Jak za dawnych lat - Claire Lombardo - ebook

Jak za dawnych lat ebook

Lombardo Claire

0,0
49,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Poruszająca opowieść o dojrzewaniu do nowych początków – nawet wtedy, gdy wydaje się, że wszystko mamy już w życiu poukładane.

Julia Ames wreszcie ma poczucie, że odnalazła stabilizację. Po młodości pełnej dramatów, złych decyzji i desperackich poszukiwań miłości wydaje się, że los daje jej chwilę wytchnienia. Ale życie ma wobec niej inne plany.

Niespodziewane wyznanie jej dorosłego syna, coraz większy dystans dorastającej córki i nagły powrót dawnych namiętności sprawiają, że świat Julii ponownie staje na głowie. Stara się nad wszystkim panować, ale codzienność – pełna zabawnych nieporozumień, ostrych wymian zdań i momentów kruchości – wystawia ją na próbę.

Jak za dawnych lat to powieść, która z czułością i przenikliwością portretuje codzienne zmagania kobiety balansującej między rolą matki, przyjaciółki i partnerki. To także opowieść o tym, że nigdy nie jest za późno, by zacząć na nowo i pozwolić sobie na szczerość wobec siebie i najbliższych.

Claire Lombardo tworzy wielowymiarową historię o więziach, które potrafią zranić, uzdrowić – i które zawsze definiują to, kim jesteśmy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dedykacja

Dla Molly

Część pierwsza \ Zagubiona W supermarkecie

Rozdział pierwszy

Wszystko zda­rza się tak, jak w jej życiu zda­rza się wszystko, co naj­waż­niej­sze: przy­pad­kiem oraz dla­tego, że zro­biła coś, czego zwy­kle nie robiła. I zda­rza się to tak, jak to zwy­kle bywa, gdy zbie­gają się nie­prze­wi­dy­walne oko­licz­no­ści, w wyniku pozor­nie zupeł­nie słusz­nych decy­zji, lek­kiego odstęp­stwa od normy, które z per­spek­tywy czasu wyda się aż nazbyt przy­pad­kowe: mini­malny skręt i nagle wszystko się wali, wszech­świat rado­śnie pod­chwy­tuje ten nie­czę­sto doko­ny­wany wybór Dru­giej Opcji, ten bieg z wycią­gnię­tymi ramio­nami osoby obłą­ka­nej, która pró­buje wyczy­ścić półki w poło­żo­nym dwa mia­sta dalej skle­pie spo­żyw­czym, gdyż wła­śnie dla­tego się tam zna­la­zła, w ulu­bio­nym celu sma­ko­szy, żeby w ostat­niej chwili zgar­nąć pro­dukty na uro­czy­stą kola­cję dla męża, który koń­czy dziś sześć­dzie­siąt lat.

Jest to jedna z tych drob­nych, według wszel­kich stan­dar­dów, zmian nawy­ków, nie­win­nych Dru­gich Opcji, które rzą­dzą się swo­imi pra­wami: decy­zja o zro­bie­niu zaku­pów w innym skle­pie niż zwy­kle, ponie­waż w tym skle­pie, co zwy­kle, nie ma mięsa z kraba.

Póź­niej przy­po­mni sobie, że – po wyj­ściu z pustymi rękami z pierw­szego sklepu – naszła ją myśl, że ta nie­znaczna zmiana rutyny może dopro­wa­dzić do jakiejś kata­strofy, cze­goś, co nie powinno się wyda­rzyć. Tak wła­śnie Mark – typ naukowca, cudow­nie tro­skli­wego – zawsze postrze­gał świat: jako sze­reg decy­zji, pod­ję­tych lub nie, i skom­pli­ko­wa­nych mate­ma­tycz­nych reper­ku­sji, które potem nastę­pują. Mózg Julii prze­jął ten spo­sób myśle­nia dopiero po dłuż­szym cza­sie ich zna­jo­mo­ści. Wcze­śniej zawsze zado­wa­lała się wyja­śnie­niem, że pod­ję­cie jed­nej decy­zji wyklu­cza drugą, że ide­alny ład we wszech­świe­cie nie ist­nieje, że tak naprawdę nie ma zna­cze­nia, czy zrobi się to, czy tamto. Zapewne ta rażąca róż­nica cha­rak­te­rów odpo­wiada za to, że Mark z dużym poczu­ciem obo­wiązku zdo­był dyplom inży­niera, a Julia nie skoń­czyła stu­diów z angiel­skiego i reto­ryki na Kan­sas State Uni­ver­sity.

A jed­nak byli już razem prze­szło trzy­dzie­ści lat i dla­tego prze­szło jej przez myśl – zupeł­nie prze­lot­nie – że taka bra­wu­rowa zmiana rutyny może dopro­wa­dzić do jakiejś mrocz­nej potwor­no­ści, ale w tam­tym momen­cie wyobraź­nia pod­su­wała jej tylko prze­ra­ża­jące fil­mowe sce­na­riu­sze, coś, co nie spo­tka­łoby jej, gdyby odpu­ściła kraba i nie poje­chała pięt­na­ście minut na zachód: fatalną koli­zję z pocią­giem towa­ro­wym albo miną lądową, a nie z osiem­dzie­się­cio­latką kon­tem­plu­jącą stos kum­kwa­tów.

W pierw­szej chwili Julia jej nie poznaje. Nie to, że świa­do­mie jej nie zauważa i się nie zatrzy­muje. Po pro­stu cier­pli­wie prze­bija się od zdro­wej żyw­no­ści do owo­ców morza z myślą, że zaha­czy o kasze i maka­rony i spraw­dzi, czy nie ma tam cze­goś cie­ka­wego w ofer­cie. Cza­sem w skle­pach na dale­kich przed­mie­ściach można zna­leźć o wiele bogat­sze zaopa­trze­nie. Wła­śnie roz­waża rundkę mię­dzy alej­kami, by spraw­dzić, czy mają coś jesz­cze, co nie pada celem histe­rycz­nej kon­sump­cji zwy­kłych scep­ty­ków w skle­pie, w któ­rym zwy­kle robi zakupy, kiedy na nią wpada. Mózg reje­struje z opóź­nie­niem twarz kobiety, oble­czo­nej w prze­ko­nu­jący kostium – nie­wi­dzialny woal – wieku.

W zasa­dzie na co dzień nie nękały jej duchy z prze­szło­ści. Było zale­d­wie kilka takich osób, któ­rych rze­czy­wi­ście nie życzyła sobie już ni­gdy wię­cej spo­tkać, a Helen Russo przy­pad­kiem do nich nale­żała. Dla­czego więc robi krok w stronę końca alejki z kaszami i maka­ro­nami, wydo­staje się z ruchli­wego tłumu, żeby wleźć tam­tej w oczy? Minęło ponad osiem­na­ście lat, co w sumie może dzi­wić, jeśli wziąć pod uwagę, że kie­dyś widy­wały się przy­naj­mniej raz w tygo­dniu, oraz mając na wzglę­dzie ogra­ni­cze­nie świata Julii, świata, w któ­rym rzecz tak błaha, jak zmiana pla­nów zaku­po­wych, postrze­gana jest jako arcy­ważna.

Czuje się nie­pew­nie, więc robi krok w tył w kie­runku, z któ­rego przy­szła, ale Helen prze­mie­ściła się już z działu prze­my­sło­wego do sto­isk z towa­rami luzem, gdzie odważa orzeszki piniowe. Napis głosi, że kosz­tują 16,75 za pół kilo, a z ist­nie­nia takich eks­tra­wa­gan­cji Julia zdała sobie sprawę w pewne popo­łu­dnie, które spę­dziła w domu Russo: solidne sztućce, obrazy podej­rza­nie wyglą­da­jące na ory­gi­nalne, butelki wina, które, co spraw­dziła w domu, kosz­to­wały po pięć­dzie­siąt osiem dola­rów za sztukę.

Zna­la­zła się tu, by kupić pro­dukty na uro­dzi­nowe cia­steczka kra­bowe, które uwiel­biał jej mąż. Myśl o Marku wywo­łuje chwi­lowy zawrót głowy. Nie­sie pusty koszyk, więc czu­jąc się cokol­wiek idio­tycz­nie, wrzuca do niego główkę czer­wo­nej kapu­sty. Pod pew­nymi wzglę­dami Helen wygląda, czego nale­ża­łoby się spo­dzie­wać, sta­rzej niż ją zapa­mię­tała. Pod pew­nymi – zadziorny kucyk, wiel­kie błysz­czące nie­bie­skie korale na szyi – nie zmie­niła się nic a nic. Julia robi kilka kro­ków, potem jesz­cze kilka. Zwy­kle jest mistrzy­nią uniku, trak­tuje wypady do sklepu jak misję snaj­per­ską, spraw­dza, ile razy na widok zna­jo­mej twa­rzy zdoła unik­nąć inte­rak­cji. Teraz to nie działa, jakby zawład­nął nią demon rela­cji mię­dzy­ludz­kich i pchnął ją, by pode­szła na tyle bli­sko, żeby na gło­wie kobiety zoba­czyć parę oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych z dro­ge­rii.

– Helen?

Kiedy Helen odwraca się do niej, w oczach ma obo­jęt­ność z nutą zacie­ka­wie­nia. Powoli tak­suje ją wzro­kiem od stóp do głów. Julia zasta­na­wia się, jak wygląda, prze­gar­nia włosy ręką. Przez chwilę mar­twi się, że zosta­nie uznana za menelkę. Ma na sobie „por­tki klauna”, jak nazywa je Alma, i starą koszulę Marka. Myśli, że jakimś cudem można uznać to zesta­wie­nie za eks­tra­wa­gancką sty­lówkę, ale naj­praw­do­po­dob­niej sko­ja­rze­nie idzie w zupeł­nie innym kie­runku. Na przed­mie­ściach trudno stwier­dzić, czy eks­cen­trycz­nie ubrana kobieta nosząca w koszyku jedną główkę eko­lo­gicz­nej kapu­sty jest żulicą, czy bogaczką w potwor­nie dro­gich ciu­chach uda­ją­cych łach­many. Zaczyna zasta­na­wiać się, jak bar­dzo sama zmie­niła się od ostat­niego spo­tka­nia i ogrom tych zmian ude­rza ją nagle z całej siły. Po namy­śle docho­dzi do wnio­sku, że bar­dziej się zmie­niła niż nie. Staje się ner­wowo świa­doma wła­snego tętna pul­su­ją­cego w uszach. Cał­kiem moż­liwe, że Helen w ogóle jej nie roz­po­zna – odwieczne zmar­twienie, tak dobrze jej znane, że nie zna­czy­łaś dla kogoś rów­nie wiele, co on zna­czył dla cie­bie – ale Helen się odzywa.

– Nie może być.

Łomot serca zanika, przy­tłu­miony skle­po­wym gwa­rem: jakaś kobieta kłóci się z rzeź­ni­kiem, męż­czy­zna gada do nie­wi­dzial­nej słu­chawki, dziecko w pucho­wej kami­zelce śpiewa na całe gar­dło o małym reki­nie. Głos Helen, co zdu­mie­wa­jące, pozo­stał nie­zmie­niony. Julia prze­nosi się myślami, bez przy­kro­ści, do tam­tych popo­łu­dni w ogródku na tyłach domu Russo, do Helen – wów­czas star­szej niż Julia obec­nie – wygła­sza­ją­cej rodzi­ciel­skie banały, zgrabne powie­dzonka, szczere wyzna­nia, a wszystko to z pew­no­ścią sie­bie i swo­bodą osoby, która naprawdę cie­szy się życiem, co w owym cza­sie Julię dzi­wiło do głębi, ponie­waż sama się swoim życiem nie cie­szyła.

– Tak pomy­śla­łam, że to ty – odzywa się głu­pio.

– Tylko mi nie mów, że się w ogóle nie zesta­rza­łam – rzuca Helen – bo cię zabiję.

Julia śmieje się ner­wowo.

– Nie, wyglą­dasz…

– Bo muszę ci powie­dzieć, że ty się tro­chę zesta­rza­łaś, więc ja pew­nie wyglą­dam o wieki sta­rzej.

Czuje się bar­dziej zasko­czona niż ura­żona – no i, bądźmy szcze­rzy, prze­cież jest tro­chę star­sza – ale i tak się rumieni.

– Myślę, że wieki to prze­sada.

Teraz to Helen się śmieje.

– W sumie mnie roz­po­zna­łaś. To już o czymś świad­czy.

– Wyglą­dasz fan­ta­stycz­nie – mówi Julia pra­wie nie­śmiało.

– Ni­gdy nie umia­łaś kła­mać – wytyka jej Helen. – Nawet zawar­tość two­jego koszyka nie wygląda prze­ko­nu­jąco.

Obie spo­glą­dają w dół na kapu­stę.

– Dopiero zaczę­łam – mam­ro­cze.

– Co u cie­bie? – pyta Helen. – Zre­la­cjo­nuj. W punk­tach.

– Och, co u mnie…

Nie jest pewna, co powie­dzieć. Uświa­da­mia sobie, że ostat­nio widziała się z Helen przed Almą, czuje się dziw­nie, że mia­łaby obwie­ścić pra­wie obcej oso­bie: „Uro­dzi­łam dziecko! Sie­dem­na­ście lat temu!”. Nie da się ukryć, w ostat­nich dwóch deka­dach jej życie roiło się od punk­tów zwrot­nych. Tyle rze­czy wykieł­ko­wało, tok­sycz­nych i wręcz prze­ciw­nie, małe zie­lone pędy na spu­sto­szo­nej ziemi. Nowa praca, nowe dziecko, zdwo­jone zaan­ga­żo­wa­nie w mał­żeń­stwo, a potem, po tym wszyst­kim, spo­kojna rutyna: zdo­by­wa­nie nowych zna­jo­mo­ści, dora­sta­nie dzieci i adop­cja małego czar­nego kun­delka w typie teriera o imie­niu Suzanne, tka­nie codzien­nej egzy­sten­cji, płyn do pra­nia i wybory pre­zy­denc­kie, nie­ugięty marsz naprzód. Dni, przy­po­mi­na­jące jaskrawo kolo­rowe kule bilar­dowe – dyna­miczne i agre­sywne, raz po raz zde­rza­jące się ze sobą, zmie­nia­jące kie­ru­nek i wyma­ga­jące od niej inter­wen­cji – nagle wydają się try­wialne. Nie widziała Helen od osiem­na­stu lat, trudno wszystko ot tak wyli­czyć.

– Po sta­remu – mówi więc. – Dzieci, praca i tak dalej.

Dawne ja Julii byłoby zdu­mione, gdyby ją teraz zoba­czyło, kobietę z zaprzy­jaź­nioną mamą od wspól­nych kawek z daw­nych cza­sów, wła­sną spe­cjalną kartą kre­dy­tową Nord­strom i względ­nym poczu­ciem spo­koju.

– Dzieci – pod­chwy­tuje Helen. – Liczba mnoga?

Oto Helen, jaką zapa­mię­tała, Helen, która nie­ustan­nie patrzy na twoje dawne zwy­kłe życie z zupeł­nie nowych per­spek­tyw, wynaj­duje ciemne punkty, wyma­ga­jące wypo­le­ro­wa­nia, albo te jasne, któ­rych sama nie dostrze­głaś: dwoje dzieci! Wspa­niale! Helen unosi teatral­nie brwi, a na jej twa­rzy poja­wia się błysk zro­zu­mie­nia.

– No tak, kiedy ostat­nio się widzia­ły­śmy, wszystko się… roz­strzy­gało?

Zasta­na­wiała się, czy Helen będzie pamię­tać. Nagle wraca wspo­mnie­nie tam­tego okrop­nego popo­łu­dnia w biblio­tece, kiedy zoba­czyła tę kobietę i myślała, że widzi ją po raz ostatni w życiu.

– Tak było – odpo­wiada. – Roz­strzy­gnęło się. Córka.

– Boże drogi, tak to wła­śnie jest, jak się kogoś nie widziało od wie­ków. A co u syna? Musi teraz… był, do licha, zupeł­nie malutki, czyż nie?

– Już nie jest taki malutki. Ma dwa­dzie­ścia cztery lata.

Ben sie­dział zwy­kle pod sto­łem, przy ich nogach, i bawił się przed­po­to­pową kolejką, którą Pete, mąż Helen, wygrze­bał dla niego z piw­nicy. Julia odchrzą­kuje.

– A co u cie­bie? Jak się miewa Pete?

– Nie żyje – rzuca bez­na­mięt­nie Helen. – Nie pierw­szy, i nie ostatni, cho­ciaż chyba możemy się co do tego zgo­dzić, że i ja nie jestem od tego daleka.

– Och, mój Boże.

Smu­tek ogar­nia ją natych­miast i to, co zaska­ku­jące, doj­mu­jący: Pete Russo macha do niej z dachu. Pete Russo pozwala Benowi zro­bić bon­gosy z wia­de­rek po far­bie.

– Helen, tak mi…

– Nie widzia­ły­śmy się od wie­ków – prze­rywa Helen. – To oczy­wi­ste, że ktoś nie dożył.

– Przy­kro mi.

– Mnie też. – Na sekundę gdzieś ula­tuje obra­zo­bur­cza weso­łość Helen, pozo­sta­wia­jąc w to miej­sce cień bez­bron­no­ści i porzu­ce­nia.

– Jak sobie radzisz?

– Och, świet­nie – mówi. – Minęło już dużo czasu. W sierp­niu będzie… Boże, to już pięć lat.

– Nie wie…

– Julio. – Helen się uśmie­cha. – Wszystko gra. Nie mówmy już o tym. A co z twoim?

– Moim…?

– Mężem?

– Ach.

Powód, dla któ­rego się tu zna­la­zła, odby­wała tę nie­praw­do­po­dobną roz­mowę, zamiast być już w domu, zato­piona w bez­piecz­nych, nud­nych mia­zma­tach przy­go­to­wań do imprezy, tam, gdzie wszech­świat chciał, żeby była. Jak ma rela­cjo­no­wać, co u Marka, Marka, któ­rego życie pra­wie legło w gru­zach przez jej pierw­sze nie­po­ro­zu­mie­nie z Helen Russo, Marka, który, dzięki Bogu, nie umarł w ciągu ostat­nich osiem­na­stu lat?

– Wszystko dobrze. Wła­ści­wie to ma uro­dziny. Dla­tego tu jestem.

Idio­tycz­nie unio­sła koszyk.

– No jasne – odzywa się Helen po krót­kiej chwili. – Jubi­le­uszowa kapu­sta.

Śmieje się z opóź­nie­niem.

Helen znów przy­gląda jej się badaw­czo, ma teraz inny wyraz twa­rzy, rów­nie nie­prze­nik­niony.

– Powin­nam cię wypu­ścić, żebyś mogła wró­cić do obo­wiąz­ków. Ale naprawdę miło cię widzieć po latach. Wyglą­dasz na szczę­śliwą.

– Wyglą­dam? – Nie chciała, żeby to zabrzmiało jak pyta­nie.

– Wyglą­dasz.

Helen się uśmie­cha.

Teraz ma szansę powie­dzieć Helen, że też wygląda na szczę­śliwą. Teraz jest ide­alny moment, żeby któ­raś z nich z wysił­kiem rzu­ciła coś w rodzaju: musimy się spo­tkać i nad­ro­bić zale­gło­ści.

– No to miłych zaku­pów. – Tekst brzmi absur­dal­nie, Julia wska­zuje koszyk Helen, któ­rego zawar­tość, wła­śnie to dostrzega, jest rów­nie komicz­nie uboga: cztery limonki i tore­beczka orze­chów.

– Yyy­hym. – Helen dotyka ramie­nia Julii, a Julia cie­szy się, że dłu­gie rękawy ukry­wają gęsią skórkę. – Tobie też.

W amoku koń­czy zakupy, stoi w kolejce i wykłada rze­czy na taśmę przy kasie.

– Pamię­tała pani o wie­lo­ra­zo­wych tor­bach? – oskar­ży­ciel­skim tonem pyta kasjer.

– Jakże bym mogła o nich zapo­mnieć – odpo­wiada, ale kasjer się nie uśmie­cha.

Udaje jej się lżej ode­tchnąć dopiero, kiedy wsiada do samo­chodu. Paczka z mię­sem kraba i kapu­sta – zro­biło jej się żal i nie potra­fiła się zmu­sić, by ją odło­żyć na stos – wesoło pod­ska­kują na sie­dze­niu obok. Wszyst­kie klu­czowe sytu­acje z Helen roze­grały się na prze­strzeni kilku mie­sięcy, ale teraz mózg Julii je kom­pre­suje, całość roz­grywa się w ciągu minuty, od ataku pła­czu w samo­cho­dzie, przez leniwe popi­ja­nie wina na tara­sie Helen, do tego ostat­niego razu, kiedy spo­tkały się w biblio­tece, wszystko to w sześć­dzie­siąt sekund. Kręci jej się w gło­wie, otwiera szy­ber­dach i bie­rze głę­boki wdech.

W dro­dze tutaj odpo­wie­dzial­nie – acz z lek­kim znu­że­niem – słu­chała radia, ale gdy tylko wyjeż­dża z par­kingu, prze­łą­cza się na play­li­stę córki. Kla­syczny rock wró­cił do łask, więc zna co drugą pio­senkę, Bowie i Sto­nesi, prze­dzie­leni zespo­łami o skom­pli­ko­wa­nych nazwach, You Will See Our Smi­ling Faces on the Nine Train i Rec­kon with Your Racist Grand­fa­ther albo Sli­ght Right for the Sani­tary Land­fill. Zawsze myli nazwy, czym dopro­wa­dza córkę do szału. Przy­znaje, że nie za wiele rozu­mie ze współ­cze­snej muzyki, którą pre­fe­ruje Alma, ale nauczyła się – nie­ustan­nie, roz­pacz­li­wie sta­ra­jąc się, by córka ją poko­chała – doce­niać ją, pod­kręca więc gło­śniej i naci­ska przy­cisk otwie­ra­jący okno, żeby zaczerp­nąć świe­żego powie­trza.

Kie­dyś uwa­żała się za eks­perta, wylu­zo­waną osobę. Cho­dzili z Mar­kiem na kon­certy pra­wie co week­end i potra­fiła wyre­cy­to­wać całą dys­ko­gra­fię Pave­ment w kolej­no­ści wyda­nia lub oso­bi­stych pre­fe­ren­cji, i nauczyła tego Bena, przez osmozę, odtwa­rza­jąc muzykę znacz­nie gło­śniej niż teraz, kiedy odwo­ziła go do przed­szkola lub pod­czas wspól­nych sza­leń­czych jazd po mie­ście, i to oczy­wi­ście spra­wiło, że znów pomy­ślała o Helen, cie­niu dotyku Helen na ramie­niu, jak nie­wia­ry­godne było, że w ogóle pode­szła do tej kobiety, ale także o Helen wtedy, w dziale suku­len­tów w ogro­dzie bota­nicz­nym, Helen, która wyczuła jej roz­pacz – pusty wzrok spo­łecz­nie nie­wy­dol­nej mło­dej matki w koszulce Jesus and Mary Chain – i wycią­gnęła ją z tłumu.

Na play­li­ście włą­cza się Smells Like Teen Spi­rit, a ona robi gło­śniej, za bar­dzo – męż­czy­zna sto­jący obok na świa­tłach gapi się na nią bez żenady – ale pod­kręca dźwięk jesz­cze o kilka pozio­mów, i wyjeż­dża na Eisen­ho­wera, cie­sząc się z pre­tek­stu, by ostro przy­śpie­szyć.

Marka nie ma w domu, na całe szczę­ście, ponie­waż gdy tylko wcho­dzi do kuchni, odczuwa dziwne nagłe zachwia­nie, obraz drga­jący na kra­wę­dziach pola widze­nia, co zmu­sza ją, by ciężko opa­dła na sto­łek przy wyspie. Czuje przed­nie łapki Suzanne na goleni, pies staje na tyl­nych łapach, żeby spraw­dzić, co się z nią dzieje, ura­żony, że Julia nie zaan­ga­żo­wała się w zwy­cza­jowe eufo­ryczne powi­ta­nie. Suzanne trak­tuje każdy powrót Julii – nie­za­leż­nie od tego, czy nie było jej pięć minut, czy pięć godzin – jak wygraną na lote­rii, dziki wzrok i ciało wibru­jące z pod­nie­ce­nia. Suzanne ma więk­szego fioła na punk­cie Julii, niż kto­kol­wiek miał kie­dy­kol­wiek, więk­szego, niż sama Julia kie­dy­kol­wiek miała na punk­cie innej żywej istoty, w tym swo­ich dzieci. Budu­jące jest – choć cza­sami iry­tu­jące – być tak bar­dzo kocha­nym.

– Wszystko gra, księż­niczko – uspo­kaja psa. – Tylko tro­chę słabo się czuję.

– Nie­zu­peł­nie tak wła­śnie było, ale dobra – mówi Alma do kogoś, wcho­dząc do kuchni. – Mamo?

Otwiera oczy, pod­nosi głowę. Obraz się wyostrza. Jej córka jest impo­nu­jąca i prze­ra­ża­jąca, Ama­zonka z ciem­nymi nie­sfor­nymi wło­sami i prze­ni­kli­wymi zie­lo­nymi oczami. Przy­ci­ska do piersi pustą miskę, a w każ­dej ręce trzyma zgnie­cioną puszkę po la croix.

– Cześć, Ollie.

Pies skamle, Julia pochyla się i bie­rze go na ręce.

– Nie płacz – mówi w futro Suzanne.

– Nie powin­naś zarzą­dzać jej emo­cjami – zaczyna Alma, ale potem marsz­czy brwi. – Dobrze się czu­jesz?

Jest to zupeł­nie nie­zwy­kły przy­pa­dek inter­per­so­nal­nej tro­ski w wyko­na­niu Almy i Julia przez chwilę aż żałuje, że nic jej nie jest, że nie może popro­sić córki o jakąś formę nie­trau­ma­tycz­nej pomocy, usu­nię­cia drza­zgi lub nasta­wie­nia zwich­nię­tego barku, cze­goś, co wyma­ga­łoby bli­skiego kon­taktu fizycz­nego z osobą, którą uro­dziła, dopóki Alma – rzad­kość u tej nar­cy­stycz­nej lwicy – ją ofe­ruje.

Tutaj nie ma spo­sobu na zwinne manew­ro­wa­nie. Nawią­za­nie do jakiejś kwe­stii fizjo­lo­gicz­nej sprawi, że córka (która nie jest szcze­gól­nie zado­wo­lona z żyją­cych rodzi­ców, ale też nie­ko­niecz­nie życzy sobie ich śmierci) nabie­rze podej­rzeń, a powie­dze­nie prawdy – że zbiera siły na spo­tka­nie z mężem po tym, jak spo­tkała kobietę, która pra­wie dopro­wa­dziła do roz­padu ich mał­żeń­stwa – jest oczy­wi­ście wyklu­czone.

– Dobrze – odpo­wiada, a Suzanne wierci się, zla­tuje z kolan Julii: pies, tak jak kot, tak jak jej córka, wyzna­cza swoje gra­nice, wymaga sta­łej uwagi, ale na wła­snych, bar­dzo twar­dych warun­kach. – Dobrze, dobrze, dobrze.

Pro­stuje plecy, wstaje ze stołka i wpra­wia się w ruch. Ni­gdy nie jest tak, że w kuchni nie ma nic do zro­bie­nia, zwłasz­cza gdy Alma przyj­muje przy­ja­ciół: roz­lane płyny, które trzeba wytrzeć, zmy­warka do zapa­ko­wa­nia lub roz­ła­do­wa­nia, dwa ogryzki jabłka i fio­le­towa skórka dro­giego koziego sera doj­rze­wa­ją­cego w winie, które same się nie wyrzucą do kosza na śmieci.

Szczę­śli­wie Alma akcep­tuje odpo­wiedź, gotowa, z tą nie­po­skro­mioną pew­no­ścią sie­bie nasto­latki, by uwaga sku­piła się, słusz­nie i wyłącz­nie, ponow­nie na niej.

– Zadzwo­nili, że muszą prze­ło­żyć moją wizytę u den­ty­sty – mówi. – Dok­to­rowi Gal­la­ghe­rowi umarł ktoś z rodziny.

– Och, to bar­dzo…

– Ale w sumie to się dobrze składa, bo w tym tygo­dniu mamy w biblio­tece spo­tka­nie zaawan­so­wa­nej grupy histo­rii Europy. Zna­czy dobrze, że odwo­łali wizytę, a nie dobrze, że ktoś umarł. Zasta­na­wia­łam się też, czy mogła­bym wziąć samo­chód, żebyś nie musiała przy­jeż­dżać po mnie późno w nocy?

Alma była sza­le­nie przy­lep­nym dziec­kiem, ale teraz jest wła­ści­wie samo­dzielną i cał­ko­wi­cie zagad­kową sie­dem­na­sto­latką. Jest wredna, wspa­niała i zachwy­ca­jąco dobra z mate­ma­tyki. Żar­tuje z przy­ja­ciółmi z nie­wy­tłu­ma­czal­nych rze­czy, takich jak Gary Shan­dling i tosty z awo­kado, maluje mikro­sko­pijne wiśnie na paznok­ciach i porywa się na wysoce anga­żu­jące przed­się­wzię­cia cukier­ni­cze, wypeł­nia­jąc lodówkę baj­glami jero­zo­lim­skimi i sze­ścio­war­stwo­wymi tor­tami.

– Pytam teraz, bo ostat­nim razem powie­dzia­łaś mi, że nie uprze­dzi­łam cię odpo­wied­nio wcze­śnie – cią­gnie.

Nie­dawno znów zaczęła roz­ma­wiać z Julią i Mar­kiem, po pra­wie dwóch latach ponu­rego mil­cze­nia, a teraz wła­ści­wie nie da się spra­wić, żeby prze­stała. Przy stole opo­wiada im bez tchu jakieś nie­po­jęte histo­rie. Pre­zen­tuje dłu­gie stresz­cze­nia wyrwa­nych z kon­tek­stu odcin­ków seriali tele­wi­zyj­nych, któ­rych ni­gdy nie oglą­dali. Kon­stru­uje skom­pli­ko­wane i prze­ko­nu­jące linie obrony, żeby jej coś dali lub pozwo­lili coś zro­bić. Roz­mowa z nią to mecha­niczna czyn­ność, wyma­ga­jąca cią­głej goto­wo­ści do zmiany bie­gów, wyco­fy­wa­nia się lub nadą­ża­nia za płyn­nymi, nie­do­rzecz­nymi przej­ściami, albo do kata­pul­to­wa­nia się ze świata rze­czy­wi­stego do fik­cyj­nego, bez postoju na uzu­peł­nie­nie paliwa. Nie ma cie­nia szansy na to, że w przy­szłym mie­siącu nie zosta­nie przy­jęta do kilku z sie­dem­na­stu arcy­luk­su­so­wych i prze­ra­ża­jąco dro­gich col­lege’ów, do któ­rych apli­ko­wała, a ponie­waż Julia chcia­łaby, żeby pozo­stały czas jej pobytu w domu upły­nął bez traumy, reaguje na swoją córkę tak, jak wtedy, gdy była śpią­cym nie­mow­lę­ciem: cho­dziła przy niej na pal­cach, żeby tylko nie wzbu­dzić nie­po­koju. Dyna­mika sił w ich domu nie różni się niczym od wie­lo­let­niego kry­zysu z zakład­ni­kami.

– Zoba­czymy – mówi, a potem dodaje, zanim Alma zdąży zapro­te­sto­wać: – Jest ktoś u cie­bie?

Sły­szy co naj­mniej dwa głosy dobie­ga­jące z salonu i jest cał­ko­wi­cie pewna, że jeden z nich należy do Margo Singh.

Alma wrzuca puszki do kosza na metale i pla­stik.

– Tak.

Córka odmó­wiła udzie­le­nia jej jakich­kol­wiek uży­tecz­nych infor­ma­cji na temat Margo, a dokład­niej więzi, jaka je łączy. Wszel­kie wysiłki, jakie Julia pod­jęła, by się cze­goś dowie­dzieć o ich związku, napo­ty­kały drwinę, mil­czącą suge­stię, że jej poglądy na temat związ­ków są zbyt sztywne.

– To nie jest moja dziew­czyna – powie­działa Alma nie­dawno. – Ale też nie jest przy­ja­ciółką. Mamo, nikt już tego tak nie nazywa.

Julia powstrzy­mała się wtedy od zapy­ta­nia: nikt tak nie nazywa czego? Pry­wat­ność Almy, w stale zmie­nia­ją­cej się kolej­no­ści prio­ry­te­tów mię­dzy oce­nami Almy, roz­krze­wia­ją­cymi się opi­niami poli­tycz­nymi Almy i chwi­lo­wymi zachcian­kami egzy­sten­cjal­nymi Almy, jest ostat­nio popu­lar­nym tema­tem. Do tego Julia lubi Margo. Wola­łaby, żeby ta dziew­czyna robiła tro­chę wię­cej hałasu, kiedy cho­dzi – ma skłon­ność do posęp­nego wyła­nia­nia się z mroku jak gra­barz – ale wydaje się, że ma głowę na karku i że Alma jest przy niej szczę­śliwa.

– Świet­nie – mówi. – Gdzie tata? Jest twój brat?

Alma wydaje z sie­bie mruk­nię­cie typu a-skąd-mnie-wie­dzieć. Wsta­wia miskę do zlewu, a potem pod cię­ża­rem spoj­rze­nia Julii sięga po gąbkę.

– Co gotu­jesz?

– Róż­no­ści – odpo­wiada Julia nie­uważ­nie, otwiera szafkę, wyciąga potrzebne pro­dukty i odkłada je na wyspę. – Mini­qu­iche. Sałatkę z ogórka. Ciastka kra­bowe.

Przy­go­to­wuje przy­bory, selera, bułkę tartą. Tak naprawdę, przed popo­łu­dnio­wym prze­ryw­ni­kiem, nie mogła się docze­kać przy­go­to­wań, dosta­tecz­nie pra­co­chłon­nych, by mogła się poczuć godna pochwały, ale nie na tyle, żeby unie­moż­li­wić jej robie­nie dzie­więt­na­stu innych rze­czy naraz. Wie, że ze strony dzieci nie doczeka się pomocy.

– Boże, mamo, serio? – Alma odwraca się do niej.

Zacho­wuje się, jakby wła­śnie została postrze­lona, a Julia roz­gląda się dookoła z zasko­cze­niem, szu­ka­jąc jakiejś nowej traumy, ale wszystko wygląda nor­mal­nie, z miski w rękach córki płyn do zmy­wa­nia kapie na pod­łogę.

– No co? – pyta zanie­po­ko­jona.

– Mówi­łam ci, że nie jem owo­ców morza – tłu­ma­czy Alma. – Mówi­łam ci to parę tygo­dni temu.

Myśli inten­syw­nie. Chcia­łaby – brzmi okrop­nie, ale to pra­gnie­nie czę­sto poja­wia się pod­czas roz­mów z córką – po pro­stu wypa­ro­wać. Odczuwa też nie­praw­do­po­dobne zmę­cze­nie, pod­krę­cone gra­wi­ta­cją. Macie­rzyń­stwo nie­usta­jąco przy­nosi jej to szcze­gólne uczu­cie, skrajne nie­do­wie­rza­nie, że nie tylko ocze­kuje się od niej kolej­nego cze­goś, ale wręcz ma obo­wią­zek to kolejne coś zro­bić.

– Zapo­mnia­łaś?

– Zapo­mnia­łaś to za mocne słowo – mówi i wyj­muje z półki na drzwiach lodówki pęczek kolen­dry.

Pamięta, oczy­wi­ście, liczyła tylko, że roz­mowę o stop­nio­wym prze­cho­dze­niu Almy na wega­nizm, podob­nie jak wiele innych roz­mów z nasto­lat­kami, uda się po paru dniach zamieść pod dywan, bo temat wypchnie jakaś inna wyjąt­kowa, trudna do wyja­śnie­nia, nie­cier­piąca zwłoki sprawa.

Oddy­cha powoli, głę­boko, przez nos, dopóki nie czuje, że powie­trze roz­sze­rza się nisko w gar­dle. Zanim uro­dził się Ben, bez entu­zja­zmu cho­dziła na jogę dla kobiet w ciąży. Wów­czas nie miała poję­cia, że ćwi­cze­nia odde­chowe przy­da­dzą jej się nie przy poro­dzie, ale dwa­dzie­ścia lat póź­niej, w ramach prze­ciw­dzia­ła­nia prze­mocy ze strony nasto­let­niej córki.

– Dla­czego tak dziw­nie oddy­chasz?

– Bo… potrze­buję wię­cej powie­trza. Żeby dotle­nić mózg.

– Powie­dzia­łaś, że prze­my­ślisz ogra­ni­cza­nie pro­duk­tów odzwie­rzę­cych w rodzin­nej die­cie – mówi Alma, a emfaza w jej gło­sie spra­wia, że Julia ma ochotę wepchnąć ją do studni.

– Jeśli nie chcesz, to nie musisz jeść, skar­bie. Będzie mnó­stwo innych rze­czy do wyboru.

– Czy ty sobie ze mnie kpisz? – dener­wuje się Alma i wska­zuje na ręce Julii, w któ­rych – zupeł­nie bez­myśl­nie, jak piłkę do siat­kówki lub odciętą głowę – trzyma swoją kapu­stę-kusi­cielkę.

Chce jej się śmiać, z tru­dem się hamuje, przez co łzy napły­wają jej do oczu.

– Czemu masz taką minę? – pyta Alma.

Wej­ście Marka lito­ści­wie prze­rywa tę scenę. Jest spo­cony, wraca z bie­ga­nia, w szor­tach z lycry i z przy­tro­czo­nym u pasa bido­nem, który ostat­nio sko­ja­rzył jej się z wor­kiem kolo­sto­mij­nym. Też schyla się, żeby pogła­skać Suzanne, która wita go, jakby wró­cił po deka­dzie. Wszy­scy, odkąd pies poja­wił się w rodzi­nie, prze­sta­wili się na obec­ność Suzanne, cho­ciaż padały suge­stie, że naj­bar­dziej zmie­niła się Julia.

– Co to za bran­so­leta? – pyta Alma. – Wyglą­dasz dziś dziw­niej niż zwy­kle.

Mark unosi rękę, na nad­garstku ma pasek z fio­le­to­wego pla­stiku, pro­to­typ kro­ko­mie­rza, który testują u niego w pracy i o któ­rym Julia od mie­sięcy słu­cha do wyrzygu.

– Te z reklamy są archa­icz­nie nie­do­kładne – stwier­dza.

– Może i tak – mówi Alma. – Ale przy­naj­mniej nie wyglą­dają jak to coś.

– A co tu taki tłum? – Mark obej­muje córkę ramie­niem. Alma mam­ro­cze pod nosem, niby pro­te­stu­jąc, ale pozwala się przy­tu­lić, nawet lekko pochyla się w jego stronę, cho­ciaż jest cały spo­cony, i w ogóle. Julia od wie­ków nie doświad­cza takiej fizycz­nej bli­sko­ści z Almą. Z córki ema­nuje potężna ener­gia, która trzyma matkę na dystans, choć naj­wy­raź­niej nie ma wpływu na ojca, któ­rego Alma lubi o wiele bar­dziej.

Mark pod­cho­dzi do Julii i całuje ją, a Alma patrzy na nich z obrzy­dze­niem. W tej rodzi­nie zegar zawsze jest lekko roz­re­gu­lo­wany, uczu­cia źle loko­wane, a prze­wi­nie­nia wyol­brzy­mione. Ale to lep­sze, myśli – Boże, to musi być lep­sze – niż ich cał­ko­wity brak.

– Czy wła­śnie to mamy dziś na obiad? – pyta Mark i pod­nosi kapu­stę w ręce jak szklaną kulę. Alma wzdy­cha osten­ta­cyj­nie i wycho­dzi z kuchni. Oboje wsłu­chują się w głu­chy tupot stóp w skar­pe­tach, nik­nący w pokoju.

– Spon­tan – wyja­śnia Julia. – Z oka­zji two­ich uro­dzin.

Mark kła­dzie ręce na jej ramio­nach.

– Co szy­ku­jesz?

– Pro­dukty odzwie­rzęce.

– Mogę pomóc?

– Nie. – Pró­buje nadać sło­wom rado­sny ton. – To mój pre­zent dla cie­bie. Plus to wszystko. – Zata­cza krąg ręką i wska­zuje blat przed sobą, bate­rię bute­lek wina przy zle­wie, zakupy spo­żyw­cze. Julia zasta­na­wia się, czy w skle­pie ktoś zauwa­żył jej pod­chody do Helen Russo, odważny czyn w por­t­kach klauna.

Mark deli­kat­nie masuje jej kark. Musi ist­nieć jakiś mał­żeń­ski szó­sty zmysł, który spra­wia, że jedna ze stron – nie­świa­do­mie skrzyw­dzona – nagle zacho­wuje się z prze­sadną wiel­ko­dusz­no­ścią, sku­tecz­nie nasi­la­jąc wyrzuty sumie­nia wino­wajcy. Dener­wuje ją to.

– Idź pod prysz­nic – mówi i trze­pie go ście­reczką do naczyń. – Żebyś się nada­wał do ludzi.

Patrzy, jak wycho­dzi z kuchni, prze­cze­suje włosy ręką i pró­buje wykrze­sać z sie­bie ener­gię, którą miała jesz­cze godzinę temu, ener­gię z czasu sprzed-Helen, sku­pia się na zada­niu do wyko­na­nia. Pokroi kapu­stę w paseczki i zrobi surówkę. Cza­sem przy­ła­puje się na tego rodzaju myślach – „zapo­mnia­łam zapła­cić typowi od traw­nika”, „w środę przy­je­dzie dostawa z karmą Suzanne” – i dziwi ją wła­sna gro­te­sko­wość.

„Życie to walka”, pod­śpie­wuje cza­sem, żeby roz­ba­wić Marka, kiedy dupek z domu obok, makler gieł­dowy, wrzesz­czy na swo­jego pod­wy­ko­nawcę, albo gdy obser­wuje wie­wiórkę, która krad­nie ziarno z karm­nika dla kar­dy­na­łów, wisząc do góry nogami, ale myśli, że ci dwoje tak naprawdę niczym się od sie­bie nie róż­nią. Coraz wygod­niej osia­dała w swo­ich wła­snych nie­do­rzecz­nych pra­gnie­niach.

Kapu­sta julienne, ja pier­dolę, i dziwi się bez­gra­nicz­nie, jak nie­praw­do­po­dob­nie uro­cze stało się jej życie.

Rozdział drugi

Wtedy wcale nie było tak wspa­niale, by­naj­mniej, mgli­ste, opa­tu­lone bawełną dni, zanim poznała Helen Russo, dni tak dłu­gie i para­li­żu­jąco mono­tonne, że nie potra­fiła odróż­nić jed­nego od dru­giego. Dwa­dzie­ścia lat temu, jeden dom temu. Prze­pro­wa­dzili się z mia­sta na śred­nio zamożne przed­mie­ścia, zapi­sali Bena do Kra­iny Łagod­no­ści, co w jej uszach brzmiało jak nazwa nie­szcze­gól­nie dro­giego baru ze strip­ti­zem lub wyso­kiej klasy ośrodka odwy­ko­wego, choć w rze­czy­wi­sto­ści było to jedno z naj­bar­dziej luk­su­so­wych przed­szkoli w oko­licy. Odma­wiała uży­wa­nia ofi­cjal­nej nazwy mia­sta i zaczęła je nazy­wać, iry­tu­jąc Marka do gra­nic, Szysz­ko­wolą. Przed­mie­ścia, mekka odno­szą­cych suk­cesy doro­słych z zawo­dami o nazwach nie do poję­cia i ich roz­cza­ro­wa­nych, opie­ku­ją­cych się domem mał­żo­nek, dęby, bogac­two i umie­jęt­nie zama­sko­wana roz­pacz. Cią­gnęły się kilo­me­trami, znaki dro­gowe i drogi z dosko­nale zacho­wa­nego bruku, samo­chody kombi i tere­nowe wózki dzie­cięce, hek­tary gęstej, ide­al­nie przy­strzy­żo­nej roślin­no­ści, kuszące tabliczki infor­ma­cyjne, pełne świa­do­mego uzna­nia dla rze­mieśl­ni­ków, świa­dome prze­jawy mdłej przy­na­leż­no­ści poli­tycz­nej, tablice upa­mięt­nia­jące totalne nic, a do tego nie wolno było nawet nor­mal­nie jeź­dzić. Nie­rzadko tra­fiała na ulicę z ogra­niczeniem pręd­ko­ści do dwu­dzie­stu kilo­me­trów na godzinę, jak w pra­daw­nych cza­sach. Każdy lubił myśleć, że jego przed­mie­ście jest naj­lep­sze, ale tak naprawdę wszyst­kie były takie same, nie­znacz­nie róż­niły się bli­sko­ścią jeziora lub stop­niem amor­ficz­nej „róż­no­rod­no­ści” lub „histo­rycz­nego zna­cze­nia”, ale osta­tecz­nie jedno licho. Ich ulica nazy­wała się Supe­rior, Kie­row­ni­cza, ale po paru mie­sią­cach prze­stało ją to bawić, podob­nie jak pra­wie wszystko inne.

Co się takiego stało? Któż to wie. Świat zaczął się roz­pa­dać albo zapo­mnieli z Mar­kiem, jak ze sobą roz­ma­wiać, a może po pro­stu jej emo­cje opa­dły do kom­for­to­wego poziomu. Wypro­wa­dzili się z mia­sta mniej wię­cej w cza­sie, gdy Ben zaczął sta­wiać pierw­sze kroki, teraz cho­dził z cał­ko­witą pew­no­ścią sie­bie, choć nie­zu­peł­nie z gra­cją, a także płyn­nie wła­dał zarówno angiel­skim, jak i hisz­pań­skim, któ­rego uczyli w środy w Kra­inie Łagod­no­ści. Julia za to czuła się uzie­miona, jakby została zabal­sa­mo­wana. Nie spała. Jej wewnętrzny mono­log nabrał kofe­ino­wej ner­wo­wo­ści, stał się nie­prze­rwa­nym szcze­bio­tem świra i była świa­doma – w chwi­lach nie­czę­stych inte­rak­cji z innymi doro­słymi – że jej mono­log zewnętrzny może wyka­zy­wać cechy tej samej manii.

Zaczęła dostrze­gać, że kiedy nie cze­kała, aż coś się wyda­rzy – coś pro­za­icz­nego, jak Ben budzący się z drzemki, albo coś strasz­li­wego, jak aste­ro­ida spa­da­jąca z nieba – czuła się cał­ko­wi­cie ode­rwana od rze­czy­wi­sto­ści, pogrą­żona w ponu­rych roz­my­śla­niach, zwy­kle ze wzro­kiem wbi­tym w dal, jak pozba­wiona praw oby­wa­tel­skich wik­to­riań­ska pia­stunka.

Nie sły­szała, jak Mark wszedł do kuchni.

– Dobrze się czu­jesz?

Jakby zoba­czył, że zaplą­tała się w drut kol­cza­sty. Ostat­nio było to jego ulu­bione pyta­nie, zawsze zada­wane z przy­milną łagod­no­ścią w gło­sie.

Wypro­sto­wała plecy.

– Chyba coś utknęło w młynku do odpad­ków.

Mark zadrżał lekko. Miał wro­dzoną awer­sję do wszel­kiego rodzaju tajem­ni­czych pro­duk­tów spo­żyw­czych, rze­czy zgni­łych, gra­nul­ko­wa­tych lub po pro­stu nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nych. Musnął jej ramię, prze­cho­dząc do dzbanka z kawą, i nie zadał żad­nych dodat­ko­wych pytań doty­czą­cych młynka, poten­cjal­nego sie­dli­ska mrocz­nej tajem­nicy.

– Chciał­bym, żeby ten tydzień się już skoń­czył i był od razu pią­tek – stwier­dził, pozor­nie nie­świa­domy dzie­cin­no­ści i banal­no­ści tego oświad­cze­nia, sypiąc cukier do kawy. – Obu­dzi­łem się przy­tło­czony. Może to zły znak?

W tych rzad­kich momen­tach, kiedy udało jej się usnąć, Julia czę­sto budziła się z lękiem przed czymś, co mogło nadejść, i wstecz­nym lękiem przed tym, co już nastą­piło, ale ponie­waż Mark nosił kra­wat i miał tytuł magi­stra, i ponie­waż nie­szczę­ścia Julii czę­sto obja­wiały się w zetknię­ciu z kloc­kami Duplo i przy­mu­sową kon­sump­cją mar­chewki, Mark miał więk­sze prawo do uża­la­nia się nad swo­imi obo­wiąz­kami. Tak wła­śnie dzia­łał świat. Dawno temu prze­stała pró­bo­wać wyobra­zić sobie, jak mijają mu dni, bez nudy i zazdro­ści.

Ich życie stało się nagle potwor­nie nużące, od zera do nija­ko­ści w dzie­sięć sekund. Zapewne dało im to szansę w wyścigu o senne olim­pij­skie zwy­cię­stwo. „Pamię­tasz naszą podróż poślubną do Gre­cji – nie mówiła. – Pamię­tasz, jak upra­wia­li­śmy seks na sto­jąco w uliczce na Korfu i patrzył na nas szczur. Pamię­tasz, jak upra­wia­li­śmy seks w łazience w skle­pie ogrod­ni­czym. Pamię­tasz, jak upra­wia­li­śmy seks w…”.

– Julku?

– Mhmm. – Zamru­gała i ponow­nie sta­wiła czoła jego tro­sce, patrząc na zmarsz­czone brwi. – Tak, to zde­cy­do­wa­nie zły znak.

Bruzda się pogłę­biła. Naj­wy­raź­niej coś jej umknęło.

– Pyta­łem, co dzi­siaj robi­łaś – powie­dział.

– To samo, co zwy­kle – odparła. – Och, cze­kają nas same super­rze­czy.

Zer­k­nął na nią przez ramię.

– Kiedy któ­re­goś dnia kosi­łem traw­nik, poga­da­łem z Ericą. Mówiła, że byłoby faj­nie, gdy­by­ście się cza­sem spo­tkały, a jej syn mógł się bawić z Benem. Może do niej zadzwoń?

– Kim jest Erica?

– Mieszka parę ulic od nas. Biega i cią­gnie za sobą malu­cha w wózku…

– To ta z twa­rzą?

– Julio, daj spo­kój.

Inten­syw­nie się w niego wpa­try­wała, w męż­czy­znę, który chciał wszystko napra­wić. Roz­wią­za­nia jego wła­snych pro­ble­mów wyda­wały się mniej skom­pli­ko­wane niż jej pro­ble­mów. Jak zawsze. Była tak samotna, że zaczy­nała to odczu­wać jak przy­pa­dłość fizyczną.

– Co niby mia­ła­bym z nią robić?

– No nie wiem. – Zamy­ślił się, odwró­cony ple­cami do niej buszo­wał w lodówce. – To, co zwy­kle robią mamy.

Z miej­sca ją roz­wście­czył.

– Czyli co? Co masz na myśli?

– Tak tylko, myśla­łem… może­cie iść na spa­cer. Albo wstą­pić do klubu książ­ko­wego?

– Ach, tak, spa­cer. Nie­śmier­telna tra­dy­cja mam.

– Wiesz, co mam…

– Prę­dzej umrę, niż zapi­szę się do klubu książ­ko­wego.

Uża­la­nie się nad życiem na przed­mie­ściach było nudne, dosko­nale o tym wie­działa. Wyobra­żała sobie antro­po­lo­gię swo­jego życia jak war­stwy łup­ków, wyszczer­bio­nych i deli­kat­nych, kru­chych, ale w nie­odróż­nial­nych odcie­niach sza­ro­ści. Miesz­kała gdzieś tam. A potem nie miesz­kała gdzieś tam. Tak naprawdę wszystko było takie samo wszę­dzie. Osta­tecz­nie wszę­dzie sta­wało się gdzieś tam. Bycie kimś takim było banalne. Nudziła ją sama myśl o tym, o smutku bez powodu, o tym, że miała pre­ten­sje o naj­ła­twiej­sze życie na świe­cie. A jed­nak nie potra­fiła się oprzeć.

– Dobra, Julio, nie było roz­mowy, ja tylko…

– Ja tylko nie rozu­miem, co masz na myśli, mówiąc to, co zwy­kle robią mamy. Tak, jak­byś mi tłu­ma­czył, no wiesz, to, co robią ludzie w swe­trach. Rze­czy, które robią pra­wo­ręczni. Jakby mamy były jakimś osob­nym… gatun­kiem czy co.

– Wiesz, o co mi cho­dzi, Julku. Byłoby miło… pobyć wśród ludzi.

– Mam cie­bie – powie­działa, a on zła­god­niał.

– Oczy­wi­ście, że masz mnie – potwier­dził, a potem pod­szedł i mocno ją przy­tu­lił, poczuła pod policz­kiem jego pierś.

Wła­ści­wie to nie mogła docze­kać się dzi­siej­szego dnia, środy, dnia, kiedy Ben szedł do Kra­iny Łagod­no­ści, co gwa­ran­to­wało jej poten­cjal­nie spo­kojny dzień. Mogła zapa­lić w samo­cho­dzie i poje­chać do Forest Glen, poła­zić po lesie, wycią­gnąć się na dużej, cie­płej skale jak rytu­alna ofiara, żeby choć przez chwilę nikt się na nią nie gapił. Ale teraz czuła się źle, źle, bo nie mogła się docze­kać, żeby pobyć z dala od dziecka, i źle, że nie potra­fiła lepiej zor­ga­ni­zo­wać sobie czasu, że nie wypeł­niała tych wol­nych godzin sty­mu­la­cją kul­tu­ralną i zawie­ra­niem zna­jo­mo­ści z ludźmi w swoim wieku.

– Wszystko w porządku? – zapy­tał Mark i odsu­nął się, żeby na nią spoj­rzeć. – Wyglą­dasz na zmę­czoną.

I cho­ciaż była to prawda, cho­ciaż nie spała od trze­ciej dzie­sięć i gdyby wypiła teraz czwartą, nie­sku­teczną, fili­żankę kawy, byłaby roz­trzę­siona aż do zachodu słońca, ale na­dal tak samo wyczer­pana, poczuła się lekko ura­żona.

– Gdy­byś pod­ry­wał mnie z takim wdzię­kiem na początku zna­jo­mo­ści, wąt­pię, czy bym za cie­bie wyszła – powie­działa, ale zapo­mniała nadać tonowi lek­ko­ści i sama usły­szała, że źle to zabrzmiało. Mark też to usły­szał. Jego twarz – ta kochana twarz! – wyraź­nie się wydłu­żyła. Chciała go ude­rzyć.

– Ała – powie­dział.

– Oj – odparła.

Prze­cież to nie była jego wina, naprawdę nie. Teraz jej kolej, żeby go deli­kat­nie dotknąć, tak ledwo ledwo, jakby był pokryty czymś lep­kim.

– Prze­pra­szam – ode­zwała się, tak jak zwy­kle on mówi. – Kocham cię.

Zetknęli się policz­kami na poże­gna­nie i usły­szała, jak drzwi fron­towe otwie­rają się, a potem zamy­kają, gdy wyszedł do pracy.

Nadej­ście Bena było, jak zwy­kle, kojące. Zja­wił się niczym pro­mień słońca w drzwiach kuchni, z odci­skiem poduszki na policzku i wiel­kimi oczami, mru­ga­jąc jesz­cze z roze­spa­nia, z plu­szową żyrafą dyn­da­jącą w małej rączce. Poczuła cie­pło na sercu, a twarz roz­pły­nęła się jej w uśmie­chu, cała radość, towar u niej defi­cy­towy, zare­zer­wo­wana była wyłącz­nie dla niego.

– O, jest mój chło­piec – powie­działa, a jego twarz rów­nież się roz­ja­śniła. Wzięła go na ręce i poca­ło­wała na dzień dobry: syna i żyrafę, wdy­cha­jąc jego zapach, esen­cję słońca.

O Boże, o mój Boże, mój naj­lep­szy przy­ja­ciel ma trzy lata, myślała cza­sem. Nie­dawno pró­bo­wała wyja­śnić to Mar­kowi, kiedy zasu­ge­ro­wał – uży­wa­jąc nieco łagod­niej­szych słów – że może dobrze by jej zro­biło, gdyby zna­la­zła sobie przy­ja­ciół w swoim wieku. Oczy­wi­ście wie­działa, że Ben nie jest jej przy­ja­cielem, tylko dziec­kiem, ale w pew­nym sen­sie nie zda­wała sobie z tego sprawy, dopóki Mark nie wypo­wie­dział tego na głos, a samot­ność, która potem nastała – samot­ność nad samot­no­ściami, luka w już i tak słabo zalud­nio­nej prze­strzeni – oka­zała się zaska­ku­jąco dokucz­liwa. Tak łatwo było ją ostat­nio sko­pać, kiedy gnę­bił ją smu­tek, nawet nie­za­mie­rze­nie – a Mark, naj­mil­szy facet na świe­cie, ni­gdy nie robił tego celowo – ponie­waż zaś smu­tek gnę­bił ją zawsze, nawet nie­ko­niecz­nie sko­pać, ale raczej potknąć się o stały punkt – bez­władny ele­ment kra­jo­brazu – o emo­cjo­nalną ofiarę.

– Jesteś smutna? – spy­tał Ben znie­nacka, więc szybko prze­łknęła nagłą chęć pła­czu, choć z pew­no­ścią do tej pory przy­wykł już do widoku jej łez.

– Nie, oczy­wi­ście, że nie – wyszep­tała w małą główkę. – Mamu­sia jest szczę­śliwa.

Kosmyki jego wło­sów poła­sko­tały ją w usta. Cza­sem czuła ochotę, gwał­towną i instynk­towną, żeby go zjeść.

– Misiaczku, mój misiaczku, to ty spra­wiasz, że mamu­sia jest taka szczę­śliwa.

* * *

Póź­niej, w dro­dze do Kra­iny Łagod­no­ści Ben opo­wia­dał jej sen o czymś, co nazy­wał „samot­nym beaglem”, który bawił się na placu zabaw. Boha­te­ro­wie snów Bena rzadko pod­le­gali cze­mu­kol­wiek poza upły­wem czasu i rado­śnie prze­miesz­czali się z jed­nego miej­sca w dru­gie. Więk­szość snów Bena była wła­śnie taka: bar­dzo ima­gi­styczna, nie­trau­ma­ty­zu­jąca, rze­czy po pro­stu się dzieją, czas pły­nie.

– Nasz synek, Vir­gi­nia Woolf – nie tak dawno mówiła żar­tem do Marka.

– I wiesz co, mamo? – cią­gnął Ben. – Chcie­li­śmy go pogła­skać, ale go nie pogła­ska­li­śmy.

– Nie! – zgo­dziła się z fał­szywą rado­ścią na gra­nicy histe­rii.

Nie zwra­cała na niego uwagi. Myślała już tylko o tym, że za dzie­sięć minut od teraz wje­dzie na auto­stradę i tak gło­śno włą­czy Repla­ce­ments w swoim dro­gim sys­te­mie audio, że aż kie­row­nica będzie wibro­wać – cho­ciaż wie­działa, że natych­miast zatę­skni za obec­no­ścią Bena na tyl­nym sie­dze­niu. Rodzi­ciel­stwo było prze­wle­kłą tor­turą, nie­ustan­nym pra­gnie­niem, żeby jed­no­cze­śnie być razem i osobno. Cza­sami marzyła o nagłej śmierci: Sub­aru zmiaż­dżone przez cię­ża­rówkę, pły­wa­nie w jezio­rze Michi­gan zakoń­czone powol­nym opa­da­niem, stopy szu­ra­jące po zim­nym muli­stym dnie w jego naj­głęb­szym punk­cie. Pocie­szała ją myśl, że nic nie jest wieczne, że w każ­dej chwili inter­wen­cja natury lub oko­licz­no­ści mogą ją wyrwać z mono­ton­nego trwa­nia w ima­dle egzy­sten­cji.

Sto­jąc na świa­tłach, uświa­do­miła sobie, że pła­cze. I mniej prze­ra­żał ją sam płacz – ostat­nio pła­kała tak czę­sto, jak ni­gdy wcze­śniej – niż fakt, że nawet tego nie zauwa­żyła, że była w sta­nie funk­cjo­no­wać, zajęta codzien­no­ścią, a ten nie­kon­tro­lo­wany smu­tek po pro­stu z niej wycie­kał, dys­kretny jak oddech.

– Coś ci jest – oświad­czył Ben.

Dzieci wpra­wiały ją w zakło­po­ta­nie zaska­ku­jącą mie­szanką prze­ni­kli­wo­ści i pro­sto­dusz­no­ści.

– Mamusi nic nie jest, kocha­nie – odparła, ucie­ka­jąc się do usank­cjo­no­wa­nego przez rodzi­ców mówie­nia w trze­ciej oso­bie. Ni­gdy nie dys­po­no­wała odpo­wied­nim zesta­wem umie­jęt­no­ści, ale kie­dyś miało to mniej­sze zna­cze­nie. Teraz w grę wcho­dziło dobro innych osób.

Samot­ność macie­rzyń­stwa. Śmier­telne znu­że­nie codzien­no­ścią. Tyle życia wokół niej, ta elek­try­zu­jąca mała osóbka stwo­rzona przez nią i jej życz­li­wego, pra­co­wi­tego męża, męż­czy­znę lepiej niż ona przy­sto­so­wa­nego do przy­ziem­nych kapry­sów nor­mal­nego życia, a ona myślała tylko o tym, że chcia­łaby być sama. Życie, które stwo­rzyła, żyło wła­snym życiem, a ona potra­fiła jedy­nie wyobra­żać sobie, jak byłoby miło, gdyby Ben znik­nął, gdyby zna­lazł się zupeł­nie gdzie indziej, w jed­nym z tych nie­wielu miejsc, do któ­rych za przy­zwo­le­niem spo­łecz­nym można było zesłać swoje dzieci na wspólną zabawę, gdzie jakaś inna matka kar­mi­łaby go sele­rem z masłem orze­cho­wym, praw­dziwa matka, która by się rado­śnie eks­cy­to­wała, zamiast wzdry­gać od jego okrzy­ków zachwytu. Pochła­niało to tyle ener­gii – cza­sami myślała, że w środku ma powol­nie prze­cie­ka­jącą bate­rię, a cierpka, alka­liczna, spie­niona ciecz wyżera jej narządy – tyle wysiłku musiała wło­żyć w to, żeby nadać swo­jemu gło­sowi brzmie­nie roz­po­zna­walne dla syna.

Pod­krę­ciła gło­śność na No Sleep Till Bro­oklyn, do któ­rego nauczyła Bena head­ban­go­wać, ale teraz syn patrzył tylko z powagą na jej odbi­cie we wstecz­nym lusterku, dostojny i nie­po­ru­szony. Ben nie był typo­wym dziec­kiem, nie przy­po­mi­nał w niczym pulch­nego che­ru­binka, któ­rego wyobra­żała sobie, gdy była w ciąży – w snach nawie­dzały ją całe zastępy pulch­nych, pogod­nych dzieci, posłusz­nych pączu­siów, rzu­ca­ją­cych żar­ci­kami siew­ców rado­ści w ogrod­nicz­kach. Ale Ben był drobny, szczu­plutki i poważny, tak poważny, że czę­sto się mar­twiła, czy cie­szy się życiem tak, jak powi­nien. Patrzył prze­ni­kli­wie i doj­rzale, mil­czał reflek­syj­nie i po mni­szemu. Dener­wo­wał ją, więc sku­piła się na dro­dze.

Kiedy wjeż­dżała na pod­jazd przed­szkola, poczuła, jak zwal­nia jej oddech. Była już tak bli­sko, tak bli­sko do chwili samot­no­ści, tak bar­dzo bli­sko. Ale kiedy Megan, pomoc przed­szkolna, otwo­rzyła tylne drzwi, żeby wyjąć Bena z fote­lika, dzie­ciak się roz­wył. Ben ni­gdy nie wył. Ben był spo­kojny i łagodny. Ben wyczu­wał, lepiej lub gorzej, kiedy mama potrze­bo­wała chwili dla sie­bie i pra­wie ni­gdy nie odsta­wiał histe­rii.

– Kocha­nie – powie­działa.

Czas pobytu syna w przed­szkolu mijał jej bły­ska­wicz­nie. Tylko tyle mogła być nie­obecna, tylko tyle papie­ro­sów wypa­lić. Spoj­rzała na Megan, współ­czu­jącą młodą bru­netkę w bez­rę­kaw­niku, i przy­wo­łała na twarz naj­lep­szy uśmiech zmę­czo­nej mamy.

– Kocha­nie, czas do przed­szkola.

– Nie. – Ben był sta­now­czy.

– Słonko, Megan musi roz­piąć ci pasy, żebyś mógł wejść do środka i świet­nie się bawić.

Nie­wia­ry­godne, że dzie­ciaki nabie­rają się na to gówno. Na dziś Ben miał w pla­nie zajęć „Upiorne krę­gle” i „Z jak Zagłada Zaraz­ków” oraz prze­ką­skę w postaci kra­kersa z orga­nicz­nej mąki Gra­hama. Trudno sobie wyobra­zić, że coś takiego może wzbu­dzić entu­zjazm u kogo­kol­wiek.

A jed­nak zawsze się uda­wało. Zawsze ocho­czo dawał jej całusa na poże­gna­nie i wra­cał po połu­dniu, senny i dumny z sie­bie pre­zen­to­wał tajem­ni­czo zmo­dy­fi­ko­wane rolki po papie­rze toa­le­to­wym i nie­zi­den­ty­fi­ko­wane stwo­rze­nia z patycz­ków do uszu.

– Nie – powtó­rzył Ben, a jego głos zabrzmiał prze­ra­ża­jąco podob­nie jak u Marka, prze­ko­nu­jąco i rze­czowo. Julia spoj­rzała bła­gal­nie na Megan, która nie zara­biała aż tyle, żeby zaj­mo­wać się jesz­cze fochami boga­tych mamu­siek dzieci z Kra­iny Łagod­no­ści, nie mówiąc już o emo­cjo­nal­nym roz­chwia­niu naj­bar­dziej samot­nego rodzica w całym przed­szkolu. „Boże, pomóż mi”.

– Może powin­naś dziś sama go zapro­wa­dzić. – Megan wzru­szyła ramio­nami i zanim Julia zdą­żyła odpo­wie­dzieć, zamknęła drzwi i prze­szła do następ­nego samo­chodu.

Julia pod­je­chała na par­king pół prze­cznicy dalej, sta­nęła i odwró­ciła się do Bena.

– Chcesz, żeby dziś mama weszła z tobą do środka, kotku? – spy­tała.

Na­dal zaska­ki­wało ją, że Ben kie­dy­kol­wiek dał się na to nabrać, na fał­szywą radość w jej gło­sie, przy­pad­kowo dobrane roz­bra­ja­jące czułe słówka. „Wyką­piemy się teraz, cukie­reczku?”. Ni­gdy go sama nie zapro­wa­dzała. Za wszelką cenę sta­rała się nie prze­kra­czać progu Kra­iny Łagod­no­ści. Zwy­kle prze­dzie­rała się przez kolejkę na pasie dla samo­cho­dów jak wal­czący z prą­dem łosoś, żeby ode­brać dziecko bez wcho­dze­nia w inte­rak­cje z ludźmi. Tęsk­nie rzu­ciła okiem na impo­nu­jący zarys budynku, ale była pewna, że nie pora­dzi sobie z zachłan­nym wścib­stwem innych rodzi­ców, gdy ona – matka-samot­niczka – będzie się pró­bo­wała zakraść z pła­czą­cym, pro­te­stu­ją­cym synem na rękach. Kiedy cudze dziecko źle się zacho­wy­wało lub miało napad zło­ści, wszy­scy patrzyli, ale uni­ka­jąc kon­taktu wzro­ko­wego, jak wtedy, gdy obcy czło­wiek prze­cho­dził zała­ma­nie psy­chiczne w metrze, z mie­sza­niną wyż­szo­ści i wścib­stwa, „dzięki Bogu, że to nie ja” plus „ooch, cie­kawe, co teraz zrobi”.

Sta­now­czo spoj­rzał na nią w lusterku wstecz­nym.

– Nie.

– Benji, pro­szę – ode­zwała się z roz­pa­czą. – Mama musi dziś jechać w parę miejsc.

„Mama musi dziś pobyć tro­chę sama, bo ina­czej doj­dzie do samo­za­płonu”.

– Nie – padło z tyłu i Julia oparła czoło o nagrzaną od słońca kie­row­nicę.

– Pro­szę – nie ustę­po­wała. – Prze­pra­szam, Ben, kocha­nie, pro­szę. Przy­kro mi, że tak się zacho­wuję, ale potrze­buję tro­chę pobyć sama.

Znowu się roz­pła­kała, a on razem z nią i było to jesz­cze strasz­niej­sze, ano­ma­lia, jakby pła­kał bar­dzo przy­gnę­biony doro­sły, a nie prze­mę­czone dziecko.

– Kocha­nie – powie­działa – moje kocha­nie.

Prze­do­stała się na tylne sie­dze­nie, prze­ska­ku­jąc kon­solę jak koń wyści­gowy, wypięła go z fote­lika i wcią­gnęła sobie na kolana. Wypła­kał wielką gra­na­tową plamę na jej tur­ku­so­wej koszulce. Gła­skała mięk­kie ciemne włosy swo­jego malut­kiego chłop­czyka. Prze­peł­niało ją poczu­cie winy, poczu­cie winy na naj­bar­dziej pod­sta­wo­wym pozio­mie, dla­tego że ta nie­moż­li­wie mała istota tak inten­syw­nie wyczu­wała jej nastroje, znała nie tylko angiel­ski i hisz­pań­ski na pozio­mie począt­ku­ją­cym, ale także szczyty i doliny chwiej­nego stanu emo­cjo­nal­nego wła­snej matki. Kiedy się uro­dził, przy­się­gała sobie raz po raz, że ni­gdy nie dopu­ści, by się o nią mar­twił, tak jak ona zawsze mar­twiła się o swo­ich rodzi­ców, ale wła­śnie tak się stało. Sama do tego dopro­wa­dziła.

– Prze­pra­szam, kocha­nie – powie­działa. Mocno ją objął. – Nie martw się o mamę – dodała, choć wie­działa, że to nie takie pro­ste i podej­rze­wała, że krzywda już się stała, że zawio­dła w swoim jedy­nym zada­niu. – Ni­gdy nie martw się o mamę.

– Mogę iść z tobą? – zapy­tał. Powoli się uspo­ka­jał, sku­piony na celu, patrzył na nią uważ­nie i mru­ga­jąc, strzą­sał łzy z dłu­gich rzęs.

Roze­śmiała się i poczuła pła­ski dysk jego rzepki, mały jak srebrna dola­rówka, pod mięk­kim mate­ria­łem minia­tu­ro­wych sztruk­sów.

– Idziemy na wagary, tygry­sku?

Przy­tak­nął z powagą.

– Pojedźmy gdzieś razem – zapro­po­no­wała i poczuła ulgę, gdy tylko słowa padły z jej ust, ponie­waż to nale­żało zro­bić, posta­wić swoje dzieci na pierw­szym miej­scu, bez względu na wszystko, bez względu na to, jak bar­dzo chciało ci się na chwilę urwać. – Ruszmy ku przy­go­dzie.

Znowu jechali, powoli poko­nu­jąc progi zwal­nia­jące na ulicy wio­dą­cej od Kra­iny Łagod­no­ści. Jak mogła nie chcieć go za sobą w fote­liku, swo­jego cudaczka, macha­ją­cego malut­kimi rącz­kami do muzyki? Lubili Sum­mer­te­eth, Lon­don Cal­ling i całą twór­czość Tal­king Heads. Lubili Deba­ser, Beer­can i Oh! You Pretty Things. Podo­bał im się cały Slan­ted and Enchan­ted, ponie­waż szybko prze­ska­ki­wał mię­dzy weso­ło­ścią a wrza­skiem. A Benowi odwa­lało za każ­dym razem, gdy sły­szał Bli­ster in the Sun i doma­gał się, żeby włą­czyła jesz­cze raz, gdy tylko się skoń­czyło. „Jesz­cze raz, mamo, jesz­cze raz, jesz­cze raz, ha, ha, ha, ha, ha”.

Kiedy wyje­chała na dwie­ście dzie­więć­dzie­siątą, naci­snęła przy­cisk, żeby zmie­nić płytę: Ple­ased to Meet Me, kolejny wspólny ulu­bie­niec. Ponow­nie spoj­rzała mu w oczy we wstecz­nym lusterku, teraz jako współ­winna, gdy pole­ciało I Don’t Know. Minęła już pora poran­nego szczytu. Prze­je­chali Medi­cal District, Con­gress Tun­nel, poko­nali mały korek na Jack­son, a potem byli już na LSD nad zamglo­nym jezio­rem. Jak mogła chcieć być tu bez niego?

– Are you guys still aro­und? – zaśpie­wała, gdy przy­szła jej kolej.

– I don’t know! – odpo­wie­dział Ben.

Miała wra­że­nie, że przed czymś ich uchro­niła – nie była pewna przed czym. Ponow­nie spo­tkała jego wzrok w lusterku wstecz­nym. Wie­działa, że zna­la­zła się na kra­wę­dzi, ale nie wie­działa, że za godzinę Helen Russo pojawi się w ogro­dzie bota­nicz­nym, by ją z tego stanu wypro­wa­dzić.

– What­cha gonna do with your lives?

– Nothin’!

Rozdział trzeci

Pod prysz­ni­cem, przed przy­ję­ciem uro­dzi­no­wym Marka, roz­ko­szuje się spo­ko­jem. Nie­długo przyjdą goście, sumien­nie wyrażą zachwyt wszyst­kim – ciast­kami kra­bo­wymi, tygry­simi liliami, minia­tu­ro­wymi, tro­chę kiczo­wa­tymi, ale sma­ko­wi­tymi pirac­kimi mie­czami, na które nadziała oliwki – i to samo w sobie, musi to przy­znać, jest pew­nego rodzaju cudem.

Pra­wie nikt z obec­nych przy­ja­ciół nie znał jej w tam­tych cza­sach. Zro­bili z Mar­kiem wszystko, co w ich mocy, by zacząć od nowa po tym, co wyda­rzyło się z Helen Russo, porzu­cili jak naj­wię­cej mate­rial­nych śla­dów życia, które zbu­do­wali i które zapro­wa­dziło ją do Helen Russo, zmie­niali domy, kon­takty towa­rzy­skie i rejony szkolne. Zasta­na­wiała się, czy w ogóle potra­fi­liby ją roz­po­znać, czy sama byłaby w sta­nie roz­po­znać sie­bie, w kom­plet­nym zastoju, prze­ra­żoną i cier­piącą na bez­sen­ność, kiedy cza­iła się na skraju placu zabaw, żeby mieć oko na Bena, a jed­no­cze­śnie uni­kać roz­mów z rodzi­cami, piła samot­nie wino na scho­dach do ogrodu, spała w samo­cho­dzie na par­kingu Whole Foods. I to były wtedy naj­ła­god­niej­sze z ówcze­snych dzi­wactw, nie potrafi skon­fron­to­wać się z więk­szymi wybry­kami z tam­tego czasu.

Życie Julii było takie inne, kiedy poznała Helen, bled­sze i smut­niej­sze, i trud­niej­sze. Ale to nie Helen pra­wie zruj­no­wała ich zwią­zek. Helen pchnęła naprzód pewne sprawy, nasta­wiła kilka klu­czo­wych try­bi­ków, puściła je w ruch, lecz to na Julii spo­czy­wała naj­więk­sza odpo­wie­dzial­ność, Julii, która popeł­niła błąd, ogromny i wie­lo­krot­nie, Julii, która miała zobo­wią­za­nia wzglę­dem Marka i Bena, ale uda­wała, że tak nie jest.

Wytrą­ciła ją z rów­no­wagi osoba, którą stała się dziś w obec­no­ści Helen, osoba, która mimo pra­wie sze­ściu krzy­ży­ków na karku, zdo­by­cia względ­nego powa­ża­nia i dwu­dzie­stu lat, które roz­grze­szyły ją z nie­dy­skre­cji, nagle znowu czuje się winna.

Nie powie­działa nic Mar­kowi. Oczy­wi­ście, że nie powie­działa nic Mar­kowi, cho­ciaż trzeba przy­znać, że odczuwa nie­od­partą ochotę, żeby komuś, komu­kol­wiek, powie­dzieć, co się wyda­rzyło. To taki sam przy­mus, jaki odczu­wała, kiedy była nasto­latką i pod­ko­chi­wała się w chło­paku: musiała wymie­nić jego imię nawet w naj­bar­dziej nija­kich i naj­mniej obie­cu­ją­cych oko­licz­no­ściach kon­wer­sa­cyj­nych, byle tylko je wypowie­dzieć i przy­po­mnieć przy­pad­ko­wej oso­bie, z którą roz­ma­wiała, że jego życie – choćby w naj­skrom­niej­szym stop­niu – zaha­cza o jej życie. „O, tak, Jona­than też lubi sok poma­rań­czowy”. Ale nie miała nikogo, komu mogłaby powie­dzieć. Pra­wie nikt z obec­nego życia nie ist­niał w tam­tym.

Wypusz­cza kłąb pary z łazienki, prze­biera się w zwiewną czarną sukienkę i zakłada sznur tur­ku­so­wych korali, które Mark kupił jej pod­czas podróży służ­bo­wej do San Fran­ci­sco. Suszy włosy, kiedy sły­szy przez hałas suszarki cha­rak­te­ry­styczny tenor Brady’ego Gri­mesa, i prze­klina pod nosem, bo potrze­buje jesz­cze pię­ciu minut, ale powinna też wie­dzieć, że Brady i Fran­cine poja­wią się wcze­śniej, ponie­waż zawsze przy­cho­dzą wcze­śniej, jakby bez­czel­nie chcieli potwier­dzić bli­skie rela­cje z Mar­kiem i Julią albo może zaak­cen­to­wać postawę wła­dzę-trzy­mamy-więc-w-dupie-was-mamy, „jeste­śmy tak bogaci, że kon­wen­cjo­nalne normy cza­sowe nas nie doty­czą”.

Mruga jak obłą­kana, wal­cząc z tuszem do rzęs, kiedy nagle w lustrze za jej ple­cami niczym dobro­tliwy mor­derca mate­ria­li­zuje się Ben.

– Och! – wyrywa jej się okrzyk, a pod lewym okiem zostaje rzą­dek minia­tu­ro­wych czar­nych zawi­ja­sków. – Jasna cho­lera. Hej, synku.

Odrywa długi kawał papieru toa­le­to­wego, staje na pal­cach, żeby cmok­nąć Bena w poli­czek, po czym pluje na zwi­nięty rulo­nik i wyciera twarz.

– Fajna koszula – zwraca się do odbi­cia syna w lustrze.

Dzieci odzie­dzi­czyły wzrost po ojcu – z rodu tycz­ko­wa­tych, ona sama ma metr sześć­dzie­siąt sie­dem i stale się kur­czy! – a Ben do tego też fleg­ma­tyczne opa­no­wa­nie Marka, pra­gnie­nie samo­kon­troli, cho­ciaż nie do końca mu się udaje, jak psu, który jesz­cze nie dorósł do swo­ich łap. Odwraca się i popra­wia mu koł­nie­rzyk. Z bli­ska wygląda na wyczer­pa­nego, dostrzega pusty wzrok, lekki zarost, a szczęka zagina mu się do kąta pro­stego doro­sło­ści. Jest na dru­gim roku stu­diów dok­to­ranc­kich z geo­fi­zyki, pra­cuje jako asy­stent pro­fe­sora, a ona cza­sami pró­buje sobie wyobra­zić, jak się pre­zen­tuje, gdy pro­wa­dzi zaję­cia.

– Kiedy ostat­nio spa­łeś? – pyta i z powro­tem odwraca się do lustra.

– Tak źle wyglą­dam?

Siada na brzegu wanny, ku zasko­cze­niu Julii, opiera się o wyło­żoną kafel­kami ścianę i posyła jej zmę­czony uśmiech, czym tak bar­dzo przy­po­mina jej Marka, że Julia zmu­sza się, by sku­pić wzrok na wła­snym odbi­ciu.

– Nie źle, tro­chę nie­wy­raź­nie.

– Nie­wy­raź­nie? – Gwiż­dże prze­cią­gle, bie­rze mały sło­iczek kremu złusz­cza­ją­cego i prze­kłada go z ręki do ręki. Dziwne, że jest z nią tutaj. To Alma była zawsze tym mniej samo­dziel­nym dziec­kiem, nawet w szczy­cie wre­doty nasto­let­niego buntu, ale Ben od małego był dość nie­za­leżny. Czę­sto wpada nie­pro­szony na wspólne oglą­da­nie meczu koszy­kówki albo koczuje kilka dni w swoim daw­nym pokoju, gdy do współ­lo­ka­tora przy­jeż­dża w odwie­dziny dziew­czyna, ale nie zda­rza mu się posia­dy­wać w ten spo­sób, zwłasz­cza sam na sam z matką w łazience. Julia zakręca tusz i zaczyna nakła­dać szminkę na usta.

– Wszystko w porządku, skar­bie? – zarzuca ostroż­nie, jak zawsze pod­czas wydo­byw­czych pod­cho­dów do ludzi, któ­rych uro­dziła.

Nie wymy­śliła, jak być dla niego mamą – w ogóle nie wymy­śliła, jak być i kropka – dopóki nie stał się pra­wie ukształ­to­waną istotą, więc ich inte­rak­cje, pozba­wione solid­nych pod­staw, mają ten­den­cję do roz­wi­ja­nia się na chy­bił tra­fił, nie­na­tu­ral­nie i tylko ze śla­dową szansą na suk­ces. Tym razem nie pomaga fakt, że sły­szy z dołu inne głosy dołą­cza­jące do Brady’ego.

– No – odpo­wiada Ben.

Wypada to słabo i nie­pew­nie, z nutą znaku zapy­ta­nia. Pod­czas gdy Alma jest wylewna i egzal­to­wana, Ben ni­gdy nie spie­szył się z wyra­ża­niem swo­ich myśli – czy to głę­bo­kich egzy­sten­cjal­nych obja­wień, czy pod­sta­wo­wych pre­fe­ren­cji – pozwa­lał im ska­py­wać jak mela­sie, nie­śmiało i leni­wie. Julii przy­po­mi­nają się te wcze­sno­po­ranne chwile w cza­sie, gdy był nasto­lat­kiem, kiedy wszy­scy spóź­nieni i w przed­wyj­ścio­wym szale zasty­gali w progu, jak ofiary uśpio­nego wul­kanu, w ocze­ki­wa­niu, aż zde­cy­duje, czy chce na dru­gie śnia­da­nie poma­rań­czę, czy banana.

Ściera papie­rem nad­miar szminki, nasłu­chu­jąc jed­nym uchem odgło­sów z dołu – Pari z zaan­ga­żo­wa­niem i gło­śno wyraża zachwyt nad kok­taj­lo­wymi mie­czami – i czeka.

– Tylko tro­chę… – Kręci głową.

– Co: tro­chę, kocha­nie? – pyta i natych­miast żałuje swo­jego tonu. Pospie­sza­nie Bena grozi tym, że wybije się go z rytmu, przez co będzie for­mu­ło­wał myśli dwa razy dłu­żej. – Kocha­nie – zaczyna, ale prze­rywa jej wrza­skliwe wezwa­nie Eriki, która brzmi, jakby już była pijana: „Julio! Wypeł­niam twoje obo­wiązki, ale nie możemy zna­leźć cam­pari!”.

W chwili, gdy przy­ja­ciółka wygła­sza tę kwe­stię, twarz Bena wraca do normy, jasny wzrok i zado­wo­le­nie z życia. Ich łatwiej­sze dziecko, przy­sto­so­wu­jące się do sytu­acji i odporne, czyli – no, nie lubi nad­uży­wać słowa: ide­alne, ale Ben jest temu bli­ski, i cho­ciaż kie­dyś mar­twiła się, że jego odpor­ność naro­dziła się z koniecz­no­ści, w wyniku adap­ta­cji rekom­pen­su­ją­cej jej oso­bi­ste mat­czyne nie­do­cią­gnię­cia, minęło dość czasu, aby można było stwier­dzić, że po pro­stu jest, jaki jest.

– Nic waż­nego, mamo – mówi Ben, a potem Mark woła: „Julku?”, a ona krzy­czy przez ramię: „Już idę!”, a w tym cza­sie Ben wstaje, wycho­dzi z łazienki na kory­tarz, a potem scho­dzi na dół, gdzie wszy­scy cze­kają.

Jakoś na prze­strzeni ostat­nich pięt­na­stu lat odkryła, że nie tylko potrafi być wspa­niałą gospo­dy­nią, ale w sumie zwy­kle bar­dzo to lubi, kiedy krąży w zwiew­nej sukience jak roz­tań­czony wom­bat, napeł­nia kie­liszki i zachęca do jedze­nia kana­pek. Lista gości na dzi­siej­szy wie­czór to pary, które pasują do nie­opi­sa­nego wzoru mate­ma­tycz­nego: jedna połowa pary zara­bia pie­nią­dze, druga reali­zuje się towa­rzy­sko lub arty­stycz­nie. Pari pra­cuje w inwe­sty­cjach, ale jej mąż, Alan, jest leka­rzem na pogo­to­wiu w Swe­dish Cove­nant. Ted jest głów­nym inży­nie­rem w Moto­roli, a Carol kie­ruje wydzia­łem opieki spo­łecz­nej w pry­wat­nym col­lege’u na połu­dniu stanu. Tim i Erica są obroń­cami z urzędu, ale Erica odzie­dzi­czyła małą fabry­kancką for­tunę. Z kolei Julia i Mark dosko­nale odnaj­dują się w swo­ich rolach – ona jest biblio­te­karką na pół etatu, pod­czas gdy Mark pobiera sowite wyna­gro­dze­nia w ele­ganc­kich biu­rach AllA­bo­ard Ven­tu­res przy State Street. Jest to uczciwa rów­no­waga mię­dzy czy­nie­niem dobra a rato­wa­niem twa­rzy, pre­cy­zyj­nie dobrana nuta, która wpa­so­wuje się mię­dzy zadu­fa­nie a hipo­kry­zję. Zazwy­czaj Julia ma łatwy dostęp do repo­zy­to­rium sym­pa­tii dla tych ludzi, przy­ja­ciół, ale dziś wie­czo­rem czuje, że zaczyna opa­dać z sił wcze­śniej niż zwy­kle.

– Mogę się odda­lić? – pyta Alma, która poja­wiła się obok jej łok­cia z afek­to­waną słu­żal­czo­ścią dic­ken­sow­skiej guwer­nantki. – Muszę się uczyć.

Spo­gląda Julii pro­sto w oczy, wyzy­wa­jąco, ponie­waż jest sobota, a ona zaczęła ostatni semestr liceum.

– Jasne – odpo­wiada Julia, ponie­waż boi się Almy. – Zabierz ze sobą Suzanne.

– Ben musi mi pomóc – teraz Alma już potęż­nie igra z losem – przy pro­jek­cie z przy­rody.

Ben spo­gląda znad ramie­nia sio­stry z nadzieją, doro­sły męż­czy­zna, któ­rego widziała wcze­śniej w lustrze, teraz znów jest dzie­się­cio­lat­kiem – chce wyjść i się poba­wić. A ponie­waż Julia cie­szy się, że rodzeń­stwo ma sie­bie nawza­jem, że się lubią, zga­dza się i patrzy, jak wycho­dzą przez kuch­nię, gdzie Alma zapewne zwi­nie kie­li­szek szam­pana.

Ktoś, chcąc naj­wy­raź­niej dopro­wa­dzić wszyst­kich do samo­oka­le­cze­nia, prze­łą­cza na Joni Mit­chell. Julia dolewa sobie wina.

– Prze­pra­szam na chwilę – mówi w prze­strzeń, do nikogo kon­kret­nie, i wymyka się do ogródka. Na dwo­rze jest chłodno, tym bar­dziej z zasko­cze­niem odkrywa, że nie jest sama: naj­pierw widzi zarys syl­wetki Brady’ego Gri­mesa, a potem Brady’ego w całej oka­za­ło­ści, uoso­bie­nie obli­czo­nego na efekt bogac­twa, uciąż­liwe gma­szy­sko z zegar­kiem Patek Phi­lippe na nad­garstku i wymyślną fry­zurą. Trzyma butelkę i naj­wy­raź­niej pociąga wino z gwinta. Wcze­śniej zro­biła złe zało­że­nie: przy­szedł sam i nie wyja­śnił ani sło­wem nie­obec­no­ści Fran­cine.

– Nie prze­szka­dzam? – pyta, a Brady pod­nosi na nią wzrok z paro­se­kun­do­wym opóź­nie­niem i sen­nie się uśmie­cha. Patrzy na nią, jak zwy­kle, o chwilę za długo.

– Mam kło­poty? – odpo­wiada pyta­niem i pokle­puje miej­sce obok sie­bie na podwój­nej huś­tawce. Jest naj­lep­szym przy­ja­cie­lem Marka od przed­szkola, a jed­nak na­dal, po nie­mal trzy­dzie­stu latach, Julia odczuwa przy nim skrę­po­wa­nie. – Mark cię przy­słał, żebyś mnie przy­wo­łała do porządku?

– Nie.

– Nie powin­naś zaba­wiać gości?

– Potrze­bo­wa­łam chwili odde­chu.

– Zupeł­nie tak jak ja.

– Od teraz zawsze będziesz pił wino pro­sto z butelki?

– Zosta­wi­łem szkocką w środku. I przy­po­mnia­łem sobie, że masz tu coś na kształt lodówki.

– Serio. – Julia wywraca oczami. – Czuj się jak u sie­bie. Gdzie Fran­cine?

Twarz mu pochmur­nieje, przez chwilę wal­czy ze sobą.

– Nie ma jej – mówi w końcu. – Wyje­chała.

– Wyje­chała?

– Jest w Philly – a potem dorzuca, jakby sobie coś przy­po­mniał. – W odwie­dzi­nach u rodzi­ców.

Pociąga z butelki.

– Slàinte. Za Marka.

– Za Marka.

Stuka kie­lisz­kiem w jego butelkę.

Brady nuci pierw­sze takty uro­dzi­no­wej pio­senki Beatle­sów.

– Mówił ci, że wczo­raj zamó­wi­łem do biura masa­żystkę? Pomy­śla­łem, że należy nam się tro­chę relaksu.

– Aż dziwne, że zro­bi­łeś coś zgod­nego z pra­wem.

Brady jest iry­tu­jąco zmyślny i prze­ra­ża­jąco sku­teczny, a do tego wybit­nie podatny na fana­be­rie dostępne tylko dla elit: relak­sa­cyjne ustro­nia w Rio, prze­loty heli­kop­te­rem nad świę­tymi ruinami, występy Poi Dog Pon­de­ring i Per­pe­tual Gro­ove na impre­zach fir­mo­wych. Jeź­dzi range rove­rem sport z naklejką „Wolny Tybet” na zde­rzaku.

– Zawsze jest dobry moment, by świę­to­wać uro­dziny naszego czło­wieka.

To „naszego” tro­chę ją nie­po­koi. Brady i Fran­cine to dwie pozo­stałe osoby na świe­cie, które znają Marka pra­wie tak dobrze jak ona i oboje kochają go dłu­żej. Ale podąża za spoj­rze­niem Brady’ego do domu, przez drzwi do salonu. Jej przy­stojny mąż w koszuli w drobną kratkę z wyra­zem sku­pie­nia na twa­rzy słu­cha, co ktoś mówi: tak naprawdę jest szczę­śliwa wyłącz­nie dla­tego, że może cie­szyć się z samego faktu jego ist­nie­nia.

– Tak, jest – potwier­dza.

– Kto by pomy­ślał, że dotrwamy aż dotąd – mówi Brady, a Julia czuje coraz więk­sze pode­ner­wo­wa­nie. Brady i Fran­cine jako jedyni spo­śród ich przy­ja­ciół byli przy nich w tam­tym cza­sie, cza­sie Helen. To z powodu Brady’ego i Fran­cine prze­pro­wa­dzili się naj­pierw do dziel­nicy Helen.

– Że co? – spy­tała wynio­śle, ale Brady nie zwró­cił uwagi na jej ton, odchy­lił się tylko do tyłu i wes­tchnął.

– Tak sobie myślę po pro­stu, jacy mło­dzi kie­dyś byli­śmy.

Niby nie­winna uwaga, nawet jeśli jed­no­cze­śnie okle­pana. Nie była skie­ro­wana do niej, wie o tym, ale w mroczną wewnętrzną prze­strzeń, nie­po­ko­jącą otchłań skry­wa­jącą się za wypie­lę­gno­waną fasadą Brady’ego, za ręcz­nie szy­tymi moka­sy­nami – jest obec­nie w fazie pro­ble­ma­tycz­nego-zawłasz­cza­nia-wschod­nich-kul­tur-po-dwu­ty­go­dnio­wym-poby­cie-w-Four-Seasons-w-Ban­ga­lore – i kło­po­tli­wie głę­boko roz­piętą lnianą koszulą.

– Mów za sie­bie – stwier­dza Julia.

– Prze­prasz­szam. – Świsz­czące seple­nie­nie jesz­cze bar­dziej zdra­dza, że jest nie­trzeźwy. – Aku­rat ty wyglą­dasz dokład­nie tak samo jak wtedy, kiedy cię pozna­łem.

Stara się nie czuć mile połech­tana kom­ple­men­tem.

– Dobra, dobra, casa­nowo.

– Ale cała reszta z nas sta­rzeje się na peł­nej kur­wie. Nie­koń­czący się pęd czasu. Era wycho­dze­nia z uży­cia.

– Mia­łeś to na stu­diach? Wpro­wa­dze­nie do filo­zo­fii na… gdzie to było? Gdzieś w India­nie. Nie mogę sobie przy­po­mnieć…

„Po czym poznać czło­wieka z Notre Dame”? Żart, który kie­dyś wymy­śliła Helen Russo. „Sam ci o tym powie”.

Brady chwieje się lekko obok niej, ponow­nie wzdy­cha.

– Sześć­dzie­siąt – mówi. – Moja kolej w maju.

Wydyma usta, a na czoło opada mu kosmyk wło­sów, przez co wygląda jak obra­żona czte­ro­latka.

– Chyba prze­cho­dzisz kry­zys lęku przed śmier­cią. Spoko, współ­od­czu­wam. Ja swój prze­szłam, jak mia­łam dzie­sięć lat.

Brady uśmie­cha się do niej.

– Och, Julio. – Odrzuca głowę w tył. – Total­nie mogę to sobie wyobra­zić.

Póź­niej, kiedy odpro­wa­dzili do drzwi wszyst­kich gości, zapa­ko­wali zmy­warkę, poże­gnali się z Benem i powie­dzieli „dobra­noc” Almie i Suzanne, która spała głę­boko pod koł­drą Almy, poszła za Mar­kiem do sypialni. Leżał wycią­gnięty na łóżku z zamknię­tymi oczami. Wygrze­bała z szu­flady dwa jaskrawe jedwabne szale.

– Hej – ode­zwał się. – O czym plot­ko­wa­li­ście z Bra­dym na dwo­rze?

– O tym, jaki jesteś wspa­niały.

– Tro­chę się o niego mar­twię.

– Unie­moż­li­wiasz mi relaks. – Julia siada przy nim na brzegu łóżka i kła­dzie mu rękę na nodze. – No i nie dałam ci jesz­cze uro­dzi­no­wego pre­zentu.

– Myśla­łem, że przy­ję­cie to pre­zent. – Otwiera oczy i uśmie­cha się do niej. – Kupi­łaś mi też słu­chawki.

Bie­rze go za rękę i deli­kat­nie wkłada mu szale w dłoń. Helen Russo, przy­naj­mniej pozor­nie, prze­su­nęła się na dal­szy plan, ustą­piła miej­sca codzien­nej orce zwią­za­nej z wycho­wy­wa­niem dzieci, wymianą oleju i wyso­kim pozio­mem cho­le­ste­rolu, gro­te­sko­wemu kra­jo­bra­zowi poli­tycz­nemu, zabie­ga­niu o wza­jemną akcep­ta­cję sta­rze­ją­cych się ciał i zaan­ga­żo­wa­niu na całe życie. Ale na­dal czuje się nie­pew­nie, a pra­gnie­nie zespo­le­nia się z nim w ten spo­sób – potwier­dze­nie cze­goś – spra­wia, że jest zde­ner­wo­wana.

– Co to? – pyta Mark.

Przy­gląda się sza­lom, jeden jest w geo­me­tryczny wzór, drugi w drobne, kolo­rowe koniki.

Pod­suwa mu ręce nad­garst­kami do góry.

– Coś dla odmiany.

– Mam cię zwią­zać? – Mark wbija w nią wzrok.

Cofa ręce.

– Skoro tak to ujmu­jesz.

Unosi z powąt­pie­wa­niem jeden szal i uważ­nie go ogląda.

– Hm.

Julia opada na poduszkę, teraz lekko zakło­po­tana.

– Pomy­śla­łam, że może być faj­nie.

Przy­gląda się jej uważ­nie.

– Ale jeśli nie chcesz…

– Tego nie powie­dzia­łem. – Schyla się i całuje ją. – Dobra. Jasne. Czemu nie.

Chwilę póź­niej klę­czy nad nią nie­pew­nie i wiąże supły.

– Tylko nie do końca rozu­miem… to tak jakby… nie za mocno?

– Nie, wcale nie.

– Tro­chę to nie­sto­sowne – mówi, kiedy nad­garstki Julii są unie­ru­cho­mione. Gła­dzi kciu­kiem i pal­cem wska­zu­ją­cym jeden z nich wzdłuż żył. – A jeśli Ollie wej­dzie?

– Trauma do końca życia. Ale zamknę­łam drzwi.

Unosi lekko głowę – oka­zuje się, że ramiona ma pod kątem zabój­czym dla ple­ców – i całuje go w pierś, kie­ruje pod­bró­dek w górę, ku jego twa­rzy. Mark całuje ją, a ona uważa ten poca­łu­nek za zdaw­kowy, ale chwyta jego wargę zębami i przy­ciąga do sie­bie.

– Kurwa, Julku, to boli.

Maca się po ustach, jakby szu­kał krwi.

– Doprawdy?

Deli­kat­nie opusz­cza bio­dra nad nią, patrząc z głup­ko­wa­tym roz­ba­wie­niem, jakby byli dziećmi na waga­rach.

– Tylko odro­binę.

– Dobrze.

Podoba jej się to uczu­cie – roz­cią­gnięta na łóżku, jak po spar­ta­czo­nym ukrzy­żo­wa­niu – cho­ciaż nie potrafi sobie wyobra­zić, jak teraz wygląda, z gęsią skórką na bla­dym, nagim ciele, przy­kryta czę­ściowo hipo­aler­giczną, śred­nio cie­płą koł­drą.

– Dalej nie ogar­niam, co mamy robić – zasta­na­wia się Mark.

– To, co zwy­kle. Zrób swoje, nor­mal­nie. Minus moje ręce.

– Mam zro­bić swoje?

Przy­myka oczy, liczy wde­chy i wyde­chy.

– Wiem, że mnie sza­nu­jesz. Ufam ci każdą komórką.

– Nie wie­dzia­łem, że inte­re­sują cię takie rze­czy.

– Wła­śnie. Kiedy ostat­nio czymś cię zasko­czy­łam?

– Nie musisz mnie zaska­ki­wać – mówi Mark. – Lubię cię taką, jaka jesteś.

– Ja cie­bie też. – Patrzy na niego uważ­nie. – Ufasz mi?

To nie było pyta­nie brze­mienne w pod­tek­sty, już nie. Już nie musi myśleć w ten spo­sób, co kie­dyś, a ponie­waż po połu­dniu nie był z nią w skle­pie – ponie­waż nie roz­po­znałby Helen Russo, nawet, gdyby tam był – uśmie­cha się do niej swo­bod­nie.

– Oczy­wi­ście, że tak.

– No to kochaj się ze mną. Wła­śnie tak.

– Dobra. Dobra, tylko muszę… muszę sobie tro­chę uła­twić. Nie jestem przy­zwy­cza­jony do takich… wra­żeń.

Całuje ją znowu, kła­dzie rękę na jej lewej piersi, prze­ciąga kciu­kiem po jej pra­wej brwi. Gdy układa się na niej, jego cię­żar jest jakiś inny, dziw­nie roz­ło­żony bez prze­ciw­waż­nej siły jej gór­nej czę­ści ciała.

– Dajesz.

– Nie uży­waj tego dzie­cin­nego tonu.

– Nie uży­wam.

– Ow­szem, tak.

– Nie wiem nawet, jak… dobra, po pro­stu… dajesz.

Wypusz­cza powie­trze z płuc i obniża głos o kilka oktaw.

– No, dajesz.

– Moja żona, Boris Kar­loff.

Roz­śmie­sza ją.

– Po pro­stu to zrób – prosi, a on robi, co do niego należy, wpraw­nie, wyko­rzy­stu­jąc tylko rucho­mość jej nóg i bio­der, aż w końcu ona docho­dzi, tak inten­syw­nie, że Mark musi uci­szyć ją ustami, szep­cząc, zdy­szany, ze śmie­chem w jej gar­dło:

– Niwe­czysz naszą kon­spirę.

– Naj­lep­sze życze­nia uro­dzi­nowe – mówi do niego póź­niej, kiedy już zasy­piają, a szale leżą na komo­dzie zło­żone w równe pro­sto­kąty.

– Dzięki – odpo­wiada jej we włosy, a ona zwija się przy nim skrom­nie, jak kre­wetka.

Nie ma zamiaru myśleć o Natha­nielu. Ni­gdy, odkąd tamto się skoń­czyło, nie myśli świa­do­mie o Natha­nielu, ale i tak cza­sami jej się to zda­rza. Zapach jego pościeli w prze­ro­bio­nej na domek gościnny powo­zowni, lawendy i potu, i to, co czuła, gdy śmiał się mię­dzy jej nogami. Sły­szy teraz w gło­wie jego głos: „Julia, Julia, Julia”.

– Julia. – Mark odci­ska cie­płe słowo na jej szyi.

– Hm? – Przy­suwa się do niego bli­żej i czuje sen w jego koń­czy­nach. Minęło tyle czasu, że nie musi tego mówić – że ją kocha.

Rozdział czwarty

Helen Russo pra­co­wała jako wolon­ta­riuszka w ogro­dzie bota­nicz­nym, miała długi, dopra­co­wany kucyk i była tak zachwy­ca­jąco miła dla Bena – wyja­śniła mu róż­nice mię­dzy kak­tu­sami i pozwo­liła nakar­mić z ręki młodą kapu­stą legwana noso­ro­giego – że Julia tro­chę się popła­kała, sto­jąc wśród bylin.

– Prze­pra­szam – powie­działa, kiedy zauwa­żyła, że Helen patrzy. – Nic mi nie jest.

– Zasta­na­wiam się – odparła Helen, wycią­ga­jąc z kie­szeni jedwabną chustkę z nadru­kiem – na ile to zapew­nie­nie jest zgodne z prawdą.

Podała jej chustkę, a Julia wzięła ją, śmie­jąc się lekko, z zawsty­dze­niem, bez­myśl­nie prze­tarła oczy i w tej samej chwili zdała sobie sprawę, ile musiał kosz­to­wać ten mate­riał. Ręka odsko­czyła jej instynk­tow­nie, jakby wła­śnie roz­ma­zała po całej twa­rzy atra­ment. Przyj­rzała się, był to Hermès, praw­do­po­dob­nie vin­tage, jedwab, kolor mor­ski, w lekko nie­przy­zwo­ite totemy ple­mienne.

– O Boże – powie­działa, ale Helen tylko mach­nęła ręką.

– Powin­nam spy­tać?

Nie była pewna, co odpo­wie­dzieć. „Tak, pytaj, pro­szę. Jestem total­nie poje­baną wariatką”. Praw­do­po­dob­nie mądrze było od czasu do czasu odkryć prawdę, wysta­wić ją na słońce. Ben kucał przy wybiegu legwana i śle­dził powolną wędrówkę zwie­rzę­cia, jego mały palec nawet nie doty­kał szyby, ponie­waż już w wieku trzech lat instynk­tow­nie potra­fił popraw­nie poru­szać się w świe­cie, w jakiś spo­sób samo­dziel­nie uczył się funk­cjo­no­wać jako istota ludzka, cho­ciaż jego matką była Julia, cho­ciaż ogród bota­niczny był trze­cim miej­scem, które odwie­dzili tego dnia, reali­zu­jąc obłą­kań­czy gra­fik aktyw­no­ści, po żywio­ło­wej wspi­naczce na fon­tannę wie­lo­ryba w parku i odwie­dzi­nach u Cap­ta­ina i Ten­nille, cho­mi­ków z biblio­teki, żyją­cych zapewne w kazi­rod­czym związku, a była dopiero dzie­siąta trzy­dzie­ści rano. Na samą myśl o tym, ile się jesz­cze miał cią­gnąć ten dzień, czuła się fizycz­nie chora – cho­ciaż Ben był zacie­ka­wiony i grzeczny, cho­ciaż była tak zmę­czona, że kusiło ją, by zapy­tać Helen, którą poznała sześć sekund wcze­śniej, czy mogłaby na kilka minut poło­żyć głowę na jej kola­nach i odpo­cząć. Helen – w płó­cien­nych spodniach z sze­ro­kimi nogaw­kami, ergo­no­micz­nych san­da­łach i dużych okrą­głych oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych przy­trzy­mu­ją­cych roz­wiane kosmyki lśnią­cego siwi­zną kucyka – miała wła­śnie takie kolana, kolana mamy, mat­czyną aurę, która spra­wiała, że chciała się oprzeć o nią całym cię­ża­rem, żeby się tro­chę wes­przeć.

– Jak tam, zło­ciutka?

Oczy­wi­ście, Helen należy do tych kobiet, które z łatwo­ścią zwra­cają się do obcych mat­czy­nym języ­kiem. W towa­rzy­stwie przed­szkol­nych rówie­śni­ków Bena Julię cofało, czuła się nie­zręcz­nie i mówiła do nich peł­nymi imio­nami – „Dzień dobry, Avo R.”. „Masz bar­dzo ładny ple­cak, Evan­ge­line. Nowy?” – jakby byli jej pra­co­daw­cami albo dygni­ta­rzami na krót­kiej wizy­cie, któ­rzy ocze­kują, aż zrobi na nich jak naj­lep­sze wra­że­nie.

– Nor­mal­nie się tak nie zacho­wuję – tłu­ma­czy Julia, nie pre­cy­zu­jąc, że w miej­scu publicz­nym. – Nie jestem… – Zaśmiała się cicho, pró­bu­jąc zacho­wy­wać się swo­bod­niej, bar­dziej jak udrę­czona gry­ma­śnica, a nie zwy­kła wariatka. – Ostat­nio nie sypiam zbyt dobrze i to jeden z tych… tych…

– Jeden z tych – powie­działa Helen poufale, ide­al­nie, kle­piąc ją po ramie­niu. – Dosko­nale je pamię­tam.

Stały wtedy z Helen ramię w ramię i patrzyły na Bena jak na ogło­sze­nie spo­łeczne, w typo­wej pozie nie­zna­ją­cych się rodzi­ców, obser­wu­ją­cych mecz piłki noż­nej minia­tu­ro­wych gra­czy.

– Są tacy słodcy w tym wieku, prawda? – stwier­dziła Helen i przy­klęk­nęła na jed­nym kola­nie obok Bena. – Ta młoda dama ma pra­wie czter­dzie­ści lat. – Wska­zała na legwa­nicę, a Ben zamru­gał zde­ner­wo­wany, z nabo­żeń­stwem. – Założę się, że jest star­sza od two­jej mamy.

Pod­nio­sła wzrok na Julię i puściła do niej oko, a Julia poczuła coś w rodzaju pod­nie­ce­nia, nie sek­su­al­nego, ale nie do końca. Nie pamię­tała, kiedy ostat­nio ktoś puścił do niej oko. Wypeł­niło ją to dziw­nym cie­płem współ­win­nego.

– Wieść nie­sie, że ich dłu­go­wiecz­ność zwią­zana jest z abs­ty­nen­cją i uni­ka­niem mięsa. Z chę­cią znio­sła­bym przy­naj­mniej połowę tego.

Znów spoj­rzała na Julię, a Julia się roze­śmiała, tak jakby, ale wtedy pod­szedł inny dzie­ciak, prze­pchnął się naprzód, odsu­wa­jąc Bena łok­ciem i puka­jąc w szybę dło­nią. Zasko­czony Ben pod­niósł się, pod­szedł do Julii i objął jej nogi, a choć ucie­szyła się, że ma go z powro­tem fizycz­nie przy sobie, jed­no­cze­śnie zachciało jej się pła­kać, w imie­niu wła­snego małego dziecka, które już na tym eta­pie z rezy­gna­cją pod­po­rząd­ko­wało się tym, któ­rzy mówili gło­śniej od niego.

– Dla­czego ma taką wielką głowę? – zapy­tało dziecko.

– Mogła­bym zapy­tać cię o to samo – odpo­wie­działa Helen, nie tra­cąc rezonu.

Dzie­ciak spoj­rzał na nią zdzi­wiony.

– Nie doty­kaj szyby, pro­szę – powie­działa. – Teraz jest kolej kogoś innego.

Wycią­gnęła rękę do Bena, który popa­trzył na Julię, ocze­ku­jąc sygnału zgody, po czym nie­pew­nie zro­bił krok naprzód, podał rękę Helen i pozwo­lił się zapro­wa­dzić na przy­na­leżne mu miej­sce przed żyjącą w celi­ba­cie legwa­nicą.

– Wra­ca­jąc do tematu – Helen zni­żyła głos, jakby byli z Benem sta­rymi przy­ja­ciółmi – to bar­dzo cha­rak­terny gatu­nek. Legwan może stra­cić cały ogon, a on mu odro­śnie, cho­ciaż nie jest to powód, żeby nara­żać go na kon­takt z małymi nean­der­tal­czy­kami, jeśli może go unik­nąć.

Julia patrzyła na nich – Helen spo­koj­nie dzie­liła się mało waż­nymi fak­tami, że legwany są rów­nież znane z tego, że potra­fią prze­żyć upa­dek z dużych wyso­ko­ści – świa­doma, że czuje jed­no­cze­śnie skrę­po­wa­nie i uko­je­nie. To ona powinna prze­pro­wa­dzać syna przez życiowe prze­szkody, uczyć go nauko­wych cie­ka­wo­stek, które miały rów­nież meta­fo­ryczny pod­tekst zarad­no­ści, odpor­no­ści i roz­woju oso­bi­stego, ale była wdzięczna, że nie musi tego robić dokład­nie w tej chwili, tak bar­dzo wdzięczna, że może stać z tyłu i patrzeć, jak ktoś inny robi to za nią.

– Masz do niego tyle cier­pli­wo­ści – powie­działa, gdy Helen pod­nio­sła się z przy­kucu.

– Lata doświad­czeń. Wycho­wa­łam piątkę wła­snych – odparła Helen.

Jej naj­gor­szy kosz­mar.

– O rany.

– Teraz już wszy­scy doro­śli, oczy­wi­ście tylko z nazwy, i trudno wykrze­sać z sie­bie cier­pli­wość, bo każdy jest inny. Twój wydaje się bystry.