Jak mniej myśleć. Dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych - Christel Petitcollin - ebook
Opis

• Za dużo myślę. • Moi bliscy mówią, że jestem zakręcona i że zadaję sobie za dużo pytań. • W mojej głowie stale coś się kłębi – czasem marzę o tym, żeby wcisnąć wyłącznik umysłu. • Mam wrażenie, że jestem z innej planety. • Nie mogę sobie znaleźć miejsca. • Czuję się niezrozumiany. Czy chociaż jedno z tych zdań opisuje właśnie ciebie? Jeśli tak, prawdopodobnie rozpoznasz się w profilu osoby nadwydajnej mentalnie. Cóż, bycie nadwydajnym bywa naprawdę męczące, ale twój mózg – właśnie ten, który myśli zbyt wiele – to prawdziwy skarb. Jego subtelność, złożoność i szybkość, z jaką działa, są naprawdę zdumiewające, a pod względem mocy można go porównać z silnikiem Formuły 1! Ale bolid wyścigowy nie jest zwykłym samochodem. Gdy prowadzi go jakiś niezdara, może się okazać kruchy i niebezpieczny. Potrzebuje kierowcy najwyższej klasy i toru na swoją miarę, by wykorzystać swój potencjał. Do tej pory to mózg wiódł cię po wertepach. Czas jednak, abyś przejął stery, i to już od dziś. Dzięki tej książce nauczysz się wykorzystywać niezwykłe możliwości swojego umysłu, który do tej pory wydawał się nie do ogarnięcia! A do tego poczujesz ulgę i wreszcie odetchniesz pełną piersią, akceptując siebie i swój fantastyczny umysł.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 201

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Przedmowa

Przedmowa

Camille jest mniej więcej dwudziestoletnią studentką. Trafiła do mnie z powodu „braku pewności siebie”. Gdy tylko zaczyna mi wyjaśniać swój problem, emocje biorą górę. Zagryza wargi, przyciska pięść do ust, z trudem powstrzymuje łzy, nieustannie przeprasza za swoją nadwrażliwość, a zarazem rozpaczliwie próbuje wziąć się w garść i wrócić do swojej opowieści. Z tego, co mówi, powoli wyłania się obraz błyskotliwej i twórczej młodej kobiety, niemającej na swoim koncie poważniejszej porażki. Przeciwnie, ku swojemu niekłamanemu zdumieniu, kolejno zalicza akademickie semestry. Obiektywnie wszystko układa się dobrze, a mimo to z biegiem czasu coraz bardziej wątpi w siebie. Inni studenci w miarę postępów w nauce nabierają zaufania do swoich możliwości, utwierdzają się w wyborze kariery i powoli znajdują sobie miejsce w społeczeństwie. Camille zaś coraz częściej czuje, że nie jest na swoim miejscu, i zastanawia się, czy wybrała właściwy kierunek. Narasta w niej poczucie, że się samooszukuje.

Także w życiu towarzyskim czuje się inna niż koledzy. Ich zainteresowania i tematy rozmów, jakie prowadzą, odstają od wszystkiego, co jej wydaje się naprawdę ważne i ciekawe. Niejednokrotnie podczas wieczornych spotkań w jej umyśle powstaje nagle dziwny rozdźwięk. Ni stąd, ni z owąd zaczyna się zastanawiać, co tu właściwie robi i dlaczego udział w tym błahym wydarzeniu, gdzie dominuje powierzchowność, wydaje się sprawiać innym tyle radości. Wesoła atmosfera tak naprawdę jest sztuczna. Wtedy Camille pragnie tylko jednego: czym prędzej wrócić do domu.

Już od dawna próbuje zrozumieć, co z nią jest nie tak. Osaczają ją wątpliwości i pytania, a w głowie wirują najdziwaczniejsze myśli. Czuje potęgujące się zniechęcenie i lęk. Stąd już tylko krok do depresji.

Camille bynajmniej nie jest przypadkiem odosobnionym. Podobnie jak ona, przychodzą do mnie na wizytę osoby w różnym wieku, które mają to samo wrażenie, że nie pasują do otoczenia, a ich niska samoocena prowadzi do „przegrzania” umysłu.

Ta książka, jak wszystkie poprzednie, w głównej mierze jest owocem mojej praktyki. Godziny, jakie spędziłam na rozmowach z ludźmi opowiadającymi o sobie, złożyłyby się na całe lata. Już od siedemnastu lat słucham, obserwuję i usiłuję zrozumieć każdego.

Nauczyłam się uprawiać coś, co twórca analizy transakcyjnej Eric Berne nazywa „słuchaniem marsjańskim”. Jak zepsuty magnetofon, uszy rejestrują niektóre wyrazy czy fragmenty zdań tak, że brzmią głośniej niż inne. Ten osobliwy sposób słuchania pozwala wyizolować z całej wypowiedzi istotne słowa, kluczowe zdania czy główne przesłanie.

Moją uwagę coraz częściej przyciągały lapidarne stwierdzenia, raz po raz powtarzane przez niektóre osoby:

Za dużo myślę.

Moi bliscy mówią, że jestem zakręcony i że zadaję sobie za dużo pytań.

W mojej głowie stale coś się kłębi. Czasem chciałbym wyłączyć umysł i nie myśleć już o niczym.

Później ten profil uzupełniły kolejne zdania:

Mam wrażenie, że jestem z innej planety.

Nie mogę sobie znaleźć miejsca.

Czuję się niezrozumiany.

I tak od jednej wypowiedzi do drugiej w moim umyśle kształtował się typowy obraz człowieka, który za dużo myśli. Coraz bardziej usiłowałam dociec, co powoduje cierpienia tych ludzi i, na szczęście, zaczęłam znajdować i proponować im jakieś rozwiązania. Odkąd postanowiłam napisać tę książkę, wykorzystuję uzyskiwane od nich informacje. Zawsze mam w zanadrzu jakieś pytanie, które im stawiam, aby lepiej ogarnąć psychikę i funkcjonowanie takich osób, by zrozumieć hierarchię ich wartości i motywacje, a że jedną z ich podstawowych potrzeb jest dzielenie się wiedzą, zawsze starają się mi ją przekazać. Ta książka wiele im zawdzięcza i za to gorąco dziękuję.

Kto mógłby sądzić, że z powodu własnej inteligencji można cierpieć i być nieszczęśliwym? A jednak ludzie „myślący za dużo” właśnie na to się skarżą. Zresztą nie uważają się za inteligentnych. Poza tym mówią, że umysł nie daje im chwili wytchnienia, nawet w nocy. Mają po dziurki w nosie tych wątpliwości, pytań, wyostrzonej świadomości, nadmiernie rozwiniętych zmysłów, którym nie umknie najmniejsza błahostka. Chcieliby wyłączyć swój umysł, ale szczególnie cierpią, ponieważ czują się inni, a dzisiejszy świat nie rozumie ich i rani. Dlatego często twierdzą: „Jestem nie z tej planety!”. Nurtujące ich myśli wywołują nieskończone ciągi skojarzeń, a z każdej nowej wytryskują następne. Ich umysły pracują na zbyt wysokich obrotach. Chcąc nadążyć za strumieniem własnej świadomości, jąkają się lub milkną, zniechęceni nadmiarem informacji. Słowa siłą rzeczy redukują pojęcia i nie mogą odtworzyć subtelnej złożoności myśli tych ludzi. Im zaś najdotkliwiej brak pewników, w których mogliby znaleźć oparcie. Nieustannie wszystko kwestionują, toteż ich system przekonań jest równie niestały i niepokojący jak ruchome piaski. A najbardziej krytyczni są wobec samych siebie: „Dlaczego inni nie dostrzegają tego, co mnie się rzuca w oczy? A może to ja rozumiem wszystko opacznie? Może to ja nigdy nie mam racji?”.

Wrażliwość, emocjonalność i uczuciowość są oczywiście proporcjonalne do inteligencji. Ci ludzie to prawdziwe butelki z nitrogliceryną. Przy najmniejszym wstrząsie wybuchają – wściekłością czy frustracją, ale najczęściej popadają w smutek. Przecież na tym świecie tak bardzo brak miłości! Rozdarte między radykalnym idealizmem a trzeźwą przenikliwością, osoby te stają wobec wyboru: zamknąć się w sobie lub zbuntować. Dlatego stale oscylują między zmysłowymi marzeniami a przygnębiającymi konstatacjami, między naiwnością a rozpaczą. Nie spodziewają się pomocy, bo zdają sobie sprawę, że niczyja dobra wola nie rozwiąże ich problemu. Rady otoczenia zamiast pomagać, jeszcze bardziej ich pogrążają. Mniej się zastanawiać? Tego właśnie najbardziej by chcieli! Ale jak to osiągnąć? Pogodzić się z niedoskonałością świata? Przecież to niemożliwe!

Poradzić się psychiatry czy psychologa też nie jest łatwo. Obawiają się, niestety nie całkiem bezpodstawnie, że zostaną uznani za wariatów. Jak ludzie o funkcjonującym normalnie umyśle mogliby się uporać z tak nieprzeciętną aktywnością mentalną? Stosowane w psychologii siatki analityczne tę subtelną, a zarazem potężną myśl kroją na kawałki i klasyfikują jako nienormalną, patologiczną. Już od czasów szkolnych nadwydajni mentalnie przysparzają kłopotów. Są uważani za nadaktywnych i niezdolnych do skupienia, ponieważ ich nastawione wielozadaniowo mózgi nudzą się wykonywaniem tylko jednej czynności naraz. Ich posiadacze zdają się tylko prześlizgiwać po informacjach, podczas gdy naprawdę potrafią nadzwyczaj szybko zgłębiać jednocześnie kilka tematów. Całe litanie „dys-”, jakimi byli dręczeni, ugruntowały w nich przekonanie, że mają skrzywiony umysł: dysleksja, dysortografia, dyskalkulia, dysgrafia…1 Gdy dorosną, łatwo mogą zostać zdiagnozowani jako osobowości borderline, chorzy na schizofrenię, dotknięci chorobą dwubiegunową czy psychozą maniakalno-depresyjną. Właśnie tam, gdzie ludzie nadwydajni mentalnie, szukając rozwiązań, liczą na pomoc, znajdują jeszcze mniej zrozumienia: przypina im się łatkę osób dysfunkcyjnych. Tymczasem najbardziej potrzebowaliby czegoś przeciwnego, by móc zrozumieć samych siebie i zaakceptować takimi, jakimi są: wcale nie są dysfunkcyjni, tylko po prostu odmienni.

Zresztą nadwydajność mentalna nie została jeszcze szczegółowo opisana i dlatego nie istnieje jednoznaczne określenie na to zjawisko. Można by użyć terminów „nieprzeciętnie zdolny” albo „o wysokim potencjale intelektualnym”, jednak są one już tak wyświechtane, że brzmią pretensjonalnie. Jest to sprzeczne z wartościami, jakie przedstawiają sobą ludzie nadwydajni mentalnie. Aspekt „bardziej niż inni” tych sformułowań zdecydowanie im nie odpowiada. Znacznie chętniej przystają na „nadwydajność mentalną”. W ich oczach ten termin odzwierciedla nękające ich rozgorączkowanie i nadaktywność umysłu. Podoba im się również pojęcie „dominująca prawa półkula mózgu”, bo wprawdzie nie chcą sobie przypisywać inteligencji wybitnej, ale chętnie przyznają, że w ich przypadku jest ona osobliwa. „O tak, jedno jest pewne: myślę inaczej niż wszyscy!” – to jedno ze znamiennych zdań, jakie często słyszę. Co więcej, trudności ze znalezieniem, a zwłaszcza z zaakceptowaniem najtrafniejszego określenia, świadczą o ich ogromnej potrzebie precyzji. Przede wszystkim jakieś słowo prawie nigdy nie może być dokładnym synonimem innego, bo każde ma wydźwięk indywidualny. Ponadto nie sposób wyrazić jednym słowem, kim są. Cóż więc robić? Jeanne Siaud-Facchin, autorka L’enfant surdoué2 zrezygnowała z określenia „nieprzeciętnie zdolny” i aby zdefiniować taką osobę, użyła wyrazu „zebra”. Wybór okazał się trafny: zebra jest zwierzęciem nietypowym, nieposkromionym, wyjątkowym, które potrafi wtopić się w krajobraz. Skoro już jednak jesteśmy przy metaforach zaczerpniętych ze świata zwierzęcego, nie możemy pominąć cech psich takich osób: wierności, lojalności, przywiązania i zdolności do poświęceń; kocich: delikatności, podejrzliwości i wyostrzonych zmysłów; czy wielbłądziej: niewiarygodnej wytrzymałości. Ale przede wszystkim ludzie ci przypominają chomiki, niezwykle szybko przebierające łapkami w kołowrotku!

Stowarzyszenie Ochrony Osób Obarczonych Nadwydajnością Mentalną (Groupement Associatif de Protection des Personnes Encombrées de Surefficience Mentale, GAPPESM) nazywa ich PESM. Jest to niewątpliwie dość dokładne określenie, obrazujące ich sytuację, ale przecież nie wszyscy czują się czymkolwiek obarczeni. Mimo że doceniam przydatność tego skrótowca, nie bardzo sobie wyobrażam jego używanie, gdyż brzmi niezbyt melodyjnie. Być nadwydajnym to jednak nie to samo, co być PESM! Chętnie nazwałabym ich nieprzeciętnie zdolnymi, bo obiektywnie biorąc, jest to termin najwłaściwszy, ale jeśli zacznę mówić o nieprzeciętnych zdolnościach, wielu moich czytelników zniechęci się i czym prędzej zamknie książkę. Inni zauważą, że gdyby ludzie, o których mowa, byli naprawdę inteligentni, potrafiliby przystosować się do społeczeństwa. Jednak żaden z nadwydajnych nie rozpozna siebie w stereotypie, jaki dziś jeszcze kojarzy się z osobą o wybitnych zdolnościach: błyskotliwe, zarozumiałe dziecko, prymus pouczający wszystkich w klasie. To ich całkowite przeciwieństwo!

Jako że lubię nazywać rzeczy po imieniu, gdy tylko odkryłam zjawisko nadwydajności mentalnej, upodobałam sobie termin „nieprzeciętnie zdolny” i bez umiaru obdarzałam nim swoich pacjentów z tą przypadłością. W tym ferworze zapominałam o ich ogromnej wrażliwości. Kilkoro z nich zdeprymowałam, innych wprawiłam w panikę, a niektórzy nawet uciekli w podskokach. Korzystam z okazji, by w tej książce wszystkich prosić o wybaczenie. Dziś formułuję swój komunikat bardziej oględnie, napomykając o nietypowym okablowaniu neurologicznym czy o dominującej prawej półkuli mózgu. Nawet ta informacja jest szokująca. Wprawdzie ludzie ci są świadomi swojej odmienności, jednak trudno im obiektywnie zmierzyć się z tą rzeczywistością.

Długo szukałam słowa, które syntetycznie ujęłoby ten profil. Z paroma bliskimi osobami kilka razy urządziliśmy burzę mózgów. W pewnym momencie ubawiły nas określenia „ADSL” i „wysoka przepustowość”, później omal nie zdecydowałam się na „spiderminda”, zarówno z powodu bystrości umysłu, jak i myśli rozpinającej się na podobieństwo pajęczyny. W końcu jednak termin „nadwydajny” okazał się najbardziej właściwy i najprostszy: wydaje mi się kompromisowy i choć nie jest całkiem zadowalający, nie wywołuje u nikogo poważnej blokady psychicznej. W każdym razie ta książka ma na celu nie przykleić ci jakąś etykietkę, lecz pomóc zrozumieć i zaakceptować siebie takim, jakim jesteś, a także żyć ze swoim kłębowiskiem myśli, nie tracąc pogody ducha.

Jeśli za dużo myślisz, prawdopodobnie rozpoznasz siebie w profilu osoby nadwydajnej mentalnie. Twój mózg, właśnie ten, który myśli zbyt wiele, to prawdziwy skarb. Jego subtelność, złożoność, szybkość, z jaka działa, zdumiewają, a pod względem mocy można go porównać z silnikiem Formuły 1! Ale bolid wyścigowy nie jest zwykłym samochodem. Gdy prowadzi go jakiś niezdara drogą lokalną, może się okazać kruchy i niebezpieczny. By zoptymalizować swój potencjał, potrzebuje doskonałych umiejętności kierowcy i toru na swoją miarę. Do tej pory to mózg wiódł cię po wertepach. Teraz ty musisz go poddać kontroli, i to już od dziś.

Aby uwydatnić najbardziej charakterystyczne aspekty nadwydajności, podzieliłam tę książkę na trzy części dotyczące kolejno:

nadwrażliwości i wzmożonej aktywności umysłu;

idealizmu i autentycznego niedostosowania do większości ludzi;

wszystkich rozwiązań, które chciałabym zaproponować.

Wiem, że ludzie nadwydajni mentalnie uwielbiają przerzucać strony książek, wyłuskując z nich to i owo. Z reguły pozwala im to przyswoić sobie treść i dość często nawet nie muszą dobrnąć do końca, gdyż takie „podskubywanie” wystarczy im, by zapoznać się z tematem. Dlatego pragnę ostrzec: jeśli od razu przejdziesz do ostatniej części, zabraknie ci podstaw do obiektywnej oceny trafności przedstawianych rozwiązań. Zachęcam więc, byś w trakcie lektury podążał szlakiem, który dla ciebie wytyczyłam, nie pomijając poszczególnych etapów. Bez pośpiechu przyjmuj do wiadomości, że twoja nadwydajność jest zjawiskiem wyłącznie neurologicznym, a żeby stwierdzić, na czym naprawdę polega odmienność twojej inteligencji, przyjrzyj się, jak twoja myśl wrze i kipi. Jedną z zasadniczych cech twojej osobowości jest idealizm. Inna, nie mniej ważna, to twoje fałszywe self, które w relacjach z innymi może się okazać obciążeniem, a nawet handicapem. Rozdźwięk, jaki czujesz między sobą a otoczeniem, jest obiektywny, dlatego też warto zrozumieć, jakie konkretnie różnice się na niego składają. Kiedy już rozpatrzysz wszystkie aspekty problemu, przedstawione rozwiązania uzyskają pełne uzasadnienie.

Osiągnę swój cel, jeśli po zakończeniu lektury pogodzisz się sam ze sobą, a także ze swoim wspaniałym umysłem. By go jak najlepiej wykorzystywać, musisz się nauczyć nim kierować. W tej książce znajdziesz więc wiadomości z zakresu mechaniki (neurologia), kodeksu drogowego (emocje i relacje) oraz techniki prowadzenia (psychika). Jeśli zbyt wiele myślisz, książka dostarczy ci pożytecznych informacji o twoim psychicznym funkcjonowaniu i oczywiście – wielu rozwiązań!

Przez cały czas pisania chętnie powoływałam się na autorów, którzy mnie jakoś zainspirowali, i na teksty, do których sięgałam. Niezbyt zręcznie byłoby umieszczać na danej stronie przypisy bibliograficzne, ilekroć nawiązuję do jakiegoś dzieła. Wszystkie cytowane tytuły i przywoływanych autorów wymieniam w bibliografii. Szczególną wdzięczność żywię dla Jill Bolte Taylor, Daniela Tammeta, Tony’ego Attwooda i Béatrice Millêtre, którym dziękuję za wzbogacenie mojej wiedzy. Bardzo przydały mi się również książki Arielle Adda i Jeanne Siaud-Facchin. Wielkie im za to dzięki.

Więcej na ten temat można się dowiedzieć z książki Marie Françoise Neveu Enfants autistes, hyperactifs, dyslexiques, dys… Et s’il s’agissait d’autre chose? (patrz bibliografia). [wróć]

Patrz bibliografia. [wróć]

Część 1. STRUKTURA UMYSŁOWA Z NATURY SKOMPLIKOWANA

1

CZĘŚĆ

STRUKTURA UMYSŁOWA Z NATURY SKOMPLIKOWANA

Rozdział 1. Nadwrażliwe receptory

Rozdział 1

Nadwrażliwe receptory

„Ten facet jest too much, ten facet jest za… Za, za, za!”, śpiewały w latach osiemdziesiątych Coco Girls. Już sam ten refren zawiera problematykę nadwydajności mentalnej. Wszystkiego jest za dużo: myśli, pytań, emocji… w dodatku w stopniu wyższym lub najwyższym: nadpobudliwy, nadwrażliwy, nadmiernie uczuciowy… Ludzie nadwydajni mentalnie przeżywają to, co się wokół nich dzieje, z niezwykłą intensywnością. Pod wpływem tego, co ich porusza, w sensie zarówno pozytywnym, jak i negatywnym, wydają z siebie dźwięki czyste jak kryształ. Nawet błahe incydenty mogą w ich oczach nabrać niebotycznych proporcji, zwłaszcza jeśli naruszają ich system wartości. Doznania, emocje, wrażliwość – wszystko jest spotęgowane. W gruncie rzeczy cały ich system zmysłowy i emocjonalny jest nadwrażliwy. Ta subtelność percepcji ma charakter neurologiczny i zaczyna się od postrzegania rzeczywistości.

Każdą informację odbieramy pięcioma zmysłami. Wiemy, że istnieją ludzie przygłusi lub niedowidzący, jednak wyobrażamy sobie, że wszyscy identycznie postrzegamy rzeczywistość. Nieprawda. Twój sposób widzenia świata jest niepowtarzalny i subiektywny. Pokaż to samo mieszkanie dziesięciu osobom. Następnie poproś je, aby szczegółowo opisały, jak wygląda to miejsce, a będziesz miał wrażenie, że obejrzały dziesięć różnych mieszkań. Każdy ma swój ulubiony kanał zmysłowy. Osoba, u której dominują wrażenia wzrokowe, skupi się na tym, co jest do zobaczenia: estetyce, barwach, świetlistości, widoku z okien itd. Inna, preferująca wrażenia słuchowe, uzna to miejsce za spokojne lub hałaśliwe. A osoby ruchliwe będą mówić o cieple, przestrzeni i wygodzie. Niektórzy posłużą się nawet zmysłem węchu i będą mówić o wyziewach tytoniowych lub dusznej atmosferze. Tak więc każdy wyselekcjonuje jako ważny i godny zainteresowania pewien fragment rzeczywistości, a całą resztę pominie. Podobnie każda osoba przypisze określoną intensywność doznanym wrażeniom. Być może jedna uzna miejsce za „nieco hałaśliwe”, druga za „bardzo hałaśliwe”, trzecia zaś w ogóle nie zwróci uwagi na akustykę. Ostatecznie każdy wyselekcjonuje pewną liczbę informacji, niezbędną i wystarczającą do wyrobienia sobie opinii. Nadwydajni mentalnie odbierają więcej informacji niż przeciętni ludzie, ponadto o wiele bardziej intensywnie. Zjawisko to nazywa się hiperestezją. Jeśli człowiek nadwydajny mentalnie obejrzy lokal, zapamięta więcej szczegółów niż większość ludzi i wyłowi jakieś mało znaczące drobiazgi, błahostki, których nikt oprócz niego nie dostrzeże.

Hiperestezja

Hiperestezja1

Oto mail, jaki dostałam od François po jego pierwszej wizycie:

„Chciałbym Pani wyjaśnić, co nieustannie przeżywam, opowiadając na przykład o dniu, w którym po raz pierwszy do Pani przyszedłem (proszę się nie gniewać).

Parkuję samochód. Zastanawiam się, czy Pani parkuje na podwórzu czy na ulicy. Przechodzę przez bramę, usiłuję dociec, które auto należy do Pani. Czy lubi Pani samochody? Myślę, że tak. A jednak nie zauważam żadnego interesującego. Mówię sobie, że się pomyliłem. Dochodzę do domofonu. Na skrzynce na listy lub na dzwonku Pani nazwisko jest napisane inną czcionką niż nazwiska osteopatów. A więc nie zaczęła Pani przyjmować tam w tym samym czasie, co oni. Dlaczego? Gdzie Pani przedtem praktykowała? Dalej od swojego domu? U siebie w domu? Czy Pani klienteli nie przeszkadza, że zmieniła Pani adres? Wchodzę. Drugi dzwonek nie działa. Trzeba by go naprawić. Dlaczego nikt go dotąd nie naprawił? Wchodzę do poczekalni. Nie ma nikogo. Czy osteopaci są zajęci? Wydaje się, że potrafi Pani tak zorganizować sobie pracę, żeby ludzie nie musieli czekać. Czasopisma nie są najaktualniejsze. Przeważnie numery magazynu (…) są trochę zbyt (…), jak na mój gust. Czyżby Pani prenumerowała to czasopismo? Głosowała Pani na (…)? Zgroza! Patrzę przez okno: nic zachwycającego. Czuję się przybity. Żywopłot znajdujący się za blisko okna zupełnie psuje perspektywę. Słyszę Pani głos, domyślam się, jak Pani wygląda. Wyobrażam sobie, że jest Pani wysoka, dobrze zbudowana. Słyszę stukot Pani obcasów na podłodze z laminatu (nie lubię dźwięku wydawanego przez tę wykładzinę, zionie chłodem, nie ma w niej ani odrobiny ciepła). Ale po co włożyła Pani buty na obcasach, skoro i tak jest Pani wysoka? Wreszcie widzę Panią – bingo – dokładnie taką, jak sobie wyobrażałem. Podaje mi Pani rękę. Chętnie bym Panią ucałował, aby dowiedzieć się czegoś więcej, ale oczywiście nie mogę. Zadowalam się uściskiem dłoni. Oceniam go: jest mocny, ale nie za bardzo. Nie jest Pani uperfumowana, no może troszkę. To mi bardziej odpowiada, bo nie znoszę zbyt mocnych zapachów czy po prostu zbyt dużej ilości perfum. Idę za Panią do gabinetu. Zastanawiam się, gdzie są osteopaci, jak pracują. Pierwszy pokój – Pani gabinet. Jest uporządkowany, dla mnie nawet za bardzo, podobnie jak Pani biurko. Wnętrze wydaje mi się zimne, brakuje jakiejś okazałej rośliny, widok przez okno taki sam, przygnębiający. Na biurku niewiele przedmiotów, za to pełno długopisów, a każdy inny, dlaczego? Drugie pomieszczenie jest przyjemniejsze. Podoba mi się czerwony fotel, wydaje się starszy niż reszta mebli. Czy miała go Pani w poprzednim gabinecie? Na pewno. Siadamy. Interesuje mnie Pani. Uważnie przyglądam się Pani sukience (zacząłem już na korytarzu). Różnokolorowa, rzuca się w oczy, obcisła. Nie wstydzi się Pani swojego ciała, podoba się sobie, to się czuje. Podoba się Pani innym, to też się czuje. Porównuję Pani fryzurę z uczesaniem na dwóch zdjęciach w Pani książkach, które mam. Podoba mi się. Jest Pani opalona, wyobrażam sobie, że lubi Pani chodzić na plażę. Nie ma Pani na sobie zbyt dużo biżuterii. To nie w Pani stylu. Myślę, że woli Pani raczej fantazyjną niż złotą lub zbyt krzykliwą bransoletkę. Obserwuję Pani ręce, jak u każdego. Pani dłonie mi się podobają. To dla mnie bardzo ważne. Trochę się odprężam. Jednak wciąż jestem nieufny. Mówię sobie, że z łatwością mogłaby Pani mną manipulować. To wszystko odnosi się nie tylko do Pani, nieustannie coś takiego przeżywam. Przed naszym spotkaniem wstąpiłem do kiosku z gazetami na rogu ulicy, na której znajduje się Pani gabinet. Spędziłem tam trzy minuty. Zadałem sobie ze dwadzieścia pytań…”

Oto jak osoba nadwydajna żyje na co dzień, bombardowana informacjami, zapamiętująca mnóstwo szczegółów, próbująca przewidywać, co się wydarzy, i odgadywać resztę na podstawie nagromadzonej wiedzy, zadająca sobie tysiące pytań, często w stanie emocjonalnego napięcia i nieufności, zwłaszcza podczas pierwszego spotkania.

A więc jeśli za dużo myślisz, twój mózg będzie przede wszystkim charakteryzowała hiperestezja. Tym naukowym terminem określa się zjawisko posiadania pięciu nadzwyczaj wyostrzonych zmysłów. Jest to również stan przytomności, czujności, a nawet nieustannego pogotowia. Podobnie jak François, posiadasz niezwykle rozwiniętą umiejętność zauważania najdrobniejszych detali lub niuansów niedostrzegalnych dla większości ludzi. Osoby dotknięte hiperestezją, chociaż często przeszkadza im zgiełk, światło czy zapachy, nie zdają sobie sprawy, że ich doznania zmysłowe wykraczają poza normę. Mówię im o tym. Z początku słuchają ze zdziwieniem. Potem, stopniowo, w trakcie dyskusji, uświadamiają sobie, że faktycznie zwracają uwagę na szczegóły, że potrafią rozpoznać już od pierwszych taktów fragment jakiegoś utworu muzycznego albo domyślić się, z czego przyrządzono jakąś potrawę… Ale nawet by im nie przyszło do głowy, że inni nie są podobni do nich, skoro one same doświadczają takich stanów dziesięć razy dziennie. Ci, którzy wiedzą o swojej hiperestezji, mają skłonność przeżywać ją w sposób negatywny, i wyrzucają sobie nietolerancję, gdy nadmiar bodźców zmysłowych wytrąca ich z równowagi. „Nie znoszę zbyt głośnej muzyki w niektórych sklepach, zwiewam w popłochu!”, stwierdza Nelly. Dla Pierre’a gorszy jest dyskomfort wzrokowy: „W biurze świetlówki dają zbyt ostre światło, rażą w oczy. Tylko ja się na to skarżę. Uchodzę za zrzędę”. U innych na dyskomfort narażone są wszystkie zmysły.

Hiperestezja wzrokowa

Tak jak opowiada François, widzenie u hiperestetyków to przede wszystkim widzenie precyzyjne, w którym detal jest postrzegany wcześniej niż całość. Ciekawie byłoby sprawdzić, co widzieli inni moi klienci, i porównać z jego doświadczeniem. François dostrzegł mnóstwo drobnych szczegółów: długopisy, wytarty fotel, widok przez okno, czasopisma w poczekalni. Jego spojrzenie jest przenikliwe: istny promień laserowy, który bez przerwy skanuje wszystkie dane. Lustruje mnie od stóp do głów: biżuterię, sukienkę, fryzurę, ręce… W życiu codziennym ci, którzy napotykają takie spojrzenie, często uznają je za denerwujące, wścibskie lub nawet inkwizytorskie. Jednak nie zmierza ono do oceniania, lecz do zrozumienia, a w przypadku François, do uspokojenia się. W zapamiętywaniu niekiedy pomocne są jakieś nieistotne drobiazgi. Innym aspektem hiperestezji wzrokowej może być wielka wrażliwość na światło.

Hiperestezja słuchowa

Hiperestetyk potrafi słyszeć wiele dźwięków naraz. Może słuchać radia, jednocześnie śledząc rozmowę, ale będzie go rozpraszać dobiegający z sąsiedniego pokoju brzęk naczyń, który jego zdaniem zagłusza całą resztę. To prawdziwy dar mieć na tyle subtelny słuch muzyczny, by wychwycić delikatną frazę saksofonu wśród dźwięków wydawanych przez inne instrumenty. Gorzej, jeśli ktoś nie może wyciszyć dobiegającego z zewnątrz wizgu kosiarki do trawy, który słyszy tylko on. Ludzie dotknięci hiperestezją akustyczną często lepiej słyszą niskie niż wysokie tony. Podobnie z odległymi hałasami, lepiej wychwytywanymi przez nich niż bliskie. Dlatego gdy przysłuchują się rozmowie, będzie im przeszkadzać muzyka w tle. Tytuły wiadomości, zaówno w telewizji, jak i w radiu, przeważnie mieszają się hiperestetykom z sygnałem rozpoczynającym dziennik. Stają się ledwo słyszalne dla wielu nadwydajnych mentalnie, którzy muszą uczynić wysiłek, aby w tej wrzawie usłyszeć spikera. François czeka, aż usłyszy mój głos, przysłuchuje się moim krokom, uznaje, że dźwięk wydawany przez podłogę jest zimny, i zauważa zepsuty dzwonek.

Hiperestezja ruchowa

Atmosfera panująca w jakimś miejscu, wilgotność lub suchość powietrza, ciepło, szorstki lub miękki w dotyku materiał ubrania – nadwydajni mentalnie nieustannie odbierają wszystkie te informacje. François mówi, że bardzo chciał mnie pocałować. Nie odważył się. To był pierwszy seans, ale często się zdarza, że hiperestetycy nagle nabierają ochoty, by mi dać buziaka. W niektórych sytuacjach o dużym ładunku emocjonalnym życzą sobie, bym ich przytuliła albo by to oni mogli mnie uściskać. Nie ma żadnej dwuznaczności w takim pragnieniu. Potrzebują serdecznego, „niedźwiedziego uścisku” w amerykańskim stylu. Pozwala im to opanować emocje, a także, jak mówi François, „dowiedzieć się czegoś więcej”. Zasada tradycyjnej psychoterapii głosząca, że nie wolno dotykać pacjentów, wobec nich nie znajduje zastosowania. Są za bardzo dotykowi.

Hiperestezja węchowa

Rzadko używany przez większość ludzi węch jest zmysłem bardzo zwierzęcym i obfitującym w informacje. Droczę się z hiperestetykami, mówiąc im, że nie mają nosa, tylko kufę. Podobnie jak François, wchodzą do mojego gabinetu, dzięki wyczulonemu węchowi komentują moje perfumy, a jeśli w powietrzu unosi się jeszcze zapach tytoniu lub potu wydzielany przez ubranie poprzedniej osoby, marszczą nos.

W niektóre dni Florence prosi mnie nawet, by przewietrzyć pokój, kiedy czuje, że „tym powietrzem już ktoś oddychał”! Hiperestezja węchowa jest pożądana, gdy wdycha się zapach przedniego wina lub wącha kwiat. Może jednak stać się koszmarem, gdy chodzi o mdlący odór lub sztuczne zapachy, takie jak podrobiony aromat wanilii lub maślanej bułeczki. François nie znosi zbyt natarczywych woni.

Hiperestezja smakowa

Smak idzie w parze z węchem. Hiperestetycy są często wielkimi smakoszami. Jeśli zaufają swemu instynktowi, są zdolni wyczuć choćby odrobinę cynamonu lub papryki, odgadnąć, z jakiego regionu geograficznego pochodzi kawa lub czekolada. Ogólnie biorąc, prawie nie zdarzają im się zatrucia pokarmowe, gdyż potrafią wykryć najmniejszy podejrzany smaczek.

Większość z nas odbiera bardzo mało informacji w porównaniu z ludźmi nadwydajnymi mentalnie. A ci od czasu do czasu muszą to sobie uświadamiać. Wtedy nagle doznają wrażenia, że osobnicy w ich otoczeniu są głupi lub otępiali. Ale ta myśl ich krępuje, więc szybko ją odganiają. Starają się przede wszystkim nie oceniać bliźnich, nie podkreślać różnicy, która działa tak destabilizująco. A przecież ta różnica ma charakter neurologiczny i obiektywny. Została zbadana i zmierzona naukowo. Odważnie przyjmij do wiadomości ten oczywisty fakt. Będziesz wówczas mógł sobie wytłumaczyć nieustanny rozdźwięk między tobą a większością ludzi. Zacznij obserwować swoje otoczenie i sprawdź sam, ile uwagi poświęca mu ten i ów. Zaskakujące! François raptem sobie uświadamia: „To dlatego często mam dziwne wrażenie, że ludzie wokół mnie są jakby uśpieni!”.

Ejdetyzm

Hiperestezja ma aspekt ilościowy: pewną liczbę elementów, które ewentualnie zauważyłeś, i podział przestrzeni na coraz mniejsze szczegóły. Ma też aspekt jakościowy: subtelność odcieni, jakie możesz dostrzec między dwiema niemal identycznymi barwami, lub maleńką fałszywą nutkę w środku utworu muzycznego. W zjawisku tym rolę odgrywają również natężenie uwagi i memoryzacja, ponadto nie można pominąć aspektu „ejdetycznego” percepcji zmysłowej.

Czy widziałeś kiedyś dziecko bacznie przyglądające się biedronce? Jego wzrok to istny mikroskop. Dostrzega dosłownie wszystko, zachwyca je każdy szczegół. Błyszczący pancerz, delikatne żyłki, siatkowate oczy, drżące czułki, niezwykła struktura dwuczęściowego pancerza, z którego wyrastają przezroczyste skrzydełka. Jeśli chcemy opisać to jakościowe wyrafinowanie percepcji, mówimy o ejdetyzmie. Co za przyjemność poczuć na języku aksamitną fakturę musu owocowego, podziwiać lśniący, jakby pociągnięty lakierem liść, jedwabisty płatek róży lub mieniącą się perliście kroplę rosy, drżeć z rozkoszy, wkładając kaszmirowy sweterek, rozpływać się w błogości, słuchając delikatnych dźwięków wyczarowywanych z fortepianu. Hiperestezja oznacza również tę jakość, tę finezyjną uwagę, która stanowi źródło poezji, sztuki i zachwytu. Poza małymi dziećmi, ile osób w twoim otoczeniu wznosi się na taki poziom wyrafinowania i rozkoszy w postrzeganiu świata?

Synestezja

W większości przypadków nadwydajności mentalnej hiperestezja łączy się z synestezją, to znaczy ze skrzyżowaną aktywacją zmysłów w mózgu. Synestetycy widzą na przykład kolorowe słowa lub wypukłe cyfry. Catherine mi mówi: „Ja słucham skórą. Właściwie użyte słowa wywołują u mnie dreszcz, zanim w ogóle zrozumiem ich sens”. François czuje, że dźwiękowi wydawanemu przez podłogę brak ciepła (połączenie dźwięku i odczucia) i stwarza sobie mój obraz (domyśla się, że jestem wysoka i dobrze zbudowana) na podstawie brzmienia mojego głosu. Synestezja ułatwia zapamiętywanie. Dlatego też nadwydajni mentalnie przypominają sobie mnóstwo szczegółów, które większości ludzi wydają się nieistotne.

Synestezja to najczęściej zdolność podświadoma. Kiedy pytam człowieka nadwydajnego mentalnie, czy zauważa u siebie taką umiejętność, odpowiedź brzmi nieodmiennie: „Nie, skądże”. Oczywiście mu nie wierzę. Przez lata praktyki mogłam stwierdzić, że hiperestezja i synestezja bardzo często idą w parze. Tak więc w środku rozmowy nagle zadaję pytanie: „Jakiego koloru jest słowo «wtorek»?”. Odpowiedź pada spontanicznie: „Żółte!” (albo zielone, wszystko jedno!). Zdziwiony swoją odpowiedzią, mój nadwydajny mentalnie się broni. Nie zastanowił się, powiedział ot, tak sobie, w gruncie rzeczy nie ma o tym pojęcia… Pozostaje mi tylko to zweryfikować. Nieco później w toku rozmowy znów pytam znienacka: „A jakiego koloru jest słowo «stół»?”. Odpowiedź pojawia się natychmiast: „Zielone”. Mój rozmówca jest zmieszany. Tak, widzi słowa w kolorze. To nieracjonalne, ale tak jest! Wtedy nasuwają mu się wspomnienia z dzieciństwa: litera B, która miała dwa brzuszki, cyfra 2, która przypominała złocistego łabędzia, cyfra 1 – podobna do czarnego harpuna. Następnie szmer wodospadu, który wibrował w dołku żołądkowym, a nawet, nikt by nie zgadł, bo to takie głupie, żółty zapach pieczonego kurczaka… Przestań wreszcie stosować autocenzurę! Spokojnie przypomnij sobie wszystkie dziwaczne pomysły z dzieciństwa. Prawdopodobnie zrodziły się z synestezji.

Dziwactwa związane z hiperestezją

Zależnie od sposobu, w jaki przejawiają się nieprzeciętne uzdolnienia, hiperestezja może przybierać najróżniejsze formy. Na przykład w dziedzinie słuchu: dana osoba będzie nadwrażliwa na niektóre dźwięki, a na inne nie. Podobnie jest ze zmysłem dotyku: faktura pewnych tkanin wywołuje efekt przyciągania i budzi zachwyt lub wręcz przeciwnie, napełnia wstrętem i odpycha. Stąd mogą też wynikać trudności z odżywianiem: na przykład wszystko, co miękkie i gotowane, będzie obrzydliwe, a wszystko, co ma kolor pomarańczowy – niejadalne.

William, cierpiący na zespół Aspergera, twierdzi, że cykanie koników polnych jest wkurzające i że mało od niego nie zwariuje, tymczasem inne dźwięki w tle, nawet głośne, pozostawiają go obojętnym. Dziwnie niewrażliwy na ból i nieprzyjemne zapachy, czuje odrazę do niektórych ubrań z materiałów syntetycznych, za to uwielbia dotykać futer lub pluszowych zabawek i nie może się powstrzymać, żeby ich nie pomiętosić.

Inhibitory informacji

Hiperestezja to pod pewnymi względami wyjątkowa szansa. Przydaje się do zdobywania wiedzy o środowisku. Nakazuje zdwoić czujność i pobudza zainteresowanie światem zewnętrznym. Ta wyostrzona multisensoryczność pozwala doznawać nadzwyczajnej zmysłowej rozkoszy. Ale jeśli receptory są zbyt czułe, a doznania spotęgowane, hiperestezja może stać się wyczerpująca i bardzo upośledzająca. Niekiedy światło oślepia. Zbyt kolorowe lub przeładowane dekoracje rażą w oczy. Jakiś dźwięk jest zbyt głośny lub wrzawa nieznośna. Jest za gorąco, za wilgotno. Powietrze jest za suche lub za bardzo naelektryzowane. Metka na kołnierzyku, która drapie w szyję, to jakby nieustanna mikroagresja. I ci ludzie – za mocno uperfumowani lub niedomyci, którzy przyprawiają o mdłości. Ponadto osoba nadwydajna mentalnie nie potrafi pominąć tego, co zauważa, i wyłączyć swojego systemu zmysłowego. Również to zjawisko ma podłoże neurologiczne. Mówimy wtedy o niskiej ukrytej inhibicji.

Większość ludzi automatycznie segreguje dostępne informacje zmysłowe. Te niepotrzebne oczywiście pozostają w uśpieniu. Umysł może się wówczas skupić na tym, co najważniejsze. Automatyczna hierarchizacja bodźców pozwala bez trudu ocenić, co jest istotne. U nadwydajnych ta selekcja nie dokonuje się machinalnie, lecz w „trybie ręcznym”. To dana osoba musi zadecydować, co jest godne uwagi, i zdobyć się na wysiłek umysłowy, aby całą resztę zepchnąć na dalszy plan. „Ręczna” hierarchizacja jest trudna. Wymaga świadomego wysiłku. Ogólnie biorąc, ludzie nadwydajni mentalnie mają trudności z wyborem i zadecydowaniem, co jest ważne, a co nie. Muszą tego dokonać już na etapie selekcji doznań zmysłowych. Koniec końców tak samo męczy pomijanie bodźców nieistotnych, jak doznawanie ich. Zatem nawet znużony, zasypywany informacjami zmysłowymi hiperestetyk boryka się z nimi nieustannie, dzień i noc. I dlatego nadwydajni mentalnie marzą o tym, by się wyłączyć.

Wobec natłoku wrażeń, których nie rozumie, człowiek normalnie myślący wzrusza ramionami, mówiąc: „W ogóle nie zwracaj na to uwagi!”, tak jakby to była oczywistość, bo dla niego sprawa jest ewidentna. Wystarczy po prostu, że nie zwróci na coś uwagi. Ludzie normalnie myślący nie zdają sobie sprawy z tego, co przeżywa nadwydajny mentalnie. Na przykład na spacerze po mieście jego uwagę bez przerwy przyciągają hałas samochodów, korowód przechodniów i wystawy sklepowe. Rozgląda się na wszystkie strony i nieustannie usiłuje się skoncentrować.

Już od początku przyjęcia Nelly uważa, że muzyka w restauracji jest za głośna. Słyszy też zgiełk w lokalu, niedające się wyciszyć rozmowy przy sąsiednich stolikach i brzęk naczyń, czuje zapachy potraw, widzi bieganinę kelnerów, od której kręci jej się w głowie, wędrówki klientów, którzy wchodzą i wychodzą, zbyt mocne światła. Musi dołożyć starań, jeśli chce się skupić na rozmowie i podtrzymać kontakt ze współbiesiadnikami. W tych warunkach miłe spędzenie wieczoru zakrawa czasem na wyczyn.

Rzeczywistość odbieramy wszystkimi pięcioma zmysłami, toteż hiperestetyk żyje niezwykle intensywnie. Radość życia odczuwa się w chwili obecnej, nasycając zmysły przyjemnymi informacjami: pięknymi obrazami, melodyjnymi dźwiękami, rozkosznymi doznaniami, zapachami i smakami. Ludzie nadwydajni mentalnie są zawsze gotowi się cieszyć, wzruszać zachodem słońca lub śpiewem ptaków. Właśnie w takich momentach mogą sobie najlepiej uświadomić swoją odmienność. Próbują podzielić się swoim zachwytem z bliskimi i spotykają się z niezrozumieniem. „No dobra, to tylko zachód słońca. Niejeden taki widziałeś! Idziemy?”, wzdychają, jeśli wręcz nie kpią ich towarzysze: „Ćwir, ćwir, ptaszki ćwierkają! Ile ty masz lat?”.

Ale ta hiperestezja wyjaśnia również, dlaczego pomimo epizodów depresyjnych nadwydajni mentalnie zachowują radość życia, stłumioną, lecz potężną i gotową odrodzić się w pierwszych promieniach słońca.

Inaczej przeczulica (przyp. tłum.). [wróć]

Rozdział 2. Od nadwrażliwości do nadprzenikliwości

Rozdział 2

Od nadwrażliwości do nadprzenikliwości

Nadwrażliwość

Hiperestezja znacznie rozszerza postrzeganie świata i potęguje wrażliwość. Ludzie nią dotknięci są w związku z tym nadwrażliwi: na światło, na dźwięk, na ciepło lub zimno, a zwłaszcza na nadmiar bodźców. Dlatego często wystarczy byle drobnostka, by puściły im nerwy. Nagle wybuchają: „Wyłącz wreszcie telewizję! Przecież nikt jej nie ogląda!” lub: „Czy ktoś mógłby zamknąć (albo otworzyć) okno?”.

Dzięki subtelności zmysłów w każdej sytuacji nadwrażliwi mentalnie wychwytują wiele elementów, których inni na ogół sobie nie uświadamiają. Gdy coś ich rozczuli, łzy łatwo napływają im do oczu, w stresującej atmosferze robią się spięci, a na niesprawiedliwość reagują oburzeniem. Są wyczuleni na ton, wypowiadane słowa, wyraz twarzy, gestykulację osób z ich otoczenia. Przez tę nadwrażliwość potrzebują precyzji. Dla nich jakieś słowo rzadko jest dokładnym synonimem innego, bo każde ma określony odcień znaczeniowy. Potrafią wykłócać się o jakąś nieścisłość lub niedokładność. Są bardzo podejrzliwi, toteż dotkliwie ranią ich zarzuty, wymówki, drwiny lub domniemane złe intencje rozmówców, które instynktownie wyczuwają. To bardzo frustrujące odbierać mnóstwo informacji i spotykać się z niezrozumieniem innych, którzy ich nie wychwycili. „Ależ skąd, coś sobie ubzdurałeś!” – to z pewnością najczęściej wypowiadane i najbardziej irytujące zdanie, jakie ludzie nadwydajni słyszą, gdy usiłują podzielić się swoimi wrażeniami.

Ciekawość, uważność i zdolność do reagowania na otaczający świat są oczywiście proporcjonalne do ich hiperestezji. W jednym z wywiadów Amélie Nothomb tłumaczyła rozbawionemu, a zarazem zdziwionemu dziennikarzowi, że czuje się winna, gdy na świecie wydarzy się jakaś katastrofa. Podkreślała: „Wszystko jedno, co to będzie: trzęsienie ziemi, wojna czy klęska głodu, zawsze mam wrażenie, że to z mojej winy i że jakoś się do tego przyczyniłam”. W ten sposób wszystkie informacje, jakie otrzymują ludzie nadwydajni, głęboko ich poruszają, ponieważ czują się związani z całym światem. Podobnie jak Amélie Nothomb często czują się winni z powodu złego funkcjonowania świata i własnej bierności.

Jak się przekonamy dalej, rozumowaniem nadwydajnych mentalnie zawiaduje prawa półkula mózgu. Otóż właśnie ona jest głównie odpowiedzialna za emocje i sferę uczuciową. Można by rzec, że informacje przechodzą przez serce, zanim dotrą do mózgu. W tych okolicznościach pozostawać zimnym i rozsądnym to prawie niemożliwe. Emocje zalewają nadwrażliwców jak strugi deszczu podczas burzy, nad którą nie można zapanować. Podlegają oni wahaniom nastroju, oscylują między niepokojem, napadami gniewu lub nawet wściekłości oraz okresami przygnębienia. Ale potrafią też okazywać entuzjazm, surfować po falach euforii i doznawać niekłamanej, ogromnej radości.

Ta nadwrażliwość sprawia dużo kłopotu. Do nieprzyjemnego poczucia, że wszystko wymyka się spod kontroli, dochodzi niezrozumienie własnych mechanizmów psychicznych. Bo w naszym społeczeństwie ludzie wrażliwi, emocjonalni i uczuciowi są uważani za słabych, niedojrzałych i impulsywnych, czyli siłą rzeczy za naiwnych, głupich i bezmyślnych. W psychologii pochopnie przylepia im się etykietkę borderline.

Jeśli należysz do ludzi wrażliwych i uczuciowych, na pewno dobrze o tym wiesz! Twoje otoczenie bez przerwy cię poucza i strofuje jak dziecko. To głupota płakać lub oburzać się na byle co. Nie trzeba sobie tak bardzo brać do serca różnych wydarzeń. Trzeba się zahartować. Krótko mówiąc, z uwag, napomnień i rad udzielanych bez przerwy nadwrażliwcom wynika, że najlepiej być twardym, zimnym i nieczułym w każdej sytuacji. Ale czy to najlepsze rozwiązanie? Jeszcze niedawno tak uważano. Liczyły się jedynie racjonalny umysł, logika i chłodne decyzje. Emocje były naszymi wrogami i mogły jedynie przeszkadzać w dokonaniu właściwego wyboru oraz wyciągnięciu trafnego wniosku. Na szczęście parę lat temu wiatr zmienił kierunek, naukowcy bowiem zaczynają zauważać, że emocje odgrywają niepoślednią rolę w procesie myślenia i podejmowania decyzji. Teraz mówi się o EQ, wskaźniku charakteryzującym inteligencję emocjonalną. Wskaźnik ten określa zdolności jednostki w dziedzinie kontrolowania swoich popędów, jej osobistą motywację, empatię i umiejętność porozumiewania się z innymi. Nadwydajni mentalnie mają wielki potencjał emocjonalny, który bardziej im zawadza niż ich satysfakcjonuje, dopóki nie nauczą się go poskramiać.

Osądzani, krytykowani, zawstydzani tym, co sobą przedstawiają, ludzie nadwrażliwi mają oczywiście o sobie bardzo niskie mniemanie. Pomyślmy przez chwilę o świecie, w którym w ogóle nie dochodziłaby do głosu ta wyostrzona wrażliwość. Nie byłoby w nim żadnej kreatywności, żadnej empatii, żadnego poczucia humoru. Jego pozbawieni jakiegokolwiek ciepła mieszkańcy kierowaliby się tylko zdrowym rozsądkiem, nieustannie się samokontrolując. Co by się stało z ludzkością bez tej zdolności do oburzania się, buntowania, a zwłaszcza bez tego czasem zupełnie zwariowanego, lecz tak zaraźliwego entuzjazmu? Nadwrażliwość naprawdę pełni funkcję przeciwwagi.

Stanowi część większej całości. Jeśli jesteś nadwrażliwy, masz zalety nieodłącznie związane z twoimi wadami i prawdopodobnie następujące cechy charakteru: jesteś życzliwy, serdeczny, altruistyczny w relacjach międzyludzkich. Wymagający wobec samego siebie, zawsze gotów zastanawiać się nad sobą i zdolny do autoironii. Mocnymi stronami twojej inteligencji są otwartość umysłu, ciekawość, poczucie humoru i równie odświeżająca jak twórcza prostota. Wreszcie twoje poczucie sprawiedliwości, uczciwość i szczerość nie mają sobie równych. Im łatwiej pogodzisz się z własną naturą, tym łatwiej pokierujesz swą cudowną wrażliwością. Bo kluczem do skutecznego zarządzania swoją EQ jest znajomość siebie. W miarę jak poznajemy samych siebie, coraz lepiej siebie rozumiemy, a także tym łatwiej przewidujemy i przyjmujemy swoje burze emocjonalne. Emocje stają się twoimi przyjaciółmi i przewodnikami1.

Naduczuciowość

Mózgiem osób nadwydajnych rządzi sfera uczuć, toteż należy to brać pod uwagę w każdej sytuacji. Ludzie ci rzeczywiście potrzebują uczucia, zachęt, kontaktu czy nawet pieszczot, pogodnej i pozytywnej atmosfery w relacjach. Mając bardzo słabe ego, są niesłychanie wrażliwi na osąd innych, którego nie umieją zrelatywizować, dlatego wciąż trzeba ich utwierdzać w poczuciu własnej wartości. Normalni ludzie uznają, że to coś niestosownego. Otóż w swojej książce Udar i przebudzenie Jill Bolte Taylor2 opowiada, jak podczas wylewu krwi do mózgu uświadomiła sobie brak ego, a zarazem poczuła dojmującą potrzebę uczucia, łagodności i pocieszenia. Gdy lewa półkula jej mózgu została wyłączona, musiała funkcjonować jedynie z półkulą prawą. Po raz pierwszy w życiu spostrzegała życzliwość lub stres swoich rozmówców i była na to niezwykle wyczulona. Dokonała w ten sposób zaskakującego odkrycia. Dla nadwydajnych mentalnie jest to chleb powszedni.

Zwłaszcza uczenie się jest możliwe jedynie wtedy, gdy nauczyciel i przedmiot nauczania są nacechowane emocjonalnie. Dlatego też powiedzieć osobie nadwydajnej, że pracuje dla siebie, a nie dla profesora albo dla rodziców, to zupełna niedorzeczność.

Kiedy wyjaśniam to Christine, uśmiecha się i opowiada: „W drugiej klasie liceum zakochałam się w moim profesorze fizyki: przez cały rok miałam średnią ocen 18/20. Ale w następnym roku tego przedmiotu uczyła starsza pani. Nie dość, że byłam rozczarowana nieobecnością ukochanego nauczyciela, to jeszcze ona okazała się zimna i nieprzystępna. W dodatku cuchnęło jej z ust, więc robiłam wszystko, aby nie rozmawiać z nią z bliska. Uczyła nas przez kolejne dwa lata, a wtedy moja średnia z fizyki spadła do 4/20. W dniu, gdy podano wyniki egzaminu maturalnego, ta profesorka pofatygowała się, aby zobaczyć na tablicy ogłoszeń, jak wypadli jej uczniowie. Tylko ona tam przyszła. Zawsze taka powściągliwa, miała jednak łzy w oczach, a radość z powodu naszego sukcesu można było wyraźnie odczytać na jej rozpromienionej twarzy. Gdybym wiedziała, że tak bardzo nas lubiła i że jej chłód był tylko pozorny, myślę, że wciąż miałabym wysoką średnią, aż do matury. Przez długi czas dręczyły mnie wyrzuty sumienia, że ją niewłaściwie oceniałam”. Jak łatwo się domyślić, kończąc swoją opowieść, Christine z trudem powstrzymuje łzy.

Ludzie nadwydajni mentalnie cierpią szczególnie w korporacji, gdy muszą pracować w ponurej lub nieprzyjaznej atmosferze i słuchać poleceń głupiego lub nadużywającego swojej władzy szefa. Zacinają się pod wpływem krzyku, reprymend lub presji. Ideałem byłoby powstrzymywać się od wszelkiej krytyki pod ich adresem, często chwalić, podnosić na duchu i pokazywać, że się im ufa: najlepszą dla nich motywacją jest chęć spełnienia naszych oczekiwań i udowodnienia, do czego są zdolni. Ale mało która firma przedkłada zachęty nad upomnienia.

Zarządzanie stresem

Dzięki pracom Muriel Salmony, psychotraumatologa, lepiej znamy wpływ stresu na funkcjonowanie mózgu. Ośrodek zwany ciałem migdałowatym pełni funkcję systemu alarmowego. Ma za zadanie rozszyfrowywać informacje docierające ze świata zewnętrznego i decydować, czy są podstawy do panicznego strachu, czy nie. W razie agresji fizycznej lub psychicznej uaktywnia się i uruchamia wydzielanie przez nadnercza hormonów stresu: kortyzolu i adrenaliny. Dzięki działaniu ciała migdałowatego cały organizm się mobilizuje, abyśmy mogli uciec lub stanąć do walki. Hormony stresu natychmiast udostępniają nam zasoby naszego organizmu, wyostrzając zmysły, zwiększając szybkość odruchów i siłę mięśni. Przepływ krwi wzrasta, bicie serca i oddech przyspieszają. A mięśnie się kurczą, gotowe przejść do działania. Teraz pozostaje już tylko walczyć albo wziąć nogi za pas.

Ale w wielu sytuacjach stresowych ucieczka lub walka są niemożliwe lub niewskazane. W takim wypadku ciało migdałowate na próżno wpada w panikę i następuje przegrzanie. Ośrodki nerwowe w korze mózgowej, które powinny analizować i powściągać reakcje, nie odczytują prawidłowo sygnałów alarmowych. Aby podwyższone napięcie w ciele migdałowatym nie doprowadziło do śmierci wskutek zatrzymania akcji serca lub zatrucia neuronalnego kortyzolem, mózg wywołuje coś w rodzaju krótkiego spięcia, wysyłając nowe substancje chemiczne: morfinę i ketaminę, które wyłączają system alarmowy. Gdy ciało migdałowate jest w ten sposób zdezaktywowane i obezwładnione, człowiek zostaje nagle odcięty od świata, unosi się jakby odłączony od swoich emocji. Stresująca sytuacja nadal trwa, ale dana osoba niczego już nie odczuwa, co napełnia ją wrażeniem całkowitej nierealności chwili teraźniejszej. Nazywa się to dysocjacją. Człowiek staje się widzem zachodzących wydarzeń.

Ten mechanizm dysocjacji pozwala ocalić życie, ale ma też wiele wad. Osoba pozostaje w stresującym środowisku i nie próbuje rozwiązać skądinąd groźnej sytuacji. Ponadto proces zdrowienia nie może się rozpocząć. Odizolowane, sparaliżowane przez nieustanne wyrzuty morfiny i ketaminy ciało migdałowate nie potrafi przepchnąć szoku emocjonalnego do innej struktury: hipokampu, który jest odpowiednikiem programu obróbki i magazynowania wspomnień oraz nabytej wiedzy. Stresująca sytuacja pozostanie uwięziona w ciele migdałowatym jak w pułapce. Czasem przez całe lata, przy każdej retrospekcji, osoba będzie w myślach przeżywać z pierwotną intensywnością zachowane wspomnienie. Ponieważ ciało migdałowate musiało się wyłączyć, ten niezwykle traumatyczny incydent został na zawsze utrwalony i człowiek będzie go przeżywał na okrągło. Właśnie ten mechanizm nazywamy stresem pourazowym.

U ludzi nadwydajnych mentalnie odnotowano niezwykłą wrażliwość ciała migdałowatego i wyjątkowo niski próg reaktywności. Może to wynikać z faktu, że ciało migdałowate jest stale pobudzane przez hiperestezję i emocjonalność, a więc siłą rzeczy znajduje się w stanie ciągłego pogotowia. Wówczas przy każdym przeżyciu emocjonalnym następuje wyłączenie umysłu. Przestaje funkcjonować kora przedczołowa, ośrodek rozumowania, a więc racjonalnego myślenia. Refleksja staje się niemożliwa. W takim wypadku nadwydajni mentalnie mogą wypowiadać absurdalne słowa lub popełniać niedorzeczne czyny. Oni pierwsi będą nad tym ubolewać, gdy płat przedczołowy znów zacznie normalnie działać. Dlatego nadwydajni wątpią w swoją inteligencję: wiedzą, że niekiedy zachowują się strasznie głupio!

Takie niespodziewane odłączenia od rzeczywistości mogą się zdarzyć w każdej chwili i w każdym miejscu. Nadwydajni postrzegają je jako trudności w koncentracji, ucieczki w świat marzeń i przykre momenty duchowej nieobecności. Są one niemal regułą na imprezach towarzyskich. Podobnie jak Camille, osoba nadwydajna nagle wyłącza się psychicznie. Rozmowy wydają jej się banalne i nudne, dowcipy ciężkie i idiotyczne. Ponieważ panująca atmosfera wcale jej nie odpowiada, osoba „myśląca za dużo” zastanawia się, co tam robi, i ma chęć tylko na jedno: wracać do siebie!

Stres pourazowy powstaje w wyniku intensywnie przeżywanych sytuacji uwięzionych w ciele migdałowatym, które reaktywują się samorzutnie. Przy każdym odłączeniu od rzeczywistości w ciele migdałowatym zostaje uwięziona jakaś nowa sytuacja, której nie będzie mógł oszacować, rozpatrzyć i załagodzić hipokamp. Nadwydajni mentalnie wciąż podlegają utajonemu stresowi, wywoływanemu przez różne sytuacje. Nakładając się na siebie, te stresujące reminiscencje sprawiają, że ludzie nadwydajni coraz silniej na nie reagują. Niektórzy postanawiają żyć w stanie niemal permanentnej dysocjacji i przepuszczać przez intelekt wszystkie sytuacje o jakimś ładunku emocjonalnym, nie rozpoznają więc siebie w profilu osób hiperemocjonalnych. Przeciwnie, będą mieli wrażenie, że nic już ich nie porusza, że teraźniejszość jest miałka, że przepływają obok swego życia. Aby nabrać dystansu do swoich emocji, wyrabiają w sobie mechanizmy obronne, i dlatego mogą uchodzić za zimnych i nieczułych, lecz to tylko ich zewnętrzny wizerunek. W środku wciąż coś kipi.

Hiperempatia

Aby uzupełnić ten obraz, wypada stwierdzić, że nadwydajni są ludźmi hiperempatycznymi. Wychwytują, odgadują, a zwłaszcza natychmiast wyczuwają stan emocjonalny osób wokół siebie, nawet jeśli ich nie znają. Instynktownie wiedzą, kiedy wszystko jest w porządku, a kiedy coś jest nie tak, i wchłaniają w siebie emocje innych niczym gąbki. Ale nie należy rozumieć tego błędnie: ich empatia nie oznacza współczucia; jest raczej synonimem inwazji emocjonalnej. Nadwydajni bardzo by chcieli nie odczuwać cierpień innych. Ale często nagle i wbrew ich woli udzielają się im nastroje ludzi, z którymi się stykają. Wielu z nich się na to uskarża: niekiedy odbywa się to z wielką natarczywością. Dlatego niektórzy nie znoszą tłumu i go unikają. Oprócz hałasu, ruchu, zbyt licznych bodźców zmysłowych ta emocjonalna inwazja wytrąca ich z równowagi i wyczerpuje.

Véronique wyjaśnia mi: „Najgorzej czuję się w supermarketach: wyczuwam niepokoje wszystkich ludzi. Dlatego unikam galerii handlowych i robię zakupy w godzinach mniejszego ruchu, w sklepach średniej wielkości. Sprężam się, jak mogę, nie rozglądając się, skoncentrowana na liście zakupów, i jak najszybciej zmykam z tych okropnych miejsc!”.

Hiperempatia sprzyja jednak wykształceniu w sobie dużej życzliwości. Z jednej strony pozwala doskonale rozumieć ludzi, a gdy się coś rozumie, nie ma się już pokusy osądzania. Z drugiej strony, gdy ktoś jest empatyczny, wprost nie może być pogodny przy kimś smutnym ani zachowywać spokoju przy kimś zestresowanym. A skoro człowiek nadwydajny mentalnie nie może mieć dobrego samopoczucia, jeśli inni go nie mają, musi starać się zaprowadzić w swoim otoczeniu harmonię, aby wreszcie samemu poczuć się lepiej. Ponadto osoba empatyczna pierwsza ucierpiałaby od zła wyrządzanego bliźnim, więc jest niejako skazana na uprzejmość. Świadome krzywdzenie to dla nadwydajnych niedorzeczność. Zresztą z natury bezinteresowni, nie mogą pojąć, że niektórzy potrafią być małostkowi, wyrachowani i interesowni. Sądząc, że inni postępują podobnie jak oni, myślą, że grzeczność to zwykły sposób bycia, a nie wyrachowanie. W związku z tym nieumotywowana złośliwość i nieuprzejmość nie mieszczą im się w głowie. To dla nich kompletny nonsens. Dlatego też łatwo padają ofiarą manipulatorów i wszelkiej maści oszustów. Raz po raz doświadczając zdrady, jednej bardziej niezrozumiałej od drugiej, bo przecież według nich nieżyczliwość nie istnieje, niektórzy nadwydajni mentalnie stają się zgorzkniali, nieufni, a nawet popadają w paranoję i zamykają się w sobie. Izolacja może stać się ich jedyną ochroną.

Nadwydajni są bardzo cenieni za swoją umiejętność słuchania i pociechę, jaką potrafią przynieść ludziom w opałach. Wielu wykorzystuje te cechy w życiu zawodowym.

Telepatia

Jeśli ktoś ma umiejętność odbierania informacji, odczytywania języka niewerbalnego, wykrywania najmniejszej zmiany w intonacji lub wyrazie twarzy, jeśli umie wczuć się w emocje innych, to w końcu potrafi czytać w ich myślach. Większość nadwydajnych, nawet bezwiednie i całkiem spontanicznie, uprawia telepatię. To dla nich normalne, że odgadują stan emocjonalny ludzi, rozpoznają ich oczekiwania i myśli. Ale wytężona uwaga, jaką w sposób naturalny obdarzają innych, może być bardzo denerwująca dla kogoś, kto nie jest autentyczny i prostolinijny.

Christine opowiada mi: „Przedwczoraj, chcąc zwrócić książkę, wstąpiłam do przyjaciółki. Nie było jej w domu. Drzwi otworzył jej mąż. Ta para właśnie się rozwodzi i mąż sądzi, że przyjaciółki, a zwłaszcza ja, podjudzają jego żonę. Od razu wyczułam zapiekłą nienawiść, jaką mnie darzy, i w głowie rozbrzmiały mi wszelkie obelgi, jakich nie śmiałby wykrzyczeć. On poczuł się zdemaskowany moim spojrzeniem, co tylko rozjątrzyło jego nienawiść. Szybko odeszłam, jednak przez dłuższą chwilę nie mogłam się pozbyć złej energii, którą mnie naładował”.

Nadwydajni doskonale umieją odgadywać emocje innych osób, więc myślą, że one powinny odwzajemniać się tym samym. Obojętność ludzi wobec nich wydaje im się tym bardziej szokująca i raniąca, że uznają ją za intencjonalną. Doznają ulgi z chwilą, gdy zrozumieją, że wcale tak nie jest, że większość osób nie umie odczytać przesłania niewerbalnego, ma niewiele do czynienia z emocjami i wcale nie odgaduje, co myślą ich bliźni. Ale muszą również pożegnać się z nadzieją, że któregoś dnia ktoś w zamian obdarzy ich takim zainteresowaniem, jakim oni potrafią obdarzać innych.

Hiperprzenikliwość

Annie mówi mi: „Wszystko widzę, wszystko wiem, nic mi nie umknie. Wiem, czy ludzie się umyli, czy nie, czy noszą ubrania niezmieniane od poprzedniego dnia i czy wyszczotkowali zęby. Widzę niewypastowane buty, odpruty obrębek, brak guzika. Widzę wszystkie, nawet najbłahsze drobiazgi, ale dostrzegam też osobę całościowo. Po sposobie, w jaki ludzie się ubierają, poruszają, mówią, natychmiast domyślam się, z kim mam do czynienia. Właściwie nie znaczy to, że chcę wiedzieć, ale że nie mogę nie widzieć; to silniejsze ode mnie. Wiem, że mój przenikliwy wzrok niektórych drażni, bo nawet jeśli nic nie mówię, ludzie odgadują, że wszystko o nich wiem, i czują się przy mnie bardzo nieswojo. Widzę też, że ludzie okłamują samych siebie, a postępując nielogicznie, wpadają w tarapaty. Najmniejsza uwaga z mojej strony wydaje im się obraźliwa, ponieważ stwierdzam coś, co jest oczywiste, a oni nie chcą spojrzeć prawdzie w oczy, albo zadaję pytanie, którego unikają. W każdej sytuacji od razu widzę, co jest nie w porządku i co należałoby zrobić, aby wszystko ułożyło się dobrze. Zawsze wiem z góry, co się później stanie. To wyczerpujące, denerwujące. Czuję się bardzo osamotniona”.

Telepatię od hiperprzenikliwości dzieli tylko jeden krok. Większość nadwydajnych już go zrobiła. Hiperprzenikliwy znaczy po prostu „bardzo przenikliwy”. Nie ma w tym nic magicznego. Wystarczy zwrócić uwagę na wszystkie drobne szczegóły i połączyć je ze sobą, aby intuicyjnie wiedzieć to, co niekoniecznie zostanie wypowiedziane lub pokazane.

„Ci ludzie podobno się nawzajem uwielbiają, a ja mówię, że tak naprawdę się nie kochają. Dlaczego? Nie wiem. Intuicja mi podpowiada. Przez cały wieczór ani razu nie popatrzyli na siebie porozumiewawczo i nie zdobyli się na odrobinę czułości”. Przeważnie ktoś od razu zaprzecza takiemu stwierdzeniu: „Ależ nie, wszędzie widzisz coś złego! Tak się zachowywali, bo nie byli sami!”. Gdy kilka tygodni później para się rozstaje, wszyscy się dziwią, a człowiek nadwydajny mentalnie jest sfrustrowany. Wszak to przewidział, ale potraktowano go jak zwiastuna złych nowin. Będzie więc musiał gryźć się w język, by nie przypominać, że o tym wiedział. Nadwydajni, na podobieństwo Kasandry, zawczasu widzą, słyszą i wyczuwają wiele rzeczy, jednak są skazani na milczenie, bo ludzie gremialnie zamykają uszy na ich przestrogi.

Syndrom Kasandry

Kasandra była piękną trojańską księżniczką. Kręciło się koło niej wielu kawalerów, którzy służyli pomocą jej ojcu, Priamowi, królowi Troi, w nadziei, że kiedyś poślubią jego córkę. Zakochał się w niej sam bóg Apollo, ona zaś obiecała mu swoją rękę w zamian za naukę przepowiadania przyszłości. Ale gdy już posiadła tę wiedzę, zmieniła zdanie i odmówiła mu swych względów. Rozgniewany Apollo odebrał jej dar perswazji, toteż mimo trafnych wróżb, nikt Kasandrze nie wierzył. Na próżno przepowiedziała nieszczęście, jakie przyniesie podróż Parysa do Sparty, podstęp z koniem trojańskim i całkowite zniszczenie miasta.

Przez analogię z tą historią terminem „syndrom Kasandry” określa się postawę, którą ludzie nadwydajni znają doskonale: wiedzą, co wkrótce nastąpi, lecz nie mogą nikogo uprzedzić ani zapobiec przyszłym wydarzeniom. Syndrom Kasandry można różnie interpretować.

Po pierwsze, można się w nim dopatrzyć cierpienia tych, którzy wiedzą, i ich poczucia odizolowania. Chcieliby okazać się użyteczni i zapobiec czemuś nieuchronnemu, ale są besztani przez swoje otoczenie, uznające ich za ponuraków i zwiastunów złej nowiny. Gdy przepowiednia się ziści, jasnowidze nie mogą przypomnieć innym, że ich ostrzegali. Jeśli tylko napomkną: „A nie mówiłem!”, wywoła to żywą i niezbyt przychylną reakcję.

Po drugie, syndrom Kasandry może wyrażać niezdolność do przeforsowania swoich racji. „Gwóźdź, który wystaje, prosi się o młotek”, mówi japońskie przysłowie. Aby cieszyć się popularnością, lepiej ponieść klęskę, podporządkowując się konwenansom, niż wbrew nim odnieść zwycięstwo. Na tej samej zasadzie wskazane jest mylić się razem z tłumem niż mieć słuszność wbrew niemu. Mądrość ludowa powiada: „Kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one”. Niektórzy jednak uparcie głoszą swoją prawdę, choćby mieli rzucać grochem o ścianę i wystawiać się na pośmiewisko. Śmiech ten może być jednak dobrym nośnikiem treści, które chce się przekazać. Chyba doskonale zrozumiał to Jean-Claude Van Damme. Zabawia wszystkich i choć wiele jego powiedzonek cytuje się tylko po to, by je wykpić, w rezultacie jego słowa niosą się szerokim echem! I w taki sposób można zyskać moc przekonywania. Bywa, że prześmiewca na chwilę się zamyśli i stwierdzi: „Ostatecznie w tym wszystkim jest jakieś ziarno prawdy!”.

W syndromie Kasandry może się też odzwierciedlać potrzeba posiadania umiejętności perswazji. Apollo dobrze wybrał karę: wieszczka boleśnie doświadczyła, jak dalece dar proroctwa jest zbędny bez zdolności przekonywania. Tak więc, aby móc podzielić się z tłumem swoją wizją przyszłości, trzeba wyrobić w sobie charyzmę. Należy też liczyć się z tym, że jakikolwiek kontrowersyjny pogląd prawie nie ma szansy się przebić. Kiedy wiara w coś jest szeroko rozpowszechniona, opinia ogółu ma taką moc, że każdy inaczej brzmiący głos zostaje zakrzyczany. Jeśli wszyscy sądzą, że dzieje się coraz gorzej, chociaż wiele konkretnych przesłanek dowodzi czegoś przeciwnego, nie zdołasz skłonić ich do obiektywnej oceny. Podobnie, gdy wybuchnie euforia, nikt nie słucha wezwań do zachowania ostrożności. Ale tu już zbaczamy w stronę syndromu Titanica.

Jeśli jesteś dotknięty syndromem Kasandry, przejawiasz pozytywne skłonności do przekazywania innym swoich doświadczeń, aby mogli z nich skorzystać. Ale niektóre rzeczy człowiek musi poznać z autopsji i sam się zorientować, czy wybrał właściwą drogę. Uczymy się na własnych błędach. Toteż zachowaj dla siebie swoje przeczucia i pozwól każdemu rozwijać się we własnym tempie. Najwyżej, jeśli w twoim mniemaniu błąd może pociągnąć za sobą przykre skutki, możesz sobie pozwolić na jedną lub dwie delikatne przestrogi, lecz gdy nikt nie chce cię słuchać, natychmiast zamknij usta. Możesz też w porę zadać pytanie dotyczące kwestii, która twojemu rozmówcy nie przyszła do głowy. Zrób to przyjaźnie, podobnie jak inspektor Colombo, i jedynie po to, by skłonić daną osobę do myślenia. „Wstawić pralkę do loggii, żeby zyskać trochę miejsca? Świetny pomysł! A jak sobie wyobrażasz odprowadzanie wody?”.

Doświadczenia mistyczne

Nadwydajni mentalnie, nawet kiedy czują się zrozumiani, uznawani, kiedy nabiorą ufności, a rozmówca darzy ich uwagą i wysłuchuje zgodnie z ich oczekiwaniami, przetestowawszy jego umiejętność przyjmowania informacji i cały czas zachowując czujność, są gotowi zrobić w tył zwrot przy najmniejszej oznace niedowierzania, tak bardzo się boją, że zostaną poczytani za wariatów. Nadwydajni mentalnie przyznają się jednak do swoich paranormalnych doświadczeń: telepatii, stanów ekstatycznego spokoju i nieskalanej miłości, jasnowidztwa, poczucia jedności z naturą, proroczych snów, a czasem nawet do czegoś więcej: zdolności widzenia aury, wyczuwania obecności duchów, przypominania sobie swoich poprzednich egzystencji…

Pierre długo się wahał, zanim wyznał mi, że pewnego dnia, gdy siedział pośród żarnowców, mając przed sobą piękny krajobraz skłaniający do marzeń i medytacji, nagle poczuł, że stapia się z otaczającymi go krzewami. Odczuwał wewnętrzny spokój i niewysłowioną, wszechogarniającą miłość. To było wstrząsające doznanie, trudne do wyjaśnienia i jeszcze trudniejsze do wyjawienia.

Jill Bolte Taylor jest trzeźwo myślącą badaczką. A jednak podczas wylewu krwi do mózgu doznawała niemal mistycznych stanów rozszerzenia świadomości. Opisuje między innymi stan jedności z wszechświatem, wrażenie, że utożsamia się ze wszystkim, co żyje, a także pławi w morzu wszechogarniającej miłości.

Raz jeszcze: nie ma w tym wszystkim nic magicznego. Z naukowego punktu widzenia Pierre i jego żarnowce są faktycznie braćmi. Kod genetyczny człowieka składa się z tych samych czterech nukleotydów, co wszystkich organizmów żyjących. Wystarczy to sobie uświadomić, by stopić się z przyrodą i czuć się spokrewnionym z każdą żyjącą istotą, nie wyłączając much i roślin. Ze swym uniwersalistycznym podejściem większość ludzi nadwydajnych czuje, że stanowi część większej całości, i odnosi się z wielkim szacunkiem do życia w każdej postaci.

Podobnie we wszechświecie wszystko składa się z atomów, nieustannie krążących w morzu energii. Ludzie nie stanowią pod tym względem wyjątku. W rezultacie jedyna różnica między nami a stołem sprowadza się do kilku atomów i częstotliwości wibracji. W sferze rzeczy zarówno nieskończenie dużych, jak i nieskończenie małych, potrafimy doświadczać wszystkich tych stanów w naszej prawej półkuli mózgowej. Jill Bolte Taylor udało się nawet osiągnąć wizję spikselizowaną. Rzeczywistość straciła określone kontury. Jill widziała swoje otoczenie jako impresjonistyczny obraz i dostrzegała jedynie ruch w skupisku punktów. Myślę, że tym właśnie tłumaczy się niesłychana pokora większości nadwydajnych mentalnie i niechęć do wynoszenia się nad innych. Doskonale wiedzą, że są jedynie kroplą w oceanie życia.

Nadwydajni opisują mniej przyjemne doznania, gdy udzielają im się złe nastroje innych. Mówią, że czasem wyczuwają obecność jakichś istot pozaziemskich lub mają koszmarne sny, tak realistycznie, że zastanawiają się, czy to tylko senne majaki, czy też przejawy jakiegoś świata równoległego. Słyszałam wiele opowieści o paranormalnych zdolnościach, duchowych i ezoterycznych doświadczeniach. Nie wątpię w szczerość ludzi nadwydajnych mentalnie, którzy zwierzali mi się ze swych przeżyć. Nie zamierzam jednak bardziej szczegółowo omawiać tego aspektu nadwydajności w niniejszej książce.

Christel Petitcollin, Émotions, mode d’emploi, Éditions Jouvence, Genève 2017. [wróć]

Patrz bibliografia. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki