Inne życie - Jodie Chapman - ebook + książka
BESTSELLER

Inne życie ebook

Chapman Jodie

4,2

28 osób interesuje się tą książką

Opis

Jednej nocy mogłaby tańczyć na stole, a następnej ukryłaby się w cieniu. Kiedy stwierdzę, że ją rozumiem, może rozpłynąć się i stać zupełnie nową osobą, a ja będę musiał zacząć wszystko od nowa. Tak właśnie było z Anną.

Nick i Anna poznają się podczas wakacyjnej pracy w lokalnym kinie.

Anna jest tajemnicza, piękna i pochodzi z zupełnie innego świata niż Nick. Dorastała w rodzinie, w której członkowie przygotowują się na koniec świata. W pełnym kontroli środowisku, gdzie alkohol czy seks przedślubny są absolutnie zabronione, a religia jest filarem, na którym buduje się egzystencję.

Kiedy w życiu Anny pojawia się Nick, dziewczyna zakochuje się w nim bez pamięci. Ich wspólny świat wypełniony jest poezją, muzyką, papierosami, dyskusjami o marzeniach i wizjami, kim pragną się stać. Jednak dziewczyna boi się porzucić wszystko, w co kiedykolwiek wierzyła i wszystkich, których kochała. Odchodzi, a Nick jej nie powstrzymuje.

Wiele lat później tragedia wciąga Annę z powrotem w życie Nicka.

  • Powieść wybrana do BBC’s Book Club „Between the Covers” 2021

Ta piękna opowieść o miłości, stracie i poświęceniu złamie ci serce… Z echami powieści Davida Nichollsa i Sally Rooney doskonale oddaje agonię zakochania oraz ostrą jak brzytwa rzeczywistość bólu i straty. - Daily Mail

Pełna wnikliwych obserwacji i napięcia powieść bada, w jaki sposób jesteśmy architektami własnego życia. - Irish Times

Przygotuj się na burze emocji przy tej rozdzierającej serce lekturze. - Sun

Złożony, piękny, wielowarstwowy debiut eksplorujący miłość we wszystkich jej formach. - Woman's Weekly

To zawiła historia o miłości splecionej ze stratą, która będzie szarpać struny twojego serca… Piękny kawałek literatury. - Sunday Express

Jodie Chapman – urodzona i wychowana w Anglii, przez dekadę pracowała jako fotografka, po czym wróciła do swojej pierwszej miłości – pisania. Mieszka w Kent z mężem i trzema synami. W 2023 roku ukaże się jej druga powieść Oh, Sister.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 448

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (136 ocen)
68
35
27
4
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Macans

Nie oderwiesz się od lektury

niewyobrażalnie mądra, refleksyjna i wzruszająca lektura
30
m555win

Nie oderwiesz się od lektury

Niestety, tłumaczenie zawiera sporo literówek:(
10
kasiatylek

Dobrze spędzony czas

Świetnie się czytało. Polecam wszystkim.
10
anka_wie_

Całkiem niezła

Książka jest dość przeciętna i nie wzbudziła we mnie większych emocji. tak naprawdę to co było najciekawsze dotyczyło pobocznych postaci.
10
kaxbe1972

Dobrze spędzony czas

To "Inne życie" przypominało mi z początku "Normalnych ludzi" (tak troszkę). Tu jednak w życiu głównego bohatera jest więcej dramatów. Bardzo ładne zakończenie.
10

Popularność




CZĘŚĆ PIERWSZA

2018

Za pierwszym razem się nie udało.

W Wigilię rano mój młodszy brat wyskoczył z okna swojego mieszkania na Manhattanie. Jego ciało pokonało siedem pięter i wylądowało w kontenerze wypełnionym metrem świeżego śniegu. To śnieg go uratował, złagodził upadek. Padał przez całą noc i nie zdążył jeszcze się ubić. Miękki śnieg był również powodem, dla którego mojego brata odkryto dopiero trzy godziny później, kiedy sprzątaczka weszła do pustego mieszkania i zastała okno szeroko otwarte. Siedem pięter, metr śniegu i trzy godziny wpatrywania się w niebo. Jaka była szansa?

Telefon zadzwonił, gdy w Londynie zaczynały się godziny szczytu. To był dzień pełen spotkań jedno po drugim w dusznych salkach bez okien. Nie miałem zbytnich szans na złapanie pociągu do domu przed ósmą i pomyślałem o gównoburzy, która mnie czeka, gdy tylko przekroczę próg. Ale potem rozległo się pukanie w szklaną ściankę i pomachała do mnie Jackie.

– Nick, zdarzył się wypadek – powiedziała, gdy wystawiłem głowę. Podała mi telefon, a ja poczekałem, aż zamkną się drzwi.

Kiedy po dziesięciu godzinach wszedłem do szpitalnej sali i zobaczyłem go podłączonego do aparatury, wyobraziłem sobie nas znów jako chłopców: lekarza i pacjenta, którzy zawiązują sobie na przegubach pasma czerwonej wełny podebranej mamie z torby na robótki i przyczepiają je do kartonowych pudełek. Odtwarzaliśmy też efekty dźwiękowe: długie, niskie piknięcia, poważną diagnozę, płacz żony. Prawie trzydzieści lat później bawiliśmy się znowu. Tyle że piknięcia były prawdziwe i nikt nie płakał.

– Chujowo wyglądasz.

Pokiwałem głową.

– Gdzie Tilly?

Odwrócił głowę i spojrzał w okno.

– Zerwaliśmy.

Powiedzieli, że ma rozwaloną dolną część rdzenia kręgowego. Sparaliżowało go od pasa w dół, dobrze, że w ogóle przeżył. Nigdy nie będzie chodził. Lekarze odczytywali kolejne punkty jak z listy zakupów. Każdy z nich trafiał we mnie jak pocisk.

Kiedy wreszcie go wypuścili, zabrałem go do jego mieszkania i pościeliłem mu w salonie. Był stamtąd najlepszy widok, to znaczy na coś innego niż murowana ściana i wąskie okna z cudzym życiem w środku. Przypomniałem sobie, że w dzieciństwie uwielbiał patrzeć w niebo. Całe lata spędzaliśmy, leżąc na polu za domem, ukryci w wysokich trawach, przypatrując się samolotom tak, jak patrzy się na krople wody na szybach samochodu.

Tutaj, w innych okolicznościach, przy łóżku ustawionym pod określonym kątem, mógł mieć widok przez szczelinę między drapaczami chmur na plamę błękitu. Tak więc je ustawiłem.

Byłem przy nim codziennie przez trzy miesiące. Czasem oglądaliśmy telewizję lub graliśmy w karty, czasem siedzieliśmy w ciszy, jakby czekając, aż coś się wydarzy. Nie wychodziłem na zewnątrz, chyba że moje miejsce zajmowała sprzątaczka. Przez pierwszych kilka dni myślałem, żeby ją odwołać, ale Gloria szybko stała się moim kołem ratunkowym, szansą na powiew świeżego powietrza i widok na coś innego niż mój szybko znikający brat.

Nauczyłem się na wszystko uważać. Zamykałem i otwierałem okna, tylko stojąc tuż przy nich. Pojawił się problem bezpieczeństwa pożarowego, ale psychiatryczna ocena zagrożenia wykazała, że prawdopodobieństwo spalenia się żywcem jest mniejsze niż powtórka tamtego zdarzenia. Pozbyłem się maszynki do golenia i po raz pierwszy od dekady zapuściłem brodę. Wyrzuciłem paski od spodni, usunąłem noże, tylko bóle głowy pozostały. Wolałem nie ryzykować.

Trzymałem telefon z dala od niego, gdzieś z boku lub w kuchni. Rzadko o niego prosił, ale ładowałem go na wypadek, gdyby zmienił zdanie.

Przynajmniej raz dziennie jego telefon wibrował, gdy dzwoniła Tilly. Nie miał zamiaru odbierać, więc po kilku tygodniach wyciszyłem dzwonek. Wyświetlała się, spoglądając na mnie zalotnie sponad nagiego ramienia jak pierwsza naiwna – jak znam Tilly, to ona wybrała zdjęcie – a ja patrzyłem na nie, wściekałem się i chciałem rozbić komórkę. Ale po prostu dawałem mu dzwonić.

Pewnego wieczoru, po szczególnie kiepskim dniu, przez który brat nie wypowiedział ani słowa, chwyciłem wibrujący telefon ze stołu kuchennego i odwróciłem się tyłem do salonu.

– Czego?

– Mon amour. Och, Salvatore, biedne kochanie. – Jej akcent głęboko przeszył ciszę ostatniego miesiąca.

– Mówi jego brat.

– Och. – Zamilkła. – Mogę rozmawiać z Salvatorem?

– Nie chce z tobą gadać, Mathilde. – Wiedziałem, że nie cierpi swojego imienia.

– Przekaż mu, że tęsknię.

Miałem ochotę wyrzucić jej głos przez okno. Żeby śnieg przerwał połączenie.

– Coś jeszcze?

– Przekaż… Przekaż mu, że jestem bez niego taka zagubiona… – Dobiegło mnie szuranie paciorków różańca o mikrofon i wyobraziłem sobie, że kobieta przytrzymuje telefon ramieniem, poprawiając fryzurę przed lustrem. – Powiedz mu, że zerwałam z Chetem, bo nigdy nikogo nie pokocham tak jak mojego Salvatore. Przekażesz mu to, kochany?

– Mathilde?

– Hmm?

– Nie dzwoń więcej, proszę. – Rzuciłem telefon na blat i zakląłem pod nosem.

Czekałem, aż usłyszę swoje imię, ale nic nie przerwało ciszy.

W miarę jak chłód ustępował, miasto nabierało pewnej miękkości. Drzewa rosnące wzdłuż betonowych alej zaczęły rozkwitać, a ludzie na ulicach zrzucali z siebie płaszcze i kolejne warstwy. Na zewnątrz wszyscy jakby mościli się w wiośnie. Wewnątrz ja i Gloria trzymaliśmy straż.

Po kilku dniach kwietnia nastąpiła zmiana nastroju. To była moja wina, głupie pragnienie zbliżenia się.

W dziale z książkami używanymi w księgarni na rogu Dwunastej i Broadwayu znalazłem niewielki zbiór wierszy Longfellowa. Nie mogłem się doczekać powrotu do mieszkania.

– Pamiętasz to? – Podałem mu książkę i wskazałem na tytuł u góry strony. The Children’s Hour. – Pamiętasz, jak tata prawie to inscenizował? Nigdy nie mogliśmy potem spać.

Sal spojrzał na wiersz w milczeniu.

– No? – Mój entuzjazm był jedyną jasną rzeczą w pokoju.

– Czemu zawsze chcesz wszystko pamiętać?

Na obiad zrobiłem tosty z potrawką z fasoli. Przez zimę całkiem nieźle nauczyłem się gotować, wykorzystując czas spędzany w mieszkaniu na eksperymenty z jedzeniem, żeby tchnąć odrobinę przygody we dnie wlokące się w nieskończoność. Robiłem elegancką wersję ratatouille – z oczywistych względów używałem gotowych krojonych warzyw – i opanowałem sztukę sufletu. Ale tamtego wieczoru się nie starałem, tak samo jak on. Nie potrafiłem ubrać swojego gniewu w słowa, więc podałem mu go na obiad, uderzając tacą z jedzeniem o stolik na kółkach nad łóżkiem.

Spojrzał na mnie z zaskoczeniem, a ja poczułem do siebie odrazę.

W nocy obudził mnie jego płacz. Z trudem doszedłem do salonu i zobaczyłem go wspartego na łokciach, wpatrzonego w swoje martwe nogi i szlochającego jak dziecko. Gdy go objąłem, skórę miał zimną i wilgotną, a koszulkę całkiem przemoczoną.

– Nie umiem – powiedział głosem łamiącym się jak u dziecka. – Nie umiem jej przywołać. Mam ją w głowie, kiedy zamykam oczy. Ale nigdy się do mnie nie odzywa, a tak bardzo chciałbym znów usłyszeć jej głos. Gdzie ona jest?

Wiedziałem, że nie ma na myśli Tilly.

– Nie wiem, Sal.

– Czy w ogóle ją jeszcze spotkamy?

– Może. Albo i nie. Sam nie wiem. – Wzruszyłem ramionami.

Sal zawsze pragnął odpowiedzi. Gdy mieliśmy po naście lat, ciocia Stella zapewniła nam staż u siebie w biurze. Firma zajmowała się sprzedażą ubezpieczeń, a nasze pierwsze zadanie polegało na wprowadzaniu nowych klientów do systemu komputerowego.

Szkoląca nas kobieta, Mandy, miała głos, który najtrafniej można określić jako zawodzący. Nosiła ogromną trwałą, a do tego okulary jak denka od butelek, a kiedy robiła kawę, na powierzchni napoju pieniły się bąbelki zakamienionej wody z podajnika pod ścianą. Gdy pierwszego dnia przygotowała taką kawę, Sal wydał z siebie odgłos, jakby wymiotował.

– Powinno się to dać do czyszczenia – powiedział z niezadowoloną miną.

– Ależ skąd, uwielbiam taką! – odparła, mlaszcząc ustami. – To jak cappuccino.

Mandy siadała i siorbiąc od czasu do czasu, udzielała nam instrukcji, a my wprowadzaliśmy dane do komputera. Gdy teraz o tym myślę, mogła mieć ze czterdziestkę, ale nam wydawała się przedpotopowa. Jej policzki jak u chomika aż się trzęsły, tak bardzo rozkoszowała się tą odrobiną władzy, którą nad nami miała.

– Wprowadź nazwisko, wybierz prefiks z rozwijanego menu i kliknij „dalej”. Potem…

– Ale czemu? – spytał Sal.

– Co czemu?

– Czemu zaznaczamy w tym miejscu?

Mandy zmarszczyła brwi. Czuliśmy, jak obracają się tryby.

– Po prostu.

– Czy to uruchamia coś w tle? – dociekał, bębniąc palcami w stół. – Jaki jest cel tego zaznaczenia? W tym polu? Znaczy dlaczego to zaznaczamy? I co by było, gdybyśmy nie zaznaczyli?

Niespokojnie poruszyła się na krześle, skrępowana odstępstwem od scenariusza.

– Chyba… Chyba nie ma znaczenia dlaczego. Po prostu wiadomo, że tak trzeba. Każdy to zawsze zaznacza.

Sal świadomie unikał mojego spojrzenia. Wydał z siebie przeciągłe westchnienie nudy i odwrócił się z powrotem na krześle do ekranu.

– Dobra, niech będzie, po prostu chyba powinna pani znać powód.

Wtedy po raz pierwszy i ostatni widziałem Sala pracującego w biurze. Ale pytanie dlaczego nigdy mu nie przeszło.

– Opowiedz mi o niej – poprosił, naciągając pościel. – Powoli zapominam szczegóły, a nie wolno mi. Powiedz, co pamiętasz.

Cofnąłem się.

– Nie wiem, co chciałbyś usłyszeć.

– Prawdę. Chcę prawdy. Proszę.

Przełknąłem ślinę.

– Wcześniej próbowałem mówić o tacie…

– Nie o niego mi chodzi. Tobie też nie o niego chodzi. Dlaczego nigdy nie mówisz o tym, co ważne?

Spojrzałem na żółte światło reflektorów tworzących na ulicach chaotyczne linie. Neon zamigotał w mroku. Po drugiej stronie zamkniętych okien świat nadal trwał.

Sal przetarł oczy wierzchem dłoni.

– Muszę się z nią znów zobaczyć. Mam dość czekania. – Wskazał gestem na swoje nogi rysujące się pod pościelą. – Co mi jeszcze zostało?

– Wiesz, że cię kochała – stwierdziłem po chwili. Przysiadłem na łóżku i spojrzałem w kierunku tysięcy lamp rozświetlających miejskie ciemności. – I wiesz, że to nie była twoja wina. Tak po prostu bywa.

Sal spojrzał na mnie jak na głupiego.

– Wciąż nie łapiesz, po tylu latach? – spytał. – To zawsze była moja wina. To przeze mnie.

Gdybym wiedział, że to ostatni raz, chwyciłbym go i przytulił jego zepsute nogi i gorące serce. Przekonałbym go, że jeszcze wiele przed nim, popieprzył coś o ptakach śpiewających w klatce i pozakładał zamki na wszystkich szafkach.

Stało się jednak inaczej.

Zasnąłem skulony w nogach jego łóżka, a kiedy rano, jak co dzień, zjawiła się Gloria, wziąłem prysznic i postanowiłem przejść się piętnaście przecznic do piekarni na Spring Street po ulubione ciastka Sala. Idąc przez salon, widziałem, jak śpi w łóżku, a jego włosy bieleją w porannym słońcu.

Na zewnątrz w Nowym Jorku robiło się upalnie. Przeszedłem na drugą stronę ulicy, żeby iść w cieniu, i minąłem dwie na oko dzięwiętnastolatki, jedna śmiała się z czegoś, co powiedziała druga. Były w letnich sukienkach z odkrytymi ramionami i gdy odwróciłem się za nimi, pomyślałem sobie, że życie to mieszanka smutku i piękna, i nic nie da się na to poradzić.

W drodze powrotnej z piekarni odezwał się mój telefon. Była chwila po ósmej. Kurier zadzwonił domofonem i odmówił włażenia na siódme piętro po podpis. Gloria, świadoma, że to pilne dokumenty z pracy, na które czekam, szybko sprawdziła okna i wymknęła się z mieszkania. Mówiła, że nie było jej góra sześć minut. Przez tych sześć minut mój braciszek zdołał wypaść z łóżka, powlec swoje połamane ciało po dywanie do kuchni, otworzyć drzwiczki do szafki pod zlewem, odkręcić butelkę z resztką wybielacza i wypić to, co w niej było.

Wiele razy potem myślałem o tym ostatnim dniu. O moim durnym zachwycie nad zbiorem wierszy i wspólnym wspomnieniem, o jego minie, kiedy postawiłem przed nim tacę, i na zawsze zapamiętam to jako jego ostatnią wieczerzę. Cholerną potrawkę z fasoli na tostach.

Wiem, że ludzie kochają Nowy Jork.

Wiem, że to miejsce istnieje we wnętrzu każdego człowieka, w filmach bożonarodzeniowych z dzieciństwa, w Bobie Dylanie i wszystkich tych zmarłych beatnikach, w Salu, który przyjechał na wizę turystyczną i nigdy nie wyjechał, oraz w innych, którzy zawsze mówią o powrocie. Nawet ci, którzy nigdy tu nie byli, czują, że znają to miasto. Przyznaję, że myślałem kiedyś o tym, aby tu przyjechać, popędzić do ratusza, chodzić po ulicach, trzymając się za ręce, pokochać to miejsce, bo ona je pokochała. Kiedy wyobrażałem sobie, że tam jestem, to zawsze z nią, jak gdybym w jakiś sposób wygrał.

Ale moja pierwsza wizyta w tym mieście była misją ratunkową, a wyjeżdżałem stamtąd z bratem w pojemniku. Zawiodłem, i wyglądało na to, że to miasto też mnie zawiodło.

Wiem, że ludzie kochają Nowy Jork.

Ja go nienawidzę.

Anna, 2003

Poznałem ją na początku lata. Nosiła sukienki na cienkich ramiączkach, które wrzynały jej się w skórę, a ja obserwowałem jej ciało, kiedy nie patrzyła. To była rozgrywka, którą toczyłem w swojej głowie. Powtarzałem jak mantrę, nie patrz jej na piersi, nie patrz na piersi, więc zamiast tego patrzyłem na jej usta. Wydawało się to jakoś mniej przerażające. Ale jej ciało… to, jak sukienka je muskała.

Wiem, że powinienem powiedzieć, że chodziło o kwiaty. Że pamiętam to jako lato z powodu rozsypanych kwiatów, pozostałych po wiośnie. Ale kogo ja chcę oszukać. Chodziło o sukienkę i jej ciało w tej sukience.

Jebać Keatsa. Wszyscy faceci są tacy sami. Nie pamiętamy kwiatów.

Koniec lat osiemdziesiątych

Mówią, że tak wygląda zapominanie.

Coś się wydarza i twój mózg rejestruje szczegóły, a potem z biegiem lat obraz zanika, aż zostaje tylko zarys. Z mamą było odwrotnie. Na początku, kiedy zniknęła, nie mogłem jej sobie przypomnieć. Myślę, że zablokowałem wspomnienia z oczywistych powodów – być może działał instynkt samozachowawczy – ale kiedy dorastałem, były chwile, kiedy znów do mnie wracały. Wyglądało to tak, jakby zostały odcięte ze względów bezpieczeństwa, dopóki nie będę na tyle duży, by poradzić sobie z bólem.

Niektóre miały bezpośrednie połączenie ze zmysłami. Słyszałem jakąś piosenkę lub przechodziłem jakąś ulicą, przełącznik robił pstryk, a wspomnienie wracało. Działałem bardzo powoli i starałem się sprowokować pamięć w nadziei, że resztą zajmie się wyobraźnia.

Zazwyczaj jest to odczucie lub dźwięk.

Spróbuję wyjaśnić.

Pamiętam skórę na jej palcach, szorstką w dotyku jak bandaż. Jej ręce były przesuszone od wody i mydła, niekończącego się prania, które przez nas miała, a skórki poobgryzane przy paznokciach. Czasem obejmowała moją twarz dłońmi, a jej skóra w kontakcie z moją wydawała dźwięk jak przy drapaniu.

Sal powiedział mi kiedyś, że jego najsilniejsze wspomnienie to zabawa jej włosami.

Siadała na bladozielonym fotelu w ptaszki i kwiatki – kupili go z tatą w Harrodsie tydzień po ślubie – i rozpuszczała złote włosy. Sal i ja udawaliśmy fryzjerów i na zmianę szczotkowaliśmy jej włosy i wsuwaliśmy w nie spinki.

– Załatwcie to, chłopcy – mówiła, moszcząc się w fotelu – zróbcie mnie dziś wieczór na bóstwo.

Miała grube, ciepłe włosy, a za każdym pociągnięciem szczotki kilka pasemek spadało na ziemię. Szkoda, że nie uciąłem pukla i nie schowałem do koperty wzorem niektórych rodziców, kiedy po raz pierwszy obcinają dziecku włosy. Na użytek przyszłych aktów wspominania.

I dźwięk.

Pewnego razu siedziała na ławce i patrzyła, jak bawimy się na drabinkach. To było w centrum miasta, betonowe płyty lśniły od porannego deszczu. Drabinki musiały być mokre, bo ześlizgnąłem się, spadłem i skręciłem kostkę. Leżąc na ziemi i trzymając się za stopę, słyszałem, jak biegnie w moim kierunku. Trudno opisać ten specyficzny odgłos, jaki jej skórzane buty wydawały w kontakcie z wilgotną ziemią, ale było to jak mokre, gładkie stukanie. Jakieś pięć lat później, kiedy wychodziłem ze szkoły, przebiegła obok mnie dziewczyna. Musiała nosić takie same buty i musiało padać, bo gdy biegła, jej stopy wydawały dokładnie ten sam dźwięk.

Pamiętam pięść włożoną do ust i zimny smak krwi na języku.

I tata.

W każde Boże Narodzenie tata pakował nas do samochodu i jeździł po okolicy, żeby pooglądać dekoracje. Mama przygotowywała nam gorącą czekoladę w termosie, a my krążyliśmy powoli ulicami z emaliowanymi kubkami w rękach, wyglądaliśmy przez szyby i cicho komentowaliśmy. Wtedy nie mieliśmy za dużo pieniędzy, a tata nie widział sensu rezygnować z sobotniego golfa albo transmisji meczu, żeby rozplątywać kilometry bajkowych światełek.

– I tak najlepiej widać je z ulicy – powiedział kiedyś. – Po co marnować czas i pieniądze na przyjemności sąsiadów, skoro możemy obejrzeć ich instalacje za darmo?

Myślę, że to miało sens.

Bloki komunalne zawsze wiodły pod tym względem prym. Wszędzie piętrzyły się dekoracje.

– Nie wiem, skąd biorą na to pieniądze – obruszał się, po czym wykrzykiwał: „Patrzcie, chłopcy!”, na widok gigantycznego nadmuchiwanego Świętego Mikołaja.

Ślepą uliczkę zawsze zostawialiśmy sobie na ostatek. To było na końcu długiego szeregu klockowatych domków wolnostojących z lat sześćdziesiątych. Stał tam duży bungalow widoczny już od momentu skręcenia w tamtą uliczkę. Co roku zapewniał najlepsze widowisko. Według legendy mieszkała tam samotna para starszych ludzi, którzy co roku w grudniu dekorowali dom, aby dzieci mogły do niego pielgrzymować. Chcieli zostać zapamiętani, chociażby przez cudze potomstwo.

– Gotowy, Sal?! – wołał tata, pokazując mu, że ma się odwrócić. Radość brata sięgała zenitu. Nie wiem, czy to dlatego, że zbliżaliśmy się do tamtego domu, czy dlatego, że tata zwrócił na niego uwagę.

Ogromna jodła pięła się aż po szczyty słupów telegraficznych, owinięta w migoczące magiczne światełka. Na środku trawnika była tradycyjna stajenka, a dookoła gromadziły się zielone i czerwone elfy w butach z zadartymi noskami. Nad garażem górował ogromny Święty Mikołaj na saniach z dzwoneczkami i prezentami, ciągniętych przez rozpędzonego Rudolfa. Ścieżka usiana była laskami cukrowymi, przy drzwiach stał bałwan, a w każdym oknie błyszczały światełka o różnych kształtach i kolorach. Budynek okolony był sznurami białych lampek, ciągnących się wokół okien i drzwi, i jeśli patrzyło się wystarczająco długo, a potem zamykało oczy, pod powiekami utrzymywał się obrys domu. Ilekroć Sal lub ja rysowaliśmy ten dom, zawsze przybierał formę bungalowu na końcu ślepej uliczki, ze wszystkimi światełkami. Zastanawiam się, czy on o tym zapomniał, bo ja nigdy.

Pamiętam, jak pewnego razu mama siedziała blisko taty, obejmował ją ramieniem, a drugą ręką trzymał kierownicę. Siedzieli na niedzielonej skórzanej kanapie, jak w samochodach z lat pięćdziesiątych, a ona opierała mu głowę na ramieniu. Kołnierzyk miał podniesiony i kiwał głową w rytm bożonarodzeniowych piosenek z radia. Ich skóra była młoda.

Tyle że nigdy nie mieliśmy zabytkowego samochodu, a kiedy lata później spytałem o to tatę, odparł, że nigdy nie miał takiej kanapy. Może to wspomnienie wzięło się z okładki albumu, ze starego filmu lub ze snu, który mi się zdarzył. Mimo to pamiętam tę scenkę i mógłbym przysiąc na świętą księgę, że to się wydarzyło, tak jak wciąż pamiętam chrzęst opon na śniegu i zapach, który unosił się, gdy otwierałem puszkę ze słodyczami w bożonarodzeniowy poranek.

Zawsze będę miał nadzieję, że było tak jak w tym wspomnieniu.

2003

Kiedy poznałem Annę, miała chłopaka. A w każdym razie na początku. Podobno wyleciał na lato do Australii, ale szczegóły były niejasne i właściwie nigdy nie pytałem. Kilka dziewcząt rozmawiało w pokoju socjalnym o tym, że tak naprawdę nigdy jej z nim nie widziały. Któraś powiedziała, że wątpi w istnienie tego chłopaka. Jej przyjaciółka Lisa ucięła kwestię. „Robią sobie przerwę” – powiedziała i odmówiła wyjawienia powodu. „Ale on naprawdę istnieje”.

Nie należała do tych, których obchodzi, co ludzie pomyślą. Od razu zwróciłem na to uwagę. Zwróciłem też uwagę na to, jak przedstawiła mi się na mojej pierwszej zmianie. Nawet w nietwarzowym mundurku pracownicy kina trudno ją było przeoczyć. Dziewczyny mówiły, że wygląda podejrzanie – przypuszczam, że jej twarz miała w sobie pewną dziwność, śmiałość i siłę w sposobie, w jaki kości uformowały się pod jej alabastrową skórą. W jej rysach nie było nic drobnego. Nigdy nie widziałem podobnej twarzy, a temat jej atrakcyjności wywołał gorące debaty w pokoju socjalnym, gdy tylko z niego wychodziła. Nigdy nie brałem w nich udziału. Jak dla mnie wyglądała dobrze.

Staliśmy w podwójnych drzwiach, seans był wyprzedany. Nie pamiętam, co to był za film. Leciały już napisy końcowe, a my czekaliśmy, każde oparte o skrzydło drzwi, aż publiczność przejdzie między nami.

– Cześć, jestem Anna – powiedziała, wyciągając rękę do uścisku. – Jesteś nowy, prawda?

Chyba coś wymamrotałem, odwzajemniając uścisk. Niewiele dziewiętnastolatek miało zwyczaj, przedstawiając się, podawać dłoń, ale jak mówię, ona była inna. Nie pamiętam, skąd wziąłem jej numer. Całe życie składa się z małych zwycięstw, o których się zapomina.

Na następnej zmianie spędzaliśmy razem przerwę w pokoju socjalnym. Wszedłem do tego pomieszczenia bez okien i zastałem ją przy stole, pijącą wodę i czytającą książkę. Uśmiechnęła się przelotnie i wróciła do lektury. Chłopak o imieniu Dave wszedł i zaczął opisywać dziewczynę, którą właśnie obsługiwał, i wszystkie te rzeczy, które by jej zrobił. Jako że Anna nie podnosiła wzroku, zmienił taktykę, mówiąc, że w dobie internetu książki to strata czasu. Mimo to Anna wciąż go ignorowała.

– Co lubisz w dziewczynach? – zwrócił się do mnie, po czym wymienił cechy, które mu się podobają: duże cycki, rude włosy; zboczone, ale nie obrzydliwe. Wzruszyłem ramionami i powiedziałem, że tak naprawdę nie mam określonego typu, ale lubię dziewczyny z mózgiem. – Ach tak, ta seksowna bibliotekarka – oznajmił Dave, odchylając się na krześle. – Wygrzmoć ją tak mocno nad stosem książek, aż jej okulary spadną. – Zaśmiał się.

– No, to nie do końca to – powiedziałem. – Chodzi raczej o samo czytanie książek. – Wtedy spojrzała na mnie Anna.

„Wiesz, że ona ci nie da?” – pytali. „Wszyscy próbowaliśmy. Totalna ziemia dziewicza”.

Anna wyznawała jedną z tych religii, które gardzą wszystkim, co normalne. Boże Narodzenie, urodziny, upijanie się, seks przed ślubem: mowy nie ma. Jej chłopak należał do tego samego klubu. Czasem wsuwali mi pod drzwi ulotki. W zeszłym tygodniu podniosłem jedną z wycieraczki i przez chwilę przyglądałem się jej uważnie, a potem zgniotłem ją w kulkę. Wycisnąłem z niej całe powietrze, aż stała się tak mała, jak tylko mogła, po czym wrzuciłem ją do kosza.

Na początku niewiele rozmawialiśmy. Przydzielono nas do wspólnej pracy na sali i pod koniec filmu szliśmy posprzątać torebki po prażonej kukurydzy i kubki. Napisy końcowe nadal leciały, gdy my już sprzątaliśmy po ciemku. Na popularnych seansach było nas kilkoro do sprzątania po widzach, zanim ich miejsce zajmą kolejni. Kilku chłopaków śpiewało do napisów lub grało w baseball miotłą i pustym kubkiem. Robili to zwykle, gdy w pobliżu była jakaś dziewczyna. Anna obdarzała ich wysiłki co najwyżej okazjonalnym uśmiechem. Trzymała się na uboczu.

Jednak w pierwszy gorący weekend na początku lata wszystko się zmieniło.

Kilka osób wybierało się spędzić popołudnie w ruinach kościoła w Eastwell, włócząc się po okolicy i pływając w jeziorze.

– Anna będzie tam z Lisą – oznajmił Dave. Może kilka innych dziewczyn też się pojawi. Zapytał, czy chcę do nich dołączyć, a ja odparłem, że zobaczę, co da się zrobić.

Eastwell było niedaleko, więc w niedzielne popołudnie wyjąłem zimne piwo, które kupiłem poprzedniego dnia po zakończeniu zmiany, i włożyłem je do plastikowej torby, a potem poszedłem przez pola w kierunku kościoła. Droga zajmowała zwykle około piętnastu minut, ale tego dnia panował upał, który lepił się do skóry głowy. Nie śpieszyłem się. Po drodze minął mnie samochód, z łokciami wystającymi z każdego okna, a z głośników dudnił jakiś aktualny przebój. Poznałem, że to wóz Lisy, i zacząłem się zastanawiać, czy jeden z łokci należał do Anny.

Kościół był ruiną z piętnastego wieku, opuszczoną i otoczoną nagrobkami z napisami zbyt zniszczonymi, by dało się je odczytać. Ludzie mówili, że w ruinach straszy. Przyjechałem tam raz jako dziecko. Sal i ja skakaliśmy od grobu do grobu, odcyfrowując dane zmarłych.

Usłyszałem je wszystkie, zanim je zobaczyłem.

Przeszedłem obok kościoła i pod drzewami. Obok siebie stały zaparkowane dwa samochody. Wszyscy leżeli półnadzy wyciągnięci na trawie nad jeziorem i rżeli z jakiegoś żartu. Słońce stało wysoko na bezchmurnym niebie, a woda mieniła się jak szkło.

Któreś z nich zobaczyło mnie i pomachało, a wtedy towarzystwo odwróciło się, żeby popatrzeć. Potarłem się po głowie i kiwnąłem w odpowiedzi. Nie było jej z nami.

Lisa krzyczała na Dave’a. W dłoniach miała otwartą tubkę kremu do opalania, a wzdłuż ramion białe smugi, których jeszcze nie zdążyła wetrzeć. Dave rzucił w nią garścią trawy i źdźbła poprzyklejały się do skóry. Zbeształa go, a on pił tylko red bulla i śmiał się. Reszta też się śmiała. Jej z nimi nie było.

Wyjąłem puszkę z plastikowej torby i poczęstowałem wszystkich wokół. Jedna z dziewczyn wyciągnęła po nią rękę i uśmiechnęła się, gdy jej palce musnęły moje. Wypchnęła klatkę piersiową, skrzyżowała i rozkrzyżowała nogi. Wziąłem sobie kolejną puszkę i zszedłem w stronę wody.

Starałem się nie myśleć o tym, dlaczego nie przyszła.

Było to duże jezioro otoczone drzewami, z małym mostkiem. Woda dalej od brzegu była ciemna i gęsta od chwastów. Bliżej był łagodniejszy błękit, chociaż nie dało się oszacować głębokości bez wchodzenia. Na powierzchni wody pojawiły się delikatne zmarszczki i zobaczyłem chwiejny kontur własnego odbicia.

– Skacz. – Usłyszałem czyjś głos.

Odwróciłem się i zobaczyłem Annę w wodzie, z dala od trawy na tle skał. Dolna połowa jej ciała niknęła pod powierzchnią wody.

Z uśmiechem uniosłem puszkę.

– Chętnie, ale…

– Poczekam – stwierdziła. – Choć też chce mi się pić.

Odbiła się od skał i podpłynęła do mnie, a ja pochyliłem się i podałem jej puszkę. Patrzyłem, jak upija duży łyk, obserwowałem, jak wyglądają jej czarne włosy, kiedy są mokre.

– Dzięki – powiedziała i oddała mi puszkę. – Dopij.

– Głęboko? – Kiwnąłem w kierunku wody.

Uśmiechnęła się i na chwilę uniosła brwi.

– Wskakuj, to się przekonasz. – Odbiła się stopami od brzegu i odpłynęła.

Wstałem i przez chwilę patrzyłem w jezioro. Starałem się nie gapić na nią, pływającą na plecach, i wpatrywać się w jakiś punkt w oddali, ale promienie słońca wciąż mieniły się na jej skórze. Miała na sobie bikini w czerwono-białe paski. Jej oczy były zamknięte.

Kiedy skończyłem piwo, rzuciłem puszkę na brzeg i ściągnąłem koszulkę i buty. Anna patrzyła, jak wkładam do wody jedną stopę, a potem drugą.

– Zabawny sposób skakania! – zawołała z daleka.

Uśmiech na mojej twarzy zrzedł, gdy zimna woda oblała mi ciało. Stłumiłem instynktowne pragnienie krzyku i zanurzyłem się całkowicie pod powierzchnię, wraz z twarzą i głową. Woda nie była głęboka, może z półtora metra, ale dno zarastała gęsta dżungla wodorostów.

Płynąłem, aż znalazłem się blisko niej, i wtedy doszedłem do wniosku, że pora pokazać twarz. Ona pływała w miejscu, jej podbródek podskakiwał na powierzchni, a na jej ustach gościł dziwny uśmiech.

– Wiesz, co się stało z kościołem? Czemu to tak wygląda? – spytała, wskazując głową na poniszczone kamienne mury wznoszące się między drzewami w oddali.

Odwróciłem się i spojrzałem, mimo że już wiedziałem, jak to wygląda. Chciałem, żeby twarz przestała mi płonąć.

– Był pożar – powiedziałem w końcu.

Otarłem dłonią wodę z twarzy i pogładziłem ogoloną głowę. Anna znajdowała się tuż poza zasięgiem dotyku.

– Nie jesteś zbyt rozmowny – podsumowała mnie.

Przeszywający wrzask rozszedł się po jeziorze i przegonił z brzegu trzy gęsi. Przeleciały przez wodę nad naszymi głowami, a my patrzyliśmy, jak znikają ponad drzewami na drugim brzegu.

Uniosłem brwi.

– Po co mówić, skoro można poprawić milczenie?

Położyła się na plecach i unosiła na wodzie.

– Nigdy nie mówiłam, że mam coś przeciwko – stwierdziła i rozłożyła ramiona na boki.

– A-n-n-a! – Po jeziorze niosły się długie okrzyki wydawane męskim głosem.

Pomachała w kierunku brzegu.

– Jesteś tu potrzebna! – krzyknął głos, a ona w odpowiedzi uniosła kciuki.

– Zaczekaj na mnie. Wrócę – powiedziała i przepłynęła obok, ocierając się stopą o moją nogę w niewidzialnym świecie pod powierzchnią.

W następny poniedziałek wybraliśmy się po pracy do miasta do lokalnego klubu. Wtedy wszyscy wychodzili prawie co wieczór. W piątek, sobotę i poniedziałek drinki były tanie, a powietrze śmierdziało karaoke. Nie wiem, skąd mieliśmy energię, skoro pracowaliśmy całymi dniami i wychodziliśmy każdej nocy, ale nie ma co dociekać – to taki wiek. Człowiek ma całe życie przed sobą.

Siedzieliśmy na kanapie pokrytej białym tworzywem sztucznym, ona odchylona do tyłu, ja pochylony do przodu, a wszyscy inni tańczyli. Pamiętam muzykę – jakąś ohydną garażową składankę – i światła migające na parkiecie. W ciemności wziąłem ją za rękę. Przez trzy minuty patrzyliśmy na siebie, a gdy piosenka się skończyła, wspięliśmy się po wzgórzu w kierunku miasta.

Kiedy dotarliśmy do opustoszałego parkingu za Blockbuster’s, zatrzymała się i powiedziała:

– Nie zrobię kolejnego kroku, dopóki ty go nie zrobisz.

W późniejszych latach kłóciliśmy się o to, kto wykonał pierwszy ruch. „To ty pocałowałeś mnie” – twierdziła uparcie. Doskonale to pamiętam.

Pamiętamy tak, jak chcemy pamiętać.

Początek lat dziewięćdziesiątych

Kiedy mama odeszła, spakowaliśmy jej rzeczy. Jednego dnia wszystko było na miejscu, a drugiego już nie. Tak samo jak ona.

W dzieciństwie bawiliśmy się z Salem w chowanego. Stałem na dole schodów, zakrywałem twarz rękami i liczyłem do dwudziestu. Dom, w którym mieszkaliśmy, był dużym, starym budynkiem w stylu wiktoriańskim, z wysokimi sufitami i zakurzonymi kątami. Dawno, dawno temu była tam plebania, ale powoli zmurszała. Tata pracował dla właściciela posiadłości, wykonując drobne prace na jej terenie, a my mieszkaliśmy tam za znacznie obniżony czynsz. Dla nas to było jak rezydencja.

Liczyłem bardzo powoli, żeby dać Salowi czas na ukrycie się, a potem właziłem po schodach. Zawsze chował się w tym samym miejscu, ale robiłem wielkie widowisko, zastanawiając się, gdzież mógł się podziać, podnosiłem grube kotary, które wisiały w oknach, i otwierałem wszystkie szafki. Przeszukiwałem całe piętro, aż w końcu docierałem do drzwi sypialni mamy i taty. Otwierałem je i czekałem, krążyłem po pokoju, sprawdzając, co od wczoraj zmieniło swoje miejsce. Przybory do szycia na jej biurku, nowa książka otwarta na stoliku nocnym, zapomniana szklanka wody. Byłem zafascynowany szklanymi słoiczkami na toaletce i słońcem, które przebijało się przez zasłony i oświetlało ją jak kapliczkę.

Kiedy się już naszukałem, podchodziłem do ciężkiej brązowej szafy i otwierałem drzwi. Tam, za fałdami kwiecistych spódnic i sukienek, Sal zwijał się w kłębek, próbując być niewidocznym. Wchodziłem do środka, zamykałem drzwi i leżeliśmy na dnie szafy, Sal przesuwał rękami po tkaninach, a ja wdychałem ulatniający się zapach.

Kilka tygodni po jej odejściu zaproponowałem Salowi, żebyśmy pobawili się w chowanego. Byłem już na to za stary, ale dni zaczynały dłużyć się w nieskończoność i musieliśmy porobić coś dla zabicia czasu.

Odliczyłem i wszedłem na górę, ale kiedy otworzyłem drzwi sypialni, Sal stał przed szafą z opuszczonymi rękami. Podszedłem i zajrzałem do środka. Nie było tam nic. Fałdy jedwabiu i poliestru zastąpiła ciemna, pusta przestrzeń. Wtedy zauważyłem, że wszystko zniknęło. Słoiczki, książki, przybory do szycia. Odeszły.

Wślizgnęliśmy się do szafy i zamknęliśmy za sobą drzwi.

2003

Spędzaliśmy ze sobą praktycznie każdy dzień lipca. Pamiętam upał – wielki upał – i że nie wyłączaliśmy silnika zaparkowanego samochodu, żeby było w nim chłodno. Zużyliśmy ileś zbiorników paliwa, podobnie jak warstewkę skóry na naszych wargach.

– Wiesz, że za miesiąc on wraca – stwierdziła pewnego razu. – Powiedział, że wraca za miesiąc.

Kiwnąłem głową i pocałowałem ją znowu.

Potem wszystko wróciło na swoje miejsce. Spotykaliśmy się przed pracą albo jeśli jedno z nas skończyło zmianę, drugie robiło sobie przerwę i szliśmy pod ścianę za koszami na śmieci. Pamiętam połączenie jej perfum – jaśminu, jak było napisane na flakonie – z zapachem gnijących frytek. Gdy teraz to wspominam, zastanawiam się, czemu nie wybraliśmy innego miejsca, ale byliśmy młodzi, głodni i napaleni. Śmietnik był pod ręką – chodzenie dalej byłoby stratą czasu – i zapewniał prywatność. Chcieliśmy tylko dalej chcieć siebie nawzajem.

Z Laurą nigdy się tak nie całowaliśmy. Może na samym początku, ale potem już nie. Nie oczekiwałem tego jednak. Młodość ma apetyt na kolejne doświadczenia. Całowanie się to coś nowego i za darmo. Nie sposób wytrzymać tego głodu, który kłuje w plecach i strzela w stawach. Teraz na coś takiego nie liczę.

Tamtego lata przez Europę przetoczyła się fala upałów. Mówiono, że było jednym z najgorętszych od pięciuset lat. Poziom wody w Dunaju spadł tak bardzo, że na dnie ukazały się bomby i czołgi z czasów drugiej wojny światowej. Nadal znajdowały się tam, głęboko pod wodą, śmiertelnie groźne niewybuchy, tylko czekające na odkrycie. A bliżej domu topiła się autostrada.

Upał mi zawsze o tym przypomina.

Na początku każda wymówka była dobra, żeby się podotykać. Anna pochylała się nad otwartym schowkiem w samochodzie, opierając się na moich kolanach w poszukiwaniu płyty CD. Ja odgarniałem jej z policzka niewidoczny kosmyk włosów. Albo leżeliśmy w parku, ona wkładała mi do ucha słuchawkę i naciskała play na iPodzie. Spędziliśmy razem dwie noce. Wiedziałem, że obowiązuje ją godzina policyjna, więc musiała aranżować takie spotkania z góry – że niby nocuje u przyjaciółki. Chyba byliśmy przyjaciółmi. Latami staraliśmy się to ustalić.

Leżeliśmy u mnie w łóżku. W czarno-białym telewizorze leciał Hotel Zacisze, obraz śnieżył przez antenę oklejoną taśmą. Znała na pamięć każdy dialog, a ja kładłem głowę na poduszce i patrzyłem, jak się śmieje.

Pamiętam tę chwilę. Musiała zauważyć, że się jej przyglądam, ponieważ przygładziła włosy, przysunęła się na łóżku i pocałowała mnie.

– Co chcesz zrobić ze swoim życiem? – spytała.

Odgarnąłem jej włosy z twarzy.

– Nikt mnie nigdy o to nie pytał – odparłem.

– Chyba żartujesz.

– No może mama. – Zamilkłem. – Jako dziecko pisałem opowiadania. Lubiła, jak czytałem je na głos, a kiedy kończyłem, zawsze klaskała i powtarzała, że mam talent. Ale matki nie są obiektywne.

Anna się uśmiechnęła.

– Na pewno byłbyś wspaniałym pisarzem.

Wiara w jej głosie była zaskakująca. Nigdy nikomu nie mówiłem o mojej miłości do pisania, zwłaszcza nie Dazowi i innym chłopakom, którzy potem mieliby na mnie używanie.

– A ty? – zapytałem. – Czego ty chcesz?

Położyła mi głowę na piersi.

– Uwielbiam malować. I chciałabym kiedyś wrócić do Nowego Jorku. W zeszłym roku spędziłam tam trzy miesiące na szkolnej wymianie, to niesamowite miejsce. – Zamieszkajmy na East Village i zostańmy parką twórczych leniuchów. – Pocałowała moją skórę.

Zbiegłem na dół, żeby zapalić przed domem.

– Czy naprawdę zostawisz mnie samą u siebie w pokoju? – spytała z podejrzanie rozszerzonymi oczami.

Zrobiłem to. Zostawiłem ją tam, leżącą na moim łóżku, choć wiedziałem, że nikotynowy kop niespecjalnie mi pomoże. Podobała mi się myśl, że ona przebywa w przestrzeni, która była wyłącznie moja. Kiedy spojrzałem w górę przez obłok dymu, patrzyła w dół z okna. Po sposobie, w jaki się opierała, z ręką pod brodą i szeroko rozstawionymi łokciami, mogłem stwierdzić, że się opiera nagimi kolanami o moją poduszkę, a to wzbudziło we mnie dziwny dreszczyk emocji. Uśmiechnąłem się, a ona pomachała, po czym się cofnęła. Kończąc papierosa, wyobrażałem sobie, że ogląda moje rzeczy, wchłania mnie do środka. Kiedy otworzyłem drzwi, była dokładnie tam, gdzie ją zostawiłem.

Pierwszej nocy, którą spędziła w mojej sypialni, w moim łóżku, nic ze sobą nie robiliśmy. Całowaliśmy się, rozmawialiśmy i spaliśmy. Kiedy zapadła ciemność, przytuliliśmy się, jakbyśmy byli jednym ciałem. Miała na sobie moją ulubioną koszulkę.

– Ile dziewczyn spało w tym łóżku? – zainteresowała się, kiedy słońce wstało o nieprzyzwoitej godzinie.

– A bo to ważne? – Wzruszyłem ramionami.

Opowiedziałem o tym, jak poprzedniego lata na campusie jakaś dziewczyna zapukała do drzwi w poszukiwaniu mojego kolegi z akademika. Wyszedł, ale miał wrócić, więc zaproponowałem jej, żeby poczekała. Dziesięć minut później byliśmy razem w łóżku. Kiedy zdradziłem to chłopakom w pubie, poklepali mnie po plecach i zamówili mi następną kolejkę.

Gdy skończyłem mówić, potrząsnęła głową i odwróciła twarz do ściany.

Nie powinienem był dzielić się z nią tą historią.

Drugą noc pamiętam znacznie wyraźniej. Wspominałem ją wiele razy.

– Gdzie jest twój tata? – spytała Anna, gdy wchodziliśmy po schodach. – Nie poznałam go dotąd.

– Nie ma go – odparłem. – Nigdy go nie ma.

Położyliśmy się na moim łóżku, kołdrę zrzuciliśmy na podłogę. Okno było otwarte, ale w powietrzu unosił się tylko gęsty lipiec.

– Chyba się ostrzygę – stwierdziła.

– Czemu?

– I przefarbuję na blond. Jak bohaterka Hitchcocka.

– Wariatka – podsumowałem, głaszcząc ją po nodze.

– Nie podobałabym ci się już?

– Masz piękne włosy. Po co robić coś takiego z tak pięknymi włosami.

Położyła swoją dłoń na mojej.

– Odrosną. Zresztą włosy i tak są martwe.

Nie pamiętam rozbierania jej, ale pamiętam, jak wyglądała i że nie było w niej nieśmiałości. Nie była naga w ten sam sposób co inne dziewczyny i fascynowało mnie to. Jeszcze dziś potrafię zamknąć oczy i ją zobaczyć. Pamięć to niebezpieczna gra.

Czasem byliśmy tylko ona i ja, i nic pomiędzy.

Kiedy zbliżaliśmy się do finału, spojrzałem na nią i zapytałem:

– Jesteś pewna?

Zamknęła oczy i pokiwała głową, ale ja zrozumiałem i przestałem.

– Wiesz, że nie są czarne? – spytała potem, przytulona do mojego brzucha. – W sensie, moje włosy.

Była gdzieś druga w nocy. To, co wydawało się godziną pieszczot, okazało się trzema godzinami. A i tak nie potrafiliśmy wypuścić się z objęć. Pogłaskałem ją po plecach koniuszkami palców, kręcąc kółka na powierzchni jej skóry.

– Wyglądają na czarne – powiedziałem. W ciemności jej włosy zlewały się z cieniami.

– Przyjrzyj się im dobrze w blasku słońca, a zobaczysz, że są ciemnobrązowe.

Podciągnąłem ją wyżej, żeby móc wziąć ją w ramiona.

– Uwielbiam je niezależnie od tego, jak nazwiesz ich kolor.

– Ty od zawsze się golisz? – spytała, kładąc mi głowę na piersi. Wyobraziłem sobie, jak musiała słyszeć walenie mojego serca.

Przejechałem ręką po czaszce.

– Robię to, kiedy się denerwuję. Jakoś mi to pomaga. Golenie głowy.

Poczułem jej dotyk na łopatkach, jej palce przylegające do mojej skóry. W reakcji na moje słowa chwyciła mocniej.

Pocałowałem ją w gorące, wilgotne usta.

Po jakimś czasie, który dłużył się jak miesiące, znalazłem w łóżku pasma jej długich czarnych włosów.

Każda okolica ma swoje miasto takie jak Ashford, tego jestem pewien. Ronda prowadzące do kolejnych rond. Betonowa dżungla w centrum, opadająca w dół główna ulica ginąca w korkach, jakieś wcielenie sklepu „wszystko za funta” w miejscu, gdzie kiedyś był market Woolworth’s, galeria handlowa ze szklanym dachem, który przy przecinaniu wstęgi pod koniec lat osiemdziesiątych reklamowano jako „oblicze przyszłości”.

Na papierze wygląda to świetnie. Licea, sklep z wystrojem wnętrz, browar, outlet z markowymi ciuchami i wioski na obrzeżach takie jak Wye, w których wysokich cen pilnują zastępy terenówek i osób praktykujących jogę na zielonej trawce. Jest nawet dworzec międzynarodowy, można pojechać do Europy. Wsiadasz w pociąg, a następna stacja to Paryż.

W rzeczywistości myślę, że ludzie chodzą tu i drapią się po głowie. Trzy McDonaldsy i spa sprawiają wrażenie, jakby to miasteczko wciąż szukało samego siebie. Nowe, lśniące dzielnice prosperują, podczas gdy bloki z lat sześćdziesiątych walą się, złaknione zainteresowania, choćby ze strony dźwigu z kulą burzącą przysłanego przez urbanistę. Outlet z markowymi ciuchami przyciąga tłumy, ale kosztem oddalonej o kilometr głównej ulicy, zatkanej przez czteropasmową obwodnicę.

Przy tej obwodnicy jest cmentarzyk, skrawek ziemi wciśnięty między kwadratowy trawnik i parking samochodowy. Ale tak naprawdę to nie cmentarz. Kilka lat temu przeczytałem, że te nagrobki zapełnione nazwiskami pochodzą z przyległego cmentarza miejskiego, który przerobiono na teren wypoczynkowy. Rada miejska ustawiła parę ławek i klombów, zepchnęła nagrobki kawałek dalej, w róg. Teraz więc tłoczą się, nikomu nie wadząc, naprzeciwko kręgielni z lat dziewięćdziesiątych oddzielonej od nich kilkoma pasami ruchu, a puste ławki stoją nad anonimowymi ciałami sześć stóp pod ziemią. Siedziałem kiedyś na takiej ławce, paląc, słuchając szumu samochodów i obserwując smog z połączonych spalin. Wszystko wydawało się chaotyczne.

Skoro mowa o cmentarzach, Anna zabrała mnie kiedyś na cmentarz w Bybrook, żeby poszukać grobu filozofki Simone Weil. Prawie całą przerwę obiadową zajęło nam odnalezienie prostego kwadratowego kawałka granitu z wyrytym nazwiskiem i datami. Staliśmy przed nim w ciszy, a kilka metrów po drugiej stronie płotu był multipleks, w którym pracowaliśmy.

– Nie wiedziała, czy wierzyć w Boga – powiedziała Anna, wpatrzona w grób – bo uważała, że w ogóle nic nie wiadomo.

Pokiwałem głową. Nie dodałem, że rozpoznałem jej nazwisko tylko dlatego, że takie samo nosi czteropasmowa aleja, która prowadzi do supermarketu Sainsbury’s.

W dzieciństwie mieszkaliśmy w wiosce na skraju miasta. Było tam cicho i sielsko, gałęzie drzew zwieszały się nad ulicami, a w weekend grano w krykieta na trawie. Ale nikt z miasta nie znał nazwy tej okolicy, więc ilekroć pytano mnie, skąd jestem, zawsze po prostu odpowiadałem, że z Ashford.

Kiedyś się przeprowadziłem. Studiowałem wtedy na północy, niewłaściwie parzyłem herbatę i przezywano mnie mięczakiem z południa. Miałem nie taki akcent. I chyba mieli rację. Robię chujową herbatę.

Zastanawiałem się, jak by to było nie wrócić. Manchester był tani i panowała tam akceptacja dla różnych stylów życia, więc pomyślałem, że poszukam jakiejkolwiek pracy w jakiejś gazecie i będę się piął po szczeblach kariery. Ale w Ashford był Sal, a ja nadal nie wiedziałem, w jakim punkcie życia jestem, choć minęły trzy lata. Deszcz też mnie dobijał.

O to właśnie chodzi z Ashford. Ludzie narzekają i niektórzy rzeczywiście wyjeżdżają i zaczynają od nowa, a ci, którzy zostają, czerpią otuchę ze znajomości nazw ulic i skrótów, i twarzy w barach.

Niektórym z nas nie jest pisany nowy początek.

To wszystko zaczęło się dość niepozornie.

Mówię „to”, jakby nasza rodzina była przedmiotem. Stworzonym z rozmysłem. Dotykać tylko w rękawiczkach z koźlęcej skóry. Ale rodziny takie nie są, prawda? Rosną pojedynczo i nie zawsze celowo. Ktoś się statkuje, pęka guma, a życie wskakuje na nowe tory. A może obwiązuje cię liną i wlecze za sobą, a ty wierzgasz i się bronisz, ale niewielu ma dość siły, by zmienić to, co ma zapisane w gwiazdach.

Z rodziną trzeba delikatnie. Bo, o ile wiem, łatwo się rozpada. Może gdybyśmy mumifikowali się taśmą pakową, którą okleja się kartony, przezroczystą, z czerwonym nadrukiem krzyczącym OSTROŻNIE – wtedy ludzie nie mieliby wymówki, żeby twierdzić: „Za bardzo bierzesz to sobie to serca” albo „Nie miałem pojęcia, co czujesz”. Nie mieliby wymówki, bo mielibyśmy to napisane dosłownie na czole.

„Przestań mówić zagadkami” – mówi ojciec w mojej głowie. „Zacznij mówić do rzeczy”.

Koniec lat osiemdziesiątych

Co dwa tygodnie, kiedy Arsenal grał u siebie, tata wiózł nas do Londynu pierwszym zardzewiałym samochodem, jaki wpadł mu w ręce. Sal i ja siadaliśmy z tyłu ze słuchawkami od walkmana w uszach i stale dostosowywaliśmy głośność muzyki tak, żeby nie była słyszalna spod komentarza sportowego. „Wiecie, że basy z tej waszej muzyki zawsze przyprawiają ojca o ból głowy” – mówiła mama, zanim tata wsiadł do samochodu. „Byle nie za głośno, a wszyscy będziemy mieli spokojną podróż”. Basy i opuszczanie szyb zawsze go wkurzały. Te wibracje!

Babcia i dziadek mieszkali w mieszkaniu komunalnym w Stoke Newington. Był to klocek z lat sześćdziesiątych wciśnięty między inne klocki z lat sześćdziesiątych, z betonowymi ogrodami od frontu i kratami w oknach. Dziadka napadano nie wiadomo ile razy w drodze powrotnej z kasyna – nigdy nie wdał się w bójkę, a co najwyżej usiłował rozmawiać. Jakoś nie nauczył się nosić skromniejszego zegarka ani ograniczać biżuterii do minimum. „To ma sprawiać człowiekowi radość”. – Śmiał się ochryple. „Chcą, to niech się tym cieszą”.

Te soboty zawsze przebiegały tak samo. Przyjeżdżaliśmy późnym rankiem, witani zapachem babcinej pieczeni. Mama chwytała fartuch i zaczynała mieszać w garnku, a tata całował babcię i szedł do salonu z gazetą. Sal i ja siedzieliśmy przy kuchennym stole i przeglądaliśmy katalog wysyłkowy Argos, robiąc w myślach listę tego, co chcielibyśmy na następnych pięć urodzin. Sal marzył o zestawie Scalextric; wpatrywał się w zdjęcie chłopca bawiącego się zestawem deluxe, który kręcił ósemki na podłodze. Czasami zastanawiałem się, czy interesowały go samochody i tor, czy to twarz chłopca przyciągała jego wzrok. I jak by to było być dzieckiem, które czegoś chce i to dostaje.

Czasem, gdy nikt nie patrzył, rzucaliśmy okiem na strony ze stanikami.

W południe dziadek wracał do domu owiany dymem z cygar po partyjce kart w klubie. Zanim jeszcze zdjął kożuch i fedorę, schylał się energicznie i otaczał Sala i mnie potężnym uściskiem i zasypywał nasze spragnione policzki mokrymi pocałunkami. Jego szorstkie białe wąsy zawsze zostawiały nam na skórze czerwone ślady i tęskniłem za tymi obtarciami, kiedy już znikały.

„Krew McCoyów” – mawiał z triumfalną miną. W moim odczuciu był dumny ze swoich wnuków.

Popołudniami często zjawiali się Stella i Bill. Wujek był cichym mężczyzną z małymi półksiężycowatymi okularami na stałe przytwierdzonymi do czubka nosa. Mówił bardzo mało i miał dziwny zwyczaj wychodzenia tyłem z pokoju, kłaniając się lekko jak lokaj. Stanowili dziwną parę z czarującą ciocią Stel, która śmigała w płaszczu w panterkę, z rudymi włosami upiętymi wysoko na głowie. Zabrzmi to okropnie, ale kiedy kilka lat później Bill zmarł na raka, prawie nie zauważyliśmy, że zniknął.

Po obiedzie mężczyźni szli na stadion Highbury. Stali w kuchni i wkładali na siebie kolejne warstwy, a nad wszystkimi górował dziadek w ogromnym kożuchu i puchatej zimowej czapce, z cygarem w ustach, gotowy do wyjścia. Tata wkładał kaszkiet i skórzaną kurtkę, a jedyny ukłon w stronę Arsenalu stanowił szalik w biało-czerwone paski. Natomiast wujek Bill nigdy nie zawodził. Nosił koszulkę z długimi rękawami z zestawu z podwójnie zwycięskiego roku 1971, czerwoną dzianą czapkę, szalik w barwach bożonarodzeniowej laski cukrowej i czerwony watowany płaszcz z dumnie wyszytą na kieszeni tarczą klubu. Do kompletu miał nawet saszetkę w kształcie nerki. Gdy zdarzyło się, że tata zabrał mnie na mecz, stałem jak zahipnotyzowany za każdym razem, gdy Arsenal był faulowany przez drużynę przeciwną, a mój nieśmiały wujek przemieniał się w szaleńca, który wściekał się na sędziego i spędzał dziewięćdziesiąt minut z zaciśniętymi pięściami.

Kiedy mężczyźni byli na meczu, mama, babcia i Stella siedziały przy stole w kuchni, przygotowując podwieczorek. Popijały whisky z colą, a mama i Stella na zmianę opierały się o blat i wychylały się przez okno na papierosa. Ilekroć myślę o tych kobietach, zawsze widzę je w kuchni. Po tylu latach wciąż mogę zamknąć oczy, a one siedzą w niej, obierając kartofle, i śmieją się z nieprzyzwoitego dowcipu.

– Co tam słychać, Sal?! – zawołała kiedyś Stella z kuchni.

– W porządku, dzięki, ciociu Stel – odpowiedział z sofy, na której leżeliśmy, oglądając Indianę Jonesa. Jedną z naszych ulubionych rzeczy u babci i dziadka była ich antena satelitarna.

– Mówiłam ci, żadna „ciociu”. Jestem na to za młoda. Mam na imię Stella, również dla was, chłopcy.

– Paul się nie zgodzi – powiedziała mama.

– Powiedz mojemu bratu, że mam to w…

– Stello – ucięła babcia.

Zwlokłem się z sofy poszedłem do kuchni po coś do picia.

– Dobra – rzuciła Stella, siedząc na blacie. Kiedy podrapała się po nodze, zauważyłem, że poleciało jej oczko w rajstopach od kostki aż po kolano. – Ja zwykle ustąpię starszemu bratu. Ale szczerze mówiąc, mamo, chyba powinnam, do cholery, mieć prawo wybrać sobie, jak mnie będzie ktoś nazywał?

Zgniotła niedopałek w popielniczce i zeskoczyła z blatu.

– A jak u ciebie, Nicko? Zrobiłeś już jakiejś dziecko?

– Stella! – Tym razem to była moja mama.

Uśmiechnąłem się i zalałem rumieńcem.

– Nie – wyszeptałem.

– Ta mina winowajcy mówi sama za siebie. Wspomnisz moje słowa, Lou; ten dzieciak będzie miał sekrety. Dziewczyny będą za nim ganiać. – Roześmiała się.

– Taa – zawołał mój brat z salonu – może i będą gonić, tyle że w przeciwnym kierunku!

– No dobrze już, dobrze – przerwała mama – lepiej na tym skończmy, nim zajdziemy za daleko.

– Mam niecałe dziesięć lat, ciociu Stel – powiedziałem. – Dziewczyny jeszcze nie wiedzą o moim istnieniu.

– Tylko czekaj. – Mrugnęła do mnie porozumiewawczo. – Za parę lat się zakochasz i będziesz miał piekło na ziemi. W najlepszych razach zawsze tak jest.

– Ale czy miłość nie powinna być czymś dobrym? – spytałem.

– Czasem, ale dopiero kiedy zajdzie ci za skórę, to wtedy wiesz, że jest prawdziwa. Kręci ci się w głowie i chociaż jesteś głodny, nie możesz nic przełknąć.

Mama parsknęła.

– Na ciebie Bill ewidentnie tak nie działa.

– A kto powiedział, że mówię o Billu? – Obie wybuchły śmiechem, po czym Stella się odwróciła. – Wiesz, że poznałam ze sobą twoich rodziców? Poszłyśmy z twoją mamą na dyskotekę w naszej dzielnicy. Wystroiłyśmy się w domu. Lou, pamiętasz tę srebrną sukienkę flamenco, na którą zaoszczędziłaś całą miesięczną wypłatę?

Mama się rozpromieniła.

– Uwielbiam tę sukienkę. Tamtego wieczora miałam fryzurę jak Farrah Fawcett. – Otoczyła ramieniem Sala, który zjawił się w drzwiach, i mocno go przytuliła.

– A na dyskotece nie było żadnych kolesi. No, przynajmniej żadnych wartych zachodu. Może kilku ciepłych, ale raczej nie byli nami zainteresowani.

– Ciepłych? – powtórzyłem.

– Ciepłych, no wiesz, gejów – wyjaśniła Stella. – Fajnie się z nimi tańczyło, znali wszystkie kroki, ale nie umieliby chyba złowić pstrąga w tej rzece.

Mama zakryła twarz dłońmi.

– Trzymaj się tematu, Stel.

– Wiedziałam, że wasza mama wpadnie waszemu tacie w oko, więc zmyłyśmy się wcześnie i weszłyśmy w drodze do domu do pubu Pod Czerwonym Lwem. Zagadałam do niego, wasza mama zatrzepotała do niego powiekami z błękitnym cieniem i od razu wiedziałam, że są sobie pisani. Nie obchodziło go nawet, że poprosiła go o cinzano i lemoniadę. Wasz tata wpadł jak śliwka w kompot. A barman wziął go za palanta.

Uwielbiałem te historie. Stella miała talent do sprawiania, że za każdym razem brzmiały tak jak za pierwszym, i chociaż już je znaliśmy, Sal i ja słuchaliśmy w cichej nadziei na nowe szczegóły. Coś, czym moglibyśmy zająć myśli podczas długiej podróży do domu.

– Opowiedz im o Paulu i szafie grającej – zaproponowała mama, opierając podbródek na dłoni. Widać było, że też lubi te opowieści.

Sal i ja nadstawiliśmy uszu.

– Masz na myśli sylwestra? – spytała Stella, zapalając kolejnego fajka. – O Boże wszechmogący, pamiętasz, jak…

Wtedy rozległ się dźwięk klucza przekręcanego w zamku. Mężczyźni przyszli, kobiety wstały i tyle tego było.

Byłem niedawno w Stoke Newington, przeszedłem się po Arundel Grove. Klockowate domy wciąż się tłoczyły, z płaskich dachów sterczały im anteny telewizyjne, w oknach powiewały firanki, a przed wejściami stały kosze na śmieci. Coś jednak uległo zmianie. Usunięto kraty w drzwiach, a kiedy szedłem na przystanek autobusowy, minąłem kawiarnię z modnie rozstawionym ogródkiem. Siedział w nim jakiś koleś z malutką kawką i drogim laptopem, w który bębnił zawzięcie bez obawy, że ten sprzęt za bardzo spodoba się jakiemuś złodziejowi. Babci i dziadka dawno już nie ma. Ale wspomnienia nigdy nie przestają działać.

Lipiec 2003

– Mój Boże, co to takiego!

Byłem już w połowie drogi z kluczem na podorędziu, w nadziei, że tata nadal jest w pracy albo wpadł do pubu. Kiedy Anna jako cel podróży zaproponowała mój dom, założyłem, że żartuje, ale spojrzała na mnie tak, że nerwowy śmiech mi przeszedł. Teraz stanęła przy bramie, pewnie zrozumiawszy, że popełniła błąd.

– Możesz zawrócić, jeśli chcesz – powiedziałem, wpatrując się w klucz w mojej dłoni.

– Hmm?

– Musisz gdzieś iść? Jeśli tak, to spoko.

Spojrzała na mnie, marszcząc twarz, i wyczułem irytację, w którą wpadała, ilekroć nie rozumiała, co mam na myśli.

– O co ci chodzi? – spytała. – Dokąd miałabym iść?

– Po prostu pomyślałem…

– Chodziło mi o nie. – Wskazała na trzy słoneczniki na skraju podjazdu. Miały z półtora metra i kołysały się delikatnie na wietrze, jakby świadome, że są podziwiane.

Kiwnąłem głową, jak gdybym od początku rozumiał.

– Tak, teraz są na wyposażeniu. – Czekała. – Ciocia Stella zasadziła je pierwszego lata po odejściu mamy. – Przy ostatnim słowie załamał mi się głos. Szybko mówiłem dalej: – Stwierdziła, że potrzebujemy czegoś, co będzie nas witać, kiedy będziemy wracać ze szkoły, czegoś jasnego. Kwiatów albo frontowych drzwi pomalowanych na jasnożółto. Nie sądzę, żeby nasz tata był z tego zadowolony.

– Są piękne – powiedziała Anna, spoglądając to na nie, to na mnie. – I co, czy to działa? Pomagają? Uśmiechasz się na ich widok?

Spojrzałem na nie od tyłu. W tym roku były dorodne, prawie się stykały. Zauważyłem je po raz pierwszy tego lata.

– Chyba tak. Stella co roku je przesadza. Kultywuje taką tradycję. – Podszedłem do Anny i dotknąłem ciemnego wnętrza jednego z nich. – Widzisz środek? Kiedy rośliny więdną pod koniec sezonu, wysychają i zamieniają się w nasiona. Stella zachowuje kilka, żeby wiosną je wysiać.

– Więc wszystkie te kwiaty pochodzą od pierwszego, który kiedyś zasadziła.

Zastanowiłem się nad tym.

– Musi tu być dobre światło.

– Nigdy nie miałam przekonania do słoneczników – powiedziała Anna, wyciągając rękę, by pogłaskać je po płatkach. – Widywałam je tylko w wazonie albo w supermarkecie, zawinięte w folię. Było w nich coś nienaturalnego. Ale tutaj wyglądają inaczej. Dobrze.

– Z jakichś powodów udają się tylko trzy.

– Tylko trzy?

– Sadzi cztery, ale jeden zawsze wypada. Kiedyś zakładaliśmy się, który to będzie. – Wyczułem, że Anna na mnie patrzy.

– Podoba mi się brzmienie określenia „ciocia Stella” – stwierdziła i delikatnie popchnęła mnie w stronę domu.

– A ty? – spytałem. – Z iloma byłaś w łóżku?

To było po naszej pierwszej nocy. Obudziłem się przed południem, gdy świat zewnętrzny siadał za biurkami, przelazłem nad nią pogrążoną we śnie, zszedłem po schodach i zrobiłem kanapkę z bekonem. Kiedy wróciłem z talerzem i kubkiem herbaty, otworzyłem drzwi i zobaczyłem na łóżku ją, jej czarne włosy rozsypane na poduszce i gołą nogę owiniętą wokół kołdry. Nie spała, wodziła oczyma po pokoju. Po wszystkich tych latach wciąż wyraźnie pamiętam ten pokój, a to dzięki jej obrazowi w mojej głowie.

Anna nie odpowiedziała od razu, tylko wręczyła mi pusty talerz i pociągnęła łyk mętnej herbaty. Usiadłem na skraju łóżka i patrzyłem, jak wspiera się na łokciu, wciąż owinięta w pościel.

– Wiesz, że w moim łóżku to tak naprawdę z żadnym – wyjaśniła. – Znasz moją sytuację.

Przytaknąłem. Udawałem, że znam ją doskonale.

– I nie chcę rozmawiać o złamanym sercu. – Chwyciła za brzeg mojej koszulki z Tupakiem, którą z rozpędu ściągnęła, zanim wreszcie położyliśmy się spać, a ja śledziłem zarys jej cienia na ścianie pokoju. – Możemy skupić się na teraźniejszości?

– Chciałbym cię o coś zapytać.

Uniosła brew.

– A co by było, gdyby przyłapano cię u mnie w łóżku?

Wbiła wzrok w swoje dłonie.

– Nie ma takiej opcji.

– Mimo że do niczego nie doszło?

Usiadła prosto.

– Dla ciebie do niczego nie doszło. W moim świecie to – kiwnęła w kierunku skotłowanej pościeli – to gównoburza.

Szkoda, że dwudziestodwuletni ja nie rozumiał, co to właściwie znaczy. Że ryzyko, które podejmowała, samo w sobie było deklaracją uczucia. Gdybym mógł cofnąć się w czasie i kazać mu się w to wsłuchać, może nie straciłbym żadnego z tych lat. Mówią, że czyny są ważniejsze niż słowa, ale mówią też, że szkoda młodości dla młodych. Wszystkie te głupie sentencje biorą się z żalu.

Początek lat dziewięćdziesiątych

Głęboko w pamięć zapadły mi trzy razy, kiedy jako chłopiec poszedłem na mecz Arsenalu. Udało się to tylko dlatego, że ktoś zrezygnował i było za późno na sprzedaż biletu, zawsze zresztą grali z bzdurnymi drużynami takimi jak Norwich lub Sheffield Wednesday, ale kiedy zbliżaliśmy się do stadionu i tłum gęstniał, tata brał mnie za rękę i ciągnął za sobą.

Kupował magazyn kibicowski „The Gooner” od faceta na rogu, a gdy w przerwie szedł z innymi facetami na kufel piwa przy barze, siadałem na swoim miejscu i czytałem pismo od deski do deski. W drodze powrotnej dzieliliśmy się porcją frytek, a ja rzucałem teksty w stylu: „Wright ma złą passę” albo „Campbell jest do niczego, to po prostu kolejny niebieskooki chłopak od Grahama”. I tym podobne. Nie wiem, czy miało to sens, czy nie, ale czasami tata wzruszał ramionami albo posyłał mi coś w rodzaju uśmiechu.

Kiedy skręcaliśmy za rogiem w Arundel Grove, zza firanek widoczna była twarz Sala, przyciśnięta do szyby. Kiedy docieraliśmy do domu, już znikał z okna, a ja wchodziłem, śmiejąc się wraz z dorosłymi. Mierzwiłem bratu włosy, on mamrotał „odwal się”, a ja zabierałem się do podsumowywania ostatnich trzech godzin minuta po minucie. To było jak przeżywanie tego od nowa.

Sal nigdy nie zdradzał poziomu swojej desperacji. A tata ani razu nie zaproponował mu biletu.

Lato 2003

Byliśmy bardzo różni od siebie. Naprawdę nie wiem, co nas połączyło. Nie znosiła mojej muzyki, a ja nie przepadałem za undergroundową sceną gitarową, którą ona lubiła. Niedomyci muzycy w zniszczonych converse’ach, ze sznurowadłami zawiązanymi wokół nadgarstków. Mieliśmy też wyraźnie odmienny gust filmowy, a praca w kinie mocno to uwidaczniała.

Tamtego lata zatrudnili mnie na część etatu przy projektorze: nawijałem szpule i odpalałem filmy. Niewiele osób chciało tam pracować – było głośno i ciemno, a większość personelu kina stanowili nastolatkowie, którzy postrzegali swoją robotę w kategoriach kontaktów społecznych. Nie można się było powygłupiać jak za ladą albo przy sprzątaniu sali. Projektor wymagał precyzji, wprawy i dbałości o szczegóły.

– Pracowałam tam trochę – powiedziała Anna, kiedy zdradziłem jej, że rozważam to stanowisko. – Skleiłam kawałki Bądźmy poważni na serio nie po kolei i puszczałam to w ten sposób prawie przez tydzień, zanim ktokolwiek zauważył.

„To powinno być inaczej” – powiedział ktoś po seansie. „Albo zbrukali Wilde’a, albo wyście nawalili”. Roześmiała się.

– Wywalili mnie potem. Miałam to gdzieś. Przez te ośmiogodzinne zmiany w totalnych ciemnościach czułam się jak wampir.

Ja kochałem ciemność. Małe przebłyski światła padały z okienek na ekrany, a ja obserwowałem tyły głów ludzi, gdy chrupali popcorn i gadali ze sobą. Nie mieli świadomości mojego istnienia, ale ich dobra zabawa w dużej mierze zależała ode mnie. Niewidzialność ma swoją moc.

Zanim film mógł zostać wyświetlony publiczności, trzeba go było w całości obejrzeć; odznaczyć w odpowiednim miejscu na formularzu, gdy pojawiające się przepalenie wskazywało na kolejność zmiany szpuli. Te pokazy odbywały się późno w nocy po tym, jak skończyły się seanse innych filmów, a ponieważ nastolatki to dość nocne stworzenia, kino wypełniali pracownicy po godzinach.

Anna też często wpadała. Jeśli był to głośny film, ludzi było mnóstwo, ale produkcje bardziej artystyczne nie przyciągały tłumów. Wtedy często bywaliśmy sami.

Był jeden taki film, Daleko od nieba, którego akcja rozgrywa się na amerykańskich przedmieściach w latach pięćdziesiątych i opowiada o gospodyni domowej i jej mężu geju, żyjącym w ukryciu. Tłumione emocje, zakazana miłość. To było zbyt melodramatyczne jak na mój gust, a kiedy zapaliły się światła, prychnąłem i powiedziałem:

– Cóż, nigdy nie odzyskam tych dwóch godzin.

Anna odwróciła się do mnie ze zbolałym wyrazem twarzy.

– O czym ty mówisz? – spytała. – To było cudowne.

Jak wspominałem, różniliśmy się od siebie. Często sprzeczaliśmy się jak stare małżeństwo. Ona lubiła prowokować, więc spieraliśmy się, droczyliśmy, aż palce jednego wpijały się w skórę drugiego, a nasze usta się spotykały. Podobało mi się, że nie mamy wielu wspólnych zainteresowań. Łączył nas raczej instynkt, przyciąganie, którego nie dałoby się opisać na papierze lub dopasować algorytmem. To była atmosfera, odczucie, świadomość. Przypadek jeden na milion.

Któregoś tygodnia w ramach cyklu „Klasyka w środę” miał się odbyć wieczorny pokaz specjalny filmu Cinema Paradiso. Anna była podekscytowana. Zamieniła się z kimś z pracy, żeby móc obejrzeć go ze mną we wtorek, i – zgodnie z oczekiwaniami – nie było nikogo oprócz nas.

Film opowiada o pracującym we włoskim kinie starym operatorze, któremu pomaga mały chłopiec ze wsi. Katolicki ksiądz nalega, aby wszystkie sceny przedstawiające nagość, a nawet pocałunki, zostały wycięte ze szpul, zanim będą wyświetlone publicznie. Filmy często tracą wtedy sens. Na koniec, po śmierci starszego pana, mały chłopiec – teraz mężczyzna – wraca do swojej wsi i dostaje rolkę pozostawioną mu przez operatora. Obserwuje to i płacze. To wszystkie cenzurowane sceny miłosne połączone razem. Pamiątka z innego życia.

Przy tej scenie Anna sięgnęła przez siedzenie między nami i wzięła mnie za rękę. Spojrzałem na nią i w migotliwym świetle zobaczyłem jej mokre policzki.

To był piękny film. Chłopiec miał na imię Salvatore. Byłem zachwycony.

Dzień po tym, jak wyświetliliśmy Cinema Paradiso dla publiczności, zdjąłem szpule i zapakowałem je do metalowych puszek. Zanim to zrobiłem, umieściłem scenę miłosną w sklejarce i wyciąłem kilka klatek. Chciałem wziąć po jednej z każdego pocałunku, ale wiedziałem, że może to zwrócić na siebie uwagę, więc zadowoliłem się dwoma. Wyciąłem je ostrożnie, ponownie skleiłem taśmą film i wsunąłem skradzione pocałunki do kieszeni.

Po mojej zmianie odwiozła mnie do domu i spędziliśmy chwilę skuleni na tylnym siedzeniu. Kiedy wychodziłem z samochodu, sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem klatki. Poprosiłem ją, żeby wyciągnęła rękę, a wręczając jej te kadry, zrobiłem w pamięci zdjęcie jej twarzy i szybko poszedłem do domu, mijając słoneczniki.

Kilka tygodni później zabrałem ją na spotkanie z chłopakami. To było typowe niedzielne popołudnie w zwykłym pubie z normalnym obłożeniem, ale upał wypchnął wszystkich do ogródka piwnego.

Jakaś część mnie obawiała się tej chwili. Myślałem, jak to wszystko będzie, jak potoczy się rozmowa, jak przyjmą ją chłopaki, jak wymienią między sobą spojrzenia, jak ona na nich popatrzy, a co za tym idzie, jak spojrzy na mnie. Może do tego nie dojdzie – mówiłem sobie. Może uda mi się jakoś przetrwać życie do końca bez tej sytuacji.

Ale pewnego wieczoru, kiedy podrzucała mnie do domu po wspólnej zmianie, a ja wysiadałem z jej samochodu po dwudziestu minutach całowania się, podniosła wzrok znad siedzenia kierowcy i oznajmiła:

– Chcę poznać twoich przyjaciół. Załatw to.

Po czym odjechała.

A więc dwa dni później załatwiłem.

Weszliśmy do pubu w normalny dla nas sposób. Najpierw ona, a dziesięć sekund później ja. „Ktoś może akurat przechodzić” – powtarzała. „Daj mi czas na rozejrzenie się dookoła, na wszelki wypadek”. Wtedy kiwała do mnie głową przez okno, a ja wiedziałem, że mogę bezpiecznie wejść i stanąć obok niej.

Wzięliśmy zamówione drinki i wyszła za mną przez podwójne drzwi do ogródka piwnego. Wszyscy byli już na miejscu, śmiali się i palili, a ich twarze były zaróżowione od fali upałów. Kiedy weszliśmy, kilku chłopaków wzniosło kufle na powitanie.

– Cześć wszystkim, to jest Anna – powiedziałem, siadając na końcu długiej ławy. – Anno, to są wszyscy.

Uśmiechnęła się nieśmiało i usiadła obok mnie ze złączonymi nogami.

– A więc to jest słynna Anna – powiedział ktoś zza naszych pleców, po czym dołączył do nas. – To dla mnie zaszczyt. Jestem Daz.

Anna skwitowała to uniesieniem brwi.

– O, tyle o tobie słyszałam. Miło mi. – Zauważyła tatuaż na jego dłoni: IBIZA, po jednej literze na każdym knykciu. – To musiała być niezła wycieczka.

– Liczę, że będzie – odparł. – Jadę dopiero w listopadzie.

Otworzyła szeroko oczy.

– To znaczy, że jeszcze tam nie byłeś, a już masz tatuaż? A co, jeśli będzie do dupy?

Wzruszył ramionami.

– Nie dopuścimy do tego, co, koledzy? – Uniósł piwo i rozległy się odgłosy poparcia.

Oświeciłem ją.

– Daz nawalił się w sylwestra i w chwili pijackiej rozkminy postanowił wytatuować sobie zaplanowaną wycieczkę na dłoni, żeby wejść w nowe tysiąclecie z właściwym usposobieniem. No wiesz, carpe diem.

– Klasyk – stwierdziła Anna, trącając się z nim kuflem.

– Tyle tylko, że tydzień przed wyjazdem Daz złamał nogę i wszyscy pojechali bez niego. – Mrugnąłem do Daza. – Wszyscy jadą znowu w tym roku, więc może tatuaż się sprawdzi.

Anna roześmiała się, po czym spojrzała na niego zakłopotana.

– Przepraszam, to nie miało być śmieszne?

– Jest spoko – powiedziałem, zapalając papierosa. – Wszyscy robimy sobie z tego jaja, ale nie martw się, Daz. Wierzę, że będziesz miał niezłą jazdę.

– A ty nie jedziesz? – spytała Anna.

Daz odstawił piwo i złapał mnie za ramiona. Przysiągłbym, że chce mi nabić siniaki.

– Biedny Nickuś boi się latać, prawda, chłopaku? Prędzej zeszcza się w gacie, niż wsiądzie do samolotu.

Wtedy zrobiła coś, czego nigdy nie zapomniałem. Wyciągnęła rękę nad stołem i złapała mnie za dłoń. Całowaliśmy się już w zaciszu jej samochodu, na ustronnych parkingach albo w cienistych zaułkach. Ale wtedy po raz pierwszy dotknęła mnie publicznie i takie właśnie to było. Publiczne. Żeby wszyscy zobaczyli.

– Ostrożnie, Nicolai – powiedział Daz, machając do nas papierosem. – Równia pochyła.

– Rozumiem, że nie masz dziewczyny?

W sposobie, w jaki wymówiła słowo „dziewczyna”, było coś, co sprawiło, że mocniej ścisnąłem jej dłoń.

– Ja? – prychnął Daz. – Mężczyźni są jak pszczoły. Czemu poprzestać na jednym kwiatku, skoro jest cały ogród? Chodzi o to, żeby było miodzio. A jeden kwiatek to za mało.

– Lepszą analogią byłyby komary – zauważyła Anna.

– Eee? – zdziwił się Diaz.

Anna klasnęła dłońmi w powietrzu i starła z nich o stół zabitego owada.

– Przepraszam – rzuciła. – Mów dalej.

Popiół spadł Dazowi z peta do kufla, ale on był zbyt wpatrzony w Annę, żeby to zauważyć. Rozdziawił usta jak głupi pies, a ona patrzyła na niego ze słodkim uśmiechem.

– Nie zazdroszczę, stary – powiedział Daz, klepiąc mnie po plecach, i poszedł w stronę automatu do gry.

Widać było, że chłopaki nie złapały z nią kontaktu. Mogłaby dorównać im w przeklinaniu, ale w pewnego rodzaju towarzystwie okazywała nieśmiałość, którą można było wziąć za snobizm.

W niektóre dni podtrzymywała rozmowę, kierowała tematem i rozmawiała z łatwością towarzyskiej ekspertki. W inne siedziała w milczeniu, słuchając i tylko się uśmiechając. Nie sądzę, żeby była świadoma dwóch sprzecznych oblicz, które okazywała światu, a może o nich wiedziała i nic jej to nie obchodziło. W każdym razie, kto miałby przesądzić, czy postrzeganie jej przeze mnie było trafniejsze niż jej przez samą siebie.

Gdy jednak obserwujesz kogoś w towarzystwie innych, widzisz go w zupełnie nowy sposób. Jednej nocy mogłaby tańczyć na stole, a następnej ukryłaby się w cieniu. Kiedy stwierdzę, że ją rozumiem, może rozpłynąć się i stać zupełnie nową osobą, a ja będę musiał zacząć wszystko od nowa.

Tak właśnie było z Anną.

W wypełnianiu luk na przestrzeni lat pomagała mi Stella.