Impostorium - Marek Zychla - ebook + audiobook

Impostorium ebook i audiobook

Marek Zychla

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Kiedy system miażdży ludzi, człowiek człowiekowi wilkiem.

W miasteczkach kobiety pracują bez wytchnienia, szkoła szykuje chłopców na wojnę, a dziewczynom nie wolno się odezwać słowem. Nad dziurlicami wiszą śmiercionośne Kule, pilnując, by nikt nie wystawił głowy ponad powierzchnię ziemi. Zbliżają się wakacje i szesnastolatków czeka brutalna selekcja w piwnicznych klatkach.

W tym piekle dorasta Katarzyna Czekalska, buntowniczka i sierota. Jej przyjaźń z niepełnosprawną Anną wywołuje efekt domina, który wstrząśnie systemem: od wilkołackich miasteczek, przez supermiasta Nieumarłych, aż po fundamenty Księżyca, miejsca narodzin największego kłamstwa w historii ludzkości. Witamy w świecie, w którym eksperyment wymknął się spod kontroli.

Oto drugi tom cyklu „Inspektorium”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 333

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 19 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Mikołaj Krawczyk

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wydarzyło się w Inspektorium

Nawet wiatr nie waży się zaszumieć w cichych dziurlicach miasteczka, jakby też bał się Kul, strażników hodowli. Życie toczy się tu pod powierzchnią ziemi, w rytmie nieszczęść i strat, wyczerpania fizycznego i psychicznego, czyli harówki naznaczonej piekłem kobiet.

Dzieci posyła się na cały dzień do szkoły – matki praktycznie nie wychodzą z pracy, a ojców wysłano na „wojnę”, by walczyli z „wrogiem”, o czym się nie rozmawia, a już na pewno nie z młodzieżą, która ma być cicha i posłuszna – szczególnie dziewczyny nie powinny zadawać pytań. Dziewczyny są przecież nieistotne!

Chłopcom pozwala się na więcej, z litości. Ich los i tak jest przesądzony. Pójdą na wojnę albo umrą w piwnicy; mogą też się skundlić, wtedy przynajmniej powrócą do miasteczka, ale w psiej postaci.

* * *

Ostatniego dnia roku szkolnego uczniowie zapełniają korytarz. Nauczycielki proszą o spokój i założenie pasa z łańcuchem zakończonym nażelowaną kulą. Drzwi stają otworem, a kule wsuwa się w dziurliczne barierki. Dopiero wtedy, i tylko na znak nauczycielek, można opuścić placówkę.

Dzieci wracają do domów w kompletnej ciszy. Czasami robią po drodze zakupy, podczas których nie wolno im pisnąć ani słówka. Porozumiewają się jedynie za pomocą gestów i pisma. Uczniowie, straszeni Bogiem pod postacią śmiercionośnych Kul, zwykle milczą jak grób.

Wszyscy – poza Kasią. Niedługo po tym, jak jej matka umiera, dziewczyna daje upust swojej złości. Dopiero interwencja Wilczewskiej, dyrektorki szkoły i burmistrzyni zarazem, sprowadza ją na chwilę do pionu.

* * *

Zaczynają się wakacje, które uczniom trzymanym w domach pod bacznym okiem starszego rodzeństwa, babć albo prababć zwykle się dłużą. Dzieciaki wreszcie mogą odetchnąć od wkuwania, ale nie wszyscy cieszą się z rozpoczęcia lata…

Absolwenci szkoły z niepokojem spoglądają w przyszłość. Ostatniego dnia nauki wracają do domów z nosami spuszczonymi na kwintę. Dziś wieczorem zjedzą z matkami i rodzeństwem smaczniejszy niż zwykle posiłek (chociaż ich porcje doprawiono silnymi środkami nasennymi), po czym trafią do łóżek, by obudzić się w piwnicy, o której wysnuwali niezliczone teorie.

Obstawiają, że piwnica to kraina mlekiem i miodem płynąca, bo przecież kiedyś przechowywano w niej pożywienie. A może to dalekie kraje lub głębiny Ziemi? Takie są domysły, ale nikt nawet się nie spodziewa, jak jest naprawdę.

Wiadomo tylko jedno. Chłopcy nieprędko, o ile w ogóle, wrócą do miasteczka, a dziewczyny – „nieistotne” – po powrocie jeszcze bardziej zamkną się w sobie. Staną się kobietami. Pogrążą się w pracy i smutku. Nic więc dziwnego, że większość absolwentów modli się do Kul, by nadchodzące dni zaskoczyły ich czymś wspanialszym od dotychczasowego życia.

Rzeczywistość okazuje się niezmiernie rozczarowująca. Piwnica to dosłownie piwnica – dawno opuszczonego bloku mieszkalnego, po którym zachowały się tylko podziemne części budynku. To ciemna i chłodna przestrzeń, wypełniona klatkami, w których budzą się nasi szesnastolatkowie. Szybko poznają strażnika Marka, tytułowe inspektorium, brutalnego mężczyznę, który karze ich fizycznie i psychicznie za każdą, najmniejszą nawet niesubordynację. Jednostkę totalnie oddaną systemowi, zatrzymaną w połowie transformacji w wilkołaka.

* * *

W więziennych warunkach poznajemy zwykle gęsto wytatuowanych w gwiazdki bohaterów powieści:

Katarzynę Czekalską, chłopczycę, której szczególnie nie po drodze z systemem. Kasia straciła matkę, wychowywała się w sierocińcu i ciągle przysparzała opiekunkom i nauczycielkom problemów. To wolna, choć niespokojna dusza.

Postawnych bliźniaków, Kamila i Michała, zakochanych w Kasi i ze wszystkich sił próbujących utrzymać przywództwo nad grupą. To nietypowi mięśniacy, ponieważ nie brakuje im inteligencji – jak zresztą wszystkim nastolatkom w tej grupie. Niegdyś nierozłączni, dziś poróżnieni przez dziewczynę.

Grzegorza, prymusa, wierzącego dorosłym – z matką, inspektorium i dyrektorką szkoły na czele. Nastolatek jest kompletnie oddany systemowi i sprawie. Jako wręcz wszechwiedzący i niesamowicie bystry, bywa stawiany pozostałym za wzór.

Benedykta, uszczypliwego i odkarmionego syna prominentnej profesorki Lisiewskiej (postaci tajemniczej, w miasteczkowej hierarchii postawionej co najmniej tak wysoko jak Wilczewska). Benek ze szczególną zawziętością dokucza Kasi, która ponoć jest jego siostrą. To ukryty za maską błazna geniusz o nieprzyjemnym charakterze.

Niewidomego Tomasza,chłopaka o ogromnej cierpliwości, na którym od zawsze robiła wrażenie Kasia. Tomek niespecjalnie lubi bliźniaków.

Lękliwego (drugiego) Michała, który wkrótce zamieni życie w klatce na wolność skundlonych. Nastolatek nie ufa systemowi i jest wiecznie zdziwiony posłuszeństwem grupy.

Wreszcie Annę, niepełnosprawną dziewczynę o wielkim sercu i pięknym głosie, przyszłą hybrydę, której zaradność będzie nieustannie wzrastać.

Reszta grupy, a szczególnie dziewczyny, wydaje się jedynie tłem dla wyżej wymienionych.

* * *

Niektórych szesnastolatków już po kilku dniach zaczynają parzyć pręty klatek, innych wciąż swędzi skóra i niemal wszystkim dokucza niestrawność. Ktoś zdziczał, ktoś panikuje, ktoś się skundlił… Z czasem dochodzi do silniejszych „alergicznych” reakcji, a inspektorium traci resztki cierpliwości i dopuszcza się kolejnych aktów przemocy: odcina Kasi mały palec u dłoni czy przytemperowuje (dosłownie!) czubek języka jednego z bliźniaków.

Wreszcie Grzegorz i Ania znikają, a wkrótce potem większość dziewczyn opuszcza klatki, by wrócić do matek. Wcześniej oglądają stare nagranie z frontu, które pozbawia je resztek złudzeń.

Na nagraniu uzbrojone w zaawansowaną technicznie broń zombiaki masakrują wilkołacki oddział, nie ponosząc przy tym żadnych strat.

* * *

Poza chłopcami w piwnicy zostaje jedynie Katarzyna, którą inspektorium postrzega jako potencjalną waderę – a są one rzadkością, choć nie aż taką jak hybrydy.

Kolejnego dnia piwnicę odwiedza Wilczewska, burmistrzyni i dyrektorka szkoły. Uczniowie liczą na jej pomoc, na ratunek przed sadystycznym inspektorium, ale okazuje się, że to Wilczewska za wszystkim stoi, o wszystkim wie, w dodatku nie tylko popiera metody strażnika, lecz także zaleca na przyszłość ostrzejsze podejście do więźniów. Zarządza też przenosiny.

Nastolatkowie przechodzą podziemnym korytarzem do ośrodka szkoleniowego w przerobionym na ich potrzeby starym magazynie broni atomowej. Tam przygotowuje się ich do „przejścia”, czyli transformacji w wilkołaka lub w waderę. Wytłumaczone zostaje też użycie klatek: w piwnicy oddzielano ziarna od plew, usuwając z równania każdego, kto mógłby przez „zdziczenie” stracić rozum i stanowić zagrożenie dla społeczności.

Zdziczeniem nazywa się wilkołacką złość, czyli pełne zanurzenie się w wilkołactwie, skutkujące utratą człowieczeństwa. Osobniki zdziczałe podobno pragną tylko nieść śmierć.

* * *

W ośrodku przebywają już Grzegorz, który posłuszeństwem zasłużył na to wyróżnienie, oraz Ania – zamknięta w swoim nowym pokoju, gdzie karmi się encyklopedyczną wiedzą. Strażnicy nazywają ją „hybrydą”. Strzegą jej tak, jak strzegą miasteczka.

Między nią a Grześkiem nawiązuje się nić przyjaźni, zrozumienia i wzajemnej fascynacji. Reszta chłopaków przez większość czasu nie wie o obecności hybrydy w ośrodku.

* * *

W kolejnych tygodniach studenci ćwiczą transformację, dowiadując się też sporo o okolicznej florze czy faunie – lekcje przyrody prowadzi sama Wilczewska.

Na czele grupy staje Katarzyna. To ona podejmuje decyzje, to ona zażegnuje konflikty i spaja watahę.

Niestety pod koniec szkolenia inspektorium Marek przenosi ją z powrotem do piwnicy – niby na jej własną prośbę. Zamyka dziewczynę w klatce, sugerując usunięcie ciąży, którą jakoby wyczuł nosem. Zapewnia, że dziecko wadery zawsze dziczeje, a więc będzie skazane na śmierć, którą ściągnie i na rodziców. Ojcem jest Kamil, jeden z bliźniaków.

Marek zaskakuje Katarzynę przebiegłością. Ta nie zamierza jednak podejmować pochopnie decyzji, a już na pewno nie sama, bez Kamila, i pod taką presją. Poza tym Katarzyna chce zostać matką i spędzić choćby te szesnaście lat z dzieckiem, a może nawet pokusić się o znalezienie sposobu na uchronienie potomstwa przed zdziczeniem.

Zostaje zatem w klatce.

Reszta uczniów grozi strażnikom buntem. Nastolatkowie nie wierzą, że wadera odeszła do piwnicy na własną prośbę. Czują, że inspektoria, których w ośrodku jest trójka, ukrywają przed nimi prawdę. Dowiadują się też o przebywającej wśród nich, chociaż oddzielnie, hybrydzie Annie, co nie poprawia nastrojów w grupie. Na domiar złego kundli się drugi Michał.

By uniknąć buntu, wpuszczono nastolatków do ostatniej z sal lekcyjnych, gdzie mogą ćwiczyć walkę i popracować nad tężyzną fizyczną. To największe z pomieszczeń robi na młodych ogromne wrażenie. Do tego Marek obiecuje, że mogą zostać i szkolić się dalej albo stanąć po stronie Katarzyny, która uciekła wraz z Anią z ośrodka. Twierdzi, że obie czeka pewna śmierć. Inspektorium deklaruje, że wraz z młodymi wilkołakami opuści ośrodek i pogna za dziewczynami, ale wpierw puści im pewne nagranie…

Wilkołaki dowiadują się wreszcie o wrogach, czyli o inteligentnych Nieumarłych, wyprzedzających ich technologicznie o kilka dekad.

Muszą szybko dorosnąć, odarci z resztek złudzeń, gotowi – i zarazem niegotowi – na wojnę.

Pod koniec książki poznajemy Głos, istotę bardzo zainteresowaną tym, jak często dochodzi do zdziczeń.

Część IPOZNAŃ

Cztery lata po ostatnich wydarzeniach z Inspektorium

 

Okruszku!

Mamy czwartek, szóstą rano. Minęły cztery lata od porodu, a dokładniej od narkozy i rozcięcia mi

Wybacz, że z codziennych zapisków zrobiły się cotygodniowe, potem comiesięczne, a teraz to już nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz cokolwiek pisałam, chociaż jestem z Tobą myślami w każdej z chwil. Czasami wydaje mi się, że już napisałam Ci o wszystkim, co istotne, a powtarzając się, wychodzę na głupią.

Czy w ogóle żyjesz?

Żyjesz! Poczułabym, gdybyś umarła.

O czym to ja Opowiedziałam Ci już o przeszłości, o podziemnym miasteczku i o piwnicach w budynku bez wyższych pięter. Napisałam o Michale, o Tomku i o Twoim biologicznym ojcu. Znasz historię mojego życia, która zmieściła się na kilkunastu stronach. Szok. Tyle cierpienia, jeszcze więcej strachu, a nikt by z tego nawet książki nie złożył.

Podzieliłam się z Tobą marzeniami i wiarą w szczęśliwą – oby wspólną – przyszłość. Podzieliłam się i wątpliwościami, jak to matka. Pączkują ze mnie i nie chcą się oderwać. Nie zdrapałabym ich nawet nożem.

Ostatnio dręczą mnie złe przeczucia i wizja nadciągającej śmierci. Nie jest to coś, o czym chciałabym pisać ani tym bardziej kiedykolwiek dawać Ci do czytania. Szczerze, Okruszku, nie martw się. Po prostu opadam z sił. Wymaga się ode mnie coraz więcej, a ciało zaczyna się buntować. Umysł ma dosyć i marzy o śmierci.

Mam nadzieję, że przynajmniej Ciebie nie doprowadzają do granic wytrzymałości, gdziekolwiek jesteś. Jestem w stanie wiele wybaczyć zombiakom, jeśli tylko traktują Cię przyzwoicie. Ania… Nie, nie chce mi się o niej pisać. Staram się o niej nie myśleć, ale jak to ze staraniami bywa, myślę.

Obchodzisz dzisiaj urodziny, Kochanie, i tylko to się liczy. Cztery latka to wiek beztroski. Czy świętujesz z ciocią Anią? Wybieracie się gdzieś? Może pokażą Ci mój program w telewizji? Mam nadzieję, że przerywacie seans, kiedy rozpoczynają polowanie. Wystarczy, że wiesz, że sobie poradzę. Oglądanie mnie w „akcji” mogłoby Ci tylko zaszkodzić. Proszę, nie patrz na to. Odwracaj wzrok, ale pozostań ze mną sercem.

Niewiele będziesz później pamiętać z tych pierwszych latek życia. Jakieś przebłyski, oby szczęśliwe. Wierzę, że wspólnie zapomnimy o wszystkim, co złe. Został nam z tuzin lat do Twojego zdziczenia. To wciąż ogrom czasu, blisko cztery i pół tysiąca dni. Nie traćmy nadziei.

Skarbie, czas jednak ucieka i wciąż nie dane nam jest spędzać go razem. Niewiele się w moim życiu zmienia, poza zapisywaniem kolejnego zeszytu. Liżę rany w celi, a język mam coraz bardziej chropowaty od krwi. Najdotkliwsze są jednak rany na duszy, z których nie da się wylizać. Duszę mam poharataną i nigdy się nie zabliźni.

Wątpię, czy będzie jeszcze sens pokazywać Ci te zeszyty. Lepiej niech tu zostaną. Może przydadzą się kolejnej waderze? Czytanie ich pochłonęłoby zbyt wiele Twojego czasu.

Czas, czas, czas, czas – każde z tych zapisanych i powtórzonych słów to kolejna sekunda przybliżająca mnie do Ciebie, ale i do śmierci. Bierzemy udział w wyścigu, tak strasznie dla mnie ważnym. I tak niewiele z tego wszystkiego rozumiesz… Masz dopiero cztery latka, swoje, oby małe, problemy i nieuchronne zdziczenie przed sobą.

Żyjesz w mieście, o którym mówią Ci, że jest super. Supermiasto Poznań, stolica WIELKOpolski! Skąd wiem, że żyjesz? Bo to się wie, kiedy zostaje się matką.

Wybacz, plotę bzdury. Co Cię obchodzi matczyna miłość? Co Cię obchodzi, że znów mnie poobijano, że złamano mi żebra i pewnie kilka innych kości, może nawet doszło do krwotoków, bo miałam słabsze tygodnie, Okruszku. Transmutowałam na długie godziny, każdego dnia, by szybko wrócić do zdrowia i móc dalej walczyć, bo nie dadzą mi więcej niż tydzień wolnego.

Wiesz, że nazywają Twoją matkę suką i wilkołacką szmatą? Zastanawiam się, czy Ty to oglądasz i czy puszczają Ci to w całości? A może nie wiesz, że jesteś moim dzieckiem? Udajesz Nieumarłą? Zsiostrali Cię z wrogiem?

Czy o mnie myślisz?

A może wstydzisz się matki?

Nikt mi nie mówi po imieniu, nawet zdrobniale, jakby ci najmądrzejsi na świecie Nieumarli nie potrafili zapamiętać kilku liter zlepionych krwią. Kiedyś przeszkadzało mi zdrabnianie Katarzyny do Kasi, a dzisiaj tęsknię za odrobiną czułości. Nazywają mnie Pierwszą Waderą Inicjującą, obrzydliwie dwuznacznie. Zabawy słowami przychodzą im z łatwością, tak jak kłamanie, że program, w którym niemalże mordują mnie co czwartek, jest programem sportowym. Już w szachach znajdziesz więcej sportu! Przynajmniej jego ducha.

Poznań mnie przytłacza. A Ciebie?

Kiedy każdej czwartkowej nocy wiozą mnie z powrotem do celi, spoglądam na te pnące się ponad chmury wieżowce, apartamentowce i rezydencje dłuższe od dziurlic i strach mnie bierze. Co za rozmach!

Tęsknię za ciasnotą dziurlic. Brakuje mi opiekunek i kolegów, a nawet koleżanek z klasy. Mam nadzieję, że jesteś dziewczynką, a wierzę, że jesteś, bo wtedy przydasz się im jako dzika wadera i Cię nie zatłuką…

Już mi lepiej. Wylałam łzy.

Kocham Cię całym sercem, poza niewielkim jego fragmencikiem pozostawionym dla Ani i Tomka, o czym już pisałam.

Nie wiem, czy Tomek, Benek i bliźniacy jeszcze żyją. Może miasteczko szlag trafił?

Czy świętujesz w jakimś sierocińcu? W moim wystarczyło się nie wychylać, ale tu wszystko jest na opak, więc spróbuj zabłysnąć.

Wierzę, że upiekli Ci ciasto albo przynajmniej słodziutką babeczkę, jak to u nas robili. Jeśli jesz ciasto, jak w filmach, to zjedz i mój kawałek.

Tęsknię przeogromnie.

Kocham jeszcze mocniej,

Mama Kasia

1

Barbarzyńcy! – Kamerki zareagowały na krzyk wadery. Ruszono z transmisją coczwartkowego show.

– Witamy w kolejnym odcinku Próby wader! – powiedział komentator przyjemnym głosem. – Czy kadeci podołają, czy zawiodą oczekiwania i przyniosą rodom wstyd? Zostańcie z nami!

Zaprezentowano pokrótce uczestników – Nieumarłych, którzy rwali się do walki – po czym uderzeniem w gong dano znak do rozpoczęcia pościgu. Audycję nadawano z dwiema ścieżkami komentarza do wyboru: przegadaną, idealną dla ludzkiej służby, oraz czysto reporterską, skrojoną pod gusta Nieumarłych.

Pokazano jeszcze zbliżenie na waderę, która karkołomną ucieczką miała podkreślić wyższość Nieumarłych nad wilkołakami. Katarzyna nieustannie ocierała się o śmierć i słynęła z godnej zombiaków woli przetrwania! Zyskiwała kolejnych fanów, głównie wśród najmłodszych i wśród ludzkiej służby.

– Powodzenia! – padło z głośników rozmieszczonych na „arenie”.

Był to położony nieco na południe od Poznania kilkunastohektarowy kawałek zieleni, otoczony wysokim ogrodzeniem pod jeszcze wyższym napięciem.

Piątka kadetów ruszyła w pościg, by walczyć o chwilową chwałę. Każdy biegł w egzoszkielecie sponsora odcinka.

– Przypominamy, że lasery ustawiono na zaledwie promil mocy! – Podanie tej informacji wymuszały na komentatorach kontrakty z producentami broni (rzucono również kilkoma szczegółami dotyczącymi imponujących rozwiązań technicznych, których parametry mierzono głównie w terawatach).

Ukryta przed wzrokiem łowców wadera nie chciała nawet myśleć o możliwościach tej broni, bo już ta na najsłabszym ustawieniu rwała jej skórę, łamała kości, doprowadzała do wylewów, napadów padaczki czy bulgoczących krwią poparzeń. Katarzyna wierzyła w zapewnienia komentatorów, że postrzelenie z pełnej mocy skończyłoby się jej wyparowaniem.

Ledwie ucichły puszczone z taśmy okrzyki tłumów, a kadeci przyśpieszyli.

Są szybcy, ale przestraszeni, okłamywała się w myślach Katarzyna. Chcą już mieć to za sobą.

Nie mogła im pozwolić na błyskawiczną wygraną. Zbyt szybkie „ustrzelenie” ofiary skończyłoby się furią producenta. Katarzyna powinna z początku pokazać wilczy pazur, a paść dopiero po czasie niekrótszym niż pół godziny.

Dlatego powstrzymała się od ucieczki, chociaż łapy błagały ją o wprawienie w ruch. Nad łbem śmignęła jej pierwsza laserowa wiązka, a syntetyczne tłumy jęknęły – najpierw z zachwytu, po chwili z rozczarowania – bo wciąż jednak życzono jej śmierci.

– Pudło! – zawyły niskim głosem okoliczne głośniki, przeciągając samogłoski. – Kadet numer dwa spudłował! Przypominamy, że wystarczy jedno trafienie na trzy przysługujące każdemu z uczestników strzały! – Liczono również te oddane po tym, jak wadera padła na ziemię (w wyniku wycieńczenia albo po porażeniu).

Wspomniany kadet stanął w oku najbliższej moskitokamery, których po okolicy latały setki. Wyglądał na wyraźnie zażenowanego, a po chwili wręcz wściekłego na siebie; dzięki pierwszym trafieniom zyskiwano sławę, ale pudła przynosiły wstyd.

Chłopak otrząsnął się i wrócił do gry. Wadera w tym czasie skoczyła w stronę najbliższego przeciwnika, wygięła w powietrzu ciało, podwinęła łapy i domknęła pysk – żeby producent nie pomyślał, że chce ugryźć rywala. O przypalony włos uniknęła trafienia, po czym uderzyła w kadeta grzbietem. Nieumarły zachwiał się i uniósł w powietrze dłoń w przepraszającym protoplastów geście. Raz jeszcze kamera skupiła się na tym, jak jego zawstydzenie przechodzi w gniew.

Kolejne dwa strzały oddano z boków, ponieważ młodzi wzięli się na sposób i próbowali okrążyć „zwierzynę”. Ktoś trafił, zszedł z areny, wadera zaskomlała, a z rozgrywki wyłączono nie tylko strzelca, ale i jej lewą przednią łapę.

„Złamana”, pomyślała, podkulając kończynę.

Momentalnie zadziałały wilcze instynkty i Kasia poratowała się ucieczką. Biegła wolniej, ale mądrzej, na trzech łapach, zygzakiem, czasem uparcie prosto, kiedy dźwięk kolejnych strzałów przeciął wiosenne powietrze. Liczyła je, w nadziei, że doliczy do dziesięciu. Niestety, dopiero dobili do ośmiu, a odcinek bez tuzina strzałów nie miał szansy na telewizyjne powtórki i na pewno nie ucieszyłby producenta.

Katarzyna skręciła w lewo, po czym skoczyła, a wiązka laserowa przeleciała pod nią. Doceniono jej manewr i pokazano widzom zbliżenie na kolejną zawiedzioną twarz zawodnika. Wadera uniknęła pewnego wręcz trafienia, w dodatku biegła już z podkuloną łapą w tamtą stronę! Przerażony kadet skulił się niczym dziecko, a przedstawiciele jego rodu klęli przed ekranami, na czym świat stoi, rozsierdzeni wstydem, z jakim przyjdzie im się zmierzyć w nadchodzących dniach.

Kasia okiełznała jednak instynkty i odbiła przed Nieumarłym o metr w prawo – mogłaby przysiąc, że usłyszała szum uruchamianych paralizatorów. Były to jedne z wielu zabezpieczeń zamontowanych na arenie, mających chronić Nieumarłych. Bezzwłocznie ruszyła z powrotem ku polanie.

Okrążenie areny liczyło się szczególnie dla czysto ludzkich widzów, którzy obstawiali zakłady. Najczęściej typowano właśnie trasę ucieczki. Czy wadera pobiegnie wytyczonym przez producenta szlakiem, czy może – co było o wiele mniej prawdopodobne, a więc i lepiej płatne – odpuści sobie las i pozostanie przez minimum pół godziny na odkrytym terenie? Wadera, by przetrwać, musiała nie tylko unikać strzałów, ale i myśleć o wszystkich widzach. Kochali ją bardziej, kiedy pozwalała im trochę zarobić. Nie mogła sobie pozwolić na spadek popularności.

Ból łapy nieco odpuścił, a więc zaczynała się już goić, i Katarzyna biegła dalej. Rozmyślała o tych durnych zawodach. Wiedziała, że okaleczenie przeciwnika skończyłoby się jej śmiercią, o ile w ogóle dopuszczono by jej pazury czy kły wystarczająco blisko kadetów w egzoszkieletach. Nie bez powodu powtarzano waderom, że podniesienie łapy na Nieumarłego to grzech śmiertelny. Miała uciekać, jedynie uciekać, niczym zajęczy wabik puszczany na ich dziurlicy Piotrkowskiej podczas corocznych zawodów skundlonych.

– Pamiętaj, że stąpasz po paralizatorach – ostrzegał Katarzynę wielokrotnie producent, a ona właśnie ostatecznie przestała w to wątpić.

Poza tym gdzieś trzymali jej dziecko, którego życie dorzucono by do rachunku.

– Połamania łap! Daj dobry show! – kończono każdą ze środowych odpraw, nie spoglądając jej nawet w pysk, rzadziej w twarz, bo ostatnie lata spędzała zwykle w wilkołackiej formie.

Dawała. Doskakiwała i odskakiwała od kadetów i dopiero gdy opadała z sił, próbowała uciekać. Biegła raz wolniej, raz szybciej. Czasem wysoko skakała, by po chwili znów czołgać się w rowie. Częściej na trzech niż czterech łapach, dlatego nabrała już sporej wprawy. Wykorzystywała także nierówności terenu i może nawet zdołałaby uciec, ale nie po to kręcono ten program.

– Padło dziesięć strzałów! – ryknęły głośniki, a Kasia odetchnęła; dała dobry show!

Ten komunikat witała z ulgą, którą zaraz po nim ogłaszała miastu wyciem. Najmłodsi widzowie oczywiście kochali ten moment i zaczynali mocniej jej kibicować, chociaż wiedzieli, że wadera nie wygra żadnego odcinka, ale może przynajmniej jeszcze jej nie odstrzelą.

Czekalska musiała upaść, by przez inicjację przeszła przynajmniej czwórka z kadetów; Nieumarli nie mogli wyjść na słabeuszy. Pozostawienie choćby jednego z młodych bez trafienia wiązało się z ogromnym ryzykiem. Rody bywały mściwe, dlatego Katarzyna przyjęła kolejny strzał, który sięgnął jej boku. Zabolało; przekoziołkowała w powietrzu, a na moskitokamerę chlusnęła krew. Wilczyca podniosła się jednak i udała, że próbuje uskoczyć przed kolejnym trafieniem, ostatkiem sił powstrzymując zwierzęcy instynkt.

Ostatecznie cała piątka przeszła przez inicjację, łamiąc w telewizyjnym pościgu aż siedem wilkołackich kości i masakrując prawą stronę ciała ofiary. Na widok tych obrażeń większość widzów zwątpiła w zdolności regeneracyjne zawodniczki, przyjmowano zatem nowe zakłady. Czy Czekalska wróci? Czy przeżyje? A jeśli umrze, to w ile dni po nagraniu?

Moskitokamera zrobiła najazd na pysk Katarzyny. Cierpiąca wadera charczała, z trudem chwytając powietrze w jedno działające płuco. Ze wszystkich sił próbowała utrzymać przytomność, byle nie zemdleć i nie przemienić się bezwiednie w kobietę. Tu, na arenie, była waderą. Za nic nie chciała zawieść wiecznie niezadowolonego producenta, który niczym rzymski cesarz mógł zakończyć jej cierpienie, decydując o jej śmierci. Kasi twarz pokazywano jedynie w filmikach czy artykułach, których zarówno w telewizji, jak i w sieci nie brakowało.

Nagle podbiegł do niej chłopak, w którego wcześniej uderzyła grzbietem. Majstrował przy broni, próbując zwiększyć moc.

– Co za gówno! – krzyknął i odrzucił miotacz daleko przed siebie; możliwość podkręcenia siły rażenia tych egzemplarzy reklamowych została zablokowana jeszcze w fabryce, na długo przed wysłaniem ich do producenta programu.

Chłopak spojrzał na waderę, uśmiechnął się nieprzyjemnie i dzięki sile wspomaganych egzoszkieletem zombiackich mięśni skoczył kilka metrów w górę. Wreszcie wylądował kolanem na wilkołackim ciele – i w domach widzów dało się słyszeć nieprzyjemny plask.

Katarzyna zemdlała i zaczęła się zmieniać. Głośniki momentalnie oznajmiły koniec nagrania, a obiektywy moskitokamer odleciały od kobiety. Czekalska zanurzyła się w przyjemnie bezbolesnej czerni.

W tym samym momencie producent programu odebrał telefon od samego Głosu.

– Nie zabijaj – padł rozkaz, jakże sprzeczny z intencjami mężczyzny. – Nigdy jej nie zabijaj – dodał Głos z charakterystyczną dla siebie powagą. – Katarzyna zakończyła udział w programie. Wyślemy po nią policję.

– Nie może odejść bez…

– Nie zabijaj. – Jego marudzenie zignorowano. – Przejmujemy waderę. Szukaj nowej. – Rozmowa dobiegła końca i nikt nie słyszał wiązanki przekleństw, jakie przez kolejne długie minuty wyrzucał z siebie producent.

* * *

Katarzyna ocknęła się, kiedy rzucili jej ciało na nosze. Od razu transformowała z powrotem w wilkołaczkę. Powtórne przejście w wilczą formę sprawiło, że uszkodzone kości odzyskały prawidłowe ułożenie. Poza tym w ten sposób chciała dać znać członkom ekipy, że się nie poddaje – i żeby wybaczyli jej moment słabości. Wypełniła nawet powietrzem drugie płuco i zdołała porządnie odetchnąć.

– Wrócę… – jęczała. – To nic takiego… Powiedzcie producentowi, że wrócę…

„Przetrwałam. Nie zabili mnie, a za tydzień zawalczę jak nowa”, cieszyła się w myślach, bo przecież gdyby producent ją skreślił, to nie ładowaliby jej na nosze ani tym bardziej do ambulansu.

Podczas podróży powrotnej dopisało jej szczęście i miała kilkusekundowe przebłyski świadomości. Z kolejnych mgnień zombiackiego świata czerpała wiedzę, bo poza producentem nikt nie ważył się z nią rozmawiać. To właśnie podczas powrotów do więzienia dowiadywała się najwięcej, bo puszczane w celi propagandowe filmiki uważała za brednie.

W trakcie powrotów do celi szczególnie jeden bilbord przykuwał jej uwagę. Stary, z niedziałającym od dawna oświetleniem, którego zresztą jej wilcze oczy nie potrzebowały. W otoczeniu reklamo-projekcji, swoich następców, kojarzył się ze śmiercią. Podobnie jak ona nie pasował do supermiasta.

Kasia widywała ten bilbord tylko podczas jazdy, jakby celowo obierano nieco dłuższą trasę, żeby mogła odzyskać i utrzymać przytomność. Na obszarpanym afiszu było zdjęcie kosiarki do trawy, a pod nią widniał napis: „Bez liczenia czasu”. Sama kosiarka jej nie interesowała, ale w lewym dolnym rogu plakatu, najmniej podniszczonym, zamieszczono grafikę w niebieskim kółku, przedstawiającą na oko szczęśliwą rodzinę – dwa plus jeden – ale z manekinami w miejscu dorosłych. Z tygodnia na tydzień zmieniał się wygląd dziecka, z początku niemowlaka, a teraz już dziewczynki.

– Bez liczenia czasu – szeptała do siebie poobijana Katarzyna, zgadując, że hybryda prosiła ją w ten sposób o cierpliwość. Kasia nie miała wątpliwości, że to właśnie Ania stała za ciągle aktualizowanym przesłaniem i dłuższymi powrotami do celi. Wierzyła w to i trzymała się tej wiary nie mniej niż samego życia.

„Dziewczynka”, szeptała w myślach i z miłości do dziecka czerpała siły do dalszych walk.

Dlatego zaznajomiona z bólem, z którym nie potrafiła się oswoić, lizała rany, a kiedy pisała listy, udawała głupią, byle nie zdradzić się przed Nieumarłymi, że wie więcej, niż powinna, choćby o płci odebranego jej dziecka. Udawała głupią; nawet sama Wilczewska byłaby wreszcie zadowolona.

„Ania zajęła się tobą”, myślała o córeczce.

„Czy jest dla ciebie ciocią, czy matką?”, zastanawiała się, prawie bez cienia zazdrości.

2

Czerwiec dobiegał końca, więc planowanie Snów Nieumarłych ruszyło pełną parą. Ludzcy służący mieli więcej pracy niż zwykle, bo ciężar przygotowań spadł głównie na ich barki. Zadań od Nieumarłych przybywało, czas się kurczył i coraz dotkliwiej przypiekało słońce.

W poznańskich szkołach wystawiono oceny końcowe i składano zamówienia na druk świadectw, w większości zdobionych czerwonymi paskami, ponieważ chorobliwą ambicję zaszczepiano uczniom od narodzin. Wreszcie na apelach szkolnych życzono szesnastoletnim Poznaniakom szczęścia. Absolwenci wracali do domów, przez okna karoc spoglądając na udekorowane centrum Poznania. Bali się wchodzenia w dorosłość. Ich życie miało wkrótce ulec zmianie.

W domach ucinano wszelkie rozmowy; czas na nie przyjść miał dopiero po świętach, kiedy inteligencja nastolatków zacznie wzrastać. Dyskusje toczyli za to dorośli Nieumarli, zarówno w telewizji, jak i w miejscach pracy. Niektórzy nie dowierzali hybrydzie, która stwierdziła, że tegoroczne Sny Nieumarłych skróci do jednego wieczoru. Annę wspierał jednak sam Głos, a z nim nie opłacało się igrać. Zaufał tej kobiecie, a więc musiał mieć ku temu powody. Głos, według Nieumarłych, nigdy się nie mylił. Pod tym względem przypominał nieobecnego w ich życiach Boga.

– Pozostawmy to matce naturze! – apelowali zapraszani do studiów telewizyjnych służący, u których iloraz inteligencji przekraczał sto czterdzieści punktów w skali Wechslera. – Pozostawmy aktywację wirusa matce. Nie nazywajmy tego przemianą! Natura zrobi swoje przed dwudziestymi urodzinami waszych potomków. Odbieracie im kilka lat życia jako zwykłych ludzi! To przełoży się później na brak szacunku do służby. Okradacie ich! Nawet ta rozmowa jest dowodem na…

– Przypomnijmy, że do studia zapraszamy tylko najinteligentniejszych przedstawicieli służby, a i tak paplają bzdury…

Zwykle w tym momencie prowadzący kończyli „rozmowy”. Wyłączano gościom mikrofony, a moskitokamery odwracały od nich obiektywy. Nie dziękowano nikomu za wizytę, co najwyżej gestem zachęcano do opuszczenia budynku i powrotu do pracy.

– Drodzy widzowie, pożartowaliśmy, a teraz wypada zamknąć temat odwieczną konkluzją: nikt normalny nie chciałby tkwić w mrokach umysłu zwykłego człowieka. Ingerencja jest koniecznością! – Kamery robiły zbliżenie na twarze prezenterów. – Świętujmy intensywniej, skoro krócej! A jest co świętować! Według hybrydy Anny ryzyko śmierci w wyniku przemiany nareszcie spadnie do zera!

Chwalono umysł dziekanki – najmłodszej w dziejach poznańskiego uniwersytetu. Zapewniono, że każde z podsyłanych przez nią obliczeń zostało sprawdzone i zatwierdzone nie tylko przez uczelnie świata, ale i przez sam Głos.

Radiostacje wreszcie milkły, a kanały telewizyjne startowały z transmisją na żywo nadawaną z centrum Poznania, gdzie tłum ludzkich gapiów wciąż gęstniał. Reporterzy zaczepiali szesnastolatków, którzy wychodzili z karoc zaprzęgniętych w tuzin muskularnych niewolników. Młodzi rzucali do mikrofonu kilka słów, przekazanych im wcześniej przez rodziców. Jak jeden mąż chwalili koncepcję skróconego święta. I dziękowali Głosowi.

Nieliczni omijali sprawozdawców. Bali się, ponieważ przemiana, czyli aktywacja wirusa, nie zawsze przebiegała zgodnie z planem – potrafiła wyniszczyć organizm, a nawet doprowadzić do śmierci.

– Młodzi wkrótce pokonają strach inteligencją! – Najpopularniejszy prezenter próbował podnieść morale Nieumarłych. – Przypomnę, że obliczenia… – Urwał, zanim na dobre zaczął, bo na Plac Wolności wjechał właśnie jeden z najnowszych modeli trumien-kapsuł projektu Anny.

– Nacieszcie oczy!

Po tych słowach podano specyfikacje i nastąpiły zachwyty nad sprzętem. Trumna była kolorowa. Tu nic nie mogło się kojarzyć ze śmiercią.

Podziękowano Głosowi, który – mimo powszechnej podejrzliwości Nieumarłych wobec obcych – zaufał hybrydzie. Jak zwykle nie powiedziano, kim był Głos: czy kobietą, mężczyzną, czy może grupą istot. Brzmiał bezpłciowo, nigdy nie pokazywał twarzy, a jego sugestie były rozkazami.

Moskitokamery sunęły po twarzach gapiów zgromadzonych na Osiedlu Trumien. Ostatni służący, ci zaprzęgani do zombiackich karoc, kierowali się już na tyły tłumu, ku sektorom doświetlonym blaskiem telebimów. Wszyscy posłusznie oklaskiwali przybycie przedstawicieli kolejnych rodów. Najbogatsi z Nieumarłych wchodzili wprost do budynku Nowego Okrąglaka. Dla biedniejszych przewidziano podziemne kondygnacje gmachu oraz katakumby w piwnicach osiedla.

– Prosimy o przechodzenie do przypisanych sektorów! – Przez głośniki ponaglano zombiacką biedotę, by zjeżdżała ruchomymi taśmami do podziemi.

W tym czasie obsługa uwijała się jak w ukropie. Podłączano kable do trumien, sprawdzano szczelność wężyków oraz zawieszano na stojakach butle z wilkołackim serum.

Uroczystości nabrały tempa. Nad Osiedlem Trumien odpalono pokazy świetlne dla służących. Dla Nieumarłych przewidziano intelektualną ucztę, czyli wywiady z przedstawicielami rodów, oświadczenia dyrektorów fabryk, urzędów i laboratoriów. Unikano banałów. Dzielono się sukcesami, którymi żyło supermiasto.

– Wszyscy dotarli do kapsuł… – Anna westchnęła, wychodząc na scenę przed Nowym Okrąglakiem i chwytając za mikrofon. – Witam przedstawicieli przeszło stu poznańskich rodów oraz widzów ze świata! To budujące, że właśnie stąd, z Poznania, powieje wiatr zmian… – Przerwała, bo Nieumarli źle znosili dłuższe wywody. – Zaczynamy!

Na telebimach pokazano kryształowo-karbonowe trumny. Kolorowe kapsuły wsuwały się w przygotowane wnęki, po czym zakotwiczały się z przyjemnym dla ucha piknięciem.

– Żegnamy ludzi, którzy powrócą jako Nieumarli! – Do hybrydy na scenie dołączył dyrektor największego poznańskiego liceum. Niczym typowy zombiak dbał o wizerunek i występował w idealnie skrojonym garniturze. – Za moment rozpocznie się transfuzja wilkołackiej surowicy – dodał, po czym przekazał mikrofon Annie.

– Dziękuję za zaufanie! – Kobieta uśmiechnęła się do tłumu. – Pozwólcie, że pozdrowię supermiasta, które poszły za naszym przykładem.

– Gotowi?! – zawołał dyrektor, odbierając hybrydzie głos.

Odpowiedziały mu owacje tłumu.

Rozpoczęły się najkrótsze w historii Sny Nieumarłych. Serią impulsów elektromagnetycznych oraz paletą chemicznych inhibitorów aktywowano w kapsułach wirusa. Następnie wstrzyknięto wilkołackie serum, mające ochronić organizmy młodych przed szkodliwymi skutkami przemiany. Po kilkunastu minutach trumny się otworzyły, a młodzi wychodzili z nich bez szwanku.

Ania zdobyła wreszcie zaufanie całej rasy Nieumarłych, a nie tylko Głosu. Przestano w nią wątpić, poprosiła więc o przekazanie jej pełnej kontroli nad dalszym procesem kształcenia młodych. Głos nie wyraził sprzeciwu i Annę mianowano ministrą.

 

Anna położyła się na kanapie i zaczęła „pisać” w głowie list do siebie, co ostatnio bardzo jej pomagało w zmaganiach z samotnością.

Boję się.

Szykujemy się do głównej rozgrywki i stawiam na szali moje i cudze życie. Cztery lata przygotowań. Zawrotna kariera, z której mogłabym być dumna, gdyby nie okoliczności.

Powinnam przestać? Cieszyć się sławą i życiem. Nie igrać z losem. Nie wywoływać wilka z lasu. Mogłabym?

Wiem sporo, ale została garść niewiadomych.

Ludzie są nieprzewidywalni. Potrafią działać irracjonalnie. Nawet Nieumarli, choć żaden by się do tego nie przyznał, kierują się sporadycznie emocjami. Głównie złożonymi: nienawiścią i odrazą. Cechuje ich brak empatii. A przy tym ta ich inteligencja. Nie zawsze działa na wspólną korzyść.

Szczęście mi sprzyja. I Głos. Wsparcie Głosu najbardziej mnie przeraża, bo jedno wytłumaczenie niepokoi mnie najbardziej.

Wciąż się boję, że odczytują moje myśli. Panikuję. Nie są do tego zdolni; już by mnie zabili. Nawet teraz jestem ostrożna. Chyba rozgryzłam ich czujniki przyklejone do mojej skroni. Sprawdzają, czy nie kłamię. Mogę je ściągać. Mogę nawet z nimi eksperymentować. Byle nie posunąć się za daleko. Ostrożnie.

To, co podejrzewam, nie zawsze da się wytłumaczyć. Gubię się w prognozach, procentach i kalkulacjach. Wspieram się szeregiem SI, ale jeśli wyciągną z nich prawdę?

Zabezpieczam się na tyle sposobów, że i z tego się wytłumaczę.

Najdziwniejsze, że niczego nie kwestionują. Głos mówi im, że jest dobrze, więc jest dobrze. Głos to klucz do sukcesu lub do porażki.

Działam dalej. Krok po kroku.

„Napisała” jeszcze list do Kasi:

Ciekawa jestem, jaką zrobisz minę, kiedy cały ten koszmar się skończy i będziemy mogły porozmawiać.

Czy zrozumiesz? Czy do końca życia będziesz mnie nienawidzić?

Przynajmniej będziesz miała kogo kochać.

Tylko nie daj się zabić na ostatniej prostej.

Redakcja: Barbara Szymanek

Korekta: Julia Zając, Krystian Gaik

 

Projekt okładki i stron tytułowych: Dawid Boldys

 

Skład i łamanie, grafiki w książce: pagegraph.pl

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

Wydawnictwo Mięta Sp. z o.o.

03-475 Warszawa, ul. Borowskiego 2 lok. 210

[email protected]

www.wydawnictwomieta.pl

tel. +48 505 636 224

 

ISBN 978-83-68608-87-8