32,90 zł
Kiedy wydaje się, że wszystko jest stracone, głęboko w nas wciąż tli się nadzieja…
Val Murray gubi najcenniejsze pamiątki po bliskich, których straciła. Czy rodzina, nowoczesna technologia i odrobina cudu pomogą jej poskładać rozbite serce?
Sophie Smith musiała zaczekać z odpowiedzią na oświadczyny. Czy próba cofnięcia czasu zaprowadzi ją do prawdziwej miłości, czy raczej znów skończy się rozczarowaniem?
Alice McLenn trwała przy mężu, Larrym, gdy skandal odebrał im wszystko. Kiedy jego nazwisko ponownie trafia na nagłówki gazet, Alice dostaje szansę, by odejść. Tylko czy znajdzie w sobie siłę, by wreszcie to zrobić?
Rory Brookes odwrócił się od rodziców, żeby ocalić karierę i małżeństwo. Teraz, jednego dnia, stracił jedno i drugie. Czy nie jest już za późno, by naprawić relację z jedyną osobą, która nigdy go nie zawiodła?
Trzy dni. Cztery złamane serca. I jeden weekend, który może wszystko odmienić.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 318
Tytuł oryginału: One Long Weekend
Korekta: zespół
Copyright © by Shari Low, 2024
All rights reserved
Copyright © for the Polish translation by Karolina Niewiadomska, 2026 Prawa do przekładu zostały pozyskane za pośrednictwem Vicki Satlow Literary Agency oraz Book/Lab Literary Agency Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., 2026
Producent Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: sekretariat@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dressler.com.pl
Dane do kontaktu Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 e-mail: biuro@swiatksiazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydawnictwoswiatksiazki.pl
Warszawa 2026
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, ksiazki.pl, czytam.pl
Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-68812-67-1
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Moim dwóm babciom, Sadie Hill i Betty Murphy. Dwóm niemożliwym do zatrzymania siłom, które pokazują światu, jak to się robi. Tęsknię i kocham.
Od Shari…
Kochanie!
Witaj ponownie! Dziękuję, że sięgnęłaś (lub sięgnąłeś) po kolejną moją książkę, a jeśli to nasze pierwsze spotkanie – witaj! Mam nadzieję, że spodobają Ci się słowa, które za chwilę wypełnią kolejne strony.
Chciałam napisać kilka słów o tym, jak powstała ta książka, bo tym razem nie jest to historia, którą pierwotnie planowałam opowiedzieć. Jednak, jak w przypadku wielu moich powieści, prawdziwe życie rzuciło mi pod nogi nieoczekiwany zakręt, który całkowicie zawładnął moimi myślami i poprowadził wyobraźnię w zupełnie nowym kierunku. Większość rzeczy, które mnie spotykają – dobrych i złych – prędzej czy później trafia do moich książek, a to wydarzenie było jednym z tych, które odłamały maleńki kawałek mojego serca.
We wrześniu ubiegłego roku leciałam z mojego domu w Glasgow do Los Angeles. Przez kilka dni prawie nie spałam, bo jednocześnie żonglowałam samymi ekscytującymi sprawami – premierą One Christmas Eve, poprawkami do One Year After You i pisaniem dwóch nowych książek – a przy tym zmagałam się z rzeczami już znacznie mniej przyjemnymi: problemami zdrowotnymi w rodzinie, dwiema druzgocącymi stratami i remontem domu, który sprawił, że przez niemal miesiąc mieszkałam w zimnym, zakurzonym gruzowisku, mając za towarzystwo wyłącznie mikrofalówkę. Prawdziwie (niezbyt) glamour.
Kiedy tamtego ranka przyjechała po mnie taksówka na lotnisko, byłam na nogach od dwudziestu czterech godzin, a walizkę pakowałam w chaotycznym, pozbawionym snu pośpiechu – gdzieś pomiędzy pisaniem kolejnych stron, realizowaniem zobowiązań promocyjnych związanych z nową książką a wyrzucaniem wszystkich szybko psujących się produktów z misy na owoce i z lodówki.
Nie piszę tego, by wzbudzić współczucie, lecz by nakreślić tło mojego ogromnego błędu. Gigantycznego. Jednego z najbardziej kolosalnych w historii.
Nigdy nie noszę biżuterii w podróży, więc – jak zawsze – włożyłam rzeczy, które kocham najbardziej, do małego czarnego aksamitnego woreczka. Siedem pierścionków. Trzy z nich były zwykłą biżuterią sztuczną, ale obok nich spoczywał komplet obrączek, który mój mąż podarował mi z okazji naszej dwudziestej piątej rocznicy ślubu, kolejny drogocenny pierścionek, który dostałam ponad trzydzieści lat temu, oraz… wciąż nie potrafię pisać o tym bez łez… dymny kwarc oprawiony w złoto, należący do mojej ukochanej, nieodżałowanej babci, Betty. Nie jestem materialistką. Nie jestem też szczególnie „biżuteryjną” osobą. Ale te cztery pierścionki były jednymi z nielicznych rzeczy na świecie, które naprawdę uwielbiałam.
Wsunęłam woreczek do tylnej kieszeni torebki i wtedy popełniłam błąd – nie zasunęłam zamka. Zamiast tego wrzuciłam do środka paszport, portfel, szczotkę do włosów i tuzin innych rzeczy, zatrzasnęłam magnetyczne zapięcie i wybiegłam z domu, słysząc ponaglające trąbienie taksówkarza.
Zapewne domyślasz się, co wydarzyło się potem, dlatego w tym miejscu oddam tę historię jednej z moich ulubionych bohaterek – mojej ukochanej Val. To właśnie ona powinna ją opowiedzieć.
Przez lata Val pojawiała się w większości moich książek, a jej wielkie, odważne i lojalne serce inspirowane było moją babcią, która nosiła ten dymny kwarc na dłoni, a która kiedyś trzymała moją. To, co rozegra się na tych stronach, jest podróżą Val, nie moją – choć swoją własną historię dopowiem w ostatnim rozdziale.
Tymczasem pozwólmy Val przejąć opowieść. A Wy, drodzy czytelnicy – jeśli podróżujecie z czymś cennym – zapnijcie tę torebkę.
Z miłością,
Shari xx
Podczas tej podróży poznacie…
Val Murray – uwielbianą mamę, babcię i przyjaciółkę, obdarzoną szerokimi ramionami, ogromnym sercem oraz niewyczerpanymi pokładami empatii, troski i karmelowych wafelków.
Carly Morton – siostrzenicę Val i jedną z jej ulubionych osób na świecie. Szczęśliwie zamężna ze swoim drugim mężem, Samem, ale zmagająca się z pustką w domu, odkąd jej synowie – dwudziestodwuletni Mac i dwudziestoletni Benny – wyfrunęli w świat, by realizować swoje marzenia.
Carol Cooper – była modelka, obecnie influencerka w mediach społecznościowych, żona brata Carly, Calluma (i tak, ich imiona są zdecydowanie zbyt podobne – co nieustannie dezorientuje starszych członków rodziny) oraz mama dwudziestotrzyletnich bliźniaczek, Charlotte i Toni.
Sophie Smith – nauczycielka w szkole podstawowej, córka nadopiekuńczego Sida, siostra Erin, obecnie singielka – choć w ten weekend zamierza zmienić swój status.
Erin Smith – siostra Sophie, pracuje w marketingu i mediach społecznościowych dla londyńskiej marki bieliźnianej.
Ash Aitken – były chłopak Sophie, jak dotąd jedyna miłość jej życia i ten, którego straciła.
Alice McLenn – matka Rory’ego, żona Larry’ego McLenna, sprzątaczka pracująca na dwie zmiany, która mimo samotnego życia u boku męża, którym gardzi, wciąż potrafi odnaleźć drobne przebłyski radości.
Larry McLenn – mąż Alice, były polityk, którego publiczny upadek zrujnował karierę i zniszczył jego rodzinę.
Rory Brookes (McLenn) – syn Alice i Larry’ego, biegły księgowy śledczy w Fieldow Financial Group, mąż niezwykle eleganckiej Julii, obecnie zmagający się z kolejnym osobistym kryzysem.
Julia Fieldow Brookes – dbająca o wizerunek, żyjąca w separacji żona Rory’ego oraz córka jego szefa, Rogera Fieldowa.
Roger Fieldow – ceniony przełożony i mentor Rory’ego, założyciel i prezes Fieldow Financial Group.
Albie Pratt – początkujący komik stand-upowy i przyjaciel Rory’ego jeszcze z czasów szkoły średniej.
Doktor Richard Campbell – ordynator Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Glasgow Central Hospital.
PIĄTEK
3 maja 2024
Rozdział 1
Val Murray
Zastanawiałam się, czy gdybym wrzuciła telefon do puszki na herbatniki i z całej siły docisnęła szczelną pokrywkę, przestałby dzwonić. Jakiś mentalny zator sprawiał, że nie potrafiłam sobie przypomnieć, jak wyłączyć to cholerstwo (dlaczego nie ma po prostu zwykłego przycisku on/off?). Nie należę do osób, które wykonują dramatyczne gesty w rodzaju rzucenia nim o ścianę czy zgniecenia go pod obcasami moich niebieskich, futrzastych pantofli, bo wtedy musiałabym kupić nowy. A marnowanie pieniędzy w ten sposób jest sprzeczne z moją filozofią życiową. Nie będziesz wydawać ciężko zarobionych oszczędności ani emerytury na nowoczesne badziewie w rodzaju wypasionych telefonów czy designerskich torebek. Natomiast absurdalnie drogie bilety na koncert Toma Jonesa… Cóż, to była inwestycja w dobrostan osobisty.
Ta myśl przywołała wspomnienie, które natychmiast ściągnęło mi do gardła bolesną gulę. Mój mąż, Don. Na milionie przyjęć. Przez ponad czterdzieści lat małżeństwa. Śpiewający It’s Not Unusual. Z gestykulacją, swoim głębokim, seksownym głosem i tym łobuzerskim błyskiem w oku, bo wiedział, że mnie rozśmiesza. Błyskiem, który kilka lat temu przygasiła choroba Alzheimera, a nieco ponad miesiąc temu zgasł całkiem, kiedy odszedł w moich ramionach.
Nagle ból wspomnienia był brutalniejszy niż lęk przed rozmową z kimkolwiek przez telefon, więc odebrałam.
– Halo?
– Ile razy pomyślałaś o wyrzuceniu telefonu przez okno, zanim odebrałaś, ciociu Val?
Moja siostrzenica, Carly, od zawsze miała niesamowitą zdolność czytania mi w myślach i tym razem też była blisko prawdy. Jestem jej oficjalną ciocią, odkąd Don i ja pobraliśmy się ponad cztery dekady temu. Z radością wzięliśmy pod skrzydła córkę jego starszego brata. Nie chodziła jeszcze wtedy do liceum, a teraz ma ponad pięćdziesiątkę, więc przerywana linia między rodziną z krwi a powinowactwem dawno już się zatarła.
– Ani razu – odpowiedziałam, zajmując swoje miejsce przy naszym wysłużonym, dębowym blacie stołu. Dziś nazwaliby go „rękodziełem” albo „meblem z odzysku”, ale prawda była taka, że był po prostu stary i kochany. – Miałam zamiar wsadzić ciebie do puszki na herbatniki.
– Przytyłam dwa funty od samego wyobrażenia – odparowała Carly, a ja się uśmiechnęłam.
Moja siostrzenica jest jedną z moich ulubionych osób, które zostały mi na tym świecie, ale tym razem jej głos ani odrobinę nie zmniejszył mojego niepokoju. Tak było każdego dnia od śmierci Dona. Łomoczące serce, bezsenne noce, przeplatane paraliżującą trwogą, która wyłączała moje ciało i umysł komórka po komórce, aż ledwie funkcjonowałam.
W dorosłym życiu poniosłam trzy straty, które niemal mnie złamały. Pierwsza, gdy moja córka Dee została potrącona przez naćpanego kierowcę, mając niespełna trzydzieści lat. Druga, gdy moja najlepsza przyjaciółka, Josie, zmarła nagle – zaledwie kilka godzin po tym, jak tańczyłyśmy do utraty tchu, piłyśmy szampana i śmiałyśmy się do łez na weselu. I trzecia – teraz, kilka tygodni po pożegnaniu miłości mojego życia.
Don odszedł pierwszego kwietnia. Prima aprilis. Nawet wtedy musiał mieć ostatni żart. Od tamtej pory życzliwi ludzie powtarzają wszystkie te banały. Że żałoba to cena za miłość. Że czas leczy rany. Że lepiej kochać i stracić… Ale te wszystkie frazesy sprawiają tylko, że zaciskam zęby i krzyczę w myślach, że najwyraźniej nie znali Dona Murraya, bo tutaj nic z tego nie ma zastosowania. Jest tylko rozdzierająca, brutalna dziura w sercu, która boli fizycznie, nawet gdy staram się jakoś przetrwać codzienność.
– Nie powinnaś już siedzieć w taksówce? – zapytała Carly, a po moich ramionach przebiegła nowa fala napięcia. Taksówka. Ta, która miała mnie zawieźć na lotnisko, na lot do Londynu, gdzie mieszkała od dwudziestu paru lat.
– Nie, jestem spakowana i gotowa, ale jeszcze w domu.
Jej pytanie sprawiło, że spojrzałam na zegar w kuchni. Dziesięć po ósmej. Cholera. Taksówka była zamówiona na ósmą, a ja kompletnie straciłam poczucie czasu.
– Zwykle przysyłają SMS, że już są, ale poczekaj…
Obcasy moich pantofli klikały po panelach, gdy pospieszyłam korytarzem w szeregowcu, w którym mieszkałam od dnia naszego ślubu. Kiedyś nie było niczym niezwykłym brać ślub ledwie po skończeniu szkoły. Większość moich znajomych zamieniła wtedy dom rodziców na swój pierwszy, małżeński. Ale czasy się zmieniły. I dobrze. Niewiele z tamtych młodzieńczych małżeństw przetrwało próbę czasu, a niektóre z tych, które przetrwały, były po prostu dwójką ludzi uwięzionych w umowie, z której nie mieli siły, energii ani środków się wyplątać. Ja miałam szczęście. Trafił mi się dobry człowiek, którego kochałam do dnia jego śmierci, i dom, który wykupiliśmy od gminy w czasach, gdy Spandau Ballet było na szczytach list. Nie był okazały, ale był najszczęśliwszym domem, gdy wychowywaliśmy tu rodzinę, i wiedziałam, że nigdy bym go nie zamieniła.
Gdy otworzyłam drzwi wejściowe, uderzył mnie gorąc niezwykle ciepłego jak na maj poranka. Spojrzałam w lewo, w stronę parkingu na końcu szeregu, gdzie krępy, czerwonolicy facet wysiadał z czerwonej Škody z napisem „taxi” na drzwiach. Cholera, pewnie stał tam już od ósmej. I nie wyglądał na zachwyconego czekaniem.
Całe życie mieszkałam w Weirbridge, w wiosce, gdzie wszyscy się znają, więc w dziewięciu na dziesięć przypadków rozpoznawałam miejscowych taksówkarzy. Dzisiaj nie. Tego faceta nigdy wcześniej nie widziałam.
Zasłonił oczy dłonią, mrużąc je w słońcu, potem pomachał i wskazał na zegarek.
– Stoję tu już dziesięć minut! – krzyknął, a ja w głowie odjęłam mu kilka funtów z napiwku za tę nutę agresji w głosie.
– Już idę, przepraszam! – odkrzyknęłam i pośpieszyłam z powrotem do środka.
– Właśnie straciłam bębenek – jęknęła Carly w słuchawce. – Dobra, kończę, ciociu Val. Do zobaczenia za parę godzin. Będę w hali przylotów. I, Val…
Czasem opuszczała „ciociu” i wcale mi to nie przeszkadzało.
– Tak się cieszę, że przyjeżdżasz.
– Ja też, kochanie – powiedziałam i miałam nadzieję, że zabrzmiało przekonująco.
Bo prawda była taka, że wcale nie chciałam jechać. Chciałam kazać temu opryskliwemu taksówkarzowi spadać. Chciałam wrócić do domu. Wejść na górę i położyć się do łóżka. I zostać tam, aż na otwartej ranie w piersi po brutalnym wyrwaniu serca zrośnie się nowa skóra. Ale nie mogłam. Obiecałam wszystkim, których znam, że polecę do Londynu.
– Muszę kończyć. Do zobaczenia. Kocham cię nad życie.
– Ja ciebie też – usłyszałam, zanim rozłączyłam się i wrzuciłam telefon do torebki na konsoli w przedpokoju.
Czułam, jak przyspiesza mi puls, jak drżą mi dłonie i jak tępy ból głowy po zbyt wielu bezsennych nocach wwierca się w skronie. Spróbowałam się ogarnąć.
Dobra, Val Murray, zbierz się. Nie będziesz tu siedzieć i się nad sobą użalać. Dasz radę. Podciągnij majtki silnej, niezależnej kobiety i ruszaj. Bo tak naprawdę nie ma dobrych opcji.
W kuchni włożyłam kubek do zmywarki, sprawdziłam tylne drzwi i ogrzewanie. Mimo że był maj, wciąż rano ustawiłam je na godzinę, żeby ogrzać dom – teraz, gdy nie budziłam się już w cieple dużych ramion mojego Dona.
W przedpokoju zdjęłam z wieszaka jasnoniebieską kurtkę pasującą do obcasów i mojego firmowego eyelinera (lata osiemdziesiąte i makijaż Princess Diana nie zostaną zapomniane, póki żyję), włączyłam alarm, który mój syn Michael zamontował dekadę temu, zarzuciłam torebkę na ramię, chwyciłam dużą walizkę rejestrowaną i mniejszą kabinową i wyszłam, zamykając za sobą drzwi.
Nie dotarłam jeszcze do końca ścieżki, gdy mój wzrok padł na tabliczkę Neighbourhood Watch przytwierdzoną do latarni kilka metrów dalej. Moja przyjaciółka Nancy powiesiła ją lata temu jako psychologiczny „odstraszacz ninja” po tym, jak jakiś gówniarz włamał się do szopy Dona i ukradł nasze dekoracje świąteczne oraz jego nowiutką kosiarkę Flymo. Być może przez chwilę życzyłam sobie, żeby tym cholerstwem odciął sobie palce u nóg. Niech będzie, chciałam, żeby tak się stało.
Nagle w mojej głowie zderzyła się cała lawina myśli. A jeśli ktoś włamie się do domu, gdy będę w Londynie? Dziś potrafią obejść każdy alarm. A jeśli zabiorą moje kosztowności? Niewiele ich mam. Telewizor, który Don kupił do oglądania meczów, kilka sztuk biżuterii i…
Stop. Cofnij. Kilka sztuk biżuterii.
– Jedzie pani czy nie?! – warknął taksówkarz, widząc, że stoję jak wryta. Kolejne funty mniej z napiwku.
– Już idę, słoneczko – odkrzyknęłam z nutą sarkazmu.
Zostawiłam walizki i wbiegłam z powrotem do domu. Otworzyłam drzwi. Wyłączyłam alarm. Rzuciłam torebkę. Tym razem skręciłam w stronę schodów i wpadłam na górę z prędkością fretki na kofeinie. Nie do pomyślenia było, że miałabym gdziekolwiek jechać bez ludzi, których kochałam najbardziej. A raczej – bez tego, co mi po nich zostało.
Otworzyłam wieko starej mahoniowej szkatułki po mamie. Nigdy nie miałyśmy w niej nic naprawdę cennego, ale jednak. Odsunęłam plątaninę kolorowych korali i wiszących kolczyków i wyjęłam poduszeczkę z czterema pierścionkami, które ceniłam bardziej niż jakiekolwiek inne materialne rzeczy.
Złodzieje mogli zabrać telewizor. Nawet dziesięcioletnią kanapę czy frytkownicę beztłuszczową, której wciąż nie umiałam obsłużyć. Ale nie dostaną pierścionka, którym Don mi się oświadczył, gdy ledwie skończyliśmy szkołę. Ani jego obrączki. Ani pięknego białozłotego pierścionka z diamentową literą D, który miesiącami spłacaliśmy, gdy kupiliśmy go Dee na jej dwudzieste pierwsze urodziny. Ani szmaragdowego pierścienia koktajlowego, który należał do mojej ukochanej Josie.
Zobaczyłam mały czarny aksamitny woreczek z kolczykami w kształcie migających bałwanków, które dostałam na ostatnie święta. Wysypałam je, włożyłam pierścionki do środka i zaciągnęłam sznureczki.
Na zewnątrz zatrąbił klakson. Nie musiałam być detektywem, by wiedzieć, do kogo. Zignorowałam pokusę pokazania mu przez okno czegoś, co zszokowałoby sąsiadów. Z woreczkiem w dłoni zbiegłam na dół, otworzyłam klapę torebki i wsunęłam go do tylnej kieszeni, a na wierzch wrzuciłam szczotkę do włosów.
Kolejny sygnał klaksonu. Cholera. Zarzuciłam pasek na ramię, wstukałam cztery cyfry alarmu i wyszłam, zanim rozległ się długi sygnał potwierdzający jego włączenie.
– Jakże uprzejmie z pana strony, że czekał pan tak cierpliwie – powiedziałam kierowcy, którego twarz przybrała jeszcze bardziej purpurowy odcień.
Niechętnie pomógł mi włożyć walizki do bagażnika. Na liczniku było już sześć funtów opłaty za czekanie. Dałabym siedem, gdyby był uprzejmy.
Przez dwadzieścia minut drogi z Weirbridge na lotnisko w Glasgow panowała grobowa cisza. I dobrze. Gdyby próbował pogawędki, pewnie zapytałby, dokąd lecę i dlaczego, a ja nie ufałam sobie, że odpowiedziałabym bez wybuchu płaczu. Nie teraz. Nie, gdy wyjeżdżałam z domu po raz pierwszy od śmierci Dona…
Zablokowałam tę myśl. Don nie chciałby, żebym siedziała sama, zwłaszcza że tylu bliskich było teraz poza miastem. Mój syn Michael poleciał tydzień temu do Australii, na wyjazd zaplanowany od roku przez jego cudowną, australijską żonę. Chciał go odwołać do ostatniej chwili i zgodził się tylko dlatego, że ja miałam lecieć do Londynu do Carly.
Podobnie było z Nancy. Większość dni spędzałyśmy razem, ale Nancy była na wakacjach ze swoim partnerem, Johnnym, które zarezerwowali kilka miesięcy temu, a ja upierałam się, że musi jechać. Poza tym dwutygodniowy pobyt Nancy na słońcu zbiegł się z przerwą w naszym grafiku opieki nad dziećmi. Nancy i ja zazwyczaj opiekowałyśmy się dwuletnim synkiem naszej przyjaciółki Tress, Buddym, kilka dni w tygodniu, ale tym razem wybrał się na tygodniowy wyjazd z Tress i jej partnerem, Noahem, do dziadków malucha na Cyprze. Ostatecznie, podobnie jak Michael, Nancy pojechała na wakacje tylko dlatego, że powiedziałem jej, że przyjmuję zaproszenie Carly i spędzam dwa tygodnie na Costa Del Chiswick. Jasne, mogłam zrezygnować, gdy lot Nancy do Malagi był już w powietrzu, ale moja siostrzenica też nie dała się przekonać.
– Albo ty przyjedziesz do mnie, albo ja przyjadę do ciebie, ciociu Val. A wiesz, jak doprowadzam cię do szału, gdy przestawiam ci szuflady i zjadam wszystkie herbatniki. I nawet nie wspomnę o tym, jak ostatnio przypadkiem skasowałam wszystkie odcinki Law & Order: Special Victims Unit z twojego dekodera.
Może rzeczywiście było coś w tym, żeby na chwilę wyjechać. W domu Don był wszędzie. W każdej poduszce, kącie i szafce. Jego kubek wciąż stał na suszarce, bo nie potrafiłam go schować. W szafie czułam jego zapach. Kapcie stały po jego stronie łóżka. Nie wyobrażałam sobie dnia, w którym nie będę potrzebowała ich widoku.
Może dobrze było też wyjechać z Weirbridge. Codzienny spacer zawsze kończył się na cmentarzu, na ławce naprzeciw jego grobu. Leżał obok naszej Dee. Rozmawiałam z nimi obojgiem.
– Skandal – warknął taksówkarz, wjeżdżając do strefy wysiadania na lotnisku w Glasgow. – Sześć funtów za pięć minut. Ten rząd…
Wyłączyłam go w głowie. Kiedy samochód się zatrzymał, chwyciłam torebkę i wysiadłam. Postawiłam ją na mniejszej walizce, owinęłam pasek wokół wysuwanego uchwytu, zapłaciłam gotówką (z napiwkiem mniejszym, niż by dostał, gdyby miał w sobie choć odrobinę uprzejmości) i ruszyłam w stronę terminalu.
Przy stanowisku odprawy wyjęłam dowód i telefon z przedniej kieszeni, nadałam dużą walizkę i skierowałam się do kontroli bezpieczeństwa. To był ostatni moment, by się wycofać. Mogłam zawrócić. Wrócić do domu. Ukryć się. Ale wiedziałam, że przyniosłoby to tylko zmartwienie tym, którzy mnie kochają, więc szłam dalej.
Przez bramkę. Wzdłuż kolejki. Kindle wyjęty. Kosmetyki też. Torebka i walizka kabinowa na taśmę.
Na szczęście skaner do niczego się nie przyczepił, bo nie miałabym w sobie siły, by rozkleić się przed życzliwym strażnikiem. Wystarczyłoby, żeby powiedział, że moja plastikowa torebka trafia do losowej kontroli na obecność narkotyków, a ja pewnie wybuchłabym płaczem w jego ramionach, wyznając wszystkie smutki od lat siedemdziesiątych. Wszystko to siedziało mi w gardle, gotowe wylać się na pierwszą przyjazną twarz.
Chyba dobrze, że nie miałam czasu na kawę.
Gdy tylko moja torebka i walizka zjechały z taśmy, ruszyłam olimpijskim marszem przez strefę bezcłową i w dół korytarza, który wydawał się mieć kilometr długości, do strefy British Airways na lot do Heathrow. Kiedy skręciłam przy bramce numer 19, zziajana i poddenerwowana, zauważyłam, że torebka przechyliła się do przodu na walizce, więc ją poprawiłam i dołączyłam do końca kolejki pasażerów, których wezwano już na pokład.
Kilka chaotycznych chwil później siedziałam już w samolocie, obok bardzo poważnego biznesmena, którego demonstracyjne unikanie kontaktu wzrokowego jasno dawało do zrozumienia, że nie jest zainteresowany pogawędką z przypadkową kobietą w samolocie. Może i lepiej. Nie miał pojęcia, że od uprzejmego uśmiechu dzieli go potok żałoby. Choć nie zaszkodziłaby mała pomoc przy włożeniu mojej walizki i torebki do schowka nad głową. Nie dlatego, że jestem jakąś bezradną, nieporadną kobietą – bo bardzo daleko mi do tego, o czym przekona się sukinsyn, który ukradł Donowi kosiarkę Flymo, jeśli kiedykolwiek go dopadnę. Problem polegał na tym, że mam metr pięćdziesiąt siedem wzrostu, a podnoszenie ciężaru tak wysoko sprawiło, że ramiączko stanika strzeliło. Tego ranka rycerskość była definitywnie martwa. Mój Don pomógłby każdemu bez chwili wahania. Sama ta myśl wywołała drżenie brody, które próbowałam ukryć, zapadając się w fotel.
Lot z Glasgow do Londynu trwał niespełna godzinę, a ja spędziłam go z zamkniętymi oczami, psychicznie przygotowując się na to, co mnie czeka. Sama świadomość, że nie będę sama, że ktoś będzie na mnie patrzył – nawet ktoś, kogo uwielbiam – sprawiała, że broda znów zaczynała mi drżeć.
Kiedy ponad dekadę temu zginęła Dee, czułam to samo. A może gorzej. To była tak brutalna śmierć, że przez miesiące nie spałam, a jednocześnie nie potrafiłam znieść zatroskanych twarzy bliskich. Każdej nocy wymykałam się więc z domu i godzinami chodziłam bez celu między bezosobowymi, pustymi alejkami naszego lokalnego supermarketu, z koszykiem, który prawie zawsze pozostawał pusty, wdzięczna, że nikt nawet nie spojrzy w moją stronę. Nawet ochroniarze przyzwyczaili się do mojego widoku do tego stopnia, że stałam się dla nich niewidzialna. Wtedy marzyłam, by być niewidzialna dla całego świata. Było ciężko i trwało to długo, ale w końcu znalazłam drogę, która przywróciła mi siłę i odbudowała miłość do życia. Nie nowe życie. Po prostu inne. Różnica polegała na tym, że przez każdy dzień tamtej żałoby – i przez czterdzieści kilka lat wcześniej – Don był przy mnie. A teraz go nie było.
Delikatne uderzenie kół o pas startowy oznajmiło lądowanie. Jakoś udało mi się samodzielnie ściągnąć walizkę z półki i nie było mi szczególnie przykro, gdy rozhuśtała się jak wahadło i solidnie trzasnęła w tyłek niepomocnego jegomościa w garniturze obok. Udałam, że nic nie zauważyłam, skupiona na typowym „łokcie na zewnątrz” przepychaniu się do wyjścia.
Odwiedzałam Carly, jej brata Calluma i jego żonę Carol (tak, ich imiona są zdecydowanie zbyt podobne) wiele razy, więc do odbioru bagażu poszłam na autopilocie, ciągnąc za sobą kabinową walizkę z przypiętą na wierzchu torebką.
Tym razem moja duża walizka pojawiła się jako jedna z pierwszych, więc rzuciłam – przyznaję, nieco triumfalne – spojrzenie w stronę pana z garniturem, który teraz z niecierpliwością wpatrywał się w taśmę. Karma czasem jednak istnieje, pomyślałam, gdy w rekordowym tempie przeszłam przez drzwi do hali przylotów, sądząc, że to ja będę czekać na Carly. Ale nie. Stała tam, z ramionami szeroko otwartymi i z kubkiem ze Starbucksa w każdej dłoni.
– Bardziej cieszysz się na tę herbatę czy na mnie? – zapytała z uśmiechem. To była nasza rodzinna strategia. Humor jako plaster na każdą emocję. Udawaj, aż stanie się prawdą.
Mój uśmiech był automatyczny. Tak się postarała – przekonała mnie do przyjazdu, zarezerwowała bilet, teraz czekała i otwierała przede mną swój dom – nie było mowy, żebym przyjechała tu i się rozsypała.
– Zdecydowanie na ciebie, kochanie – odpowiedziałam, obejmując ją ostrożnie, by nie wylać napojów.
– Tak się cieszę, że jesteś, ciociu Val – wyszeptała w moje włosy, a ja przełknęłam ślinę.
Nie rozsyp się. NIE ROZSYP SIĘ.
Odchrząknęłam.
– Ja też, skarbie.
Część mnie naprawdę to czuła. Carly była jedną z tych życiowych sił, które karmią duszę, i w innych okolicznościach byłabym zachwycona wspólnym czasem. Teraz, pod sztucznym uśmiechem i udawaną pogodą ducha, czułam się tylko rozbita. A ona, choć widziałam troskę w jej napiętym uśmiechu, kochała mnie na tyle, żeby podtrzymywać tę grę.
– Dobra, dawaj tę dużą walizkę i chodź za mną. Parking był koszmarnie zapchany, a miejsce, które w końcu znalazłam, jest chyba bliżej Kornwalii niż Londynu, więc czeka nas spacer.
Nie żartowała. Prawie dwadzieścia minut później moje haluksy wrzeszczały w futrzastych pantoflach, gdy wreszcie wtaszczyłyśmy bagaże i siebie do samochodu Carly – jakiegoś dużego, luksusowego modelu z napisem „Evoque” z tyłu.
– Wiem, nie oceniaj mnie – jęknęła Carly. – Jeździłam moim starym Mini, dopóki nie zaczęły odpadać z niego części, i wiem, że przeskoczyłam na drugi koniec skali błysku, ale… dobra, powiem szczerze. Ja go cholernie kocham. Ma podgrzewane siedzenia. Grzeje mi tyłek.
– W takim razie wybaczam ci tę ekstrawagancję – rzuciłam. – Ciepłe pośladki są ważne.
Carly parsknęła śmiechem, nachyliła się i znów mnie uściskała.
– Będzie dobrze, ciociu Val.
– Wiem, kochanie. Wiem.
Poczułam, jak gardło znów się zaciska. Nie płacz. Nie płacz. Dasz radę.
Po raz kolejny odchrząknęłam, wyprostowałam plecy i – bardziej dla odwrócenia uwagi niż z potrzeby – opuściłam lusterko pasażera, by sprawdzić odbicie. Wyglądałam dokładnie tak samo jak rano. Mój platynowy blond bob, sięgający tuż pod brodę, był spryskany lakierem do konsystencji cegły, więc nie drgnął ani o milimetr. Grzywka leżała idealnie nad brwiami, które w latach siedemdziesiątych wyskubałam za bardzo i teraz musiałam je dorysowywać. Kto by pomyślał, że krzaczaste brwi wrócą do łask? Niebieski tusz i eyeliner się nie rozmazały, a usta wciąż miały kolor Avon Twinkle Pink.
Mimo to potrzebowałam kolejnego rozpraszacza, więc podciągnęłam torebkę na kolana, otworzyłam magnetyczne zapięcie i odchyliłam klapę. Spojrzałam na dwie przegrody i poczułam, że coś jest nie tak, choć nie umiałam od razu powiedzieć co. Aż w końcu do mnie dotarło.
– O cholera, zgubiłam szczotkę do włosów.
– Mam jakąś w torebce, jeśli masz ochotę zaryzykować botulizm, grzebiąc w jej czeluściach. Jestem pewna, że na dnie czai się kanapka z kurczakiem Coronation z zeszłego tygodnia.
– Zaryzykuję – zaśmiałam się i już miałam zamknąć torebkę, gdy jak kula wyburzeniowa uderzyła mnie świadomość.
O Boże. Nie.
Moje oczy zaczęły gorączkowo przeszukiwać wnętrze, a ręce wyciągały wszystko po kolei. Telefon. Portfel. Perfumy. Szminka. Rachunek za prąd – nie mam pojęcia, co tam robił, bo przecież zapłaciłam. Puder. Karta pokładowa. Gumki do włosów. Grzebień Dona. Plastikowa łyżeczka, którą zawsze nosiłam na wypadek, gdyby mały Buddy potrzebował awaryjnego jogurtu. Chusteczki. Miętówki. Drobne.
Szczotki nie było.
Rana w mojej piersi znów rozwarła się na oścież.
I nie było też małego woreczka.
Moje najcenniejsze pierścionki zniknęły.
Rozdział 2
Sophie Smith
Sophie wypatrzyła taksówkę w strefie podjazdu i odbioru na lotnisku w Glasgow i ruszyła prosto w jej stronę. Kolejka do oficjalnych lotniskowych taksówek przed terminalem była ogromna, a pamiętała, że dwa lata i miesiąc temu, gdy przyleciała tu ostatnio, wyglądała dokładnie tak samo. Tamtego dnia jej były chłopak, Ash, przeszedł z budynku terminalu na parter parkingu i stamtąd zamówił Ubera. Dziś postanowiła zrobić to samo.
Szła tą samą drogą co wtedy i właśnie miała otworzyć aplikację, gdy podjechała czerwona Škoda, z której wysiadła kobieta z blond bobem i zmęczonym wyrazem twarzy. Ruszyła w stronę głównego budynku, jakby dźwigała na barkach cały ciężar świata. Sophie była prawie pewna, że rozumie to uczucie – sama czuła się dokładnie tak samo.
Pochyliła się, by mówić przez uchyloną szybę od strony pasażera.
– Dzień dobry, zawiezie mnie pan do centrum Glasgow?
– Jestem prywatnym przewozem. Mogę zabierać tylko wcześniej zamówione kursy. Takie jest prawo – odparł ostro kierowca, ledwie na nią patrząc.
Zaskoczona i w równym stopniu zirytowana jego opryskliwością, Sophie wiedziała, że powinna odpuścić, ale nie było w zasięgu wzroku żadnej innej taksówki, a ona po prostu chciała już dotrzeć na miejsce. Irytacja przejęła stery.
– Więc jeśli zadzwonię do waszej firmy i zamówię kurs, może mnie pan zabrać?
– Nie mam czasu na takie gadki – burknął. Wyraźnie był poddenerwowany, oczy latały mu na boki, jakby sprawdzał, czy ktoś go obserwuje.
– Ja też nie. Nieważne. Zamówię kogoś innego.
Już się prostowała, gdy usłyszała:
– Trzydzieści funtów. Bez licznika. Bierze albo nie.
Instynkt podpowiadał jej, że to zły pomysł. Facet już zachowywał się jak dupek. Ale trzydzieści funtów i był tu, na miejscu? Alternatywa w postaci nie wiadomo jak długiego czekania wcale jej nie kusiła.
– Dobra – powiedziała i wskoczyła do środka.
Nie była jednak całkiem lekkomyślna. Pierwsze, co zrobiła, to dyskretnie zrobiła zdjęcie identyfikatora kierowcy i wysłała je ojcu.
W aucie jakiegoś typa. Jeśli mnie porwie, włącz tryb Liama Neesona i przyjedź po mnie. X
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.
Znajdę Cię. Mam odpowiednie umiejętności… Ale mogę potrzebować wsparcia, bo nie jestem już najlepszy w biciu porywaczy. Nie, odkąd nadwyrężyłem plecy na polu golfowym. Baw się dobrze na koncercie. Uważaj na siebie. X
Sophie poczuła, jak po ciele spływa jej fala wstydu. Koncert. To był powód, który podała ojcu, mówiąc, że jedzie do Glasgow. Gdyby znał prawdę…
Otrząsnęła się. Skup się na tym, co ważne. Krok po kroku. Krok pierwszy: dojechać do hotelu i zostawić torbę. Dalej na razie nie wybiegaj. Zresztą to poczucie winy było niedorzeczne. Jej ojciec był setki kilometrów stąd, w domku wypoczynkowym na obrzeżach Reading, w którym mieszkał z jej mamą. Nie mógł jej zobaczyć i z jednego SMS-a nie był w stanie wyczytać, że robi cokolwiek poza tym, co powiedziała. Nawet nie zapytał, na jaki koncert jedzie ani z kim. Było w porządku.
Odpisała.
Będę uważać. Zadzwonię później. Kocham Cię. Xx
A zaraz potem napisała do starszej siostry, Erin.
Tata coś podejrzewa.
Odpowiedź była natychmiastowa. Erin pracowała w marketingu, zajmowała się komunikacją i mediami społecznościowymi dla marki bieliźniarskiej w Camden, więc telefon praktycznie był przyklejony do jej ręki.
Jesteś pewna, czy tylko masz paranoję?
To na pewno paranoja.
Tak myślałam. Czemu po prostu mu nie powiesz? Masz dwadzieścia sześć lat i jesteś silną, niezależną kobietą, która sama decyduje o swoim życiu i przeznaczeniu.
Kciuki Sophie śmigały po ekranie.
A powiedziałaś mu, że palisz i masz tatuaż na tyłku?
Touché. Muszę lecieć. Piszę informację prasową o wstawkach w ubraniach. Życie marzeń.
Uśmiechając się, Sophie odłożyła telefon na kolana i przez kilka minut patrzyła przez okno na niebo nad miastem, które pokochała, gdy była tu z Ashem.
Właściwie jutro miną dokładnie dwadzieścia cztery miesiące od dnia, gdy wyjechała. Data wryła się jej w pamięć, bo jutro była też druga rocznica dnia, w którym Ash Aitken oświadczył się jej po zaledwie czterech miesiącach znajomości.
Poznali się podczas wyprawy z plecakiem po Azji. Gdyby ktoś powiedział jej, że pojedzie aż na Bali i zakocha się od pierwszego wejrzenia w facecie z Glasgow, uznałaby, że ktoś dosypał czegoś podejrzanego do fajki wodnej. A jednak dokładnie tak się stało. Natychmiast złapali kontakt – i nie tylko dlatego, że oboje niedawno zdobyli kwalifikacje nauczycielskie i wzięli przerwę od zastępstw, by przez kilka miesięcy podróżować. Jakie były na to szanse? Jakby to było przeznaczenie. A przynajmniej tak sobie wmawiali.
Zmienili plany, żeby móc podróżować razem, i od tamtej chwili byli nierozłączni. Po trzech miesiącach szaleńczego zakochiwania się na gorących, dusznych plażach i w chaotycznych, tętniących życiem miastach, przyjechała z nim do jego rodzinnego Glasgow na błogi, wspaniały pobyt, który skończył się po zaledwie czterech tygodniach. Wydawało się, jakby minęło całe życie.
Planowała zostać dłużej, ale mama zadzwoniła z najgorszą wiadomością, jaką Sophie kiedykolwiek usłyszała. Do dziś pamiętała tylko fragmenty słów. Źle się czuła. Badania. Szpital. Lekarze. Diagnoza. Rak trzustki. Nie rozumiała wtedy, jak poważne to było ani jakie są rokowania, ale wiedziała jedno – musi wrócić. Natychmiast. A to oznaczało zostawienie Asha.
Następnego dnia, zanim pojechali na dworzec, skąd miała wsiąść w pociąg do Londynu, a potem do Reading, poszli na George Square w centrum miasta. Każdy szczegół tamtego popołudnia do dziś odtwarzał się w jej głowie jak film.
Trawniki i ławki były pełne ludzi. Kilka osób przystanęło, gdy Ash wyciągnął pierścionek – srebrną obrączkę z jadeitem, którą podziwiała podczas postoju w Pekinie. Niekonwencjonalny, ale pokochała gest i jego uważność.
Na szczęście nie uklęknął – to był ten rodzaj sceny, który trafia do mediów społecznościowych i zostaje tam na zawsze. Zamiast tego pochylił się, oparł czoło o jej czoło, trzymając pierścionek między nimi.
– Sophie, wiem, że to wcześnie i pewnie powinienem zostać aresztowany za stalking, ale nie chcę już nigdy być bez ciebie. Każda chwila, od kiedy się poznaliśmy, była lepsza od poprzedniej. Jestem z tobą niewiarygodnie szczęśliwy i nie chcę, żeby to się skończyło. Sophie Smith, wyjdziesz za mnie?
– Och, kochana, powiedz „tak”! – zawołały dwie starsze panie jedzące paszteciki z Greggs na najbliższej ławce. Zdecydowanie zasługiwały na wieczną obecność w social mediach.
Kiedy Sophie otrząsnęła się z osłupienia, miała ochotę być impulsywna, dzika i romantyczna. Naprawdę. Z wielu powodów. Po pierwsze dlatego, że od chwili, gdy ich spojrzenia spotkały się na balijskiej plaży o zachodzie słońca, czuła dokładnie to samo. Zaczęli rozmawiać i – choć brzmiało to banalnie – jakby natychmiast wiedzieli o sobie niemal wszystko. A to, czego nie wiedzieli, w kolejnych dniach i tygodniach dodawało tylko nowych warstw ekscytacji. Kochała go. Był pierwszym – i miała nadzieję, że ostatnim – mężczyzną, którego pokochała.
Ale…
– Nie mogę – wyszeptała, a głos załamał jej się na tych słowach. – Bo jeśli teraz powiem „tak”, zawsze będę pamiętać, że było w tym coś smutnego, bo właśnie cię zostawiałam.
To było za dużo wszystkiego. Za dużo emocji. Za dużo zamieszania. Za dużo ludzi, którzy jej potrzebowali.
– Może innym razem? – spróbowała zażartować drżącym głosem. – Zapytasz mnie jeszcze raz? Później. Kiedy mama wyzdrowieje?
Westchnął, uśmiechnął się i pocałował ją w czoło.
– Dobrze… Obiecaj, że wrócisz, a ja zapytam cię znowu za rok. Właśnie tutaj. A jeśli powiesz „nie”, zapytam znowu w kolejnym roku. I następnym. Będę cię pytał każdego czwartego maja, aż powiesz „tak”.
– Obiecuję – wyszeptała, nie wiedząc, czy jej serce pęka, czy puchnie tak bardzo, że zaraz eksploduje.
Wtedy zauważyła, że dwie panie z pasztecikami zamarły z jedzeniem w pół drogi do ust, czekając na odpowiedź. Kolejne kilka osób w pobliżu również patrzyło, czekając na wielki finał. Zawiodła już Asha, a teraz miała zawieść i ich.
– Ale Ash… – dodała cicho, tak by słyszał tylko on. – Mamy publiczność. Więc teraz masz się ucieszyć i wycałować mi twarz, żeby nie wyglądało, że powiedziałam „nie”. Bo nie powiedziałam. Powiedziałam tylko „później”.
I tak zrobili. Pokiwała głową z przesadną radością, on uniósł pięść w geście triumfu, podniósł ją i zakręcił, a potem całowali się, aż ucichły oklaski. Ostatnie, co zapamiętała, zanim ruszyli „w stronę zachodu słońca” (czyli w stronę Dworca Glasgow Central), było mruknięcie jednej z pań:
– Och, Daphne, nic dziwnego, że zajadam emocje. To miasto to emocjonalny rollercoaster.
Kiedy pociąg ruszał, Sophie nie miała pojęcia, co ją czeka. Nie wiedziała o strasznych rzeczach, które miały się wydarzyć, ani o tym, że ból nadchodzących miesięcy sprawi, że kilka miesięcy później całkowicie zerwie kontakt z Ashem. Że już nigdy więcej się nie odezwą. I że z wielu powodów, o których teraz nie chciała myśleć, nie wróci do Glasgow aż do tego weekendu.
Jeszcze wczoraj nie była pewna, czy w ogóle przyjedzie. W końcu jednak uznała, że teraz albo nigdy. Szkoła zamknęła się wczoraj na ferie, więc co innego miała robić? Drugi rok z rzędu uczyła drugą klasę, więc plany lekcji na kolejny semestr miała już gotowe. Jej sześciolatki i siedmiolatki były tak podekscytowane wolnym, że jej samej się to udzielało. A jeśli z tego wszystkiego nic nie wyjdzie, przynajmniej opowie im o swojej podróży do Szkocji i wplecie kilka historii o zamkach oraz legendach o potworach mieszkających w jeziorach.
Nie żeby w ten weekend planowała jakiekolwiek zwiedzanie. Była tu tylko z jednego powodu – żeby znaleźć Asha.
Jednak teraz, gdy taksówka zjechała z lotniska i włączyła się na pas prowadzący na autostradę do centrum, wątpliwości i lęk znów zaczęły ją dopadać. Czy ktokolwiek znajduje szczęście, goniąc za żalem? I czy nie będzie za późno, by to naprawić?
Chciała tylko powiedzieć przepraszam. Poprosić o wybaczenie. Dowiedzieć się, czy on wciąż czuje to samo, wciąż ją kocha, wciąż jej chce. A jeśli tak – tym razem nie będzie na tyle głupia, by pozwolić mu odejść.
Kierowca chrząknął z przodu.
– Dokąd w centrum?
– Do Hotelu George Square Grand.
Westchnął przesadnie.
– W sam środek. Oczywiście. Ruch tam jest teraz koszmarny, zwłaszcza z tymi absurdalnymi ograniczeniami do dwudziestu mil na godzinę. Szybciej byłoby wysiąść i iść pieszo. Te całe zielone brednie. Ograniczenia prędkości, strefy niskiej emisji. Pieprzeni radni niszczą to miasto. Idioci, każdy jeden.
Był wyraźnie wzburzony, a nawet z tylnego siedzenia widziała, że jego twarz poczerwieniała z irytacji. Może gdyby otworzył okno albo włączył klimatyzację, pozbyłby się też potu błyszczącego na karku.
Sophie westchnęła. Powinna była poczekać w kolejce. Albo znaleźć autobus. Albo iść pieszo. Cokolwiek, byle nie to.
Mama zawsze mówiła jej, że przyciąga sieroty i zbłąkane dusze. Nowe dziecko w szkole? Sophie przyprowadzała je na herbatę. Błąkający się pies? Zbierała go z ulicy, wydawała kieszonkowe na puszkę karmy i przemycała do kuchni. Najwyraźniej przyciągała też nietolerancyjnych, zgorzkniałych facetów, którzy chcieli wygłaszać tyrady na każdy temat. Przez moment rozważała powiedzenie mu, że jest starszą siostrą Grety Thunberg, żeby zobaczyć, czy eksploduje mu głowa, ale nie chciała spowodować karambolu.
Odwracając się, by włożyć telefon do torby obok siebie, dostrzegła coś na podłodze za fotelem kierowcy. Guzik jej dżinsów zaprotestował, gdy sięgnęła w dół, po czym niemal natychmiast cofnęła rękę, gdy palce natrafiły na włosie szczotki do włosów. Patrząc na tłuste, przyklapnięte włosy kierowcy, uznała, że raczej nie była jego. Ktoś musiał ją zgubić.
Podniosła ją i dopiero gdy usiadła prosto, zauważyła, że w szczotkę zaplątało się coś jeszcze. Dwa cienkie czarne sznurki przymocowane do małego czarnego, aksamitnego woreczka.
Zaciekawiona wyplątała je z włosia, otworzyła woreczek i wysypała zawartość na dłoń, wydając z siebie cichy okrzyk, gdy wypadły z niego cztery pierścionki.
Jej reakcja przyciągnęła uwagę kierowcy.
– Chce pani coś powiedzieć? – rzucił wyzywająco, patrząc na nią w lusterku. Najwyraźniej sądził, że odnosi się do jego tyrady o miejskich władzach.
– Nie, po prostu… znalazłam coś na podłodze. Ktoś zgłaszał zgubę?
W lusterku zobaczyła podejrzliwość.
– Nie. – Odpowiedział ostrożnie. – Co to?
– Szczotka do włosów. I jeden, dwa, trzy, cztery pierścionki.
Przyjrzała się im uważniej. Gładka złota obrączka była wyraźnie męska – większa od pozostałych. Dwa kolejne też były złote – jeden z trzema diamentami, drugi z dużym prostokątnym szmaragdem. Wyglądały na stare, może nawet zabytkowe. Czwarty był srebrny lub z białego złota, z delikatnym skupiskiem diamentów. Z początku wydawał się okrągły, ale teraz zobaczyła, że tworzy literę D.
D jak Diana. Tak miała na imię jej mama. W jej głowie coś zaskoczyło. Gdyby wierzyła w znaki od losu, uznałaby to za całkiem wyraźny sygnał, że powinna była przyjechać do Glasgow.
A pierścionki? Nietrudno było domyślić się, co się stało. Szczotka musiała wypaść z torby czy plecaka i pociągnąć je za sobą. Ktoś gdzieś będzie ich szukał.
– No dobrze. Proszę je rzucić na przednie siedzenie, a ja zgłoszę w centrali, że je znalazłem, a potem oddam na policję.
Coś w jego tonie – a może to, że od pierwszej chwili był opryskliwy – sprawiło, że na karku Sophie zjeżyły się włosy.
– Może pan zadzwonić do centrali teraz? Na wypadek, gdyby ktoś już dzwonił w tej sprawie?
Pauza. Było widać, że irytuje go podważanie jego słów.
– Licznik nie jest włączony – powiedział, wyraźnie artykułując każde słowo, jakby mówił do dziecka. – Zgłoszę później, kiedy uznają, że wróciłem do pracy.
Kłamał. Nie miała na to żadnych dowodów, a intuicja nie była jej najmocniejszą stroną, ale po prostu to czuła.
W większości konfrontacji w życiu wycofywała się i wybierała łatwiejszą drogę, ale dziś coś w niej nie ustępowało. Samochody mknęły obok, a fakt, że jego spojrzenie co chwilę wracało do lusterka, sprawiał, że czuła niepokój. Wolałaby, żeby patrzył na drogę.
– To może tak: proszę mnie wysadzić przy komisariacie w centrum, zapłacę więcej, a ja zaniosę je do środka. Na pewno ktoś bardzo chce je odzyskać.
Nie spodobało mu się to.
– Powiedziałem, żeby je rzucić na przód. To moja taksówka, kochanie. Tak to działa. Jeśli coś tu zostaje, to ja decyduję, co z tym zrobić.
Cholera. Cholera. Cholera.
Zamknęła oczy, wzięła oddech. Co to za różnica? To nie jej pierścionki. Nie wie, do kogo należą. Mogą być kradzione. Może ktoś właśnie zmierzał do lombardu. A może…
Nie. Nawet jako dwudziestosześcioletnia kobieta w takich chwilach słyszała głos mamy, zachęcający ją, by walczyła o swoje.
– Skoro i tak chce je pan oddać policji, to proszę pójść ze mną. Jeśli będzie nagroda, może być dla pana. Ja tylko chcę mieć pewność, że trafią do jakiejś bazy danych i wrócą do właściciela.
– Jak pani śmie… Sugeruje pani, że nie można mi zaufać?
– Nie! – skłamała.
Schowała pierścionki do woreczka i zaciągnęła sznurki, po czym poprawiła pas bezpieczeństwa, który nagle wydał się jej zbyt ciasny. Ta podróż przybierała kierunek, który bardzo jej się nie podobał. Gdyby nie czteropasmowa autostrada, kazałaby mu się zatrzymać.
– Suka.
Prawie niesłyszalne. Prawie. Wyszeptał to pod nosem, ale usłyszała wyraźnie. Pas awaryjny nagle wydał się bezpieczniejszą opcją niż siedzenie w tym samochodzie.
Jak do tego doszło? Poprzednio spotykała tu tylko życzliwych ludzi i rozmownych taksówkarzy z zabawnymi anegdotami. Tym razem była w mieście niecałą godzinę i już wdawała się w otwarty konflikt z facetem, który właśnie nazwał ją suką, jadąc siedemdziesiąt mil na godzinę.
Gdyby była tu Erin, szybko postawiłaby go do pionu i rozwaliła dach tego auta, ale Sophie taka nie była. Zawsze była mediatorką. Tą cichą. Tą, która stała z boku i wszystko analizowała – zwykle za długo.
Ale nie dziś. Gdy tylko zjadą z autostrady, zażąda, by zatrzymał się przy komisariacie. Właściwie powinna już sprawdzić, gdzie jest najbliższy. Wyciągnęła telefon. Szybkie spojrzenie w lusterko – jego oczy były skierowane na drogę, ale szkarłatna twarz i pulsująca żyła przy szczęce zdradzały wściekłość.
Jej kciuki pracowały jak szalone, gdy sprawdzała w Google najbliższy komisariat. Zaraz mieli minąć jeden w dzielnicy Govan, kilka zjazdów dalej. Nawet jeśli wejdzie z nią do środka, może go zostawić i zamówić inną taksówkę spod komisariatu. Nie było mowy, by znów wsiadła do tego auta. Tak, to właśnie…
– Idiota! – syknął z przodu.
Głowa Sophie poderwała się w górę dokładnie w chwili, gdy samochód gwałtownie zjechał w bok, a z jego ust wydobył się wściekły warkot pod adresem białego vana, który ich wyprzedził. Tego typu sytuacje zdarzały się codziennie, ale ten kierowca brał je do siebie. To był najgorszy poranek w jej życiu. Przyjechała tu, by zaryzykować serce. Okłamała ojca. A teraz czuła się jak w kolejnym filmie z serii Szybcy i wściekli: Zabójcza taksówka.
Ledwie skończyła tę myśl, gdy zobaczyła, jak głowa kierowcy opada do tyłu. Poczuła, jak samochód zaczyna się ślizgać. Kołysać. A potem – nie, nie, nie – wirować.
Huk.
Głuche uderzenie.
Przerażające uczucie, że rzuca nią na bok, potem do przodu, potem znów do tyłu.
A potem ból. Okropny, palący ból.
Sophie w jednej chwili zrozumiała, że to nie skończy się dobrze.
Tata nigdy jej tego nie wybaczy. Kłamstwa. Powrotu po Asha. Tego, że umrze.
To były jej ostatnie myśli, zanim wszystko pogrążyło się w czerni.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
