Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Trzydziestodwuletnia Jiyeon ucieka z Seulu do rodzinnego miasteczka matki. Przypadkiem spotyka dawno niewidzianą babcię, z którą straciła kontakt, gdy była jeszcze dzieckiem. Powoli odbudowują relację, spędzając czas na rozmowach, głównie o losach ich rodziny.
Tak Jiyeon poznaje Miseon — swoją matkę, od której oddaliła się przez problemy rodzinne; swoją babkę, zaradną, ciężko pracującą Yeongok, wreszcie, prababkę Samcheon, po której odziedziczyła rysy twarzy. Przez kolejne miesiące słucha o pełnym trudów życiu pod okupacją Japonii, a potem w czasie wojny koreańskiej, kiedy to kobiety zmuszone były walczyć o to, by utrzymać bliskich razem. Niezwykła przyjaźń, która połączyła losy Samcheon i Saebi na pokolenia, odciska na Jiyeon niezmywalne piętno.
Jasna noc, powieść Choi Eunyoung, autorki zbioru Uśmiech Shoko, to poruszająca saga rodzinna opowiedziana z perspektywy czterech pokoleń przejmująco silnych, ale i jednocześnie czułych kobiet, na tle burzliwej historii Korei.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 346
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Huiryeong w mojej pamięci to przede wszystkim zapach lata. Kadzidła w buddyjskiej świątyni, mech i potok w dolinie, las, morze i droga przez port, unoszący się w powietrzu kurz w deszczowy dzień, psujące się owoce wystawione w alejce targu, leki przygotowywane w klinice medycyny tradycyjnej po tym, jak przeszła ulewa… Huiryeong zawsze było dla mnie miastem, które pamiętałam jako lato.
Odwiedziłam je po raz pierwszy, kiedy miałam dziewięć lat.
Podczas dziesięciu dni, które tam spędziłam, babcia oprowadziła mnie po całej okolicy. Wsiadłyśmy w autobus i pojechałyśmy do świątyni w górach, wybrałyśmy się też na plażę niedaleko jej domu. Jadłyśmy na targu świeżo smażone skręcane pączki i te nadziewane słodką fasolą, a w domu włączałyśmy muzykę i tańczyłyśmy z jej przyjaciółkami.
W moich dziecięcych oczach niebo nad Huiryeong było błękitniejsze i przejrzystsze niż to, które widziałam w Seulu. Wciąż nie mogę zapomnieć, jak nocą wpatrywałyśmy się z babcią w gwiazdy. Po raz pierwszy zobaczyłam wtedy gołym okiem Drogę Mleczną i na chwilę zaniemówiłam. Zrobiło mi się słabo i poczułam ucisk w żołądku.
Nie minął nawet dzień od mojego przyjazdu do Huiryeong, a ja już otworzyłam swoje serce przed babcią. Są rzeczy, które dzieci po prostu wiedzą. Tak samo jak duchy. Czy dana osoba nas lubi, czy nie. Albo czy chce nas skrzywdzić, czy się nami zaopiekować.
Kiedy nadszedł czas, aby pożegnać się z babcią na dworcu autobusowym, usiadłam na ziemi i się rozpłakałam. Zdążyłam się już do niej przywiązać i dręczyło mnie przeczucie, że już nigdy się nie zobaczymy.
•
Kiedy ponownie wybrałam się do Huiryeong, miałam już trzydzieści jeden lat. Jechałam autostradą, a na tylnym siedzeniu samochodu wiozłam cały swój dobytek. Był styczeń dwa tysiące siedemnastego roku i padał gęsty śnieg.
Jakiś miesiąc po rozwodzie trafiłam na ogłoszenie o pracy – poszukiwano badacza do obserwatorium w Huiryeong. Zespół, do którego wtedy należałam, akurat kończył projekt, a ja nie miałam się gdzie podziać. Gdy tylko się dowiedziałam, że dostałam tę pracę, zaczęłam domykać wszystkie sprawy w Seulu. Wyrzuciłam łóżko, szafę na ubrania, biurko, pralkę, stół, dywany, a do tego całą bieliznę i wszystkie talerze, których on dotykał. Spędziłam w tym domu całe sześć lat, więc nagromadziło się tego naprawdę dużo. Jeszcze w dniu przeprowadzki zawiązywałam ostatnie worki ze śmieciami.
Dzień przed wyjazdem do Huiryeong sprawdziłam w sieci informacje na temat miasta. Była to niewielka miejscowość, od zachodu ograniczona pasmem górskim sięgającym tysiąca metrów, a od wschodu mająca dostęp do morza. Na przybrzeżnych nizinach znajdowały się zarówno grunty rolne, jak i obszary zabudowane, jednak w porównaniu do innych miast w regionie Huiryeong było niewielkie pod względem powierzchni i zamieszkiwało je niecałe sto tysięcy osób.
Kiedy mijałam Chuncheon[1], śnieżyca zaczęła ustępować, ale dalej wiało tak mocno, że czułam, jak mój niewielki samochód się kołysze. W drodze do Huiryeong musiałam się parę razy zatrzymywać na przydrożnych postojach, żeby złapać oddech. Zwykle nie miałam problemów z chorobą lokomocyjną, ale przechodziłam trudny okres, który odbijał się zarówno na moim ciele, jak i sercu, przez co łatwo zaczynało mi się kręcić w głowie i robić niedobrze.
Pięć godzin po wyjechaniu z Seulu dotarłam do hotelu w Huiryeong. Byłam kompletnie wyczerpana. Nie rozpakowałam nawet bagażu, tylko usiadłam przy oknie. Widziałam przez nie morze. Nie dostrzegałam nad brzegiem nikogo, pewnie dlatego że była zima. Jedynie nad wodą krążyło kilka ptaków. Nie pamiętałam nawet, kiedy ostatni raz widziałam morze z tak bliska. Jak dawno temu mogło to być? Gdy tylko zapadła noc, pośród ciemności zobaczyłam światła płynących rzędem łodzi rybackich. Próbowałam zliczyć, ile lamp widzę.
W tym czasie nie sypiałam za dobrze. Tamtej nocy też wielokrotnie zapadałam w sen i zaraz się budziłam. Kiedy całkowicie się poddałam i odsunęłam zasłony, słońce powoli wznosiło się nad horyzontem. Światło, nadające widocznej z okna wodzie czerwonawą barwę, wpadło do pokoju. Oniemiała obserwowałam wschód, póki słońce nie wspięło się wysoko na niebo i nie zniknęło mi z oczu.
Dzień spędziłam na szukaniu mieszkania w Huiryeong. Obejrzałam pięć miejsc i pierwsze z nich najbardziej przypadło mi do gustu; mieściło się w zespole dwóch galeriowych bloków ukończonych dwadzieścia lat temu, które podobno zajmowały młode małżeństwa i żyjące samotnie starsze osoby. Lokal, który oglądałam, znajdował się na czwartym piętrze. Był czysty, nie musiałam w nim nawet odświeżać tapet, w oddali widziałam morze, a do środka wpadało dużo światła słonecznego. Mogłam się wprowadzić dopiero za trzy tygodnie, ale mieszkanie na tyle mi się spodobało, że warto było poczekać.
Dlatego przez prawie cały pierwszy miesiąc w Huiryeong dojeżdżałam do pracy z hotelu. Nieustannie padał śnieg. Czasem zamiecie były tak intensywne, że po mieście z łopatami krążyli nawet żołnierze z pobliskiej bazy wojskowej. Śnieg w Huiryeong topniał bardzo powoli. W tak małym, prowincjonalnym miasteczku było wiele miejsc nietkniętych przez samochody i ludzi, a biały puch rozpuszczał się i powoli znikał.
Wtedy po raz pierwszy odkryłam, że białe światło potrafi przytłaczać i napawać strachem. Pewnego razu kiedy przestało już sypać i jechałam otoczoną polami zaśnieżoną ulicą, musiałam na chwilę zatrzymać samochód na poboczu, bo nie potrafiłam złapać oddechu. Serce waliło mi w piersi, jakby coś rozbiło jego tarczę ochronną, jakby zniknęło to magiczne urządzenie, które miało sprawiać, że będę czuła mniej.
Pierwszego dnia pracy w obserwatorium zapytano mnie, czy jestem mężatką. Odpowiedziałam, że kiedyś byłam. Moi rozmówcy czekali jednak na ciąg dalszy, więc dodałam, że w zeszłym roku się rozwiodłam. Próbowałam powiedzieć to obojętnym tonem, ale serce od razu zabiło mi mocniej i czułam się przy nich taka mała. Współpracownicy zaśmiali się niezręcznie, po czym zmienili temat.
Po wyjściu z pracy i powrocie do hotelu kładłam się na łóżku w tym, co akurat miałam na sobie. Jeśli okno w pokoju było uchylone, docierał do mnie szum fal. W niektóre dni wsłuchiwałam się w ich dźwięk, leżąc tam tak długo, aż zaczynało mi się wydawać, że moje ciało zamienia się w sopel lodu. Powinnam była wtedy zamknąć okno, ale nie potrafiłam się podnieść. Chciało mi się pić, ale nie ośmielałam się nawet nalać sobie szklanki wody.
Gdy stawałam przed lustrem, widziałam, że plecy mam zgarbione, ramiona pochylone do przodu i jestem tak wychudzona, że nie sposób dopatrzyć się u mnie żadnych mięśni. Kiedy wypadło mi dużo włosów, obcięłam je do linii szczęki, ale w takiej wersji wydawałam się sobie jeszcze bardziej obca. Moim jedynym pocieszeniem było rozmowy telefoniczne z Jiu.
Jiu zawsze dzwoniła o zachodzie słońca. Była jedną z niewielu osób, które w moim imieniu płakały, przeklinały i martwiły się o mnie.
– Ale z niego sukinsyn. – Tak nazywała mojego byłego męża.
– Dlaczego ludzi wyzywa się od psów? – zastanowiłam się na głos.
Stwierdziła, że słowo „sukinsyn” wcale nie oznacza szczeniaka, a odnosi się do czegoś odrzuconego, z defektem, dlatego używa się go, by określić „wybrakowane” dziecko, bękarta niewchodzącego w skład „normalnej rodziny”. Wytłumaczyła mi to wszystko, po czym stwierdziła, że to złe słowo i nie będzie go już więcej używać. Potem uznała, że nie ma żadnego lepszego; że ani sukinsyn, ani wariat, ani skurwysyn nie są dobre, i zaczęła się wkurzać, że ludzie są okrutni, bo trudno znaleźć takie przekleństwa, które nie odnosiłyby się do deptania słabszych od siebie.
– Potrzebuję jakiegoś nowego przekleństwa. Czegoś, co wyraziłoby mój gniew.
Taki był jej wniosek. Rozłączyłam się i zapisałam na kartce papieru słowo „sukinsyn”. Sukinsyn. Nawet jeżeli przyjąć znaczenie podane przez Jiu, praktycznie nikt nie używa tego słowa w takim sensie. Pomyślałam o szczeniaku. Takim, który nie opuszcza człowieka na krok – nawet jeśli ten nie okazuje mu żadnego zainteresowania.
Dlaczego używa się określenia „sukinsyn”? Przecież psy są takie dobre dla ludzi. Nie stawiają żadnych warunków, nie uciekają nawet przed ciosem, merdają ogonami, są posłuszne i nas lubią. Czy to właśnie przez to patrzy się na nie z pogardą? Czy właśnie tacy są ludzie? Rozmyślałam nad tym, patrząc w ciszy na zapisane słowo. Sama czułam się takim sukinsynem.
Gdyby tylko serce było czymś, co da się wyciągnąć z ciała! Sięgałabym wtedy od czasu do czasu do piersi, brałabym je w ręce i obmywała pod ciepłą wodą. Oczyszczone osuszałabym ręcznikiem i wywieszała w dobrze nasłonecznionym, przewiewnym miejscu. Ono by się suszyło, a ja dalej prowadziłabym swoje życie, chwilowo jako osoba bez serca, aż w końcu, kiedy wyschłoby już na słońcu, miękkie i pachnące wkładałabym z powrotem w pierś. I byłby to dla mnie nowy początek. Czasami wyobrażałam sobie, że tak właśnie robię.
•
W dniu przeprowadzki przyniosłam do nowego mieszkania wszystkie rzeczy, które czekały na tylnym siedzeniu samochodu. „Wszystkich rzeczy” nie było wcale tak wiele. Tylko ubrania, naczynia, książki, laptop, teleskop i telewizor.
Budynek znajdował się na wzniesieniu w zachodniej części miasta. Niedaleko bramy osiedla mieścił się supermarket, a przy tylnym wyjściu z bloków rozpoczynał się szlak turystyczny prowadzący w góry. Koło sklepu stało kilka domów, na podwórkach mieszkańcy mieli ogródki warzywne, a obok płynął strumyk. Na północ od mojego nowego lokum zaczynała się dzielnica mieszkalna pełna domków jednorodzinnych i bloków, a jeżeli poszło się na wschód, można było dojść do morza. Tamtejszą plażę nazywano Plażą Żółwi, bo wypełniały ją czarne obłe kamienie przypominające żółwie skorupy. Znajdowało się przy niej wiele nastawionych na turystów restauracji serwujących surowe ryby i grillowane małże, ale że trwała zima, w okolicy było pusto i cicho.
Choć przyjechałam do Huiryeong stosunkowo niedawno, czułam, jakbym mieszkała tu nie wiadomo ile czasu. Było tu tak cicho. Po tym, jak przeniosłam się tu z Seulu, cisza w Huiryeong bywała wręcz porażająca.
To był okres, w którym jednocześnie nie mogłam znieść ludzi i desperacko potrzebowałam towarzystwa. Chciałam spędzać czas na rozmowach z przyjaciółmi, tak jak robiłam to w Seulu, i zachłannie pragnęłam mieć choć jedną osobę, która byłaby zawsze na wyciągnięcie ręki. Jednocześnie nie chciałam, aby była to tak bliska więź, że polegalibyśmy na sobie i dzielili ze sobą wszystkim, co mieliśmy w sercach. Kiedyś na tym polegało dla mnie małżeństwo, ale przestałam już wierzyć, że coś takiego jest w ogóle możliwe.
Pod koniec zimy zaczęłam już zamykać okno, kiedy przeszywał mnie chłód, i sięgać po wodę, kiedy chciało mi się pić. Noce dalej były dla mnie trudne, ale nie kuliłam się już w sobie i nie płakałam. Udawało mi się przespać dwie godziny z rzędu, potem nawet trzy. Gdyby jednak ktoś zapytał, czy jest ze mną lepiej, nadal nie mogłabym z czystym sumieniem odpowiedzieć twierdząco.
•
Mama przyjechała do Huiryeong dwa miesiące po mojej przeprowadzce.
Zajrzała do śmieci przeznaczonych do recyklingu, które leżały przy drzwiach frontowych, po czym zdjęła buty i weszła do środka. Następnie z pudełka, które ze sobą przyniosła, wyciągnęła sok z buraków oraz drugi, z kapusty, i odłożyła je do lodówki do pojemnika na warzywa.
– Gdzie mogę odwiesić kurtkę?
Wzięłam ją od mamy, powiesiłam w szafie w sypialni i wróciłam do salonu. Zdążyła się rozsiąść na kanapie i zamknąć oczy. Przygotowałam jej kawę rozpuszczalną i postawiłam filiżankę na stoliku obok sofy.
– To nie jest miejsce dla takiej młodej osoby jak ty. Straszny koniec świata – skomentowała mama, nie otwierając oczu.
– Żaden koniec świata. Mam tu dobrą pracę – broniłam się. – Przyjeżdżałaś tu czasami, prawda? Zobaczyć się z babcią? – zapytałam po chwili zawahania.
– Sama dobrze wiesz, że się ze sobą nie widujemy. A co, chciałabyś się z nią spotkać?
– Nie o to mi chodzi, ale…
– Wracaj do Seulu, jak tylko pojawi się taka możliwość. Nie robisz tego wszystkiego z powodu swojego męża, prawda? Znaczy: tego faceta? Bo obawiasz się, że moglibyście na siebie wpaść?
– I tak ciągle jestem albo w pracy, albo w domu. Żadna dla mnie różnica, czy w Seulu, czy w Huiryeong.
– Żal twojej młodości. Musisz kogoś poznać. – Mama podniosła się z miejsca, podmuchała parę razy na kawę i upiła łyk.
– Mamo, nie potrzebuję do szczęścia mężczyzny.
– A wiesz, jak ludzie traktują rozwódki? Wszyscy będą szeptać za twoimi plecami.
Nic na to nie odpowiedziałam. Popatrzyłam przez okno. Nikt tego nie wie tak dobrze jak ja, mamo. O, ludzie orają pola traktorem. Pewnie będą coś siać. Latem i jesienią musi tu być bardzo ładnie. Nie warto naciskać ani się spieszyć, i tak niczego się nie zmieni. Pola też przecież nie orze się zimą.
– Świat zdążył się już zmienić, mamo. Nie myśl, że jest teraz tak samo jak wtedy, kiedy ty byłaś młoda.
– Nawet najnędzniejszy mężczyzna to już jakieś zabezpieczenie. Jeśli nie chcesz, żeby ludzie cię lekceważyli, musisz kogoś mieć.
– Mamo!
– Wiem, co mówię, sama przez to przechodziłam.
Nie chciałam już dłużej tego słuchać i wyszłam z domu. Czy według niej naprawdę muszę kogoś mieć? Czy ona sama nie została wykorzystana właśnie przez mężczyznę i jego rodzinę? Żerowali na niej do tego stopnia, że nie miała ani chwili, aby odwiedzić własną matkę. Jako żona najstarszego z trzech synów nie mogła pojechać do swojego domu rodzinnego nawet w święta. Rodzice taty czasami przyjeżdżali w wakacje, ale babcia nigdy u nas nie była. To jednak nie jedyny powód, dla którego nasze relacje z babcią wyglądają teraz właśnie tak. Myślę, że nawet gdyby układało nam się z krewnymi taty inaczej, mamie dalej trudno byłoby się z nią spotkać.
„Ale przecież taki z niego dobry człowiek”, tak mama mówiła o moim byłym mężu. Ludzie mówią, że jeżeli facet nie bije żony, nie uprawia hazardu i nie wdaje się w romanse, to naprawdę porządna z niego partia i nie należy nic więcej od niego oczekiwać. W tym sensie mój były mąż był w oczach mamy dobrym mężczyzną. Oczywiście dopóki nie wyszło na jaw, że mnie zdradzał.
Mama często mówiła w taki sposób, jakby całą nadzieję pokładała we wspólnym życiu z mężczyzną, ale jeżeli dokładnie się wsłuchać w jej słowa, brzmiało to, jakby to właśnie ona nie miała wobec mężczyzn żadnych nadziei. Byle tylko nie bił, nie uprawiał hazardu i nie zdradzał. Czy ktoś słyszał o większej rezygnacji wobec ludzkiej egzystencji?
Szłam przed siebie bez celu, aż dotarłam pod supermarket. Kupiłam tam lody i powoli ruszyłam z powrotem do domu. Po drodze głęboko oddychałam, żeby się uspokoić. Kiedy weszłam do mieszkania, mama spojrzała na mnie obojętnym wzrokiem. Podałam jej lody i otworzyłam jedno opakowanie dla siebie. Jadłam i starałam się rozmawiać z nią tak, jakby nic się nie stało.
Mama spytała, czy nie boję się mieszkać sama i czy podoba mi się moja nowa praca. Dopytywała, czy jeśli zachoruję albo coś mi się stanie, będę miała kogoś, kto się mną zaopiekuje, bo w końcu nie mam tu żadnych znajomych. Zapytała też, czy nie czuję się samotna, bo ona bardzo się przejmuje tym, że jestem tutaj sama jak palec.
– Dobrze mi tak. – Tylko tyle mogłam jej odpowiedzieć.
Straciłam już nadzieję, że mama stanie po mojej stronie, że zrozumie, jak się czuję. Kiedy jej powiedziałam, że rozstaję się z mężem, bardziej przejęła się losem zięcia, który zostanie sam, niż tym, przez co ja przechodziłam.
„O ciebie to się nie martwię, ale jak ten wrażliwy biedaczyna popełni przez to samobójstwo, to weźmiesz za to odpowiedzialność?”
Są takie słowa, których nie da się zapomnieć – i wie się to już w momencie, gdy padają. Dla mnie tak było właśnie w przypadku pytania mamy. Zadzwoniła do mnie, żeby się poskarżyć, w jak ciężkiej sytuacji stawia ją mój rozwód, jak bardzo jest przez to przygnębiona i jak cierpi. Co gorsza, poinformowała mnie też, że skontaktowała się z moim byłym mężem i życzyła mu szczęścia. Mojego bólu zdawała się nie dostrzegać.
Dobrze wiedziałam, że ludziom łatwiej jest współczuć mężczyznom. To mnie krytykowano za rozwód; nawet osoby, które miały świadomość, że to on mnie zdradził, atakowały mnie i oskarżały, że musiałam zrobić coś, co popchnęło go do zdrady. Kiedy się okazało, że nawet moja własna matka współczuła nie córce, tylko nieswojemu synowi, że wolała ignorować moje cierpienie, kompletnie mnie to zdruzgotało.
– Tata nikomu nie powiedział, że się rozwiedliście – poinformowała mnie obojętnym tonem.
– Widać wstydzi się własnej córki.
– Jaki by nie był, drugiego takiego ze świecą szukać.
– No i?
– Bez względu na wszystko tata to tata. Nie możesz tak o nim mówić.
„Żeby brać rozwód po tym, jak mąż cię raz zdradził? Pomyśl, jak on się poczuje. Trzeba być wyrozumiałym. Inni jakoś z tym żyją”. To były słowa taty, kiedy się dowiedział, że planuję rozwód. Niespecjalnie mnie zaskoczyło, że skupił się na swoim zięciu, a nie na mnie. Nawet nie oczekiwałam, że mógłby stanąć po mojej stronie.
Mama zebrała się do wyjścia, zanim się ściemniło. Odwiozłam ją na dworzec autobusowy. W drodze powrotnej mijałam grupkę starszych pań, które ciągnęły za sobą wózki na zakupy.
•
W sobotni wieczór pod koniec marca wracałam właśnie ze spaceru po okolicy, kiedy spotkałam na wzgórzu starszą panią. Często wpadałyśmy na siebie w windzie w mojej klatce. Zawsze się do mnie odwracała i uśmiechała życzliwie. To była bardzo stylowa staruszka – zazwyczaj ubrana w neonowo różowy albo szary płaszcz puchowy. Tamtego dnia miała jednak na sobie taki w kolorze jasnoróżowym i ciągnęła żółty wózek. Ukłoniłam się jej lekko i już miałam ją minąć, kiedy skinęła na mnie ręką.
– Byłam właśnie na targowisku, bo słyszałam, że mają dzisiaj tanie jabłka.
– Tak?
Z koszyka na zakupy, który miała ustawiony na wózku, wyciągnęła jedno i mi je podała.
– To dla pani. Podobno bardzo słodkie.
– Ach… nie musi pani…
Obawiałam się, czy nie jest to przypadkiem wstęp do jakiegoś nawracania mnie, ale nie wypadało też uparcie odmawiać, więc przyjęłam owoc i schowałam go do kieszeni.
– Targowisko… Ma pani na myśli to obok ratusza? Aż tak daleko pani była?
– Bo tam jest najtaniej.
Minęło nas kilka osób na skuterach. Za starszą panią widać było morze mieniące się kolorami późnego popołudnia. Wiał delikatny wiatr.
– Proszę nie pomyśleć sobie o mnie czegoś dziwnego, ale…
Milczałam.
– Przypomina mi pani moją wnuczkę. Nie widziałam jej, od kiedy miała dziewięć lat. To córka mojej córki. – Przez chwilę się we mnie wpatrywała. – Moja wnuczka nazywa się Jiyeon. Lee Jiyeon. A córka Gil Miseon.
Przyjrzałam się twarzy staruszki. To były nasze imiona i nazwiska: moje i mamy. Pewnie powinnam była coś powiedzieć, ale nie potrafiłam z siebie wydobyć ani słowa.
– Nie miałaby po co tutaj przyjeżdżać z Seulu – kontynuowała kobieta, patrząc mi prosto w oczy.
– A jednak tutaj jest – wydusiłam z siebie.
Uśmiechnęła się, jakby już wiedziała. Niezdecydowane, co zrobić, stałyśmy na tym wzgórzu i wpatrywałyśmy się w siebie. Na twarzy starszej kobiety pojawił się psotny uśmiech. Domyślałam się, że musiała mnie rozpoznać już na samym początku.
– Babcia?
Skinęła głową i odparła:
– Dawno się nie widziałyśmy.
Tamtego dnia, idąc wspólnie w stronę bloku, nie rozmawiałyśmy zbyt wiele. Czegokolwiek bym nie powiedziała, byłoby to wymuszone. Weszłyśmy do windy i wybrałam przycisk czwartego piętra.
– Ale jesteś wysoka, zupełnie jak twoja mama! – odezwała się babcia, wciskając guzik z dziewiątką.
– Tak… chyba tak.
Podczas krótkiej wymiany zdań przyjrzałam się jej twarzy z bliska. Miała krótkie, niefarbowane włosy, gęste jak na jej wiek, wysokie czoło i wąskie oczy pozbawione fałdy na powiece. Do tego mocno zarysowany nos, pod nim długa rynienka wypełniona delikatnymi włoskami oraz pełne usta w kolorze jasnego fioletu. Wokół oczu i warg widniały zmarszczki od uśmiechu, miała też dwie głębokie bruzdy pomiędzy brwiami. Była nieco niższa ode mnie, ale trzymała się prosto, nie miała zaokrąglonych pleców. Na jej pomarszczonych dłoniach zaciśniętych wokół rączki wózka zauważyłam mnóstwo brązowych plam. Prawie w ogóle nie przypominała mojej mamy – ta nie cierpiała swoich siwych włosów i zawsze farbowała je na czarno, a do tego miała niskie czoło.
Podczas naszego spotkania po latach jedynym uczuciem, które mi towarzyszyło, było zakłopotanie. Była dla mnie tak obcą osobą, że brakowało mi pewności, czy na pewno jest tą samą babcią, którą znałam kiedyś. Nie przestawałam myśleć o tym, co powinnam powiedzieć, jeśli znów się zobaczymy, czy czasem nie będzie chciała ingerować w moje życie tylko dlatego, że jest moją babcią, i czy zaraz wszyscy się dowiedzą, że jestem jej wnuczką z Seulu, kiedy zależało mi, aby żyć w Huiryeong anonimowo.
Wpadłam na nią ponownie parę dni po naszym pierwszym spotkaniu, rankiem w drodze do pracy. Kilka starszych pań wsiadało akurat do busa stojącego na parkingu. Wszystkie miały na sobie kolorowe ubrania robocze. Przyglądałam się im i nagle moje spojrzenie spotkało się ze wzrokiem babci, która stała właśnie w drzwiach pojazdu. Kiedy to zauważyła, uśmiechnęła się szeroko i pomachała do mnie. Po chwili zawahania odwzajemniłam gest. „Późno już, nie ma czasu!”, ponagliły ją inne panie, każąc jej zająć swoje miejsce.
– Jadę na wyrobek! – zawołała do mnie babcia. – Pa, pa!
Obserwowałam busik, póki nie zniknął mi z oczu.
Gdyby nie to, że pamiętałam ją z dzieciństwa, prawdopodobnie jej obecność by mi ciążyła. Miałam jednak już trzydzieści jeden lat, a nasze rozmowy i wspólny śmiech wciąż pozostawały w mojej pamięci.
W jej odczuciu pewnie bardziej niż jej wnuczką byłam teraz trzydziestoparolatką, z którą nie wiadomo jak rozmawiać. Nie słodką i uroczą wnusią, którą należałoby rozpieszczać, a dorosłym dzieckiem jej własnej córki, z którą nie łączyły jej dobre stosunki. Nie przeszkadzały mi jednak bezradność, niezręczność i trudność naszej relacji; miałam wręcz wrażenie, że pod tymi emocjami powoli kiełkuje przyjaźń.
•
Kiedy kolejnego wieczoru wpadłyśmy na siebie w supermarkecie, nie towarzyszyło temu aż tak duże skrępowanie, jakiego się obawiałam. Babcia zmierzała właśnie do kasy z butelką ciemnego sosu sojowego i dużym pudełkiem kawy rozpuszczalnej w koszyku. Stanęłam w kolejce za nią.
– Wracasz z pracy? – zapytała.
– Tak, weszłam po drodze kupić coś do jedzenia – odpowiedziałam, spoglądając na zawartość mojego koszyka: truskawki, jabłka, płatki śniadaniowe, mleko i kimchi.
Na tym nasza rozmowa się skończyła. Nie przychodził mi do głowy żaden dobry temat. Babcia musiała się chyba czuć podobnie, bo gdy odeszła od kasy, schowała rzeczy do swojego wózka na zakupy i ruszyła w kierunku wyjścia. Zapłaciłam i podeszłam do niej.
– Podwiozę cię samochodem.
– Nie musi pani, to tylko pięć minut pieszo. – W zakłopotaniu wyrwało jej się „pani”.
– Widzę, że masz dużo ciężkich rzeczy. I tak podjeżdżam pod nasz blok.
– W takim razie będę ci wdzięczna.
Kiedy wsiadała do samochodu, zauważyłam, że choć nie była zgarbiona, miała problemy ze schylaniem się. Wychodziła z auta równie powoli. Może i dobrze wyglądała, ale jednak była starszą panią. Wolnym krokiem ruszyłam z nią do windy.
– Czym się zajmujesz na co dzień, babciu?
– W sezonie jeżdżę na wyrobek do wsi pod miastem… – odpowiedziała po chwili zastanowienia.
– Wyrobek?
– Nie wiesz, co to jest?
Pokręciłam przecząco głową.
– Mówi się tak na dorywczą pracę na roli. Z wiekiem zaczęłam jeździć z koleżankami z osiedla na pola winogron i tam pomagać przy uprawie. Nożyczkami! – wytłumaczyła, układając palce wskazujący i środkowy w kształt nożyc. – Przycinamy winorośl nożyczkami, a jak owoce już urosną, to zawiązujemy na nich woreczki, a później przekładamy do pudeł. Ot, taka robota.
– W twoim wieku, babciu…
– Lepsze to niż siedzenie i czekanie na śmierć – skwitowała z uśmiechem. – Porozmawiam sobie zawsze z sąsiadkami i trochę zarobię. Nawet nie wiesz, jaka to świetna fucha! A poza tym trzeba się trochę poruszać, żeby w nocy się dobrze spało.
Nie spodziewałam się, że winda będzie zjeżdżać aż z szóstego piętra. Przez chwilę zastanawiałam się, co jeszcze mogę powiedzieć.
– A jak spędzasz czas poza pracą?
– Ja? A co bym miała robić? Zwykle leżę i oglądam telewizję, czasem chodzę do ośrodka dla seniorów. Niewiele.
Winda dotarła na parter. Wsiadłyśmy i bez słowa nacisnęłyśmy guziki z naszymi piętrami. Kiedy wysiadałam na czwartym, babcia odezwała się, zatrzymując mnie jeszcze na chwilę:
– Odwiedź mnie kiedyś, jak będziesz miała czas. Chyba że jesteś bardzo zajęta, to wtedy nie. Wtedy w żadnym wypadku!
•
Wybrałam się do niej w niedzielę, wkrótce po tej rozmowie. Umówiłyśmy się na ten dzień, kiedy znowu wpadłyśmy na siebie w windzie. Kiedy powiedziałam, że chętnie ją kiedyś odwiedzę, tak się rozpromieniła, że bez namysłu wskazałam datę.
Wybrałam się na targ, kupiłam bukiet róż, po czym wstąpiłam do sklepu obok i dobrałam jeszcze butelkę wina i niewielki torcik z kremem. Weszłam do windy i nacisnęłam przycisk dziewiątego piętra zamiast czwartego. Kiedy wysiadłam, jej drzwi były otwarte na oścież. Już z korytarza czułam zapach ryżu, zupy i smażonej ryby. Stanęłam przed jej mieszkaniem i zawołałam: „Babciu!”.
Wyszła do przedpokoju, machając rękami na powitanie. Była ubrana w musztardową sukienkę, a na stopach miała skarpety w kwiatki.
– Wchodź, wchodź! A co to za bukiet?
W przedpokoju wisiał olejny obraz przedstawiający trzy jabłka. Mieszkanie babci miało ten sam układ, co moje, ale na jej balkonie na suszarce na pranie schły liście rzodkwi, a w dużym koszyku zobaczyłam parę mandarynek. Oparte o ustawione obok siebie trzech wózków leżały nierozpakowane zakupy: szczypiorek, cebula, jabłka, czosnek i suszone wodorosty. Weszłam do kuchni, położyłam tort i wino przy zlewie. W całym pomieszczeniu unosił się intensywny zapach imbiru. Zaoferowałam babci, że pomogę w kuchni, ale ta niemal popchnęła mnie na sofę.
– Usiądź sobie i poczekaj.
Była to trzyosobowa brązowa kanapa ze sztruksu – wysiedziana, z wyświeconymi oparciami. Przez moje problemy z plecami było mi na niej trochę niewygodnie, więc przeniosłam się na podłogę. Naprzeciwko mnie stał niewielki telewizor. Grał bardzo głośno, a jego obraz lekko drżał. Na ścianie z tyłu tapeta się odkleiła i jej róg bezwładnie zwisał.
– Może chociaż rozłożę sztućce – zaproponowałam, kiedy przysiadłam na ziemi, ale babcia zaraz machnęła na mnie ręką, żebym się nie podnosiła.
– Bycie gościem to też sztuka.
Na jej słowa rozsiadłam się i spojrzałam na stół przede mną. Mógł pomieścić cztery osoby i prawie nie nosił śladów użytkowania. Babcia ułożyła banchany[2] i sztućce na tacy, po czym przyniosła je do salonu. Pojawiły się przede mną pieczona sola, wodorosty z ostrym paprykowym sosem wymieszanym z octem, duszona biała rzodkiew i kimchi z młodej rzodkiewki. Następnie podała jeszcze ryż z kasztanami i fasolą oraz zupę z kapusty. Zamiast wody wlała do kubków herbatę z nasion kasji. Usiadłyśmy naprzeciwko siebie i chwyciłyśmy za sztućce.
– Smacznego! – Sięgnęłam po zupę.
– Zapomniałam dodać czosnku, więc może być trochę bez smaku – ostrzegła babcia, przyglądając mi się uważnie, kiedy brałam łyżkę do ust.
Zupa była dla mnie nieco za słona, ale miała intensywny aromat.
– Pyszna! – powiedziałam, a babcia zrobiła podejrzliwą minę. – Naprawdę! Kapusta aż się rozpływa w ustach.
– Nie za słona?
– Nie.
Dopiero wtedy sama wzięła łyżkę zupy do ust.
– Hmm, smaczna – przyznała, po czym się zaśmiała.
Moją uwagę przykuły jej pomalowane intensywnie różową szminką usta. Włosy też nabrały objętości od naszego ostatniego spotkania. Może układała je podczas suszenia? Byłam zaskoczona, że aż tak się postarała, żeby ładnie dla mnie wyglądać. Obrałam kawałek soli z ości i położyłam go na miseczce ryżu babci. Ryba była w połowie wysuszona, dzięki czemu ciągnęła się i miała pyszną skórkę, jakby babcia usmażyła ją w głębokim oleju. Starałam się zachować dobre maniery i jeść powoli, ale poczułam taki apetyt, że bez zastanowienia jadłam jeden kawałek za drugim. Kiedy ostatni raz doświadczyłam tego przyjemnego uczucia sytości? Tak się skupiłam na jedzeniu, że w ogóle nie rozmawiałam z babcią i po chwili skończył mi się ryż w miseczce.
– Posiłek zawsze smakuje najlepiej, gdy je się go z kimś.
Przytaknęłam, mimo że nie do końca się z tym zgadzałam. Posiłek smakuje inaczej w zależności od tego, z kim się go je. Często wolałam jeść sama, oglądając Netflixa. Ale posiłek babci – a właściwie posiłek jedzony z babcią – był naprawdę pyszny.
– Dołożyć ci?
– Jestem już taka pełna, a jeszcze mamy tort…
– Ktoś ma dzisiaj urodziny? – zapytała ze śmiechem.
– Po prostu jest smaczny.
– Prawda.
– Lubisz ciasta, babciu?
– Lubiłabym, gdybym miała w domu takie rzeczy! – zażartowała.
Wspólnie posprzątałyśmy po obiedzie. Obklejone niebieską folią zlew i szafka miały już swoje lata, a jednej z półek brakowało drzwiczek, ale kuchnia i tak wyglądała na zadbaną i dobrze zorganizowaną. Nad zlewem stała szklanka z natką pietruszki. Wytarłam stół ściereczką, a babcia pokroiła tort i nałożyła każdej z nas po kawałku. Wlałyśmy też wino do szklanek i powoli je sączyłyśmy.
Tego dnia babcia nie spytała mnie o nic prywatnego. Na pewno wiedziała od mamy przynajmniej tyle, że wzięłam ślub, ale nie pytała o mojego męża. Zamiast tego interesowała się tym, czego się uczyłam na studiach, czym się zajmuję w pracy i jak spędzam czas wolny.
– Masz naprawdę ładną skórę, babciu.
– Wszyscy mi to mówią. W ośrodku dla seniorów zawsze komentują, że moja twarz tak lśni, że nie trzeba włączać światła.
Zaśmiałam się. Bawiło mnie, że w jej odpowiedzi nie było ani krztyny skromności.
– Mama też ma zawsze ładną cerę, jej skóra wygląda na gładką i nie ma żadnych wyprysków. Ja tego po niej nie odziedziczyłam. W sumie w ogóle jej nie przypominam.
– Ja i twoja mama też w ogóle nie jesteśmy do siebie podobne. Ona się wdała w twojego pradziadka.
– Taty też nie przypominam.
Babcia przyjrzała się uważnie mojej twarzy.
– Już wiem, do kogo jesteś podobna.
– Tak?
– Zaczekaj chwileczkę.
Babcia poszła na moment do pokoju, po czym wróciła z brązowym albumem na zdjęcia.
– Popatrz. – Otworzyła go i mi podała.
Na zdjęciu były dwie uśmiechnięte kobiety ubrane w hanboki[3], góra strojów była biała, a spódnice czarne. Moją uwagę przykuła ta po lewej z włosami upiętymi w niski kok z przedziałkiem na środku.
– Kto to? – zaciekawiłam się, pokazując ją palcem.
Babcia też ją wskazała.
– Jakbym powiedziała, że to ty, to wszyscy by mi uwierzyli. – Pogładziła krawędź albumu.
Kobieta na zdjęciu wyglądała zupełnie jak ja: jedno oko bez fałdy na powiece, ale drugie z fałdą, rzadkie brwi, zaokrąglone czoło, krótki podbródek i niewielkie uszy. Poza, w której siedziała, i jej wyraz twarzy też były podobne do moich.
– Opowiadał ci ktoś kiedyś o mojej matce? – odezwała się babcia, widząc, że nie mogę oderwać wzroku od zdjęcia.
Pokręciłam głowę. „Nie mamy krewnych”, zazwyczaj właśnie to słyszałam z ust mamy.
– Cóż. W końcu w ogóle się nie widywałyśmy – przyznała babcia, ale widziałam, że jest jej przykro, że moja mama nigdy nic nie wspominała o prababci. Na chwilę zapadła cisza.
– Jak się nazywała?
– Lee Jeongseon. Ale wszyscy wołali na nią Samcheon albo pani Samcheon.
– Dlaczego?
– Bo właśnie stamtąd pochodziła[4].
– Gdzie to jest? Pierwsze słyszę.
– Podobno pociągiem z Gaeseong[5] można tam było dojechać w trzy godziny.
– Ty jesteś właśnie z Gaeseong, prawda, babciu? – Usłyszałam to kiedyś przypadkiem podczas rozmowy o czymś innym.
– Zgadza się. Moja mama przeniosła się tam jeszcze przed moimi narodzinami. Miała wtedy szesnaście lat.
Za oknem zachodziło słońce. Pomyślałam, że najwyższa pora, żeby się zbierać, ale nie miałam ochoty wychodzić. Chciałam się dowiedzieć więcej.
– Jaką była osobą? – zdecydowałam się w końcu zapytać.
– Kto? Moja mama?
– Tak.
Babcia wyglądała, jakby już chciała coś powiedzieć, ale się rozmyśliła. Potem zrobiła to jeszcze raz. Zniknął uśmiech, który do tej pory gościł na jej twarzy, i zdawała się teraz pochłonięta myślami.
– Wiesz… – zaczęła i podniosła na mnie wzrok. – Tęsknię za nią. – Patrzyła na mnie przez chwilę, jakbym to ja była jej matką, po czym z widocznym wysiłkiem się uśmiechnęła. – Jest osobą, za którą bardzo tęsknię.
Kiedy dostrzegłam w kącikach jej oczu łzy, byłam tak zaskoczona, że odwróciłam głowę, by udać, że ich nie widzę.
– Głupoty wygaduję. – Przyłożyła kubek do ust i dopiła swoje wino. Przez dłuższą chwilę żadna z nas się nie odzywała.
– Czy masz może jakieś zdjęcia pradziadka? – zapytałam w końcu, dolewając jej wina.
– Nie. – Spojrzała na mnie i się uśmiechnęła.
– A jaką był osobą?
To znów skłoniło ją do zastanowienia.
– Był synem cieśli, a jego dziadek był podobno garncarzem. Wiesz, że w przeszłości prześladowano katolików, prawda? On pochodził z takiej właśnie rodziny.
•
Tytuł oryginału
밝은 밤
Copyright © 2021 by Choi Eunyoung
All rights reserved.
This Polish edition was published by arrangement with Munhakdongne Publishing Corp.
c/o Korea Copyright Center Inc. (kcc), Seoul and Chiara Tognetti Rights Agency, Milan.
TŁUMACZENIE
© Copyright for the Polish translation Marta Niewiadomska, 2025
KOLACJONOWANIE TŁUMACZENIA
Dominika Chybowska-Jang
korekty
Karolina Bednarz, Anna Wołcyrz / Tajfuny
Projekt graficzny serii
Masaomi Fujita / tegusu Inc.
opracowanie graficzne okładki
Karolina Korbut
redakcja
Helena Piecuch
Skład i łamanie
Krystian Rajzer
projekt typograficzny bloku
to/studio
Ilustracja na okładce
Frida Ock, 2025
Opracowanie wersji elektronicznej
Karolina Kaiser,
This book is publshed with the support
of the Literature Translation Institute of Korea (lti Korea).
Tajfuny
ul. Chmielna 12
00-020 Warszawa
tajfuny.pl / [email protected]
ISBN
druk: 978-83-67034-57-9
e-book: 978-83-67034-58-6
[1] Chuncheon – miasto na wschód od Seulu, w połowie drogi na wschodnie wybrzeże Korei Południowej (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
[2] Banchan – typowe dla kuchni koreańskiej przystawki podawane razem z głównym daniem albo z ryżem. Do najpopularniejszych należą kimchi oraz piklowana rzodkiew danmuji.
[3] Hanbok – tradycyjny strój koreański. Górna część zwana jeogori przypomina zawiązywaną koszulę, krótszą w wersji kobiecej, a dłuższą w wersji męskiej. Dopełnieniem żeńskiego hanboka jest obszerna spódnica, a męskiego – spodnie o luźnym kroju.
[4] Samcheon (Samch’ŏn) – wieś w południowo-zachodniej części Korei Północnej. W Polsce nazwy północnokoreańskie zwykle zapisuje się innym systemem transkrypcji niż nazwy z Korei Południowej. W tekście zastosowano jednolity zapis dla wszystkich nazw koreańskich w celu ułatwienia lektury. Transkrypcja stosowana w Korei Północnej podawana jest w przypisach w nawiasie.
[5] Gaeseong (Kaesŏng) – miasto w południowej części Korei Północnej. Kiedy po II wojnie światowej Korea została podzielona wzdłuż 38 równoleżnika, Gaeseong znalazło się w granicach Korei Południowej. Podczas wojny koreańskiej (1950-1953) zostało jednak zajęte przez Koreańską Armię Ludową i po podpisaniu porozumienia o zawieszeniu broni stało się częścią Korei Północnej.
