Jaśmina.  - Anna Szafrańska - ebook
BESTSELLER

Jaśmina. ebook

Szafrańska Anna

4,7

1353 osoby interesują się tą książką

Opis

Trzeci tom chwytającej za serce serii „PInk Tattoo”! 

 

Tatuaż może być tym, co będzie, jeżeli pozwolimy odejść temu, co było.

Jaśmina znalazła swój azyl w PInk Tattoo – w miejscu, gdzie słowa rodzina i przyjaźń nabrały nowego znaczenia. Po rozwodzie pozornie poukładała swój świat, żyjąc dla innych ludzi, nie dla siebie. Tylko nieliczni poznali jej tajemnicę, która zaważyła na przyszłości, w której nie było miejsca na miłość. 

 

Tymon wie, czym jest odpowiedzialność za błędy i jaki jest świat rządzący się zupełnie innymi prawami. Aby w nim przetrwać, trzeba się przystosować. Zbyt często odwracał wzrok, stał się podejrzliwy, a pięści służyły mu do obrony.

Oboje nie wierzyli, że można obrócić przeszłość w pył, by raz na zawsze stała się nicością. Nigdy nawet nie marzyli, że będą mogli odrodzić się z własnych popiołów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 454

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright ©

Anna Szafrańska

Wydawnictwo NieZwykłe

Oświęcim 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Redakcja:

Beata Kostrzewska

Korekta:

Justyna Nowak

Katarzyna Olchowy

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8178-437-5

ROZDZIAŁ 1

Jeśli świt przyłapie nas

Wykrzyczę mu to prosto w twarz

Mamy miłość, chcemy życie brać

Na błędy mamy czas

Chcemy dalej dojść

Niż na wyciągnięcie ręki

Jeśli świt przyłapie nas

Staniemy z nim tu twarzą w twarz.

Daria Zawiałow, Król, Igo, Świt

– Na skutek zgodnie złożonych oświadczeń, w obecności świadków, godła Państwa Polskiego i przede mną, kierownikiem Urzędu Stanu Cywilnego, ogłaszam, że związek małżeński między panią Malwiną Emilią Collins i panem Arkadiuszem Damięckim został zawarty zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa – wyrecytował obłędnie przystojny, na oko trzydziestoparoletni urzędniczyna, po czym obrzucił dobrotliwym spojrzeniem ludzi zgromadzonych w sali i uśmiechając się lekko, zachęcił: – Można bić brawo.

Więc klaskaliśmy. I w przypadku Mata, a także kilku kumpli Arka, głośno gwizdaliśmy.

Ja dodatkowo starałam się zapanować nad cholernymi łzami.

Ze wzruszeniem ściskającym gardło obserwowałam, jak Arek pochyla się i obejmując delikatnie Malwinę, przy niemal ogłuszającym akompaniamencie braw i gwizdów, czule scałowuje jej nerwowy chichot. Nie został nawet ślad po Arku, który dosłownie pięć minut temu trząsł się jak galareta, nie mogąc chwycić maciupkiej obrączki ze srebrnej tacki trzymanej przez Lilkę i Oskara, który także nie ułatwiał mu zadania, gdyż dziko podskakiwał na biodrze swojej mamy, klaszcząc i rozdając rozbrajające uśmiechy na lewo i prawo. W końcu Arek stanął na wysokości zadania i nasunął obrączkę na palec Malwiny, a ta tylko przewróciła oczami i wsunęła ją do końca. W chwilę później sala eksplodowała śmiechem, gdy to ona z zaciętą miną wcisnęła złoty krążek na serdeczny palec Arka, poklepała to miejsce i mruknęła tryumfalnie: „dobrze siedzi”. Już miałam spytać, czy mam przynieść zaprawę (tak dla pewności), ale moje myśli wypowiedział na głos siedzący niedaleko blondyn. Odruchowo zacisnęłam palce na bukiecie Malwiny.

Wysoki, ciemnowłosy urzędnik zaprosił państwa młodych i świadków do złożenia podpisów, przy czym głośno i szalenie oficjalnie spytał Malwinę, jakie nazwisko będzie nosić po zawarciu małżeństwa. Dla nikogo nie było zaskoczeniem, że przyjęła dwuczłonowe nazwisko Collins-Damięcka. Jakby nie patrzeć, jeszcze przez jakiś czas oboje będą mieszkać i pracować w Irlandii, a ona sama w przyszłości miała kierować rodzinną firmą.

Zaraz po tym, jak Malwina i Arek podpisali dokumenty, przeszłam do ogromnego, bogato zdobionego biurka i chwyciłam do ręki długopis. Po dwóch sekundach było po sprawie. Chciałam czym prędzej odłożyć go na blat, ale wtedy wokół moich palców zacisnęła się czyjaś dłoń. Nie musiałam podnosić oczu, by wiedzieć, do kogo należy. Już pierwsza iskra poraziła moje ciało do tego stopnia, że chciałam się wyrwać, a jednocześnie, co było irracjonalną myślą, zostać w tej pozycji jeszcze chwilę – lub dwie.

– Teraz moja kolej – wymruczał mi do ucha aksamitny głos. Dało się wychwycić zmysłową chrypkę, która robiła mi wodę z mózgu. I działo się tak za każdym razem, bo moja wyobraźnia zaczynała mi podsuwać sugestywne wizje bazujące na wspomnieniach, gdy jego głos był przesycony żądzą i pragnieniem. Gdy był złakniony mnie.

Udając, że kompletnie nie wytrąciło mnie to z równowagi, podniosłam się z krzesła, tyle że odruchowo odwróciłam głowę. Mój błąd, bo natychmiast zostałam pochwycona przez ten krystalicznie czysty odcień błękitu. I gdyby nie kpiący, ironiczny uśmieszek, który wykwitł na ustach mężczyzny, pewnie westchnęłabym rozmarzona, nie bacząc na zgromadzonych wokół nas ludzi. Puszczając długopis i oswobadzając dłoń lekkim ruchem, odsunęłam się, robiąc mu miejsce przy biurku. Nie odpuściłam też kolejnej moralizującej rozmowy z samą sobą.

Tymon Collins był zakazany.

Zakazany!

I jako obiekt chwilowych fantazji, i jako sam mężczyzna.

Po prostu zakazany.

Z gracją usiadłam na wysokim krześle obok Arka, ukradkowo spoglądając w bok, jednak ta wesoła parka niczego nie zauważyła. W sumie odkąd mój brat zobaczył Malwinę w białej sukni, całkowicie zatracił poczytalność, ale nie miałam do niego absolutnie żadnych pretensji. Moja bratowa zawsze była piękna, ociekała wręcz niewymuszonym seksapilem, niemniej dzisiaj przeszła samą siebie, występując w sukni ślubnej o kroju syrenki. A skubana miała figurę do pozazdroszczenia. Jędrne, pełne piersi, wąska talia, zmysłowe pośladki oraz kształtne uda, które niejednego faceta przyprawiły o utratę zmysłów. Do tego jej suknia z długimi, koronkowymi rękawami eksponowała nagie plecy, a rozcięcie sięgało niemal lędźwi. Kilka razy przyłapałam Arka, gdy jego wzrok bezwiednie uciekał w tamto miejsce, i chyba nawet sama Malwina wiedziała, jaką reakcję wywołała u swojego faceta – gdy czuła na sobie spojrzenie męża, na jej policzki wypływał rumieniec, a ona sama wierciła się nerwowo.

Po części oficjalnej i dość pospiesznie wypitej lampce szampana, przyszedł czas na życzenia. Wyszliśmy przed budynek Wagi miejskiej, w której mieściła się sala Urzędu Stanu Cywilnego, gdyż kolejna para już szykowała się do swojej ceremonii. Tam Malwina i Arek zostali obrzuceni kwiatkami i drobniakami. Ktoś nawet dla żartu rozrzucił zabawkowe banknoty o nominale pięciuset euro, jednak i ta zagadka została szybko rozwiązana – Mateusz podawał je Oskarowi, a ten ochoczo ciskał nimi pod nogi cioci i wuja i uciekał w podskokach.

W czasie gdy Tymon poszedł przyprowadzić samochód Arka, ja odbierałam kwiaty oraz koperty i umieszczałam je w przezornie przygotowanych wcześniej ozdobnych drewnianych skrzynkach.

I tylko jedna osoba cały czas stała na uboczu. Z nikim nie nawiązała kontaktu wzrokowego, nie mówiąc już o samej rozmowie. Ojciec Malwiny i Tymona miał minę, jakby został zmuszony pod karą śmierci do przyjazdu na ślub własnej córki. Przez ostatnie dni starałam się nie ingerować ani nie rzucać uszczypliwymi komentarzami wobec jego ewidentnej arogancji, w efekcie czego miałam wargi pogryzione niemal do krwi. Musiałam się też upominać, że ostatnie, co mogłabym zrobić, to prawić komuś kazanie. Niemniej wkurzała mnie zachowawczość starszego Collinsa. I chociaż Tymon był ulepiony z innej gliny, to musiałam przyznać, że doszukałam się kilku podobieństw – ich oceniający, stalowy wzrok był niemal taki sam, identycznie zaciskali usta, gdy coś ich wkurzało, albo groźnie mrużyli oczy, gdy byli o krok od rzucenia jakimś uszczypliwym tekstem. Ale jedno trzeba było oddać starszemu Collinsowi – gość miał klasę. Natomiast Tymon… Cóż, gorąco buchało mi prosto w twarz na samo wspomnienie, w jaki sposób granatowa marynarka opinała jego wysportowaną sylwetkę.

– Muszę to powiedzieć. Garnitur zmienia faceta.

Obejrzałam się na Laurę, która jak się okazało, przysunęła się całkowicie niepostrzeżenie i zmieniając ujęcie, zrobiła serię zdjęć ostatniej parze, która składała życzenia Arkowi i Malwinie. Odbierając kwiaty i kopertę, dostrzegłam czarny obrys tatuaży wystających spod mankietów koszuli brata. Tribale, które stanowiły niemą pamiątkę po jego pierwszej żonie, Paulinie. I których ani on, ani Malwina nie mieli w planach usunąć.

– Faktycznie, Arek wygląda jak jakiś gangster – sarknęłam, odkładając prezenty do skrzynki u swoich stóp.

– Nie mówiłam tu o Arku, tylko o Tymonie! – Zaśmiała się Laura, wdzięcznie przewracając oczami. – Wiesz, Mateusza i Arka widziałam już kilka razy w garniturze, natomiast Tymon… – Urwała, wzdychając z podziwem. – No, jest na co popatrzeć.

– Bo we wszystkim wyglądam zajebiście. – Usłyszałam aksamitny głos za plecami, a cholerny dreszcz natychmiast poraził mi skórę. Tymon obszedł nas i złapał za skrzynkę. I wszystko byłoby dobrze, gdyby w tym czasie nie rzucił mi tego kokieteryjnego uśmieszku, a jego palący wzrok nie sunął po moich odsłoniętych nogach. – A jeszcze lepiej wyglądam bez niego – dodał przekornie, zapewne widząc, w jaki sposób mrużę na niego oczy.

Przezornie usunęłam mu się z drogi, gdy w końcu podniósł skrzynię i włożył ją do bagażnika samochodu Arka zaparkowanego przy ścianie Wagi miejskiej.

– Gumowe ucho – mruknęłam posępnie.

– Po prostu mam szósty zmysł i wiem, kiedy się mnie obgaduje. Albo komplementuje. – Błysnął uśmiechem i splatając ręce na piersi, zajrzał Laurze przez ramię, gdy ta przeglądała zdjęcia w aparacie. – I jak, cyknęłaś jakieś fajne fotki?

– Całkiem sporo. Jutro prześlę ci je na maila.

– Luz, może być później, bo i tak nie zabiorę się za ich obróbkę wcześniej niż w okolicach środy. Przy okazji możesz przesłać też te z panieńskiego – dodał całkiem swobodnie, ale gdy drgnęłyśmy nerwowo, zmierzył nas czujnym spojrzeniem.

Laura gwałtownie zaczerpnęła powietrza i wyłączając aparat, wcisnęła go pospiesznie do torby przewieszonej przez ramię.

– Chciałbyś – prychnęłam, pozornie swobodnie wzruszając ramionami. – Wybij to sobie z głowy, Collins. Ja na przykład absolutnie nie jestem ciekawa, jak wyglądał wasz wieczór kawalerski.

– T-tak, dokładnie! – pisnęła Laura, gestykulując tak żwawo, jakby nagle przeszła na język migowy. – Poza tym te zdjęcia już zostały zgrane. I przesłane Malwinie! Także… Naprawdę nie ma do czego zaglądać. Kolacja, spacer po Rynku, drinki w barze… I takie tam…

Niestety, jej spanikowany słowotok spowodował, że Tymon nabrał jeszcze większych podejrzeń, a samego spojrzenia, jakie we mnie wbił, nie powstydziłby się żaden przedstawiciel śledczo-sądowniczej instytucji, powszechnie zwanej Inkwizycją.

– Takie tam? – powtórzył głębokim, bezbarwnym głosem.

– Takie tam. – Znowu wzruszyłam ramionami i ostentacyjnie odwróciłam się od niego.

– Argument nie do przebicia. Czy wy coś… – Najwidoczniej chciał dalej drążyć temat, ale niespodziewanie przerwała mu Malwina, która całkowicie nieświadoma sytuacji podeszła do nas z oślepiającym uśmiechem na ustach.

– No to co? Jedziemy już do domu, nie…? – Przystanęła obok i przekrzywiając głowę, zamrugała z wolna, patrząc na mnie jak na wariatkę. – Dżas… Co tobie…

Byłam przekonana, że swoim wytrzeszczem oczu tylko jeszcze bardziej ją przeraziłam, niemniej cel uświęcał środki. I byłam już o krok od sukcesu, ale w tym momencie Tymon wysunął się do przodu i syknął przez zaciśnięte zęby:

– Gdzie byłyście na panieńskim, że Laura i Jaśmina odmawiają przesłania mi zdjęć?

Malwina głośno nabrała powietrza i niemal wepchnęła mu w ręce swój bukiet, wołając spanikowana:

– Nie!

Tymon cofnął się zaskoczony, a Malwina natychmiast się zreflektowała i chciała powrócić do dawnego uśmiechu, ale wyszło jej to bardzo sztucznie. Zbyt sztucznie, przez co Tymon zmrużył oczy do rozmiaru mikroskopijnych szparek.

– Tymi zdjęciami się nie przejmuj! – Zaśmiała się, machając ostentacyjnie bukietem złożonym z fioletowych frezji. – Już je mam, więc nie musisz ich ogarniać.

Dawno się nauczyłam, że Tymon był ciężkim zawodnikiem i nie dał się łatwo zwieść. Już otwierał usta, ale w tym samym momencie zawołał go Arek i machnięciem ręki przywołał do siebie. Zauważyłam, że rozmawiał z Mirasem, naszym wspólnym kumplem i właścicielem salonu tatuażu na Wronieckiej. Niedawno pisał mi, że rozważa wysłanie Tymona na dwa tygodnie na szkolenie do studia Mirka.

Widząc, że zgodnie westchnęłyśmy z ulgą, Tymon tym bardziej nie był skory nam odpuścić, niemniej nie miał innego wyjścia, jak podejść do swojego szefa. Na odchodne sprzedałam chłopakowi obrzydliwie bezczelny uśmiech, na co wściekle zazgrzytał zębami.

– Było blisko – sapnęła Laura, wachlując się dłonią. Na moje oko straciła z pięć lat życia.

– Zbyt blisko – przyznała Malwina, obrzucając mnie ostrym spojrzeniem. – Cholera, Dżas, ty i te twoje szalone pomysły!

– No co! – Zamrugałam niewinnie. – Ty też całkiem nieźle się bawiłaś, gdy ten czipendejs w stroju gliniarza…

– Milcz! – Przysunęła się, grożąc mi palcem. – I gdzie się podziała zasada: co się stało w Vegas, zostaje w Vegas?!

– Nie byłyśmy w żadnym Vegas – wymigałam się krnąbrnie.

– To przenośnia! Nawet Lilka nie zdradziła się przed Mateuszem, a to już jest sukces.

– Bo ona zasłoniła sobie oczy, kiedy… Kiedy Arek próbował nałożyć ci obrączkę, myślałam, że umrę ze śmiechu! – zaimprowizowałam gładko, widząc, jak mój brat podkrada się za plecami Malwiny.

Chociaż w jego przypadku wyrażenie „podkrada się” brzmiało zbyt groteskowo. Nie ma takiej możliwości, by facet wielki jak głaz zdołał przysunąć się niepostrzeżenie. To tak, jakby Śpiący Rycerz, oficjalnie zwany Giewontem, nagle się podniósł i stwierdził, że położy się gdzie indziej.

– Nie myślałem, że aż tak będę się denerwować – powiedział Arek, nieco zmieszany moim przytykiem. Cel uświęcał środki, bo zamiast skupić się na naszych przerażonych twarzach, przytulił się do pleców Malwiny i czule ucałował jej odsłonięty kark.

– Poradziłeś sobie znakomicie – wymruczała jego świeżo upieczona żona, przesuwając dłońmi po jego przedramionach. Odchyliła się, wspierając głowę na jego szerokiej piersi i uśmiechając się łagodnie, a jej oczy nabrały nowego blasku. – Jedziemy?

– Pani przodem, pani Damięcka – wymruczał, biorąc ją pod rękę i prowadząc do samochodu.

Laura czym prędzej czmychnęła, by odszukać Lilkę i Mateusza, z którymi miała się zabrać, a ja zlokalizowałam Tymona. Niestety, musiałam przerwać dyskusję, jaką prowadził z Mirkiem – mogli dokończyć kiedy indziej, chociażby na przyjęciu weselnym. Akurat tego dnia musieliśmy się trzymać grafiku. Zapakowaliśmy się do czarnej terenówki Arka, która dzisiaj była komicznie przystrojona biało-fioletowymi bukietami z bzów i liliowymi wstążkami. Fura miała charakter, tego nie szło jej odebrać, jednak byłam pełna podziwu, że brat pozwolił Malwinie ot tak „oszpecić” klasyka, który był swego czasu jego oczkiem w głowie. Cóż, najwidoczniej terenówka została trwale zdetronizowana.

Tymon odpalił samochód i sporadycznie dodając gazu, rozbudził drapieżny warkot silnika. Oczywiście nie mógł sobie odpuścić i trąbił głośno, objeżdżając cały Stary Rynek. Grupki anonimowych ludzi przystawały, głośno klaszcząc, a i znalazło się kilkunastu śmiałków, na oko studentów, którzy próbowali zorganizować „bramkę weselną”.

– Nie wierzę… Już po! – westchnęła głośno Malwina i zapiszczała krótko. Obejrzałam się przez ramię i uśmiechnęłam szeroko, widząc szczęście wymalowane na twarzach dwojga najbliższych mi ludzi. – Ach! Teraz czuję, jak schodzi ze mnie cały ten stres!

– Tak, już po. I przed – dodał tajemniczo Arek, podnosząc do ust jej prawą dłoń i całując obrączkę. Tak samo zrobił z lewą, gdzie pocałował wytatuowany na serdecznym palcu pierścień Claddagh, z sercem skierowanym do wnętrza dłoni. Uwielbienie w jego oczach ustąpiło miejsca iskrzącemu pożądaniu. – Teraz wszystko przed nami, mała.

– Zostawcie coś na wieczór, a przynajmniej nie róbcie do siebie tych maślanych oczek przy dzieciach – mruknęłam niby-karcąco, kciukiem wskazując na siedzącego obok mnie Tymona. I jak zwykle zresztą nie byłby sobą, gdyby odpowiednio mi nie dogryzł.

– Odezwała się chihuahua. A i przepraszam, że prawie na tobie usiadłem, ale ledwo zauważyłem cię przy tym stole.

– Błagam, nie zaczynajcie – przerwała nam Malwina, widząc, że już otwieram usta, by odparować Tymonowi za tę zniewagę. Arek tylko westchnął bezsilnie.

Naburmuszona, obróciłam się na fotelu i zaplotłam ramiona na piersi.

– To on zaczął – dodałam na swoją obronę. Niezbyt pocieszyło mnie to, że cała trójka burknęła pod nosem bezsilnie brzmiące „wiemy”.

Gryząc sobie język, wyciągnęłam ze schowka okulary przeciwsłoneczne, które przezornie zostawiłam tam z samego rana, gdy przyjechałam do domu Malwiny i pomogłam jej wyszykować się na ślub.

Ten dzień to był istny kogel-mogel. Dopracowany w każdym szczególe, ale jednak galimatias. Od rana w domu przy Mazowieckiej panowało istne poruszenie: między salonem, kuchnią a ogrodem, gdzie miała odbywać się część przyjęcia, krążyło około dziesięciu ludzi. Malwina wynajęła firmę cateringową, która miała sprawnie podawać do stołu i ogarnąć całe wesele. Ją samą zastałam w łazience, gdzie nad ślubnym makijażem i upięciem włosów pracowały wizażystka i fryzjerka. Jednak najkomiczniej wyglądał Arek, który wyszykował się na godzinę przed uzgodnionym wyjazdem do urzędu i bez przerwy poprawiał zawiązany u szyi krawat. Musiałam przyznać, w garniturze prezentował się powalająco, jednak absolutnie nie był przyzwyczajony do tak oficjalnych wystąpień. I tak przyłapałam go, jak powtarzał słowa przysięgi, krążąc po gabinecie i potrząsając rękami, by się odstresować. Z pewnością w naturalnym odruchu powinnam go szturchnąć i powiedzieć, że przecież powinien je znać, bo w końcu już jeden ślub zaliczył, ale… Te słowa nie chciały mi przejść przez gardło. Wspominał Paulinę i najpewniej nadal ją kochał, ale to Malwina była jego nową miłością i kobietą, z którą chciał zacząć wszystko od nowa – rozpocząć nowe życie. Jego pierwszy ślub był tak inny od mojego. Arek składał przysięgę miłości i wierności, a te uczucia płynęły z głębi jego serca, natomiast ja… Ja nic nie czułam do Alana. Nie kochałam go. Jeszcze nie wtedy.

Dojeżdżając na ulicę Mazowiecką, zauważyliśmy, że wszyscy zaproszeni goście stłoczyli się na schodach, wzdłuż dróżki prowadzącej od furtki, a także na ganku. I zobaczyłam coś, co o mało nie spowodowało, że wypadłam na chodnik, wysiadając z samochodu – w drzwiach stał pan Collins, trzymając srebrną tacę z chlebem i solą. O cholera… Wiedziałam, że właśnie to dostali w przydziale Lilka z Matem, jednak jakim cudem udało jej się namówić ojca Malwiny?! Z drugiej strony kto jak nie ona był w stanie przekonać surowego i zimnokrwistego Collinsa. Wystarczyło, że zamrugała tymi swoimi zielonymi, niewinnymi oczkami, a i nawet największemu twardzielowi miękły kolana. Wystarczyło spojrzeć, jak poradziła sobie z Mateuszem.

Tymon odchrząknął znacząco, więc czym prędzej obiegłam samochód i pomogłam Malwinie wysiąść, przytrzymując tren jej sukienki, by nie pozamiatał wszystkich śmieci z chodnika. Zauważyłam, jak spięła się na widok ojca stojącego w drzwiach, a krew odpłynęła jej z twarzy. Ona także się tego nie spodziewała. I mimo że pracowała z nim niemal codziennie od przeszło pół roku, mimo że pozornie ich relacje uległy ociepleniu, to nadal instynktownie reagowała ucieczką.

Doskonale wiedziałam, że strachu przed wzgardzeniem przez własnego rodzica nie idzie wyplenić, pozbyć się ot tak, bo to wspomnienia pojawiające się znienacka paraliżują całe ciało – to odruch, nad którym trudno jest zapanować. Jednak Malwina mogła teraz liczyć na Arka, swojego męża. Tego samego, który owijając sobie jej dłoń wokół ramienia, ucałował ją czule w czoło, a pochylając się, szepnął na ucho:

– Jestem z tobą. Zawsze będę. Razem damy radę, pamiętaj. – Biorąc głęboki, drżący oddech, Malwina powoli skinęła głową i gdy ponownie podniosła oczy na Arka, ten uśmiechnął się czule, pocieszająco i odgarnął zbłąkany kosmyk z jej policzka. – Marzyłaś o tym, prawda? By twój ojciec był na naszym ślubie. Więc nie pozwól, by strach tobą zawładnął. Nie strać tej szansy.

Uśmiech zadrgał na jej pełnych wargach, a w oczach dostrzegłam nowo narodzoną siłę.

Powoli ruszyliśmy w stronę wejścia, a otaczający nas znajomi wystrzelili okolicznościowe race. Na nasze głowy posypało się kolorowe konfetti oraz sztuczne płatki białych i różowych róż. Malwina uśmiechała się wdzięcznie do każdego, jednak zauważyłam, że jej wargi zadrgały minimalnie, gdy stanęliśmy przed obliczem niewzruszonego pana Collinsa. Typowym dla siebie chłodnym tonem złożył młodej parze dość oględne życzenia. Arek podziękował mu, patrząc głęboko w oczy, podczas gdy Malwina, z nisko pochyloną głową, zawzięcie żuła kawałek chleba, jakby to był suchy karton. Arek zaprosił gości do ogrodu, a potem zabrał Malwinę na chwilę do gabinetu. Czułam, że potrzebują chwili dla siebie, więc szybko uwinęłam się z podpięciem trenu sukni. Przyjaciółka trzymała się, ale widziałam, jak drżą jej ramiona. I gdy zamykałam za sobą drzwi, dosłyszałam cichy szloch. Ze szczęścia. Bo nigdy nie spodziewała się, że ojciec złoży jej życzenia, że powita ją podczas wesela w ich rodzinnym domu.

Nie tracąc czasu, zeszłam do ogrodu. Zajęłam się usadzaniem gości przy okrągłych stołach ustawionych pod ogromnym namiotem, podczas gdy Tymon rozładował samochód z kwiatów i prezentów.

Dalej wszystko potoczyło się wedle stałego weselnego schematu. Malwina z Arkiem wypili lampkę szampana przy uniwersalnym akompaniamencie „sto lat!”, zjedliśmy pierwsze dania, w tym wybitny krem z kurek (zignorowałam Tymona, który naśmiewał się ze mnie, gdy ubłagałam kelnerkę o dokładkę) i nadszedł czas na pierwszy taniec. Wynajęty na tę okoliczność didżej zagrał przygotowaną piosenkę Świt śpiewaną przez Darię Zawiałow, Króla, Igo, i cholera… Tak, poryczałam się. I to porządnie, mimo że rytm był dość skoczny, jednak same słowa… One charakteryzowały więź łączącą tych dwojga. Przeganiając zbłąkaną łzę, wspólnie z gośćmi głośno śpiewałam refren, ale i tak nijak miało się to do potoku, jaki wylała z siebie Lilka – albo Basia, koleżanka Malwiny z czasów, gdy ta była naczelną Look’a. Całkiem dobrze dogadywałam się z nią podczas wieczoru panieńskiego Malwiny, a jej ekspresyjność szczególnie zapadła mi w pamięć.

Przyjęcie rozkręciło się do rozmiarów całkiem konkretnej imprezy, jednak tuż po dwudziestej drugiej, po przetańczeniu „belgijki”, przezornie przenieśliśmy się do domu. W salonie przygotowane zostały stoły, a także kolejne porcje jedzenia, które było wybitne, więc nie mogłam odmówić sobie dokładki strogonowa. I tak naprawdę dopiero po północy, gdy Malwina niemal została zmuszona, by rzucić bukietem, goście zaczęli się rozchodzić do domów.

A wracając do rzucania bukietem – Lilka pierwszy raz chciała mnie zamordować. Przynajmniej tak mi się wydawało, jednak sama się prosiła, bo stojąc obok mnie, kategorycznie odmówiła udziału w zabawie. Wypchnęłam ją w ostatnim momencie. Ostatecznie powinna być mi wdzięczna, bo to zmotywowało Mata, by dosłownie rzucić się niczym lew po krawat Arka. Ten skok został uwieczniony przez Laurę i już poprosiłam ją o przesłanie kopii – przyszło mi do głowy, by zdjęcie wykorzystać podczas wesela, które planowali zorganizować jesienią. Nie wiem tylko, jakim cudem Mat odgadł moje zamiary, ale gdy tańcząca z nim Lilka ukryła zaognioną twarz w jego ramieniu, rzucił mi twarde spojrzenie i bezdźwięcznie wymówił, bym „wybiła to sobie z głowy”. Myślałam o rzuceniu jakiejś kąśliwej uwagi, ale ostatecznie pozostałam przy niewinnym wzruszeniu ramionami, gdyż właśnie zauważyłam Malwinę, która stawiała dość toporne kroki. Szybko ulotniłam się z salonu, by pomknąć do sypialni przyjaciółki. Wróciłam chwilę później i od razu podeszłam do panny młodej siedzącej przy stole weselnym. Rozmawiała z Basią, popijając wodę z lodem.

– Masz – wymamrotałam, przysiadając obok nich, i ukradkiem rzuciłam jej pod nogi baleriny.

– Jesteś moim wybawieniem – westchnęła z ulgą i natychmiast zrzuciła szpilki na rzecz miękkich szmacianych balerinek.

– Kiedyś potrafiłaś wytrzymać cały dzień w szpilkach. – Zaśmiała się Basia i pochyliła, by zobaczyć z bliska buty ślubne Malwiny.

– Tylko się nie śmiej. Zapomniałam ich rozchodzić – wyszeptała wstydliwie panna młoda, przewracając oczami z własnego powodu.

Brutalnie roześmiałyśmy się z Basią.

– Błąd numer jeden totalnej amatorki – dodała blondynka, odkładając szpilki pod stół.

– Mnie to kompletnie nie dziwi. – Wzruszyłam ramionami i kpiąco uniosłam brew. – Kiedy niby miałaś to zrobić? Przylecieliście dwa tygodnie temu i od progu rzuciłaś: „Hej! Wiecie co? Pobieramy się!”.

Malwina pstryknęła na mnie palcem.

– I wtedy uznałaś mnie za niepoczytalną. Później za wariatkę. A dopiero na samym końcu wyściskałaś, piszcząc mi do ucha tak, że niemal pękły mi bębenki, i kopnęłaś Arka w tyłek, wkurzona, że nie pisnął nawet słówka o swoim planie.

– Tak było, nie zaprzeczę.

– Więc to serio były dwa tygodnie? – Basia z uznaniem pokręciła głową. – Byłam przekonana, że żartujesz! Mogłabym dać sobie głowę uciąć, że kto jak kto, ale akurat ty będziesz miała rozciągnięty planer ślubny na co najmniej dwa lata.

– I nie myliłabyś się, ale… Sama nie wiem. – Malwina zasępiła się, przygryzając usta. – Same oświadczyny Arka były dość spontaniczne, więc pomyślałam: „czemu nie?”…

– Moje oświadczyny?

– Tak. Twoje – przyznała aż nazbyt spokojnie, odchylając się na oparciu krzesła, by złapać kontakt wzrokowy ze swoim mężem.

Pochylający się nad nią Arek uśmiechnął się dość ironicznie, najwyraźniej mając na ten temat odmienne zdanie, jednak ostro wciągnął powietrze, gdy Malwina, wyciągając ręce za siebie, objęła jego uda, a jej zręczne palce niepostrzeżenie uszczypnęły go w pośladek.

– Aaa! Moje, no tak, masz rację. – Zacisnął usta, próbując się nie roześmiać w obliczu zapalczywości swojej żony. – Ale i tak za późno – skwitował, wskazując na mnie głową.

Uśmiechając się niczym Kot z Cheshire, zacisnęłam dłonie na ramionach.

– Kiedy cię przyszpiliła?

– Żadne znowu przyszpiliła – fuknęła gwałtownie Malwina, ignorując naśmiewającą się Basię, która skręcała się na krześle obok. – Po prostu… Normalnie…

– Ani po prostu, ani normalnie – powiedział Arek, rozmyślnie przesuwając palcem po szkarłatnym zabarwieniu na karku Malwiny. – Doskonale pamiętam, w którym momencie powiedziałaś, że chcesz…

– Zaraz spełnię jeden z przywilejów żony. – Ucięła, okręcając się na krześle i ostrzegawczo mrużąc oczy.

Basi w końcu udało się zapanować nad oddechem i przestała tłuc dłonią w stół, za to ja złapałam się pod żebra, bo nie mogłam wytrzymać ze śmiechu.

– Uuu, trąci mi to kanapą! Znam to spojrzenie. Sama je stosuję. I zawsze jest skuteczne, więc korzystaj, ile wlezie. – Pstryknęła palcami, mrugając porozumiewawczo do Malwiny.

– Tylko nie ucz tego Lilki – prychnął Mat, przyciągając sobie krzesło obok mnie i rozpierając się na oparciu.

– To będzie pierwsza rzecz, w jaką ją wtajemniczę – powiedziała Malwina, uśmiechając się anielsko. – A gdzie Lilka? Chyba ją trochę wymęczył ten dzień.

– Na górze, usypia Oskara. Nie przyzna się do tego głośno, ale stresuje się tymi maturami – dodał zaniepokojony, ściągając brwi. – Jeszcze raz dzięki za pokój.

– Nie ma problemu. Poza tym jutro i tak jedziemy nad jezioro, do domku Arka, więc tak będzie wam wygodniej…

– Naszego – przerwał jej Arek, całując żonę w czubek głowy. – Naszego domku.

Podczas gdy Basia westchnęła, całkowicie rozwalona poziomem czułości, który osiągnęli państwo Damięccy, a Mat stwierdził, że najwyższy czas położyć się spać, nim jęki z sypialni Malwiny nie pozwolą mu zasnąć, ja wykorzystałam okazję i wymknęłam się cichaczem.

Przecinając kuchnię, w której zastałam już tylko kilku kelnerów i jedną kucharkę, którzy mieli posprzątać po imprezie, wyszłam przez drzwi jadalni na balkon prowadzący do ogrodu na tyłach domu. Potrzebowałam powietrza. Tlenu. Wytchnienia.

I uparcie wmawiałam sobie, że nie zazdrościłam. Nie zazdrościłam…

Nie chciałam miłości, zaangażowania, stabilizacji, bliskości… Trwałości… Nie chciałam żadnej z tych rzeczy, bo wiedziałam, jak smakuje ich nagła utrata. To pustka, której nie potrafisz zapełnić i która razi każdego dnia. Gdybym była inna, gdybym nie była tak… oszpecona, z pewnością moje życie wyglądałoby inaczej. Miałabym to wszystko, przed czym teraz się wzbraniałam. Czego się bałam.

Wzdychając głośno, ściągnęłam cholerne obcasy i oparłam się o betonową barierkę. Nie żeby Malwina siłą wcisnęła mnie w tę obcisłą kobaltową kieckę, ale sama chciałam ładnie wyglądać na ślubie brata i najlepszej przyjaciółki. Poza tym rola świadkowej raczej skłaniała ku temu, by prezentować się z klasą. A przynajmniej spróbować wyglądać na bardziej ułożoną, niż byłam w rzeczywistości. Chociaż ogólny efekt mogły psuć moje wytatuowane przedramiona i wdrapujące się na kark płomienie z tatuażu, który nosiłam na plecach.

Zasępiłam się, spoglądając przed siebie. Kwietniowa noc była pogodna, ciepła i dało się wyczuć unoszącą się w powietrzu wilgoć, sugerującą wczesne nadejście lata. Gdzieś pomiędzy krzakami na tyłach ogrodu dostrzegłam ruch, a zaraz po nim usłyszałam cichy, wdzięczny i nieco nieśmiały śmiech, który natychmiast rozpoznałam.

Laura stała przy krzewie bladoróżowej magnolii. Palcami muskała delikatnie kwiaty i mówiła coś swoim łagodnym, melodyjnym głosem. Przez chwilę pomyślałam, że mówi do siebie, co wcale by mnie nie zdziwiło, jednak wtedy z cienia wysunął się wysoki, dość dobrze zbudowany mężczyzna. Miał włosy obcięte na jeża i pomimo eleganckiego garnituru jego aura wydawała się dość posępna. Niebezpieczna.

Nie zawracając sobie głowy zakładaniem butów i nie chcąc tracić ich z oczu, przeszłam wzdłuż barierki tarasu. Instynkt podpowiadał mi, że powinnam jak najszybciej odseparować Laurę od tamtego mężczyzny. Jednak nim postawiłam stopę na pierwszym stopniu krętych schodów, wokół mojego ramienia zacisnęły się czyjeś chłodne palce, a przy uchu usłyszałam głęboki szept Tymona:

– Zostaw ich.

I cholera, gdzie w tym momencie podziała się moja intuicja i instynkt?

ROZDZIAŁ 2

They say

It’s better to have loved and lost

Than to never have loved at all

(…)

Some mistakes get made

That’s alright, that’s okay

You can think that you’re in love

When you’re really just in pain.

Ashe, Moral of the Story

Z pewnością zabrakło mi właśnie tych dwóch rzeczy, gdy odruchowo obróciłam się w stronę Tymona. W blasku rozproszonego światła sączącego się z jadalni jego oczy wydawały się niemal granatowe, a cała postać emanowała niepojętym dla mnie rodzajem zniecierpliwienia. I co najważniejsze… Nadal nie puścił mojej ręki, mimo że wysłałam mu jasny sygnał.

Z westchnieniem pokręciłam głową i wskazałam na stojącą w ogrodzie parę.

– Znasz go?

– Tak. To mój kumpel – odparł zachowawczo.

– Kumpel ze więźnia? – rzuciłam obcesowo i specjalnie zmodulowałam głos, by był bardziej głęboki i przywodził na myśl dość nierozgarniętego karka.

Cóż, z pewnością nie rozbawiłam tym Tymona, wręcz przeciwnie – zasępił się jeszcze bardziej.

– Wyszedł jakiś czas temu. Malwina dopiero dzisiaj go poznała, jednak wcześniej… Wspominałem jej o Krystianie kilka razy – dokończył dość opornie.

Zauważyłam to już dawno – Tymon miał w zwyczaju przygryzać wewnętrzną stronę policzka, gdy cofał się myślami do czasów, kiedy przebywał w zakładzie karnym. Właśnie wtedy dopadały mnie palące wyrzuty sumienia, że traktowałam go w ten sposób, niemniej… Musiałam go do siebie zrazić. A jak zrobić to inaczej, jeśli nie głupim gadaniem i kąśliwymi uwagami. I jeśli normalnie moje praktyki przynosiły efekt w postaci facetów, którzy czmychali gdzie pieprz rośnie, tak Tymon był twardym zawodnikiem. Upartym, zapalczywym i przy tym diabelnie seksownym.

Szczególnie gdy uśmiechał się krzywo, patrząc na mnie spod zmrużonych powiek.

– I spokojnie, nie zrobi krzywdy Laurze. Nogi bym mu z dupy powyrywał.

Próbując zapanować nad oddechem, parsknęłam i z wymuszoną nonszalancją skomentowałam głośno:

– I teraz brzmisz jak ty! No co? Żadnej ciętej riposty? Żadnej głupiej odzywki? – Podjudzałam zdumiona, gdy Tymon w żaden sposób nie zareagował na moją bezczelną odpowiedź. Po prostu stał i przyglądał mi się z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– Po co to robisz? – spytał krótko.

– Robię co?

– Dlaczego grasz? I to w dodatku tak marnie.

Włoski zjeżyły mi się na karku, a poczucie zagrożenia zacisnęło lodowate palce na moim gardle. Czym prędzej wyszarpnęłam ramię z uścisku Tymona.

– Już ci kiedyś powiedziałam. Nie dopatruj się czegoś, co nie istnieje – rzuciłam głosem kompletnie wypranym z emocji i schyliłam się po buty.

– Bo nie lubisz komplikacji?

– Nie. Nie lubię.

Cofnęłam się, gdy Tymon ponownie chciał mnie zatrzymać w miejscu, i zwinnie przesunęłam się pod jego wyciągniętym ramieniem. Miałam nacisnąć na klamkę i uciec do jadalni, ale musiałam powiedzieć coś jeszcze. Coś, co sprawi, że odpuści i nie pójdzie za mną. Dlatego zaciskając kurczowo powieki, wysyczałam przez zęby:

– A szczególnie nie lubię, gdy naprzykrza mi się dzieciak.

Wypowiadając te słowa, czułam, jak zawartość żołądka podchodzi mi do gardła. Czym prędzej weszłam do domu. Malwina i Arek odprowadzili ostatnich gości do drzwi, a obsługa błyskawicznie ogarniała salon. Zauważyłam, że pan Collins został aż do końca przyjęcia i teraz kręcił się w korytarzu. A raczej stał w miejscu niczym posąg i posępnie patrzył w przestrzeń. Nie chcąc przeszkadzać, wymamrotałam krótkie pożegnanie do brata i chciałam czmychnąć na górę, ale Arek dogonił mnie na schodach.

– Jaśmina? Wszystko gra?

Nie! To chciałam powiedzieć, ale powstrzymałam się w ostatniej chwili. Odwracając się do Arka, przykleiłam na twarz sztuczny uśmiech.

– A jak ci się zdaje? Umieram od tych chrzanionych szpilek! Bycie elegancką kobietą nie jest dla mnie. – Przewróciłam zadziornie oczami, ale nawet moja zwyczajna swoboda nie zwiodła Arka, który przypatrywał mi się uważnie. Zrównując się ze mną na schodach, tak po prostu przyciągnął mnie do swojej piersi i mocno przytulił.

– Wszystko ci pasuje, siostrzyczko – wyszeptał miękko w moje włosy. – Kwestia przyzwyczajenia.

Przyzwyczajenia, co? – parsknęłam w duchu i na samą myśl, ile od siebie wymagałam, poczułam lodowate sopelki wbijające się w dno żołądka. Do pewnych rzeczy nie idzie się przyzwyczaić. To oznaczało, że prędzej czy później coś stanie się normą, czymś, co w końcu zaakceptujemy. Jednak ja nigdy nie będę potrafiła tego zrobić – wybaczyć samej sobie.

Już unosiłam dłonie, by wczepić palce w jego plecy, by mnie nie puszczał i dalej tulił. Bym mogła się wypłakać, rozkleić, jak kiedyś to robiłam, ale… Zamiast tego klepnęłam go pokrzepiająco w biceps i wyplątałam się z jego objęć.

– Pogadamy, kiedy sam wbijesz się w kieckę i założysz dziesięciocentymetrowe obcasy – prychnęłam, uciekając wzrokiem, i szybciej, niż zdążył zareagować, wbiegłam na piętro. – Lecę trochę zaznać beauty sleep, bo rano będę przypominać zombie!

Przystanęłam przy barierce i zaczęłam nasłuchiwać, ale na całe szczęście Arek odpuścił i zszedł do Malwiny.

Mój brat był opiekuńczy i honorowy i doskonale wiedziałam, że gdybym poprosiła go o chwilę rozmowy, o to, by został ze mną trochę dłużej – zrobiłby to. Ale to Malwina potrzebowała go dzisiaj bardziej. I to ona była teraz na szczycie listy jego priorytetów, nie ja.

Od razu skierowałam się do pokoju, w którym miałam spędzić dzisiejszą noc. Była to dawna sypialnia rodziców Malwiny, jednak pan Collins zrezygnował z pobytu w rodzinnym domu, jako że jutro wracał do Irlandii. A mając na uwadze, że z samego rana mieliśmy jechać do domku na wsi, najwygodniejszym rozwiązaniem było zanocowanie w domu na Mazowieckiej. Chociaż prawdę powiedziawszy, teraz wolałabym być wszędzie, byle nie tutaj.

Tuż po zamknięciu za sobą drzwi, a przed walnięciem się na podwójne łóżko, zrzuciłam z siebie sukienkę. Naszyjnik i kolczyki cisnęłam pod nogi, na dywan. Niezbyt odpowiednie miejsce, ale… Tak właśnie robiłam. Bałaganiłam wokół siebie. Tak samo wyglądało moje życie. Miałam tylko nadzieję, że Laura się nie zabije, potykając o plątaninę moich ciuchów.

Zwijając się w kłębek pod chłodną, czystą pościelą, zacisnęłam zęby tak mocno, że rozbolała mnie szczęka.

Było mi wstyd za te wszystkie odzywki do Tymona.

Za to, jak się z niego naigrywałam, jak obcesowo go traktowałam. Ale musiałam tak zrobić – dosłownie zrazić go do siebie.

Wyrzucałam sobie, że nie potrafiłam być szczera wobec Arka, jednak gdyby się dowiedział, że przespałam się z Tymonem… Nic nie było dostatecznym usprawiedliwieniem, nawet to, że Tymon miał zadatki na wybitnego tatuażystę. Mogłam się założyć, że dostałby honorowo od Arka po mordzie, zanim dokończyłabym swoją wersję tamtej historii. Bo lata temu Arek obiecał mi, że nigdy i nikomu nie pozwoli mnie skrzywdzić. Nie drugi raz. Nie po tym, gdy Alan zjawił się w PInk Tattoo, komunikując mi, że chce się ze mną rozwieść…

Właśnie tym była dla mnie miłość. Czymś, co dało mi skrzydła, bym w chwilę później straciła je bezpowrotnie. Za to zyskałam nową przyjaciółkę – samotność. Zdążyłam się do niej przyzwyczaić, a porzucenie tego stanu byłoby dla mnie… obce. Nie chciałam tego drugi raz, mimo że chemia między mną a Tymonem była aż nazbyt wyczuwalna. Dlatego powinnam pomyśleć o sobie. O tym, jak zmieniłam się w te kilka lat po rozwodzie.

Sapnęłam krótko, chcąc się pozbyć z głowy obrazów, gdy spaliśmy ze sobą ten jeden raz, ale… To było tak dzikie, tak nieokiełznane, że nawet teraz, gdy wspominałam nasz pełen pasji seks, fala ekscytacji przetoczyła się przez moje ciało, niczym echo dawnego uniesienia. Sposób, w jaki mnie trzymał, jak pchał mnie na krawędź…

Nie. Nie powinnam o tym myśleć. Nie powinnam wspominać. Musiałam trzymać się własnego postanowienia, bo… nikogo już nie mogłam uszczęśliwić. To prawo zostało mi odebrane.

*

Przecierając resztki zeschniętego makijażu, wymacałam zaplątaną w pościeli komórkę i zerknęłam na wyświetlacz. Było grubo po dziewiątej rano i całkiem możliwe, że kilka razy ktoś już próbował mnie obudzić. Oczywiście z marnym skutkiem. Miałam twardy sen i nawet wystrzał armatni nie był w stanie poderwać mnie z łóżka.

Byłam zbyt nieprzytomna, żeby przejmować się stanem mojej garderoby i najpewniej zeszłabym na dół w samej bieliźnie, jednak Laura przezornie rzuciła mi na łóżko krótkie spodenki i koszulkę z cienkimi ramiączkami. Mądra dziewczyna. Zostawiła mi nawet opakowanie mokrych chusteczek do demakijażu, więc i z tego dobrodziejstwa zdecydowałam się skorzystać. Tak przygotowana, a raczej zupełnie naturalna i w niekompletnym odzieniu, zeszłam do kuchni.

Arka zastałam z Lilką, jakżeby inaczej, przy kuchence, gdzie wesoło do siebie trajkotali. Obok nich kawę parzyła Laura rozmawiająca cicho z Tymonem. Uśmiechali się do siebie, a ich ramiona ocierały się w całkiem naturalnym odruchu. I nie wiedzieć czemu, ale właśnie ten widok wprawił mnie w parszywy nastrój.

– No, wstałaś w końcu! – Zaśmiała się Malwina. Siedziała przy stole z Mateuszem i Oskarem, a jej ogromny uśmiech oślepił mnie na moment. Zdołałam też dostrzec cichego chłopaka siedzącego po przeciwnej stronie stołu, który sprawiał wrażenie, jakby chciał pozostać niewidoczny. – Jak się spało?

– A jak niby miało? – burknęłam, odwracając wzrok od Krystiana i szurając nogami zajęłam miejsce przy stole. – Było okej.

– Poczekaj – zastopował Malwinę Mateusz i tłumiąc rozbawienie, podał Oskarowi jego niebieski kubek z herbatą. – Jeszcze nie wchodźcie z nią w żadną dyskusję, bo zacznie pluć jadem wokoło.

– Bo co? Myślisz, że nie potrafię myśleć trzeźwo od rana? Jest parno, wilgotno, słońce za mocno świeci i w ogóle, kto wpadł na pomysł, by wyjeżdżać tak wcześnie?

– Ty! – odpowiedział mi zgodny chórek.

– Dziękuję za przypomnienie, więcej nie popełnię tego błędu – mruknęłam niepocieszona, odrzucając włosy za ramię. Z olbrzymiego talerza stojącego pośrodku stołu zgarnęłam kanapkę i czym prędzej wepchnęłam ją sobie do ust. Jednak nim zdołałam przełknąć, wyczułam, że ktoś przystaje obok mnie i wybitnie się na mnie gapi.

Tymon zamrugał raz, a później kolejny i zacisnął usta, z trudem powstrzymując śmiech.

– Wyglądasz trochę… inaczej.

To brzmiało jak deklaracja wojny.

– Słuchaj no…

– Pij – rzucił Arek, stawiając przede mną kubek wypełniony po brzegi ciemnobrązowym płynem. I wtedy wszystko przestało mieć znaczenie, bo liczył się dla mnie ten cudowny, bajeczny zapach.

Pomiędzy gorącymi łykami niejednokrotnie nazwałam mojego brata bogiem, zbawcą narodu, bohaterem i określiłam także innymi epitetami. I dopiero gdy miałam już połowę za sobą, odstawiłam kubek, wzdychając rozluźniona.

– Ale będziemy mieli fantastyczną pogodę! Idealna na wypad za miasto! – zaćwierkotałam raźnie i posłałam Oskarowi słodkiego buziaka.

– I kto tu kogo nazywa cukrowym ćpunem – prychnął Mat, popijając kawę przyniesioną przez Tymona.

– Co jej podałeś? Melisę? Walerianę? Jakiś twardy narkotyk? – dopytywał Tymon i z ciekawością zajrzał do kubka.

– Kakao – wyjaśnił Arek, wzruszając ramionami.

– W idealnych proporcjach pięć na pięć – dodałam, dźgając palcem powietrze. Proporcje były najważniejsze!

Obróciłam się, dziękując Arkowi uśmiechem, a moją chwilową nieuwagę wykorzystał Tymon, który wyciągnął mi kubek z rąk.

– Da się to w ogóle pić?

– Oddawaj! – pisnęłam, podrywając się na nogi, ale on, uśmiechając się arogancko, uciekł poza zasięg moich rąk i patrząc mi głęboko w oczy, podniósł do ust kubek. Mój syk, gdy wciągnęłam szybko powietrze, zmieszał się z głuchym odgłosem duszącego się Tymona. Czułam, jak rumieńce wpełzają mi na policzki, więc szybko wyszarpnęłam mu napój, biadoląc głośno: – Zbezcześciłeś moje kakao!

Podczas gdy Arek reanimował walczącego o oddech chłopaka, pozostali mieli ze mnie ubaw po pachy, widząc, jak purpurowa na twarzy siadam przy stole i kurczowo przyciskam do piersi kakao. Jeśli myśleli, że jestem wściekła, to bardzo dobrze. Jednak prawda była inna: gapiłam się tępo w miejsce, w którym kilka sekund temu były usta Tymona, a krew gotowała się we mnie na samo wspomnienie jego warg błądzących po mojej skórze.

Drgnęłam, czując na sobie uważny wzrok Malwiny. Ona jedna wiedziała, co zaszło między mną a jej bratem. Powinnam zachowywać się względnie normalnie, by jej wrodzona intuicja przestała szaleć, dlatego wychyliłam się przez stół w stronę Oskarka, który wyciągał do mnie rączki, patrząc na mój kubek.

– Tak, kochanie, napij się troszkę od cioci.

– Dżas, nie dawaj mu tego, zemdli go!

– Nie znasz się. – Zignorowałam Mata, który widząc, jak Oskar zlizuje resztki kakao z ust, usiadł na krześle i pozostał przy mordowaniu mnie wzrokiem. – Odrobina słodkości nikomu nie zaszkodzi. I jak, dobre? No i to rozumiem! Piąteczka! Mój ty mały słodziaku – wymruczałam, obchodząc stół, by porwać go w ramiona.

Oskar natychmiast wtulił się we mnie i pociągnął lekko za jeden z moich kosmyków, którymi gilgotałam go po twarzy. Patrzył na mnie z niemą fascynacją kryjącą się w jasnych, zielonych oczkach i samo to spojrzenie znaczyło więcej niż tysiąc słów. Uwielbiałam tego bystrego chłopczyka. Był skarbem.

W tym momencie Oskar dotknął mojego policzka, uśmiechając się łagodnie i dobrodusznie. Jakby w ten sposób chciał rozproszyć moje posępne myśli, pocieszyć mnie. To było zachwycające, jak bardzo przypominał Lilkę, swoją mamę. Wtuliłam się w malutką rączkę i pocałowałam głośno wnętrze dłoni chłopca, czym wywołałam jego pełen nieskrępowanej radości pisk.

– Zjedz coś i będziemy się zbierać. Za późno wstałaś – powiedział Arek, ale nie w sposób, by przywołać mnie do porządku, tylko by sprowadzić mnie z powrotem na ziemię.

Postawiłam Oskara na krześle i natychmiast zajął się nim Mat, wciągając go na swoje kolana. Rozprostowałam ramiona, bo musiałam przyznać, że pięcioletni Oskar ważył nieco więcej niż mały, wątły chłopiec, którego poznałam dwa lata temu i którego wtedy bez problemu mogłam wziąć na ręce.

– Próbowałam cię obudzić, ale… – Urwała Laura, robiąc krzywą, acz przepraszającą minę.

– Obudzić Dżas z samego rana? – prychnął Mat. – Niewykonalne. Dobrze, że otwieramy salon w okolicach południa.

W zamyśleniu przesunęłam językiem po zębach.

– Zabawne. Sama pamiętam, jak kiedyś spóźniłeś się do pracy, a pierwszego klienta miałeś o trzeciej po południu. I co powiesz na to?

– No? – poparła Lilka, podchodząc powoli do Mata i przytulając się do jego pleców. – Co powiesz na to? – podłapała, rozbrajając go swoim uśmiechem.

Ten obrazek był jednym z najpiękniejszych, jakie widziałam w całym swoim życiu. Buntowniczy i arogancki Mateusz, który nie tak znowu dawno wzbraniał się przed klejącymi się do niego laskami, teraz rozluźniony odchylił się na krześle, pozwalając Lilce objąć się ramionami. Pocałował ją w zagłębienie szyi, a następnie głośno cmoknął w sam środek ust. Na jego wargi wypłynął firmowy krzywy uśmiech, jednak na próżno było w nim szukać chociażby cienia dawnej krnąbrności, a jego ciemne oczy zamigotały tajemniczo, gdy patrzył na swoją narzeczoną z niegasnącym uwielbieniem. I z tym samym spojrzeniem pełnym miłości potarmosił przydługie włoski Oskara, który siedział mu spokojnie na kolanach i bawił się jego nowym iPhonem.

– Tobie powiem wszystko – wymruczał chropowatym głosem do Lilki, jeszcze raz całując jej obojczyki, po czym ciężko wzdychając, spojrzał po nas. – Wam nie muszę się z niczego spowiadać.

– W sumie to nawet lepiej. Niech Lilka wie, jakim byłeś wrzodem na tyłku, nim cię poznała – przyznałam oficjalnym tonem, na co Lilka parsknęła prosto w kark Mateusza. I zapewne normalnie doczekałabym się jakiegoś kontrataku, ale Mat tylko przewrócił oczami i przekładając Oskara na jedno kolano, zgarnął Lilkę, sadzając ją sobie na udzie. Jeśli kiedykolwiek szukałabym dowodu na to, jak bardzo miłość potrafiła zmienić człowieka, właśnie miałam go przed oczami. Nie mówiąc o tym, że sama doświadczyłam tego na własnej skórze. – Dobra, zwijam się na górę zrobić twarz i za dziesięć minut będę gotowa.

– Mówisz poważnie? – Zamrugał zdezorientowany Tymon.

Patrzcie, ile razy jeszcze dzisiaj go zszokuję? To już drugi raz, a nie wybiło nawet południe!

– Ja nigdy nie żartuję. – Mrugnęłam do niego przekornie, a zgarniając po drodze kubek z kakao, poszłam do góry do łazienki.

I dopiero spijając ostatnią kroplę, zrozumiałam jedną rzecz. Wypiłam kakao. Przycisnęłam usta do miejsca, w którym jeszcze chwilę temu znajdowały się wargi Tymona. O cholera…

Z rozmysłem poklepałam się po policzkach. Nie powinno mnie to wprawić w aż takie zakłopotanie. Przecież to głupota! Pośredni pocałunek powinien peszyć dzieciaki w podstawówce, a nie mnie, dorosłą kobietę! Tymon z pewnością stroił sobie ze mnie żarty. Powinnam potraktować to nie inaczej, tylko jako przykład tego, jak bardzo był niedojrzały.

Ile razy przyłapywałam go na zmyślnym uwodzeniu co ładniejszych klientek naszego salonu, na rzucaniu zawadiackim uśmieszkiem, używaniu aksamitnego głosu tylko po to, by zrobić kobiecie wodę z mózgu i móc się z nią umówić. Cel był wiadomy, a w mojej ocenie gówniarz zawsze zostanie gówniarzem. Jeśli nadal zaliczał chętne panienki, nie powinno mnie to obchodzić. Nie po tym, co od niego usłyszałam tamtej nocy i nie po tym, jak Malwina przestrzegła mnie przed własnym bratem. On się bawił, używał życia, nadrabiał stracone lata, korzystał z wolności… I nie powinnam go za to winić, tylko siebie, bo gdybym tamtej nocy nie porzuciła wszystkich zasad, których poprzysięgłam przestrzegać… To była moja nauczka. Lekcja, bym trzymała się z daleka od Tymona.

A jednak nie mogłam przejść obojętnie wobec tego, jak swobodnie zachowywał się przy Laurze. Była chyba jedyną dziewczyną z naszej paczki (oprócz Lilki, rzecz jasna, ale podejrzewałam, że Tymon miał wystarczająco instynktu samozachowawczego, by nie wkurzać Mata), do której nie starał się podbić ani flirtować z nią dla żartu. Różnica między jego podejściem do mnie i do Laury była kolosalna oraz łatwa do zauważenia. I aż skręcało mnie w żołądku na samo wspomnienie ich naturalnej bliskości – tego, jak rozmawiają na zupełnie banalne tematy, bez cienia uszczypliwości czy krnąbrności ze strony Tymona, albo jak wczoraj tańczyli na przyjęciu Malwiny i Arka. Kobieta zmieniała mężczyznę, a i mężczyzna zmieniał kobietę. Być może, gdyby faktycznie Laura dała mu szansę, chłopak w końcu porzuciłby latanie z kwiatka na kwiatek… Być może pasowali do siebie… Wydawało mi się, że coś go ruszyło, gdy wczorajszej nocy obserwował z ukrycia Laurę, kiedy ta rozmawiała z tym jego kumplem, Krystianem, tylko zastanawiałam się, czemu stał w cieniu i nie interweniował…

Zaciskając zęby, wymruczałam do siebie pod nosem, że coś wybitnie było ze mną nie tak.

Powinnam czuć ulgę na samą myśl o tym, że Tymon mógłby z kimś się związać, a nie być wściekła!

To bez sensu.

Odwróciłam wzrok od przeklętego kubka, odstawiłam go na brzeg umywalki i zrzuciłam z siebie piżamę. Ekspresowo wykąpałam się i nałożyłam wodoodporny makijaż, a włosy zostawiłam mokre, by same wyschły. Wyszłam z łazienki owinięta w biały kąpielowy ręcznik i prześlizgnęłam się do pokoju, w którym spałam. A w zasadzie chciałam się prześlizgnąć, jednak będąc w połowie korytarza, prawie na kogoś wpadłam. Niestety, moje gwałtowne hamowanie sprawiło, że kosmetyczka, którą przyciskałam do piersi, wymsknęła mi się z rąk. A i tak dobrze, że nie był to ręcznik. Wówczas Tymon miałby całkiem dobry widok na moje piersi. Znowu.

– Sorry, nie zauważyłam! – wysapałam pospiesznie, zbierając rozsypane kosmetyki, które potoczyły się po dywanie we wszystkie strony.

Kątem oka dostrzegłam, że Tymon pochyla się i zagarnia maskarę, róż oraz puderniczkę. Wolałabym, żeby minął mnie bez słowa i poszedł na dół. Zbierałam garściami swoje rzeczy i wrzucałam je chaotycznie do kosmetyczki, po czym wstałam, czekając, aż i on podniesie się z kolan. Zrobił to powoli, zbyt wolno, przez co zniecierpliwiona przestąpiłam kilka razy z nogi na nogę. Nie podnosząc głowy, nadstawiłam kosmetyczkę, do której włożył moje rzeczy. Byłam bliska odetchnięcia z ulgą, jednak gdy mnie wyminął, jego palce otarły się przelotnie o moje nagie ramię.

Zacisnęłam powieki, przygryzłam wargi, a w duchu przywołałam wszystkie znane mi inwektywy. Bo w momencie, gdy przesunął opuszkami po wilgotnej skórze… krótki jęk wydostał się z moich ust.

Nie mogłam się ruszyć, chociaż wiedziałam, że powinnam uciec, gdzie pieprz rośnie. Ale nie potrafiłam. Nie, jeśli wyczułam, że Tymon nadal stał obok mnie. Byłam boleśnie świadoma, w którym momencie się odwrócił, a jego spojrzenie sunęło wzdłuż moich pleców. Czułam, jak pali mnie skóra. Jak wibruje, rezonuje na samo wspomnienie nocy, gdy jego dłonie poznawały moje ciało. Gdy obejmował je władczo, łakomie, a zarazem zmysłowo…

Tymon poruszył się gwałtownie, a do moich uszu dotarło nerwowe przełknięcie śliny. Niemal z sykiem wciągnęłam powietrze, gdy poczułam, jak przesuwa palcami po moich plecach. Po łopatkach, aż po końcówki mokrych włosów. Jak przysuwa się i zniża głowę, by móc wyszeptać mi do ucha:

– Dobrze, że w tym stroju nie zeszłaś na śniadanie. Nie ma szans, bym nad sobą zapanował.

Dopiero gdy echo jego kroków ucichło na schodach, mogłam swobodnie odetchnąć. Chociaż i tak to nie było zbyt dobre określenie. Puls dudnił mi w uszach i miałam wrażenie, że krew gotuje się w żyłach. I to nie z wściekłości. Gniew nie miał nic do tego. On wyparował w chwili, gdy Tymon mnie dotknął.

To była żądza. Czyste, pierwotne pożądanie, podsycone przez żarliwy szept mężczyzny.

Pragnęłam Tymona tak bardzo, że gdyby nadal stał tuż za mną, z pewnością bym mu się poddała. Rozczarowanie samą sobą i wyrzuty sumienia zaatakowałyby mnie znacznie później. Najpewniej wtedy, kiedy analizowałabym swoje postanowienia. To, że nie miałam prawa nikogo pożądać.

Kiedy już zebrałam się mentalnie do kupy, wróciłam do pokoju, włożyłam dwuczęściowy kostium kąpielowy, wciągnęłam na tyłek dżinsowe szorty i na górę czarną, przewiewną koszulkę. Spakowałam kilka rzeczy do plecaka. Resztę, w tym sukienkę i eleganckie szpilki, miałam zabrać w ciągu kilku dni. Nim zeszłam na dół, skąd dochodził odgłos krzątaniny sugerującej przygotowania do wyjazdu, odetchnęłam głęboko pełną piersią.

Dam radę. Czas przywitać starą, dobrą Dżas. Zabawną i irytującą. Kąśliwą i zapalczywą. I ignorującą Tymona. Chociaż perspektywa spędzenia z nim kolejnego dnia przyprawiała mnie o gęsią skórkę. Byłam już zmęczona tym uciekaniem, ale… Nie widziałam innego wyjścia. To było najlepsze dla nas obojga. A ja musiałam się po prostu uodpornić na samą obecność chłopaka.

I niestety, przez to, że odrobinę się spóźniłam na zbiórkę, przypadła mi w zaszczycie podróż wraz z Tymonem. To musiał być jakiś żart. Chciałam się nawet zamienić z Laurą, jednak ona siedziała już w samochodzie Mata i zabawiała Oskara. Powlokłam się do czarnego mercedesa z miną skazańca, a tak naprawdę w głębi duszy panikowałam. Bałam się zostać z nim sama.

– Tylko się nie pozabijajcie! – Roześmiał się Mat, machając na pożegnanie, gdy wsiadał do swojej beemki. Odpowiedziałam mu uśmiechem. I środkowym palcem.

Zajęłam miejsce na siedzeniu pasażera, chociaż byłam bardziej niż chętna, by całą podróż przeleżeć w bagażniku. Zauważyłam, że Tymon pożegnał się z Krystianem, który odprowadził nas do furtki, po czym bezszelestnie przemknął się do domu. Natychmiast nasunęło mi się kilka pytań, dlaczego mężczyzna został w domu albo czy to oznaczało, że zamieszkał z Tymonem… Ale zdecydowałam się zatrzymać je dla siebie. Nie powinnam prowokować sytuacji skłaniającej do zwierzeń, a nawet zwykłej rozmowy, skoro moje ciało nadal nie wróciło do normy i odruchowo zaciskałam palce, starając się zapobiec chęci dotknięcia Tymona za każdym razem, gdy na mnie spojrzał albo otwierał usta.

– Zawsze możesz jechać z Malwiną i Arkiem.

– Z nowożeńcami? Podziękuję – prychnęłam, zapinając pasy, a Tymon ruszył za pozostałymi samochodami. – Lubię cukier, ale nie w nadmiarze.

– To jak określisz swoje kakao? Po nim można zapaść w śpiączkę!

– To była ekstaza! – wyjęczałam, wznosząc oczy do nieba. Zły ruch. Odchrząkując, poprawiłam się na siedzeniu, a splatając ręce na piersi, rozmyślnie spojrzałam przez okno. – Nie znasz się.

– Najwidoczniej.

Jak on to robił? Jak można wydobyć z siebie tak aksamitny, a zarazem lekko zachrypnięty głos, od którego nagrzewało się nawet powietrze? To powinno być fizycznie niemożliwe i z całą pewnością nielegalne!

Opuściłam się na siedzeniu i odchylając głowę do tyłu, zacisnęłam powieki. Niemożliwe, bym zasnęła w jego obecności, ale to był najbardziej rozsądny sposób, by zignorować Tymona – po prostu będę udawać, że śpię.

Czułam, jak chłopak obrzuca mnie ukradkowym spojrzeniem. W pierwszej chwili nic nie powiedział, a minuty ciągnęły się jedna za drugą. Jednak gdy wyjechaliśmy na wylotówkę z Poznania, do moich uszu dotarł zgrzyt zaciskanych zębów.

– Zamierzasz spać?

– Najwidoczniej – odpowiedziałam automatycznie i natychmiast mentalnie uderzyłam się w czoło. Zawsze mogłam udawać, że gadam przez sen.

– Przypominam, że nie znam drogi.

Akurat tego nie mogłam zignorować. Nie chciałam, by Tymon wywiózł mnie w szczere pole. Obracając głowę, opuściłam na nosie okulary przeciwsłoneczne, by móc na niego spojrzeć.

– Nie masz GPS-a?

– Malwina uprzedziła mnie, że to dziura, której nawet satelita nie potrafi zlokalizować.

– To może będziesz po prostu jechał za resztą? – Wskazałam na dwa samochody przed nami. – Chyba że jesteś tak wolny i zgubisz ich po drodze.

To stwierdzenie nie miało mieć żadnego podtekstu, a jednak ostrożnie zerknęłam na Tymona. Już po jednym spojrzeniu wiedziałam, że zdołał to wyłapać. Na ustach miał przyklejony ten typowy dla siebie krzywy uśmieszek.

– Powinnaś najlepiej wiedzieć, że jeśli chodzi o szybkość…

– Okej, zamilcz już, dość!

Zareagowałam instynktownie i nim się spostrzegłam, wychyliłam się w jego stronę i zasłoniłam mu usta dłonią. Tymon na chwilę odwrócił wzrok od drogi, a swoje krystalicznie niebieskie oczy zatrzymał na mnie. Jego tęczówki w ciągu ułamka sekundy stały się ciemniejsze, zyskując na zapierającej dech w piersiach głębi.

Uciekłam na siedzenie, ale to nie przeszkodziło Tymonowi złapać mnie za nadgarstek. Cholerne automaty i ich drążki zmiany biegów, których nie trzeba trzymać!

– To po co prowokujesz, skoro później podwijasz ogon i uciekasz? – wysyczał cicho. Jego palce wczepiły się w moje ciało, a jednak nie sprawiał mi bólu. Po prostu zatrzymał mnie w miejscu. Dla pewności lekko szarpnęłam ręką, a uścisk Tymona natychmiast zelżał.

– Sama chciałabym wiedzieć – mruknęłam do siebie, pocierając nadgarstek i przeklinając wszystkie włoski, które stanęły dęba.

– Co?

– Jajco.

– I kto tu się zachowuje jak dzieciak?

Westchnęłam, tłumiąc frustrację, na co Tymon zareagował parsknięciem. Było to tak swobodne i zwyczajne, że musiałam się powstrzymać, by do niego nie dołączyć. Chciało mi się śmiać z samej siebie i poziomu moich mało twórczych docinków.

Z powrotem wsunęłam okulary przeciwsłoneczne na nos, a układając się na siedzeniu, ściągnęłam trampki i założyłam nogę na nogę.

– Ty naprawdę idziesz spać?

Obróciłam się w jego stronę, by powiedzieć mu, a raczej poprosić, by zamilkł chociaż na pół godziny, ale w tym momencie wszystkie myśli wyparowały mi z głowy. Jak miałam zignorować łakome spojrzenie, którym sunął wzdłuż moich odkrytych nóg?

Ugryzłam się w język.

Nie, nie dam rady. Musiałam to powiedzieć.

– Pokaż mi, że jesteś dużym chłopcem i sam sobie poradzisz.

Słysząc to wyzwanie, Tymon poprawił się na siedzeniu i skinął głową, uśmiechając się przekornie.

– Z miłą chęcią, księżniczko Dżas.

Coś zatrzepotało w mojej piersi, gdy to przezwisko wypłynęło z jego ust. Tak miękko, tak pieszczotliwie. Pospiesznie odwróciłam głowę, bo gdyby Tymon zauważył przeklęte rumieńce barwiące moje policzki… Nie było możliwości, by tym razem mi odpuścił. Zacisnęłam powieki i przez większość drogi udawałam, że śpię.

Godzinę później błyskawicznie wyprysnęłam z samochodu, jeszcze zanim Tymon zdołał wyłączyć silnik mercedesa, i natychmiast popędziłam do Lilki i Mata, by pomóc im powyciągać prowiant z bagażnika. Przejęłam od Arka klucze do domu i zajęliśmy się rozpakowywaniem jedzenia, podczas gdy druga część ekipy poszła już nad jeziorko, zahaczając po drodze o szopę, w której Arek trzymał leżaki.

– Dobra, to wy idźcie nad jezioro, a ja zajmę się przygotowaniem obiadu – zaproponowała Lilka i już ruszyła w stronę zlewu. Przewróciłam oczami, patrząc z ukosa na Mata, który z Oskarem na rękach trząsł się od tłumionego śmiechu.

– Powiedz, jakim cudem wczoraj na przyjęciu usiedziałaś spokojnie na tyłku, kiedy wokół było tyle do zrobienia? – sarknęłam, ale gdy Lilka nabrała wody w usta, Mat pospieszył mi z odpowiedzią.

– Nie pytaj, ile razy musiałem ją zatrzymywać. – Śmiejąc się, przysunął się do Lilki, a owijając ramię wokół jej biodra, przyciągnął ją do siebie. Spojrzała na niego spod rzęs i gdy spłoszona zacisnęła usta, na jej policzki wpłynął delikatny rumieniec. – Ale w końcu znalazłem całkiem dobre zastosowanie dla tych rączek – wymruczał Mateusz, pochylając się, by pocałować swoją narzeczoną w koniuszek ucha.

Zamachałam dłońmi i dla podkreślenia, jak bardzo nie chciałam tego słyszeć, powiedziałam piskliwie:

– Błagam! Bez szczegółów, bo będę musiała wyprać mózg w jeziorze.

– Jezioro! – zakrzyknął Oskar, a jego oczka rozbłysły podekscytowaniem.

Zaśmialiśmy się krótko, widząc, jak podskakuje rozemocjonowany na biodrze Mateusza.

– Tak, maluchu, idziemy nad jezioro – przytaknęłam, wyciągając do niego ręce, a Oskar natychmiast mocno mnie przytulił i pozwolił, bym postawiła go na ziemi. Przybiliśmy piątkę i nim podałam mu dłoń, zerknęłam z ukosa na Lilkę, której oczy już pomknęły w stronę leżących w zlewie siatek z warzywami. – Oskarku? A może weźmiesz mamusię za rączkę i razem pójdziemy nad jezioro?

Chłopiec przypatrywał się moim ustom, gdy powoli i wyraźnie wymawiałam polecenie. Trwało to może kilka sekund dłużej, jednak kiedy zrozumiał, o co go prosiłam, zgodnie skinął głową i cofnął się do Lilki, by chwycić jej palce.

– Cwaniara. – Zaśmiała się krótko i zadziornie przewróciła oczami.

– Synkowi odmówisz? – Mrugnęłam i trąciłam łokciem przyjaciółkę, zachęcając ją, byśmy w końcu wyszły z kuchni. – A obiadem się nie martw. Jak zgłodniejemy i wrócimy, to zabierzemy się za jakiegoś grilla.

Mat odrobinę się wystraszył, widząc, jak Oskar gwałtownie ciągnie Lilkę do wyjścia, i by odrobinę przystopować chłopca, rozmyślnie ujął jego drugą rączkę.

Poszliśmy nad jezioro, które znajdowało się za wzniesieniem, na którym stał dom. W okolicy pełno było stawów i jeziorek, dlatego mieszkańcy nie zapuszczali się aż tak daleko. Poza tym i tak weszliby na teren należący do mojego brata. Gdy schodziliśmy po zboczu, dostrzegłam, że pozostali już rozłożyli koce i leżaki, a nawet przynieśli zabawki Oskara, które położyli na polarowym, miękkim kocyku. Swoje honorowe miejsce zajęła również nieśmiertelna żabka, która teraz pełniła bardziej rolę pluszaka niż plecaka. Lilka i Mateusz stanęli na samym brzegu jeziora, gdzie czysta, niemal krystaliczna woda wypływała na soczyście zieloną trawę. Pokazywali Oskarowi kolorowe i gładkie kamienie, a także wspólnie zanurzali dłonie w chłodnej wodzie. Nie mówili do siebie zbyt wiele, by ograniczyć ilość bodźców. Pozwolili chłopcu chłonąć widoki, jakie miał przed sobą, by zaznajomił się z nowym otoczeniem.