Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Imiona Krymu Anastasii Lewkowej pachną lawendą, smakują czyberekami, rozbrzmiewają dźwiękami ezanu i wyjaśniają splot wydarzeń, które sprowadziły rosyjską okupację na ojczyznę Tatarów Krymskich. Na pasjonującą fabułę osnutą wokół dojrzewania, przyjaźni, miłości i poszukiwania tożsamości Anastasija Lewkowa nałożyła rzeczywistość Krymu od lat dziewięćdziesiątych XX wieku po rok 2014. Książka łączy walory literackie z bogactwem wiedzy o Krymie dawnym i współczesnym.
Za Perekopem jest ziemia – przekonuje autorka. Taki właśnie tytuł wybrała dla ukraińskiego wydania swojej powieści, wbrew popularnemu na Krymie powiedzeniu, że prawdziwy świat kończy się na przesmyku łączącym półwysep z resztą kraju.
Imiona Krymu zasłużenie zostały ukraińskim bestsellerem oraz zebrały liczne wyróżnienia czytelników i recenzentów.
Anastasija Lewkowa (ur. 1986) – ukraińska pisarka, dziennikarka i menedżerka kultury, członkini Ukraińskiego PEN Clubu. W 2018 roku zainicjowała konkurs literacko-translatorski Qırım inciri (Krymska figa), na utwory w języku krymskotatarskim i ukraińskim dotyczące półwyspu, jest jego stałą koordynatorką i jurorką. Mieszka we Lwowie.
Joanna Majewska-Grabowska (1991) – tłumaczka z języka ukraińskiego, edukatorka i przewodniczka muzealna, wykładowczyni, popularyzatorka kultury i literatury ukraińskiej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 508
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: За Перекопом є земля
Copyright © by Anastasia Levkova, 2026
Copyright © by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu, 2026
Copyright for the Polish translation © by Joanna Majewska-Grabowska, 2026
Przekład: Joanna Majewska-Grabowska
Redakcja: Magdalena Jankowska
Korekta: Patrycjusz Pilawski
Skład: Daniel Malak, Jędrzej Malak
Opracowanie wydania elektronicznego:
Projekt okładki: Jakub Kamiński
Redaktorka prowadząca: Ewa Vaičiūnienė
This book has been published with the support of the Translate Ukraine Translation Program.
Wydanie książki zostało dofinansowane w ramach programu Translate Ukraine.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.
ISBN 978-83-7893-809-5
Kolegium Europy Wschodniej
im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu
ul. Zamkowa 2, 55-330 Wojnowice
Alije, Alona i ja. Z naszych imion, wypisanych w rządku albo jedno pod drugim, można odczytać historię Krymu, a przynajmniej jeden z jej rozdziałów. Zarazem powierzchowny rzut oka na pewno będzie zwodniczy. Alona, mimo rosyjskiego imienia, była Ukrainką. Ja miałam imię ukraińskie, a byłam Rosjanką. Chociaż te trzy imiona wprowadzają zamieszanie, dzięki nim obraz nabiera kształtów i wyrazistości.
Na początku byłyśmy tylko ja i Alije. Alije – jedyna w naszej grupie przedszkolnej Tatarka Krymska. W wieku pięciu lat nie mówiła po rosyjsku, jeszcze nie miała okazji się nauczyć. Czy z tego powodu było jej trudno wśród dwudziestu ośmiu rosyjskojęzycznych maluchów?
W tym wieku niektóre dzieci nadal nie mówiły najlepiej, a z jej buzi wypływały potoki słów. Stawała przed grupą, splatała dłonie za plecami i coś opowiadała. Kiedy przedszkolanka pokazywała rysunek Księżyca i po rosyjsku pytała: „Dzieci, co to jest?”, cała „słowiańska” grupa z jedną Tatarką Krymską Alije odpowiadała: „Ay!”[1]. Alije łatwiej szło uczenie nas krymskotatarskiego niż siebie rosyjskiego.
Zdarzało się, że ojciec albo babcia Alije nie uzgodnili z mamą, kto ma odebrać dziecko. Któreś z nich przychodziło po nią wieczorem, a wtedy mówiłam: „Önı endi anası albı”, czyli że już zabrała ją mama.
Dlaczego zżyłyśmy się prawie jak siostry? Może dlatego, że od dzieciństwa miałam smykałkę do języków. Po dwóch miesiącach znajomości świergotałam w języku Alije nie gorzej od niej.
Z pewnością właśnie dzięki temu mogłam tak często bywać u niej w domu. Do obcych – nie-qırımlı[2] – podchodziło się tam niechętnie i nieufnie, lecz jako mała dziewczynka ten brak zaufania czułam właściwie tylko od Anife-bity, prababci. Aż do śmierci pozostała głową rodziny.
***
Nie wrócili na Krym jak większość Tatarów Krymskich, na początku lat dziewięćdziesiątych albo pod koniec osiemdziesiątych. W dodatku ściągnęli nie z Uzbekistanu, lecz z Noworosyjska na Kubaniu. Deportowano ich oczywiście do Azji Środkowej, ale wracali etapami: od kiedy wolno było wyjechać z miejsca zesłania, co kilka lat zmieniali adres – i z każdym następnym przemieszczali się dalej na zachód.
W 1968 roku dziadek, syn Anife-bity, po raz pierwszy przyjechał z przyjaciółmi na Krym. Próbowali nająć się do pracy, ale po tygodniu zostali aresztowani i odesłani do Uzbekistanu. Wrócili – i znowu to samo. Po jakimś czasie przyjechały jego matka i żona z niemowlęciem – wnuczką Anife-bity. Wtedy jeszcze raz musieli wrócić do Noworosyjska, bo na całym Krymie nie znalazł się dom na sprzedaż. Marzenia, by osiąść w domu, w którym przed wojną mieszkali w Bakczysaraju i który wybudował teść prababci, trzeba było porzucić. Porzucili. O kupno domu za cenę sprzedanego w Noworosyjsku można się było tylko modlić. Modlili się. Wytrwale dołączali błaganie, żeby pozwolono im się zameldować. Tatarzy Krymscy, którzy przyjechali na półwysep na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, często w dua[3] prosili Najwyższego, żeby pozwolił im pozostać na półwyspie, żeby dostali meldunek, żeby znalazła się praca… Ich dzieci najchętniej bawiły się w „biuro meldunkowe”.
W połowie lat siedemdziesiątych znalazł się chętny sprzedać im dom na wsi w rejonie krasnoperekopskim. Kupna dokonano od razu po obejrzeniu nieruchomości, nikt się długo nie zastanawiał, ani Alimowowie, ani właściciel. Podpisał umowę sprzedaży i dwa tygodnie później wyjechał nie tylko z Krymu, ale w ogóle ze Związku Radzieckiego. Facet miał babcię Żydówkę, więc skorzystał z okazji, by uciec do wolnego świata, nawet jeśli zagrożonego wojną.
Całą tę historię poznałam oczywiście dużo później, od mamy Alije, cioci Ajsze. Opowiedziała mi ją któregoś wieczoru, kiedy na werandzie zawijała sarmy[4].
Anife-bita była nieufna, ale odważna. Wtedy, po powrocie, ciągle się u nich kręcili „garnitury”. Przychodzili „sprawdzać liczniki”: „Zdrawstwujtie. Pokazać licznik!”. Kobiety prowadziły tych mężczyzn do domu, pokazywały licznik, szeptały dzieciom, żeby zawołały tatę – baba. Ledwie pojawił się ojciec, zaczynały się pytania, ostrzeżenia, pogróżki. W końcu zrobił się z tego rytuał: najpierw do obcych musiał wyjść baba, formalna głowa rodziny, potem przyłączała się Anife-bita (czyli faktyczna głowa), bo przez swój charakter nie potrafiła ani wysiedzieć w pokoju, ani milczeć. Gdyby nie ona, kto wie, czy pozwolono by im zostać. Oczywiście mieli przede wszystkim szczęście, w końcu większość Tatarów Krymskich, którzy wrócili do ojczyzny przed końcem lat osiemdziesiątych, z powrotem odkomenderowywano na wygnanie, niektórym uprzednio rozjeżdżając dom buldożerem.
Któregoś dnia do licznika przyszedł mężczyzna w garniturze, ale z ogoloną głową. Baba spojrzał ze zdziwieniem i obaj się roześmiali. To był Rollan Kadyjew, naukowiec fizyk, jeden z przywódców Ruchu Narodowego, dawny przyjaciel rodziny. Zebrało się mu na żarty. Jak widać, nie brzydził się czarnym humorem. Właściwie to nikt nie stronił od żartów z poważnych spraw, inaczej się nie dało. „Posprzątaj, bo przyjdą »garnitury« i będzie wstyd za bałagan” – dowcipkowali między sobą.
Przez wszystkie te lata, aż do końca osiemdziesiątych, nie mieli meldunku. Oficjalnej pracy oczywiście też nie. Hodowali ogórki i pomidory w szklarniach, a potem wysyłali plony na sprzedaż do miejscowości wypoczynkowych. Anife-bita dorastała w mieście niedaleko Chan-saraju, więc nie było to jej wymarzone zajęcie, ale w czasie deportacji nie takie rzeczy przeżyła.
Dopiero w 1988 roku, wspólnie z krewnymi, którzy właśnie wrócili z Uzbekistanu, kupili w Bakczysaraju dawny ormiański dom o dwóch wejściach, na Starym Mieście, naprzeciwko Pałacu Chanów. W latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, siedemdziesiątych o takim miejscu nawet nie marzyli.
***
W weekendy i letnie wieczory bawiłam się na podwórzu Alimowów – po ojcu mojej przyjaciółki: Memetowów – razem z Alije i innymi dziećmi, ich krewnymi. Krewnych było wielu, ledwo się mieścili w tym domu z dwoma osobnymi wejściami. Część z nich, jak się dowiedziałam po dziesięciu latach, obozowała razem z setkami innych Tatarów Krymskich na płaskowyżu za miastem, w miasteczku namiotowym. Teraz stoi tam VI osiedle. Na Puszkina przychodzili czasem, żeby się umyć. Musieli mieszkać w namiotach na płaskowyżu, a nie tutaj, bo inaczej usłyszeliby: „Przecież macie gdzie mieszkać, to po co wam ziemia?”.
Ktoś koczował w miasteczku namiotowym, ktoś się budował, a ktoś niańczył dzieci. Co prawda niektóre mimo wszystko oddali do przedszkola, żeby chociaż przez chwilę nie plątały się pod nogami. Z przedszkola czasem wracało więcej dzieci, niż do niego poszło: Alije przyprowadzała mnie ze sobą.
Moi rodzice nie to, że mnie do tego zachęcali, ale byli zajęci własnymi rodzicami, wtedy już schorowanymi. W tamtym czasie umarła mama taty i musiał jechać do obwodu permskiego na jej pogrzeb, a rodzice mamy kolejno leżeli w szpitalu. Mama biegała i jeździła do nich po pracy, dopiero potem zabierała mnie do domu. Tatę do nocy angażowało życie zawodowe. Był naczelnikiem oddziału słynnej bakczysarajskiej fabryki cementu, a ją akurat wtedy przerejestrowywano i z powodu rozpadu Sowka trzeba było szukać nowych miejsc zbytu.
Mama dziękowała Memetowom, ale nie lubiła zapachu czybereków[5]. Wydawało się jej, że wyczuwa go już w okolicach Alijowego podwórza, a po drodze do domu narzekała, że moje włosy przesiąkły tą wonią. W rzeczywistości nie smażyli ciągle czybereków, tylko w weekendy i święta, bo czybereki faszeruje się jak najświeższym mięsem, a takie nie zawsze udawało się dostać. Mama nie odróżniała czybereków od jantyków – te drugie kładzie się na suchą patelnię, a nie smaży w głębokim oleju. Lubiłam i czybereki, i jantyki, i pierożki tatarasz[6], i mięsny placek kobete[7] – w tej rodzinie zawsze jadło się smacznie. Już jako nastolatka zrozumiałam, dlaczego nawet w tamtych latach stoły u Alimowów zawsze uginały się od jedzenia, Diljara-bukana, babcia, synowa bity, o to dbała. Wychowywała się w sierocińcu i przez całe dzieciństwo głodowała. Mogła odmówić sobie wszystkiego, ale nie jedzenia dla siebie i bliskich.
***
Czy byłam swoja w ich domu?
Pamiętam, jak na podwórku grałyśmy w gumę i kręciłyśmy skakankami. Czasem któraś się potykała, upadała, rozbijała kolana, płakała – zdarzało się, że byłam to ja. Alije mówiła wtedy: „Aydı, aysa, ağla, tekâran” (No, popłacz sobie trochę), płakałam, a ona obejmowała mnie i zapewniała, że rozumie, ludzi niekiedy coś boli, bywają smutni albo się boją, nie ma w tym nic złego, nie trzeba się wstydzić – oczywiście naśladowała w tym swoją mamę. Ciocia Ajsze na pewno tak samo obejmowała Alije tonącą we łzach, dopytywała, czy jest jej smutno, czy się boi. Raz widziałam, jak któryś z kuzynów Alije histerycznie płakał, a ciocia Ajsze trzymała go w objęciach, patrzyła na niego i kołysała, dopóki się nie uspokoił. Wtedy pocałowała malca w głowę i znowu poszedł bawić się z dziećmi.
Pamiętam, jak brodaci mężczyźni murowali dom, ciocia Ajsze nalewała hoszaf[8], a któryś z nich zapytał: „Bu kimniñ qızçığı?” (Czyja to dziewczynka?). „Qazaq balası”[9] – z lekkim lekceważeniem odpowiedziała Anife-bita. Nie wiedziałam wtedy, co znaczą te słowa, ale ciarki przeszły mi po plecach. Chciałam się schować, a najlepiej uciec, ale głupio mi było tak od razu; wiedziałam, że trzeba poczekać. Dalej grałyśmy w gumę, ale nie potrafiłam już w pełni zaangażować się w zabawę, moja beztroska się ulotniła, nie chciałam pić hoszafu. Moje zachowanie nie umknęło uważnej Alije, zapytała: „Saña ne oldı? Sen bir şeyge qasevetlenesiñ? Bir şeyden qorqasıñ?” (Co się stało? Jest ci smutno? Boisz się?). Wtedy się rozpłakałam – ze smutku i strachu.
„Qazaq balası?” – ze zdziwieniem dopytywał mężczyzna. „Ya o bizler kibi laf ete de! Em de bet sımadan bizimkilerge beñzey…” (Przecież mówi po naszemu. Z wyglądu też nasza…) „Ruslar da çeşit türlü ola. Tilni ise balalar pek tez ögrene”(Rosjanie są różni z wyglądu. A dzieci szybko uczą się języków) – wyjaśniła mu prababcia. „Bizimkler olarnıñ tilini pek tez ögreneler. Bunıñ maşallası bar. Belki, adam olur”(Nasze szybciej uczą się ich języka. Zuch dziewczyna, będą z niej ludzie) – pochwalił. „Baqarıq” (Zobaczymy) – zdawkowo odpowiedziała bita, nieufna i ostrożna.
Naprawdę jej się bałam. Przy niej robiłam się mała, wydawało mi się, że coś przeskrobałam, a ona patrzyła badawczo albo wyczekująco, jakby jeszcze co do mnie się nie zdecydowała. Dilara-bukana, stosunkowo młoda kobieta – początkowo nie wiedziałam, że to babcia, bo moja była znacznie starsza – traktowała mnie inaczej niż anaszka[10], mama Alije, czyli ciocia Ajsze. Anaszka zachowywała się przyjaźnie, okazywała mi troskę, a bukana rzadko się odzywała. Babaszka – tata Alije, wujek Bekir – przechodząc obok, gładził nas po głowach: raz moją, raz Alije, albo oburącz mnie i swoją córkę jednocześnie. „Nasılsıñız dülberler?” (Jak się macie, piękności?) – zagadywał. Miałam ochotę zostać tam na dłużej. Mieszanka strachu przed Anife-bitą z miłością do Alije i cioci Ajsze, ciągły ruch na podwórku, rozpiętość emocji – raz śmiech, raz płacz – i to, że nie musiałam ich ukrywać, nawet przed sobą, jak magnes przyciągały mnie do Memetowów. Nie wiedziałam jednak, czy bita pozwoli mi zostać.
U nich i wszystkich wokół ciągle coś się budowało. Zawsze jacyś mężczyźni uwijali się przy cemencie, mieszali wapno, murowali. Już jako nastolatka usłyszałam powiedzenie: „Wyjdź za mąż za Tatara, będziesz całe życie mieszkać na budowie”.
Prababcia nie zamierzała zrezygnować z wpływu na życie wnuków i prawnuków, brała w nim aktywny udział. W domu obowiązywał zakaz wypowiadania więcej niż kilku rosyjskich słów z rzędu. „Rusça laf etme!” (Nie mów po rosyjsku!) – raz po raz karciła Anife-bita. Miała do tego wiele okazji. Zięciowie i synowe albo dalecy krewni, którzy wpadali na kilka godzin, żeby nad czymś się naradzić, albo w kilkudniową gościnę, przechodzili na język, do którego już nazwykli.
Bita śpiewała krymskotatarskie pieśni i opowiadała bajki, prenumerowała magazyn „Yıldız” (Gwiazda) – zamawiała po kilka jednakowych egzemplarzy (na wszelki wypadek, gdyby któryś z krewnych zapomniał opłacić subskrypcję) i zachęcała bliskich do czytania, szczególnie swoje synowe i mężów wnuczek. Podobno często opowiadała o sürgünlik, deportacji, ale nie pamiętam, żeby kiedykolwiek robiła to przy mnie, poznałam tę historię z relacji cioci Ajsze i Alije. Zapamiętałam kołysanki, które ciocia Ajsze śpiewała młodszym synom, bliźniętom; potem się dowiedziałam, że i ona na nich wyrosła. Tak naprawdę to nie były kołysanki, ale Ural-bağı i Dertli qawal[11] – pieśni ze strasznymi słowami: „niech spłonie Ural, przemieni się w popiół, wzrok stracą ci, którzy wygnali nas z Krymu”. Za każdym razem, kiedy to słyszałam, czułam lodowate zimno między łopatkami, miałam jednak wrażenie, że tekst dotyczy czegoś bardzo ważnego, z czym nie należy dyskutować.
***
Czasem Anife-bita brała ze stołu bardzo starą książkę i, kołysząc się w lewo i prawo, czytała. Urodziła się na początku stulecia, znała arabski, więc czytała Koran w oryginale. To wydanie było wielkie, ciężkie i niesamowicie piękne, bogato ilustrowane. Z równie olśniewającymi książkami miałam potem do czynienia już tylko dlatego, że pracowałam w muzeum etnograficznym.
Kiedy dzieci za bardzo hałasowały i przeszkadzały dorosłym, bita wołała je do domu, do pokoju, z którego okien widać było Chan-saraj. Sadzała nas wokół siebie i dopóki na dworze Dilara-bukana kręciła z dziadkiem betoniarką, a inni mężczyźni murowali, słuchaliśmy jej opowieści: ciocia Ajsze z niemowlętami na rękach, Alije i inne dzieci z rodziny oraz ja. To na pewno były bajki i zawsze zaczynały się tak samo: „Bir zamanda bar eken, bir zamanda yoq eken” (Czy tak było, czy nie było). Rozdziawialiśmy usta, nie wszystko rozumiałam, bo w płynnej recytacji słowa się zlewały, ale wypowiedzi bohaterów Anife-bita jakby wyśpiewywała. Mój rozum, a raczej wyobraźnia, wyłapywał z tej bajki-pieśni frazy: „Kete-kete, altı ay, bir küz kete… Tizden çamur, lâkin tobuqlarına toz qonmay. Aylanıp baqsa, ine boyu qadar yol kete”(Idą, idą sześć miesięcy i jeszcze jedną jesień idą… Po kolana w błocie, a na stopach ani paproszka. Oglądają się za siebie i widzą, że przejechali szlak jak igła długi).
Dzieci patrzyły jak zaczarowane, ciocia Ajsze pochrząkiwała, a ja, słuchając tego wszystkiego, wiedziałam, że trafiłam do bajki, tylko jedno pytanie kłuło mnie drzazgą w sercu, chociaż zadałam je sobie później: czy zasłużyłam? Nie powinno było mnie tam być, trafiłam w to miejsce bocznymi ścieżkami, Anife-bita jeszcze nie zdecydowała, czy wolno mi tu zostać. Wydawała mi się surowym, ale sprawiedliwym sędzią. Takiego człowieka się boimy, ale i szanujemy, i chcemy być jak najbliżej niego, tuż obok, i go słuchać, i robić, co ci powie…
W naszej rodzinie nikt nie opowiadał bajek na głos, nigdy. I aż tak tłumnie w jednym pokoju się nie gromadziliśmy.
Bita śpiewała i opowiadała, dzieci z ciocią Ajsze siedziały wokół i słuchały. Przy tym zajęciu zastała nas moja mama. Przyszła zabrać mnie do domu, bo w gości przyjechali dziadek i babcia.
Przez całą drogę mocno trzymała mnie za rękę i milczała. Dopiero kiedy skręciłyśmy w naszą ulicę, zapytała:
– O czym opowiadała babcia Alije?
– To prababcia – sprostowałam. Obrażona zacisnęłam usta.
Na tym rozmowa się skończyła. Może mama pomyślała, że bita uczy nas muzułmańskich modlitw. Myślę, że nie przyznała się ani mojemu tacie, ani swoim rodzicom, co zobaczyła w domu mojej przyjaciółki, w którym spędzałam prawie połowę tamtego lata. Może im nawet nie powiedziała, że przyjaźnię się z Tatarką.
Dziadek, babcia i tata nie wiedzieli, że znam krymskotatarski. Po prostu nie zmieściłoby się im to w głowach. Po wielu latach wyszło na jaw, że mama się domyślała. Instynktownie rozumiałam: nic z tego, czego nauczyła mnie Alije i jej krewni, nie nadaje się do powtórzenia rodzicom – nie będą tego pochwalać. Alije wstąpiła po mnie do naszego domu raptem kilka razy. Nigdy nie weszła do środka, czekała na progu, i zawsze, chociaż tego nie zaplanowałyśmy, rozmawiałyśmy po rosyjsku. Przerzucałyśmy się krótkimi frazami, które wtedy były dla Alije osiągalne, i krew zastygała mi w żyłach, kiedy sobie wyobrażałam, że oto zaraz moja przyjaciółka powie choćby słowo w swoim języku. Byłam przekonana, że czekałaby nas katastrofa. Wstydziłam się uprzedzić o tym Alije, a rodziców zarówno się wstydziłam, jak i bałam.
Nigdy nie zaliczyłyśmy wpadki. Za to mama zastała mnie przy wspólnym słuchaniu krymskotatarskiego folkloru.
Po tym zdarzeniu moje wizyty u Memetowów skończyły się na dziewięć lat. Kto wie, może gdyby nie tamten dzień, Anife-bita wcześniej czy później posiadłaby większą wiedzę na temat mojej rodziny i nie zechciałaby mnie już widzieć? Był koniec sierpnia przed moją i Alije pierwszą klasą. Trafiłyśmy do różnych szkół, wyobrażałam sobie, że znowu do nich przychodzę, że z przyjaciółką skaczemy w gumę i się przytulamy, piję hoszaf, jem jantyki i mierzę krokami fundamenty budynku, który wznoszą dziadkowie i liczni wujkowie Alije.
Kontakt wznowiłyśmy już jako nastolatki. Spotkałyśmy się w klubie dyskusyjnym. Kiedy po długiej przerwie odwiedziłam ich – nowy – dom, oprócz rosyjskiego znałam ukraiński i angielski, mało co pamiętałam z krymskotatarskiego, a nieufnej i mądrej bity już nie było.
Poza czasem spędzonym u Memetowów w moim dzieciństwie zdarzały się też inne dobre chwile.
Dwa lata wcześniej: mam cztery lata, jestem u babci i dziadka, dziadek przekracza próg mieszkania i pyta: „A co to za malutka dziewczynka?”. Wyglądam zza drzwi. „Spotkałem po drodze zajączka, przekazał dla ciebie upominek, ale, widzisz, zapomniałem, gdzie go schowałem. Poszukamy razem?” Rumienię się i ze wstydu zadzieram sukieneczkę. Dziadek pozwala wywrócić sobie kieszenie, włącznie z tymi na piersi, i żebym mogła to zrobić, bierze mnie na ręce. Potem znowu opuszcza na ziemię, zaglądamy do jego torby, butów… Wreszcie, nie wiadomo skąd, dziadek wyciąga malutką szczoteczkę „do włosków księżniczki”, czyli moich.
Albo to. Co roku na 1 maja mama szyła nam nowe letnie sukienki, mnie wiązała kokardę na czubku głowy, a dolne pasemka zakręcała na papiloty. Przychodziliśmy pod budynek spółdzielni przedsiębiorców i spożywców, na jego dziedzińcu rosły hibiskusy, a w sadzawce pływały rybki. Prosiłam mamę, żebyśmy weszli popatrzeć, ale tata nas pośpieszał: nie mamy czasu, trzeba zająć miejsce w kolumnie pochodu, bo za chwilę się zacznie. To był jedyny smutny moment całego dnia, jego resztę wypełniała wyłącznie radość. Znajomi mamy i taty podchodzili się przywitać, mówili, że urosłam. Tata sadzał mnie sobie na ramionach, górowałam nad wszystkimi jak królowa i tak zaczynał się przemarsz do placu Lenina.
2 maja jechaliśmy do lasu na majówkę. Rodzice i ich znajomi rozkładali się na polanie, a wujek Rustem, mąż koleżanki mamy z pracy, gotował pilaw. Pamiętam, jak na gorącym oleju w kociołku żółkła, a potem brązowiała i marszczyła się cebulka, jak skwierczała baranina, z różowej robiła się szara, z szarej – brązowa. Mama i ciocia Nina, żona wujka Rustema, kroiły marchew. Wujek Rustem rozkładał wzdłuż rantu kociołka główki czosnku w łupinach, sypały się pachnące przyprawy, a my, dzieci, co pięć minut podbiegałyśmy, żeby zapytać, kiedy pilaw będzie gotowy.
W tamtym czasie wujek Rustem był jedynym Tatarem Krymskim wśród przyjaciół rodziców. Chodziłam do piątej klasy, gdy wujek Rustem się powiesił. Pamiętam oburzenie taty: „Ci Tatarzy to nawet umrzeć normalnie nie potrafią!”. Pewnie po to, by powiedzieć o zmarłym choćby jedną dobrą rzecz, dodał, że nikt nie umie robić takiego smacznego pilawu – no i co my teraz będziemy jeść na majówkę.
***
Tata był bardzo blisko z dziadkiem, swoim teściem. We wczesnym dzieciństwie myślałam, że babcia to mama mamy, a dziadek – tata taty. Potem się dowiedziałam, że ojciec taty zginął w wypadku przy pracy, kiedy syn był jeszcze nastolatkiem. Tata trafił na Krym jako żołnierz. „Zobaczyłem Krym i uzmysłowiłem sobie, że dotąd nie żyłem. Spotkałem Annę i pojąłem, że to moje przeznaczenie. Poznałem teścia – i zrozumiałem, że los obdarzył mnie drugim ojcem” – wygłaszał czasem patetycznym rosyjskim na rodzinnych spotkaniach. Używał nieadekwatnie pompatycznych słów, bo czuł język znacznie słabiej niż ja i mama.
W naszym domu, w dużym pokoju na honorowym miejscu, wisiały zdjęcia dziadka i babci z czasów, kiedy zamieszkali na Krymie; trochę niżej weselna fotografia mamy i taty, a najniżej moja z pierwszej klasy. Tata często stawiał dziadka za przykład: jego hart ducha, uczciwość i przyzwoitość, a jak wiele osiągnął! Mówił, że być wnuczką takiego człowieka to powód do dumy. Już kiedy byłam podlotkiem, kilka lat po śmierci dziadka i babci, przyszło mi do głowy, że może tata żenił się nie tyle z mamą, ile z dziadkiem. Chociaż nie – odpowiedziałam sobie od razu, wspominając, jak rodzicom dobrze się układa, jak tata zapewnia mamie wypoczynek i wygodne życie. Zresztą mamę też mi często stawiał za wzór do naśladowania: mama ładnie się śmieje, mama jest pracowita, mama jest szczupła.
„Trzymaj plecy prosto” – mówił znienacka, aż mnie podrywało od tego niespodziewanego polecenia. „Zobacz, jak mama prosto trzyma plecki”. Prostowałam się i za chwilę znowu kuliłam. W tym domu z grubymi ścianami, malutką kuchnią, ale za to wielkimi pokojami i wielką werandą, ze schodami w dół i niszą, w której, jak głosiła rodzinna legenda, kiedyś był ukryty skarb, a teraz leżało mydło, bo obok wisiała ogrodowa umywalka, wśród różnych gatunków winogron – isabelli, kiszmiszu, paluszków czarownicy – wśród krzaków pomidorów, kabaczków i patisonów, wśród róż i piwonii, narcyzów i hiacyntów, obok pompy pośrodku ogrodu, do której w lecie podłączaliśmy węża i podlewaliśmy rośliny – wśród tego wszystkiego ja, malutka, czułam się niepotrzebna. Jak piąte koło u wozu.
Tata, oczywiście, chciał syna. A jeśli już córkę, to podobną do mamy. A ja nie wdałam się w mamę, lecz w obie babcie. Jedną znałam do piątego roku życia, drugą do piątej klasy. Mama ma wielkie niebieskie oczy, ja mam ciemnobrązowe, jasne włosy mamy układają się w fale, moje są ciemne i proste, mama jest drobniutka, ja postawna. Chociaż oczywiście z figurą nic nie było w dzieciństwie przesądzone.
Mama omal nie umarła przy porodzie i nie mogła mieć więcej dzieci. Czy powinnam czuć się z tego powodu winna? Nie powinnam, ale czasem się czułam. Jeszcze jedno wspomnienie z dzieciństwa: mam cztery lata i w niewielkiej łazience otwieram bez powodu drzwiczki piecyka – a on pluje ogniem. Zaczynam płakać, wpada mama, krzyczy: „Pożar!”, wpada tata, usiłuje ugasić płomienie, plączę się mu pod nogami, mama mnie odciąga, tata krzyczy: „Same szkody przez ciebie!”.
Już w pierwszych latach życia się zorientowałam, że jeśli trzeba rozmawiać z tatą, lepiej załatwiać to przez mamę: ona była moim pomostem do niego, babcia – pomostem do dziadka. Chociaż dziadek zawsze był dla mnie bardzo dobry, przez wysoki wzrost i szorstką kłującą skórę wydawał mi się niedostępny. Ledwie się z nim przywitałam, uciekałam do miękkiej niewysokiej babci, a ona brała mnie na ręce i całowała w policzki, zbliżając swoje ciemnobrązowe oczy o charakterystycznym kształcie do moich, takich samych.
Kiedy byliśmy u nich w gościach, tuliłam się do mamy albo do babci, a jeśli były zajęte, siedziałam na stołeczku, wodziłam za nimi wzrokiem i dopiero po jakimś czasie zauważałam inne rzeczy wokół siebie. Korciło mnie, żeby otwierać szafy i szufladki z czerwonego drewna, zaglądać do walizek ułożonych w niszy nad wejściem do pokoju. Kusiło, ale trochę się bałam. Zamiast tego dotykałam porcelanowych figurek w kredensie: baleriny zawiązującej puenty, niedźwiadków na drzewie, damy siedzącej na byku.
Gdy byłam już trochę starsza, jakoś w trzeciej klasie, czytałam u dziadków Lenina i dzieci Władimira Boncz-Brujewicza i gazetę „Chwała Pracy”, a w niej bardzo ciekawiła mnie rubryka „Lekcje rozgniewanej Clio”. Prowadziła ją Natełła Wawiłowa. Pisała o wojnie i ruchu partyzanckim, o Tatarach i kolaboracji. Jej artykuły przypominały mi te o seksie z magazynu „Speed Info”: nie leżał na wierzchu, wydobywałam go zza książek, i tak samo nic z jego zawartości nie rozumiałam. W obu gazetach znajdowałam artykuły ciekawe, że aż strach, ale kompletnie niejasne. Pojmowałam tylko tyle, że ktoś zdradził. Ale co to znaczy zdradzić i co to takiego kolaboracja? Natełła Wawiłowa pałała oburzeniem, identycznie jak Clio. To znaczy ona była Clio, ale kim jest Clio, tego też nie wiedziałam i nigdy nie zapytałam o to ani mamy, ani babci, ani tym bardziej taty i dziadka.
– Nasza sąsiadka ma takie ładne zielone plamki! – trajkotałam mamie po powrocie ze szkoły, jakoś w pierwszych dniach pierwszej klasy.
Następnego dnia wyskoczyły mi identyczne.
Przez dwa tygodnie, dopóki chorowałam na ospę wietrzną, nasza najbliższa sąsiadka, ciocia Natasza, przychodziła do nas pożyczać naczynia. Za każdym razem zabierała ze sobą Alonę – wysoką blond dziewczynkę z dwoma akuratnie zaplecionymi warkoczami. Alona przynosiła lalkę Cindy, i kiedy dorośli gawędzili, my plotłyśmy jej warkoczyki na wzór uczesania Alony albo próbowałyśmy ją przebierać w ubranka moich lalek (za duże na Cindy, bo moje lalki nie były tak szczupłe), albo zapoznawałyśmy Cindy z moją lalką Katią.
– Chodź, będziemy się bawić, że Katia też ma ospę, a Cindy będzie ją leczyć – zaproponowała Alona.
Najpierw się zgodziłam i przyniosłam leki, ale potem sobie uświadomiłam, że trzeba będzie posmarować moją lalkę zielonką, i się rozpłakałam – zrobiło mi się żal Katii. Odwróciłam się od Alony i zanosząc się płaczem, wycierałam łzy.
– No co ty – perswadowała mi Alona. – Musimy ją wyleczyć. Jak ją posmarujesz zielonką, to maść zabije mikroby i się nie rozejdą.
– Nie dam Katii! – zaryczałam jeszcze głośniej, tuląc do siebie ulubioną lalkę.
Na tym odwiedziny sąsiadek trzeba było zakończyć. Długo nie mogłam się uspokoić z powodu niedoszłej krzywdy Katii. Mama siedziała obok mnie i powtarzała: „Nie płacz, przecież z Katią wszystko w porządku”, a od taty po raz pierwszy usłyszałam zdanie: „Kiedy człowiek płacze, to żałuje samego siebie”. W następnych latach powtarzał te słowa wielokrotnie. Wtedy, w wieku sześciu lat, nieszczególnie je zrozumiałam. Przed oczami miałam podwórko Memetowów i wyobrażałam sobie, że głośno płaczę, obejmując Alije, ale tu, w tym domu, w tamtej chwili, tylko pochlipywałam i za namową mamy (chciała mnie odciągnąć od płaczu) zbierałam rozrzucone zabawki, watę i maść.
Alona z mamą zamieszkały obok nas niedawno, kupiły maleńki domek po śmierci sąsiadki, która żyła samotnie i po cichu. Rodzice, jak się zdaje, cieszyli się, że naszymi sąsiadkami zostały „Słowianki”, bo mogło się zdarzyć inaczej – w naszej okolicy wystarczyło pójść ulicą w dół, minąć placyk ze studnią i dwupiętrowy akademik z krzywym wychodkiem pełnym szczelin między deskami, żeby stanąć przed rzędem trzech chat, w których mieszkali Tatarzy Krymscy.
Nie rozmawiamy z Aloną tak często, jak mogłyby sąsiadki – jeśli już, to w drodze do szkoły i z powrotem. Obie jesteśmy introwertyczkami, mnie towarzystwo z powodzeniem zastępują książki, a tych mamy w domu wiele. W młodszych klasach najbardziej lubiłam Rodniczok – serię dla dzieci do samodzielnego czytania – i popularną powieść W tridiewiatom carstwie, tridiesiatom gosudarstwie, i jeszcze Legiendy Kryma. Legendy były pożółkłe, aż złote, otwierało się książkę i jakby się otworzyło magiczną szkatułkę. Czytam legendy o skałach i urwistych brzegach, katastrofach statków i dzielnych Grekach, o hordach koczowników, żądnych złota i krwi chanach. Jedna legenda robi na mnie szczególne wrażenie: ta o kamiennym sercu. Był sobie chan o sercu nie z kamienia, bo kiedy postuka się w kamień, to on odpowie, zadrży… Serce chana obrosło futrem: czy takie serce odpowie na pukanie? I zakochał się chan, i zlazła z jego serca sierść, i zrobiło się nagie, bezbronne jak kamień. I zmarła ukochana, i płakało kamienne serce, i poprosił chan mistrza Omera:
– Zrób tak, żeby kamień poniósł moje nieszczęście przez wieki, żeby kamień płakał, jak płacze ludzkie serce.
Wzdycham słodko i głęboko. Po raz pierwszy w życiu coś dotyka nie tylko mojego serca, odzywa się także w dole brzucha. Z czasem się dowiem, co to za uczucie. Będzie mnie nawiedzało w dwóch sytuacjach: kiedy odkryję coś niezwykle ważnego albo kiedy zapragnę mężczyzny, ale nie mężczyzny w ogóle, lecz konkretnego.
„Chcę dotknąć takiego kamiennego serca” – myślę w wieku dziewięciu lat. Chcę, żeby kamień odpowiedział, zadrżał, zapłakał – przeze mnie.
Pragnienie jest tak wyraźne i silne, że chyba od razu się podrywa i leci w kosmos.
Dwudziestu pięciu „Słowian” i dwoje Tatarów Krymskich – taką miałam klasę.
Lenur i Elzara. Ciągnęło mnie do nich. Miałam wrażenie, że po jednej stronie stali oni, a po drugiej reszta. Gdzieś pośrodku – ja z Aloną. Jednocześnie ja tkwiłam po jednej stronie, a po drugiej, niedostępnej dla mnie – Alije. Czy pamiętała najlepszą przyjaciółkę z przedszkola? Kiedy byłyśmy w trzeciej klasie, Memetowowie w rodzinnym losowaniu wyciągnęli przeprowadzkę na nowe, VI osiedle, więc dom na starym mieście, niedaleko nas, odstąpili krewnym. Dlatego spotykałyśmy się bardzo rzadko, przypadkowo. W takich sytuacjach udawałyśmy, że się nie znamy.
Wydawało mi się, że Lenur i Elzara należą do świata Alije, więc mnie do niej doprowadzą. Tamten świat, zupełnie inny niż mój, często wspominałam i o nim marzyłam. W naszym domu panowała cisza, prowadzono dorosłe rozmowy; lubiłam moje zabawki, ale sprawiały wrażenie samotnych i smutnych. Świat Alije buzował zgiełkiem, wołaniem, gaworzeniem niemowląt-bliźniaków. Tam zawsze było się z kim pobawić w kozaków rozbójników, poskakać w gumę i zagrać w palanta. Wujek Bekir nazywał nas dülberler – pięknościami, Alije często mnie obejmowała i przysięgała, że jestem jej najlepszą przyjaciółką, że zawsze będziemy się przyjaźnić i dzielić wszystkim-prze-wszystkim, co nam leży na duszy, w końcu najlepsze przyjaciółki zawsze dzielą się wszystkim-prze-wszystkim. Na podwórku Memetowów żarty i śmiech przeplatały się z kłótniami i płaczem, a płaczącego zawsze ktoś pocieszał. Czasami czułam się nieswojo – kiedy bita mówiła o mnie qazaq balası albo kiedy słuchałam strasznych kołysanek; ale nawet to przyciągało, bo zawsze można było złapać za rękę Alije albo ciocię Ajsze, zapłakać ze strachu, smutku lub odrazy i poczuć się zrozumianym.
To działo się dawno – jakby w paralelnej bajkowej rzeczywistości, już dla mnie niedostępnej.
Chciałam się przyjaźnić z Elzarą i Lenurem, bo sobie wyobrażałam – bezpodstawnie! – że ich świat jest tak samo przyjazny i pogodny jak świat Memetowów. W naszej klasie nie panowała przyjazna atmosfera. Lenura przezywano „brudas”, bo był smagły i miał włosy czarne jak smoła. W reakcji na to słowo wdawał się w kłótnię, czasami w bójkę, kilka razy dwóch jego starszych braci (a może kuzynów) przychodziło wyjaśniać sprawy z małymi ksenofobami. Drwiny na jakiś czas cichły, potem zaczynały się od nowa. Przysadzistą sylwetką Lenur dorobił się jeszcze przydomku „wór sadła”. „Zobacz, zobacz, tłuszcz kapie jak z czebureka w tatarskim kiosku!” – wołali za nim. Prawdę mówiąc, nie wiem, czy Lenurowi dokuczano bardziej dlatego, że był Tatarem Krymskim, czy z powodu tuszy, ale na pewno starał się pozbyć zarówno kilogramów, jak i naturalnego koloru skóry. Kiedyś nie pojawił się w szkole przez trzy dni, a potem się wydało, że próbował wybielić sobie twarz. Posmarował ją sokiem z cytryny i poszedł spać. Rano obudził się z oparzeniami.
Elzara miała łatwiej. Piękna, z długimi włosami ciemnoblond i jasną skórą – nie do odróżnienia od „Słowianek”, poza tym dziewczęta nie były aż tak okrutne jak chłopcy, więc z niej nie szydziły. Tolerowały tę zwyczajną dziewczynkę z idealnym rosyjskim – znacznie lepszym niż u wielu moich rówieśników z nazwiskami zakończonymi na -owa, -enko albo -uk.
Szkoda mi było Lenura, chciałam się za nim ująć, ale co mogłam zrobić? Śmialiby się również ze mnie. Gdybym była taką królową jak Zojka Waszczuczka, mogłabym sobie pozwolić na wszystko i za nic bym nie oberwała. Ale byłam cichą myszką, niczym się nie wyróżniałam, oprócz tego, że lepiej od innych pisałam wypracowania z rosyjskiego i ukraińskiego oraz układałam dialogi po angielsku.
W siódmej klasie, kiedy Lenur chorował, dzwoniłam do niego, żeby mu przekazać, co było zadane, chociaż tak naprawdę wysyłałam mu sygnały, że nie jest sam. Zdarzało się nam godzinę paplać o nauczycielach i naszym życiu poza szkołą. Czasami opowiadał mi o Taszkencie. Wyjechał stamtąd w trzeciej klasie, mieszkali tam w wielkim domu z tak grubymi ścianami, że nigdy nie przedostawał się przez nie upał z ulicy, a przede wszystkim Lenur miał własny pokój. Tutaj dzielił pokój z dziadkiem, a ich bakczysarajski dom był mały i duszny.
W Taszkencie tata Lenura wykładał na uniwersytecie, zarządzał pracownią maszyn elektrycznych, a tu, na Krymie, w Symferopolu, usłyszał, że jeśli któremuś z wykładowców coś zginie, wszyscy będą wiedzieć, kogo winić. Dlatego tata Lenura dorabiał klucze w kiosku na naszym centralnym bazarze.
Zawarłam z Lenurem niepisane porozumienie, że w szkole, przy innych, ze sobą nie rozmawiamy.
***
Nie mówiłam Alonie o moim stosunku do Lenura i Elzary. Alona była zupełnym przeciwieństwem swojej mamy: małomówna i rozsądna, rzadko oceniała innych ludzi. Traktowała ich jak część otaczającego świata przyrody. Istnieją mlecze, muchy, sosny i ludzie. Wszystko mieściło się w ramach obiektywnej rzeczywistości. Na klombach i w ogrodach Alona zawsze uważnie przyglądała się pączkom kwiatów, a po drodze ze szkoły niekiedy się zatrzymywała, żeby prześledzić trajektorię ruchu jaszczurki albo zapatrzyć się na ptaki, które uroczyście porozsiadały się na drzewach.
Kiedy miałyśmy po siedem lat, opowiedziała mi, co to takiego seks: „pan i pani się rozbierają, on wkłada jej siusiaka w cipkę i tam sika”. Mniej zdziwiło mnie wtedy sikanie; nie pojmowałam, po co w ogóle to robić. Jednocześnie zaczęłam trochę (tylko trochę) rozumieć artykuły o seksie ze „Speed Info”, ale o co chodziło w „Chwale Pracy” i „Lekcjach rozgniewanej Clio”, nadal nie rozumiałam i nie rozmawiałam o tym z Aloną. Ją interesowała cielesna natura człowieka, obiektywne właściwości obiektu, nie jego emocje, dlatego w nosie miała historię, szczególnie jakąś tam kolaborację albo zdradę. W szóstej klasie mogłabym jej powiedzieć, że szkoda mi Lenura, ale czyby zrozumiała? W próbie wybielenia twarzy oburzyła ją, zdaje się, wyłącznie jego ignorancja: nie wiedział, że sok z cytryny może powodować oparzenia!
Kotłowało mi się w duszy z żalu, smutku, tęsknoty, obrazy, radości, niepokoju, współczucia, ale nazwy wszystkich tych uczuć znałam tylko z książek, nie z rozmów. Słowa w książkach były wymyślne, często metaforyczne. Nauczyłam się mówić metaforami. Niektórymi przeżyciami dzieliłam się z mamą, zawsze zamykałyśmy drzwi, żeby tata nie słyszał. Mama słuchała i mówiła: „Nic nie szkodzi, córciu”. Z Aloną się nie dzieliłam, ona i tak by mnie nie zrozumiała. Dlatego czytałam książki i pisałam wiersze.
***
Przez wszystkie moje szkolne lata ciągle obchodziliśmy jakieś święta, najczęściej związane ze Zwycięstwem. Na kilka dni przed 14 kwietnia, datą wyzwolenia Bakczysaraju od „faszystowskich niemieckich najeźdźców”, zwalniano nas z zajęć wychowania fizycznego i szliśmy sprzątać groby oraz cały teren wokół Wiecznego Płomienia. Wyrywaliśmy chwasty przy płytach nagrobnych, starając się zostawiać kwiaty mleczy, wycieraliśmy mokrymi szmatkami postument pod czołgiem.
14 kwietnia wstawałam później niż zazwyczaj, bo mieszkaliśmy tuż obok Wiecznego Płomienia. Otaczały go stare sady jabłoniowe Chan-saraju. Od ulicy jego brama była otwarta, wychodziłam z domu na pięć minut przed rozpoczęciem uroczystości, z kwiatami ściętymi w naszym ogrodzie. Dołączałam do kolegów z klasy i nauczycieli ustawionych w żywy korytarz, przez który uroczyście przechodzili weterani z medalami i orderami na piersiach. Potem były przemowy i minuta milczenia, po niej szliśmy do szkoły, a weteranów rozdzielano po klasach, żeby opowiadali – ale nie o sobie, lecz o dzieciach, radzieckich bohaterach: Zoi Kosmodiemjanskiej, Wołodii Dubininie[12] i paru innych. Słuchałam ich historii i w środku płakałam ze wzruszenia, żalu i dumy z mojego narodu, gotowego do tak wspaniałych czynów.
9 maja działo się to samo, tylko z jeszcze większą pompą. I znowu płakałam w trakcie minuty milczenia i opowieści weteranów.
Oprócz Dnia Zwycięstwa był 18 maja. Szkoła go nie świętowała, ale trudno było tę datę przegapić: za każdym razem zwalniano nas wtedy z pierwszej lekcji, żebyśmy później wyszli z domów, „bo Tatarzy mają manifestacje, byle nie było burd”. Tak naprawdę Tatarzy Krymscy spotykali się w Symferopolu, zjeżdżali się tam z całego Krymu. Właśnie w czasie naszej pierwszej lekcji rodziny wychodziły razem ze swoich mieszkań, trzymały w rękach niebieskie flagi ze złotą tamgą w rogu, wsiadały do autobusów i wyruszały na obchody Dnia Pamięci Ofiar Deportacji. Czasami w tym dniu po mieście nie kursowały autobusy i sąsiedzi narzekali, że muszą dotrzeć do pracy pieszo, bo wszystkie autobusy z ich kierowcami – Tatarami Krymskimi – jechały do Symferopola. W Bakczysaraju panowała tego dnia głucha cisza.
***
Mój dziadek nigdy nie brał udziału w obchodach Dnia Zwycięstwa. Nauczyciele zachęcali, żebyśmy wypytywali swoich krewnych o wojnę. Pytałam i dziadek odpowiadał, że tak, walczył. A gdzie?
– Wszędzie, gdzie było trzeba. – Śmiał się.
– Babciu, gdzie dziadek walczył?
– Nie wiem. To tajemnica wojskowa – wykręcała się babcia.
– Podpisałem protokół o dochowaniu tajemnicy wojskowej – potwierdzał dziadek.
Jedną historię dziadek mimo to opowiadał chętnie, ze szczegółami, na wszystkich rodzinnych spotkaniach. O tym, jak „brał” atamana Siemionowa. Jak lecieli do Mandżurii, siedzieli w zasadzce, ile musieli się czołgać w błocie, jak głodowali i jak – by ugasić pragnienie – pili błotnistą wodę. Dziadek pokazywał bliznę na ramieniu.
– To od wrogiej kuli. – Znowu się śmiał.
Czasem opowiadał też o tym, jak kochał babcię, jaka babcia była piękna, jak chłopcy nie dawali jej spokoju, ale mu się poszczęściło, że wybrała jego. Babcia siedziała w fotelu na odległość stolika gazetowego od dziadka. Milczała i wpatrywała się w robótkę: skarpetki na pięciu drutach.
– Ciekawe mieliśmy życie, Szuroczko! – mówił czasem dziadek przy nas do babci. –Tyle żeśmy zjeździli, tyle widzieli!…
– Tak było, babciu? – Z jakiegoś powodu potrzebowałam dopytać.
– Tak, moja luba – przytakiwała babcia tonem, który tak naprawdę niczego nie potwierdzał ani niczemu nie zaprzeczał.
Do wszystkich drogich sobie kobiet i dziewcząt babcia zwracała się „luba”. Kiedy ja tak odzywałam się do koleżanek z klasy, z oburzeniem mnie poprawiały: „Nie jestem Luba, jestem Alona!” (Tania, Swieta, Ola). Tym sposobem odkryłam, że od dzieciństwa tkwiłam w błędzie: w rosyjskim nie ma takiego imienia, jest wyłącznie przymiotnik.
Jakoś w tamtym czasie śniło mi się, że jestem Zoją Kosmodiemjanską, że mnie dokądś prowadzą, zmuszają do mówienia, a ja milczę jak zaklęta – niestety nie dlatego, że nie chcę zdradzić przyjaciół. Po prostu mnie zmroziło. Chcę coś powiedzieć, otwieram usta, łapię powietrze – a z zaciśniętego gardła nie wydobywa się żaden dźwięk.
Rzadko zostawałam na noc u dziadków. Spali w oddzielnych pokojach, bo dziadek głośno chrapał, dlatego mnie kładli w pokoju razem z babcią. Przewracałam się z boku na bok i nie mogłam zasnąć – najpierw dlatego, że babcia się modliła, szybko, jakby w pośpiechu. Wyraźnie wymawiała pierwsze słowa wersu, a zwalniała pod koniec, przez co niezliczenie wiele razy słyszałam niewyraźne „naspanie” – i zdawało mi się, że chodzi o to, co trzeba zrobić przed spaniem (i wysłuchaj na spanie, i zachowaj na spanie, i wybaw na spanie). Potem babcia się kładła, długo mościła, postękując i wzdychając, wreszcie cichła, ale ja dalej przewracałam się z boku na bok. Babcia to czuła i po cichu pytała:
– Nie możesz spać, moja luba?
– Nie mogę.
– Dlaczego?
– Nie wiem.
Naprawdę nie wiedziałam. Coś mnie w środku uwierało, w splocie słonecznym, w piersiach, potylicy, gardle, i nie pozwalało zasnąć.
– Połóż się na boczku – radziła babcia.
Obracałam się na bok, a ona siadała na łóżku i jednym palcem głaskała mi maleńki fragment skóry na ramieniu. Reszta jej palców leżała nieruchomo, jak wartownicy ruchomego palca wskazującego. W półśnie mi się zdawało, że stoję obok szafy z czerwonego drewna, ciągnę za klamkę, ale szafa jest zamknięta. Potem zapadałam w sen.
Babcia zmarła, kiedy byłam w piątej klasie, dziadek – rok później. Na krótko przed tym, jak babcia zaniemogła i już więcej nie wstała, w pięcioro pojechaliśmy do legendarnej czeburecznej na Bajdarskich Wrotach – ulubionego miejsca dziadków jeszcze od początku lat osiemdziesiątych. Tata za kierownicą, obok niego dziadek śpiewa Smagłą Mołdawiankę, tata podśpiewuje, na tylnym siedzeniu, mama patrzy przez okno, babcia mnie obejmuje i też patrzy przez okno.
Auto się wspina zakręt za zakrętem, jest mi trochę niedobrze, ale to mija, ledwie wychodzimy obok Bajdarskich Wrót. Nie mogę się nadziwić, jak inaczej wygląda morze tutaj i w Piszczanym; wcześniej znałam je tylko z kurortu. Nigdy nie patrzyłam na bezkres wody z góry, tak granatowy i zachwycający. W jednym miejscu ciemniejszy, w innym jaśniejszy, ograniczony wyłącznie od strony brzegu, wszędzie indziej nieskończony i bezdenny.
– Pięknie, prawda? – pyta dziadek.
– Jaki piękny ten nasz Krym! – dodaje tata.
Zaraz pójdziemy na czybereki do Szałaszu. Stożkowatym dachem celuje prosto w niebo, ale jeszcze chcę tu postać, cieszyć oczy tymi krajobrazami i całować wszystko, co widzę. Wyobrażam sobie, że morze ma oczy, usta i policzki, a ja obsypuję je pocałunkami. Taką samą pieszczotą obdarzam niebo i góry, mam ochotę skakać i wirować, ale wszyscy po prostu patrzymy, a potem wyważonym krokiem ruszamy dogodzić żołądkom.
W drodze powrotnej dziadek wspomina, jak z babcią pracowali w stoczni w Sewastopolu, a dziewczyny z ich pracy chodziły do Szałaszu na Bajdarskich Wrotach po dwadzieścia pięć kilometrów pieszo.
– Z powodu czebureków? – dziwi się tato. – To jest miłość.
– Może i nie z powodu czebureków… – Babcia się śmieje. – Tę budkę nazywano Daleko od Żon, może kogoś tu szukały.
Całe towarzystwo chichocze, dziadek wciąż błądzi myślami po odległych czasach.
– Ehhh… dziewczyny Karaimki, pamiętam jak dziś… – Nagle zmienia temat. – Teraz to wszyscy mówią tylko: Tatarzy i Tatarzy. – Na moim sercu momentalnie zalega kamień. – W naszej stoczni pracowało sto dwadzieścia narodowości! Właśnie tak, bo Krym jest wielonarodowy! Zawsze o tym wiedzieliśmy! Nikt nikogo nie uciskał, nikogo według narodowości nie segregował, wszyscy pracowali w zgodzie.
Nie rozumiem związku między Tatarami Krymskimi, stocznią w Sewastopolu i tym, że wszyscy pracowali w zgodzie, ale rzecz jasna o nic nie pytam, żeby się nie zdradzić.
– I nikt od władzy nie żądał ziemi, prawda? – podłapał tata. – Jestem Krymczaninem, a wy, tato, jeszcze wcześniej byliście Krymczaninem, to niech i nam, i wam też dadzą ziemię. Mam rację?
– Eeee… – Dziadek machnął ręką. – Rozwalili rodinu: Gorbaczow, Amerykanie… i do NATO się sposobią… W dodatku ci ponajechali i stawiają żądania… Zdrajcy.
Dziadek akcentuje „r”, od tego słowa coś mnie kłuje w splocie słonecznym.
– Dobrze chociaż, że nie żądają zwrotu domów, nowe sobie budują – odzywa się tato, bo wie, że Tatarzy Krymscy napędzają sprzedaż fabrykom cementu.
– Jak to nie żądają! – protestuje dziadek. – Przecież były demonstracje, w Symferopolu pod Radą Ministrów domagali się oddania domów. Potem zrozumieli, że domów nikt im nie zamierza zwracać i w ogóle nikt tu na nich nie czeka, to zaczęli się budować… Nie wiadomo, skąd biorą na to pieniądze, ale niech im tam! Żeby tylko nie odbierali ludziom domów. Ale wiesz, co ci powiem, Sierioża? Jacy z nich są lekarze!
Tak mnie zaskakuje nagła zmiana tematu, że odruchowo, ostrożnie – ledwo poruszając głową – spoglądam na mamę, sprawdzam jej reakcję i głęboko, ale niesłyszalnie dla wszystkich, wzdycham.
– Rosjanie nigdy tak nie wypytują, co gdzie boli. Prawda, Szuroczko? – Dziadek odwraca się do babci.
– Tak. Zawsze, gdy miałam w szpitalach do czynienia z Tatarkami, obdarzały mnie taką życzliwością i uważnością… Wcześniej wszyscy starali się dostać na wizytę do lekarza Żyda, ale oni teraz wyjeżdżają, za to przyjeżdżają Tatarzy. To niechby pracowali we wszystkich szpitalach.
Przy słowach babci kamień pomalutku zsuwa się z mojego serca.
Kiedy byłam nastolatką, żałowałam, że nie dowiedziałam się od babci więcej o jej życiu. Już jako zupełnie dorosła zrozumiałam, że i tak niczego bym się nie dowiedziała – to była jej tajemnica. A może ich tajemnica, wspólna z dziadkiem. Odszedł w ślad za babcią, zanim minął rok. Ba, owa tajemnica mogła być tym, co trzymało ich razem.
Kiedy koledzy z klasy nie wykują na pamięć wiersza na literaturę rosyjską, proszą mnie, żebym o coś zapytała nauczycielkę. Wtedy będzie prowadziła monolog do końca lekcji i ryzyko dwói, w najlepszym razie trói, spadnie niemal do zera.
– Dlaczego ja? – pytam, ale trochę kokieteryjnie, bo znam odpowiedź.
– Ona ciebie najbardziej lubi. Kiedy na ciebie patrzy, to aż promienieje – bierze mnie pod włos Zojka Waszczuczka.
To prawda. Z nauczycielką łączy mnie jakby silna nić porozumienia. Inna Iwanowna wie, że lubię Jesienina i Cwietajewą. Ona uwielbia Puszkina. Podobają się jej moje wiersze, czasem je naszej rusycystce pokazuję. Kiedyś przyniosłam zeszycik – cieniutki, ale cały zapisany wierszami, a ona poprosiła, żebym go zostawiła, tak jakby chciała uważnie przeczytać wszystkie w domu.
Latem po ósmej klasie Inna Iwanowna zabrała mnie do nowo otwartego Rosyjskiego Centrum Kultury w Symferopolu – na rocznicę urodzin Puszkina. Lato, w parku na Kujbyszatniku dźwięczą dziecięce głosy. Inna Iwanowna kupuje nam w kiosku po bielaszu (Tu są takie smaczne, zawsze świeże, niech twoja mama się nie martwi!), potem skręcamy w ulicę Frunzego i po schludnej ścieżce zmierzamy do wejścia Centrum, wzdłuż trawnika porośniętego równo przystrzyżoną trawą. Ten budynek i te trawniki wydają się oazą pośród gwarnego miasta. Jest tu ciszej, rzeczywistość wokoło nabiera wyrazistości, ma się ochotę wzrastać i rozwijać. Wszystko dzieje się w jednej chwili: od piękna tego, co widzę i czuję, zapiera mi dech, a do oczu cisną się łzy. Dokładnie pamiętam wilgotne oczy, mieszankę wdzięczności i czegoś, co trudno opisać. Nabożnej czci? Strachu? Opanowałam się dopiero wśród książek tamtejszej biblioteki. Inna Iwanowna komuś mnie przedstawia, mówi, że jestem przyszłością nie tylko krymskiej, ale i całej rosyjskiej literatury, jedna z tamtejszych pracowniczek patrzy na mnie i odpowiada głosem jednocześnie uwodzicielskim i przepalonym: „Zapraszamy częściej, Rosja wie, jak rozwijać talenty”.
Potem słuchamy wystąpień uczestników obchodów, większość dotyczy Puszkina. Ale mnie już się przejadł. Tyle słyszałam o jego Fontannie Bakczysaraju, a właśnie ten utwór szczególnie mnie rozczarował, bo jeszcze przed lekturą wiedziałam, że Puszkin napisał go na podstawie legendy o chanie z sercem obrośniętym futrem – i zakochał się chan, i zlazła z jego serca sierść, i zrobiło nagie, bezbronne jak kamień. I płakał chan po śmierci kochanej, i poprosił mistrza Omera: „Zrób tak, żeby kamień poniósł moje nieszczęście przez wieki, żeby kamień płakał, jak płacze ludzkie serce”.
I co?! U Puszkina nie ma ani słowa o kamiennym sercu! Najważniejszym w tej bajce! O tym, co kiedyś mnie, dziewięcioletnią, wypełniło przenikliwym i słodkim uczuciem, przeszyło na wskroś i sprawiło, że zapragnęłam dotknąć kamiennego serca! Jak mógł taki sławny i wielki, utalentowany i „a to ci sukinsyn!” poeta pominąć najważniejsze?
To niech mi Puszkin wybaczy, niech ktoś inny nim się zachwyca, kto nie czytał w dzieciństwie Legend Krymu, komu obojętny jest obraz chana z kamiennym sercem toczącym łzy…
Jednocześnie urzeka mnie atmosfera instytucji, podniosłe rozmowy, wyszukany rosyjski. Myślę: wspaniale, że jest miejsce, w którym można prowadzić takie dyskusje, słuchać takich rozmów. Marzę: gdy będzie wydarzenie o kimś innym, nie o Puszkinie – o Siergieju Jesieninie albo Marinie Cwietajewej – wtedy też tu wystąpię. Będę recytować z pamięci ich wiersze – bo wiele znam na pamięć – a może (moje fantazje nieśmiało pną się na szczyt) kiedyś przeczytam własne, wszyscy wysłuchają ich z zachwytem, a potem będą chwalić kunsztowny język i ciekawe rymy.
Pod koniec nie mogę się doczekać, kiedy stąd wyjdziemy, bo zaczyna mnie mdlić. W marszrutce prawie tracę przytomność, a w domu, wieczorem, już pod opieką mamy, wymiotuję – nie trzeba było jeść bielaszu w parku.
Potem przez pół nocy słucham Zemfiry, albumu Prosti mienia, moja lubow. Żałuję, że nie przeżyłam tego dnia jak należy, tego zachwytu, piękna – a wszystko przez niestrawność. Ale nie gniewam się na Innę Iwanownę, że zaproponowała mi ten nieszczęsny bielasz. Skąd mogła wiedzieć, że mi nie podejdzie.
Nad ranem śni mi się morze, spokojne, jedwabiste. Płynę w nim, a potem nagle zaplątuję się w sieć rybacką, rzucam się, chcę krzyknąć, ale nie mogę wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Potem morze znika, teraz stoję w muzeum na miejscu eksponatu, jestem malutka, a wokół mnie wysocy dwu- i trzykrotnie wyżsi ludzie, padają na mnie światła reflektorów, zwiedzający oglądają ze wszystkich stron i z aprobatą kiwają głowami, raz po raz powtarzając głosem jednocześnie uwodzicielskim i przepalonym: „Zapraszamy częściej, Rosja wie, jak rozwijać talenty”. Potem znów morze, tym razem burza, idę po mokrym piasku, upadam na niego, aż nakrywa mnie fala, unosi od brzegu, tracę oddech – i budzę się rano.
***
W dziewiątej klasie nowa nauczycielka języka ukraińskiego i literatury Ołena Wasyliwna proponuje mi, żebym wzięła udział w olimpiadzie. Nie wiem, jak się wykręcić, żeby nie sprawić przykrości nowej, interesującej nauczycielce, ale też nie narazić się na kpiny. To prawda, że piszę najlepsze wypracowania w klasie, ale lekcje ukraińskiego były do tej pory okropne, bo taka była dotychczasowa nauczycielka – stara i spróchniała, zasypiała w połowie lekcji, spod rzadkich siwych włosów przeświecała jej łysina. Nie lubiłam tej kobiety również za specyficzne podejście do Tatarów Krymskich. Lenura i Elzary nigdy nie wywoływała do tablicy, zdawała się nie dostrzegać ich obecności. Ich zeszyty brała dwoma palcami, jakby z obrzydzeniem, przeglądała, wzdychała, niczego nie poprawiała i stawiała trzy. Po szkole krążyła plotka, że na początku lat dziewięćdziesiątych kładła się spać z siekierą pod poduszką – na wypadek, gdyby przyszli repatrianci zabójcy. Kiedy ktoś się z niej nabijał, beształa go: „Co się śmiejesz? Jedna kobieta w szpitalu opowiadała, że do jej siostry przyszedł chłopczyk z sąsiedztwa, Tatar, i zapowiedział: »Babo Walu, wam poderżniemy gardło bezboleśnie!«”. Tak naprawdę była to miejska legenda, potem nieraz słyszałam ją od różnych turkofobów i zawsze chodziło nie o znajomych opowiadającego, lecz o znajomych znajomych.
Rodzice krymskotatarskich dzieci regularnie pisali na tę nauczycielkę skargi, żądali zwolnienia jej z pracy albo zwolnienia dzieci z lekcji języka i literatury, ale wtedy było to już niezgodne z prawem. Dyrektorka tłumaczyła rodzicom, że nie ma skąd wziąć nauczycieli tego przedmiotu, że w rejonie jest aż szesnaście wolnych etatów, dlatego musi trzymać w pracy emerytkę.
Potem jednak znalazło się zastępstwo.
Ołena Wasyliwna jest zupełnie inna. Spokojna, emanuje godnością i – co nietypowe – okazuje szacunek swojemu przedmiotowi i nam, dzieciom. Zadziwia nas stwierdzeniem, że współczesna literatura ukraińska od początku powstawała jako gra, na salonach, między kosztowaniem nalewek i wypalaniem cygar. Dziewczęta wymieniają spojrzenia, chłopcy chichoczą.
Sumiennie czytam zadany wybór fragmentów lektur, ale kiedy Ołena Wasyliwna mówi, że warto by przeczytać te utwory w całości, myślę: aha, ciekawe, ile trzeba by mieć czasu, żeby przeczytać pełne wersje dzieł i rosyjskich, i ukraińskich klasyków – w końcu na olimpiadę z rosyjskiego też idę, w poprzednim roku zajęłam nawet trzecie miejsce w kraju. Nie chcę rozczarować Ołeny Wasyliwny, a oprócz tego – staram się przekonać sama siebie – czy może być coś przyjemniejszego niż czytanie literatury pięknej, nieważne w jakim języku?
W szkole po zajęciach trudno znaleźć wolną albo otwartą klasę na przygotowania do olimpiady, więc Ołena Wasyliwna proponuje, żebyśmy poszły do niej do domu. Listopad, słonecznie, ciągle mnóstwo liści, chociaż już suchych, ale miasto nadal zieleni się igłami cyprysów i jałowców, a po drodze trafia się nam purpurowy perukowiec podolski i gdzieniegdzie wiszą niezebrane owoce głogu, same z siebie wciąż nie opadły.
Chyba trochę mi wstyd, że tak sobie idziemy z nauczycielką ukraińskiego we dwie.
– No i po co, po co mamy się tak dokładnie uczyć tego ukraińskiego? – dopytywała Zojka Waszczuczka. – Gdzie będziemy go używać? Tu, u nas, jest prawie Rosja i wszyscy mówią po rosyjsku.
Do Zojki przyłączyła się Elzara.
– Ja na przykład jestem Tatarką Krymską. Po co mi ukraiński? Uczę się swojego języka – to raz. Rosyjskiego – dwa. Angielskiego – trzy. Po co mi jeszcze ukraiński?
– Krym jest częścią Ukrainy, a językiem państwowym w Ukrainie jest ukraiński – cierpliwie tłumaczyła Ołena Wasyliwna.
Zojka przewróciła oczami i skomentowała:
– Tak, bo Chruszczow po pijaku sprezentował go Ukrainie.
– Istnieje taka wersja historii, ale rozpowszechniają ją ludzie, że tak powiem, nie najwyższej inteligencji.
Zojka się zorientowała, że chodzi o nią, ale zostało to powiedziane jakoś tak zawile, że nie dało się obrazić. Ołena Wasyliwna ciągnęła:
– Krym został przekazany Ukrainie, bo były ku temu podstawy historyczne i gospodarcze. Bez Ukrainy Krym nie miałby wody. Kiedy mówicie, że mieszkacie prawie w Rosji, zapominacie, że Krym ma związki z Rosją stosunkowo od niedawna, od osiemnastego wieku, a wcześniej przez tysiące lat utrzymywał kontakty z obecnymi ziemiami ukraińskimi.
Zojka i my wszyscy zderzyliśmy się z zupełnie nowym punktem widzenia. Trzeba się było dłużej nad tym zastanowić, dlatego rozmowa się zakończyła.
Po drodze rozmawiamy o życiu w Łucku. Tam wcześniej mieszkała Ołena Wasyliwna, a teraz studiują jej dzieci. Przeprowadziła się z mężem niedawno, pochodził stąd, ale kształcił się w Łucku, poznali się w jej rodzinnym mieście, pobrali i razem zamieszkali. Przyjechali na Krym, bo rodzice męża się zestarzeli i potrzebowali syna na miejscu. Mąż Ołeny Wasyliwny jeździ do pracy do Symferopola, pracuje w międzynarodowej organizacji pozarządowej.
– Na Krymie jest bardzo dużo takich organizacji – uświadamia mnie Ołena Wasyliwna.
– Tak? – Dziwię się, bo nigdy o tym nie słyszałam.
Nie mam zielonego pojęcia o organizacjach pozarządowych, ale słowo „międzynarodowe” mnie intryguje.
– Tak, bo na początku lat dziewięćdziesiątych wszyscy się bali, że wybuchnie tu wojna. Dla Europy Krym był jak beczka prochu, dlatego organizuje się tu duże projekty na rzecz wsparcia Tatarów Krymskich, które mają zapobiegać konfliktom etnicznym…
– I jak pani myśli, to pomaga? – pytam ostrożnie.
– A to nie ja powinnam oceniać. – Ołena Wasyliwna się uśmiecha. – Ja znam cyfry, a ty mieszkasz tutaj całe życie, dlatego to od ciebie mogłabym usłyszeć, jak jest.
Kiedy ja właśnie nie wiem, co powiedzieć. Ale przypominam sobie o nowej przyjaciółce mamy – Tatarce Krymskiej, cioci Mawile. Pracują razem. W zasadzie to przedstawia się jako Maryna. Kilka razy przyszła do nas do domu, rodzice ją lubią, tylko tata nazywa ją Maryna, a mama raz Maryna, raz Mawile. Czy ta przyjaźń miałaby szanse dziesięć lat temu? Był wujek Rustem, ale on do nas do domu nie przychodził, a kiedy się powiesił, tato powiedział, że „ci Tatarzy to nawet umrzeć normalnie nie potrafią”.
Milczę. W ogóle w rozmowie z Ołeną Wasyliwną czuję się, jakbym się przedzierała przez chaszcze, bo mój ukraiński jest bardzo słaby. Dobrze piszę wypracowania, w gramatyce ukraińskiej nie ma nic trudnego, ale do rozmowy potrzebna jest praktyka, a tej dotychczas nie nabyłam. Ołena Wasyliwna mówi płynnie, słownictwo ma bogate. Usłyszę od niej dużo nowych słów. Oczywiście je rozumiem, niemal wszystkie widziałam na piśmie, ale nie sądziłam, że można tak mówić na żywo.
Jej dom stoi za gęstymi drzewami. Kiedy szłam tu po raz pierwszy, spodziewałam się zobaczyć krzak kaliny i słoneczniki, bo z nimi kojarzy mi się ukraińskość. Ani kaliny, ani słoneczników jednak nie było, zresztą w listopadzie słoneczniki już nie kwitną. Nauczycielka z mężem mieszkają tu od niedawna, to cudzy budynek – czy poprzedni mieszkańcy zasialiby tu słoneczniki albo posadzili kalinę? Zamiast ukraińskich symboli widzę na podwórku dürbe[13], a dokładnie jego pozostałości, ściany bez dachu. Patrzę na Ołenę Wasyliwnę, samymi oczami pytam: dürbe?
– Cała dzielnica jest nimi usiana, prawie na każdym podwórku stoi dürbe, a wokół rosną pomidory, czasami nawet w środku. Nigdy nie widziałaś? – dziwi się nauczycielka.
Podgrzewa jakąś ciekawą potrawę: ziemniaki z mięsem, dynią, marchewką i cebulą. Wszystkie składniki niby znajome, ale dotychczas nie zdarzyło mi się spożywać ich razem. Jem ostrożnie, małymi kęsami, rozsmakowuję się.
Ortografię omawiamy już przy herbacie i szybko przerzucamy się na literaturę. Ołena Wasyliwna dokładniej odmalowuje to, o czym wspominała w szkole. Na razie uczyliśmy się o Kotlarewskim, teraz o Szewczence, Ołena Wasyliwna mówi o nim „dandys” i „frant”. Potem zrozumiem, że chciała mnie od razu zadziwić, zrobić wrażenie, żeby w pełni zniwelować mój poprzedni osąd o literaturze ukraińskiej, a potem na pustym miejscu budować coś nowego. Tak samo robiła na lekcjach. Nie wiem, czy tę taktykę przyjęła świadomie, ale efekty naszych rozmów będą dla mnie znaczące: Ołena Wasyliwna położy ukraińskie tory, po których pojadą moje myśli. Tak, tego mi było trzeba, bo dotychczas poruszały się po króciutkich odcinkach, zarośniętych słonecznikami i kaliną. Nic innego tu nie rosło, a wokół rozciągało się zupełne bezdroże.
…Wieczorami w domu czytam na głos ukraińską poezję – żeby przy artykułowaniu słów nie plątał mi się język. Podoba mi się mówienie po ukraińsku, bo wraz z nim pojawia się nowa ja. Jedna ja przychodziła kiedyś w rozmowach po krymskotatarsku: raz łagodna, raz rozzłoszczona, raz smutna, raz wesoła. Druga ja jest anglojęzyczna: pewna siebie i trochę hałaśliwa. Trzecia – wykluwa się ukraińskojęzyczna: zamyślona i rozważna. Czwarta, a właściwie pierwsza, ja funkcjonuje w moim ojczystym języku, rosyjskim. Jaka jestem we własnym języku? Najbardziej logicznie byłoby powiedzieć: różna, w końcu rosyjskim posługuję się i w radości, i w smutku. Chociaż to nieprawda, w rosyjskim jestem mniej różnorodna, ale nad tym będę się zastanawiać później.
W Bakczysaraju zajmuję pierwsze miejsca w olimpiadach rejonowych i z ukraińskiego, i z rosyjskiego, ale na krajowych nic nie ugrałam. Inna Iwanowna mówi, że gdybym się nie rozpraszała, na pewno wywalczyłabym co najmniej trzecie miejsce w rosyjskim. Jest jej naprawdę przykro i czuję się trochę winna – w końcu Inna Iwanowna tak mnie lubi i tyle jest gotowa dla mnie zrobić, ale cóż.
***
Połowa lutego, na dworze plus szesnaście. Dzwonek na lekcję, wpadamy z podwórka – wybiegliśmy tam na przerwie, nawet nie pomyśleliśmy, żeby narzucić kurtki.
Inna Iwanowna swoim zwykłym sprężystym krokiem wchodzi do klasy, zerka na mnie, uśmiecha się zagadkowo, patrzy na wszystkich i mówi:
– W ten wspaniały słoneczny dzień chcę zacząć lekcję od pogratulowania waszej koleżance, utalentowanej poetce – wymienia moje imię i nazwisko. – Jej wiersze doceniła i wydrukowała gazeta „Bakczysarajskie Wieści”.
Patrzę spode łba. Jestem zdziwiona, bo do żadnej gazety wierszy nie wysyłałam. Koledzy z klasy oglądają się na mnie, milczą. Inna Iwanowna podchodzi do mojej ławki i kładzie na niej dwa egzemplarze „Bakczysarajskich Wieści”. Siedzę nieruchomo.
– Ale to nie wszystko – ciągnie Inna Iwanowna. – Dziś wasza utalentowana koleżanka otrzymała, a właściwie ja uzyskałam dla niej, zaproszenie… – Wieloznacznie zawiesza głos, to jeszcze bardziej intryguje. – Zaproszenie od fundacji Moskwa–Krym… na miesiąc do gimnazjum pod Moskwą, w Zielenogradzie!
– Łał! – wyrywa się Zojce Waszczuczce.
– Super – dodaje ktoś.
– Czeka na nią bogaty program kulturalny, wycieczki na plac Czerwony i do Galerii Trietiakowskiej…
– To Trietiakowska jest w Moskwie? – dziwi się Kola. Inna Iwanowna patrzy na niego z wyrzutem. – Myślałem, że w Piterze.
– Można by uwierzyć, Nikołaj, że w ogóle kiedykolwiek o tym myślałeś – dobrodusznie kpi nauczycielka. – A więc wycieczki do Trietiakowskiej, a także wykłady na Moskiewskim Uniwersytecie Państwowym.
– A to nudy – wzdycha Zojka, ale Inna Iwanowna nie zwraca na nią uwagi.
Jestem oszołomiona. Wszystko to brzmi jak wygrana na loterii. Uczucie wdzięczności – do Inny Iwanowny, do fundacji Moskwa–Krym, nawet do siebie samej (bo kto napisał wiersze?) – wznosi się falą od splotu słonecznego ku górze.
Dopóki klasa omawia Drogę przez mękę Aleksieja Tołstoja, mnie Inna Iwanowna zostawia w spokoju. Dobieram się do gazety. Przeglądam, szukam swoich wierszy. Są – na ostatniej stronie. Oto i moje imię, a nad nim wiersz:
Przez oczy wpółprzymknięte
W duszę Ojczyzny wchodzą znaki.
To niebo, osiki i ptaki,
I przejrzyste powietrze nocy.
Za rzeką pola już skoszone,
Ich żółć dzika róża w czerwień zmienia.
To cała ona, moja ziemia.
Bliższej i piękniejszej nie ma.
Cisza. Ptaki nie śpiewały,
Szczęście im małe gardła ściska,
I zda się, że calutki ten świat biały
Pławi się w cieple domowego ogniska.
Tak, mogłoby szczęście być ogromne,
Żółtym znojem tli się lata koniec,
Lecz gdzieś od wybuchów ziemia płonie…
Tego nie potrafimy zapomnieć.
Do czynu nas wzywa wieczny zew,
Spokój na razie tylko nam się śni…
Miłość do Ojczyzny w duszach brzmi
Sączy się światłem, rozświetla nam krew[14].
Krew uderza mi do głowy, oblewa mnie gorący pot. Nie mam prawa jechać do Moskwy. To nie mój wiersz, lecz mamy, bo mama w młodości, przed ślubem, też pisała wiersze. Tak je lubiłam, że niektóre sobie przepisałam, chciałam je poczuć we własnej dłoni. Ten wiersz faktycznie był w moim zeszycie, na ostatniej stronie.
Dokonało się wielkie kłamstwo. To nie ja wygrałam – to mama. Czy powinnam o tym powiedzieć Innie Iwanownie?
Nie mam siły znieść ani tej lekcji, ani następnej, ale nie mam wyjścia. Siedzę nieruchomo, a koledzy na przerwie obchodzą moją ławkę – wypadłam poza ich kastę, wygrałam, jadę do Moskwy.
Dobrze, że Alony nie ma dziś w szkole i nie muszę z nią wracać, mogę dalej z nikim nie rozmawiać. Ale co powinnam teraz zrobić? Chowam gazetę do torby i idę do domu, patrzę przed siebie niewidzącymi oczami.
Mama się śmieje. Pociesza mnie:
– Coś ty, córeczko? Wyjazd do Moskwy, będzie tak ciekawie! A może cię tam zauważą, zaproszą na studia na Uniwersytet Łomonosowa… Nikt się nie dowie, że to nie twój wiersz, nawet tacie nie powiemy. Przecież to nie tak, że w ogóle nie piszesz wierszy. Ty też mogłaś taki napisać.
Płaczę, tuląc się do mamy, jej słowa mnie uspokajają. Rzeczywiście, też mogłabym napisać taki wiersz. Po prostu Inna Iwanowna wybrała ten, a nie inny. Gdyby wybrała mój, też by zwyciężył. Może…
Ostatecznie odrzucam poczucie winy, staram się uwierzyć, że to mój wiersz wygrał. Bo faktycznie, po co się martwić – oprócz mnie i mamy nikt o tym nie wie! Przez następne dwa tygodnie zdążam się przyzwyczaić do myśli o miesiącu w Moskwie. Wyobrażam sobie plac Czerwony, Kreml, uniwersytet i siwych profesorów w okularach. A potem na pierwszy plan wysuwają się niedawne wspomnienia – przed oczami staje mi Rosyjskie Centrum Kultury, spotkanie poświęcone Puszkinowi, w pamięci rozbrzmiewają słowa tamtejszej pracowniczki, wypowiedziane głosem jednocześnie uwodzicielskim i przepalonym: „Rosja wie, jak rozwijać talenty”. Ta kobieta wierzyła, że mam talent, chociaż nawet nie czytała mojego wiersza, napisanego nie przeze mnie, lecz przez mamę!…
***
[1]Ay (krymtatar.) – Księżyc. Na końcu książki czytelnik znajdzie dodatkowe objaśnienia: biogramy osób związanych z Krymem, kalendarium oraz posłowie tłumaczki.
[2]qırımlı (krymtatar.) – dosł. Krymscy, w odniesieniu do „swoich”, czyli Tatarów Krymskich.
[3]dua (arab.) – muzułmańska modlitwa, u Tatarów Krymskich także wspólna modlitwa, na którą rodziny spotykają się z okazji ważnych dla nich wydarzeń: ślubu, narodzin dziecka, pogrzebu, początku wielkiego przedsięwzięcia itp.
[4] sarma – potrawa podobna do gołąbków. Farsz z mięsa, cebuli i ryżu zawija się w liście kapusty albo winogron.
[5] Pierogi nadziewane farszem z surowego mięsa, smażone w głębokim tłuszczu. Taki zapis najlepiej odpowiada fonetycznemu brzmieniu tego słowa po krymskotatarsku. W języku ukraińskim i rosyjskim bohaterowie książki będą mówili „czebureki”.
[6] tatarasz – malutkie pierożki z mięsem.
[7] kobete – ciasto filo z farszem z mięsa, ziemniaków i cebuli.
[8] hoszaf – kompot z suszonych owoców.
[9]qazaq alası (krymtatar.) – pogardliwe określenie rosyjskiego dziecka.
[10]anaszka (krymtatar.) – mamusia, od ana (mama). W imionach i określeniach pokrewieństwa połączenie krymskotatarskiej podstawy i deminutywnego sufiksu z języka rosyjskiego nie jest normatywne, ale powszechne, jak surżyk, tylko w wydaniu krymskotatarsko-rosyjskim.
[11]Góry Uralu i Tęskna fujarka – pieśni związane z okresem kolektywizacji, kiedy Tatarów Krymskich po rozkułaczeniu przesiedlano na Ural. Po deportacji 1944 roku pieśni znów zyskały na aktualności.
[12] Zoja Kosmodiemjanska (1923–1941) – partyzantka, bohaterka ZSRR, zabita przez niemieckich żołnierzy. Wołodia Dubinin (1928–1942) – partyzant w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, bohater ZSRR.
[13]dürbe – budowla nagrobna, muzułmańskie mauzoleum.
[14] Wiersz Tetiany Łewkowej, wcześniej niepublikowany. Przeł. Joanna Bernatowicz i Tomasz Mróz.
