Jak Jerry O'Mara Marchewkę do posłowania namówił - Zenon Jerzy Maron - ebook

Jak Jerry O'Mara Marchewkę do posłowania namówił ebook

Zenon Jerzy Maron

0,0

Opis

  Kiedy jesteśmy młodzi, na hasło "emeryt" wyobrażamy sobie niedołężnego staruszka, wygrzewającego się na parkowej ławeczce. Bohaterowie tej książki przekonują jednak, że wcale tak być nie musi!
    Jerry O'Mara, Irlandczyk, po latach pracy w nowojorskiej policji nie bardzo wie, co ze sobą zrobić. Żona zmarła, dorosłe dzieci mają swoje sprawy. Przypomniawszy sobie o starym znajomym, Wiesławie, niespodziewanie decyduje się na wyjazd do Polski. Tam zaczyna nowe życie - zostaje współwłaścicielem pubu, którego w dodatku musi bronić przed zakusami polskiej mafii. Z czasem przestaje wreszcie rozpamiętywać przeszłość nad kuflem piwa i zaczyna myśleć o przyszłości. A ta zdaje się rysować w coraz jaśniejszych barwach, bo poza szczęściem w biznesie pojawia się także... szczęście w miłości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 644

Rok wydania: 2012

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Zenon Jerzy Maron
Jak Jerry O'Mara Marchewkę do posłowania namówił
* darmowy fragment *
© Copyright by Zenon Jerzy Maron 2012
ISBN 978-83-7564-335-0
Wydawnictwo My Bookwww.mybook.pl

Dedykacja

Odwaga to panowanie nad strachem, a nie brak strachu.

Mark Twain

Prolog

– Porucznik O’Mara, do kapitana – krzyknął dyżurny sierżant – pospiesz się.

– Dobrze już idę, nie wiesz po co? – zapytał Jerry.

– Nie wiem, ale widziałem zastępcę komendanta z Greenpointu, kapitana jakiegoś tam, jakieś polskie nazwisko. Idź, to się dowiesz.

Jerry zapukał do gabinetu kapitana i po usłyszeniu zaproszenia, wszedł do środka. W gabinecie kapitana Yallewski siedział drugi kapitan policji, który podniósł się z siedzenia na widok Jerry’ego, podał mu rękę i przedstawił się, podając nazwisko Myło, a następnie poprosił, żeby Jerry usiadł. Komendant Yallewski nie reagował, tylko spokojnie przyglądał się Jerry’emu i jakby czekał na dalszy rozwój sytuacji.

– Porucznik O’Mara? Irlandczyk? – zapytał kapitan Myło.

– Tak, panie kapitanie, Irlandczyk – odpowiedział Jerry, uśmiechając się – w czym mogę pomóc?

– Kapitan – tu pokazał siedzącego kapitana, przełożonego Jerry’ego – wystawił panu jak najlepszą opinię. A jestem tu u was, bo moi powiedzieli mi, że bierze pan nauki języka polskiego. Mamy pewien wakat w komisariacie i pomyślałem sobie, że dobrze by było mieć u siebie Irlandczyka ze znajomością języka polskiego. Kapitan mówił mi, że wybiera się pan na emeryturę, ale przecież pan jest jeszcze za młody na odejście, co?

– Taki mam zamiar – potwierdził – a co to za wakat?

– Naszego komendanta wysyłają na emeryturę i ja mam objąć jego stanowisko. Słyszał pan o tym, co zaszło z naszymi policjantami. Wleźli nie tam gdzie potrzeba, zajęli się nie swoimi sprawami i dwóch z nich znaleziono martwych z kanarkami w gardle. Wiemy, że to sprawka mafii, tylko musimy znaleźć powiązania. Dlatego poszukuję dobrych policjantów, uczciwych, którzy pomogą nam ustalić sprawców tego mordu. Przecież jest pan młodym człowiekiem, ma pan czas na pełną emeryturę. Zdecyduje się pan?

– No, nie wiem. Złożyłem już papiery i czekam na potwierdzenie, że mogę odejść – tłumaczył Jerry.

– Gdzie się śpieszysz – wtrącił się kapitan Yallewski – przecież jesteś tu sam. Dzieci wyjechały do Irlandii, żona ci zmarła, co będziesz robił na emeryturze. Słuchałeś przemówienia naszego burmistrza, to powinieneś wiedzieć, że stawiamy na nową jakość.

– Panie kapitanie, czy nową jakością jest dostrzeżenie, że przestępstw w Nowym Jorku dokonuje przestępca? Od trzydziestu lat ścigam przestępców i dopiero teraz się dowiedziałem, że to przestępca jest winien wzrostowi przestępczości. Że trzeba tylko zlokalizować, gdzie on jest i gdzie popełnia przestępstwa, zatrzymać i już mamy spadek przestępczości. Na tym to ma polegać wprowadzenie nowej jakości pracy? Sorry, mam już tego dosyć. Wolę przejść na emeryturę – zakończył.

– Co będziesz robił ze sobą? – spytał kapitan Yallewski.

– Jadę do Polski – oświadczył Jerry – poznałem kiedyś policjanta z Polski. Normalny facet, wypiliśmy bardzo dużo piwa i tak mnie zapraszał, że przez kilka lat uczyłem się tego języka i zdecydowałem się pojechać do niego.

– Pracuje jeszcze w policji? – spytał kapitan.

– Chyba nie, bo jak ostatnio z nim rozmawiałem, to mówił, że idzie na emeryturę, ale czy odszedł, to nie wiem.

– Uzgodniłeś z dziećmi? – zapytał Yallewski. – Przecież one ciebie potrzebują.

– Nie bardzo. Radzą sobie zupełnie nieźle. Gdybym był z nimi, mógłbym coś im popsuć, a tak spotykamy się okazjonalnie i wszystko idzie w dobrym kierunku. – Jerry uśmiechnął się. – Chyba jednak pójdę na tę emeryturę. Nie nadaję się do przekupnej policji.

Spojrzał na obu kapitanów, na ich siwe skronie i zdał sobie sprawę, że ma już serdecznie dość tej pracy. Nie chce awansów, nowych stanowisk, chce spokoju, chce być niezależny od nikogo. Ma trochę odłożonych pieniędzy dla siebie i zrealizuje to, co sobie postanowił. Pojedzie do kumpla. Jeśli będzie mu źle, zawsze może pojechać do dzieci. U nich będzie mu tylko trochę lepiej.

Rozdział I

Miesięczna odprawa w wydziale kryminalnym warszawskiej komendy rozpoczęła się punktualnie o godzinie czternastej. Tematem odprawy była współpraca z komendą w Radomiu, w sprawie kradzieży samochodów na giełdzie samochodowej w Warszawie przy ulicy Muszkieterów i zabójstwa w Kielcach, w samochodzie skradzionym na giełdzie warszawskiej. Ilość kradzieży nie była duża, ale obejmowała dwa miasta związane z kradzieżami, dlatego też sprawę przejęła komenda stołeczna. Czterech poszkodowanych zamieszkuje na Pradze Północ, a następnych czterech na sąsiedniej Pradze, przy ulicy Grochowskiej. Dotychczasowe ustalenia wyłoniły hipotetyczne miejsce zamieszkania sprawców. Analiza zebranego materiału pozwalała przyjąć, że wywodzą się z terenu radomskiego, świadczyły o tym ich rozmowy z właścicielami skradzionych samochodów. Odnoszono wrażenie, że sprawcom kradzieży nie zależy na ukryciu rejonu zamieszkania, bo są pewni swojej anonimowości. Dlatego zdecydowano, aby do Radomia wysłać trzech pracowników z Wiesławem, kierownikiem sekcji, koordynującym pracę wykrywczą, korzystając z pomocy pracowników komendy radomskiej.

Metoda działania złodziei była niezwykle prosta. Na giełdzie niedzielnej było bardzo dużo samochodów popularnych marek zachodnich, jak i produkowanych w kraju, o różnym przebiegu. Przy autach zagranicznych gromadziło się wielu oglądających, sprawiających wrażenie chętnych do kupna. Mniej zainteresowanych gromadziło się przy pojazdach krajowych, używanych. Dwie lub trzy osoby wybierały samochód, bajerowały właściciela, mydląc mu oczy wisiorami, łańcuchami ze złota na szyjach i sygnetami na rękach oglądających. Gdy miało dojść do kupna, właściciel wyrażał zgodę na jazdę próbną pod zastaw precjozów a niekiedy i skradzionego dowodu osobistego. Kupujący, już jeden, zostawiał dwa lub trzy grube łańcuchy i dwa lub trzy sygnety, wszystko zaopatrzone w próby jubilerskie, i wyjeżdżał z giełdy, a osoby towarzyszące ulatniały się. Po kilku godzinach właściciel już wiedział, że w ręku ma tombak, a samochodu jak nie było, tak nie ma.

Tymczasem sprawcy kradzieży, prosto z giełdy warszawskiej kierowali się na giełdę w Radomiu lub w Kielcach, gdzie prawie od ręki, okazyjnie sprzedawano kradzione samochody, wprowadzając w błąd nabywcę, gdy pytał o właściciela. Sprzedający na ogół mieli upoważnienie pisane na maszynie z fałszywym nazwiskiem. Tak nabrani właściciele, kupujący i sprzedający, spotykali się później w komendach, nie mogąc niczego konkretnego powiedzieć o samych sprawcach.

W jednym ze skradzionych aut, sprzedanych na giełdzie kieleckiej, znaleziono ciało młodego mężczyzny, karanego wcześniej za kradzieże samochodów, zamieszkałego pod Wałbrzychem. Pojazd stał w Kielcach, porzucony tuż koło dworca kolejowego. Tamtejsza komenda nie miała żadnych informacji mogących wyjaśnić sprawę zastrzelenia młodego mężczyzny. Na razie przyjęto założenie, że doszło do nieporozumienia pomiędzy złodziejami przy podziale pieniędzy.

Dotarto do rodziny zastrzelonego. Wyglądało na to, że rodzina nie była zainteresowana jego losem, bo matka nawet nie chciała o nim rozmawiać, a ojciec powiedział tylko, że wyjechał po podstawówce w poszukiwaniu jakiejś pracy. W aktach policyjnych znaleziono informacje, że kilkakrotnie zatrzymywano go w Kielcach i tutejszy sąd dla nieletnich jako pierwszy karał go symbolicznie za drobne kradzieże w sklepach. Gdy osiągnął pełnoletność, sąd karny skazał go na karę w zawieszeniu. Dalsze wyroki też były krótkie, bo nie przekraczały dwu lat. Ale z żadnych akt nie wynikało, gdzie pracował, a adres zamieszkania dotyczył pokoju przy rodzinie, który wynajął na kilka miesięcy po przyjeździe do Kielc. I taki adres był w wywiadzie milicyjnym.

Wiesław zdawał sobie sprawę, że w Radomiu spędzi ileś czasu, dlatego musiał podjąć decyzję, czy wynajmuje pokój w hotelu lub małe mieszkanie, czy też jeździ samochodem do miejsca zamieszkania. Z przeprowadzonej kalkulacji wyszło mu, że taniej będzie, gdy zamieszka w Radomiu, w wynajętym mieszkaniu. I tak zrobił. Poszukał w ogłoszeniach i znalazł kawalerkę za niewielkie pieniądze, przy ulicy Dzikiej, w dużym bloku. Nawet ładnie umeblowaną. Matka właścicielki mieszkania, mieszkająca w bloku obok, powiedziała, że córka wyjechała na rok do Francji, na praktykę hotelarską i doskonalenie języka. Wysłała ją firma, w której obecnie pracuje. Firma ta wygrała przetarg na budowę kilku hoteli w Warszawie. Po skończeniu praktyk we Francji Justyna ma objąć stanowisko wicedyrektora jednego z hoteli funkcjonujących, a po wybudowaniu nowego zostanie jego dyrektorem. Ma powrócić do kraju za trzy miesiące i na ten okres Wiesław wynajął mieszkanie.

Poszukiwania radomskich sprawców opisanej kradzieży, były utrudnione, ponieważ żaden z poszkodowanych nie mógł ich dokładnie opisać. Inaczej opisywali oszustów ludzie z giełdy samochodowej, zauroczeni zastawem w postaci łańcuchów i sygnetów imitujących złoto, a inaczej kupujący samochody w Kielcach. Sporządzono kilka portretów pamięciowych, rozdając je milicjantom z drogówki, patrolom osiedlowym i pracownikom operacyjnym. Minęły już prawie dwa miesiące i nie zrobiono żadnego postępu w sprawie. Natomiast dostano sygnał, że podobną metodą dokonano dwóch następnych kradzieży samochodów, ale tym razem zastawiano nie łańcuchy i sygnety, tylko sztabki złota, a rzeczywiście był to tombak.

Zbliżała się połowa trzeciego miesiąca, w sprawie nie widać było żadnego światełka, a właścicielka mieszkania sygnalizowała, że za dwa tygodnie wraca jej córka i będzie chciała wrócić do swojej kawalerki. Narady, jakie organizował Wiesław, nie dawały odpowiedzi na pytanie: kto dokonywał kradzieży? Było szereg informacji wskazujących na zamieszkałych w Radomiu Cyganów. Oni to właśnie byli mistrzami w okazyjnej sprzedaży złotych sygnetów, grubych łańcuchów, ale żaden rysopis nie wspominał o rysach cygańskich.

W przedostatni dzień wynajmu mieszkania, wieczorem, zapukała do drzwi matka właścicielki, pani Aldona, sygnalizując, że jutro zjeżdża jej córka Justyna i prosi o uwolnienie mieszkania. Wiesław przygotował kawę, wystawił kupione wcześniej ciastka i zaprosił na krótką rozmowę.

– Pani Aldono, mogę tak mówić? – zapytał, a ponieważ przytaknęła głową, ciągnął dalej: – Sprawa, którą prowadzimy tu w Radomiu, przeciąga się i być może potrzebowałbym jeszcze z miesiąc, czy mógłbym zostać jeszcze trochę dłużej, a córka zamieszkałaby z panią w tym czasie?

– No, ja sama nie mogę podjąć takiej decyzji, bo mieszkanie jest córki, ale dzisiaj wieczorem mamy rozmawiać telefonicznie, to ją zapytam. Może się zgodzi.

– Proszę przedstawić córce, że miałbym kłopot z wynajęciem mieszkania na miesiąc, dla niej zaś byłaby to chwilowa niedogodność. Od pani miałaby trochę bliżej do pracy – uśmiechnął się Wiesław.

– Mam nadzieję, panie Wiesiu, że córka nie będzie protestowała i zostanie pan w mieszkaniu, tak jak pan sobie życzy – mówiła pani Aldona. – Dla niej to rzeczywiście trochę bliżej do pracy i powrót na łono matki. Muszę już iść do siebie, bo mają mi przywieść zamrażarkę. Do zobaczenia, dam panu znać, co córka powie.

Wieczorem pani Aldona przyszła do Wiesława i przekazała mu, że rozmawiała z córką, która wyraziła zgodę na taką propozycję. Czyli może mieszkać cały miesiąc, ale nie dłużej. Wiesław uśmiechając się, zażartował, że miał nadzieję poznania młodej właścicielki osobiście, a tak będzie musiał oddać klucze mamie, nie mając kontaktu z córką. Pani Aldona poszła do swojego mieszkania, a do drzwi zapukał jeden z pracowników, Feliks, sygnalizując, że w komendzie miejskiej pilnie potrzebują Wiesława. Otrzymali informację o poszukiwanych sprawcach kradzieży. Wiesław skorzystał, że Feliks przyjechał swoim samochodem, i pojechali obaj.

W komendzie czekano już na Wiesława, dodając do otrzymanej informacji swoje spostrzeżenia. Na prowadzonych odprawach Wiesław podpowiadał pracownikom, gdzie powinni szukać informacji mogącej pomóc w ustaleniu sprawców. Sprzedawano samochody wprawdzie po cenach okazyjnych, ale marki samochodów wskazywały, że muszą być drogie. Kupowali je ludzie posiadający gotówkę i nie targowali się specjalnie przy pierwszym oglądzie aut. Poszukiwani sprawcy kradzieży, dysponując większą gotówką, mogli spędzać wolny czas w różnych miejscach. Między innymi na dyskotekach, w restauracjach, w hotelach. Tam też pracownicy operacyjni docierali. W efekcie okazało się, że była to trafna decyzja.

Informację o dziwnym zachowaniu się gości przekazał barman restauracji w radomskim hotelu, do której schodzą się co bogatsi mieszkańcy tego miasta. Kilka dni temu – jak podawał barman – przy barze siedziało kilku młodych mężczyzn, popijających whisky z lodem. Do nich przysiadł się starszy gość, informując ich, że w najbliższą niedzielę mają wyjazd na giełdę samochodową. Barman nie dosłyszał tylko, na którą. Zastanowiło go to, bo na podane hasło jeden ze stojących w grupie klientów wyjął z torby zawieszonej ramieniu trzy grube łańcuchy złote i trzy sygnety, dając je pozostałym kolegom, stojącym razem z nim. Ci włożyli łańcuchy do kieszeni, zapłacili za picie i opuścili lokal. Ten starszy mężczyzna wrócił do swojego stolika, przy którym siedział pianista z zespołu przygrywającego klientom. Pianista ma na imię Krzysztof i można go zastać w tym lokalu wieczorem lub w szkole muzycznej, gdzie jest nauczycielem.

Dalsze ustalenia poszły bardzo szybko. Okazało się, że kradzieży dokonywała jedna rodzina, w której rolę wiodącą wiódł ojciec, kierujący całym przedsięwzięciem. Miał ośmioro dzieci, w tym czterech synów i czterech zięciów. Aby utrudnić możliwość ustalenia sprawców kradzieży, zorganizował to w ten sposób, że kradzieży dokonywał jeden z synów a sprzedawał samochód jeden z zięciów. Dlatego rysopisy sprawców były tak różne i trudne do połączenia. Gwarantowało to grupie bezkarność przez długi czas. Ten sam sprawca kradzieży nie występował na giełdzie po raz drugi. Wiktor, zięć głowy rodziny, miał kontakt z radomskimi Cyganami i od nich brał łańcuchy i sygnety z oczkami, wykonane z tombaku, z nabitymi próbami złotniczymi. Urządzenia do cechowania wyrobów skradziono w czasie włamania do pracowni jubilerskiej i wykorzystywano je do cechowania tombaku. Poszkodowani, po otrzymaniu zaproszeń do przyjazdu do Radomia, nie posiadali się z radości, że nareszcie wiadomo było, kto ich naciągnął.

Natomiast, przynajmniej na tę chwilę, wyjaśniono sprawę zabójstwa młodego chłopaka. Samochód, w którym znaleziono zwłoki, rzeczywiście był skradziony przez zatrzymaną rodzinę, a według relacji jednego ze sprawców kradzieży, sprzedano go na giełdzie kieleckiej. Nie pamiętano, komu sprzedano, ale w wyniku przeszukania siedziby złodziejskiej grupy w mieszkaniu ojca znaleziono wiele różnych dokumentów dotyczących sprzedaży samochodów, a między nimi była kopia umowy z nabywcą, gdzie były jego pełne dane. To wystarczyło, aby pracownicy kieleckiej milicji dotarli do nabywcy i wyjaśnili sprawę zabójstwa. Samochód kupił pracownik służby kolei i zastrzelił młodzieńca, gdy próbował ukraść pojazd pozostawiony przy dworcu. Nie powiadomił przełożonych o użyciu broni, bo wystraszył się konsekwencji. Zamierzał zwłoki wywieźć nad rzeczkę i wrzucić je do wody. Nie zdążył, bo znaleziono samochód ze zwłokami i odholowano go na parking milicyjny.

Zbliżał się koniec czwartego miesiąca delegacji w Radomiu, sprawę wyjaśniono i Wiesław wiedział, że powinien mieszkanie zwrócić właścicielce. Któregoś dnia, gdy miał pewność, że pani Aldona i jej córka są w domu, zaszedł do mieszkania matki i tam poznał Justynę. Kiedy wszedł do mieszkania, już od progu wiedział, że zastał obie kobiety. Zanim zobaczył córkę, usłyszał jej głośny śmiech, brzmiący jak dzwoneczki. Po chwili do przedpokoju weszła młoda dziewczyna, podając Wiesławowi rękę na przywitanie. Była śliczna. Od pierwszego spojrzenia w piękne, piwne oczy dziewczyny zachowywał się, jakby coś go obezwładniało. Niby chciał coś przyjemnego powiedzieć, a wychodziło to tak, jakby blekotu się najadł. Trzymając rękę Justyny, wszedł za nią do pokoju gościnnego i czekał na znak, że może usiąść. Matka, pani Aldona, mieszkająca w dużym mieszkaniu samotnie, bo mąż jej, a ojciec Justyny, zmarł kilka lat wcześniej, widziała, jakie wrażenie na Wiesławie zrobiła uroda jej córki. W pierwszej chwili chciała mu pomóc, ale po chwili zastanowienia zrezygnowała, wychodząc do kuchni, zostawiając młodych samych sobie. To oni – uzasadniała sobie – muszą znaleźć wspólny język, tym bardziej że Wiesław jest dużo starszy od Justyny i był już żonaty.

Tak się złożyło, że znaleźli wspólny język. To, co działo się dalej, przypominało oglądanie filmu w przyspieszonym tempie. Oboje pozałatwiali swoje sprawy w miejscach pracy, wzięli ślub i zamieszkali razem u Wiesława. Miał mieszkanie w przedwojennym domu z czerwonej cegły, z unowocześnionym systemem grzewczym, pozwalającym im spokojnie myśleć o dzieciach. Mieszkanie Justyny wynajmowali na umowy wieloletnie, odkładając na lokaty dużą część pieniędzy, a po kilku latach, po śmierci matki Justyny, Aldony, wynajmowali oba lokale, mając z tego zupełnie niezły dochód.

Przeżyli wspólnie wiele lat. Justyna, po powrocie z praktyk we Francji, gdzie wiele czasu spędzała w maleńkich, ale przytulnych kafejkach, przez długi czas marzyła o tym, by mieć własną kawiarnię i móc wyżyć się właśnie w takim miejscu, przy urządzaniu lokalu, przygotowaniu różnych potraw czy obcowaniu z wieloma nowymi ludźmi. W pewnej chwili miała dosyć dyrektorowania w coraz to nowej placówce. Była dyrektorem rozruchu hotelu i gdy wszystko zaczynało funkcjonować bez zarzutu, zarząd spółki akcyjnej przenosił ją do innego hotelu w innym mieście. Do opieki nad synem musiała zatrudnić niańkę, prowadzącą syna do wieku szkolnego. Mieszkanie na walizkach nie sprzyjało ich małżeństwu, bali się, że dziecko będzie rosło bez kontaktu z matką, dlatego gdy dziecko już dorastało, Justyna odeszła z firmy, chcąc zrealizować własne marzenia. Postanowili zarobione pieniądze zainwestować w zakup lokalu i urządzić w nim kawiarnię.

Wiesław zaś, będąc człowiekiem wieku średniego, mając wymaganą wysługę lat pracy, odszedł na pełną emeryturę. Nie mogąc siedzieć w domu bezczynnie, założył agencję detektywistyczną, a w chwilach przestoju postanowił pomagać Justy – jak ją nazywał w domu – w urządzaniu kawiarni. Justyna, mając doświadczenia nabyte za granicą, chciała mieć na własność małą kawiarenkę, tworząc w niej przytulne gniazdko dla wybranych klientów. Miała swoich znajomych, z którymi spotykali się w domach każdego tygodnia, ale wymagało to zawsze od gospodarza dokonania pewnych wyrzeczeń, po to, by móc służyć samochodem przy rozwożeniu gości. Mając kawiarnię, będzie mogła podejmować znajomych każdego dnia, gdy będą mieli ochotę do niej wpaść, a mając znajomego taksówkarza, stworzy im bezpieczną możliwość powrotu do domu.

Rozdział II

Jerry zrobił Wiesławowi wielką niespodziankę. Wiesław biorąc się za dodatkową pracę na emeryturze, otworzył swoje biuro na pobliskim osiedlu. W osiedlowym bloku, na siódmym piętrze w wynajętym lokalu zadekował się jako detektyw, ogłaszając w miejskich pismach, że rozpoczął działalność i czeka na zlecenia. Nie zawierał w ogłoszeniach informacji o praktyce milicyjnej, ale i tak trafił do niego emeryt policji, z Niu Jorku, pan Jerry O’Mara. Wszedł do pokoju detektywa jak do siebie i powiedział:

– E, tu detektyw? Bo ja siuuukam pracy w tym zawodzie. Bo, ja byłem w Niu Jork detektyw w policji i chcialem by zrobićććć mnie detektyw tu, u was – wystękał przybyły.

– A mówić poprawnie to umie? – zapytał Wiesław.

– E, Polaki w Niu Jork gadali o mnie dobzie. Ucyli mnie po polsku jak tsa, to i umie – zacinał się przybyły.

– A jak ty tu się znalazłeś? – dziwił się Wiesław.

– E, ja rodem z Irlandii. Mój ojciec Patryk O’Mara mawiał, ze moge być wsendzie, bo ja jestem dobry, irlandzki chłop. Ja mam kase, ja jezdem emeryt z policji Niu Jork, to moze porobimy razem? Psecie zwoniłem do ciebie i my gadali, ze psyjade. My razem byli w Lyonie na duzych fajfach w Interpolu, i zaprasałeś mnie do siebie, pamietas? – przypominał się Jerry. – A jak sukałem ciebie, to mi moim znajomi, Irlandczycy mieskający w Polsce, powiedzieli, ze siedzis tu na wysokim pientse. Bo mało jest u was detektywów, to i widać ciebie – zaśmiał się.

– Jerry O’Mara, to ty, nie poznałem, rzeczywiście, niedawno dzwoniłeś. Ile to lat temu widzieliśmy się ostatnio? Chyba z piętnaście. Spotykaliśmy się tylko podczas pobytu na szkoleniach w Interpolu. Zmieniliśmy się trochę obaj i dlatego ciebie nie poznałem. A poza tym, nie przypuszczałem, że naprawdę do mnie przyjedziesz. Co cię tu sprowadza, ciekawość? – dziwił się Wiesław.

– No jak to. Ty mnie tu chciał, zeby psyjechać do ciebie – przypominał Jerry – na odpocynek. Bo ja emeryt.

– No, fakt. Przy piwie rozmawialiśmy o tym, ale nie przypuszczałem, ze na serio będziesz chciał do nas przyjechać – śmiał się Wiesław.

– No, dobra, to moge wracac – zasmucił się Jerry.

– No, co ty, wyhamuj. Jak już jesteś to zostań. Mam dla ciebie propozycję – rzucił Wiesław. – Moja żona kupiła lokal i chce otworzyć kawiarnię. Możesz jej pomóc w urządzeniu, zgoda?

– OK, moge pomagać, ale lepiej zrobimy otwierając pub irlancki – ucieszył się Jerry. – Ja mam piniondze, ja moge być wspólnik. Co, moge?

– Zobaczymy, wszystko zależy od Justyny, mojej żony. Ona marzyła o małej kawiarni, nie o pubie. Masz żonę? – zaciekawił się Wiesław.

– Nie mam. Obumarła mi w Ameryce. Sam jezdem – roztkliwił się Jerry – ale dzieci som. W Irlandii.

Wsiedli do swoich samochodów i pojechali tam, gdzie Justyna urządzała kupiony lokal. Mieścił się w wolno stojącym parterowym pawilonie, z działką pozwalającą na wygospodarowanie miejsca pod parking. Był to stary pawilon, budowany w latach pięćdziesiątych, przeznaczony pierwotnie na duży sklep, później na lokal usługowy a na początku lat osiemdziesiątych przerobiony na bar. Właściciel długi czas zastanawiał się, jak go nazwać. Powiesił szyld nad lokalem ze słowem „BAR” i czekał na wyklarowanie się nazwy. Ogłosił konkurs, prosząc gości, by składali różne propozycje, wrzucając je na zapisanych karteczkach do specjalnego kartonu. Zwyciężyła nazwa mająca związek z dobrze prezentującą się barmanką, panią Zosią. Znaczna większość klientów, ponad stu na wrzucone sto pięćdziesiąt dwie karteczki, zaproponowała nazwę związaną z obrazem, jaki oglądali, wchodząc do środka. Stwierdzili, że nie może być inna nazwa jak „Bar pod cyckami”. Każdy w pierwszej chwili widział olbrzymi biust barmanki, pani Zosi, nachylonej nad ladą, a dopiero po wejściu dostrzegał salę. Tak właśnie nazwano – „Pod Cyckami”. Nazwa miała przyciągać miejscowych klientów. Przyciągała, ale tych, których nie stać było na gorące danie. Starczało im tylko na jedno piwo, spożywane pod stojącym obok, zniszczonym murkiem.

Justyna z Wiesławem za niewielkie pieniądze kupili ten bar i postanowili urządzić w nim kawiarnię. Korzystając z przyjazdu do Wiesława jego znajomego Jerry’ego O’Mara, zdecydowali oboje o wzięciu go na wspólnika i konsultanta, zmieniając przeznaczenie lokalu z kawiarni na pub. Irlandczyk doskonale wiedział, jaki wygląd powinien mieć pub. Ze wspólnego oglądu wyciągnęli wniosek, że lokal należy poszerzyć, dobudowując duże zaplecze i magazyn. Wykonano projekt, uzyskano pozwolenia i dostawiono dodatkowe pomieszczenia. W międzyczasie przystąpiono do wybierania stylu wystroju wewnętrznego, do zakupienia odpowiedniego sprzętu i zatrudnienia odpowiednich ludzi. Urządzili pub w stylu irlandzkim, zgodnie ze wskazówkami Jerry’ego. Meble zamawiano w pobliskim zakładzie stolarskim, natomiast sam wystrój, niezbędny do pubu, sprowadzano bezpośrednio z Irlandii. Trwało to kilka miesięcy, ale uzyskali wystrój taki, jak opisywał go Jerry, wspólnik Justyny.

Postanowili otworzyć pub w dniu okrągłej rocznicy urodzin Wiesława. Całe sześćdziesiąt lat. Inicjatorką biesiady była Justyna, właścicielka nowo otwartego pubu i wieloletnia żona jubilata, o czym już tak głośno nie mówiono.

– Sto lat, sto lat, sto lat, sto lat niechaj żyje nam, sto lat, sto lat, sto lat, sto lat niechaj żyje nam – echem się niosło po całej ulicy, z klubu otwartego na miejscu, gdzie kiedyś był bar – Niech mu gwiazdka pomyślności nigdy nie zagaśnie, nigdy nie zagaśnie, a w tym nowym, wspólnym życiu świeci coraz jaśniej, a w tym nowym, wspólnym życiu świeci coraz jaśniej!!! Sto lat, sto lat, sto lat, sto lat niechaj żyje nam – do Justyny dołączyła obsługa i goście pubu. Ta, uśmiechnięta, rozejrzała się dookoła i ciągnęła dalej: – A kto z nami nie wypije, tego we dwa kije, łupu, cupu, łupu cupu, tego we dwa kije – śpiewała Justyna z biesiadnikami. – Niech mi żyje, co najmniej sto lat – dokończyła.

– Nie mas go jesce dosyć? – zapytał Jerry. – Tyle lat i nie zanudził cie?

– Jerry – krzyknął Józio – zostaw Justynę w spokoju, ty cholerny micku. Żadnej nie przepuścisz? To żona Wiesława, odpuść sobie.

– OK, ale ty piepsony polacku, mozes mieć ode mnie w ryło, jak nie pseprosis za micka – obruszył się Jerry. – Jezdem irlandczykiem, a to nie upowaznia cie do obrazania mnie.

– Józio – wtrącił się Witold – nie obrażaj naszego przyjaciela Jerry’ego.

– To niech się odpieprzy od Justyny – krzyknął Józio – jak poczuje kop w jaja, to się uspokoi, a Wiesio to potrafi. Prawda?

– No pewnie – odkrzyknął Wiesław – nawet dam szansę, żeby jaja rozbujał, i tak trafię.

– Wiesiu – wtrącił głośno Jerry – po co mam bujać jaja, mnie nie wisi.

– Bo jak nie odwalisz się od Justyny, to ci je odstrzelę – zadeklarował Wiesław – rozumiesz?

– To po cio zaprosiłeś mie do tej cholernej Polski – pytał Jerry – zeby mi stzelać po jajach?

– No bo jak będziesz podrywał Justynę, to tak będzie – oświadczył Wiesław, pociągając piwko z litrowego kufla. Stracił rachubę, który to z kolei.

– To ja wracam do dzieci, do Irlandii – zaszlochał Jerry – nie chcecie mnie tutaj, Wiesio ma do moich jaj stselać, to ja tak nie chcem, wracam do dzieci – głębiej westchnął i padł na stojące krzesło.

W kąciku pubu nie było widać stanu, w jakim kołysał się Jerry, a następnie rozluźniony rozbierającym alkoholem, zawisł na oparciu krzesła. Wiesław z Józefem cichaczem wynieśli Jerry’ego do pokoju gościnnego, w którym już dawno miał swoje miejsce. Nie zawsze po wypiciu kilku kufli piwa i szklaneczki whisky miał ochotę jechać do swojego pustego mieszkania. Przytulnego, ale niestety, bez kobiety.

Spis treści - fragment

Strona tytułowa

Dedykacja

Prolog

Rozdział I

Rozdział II