Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Ósmego stycznia 1982 roku w paryskiej restauracji zmarła kolumbijska rzeźbiarka Feliza Bursztyn. Miała czterdzieści osiem lat. W chwili nagłej śmierci artystce towarzyszyli mąż i czworo przyjaciół. Jeden z nich, pisarz Gabriel García Márquez, opublikował kilka dni później artykuł, w którym znalazło się pozornie proste, ale głęboko poruszające zdanie: „Zmarła z powodu smutku”.
Te słowa są dla Juana Gabriela Vásqueza początkiem zgłębiania życia tej niezwykłej kobiety.
Feliza Bursztyn w maczystowskim społeczeństwie Kolumbii postawiła własną wolność ponad konwenanse i wygodę. Córka emigrantów żydowskich polskiego pochodzenia była rewolucyjną artystką w czasach politycznych rewolucji, kobietą o wolnym duchu w świecie podejrzliwym wobec wolności kobiet, która prowadziła życie odzwierciedlające wielkie napięcia XX wieku, a przede wszystkim pragnienie bycia sobą. Juan Gabriel Vásquez tworzy niesamowitą i poruszającą opowieść o tym, jak życie prywatne człowieka nieuchronnie zostaje zdeptane przez siły historii i polityki.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 309
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 9 godz. 22 min
Lektor: Sebastian Konrad
Pablowi Leyvie
Chcę przeżyć imiona
Które pożar świata nadał
Ciału, o które walczą śmiertelnicy.
Jorge Gaitán Durán
Zatrzasnęli mnie w Prozie.
Emily Dickinson
I w ten właśnie sposób, na rozmyślaniach o krótkim życiu Felizy Bursztyn, spędzałem całe dnie. Każdego ranka, odkąd zaczęła się zbyt ciepła jesień, wychodziłem wcześnie z wynajętego mieszkania i spacerowałem szerokimi bulwarami do dzielnicy Montparnasse, w której Feliza w młodości nauczyła się rzeźbić w glinie i w której zmarła przedwczesną śmiercią ćwierć wieku później. Ową dwudziestominutową przechadzkę rozpoczynałem przy stacji metra Gobelins, mijałem budynek, w którym mieszkała rzeźbiarka Camille Claudel, i kończyłem ją w swoim miejscu pracy, małym pokoju z przestronnym oknem wychodzącym na akację o długich gałęziach i na rue de la Grande Chaumière. Tam, na tej krótkiej ulicy widocznej z mojego okna, znajdowała się akademia sztuk pięknych, w której studiowała Feliza w latach pięćdziesiątych, i wystarczyło skręcić za róg, żeby po trzech czy czterech minutach dotrzeć do lokalu, w którym zmarła w 1982 roku. Całe życie zawarte w kilku paryskich kwartałach, myślałem, spacerując tymi ulicami z jakimś absurdalnym przekonaniem, że tylko w ten sposób, mając ciągle przed oczami to, na co ona często patrzyła, zdołam zrozumieć, dlaczego zmarła tak młodo – mając zaledwie czterdzieści osiem lat – a w dodatku tak daleko, osiem tysięcy kilometrów, od naszego wspólnego kraju, który zawsze kochała, pomimo że przysporzył jej tylu cierpień.
Szybko uświadomiłem sobie jednak, że zrozumienie Felizy to trudne przedsięwzięcie. Nic, co z nią związane, nie było łatwe. Nawet jej imię i nazwisko nie były łatwe; wszyscy, którzy ją znali, łamali sobie na nim język, całe życie musiała się z niego tłumaczyć, poprawiać pisownię, ubolewać nad niemożliwą już do skorygowania literówką w nagłówku gazety albo wyjaśniać obcym ludziom całą historię swojej rodziny tylko po to, by udowodnić, że mimo odległych korzeni jej drzewa genealogicznego i zbyt wielu spółgłosek w nazwisku jest stuprocentową Kolumbijką. Nie były łatwe żadne fakty z jej życia: ani błędy, ani dobre decyzje nie były łatwe, podobnie jak miłości, szczęśliwe lub nie; nie były łatwe porażki, a tym bardziej niezrozumienie towarzyszące jej sukcesom. Życie Felizy było owiane legendą, ale w dużej mierze ona sama tę legendę zbudowała: swoją ostentacyjną wolnością, którą wielu uznało za obelgę, i swoimi zagadkowymi odpowiedziami udzielanymi dziennikarzom, jakby nic nie bawiło jej bardziej niż sprowadzanie ich na manowce, no i oczywiście tworami wychodzącymi z jej pracowni, które w równym stopniu prowokowały, co dezorientowały, bo nikt nie rozumiał, jak to możliwe, że mimo braku ludzkich kształtów budzą współczucie albo wściekłość, śmiech albo pożądanie, podobnie jak każda porządna mityczna scena wykuta w karraryjskich marmurach.
Czasami, dotarłszy do akademii, zatrzymywałem się na kilka sekund przed jej drzwiami, zamkniętymi dla wszystkich z wyjątkiem jej uczniów albo nauczycieli. Na elewacji, obok dużych przejrzystych okien, rząd marmurowych tabliczek obwieszczał nazwiska dawnych mistrzów, jakby wciąż znajdowali się wśród żywych – Wlérick, Brayer, Jérôme, Artozoul – a pośrodku, złotymi literami na szarym tle, nazwisko profesora Felizy, Ossipa Zadkine’a, z lapidarnym oznaczeniem jego dyscypliny: Rzeźba. Nie wiem, ile razy Feliza szła tym chodnikiem ani ile razy mijała te duże okna, ale w którymś momencie mojej jesieni zacząłem ją sobie wyobrażać, jak wchodzi swoimi długimi krokami przez wąskie drzwi akademii, jak wybucha swoim gromkim śmiechem, niosącym w sobie swoje własne echo, i nie podejrzewa wcale, że ćwierć wieku później umrze kilka przecznic stąd, w rosyjskiej restauracji na oczach pięciu kochających ją osób. I tak pracowałem, w małym pokoju na tej samej ulicy co akademia, czterdzieści jeden lat i osiem miesięcy po śmierci Felizy, poświęcając swoje życie jej życiu, myśląc o niej sześć, dziesięć, czternaście godzin dziennie, próbując zobaczyć ją wyraźnie, patrząc na nią uważnie, czy też patrząc na jej ducha: w skrócie wyobrażając ją sobie tak, jakbym miał wyrzeźbić ją w glinie. Nie robiłem tego, rzecz jasna, bez pomocy. W moim miejscu pracy gromadziły się fotografie i dokumenty opowiadające o Felizie, wszyscy ci emisariusze przeszłości służący mi do rekonstruowania jej biografii; w mojej pamięci żyły rozmowy, godziny rozmów prowadzonych przeze mnie przez długie lata z ludźmi, którzy ją znali, przede wszystkim z człowiekiem, który w chwili jej śmierci był jej mężem: Pablem Leyvą.
Poznaliśmy się w Bogocie, sześć miesięcy przed moim przyjazdem do Paryża, on zgodził się wtedy, żebym odwiedził go w jego domu na wschodnich wzgórzach i porozmawiał z nim o ostatnich wspólnych dniach z Felizą, a właściwie o dniach, które przeżyli razem w Paryżu, nie wiedząc, że będą ostatnimi. Pablo od wielu lat pisał dobrze udokumentowane i zaangażowane artykuły o ochronie przyrody, stanowiącej przez całe życie jego obsesję i zawód, w dodatku pisał je do „El Espectador”, gazety, w której i ja publikowałem przez jakiś czas swoje felietony, dlatego jego twarz – a raczej wersja jego twarzy z rozmazanej kopii zdjęcia z gazetowej strony – nie była mi obca. Teraz, w wieku osiemdziesięciu trzech lat, zachował tę samą brodę, jaką nosił w odległych czasach młodości, choć trochę rzadszą i bardziej siwą. Rozmawiał ze mną uprzejmie z bujanego fotela, stojącego przy stole, na którym błyszczały dwie brązowe figurki; rozpoznałem w nich natychmiast dzieła Felizy Bursztyn. Tam, naprzeciwko owych świadków innych czasów, snuł wspomnienia o kobiecie wciąż na różne sposoby obecnej w jego życiu.
Ale wspomnienia, zwłaszcza te bolesne, nie przychodzą do nas automatycznie, kiedy je przywołujemy, trzeba je kokietować, bo są jak zalęknione stworzenia, niemające odwagi się zbliżyć, czasem nawet trzeba wabić je przynętą, by opuściły swoją kryjówkę. Powinienem był chyba przeprosić go za to, że zmuszam go do wspominania trudnych chwil, nikt bowiem nie powinien tego robić dla zaspokojenia cudzej ciekawości, a prawo do zapomnienia powinno być święte. Czy byłem intruzem, impertynentem, wypytując o Felizę Bursztyn, a nawet więcej: chcąc poznać ją na tyle, na ile to możliwe, albo też poznać ją tak, by opowiedzieć świat, jakbym patrzył jej oczyma? Tak czy siak, zdałem sobie sprawę, że wtedy, podczas tej rozmowy, Pablo przypominał sobie pewne szczegóły po raz pierwszy od wielu lat i czułem – w jego słowach, wydających się płynąć po omacku, w jego oczach, przymkniętych, jakby go piekły – wysiłek, jaki kosztuje go to wspominanie. „Nie, tego dobrze nie pamiętam”, powiedział niejednokrotnie. Albo też: „Muszę się nad tym jeszcze zastanowić”. Ale nigdy nie powiedział mi: „O tym nie chcę rozmawiać”.
Podczas kolejnych miesięcy niechętna pamięć Pabla powoli ujawniała swoje sekrety. Kiedy wprowadzałem się do wynajętego mieszkania w Paryżu, żeby kontynuować poszukiwania, i rozmawiałem z innymi świadkami życia Felizy, i zbierałem nowe informacje, i kolekcjonowałem nowe dokumenty, i kiedy blat z zielonego sukna w pokoju do pracy pokrywał się stopniowo wycinkami ze starych gazet i czarno-białymi zdjęciami, zacząłem z Pablem znajomość epistolarną, której nie powstydziłaby się osiemnastowieczna powieść. Wysyłał mi długie pliki w Wordzie, odpowiadał w nich na moje pytania, a także na pytania, których mu nie zadałem, często też zadawał mi swoje własne, sprowadzające się właściwie do jednego: czego szukam w tych rozmowach? W pewnym momencie napisał: „Czego chcesz się dowiedzieć?”. Mogłem wytoczyć górnolotne argumenty, opowiedzieć o swojej starej obsesji na punkcie nieokiełznanych sił historii i polityki, a właściwie na punkcie tego, w jaki sposób owe siły odciskają piętno na naszych prywatnych życiorysach. Ale nie zrobiłem tego. Opowiedziałem mu za to o swoim pierwszym pobycie w Paryżu, w 1996 roku; o nieznanej chorobie, na jaką zapadłem kilka miesięcy później, i o błędnych diagnozach, i o zatroskaniu lekarzy; i o lekturze, w tych dniach niepewności, książki wydanej właśnie w Kolumbii, która przyjechała ze mną w walizce obok pięciu powieści Faulknera, czterech Vargasa Llosy i dzieł wszystkich Borgesa wydanych w trzech tomach drobniusieńką czcionką. Być może to, co czytamy w trudnych chwilach, przemawia do nas w sposób szczególny, na pewno stało się tak z tą książką, towarzyszącą mi podczas wielu dni spędzonych w poczekalniach do różnych lekarzy albo podczas długich przejazdów metrem; wolałem ją od innych, bo składała się z krótkich utworów i pozwalała na urywaną lekturę osobie, której uwagę zaprzątały inne sprawy. Nosiła tytuł Notas de prensa, miała na okładce skrzydła motyla i zawierała felietony opublikowane przez Gabriela Garcíę Márqueza w latach 1980–1984. Jeden z felietonów, z 20 stycznia 1982 roku, zaczynał się od słów:
Kolumbijska rzeźbiarka Feliza Bursztyn, przebywająca na emigracji we Francji, umarła ze smutku o 22.15 w zeszły piątek 8 stycznia w paryskiej restauracji.
Miałem wówczas dwadzieścia trzy lata i nie wiedziałem, kim była Feliza Bursztyn. Mogłem zadać sobie pytania, które zacząłem zadawać sobie potem: dlaczego przebywała na emigracji, dlaczego we Francji i dlaczego García Márquez tak wiele o niej wiedział. Ale te kwestie w ogóle mnie wówczas nie nurtowały; pytanie, bez którego być może nie postawiłbym kolejnych, zasadnicze pytanie niedające mi spokoju od tego czasu brzmiało inaczej.
„Dlaczego ze smutku?”, odpowiedziałem Pablowi. „Tego chcę się dowiedzieć. Dlaczego Feliza była smutna, i dlaczego tak bardzo, że od tego umarła”.
Pod koniec września Pablo przyjechał na kilka dni do Paryża. Przeżył w tym mieście bardzo ważne lata swojej młodości, niedługo przed tym, jak zaczął się jego związek z Felizą: przybył tu jako dwudziestoczterolatek, z dyplomem inżyniera chemii i hojnym stypendium, jakie oferowało wtedy wiele kolumbijskich instytucji – Bank Republiki, Narodowa Federacja Plantatorów Kawy – które otrzymał za wyniki w nauce. Zamiast pojechać do Stanów Zjednoczonych, jak wszyscy koledzy z jego pokolenia, wybrał to miasto, geograficznie bardziej odległe, bliższe jednak jego temperamentowi. Tutaj ukończył doktorat mający wyznaczyć kierunek jego całego życia; tutaj był świadkiem rewolt ulicznych w maju 1968 roku i nie raz pomagał studentom rannym w starciach z policją, choć nie wziął w nich udziału, bo także tutaj odkrył swoją wrodzoną alergię na przemoc wszelkiej maści. „Wiesz, jak bardzo jestem związany z Paryżem?”, zapytał mnie przez telefon. „To tu pierwszy raz zapuściłem brodę. I popatrz, noszę ją do dziś”. Umówiliśmy się w Café du Métro, lokalu przy Boulevard Saint-Germain, zaproponowałem go z bardzo prostego powodu: zaledwie kilka kroków dzieliło go od rue de Bièvre, przy której mieszkali razem z Felizą. I w tej właśnie kawiarni, owego popołudnia powoli przeradzającego się w wieczór, siedzieliśmy przy stoliku na wąskim okrągłym tarasie naprzeciwko upartej serii filiżanek kawy, z upływem godzin zastąpionych kieliszkami białego wina, i gdy nasi sąsiedzi ustępowali miejsca innym jak podczas zabawy w krzesła, my podążaliśmy za impulsem nieodmiennie skazanym na niedoskonałość: próbowaliśmy zrekonstruować przeszłość, owo niewygodne miejsce, istniejące tylko wtedy, gdy o nim opowiadamy. Niebo nad nami rozchmurzyło się i zmieniło kolor, i zapaliły się latarnie, i światło świata pociemniało na otaczających nas twarzach, i siedzieliśmy tam, dwaj mężczyźni, których dzieliły cztery dekady doświadczeń; ja słuchałem opowieści Pabla, jakby krył się w niej ważny sekret mojego życia, a on wspominał, ze wszystkimi szczegółami, jakie pamiętał, tamten styczniowy piątek, który tyle razy próbował skazać na zapomnienie.
Kiedy wyszliśmy z kawiarni, było już zupełnie ciemno. „Często chodziliśmy tym chodnikiem”, powiedział Pablo. „Można powiedzieć, że to była nasza dzielnica”. Ruszyliśmy w wieczornym strumieniu przechodniów korzystających z łagodnego jeszcze powietrza tamtej zbyt ciepłej jesieni i udaliśmy się, jakby chodziło o coś najoczywistszego na świecie, na róg rue de Bièvre. „Numer 25”, powiedział Pablo. „Prawdę mówiąc, od dawna tu nie zaglądałem”. Pablo wspomniał podczas wcześniejszej rozmowy o najbardziej niezwykłej charakterystyce tego budynku: dokładnie naprzeciwko niego znajdowała się prywatna rezydencja prezydenta François Mitterranda. Nieraz spotykali go na ulicy, sąsiada prawie takiego jak inni, i nieraz widzieli go ze swojego okna na drugim piętrze. Gdy zbliżaliśmy się do numeru 25, uznałem za konieczne się upewnić, że wejście do domu Mitterranda było stamtąd widać, nie dlatego, że wydawało mi się, iż pamięć Pabla może szwankować, lecz dlatego, że nigdy nie potrafiłem uwolnić się od reporterskiego przesądu każącego sprawdzać wszystko, nawet szczegóły pozornie bez znaczenia, jakby brak szacunku do małych prawd świata zmysłów miał skazać całe ludzkie życie – w tym wypadku życie Felizy – na piekło kłamstwa.
Rue de Bièvre była krótką i wąską uliczką, zaczynającą się przy boulevard Saint-Germain i kończącą się nad Sekwaną, z tak ciasnymi chodnikami i tak niewielkim ruchem, że ludzie woleli chodzić po niej środkiem jezdni. „W tamtych dniach była zamknięta ze względów bezpieczeństwa”, powiedział Pablo, kiedy dotarliśmy na miejsce. „U wylotów, z jednej i z drugiej strony, stało dwóch uzbrojonych żandarmów, którzy przepuszczali tylko mieszkańców. Prosili mnie i Felizę o dokumenty w pierwszych dniach, potem nas poznawali i pozwalali nam przejść”. Tutaj, pod numerem 25, w mieszkaniu znajdującym się według francuskiego systemu oznaczania na pierwszym piętrze, obudziła się Feliza owego styczniowego piątku, który miał być ostatnim dniem jej życia. Budynek miał wąską fasadę, po dwa okna na każdym piętrze: każde okno z ramą z białego drewna i rozsuniętymi zasłonami za każdą z ram. I stałem tam, prawie czterdzieści lat później, na ciemnej ulicy, próbując się dowiedzieć, co robiła na początku swojego ostatniego dnia, czy też może zastanawiając się, jak zaczyna swój ostatni dzień ktoś, kto przeżył to, co przeżyła Feliza. Pablo, nieświadomy moich myśli, wskazywał dwa okna należące do zajmowanego przez nich mieszkania.
„Nie domykały się”, powiedział. „Zimno wdzierało się do środka przez szpary. I pamiętam to, bo wszyscy powtarzali w kółko, że to najchłodniejsza zima od wielu lat. A tamten dzień był najzimniejszym jak dotąd dniem tamtej zimy. Tak, to też pamiętam: w wiadomościach podano, że w nocy spadnie śnieg”.
Mimo wszystko lubili to mieszkanie. Nie było łatwo coś wynająć. Feliza przyjechała do Paryża sama, dwa miesiące przed Pablem, i chociaż znała tu niejednego Kolumbijczyka, żaden z nich nie udzielił jej tak potrzebnej pomocy. Zrobiła to natomiast Paya Contreras: Chilijka legendarna wśród Latynosów na wygnaniu, bo była sekretarką i kochanką Salvadora Allende w chwili ataku na pałac La Moneda. Podczas gdy jej rodacy obsypywali Felizę obietnicami bez pokrycia i fałszywymi wyrazami solidarności albo po prostu unikali jej w obawie, że zostaną z nią skojarzeni. Paya zachowała się jak prawdziwa przyjaciółka, choć nie łączyła ją z Felizą znajomość tak bliska jak innych. Jasne, Paya przetrwała kataklizm zamachu stanu; na swoim wygnaniu przyjęła niezliczonych Chilijczyków uciekających przed Pinochetem i potrafiła zrozumieć kogoś, kto stracił ojczyznę, bo został z niej wyrzucony, czy też opuścił ją sam, żeby uniknąć czegoś znacznie gorszego. Dlatego Feliza zamieszkała u niej kątem i zaczęła szukać dla siebie lokum. Codziennie chodziła do budki telefonicznej na rogu, żeby nie narażać gospodyni na koszty, i dzwoniła pod numery z ogłoszeń, dopóki nie skończyły jej się monety. A potem szła na spacer bez określonego celu, starając się zapomnieć o frustracji na tak dobrze znanych ulicach, i czekała na przyjazd Pabla.
On tymczasem miał więcej szczęścia. Pod koniec października wciąż tkwił jeszcze w Bogocie, załatwiając wszystkie sprawy, żeby móc do niej dołączyć – pracował dłużej, niż pozwalało na to zdrowie, i oszczędzał skrupulatnie, żeby kupić czeki podróżne, decydował, co zrobić z domem, w którym mieszkali przez ostatnie dwanaście lat, przyjmował nowe zlecenia, żeby uzbierać trochę dolarów – i codziennie budził się z troską, że Feliza nie zdołała jeszcze znaleźć dla nich miejsca. Poszperał więc w kontaktach, obdzwonił wszystkich znajomych mających bliższy lub dalszy związek z Francją i natrafił na Clarisę Ruiz, młodą bogotankę, która uczyła się kiedyś u Felizy rysunku. To Clarisa powiedziała mu o tym mieszkaniu, własności argentyńskiego artysty, o tym, że jej brat Pedro właśnie je zwolnił i wrócił do Kolumbii; nastąpiły kolejne telefony, rekomendacje i Argentyńczyk zgodził się je wynająć. Nigdy go nie spotkali. Wiedzieli tylko, że jest autorem tego okropnego muralu pokrywającego całą ścianę mieszkania, od drzwi wejściowych do okna na ulicę, przechodzącego ponad kominkiem i nachalnie przyciągającego wzrok. Przedstawiał fale, nieudolną imitację fal, namalowane w odcieniach błękitu i szarości; Feliza znienawidziła go od pierwszej chwili.
„Ciągle powtarzała, że go zamaluje”, opowiadał Pablo. „A przynajmniej zasłoni te bałwany prześcieradłami. Że jeśli mamy zostać tu dłużej, nie da rady inaczej”.
Mieszkanie było dziwnym miejscem, znajdującym się jakby w równoległej rzeczywistości. Opustoszała ulica, nieustanna cisza, dom prezydenta Francji. Gdyby sześć miesięcy wcześniej, przed wydarzeniami, które odmieniły jej życie, ktoś powiedział Felizie, że tu wylądują, uznałaby taką możliwość za absurdalną, co więcej, niepożądaną. W Kolumbii bliskość osób mających władzę przyniosła im rozczarowania: lepiej trzymać się od nich z daleka, lepiej nie dać się wciągnąć w ich pole grawitacyjne. Na co się zdało Felizie – im obojgu – obracanie się we wpływowych kręgach? Feliza miała wśród znajomych kilku kandydatów na prezydenta i najważniejszych dziennikarzy w kraju, a i tak skończyli tutaj, w tym mieszkaniu przy rue de Bièvre, z okropnym muralem i niedomykającymi się oknami, żyjąc nowym życiem, którego nie wybrali, i odbywając karę za przestępstwo, którego nikt im nie wytłumaczył. I spoglądając przez okno na dom po drugiej stronie ulicy, z dachówkami i z drewnianymi drzwiami zwieńczonymi łukiem, zamieszkiwany przez prezydenta, którego Pablo i Feliza wyobrażali sobie czasem wyglądającego na rue de Bièvre z anonimowego mroku swojego salonu, rozwiązującego samotnie własne problemy i niemającego raczej pojęcia, kim są sąsiedzi z naprzeciwka ani za sprawą jakich zbiegów okoliczności wylądowali w końcu na tej samej ulicy, ani nawet o tym, że jego rząd przekazał im jedyną dobrą wiadomość od dawna.
A tak właśnie było. Ministerstwo Kultury zaoferowało Felizie stypendium artystyczne, pracownię, by mogła tworzyć swoje rzeźby, które były duże i potrzebowały przestrzeni, oraz możliwość zorganizowania wystawy. Ów cud dokonał się dzięki wstawiennictwu Régisa Debraya, najsłynniejszego filozofa francuskiej lewicy (przyjaciela Che i Fidela Castro), który doradzał Mitterrandowi we wszystkim, co związane z Ameryką Łacińską, a jeśli Debray się za nią wstawił, najpewniej stało się tak dzięki Gabrielowi Garcíi Márquezowi, będącemu dla Felizy kimś na kształt anioła stróża. Anioł Gabriel. Gabo, archanioł. Nie tak bardzo starszy pan z wielkimi skrzydłami. W tamtych dniach na rue de Bièvre, kiedy żartowali, że przedstawią się Mitterrandowi następnym razem, gdy go spotkają, Pablo i Feliza zastanawiali się, co zrobiliby bez pomocy Gaba. Gabo, tak go nazywali, podobnie jak wszyscy w Kolumbii, nawet ci, którzy go nie znali. Na Mercedes natomiast w przeciwieństwie do wielu osób Pablo i Feliza nie mówili Gaba, tylko Merche. Mercedes dzwoniła dwa tygodnie wcześniej, żeby oznajmić, że niedługo przyjadą do Paryża i że mają wielką ochotę ich zobaczyć, zobaczyć ich oboje, ale szczególnie Felizę, i dlatego chcieli zaprosić ich na kolację.
„Opowiesz nam, jak się masz, co u ciebie słychać, bo dawno się nie widzieliśmy”, powiedziała Mercedes. „Gabo oszaleje, jeśli z tobą nie pogada, a przy okazji nie da żyć i mnie”.
Tamtego piątku myśl o tym, że zakończą dzień kolacją z nimi, przepełniała Felizę entuzjazmem. Pablo pamiętał, że obudziła się bardzo wcześnie, wcześniej niż zwykle, i chociaż zdarzało jej się to często w tych trudnych miesiącach, tym razem wydawało się, że nie była to wina zmartwień. Mogło chodzić po prostu o zimno, o zdradliwe zimno zimowych świtów, które wniknęło w ich ciała w ostatnich dniach i nie potrafili się z niego otrząsnąć. Ale w takim razie czemu nie została w ciepłych pieleszach, tylko wolała zaczekać na poranek w niewielkim mrocznym salonie, wyglądając przez okno pierwszego piętra, jakby czekała na coś ważnego, objawienie, wypadek? Tam zastał ją owego ranka. Obudził się w łóżku, zauważył, że jest sam, i zaniepokoił się, jak często mu się zdarzało. I gdy wyszedł z niego, by sprawdzić, co się stało, zastał ją właśnie tak, stojącą przy oknie, tak blisko drewnianej ramy, że kiedy podszedł przytulić Felizę, poczuł podmuch lodowatego wiatru, który przyprawił go o gęsią skórkę. Pablo poszukał wzrokiem ciemnego nieba, styczniowego nieba, na którym dzień się jeszcze nie zaczął, i zobaczył tylko grubą narzutę z brudnej wełny, odbijającą żółte światła śpiącego miasta. Tak, to była prawda, tej nocy spadnie śnieg.
„Co robisz?”, odezwał się do Felizy. „Czemu już nie śpisz o tej porze?”
„Tak sobie rozmyślam”, odpowiedziała. „Jak ci się spało?” A potem: „Taśmy znów się odkleiły”.
Pablo zapalił światła w salonie. „Zobaczymy, co tu się stało”, powiedział. Podszedł do okien i zaczął sprawdzać taśmy maskujące, które nakleił tam kilka dni wcześniej, żeby zasłonić szczeliny przepuszczające zimno. Był to typowy problem starych okien: malowano je tyle razy, żeby ukryć niedoskonałości zniszczonego drewna, że w końcu przestawały idealnie przylegać i wiatr je rozszczelniał, a zimowe widma potrafiły przecisnąć się przez najmniejszą dziurę. Pablo znalazł rolkę taśmy w kuchennej szufladzie i naprawił je raz jeszcze, chociaż wiedział – oboje wiedzieli – że Feliza była lepsza we wszystkim, co wymagało zdolności manualnych.
„Nie ma możliwości, żeby w tym pomieszczeniu zrobiło się ciepło”, powiedziała. „Tylko w sypialni da się wytrzymać”.
„I jeszcze ten kominek”, dodał Pablo.
„Tak”, powiedziała Feliza. „Siedzi cichutko, jakby to nie była jego sprawa”.
Kominek został zapieczętowany jak przeklęty pokój należący do umarłego. Wyjaśniono im, że to z powodu nowych przepisów dotyczących całego miasta, chociaż oboje pamiętali, że dawniej w Paryżu można było swobodnie ogrzewać domy drewnem. Teraz wszystko się zmieniło: zabroniono palić w kominkach i nikogo zdawało się nie obchodzić, że ludzie mieszkający w starych budynkach, w których okna się nie domykały, będą umierać z zimna.
Ale Feliza myślała o czym innym.
„Dziś wieczorem zjemy z nimi kolację”, powiedziała. „Chcę dać im jakiś prezent. Żeby podziękować. Żeby wiedzieli, że jestem im bardzo wdzięczna”.
„Wiedzą o tym”, zauważył Pablo.
„Chcę im zanieść coś specjalnego”, powiedziała Feliza. „Ale nie mam pomysłu”.
Pablo dmuchnął na krawędź swojej filiżanki i duch z pary stał się widoczny w powietrzu niczym oddech na dworze. „Przywiozłem drobiazgi”, powiedział. Miał na myśli serię figurek z brązu, wielkości otwartej dłoni, o mniej więcej ludzkich sylwetkach, stworzonych przez Felizę przed laty. Zawsze je lubiła. Ich kształty były krągłe i lśniące, miały w sobie coś prymitywnego i jednocześnie wzruszającego: sprawiały wrażenie bezbronnych istot i człowiek miał ochotę zaopiekować się nimi. Poprosiła Pabla, żeby je przywiózł, sądziła, że pomogą jej zachować związek z krajem, jak okruszyny chleba w baśniach wskazujące drogę powrotną dzieciom zagubionym w lesie.
„Tak, to niezły pomysł”, powiedziała.
„Byłyby w dobrych rękach”, powiedział Pablo. „Są dla nich idealne”.
Feliza uśmiechnęła się z wysiłkiem. „Dobrze, idę wziąć prysznic. Może ciepła woda mnie trochę rozbudzi”. Skinęła głową w kierunku okna. „I możesz już zgasić światło. Cholera, nareszcie. Myślałam, że już nigdy nie zrobi się jasno”.
Według moich ustaleń 8 stycznia 1982 roku słońce wstało siedemnaście minut przed dziewiątą. Kiedy wspomniałem o tym Pablowi, powiedział: „Tak, tak, pamiętam. Bardzo późno zrobiło się jasno. Feliza powiedziała: nareszcie, cholera. A ja, pamiętam, pomyślałem co innego. Siedziałem w salonie, szykując sobie kawę, podczas gdy Feliza brała prysznic, i mogłem myśleć tylko o tym, że nareszcie jest piątek, że nareszcie tydzień się kończy. Bo oboje byliśmy wykończeni”. Ale nie chodziło tylko o skumulowane zmęczenie ani napięcie i lęk związane z nowym życiem. Pablowi myśl, że kończył się pierwszy tydzień roku, sprawiała absurdalną radość, bo w ten sposób znajdowali się trochę dalej od roku ubiegłego. Tego annus horribilis, powiedział Felizie w którymś momencie, a ona odpowiedziała:
„Nie ozdabiaj mi tego łaciną. Po prostu gównianego roku”.
Cieszyli się, że mają go za sobą. Pokładali wielkie nadzieje w nowej kartce z kalendarza, tym akceptowalnym przesądzie: planeta skończyła pełne okrążenie wokół swojej gwiazdy, a z początkiem nowego okrążenia odmienia się los zamieszkujących ją istot. Kosmiczne przyzwolenie na nowe otwarcie, wszechświat uwalniający nas od przytłaczających trosk… Pablo nigdy nie zdołał się wyzbyć upartego racjonalizmu i miał problem z interpretowaniem świata w kategoriach magicznych, ale Feliza przypomniała mu cabañuelas, tradycję upatrującą w pierwszych dwunastu dniach roku wróżby na odpowiadający im miesiąc. Pierwszy stycznia okazał się dla nich spokojny: spędzili go w łóżku, odpoczywając po zabawie sylwestrowej i pieszym powrocie do domu ulicami przygnębiającego Paryża. „Taki będzie cały miesiąc”, oświadczyła Feliza. „My we dwoje i nikt nie będzie nam przeszkadzał. Ty ze mną, ja z tobą, a świat niech się od nas odpieprzy”. Wydawała się zadowolona, a nawet spokojna, ale Pablo miał odmienne wrażenie: że w tych miesiącach, wielu miesiącach rozłąki, coś nieokreślonego stało się z Felizą.
Pomyślał tak na lotnisku, tego dnia, gdy wylądował w Paryżu; dotarłszy wreszcie do bramek z napisem „Przyloty”, zobaczył Felizę torującą sobie niczym rozbitek drogę wśród oczekujących, żeby go przytulić. Najpierw zrozumiał, jak bardzo brakowało mu dotyku jej ust, a potem zauważył, że schudła i jest blada, chociaż upływ czasu potrafi zakłamywać podobne odczucia; na pewno prawdziwy był jednak delikatny cień melancholii, który zdawał się nieustannie towarzyszyć Felizie. Przestała się śmiać tak jak kiedyś, dźwięcznym śmiechem, który potrafił przestraszyć obcego psa i budził pijanych na imprezach; zastąpił go wykrzywiony uśmiech, tylko czasami odsłaniający zęby, i ktoś, kto jej nie znał, mógłby mylnie uznać jej wyraz twarzy za oschły bądź ironiczny. Pablo wiedział jednak, że jest inaczej: była po prostu rozczarowana. Tyle osób, uważanych przez nią za przyjaciół, odwróciło się od niej, unikało jej, wykręcało się wymówkami, milczało, kiedy potrzebowała ich pomocy… Oczywiście sama ponosiła za to część winy, bo Feliza, która przez całe życie pomagała innym, nie czekając, aż o to poproszą, myślała być może, że inni zrobią to samo. Ale nikt nie wyciągnął do niej ręki, a Pablo, po przybyciu do mieszkania na rue de Bièvre, zdał sobie sprawę, że cierpiała większy niedostatek, niż to sobie wyobrażał. W lodówce drzemały niedojedzone resztki jajka i dwa kawałki pieczywa, które wkrótce mogły nadawać się tylko do wyrzucenia, a na stole w jadalni suszyły się obrazki namalowane przez Felizę w ostatnich dniach. Pablo ucieszył się, że była w stanie się na nich skupić, ale wtedy zauważył, że namalowała je kawą rozcieńczoną ciepłą wodą, żeby nie kupować akwareli.
„Nie wiem już, kto jest moim przyjacielem”, mówiła. „Nie wiem, kto jest nim naprawdę, a kto nie. Niektórych spotkałam przypadkiem, inni witają się ze mną jak gdyby nigdy nic i mówią, że musimy się kiedyś spotkać, coś zorganizować. A potem nie odzywają się więcej. Jakbym była trędowata, przysięgam, jakby się mnie bali. Ci, którzy mają niewiele, zwykle się starają, ale ci, którzy mogliby pomóc… Znam ludzi, którzy mieszkają tu w hôtels particuliers, mogliby przyjąć mnie i nie widywać całymi dniami. I co? Nic. Jakby przez kontakt ze mną mieli się zarazić, jakbym przywiozła Kolumbię do ich paryskich domów. A w dodatku dzieją się dziwne rzeczy, nieprzyjemne. Jak historia z Hatemami”. Carmela i José byli Kolumbijczykami, którzy od samego początku zaoferowali pomoc; zaprosili Felizę do swojego mieszkania w sąsiedztwie wieży Eiffla, żeby pogadać o tym, co można zrobić, ale pojawił się problem i Feliza nie zdołała dotrzeć na czas. „I nie dali mi drugiej szansy”, opowiadała. „Jakby chcieli mnie ukarać. Żałosna historia”. Pablo wiedział, kim są, a przede wszystkim wiedział, dlaczego znaleźli się w Paryżu: dostawali pogróżki od jakiejś partyzantki, a nawet przeżyli próbę porwania, tak przynajmniej głosiły plotki. „I nie rozmawiałaś z nimi więcej?”, zapytał. „Dzwonię do nich, a oni ciągle wynajdują jakieś wymówki”, odparła Feliza. „A to są zajęci, a to gdzieś wyjeżdżają. Ach, nie, Pablo, niech się wypchają. Niech się wypchają trocinami. Nie mogłam dotrzeć na spotkanie, przeprosiłam, nie wiem, co mam jeszcze zrobić. Mam inne rzeczy na głowie”. Zawiesiła głos, a potem dodała: „Tak czy siak, tu w Paryżu jest tyle ludzi. Na pewno za jakiś czas wszystko się uspokoi”. I kolejna chwila ciszy. A w końcu: „I ty tutaj ze mną. Nie wiem, czy powinieneś był tu przyjeżdżać”.
Feliza wspominała o tym nie raz: martwiła się o karierę Pabla, o to, że zawiesił własne projekty, żeby dołączyć do niej, bez daty powrotu, na tej wymuszonej i niespodziewanej emigracji. Od wielu lat cieszył się błogosławioną stabilnością jako doradca Ministerstwa Rolnictwa w kwestiach związanych z ochroną środowiska, o której uczył się przez całe życie. „O mnie się nie martw”, odpowiedział jej. „Znajdę pracę w Paryżu. Studiowałem tutaj, tutaj zrobiłem dyplom. Poza tym mam swoją książkę. Na pewno nie będę się nudził”. Historia rolnictwa i ochrony środowiska w Kolumbii: taką właśnie książkę chciał pisać Pablo w Paryżu, odnawiając znajomości z czasów studenckich i szukając pracy, by móc wymyślić się od nowa; jednocześnie Feliza mogła wrócić do swojego przerwanego projektu, serii kolorowych rzeźb, które były już w bardzo zaawansowanym stadium, kiedy musiała opuścić swój dom, swoją pracownię, porzucić życie w Kolumbii. Wygnanie, to słowo nigdy nie podobało się Felizie, ale zdążyła już pogodzić się z tym, że pasuje do niej najbardziej: emigracja nie wystarczała, uchodźctwo wydawało się niezręczne, azyl miał w sobie jakąś słabość, pachniał kruchością, sugerował niepełnosprawność. A kiedy powiedziała o tym Pablowi, on spoważniał. „Musisz zrozumieć jedno”, rzekł. „Tu wygnańcami jesteśmy oboje. Znaleźliśmy się tu razem, razem tu zostaniemy. Ty będziesz robić swoje, a ja swoje. A potem wszystko się ułoży”. Wszystko, czyli życie, ich wspólne życie. Życie jakoś się ułoży.
„Ale z czego będziemy żyć?”, zapytała Feliza.
„Udało mi się zdobyć trochę pieniędzy”, odparł. „Sprzedałem samochód, dużo pracowałem”. Mówił prawdę: pewna kanadyjska instytucja zamierzała sfinansować ambitne badania; przywiózł do Paryża mapy i archiwa, żeby pracować dalej nad projektem. „Mówiąc dokładniej: wystarczy nam na rok. I będziemy spokojniejsi, kiedy zapadnie decyzja w sprawie twojego stypendium”.
„O ile w ogóle zapadnie”, powiedziała Feliza.
„Zapadnie”, rzekł Pablo. „Nie mam cienia wątpliwości”.
Ta rozmowa odbyła się parę dni przed Nowym Rokiem. Wcześniej poszli swoją ulicą w kierunku rzeki, przecięli quai de la Tournelle, żeby przespacerować się nadbrzeżem i pooglądać po drodze używane książki, ale zanim zajrzeli do pierwszego straganu, wołającego ich białymi wydaniami kieszonkowymi jak wielka, zielona, zębata szczęka, Feliza wyciągnęła rękę i powiedziała: „Chcę tam kiedyś pójść, i to razem z tobą”. Wskazywała szpic wysepki, na którym wznosił się pomnik Ofiar Deportacji. Pablo zaproponował, żeby obejrzeli go zaraz, skoro są tak blisko, ale ona powiedziała: „Nie, teraz nie, kiedy indziej. Ale pójdziesz ze mną”. Pokiwał tylko głową: Feliza miała swoje powody. Nigdy nie zapominał o tym, że ona, mimo swoich bogotańskich manier, pochodziła z rodziny polskich Żydów, po której przejechał brutalny walec XX wieku. Powiedział więc, że dobrze, że kiedy indziej, kiedy tylko zechce; potem kontynuowali spacer, zmienili chodnik na skwerku, na którym drzewa zgubiły już liście, minęli witrynę Shakespeare and Company, nie mając odwagi wejść do środka, a potem skręcili w boulevard Saint-Michel, żeby oddalić się od rzeki w poszukiwaniu miejsca, gdzie nie wiałoby tak mocno.
Nagle tłum na chodniku zgęstniał i posuwanie się naprzód wśród tylu ciał było jak przeprawa przez wezbraną rzekę. Zaczęli rozmawiać o stypendium: mieli już datę, żeby dostarczyć papiery, trzeba było skompletować teczkę, podrasować trochę projekt i zanieść wszystko do urzędu. Feliza spytała Pabla, czy przywiózł z Kolumbii zdjęcia jej dzieł. „Wszystko”, odparł Pablo. „Nie tylko zdjęcia. Przywiozłem tyle wycinków prasowych, że można zrobić z nich cały album”. Kiedy zbliżali się do boulevard Saint-Germain, Pablo poczuł, że Feliza uczepiła się jego ręki, nie tylko splatając ramiona, ale też zaciskając dłoń na jego rękawie. Potem miał się ucieszyć, że to zrobiła: w chwili gdy zdążyli przejść już na drugą stronę ulicy i znaleźć się na rogu muzeum Cluny, Feliza nagle się potknęła i runęłaby pewnie na chodnik jak długa, gdyby nie przytrzymało jej ramię Pabla. Szarpnięcie było tak mocne, że Pablo poczuł w swoim płaszczu jakby trzask rozrywanych szwów, a jakaś siwowłosa kobieta zatrzymała się, żeby zapytać, czy wszystko w porządku.
„Cholera, mało brakowało, a bym się zabiła”, powiedziała Feliza. „W tych obcasach nie da się chodzić”.
Tamtej nocy, przytulając Felizę pod kołdrami, Pablo powiedział niespodziewanie: „Ale problemem nie są obcasy”. Miał rację: Feliza przeszła całe kilometry w tych butach, na obcasach rzeczywiście wysokich, ale grubych i stabilnych, i nigdy nie miała z tym żadnych trudności. Leżąca obok niego, z głową opartą na jego ramieniu, wydawała się spać, nie słyszeć tej uwagi. Pablo patrzył na gipsowe arabeski na wysokim suficie, prawie niewidoczne w ciemności, kiedy usłyszał jej głos. Nie ruszając się, nie zmieniając pozycji, żeby spojrzeć mu w oczy, przemówiła cicho, niemal szeptem, i opowiedziała, że ostatnio zdarzyło jej się to jeszcze dwa razy: dwa razy się potknęła; nie mając na kim się oprzeć, dwa razy upadła, a jeden z tych upadków skończył się raną na kolanie. „Raczej groźnie wyglądającą niż poważną”, powiedziała. Zwierzyła się z tego Payi i obie zgodnie złożyły wszystko na karb skrajnego zmęczenia, które Feliza przywiozła ze sobą z Meksyku, a przed Meksykiem – z Kolumbii. „To nic takiego”, powiedziała Feliza. „Ale lepiej, żebyś o tym wiedział. Chociaż bez sensu, że ci o tym mówię. Będziesz się niepotrzebnie martwił, a to nic takiego. Jestem zmęczona, to był prawdziwy koszmar. Ale nic poza tym”. I zaczęła się bronić, mimo że nikt jej nie zaatakował: „Teraz okaże się, że nie mam prawa nawet skręcić kostki”.
Pabla ogarnęło nagłe przeczucie.
„To dlatego nie zdążyłaś na spotkanie?”, zapytał.
„Co?”
„Na spotkanie z Hatemami. Dlatego nie zdążyłaś?”
„A”, zaczęła Feliza. Zrobiła pauzę. „W tym momencie, jak to mówisz, owszem. Ale jakie to ma teraz znaczenie”.
W tamtej chwili Pablo pomyślał po raz pierwszy, że Feliza nie mówi mu całej prawdy. Nie, nie chodzi o kostki, które mają prawo złamać się albo zwichnąć, ani o obcasy, które mogą się oderwać albo uwięznąć pomiędzy kocimi łbami: przyczyna raczej jest inna. Nie powiedział nic, ale oboje wiedzieli, że tyle lat pracy ze złomem – pozostałościami po wypadkach drogowych, odpadami z budów – w końcu zaszkodziło jej płucom: długie lata wdychania oparów spawalniczych, zbliżania do palnika twarzy chronionej jedynie maseczką kosmity z prostokątnym okienkiem. Zapewniająca osłonę oczu przed zbyt jasnym płomieniem ogromna maseczka nie zakrywała nosa ani ust, bo przed dwudziestu laty Feliza lekceważyła niebezpieczeństwo wyziewów. Kiedy zaczęła nosić maskę gazową? Kupili ją podczas pierwszej podróży do Stanów Zjednoczonych, niedługo po tym, jak zamieszkali razem. Maska przydawała Felizie budzącego strach wyglądu, przypominała trochę żołnierza z pierwszej wojny światowej wysłanego do Flandrii, a trochę najemnika z filmu science fiction. Czasem jej nie używała, zdejmowała z pogardą, mówiła, że nie pozwala jej dostrzec szczegółów rzeźb, i Pablo musiał zmuszać ją, by włożyła maskę z powrotem. Potem pogodziła się ze stosowaniem środków ostrożności, ale kiedy odczuwała nawracającą duszność, winiła za nią niezliczone papierosy wypalone przez lata nałogu, a świeżo po powrocie z podróży położenie Bogoty na wysokości dwóch tysięcy sześciuset metrów. W Paryżu, prawie na poziomie morza, było wprawdzie więcej tlenu, jednak z nadejściem zimy lodowate powietrze drażniło błony śluzowe, kurczyło oskrzela, sprawiało, że z powodów czysto fizjologicznych łzawiły oczy; nawet pory skóry rozumiały, że lepiej go unikać.
Pablo jednak nie uważał tego wszystkiego za dostateczny powód, by zrezygnować z zabawy sylwestrowej. Feliza zresztą też za nic w świecie nie chciałaby jej opuścić. Chociaż zaprosił ich malarz Luis Caballero, przyjęcie odbywało się w domu innego artysty: Saturnina Ramíreza. Feliza włożyła buty do kolan i sukienkę w kolorze intensywnej zieleni, sprawiającym, że na jej twarzy rozbłysły nowe tony. Była przeszczęśliwa. Kiedy otworzyli drzwi, miejsce już buzowało od hałasu i impreza wylewała się przez okna na wewnętrzne podwórko, a Pablo i Feliza weszli do tego świata ludzkich wyziewów i muzyki na cały regulator, przekonani, że świętowanie naturalnej śmierci roku 1981 w otoczeniu przyjaciół to najlepsze, co mogą zrobić, i że w ten sposób ostatecznie domkną poprzedni rozdział swojego życia. Feliza zawsze czuła się swobodnie w towarzystwie przyjaciół artystów i znów znalazła się, jak tyle razy w Bogocie, pośród ich obrazów, torsów, które Luis rysował węglem tak, jakby pobierał nauki w pracowni Michała Anioła, i stołów bilardowych Saturnina, z graczami w ciemnych okularach i marynarkach z sukna prawdziwszego niż prawdziwe sukno. To wystarczyło, żeby przyjąć zaproszenie: że Feliza mogła znów zobaczyć swoje plemię, że znów stała się częścią kręgu, który wcześniej się rozpadł. Tam, kilka przecznic od placu Léona Bluma, otoczeni przez siedemdziesięcioro nieznajomych i garstkę solidarnych Kolumbijczyków, Pablo i Feliza przestali czuć się samotni i zdali sobie sprawę, że nie zdarzyło się to od dawna.
Przebierali się, używając do tego kolekcji kapeluszy znalezionej przez kogoś w szafie, wymieniali się nimi, w miarę upływu nocy, przekładając z głowy na głowę meloniki, jakby wzięte prosto z jakiegoś obrazu Magritte’a, fedory, które przypadły do gustu Pablowi, a nawet bardzo znoszoną tyrolską czapeczkę. Pili tanie wino i jedli podłe empanadas, i puścili salsę z płyty, z pewnością porysowanej, bo zawsze wracała do początku, kiedy Rubén Blades śpiewał La palabra Adiós. Jedli kolejne podłe empanadas i pili więcej taniego wina, i rozmawiali, jak to zwykle bywa na spotkaniach Latynosów, o problemach Ameryki Łacińskiej: o dyktaturach w Urugwaju i Boliwii, o zabitych w Salwadorze, zabitych w Chile, zabitych w Argentynie; rozmawiali o juncie wojskowej i Leopoldzie Galtierim1, nikt jednak nie popełnił nietaktu i nie zapytał Felizy, jak było z nią, co dokładnie ją spotkało ani kto i kiedy, i gdzie.
Około północy Feliza poczuła się zmęczona i chciała wychodzić. „Moglibyśmy jeszcze złapać ostatnie metro”, powiedziała Pablowi. Ale Luis Caballero nie chciał ich wypuścić – zostańcie jeszcze trochę, od tak dawna się nie widzieliśmy, jesteśmy przecież w Paryżu – i Felizę przekonała życzliwość innych, poczucie solidarności, wrażenie, że nie jest sama na świecie. „Ale tylko chwilę”, powiedziała. Dwie godziny później, z gardłami wysuszonymi od dymu i alkoholu, Pablo i Feliza postanowili wrócić na rue de Bièvre Pozostali goście ewidentnie zamierzali zostać przynajmniej do szóstej, kiedy ruszała komunikacja miejska, Feliza jednak czuła, że nie wytrzyma tak długo.
Wyszli w noc, która wydawała się ciemniejsza niż zazwyczaj. Zimno chlasnęło ich w twarz, ruszyli w kierunku placu Bastylii z mocnym postanowieniem, że ten jeden raz pozwolą sobie na luksus powrotu do domu taksówką, bo metro już nie kursowało. Ale na ulicach nie było nikogo: ani taksówki, ani autobusu, ani samotnego i uczynnego kierowcy, do którego mogliby wystawić kciuk w błagalnym geście. Paryżanie poszli już spać, restauracje pozamykano, nawet bezdomny żebrak nie popełniłby głupstwa i nie został na ulicy, skoro mógł się schronić na którejś ze stacji metra. Plac Léona Bluma jakby się rozrósł, a rue de la Roquette wydawała się nie mieć końca, ale to i tak było nic w porównaniu z tym, jak długo zajęło im okrążenie placu Bastylii: przykleili się do siebie, żeby jakoś wytrzymać lodowatą wilgoć wdzierającą się pod ubrania na otwartej przestrzeni, i ruszyli sfrustrowani widokiem ich upragnionej ulicy w oddali, bo żeby do niej dotrzeć, musieli zatoczyć olbrzymie koło wyludnionymi chodnikami. Gdy przechodzili mostem de Sully, pod latarniami fabrykującymi balony mgły na tle nocy, Feliza zakasłała raz i drugi, a potem, kiedy dotarli na rue de Bièvre po dwóch godzinach nocnego marszu i otworzyli drzwi do budynku jak ktoś, kto wraca z syberyjskich stepów, Feliza uwiesiła się na ramieniu Pabla tak mocno, że z trudem udało mu się ją podtrzymać, on zaś pomyślał, że jeśli któreś z nich później zachoruje, będą mogli z naukową precyzją określić, kiedy to się stało, w którym dokładnie miejscu zimno wniknęło w ich ciała.
Feliza nie rozumiała, dlaczego koniecznie muszą jechać na Montmartre, skoro mieli tam tak daleko, ale nawet przez myśl im nie przeszło protestować. Rano 5 stycznia, w pierwszy wtorek nowego roku, wysiedli z metra i bez problemu odnaleźli urząd, miejsce bezduszne i zimne, na tyłach okazałego budynku będącego siedzibą burmistrza dzielnicy. Feliza uniosła wzrok, wskazując niebieską łatę w wełnistym niebie: „Jak raz jest ładna pogoda”, powiedziała, „to musimy spędzać czas w urzędzie. Założę się, że nie mają tam nawet okien”. Trafiła w punkt: znaleźli się w piwnicy oświetlonej jedynie jarzeniówkami malującymi pod oczyma wielkie cienie w kolorze oliwkowym, zarówno im, jak i smutnym urzędnikom czekającym za biurkami, na stanowiskach oddzielonych płytami z aluminium. Po upływie dziesięciu minut usłyszeli imię i nazwisko Felizy, Pablo nie zrozumiał go w pierwszej chwili, bo francuska wersja kończyła się inną samogłoską: „Burstán”, powiedział głos, albo „Birstán”, a może coś pomiędzy. Usiedli przed urzędniczką z płaszczami na kolanach, jak dwoje niesfornych uczniów gotowych na reprymendę; była to kobieta zbyt mocno umalowana, o zbyt wytapirowanych włosach i w zbyt zielonej bluzce, pisząca coś na żółtej kartce. Z początku urzędniczka nie patrzyła na nich, nie zwracała uwagi na ich obecność, a potem podniosła głowę, powiedziała „dzień dobry” i wyciągnęła ku nim otwartą dłoń. (Pablo już miał podać jej rękę, sądząc, że chce się z nimi przywitać, ale szybko zrozumiał, że chce tylko wziąć papiery). Przejrzała zawartość teczki, wycinki w niezrozumiałym języku; gdy zatrzymała się na jednej z prac Felizy, zadała pytanie według nich bezsensowne: „A co to jest?”.
Patrzyła na zdjęcia Hołdu dla Gandhiego, rzeźby ważącej pięć ton, wysokiej jak dom, wykonanej na oficjalne zlecenie z trzech żelaznych elementów stanowiących kiedyś nadwozie buldożera. Długa, abstrakcyjna figura wznosiła się ku niebu – z ciemnozieloną górą w tle – na publicznym trawniku przy Carrera Séptima, w północnej części Bogoty, niedaleko od wojskowych stajni.
„Że co to jest?”, zapytała Feliza. „To Gandhi, proszę pani. Tyle że widziany z profilu”.
Pablo kopnął ją w kostkę pod stołem, aż płaszcze podskoczyły. Urzędniczka spojrzała na Gandhiego, spojrzała na Felizę, zmarszczyła czoło, a potem je rozluźniła, jakby coś zrozumiała; wtedy przewróciła stronę, zamknęła teczkę i wstała bez słowa wyjaśniania. Pablo i Feliza widzieli, jak znika za osłoniętym parawanem biurkiem kolegi, Pablo stłumił impuls, by wstać i śledzić ją wzrokiem, śledzić rozmytą zieloną plamę bluzki i czuwać nad losem cennych dokumentów. Kobieta wróciła po kilku minutach z dwiema teczkami, w jednej znajdowały się oryginały, w drugiej dopiero co zrobione kopie. Feliza z czystej ciekawości dotknęła nowych kartek i przekonała się, że są jeszcze ciepłe. Urzędniczka ostemplowała formularz i powiedziała:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Leopoldo Fortunato Galtieri (1926–2003). Członek junty wojskowej rządzącej Argentyną, prezydent kraju w latach 1981–1982. Podjął decyzję o ataku na Falklandy. [wróć]
