Jan Holoubek - Cezary Łazarewicz - ebook

Jan Holoubek ebook

Cezary Łazarewicz

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

JAK RODZĄ SIĘ SERIALE I FILMY, KTÓRE PRZYKUWAJĄ WIDZÓW DO EKRANÓW? TWÓRCA GŁOŚNYCH I NAGRADZANYCH „25 LAT NIEWINNOŚCI”, „ROJSTA”, „WIELKIEJ WODY” I „HEWELIUSZA” ZDRADZA KULISY SWOICH PRODUKCJI.

Jan Holoubek w szczerej i pełnej pasji rozmowie z Cezarym Łazarewiczem opowiada, jak się robi kino, które porusza i zostaje z widzem na długo, a także o tym, co go naprawdę kręci w robieniu filmów. To opowieść o pasji do tworzenia własnych światów – od pierwszych amatorskich nagrań z kolegami z podwórka po produkcje dla międzynarodowych platform streamingowych i fabuły nagradzane na festiwalach.

Dlaczego jedne pomysły lądują w koszu, a inne stają się hitem Netflixa? Jak zatopić statek i nie utonąć razem z nim? Jak sfilmować powódź, nie zalewając miasta? To również opowieść o niegasnącej frajdzie z robienia rzeczy niemożliwych – nie tylko o zmaganiach z producentami o pieniądze i pomysły, lecz także o adrenalinie planu filmowego, wyzwaniach montażu i stresie towarzyszącym oczekiwaniu na reakcję widzów.

 

Kiedy robisz film czy serial, cały czas jesteś na haju. Nie możesz spać, myślisz tylko o ujęciach: co nakręciłeś, co masz do zrobienia. Film to straszny zapieprz, robota tylko dla wariatów, którzy to kochają. Ale to najpiękniejszy zawód świata – Jan Holoubek

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 134

Rok wydania: 2025

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redakcja: Kamil Bałuk, Berenika Steinberg

Korekta: Marta Śliwińska

Projekt okładki: Joanna Kosk-Florczak

Fotoedycja: Rafał Szczepankowski

Zdjęcia: Robert Pałka/Forum okładka; archiwum Jana Holoubka s. 12, 21, 26, 29, 32–33, 45, 48, 54, 59, 75, 91, 123, 146, 166, 188, 196, 208; PAP s. 6 Albert Zawada, s. 42 Krzysztof Wellman/Afa Pixx, s. 62 Jan Bogacz/TVP, s. 151 Marek Broniarek; Forum s. 37 Radosław Nawrocki, s. 40 Robert Jaworski; Olaf Tryzna s. 88, 92, 95, 98–99; Robert Pałka/Netflix s. 100, 106–107, 112, 143, 185, 186–187, 190, 199, 223, 224–225, 228, 231, 234, 238–239; Robert Pałka/TVN Warner Bros. Discovery s. 120, 124–125, 124–125, 129; Jarosław Sosiński/TVN Warner Bros. Discovery s. 137, 200; Agencja Wyborcza.pl s. 140 Bartosz Bańka, s. 154 Jakub Porzycki, s. 214 Kuba Atys; East News s. 206 Waldemar Kompała/TVP.

Przygotowanie zdjęć do druku: Łukasz Irzyk

Opracowanie graficzne, skład: Maciej Trzebiecki

Redaktorka prowadząca: Katarzyna Kubicka

 

Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

[email protected]

www.wydawnictwoagora.pl

 

Copyright © by Jan Holoubek & Cezary Łazarewicz, 2025

Copyright for this edition © by Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2025

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2025

 

ISBN: 978-83-8380-441-5

 

Wydanie drugie

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS TREŚCI
 

Wstęp

ROZDZIAŁ I. Pierwsze kadry

ROZDZIAŁ II. Szkoła patrzenia

ROZDZIAŁ III. Ojciec i cień

ROZDZIAŁ IV. Od „Dekonstrukcji” do „Rojsta”

ROZDZIAŁ V. Dziesięć lat pod górę

ROZDZIAŁ VI. Na cmentarzysku cyfrowych duchów

ROZDZIAŁ VII. Magda i ja

ROZDZIAŁ VIII. Opowieść o prawdziwym człowieku

ROZDZIAŁ IX. Na własnych zasadach

ROZDZIAŁ X. Na Dragonów

ROZDZIAŁ XI. Mokotowskie inicjacje

ROZDZIAŁ XII. Ucieczka od zwyczajności

ROZDZIAŁ XIII. Zalać Wrocław

ROZDZIAŁ XIV. Instynkt reżysera

ROZDZIAŁ XV. Ostatni rejs „Heweliusza”

Przypisy

Wstęp
 
 

To musiało być po tym, jak „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy” zdobyło siedem Orłów na gali Polskich Nagród Filmowych. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem to imię, choć nazwisko znałem od zawsze – od chwili gdy zacząłem zerkać na czarno-biały telewizor w moim domu.

Znałem je z serialu „Klub profesora Tutki”, filmów „Prawo i pięść” oraz „Historia żółtej ciżemki”. Pojawiało się regularnie w poniedziałkowych spektaklach Teatru Telewizji, a także na okładkach kolorowych tygodników wykładanych na ladę w naszym osiedlowym kiosku. Nazwisko „Holoubek” było wielkie – i kojarzyło się ze wspaniałym aktorem Gustawem.

Jan Holoubek, który na tamtej gali rozdania Orłów objawił się jako reżyser głośnego filmu, był dla mnie zagadką. Przypuszczałem, że sukces zawdzięcza sprawie, którą żyła cała Polska. Tomasz Komenda odsiedział w ciężkim więzieniu piętnaście lat skazany za zabójstwo, zanim okazało się, że jest czysty jak łza. Wrocławski policjant Remigiusz Korejwo, prowadząc własne śledztwo, udowodnił, że dowody obciążające Komendę zostały sfabrykowane. Sprawa była tak bulwersująca, że przez wiele tygodni nie schodziła z czołówek serwisów informacyjnych.

Pomyślałem wtedy, że przemysł filmowy chce zdyskontować ten medialny samograj, więc do kina mnie nie ciągnęło. To był błąd, bo krytycy piali z zachwytu. Film obejrzałem dopiero po dwóch, trzech latach i biję się w pierś – bardzo się myliłem. Zobaczyłem poruszającą opowieść o człowieku, który zderzył się z wymiarem sprawiedliwości i został przez niego rozjechany. To historia samotnej walki i bezwzględności systemu, która będzie aktualna za pięć, dziesięć czy dwadzieścia lat.

Potem obejrzałem „Rojsta” i „Wielką wodę” – dwa świetne seriale zrealizowane przez tego samego reżysera. Szczególnie „Wielka woda” zrobiła na mnie ogromne wrażenie, bo niełatwo jest stworzyć wciągającą widza opowieść, gdy w głównej roli obsadza się... powódź.

W 2023 roku byłem jurorem na Koszalińskim Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i Film”. Szczęśliwie złożyło się tak, że przewodniczącym jury był właśnie Jan Holoubek. Kiedy wychodziliśmy z ciemnej sali kinowej na światło dzienne, rozmawialiśmy o filmach. Niewielu znam ludzi, którzy z taką pasją potrafią opowiadać o swojej pracy. On naprawdę żyje kinem.

Zaczęliśmy tę rozmowę w chwili, gdy dopiero rozpoczynał pracę nad ekranizacją historii największej polskiej katastrofy żeglugowej – zatonięcia promu „Heweliusz”. Kończyliśmy ją już po montażu, kiedy film czekał na premierę na platformie Netflix. Ale ta opowieść nie jest tylko historią powstawania kolejnych filmów. To raczej świadectwo, że marzenia się spełniają – jeśli wierzy się we własne siły i ma się niebywałą determinację. I że znane nazwisko nie zawsze pomaga, czasem potrafi też ciążyć.

Życzę miłej lektury.

 

Cezary Łazarewicz

ROZDZIAŁ I
Pierwsze kadry
 
 

To w liceum zaczęła się twoja filmowa przygoda?

Znacznie wcześniej.

 

Kiedy?

Jeszcze w podstawówce, kiedy znalazłem w domu starą, rosyjską ośmiomilimetrową kamerę na sprężynę nakręcaną korbką. Samo chodzenie z terkoczącą maszyną i oglądanie świata przez szklane oczko było dla mnie fascynujące. Wyobrażałem sobie, że kręcę prawdziwy film.

 

Jak w „Amatorze”.

Jerzy Stuhr w „Amatorze” ma w kamerze klisze i potem ogląda swoje filmy. Ja nie miałem wtedy o tym pojęcia, ale fascynowało mnie patrzenie na świat przez wizjer kamery.

 

Z ojcem, 1982 lub 1983 r.

 

Więc gdzie jest początek?

W pierwszej klasie podstawówki w szkolnych zeszytach zacząłem rysować komiksy. Nie miałem żadnych zdolności plastycznych, ale lubiłem tworzyć historie. Obrazki to kadry, a dymki – dialogi.

Z początku były to głównie opowieści kryminalne i horrory o wampirach. Ekscytowała mnie historia Anastazji Romanowej, najmłodszej, zaginionej córki cara Rosji Mikołaja II. W moich komiksach Anastazja nie zostaje zamordowana przez bolszewików, tylko po rewolucji 1917 roku zamienia się w wampira. I przygodom tego wampira poświęcałem kolejne odcinki.

Na serio zaczęło się chyba w siódmej klasie, gdy rodzice przynieśli do domu kamerę wideo. Był to panasonic VHS-C z czarno-białym wizjerem. Kupili ją z myślą o dokumentowaniu naszej codzienności – świąt, urodzin, wakacji. To była moja miłość od pierwszego wejrzenia.

„Jasiek rozpakował pudło, wziął ją do ręki i tak już zostało. Nawet przez okno patrzył okiem kamery. Zupełnie oszalał, kręcił dosłownie wszystko” – tak to twoje pierwsze spotkanie opisuje mama w książce „Gustaw i ja”. Pamiętasz?

Pamiętam, że od razu tę kamerę zaanektowałem i każdą wolną chwilę wykorzystywałem na kręcenie filmów. To były filmy przypominające moje szkolne komiksy, tylko zamiast rysunków i dymków były już prawdziwe kadry i dialogi.

 

Fabuły?

Najczęściej komedie, horrory i kryminały.

Mówiłem chłopakom na podwórku „dzisiaj kręcimy film” i się skrzykiwaliśmy. Dogadywaliśmy się, co kto robi, kto kogo gra. Przebierałem ich, ustawiałem światło, stawałem za kamerą, krzyczałem „akcja!”, a oni odgrywali wyznaczone role. Potem to montowałem i udźwiękowiałem. Montażu uczyłem się, pracując na dwóch magnetowidach – przegrywałem z jednego na drugi. To była nie tylko zabawa, ale też dobra nauka. Wszystko było przemyślane i musiało do siebie pasować. Z czasem nasze filmy stawały się coraz lepsze. Coraz bardziej udawały prawdziwe kino.

 

Pamiętasz jakiś?

Zrobiliśmy kiedyś ekranizację „Dziesięciu Murzynków” Agathy Christie. Kręciliśmy u mojego przyjaciela Filipa Niedenthala, gdy jego rodziców nie było w domu. Makijaże, kostiumy, krew. Scena po scenie. To było jak miniszkoła filmowa – uczyła myślenia planem, rytmem, ruchem kamery, chociaż to wszystko było jeszcze bardzo koślawe.

Natomiast z Michałem Bulikiem, przyjacielem z liceum, nakręciłem komedię „Sąsiedzi”. To film o dwóch kolegach, którzy pisząc scenariusz filmu science fiction, sami przebierają się za kosmitów. Próbują nakręcić poważny film, ale co chwila coś im nie wychodzi.

 

Można to gdzieś zobaczyć?

Michał ma ten film w swoich zbiorach. To całkiem niezła i świadoma zabawa z kinem.

 

Każdy twórca marzy o tym, by olśnić widza. Też tak miałeś?

Oczywiście, dlatego wysyłałem swoje produkcje na różne festiwale filmowe dla amatorów – jeździły z miasta do miasta, czasem nawet zdobywały nagrody. No i skończyła się zabawa.

 

Dlaczego?

Bo zabawa trwa, dopóki robisz coś dla siebie, dla rodziny, dla przyjaciół. A kiedy wchodzisz na poziom festiwalowy – nawet jeśli to tylko festiwal dla amatorów – zaczyna się współzawodnictwo, konkurencja.

Jest jury i jest krytyka. Jest też publiczność. Jednym się twój film podoba, innym nie. Gdy się z tym zderzyłem, odebrało mi to całą radość robienia filmów.

W końcu jeden z nich trafił na największy festiwal filmów amatorskich w Koninie. Członkiem jury był tam prawdziwy reżyser – Maciej Dejczer. Już sama jego obecność mnie stresowała. Pierwszy raz poczułem wtedy zgubny wpływ rywalizacji. Przestałem się bawić i zacząłem traktować to śmiertelnie poważnie.

W Gdyni „Doppelgänger. Sobowtór” dostał pięć nagród, między innymi za reżyserię, zdjęcia i scenografię, a i tak wyjeżdżałem stamtąd na granicy depresji. Przygniata mnie oczekiwanie na werdykt. A przecież robienie filmu to nie wyścigi na Służewcu.

 

Nie jestem psychologiem, ale to może być atychifobia – strach przed ocenianiem.

Dla mnie najważniejszy jest widz. Wszystko to robię dla widza. Ale on jest hipotetyczny i najczęściej się nie odzywa, za to odzywają się tak zwani krytycy. Choćbym dostał sto pochlebnych recenzji, w głowie zostanie mi ta jedna krytyczna.

 

Na pierwszych festiwalach dla amatorów musieli przecież kojarzyć twoje nazwisko?

No oczywiście.

 

Nie pomagało?

Mnie utrudniało. Byłem pod presją.

 

Dlaczego?

Oczekiwania wobec „syna Holoubka” są dużo większe niż wobec wszystkich innych. Bo przecież „syn Holoubka” nie może być średni. Choćbyś nie wiem, co robił, jak bardzo byś się starał, zawsze powiedzą, że wiadomo, kto za tym stoi.

Od dziecka czułem nie do końca wyartykułowane oczekiwanie, że mam obowiązek godnego reprezentowania nazwiska. I to było nie do zniesienia. Wiele lat zajęło mi dojście do miejsca, w którym już nie muszę udowadniać, że to nie tata zrobił za mnie te wszystkie filmy.

 

W wielu wywiadach podkreślasz, że ukształtowało cię liceum. Bardziej niż łódzka Filmówka?

Zdecydowanie. Miałem ogromne szczęście, że trafiłem do szkoły, w której pracowali fantastyczni nauczyciele. Jednym z najważniejszych był dla mnie Daniel Zych, polonista. To on zmobilizował mnie do czytania, do myślenia, do rozmowy. Zaszczepił we mnie ambicje, których wcześniej nie miałem. Zacząłem czytać Camusa, Kafkę, Schulza...

 

A wcześniej?

Kompletna pustynia. W dzieciństwie nie czytałem nic. Zero. Dopiero kiedy w ósmej klasie zmieniłem szkołę i wszedłem w nowe środowisko, poczułem, że muszę nadgonić. Ominęli mnie wszyscy „Tomkowie”, „Panowie Samochodziki” i „Winnetou” Karola Maya. Wjechałem od razu w literaturę dla dorosłych i zacząłem czytać jak opętany. Chciałem nadrobić stracone lata.

 

Co jeszcze czytałeś?

Rzuciłem się na Konwickiego. Urzekł mnie jego typ bohatera: inteligent partyzant, który wyszedł z lasu i został sam ze swoją postawą moralną. „Mała apokalipsa”, „Wschody i zachody księżyca” – to nie były lektury szkolne, tylko wewnętrzna potrzeba. Czytałem, żeby nie być gorszym.

 

Rodzice nie podrzucali ci lektur?

Raczej koledzy. Trochę się snobowaliśmy na to, co kto czyta, ale mój polonista naprawdę otworzył mi oczy. Mówił bez ogródek: „jak nie będziecie czytać, zostaniecie głąbami”. To, co nam proponował, to nie tylko czytanie – to były rozmowy, analizy, interpretacje w kontekście historycznym.

 

Z dzisiejszej perspektywy brzmi jak luksus edukacyjny.

To była prawdziwa szkoła. Na maturze zdawałem także historię. Mój nauczyciel historii, pan Andrzej Kubrak, był niezwykle wymagający. Jego program w klasie maturalnej zakładał opanowanie ponad dwustu tematów wykraczających poza kuratoryjne wymagania maturalne. Żeby to ogarnąć, trzeba było pracować na akord, niczego nie można było zostawić na jutro. To on nauczył mnie systematyczności, która procentuje do dzisiaj.

 

Ponoć zastanawiałeś się, czy nie zostać perkusistą?

Mój nauczyciel fizyki Paweł Jastrzębski, z którym do dziś się przyjaźnię, zaprosił mnie do swojego zespołu folkowego Tea Band. Grałem tam na perkusji. Przez kilka lat dawaliśmy koncerty w Irish Pubie na rogu Miodowej i Koziej. Byłem w tym dobry i rzeczywiście wtedy myślałem, że mógłbym iść do szkoły muzycznej i zostać muzykiem. Perkusja dawała mi wolność.

 

A aktorstwo? Rodzice nigdy nie sugerowali, żebyś poszedł ich drogą?

Nigdy mnie do tego nie ciągnęło. Teatr mnie nudził. Oglądanie całego przedstawienia w planie ogólnym to była męka. Mnie kręcił film.

 

Grałeś przecież w spektaklu Teatru Telewizji „Chłopcy z Placu Broni”.

Miałem wtedy szesnaście lat. Dwa miesiące pracy, tysiąc pięćset złotych na rękę. Ale strasznie się sobie nie podobałem na ekranie. Na planie podglądałem za to pion operatorski i całe zaplecze: Grzegorza Kuczeriszkę, Macieja Dejczera. Z częścią ludzi, którzy stanowią teraz trzon mojej ekipy, spotkałem się właśnie wtedy. Jerzy Murawski, który jest dźwiękowcem we wszystkich moich produkcjach, wtedy pracował w pionie kamerowym. Podobnie jest z Brunem Borchólskim, drugim reżyserem, który wtedy był asystentem reżysera.

 

Kiedy zapadła decyzja, że to będzie Filmówka?

W drugiej klasie liceum. Rodzice mi podpowiedzieli, żebym wybrał wydział operatorski.

 

Dlaczego nie reżyserię?

„Reżyserem zawsze możesz zostać, a operator to fach w ręce” – powiedziała mama. I tego się trzymałem. Zacząłem się na poważnie przygotowywać do egzaminów.

 

Jak?

Zapisałem się do kółka filmowego prowadzonego przez dokumentalistę Józefa Gębskiego. On uświadomił mi, że istnieje coś, co nazywamy kinem ambitnym. Początek lat dziewięćdziesiątych to zalew wypożyczalni wideo, a w nich całe mnóstwo popkulturowej papki – filmów zarówno świetnych, jak i średnich oraz tych kategorii C. Na takiej papce się wychowałem. Gębski natomiast pokazywał nam filmy z górnej półki. Zacząłem się uczyć patrzenia na świat poprzez obraz, kadr, klatkę, światło.

 

To znaczy?

Żeby dostać się na wydział operatorski, trzeba między innymi pokazać komisji egzaminacyjnej teczkę ze swoimi zdjęciami. Gębski tłumaczył mi, jakie powinny być te zdjęcia: „Musisz bardziej zwracać uwagę na formę. Jak fotografujesz drzewo, to znajdź na to sposób. Nie pokazuj świata takiego, jaki jest, tylko szukaj w tym grafiki, malarstwa, interesującej kompozycji”. Jego lekcje o tym, czym jest sztuka filmowa, są dla mnie ważne do dziś.

 

Wiem, kiedy dostałeś pierwszą kamerę. Ale nie wiem, kiedy dostałeś pierwszy aparat.

Zainteresowałem się fotografią dopiero wtedy, gdy stało się jasne, że muszę ją opanować, żeby się dostać do szkoły filmowej.

Pierwszy dobry aparat – nikona FE2 – pożyczył mi Chris Niedenthal z myślą, że po egzaminach go oddam. Nigdy tak się nie stało, po latach Chris mi go podarował. Traktowałem ten jego aparat jak talizman. Mam go do dzisiaj. Ostatnio wymieniłem w nim migawkę.

 

Zdjęcia wywoływałeś sam czy zlecałeś w labie?

Czarno-białe wywoływałem sam i robiłem odbitki w domowej ciemni. Jest taki magiczny moment, kiedy na zanurzonym w wywoływaczu papierze wyłania się obraz. Kolor zlecałem w labie.

 

Zdjęcie wykonane w Tajlandii aparatem Nikon FE2, około 2004 r.

 

Tydzień w tydzień robiłem zdjęcia i przygotowywałem teczkę. Na początku zajmowałem się tym zadaniowo – żeby dostać się na uczelnię. Z czasem zacząłem to lubić i coraz lepiej rozumieć, fotografowałem bardziej świadomie.

 

Egzamin był trudny?

Był długi i wieloetapowy. Trwał chyba około dwóch tygodni. Na jednym ze wstępnych etapów trzeba było przywieźć własny aparat – dali nam klisze i wypuścili w miasto. W ciągu dwóch godzin mieliśmy zrobić zdjęcia na zadany temat. Po powrocie w ciemni trzeba było wykonać odbitki. Potem wieszało się te zdjęcia na korytarzu, a komisja dokonywała wstępnej selekcji kandydatów. Ostatni etap to praca z kamerą. Temat brzmiał: „W oknie”. Miałem kamerę, kolegę do pomocy i dostałem godzinę, żeby nakręcić taki materiał na terenie szkoły. Wymyśliłem sekwencję, w której bohater pojawia się najpierw w odbiciach różnych szyb, a na końcu objawia się realnie, już w otwartym oknie.

Zdałem z drugą lokatą.

Wróciłem do domu i powiedziałem: „Dostałem się. Mimo nazwiska”.

 

No i mogłeś w końcu zacząć pracować na swoje imię, bo nazwisko już miałeś.

To był czas, kiedy poczułem, że życie się zbliża, a ja nie jestem na nie przygotowany. Byłem bardzo związany z domem, dawał mi ogromne poczucie bezpieczeństwa, a teraz nagle musiałem wyjść z niego, odciąć się i ruszyć ku temu, co przede mną.

 

Przecież nikt cię z tego domu nie wyrzucał.

Z dzisiejszej perspektywy to oczywiście było głupie, ale wtedy czułem, że muszę pójść własną drogą. Odciąłem się emocjonalnie od domu i wpadłem w ciężką młodzieńczą depresję.

 

Zdiagnozowaną?

Gdzie tam. Nikt wtedy nie chodził do psychologa. O takich problemach się nawet nie rozmawiało. Kontakt z psychologiem czy psychiatrą oznaczał, że jesteś „wariatem”. Dziś to jest normalne, że idzie się po pomoc, dostaje się diagnozę, leki.

 

To skąd wiesz, że to była depresja?

Czułem, że dzieje się ze mną coś bardzo niedobrego, jakbym miał jakąś wadę, defekt. Ale nie w takim sensie psychicznym, bo tego słowa się bałem. Wstydziłem się tego i chowałem w sobie. I nie byłem w stanie przez dwa lata nikomu o tym powiedzieć. Nikomu.

 

Dlaczego?

Kiedy byłem mały, trzy główne obelgi, które można było usłyszeć od rówieśników, brzmiały: „Żyd”, „pedał” i „pierdolnięty”. Tak nas ukształtowało podwórko.

 

[...]