Jak powietrze - Ana D'Adamo - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Jak powietrze ebook i audiobook

Ana D'Adamo

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

44 osoby interesują się tą książką

Opis

Książka uhonorowana nagrodą Premio Strega – włoskim odpowiednikiem Bookera – oraz Premio Strega Giovani. Poruszająca powieść, która natychmiast po premierze stała się bestsellerem. Subtelna, szczera, słodko-gorzka proza. Świadectwo narodzin autorki jako pisarki i jej odchodzenia, jako człowieka. „Jak powietrze to książka, która niczym ostry nóż zagłębia się w serce czytelnika. Precyzyjny i dobitny język idealnie oddaje bogactwo niełatwych uczuć zawartych w książce. Powieść, która na zawsze odmienia czytelnika, tak pełna życia, że zapiera dech w piersiach."

Elena Stancanelli, z prezentacji do nagrody Strega "Wspaniała książka. Cudowny dialog między matką a córką... Historia, którą powinien przeczytać każdy – prawdziwy dar, budzący wdzięczność i uśmiech."

Concita De Gregorio, „La Repubblica” "Istnieją wyjątkowe okoliczności, w których literatura „służy” temu, kto ją pisze i temu, kto ją czyta [...] co jest dobrą strategią przeciwko bólowi. Ale książka o bólu jest udana tylko wtedy, gdy jest również książką pełną szczęścia. Kiedy czytasz pierwszą stronę, wiesz od razu, że „Jak powietrze” to książka, która promienieje szczęściem."

Paolo Di Stefano, „Corriere Della Sera” "W tej książce jest piękno. I jest, mimo wszystko, światło i wdzięk. Jest to, co sprawia, że rozumiemy, że istoty ludzkie niosą w sobie nadzieję."

Loredana Lipperini, dziennikarka „La Repubblica” i prowadząca audycję radiową „Fahrenheit” w Rai Tre "Magiczna książka. Czytasz ją i myślisz, że nikt nie jest w stanie znieść tyle udręki, a jednocześnie wiesz, że, to nieprawda – dowodem są bohaterki i wiele innych osób, ponieważ ból jest nieodłącznym elementem życia."

Elena Stancanelli, „La Stampa” „Jak powietrze to nie tylko kronika codziennego życia w okopach, to nie tylko donos na nieprzerwany trud – to niewiarygodne, ale to także wspaniały hymn na cześć życia!"

Paola Severini Melograni, włoska prezenterka radiowa i producentka telewizyjna dla katolickiego dziennika „Avvenire” "Ta książka to hymn na cześć troski."

Laura Marzi, „Il Manifesto” „Jak powietrze to książka pełna blasku, jasna i pogodna."

Daria Bignardi, „Ora Daria” (Radio Capital Show) "W tej książce jest smutek, ale taki, który oznacza życie... Lektura obowiązkowa!"

Tiziana Panella (La7 Channel) "Trafia w samo serce!"

Nadeesha Uyangoda, „Internazionale” "Książka, której lektura rozświetla każdą stronę. [...] Powieść, którą dobrze jest mieć pod ręką, jak mały talizman."

Lisa Ginzburg, „Il Foglio” „Jak powietrze ma w sobie piękno. [...] Nieokiełznane i zaciekłe: piękno życia, które zostało ci dane. Piękno ciężaru, którego nigdy nie spodziewałaś się znieść."

Annalena Benini, dziennikarka i pisarka, dyrektorka Międzynarodowych Targów Książki w Turynie "Wystarczyło kilka stron, a może zaledwie kilka linijek, by zrozumieć, że to wspaniała literatura, i że czytam książkę, którą uznam za cudowną."

Francesco Piccolo, „La Repubblica”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 142

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 4 godz. 4 min

Oceny
4,6 (17 ocen)
12
4
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
magda883

Nie oderwiesz się od lektury

Dawno nic nie poruszyło mnie tak jak ta historia - matka nieuleczalnie chorego, niepełnosprawnego dziecka sama zapada na śmiertelną chorobę. Ta książka to list do córki, pożegnanie, to także świadectwo ich cierpienia, ich życia. Autorka zmarła krótko po wydaniu tej książki…
00
Balijka1976

Nie oderwiesz się od lektury

Siedzę i płaczę nad bohaterkami i nad sobą. Chociaż ja mam wciąż dużo szczęścia w mojej litanii chorób. Polecam.
00

Popularność




PORUSZAJĄCA, OSZCZĘDNA W SŁOWACH I DO BÓLU SZCZERA PROZA, KTÓRA OD RAZU PO PREMIERZE STAŁA SIĘ WYDARZENIEM LITERACKIM.

Słodko-gorzka opowieść o nadludzkiej sile, celebrująca każdy moment życia, który z perspektywy czasu jawi się jako prawdziwy dar.

Ada D’Adamo była tancerką baletową i znawczynią teatru, której życie wywróciły do góry nogami narodziny Darii, dotkniętej niepełnosprawnością córki wymagającej stałej opieki. Kilkanaście lat później, kiedy wydawało się, że nareszcie pogodziła się z losem i odnalazła w nowej niełatwej roli, usłyszała kolejną druzgocącą diagnozę, tym razem dotyczącą jej samej: zachorowała na raka piersi i rokowania nie były dobre. Nie poddała się jednak. Postanowiła napisać książkę – intymny list do ukochanej córki, w którym opowiada swoją, a także ich wspólną, historię.

W tej meandrującej między wspomnieniami a teraźniejszością prozie walka o przetrwanie toczy się równolegle z walką o właściwe słowa, by wyrazić to, co na pozór niewyrażalne. Codzienne zmagania i troski, żal i wstyd, złość i sekrety, ale także chwile wielkiej czułości, prostych radości i nieoczekiwanych małych prezentów od losu.

To piękne i wolne od łatwego sentymentalizmu świadectwo narodzin autorki jako pisarki i jej odchodzenia jako człowieka.

Proza, której lektura rozświetla każdą stronę. Książka, którą dobrze mieć pod ręką, niczym mały talizman.

LISA GINZBURG, „IL FOGLIO”

Jak powietrze to książka, która niczym ostry nóż zagłębia się w serce czytelnika. Precyzyjny i dobitny język idealnie oddaje bogactwo niełatwych uczuć. Tekst, który na zawsze odmienia czytelnika, tak pełen życia, że zapiera dech w piersiach.

ELENA STANCANELLI, Z PREZENTACJI DO NAGRODY STREGA

Istnieją wyjątkowe okoliczności, w których literatura służy zarówno temu, kto ją pisze, jak i temu, kto ją czyta. Tak właśnie stało się w przypadku Jak powietrze, co jest dobrą strategią przeciwko bólowi. Ale książka o bólu jest udana tylko wtedy, gdy jest również książką pełną szczęścia.

PAOLO DI STEFANO, „CORRIERE DELLA SERA”

W tej książce jest piękno.I jest, mimo wszystko, światło i wdzięk.Jest to, co pozwala nam zrozumieć,że istoty ludzkie niosą w sobie nadzieję.

LOREDANA LIPPERINI,DZIENNIKARKA „LA REPUBBLICA” I RAI TRE

ADA D'ADAMO

Urodzona w Ortonie w 1967 roku, studiowała w Państwowej Akademii Tańca w Rzymie, na wydziale sztuk performatywnych. Przez całą karierę zawodową obserwowała ludzkie ciała i analizowała naturę ciała w ruchu na współczesnej scenie artystycznej. Swoją wiedzę zawarła w wielu esejach na temat tańca i teatru.

Zmarła w 2023 roku w Rzymie, kilka dni po ogłoszeniu nominacji do nagrody Strega dla książki Jak powietrze.

Tytuł oryginału: COME D’ARIA

Copyright © Lit Edizioni s.a.s. 2023 All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2024

Polish translation copyright © Anna Osmólska-Mętrak 2024

Konsultacja merytoryczna: prof. dr n. med. Bogdan Ciszek

Redakcja: Piotr Królak

Ilustracja na okładce: © Alfredo Favi, Sospensione

Opracowanie graficzne wydania polskiego: Kasia Meszka / Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-8361-251-5

Książka dostępna także jako audiobook (czyta Maria Seweryn)

Wydawca

Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa

wydawnictwoalbatros.com

Facebook.com/WydawnictwoAlbatros|Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Konwersja do formatu EPUB oraz MOBI

Katarzyna Ossowska

woblink.com

Dla Alfreda, o szerokich ramionach, rękach z kamienia.

Ta książka jest prawdziwą historią, moją i Darii. Prawdziwe są nasze imiona i imiona osób, dużych i małych, które są nam bliskie. Wszystkie pozostałe imiona, w tym imiona dzieci, zostały zmyślone, ale słowa pozostają autentyczne.

A. d’A

Grawitacja

Birth is not so much a beginning

as it is an abrupt change in which suddenly

there are different factors than those in the womb,

and there is gravity.

STEVE PAXTON

Jesteś Daria. D’aria, czyli z powietrza. Apostrof zamienia cię w lekką, ulotną substancję. W twoim imieniu zapisany jest los, który nie czyni z ciebie ziemskiej istoty, bo nigdy nie poznałaś siły grawitacji wzywającej cię na ziemię. Grawitacji, której każdy nowo narodzony doświadcza, gdy tylko pojawia się na świecie. Grawitacji, którą tancerz zamienia w sztukę, gdy z ziemi unosi się do lotu i gdy ku ziemi powraca, by spaść i na nowo się podnieść. Ty nie znasz codziennej wspaniałości stania na nogach, tego „małego tańca” poruszającego każdym w pozornym bezruchu pionowego ciała. Ani nie wyobrażasz sobie tajemnicy ciężaru przenoszonego z nogi na nogę, który zamienia się w krok.

Ciebie dotyczy inna grawitacja: „stan, który budzi niepokój albo zapowiada niebezpieczeństwo”. Stan, który zawsze próbują określić dotyczące ciebie dokumenty: poważne upośledzenie, niedowidzenie w stopniu znacznym, poważne zaburzenie, zasiłek przy znacznym stopniu niepełnosprawności…

Niech ziemia – życie na tej Ziemi – będzie dla ciebie lekka, tego życzę sobie dla ciebie każdego dnia. Po wyrażeniu tego pragnienia następuje działanie, bo sama nadzieja nie wystarcza.

Jesteś Daria. Będziesz D’Aria, lekka jak powietrze.

Prolog

Trzeba opowiadać o cierpieniu,

by uwolnić się spod jego władzy.

RITA CHARON

Od jakiegoś czasu nie pamiętam już różnych rzeczy. Z trudem przypominam sobie imiona osób, mam problemy z artykulacją. „To menopauza”, mówi moja ginekolożka homeopatka.

Menopauza wywołana, ściśle mówiąc.

Hormonoterapia. Od prawie dwóch lat.

Rak piersi z przerzutami, czwarte stadium.

Naciekający rak przewodowy.

Pierś prawa, płat górny.

Przerzuty na kości na T6.

Jedno silne kichnięcie i… trach, kręg grzbietowy…

Nie, to nie był skurcz. Nie stało się to z powodu skończonej dopiero lekcji tańca ani wysiłku przy codziennym podnoszeniu twoich marnych dwudziestu kilogramów.

Zrozumienie tego zajęło mi sporo czasu.

Również po jednoznacznym wyniku tomografii mój umysł odmawiał rozwinięcia tego małego kłębka, który urósł mi w klatce piersiowej, i pociągnięcia za nitkę od przyczyny do skutku, by dotrzeć do rozerwanej w plecach tkanki. To, co powinnam po prostu zrobić, polegało na połączeniu przedniej części mojego ciała z tylną. A ja nie byłam do tego zdolna.

Jeden

W listopadzie 2016 r. trafiłaś do szpitala na kolejną, już trzecią, operację żołądka. Z tego powodu przegapiłam termin kontrolnego USG piersi. Liczyłam, że zajmę się tym zaraz po powrocie do domu, gdy wznowimy regularny rytm naszych dni: dom, szkoła, ośrodek rehabilitacji… Tymczasem zapomniałam – ja, która badałam się co sześć miesięcy i z dyscypliną żandarma robiłam naprzemiennie USG i mammografię.

Twój pobyt w szpitalu był dłuższy i bardziej męczący niż zwykle: operacja plastyki hamująca refluks, którą kilka lat wcześniej ci zapakowano (tak, tak się mówi w żargonie medycznym, jakby dno żołądka było pudełeczkiem na prezenty), zapadła się i trzeba ją było odtworzyć. Do tego doszła przepuklina przeponowa: należało ulokować żołądek we właściwym miejscu i dobrze go tam umocować, by uniknąć ponownego przesunięcia się w górę (jak zdarzyło się poprzednim razem), które zaszkodziłoby prawidłowemu działaniu układu oddechowego.

Godziny po operacji miałaś spędzić na intensywnej terapii, gdzie w nocy ja i tata nie mogliśmy przebywać. W tej sytuacji zyskaliśmy w dziwny sposób wolny czas, żeby wyjść ze szpitala i pójść coś zjeść. Przejechaliśmy samochodem kilka kilometrów dzielących nas od centrum małej nadmorskiej miejscowości. Ulice były opustoszałe; jedyna pizzeria, którą wskazał nam portier w szpitalu („Powiedzcie im, że ja was przysyłam”), była zamknięta z powodu urlopu. Zresztą był listopad, miesiąc zmarłych, a nad morzem martwy sezon par excellence. Zawróciliśmy do jedynego otwartego lokalu, czegoś pomiędzy barem a pubem, odwiedzanego przez nielicznych stałych klientów o rozmytym spojrzeniu, siedzących nad piwem albo szklaneczką Cynaru.

Nie był to pierwszy raz – i nie będzie ostatni – gdy siedzieliśmy tak naprzeciw siebie, gotowi oddać wszystko za kilka godzin snu, spragnieni gorącego prysznica i posiłku, który nie miałby formy kanapki. A jednak poczucie winy („Ona jest tam sama, na intensywnej terapii, a my tu, razem, będziemy sobie jeść”) nie było w stanie wypełnić do końca pustki w naszych głowach, oszołomionych niejasnym doznaniem wolności wywołanym tym niespodziewanym nocnym wyjściem we dwoje, które rozbijało codzienną rutynę odmierzaną dyżurami i obowiązkami.

Kiedy byłaś na sali operacyjnej albo na intensywnej terapii, nie mieliśmy do ciebie żadnego prawa, nie mieliśmy nic do powiedzenia. Ktoś inny monitorował twój sen, oddech, płacz. My, na zewnątrz, musieliśmy sobie radzić z oczekiwaniem. Robiliśmy symulację trwania różnych etapów – przygotowania, narkoza, operacja, wybudzanie – stawaliśmy przy zamkniętych drzwiach, patrzyliśmy pytająco, w milczeniu na przechodzące pielęgniarki. Aż w końcu jak wołanie z leśnej głuszy, gdzieś z mrocznych jam, docierał do nas twój niepowtarzalny płacz. Ktoś pilnie nas wzywał. Szybko, pospieszcie się! Kto z was wejdzie? Mama! I to o mnie, niczym uderzenie w twarz, rozbijał się krzyk twojego rozpaczliwego gniewu. Nigdy nie mówiłaś, ale mnie się zdawało, że słyszę twoje słowa: „Mamo, dlaczego mi to zrobiłaś?”.

Tata czekał na zewnątrz, nigdy nie byłam w stanie oszacować jak długo. Czasem pojawiał się obok mnie przy łóżku, w fartuchu, czepku i ochraniaczach na buty, i wtedy z trudem go rozpoznawałam. Przekupił pielęgniarkę dzięki tej swojej neapolitańskiej zaradności, która trochę mnie krępowała, ale którą w szpitalu skrycie błogosławiłam przy wielu okazjach, ja, która wstydziłam się o cokolwiek poprosić. Jego duże dłonie na twoich spuchniętych od płaczu oczach. „Kochana córeczko, zaraz ci przejdzie…”, szeptał.

Ale tym razem musieliśmy czekać na zewnątrz oboje, aż do następnego dnia. Tata ruszył niechętnie w stronę pensjonatu, a ja wróciłam na oddział, by dokonać gorzkiego odkrycia, że twoje miejsce było przeznaczone dla nagłych przypadków przywożonych z pogotowia ratunkowego. Brak łóżka dla ciebie oznaczał brak rozkładanego fotela dla mnie. „Przykro mi, proszę pani, na tę noc będzie musiała się pani jakoś urządzić”, powiedziała mi pielęgniarka oddziałowa, wskazując wyjście.

Dwa

Miesiące oczekiwania na ciebie spędziłam, pracując z zapałem nad książką dotyczącą teatru i niepełnosprawności. Musiałam zastanowić się nad układem tomu, zająć się redakcją tekstów, wybrać zdjęcia z bogatego archiwum. Książka opowiadała o funkcjonowaniu warsztatów integracyjnych, w których od lat biorą udział uczniowie z niepełnosprawnością i bez niej w rzymskich szkołach. W tamtych dniach czytałam świadectwa ludzi teatru, komentarze rodzin i samych dzieci/aktorów, komponowałam fotograficzne sekwencje twarzy zabawnych i wzburzonych, spojrzeń nieobecnych albo szalonych, drobnych gestów, po których następowały zdumiewające czyny. Upór artystów i impet uczestników przekonywały mnie, a nawet wzruszały.

Pozostawało jednak we mnie niewzruszone poczucie obcości i dystansu: „Spodziewam się zdrowej córeczki – powtarzałam sobie. – To wszystko nigdy nie będzie mnie dotyczyło”. Myślałam, że proste przekonanie, iż nie chcę mieć dziecka z niepełnosprawnością („Nie wiedziałabym, co robić, nie byłabym zdolna do wychowania takiego dziecka”, mówiłam sobie stanowczo), wystarczy, by uchronić mnie przed podobną ewentualnością. „No i jest przecież amniopunkcja i ultrasonograficzna ocena budowy płodu: te badania pozwalają dowiedzieć się wszystkiego z wyprzedzeniem i w razie czego zdecydować się na aborcję terapeutyczną”.

Czasem, kiedy na ciebie patrzę, przypominam sobie twarze tamtych dzieci, ich codzienne maski. Wyobrażam sobie, że któregoś dnia to ty mogłabyś wcielić się na scenie jakiegoś teatru w Małą Syrenkę na wózku, a ja siedziałabym na widowni, by cię oklaskiwać. Myślę, że kiedy pisałam, twoje wykrzywione i roześmiane spojrzenie wyzierało już ze stronic tamtej książki. I że teraz również my stanowimy część tej wielkiej rodziny.

Kiedy masz niepełnosprawne dziecko, chodzisz w jego zastępstwie, widzisz zamiast niego, wjeżdżasz windą, bo ono nie może wchodzić po schodach, jeździsz samochodem, bo ono nie może wsiąść do autobusu. Stajesz się jego rękami i jego oczami, jego nogami i jego ustami. Zastępujesz jego mózg. I stopniowo, dla innych, sam stajesz się w końcu trochę niepełnosprawny: niepełnosprawny per procura.

Jestem pewna, że właśnie z tego powodu wiele osób zwraca się do mnie twoim imieniem. To częsty lapsus, nieuchronny proces identyfikacji. Spędzanie wielu godzin własnego życia w szpitalach, ośrodkach rehabilitacyjnych, placówkach podstawowej opieki zdrowotnej, w towarzystwie lekarzy, pielęgniarek, fizjoterapeutów, rodzin osób z niepełnosprawnościami przyspiesza tylko proces zastępowania tożsamości. Nie jestem sobą, jestem „mamą Darii”. A wręcz jestem po prostu „mamą” i tyle. Wejście na korytarze szpitalne oznacza za każdym razem zrzucenie własnej skóry, by stać się wyłącznie mamą. W taki sposób nazywają nas pielęgniarki. Nie „pani”. „Mama”. Już nie kobieta, już nie osoba, a jedynie rola, pełniona przez ciebie funkcja. Zresztą my same, matki, też właśnie tak o sobie mówimy.

„Swędzi cię? Mama cię podrapie” – mówi Tatiana, która w nocy leży obok nieprzestającego płakać małego Lorenza na łóżku naprzeciw twojego. Boli cię? Mama cię pomasuje. Gorąco ci? Mama cię powachluje. Zimno ci? Mama cię przykryje. Piecze? Mama podmucha. Chce ci się spać? Mama cię ukołysze. Nie śpisz? Mama ci opowie. Płaczesz? Mama cię pocieszy.

Poczekalnie są miejscami spotkań. Matki i dzieci, czasem ojcowie. W dzieciach widzę na nowo ciebie malutką albo obraz ciebie w najbliższej przyszłości. W towarzyszących im kobietach sama przeglądam się jak w lustrze. Odnajduję w nich fragmenty mnie, w takiej samej mierze dowody odwagi, jak i chwile słabości.

W parach dostrzegam hierarchie i role, stosunki siły i wzajemne zależności. Czasem to, co widzę, budzi we mnie przerażenie. Kobiety w depresji, z nadwagą, uczepione paczek z czipsami i napojów gazowanych, wiecznie w dresach i tenisówkach. Kobiety z podkrążonymi od bezsenności oczami, z rękami noszącymi ślady po zadrapaniach i ugryzieniach będących dziełem ich dzieci, z włosami, które od miesięcy nie widziały fryzjera. Albo przeciwnie, matki bohaterki: te z supermocami, z perfekcyjnym makijażem, doskonale ubrane o każdej porze dnia, które nie tracą kontroli, nie okazują najmniejszych przejawów załamania. I jeszcze matki hieny, wciąż wkurzone, zawsze na upatrzonych pozycjach, bo „biada temu, kto tknie moje dziecko”. Czy wcześniej też takie były? A jaka ja byłam wcześniej? I jaka się stałam? Nie chcę być jak one.

W poczekalniach, w obliczu cierpienia innych, rany otwierają się na nowo. Moja udręka jest ich udręką, podniesioną do entej potęgi. Początkowo nie byłam w stanie jej znieść. Spędzałam szpitalne dni na płaczu, zasłonięta ciemnymi okularami, podczas gdy przede mną roztaczało się piekło.

Niektóre postaci wryły mi się w pamięć na zawsze.

Dziewczyna na wózku, która nieustannie gryzie sobie prawą rękę, a matka próbuje ją powstrzymywać, raz, dziesięć, sto razy. Na dłoni fioletowy krwiak.

Chłopczyk, który wyje w regularnych odstępach. Niczym wilk. Jak to jest mieć w domu wilka, który przez cały dzień wyje?

Głuchoniema dziewczynka prycha. Wiem, że to jej strategia, by siebie usłyszeć, ale nie mogę tego wytrzymać, to silniejsze ode mnie. Jak można przez cały dzień znosić tak dokuczliwy dźwięk? Co bym zrobiła, gdyby trafiło to na mnie?

Para rodziców, ona około pięćdziesiątki, on starszy. Dorastająca córka w pozycji półleżącej na wózku, pod brodą wielki śliniak, termos wypełniony jakimiś zmiksowanymi pomyjami. Matka – na nogach czółenka na niskim słupku – na przemian podaje łyżką papkę i wyciera usta córki. Po posiłku ojciec – z całkowicie białą czupryną – obsypuje ją niekończącymi się pieszczotami. Podział zadań, równowaga, którą najmniejsza drobnostka może zburzyć. Widziałam to dziesiątki razy: kłótnie o rękaw piżamy włożony na lewą stronę, źle ułożoną poduszkę, muśniętą niechcący kroplówkę. Ileż oskarżeń napiera na cienką błonę ciszy, gotowych wytrysnąć na zewnątrz strugą wymiocin, zdetonowanych przez nieprzespane noce. Nasza trójka siedzi naprzeciw tego starszego tercetu. Widzę nas troje niczym odbicie w lustrze, w niezbyt odległej przyszłości, kiedy nasze oczy będą trochę bardziej zgaszone niż dzisiaj. Jak oczy niskiego słupka, białej czupryny i papki naprzeciw nas. Ogarnia mnie przygnębienie; patrzę na twojego tatę i wiem, że on też nas tak widzi, tam naprzeciwko, odbitych w oczekującym nas jutrze. Obejmujemy się jak dwójka rozbitków skazanych na przetrwanie.

Pamiętam też Morticię i Ludzika Michelina, mamę i syna. Ona chuda jak patyk, cała na czarno, z pomalowanymi na ciemno oczami, bardzo jasną cerą, gładkimi kruczoczarnymi włosami. On ośmiolatek, ogolona głowa, napuchnięty od kortyzonu, siedzący na łóżku naprzeciw naszego. Odrabia lekcje. Ma raka mózgu i czekając na śmierć, odrabia lekcje. Nie gra na playstation, nie kaprysi, nie słucha muzyki, nie skarży się. Nie: odrabia lekcje w porządnie prowadzonym zeszycie i robi wszystko, żeby nie przeszkadzać.

W nocy, w szpitalu, spanie jest dla mnie prawie niemożliwe: jeśli mam szczęście, zasnąć nie pozwalają mi problemy innych; ale najczęściej to ty czujesz się źle i mnie potrzebujesz. Dzień zdaje się nigdy nie nadchodzić. Podczas jednego z takich przebudzeń wstaję z rozkładanego fotela i widzę Ludzika Michelina w półmroku naprzeciw mnie. Usiadł na łóżku i patrzy na mnie wzrokiem, którego nigdy nie zapomnę. Milczący mały Budda, nieprzenikniony sfinks. Nic nie mówi, nie rusza się, nie uśmiecha, prawie nie oddycha. Nie chce robić kłopotu, nie chce obudzić matki, martwi się o nią. Ta samokontrola, ta świadomość własnej sytuacji przerażają mnie. To istota pozaziemska. Przed opuszczeniem szpitala obejmuję Morticię. Jakże inaczej wygląda z bliska. Jej oczy są przejrzystą jasną wodą, w której można by utonąć po przekroczeniu czarnego brzegu zbyt ciężkiego makijażu. Żegnam się z jej dzielnym dzieckiem, dobrze wychowanym, pilnym uczniem. Widzę go już, jak wyrusza w stronę innego świata.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej