Imiona Felizy - Juan Gabriel Vásquez - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Imiona Felizy ebook i audiobook

Juan Gabriel Vasquez

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Ósmego stycznia 1982 roku w paryskiej restauracji zmarła kolumbijska rzeźbiarka Feliza Bursztyn. Miała czterdzieści osiem lat. W chwili nagłej śmierci artystce towarzyszyli mąż i czworo przyjaciół. Jeden z nich, pisarz Gabriel García Márquez, opublikował kilka dni później artykuł, w którym znalazło się pozornie proste, ale głęboko poruszające zdanie: „Zmarła z powodu smutku”.

Te słowa są dla Juana Gabriela Vásqueza początkiem zgłębiania życia tej niezwykłej kobiety.

Feliza Bursztyn w maczystowskim społeczeństwie Kolumbii postawiła własną wolność ponad konwenanse i wygodę. Córka emigrantów żydowskich polskiego pochodzenia była rewolucyjną artystką w czasach politycznych rewolucji, kobietą o wolnym duchu w świecie podejrzliwym wobec wolności kobiet, która prowadziła życie odzwierciedlające wielkie napięcia XX wieku, a przede wszystkim pragnienie bycia sobą. Juan Gabriel Vásquez tworzy niesamowitą i poruszającą opowieść o tym, jak życie prywatne człowieka nieuchronnie zostaje zdeptane przez siły historii i polityki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 309

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 22 min

Lektor: Sebastian Konrad

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dedykacja

Pablowi Ley­vie

Cytaty

Chcę prze­żyć imiona

Które pożar świata nadał

Ciału, o które wal­czą śmier­tel­nicy.

Jorge Gaitán Durán

Zatrza­snęli mnie w Pro­zie.

Emily Dic­kin­son

I. Zima w Paryżu

I w ten wła­śnie spo­sób, na roz­my­śla­niach o krót­kim życiu Felizy Bursz­tyn, spę­dza­łem całe dnie. Każ­dego ranka, odkąd zaczęła się zbyt cie­pła jesień, wycho­dzi­łem wcze­śnie z wyna­ję­tego miesz­ka­nia i spa­ce­ro­wa­łem sze­ro­kimi bul­wa­rami do dziel­nicy Mont­par­nasse, w któ­rej Feliza w mło­do­ści nauczyła się rzeź­bić w gli­nie i w któ­rej zmarła przed­wcze­sną śmier­cią ćwierć wieku póź­niej. Ową dwu­dzie­sto­mi­nu­tową prze­chadzkę roz­po­czy­na­łem przy sta­cji metra Gobe­lins, mija­łem budy­nek, w któ­rym miesz­kała rzeź­biarka Camille Clau­del, i koń­czy­łem ją w swoim miej­scu pracy, małym pokoju z prze­stron­nym oknem wycho­dzą­cym na aka­cję o dłu­gich gałę­ziach i na rue de la Grande Chaumière. Tam, na tej krót­kiej ulicy widocz­nej z mojego okna, znaj­do­wała się aka­de­mia sztuk pięk­nych, w któ­rej stu­dio­wała Feliza w latach pięć­dzie­sią­tych, i wystar­czyło skrę­cić za róg, żeby po trzech czy czte­rech minu­tach dotrzeć do lokalu, w któ­rym zmarła w 1982 roku. Całe życie zawarte w kilku pary­skich kwar­ta­łach, myśla­łem, spa­ce­ru­jąc tymi uli­cami z jakimś absur­dal­nym prze­ko­na­niem, że tylko w ten spo­sób, mając cią­gle przed oczami to, na co ona czę­sto patrzyła, zdo­łam zro­zu­mieć, dla­czego zmarła tak młodo – mając zale­d­wie czter­dzie­ści osiem lat – a w dodatku tak daleko, osiem tysięcy kilo­me­trów, od naszego wspól­nego kraju, który zawsze kochała, pomimo że przy­spo­rzył jej tylu cier­pień.

Szybko uświa­do­mi­łem sobie jed­nak, że zro­zu­mie­nie Felizy to trudne przed­się­wzię­cie. Nic, co z nią zwią­zane, nie było łatwe. Nawet jej imię i nazwi­sko nie były łatwe; wszy­scy, któ­rzy ją znali, łamali sobie na nim język, całe życie musiała się z niego tłu­ma­czyć, popra­wiać pisow­nię, ubo­le­wać nad nie­moż­liwą już do sko­ry­go­wa­nia lite­rówką w nagłówku gazety albo wyja­śniać obcym ludziom całą histo­rię swo­jej rodziny tylko po to, by udo­wod­nić, że mimo odle­głych korzeni jej drzewa gene­alo­gicz­nego i zbyt wielu spół­gło­sek w nazwi­sku jest stu­pro­cen­tową Kolum­bijką. Nie były łatwe żadne fakty z jej życia: ani błędy, ani dobre decy­zje nie były łatwe, podob­nie jak miło­ści, szczę­śliwe lub nie; nie były łatwe porażki, a tym bar­dziej niezro­zu­mie­nie towa­rzy­szące jej suk­ce­som. Życie Felizy było owiane legendą, ale w dużej mie­rze ona sama tę legendę zbu­do­wała: swoją osten­ta­cyjną wol­no­ścią, którą wielu uznało za obe­lgę, i swo­imi zagad­ko­wymi odpo­wie­dziami udzie­la­nymi dzien­ni­ka­rzom, jakby nic nie bawiło jej bar­dziej niż spro­wa­dza­nie ich na manowce, no i oczy­wi­ście two­rami wycho­dzą­cymi z jej pra­cowni, które w rów­nym stop­niu pro­wo­ko­wały, co dez­orien­to­wały, bo nikt nie rozu­miał, jak to moż­liwe, że mimo braku ludz­kich kształ­tów budzą współ­czu­cie albo wście­kłość, śmiech albo pożą­da­nie, podob­nie jak każda porządna mityczna scena wykuta w kar­ra­ryj­skich mar­mu­rach.

Cza­sami, dotarł­szy do aka­de­mii, zatrzy­my­wa­łem się na kilka sekund przed jej drzwiami, zamknię­tymi dla wszyst­kich z wyjąt­kiem jej uczniów albo nauczy­cieli. Na ele­wa­cji, obok dużych przej­rzy­stych okien, rząd mar­mu­ro­wych tabli­czek obwiesz­czał nazwi­ska daw­nych mistrzów, jakby wciąż znaj­do­wali się wśród żywych – Wlérick, Brayer, Jérôme, Arto­zoul – a pośrodku, zło­tymi lite­rami na sza­rym tle, nazwi­sko pro­fe­sora Felizy, Ossipa Zadkine’a, z lapi­dar­nym ozna­cze­niem jego dys­cy­pliny: Rzeźba. Nie wiem, ile razy Feliza szła tym chod­ni­kiem ani ile razy mijała te duże okna, ale w któ­rymś momen­cie mojej jesieni zaczą­łem ją sobie wyobra­żać, jak wcho­dzi swo­imi dłu­gimi kro­kami przez wąskie drzwi aka­de­mii, jak wybu­cha swoim grom­kim śmie­chem, nio­są­cym w sobie swoje wła­sne echo, i nie podej­rzewa wcale, że ćwierć wieku póź­niej umrze kilka prze­cznic stąd, w rosyj­skiej restau­ra­cji na oczach pię­ciu kocha­ją­cych ją osób. I tak pra­co­wa­łem, w małym pokoju na tej samej ulicy co aka­de­mia, czter­dzie­ści jeden lat i osiem mie­sięcy po śmierci Felizy, poświę­ca­jąc swoje życie jej życiu, myśląc o niej sześć, dzie­sięć, czter­na­ście godzin dzien­nie, pró­bu­jąc zoba­czyć ją wyraź­nie, patrząc na nią uważ­nie, czy też patrząc na jej ducha: w skró­cie wyobra­ża­jąc ją sobie tak, jak­bym miał wyrzeź­bić ją w gli­nie. Nie robi­łem tego, rzecz jasna, bez pomocy. W moim miej­scu pracy gro­ma­dziły się foto­gra­fie i doku­menty opo­wia­da­jące o Feli­zie, wszy­scy ci emi­sa­riu­sze prze­szło­ści słu­żący mi do rekon­stru­owa­nia jej bio­gra­fii; w mojej pamięci żyły roz­mowy, godziny roz­mów pro­wa­dzo­nych przeze mnie przez dłu­gie lata z ludźmi, któ­rzy ją znali, przede wszyst­kim z czło­wie­kiem, który w chwili jej śmierci był jej mężem: Pablem Leyvą.

Pozna­li­śmy się w Bogo­cie, sześć mie­sięcy przed moim przy­jaz­dem do Paryża, on zgo­dził się wtedy, żebym odwie­dził go w jego domu na wschod­nich wzgó­rzach i poroz­ma­wiał z nim o ostat­nich wspól­nych dniach z Felizą, a wła­ści­wie o dniach, które prze­żyli razem w Paryżu, nie wie­dząc, że będą ostat­nimi. Pablo od wielu lat pisał dobrze udo­ku­men­to­wane i zaan­ga­żo­wane arty­kuły o ochro­nie przy­rody, sta­no­wią­cej przez całe życie jego obse­sję i zawód, w dodatku pisał je do „El Espec­ta­dor”, gazety, w któ­rej i ja publi­ko­wa­łem przez jakiś czas swoje felie­tony, dla­tego jego twarz – a raczej wer­sja jego twa­rzy z roz­ma­za­nej kopii zdję­cia z gaze­to­wej strony – nie była mi obca. Teraz, w wieku osiem­dzie­się­ciu trzech lat, zacho­wał tę samą brodę, jaką nosił w odle­głych cza­sach mło­do­ści, choć tro­chę rzad­szą i bar­dziej siwą. Roz­ma­wiał ze mną uprzej­mie z buja­nego fotela, sto­ją­cego przy stole, na któ­rym błysz­czały dwie brą­zowe figurki; roz­po­zna­łem w nich natych­miast dzieła Felizy Bursz­tyn. Tam, naprze­ciwko owych świad­ków innych cza­sów, snuł wspo­mnie­nia o kobie­cie wciąż na różne spo­soby obec­nej w jego życiu.

Ale wspo­mnie­nia, zwłasz­cza te bole­sne, nie przy­cho­dzą do nas auto­ma­tycz­nie, kiedy je przy­wo­łu­jemy, trzeba je kokie­to­wać, bo są jak zalęk­nione stwo­rze­nia, nie­ma­jące odwagi się zbli­żyć, cza­sem nawet trzeba wabić je przy­nętą, by opu­ściły swoją kry­jówkę. Powi­nie­nem był chyba prze­pro­sić go za to, że zmu­szam go do wspo­mi­na­nia trud­nych chwil, nikt bowiem nie powi­nien tego robić dla zaspo­ko­je­nia cudzej cie­ka­wo­ści, a prawo do zapo­mnie­nia powinno być święte. Czy byłem intru­zem, imper­ty­nen­tem, wypy­tu­jąc o Felizę Bursz­tyn, a nawet wię­cej: chcąc poznać ją na tyle, na ile to moż­liwe, albo też poznać ją tak, by opo­wie­dzieć świat, jak­bym patrzył jej oczyma? Tak czy siak, zda­łem sobie sprawę, że wtedy, pod­czas tej roz­mowy, Pablo przy­po­mi­nał sobie pewne szcze­góły po raz pierw­szy od wielu lat i czu­łem – w jego sło­wach, wyda­ją­cych się pły­nąć po omacku, w jego oczach, przy­mknię­tych, jakby go pie­kły – wysi­łek, jaki kosz­tuje go to wspo­mi­na­nie. „Nie, tego dobrze nie pamię­tam”, powie­dział nie­jed­no­krot­nie. Albo też: „Muszę się nad tym jesz­cze zasta­no­wić”. Ale ni­gdy nie powie­dział mi: „O tym nie chcę roz­ma­wiać”.

Pod­czas kolej­nych mie­sięcy nie­chętna pamięć Pabla powoli ujaw­niała swoje sekrety. Kiedy wpro­wa­dza­łem się do wyna­ję­tego miesz­ka­nia w Paryżu, żeby kon­ty­nu­ować poszu­ki­wa­nia, i roz­ma­wia­łem z innymi świad­kami życia Felizy, i zbie­ra­łem nowe infor­ma­cje, i kolek­cjo­no­wa­łem nowe doku­menty, i kiedy blat z zie­lo­nego sukna w pokoju do pracy pokry­wał się stop­niowo wycin­kami ze sta­rych gazet i czarno-bia­łymi zdję­ciami, zaczą­łem z Pablem zna­jo­mość epi­sto­larną, któ­rej nie powsty­dzi­łaby się osiem­na­sto­wieczna powieść. Wysy­łał mi dłu­gie pliki w Wor­dzie, odpo­wia­dał w nich na moje pyta­nia, a także na pyta­nia, któ­rych mu nie zada­łem, czę­sto też zada­wał mi swoje wła­sne, spro­wa­dza­jące się wła­ści­wie do jed­nego: czego szu­kam w tych roz­mo­wach? W pew­nym momen­cie napi­sał: „Czego chcesz się dowie­dzieć?”. Mogłem wyto­czyć gór­no­lotne argu­menty, opo­wie­dzieć o swo­jej sta­rej obse­sji na punk­cie nie­okieł­zna­nych sił histo­rii i poli­tyki, a wła­ści­wie na punk­cie tego, w jaki spo­sób owe siły odci­skają piętno na naszych pry­wat­nych życio­ry­sach. Ale nie zro­bi­łem tego. Opo­wie­dzia­łem mu za to o swoim pierw­szym poby­cie w Paryżu, w 1996 roku; o nie­zna­nej cho­ro­bie, na jaką zapa­dłem kilka mie­sięcy póź­niej, i o błęd­nych dia­gno­zach, i o zatro­ska­niu leka­rzy; i o lek­tu­rze, w tych dniach nie­pew­no­ści, książki wyda­nej wła­śnie w Kolum­bii, która przy­je­chała ze mną w walizce obok pię­ciu powie­ści Faulk­nera, czte­rech Var­gasa Llosy i dzieł wszyst­kich Bor­gesa wyda­nych w trzech tomach drob­niu­sieńką czcionką. Być może to, co czy­tamy w trud­nych chwi­lach, prze­ma­wia do nas w spo­sób szcze­gólny, na pewno stało się tak z tą książką, towa­rzy­szącą mi pod­czas wielu dni spę­dzo­nych w pocze­kal­niach do róż­nych leka­rzy albo pod­czas dłu­gich prze­jaz­dów metrem; wola­łem ją od innych, bo skła­dała się z krót­kich utwo­rów i pozwa­lała na ury­waną lek­turę oso­bie, któ­rej uwagę zaprzą­tały inne sprawy. Nosiła tytuł Notas de prensa, miała na okładce skrzy­dła motyla i zawie­rała felie­tony opu­bli­ko­wane przez Gabriela Garcíę Márqueza w latach 1980–1984. Jeden z felie­to­nów, z 20 stycz­nia 1982 roku, zaczy­nał się od słów:

Kolum­bij­ska rzeź­biarka Feliza Bursz­tyn, prze­by­wa­jąca na emi­gra­cji we Fran­cji, umarła ze smutku o 22.15 w zeszły pią­tek 8 stycz­nia w pary­skiej restau­ra­cji.

Mia­łem wów­czas dwa­dzie­ścia trzy lata i nie wie­dzia­łem, kim była Feliza Bursz­tyn. Mogłem zadać sobie pyta­nia, które zaczą­łem zada­wać sobie potem: dla­czego prze­by­wała na emi­gra­cji, dla­czego we Fran­cji i dla­czego García Márquez tak wiele o niej wie­dział. Ale te kwe­stie w ogóle mnie wów­czas nie nur­to­wały; pyta­nie, bez któ­rego być może nie posta­wił­bym kolej­nych, zasad­ni­cze pyta­nie nie­da­jące mi spo­koju od tego czasu brzmiało ina­czej.

„Dla­czego ze smutku?”, odpo­wie­dzia­łem Pablowi. „Tego chcę się dowie­dzieć. Dla­czego Feliza była smutna, i dla­czego tak bar­dzo, że od tego umarła”.

Pod koniec wrze­śnia Pablo przy­je­chał na kilka dni do Paryża. Prze­żył w tym mie­ście bar­dzo ważne lata swo­jej mło­do­ści, nie­długo przed tym, jak zaczął się jego zwią­zek z Felizą: przy­był tu jako dwu­dzie­stocz­te­ro­la­tek, z dyplo­mem inży­niera che­mii i hoj­nym sty­pen­dium, jakie ofe­ro­wało wtedy wiele kolum­bij­skich insty­tu­cji – Bank Repu­bliki, Naro­dowa Fede­ra­cja Plan­ta­to­rów Kawy – które otrzy­mał za wyniki w nauce. Zamiast poje­chać do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, jak wszy­scy kole­dzy z jego poko­le­nia, wybrał to mia­sto, geo­gra­ficz­nie bar­dziej odle­głe, bliż­sze jed­nak jego tem­pe­ra­men­towi. Tutaj ukoń­czył dok­to­rat mający wyzna­czyć kie­ru­nek jego całego życia; tutaj był świad­kiem rewolt ulicz­nych w maju 1968 roku i nie raz poma­gał stu­den­tom ran­nym w star­ciach z poli­cją, choć nie wziął w nich udziału, bo także tutaj odkrył swoją wro­dzoną aler­gię na prze­moc wszel­kiej maści. „Wiesz, jak bar­dzo jestem zwią­zany z Pary­żem?”, zapy­tał mnie przez tele­fon. „To tu pierw­szy raz zapu­ści­łem brodę. I popatrz, noszę ją do dziś”. Umó­wi­li­śmy się w Café du Métro, lokalu przy Boule­vard Saint-Ger­main, zapro­po­no­wa­łem go z bar­dzo pro­stego powodu: zale­d­wie kilka kro­ków dzie­liło go od rue de Bièvre, przy któ­rej miesz­kali razem z Felizą. I w tej wła­śnie kawiarni, owego popo­łu­dnia powoli prze­ra­dza­ją­cego się w wie­czór, sie­dzie­li­śmy przy sto­liku na wąskim okrą­głym tara­sie naprze­ciwko upar­tej serii fili­ża­nek kawy, z upły­wem godzin zastą­pio­nych kie­lisz­kami bia­łego wina, i gdy nasi sąsie­dzi ustę­po­wali miej­sca innym jak pod­czas zabawy w krze­sła, my podą­ża­li­śmy za impul­sem nie­odmien­nie ska­za­nym na nie­do­sko­na­łość: pró­bo­wa­li­śmy zre­kon­stru­ować prze­szłość, owo nie­wy­godne miej­sce, ist­nie­jące tylko wtedy, gdy o nim opo­wia­damy. Niebo nad nami roz­ch­mu­rzyło się i zmie­niło kolor, i zapa­liły się latar­nie, i świa­tło świata pociem­niało na ota­cza­ją­cych nas twa­rzach, i sie­dzie­li­śmy tam, dwaj męż­czyźni, któ­rych dzie­liły cztery dekady doświad­czeń; ja słu­cha­łem opo­wie­ści Pabla, jakby krył się w niej ważny sekret mojego życia, a on wspo­mi­nał, ze wszyst­kimi szcze­gó­łami, jakie pamię­tał, tam­ten stycz­niowy pią­tek, który tyle razy pró­bo­wał ska­zać na zapo­mnie­nie.

Kiedy wyszli­śmy z kawiarni, było już zupeł­nie ciemno. „Czę­sto cho­dzi­li­śmy tym chod­ni­kiem”, powie­dział Pablo. „Można powie­dzieć, że to była nasza dziel­nica”. Ruszy­li­śmy w wie­czor­nym stru­mie­niu prze­chod­niów korzy­sta­ją­cych z łagod­nego jesz­cze powie­trza tam­tej zbyt cie­płej jesieni i uda­li­śmy się, jakby cho­dziło o coś naj­oczy­wist­szego na świe­cie, na róg rue de Bièvre. „Numer 25”, powie­dział Pablo. „Prawdę mówiąc, od dawna tu nie zaglą­da­łem”. Pablo wspo­mniał pod­czas wcze­śniej­szej roz­mowy o naj­bar­dziej nie­zwy­kłej cha­rak­te­ry­styce tego budynku: dokład­nie naprze­ciwko niego znaj­do­wała się pry­watna rezy­den­cja pre­zy­denta François Mit­ter­randa. Nie­raz spo­ty­kali go na ulicy, sąsiada pra­wie takiego jak inni, i nie­raz widzieli go ze swo­jego okna na dru­gim pię­trze. Gdy zbli­ża­li­śmy się do numeru 25, uzna­łem za konieczne się upew­nić, że wej­ście do domu Mit­ter­randa było stam­tąd widać, nie dla­tego, że wyda­wało mi się, iż pamięć Pabla może szwan­ko­wać, lecz dla­tego, że ni­gdy nie potra­fi­łem uwol­nić się od repor­ter­skiego prze­sądu każą­cego spraw­dzać wszystko, nawet szcze­góły pozor­nie bez zna­cze­nia, jakby brak sza­cunku do małych prawd świata zmy­słów miał ska­zać całe ludz­kie życie – w tym wypadku życie Felizy – na pie­kło kłam­stwa.

Rue de Bièvre była krótką i wąską uliczką, zaczy­na­jącą się przy boule­vard Saint-Ger­main i koń­czącą się nad Sekwaną, z tak cia­snymi chod­ni­kami i tak nie­wiel­kim ruchem, że ludzie woleli cho­dzić po niej środ­kiem jezdni. „W tam­tych dniach była zamknięta ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa”, powie­dział Pablo, kiedy dotar­li­śmy na miej­sce. „U wylo­tów, z jed­nej i z dru­giej strony, stało dwóch uzbro­jo­nych żan­dar­mów, któ­rzy prze­pusz­czali tylko miesz­kań­ców. Pro­sili mnie i Felizę o doku­menty w pierw­szych dniach, potem nas pozna­wali i pozwa­lali nam przejść”. Tutaj, pod nume­rem 25, w miesz­ka­niu znaj­du­ją­cym się według fran­cu­skiego sys­temu ozna­cza­nia na pierw­szym pię­trze, obu­dziła się Feliza owego stycz­nio­wego piątku, który miał być ostat­nim dniem jej życia. Budy­nek miał wąską fasadę, po dwa okna na każ­dym pię­trze: każde okno z ramą z bia­łego drewna i roz­su­nię­tymi zasło­nami za każdą z ram. I sta­łem tam, pra­wie czter­dzie­ści lat póź­niej, na ciem­nej ulicy, pró­bu­jąc się dowie­dzieć, co robiła na początku swo­jego ostat­niego dnia, czy też może zasta­na­wia­jąc się, jak zaczyna swój ostatni dzień ktoś, kto prze­żył to, co prze­żyła Feliza. Pablo, nie­świa­domy moich myśli, wska­zy­wał dwa okna nale­żące do zaj­mo­wa­nego przez nich miesz­ka­nia.

„Nie domy­kały się”, powie­dział. „Zimno wdzie­rało się do środka przez szpary. I pamię­tam to, bo wszy­scy powta­rzali w kółko, że to naj­chłod­niej­sza zima od wielu lat. A tam­ten dzień był naj­zim­niej­szym jak dotąd dniem tam­tej zimy. Tak, to też pamię­tam: w wia­do­mo­ściach podano, że w nocy spad­nie śnieg”.

Mimo wszystko lubili to miesz­ka­nie. Nie było łatwo coś wyna­jąć. Feliza przy­je­chała do Paryża sama, dwa mie­siące przed Pablem, i cho­ciaż znała tu nie­jed­nego Kolum­bij­czyka, żaden z nich nie udzie­lił jej tak potrzeb­nej pomocy. Zro­biła to nato­miast Paya Con­tre­ras: Chi­lijka legen­darna wśród Laty­no­sów na wygna­niu, bo była sekre­tarką i kochanką Salva­dora Allende w chwili ataku na pałac La Moneda. Pod­czas gdy jej rodacy obsy­py­wali Felizę obiet­ni­cami bez pokry­cia i fał­szy­wymi wyra­zami soli­dar­no­ści albo po pro­stu uni­kali jej w oba­wie, że zostaną z nią sko­ja­rzeni. Paya zacho­wała się jak praw­dziwa przy­ja­ciółka, choć nie łączyła ją z Felizą zna­jo­mość tak bli­ska jak innych. Jasne, Paya prze­trwała kata­klizm zama­chu stanu; na swoim wygna­niu przy­jęła nie­zli­czo­nych Chi­lij­czy­ków ucie­ka­ją­cych przed Pino­che­tem i potra­fiła zro­zu­mieć kogoś, kto stra­cił ojczy­znę, bo został z niej wyrzu­cony, czy też opu­ścił ją sam, żeby unik­nąć cze­goś znacz­nie gor­szego. Dla­tego Feliza zamiesz­kała u niej kątem i zaczęła szu­kać dla sie­bie lokum. Codzien­nie cho­dziła do budki tele­fo­nicz­nej na rogu, żeby nie nara­żać gospo­dyni na koszty, i dzwo­niła pod numery z ogło­szeń, dopóki nie skoń­czyły jej się monety. A potem szła na spa­cer bez okre­ślo­nego celu, sta­ra­jąc się zapo­mnieć o fru­stra­cji na tak dobrze zna­nych uli­cach, i cze­kała na przy­jazd Pabla.

On tym­cza­sem miał wię­cej szczę­ścia. Pod koniec paź­dzier­nika wciąż tkwił jesz­cze w Bogo­cie, zała­twia­jąc wszyst­kie sprawy, żeby móc do niej dołą­czyć – pra­co­wał dłu­żej, niż pozwa­lało na to zdro­wie, i oszczę­dzał skru­pu­lat­nie, żeby kupić czeki podróżne, decy­do­wał, co zro­bić z domem, w któ­rym miesz­kali przez ostat­nie dwa­na­ście lat, przyj­mo­wał nowe zle­ce­nia, żeby uzbie­rać tro­chę dola­rów – i codzien­nie budził się z tro­ską, że Feliza nie zdo­łała jesz­cze zna­leźć dla nich miej­sca. Poszpe­rał więc w kon­tak­tach, obdzwo­nił wszyst­kich zna­jo­mych mają­cych bliż­szy lub dal­szy zwią­zek z Fran­cją i natra­fił na Cla­risę Ruiz, młodą bogo­tankę, która uczyła się kie­dyś u Felizy rysunku. To Cla­risa powie­działa mu o tym miesz­ka­niu, wła­sno­ści argen­tyń­skiego arty­sty, o tym, że jej brat Pedro wła­śnie je zwol­nił i wró­cił do Kolum­bii; nastą­piły kolejne tele­fony, reko­men­da­cje i Argen­tyń­czyk zgo­dził się je wyna­jąć. Ni­gdy go nie spo­tkali. Wie­dzieli tylko, że jest auto­rem tego okrop­nego muralu pokry­wa­ją­cego całą ścianę miesz­ka­nia, od drzwi wej­ścio­wych do okna na ulicę, prze­cho­dzą­cego ponad komin­kiem i nachal­nie przy­cią­ga­ją­cego wzrok. Przed­sta­wiał fale, nie­udolną imi­ta­cję fal, nama­lo­wane w odcie­niach błę­kitu i sza­ro­ści; Feliza znie­na­wi­dziła go od pierw­szej chwili.

„Cią­gle powta­rzała, że go zama­luje”, opo­wia­dał Pablo. „A przy­naj­mniej zasłoni te bał­wany prze­ście­ra­dłami. Że jeśli mamy zostać tu dłu­żej, nie da rady ina­czej”.

Miesz­ka­nie było dziw­nym miej­scem, znaj­du­ją­cym się jakby w rów­no­le­głej rze­czy­wi­sto­ści. Opu­sto­szała ulica, nie­ustanna cisza, dom pre­zy­denta Fran­cji. Gdyby sześć mie­sięcy wcze­śniej, przed wyda­rze­niami, które odmie­niły jej życie, ktoś powie­dział Feli­zie, że tu wylą­dują, uzna­łaby taką moż­li­wość za absur­dalną, co wię­cej, nie­po­żą­daną. W Kolum­bii bli­skość osób mają­cych wła­dzę przy­nio­sła im roz­cza­ro­wa­nia: lepiej trzy­mać się od nich z daleka, lepiej nie dać się wcią­gnąć w ich pole gra­wi­ta­cyjne. Na co się zdało Feli­zie – im obojgu – obra­ca­nie się we wpły­wo­wych krę­gach? Feliza miała wśród zna­jo­mych kilku kan­dy­da­tów na pre­zy­denta i naj­waż­niej­szych dzien­ni­ka­rzy w kraju, a i tak skoń­czyli tutaj, w tym miesz­ka­niu przy rue de Bièvre, z okrop­nym mura­lem i nie­do­my­ka­ją­cymi się oknami, żyjąc nowym życiem, któ­rego nie wybrali, i odby­wa­jąc karę za prze­stęp­stwo, któ­rego nikt im nie wytłu­ma­czył. I spo­glą­da­jąc przez okno na dom po dru­giej stro­nie ulicy, z dachów­kami i z drew­nia­nymi drzwiami zwień­czo­nymi łukiem, zamiesz­ki­wany przez pre­zy­denta, któ­rego Pablo i Feliza wyobra­żali sobie cza­sem wyglą­da­ją­cego na rue de Bièvre z ano­ni­mo­wego mroku swo­jego salonu, roz­wią­zu­ją­cego samot­nie wła­sne pro­blemy i nie­ma­ją­cego raczej poję­cia, kim są sąsie­dzi z naprze­ciwka ani za sprawą jakich zbie­gów oko­licz­no­ści wylą­do­wali w końcu na tej samej ulicy, ani nawet o tym, że jego rząd prze­ka­zał im jedyną dobrą wia­do­mość od dawna.

A tak wła­śnie było. Mini­ster­stwo Kul­tury zaofe­ro­wało Feli­zie sty­pen­dium arty­styczne, pra­cow­nię, by mogła two­rzyć swoje rzeźby, które były duże i potrze­bo­wały prze­strzeni, oraz moż­li­wość zor­ga­ni­zo­wa­nia wystawy. Ów cud doko­nał się dzięki wsta­wien­nic­twu Régisa Debraya, naj­słyn­niej­szego filo­zofa fran­cu­skiej lewicy (przy­ja­ciela Che i Fidela Castro), który dora­dzał Mit­ter­ran­dowi we wszyst­kim, co zwią­zane z Ame­ryką Łaciń­ską, a jeśli Debray się za nią wsta­wił, naj­pew­niej stało się tak dzięki Gabrie­lowi Garcíi Márquezowi, będą­cemu dla Felizy kimś na kształt anioła stróża. Anioł Gabriel. Gabo, archa­nioł. Nie tak bar­dzo star­szy pan z wiel­kimi skrzy­dłami. W tam­tych dniach na rue de Bièvre, kiedy żar­to­wali, że przed­sta­wią się Mit­ter­ran­dowi następ­nym razem, gdy go spo­tkają, Pablo i Feliza zasta­na­wiali się, co zro­bi­liby bez pomocy Gaba. Gabo, tak go nazy­wali, podob­nie jak wszy­scy w Kolum­bii, nawet ci, któ­rzy go nie znali. Na Mer­ce­des nato­miast w prze­ci­wień­stwie do wielu osób Pablo i Feliza nie mówili Gaba, tylko Mer­che. Mer­ce­des dzwo­niła dwa tygo­dnie wcze­śniej, żeby oznaj­mić, że nie­długo przy­jadą do Paryża i że mają wielką ochotę ich zoba­czyć, zoba­czyć ich oboje, ale szcze­gól­nie Felizę, i dla­tego chcieli zapro­sić ich na kola­cję.

„Opo­wiesz nam, jak się masz, co u cie­bie sły­chać, bo dawno się nie widzie­li­śmy”, powie­działa Mer­ce­des. „Gabo osza­leje, jeśli z tobą nie pogada, a przy oka­zji nie da żyć i mnie”.

Tam­tego piątku myśl o tym, że zakoń­czą dzień kola­cją z nimi, prze­peł­niała Felizę entu­zja­zmem. Pablo pamię­tał, że obu­dziła się bar­dzo wcze­śnie, wcze­śniej niż zwy­kle, i cho­ciaż zda­rzało jej się to czę­sto w tych trud­nych mie­sią­cach, tym razem wyda­wało się, że nie była to wina zmar­twień. Mogło cho­dzić po pro­stu o zimno, o zdra­dliwe zimno zimo­wych świ­tów, które wnik­nęło w ich ciała w ostat­nich dniach i nie potra­fili się z niego otrzą­snąć. Ale w takim razie czemu nie została w cie­płych pie­le­szach, tylko wolała zacze­kać na pora­nek w nie­wiel­kim mrocz­nym salo­nie, wyglą­da­jąc przez okno pierw­szego pię­tra, jakby cze­kała na coś waż­nego, obja­wie­nie, wypa­dek? Tam zastał ją owego ranka. Obu­dził się w łóżku, zauwa­żył, że jest sam, i zanie­po­koił się, jak czę­sto mu się zda­rzało. I gdy wyszedł z niego, by spraw­dzić, co się stało, zastał ją wła­śnie tak, sto­jącą przy oknie, tak bli­sko drew­nia­nej ramy, że kiedy pod­szedł przy­tu­lić Felizę, poczuł podmuch lodo­wa­tego wia­tru, który przy­pra­wił go o gęsią skórkę. Pablo poszu­kał wzro­kiem ciem­nego nieba, stycz­nio­wego nieba, na któ­rym dzień się jesz­cze nie zaczął, i zoba­czył tylko grubą narzutę z brud­nej wełny, odbi­ja­jącą żółte świa­tła śpią­cego mia­sta. Tak, to była prawda, tej nocy spad­nie śnieg.

„Co robisz?”, ode­zwał się do Felizy. „Czemu już nie śpisz o tej porze?”

„Tak sobie roz­my­ślam”, odpo­wie­działa. „Jak ci się spało?” A potem: „Taśmy znów się odkle­iły”.

Pablo zapa­lił świa­tła w salo­nie. „Zoba­czymy, co tu się stało”, powie­dział. Pod­szedł do okien i zaczął spraw­dzać taśmy masku­jące, które nakleił tam kilka dni wcze­śniej, żeby zasło­nić szcze­liny prze­pusz­cza­jące zimno. Był to typowy pro­blem sta­rych okien: malo­wano je tyle razy, żeby ukryć nie­do­sko­na­ło­ści znisz­czo­nego drewna, że w końcu prze­sta­wały ide­al­nie przy­le­gać i wiatr je roz­sz­czel­niał, a zimowe widma potra­fiły prze­ci­snąć się przez naj­mniej­szą dziurę. Pablo zna­lazł rolkę taśmy w kuchen­nej szu­fla­dzie i napra­wił je raz jesz­cze, cho­ciaż wie­dział – oboje wie­dzieli – że Feliza była lep­sza we wszyst­kim, co wyma­gało zdol­no­ści manu­al­nych.

„Nie ma moż­li­wo­ści, żeby w tym pomiesz­cze­niu zro­biło się cie­pło”, powie­działa. „Tylko w sypialni da się wytrzy­mać”.

„I jesz­cze ten komi­nek”, dodał Pablo.

„Tak”, powie­działa Feliza. „Sie­dzi cichutko, jakby to nie była jego sprawa”.

Komi­nek został zapie­czę­to­wany jak prze­klęty pokój nale­żący do umar­łego. Wyja­śniono im, że to z powodu nowych prze­pi­sów doty­czą­cych całego mia­sta, cho­ciaż oboje pamię­tali, że daw­niej w Paryżu można było swo­bod­nie ogrze­wać domy drew­nem. Teraz wszystko się zmie­niło: zabro­niono palić w komin­kach i nikogo zda­wało się nie obcho­dzić, że ludzie miesz­ka­jący w sta­rych budyn­kach, w któ­rych okna się nie domy­kały, będą umie­rać z zimna.

Ale Feliza myślała o czym innym.

„Dziś wie­czo­rem zjemy z nimi kola­cję”, powie­działa. „Chcę dać im jakiś pre­zent. Żeby podzię­ko­wać. Żeby wie­dzieli, że jestem im bar­dzo wdzięczna”.

„Wie­dzą o tym”, zauwa­żył Pablo.

„Chcę im zanieść coś spe­cjal­nego”, powie­działa Feliza. „Ale nie mam pomy­słu”.

Pablo dmuch­nął na kra­wędź swo­jej fili­żanki i duch z pary stał się widoczny w powie­trzu niczym oddech na dwo­rze. „Przy­wio­złem dro­bia­zgi”, powie­dział. Miał na myśli serię figu­rek z brązu, wiel­ko­ści otwar­tej dłoni, o mniej wię­cej ludz­kich syl­wet­kach, stwo­rzo­nych przez Felizę przed laty. Zawsze je lubiła. Ich kształty były krą­głe i lśniące, miały w sobie coś pry­mi­tyw­nego i jed­no­cze­śnie wzru­sza­ją­cego: spra­wiały wra­że­nie bez­bron­nych istot i czło­wiek miał ochotę zaopie­ko­wać się nimi. Popro­siła Pabla, żeby je przy­wiózł, sądziła, że pomogą jej zacho­wać zwią­zek z kra­jem, jak okru­szyny chleba w baśniach wska­zu­jące drogę powrotną dzie­ciom zagu­bio­nym w lesie.

„Tak, to nie­zły pomysł”, powie­działa.

„Byłyby w dobrych rękach”, powie­dział Pablo. „Są dla nich ide­alne”.

Feliza uśmiech­nęła się z wysił­kiem. „Dobrze, idę wziąć prysz­nic. Może cie­pła woda mnie tro­chę roz­bu­dzi”. Ski­nęła głową w kie­runku okna. „I możesz już zga­sić świa­tło. Cho­lera, naresz­cie. Myśla­łam, że już ni­gdy nie zrobi się jasno”.

Według moich usta­leń 8 stycz­nia 1982 roku słońce wstało sie­dem­na­ście minut przed dzie­wiątą. Kiedy wspo­mnia­łem o tym Pablowi, powie­dział: „Tak, tak, pamię­tam. Bar­dzo późno zro­biło się jasno. Feliza powie­działa: naresz­cie, cho­lera. A ja, pamię­tam, pomy­śla­łem co innego. Sie­dzia­łem w salo­nie, szy­ku­jąc sobie kawę, pod­czas gdy Feliza brała prysz­nic, i mogłem myśleć tylko o tym, że naresz­cie jest pią­tek, że naresz­cie tydzień się koń­czy. Bo oboje byli­śmy wykoń­czeni”. Ale nie cho­dziło tylko o sku­mu­lo­wane zmę­cze­nie ani napię­cie i lęk zwią­zane z nowym życiem. Pablowi myśl, że koń­czył się pierw­szy tydzień roku, spra­wiała absur­dalną radość, bo w ten spo­sób znaj­do­wali się tro­chę dalej od roku ubie­głego. Tego annus hor­ri­bi­lis, powie­dział Feli­zie w któ­rymś momen­cie, a ona odpowie­działa:

„Nie ozda­biaj mi tego łaciną. Po pro­stu gów­nia­nego roku”.

Cie­szyli się, że mają go za sobą. Pokła­dali wiel­kie nadzieje w nowej kartce z kalen­da­rza, tym akcep­to­wal­nym prze­są­dzie: pla­neta skoń­czyła pełne okrą­że­nie wokół swo­jej gwiazdy, a z począt­kiem nowego okrą­że­nia odmie­nia się los zamiesz­ku­ją­cych ją istot. Kosmiczne przy­zwo­le­nie na nowe otwar­cie, wszech­świat uwal­nia­jący nas od przy­tła­cza­ją­cych trosk… Pablo ni­gdy nie zdo­łał się wyzbyć upar­tego racjo­na­li­zmu i miał pro­blem z inter­pre­to­wa­niem świata w kate­go­riach magicz­nych, ale Feliza przy­po­mniała mu cabañuelas, tra­dy­cję upa­tru­jącą w pierw­szych dwu­na­stu dniach roku wróżby na odpo­wia­da­jący im mie­siąc. Pierw­szy stycz­nia oka­zał się dla nich spo­kojny: spę­dzili go w łóżku, odpo­czy­wa­jąc po zaba­wie syl­we­stro­wej i pie­szym powro­cie do domu uli­cami przy­gnę­bia­ją­cego Paryża. „Taki będzie cały mie­siąc”, oświad­czyła Feliza. „My we dwoje i nikt nie będzie nam prze­szka­dzał. Ty ze mną, ja z tobą, a świat niech się od nas odpie­przy”. Wyda­wała się zado­wo­lona, a nawet spo­kojna, ale Pablo miał odmienne wra­że­nie: że w tych mie­siącach, wielu mie­siącach roz­łąki, coś nie­okre­ślo­nego stało się z Felizą.

Pomy­ślał tak na lot­ni­sku, tego dnia, gdy wylą­do­wał w Paryżu; dotarł­szy wresz­cie do bra­mek z napi­sem „Przy­loty”, zoba­czył Felizę toru­jącą sobie niczym roz­bi­tek drogę wśród ocze­ku­ją­cych, żeby go przy­tu­lić. Naj­pierw zro­zu­miał, jak bar­dzo bra­ko­wało mu dotyku jej ust, a potem zauwa­żył, że schu­dła i jest blada, cho­ciaż upływ czasu potrafi zakła­my­wać podobne odczu­cia; na pewno praw­dziwy był jed­nak deli­katny cień melan­cho­lii, który zda­wał się nie­ustan­nie towa­rzy­szyć Feli­zie. Prze­stała się śmiać tak jak kie­dyś, dźwięcz­nym śmie­chem, który potra­fił prze­stra­szyć obcego psa i budził pija­nych na impre­zach; zastą­pił go wykrzy­wiony uśmiech, tylko cza­sami odsła­nia­jący zęby, i ktoś, kto jej nie znał, mógłby myl­nie uznać jej wyraz twa­rzy za oschły bądź iro­niczny. Pablo wie­dział jed­nak, że jest ina­czej: była po pro­stu roz­cza­ro­wana. Tyle osób, uwa­ża­nych przez nią za przy­ja­ciół, odwró­ciło się od niej, uni­kało jej, wykrę­cało się wymów­kami, mil­czało, kiedy potrze­bo­wała ich pomocy… Oczy­wi­ście sama pono­siła za to część winy, bo Feliza, która przez całe życie poma­gała innym, nie cze­ka­jąc, aż o to popro­szą, myślała być może, że inni zro­bią to samo. Ale nikt nie wycią­gnął do niej ręki, a Pablo, po przy­by­ciu do miesz­ka­nia na rue de Bièvre, zdał sobie sprawę, że cier­piała więk­szy nie­do­sta­tek, niż to sobie wyobra­żał. W lodówce drze­mały nie­do­je­dzone resztki jajka i dwa kawałki pie­czywa, które wkrótce mogły nada­wać się tylko do wyrzu­ce­nia, a na stole w jadalni suszyły się obrazki nama­lo­wane przez Felizę w ostat­nich dniach. Pablo ucie­szył się, że była w sta­nie się na nich sku­pić, ale wtedy zauwa­żył, że nama­lo­wała je kawą roz­cień­czoną cie­płą wodą, żeby nie kupo­wać akwa­reli.

„Nie wiem już, kto jest moim przy­ja­cie­lem”, mówiła. „Nie wiem, kto jest nim naprawdę, a kto nie. Nie­któ­rych spo­tka­łam przy­pad­kiem, inni witają się ze mną jak gdyby ni­gdy nic i mówią, że musimy się kie­dyś spo­tkać, coś zor­ga­ni­zo­wać. A potem nie odzy­wają się wię­cej. Jak­bym była trę­do­wata, przy­się­gam, jakby się mnie bali. Ci, któ­rzy mają nie­wiele, zwy­kle się sta­rają, ale ci, któ­rzy mogliby pomóc… Znam ludzi, któ­rzy miesz­kają tu w hôtels par­ti­cu­liers, mogliby przy­jąć mnie i nie widy­wać całymi dniami. I co? Nic. Jakby przez kon­takt ze mną mieli się zara­zić, jak­bym przy­wio­zła Kolum­bię do ich pary­skich domów. A w dodatku dzieją się dziwne rze­czy, nie­przy­jemne. Jak histo­ria z Hate­mami”. Car­mela i José byli Kolum­bij­czy­kami, któ­rzy od samego początku zaofe­ro­wali pomoc; zapro­sili Felizę do swo­jego miesz­ka­nia w sąsiedz­twie wieży Eif­fla, żeby poga­dać o tym, co można zro­bić, ale poja­wił się pro­blem i Feliza nie zdo­łała dotrzeć na czas. „I nie dali mi dru­giej szansy”, opo­wia­dała. „Jakby chcieli mnie uka­rać. Żało­sna histo­ria”. Pablo wie­dział, kim są, a przede wszyst­kim wie­dział, dla­czego zna­leźli się w Paryżu: dosta­wali pogróżki od jakiejś par­ty­zantki, a nawet prze­żyli próbę porwa­nia, tak przy­naj­mniej gło­siły plotki. „I nie roz­ma­wia­łaś z nimi wię­cej?”, zapy­tał. „Dzwo­nię do nich, a oni cią­gle wynaj­dują jakieś wymówki”, odparła Feliza. „A to są zajęci, a to gdzieś wyjeż­dżają. Ach, nie, Pablo, niech się wypchają. Niech się wypchają tro­ci­nami. Nie mogłam dotrzeć na spo­tka­nie, prze­pro­si­łam, nie wiem, co mam jesz­cze zro­bić. Mam inne rze­czy na gło­wie”. Zawie­siła głos, a potem dodała: „Tak czy siak, tu w Paryżu jest tyle ludzi. Na pewno za jakiś czas wszystko się uspo­koi”. I kolejna chwila ciszy. A w końcu: „I ty tutaj ze mną. Nie wiem, czy powi­nie­neś był tu przy­jeż­dżać”.

Feliza wspo­mi­nała o tym nie raz: mar­twiła się o karierę Pabla, o to, że zawie­sił wła­sne pro­jekty, żeby dołą­czyć do niej, bez daty powrotu, na tej wymu­szo­nej i nie­spo­dzie­wa­nej emi­gra­cji. Od wielu lat cie­szył się bło­go­sła­wioną sta­bil­no­ścią jako doradca Mini­ster­stwa Rol­nic­twa w kwe­stiach zwią­za­nych z ochroną śro­do­wi­ska, o któ­rej uczył się przez całe życie. „O mnie się nie martw”, odpo­wie­dział jej. „Znajdę pracę w Paryżu. Stu­dio­wa­łem tutaj, tutaj zro­bi­łem dyplom. Poza tym mam swoją książkę. Na pewno nie będę się nudził”. Histo­ria rol­nic­twa i ochrony śro­do­wi­ska w Kolum­bii: taką wła­śnie książkę chciał pisać Pablo w Paryżu, odna­wia­jąc zna­jo­mo­ści z cza­sów stu­denc­kich i szu­ka­jąc pracy, by móc wymy­ślić się od nowa; jed­no­cze­śnie Feliza mogła wró­cić do swo­jego prze­rwa­nego pro­jektu, serii kolo­ro­wych rzeźb, które były już w bar­dzo zaawan­so­wa­nym sta­dium, kiedy musiała opu­ścić swój dom, swoją pra­cow­nię, porzu­cić życie w Kolum­bii. Wygna­nie, to słowo ni­gdy nie podo­bało się Feli­zie, ale zdą­żyła już pogo­dzić się z tym, że pasuje do niej naj­bar­dziej: emi­gra­cja nie wystar­czała, uchodźc­two wyda­wało się nie­zręczne, azyl miał w sobie jakąś sła­bość, pach­niał kru­cho­ścią, suge­ro­wał nie­peł­no­spraw­ność. A kiedy powie­działa o tym Pablowi, on spo­waż­niał. „Musisz zro­zu­mieć jedno”, rzekł. „Tu wygnań­cami jeste­śmy oboje. Zna­leź­li­śmy się tu razem, razem tu zosta­niemy. Ty będziesz robić swoje, a ja swoje. A potem wszystko się ułoży”. Wszystko, czyli życie, ich wspólne życie. Życie jakoś się ułoży.

„Ale z czego będziemy żyć?”, zapy­tała Feliza.

„Udało mi się zdo­być tro­chę pie­nię­dzy”, odparł. „Sprze­da­łem samo­chód, dużo pra­co­wa­łem”. Mówił prawdę: pewna kana­dyj­ska insty­tu­cja zamie­rzała sfi­nan­so­wać ambitne bada­nia; przy­wiózł do Paryża mapy i archiwa, żeby pra­co­wać dalej nad pro­jek­tem. „Mówiąc dokład­niej: wystar­czy nam na rok. I będziemy spo­koj­niejsi, kiedy zapad­nie decy­zja w spra­wie two­jego sty­pen­dium”.

„O ile w ogóle zapad­nie”, powie­działa Feliza.

„Zapad­nie”, rzekł Pablo. „Nie mam cie­nia wąt­pli­wo­ści”.

Ta roz­mowa odbyła się parę dni przed Nowym Rokiem. Wcze­śniej poszli swoją ulicą w kie­runku rzeki, prze­cięli quai de la Tour­nelle, żeby prze­spa­ce­ro­wać się nad­brze­żem i pooglą­dać po dro­dze uży­wane książki, ale zanim zaj­rzeli do pierw­szego stra­ganu, woła­ją­cego ich bia­łymi wyda­niami kie­szon­ko­wymi jak wielka, zie­lona, zębata szczęka, Feliza wycią­gnęła rękę i powie­działa: „Chcę tam kie­dyś pójść, i to razem z tobą”. Wska­zy­wała szpic wysepki, na któ­rym wzno­sił się pomnik Ofiar Depor­ta­cji. Pablo zapro­po­no­wał, żeby obej­rzeli go zaraz, skoro są tak bli­sko, ale ona powie­działa: „Nie, teraz nie, kiedy indziej. Ale pój­dziesz ze mną”. Poki­wał tylko głową: Feliza miała swoje powody. Ni­gdy nie zapo­mi­nał o tym, że ona, mimo swo­ich bogo­tań­skich manier, pocho­dziła z rodziny pol­skich Żydów, po któ­rej prze­je­chał bru­talny walec XX wieku. Powie­dział więc, że dobrze, że kiedy indziej, kiedy tylko zechce; potem kon­ty­nu­owali spa­cer, zmie­nili chod­nik na skwerku, na któ­rym drzewa zgu­biły już liście, minęli witrynę Sha­ke­spe­are and Com­pany, nie mając odwagi wejść do środka, a potem skrę­cili w boule­vard Saint-Michel, żeby odda­lić się od rzeki w poszu­ki­wa­niu miej­sca, gdzie nie wia­łoby tak mocno.

Nagle tłum na chod­niku zgęst­niał i posu­wa­nie się naprzód wśród tylu ciał było jak prze­prawa przez wez­braną rzekę. Zaczęli roz­ma­wiać o sty­pen­dium: mieli już datę, żeby dostar­czyć papiery, trzeba było skom­ple­to­wać teczkę, pod­ra­so­wać tro­chę pro­jekt i zanieść wszystko do urzędu. Feliza spy­tała Pabla, czy przy­wiózł z Kolum­bii zdję­cia jej dzieł. „Wszystko”, odparł Pablo. „Nie tylko zdję­cia. Przy­wio­złem tyle wycin­ków pra­so­wych, że można zro­bić z nich cały album”. Kiedy zbli­żali się do boule­vard Saint-Ger­main, Pablo poczuł, że Feliza ucze­piła się jego ręki, nie tylko spla­ta­jąc ramiona, ale też zaci­ska­jąc dłoń na jego ręka­wie. Potem miał się ucie­szyć, że to zro­biła: w chwili gdy zdą­żyli przejść już na drugą stronę ulicy i zna­leźć się na rogu muzeum Cluny, Feliza nagle się potknęła i runę­łaby pew­nie na chod­nik jak długa, gdyby nie przy­trzy­mało jej ramię Pabla. Szarp­nię­cie było tak mocne, że Pablo poczuł w swoim płasz­czu jakby trzask roz­ry­wa­nych szwów, a jakaś siwo­włosa kobieta zatrzy­mała się, żeby zapy­tać, czy wszystko w porządku.

„Cho­lera, mało bra­ko­wało, a bym się zabiła”, powie­działa Feliza. „W tych obca­sach nie da się cho­dzić”.

Tam­tej nocy, przy­tu­la­jąc Felizę pod koł­drami, Pablo powie­dział nie­spo­dzie­wa­nie: „Ale pro­ble­mem nie są obcasy”. Miał rację: Feliza prze­szła całe kilo­me­try w tych butach, na obca­sach rze­czy­wi­ście wyso­kich, ale gru­bych i sta­bil­nych, i ni­gdy nie miała z tym żad­nych trud­no­ści. Leżąca obok niego, z głową opartą na jego ramie­niu, wyda­wała się spać, nie sły­szeć tej uwagi. Pablo patrzył na gip­sowe ara­be­ski na wyso­kim sufi­cie, pra­wie nie­wi­doczne w ciem­no­ści, kiedy usły­szał jej głos. Nie rusza­jąc się, nie zmie­nia­jąc pozy­cji, żeby spoj­rzeć mu w oczy, prze­mó­wiła cicho, nie­mal szep­tem, i opowie­działa, że ostat­nio zda­rzyło jej się to jesz­cze dwa razy: dwa razy się potknęła; nie mając na kim się oprzeć, dwa razy upa­dła, a jeden z tych upad­ków skoń­czył się raną na kola­nie. „Raczej groź­nie wyglą­da­jącą niż poważną”, powie­działa. Zwie­rzyła się z tego Payi i obie zgod­nie zło­żyły wszystko na karb skraj­nego zmę­cze­nia, które Feliza przy­wio­zła ze sobą z Mek­syku, a przed Mek­sy­kiem – z Kolum­bii. „To nic takiego”, powie­działa Feliza. „Ale lepiej, żebyś o tym wie­dział. Cho­ciaż bez sensu, że ci o tym mówię. Będziesz się nie­po­trzeb­nie mar­twił, a to nic takiego. Jestem zmę­czona, to był praw­dziwy kosz­mar. Ale nic poza tym”. I zaczęła się bro­nić, mimo że nikt jej nie zaata­ko­wał: „Teraz okaże się, że nie mam prawa nawet skrę­cić kostki”.

Pabla ogar­nęło nagłe prze­czu­cie.

„To dla­tego nie zdą­ży­łaś na spo­tka­nie?”, zapy­tał.

„Co?”

„Na spo­tka­nie z Hate­mami. Dla­tego nie zdą­ży­łaś?”

„A”, zaczęła Feliza. Zro­biła pauzę. „W tym momen­cie, jak to mówisz, ow­szem. Ale jakie to ma teraz zna­cze­nie”.

W tam­tej chwili Pablo pomy­ślał po raz pierw­szy, że Feliza nie mówi mu całej prawdy. Nie, nie cho­dzi o kostki, które mają prawo zła­mać się albo zwich­nąć, ani o obcasy, które mogą się ode­rwać albo uwię­znąć pomię­dzy kocimi łbami: przy­czyna raczej jest inna. Nie powie­dział nic, ale oboje wie­dzieli, że tyle lat pracy ze zło­mem – pozo­sta­ło­ściami po wypad­kach dro­go­wych, odpa­dami z budów – w końcu zaszko­dziło jej płu­com: dłu­gie lata wdy­cha­nia opa­rów spa­wal­ni­czych, zbli­ża­nia do pal­nika twa­rzy chro­nio­nej jedy­nie maseczką kosmity z pro­sto­kąt­nym okien­kiem. Zapew­nia­jąca osłonę oczu przed zbyt jasnym pło­mie­niem ogromna maseczka nie zakry­wała nosa ani ust, bo przed dwu­dzie­stu laty Feliza lek­ce­wa­żyła nie­bez­pie­czeń­stwo wyzie­wów. Kiedy zaczęła nosić maskę gazową? Kupili ją pod­czas pierw­szej podróży do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, nie­długo po tym, jak zamiesz­kali razem. Maska przy­da­wała Feli­zie budzą­cego strach wyglądu, przy­po­mi­nała tro­chę żoł­nie­rza z pierw­szej wojny świa­to­wej wysła­nego do Flan­drii, a tro­chę najem­nika z filmu science fic­tion. Cza­sem jej nie uży­wała, zdej­mo­wała z pogardą, mówiła, że nie pozwala jej dostrzec szcze­gó­łów rzeźb, i Pablo musiał zmu­szać ją, by wło­żyła maskę z powro­tem. Potem pogo­dziła się ze sto­so­wa­niem środ­ków ostroż­no­ści, ale kiedy odczu­wała nawra­ca­jącą dusz­ność, winiła za nią nie­zli­czone papie­rosy wypa­lone przez lata nałogu, a świeżo po powro­cie z podróży poło­że­nie Bogoty na wyso­ko­ści dwóch tysięcy sze­ściu­set metrów. W Paryżu, pra­wie na pozio­mie morza, było wpraw­dzie wię­cej tlenu, jed­nak z nadej­ściem zimy lodo­wate powie­trze draż­niło błony ślu­zowe, kur­czyło oskrzela, spra­wiało, że z powo­dów czy­sto fizjo­lo­gicz­nych łza­wiły oczy; nawet pory skóry rozu­miały, że lepiej go uni­kać.

Pablo jed­nak nie uwa­żał tego wszyst­kiego za dosta­teczny powód, by zre­zy­gno­wać z zabawy syl­we­stro­wej. Feliza zresztą też za nic w świe­cie nie chcia­łaby jej opu­ścić. Cho­ciaż zapro­sił ich malarz Luis Cabal­lero, przy­ję­cie odby­wało się w domu innego arty­sty: Satur­nina Ramíreza. Feliza wło­żyła buty do kolan i sukienkę w kolo­rze inten­syw­nej zie­leni, spra­wia­ją­cym, że na jej twa­rzy roz­bły­sły nowe tony. Była prze­szczę­śliwa. Kiedy otwo­rzyli drzwi, miej­sce już buzo­wało od hałasu i impreza wyle­wała się przez okna na wewnętrzne podwórko, a Pablo i Feliza weszli do tego świata ludz­kich wyzie­wów i muzyki na cały regu­la­tor, prze­ko­nani, że świę­to­wa­nie natu­ral­nej śmierci roku 1981 w oto­cze­niu przy­ja­ciół to naj­lep­sze, co mogą zro­bić, i że w ten spo­sób osta­tecz­nie domkną poprzedni roz­dział swo­jego życia. Feliza zawsze czuła się swo­bod­nie w towa­rzy­stwie przy­ja­ciół arty­stów i znów zna­la­zła się, jak tyle razy w Bogo­cie, pośród ich obra­zów, tor­sów, które Luis ryso­wał węglem tak, jakby pobie­rał nauki w pra­cowni Michała Anioła, i sto­łów bilar­do­wych Satur­nina, z gra­czami w ciem­nych oku­la­rach i mary­nar­kach z sukna praw­dziw­szego niż praw­dziwe sukno. To wystar­czyło, żeby przy­jąć zapro­sze­nie: że Feliza mogła znów zoba­czyć swoje ple­mię, że znów stała się czę­ścią kręgu, który wcze­śniej się roz­padł. Tam, kilka prze­cznic od placu Léona Bluma, oto­czeni przez sie­dem­dzie­się­cioro nie­zna­jo­mych i garstkę soli­dar­nych Kolum­bij­czy­ków, Pablo i Feliza prze­stali czuć się samotni i zdali sobie sprawę, że nie zda­rzyło się to od dawna.

Prze­bie­rali się, uży­wa­jąc do tego kolek­cji kape­lu­szy zna­le­zio­nej przez kogoś w sza­fie, wymie­niali się nimi, w miarę upływu nocy, prze­kła­da­jąc z głowy na głowę melo­niki, jakby wzięte pro­sto z jakie­goś obrazu Magritte’a, fedory, które przy­pa­dły do gustu Pablowi, a nawet bar­dzo zno­szoną tyrol­ską cza­peczkę. Pili tanie wino i jedli podłe empa­na­das, i puścili salsę z płyty, z pew­no­ścią pory­so­wa­nej, bo zawsze wra­cała do początku, kiedy Rubén Bla­des śpie­wał La pala­bra Adiós. Jedli kolejne podłe empa­na­das i pili wię­cej taniego wina, i roz­ma­wiali, jak to zwy­kle bywa na spo­tka­niach Laty­no­sów, o pro­ble­mach Ame­ryki Łaciń­skiej: o dyk­ta­tu­rach w Uru­gwaju i Boli­wii, o zabi­tych w Sal­wa­do­rze, zabi­tych w Chile, zabi­tych w Argen­ty­nie; roz­ma­wiali o jun­cie woj­sko­wej i Leopol­dzie Gal­tie­rim1, nikt jed­nak nie popeł­nił nie­taktu i nie zapy­tał Felizy, jak było z nią, co dokład­nie ją spo­tkało ani kto i kiedy, i gdzie.

Około pół­nocy Feliza poczuła się zmę­czona i chciała wycho­dzić. „Mogli­by­śmy jesz­cze zła­pać ostat­nie metro”, powie­działa Pablowi. Ale Luis Cabal­lero nie chciał ich wypu­ścić – zostań­cie jesz­cze tro­chę, od tak dawna się nie widzie­li­śmy, jeste­śmy prze­cież w Paryżu – i Felizę prze­ko­nała życz­li­wość innych, poczu­cie soli­dar­no­ści, wra­że­nie, że nie jest sama na świe­cie. „Ale tylko chwilę”, powie­działa. Dwie godziny póź­niej, z gar­dłami wysu­szo­nymi od dymu i alko­holu, Pablo i Feliza posta­no­wili wró­cić na rue de Bièvre Pozo­stali goście ewi­dent­nie zamie­rzali zostać przy­naj­mniej do szó­stej, kiedy ruszała komu­ni­ka­cja miej­ska, Feliza jed­nak czuła, że nie wytrzyma tak długo.

Wyszli w noc, która wyda­wała się ciem­niej­sza niż zazwy­czaj. Zimno chla­snęło ich w twarz, ruszyli w kie­runku placu Basty­lii z moc­nym posta­no­wie­niem, że ten jeden raz pozwolą sobie na luk­sus powrotu do domu tak­sówką, bo metro już nie kur­so­wało. Ale na uli­cach nie było nikogo: ani tak­sówki, ani auto­busu, ani samot­nego i uczyn­nego kie­rowcy, do któ­rego mogliby wysta­wić kciuk w bła­gal­nym geście. Pary­ża­nie poszli już spać, restau­ra­cje poza­my­kano, nawet bez­domny żebrak nie popeł­niłby głup­stwa i nie został na ulicy, skoro mógł się schro­nić na któ­rejś ze sta­cji metra. Plac Léona Bluma jakby się roz­rósł, a rue de la Roqu­ette wyda­wała się nie mieć końca, ale to i tak było nic w porów­na­niu z tym, jak długo zajęło im okrą­że­nie placu Basty­lii: przy­kle­ili się do sie­bie, żeby jakoś wytrzy­mać lodo­watą wil­goć wdzie­ra­jącą się pod ubra­nia na otwar­tej prze­strzeni, i ruszyli sfru­stro­wani wido­kiem ich upra­gnio­nej ulicy w oddali, bo żeby do niej dotrzeć, musieli zato­czyć olbrzy­mie koło wylud­nio­nymi chod­ni­kami. Gdy prze­cho­dzili mostem de Sully, pod latar­niami fabry­ku­ją­cymi balony mgły na tle nocy, Feliza zaka­słała raz i drugi, a potem, kiedy dotarli na rue de Bièvre po dwóch godzi­nach noc­nego mar­szu i otwo­rzyli drzwi do budynku jak ktoś, kto wraca z sybe­ryj­skich ste­pów, Feliza uwie­siła się na ramie­niu Pabla tak mocno, że z tru­dem udało mu się ją pod­trzy­mać, on zaś pomy­ślał, że jeśli któ­reś z nich póź­niej zacho­ruje, będą mogli z naukową pre­cy­zją okre­ślić, kiedy to się stało, w któ­rym dokład­nie miej­scu zimno wnik­nęło w ich ciała.

Feliza nie rozu­miała, dla­czego koniecz­nie muszą jechać na Mont­mar­tre, skoro mieli tam tak daleko, ale nawet przez myśl im nie prze­szło pro­te­sto­wać. Rano 5 stycz­nia, w pierw­szy wto­rek nowego roku, wysie­dli z metra i bez pro­blemu odna­leźli urząd, miej­sce bez­duszne i zimne, na tyłach oka­za­łego budynku będą­cego sie­dzibą bur­mi­strza dziel­nicy. Feliza unio­sła wzrok, wska­zu­jąc nie­bie­ską łatę w weł­ni­stym nie­bie: „Jak raz jest ładna pogoda”, powie­działa, „to musimy spę­dzać czas w urzę­dzie. Założę się, że nie mają tam nawet okien”. Tra­fiła w punkt: zna­leźli się w piw­nicy oświe­tlo­nej jedy­nie jarze­niów­kami malu­ją­cymi pod oczyma wiel­kie cie­nie w kolo­rze oliw­ko­wym, zarówno im, jak i smut­nym urzęd­ni­kom cze­ka­ją­cym za biur­kami, na sta­no­wi­skach oddzie­lo­nych pły­tami z alu­mi­nium. Po upły­wie dzie­się­ciu minut usły­szeli imię i nazwi­sko Felizy, Pablo nie zro­zu­miał go w pierw­szej chwili, bo fran­cu­ska wer­sja koń­czyła się inną samo­gło­ską: „Burstán”, powie­dział głos, albo „Birstán”, a może coś pomię­dzy. Usie­dli przed urzęd­niczką z płasz­czami na kola­nach, jak dwoje nie­sfor­nych uczniów goto­wych na repry­mendę; była to kobieta zbyt mocno uma­lo­wana, o zbyt wyta­pi­ro­wa­nych wło­sach i w zbyt zie­lo­nej bluzce, pisząca coś na żół­tej kartce. Z początku urzęd­niczka nie patrzyła na nich, nie zwra­cała uwagi na ich obec­ność, a potem pod­nio­sła głowę, powie­działa „dzień dobry” i wycią­gnęła ku nim otwartą dłoń. (Pablo już miał podać jej rękę, sądząc, że chce się z nimi przy­wi­tać, ale szybko zro­zu­miał, że chce tylko wziąć papiery). Przej­rzała zawar­tość teczki, wycinki w niezro­zu­miałym języku; gdy zatrzy­mała się na jed­nej z prac Felizy, zadała pyta­nie według nich bez­sen­sowne: „A co to jest?”.

Patrzyła na zdję­cia Hołdu dla Gan­dhiego, rzeźby ważą­cej pięć ton, wyso­kiej jak dom, wyko­na­nej na ofi­cjalne zle­ce­nie z trzech żela­znych ele­men­tów sta­no­wią­cych kie­dyś nad­wo­zie bul­do­żera. Długa, abs­trak­cyjna figura wzno­siła się ku niebu – z ciem­no­zie­loną górą w tle – na publicz­nym traw­niku przy Car­rera Séptima, w pół­noc­nej czę­ści Bogoty, nie­da­leko od woj­sko­wych stajni.

„Że co to jest?”, zapy­tała Feliza. „To Gan­dhi, pro­szę pani. Tyle że widziany z pro­filu”.

Pablo kop­nął ją w kostkę pod sto­łem, aż płasz­cze pod­sko­czyły. Urzęd­niczka spoj­rzała na Gan­dhiego, spoj­rzała na Felizę, zmarsz­czyła czoło, a potem je roz­luź­niła, jakby coś zro­zu­miała; wtedy prze­wró­ciła stronę, zamknęła teczkę i wstała bez słowa wyja­śnia­nia. Pablo i Feliza widzieli, jak znika za osło­nię­tym para­wa­nem biur­kiem kolegi, Pablo stłu­mił impuls, by wstać i śle­dzić ją wzro­kiem, śle­dzić roz­mytą zie­loną plamę bluzki i czu­wać nad losem cen­nych doku­men­tów. Kobieta wró­ciła po kilku minu­tach z dwiema tecz­kami, w jed­nej znaj­do­wały się ory­gi­nały, w dru­giej dopiero co zro­bione kopie. Feliza z czy­stej cie­ka­wo­ści dotknęła nowych kar­tek i prze­ko­nała się, że są jesz­cze cie­płe. Urzęd­niczka ostem­plo­wała for­mu­larz i powie­działa:

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Leopoldo For­tu­nato Gal­tieri (1926–2003). Czło­nek junty woj­sko­wej rzą­dzą­cej Argen­tyną, pre­zy­dent kraju w latach 1981–1982. Pod­jął decy­zję o ataku na Fal­klandy. [wróć]