49,90 zł
Poruszająca opowieść o dojrzewaniu do nowych początków – nawet wtedy, gdy wydaje się, że wszystko mamy już w życiu poukładane.
Julia Ames wreszcie ma poczucie, że odnalazła stabilizację. Po młodości pełnej dramatów, złych decyzji i desperackich poszukiwań miłości wydaje się, że los daje jej chwilę wytchnienia. Ale życie ma wobec niej inne plany.
Niespodziewane wyznanie jej dorosłego syna, coraz większy dystans dorastającej córki i nagły powrót dawnych namiętności sprawiają, że świat Julii ponownie staje na głowie. Stara się nad wszystkim panować, ale codzienność – pełna zabawnych nieporozumień, ostrych wymian zdań i momentów kruchości – wystawia ją na próbę.
Jak za dawnych lat to powieść, która z czułością i przenikliwością portretuje codzienne zmagania kobiety balansującej między rolą matki, przyjaciółki i partnerki. To także opowieść o tym, że nigdy nie jest za późno, by zacząć na nowo i pozwolić sobie na szczerość wobec siebie i najbliższych.
Claire Lombardo tworzy wielowymiarową historię o więziach, które potrafią zranić, uzdrowić – i które zawsze definiują to, kim jesteśmy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Dla Molly
Wszystko zdarza się tak, jak w jej życiu zdarza się wszystko, co najważniejsze: przypadkiem oraz dlatego, że zrobiła coś, czego zwykle nie robiła. I zdarza się to tak, jak to zwykle bywa, gdy zbiegają się nieprzewidywalne okoliczności, w wyniku pozornie zupełnie słusznych decyzji, lekkiego odstępstwa od normy, które z perspektywy czasu wyda się aż nazbyt przypadkowe: minimalny skręt i nagle wszystko się wali, wszechświat radośnie podchwytuje ten nieczęsto dokonywany wybór Drugiej Opcji, ten bieg z wyciągniętymi ramionami osoby obłąkanej, która próbuje wyczyścić półki w położonym dwa miasta dalej sklepie spożywczym, gdyż właśnie dlatego się tam znalazła, w ulubionym celu smakoszy, żeby w ostatniej chwili zgarnąć produkty na uroczystą kolację dla męża, który kończy dziś sześćdziesiąt lat.
Jest to jedna z tych drobnych, według wszelkich standardów, zmian nawyków, niewinnych Drugich Opcji, które rządzą się swoimi prawami: decyzja o zrobieniu zakupów w innym sklepie niż zwykle, ponieważ w tym sklepie, co zwykle, nie ma mięsa z kraba.
Później przypomni sobie, że – po wyjściu z pustymi rękami z pierwszego sklepu – naszła ją myśl, że ta nieznaczna zmiana rutyny może doprowadzić do jakiejś katastrofy, czegoś, co nie powinno się wydarzyć. Tak właśnie Mark – typ naukowca, cudownie troskliwego – zawsze postrzegał świat: jako szereg decyzji, podjętych lub nie, i skomplikowanych matematycznych reperkusji, które potem następują. Mózg Julii przejął ten sposób myślenia dopiero po dłuższym czasie ich znajomości. Wcześniej zawsze zadowalała się wyjaśnieniem, że podjęcie jednej decyzji wyklucza drugą, że idealny ład we wszechświecie nie istnieje, że tak naprawdę nie ma znaczenia, czy zrobi się to, czy tamto. Zapewne ta rażąca różnica charakterów odpowiada za to, że Mark z dużym poczuciem obowiązku zdobył dyplom inżyniera, a Julia nie skończyła studiów z angielskiego i retoryki na Kansas State University.
A jednak byli już razem przeszło trzydzieści lat i dlatego przeszło jej przez myśl – zupełnie przelotnie – że taka brawurowa zmiana rutyny może doprowadzić do jakiejś mrocznej potworności, ale w tamtym momencie wyobraźnia podsuwała jej tylko przerażające filmowe scenariusze, coś, co nie spotkałoby jej, gdyby odpuściła kraba i nie pojechała piętnaście minut na zachód: fatalną kolizję z pociągiem towarowym albo miną lądową, a nie z osiemdziesięciolatką kontemplującą stos kumkwatów.
W pierwszej chwili Julia jej nie poznaje. Nie to, że świadomie jej nie zauważa i się nie zatrzymuje. Po prostu cierpliwie przebija się od zdrowej żywności do owoców morza z myślą, że zahaczy o kasze i makarony i sprawdzi, czy nie ma tam czegoś ciekawego w ofercie. Czasem w sklepach na dalekich przedmieściach można znaleźć o wiele bogatsze zaopatrzenie. Właśnie rozważa rundkę między alejkami, by sprawdzić, czy mają coś jeszcze, co nie pada celem histerycznej konsumpcji zwykłych sceptyków w sklepie, w którym zwykle robi zakupy, kiedy na nią wpada. Mózg rejestruje z opóźnieniem twarz kobiety, obleczonej w przekonujący kostium – niewidzialny woal – wieku.
W zasadzie na co dzień nie nękały jej duchy z przeszłości. Było zaledwie kilka takich osób, których rzeczywiście nie życzyła sobie już nigdy więcej spotkać, a Helen Russo przypadkiem do nich należała. Dlaczego więc robi krok w stronę końca alejki z kaszami i makaronami, wydostaje się z ruchliwego tłumu, żeby wleźć tamtej w oczy? Minęło ponad osiemnaście lat, co w sumie może dziwić, jeśli wziąć pod uwagę, że kiedyś widywały się przynajmniej raz w tygodniu, oraz mając na względzie ograniczenie świata Julii, świata, w którym rzecz tak błaha, jak zmiana planów zakupowych, postrzegana jest jako arcyważna.
Czuje się niepewnie, więc robi krok w tył w kierunku, z którego przyszła, ale Helen przemieściła się już z działu przemysłowego do stoisk z towarami luzem, gdzie odważa orzeszki piniowe. Napis głosi, że kosztują 16,75 za pół kilo, a z istnienia takich ekstrawagancji Julia zdała sobie sprawę w pewne popołudnie, które spędziła w domu Russo: solidne sztućce, obrazy podejrzanie wyglądające na oryginalne, butelki wina, które, co sprawdziła w domu, kosztowały po pięćdziesiąt osiem dolarów za sztukę.
Znalazła się tu, by kupić produkty na urodzinowe ciasteczka krabowe, które uwielbiał jej mąż. Myśl o Marku wywołuje chwilowy zawrót głowy. Niesie pusty koszyk, więc czując się cokolwiek idiotycznie, wrzuca do niego główkę czerwonej kapusty. Pod pewnymi względami Helen wygląda, czego należałoby się spodziewać, starzej niż ją zapamiętała. Pod pewnymi – zadziorny kucyk, wielkie błyszczące niebieskie korale na szyi – nie zmieniła się nic a nic. Julia robi kilka kroków, potem jeszcze kilka. Zwykle jest mistrzynią uniku, traktuje wypady do sklepu jak misję snajperską, sprawdza, ile razy na widok znajomej twarzy zdoła uniknąć interakcji. Teraz to nie działa, jakby zawładnął nią demon relacji międzyludzkich i pchnął ją, by podeszła na tyle blisko, żeby na głowie kobiety zobaczyć parę okularów przeciwsłonecznych z drogerii.
– Helen?
Kiedy Helen odwraca się do niej, w oczach ma obojętność z nutą zaciekawienia. Powoli taksuje ją wzrokiem od stóp do głów. Julia zastanawia się, jak wygląda, przegarnia włosy ręką. Przez chwilę martwi się, że zostanie uznana za menelkę. Ma na sobie „portki klauna”, jak nazywa je Alma, i starą koszulę Marka. Myśli, że jakimś cudem można uznać to zestawienie za ekstrawagancką stylówkę, ale najprawdopodobniej skojarzenie idzie w zupełnie innym kierunku. Na przedmieściach trudno stwierdzić, czy ekscentrycznie ubrana kobieta nosząca w koszyku jedną główkę ekologicznej kapusty jest żulicą, czy bogaczką w potwornie drogich ciuchach udających łachmany. Zaczyna zastanawiać się, jak bardzo sama zmieniła się od ostatniego spotkania i ogrom tych zmian uderza ją nagle z całej siły. Po namyśle dochodzi do wniosku, że bardziej się zmieniła niż nie. Staje się nerwowo świadoma własnego tętna pulsującego w uszach. Całkiem możliwe, że Helen w ogóle jej nie rozpozna – odwieczne zmartwienie, tak dobrze jej znane, że nie znaczyłaś dla kogoś równie wiele, co on znaczył dla ciebie – ale Helen się odzywa.
– Nie może być.
Łomot serca zanika, przytłumiony sklepowym gwarem: jakaś kobieta kłóci się z rzeźnikiem, mężczyzna gada do niewidzialnej słuchawki, dziecko w puchowej kamizelce śpiewa na całe gardło o małym rekinie. Głos Helen, co zdumiewające, pozostał niezmieniony. Julia przenosi się myślami, bez przykrości, do tamtych popołudni w ogródku na tyłach domu Russo, do Helen – wówczas starszej niż Julia obecnie – wygłaszającej rodzicielskie banały, zgrabne powiedzonka, szczere wyznania, a wszystko to z pewnością siebie i swobodą osoby, która naprawdę cieszy się życiem, co w owym czasie Julię dziwiło do głębi, ponieważ sama się swoim życiem nie cieszyła.
– Tak pomyślałam, że to ty – odzywa się głupio.
– Tylko mi nie mów, że się w ogóle nie zestarzałam – rzuca Helen – bo cię zabiję.
Julia śmieje się nerwowo.
– Nie, wyglądasz…
– Bo muszę ci powiedzieć, że ty się trochę zestarzałaś, więc ja pewnie wyglądam o wieki starzej.
Czuje się bardziej zaskoczona niż urażona – no i, bądźmy szczerzy, przecież jest trochę starsza – ale i tak się rumieni.
– Myślę, że wieki to przesada.
Teraz to Helen się śmieje.
– W sumie mnie rozpoznałaś. To już o czymś świadczy.
– Wyglądasz fantastycznie – mówi Julia prawie nieśmiało.
– Nigdy nie umiałaś kłamać – wytyka jej Helen. – Nawet zawartość twojego koszyka nie wygląda przekonująco.
Obie spoglądają w dół na kapustę.
– Dopiero zaczęłam – mamrocze.
– Co u ciebie? – pyta Helen. – Zrelacjonuj. W punktach.
– Och, co u mnie…
Nie jest pewna, co powiedzieć. Uświadamia sobie, że ostatnio widziała się z Helen przed Almą, czuje się dziwnie, że miałaby obwieścić prawie obcej osobie: „Urodziłam dziecko! Siedemnaście lat temu!”. Nie da się ukryć, w ostatnich dwóch dekadach jej życie roiło się od punktów zwrotnych. Tyle rzeczy wykiełkowało, toksycznych i wręcz przeciwnie, małe zielone pędy na spustoszonej ziemi. Nowa praca, nowe dziecko, zdwojone zaangażowanie w małżeństwo, a potem, po tym wszystkim, spokojna rutyna: zdobywanie nowych znajomości, dorastanie dzieci i adopcja małego czarnego kundelka w typie teriera o imieniu Suzanne, tkanie codziennej egzystencji, płyn do prania i wybory prezydenckie, nieugięty marsz naprzód. Dni, przypominające jaskrawo kolorowe kule bilardowe – dynamiczne i agresywne, raz po raz zderzające się ze sobą, zmieniające kierunek i wymagające od niej interwencji – nagle wydają się trywialne. Nie widziała Helen od osiemnastu lat, trudno wszystko ot tak wyliczyć.
– Po staremu – mówi więc. – Dzieci, praca i tak dalej.
Dawne ja Julii byłoby zdumione, gdyby ją teraz zobaczyło, kobietę z zaprzyjaźnioną mamą od wspólnych kawek z dawnych czasów, własną specjalną kartą kredytową Nordstrom i względnym poczuciem spokoju.
– Dzieci – podchwytuje Helen. – Liczba mnoga?
Oto Helen, jaką zapamiętała, Helen, która nieustannie patrzy na twoje dawne zwykłe życie z zupełnie nowych perspektyw, wynajduje ciemne punkty, wymagające wypolerowania, albo te jasne, których sama nie dostrzegłaś: dwoje dzieci! Wspaniale! Helen unosi teatralnie brwi, a na jej twarzy pojawia się błysk zrozumienia.
– No tak, kiedy ostatnio się widziałyśmy, wszystko się… rozstrzygało?
Zastanawiała się, czy Helen będzie pamiętać. Nagle wraca wspomnienie tamtego okropnego popołudnia w bibliotece, kiedy zobaczyła tę kobietę i myślała, że widzi ją po raz ostatni w życiu.
– Tak było – odpowiada. – Rozstrzygnęło się. Córka.
– Boże drogi, tak to właśnie jest, jak się kogoś nie widziało od wieków. A co u syna? Musi teraz… był, do licha, zupełnie malutki, czyż nie?
– Już nie jest taki malutki. Ma dwadzieścia cztery lata.
Ben siedział zwykle pod stołem, przy ich nogach, i bawił się przedpotopową kolejką, którą Pete, mąż Helen, wygrzebał dla niego z piwnicy. Julia odchrząkuje.
– A co u ciebie? Jak się miewa Pete?
– Nie żyje – rzuca beznamiętnie Helen. – Nie pierwszy, i nie ostatni, chociaż chyba możemy się co do tego zgodzić, że i ja nie jestem od tego daleka.
– Och, mój Boże.
Smutek ogarnia ją natychmiast i to, co zaskakujące, dojmujący: Pete Russo macha do niej z dachu. Pete Russo pozwala Benowi zrobić bongosy z wiaderek po farbie.
– Helen, tak mi…
– Nie widziałyśmy się od wieków – przerywa Helen. – To oczywiste, że ktoś nie dożył.
– Przykro mi.
– Mnie też. – Na sekundę gdzieś ulatuje obrazoburcza wesołość Helen, pozostawiając w to miejsce cień bezbronności i porzucenia.
– Jak sobie radzisz?
– Och, świetnie – mówi. – Minęło już dużo czasu. W sierpniu będzie… Boże, to już pięć lat.
– Nie wie…
– Julio. – Helen się uśmiecha. – Wszystko gra. Nie mówmy już o tym. A co z twoim?
– Moim…?
– Mężem?
– Ach.
Powód, dla którego się tu znalazła, odbywała tę nieprawdopodobną rozmowę, zamiast być już w domu, zatopiona w bezpiecznych, nudnych miazmatach przygotowań do imprezy, tam, gdzie wszechświat chciał, żeby była. Jak ma relacjonować, co u Marka, Marka, którego życie prawie legło w gruzach przez jej pierwsze nieporozumienie z Helen Russo, Marka, który, dzięki Bogu, nie umarł w ciągu ostatnich osiemnastu lat?
– Wszystko dobrze. Właściwie to ma urodziny. Dlatego tu jestem.
Idiotycznie uniosła koszyk.
– No jasne – odzywa się Helen po krótkiej chwili. – Jubileuszowa kapusta.
Śmieje się z opóźnieniem.
Helen znów przygląda jej się badawczo, ma teraz inny wyraz twarzy, równie nieprzenikniony.
– Powinnam cię wypuścić, żebyś mogła wrócić do obowiązków. Ale naprawdę miło cię widzieć po latach. Wyglądasz na szczęśliwą.
– Wyglądam? – Nie chciała, żeby to zabrzmiało jak pytanie.
– Wyglądasz.
Helen się uśmiecha.
Teraz ma szansę powiedzieć Helen, że też wygląda na szczęśliwą. Teraz jest idealny moment, żeby któraś z nich z wysiłkiem rzuciła coś w rodzaju: musimy się spotkać i nadrobić zaległości.
– No to miłych zakupów. – Tekst brzmi absurdalnie, Julia wskazuje koszyk Helen, którego zawartość, właśnie to dostrzega, jest równie komicznie uboga: cztery limonki i torebeczka orzechów.
– Yyyhym. – Helen dotyka ramienia Julii, a Julia cieszy się, że długie rękawy ukrywają gęsią skórkę. – Tobie też.
W amoku kończy zakupy, stoi w kolejce i wykłada rzeczy na taśmę przy kasie.
– Pamiętała pani o wielorazowych torbach? – oskarżycielskim tonem pyta kasjer.
– Jakże bym mogła o nich zapomnieć – odpowiada, ale kasjer się nie uśmiecha.
Udaje jej się lżej odetchnąć dopiero, kiedy wsiada do samochodu. Paczka z mięsem kraba i kapusta – zrobiło jej się żal i nie potrafiła się zmusić, by ją odłożyć na stos – wesoło podskakują na siedzeniu obok. Wszystkie kluczowe sytuacje z Helen rozegrały się na przestrzeni kilku miesięcy, ale teraz mózg Julii je kompresuje, całość rozgrywa się w ciągu minuty, od ataku płaczu w samochodzie, przez leniwe popijanie wina na tarasie Helen, do tego ostatniego razu, kiedy spotkały się w bibliotece, wszystko to w sześćdziesiąt sekund. Kręci jej się w głowie, otwiera szyberdach i bierze głęboki wdech.
W drodze tutaj odpowiedzialnie – acz z lekkim znużeniem – słuchała radia, ale gdy tylko wyjeżdża z parkingu, przełącza się na playlistę córki. Klasyczny rock wrócił do łask, więc zna co drugą piosenkę, Bowie i Stonesi, przedzieleni zespołami o skomplikowanych nazwach, You Will See Our Smiling Faces on the Nine Train i Reckon with Your Racist Grandfather albo Slight Right for the Sanitary Landfill. Zawsze myli nazwy, czym doprowadza córkę do szału. Przyznaje, że nie za wiele rozumie ze współczesnej muzyki, którą preferuje Alma, ale nauczyła się – nieustannie, rozpaczliwie starając się, by córka ją pokochała – doceniać ją, podkręca więc głośniej i naciska przycisk otwierający okno, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza.
Kiedyś uważała się za eksperta, wyluzowaną osobę. Chodzili z Markiem na koncerty prawie co weekend i potrafiła wyrecytować całą dyskografię Pavement w kolejności wydania lub osobistych preferencji, i nauczyła tego Bena, przez osmozę, odtwarzając muzykę znacznie głośniej niż teraz, kiedy odwoziła go do przedszkola lub podczas wspólnych szaleńczych jazd po mieście, i to oczywiście sprawiło, że znów pomyślała o Helen, cieniu dotyku Helen na ramieniu, jak niewiarygodne było, że w ogóle podeszła do tej kobiety, ale także o Helen wtedy, w dziale sukulentów w ogrodzie botanicznym, Helen, która wyczuła jej rozpacz – pusty wzrok społecznie niewydolnej młodej matki w koszulce Jesus and Mary Chain – i wyciągnęła ją z tłumu.
Na playliście włącza się Smells Like Teen Spirit, a ona robi głośniej, za bardzo – mężczyzna stojący obok na światłach gapi się na nią bez żenady – ale podkręca dźwięk jeszcze o kilka poziomów, i wyjeżdża na Eisenhowera, ciesząc się z pretekstu, by ostro przyśpieszyć.
Marka nie ma w domu, na całe szczęście, ponieważ gdy tylko wchodzi do kuchni, odczuwa dziwne nagłe zachwianie, obraz drgający na krawędziach pola widzenia, co zmusza ją, by ciężko opadła na stołek przy wyspie. Czuje przednie łapki Suzanne na goleni, pies staje na tylnych łapach, żeby sprawdzić, co się z nią dzieje, urażony, że Julia nie zaangażowała się w zwyczajowe euforyczne powitanie. Suzanne traktuje każdy powrót Julii – niezależnie od tego, czy nie było jej pięć minut, czy pięć godzin – jak wygraną na loterii, dziki wzrok i ciało wibrujące z podniecenia. Suzanne ma większego fioła na punkcie Julii, niż ktokolwiek miał kiedykolwiek, większego, niż sama Julia kiedykolwiek miała na punkcie innej żywej istoty, w tym swoich dzieci. Budujące jest – choć czasami irytujące – być tak bardzo kochanym.
– Wszystko gra, księżniczko – uspokaja psa. – Tylko trochę słabo się czuję.
– Niezupełnie tak właśnie było, ale dobra – mówi Alma do kogoś, wchodząc do kuchni. – Mamo?
Otwiera oczy, podnosi głowę. Obraz się wyostrza. Jej córka jest imponująca i przerażająca, Amazonka z ciemnymi niesfornymi włosami i przenikliwymi zielonymi oczami. Przyciska do piersi pustą miskę, a w każdej ręce trzyma zgniecioną puszkę po la croix.
– Cześć, Ollie.
Pies skamle, Julia pochyla się i bierze go na ręce.
– Nie płacz – mówi w futro Suzanne.
– Nie powinnaś zarządzać jej emocjami – zaczyna Alma, ale potem marszczy brwi. – Dobrze się czujesz?
Jest to zupełnie niezwykły przypadek interpersonalnej troski w wykonaniu Almy i Julia przez chwilę aż żałuje, że nic jej nie jest, że nie może poprosić córki o jakąś formę nietraumatycznej pomocy, usunięcia drzazgi lub nastawienia zwichniętego barku, czegoś, co wymagałoby bliskiego kontaktu fizycznego z osobą, którą urodziła, dopóki Alma – rzadkość u tej narcystycznej lwicy – ją oferuje.
Tutaj nie ma sposobu na zwinne manewrowanie. Nawiązanie do jakiejś kwestii fizjologicznej sprawi, że córka (która nie jest szczególnie zadowolona z żyjących rodziców, ale też niekoniecznie życzy sobie ich śmierci) nabierze podejrzeń, a powiedzenie prawdy – że zbiera siły na spotkanie z mężem po tym, jak spotkała kobietę, która prawie doprowadziła do rozpadu ich małżeństwa – jest oczywiście wykluczone.
– Dobrze – odpowiada, a Suzanne wierci się, zlatuje z kolan Julii: pies, tak jak kot, tak jak jej córka, wyznacza swoje granice, wymaga stałej uwagi, ale na własnych, bardzo twardych warunkach. – Dobrze, dobrze, dobrze.
Prostuje plecy, wstaje ze stołka i wprawia się w ruch. Nigdy nie jest tak, że w kuchni nie ma nic do zrobienia, zwłaszcza gdy Alma przyjmuje przyjaciół: rozlane płyny, które trzeba wytrzeć, zmywarka do zapakowania lub rozładowania, dwa ogryzki jabłka i fioletowa skórka drogiego koziego sera dojrzewającego w winie, które same się nie wyrzucą do kosza na śmieci.
Szczęśliwie Alma akceptuje odpowiedź, gotowa, z tą nieposkromioną pewnością siebie nastolatki, by uwaga skupiła się, słusznie i wyłącznie, ponownie na niej.
– Zadzwonili, że muszą przełożyć moją wizytę u dentysty – mówi. – Doktorowi Gallagherowi umarł ktoś z rodziny.
– Och, to bardzo…
– Ale w sumie to się dobrze składa, bo w tym tygodniu mamy w bibliotece spotkanie zaawansowanej grupy historii Europy. Znaczy dobrze, że odwołali wizytę, a nie dobrze, że ktoś umarł. Zastanawiałam się też, czy mogłabym wziąć samochód, żebyś nie musiała przyjeżdżać po mnie późno w nocy?
Alma była szalenie przylepnym dzieckiem, ale teraz jest właściwie samodzielną i całkowicie zagadkową siedemnastolatką. Jest wredna, wspaniała i zachwycająco dobra z matematyki. Żartuje z przyjaciółmi z niewytłumaczalnych rzeczy, takich jak Gary Shandling i tosty z awokado, maluje mikroskopijne wiśnie na paznokciach i porywa się na wysoce angażujące przedsięwzięcia cukiernicze, wypełniając lodówkę bajglami jerozolimskimi i sześciowarstwowymi tortami.
– Pytam teraz, bo ostatnim razem powiedziałaś mi, że nie uprzedziłam cię odpowiednio wcześnie – ciągnie.
Niedawno znów zaczęła rozmawiać z Julią i Markiem, po prawie dwóch latach ponurego milczenia, a teraz właściwie nie da się sprawić, żeby przestała. Przy stole opowiada im bez tchu jakieś niepojęte historie. Prezentuje długie streszczenia wyrwanych z kontekstu odcinków seriali telewizyjnych, których nigdy nie oglądali. Konstruuje skomplikowane i przekonujące linie obrony, żeby jej coś dali lub pozwolili coś zrobić. Rozmowa z nią to mechaniczna czynność, wymagająca ciągłej gotowości do zmiany biegów, wycofywania się lub nadążania za płynnymi, niedorzecznymi przejściami, albo do katapultowania się ze świata rzeczywistego do fikcyjnego, bez postoju na uzupełnienie paliwa. Nie ma cienia szansy na to, że w przyszłym miesiącu nie zostanie przyjęta do kilku z siedemnastu arcyluksusowych i przerażająco drogich college’ów, do których aplikowała, a ponieważ Julia chciałaby, żeby pozostały czas jej pobytu w domu upłynął bez traumy, reaguje na swoją córkę tak, jak wtedy, gdy była śpiącym niemowlęciem: chodziła przy niej na palcach, żeby tylko nie wzbudzić niepokoju. Dynamika sił w ich domu nie różni się niczym od wieloletniego kryzysu z zakładnikami.
– Zobaczymy – mówi, a potem dodaje, zanim Alma zdąży zaprotestować: – Jest ktoś u ciebie?
Słyszy co najmniej dwa głosy dobiegające z salonu i jest całkowicie pewna, że jeden z nich należy do Margo Singh.
Alma wrzuca puszki do kosza na metale i plastik.
– Tak.
Córka odmówiła udzielenia jej jakichkolwiek użytecznych informacji na temat Margo, a dokładniej więzi, jaka je łączy. Wszelkie wysiłki, jakie Julia podjęła, by się czegoś dowiedzieć o ich związku, napotykały drwinę, milczącą sugestię, że jej poglądy na temat związków są zbyt sztywne.
– To nie jest moja dziewczyna – powiedziała Alma niedawno. – Ale też nie jest przyjaciółką. Mamo, nikt już tego tak nie nazywa.
Julia powstrzymała się wtedy od zapytania: nikt tak nie nazywa czego? Prywatność Almy, w stale zmieniającej się kolejności priorytetów między ocenami Almy, rozkrzewiającymi się opiniami politycznymi Almy i chwilowymi zachciankami egzystencjalnymi Almy, jest ostatnio popularnym tematem. Do tego Julia lubi Margo. Wolałaby, żeby ta dziewczyna robiła trochę więcej hałasu, kiedy chodzi – ma skłonność do posępnego wyłaniania się z mroku jak grabarz – ale wydaje się, że ma głowę na karku i że Alma jest przy niej szczęśliwa.
– Świetnie – mówi. – Gdzie tata? Jest twój brat?
Alma wydaje z siebie mruknięcie typu a-skąd-mnie-wiedzieć. Wstawia miskę do zlewu, a potem pod ciężarem spojrzenia Julii sięga po gąbkę.
– Co gotujesz?
– Różności – odpowiada Julia nieuważnie, otwiera szafkę, wyciąga potrzebne produkty i odkłada je na wyspę. – Miniquiche. Sałatkę z ogórka. Ciastka krabowe.
Przygotowuje przybory, selera, bułkę tartą. Tak naprawdę, przed popołudniowym przerywnikiem, nie mogła się doczekać przygotowań, dostatecznie pracochłonnych, by mogła się poczuć godna pochwały, ale nie na tyle, żeby uniemożliwić jej robienie dziewiętnastu innych rzeczy naraz. Wie, że ze strony dzieci nie doczeka się pomocy.
– Boże, mamo, serio? – Alma odwraca się do niej.
Zachowuje się, jakby właśnie została postrzelona, a Julia rozgląda się dookoła z zaskoczeniem, szukając jakiejś nowej traumy, ale wszystko wygląda normalnie, z miski w rękach córki płyn do zmywania kapie na podłogę.
– No co? – pyta zaniepokojona.
– Mówiłam ci, że nie jem owoców morza – tłumaczy Alma. – Mówiłam ci to parę tygodni temu.
Myśli intensywnie. Chciałaby – brzmi okropnie, ale to pragnienie często pojawia się podczas rozmów z córką – po prostu wyparować. Odczuwa też nieprawdopodobne zmęczenie, podkręcone grawitacją. Macierzyństwo nieustająco przynosi jej to szczególne uczucie, skrajne niedowierzanie, że nie tylko oczekuje się od niej kolejnego czegoś, ale wręcz ma obowiązek to kolejne coś zrobić.
– Zapomniałaś?
– Zapomniałaś to za mocne słowo – mówi i wyjmuje z półki na drzwiach lodówki pęczek kolendry.
Pamięta, oczywiście, liczyła tylko, że rozmowę o stopniowym przechodzeniu Almy na weganizm, podobnie jak wiele innych rozmów z nastolatkami, uda się po paru dniach zamieść pod dywan, bo temat wypchnie jakaś inna wyjątkowa, trudna do wyjaśnienia, niecierpiąca zwłoki sprawa.
Oddycha powoli, głęboko, przez nos, dopóki nie czuje, że powietrze rozszerza się nisko w gardle. Zanim urodził się Ben, bez entuzjazmu chodziła na jogę dla kobiet w ciąży. Wówczas nie miała pojęcia, że ćwiczenia oddechowe przydadzą jej się nie przy porodzie, ale dwadzieścia lat później, w ramach przeciwdziałania przemocy ze strony nastoletniej córki.
– Dlaczego tak dziwnie oddychasz?
– Bo… potrzebuję więcej powietrza. Żeby dotlenić mózg.
– Powiedziałaś, że przemyślisz ograniczanie produktów odzwierzęcych w rodzinnej diecie – mówi Alma, a emfaza w jej głosie sprawia, że Julia ma ochotę wepchnąć ją do studni.
– Jeśli nie chcesz, to nie musisz jeść, skarbie. Będzie mnóstwo innych rzeczy do wyboru.
– Czy ty sobie ze mnie kpisz? – denerwuje się Alma i wskazuje na ręce Julii, w których – zupełnie bezmyślnie, jak piłkę do siatkówki lub odciętą głowę – trzyma swoją kapustę-kusicielkę.
Chce jej się śmiać, z trudem się hamuje, przez co łzy napływają jej do oczu.
– Czemu masz taką minę? – pyta Alma.
Wejście Marka litościwie przerywa tę scenę. Jest spocony, wraca z biegania, w szortach z lycry i z przytroczonym u pasa bidonem, który ostatnio skojarzył jej się z workiem kolostomijnym. Też schyla się, żeby pogłaskać Suzanne, która wita go, jakby wrócił po dekadzie. Wszyscy, odkąd pies pojawił się w rodzinie, przestawili się na obecność Suzanne, chociaż padały sugestie, że najbardziej zmieniła się Julia.
– Co to za bransoleta? – pyta Alma. – Wyglądasz dziś dziwniej niż zwykle.
Mark unosi rękę, na nadgarstku ma pasek z fioletowego plastiku, prototyp krokomierza, który testują u niego w pracy i o którym Julia od miesięcy słucha do wyrzygu.
– Te z reklamy są archaicznie niedokładne – stwierdza.
– Może i tak – mówi Alma. – Ale przynajmniej nie wyglądają jak to coś.
– A co tu taki tłum? – Mark obejmuje córkę ramieniem. Alma mamrocze pod nosem, niby protestując, ale pozwala się przytulić, nawet lekko pochyla się w jego stronę, chociaż jest cały spocony, i w ogóle. Julia od wieków nie doświadcza takiej fizycznej bliskości z Almą. Z córki emanuje potężna energia, która trzyma matkę na dystans, choć najwyraźniej nie ma wpływu na ojca, którego Alma lubi o wiele bardziej.
Mark podchodzi do Julii i całuje ją, a Alma patrzy na nich z obrzydzeniem. W tej rodzinie zegar zawsze jest lekko rozregulowany, uczucia źle lokowane, a przewinienia wyolbrzymione. Ale to lepsze, myśli – Boże, to musi być lepsze – niż ich całkowity brak.
– Czy właśnie to mamy dziś na obiad? – pyta Mark i podnosi kapustę w ręce jak szklaną kulę. Alma wzdycha ostentacyjnie i wychodzi z kuchni. Oboje wsłuchują się w głuchy tupot stóp w skarpetach, niknący w pokoju.
– Spontan – wyjaśnia Julia. – Z okazji twoich urodzin.
Mark kładzie ręce na jej ramionach.
– Co szykujesz?
– Produkty odzwierzęce.
– Mogę pomóc?
– Nie. – Próbuje nadać słowom radosny ton. – To mój prezent dla ciebie. Plus to wszystko. – Zatacza krąg ręką i wskazuje blat przed sobą, baterię butelek wina przy zlewie, zakupy spożywcze. Julia zastanawia się, czy w sklepie ktoś zauważył jej podchody do Helen Russo, odważny czyn w portkach klauna.
Mark delikatnie masuje jej kark. Musi istnieć jakiś małżeński szósty zmysł, który sprawia, że jedna ze stron – nieświadomie skrzywdzona – nagle zachowuje się z przesadną wielkodusznością, skutecznie nasilając wyrzuty sumienia winowajcy. Denerwuje ją to.
– Idź pod prysznic – mówi i trzepie go ściereczką do naczyń. – Żebyś się nadawał do ludzi.
Patrzy, jak wychodzi z kuchni, przeczesuje włosy ręką i próbuje wykrzesać z siebie energię, którą miała jeszcze godzinę temu, energię z czasu sprzed-Helen, skupia się na zadaniu do wykonania. Pokroi kapustę w paseczki i zrobi surówkę. Czasem przyłapuje się na tego rodzaju myślach – „zapomniałam zapłacić typowi od trawnika”, „w środę przyjedzie dostawa z karmą Suzanne” – i dziwi ją własna groteskowość.
„Życie to walka”, podśpiewuje czasem, żeby rozbawić Marka, kiedy dupek z domu obok, makler giełdowy, wrzeszczy na swojego podwykonawcę, albo gdy obserwuje wiewiórkę, która kradnie ziarno z karmnika dla kardynałów, wisząc do góry nogami, ale myśli, że ci dwoje tak naprawdę niczym się od siebie nie różnią. Coraz wygodniej osiadała w swoich własnych niedorzecznych pragnieniach.
Kapusta julienne, ja pierdolę, i dziwi się bezgranicznie, jak nieprawdopodobnie urocze stało się jej życie.
Wtedy wcale nie było tak wspaniale, bynajmniej, mgliste, opatulone bawełną dni, zanim poznała Helen Russo, dni tak długie i paraliżująco monotonne, że nie potrafiła odróżnić jednego od drugiego. Dwadzieścia lat temu, jeden dom temu. Przeprowadzili się z miasta na średnio zamożne przedmieścia, zapisali Bena do Krainy Łagodności, co w jej uszach brzmiało jak nazwa nieszczególnie drogiego baru ze striptizem lub wysokiej klasy ośrodka odwykowego, choć w rzeczywistości było to jedno z najbardziej luksusowych przedszkoli w okolicy. Odmawiała używania oficjalnej nazwy miasta i zaczęła je nazywać, irytując Marka do granic, Szyszkowolą. Przedmieścia, mekka odnoszących sukcesy dorosłych z zawodami o nazwach nie do pojęcia i ich rozczarowanych, opiekujących się domem małżonek, dęby, bogactwo i umiejętnie zamaskowana rozpacz. Ciągnęły się kilometrami, znaki drogowe i drogi z doskonale zachowanego bruku, samochody kombi i terenowe wózki dziecięce, hektary gęstej, idealnie przystrzyżonej roślinności, kuszące tabliczki informacyjne, pełne świadomego uznania dla rzemieślników, świadome przejawy mdłej przynależności politycznej, tablice upamiętniające totalne nic, a do tego nie wolno było nawet normalnie jeździć. Nierzadko trafiała na ulicę z ograniczeniem prędkości do dwudziestu kilometrów na godzinę, jak w pradawnych czasach. Każdy lubił myśleć, że jego przedmieście jest najlepsze, ale tak naprawdę wszystkie były takie same, nieznacznie różniły się bliskością jeziora lub stopniem amorficznej „różnorodności” lub „historycznego znaczenia”, ale ostatecznie jedno licho. Ich ulica nazywała się Superior, Kierownicza, ale po paru miesiącach przestało ją to bawić, podobnie jak prawie wszystko inne.
Co się takiego stało? Któż to wie. Świat zaczął się rozpadać albo zapomnieli z Markiem, jak ze sobą rozmawiać, a może po prostu jej emocje opadły do komfortowego poziomu. Wyprowadzili się z miasta mniej więcej w czasie, gdy Ben zaczął stawiać pierwsze kroki, teraz chodził z całkowitą pewnością siebie, choć niezupełnie z gracją, a także płynnie władał zarówno angielskim, jak i hiszpańskim, którego uczyli w środy w Krainie Łagodności. Julia za to czuła się uziemiona, jakby została zabalsamowana. Nie spała. Jej wewnętrzny monolog nabrał kofeinowej nerwowości, stał się nieprzerwanym szczebiotem świra i była świadoma – w chwilach nieczęstych interakcji z innymi dorosłymi – że jej monolog zewnętrzny może wykazywać cechy tej samej manii.
Zaczęła dostrzegać, że kiedy nie czekała, aż coś się wydarzy – coś prozaicznego, jak Ben budzący się z drzemki, albo coś straszliwego, jak asteroida spadająca z nieba – czuła się całkowicie oderwana od rzeczywistości, pogrążona w ponurych rozmyślaniach, zwykle ze wzrokiem wbitym w dal, jak pozbawiona praw obywatelskich wiktoriańska piastunka.
Nie słyszała, jak Mark wszedł do kuchni.
– Dobrze się czujesz?
Jakby zobaczył, że zaplątała się w drut kolczasty. Ostatnio było to jego ulubione pytanie, zawsze zadawane z przymilną łagodnością w głosie.
Wyprostowała plecy.
– Chyba coś utknęło w młynku do odpadków.
Mark zadrżał lekko. Miał wrodzoną awersję do wszelkiego rodzaju tajemniczych produktów spożywczych, rzeczy zgniłych, granulkowatych lub po prostu niezidentyfikowanych. Musnął jej ramię, przechodząc do dzbanka z kawą, i nie zadał żadnych dodatkowych pytań dotyczących młynka, potencjalnego siedliska mrocznej tajemnicy.
– Chciałbym, żeby ten tydzień się już skończył i był od razu piątek – stwierdził, pozornie nieświadomy dziecinności i banalności tego oświadczenia, sypiąc cukier do kawy. – Obudziłem się przytłoczony. Może to zły znak?
W tych rzadkich momentach, kiedy udało jej się usnąć, Julia często budziła się z lękiem przed czymś, co mogło nadejść, i wstecznym lękiem przed tym, co już nastąpiło, ale ponieważ Mark nosił krawat i miał tytuł magistra, i ponieważ nieszczęścia Julii często objawiały się w zetknięciu z klockami Duplo i przymusową konsumpcją marchewki, Mark miał większe prawo do użalania się nad swoimi obowiązkami. Tak właśnie działał świat. Dawno temu przestała próbować wyobrazić sobie, jak mijają mu dni, bez nudy i zazdrości.
Ich życie stało się nagle potwornie nużące, od zera do nijakości w dziesięć sekund. Zapewne dało im to szansę w wyścigu o senne olimpijskie zwycięstwo. „Pamiętasz naszą podróż poślubną do Grecji – nie mówiła. – Pamiętasz, jak uprawialiśmy seks na stojąco w uliczce na Korfu i patrzył na nas szczur. Pamiętasz, jak uprawialiśmy seks w łazience w sklepie ogrodniczym. Pamiętasz, jak uprawialiśmy seks w…”.
– Julku?
– Mhmm. – Zamrugała i ponownie stawiła czoła jego trosce, patrząc na zmarszczone brwi. – Tak, to zdecydowanie zły znak.
Bruzda się pogłębiła. Najwyraźniej coś jej umknęło.
– Pytałem, co dzisiaj robiłaś – powiedział.
– To samo, co zwykle – odparła. – Och, czekają nas same superrzeczy.
Zerknął na nią przez ramię.
– Kiedy któregoś dnia kosiłem trawnik, pogadałem z Ericą. Mówiła, że byłoby fajnie, gdybyście się czasem spotkały, a jej syn mógł się bawić z Benem. Może do niej zadzwoń?
– Kim jest Erica?
– Mieszka parę ulic od nas. Biega i ciągnie za sobą malucha w wózku…
– To ta z twarzą?
– Julio, daj spokój.
Intensywnie się w niego wpatrywała, w mężczyznę, który chciał wszystko naprawić. Rozwiązania jego własnych problemów wydawały się mniej skomplikowane niż jej problemów. Jak zawsze. Była tak samotna, że zaczynała to odczuwać jak przypadłość fizyczną.
– Co niby miałabym z nią robić?
– No nie wiem. – Zamyślił się, odwrócony plecami do niej buszował w lodówce. – To, co zwykle robią mamy.
Z miejsca ją rozwścieczył.
– Czyli co? Co masz na myśli?
– Tak tylko, myślałem… możecie iść na spacer. Albo wstąpić do klubu książkowego?
– Ach, tak, spacer. Nieśmiertelna tradycja mam.
– Wiesz, co mam…
– Prędzej umrę, niż zapiszę się do klubu książkowego.
Użalanie się nad życiem na przedmieściach było nudne, doskonale o tym wiedziała. Wyobrażała sobie antropologię swojego życia jak warstwy łupków, wyszczerbionych i delikatnych, kruchych, ale w nieodróżnialnych odcieniach szarości. Mieszkała gdzieś tam. A potem nie mieszkała gdzieś tam. Tak naprawdę wszystko było takie samo wszędzie. Ostatecznie wszędzie stawało się gdzieś tam. Bycie kimś takim było banalne. Nudziła ją sama myśl o tym, o smutku bez powodu, o tym, że miała pretensje o najłatwiejsze życie na świecie. A jednak nie potrafiła się oprzeć.
– Dobra, Julio, nie było rozmowy, ja tylko…
– Ja tylko nie rozumiem, co masz na myśli, mówiąc to, co zwykle robią mamy. Tak, jakbyś mi tłumaczył, no wiesz, to, co robią ludzie w swetrach. Rzeczy, które robią praworęczni. Jakby mamy były jakimś osobnym… gatunkiem czy co.
– Wiesz, o co mi chodzi, Julku. Byłoby miło… pobyć wśród ludzi.
– Mam ciebie – powiedziała, a on złagodniał.
– Oczywiście, że masz mnie – potwierdził, a potem podszedł i mocno ją przytulił, poczuła pod policzkiem jego pierś.
Właściwie to nie mogła doczekać się dzisiejszego dnia, środy, dnia, kiedy Ben szedł do Krainy Łagodności, co gwarantowało jej potencjalnie spokojny dzień. Mogła zapalić w samochodzie i pojechać do Forest Glen, połazić po lesie, wyciągnąć się na dużej, ciepłej skale jak rytualna ofiara, żeby choć przez chwilę nikt się na nią nie gapił. Ale teraz czuła się źle, źle, bo nie mogła się doczekać, żeby pobyć z dala od dziecka, i źle, że nie potrafiła lepiej zorganizować sobie czasu, że nie wypełniała tych wolnych godzin stymulacją kulturalną i zawieraniem znajomości z ludźmi w swoim wieku.
– Wszystko w porządku? – zapytał Mark i odsunął się, żeby na nią spojrzeć. – Wyglądasz na zmęczoną.
I chociaż była to prawda, chociaż nie spała od trzeciej dziesięć i gdyby wypiła teraz czwartą, nieskuteczną, filiżankę kawy, byłaby roztrzęsiona aż do zachodu słońca, ale nadal tak samo wyczerpana, poczuła się lekko urażona.
– Gdybyś podrywał mnie z takim wdziękiem na początku znajomości, wątpię, czy bym za ciebie wyszła – powiedziała, ale zapomniała nadać tonowi lekkości i sama usłyszała, że źle to zabrzmiało. Mark też to usłyszał. Jego twarz – ta kochana twarz! – wyraźnie się wydłużyła. Chciała go uderzyć.
– Ała – powiedział.
– Oj – odparła.
Przecież to nie była jego wina, naprawdę nie. Teraz jej kolej, żeby go delikatnie dotknąć, tak ledwo ledwo, jakby był pokryty czymś lepkim.
– Przepraszam – odezwała się, tak jak zwykle on mówi. – Kocham cię.
Zetknęli się policzkami na pożegnanie i usłyszała, jak drzwi frontowe otwierają się, a potem zamykają, gdy wyszedł do pracy.
Nadejście Bena było, jak zwykle, kojące. Zjawił się niczym promień słońca w drzwiach kuchni, z odciskiem poduszki na policzku i wielkimi oczami, mrugając jeszcze z rozespania, z pluszową żyrafą dyndającą w małej rączce. Poczuła ciepło na sercu, a twarz rozpłynęła się jej w uśmiechu, cała radość, towar u niej deficytowy, zarezerwowana była wyłącznie dla niego.
– O, jest mój chłopiec – powiedziała, a jego twarz również się rozjaśniła. Wzięła go na ręce i pocałowała na dzień dobry: syna i żyrafę, wdychając jego zapach, esencję słońca.
O Boże, o mój Boże, mój najlepszy przyjaciel ma trzy lata, myślała czasem. Niedawno próbowała wyjaśnić to Markowi, kiedy zasugerował – używając nieco łagodniejszych słów – że może dobrze by jej zrobiło, gdyby znalazła sobie przyjaciół w swoim wieku. Oczywiście wiedziała, że Ben nie jest jej przyjacielem, tylko dzieckiem, ale w pewnym sensie nie zdawała sobie z tego sprawy, dopóki Mark nie wypowiedział tego na głos, a samotność, która potem nastała – samotność nad samotnościami, luka w już i tak słabo zaludnionej przestrzeni – okazała się zaskakująco dokuczliwa. Tak łatwo było ją ostatnio skopać, kiedy gnębił ją smutek, nawet niezamierzenie – a Mark, najmilszy facet na świecie, nigdy nie robił tego celowo – ponieważ zaś smutek gnębił ją zawsze, nawet niekoniecznie skopać, ale raczej potknąć się o stały punkt – bezwładny element krajobrazu – o emocjonalną ofiarę.
– Jesteś smutna? – spytał Ben znienacka, więc szybko przełknęła nagłą chęć płaczu, choć z pewnością do tej pory przywykł już do widoku jej łez.
– Nie, oczywiście, że nie – wyszeptała w małą główkę. – Mamusia jest szczęśliwa.
Kosmyki jego włosów połaskotały ją w usta. Czasem czuła ochotę, gwałtowną i instynktowną, żeby go zjeść.
– Misiaczku, mój misiaczku, to ty sprawiasz, że mamusia jest taka szczęśliwa.
Później, w drodze do Krainy Łagodności Ben opowiadał jej sen o czymś, co nazywał „samotnym beaglem”, który bawił się na placu zabaw. Bohaterowie snów Bena rzadko podlegali czemukolwiek poza upływem czasu i radośnie przemieszczali się z jednego miejsca w drugie. Większość snów Bena była właśnie taka: bardzo imagistyczna, nietraumatyzująca, rzeczy po prostu się dzieją, czas płynie.
– Nasz synek, Virginia Woolf – nie tak dawno mówiła żartem do Marka.
– I wiesz co, mamo? – ciągnął Ben. – Chcieliśmy go pogłaskać, ale go nie pogłaskaliśmy.
– Nie! – zgodziła się z fałszywą radością na granicy histerii.
Nie zwracała na niego uwagi. Myślała już tylko o tym, że za dziesięć minut od teraz wjedzie na autostradę i tak głośno włączy Replacements w swoim drogim systemie audio, że aż kierownica będzie wibrować – chociaż wiedziała, że natychmiast zatęskni za obecnością Bena na tylnym siedzeniu. Rodzicielstwo było przewlekłą torturą, nieustannym pragnieniem, żeby jednocześnie być razem i osobno. Czasami marzyła o nagłej śmierci: Subaru zmiażdżone przez ciężarówkę, pływanie w jeziorze Michigan zakończone powolnym opadaniem, stopy szurające po zimnym mulistym dnie w jego najgłębszym punkcie. Pocieszała ją myśl, że nic nie jest wieczne, że w każdej chwili interwencja natury lub okoliczności mogą ją wyrwać z monotonnego trwania w imadle egzystencji.
Stojąc na światłach, uświadomiła sobie, że płacze. I mniej przerażał ją sam płacz – ostatnio płakała tak często, jak nigdy wcześniej – niż fakt, że nawet tego nie zauważyła, że była w stanie funkcjonować, zajęta codziennością, a ten niekontrolowany smutek po prostu z niej wyciekał, dyskretny jak oddech.
– Coś ci jest – oświadczył Ben.
Dzieci wprawiały ją w zakłopotanie zaskakującą mieszanką przenikliwości i prostoduszności.
– Mamusi nic nie jest, kochanie – odparła, uciekając się do usankcjonowanego przez rodziców mówienia w trzeciej osobie. Nigdy nie dysponowała odpowiednim zestawem umiejętności, ale kiedyś miało to mniejsze znaczenie. Teraz w grę wchodziło dobro innych osób.
Samotność macierzyństwa. Śmiertelne znużenie codziennością. Tyle życia wokół niej, ta elektryzująca mała osóbka stworzona przez nią i jej życzliwego, pracowitego męża, mężczyznę lepiej niż ona przystosowanego do przyziemnych kaprysów normalnego życia, a ona myślała tylko o tym, że chciałaby być sama. Życie, które stworzyła, żyło własnym życiem, a ona potrafiła jedynie wyobrażać sobie, jak byłoby miło, gdyby Ben zniknął, gdyby znalazł się zupełnie gdzie indziej, w jednym z tych niewielu miejsc, do których za przyzwoleniem społecznym można było zesłać swoje dzieci na wspólną zabawę, gdzie jakaś inna matka karmiłaby go selerem z masłem orzechowym, prawdziwa matka, która by się radośnie ekscytowała, zamiast wzdrygać od jego okrzyków zachwytu. Pochłaniało to tyle energii – czasami myślała, że w środku ma powolnie przeciekającą baterię, a cierpka, alkaliczna, spieniona ciecz wyżera jej narządy – tyle wysiłku musiała włożyć w to, żeby nadać swojemu głosowi brzmienie rozpoznawalne dla syna.
Podkręciła głośność na No Sleep Till Brooklyn, do którego nauczyła Bena headbangować, ale teraz syn patrzył tylko z powagą na jej odbicie we wstecznym lusterku, dostojny i nieporuszony. Ben nie był typowym dzieckiem, nie przypominał w niczym pulchnego cherubinka, którego wyobrażała sobie, gdy była w ciąży – w snach nawiedzały ją całe zastępy pulchnych, pogodnych dzieci, posłusznych pączusiów, rzucających żarcikami siewców radości w ogrodniczkach. Ale Ben był drobny, szczuplutki i poważny, tak poważny, że często się martwiła, czy cieszy się życiem tak, jak powinien. Patrzył przenikliwie i dojrzale, milczał refleksyjnie i po mniszemu. Denerwował ją, więc skupiła się na drodze.
Kiedy wjeżdżała na podjazd przedszkola, poczuła, jak zwalnia jej oddech. Była już tak blisko, tak blisko do chwili samotności, tak bardzo blisko. Ale kiedy Megan, pomoc przedszkolna, otworzyła tylne drzwi, żeby wyjąć Bena z fotelika, dzieciak się rozwył. Ben nigdy nie wył. Ben był spokojny i łagodny. Ben wyczuwał, lepiej lub gorzej, kiedy mama potrzebowała chwili dla siebie i prawie nigdy nie odstawiał histerii.
– Kochanie – powiedziała.
Czas pobytu syna w przedszkolu mijał jej błyskawicznie. Tylko tyle mogła być nieobecna, tylko tyle papierosów wypalić. Spojrzała na Megan, współczującą młodą brunetkę w bezrękawniku, i przywołała na twarz najlepszy uśmiech zmęczonej mamy.
– Kochanie, czas do przedszkola.
– Nie. – Ben był stanowczy.
– Słonko, Megan musi rozpiąć ci pasy, żebyś mógł wejść do środka i świetnie się bawić.
Niewiarygodne, że dzieciaki nabierają się na to gówno. Na dziś Ben miał w planie zajęć „Upiorne kręgle” i „Z jak Zagłada Zarazków” oraz przekąskę w postaci krakersa z organicznej mąki Grahama. Trudno sobie wyobrazić, że coś takiego może wzbudzić entuzjazm u kogokolwiek.
A jednak zawsze się udawało. Zawsze ochoczo dawał jej całusa na pożegnanie i wracał po południu, senny i dumny z siebie prezentował tajemniczo zmodyfikowane rolki po papierze toaletowym i niezidentyfikowane stworzenia z patyczków do uszu.
– Nie – powtórzył Ben, a jego głos zabrzmiał przerażająco podobnie jak u Marka, przekonująco i rzeczowo. Julia spojrzała błagalnie na Megan, która nie zarabiała aż tyle, żeby zajmować się jeszcze fochami bogatych mamusiek dzieci z Krainy Łagodności, nie mówiąc już o emocjonalnym rozchwianiu najbardziej samotnego rodzica w całym przedszkolu. „Boże, pomóż mi”.
– Może powinnaś dziś sama go zaprowadzić. – Megan wzruszyła ramionami i zanim Julia zdążyła odpowiedzieć, zamknęła drzwi i przeszła do następnego samochodu.
Julia podjechała na parking pół przecznicy dalej, stanęła i odwróciła się do Bena.
– Chcesz, żeby dziś mama weszła z tobą do środka, kotku? – spytała.
Nadal zaskakiwało ją, że Ben kiedykolwiek dał się na to nabrać, na fałszywą radość w jej głosie, przypadkowo dobrane rozbrajające czułe słówka. „Wykąpiemy się teraz, cukiereczku?”. Nigdy go sama nie zaprowadzała. Za wszelką cenę starała się nie przekraczać progu Krainy Łagodności. Zwykle przedzierała się przez kolejkę na pasie dla samochodów jak walczący z prądem łosoś, żeby odebrać dziecko bez wchodzenia w interakcje z ludźmi. Tęsknie rzuciła okiem na imponujący zarys budynku, ale była pewna, że nie poradzi sobie z zachłannym wścibstwem innych rodziców, gdy ona – matka-samotniczka – będzie się próbowała zakraść z płaczącym, protestującym synem na rękach. Kiedy cudze dziecko źle się zachowywało lub miało napad złości, wszyscy patrzyli, ale unikając kontaktu wzrokowego, jak wtedy, gdy obcy człowiek przechodził załamanie psychiczne w metrze, z mieszaniną wyższości i wścibstwa, „dzięki Bogu, że to nie ja” plus „ooch, ciekawe, co teraz zrobi”.
Stanowczo spojrzał na nią w lusterku wstecznym.
– Nie.
– Benji, proszę – odezwała się z rozpaczą. – Mama musi dziś jechać w parę miejsc.
„Mama musi dziś pobyć trochę sama, bo inaczej dojdzie do samozapłonu”.
– Nie – padło z tyłu i Julia oparła czoło o nagrzaną od słońca kierownicę.
– Proszę – nie ustępowała. – Przepraszam, Ben, kochanie, proszę. Przykro mi, że tak się zachowuję, ale potrzebuję trochę pobyć sama.
Znowu się rozpłakała, a on razem z nią i było to jeszcze straszniejsze, anomalia, jakby płakał bardzo przygnębiony dorosły, a nie przemęczone dziecko.
– Kochanie – powiedziała – moje kochanie.
Przedostała się na tylne siedzenie, przeskakując konsolę jak koń wyścigowy, wypięła go z fotelika i wciągnęła sobie na kolana. Wypłakał wielką granatową plamę na jej turkusowej koszulce. Głaskała miękkie ciemne włosy swojego malutkiego chłopczyka. Przepełniało ją poczucie winy, poczucie winy na najbardziej podstawowym poziomie, dlatego że ta niemożliwie mała istota tak intensywnie wyczuwała jej nastroje, znała nie tylko angielski i hiszpański na poziomie początkującym, ale także szczyty i doliny chwiejnego stanu emocjonalnego własnej matki. Kiedy się urodził, przysięgała sobie raz po raz, że nigdy nie dopuści, by się o nią martwił, tak jak ona zawsze martwiła się o swoich rodziców, ale właśnie tak się stało. Sama do tego doprowadziła.
– Przepraszam, kochanie – powiedziała. Mocno ją objął. – Nie martw się o mamę – dodała, choć wiedziała, że to nie takie proste i podejrzewała, że krzywda już się stała, że zawiodła w swoim jedynym zadaniu. – Nigdy nie martw się o mamę.
– Mogę iść z tobą? – zapytał. Powoli się uspokajał, skupiony na celu, patrzył na nią uważnie i mrugając, strząsał łzy z długich rzęs.
Roześmiała się i poczuła płaski dysk jego rzepki, mały jak srebrna dolarówka, pod miękkim materiałem miniaturowych sztruksów.
– Idziemy na wagary, tygrysku?
Przytaknął z powagą.
– Pojedźmy gdzieś razem – zaproponowała i poczuła ulgę, gdy tylko słowa padły z jej ust, ponieważ to należało zrobić, postawić swoje dzieci na pierwszym miejscu, bez względu na wszystko, bez względu na to, jak bardzo chciało ci się na chwilę urwać. – Ruszmy ku przygodzie.
Znowu jechali, powoli pokonując progi zwalniające na ulicy wiodącej od Krainy Łagodności. Jak mogła nie chcieć go za sobą w foteliku, swojego cudaczka, machającego malutkimi rączkami do muzyki? Lubili Summerteeth, London Calling i całą twórczość Talking Heads. Lubili Debaser, Beercan i Oh! You Pretty Things. Podobał im się cały Slanted and Enchanted, ponieważ szybko przeskakiwał między wesołością a wrzaskiem. A Benowi odwalało za każdym razem, gdy słyszał Blister in the Sun i domagał się, żeby włączyła jeszcze raz, gdy tylko się skończyło. „Jeszcze raz, mamo, jeszcze raz, jeszcze raz, ha, ha, ha, ha, ha”.
Kiedy wyjechała na dwieście dziewięćdziesiątą, nacisnęła przycisk, żeby zmienić płytę: Pleased to Meet Me, kolejny wspólny ulubieniec. Ponownie spojrzała mu w oczy we wstecznym lusterku, teraz jako współwinna, gdy poleciało I Don’t Know. Minęła już pora porannego szczytu. Przejechali Medical District, Congress Tunnel, pokonali mały korek na Jackson, a potem byli już na LSD nad zamglonym jeziorem. Jak mogła chcieć być tu bez niego?
– Are you guys still around? – zaśpiewała, gdy przyszła jej kolej.
– I don’t know! – odpowiedział Ben.
Miała wrażenie, że przed czymś ich uchroniła – nie była pewna przed czym. Ponownie spotkała jego wzrok w lusterku wstecznym. Wiedziała, że znalazła się na krawędzi, ale nie wiedziała, że za godzinę Helen Russo pojawi się w ogrodzie botanicznym, by ją z tego stanu wyprowadzić.
– Whatcha gonna do with your lives?
– Nothin’!
Pod prysznicem, przed przyjęciem urodzinowym Marka, rozkoszuje się spokojem. Niedługo przyjdą goście, sumiennie wyrażą zachwyt wszystkim – ciastkami krabowymi, tygrysimi liliami, miniaturowymi, trochę kiczowatymi, ale smakowitymi pirackimi mieczami, na które nadziała oliwki – i to samo w sobie, musi to przyznać, jest pewnego rodzaju cudem.
Prawie nikt z obecnych przyjaciół nie znał jej w tamtych czasach. Zrobili z Markiem wszystko, co w ich mocy, by zacząć od nowa po tym, co wydarzyło się z Helen Russo, porzucili jak najwięcej materialnych śladów życia, które zbudowali i które zaprowadziło ją do Helen Russo, zmieniali domy, kontakty towarzyskie i rejony szkolne. Zastanawiała się, czy w ogóle potrafiliby ją rozpoznać, czy sama byłaby w stanie rozpoznać siebie, w kompletnym zastoju, przerażoną i cierpiącą na bezsenność, kiedy czaiła się na skraju placu zabaw, żeby mieć oko na Bena, a jednocześnie unikać rozmów z rodzicami, piła samotnie wino na schodach do ogrodu, spała w samochodzie na parkingu Whole Foods. I to były wtedy najłagodniejsze z ówczesnych dziwactw, nie potrafi skonfrontować się z większymi wybrykami z tamtego czasu.
Życie Julii było takie inne, kiedy poznała Helen, bledsze i smutniejsze, i trudniejsze. Ale to nie Helen prawie zrujnowała ich związek. Helen pchnęła naprzód pewne sprawy, nastawiła kilka kluczowych trybików, puściła je w ruch, lecz to na Julii spoczywała największa odpowiedzialność, Julii, która popełniła błąd, ogromny i wielokrotnie, Julii, która miała zobowiązania względem Marka i Bena, ale udawała, że tak nie jest.
Wytrąciła ją z równowagi osoba, którą stała się dziś w obecności Helen, osoba, która mimo prawie sześciu krzyżyków na karku, zdobycia względnego poważania i dwudziestu lat, które rozgrzeszyły ją z niedyskrecji, nagle znowu czuje się winna.
Nie powiedziała nic Markowi. Oczywiście, że nie powiedziała nic Markowi, chociaż trzeba przyznać, że odczuwa nieodpartą ochotę, żeby komuś, komukolwiek, powiedzieć, co się wydarzyło. To taki sam przymus, jaki odczuwała, kiedy była nastolatką i podkochiwała się w chłopaku: musiała wymienić jego imię nawet w najbardziej nijakich i najmniej obiecujących okolicznościach konwersacyjnych, byle tylko je wypowiedzieć i przypomnieć przypadkowej osobie, z którą rozmawiała, że jego życie – choćby w najskromniejszym stopniu – zahacza o jej życie. „O, tak, Jonathan też lubi sok pomarańczowy”. Ale nie miała nikogo, komu mogłaby powiedzieć. Prawie nikt z obecnego życia nie istniał w tamtym.
Wypuszcza kłąb pary z łazienki, przebiera się w zwiewną czarną sukienkę i zakłada sznur turkusowych korali, które Mark kupił jej podczas podróży służbowej do San Francisco. Suszy włosy, kiedy słyszy przez hałas suszarki charakterystyczny tenor Brady’ego Grimesa, i przeklina pod nosem, bo potrzebuje jeszcze pięciu minut, ale powinna też wiedzieć, że Brady i Francine pojawią się wcześniej, ponieważ zawsze przychodzą wcześniej, jakby bezczelnie chcieli potwierdzić bliskie relacje z Markiem i Julią albo może zaakcentować postawę władzę-trzymamy-więc-w-dupie-was-mamy, „jesteśmy tak bogaci, że konwencjonalne normy czasowe nas nie dotyczą”.
Mruga jak obłąkana, walcząc z tuszem do rzęs, kiedy nagle w lustrze za jej plecami niczym dobrotliwy morderca materializuje się Ben.
– Och! – wyrywa jej się okrzyk, a pod lewym okiem zostaje rządek miniaturowych czarnych zawijasków. – Jasna cholera. Hej, synku.
Odrywa długi kawał papieru toaletowego, staje na palcach, żeby cmoknąć Bena w policzek, po czym pluje na zwinięty rulonik i wyciera twarz.
– Fajna koszula – zwraca się do odbicia syna w lustrze.
Dzieci odziedziczyły wzrost po ojcu – z rodu tyczkowatych, ona sama ma metr sześćdziesiąt siedem i stale się kurczy! – a Ben do tego też flegmatyczne opanowanie Marka, pragnienie samokontroli, chociaż nie do końca mu się udaje, jak psu, który jeszcze nie dorósł do swoich łap. Odwraca się i poprawia mu kołnierzyk. Z bliska wygląda na wyczerpanego, dostrzega pusty wzrok, lekki zarost, a szczęka zagina mu się do kąta prostego dorosłości. Jest na drugim roku studiów doktoranckich z geofizyki, pracuje jako asystent profesora, a ona czasami próbuje sobie wyobrazić, jak się prezentuje, gdy prowadzi zajęcia.
– Kiedy ostatnio spałeś? – pyta i z powrotem odwraca się do lustra.
– Tak źle wyglądam?
Siada na brzegu wanny, ku zaskoczeniu Julii, opiera się o wyłożoną kafelkami ścianę i posyła jej zmęczony uśmiech, czym tak bardzo przypomina jej Marka, że Julia zmusza się, by skupić wzrok na własnym odbiciu.
– Nie źle, trochę niewyraźnie.
– Niewyraźnie? – Gwiżdże przeciągle, bierze mały słoiczek kremu złuszczającego i przekłada go z ręki do ręki. Dziwne, że jest z nią tutaj. To Alma była zawsze tym mniej samodzielnym dzieckiem, nawet w szczycie wredoty nastoletniego buntu, ale Ben od małego był dość niezależny. Często wpada nieproszony na wspólne oglądanie meczu koszykówki albo koczuje kilka dni w swoim dawnym pokoju, gdy do współlokatora przyjeżdża w odwiedziny dziewczyna, ale nie zdarza mu się posiadywać w ten sposób, zwłaszcza sam na sam z matką w łazience. Julia zakręca tusz i zaczyna nakładać szminkę na usta.
– Wszystko w porządku, skarbie? – zarzuca ostrożnie, jak zawsze podczas wydobywczych podchodów do ludzi, których urodziła.
Nie wymyśliła, jak być dla niego mamą – w ogóle nie wymyśliła, jak być i kropka – dopóki nie stał się prawie ukształtowaną istotą, więc ich interakcje, pozbawione solidnych podstaw, mają tendencję do rozwijania się na chybił trafił, nienaturalnie i tylko ze śladową szansą na sukces. Tym razem nie pomaga fakt, że słyszy z dołu inne głosy dołączające do Brady’ego.
– No – odpowiada Ben.
Wypada to słabo i niepewnie, z nutą znaku zapytania. Podczas gdy Alma jest wylewna i egzaltowana, Ben nigdy nie spieszył się z wyrażaniem swoich myśli – czy to głębokich egzystencjalnych objawień, czy podstawowych preferencji – pozwalał im skapywać jak melasie, nieśmiało i leniwie. Julii przypominają się te wczesnoporanne chwile w czasie, gdy był nastolatkiem, kiedy wszyscy spóźnieni i w przedwyjściowym szale zastygali w progu, jak ofiary uśpionego wulkanu, w oczekiwaniu, aż zdecyduje, czy chce na drugie śniadanie pomarańczę, czy banana.
Ściera papierem nadmiar szminki, nasłuchując jednym uchem odgłosów z dołu – Pari z zaangażowaniem i głośno wyraża zachwyt nad koktajlowymi mieczami – i czeka.
– Tylko trochę… – Kręci głową.
– Co: trochę, kochanie? – pyta i natychmiast żałuje swojego tonu. Pospieszanie Bena grozi tym, że wybije się go z rytmu, przez co będzie formułował myśli dwa razy dłużej. – Kochanie – zaczyna, ale przerywa jej wrzaskliwe wezwanie Eriki, która brzmi, jakby już była pijana: „Julio! Wypełniam twoje obowiązki, ale nie możemy znaleźć campari!”.
W chwili, gdy przyjaciółka wygłasza tę kwestię, twarz Bena wraca do normy, jasny wzrok i zadowolenie z życia. Ich łatwiejsze dziecko, przystosowujące się do sytuacji i odporne, czyli – no, nie lubi nadużywać słowa: idealne, ale Ben jest temu bliski, i chociaż kiedyś martwiła się, że jego odporność narodziła się z konieczności, w wyniku adaptacji rekompensującej jej osobiste matczyne niedociągnięcia, minęło dość czasu, aby można było stwierdzić, że po prostu jest, jaki jest.
– Nic ważnego, mamo – mówi Ben, a potem Mark woła: „Julku?”, a ona krzyczy przez ramię: „Już idę!”, a w tym czasie Ben wstaje, wychodzi z łazienki na korytarz, a potem schodzi na dół, gdzie wszyscy czekają.
Jakoś na przestrzeni ostatnich piętnastu lat odkryła, że nie tylko potrafi być wspaniałą gospodynią, ale w sumie zwykle bardzo to lubi, kiedy krąży w zwiewnej sukience jak roztańczony wombat, napełnia kieliszki i zachęca do jedzenia kanapek. Lista gości na dzisiejszy wieczór to pary, które pasują do nieopisanego wzoru matematycznego: jedna połowa pary zarabia pieniądze, druga realizuje się towarzysko lub artystycznie. Pari pracuje w inwestycjach, ale jej mąż, Alan, jest lekarzem na pogotowiu w Swedish Covenant. Ted jest głównym inżynierem w Motoroli, a Carol kieruje wydziałem opieki społecznej w prywatnym college’u na południu stanu. Tim i Erica są obrońcami z urzędu, ale Erica odziedziczyła małą fabrykancką fortunę. Z kolei Julia i Mark doskonale odnajdują się w swoich rolach – ona jest bibliotekarką na pół etatu, podczas gdy Mark pobiera sowite wynagrodzenia w eleganckich biurach AllAboard Ventures przy State Street. Jest to uczciwa równowaga między czynieniem dobra a ratowaniem twarzy, precyzyjnie dobrana nuta, która wpasowuje się między zadufanie a hipokryzję. Zazwyczaj Julia ma łatwy dostęp do repozytorium sympatii dla tych ludzi, przyjaciół, ale dziś wieczorem czuje, że zaczyna opadać z sił wcześniej niż zwykle.
– Mogę się oddalić? – pyta Alma, która pojawiła się obok jej łokcia z afektowaną służalczością dickensowskiej guwernantki. – Muszę się uczyć.
Spogląda Julii prosto w oczy, wyzywająco, ponieważ jest sobota, a ona zaczęła ostatni semestr liceum.
– Jasne – odpowiada Julia, ponieważ boi się Almy. – Zabierz ze sobą Suzanne.
– Ben musi mi pomóc – teraz Alma już potężnie igra z losem – przy projekcie z przyrody.
Ben spogląda znad ramienia siostry z nadzieją, dorosły mężczyzna, którego widziała wcześniej w lustrze, teraz znów jest dziesięciolatkiem – chce wyjść i się pobawić. A ponieważ Julia cieszy się, że rodzeństwo ma siebie nawzajem, że się lubią, zgadza się i patrzy, jak wychodzą przez kuchnię, gdzie Alma zapewne zwinie kieliszek szampana.
Ktoś, chcąc najwyraźniej doprowadzić wszystkich do samookaleczenia, przełącza na Joni Mitchell. Julia dolewa sobie wina.
– Przepraszam na chwilę – mówi w przestrzeń, do nikogo konkretnie, i wymyka się do ogródka. Na dworze jest chłodno, tym bardziej z zaskoczeniem odkrywa, że nie jest sama: najpierw widzi zarys sylwetki Brady’ego Grimesa, a potem Brady’ego w całej okazałości, uosobienie obliczonego na efekt bogactwa, uciążliwe gmaszysko z zegarkiem Patek Philippe na nadgarstku i wymyślną fryzurą. Trzyma butelkę i najwyraźniej pociąga wino z gwinta. Wcześniej zrobiła złe założenie: przyszedł sam i nie wyjaśnił ani słowem nieobecności Francine.
– Nie przeszkadzam? – pyta, a Brady podnosi na nią wzrok z parosekundowym opóźnieniem i sennie się uśmiecha. Patrzy na nią, jak zwykle, o chwilę za długo.
– Mam kłopoty? – odpowiada pytaniem i poklepuje miejsce obok siebie na podwójnej huśtawce. Jest najlepszym przyjacielem Marka od przedszkola, a jednak nadal, po niemal trzydziestu latach, Julia odczuwa przy nim skrępowanie. – Mark cię przysłał, żebyś mnie przywołała do porządku?
– Nie.
– Nie powinnaś zabawiać gości?
– Potrzebowałam chwili oddechu.
– Zupełnie tak jak ja.
– Od teraz zawsze będziesz pił wino prosto z butelki?
– Zostawiłem szkocką w środku. I przypomniałem sobie, że masz tu coś na kształt lodówki.
– Serio. – Julia wywraca oczami. – Czuj się jak u siebie. Gdzie Francine?
Twarz mu pochmurnieje, przez chwilę walczy ze sobą.
– Nie ma jej – mówi w końcu. – Wyjechała.
– Wyjechała?
– Jest w Philly – a potem dorzuca, jakby sobie coś przypomniał. – W odwiedzinach u rodziców.
Pociąga z butelki.
– Slàinte. Za Marka.
– Za Marka.
Stuka kieliszkiem w jego butelkę.
Brady nuci pierwsze takty urodzinowej piosenki Beatlesów.
– Mówił ci, że wczoraj zamówiłem do biura masażystkę? Pomyślałem, że należy nam się trochę relaksu.
– Aż dziwne, że zrobiłeś coś zgodnego z prawem.
Brady jest irytująco zmyślny i przerażająco skuteczny, a do tego wybitnie podatny na fanaberie dostępne tylko dla elit: relaksacyjne ustronia w Rio, przeloty helikopterem nad świętymi ruinami, występy Poi Dog Pondering i Perpetual Groove na imprezach firmowych. Jeździ range roverem sport z naklejką „Wolny Tybet” na zderzaku.
– Zawsze jest dobry moment, by świętować urodziny naszego człowieka.
To „naszego” trochę ją niepokoi. Brady i Francine to dwie pozostałe osoby na świecie, które znają Marka prawie tak dobrze jak ona i oboje kochają go dłużej. Ale podąża za spojrzeniem Brady’ego do domu, przez drzwi do salonu. Jej przystojny mąż w koszuli w drobną kratkę z wyrazem skupienia na twarzy słucha, co ktoś mówi: tak naprawdę jest szczęśliwa wyłącznie dlatego, że może cieszyć się z samego faktu jego istnienia.
– Tak, jest – potwierdza.
– Kto by pomyślał, że dotrwamy aż dotąd – mówi Brady, a Julia czuje coraz większe podenerwowanie. Brady i Francine jako jedyni spośród ich przyjaciół byli przy nich w tamtym czasie, czasie Helen. To z powodu Brady’ego i Francine przeprowadzili się najpierw do dzielnicy Helen.
– Że co? – spytała wyniośle, ale Brady nie zwrócił uwagi na jej ton, odchylił się tylko do tyłu i westchnął.
– Tak sobie myślę po prostu, jacy młodzi kiedyś byliśmy.
Niby niewinna uwaga, nawet jeśli jednocześnie oklepana. Nie była skierowana do niej, wie o tym, ale w mroczną wewnętrzną przestrzeń, niepokojącą otchłań skrywającą się za wypielęgnowaną fasadą Brady’ego, za ręcznie szytymi mokasynami – jest obecnie w fazie problematycznego-zawłaszczania-wschodnich-kultur-po-dwutygodniowym-pobycie-w-Four-Seasons-w-Bangalore – i kłopotliwie głęboko rozpiętą lnianą koszulą.
– Mów za siebie – stwierdza Julia.
– Przepraszszam. – Świszczące seplenienie jeszcze bardziej zdradza, że jest nietrzeźwy. – Akurat ty wyglądasz dokładnie tak samo jak wtedy, kiedy cię poznałem.
Stara się nie czuć mile połechtana komplementem.
– Dobra, dobra, casanowo.
– Ale cała reszta z nas starzeje się na pełnej kurwie. Niekończący się pęd czasu. Era wychodzenia z użycia.
– Miałeś to na studiach? Wprowadzenie do filozofii na… gdzie to było? Gdzieś w Indianie. Nie mogę sobie przypomnieć…
„Po czym poznać człowieka z Notre Dame”? Żart, który kiedyś wymyśliła Helen Russo. „Sam ci o tym powie”.
Brady chwieje się lekko obok niej, ponownie wzdycha.
– Sześćdziesiąt – mówi. – Moja kolej w maju.
Wydyma usta, a na czoło opada mu kosmyk włosów, przez co wygląda jak obrażona czterolatka.
– Chyba przechodzisz kryzys lęku przed śmiercią. Spoko, współodczuwam. Ja swój przeszłam, jak miałam dziesięć lat.
Brady uśmiecha się do niej.
– Och, Julio. – Odrzuca głowę w tył. – Totalnie mogę to sobie wyobrazić.
Później, kiedy odprowadzili do drzwi wszystkich gości, zapakowali zmywarkę, pożegnali się z Benem i powiedzieli „dobranoc” Almie i Suzanne, która spała głęboko pod kołdrą Almy, poszła za Markiem do sypialni. Leżał wyciągnięty na łóżku z zamkniętymi oczami. Wygrzebała z szuflady dwa jaskrawe jedwabne szale.
– Hej – odezwał się. – O czym plotkowaliście z Bradym na dworze?
– O tym, jaki jesteś wspaniały.
– Trochę się o niego martwię.
– Uniemożliwiasz mi relaks. – Julia siada przy nim na brzegu łóżka i kładzie mu rękę na nodze. – No i nie dałam ci jeszcze urodzinowego prezentu.
– Myślałem, że przyjęcie to prezent. – Otwiera oczy i uśmiecha się do niej. – Kupiłaś mi też słuchawki.
Bierze go za rękę i delikatnie wkłada mu szale w dłoń. Helen Russo, przynajmniej pozornie, przesunęła się na dalszy plan, ustąpiła miejsca codziennej orce związanej z wychowywaniem dzieci, wymianą oleju i wysokim poziomem cholesterolu, groteskowemu krajobrazowi politycznemu, zabieganiu o wzajemną akceptację starzejących się ciał i zaangażowaniu na całe życie. Ale nadal czuje się niepewnie, a pragnienie zespolenia się z nim w ten sposób – potwierdzenie czegoś – sprawia, że jest zdenerwowana.
– Co to? – pyta Mark.
Przygląda się szalom, jeden jest w geometryczny wzór, drugi w drobne, kolorowe koniki.
Podsuwa mu ręce nadgarstkami do góry.
– Coś dla odmiany.
– Mam cię związać? – Mark wbija w nią wzrok.
Cofa ręce.
– Skoro tak to ujmujesz.
Unosi z powątpiewaniem jeden szal i uważnie go ogląda.
– Hm.
Julia opada na poduszkę, teraz lekko zakłopotana.
– Pomyślałam, że może być fajnie.
Przygląda się jej uważnie.
– Ale jeśli nie chcesz…
– Tego nie powiedziałem. – Schyla się i całuje ją. – Dobra. Jasne. Czemu nie.
Chwilę później klęczy nad nią niepewnie i wiąże supły.
– Tylko nie do końca rozumiem… to tak jakby… nie za mocno?
– Nie, wcale nie.
– Trochę to niestosowne – mówi, kiedy nadgarstki Julii są unieruchomione. Gładzi kciukiem i palcem wskazującym jeden z nich wzdłuż żył. – A jeśli Ollie wejdzie?
– Trauma do końca życia. Ale zamknęłam drzwi.
Unosi lekko głowę – okazuje się, że ramiona ma pod kątem zabójczym dla pleców – i całuje go w pierś, kieruje podbródek w górę, ku jego twarzy. Mark całuje ją, a ona uważa ten pocałunek za zdawkowy, ale chwyta jego wargę zębami i przyciąga do siebie.
– Kurwa, Julku, to boli.
Maca się po ustach, jakby szukał krwi.
– Doprawdy?
Delikatnie opuszcza biodra nad nią, patrząc z głupkowatym rozbawieniem, jakby byli dziećmi na wagarach.
– Tylko odrobinę.
– Dobrze.
Podoba jej się to uczucie – rozciągnięta na łóżku, jak po spartaczonym ukrzyżowaniu – chociaż nie potrafi sobie wyobrazić, jak teraz wygląda, z gęsią skórką na bladym, nagim ciele, przykryta częściowo hipoalergiczną, średnio ciepłą kołdrą.
– Dalej nie ogarniam, co mamy robić – zastanawia się Mark.
– To, co zwykle. Zrób swoje, normalnie. Minus moje ręce.
– Mam zrobić swoje?
Przymyka oczy, liczy wdechy i wydechy.
– Wiem, że mnie szanujesz. Ufam ci każdą komórką.
– Nie wiedziałem, że interesują cię takie rzeczy.
– Właśnie. Kiedy ostatnio czymś cię zaskoczyłam?
– Nie musisz mnie zaskakiwać – mówi Mark. – Lubię cię taką, jaka jesteś.
– Ja ciebie też. – Patrzy na niego uważnie. – Ufasz mi?
To nie było pytanie brzemienne w podteksty, już nie. Już nie musi myśleć w ten sposób, co kiedyś, a ponieważ po południu nie był z nią w sklepie – ponieważ nie rozpoznałby Helen Russo, nawet, gdyby tam był – uśmiecha się do niej swobodnie.
– Oczywiście, że tak.
– No to kochaj się ze mną. Właśnie tak.
– Dobra. Dobra, tylko muszę… muszę sobie trochę ułatwić. Nie jestem przyzwyczajony do takich… wrażeń.
Całuje ją znowu, kładzie rękę na jej lewej piersi, przeciąga kciukiem po jej prawej brwi. Gdy układa się na niej, jego ciężar jest jakiś inny, dziwnie rozłożony bez przeciwważnej siły jej górnej części ciała.
– Dajesz.
– Nie używaj tego dziecinnego tonu.
– Nie używam.
– Owszem, tak.
– Nie wiem nawet, jak… dobra, po prostu… dajesz.
Wypuszcza powietrze z płuc i obniża głos o kilka oktaw.
– No, dajesz.
– Moja żona, Boris Karloff.
Rozśmiesza ją.
– Po prostu to zrób – prosi, a on robi, co do niego należy, wprawnie, wykorzystując tylko ruchomość jej nóg i bioder, aż w końcu ona dochodzi, tak intensywnie, że Mark musi uciszyć ją ustami, szepcząc, zdyszany, ze śmiechem w jej gardło:
– Niweczysz naszą konspirę.
– Najlepsze życzenia urodzinowe – mówi do niego później, kiedy już zasypiają, a szale leżą na komodzie złożone w równe prostokąty.
– Dzięki – odpowiada jej we włosy, a ona zwija się przy nim skromnie, jak krewetka.
Nie ma zamiaru myśleć o Nathanielu. Nigdy, odkąd tamto się skończyło, nie myśli świadomie o Nathanielu, ale i tak czasami jej się to zdarza. Zapach jego pościeli w przerobionej na domek gościnny powozowni, lawendy i potu, i to, co czuła, gdy śmiał się między jej nogami. Słyszy teraz w głowie jego głos: „Julia, Julia, Julia”.
– Julia. – Mark odciska ciepłe słowo na jej szyi.
– Hm? – Przysuwa się do niego bliżej i czuje sen w jego kończynach. Minęło tyle czasu, że nie musi tego mówić – że ją kocha.
Helen Russo pracowała jako wolontariuszka w ogrodzie botanicznym, miała długi, dopracowany kucyk i była tak zachwycająco miła dla Bena – wyjaśniła mu różnice między kaktusami i pozwoliła nakarmić z ręki młodą kapustą legwana nosorogiego – że Julia trochę się popłakała, stojąc wśród bylin.
– Przepraszam – powiedziała, kiedy zauważyła, że Helen patrzy. – Nic mi nie jest.
– Zastanawiam się – odparła Helen, wyciągając z kieszeni jedwabną chustkę z nadrukiem – na ile to zapewnienie jest zgodne z prawdą.
Podała jej chustkę, a Julia wzięła ją, śmiejąc się lekko, z zawstydzeniem, bezmyślnie przetarła oczy i w tej samej chwili zdała sobie sprawę, ile musiał kosztować ten materiał. Ręka odskoczyła jej instynktownie, jakby właśnie rozmazała po całej twarzy atrament. Przyjrzała się, był to Hermès, prawdopodobnie vintage, jedwab, kolor morski, w lekko nieprzyzwoite totemy plemienne.
– O Boże – powiedziała, ale Helen tylko machnęła ręką.
– Powinnam spytać?
Nie była pewna, co odpowiedzieć. „Tak, pytaj, proszę. Jestem totalnie pojebaną wariatką”. Prawdopodobnie mądrze było od czasu do czasu odkryć prawdę, wystawić ją na słońce. Ben kucał przy wybiegu legwana i śledził powolną wędrówkę zwierzęcia, jego mały palec nawet nie dotykał szyby, ponieważ już w wieku trzech lat instynktownie potrafił poprawnie poruszać się w świecie, w jakiś sposób samodzielnie uczył się funkcjonować jako istota ludzka, chociaż jego matką była Julia, chociaż ogród botaniczny był trzecim miejscem, które odwiedzili tego dnia, realizując obłąkańczy grafik aktywności, po żywiołowej wspinaczce na fontannę wieloryba w parku i odwiedzinach u Captaina i Tennille, chomików z biblioteki, żyjących zapewne w kazirodczym związku, a była dopiero dziesiąta trzydzieści rano. Na samą myśl o tym, ile się jeszcze miał ciągnąć ten dzień, czuła się fizycznie chora – chociaż Ben był zaciekawiony i grzeczny, chociaż była tak zmęczona, że kusiło ją, by zapytać Helen, którą poznała sześć sekund wcześniej, czy mogłaby na kilka minut położyć głowę na jej kolanach i odpocząć. Helen – w płóciennych spodniach z szerokimi nogawkami, ergonomicznych sandałach i dużych okrągłych okularach przeciwsłonecznych przytrzymujących rozwiane kosmyki lśniącego siwizną kucyka – miała właśnie takie kolana, kolana mamy, matczyną aurę, która sprawiała, że chciała się oprzeć o nią całym ciężarem, żeby się trochę wesprzeć.
– Jak tam, złociutka?
Oczywiście, Helen należy do tych kobiet, które z łatwością zwracają się do obcych matczynym językiem. W towarzystwie przedszkolnych rówieśników Bena Julię cofało, czuła się niezręcznie i mówiła do nich pełnymi imionami – „Dzień dobry, Avo R.”. „Masz bardzo ładny plecak, Evangeline. Nowy?” – jakby byli jej pracodawcami albo dygnitarzami na krótkiej wizycie, którzy oczekują, aż zrobi na nich jak najlepsze wrażenie.
– Normalnie się tak nie zachowuję – tłumaczy Julia, nie precyzując, że w miejscu publicznym. – Nie jestem… – Zaśmiała się cicho, próbując zachowywać się swobodniej, bardziej jak udręczona grymaśnica, a nie zwykła wariatka. – Ostatnio nie sypiam zbyt dobrze i to jeden z tych… tych…
– Jeden z tych – powiedziała Helen poufale, idealnie, klepiąc ją po ramieniu. – Doskonale je pamiętam.
Stały wtedy z Helen ramię w ramię i patrzyły na Bena jak na ogłoszenie społeczne, w typowej pozie nieznających się rodziców, obserwujących mecz piłki nożnej miniaturowych graczy.
– Są tacy słodcy w tym wieku, prawda? – stwierdziła Helen i przyklęknęła na jednym kolanie obok Bena. – Ta młoda dama ma prawie czterdzieści lat. – Wskazała na legwanicę, a Ben zamrugał zdenerwowany, z nabożeństwem. – Założę się, że jest starsza od twojej mamy.
Podniosła wzrok na Julię i puściła do niej oko, a Julia poczuła coś w rodzaju podniecenia, nie seksualnego, ale nie do końca. Nie pamiętała, kiedy ostatnio ktoś puścił do niej oko. Wypełniło ją to dziwnym ciepłem współwinnego.
– Wieść niesie, że ich długowieczność związana jest z abstynencją i unikaniem mięsa. Z chęcią zniosłabym przynajmniej połowę tego.
Znów spojrzała na Julię, a Julia się roześmiała, tak jakby, ale wtedy podszedł inny dzieciak, przepchnął się naprzód, odsuwając Bena łokciem i pukając w szybę dłonią. Zaskoczony Ben podniósł się, podszedł do Julii i objął jej nogi, a choć ucieszyła się, że ma go z powrotem fizycznie przy sobie, jednocześnie zachciało jej się płakać, w imieniu własnego małego dziecka, które już na tym etapie z rezygnacją podporządkowało się tym, którzy mówili głośniej od niego.
– Dlaczego ma taką wielką głowę? – zapytało dziecko.
– Mogłabym zapytać cię o to samo – odpowiedziała Helen, nie tracąc rezonu.
Dzieciak spojrzał na nią zdziwiony.
– Nie dotykaj szyby, proszę – powiedziała. – Teraz jest kolej kogoś innego.
Wyciągnęła rękę do Bena, który popatrzył na Julię, oczekując sygnału zgody, po czym niepewnie zrobił krok naprzód, podał rękę Helen i pozwolił się zaprowadzić na przynależne mu miejsce przed żyjącą w celibacie legwanicą.
– Wracając do tematu – Helen zniżyła głos, jakby byli z Benem starymi przyjaciółmi – to bardzo charakterny gatunek. Legwan może stracić cały ogon, a on mu odrośnie, chociaż nie jest to powód, żeby narażać go na kontakt z małymi neandertalczykami, jeśli może go uniknąć.
Julia patrzyła na nich – Helen spokojnie dzieliła się mało ważnymi faktami, że legwany są również znane z tego, że potrafią przeżyć upadek z dużych wysokości – świadoma, że czuje jednocześnie skrępowanie i ukojenie. To ona powinna przeprowadzać syna przez życiowe przeszkody, uczyć go naukowych ciekawostek, które miały również metaforyczny podtekst zaradności, odporności i rozwoju osobistego, ale była wdzięczna, że nie musi tego robić dokładnie w tej chwili, tak bardzo wdzięczna, że może stać z tyłu i patrzeć, jak ktoś inny robi to za nią.
– Masz do niego tyle cierpliwości – powiedziała, gdy Helen podniosła się z przykucu.
– Lata doświadczeń. Wychowałam piątkę własnych – odparła Helen.
Jej najgorszy koszmar.
– O rany.
– Teraz już wszyscy dorośli, oczywiście tylko z nazwy, i trudno wykrzesać z siebie cierpliwość, bo każdy jest inny. Twój wydaje się bystry.
