stu paru lat.

– Nie, jestem spa­ko­wana i gotowa, ale jesz­cze w domu.

Jej pyta­nie spra­wiło, że spoj­rza­łam na zegar w kuchni. Dzie­sięć po ósmej. Cho­lera. Tak­sówka była zamó­wiona na ósmą, a ja kom­plet­nie stra­ci­łam poczu­cie czasu.

– Zwy­kle przy­sy­łają SMS, że już są, ale pocze­kaj…

Obcasy moich pan­to­fli kli­kały po pane­lach, gdy pospie­szy­łam kory­ta­rzem w sze­re­gowcu, w któ­rym miesz­ka­łam od dnia naszego ślubu. Kie­dyś nie było niczym nie­zwy­kłym brać ślub led­wie po skoń­cze­niu szkoły. Więk­szość moich zna­jo­mych zamie­niła wtedy dom rodzi­ców na swój pierw­szy, mał­żeń­ski. Ale czasy się zmie­niły. I dobrze. Nie­wiele z tam­tych mło­dzień­czych mał­żeństw prze­trwało próbę czasu, a nie­które z tych, które prze­trwały, były po pro­stu dwójką ludzi uwię­zio­nych w umo­wie, z któ­rej nie mieli siły, ener­gii ani środ­ków się wyplą­tać. Ja mia­łam szczę­ście. Tra­fił mi się dobry czło­wiek, któ­rego kocha­łam do dnia jego śmierci, i dom, który wyku­pi­li­śmy od gminy w cza­sach, gdy Span­dau Bal­let było na szczy­tach list. Nie był oka­zały, ale był naj­szczę­śliw­szym domem, gdy wycho­wy­wa­li­śmy tu rodzinę, i wie­dzia­łam, że ni­gdy bym go nie zamie­niła.

Gdy otwo­rzy­łam drzwi wej­ściowe, ude­rzył mnie gorąc nie­zwy­kle cie­płego jak na maj poranka. Spoj­rza­łam w lewo, w stronę par­kingu na końcu sze­regu, gdzie krępy, czer­wo­no­licy facet wysia­dał z czer­wo­nej Škody z napi­sem „taxi” na drzwiach. Cho­lera, pew­nie stał tam już od ósmej. I nie wyglą­dał na zachwy­co­nego cze­ka­niem.

Całe życie miesz­ka­łam w Weir­bridge, w wio­sce, gdzie wszy­scy się znają, więc w dzie­wię­ciu na dzie­sięć przy­pad­ków roz­po­zna­wa­łam miej­sco­wych tak­sów­ka­rzy. Dzi­siaj nie. Tego faceta ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łam.

Zasło­nił oczy dło­nią, mru­żąc je w słońcu, potem poma­chał i wska­zał na zega­rek.

– Stoję tu już dzie­sięć minut! – krzyk­nął, a ja w gło­wie odję­łam mu kilka fun­tów z napiwku za tę nutę agre­sji w gło­sie.

– Już idę, prze­pra­szam! – odkrzyk­nę­łam i pośpie­szy­łam z powro­tem do środka.

– Wła­śnie stra­ci­łam bębe­nek – jęk­nęła Carly w słu­chawce. – Dobra, koń­czę, cio­ciu Val. Do zoba­cze­nia za parę godzin. Będę w hali przy­lo­tów. I, Val…

Cza­sem opusz­czała „cio­ciu” i wcale mi to nie prze­szka­dzało.

– Tak się cie­szę, że przy­jeż­dżasz.

– Ja też, kocha­nie – powie­dzia­łam i mia­łam nadzieję, że zabrzmiało prze­ko­nu­jąco.

Bo prawda była taka, że wcale nie chcia­łam jechać. Chcia­łam kazać temu opry­skli­wemu tak­sów­ka­rzowi spa­dać. Chcia­łam wró­cić do domu. Wejść na górę i poło­żyć się do łóżka. I zostać tam, aż na otwar­tej ranie w piersi po bru­tal­nym wyrwa­niu serca zro­śnie się nowa skóra. Ale nie mogłam. Obie­ca­łam wszyst­kim, któ­rych znam, że polecę do Lon­dynu.

– Muszę koń­czyć. Do zoba­cze­nia. Kocham cię nad życie.

– Ja cie­bie też – usły­sza­łam, zanim roz­łą­czy­łam się i wrzu­ci­łam tele­fon do torebki na kon­soli w przed­po­koju.

Czu­łam, jak przy­spie­sza mi puls, jak drżą mi dło­nie i jak tępy ból głowy po zbyt wielu bez­sen­nych nocach wwierca się w skro­nie. Spró­bo­wa­łam się ogar­nąć.

Dobra, Val Mur­ray, zbierz się. Nie będziesz tu sie­dzieć i się nad sobą uża­lać. Dasz radę. Pod­cią­gnij majtki sil­nej, nie­za­leż­nej kobiety i ruszaj. Bo tak naprawdę nie ma dobrych opcji.

W kuchni wło­ży­łam kubek do zmy­warki, spraw­dzi­łam tylne drzwi i ogrze­wa­nie. Mimo że był maj, wciąż rano usta­wi­łam je na godzinę, żeby ogrzać dom – teraz, gdy nie budzi­łam się już w cie­ple dużych ramion mojego Dona.

W przed­po­koju zdję­łam z wie­szaka jasno­nie­bie­ską kurtkę pasu­jącą do obca­sów i mojego fir­mo­wego eyeli­nera (lata osiem­dzie­siąte i maki­jaż Prin­cess Diana nie zostaną zapo­mniane, póki żyję), włą­czy­łam alarm, który mój syn Michael zamon­to­wał dekadę temu, zarzu­ci­łam torebkę na ramię, chwy­ci­łam dużą walizkę reje­stro­waną i mniej­szą kabi­nową i wyszłam, zamy­ka­jąc za sobą drzwi.

Nie dotar­łam jesz­cze do końca ścieżki, gdy mój wzrok padł na tabliczkę Neigh­bo­ur­hood Watch przy­twier­dzoną do latarni kilka metrów dalej. Moja przy­ja­ciółka Nancy powie­siła ją lata temu jako psy­cho­lo­giczny „odstra­szacz ninja” po tym, jak jakiś gów­niarz wła­mał się do szopy Dona i ukradł nasze deko­ra­cje świą­teczne oraz jego nowiutką kosiarkę Flymo. Być może przez chwilę życzy­łam sobie, żeby tym cho­ler­stwem odciął sobie palce u nóg. Niech będzie, chcia­łam, żeby tak się stało.

Nagle w mojej gło­wie zde­rzyła się cała lawina myśli. A jeśli ktoś wła­mie się do domu, gdy będę w Lon­dy­nie? Dziś potra­fią obejść każdy alarm. A jeśli zabiorą moje kosz­tow­no­ści? Nie­wiele ich mam. Tele­wi­zor, który Don kupił do oglą­da­nia meczów, kilka sztuk biżu­te­rii i…

Stop. Cof­nij. Kilka sztuk biżu­te­rii.

– Jedzie pani czy nie?! – wark­nął tak­sów­karz, widząc, że stoję jak wryta. Kolejne funty mniej z napiwku.

– Już idę, sło­neczko – odkrzyk­nę­łam z nutą sar­ka­zmu.

Zosta­wi­łam walizki i wbie­głam z powro­tem do domu. Otwo­rzy­łam drzwi. Wyłą­czy­łam alarm. Rzu­ci­łam torebkę. Tym razem skrę­ci­łam w stronę scho­dów i wpa­dłam na górę z pręd­ko­ścią fretki na kofe­inie. Nie do pomy­śle­nia było, że mia­ła­bym gdzie­kol­wiek jechać bez ludzi, któ­rych kocha­łam naj­bar­dziej. A raczej – bez tego, co mi po nich zostało.

Otwo­rzy­łam wieko sta­rej maho­nio­wej szka­tułki po mamie. Ni­gdy nie mia­ły­śmy w niej nic naprawdę cen­nego, ale jed­nak. Odsu­nę­łam plą­ta­ninę kolo­ro­wych korali i wiszą­cych kol­czy­ków i wyję­łam podu­szeczkę z czte­rema pier­ścion­kami, które ceni­łam bar­dziej niż jakie­kol­wiek inne mate­rialne rze­czy.

Zło­dzieje mogli zabrać tele­wi­zor. Nawet dzie­się­cio­let­nią kanapę czy fryt­kow­nicę bez­tłusz­czową, któ­rej wciąż nie umia­łam obsłu­żyć. Ale nie dostaną pier­ścionka, któ­rym Don mi się oświad­czył, gdy led­wie skoń­czy­li­śmy szkołę. Ani jego obrączki. Ani pięk­nego bia­ło­zło­tego pier­ścionka z dia­men­tową literą D, który mie­sią­cami spła­ca­li­śmy, gdy kupi­li­śmy go Dee na jej dwu­dzie­ste pierw­sze uro­dziny. Ani szma­rag­do­wego pier­ście­nia kok­taj­lo­wego, który nale­żał do mojej uko­cha­nej Josie.

Zoba­czy­łam mały czarny aksa­mitny wore­czek z kol­czy­kami w kształ­cie miga­ją­cych bał­wan­ków, które dosta­łam na ostat­nie święta. Wysy­pa­łam je, wło­ży­łam pier­ścionki do środka i zacią­gnę­łam sznu­reczki.

Na zewnątrz zatrą­bił klak­son. Nie musia­łam być detek­ty­wem, by wie­dzieć, do kogo. Zigno­ro­wa­łam pokusę poka­za­nia mu przez okno cze­goś, co zszo­ko­wa­łoby sąsia­dów. Z worecz­kiem w dłoni zbie­głam na dół, otwo­rzy­łam klapę torebki i wsu­nę­łam go do tyl­nej kie­szeni, a na wierzch wrzu­ci­łam szczotkę do wło­sów.

Kolejny sygnał klak­sonu. Cho­lera. Zarzu­ci­łam pasek na ramię, wstu­ka­łam cztery cyfry alarmu i wyszłam, zanim roz­legł się długi sygnał potwier­dza­jący jego włą­cze­nie.

– Jakże uprzej­mie z pana strony, że cze­kał pan tak cier­pli­wie – powie­dzia­łam kie­rowcy, któ­rego twarz przy­brała jesz­cze bar­dziej pur­pu­rowy odcień.

Nie­chęt­nie pomógł mi wło­żyć walizki do bagaż­nika. Na licz­niku było już sześć fun­tów opłaty za cze­ka­nie. Dała­bym sie­dem, gdyby był uprzejmy.

Przez dwa­dzie­ścia minut drogi z Weir­bridge na lot­ni­sko w Glas­gow pano­wała gro­bowa cisza. I dobrze. Gdyby pró­bo­wał poga­wędki, pew­nie zapy­tałby, dokąd lecę i dla­czego, a ja nie ufa­łam sobie, że odpo­wie­dzia­ła­bym bez wybu­chu pła­czu. Nie teraz. Nie, gdy wyjeż­dża­łam z domu po raz pierw­szy od śmierci Dona…

Zablo­ko­wa­łam tę myśl. Don nie chciałby, żebym sie­działa sama, zwłasz­cza że tylu bli­skich było teraz poza mia­stem. Mój syn Michael pole­ciał tydzień temu do Austra­lii, na wyjazd zapla­no­wany od roku przez jego cudowną, austra­lij­ską żonę. Chciał go odwo­łać do ostat­niej chwili i zgo­dził się tylko dla­tego, że ja mia­łam lecieć do Lon­dynu do Carly.

Podob­nie było z Nancy. Więk­szość dni spę­dza­ły­śmy razem, ale Nancy była na waka­cjach ze swoim part­ne­rem, John­nym, które zare­zer­wo­wali kilka mie­sięcy temu, a ja upie­ra­łam się, że musi jechać. Poza tym dwu­ty­go­dniowy pobyt Nancy na słońcu zbiegł się z prze­rwą w naszym gra­fiku opieki nad dziećmi. Nancy i ja zazwy­czaj opie­ko­wa­ły­śmy się dwu­let­nim syn­kiem naszej przy­ja­ciółki Tress, Bud­dym, kilka dni w tygo­dniu, ale tym razem wybrał się na tygo­dniowy wyjazd z Tress i jej part­ne­rem, Noahem, do dziad­ków malu­cha na Cyprze. Osta­tecz­nie, podob­nie jak Michael, Nancy poje­chała na waka­cje tylko dla­tego, że powie­dzia­łem jej, że przyj­muję zapro­sze­nie Carly i spę­dzam dwa tygo­dnie na Costa Del Chi­swick. Jasne, mogłam zre­zy­gno­wać, gdy lot Nancy do Malagi był już w powie­trzu, ale moja sio­strze­nica też nie dała się prze­ko­nać.

– Albo ty przy­je­dziesz do mnie, albo ja przy­jadę do cie­bie, cio­ciu Val. A wiesz, jak dopro­wa­dzam cię do szału, gdy prze­sta­wiam ci szu­flady i zja­dam wszyst­kie her­bat­niki. I nawet nie wspo­mnę o tym, jak ostat­nio przy­pad­kiem ska­so­wa­łam wszyst­kie odcinki Law & Order: Spe­cial Vic­tims Unit z two­jego deko­dera.

Może rze­czy­wi­ście było coś w tym, żeby na chwilę wyje­chać. W domu Don był wszę­dzie. W każ­dej poduszce, kącie i szafce. Jego kubek wciąż stał na suszarce, bo nie potra­fi­łam go scho­wać. W sza­fie czu­łam jego zapach. Kap­cie stały po jego stro­nie łóżka. Nie wyobra­ża­łam sobie dnia, w któ­rym nie będę potrze­bo­wała ich widoku.

Może dobrze było też wyje­chać z Weir­bridge. Codzienny spa­cer zawsze koń­czył się na cmen­ta­rzu, na ławce naprze­ciw jego grobu. Leżał obok naszej Dee. Roz­ma­wia­łam z nimi oboj­giem.

– Skan­dal – wark­nął tak­sów­karz, wjeż­dża­jąc do strefy wysia­da­nia na lot­ni­sku w Glas­gow. – Sześć fun­tów za pięć minut. Ten rząd…

Wyłą­czy­łam go w gło­wie. Kiedy samo­chód się zatrzy­mał, chwy­ci­łam torebkę i wysia­dłam. Posta­wi­łam ją na mniej­szej walizce, owi­nę­łam pasek wokół wysu­wa­nego uchwytu, zapła­ci­łam gotówką (z napiw­kiem mniej­szym, niż by dostał, gdyby miał w sobie choć odro­binę uprzej­mo­ści) i ruszy­łam w stronę ter­mi­nalu.

Przy sta­no­wi­sku odprawy wyję­łam dowód i tele­fon z przed­niej kie­szeni, nada­łam dużą walizkę i skie­ro­wa­łam się do kon­troli bez­pie­czeń­stwa. To był ostatni moment, by się wyco­fać. Mogłam zawró­cić. Wró­cić do domu. Ukryć się. Ale wie­dzia­łam, że przy­nio­słoby to tylko zmar­twie­nie tym, któ­rzy mnie kochają, więc szłam dalej.

Przez bramkę. Wzdłuż kolejki. Kin­dle wyjęty. Kosme­tyki też. Torebka i walizka kabi­nowa na taśmę.

Na szczę­ście ska­ner do niczego się nie przy­cze­pił, bo nie mia­ła­bym w sobie siły, by roz­kleić się przed życz­li­wym straż­ni­kiem. Wystar­czy­łoby, żeby powie­dział, że moja pla­sti­kowa torebka tra­fia do loso­wej kon­troli na obec­ność nar­ko­ty­ków, a ja pew­nie wybu­chła­bym pła­czem w jego ramio­nach, wyzna­jąc wszyst­kie smutki od lat sie­dem­dzie­sią­tych. Wszystko to sie­działo mi w gar­dle, gotowe wylać się na pierw­szą przy­ja­zną twarz.

Chyba dobrze, że nie mia­łam czasu na kawę.

Gdy tylko moja torebka i walizka zje­chały z taśmy, ruszy­łam olim­pij­skim mar­szem przez strefę bez­cłową i w dół kory­ta­rza, który wyda­wał się mieć kilo­metr dłu­go­ści, do strefy Bri­tish Air­ways na lot do Heath­row. Kiedy skrę­ci­łam przy bramce numer 19, zzia­jana i pod­de­ner­wo­wana, zauwa­ży­łam, że torebka prze­chy­liła się do przodu na walizce, więc ją popra­wi­łam i dołą­czy­łam do końca kolejki pasa­że­rów, któ­rych wezwano już na pokład.

Kilka cha­otycz­nych chwil póź­niej sie­dzia­łam już w samo­lo­cie, obok bar­dzo poważ­nego biz­nes­mena, któ­rego demon­stra­cyjne uni­ka­nie kon­taktu wzro­ko­wego jasno dawało do zro­zu­mie­nia, że nie jest zain­te­re­so­wany poga­wędką z przy­pad­kową kobietą w samo­lo­cie. Może i lepiej. Nie miał poję­cia, że od uprzej­mego uśmie­chu dzieli go potok żałoby. Choć nie zaszko­dzi­łaby mała pomoc przy wło­że­niu mojej walizki i torebki do schowka nad głową. Nie dla­tego, że jestem jakąś bez­radną, nie­po­radną kobietą – bo bar­dzo daleko mi do tego, o czym prze­kona się sukin­syn, który ukradł Donowi kosiarkę Flymo, jeśli kie­dy­kol­wiek go dopadnę. Pro­blem pole­gał na tym, że mam metr pięć­dzie­siąt sie­dem wzro­stu, a pod­no­sze­nie cię­żaru tak wysoko spra­wiło, że ramiączko sta­nika strze­liło. Tego ranka rycer­skość była defi­ni­tyw­nie mar­twa. Mój Don pomógłby każ­demu bez chwili waha­nia. Sama ta myśl wywo­łała drże­nie brody, które pró­bo­wa­łam ukryć, zapa­da­jąc się w fotel.

Lot z Glas­gow do Lon­dynu trwał nie­spełna godzinę, a ja spę­dzi­łam go z zamknię­tymi oczami, psy­chicz­nie przy­go­to­wu­jąc się na to, co mnie czeka. Sama świa­do­mość, że nie będę sama, że ktoś będzie na mnie patrzył – nawet ktoś, kogo uwiel­biam – spra­wiała, że broda znów zaczy­nała mi drżeć.

Kiedy ponad dekadę temu zgi­nęła Dee, czu­łam to samo. A może gorzej. To była tak bru­talna śmierć, że przez mie­siące nie spa­łam, a jed­no­cze­śnie nie potra­fi­łam znieść zatro­ska­nych twa­rzy bli­skich. Każ­dej nocy wymy­ka­łam się więc z domu i godzi­nami cho­dzi­łam bez celu mię­dzy bez­oso­bo­wymi, pustymi alej­kami naszego lokal­nego super­mar­ketu, z koszy­kiem, który pra­wie zawsze pozo­sta­wał pusty, wdzięczna, że nikt nawet nie spoj­rzy w moją stronę. Nawet ochro­nia­rze przy­zwy­cza­ili się do mojego widoku do tego stop­nia, że sta­łam się dla nich nie­wi­dzialna. Wtedy marzy­łam, by być nie­wi­dzialna dla całego świata. Było ciężko i trwało to długo, ale w końcu zna­la­złam drogę, która przy­wró­ciła mi siłę i odbu­do­wała miłość do życia. Nie nowe życie. Po pro­stu inne. Róż­nica pole­gała na tym, że przez każdy dzień tam­tej żałoby – i przez czter­dzie­ści kilka lat wcze­śniej – Don był przy mnie. A teraz go nie było.

Deli­katne ude­rze­nie kół o pas star­towy oznaj­miło lądo­wa­nie. Jakoś udało mi się samo­dziel­nie ścią­gnąć walizkę z półki i nie było mi szcze­gól­nie przy­kro, gdy roz­huś­tała się jak waha­dło i solid­nie trza­snęła w tyłek nie­po­moc­nego jego­mo­ścia w gar­ni­tu­rze obok. Uda­łam, że nic nie zauwa­ży­łam, sku­piona na typo­wym „łok­cie na zewnątrz” prze­py­cha­niu się do wyj­ścia.

Odwie­dza­łam Carly, jej brata Cal­luma i jego żonę Carol (tak, ich imiona są zde­cy­do­wa­nie zbyt podobne) wiele razy, więc do odbioru bagażu poszłam na auto­pi­lo­cie, cią­gnąc za sobą kabi­nową walizkę z przy­piętą na wierz­chu torebką.

Tym razem moja duża walizka poja­wiła się jako jedna z pierw­szych, więc rzu­ci­łam – przy­znaję, nieco trium­falne – spoj­rze­nie w stronę pana z gar­ni­tu­rem, który teraz z nie­cier­pli­wo­ścią wpa­try­wał się w taśmę. Karma cza­sem jed­nak ist­nieje, pomy­śla­łam, gdy w rekor­do­wym tem­pie prze­szłam przez drzwi do hali przy­lo­tów, sądząc, że to ja będę cze­kać na Carly. Ale nie. Stała tam, z ramio­nami sze­roko otwar­tymi i z kub­kiem ze Star­bucksa w każ­dej dłoni.

– Bar­dziej cie­szysz się na tę her­batę czy na mnie? – zapy­tała z uśmie­chem. To była nasza rodzinna stra­te­gia. Humor jako pla­ster na każdą emo­cję. Uda­waj, aż sta­nie się prawdą.

Mój uśmiech był auto­ma­tyczny. Tak się posta­rała – prze­ko­nała mnie do przy­jazdu, zare­zer­wo­wała bilet, teraz cze­kała i otwie­rała przede mną swój dom – nie było mowy, żebym przy­je­chała tu i się roz­sy­pała.

– Zde­cy­do­wa­nie na cie­bie, kocha­nie – odpo­wie­dzia­łam, obej­mu­jąc ją ostroż­nie, by nie wylać napo­jów.

– Tak się cie­szę, że jesteś, cio­ciu Val – wyszep­tała w moje włosy, a ja prze­łknę­łam ślinę.

Nie roz­syp się. NIE ROZ­SYP SIĘ.

Odchrząk­nę­łam.

– Ja też, skar­bie.

Część mnie naprawdę to czuła. Carly była jedną z tych życio­wych sił, które kar­mią duszę, i w innych oko­licz­no­ściach była­bym zachwy­cona wspól­nym cza­sem. Teraz, pod sztucz­nym uśmie­chem i uda­waną pogodą ducha, czu­łam się tylko roz­bita. A ona, choć widzia­łam tro­skę w jej napię­tym uśmie­chu, kochała mnie na tyle, żeby pod­trzy­my­wać tę grę.

– Dobra, dawaj tę dużą walizkę i chodź za mną. Par­king był kosz­mar­nie zapchany, a miej­sce, które w końcu zna­la­złam, jest chyba bli­żej Korn­wa­lii niż Lon­dynu, więc czeka nas spa­cer.

Nie żar­to­wała. Pra­wie dwa­dzie­ścia minut póź­niej moje haluksy wrzesz­czały w futrza­stych pan­to­flach, gdy wresz­cie wtasz­czy­ły­śmy bagaże i sie­bie do samo­chodu Carly – jakie­goś dużego, luk­su­so­wego modelu z napi­sem „Evo­que” z tyłu.

– Wiem, nie oce­niaj mnie – jęk­nęła Carly. – Jeź­dzi­łam moim sta­rym Mini, dopóki nie zaczęły odpa­dać z niego czę­ści, i wiem, że prze­sko­czy­łam na drugi koniec skali bły­sku, ale… dobra, powiem szcze­rze. Ja go cho­ler­nie kocham. Ma pod­grze­wane sie­dze­nia. Grzeje mi tyłek.

– W takim razie wyba­czam ci tę eks­tra­wa­gan­cję – rzu­ci­łam. – Cie­płe pośladki są ważne.

Carly par­sk­nęła śmie­chem, nachy­liła się i znów mnie uści­skała.

– Będzie dobrze, cio­ciu Val.

– Wiem, kocha­nie. Wiem.

Poczu­łam, jak gar­dło znów się zaci­ska. Nie płacz. Nie płacz. Dasz radę.

Po raz kolejny odchrząk­nę­łam, wypro­sto­wa­łam plecy i – bar­dziej dla odwró­ce­nia uwagi niż z potrzeby – opu­ści­łam lusterko pasa­żera, by spraw­dzić odbi­cie. Wyglą­da­łam dokład­nie tak samo jak rano. Mój pla­ty­nowy blond bob, się­ga­jący tuż pod brodę, był spry­skany lakie­rem do kon­sy­sten­cji cegły, więc nie drgnął ani o mili­metr. Grzywka leżała ide­al­nie nad brwiami, które w latach sie­dem­dzie­sią­tych wysku­ba­łam za bar­dzo i teraz musia­łam je dory­so­wy­wać. Kto by pomy­ślał, że krza­cza­ste brwi wrócą do łask? Nie­bie­ski tusz i eyeli­ner się nie roz­ma­zały, a usta wciąż miały kolor Avon Twin­kle Pink.

Mimo to potrze­bo­wa­łam kolej­nego roz­pra­sza­cza, więc pod­cią­gnę­łam torebkę na kolana, otwo­rzy­łam magne­tyczne zapię­cie i odchy­li­łam klapę. Spoj­rza­łam na dwie prze­grody i poczu­łam, że coś jest nie tak, choć nie umia­łam od razu powie­dzieć co. Aż w końcu do mnie dotarło.

– O cho­lera, zgu­bi­łam szczotkę do wło­sów.

– Mam jakąś w torebce, jeśli masz ochotę zary­zy­ko­wać botu­lizm, grze­biąc w jej cze­lu­ściach. Jestem pewna, że na dnie czai się kanapka z kur­cza­kiem Coro­na­tion z zeszłego tygo­dnia.

– Zary­zy­kuję – zaśmia­łam się i już mia­łam zamknąć torebkę, gdy jak kula wybu­rze­niowa ude­rzyła mnie świa­do­mość.

O Boże. Nie.

Moje oczy zaczęły gorącz­kowo prze­szu­ki­wać wnę­trze, a ręce wycią­gały wszystko po kolei. Tele­fon. Port­fel. Per­fumy. Szminka. Rachu­nek za prąd – nie mam poję­cia, co tam robił, bo prze­cież zapła­ci­łam. Puder. Karta pokła­dowa. Gumki do wło­sów. Grze­bień Dona. Pla­sti­kowa łyżeczka, którą zawsze nosi­łam na wypa­dek, gdyby mały Buddy potrze­bo­wał awa­ryj­nego jogurtu. Chu­s­teczki. Mię­tówki. Drobne.

Szczotki nie było.

Rana w mojej piersi znów roz­warła się na oścież.

I nie było też małego woreczka.

Moje naj­cen­niej­sze pier­ścionki znik­nęły.

Rozdział 2. Sophie Smith

Roz­dział 2

Sophie Smith

Sophie wypa­trzyła tak­sówkę w stre­fie pod­jazdu i odbioru na lot­ni­sku w Glas­gow i ruszyła pro­sto w jej stronę. Kolejka do ofi­cjal­nych lot­ni­sko­wych tak­só­wek przed ter­mi­na­lem była ogromna, a pamię­tała, że dwa lata i mie­siąc temu, gdy przy­le­ciała tu ostat­nio, wyglą­dała dokład­nie tak samo. Tam­tego dnia jej były chło­pak, Ash, prze­szedł z budynku ter­mi­nalu na par­ter par­kingu i stam­tąd zamó­wił Ubera. Dziś posta­no­wiła zro­bić to samo.

Szła tą samą drogą co wtedy i wła­śnie miała otwo­rzyć apli­ka­cję, gdy pod­je­chała czer­wona Škoda, z któ­rej wysia­dła kobieta z blond bobem i zmę­czo­nym wyra­zem twa­rzy. Ruszyła w stronę głów­nego budynku, jakby dźwi­gała na bar­kach cały cię­żar świata. Sophie była pra­wie pewna, że rozu­mie to uczu­cie – sama czuła się dokład­nie tak samo.

Pochy­liła się, by mówić przez uchy­loną szybę od strony pasa­żera.

– Dzień dobry, zawie­zie mnie pan do cen­trum Glas­gow?

– Jestem pry­wat­nym prze­wo­zem. Mogę zabie­rać tylko wcze­śniej zamó­wione kursy. Takie jest prawo – odparł ostro kie­rowca, led­wie na nią patrząc.

Zasko­czona i w rów­nym stop­niu ziry­to­wana jego opry­skli­wo­ścią, Sophie wie­działa, że powinna odpu­ścić, ale nie było w zasięgu wzroku żad­nej innej tak­sówki, a ona po pro­stu chciała już dotrzeć na miej­sce. Iry­ta­cja prze­jęła stery.

– Więc jeśli zadzwo­nię do waszej firmy i zamó­wię kurs, może mnie pan zabrać?

– Nie mam czasu na takie gadki – burk­nął. Wyraź­nie był pod­de­ner­wo­wany, oczy latały mu na boki, jakby spraw­dzał, czy ktoś go obser­wuje.

– Ja też nie. Nie­ważne. Zamó­wię kogoś innego.

Już się pro­sto­wała, gdy usły­szała:

– Trzy­dzie­ści fun­tów. Bez licz­nika. Bie­rze albo nie.

Instynkt pod­po­wia­dał jej, że to zły pomysł. Facet już zacho­wy­wał się jak dupek. Ale trzy­dzie­ści fun­tów i był tu, na miej­scu? Alter­na­tywa w postaci nie wia­domo jak dłu­giego cze­ka­nia wcale jej nie kusiła.

– Dobra – powie­działa i wsko­czyła do środka.

Nie była jed­nak cał­kiem lek­ko­myślna. Pierw­sze, co zro­biła, to dys­kret­nie zro­biła zdję­cie iden­ty­fi­ka­tora kie­rowcy i wysłała je ojcu.

W aucie jakie­goś typa. Jeśli mnie porwie, włącz tryb Liama Neesona i przy­jedź po mnie. X

Odpo­wiedź przy­szła nie­mal natych­miast.

Znajdę Cię. Mam odpo­wied­nie umie­jęt­no­ści… Ale mogę potrze­bo­wać wspar­cia, bo nie jestem już naj­lep­szy w biciu pory­wa­czy. Nie, odkąd nad­wy­rę­ży­łem plecy na polu gol­fo­wym. Baw się dobrze na kon­cer­cie. Uwa­żaj na sie­bie. X

Sophie poczuła, jak po ciele spływa jej fala wstydu. Kon­cert. To był powód, który podała ojcu, mówiąc, że jedzie do Glas­gow. Gdyby znał prawdę…

Otrzą­snęła się. Skup się na tym, co ważne. Krok po kroku. Krok pierw­szy: doje­chać do hotelu i zosta­wić torbę. Dalej na razie nie wybie­gaj. Zresztą to poczu­cie winy było nie­do­rzeczne. Jej ojciec był setki kilo­me­trów stąd, w domku wypo­czyn­ko­wym na obrze­żach Reading, w któ­rym miesz­kał z jej mamą. Nie mógł jej zoba­czyć i z jed­nego SMS-a nie był w sta­nie wyczy­tać, że robi cokol­wiek poza tym, co powie­działa. Nawet nie zapy­tał, na jaki kon­cert jedzie ani z kim. Było w porządku.

Odpi­sała.

Będę uwa­żać. Zadzwo­nię póź­niej. Kocham Cię. Xx

A zaraz potem napi­sała do star­szej sio­stry, Erin.

Tata coś podej­rzewa.

Odpo­wiedź była natych­mia­stowa. Erin pra­co­wała w mar­ke­tingu, zaj­mo­wała się komu­ni­ka­cją i mediami spo­łecz­no­ścio­wymi dla marki bie­liź­niar­skiej w Cam­den, więc tele­fon prak­tycz­nie był przy­kle­jony do jej ręki.

Jesteś pewna, czy tylko masz para­noję?

To na pewno para­noja.

Tak myśla­łam. Czemu po pro­stu mu nie powiesz? Masz dwa­dzie­ścia sześć lat i jesteś silną, nie­za­leżną kobietą, która sama decy­duje o swoim życiu i prze­zna­cze­niu.

Kciuki Sophie śmi­gały po ekra­nie.

A powie­dzia­łaś mu, że palisz i masz tatuaż na tyłku?

Touché. Muszę lecieć. Piszę infor­ma­cję pra­sową o wstaw­kach w ubra­niach. Życie marzeń.

Uśmie­cha­jąc się, Sophie odło­żyła tele­fon na kolana i przez kilka minut patrzyła przez okno na niebo nad mia­stem, które poko­chała, gdy była tu z Ashem.

Wła­ści­wie jutro miną dokład­nie dwa­dzie­ścia cztery mie­siące od dnia, gdy wyje­chała. Data wryła się jej w pamięć, bo jutro była też druga rocz­nica dnia, w któ­rym Ash Ait­ken oświad­czył się jej po zale­d­wie czte­rech mie­sią­cach zna­jo­mo­ści.

Poznali się pod­czas wyprawy z ple­ca­kiem po Azji. Gdyby ktoś powie­dział jej, że poje­dzie aż na Bali i zako­cha się od pierw­szego wej­rze­nia w face­cie z Glas­gow, uzna­łaby, że ktoś dosy­pał cze­goś podej­rza­nego do fajki wod­nej. A jed­nak dokład­nie tak się stało. Natych­miast zła­pali kon­takt – i nie tylko dla­tego, że oboje nie­dawno zdo­byli kwa­li­fi­ka­cje nauczy­ciel­skie i wzięli prze­rwę od zastępstw, by przez kilka mie­sięcy podró­żo­wać. Jakie były na to szanse? Jakby to było prze­zna­cze­nie. A przy­naj­mniej tak sobie wma­wiali.

Zmie­nili plany, żeby móc podró­żo­wać razem, i od tam­tej chwili byli nie­roz­łączni. Po trzech mie­sią­cach sza­leń­czego zako­chi­wa­nia się na gorą­cych, dusz­nych pla­żach i w cha­otycz­nych, tęt­nią­cych życiem mia­stach, przy­je­chała z nim do jego rodzin­nego Glas­gow na błogi, wspa­niały pobyt, który skoń­czył się po zale­d­wie czte­rech tygo­dniach. Wyda­wało się, jakby minęło całe życie.

Pla­no­wała zostać dłu­żej, ale mama zadzwo­niła z naj­gor­szą wia­do­mo­ścią, jaką Sophie kie­dy­kol­wiek usły­szała. Do dziś pamię­tała tylko frag­menty słów. Źle się czuła. Bada­nia. Szpi­tal. Leka­rze. Dia­gnoza. Rak trzustki. Nie rozu­miała wtedy, jak poważne to było ani jakie są roko­wa­nia, ale wie­działa jedno – musi wró­cić. Natych­miast. A to ozna­czało zosta­wie­nie Asha.

Następ­nego dnia, zanim poje­chali na dwo­rzec, skąd miała wsiąść w pociąg do Lon­dynu, a potem do Reading, poszli na Geo­rge Squ­are w cen­trum mia­sta. Każdy szcze­gół tam­tego popo­łu­dnia do dziś odtwa­rzał się w jej gło­wie jak film.

Traw­niki i ławki były pełne ludzi. Kilka osób przy­sta­nęło, gdy Ash wycią­gnął pier­ścio­nek – srebrną obrączkę z jade­item, którą podzi­wiała pod­czas postoju w Peki­nie. Nie­kon­wen­cjo­nalny, ale poko­chała gest i jego uważ­ność.

Na szczę­ście nie uklęk­nął – to był ten rodzaj sceny, który tra­fia do mediów spo­łecz­no­ścio­wych i zostaje tam na zawsze. Zamiast tego pochy­lił się, oparł czoło o jej czoło, trzy­ma­jąc pier­ścio­nek mię­dzy nimi.

– Sophie, wiem, że to wcze­śnie i pew­nie powi­nie­nem zostać aresz­to­wany za stal­king, ale nie chcę już ni­gdy być bez cie­bie. Każda chwila, od kiedy się pozna­li­śmy, była lep­sza od poprzed­niej. Jestem z tobą nie­wia­ry­god­nie szczę­śliwy i nie chcę, żeby to się skoń­czyło. Sophie Smith, wyj­dziesz za mnie?

– Och, kochana, powiedz „tak”! – zawo­łały dwie star­sze panie jedzące pasz­te­ciki z Greggs na naj­bliż­szej ławce. Zde­cy­do­wa­nie zasłu­gi­wały na wieczną obec­ność w social mediach.

Kiedy Sophie otrzą­snęła się z osłu­pie­nia, miała ochotę być impul­sywna, dzika i roman­tyczna. Naprawdę. Z wielu powo­dów. Po pierw­sze dla­tego, że od chwili, gdy ich spoj­rze­nia spo­tkały się na balij­skiej plaży o zacho­dzie słońca, czuła dokład­nie to samo. Zaczęli roz­ma­wiać i – choć brzmiało to banal­nie – jakby natych­miast wie­dzieli o sobie nie­mal wszystko. A to, czego nie wie­dzieli, w kolej­nych dniach i tygo­dniach doda­wało tylko nowych warstw eks­cy­ta­cji. Kochała go. Był pierw­szym – i miała nadzieję, że ostat­nim – męż­czy­zną, któ­rego poko­chała.

Ale…

– Nie mogę – wyszep­tała, a głos zała­mał jej się na tych sło­wach. – Bo jeśli teraz powiem „tak”, zawsze będę pamię­tać, że było w tym coś smut­nego, bo wła­śnie cię zosta­wia­łam.

To było za dużo wszyst­kiego. Za dużo emo­cji. Za dużo zamie­sza­nia. Za dużo ludzi, któ­rzy jej potrze­bo­wali.

– Może innym razem? – spró­bo­wała zażar­to­wać drżą­cym gło­sem. – Zapy­tasz mnie jesz­cze raz? Póź­niej. Kiedy mama wyzdro­wieje?

Wes­tchnął, uśmiech­nął się i poca­ło­wał ją w czoło.

– Dobrze… Obie­caj, że wró­cisz, a ja zapy­tam cię znowu za rok. Wła­śnie tutaj. A jeśli powiesz „nie”, zapy­tam znowu w kolej­nym roku. I następ­nym. Będę cię pytał każ­dego czwar­tego maja, aż powiesz „tak”.

– Obie­cuję – wyszep­tała, nie wie­dząc, czy jej serce pęka, czy puch­nie tak bar­dzo, że zaraz eks­plo­duje.

Wtedy zauwa­żyła, że dwie panie z pasz­te­ci­kami zamarły z jedze­niem w pół drogi do ust, cze­ka­jąc na odpo­wiedź. Kolejne kilka osób w pobliżu rów­nież patrzyło, cze­ka­jąc na wielki finał. Zawio­dła już Asha, a teraz miała zawieść i ich.

– Ale Ash… – dodała cicho, tak by sły­szał tylko on. – Mamy publicz­ność. Więc teraz masz się ucie­szyć i wyca­ło­wać mi twarz, żeby nie wyglą­dało, że powie­dzia­łam „nie”. Bo nie powie­dzia­łam. Powie­dzia­łam tylko „póź­niej”.

I tak zro­bili. Poki­wała głową z prze­sadną rado­ścią, on uniósł pięść w geście triumfu, pod­niósł ją i zakrę­cił, a potem cało­wali się, aż uci­chły okla­ski. Ostat­nie, co zapa­mię­tała, zanim ruszyli „w stronę zachodu słońca” (czyli w stronę Dworca Glas­gow Cen­tral), było mruk­nię­cie jed­nej z pań:

– Och, Daphne, nic dziw­nego, że zaja­dam emo­cje. To mia­sto to emo­cjo­nalny rol­ler­co­aster.

Kiedy pociąg ruszał, Sophie nie miała poję­cia, co ją czeka. Nie wie­działa o strasz­nych rze­czach, które miały się wyda­rzyć, ani o tym, że ból nad­cho­dzą­cych mie­sięcy sprawi, że kilka mie­sięcy póź­niej cał­ko­wi­cie zerwie kon­takt z Ashem. Że już ni­gdy wię­cej się nie ode­zwą. I że z wielu powo­dów, o któ­rych teraz nie chciała myśleć, nie wróci do Glas­gow aż do tego week­endu.

Jesz­cze wczo­raj nie była pewna, czy w ogóle przy­je­dzie. W końcu jed­nak uznała, że teraz albo ni­gdy. Szkoła zamknęła się wczo­raj na ferie, więc co innego miała robić? Drugi rok z rzędu uczyła drugą klasę, więc plany lek­cji na kolejny semestr miała już gotowe. Jej sze­ścio­latki i sied­mio­latki były tak pod­eks­cy­to­wane wol­nym, że jej samej się to udzie­lało. A jeśli z tego wszyst­kiego nic nie wyj­dzie, przy­naj­mniej opo­wie im o swo­jej podróży do Szko­cji i wple­cie kilka histo­rii o zam­kach oraz legen­dach o potwo­rach miesz­ka­ją­cych w jezio­rach.

Nie żeby w ten week­end pla­no­wała jakie­kol­wiek zwie­dza­nie. Była tu tylko z jed­nego powodu – żeby zna­leźć Asha.

Jed­nak teraz, gdy tak­sówka zje­chała z lot­ni­ska i włą­czyła się na pas pro­wa­dzący na auto­stradę do cen­trum, wąt­pli­wo­ści i lęk znów zaczęły ją dopa­dać. Czy kto­kol­wiek znaj­duje szczę­ście, goniąc za żalem? I czy nie będzie za późno, by to napra­wić?

Chciała tylko powie­dzieć prze­pra­szam. Popro­sić o wyba­cze­nie. Dowie­dzieć się, czy on wciąż czuje to samo, wciąż ją kocha, wciąż jej chce. A jeśli tak – tym razem nie będzie na tyle głu­pia, by pozwo­lić mu odejść.

Kie­rowca chrząk­nął z przodu.

– Dokąd w cen­trum?

– Do Hotelu Geo­rge Squ­are Grand.

Wes­tchnął prze­sad­nie.

– W sam śro­dek. Oczy­wi­ście. Ruch tam jest teraz kosz­marny, zwłasz­cza z tymi absur­dal­nymi ogra­ni­cze­niami do dwu­dzie­stu mil na godzinę. Szyb­ciej byłoby wysiąść i iść pie­szo. Te całe zie­lone bred­nie. Ogra­ni­cze­nia pręd­ko­ści, strefy niskiej emi­sji. Pie­przeni radni nisz­czą to mia­sto. Idioci, każdy jeden.

Był wyraź­nie wzbu­rzony, a nawet z tyl­nego sie­dze­nia widziała, że jego twarz poczer­wie­niała z iry­ta­cji. Może gdyby otwo­rzył okno albo włą­czył kli­ma­ty­za­cję, pozbyłby się też potu błysz­czą­cego na karku.

Sophie wes­tchnęła. Powinna była pocze­kać w kolejce. Albo zna­leźć auto­bus. Albo iść pie­szo. Cokol­wiek, byle nie to.

Mama zawsze mówiła jej, że przy­ciąga sie­roty i zbłą­kane dusze. Nowe dziecko w szkole? Sophie przy­pro­wa­dzała je na her­batę. Błą­ka­jący się pies? Zbie­rała go z ulicy, wyda­wała kie­szon­kowe na puszkę karmy i prze­my­cała do kuchni. Naj­wy­raź­niej przy­ciągała też nie­to­le­ran­cyj­nych, zgorzk­nia­łych face­tów, któ­rzy chcieli wygła­szać tyrady na każdy temat. Przez moment roz­wa­żała powie­dze­nie mu, że jest star­szą sio­strą Grety Thun­berg, żeby zoba­czyć, czy eks­plo­duje mu głowa, ale nie chciała spo­wo­do­wać karam­bolu.

Odwra­ca­jąc się, by wło­żyć tele­fon do torby obok sie­bie, dostrze­gła coś na pod­ło­dze za fote­lem kie­rowcy. Guzik jej dżin­sów zapro­te­sto­wał, gdy się­gnęła w dół, po czym nie­mal natych­miast cof­nęła rękę, gdy palce natra­fiły na wło­sie szczotki do wło­sów. Patrząc na tłu­ste, przy­klap­nięte włosy kie­rowcy, uznała, że raczej nie była jego. Ktoś musiał ją zgu­bić.

Pod­nio­sła ją i dopiero gdy usia­dła pro­sto, zauwa­żyła, że w szczotkę zaplą­tało się coś jesz­cze. Dwa cien­kie czarne sznurki przy­mo­co­wane do małego czar­nego, aksa­mit­nego woreczka.

Zacie­ka­wiona wyplą­tała je z wło­sia, otwo­rzyła wore­czek i wysy­pała zawar­tość na dłoń, wyda­jąc z sie­bie cichy okrzyk, gdy wypa­dły z niego cztery pier­ścionki.

Jej reak­cja przy­cią­gnęła uwagę kie­rowcy.

– Chce pani coś powie­dzieć? – rzu­cił wyzy­wa­jąco, patrząc na nią w lusterku. Naj­wy­raź­niej sądził, że odnosi się do jego tyrady o miej­skich wła­dzach.

– Nie, po pro­stu… zna­la­złam coś na pod­ło­dze. Ktoś zgła­szał zgubę?

W lusterku zoba­czyła podejrz­li­wość.

– Nie. – Odpo­wie­dział ostroż­nie. – Co to?

– Szczotka do wło­sów. I jeden, dwa, trzy, cztery pier­ścionki.

Przyj­rzała się im uważ­niej. Gładka złota obrączka była wyraź­nie męska – więk­sza od pozo­sta­łych. Dwa kolejne też były złote – jeden z trzema dia­men­tami, drugi z dużym pro­sto­kąt­nym szma­rag­dem. Wyglą­dały na stare, może nawet zabyt­kowe. Czwarty był srebrny lub z bia­łego złota, z deli­kat­nym sku­pi­skiem dia­men­tów. Z początku wyda­wał się okrą­gły, ale teraz zoba­czyła, że two­rzy literę D.

D jak Diana. Tak miała na imię jej mama. W jej gło­wie coś zasko­czyło. Gdyby wie­rzyła w znaki od losu, uzna­łaby to za cał­kiem wyraźny sygnał, że powinna była przy­je­chać do Glas­gow.

A pier­ścionki? Nie­trudno było domy­ślić się, co się stało. Szczotka musiała wypaść z torby czy ple­caka i pocią­gnąć je za sobą. Ktoś gdzieś będzie ich szu­kał.

– No dobrze. Pro­szę je rzu­cić na przed­nie sie­dze­nie, a ja zgło­szę w cen­trali, że je zna­la­złem, a potem oddam na poli­cję.

Coś w jego tonie – a może to, że od pierw­szej chwili był opry­skliwy – spra­wiło, że na karku Sophie zje­żyły się włosy.

– Może pan zadzwo­nić do cen­trali teraz? Na wypa­dek, gdyby ktoś już dzwo­nił w tej spra­wie?

Pauza. Było widać, że iry­tuje go pod­wa­ża­nie jego słów.

– Licz­nik nie jest włą­czony – powie­dział, wyraź­nie arty­ku­łu­jąc każde słowo, jakby mówił do dziecka. – Zgło­szę póź­niej, kiedy uznają, że wró­ci­łem do pracy.

Kła­mał. Nie miała na to żad­nych dowo­dów, a intu­icja nie była jej naj­moc­niej­szą stroną, ale po pro­stu to czuła.

W więk­szo­ści kon­fron­ta­cji w życiu wyco­fy­wała się i wybie­rała łatwiej­szą drogę, ale dziś coś w niej nie ustę­po­wało. Samo­chody mknęły obok, a fakt, że jego spoj­rze­nie co chwilę wra­cało do lusterka, spra­wiał, że czuła nie­po­kój. Wola­łaby, żeby patrzył na drogę.

– To może tak: pro­szę mnie wysa­dzić przy komi­sa­ria­cie w cen­trum, zapłacę wię­cej, a ja zaniosę je do środka. Na pewno ktoś bar­dzo chce je odzy­skać.

Nie spodo­bało mu się to.

– Powie­dzia­łem, żeby je rzu­cić na przód. To moja tak­sówka, kocha­nie. Tak to działa. Jeśli coś tu zostaje, to ja decy­duję, co z tym zro­bić.

Cho­lera. Cho­lera. Cho­lera.

Zamknęła oczy, wzięła oddech. Co to za róż­nica? To nie jej pier­ścionki. Nie wie, do kogo należą. Mogą być kra­dzione. Może ktoś wła­śnie zmie­rzał do lom­bardu. A może…

Nie. Nawet jako dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­nia kobieta w takich chwi­lach sły­szała głos mamy, zachę­ca­jący ją, by wal­czyła o swoje.

– Skoro i tak chce je pan oddać poli­cji, to pro­szę pójść ze mną. Jeśli będzie nagroda, może być dla pana. Ja tylko chcę mieć pew­ność, że tra­fią do jakiejś bazy danych i wrócą do wła­ści­ciela.

– Jak pani śmie… Suge­ruje pani, że nie można mi zaufać?

– Nie! – skła­mała.

Scho­wała pier­ścionki do woreczka i zacią­gnęła sznurki, po czym popra­wiła pas bez­pie­czeń­stwa, który nagle wydał się jej zbyt cia­sny. Ta podróż przy­bie­rała kie­ru­nek, który bar­dzo jej się nie podo­bał. Gdyby nie czte­ro­pa­smowa auto­strada, kaza­łaby mu się zatrzy­mać.

– Suka.

Pra­wie nie­sły­szalne. Pra­wie. Wyszep­tał to pod nosem, ale usły­szała wyraź­nie. Pas awa­ryjny nagle wydał się bez­piecz­niej­szą opcją niż sie­dze­nie w tym samo­cho­dzie.

Jak do tego doszło? Poprzed­nio spo­ty­kała tu tylko życz­li­wych ludzi i roz­mow­nych tak­sów­ka­rzy z zabaw­nymi aneg­do­tami. Tym razem była w mie­ście nie­całą godzinę i już wda­wała się w otwarty kon­flikt z face­tem, który wła­śnie nazwał ją suką, jadąc sie­dem­dzie­siąt mil na godzinę.

Gdyby była tu Erin, szybko posta­wi­łaby go do pionu i roz­wa­liła dach tego auta, ale Sophie taka nie była. Zawsze była media­torką. Tą cichą. Tą, która stała z boku i wszystko ana­li­zo­wała – zwy­kle za długo.

Ale nie dziś. Gdy tylko zjadą z auto­strady, zażąda, by zatrzy­mał się przy komi­sa­ria­cie. Wła­ści­wie powinna już spraw­dzić, gdzie jest naj­bliż­szy. Wycią­gnęła tele­fon. Szyb­kie spoj­rze­nie w lusterko – jego oczy były skie­ro­wane na drogę, ale szkar­łatna twarz i pul­su­jąca żyła przy szczęce zdra­dzały wście­kłość.

Jej kciuki pra­co­wały jak sza­lone, gdy spraw­dzała w Google naj­bliż­szy komi­sa­riat. Zaraz mieli minąć jeden w dziel­nicy Govan, kilka zjaz­dów dalej. Nawet jeśli wej­dzie z nią do środka, może go zosta­wić i zamó­wić inną tak­sówkę spod komi­sa­riatu. Nie było mowy, by znów wsia­dła do tego auta. Tak, to wła­śnie…

– Idiota! – syk­nął z przodu.

Głowa Sophie pode­rwała się w górę dokład­nie w chwili, gdy samo­chód gwał­tow­nie zje­chał w bok, a z jego ust wydo­był się wście­kły war­kot pod adre­sem bia­łego vana, który ich wyprze­dził. Tego typu sytu­acje zda­rzały się codzien­nie, ale ten kie­rowca brał je do sie­bie. To był naj­gor­szy pora­nek w jej życiu. Przy­je­chała tu, by zary­zy­ko­wać serce. Okła­mała ojca. A teraz czuła się jak w kolej­nym fil­mie z serii Szybcy i wście­kli: Zabój­cza tak­sówka.

Led­wie skoń­czyła tę myśl, gdy zoba­czyła, jak głowa kie­rowcy opada do tyłu. Poczuła, jak samo­chód zaczyna się śli­zgać. Koły­sać. A potem – nie, nie, nie – wiro­wać.

Huk.

Głu­che ude­rze­nie.

Prze­ra­ża­jące uczu­cie, że rzuca nią na bok, potem do przodu, potem znów do tyłu.

A potem ból. Okropny, palący ból.

Sophie w jed­nej chwili zro­zu­miała, że to nie skoń­czy się dobrze.

Tata ni­gdy jej tego nie wyba­czy. Kłam­stwa. Powrotu po Asha. Tego, że umrze.

To były jej ostat­nie myśli, zanim wszystko pogrą­żyło się w czerni.

Rozdział 3. Alice McLenn

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki