Ikar - Jaroszyński Krzysztof - ebook + książka
47,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Karol Jaroszyński w 1909 roku rozbił bank w kasynie w Monte Carlo. Jego wygrana w ruletkę stanowiła równowartość prawie ośmiuset kilogramów złota. Dzięki tej fortunie został finansistą i przedsiębiorcą, umiejętnie powiększając majątek, który w 1916 roku szacowano (w przeliczeniu na dzisiejszą walutę) na 200 miliardów złotych. Na drodze jego kariery stanęła rewolucja bolszewicka 1917 roku. Jako jeden z nielicznych próbował ocalić carską rodzinę. Także z przyczyn osobistych. Był bowiem w nieformalnym związku z córką cara.

Ta opowieść to również, a może przede wszystkim, historia tragicznej miłości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wstęp

Powieść ta nie jest bio­gra­fią, lub nawet jej czę­ścią. Jest to fabuła, oparta na fak­tach z życia Karola Jaro­szyń­skiego, ale rów­nież sporo tu fan­ta­zji autor­skiej. Ile jej jest, sam nawet nie wiem, sta­ra­jąc się tro­pem fak­tów dopo­wie­dzieć nie­do­po­wie­dziane. Zatem obok więk­szo­ści, które bez wąt­pie­nia miały miej­sce, znaj­dują się i te, które się nie zda­rzyły, choć zda­rzyć się mogły. Nie ma zaś tylko tych, które odbyć się nie mogły. Na ogół…

W rze­czy­wi­sto­ści wszystko wyglądazupeł­nie ina­czej, niż jest naprawdę.

Sta­ni­sław Jerzy Lec

Część pierwsza„Osiemset kilo złota”

„Jak można tak nie­po­strze­że­nie się sto­czyć…” – zamy­śli­łem się, spo­glą­da­jąc przez okno na maje­sta­tyczny front Hotel de Paris, widoczny w oddali przez szcze­linę wśród innych domów mia­sta. Jesz­cze przed kil­koma mie­sią­cami… no, nie… przed ponad rokiem, rezy­do­wa­łem tam w luk­su­so­wym apar­ta­men­cie na dru­gim pię­trze, z wido­kiem na Place du Casino, otwar­tym rachun­kiem i zachwy­ca­jącą poko­jówką Fatimą, dzie­więt­na­sto­let­nią Soma­lijką.

„Ani nagle, ani nie­spo­dzie­wa­nie” – popra­wi­łem się w myślach, usi­łu­jąc bez­sku­tecz­nie domknąć okno, nie­dbale odna­wiane nie­zli­czoną war­stwą farb. Wycią­gam smo­king z szafy… Dla­czego te zawiasy tak nie­mi­ło­sier­nie skrzy­pią? Kaza­łem naoli­wić, ale komu to tłu­ma­czyć? Już ledwo co u mnie sprzą­tają, wła­ści­wie wcale. Pościel zużyta, pognie­ciona, szara. A i po cóż zmie­niać? Przy­niosą nową, też szarą, bo płótno stare, spar­ciałe nie­omal. Biorę ze sto­lika dzba­nu­szek oliwy z tacy, leję deli­kat­nie na zawias. Może prze­sta­nie pisz­czeć. Oczy­wi­ście kro­pla spada na czu­bek buta. Nie pro­blem. Nawet dobrze. Szu­waks się skoń­czył, więc pucuję szmatką obu­wie. Nikt tu za mnie tego nie wykona. Dobrze, że jesz­cze z pralni koszule przy­cho­dzą porząd­nie wykroch­ma­lone. I cud jakiś, że oddają aku­rat moje. Wącham czy­sty rękaw. No cóż… ług. A co ma być czuć? W „Hotel de Paris” odno­sili bie­li­znę w pudeł­kach z płat­kami róż. Nie roz­tkli­wiamy się, Karol! Jest, jak ma być. To jesz­cze tylko parę dni, tydzień naj­wy­żej.

Dwa i pół roku usta­wicz­nych, codzien­nych pora­żek, rzadko – zbyt rzadko – okra­szo­nych chwi­lami try­umfu, nagłego zastrzyku wiary, że to ja wła­śnie, nie kto inny, jest wybrań­cem kapry­śnego losu, Dziec­kiem For­tuny. Panem i Władcą pie­kiel­nego kręgu trzy­dzie­stu sied­miu liczb. Że cały ten świat: ów pałac hazardu, tłumy ele­ganc­kich despe­ra­tów z każ­dego zakątka świata, skrzące się tęczo­wymi bły­skami klej­noty, trunki w krysz­ta­łach, sza­tań­ska modli­twa iry­tu­jąco nie­na­gan­nego kru­piera: „Rien ne va plus!”; cały ten obse­syjny mikro­ko­smos jest… nie­praw­dziwy. To ilu­zja, zaaran­żo­wana wyłącz­nie dla mnie – jedy­nego praw­dzi­wego mate­rial­nego bytu. Ich nie ma, jestem tylko ja, jedyny widz w gigan­tycz­nym teatrze mario­ne­tek. A skoro tylko ja jestem tu mate­rialny, to cały ten spek­takl wie­lo­letni, powta­rzalny, upo­rczywy, musi zakoń­czyć się tylko w jeden spo­sób. Grand finale. Dla mnie. Roz­bi­jam bank! Nawet nie zgar­niam żeto­nów, bo i tak wie­dzą, że to wszystko już moje. Kasjer Vin­cent, wzru­szony – może nawet ma łzy w oczach – pod­pi­suje czek, składa na pół, doci­ska paznok­ciem na grzbie­cie i wolno prze­suwa po bla­cie w kie­runku mojej dłoni. Ja rzu­cam mu… nie, kładę i też wolno prze­suwam żeton – 1000 fran­ków. Sły­szę brawa i okrzyki za ple­cami. Cho­wam czek do wewnętrz­nej kie­szeni, mimo­wol­nie a celowo powoli cele­bru­jąc ostatni akord zwy­cię­stwa. I wycho­dzę. Wypły­wam. Wzla­tuję… A tam, za mną, spek­takl skoń­czony. Akto­rzy mojej opery wypusz­czają oddech, sta­ty­ści sia­dają, zdej­mują wykwintne nakry­cia, panie oddają biżu­te­rię skarb­ni­kowi do kuferka, kel­ne­rzy zle­wają resztki trun­ków z powro­tem do bute­lek, bo szkoda prze­cież. Zwi­jają dywany do pra­nia, wcho­dzą deko­ra­to­rzy ścią­gnąć obrazy i dra­pe­rie. Kie­row­nik wypłaca pen­sję sta­ty­stom, pod tylne drzwi zajeż­dżają plat­formy po meble…

Bo to wszystko ilu­zja. Praw­dziwy jest tylko czek. Tak będzie, bo być musi. Kiedy? Jeden Sza­tan wie. Może dziś? Dla­czego wła­śnie aku­rat nie dziś? A zatem trzeba tam być. Jestem prze­cież głów­nym akto­rem tego spek­ta­klu. Co by się nie stało.

Słońce w oknie skrywa się powoli za wzgó­rzem pałacu Gri­mal­dich. Pora ruszać.

Teraz ten nie­miły rytuał. Otwie­ram pugi­la­res. Sto… sto pięć­dzie­siąt… Zaraz! Prze­cież mia­łem pięć­set fran­ków od Jaspera. Bank­not był tu, w prze­gródce na bilety wizy­towe, zło­żony na czworo… Był… Ale być prze­stał. Przed­wczo­raj jede­na­ście razy z rzędu szły czarne. Nie lubię jedy­nek, za to tuzin to moja szczę­śliwa liczba. Posta­wi­łem ten tysiąc na „czer­wone”, bo to nie­do­pusz­czalne, żeby tyle razy wyszło „noir”. No i w pew­nym sen­sie instynkt mnie nie zawiódł. Nie przy­szło czarne. Wyszło „zero”.

Powoli zatrza­sną­łem pugi­la­res. 250 fran­ków. Sta­wać do gry z kil­koma żeto­nami to śmieszne. Nawet wię­cej, to nie­smaczne. Hań­biące. Jak można wcho­dzić do Bia­łego Salonu z taką sumą? To wręcz żebra­cze. For­tuna nie znosi żebra­ków. Lepiej wcale nie iść, niż wkra­czać z opusz­czo­nym czo­łem, bo zale­d­wie pięć żeto­nów w spo­co­nej dłoni. Prze­cież inni to czują, że zja­wiasz się bez moral­nego prawa do wej­ścia.

Koperta w kie­szeni sakwo­jażu. 300 fran­ków na pociąg i zale­gły hotel. „Zacho­waj resztki roz­sądku i trak­tuj jako żela­zną rezerwę” – uprze­dził Kazik, listow­nie dosy­ła­jąc pie­nią­dze. „To jest ostat­nia prze­syłka” – ostrzegł. Kazi­mierz wie lepiej. Zawsze wie­dział lepiej. „Żela­zna rezerwa” to prze­cież nie zna­czy nic innego, jak „nie graj nimi w kasy­nie”. Nakaz. Jak może brat brata, w dodatku młod­szego, ska­zy­wać na upo­ko­rze­nie, bani­cję towa­rzy­ską? Czło­wiek, który był raz w bur­delu, a w ope­rze ni­gdy, ośmiela się być Kato­nem osoby świa­to­wej? To doprawdy nie­smaczne. Na szczę­ście na bank­no­tach nie jest napi­sane, do czego mają posłu­żyć.

Się­gam na dno szafy po sakwo­jaż. Zabie­ram z bocz­nej kie­szeni liliową kopertę i wyj­muję bank­noty owi­nięte bibułką. Roz­wi­jam… Na bibułce jest coś napi­sane… „To są pie­nią­dze matki”. Aha! Więc szan­taż. To ma mnie ująć za serce. Pie­nią­dze matki! Od ust sobie odjęła. Aku­rat! Daje lekką ręką po dzie­sięć tysięcy rubli rocz­nie na para­fię, a drugą odej­muje sobie od ust dla mnie. Nasza rodzinna hipo­kry­zja. Prze­cież mama pra­gnie szczę­ścia dla syna. A ja mat­czyne pra­gnienie szczę­ścia prze­no­szę do kasyna. Jak ten pło­mień olim­pij­ski.

Sześć nowych bank­no­tów upa­sło nieco pugi­la­res. Laseczka, cylin­der. Zamek jak zawsze zacina się, ale już nie ma czego chro­nić. Schody.

Mijam uko­sem Place du Casino. Odźwierny, pra­wie dwu­me­trowy dry­blas w czapce ze zło­tym oto­kiem, ukło­nił się głę­boko i uchy­lił skrzy­dło drzwi. W holu głów­nym już gęst­niało. Powi­ta­nia, powi­ta­nia, powi­ta­nia.

– Kła­niam, mon­sieur Meit­ner!

– Jak się masz, Karol!

Całuję sze­roką jak szpa­del dłoń jego mał­żonki i dys­po­nentki gotówką, Ger­trudy. Odcho­dzą.

– Co u cie­bie, Karolu?

– Nic szcze­gól­nego, Anto­nio. Jak szczę­ście?

– Kręci się tu gdzieś nie­da­leko, ha, ha!

Zbli­żam się do baru. Od śnia­da­nia nic nie mia­łem w ustach. Szybko dwie z łoso­siem. Dostoj­nie roz­glą­dam się. Nikt nie zwraca uwagi. Z kawio­rem. Spo­koj­nie…

– Cześć przy­stoj­niaku!

– Cześć, Adam!

– Mam nadzieję, że dziś ci się powie­dzie…

– A, dzię­kuję.

– Szcze­rze. W końcu to i mój biz­nes. Mnie też jesteś tro­chę winien…

Uśmie­cham się i odwra­cam na pię­cie. „Też!”. Bez­czel­ność! Że jest wśród tych, któ­rym zale­gam z dłu­giem. Nie­takt. Ale cóż, Ame­ry­ka­nin! Ma jakieś gigan­tyczne udziały w tam­tej­szym kolej­nic­twie, ale każde tysiąc fran­ków pamięta, jakby to były jego ostat­nie. Ory­gi­nał!

Bar­dzo inte­re­su­jąca sza­tynka. Tej dotąd nie widzia­łem. Drobna, ale jakaś taka sprę­ży­sta. Z nie­ba­nal­nym biu­stem, któ­rego nie ukrywa. Obok niej zupeł­nie bez­barwny jego­mość w bino­klach. Zapewne mąż, bo roz­ma­wiają pół­słów­kami, nie patrząc na sie­bie. Wśród głów mignęły siwe boko­brody gene­rała Zien­cewa. No, to trzeba się szybko prze­mie­ścić. Temu jestem naprawdę sporo winien. Tak dużo, że można rzec, bez­zwrot­nie. Lepiej go uni­kać, bo gwał­tow­nik. Zwłasz­cza, gdy wypije, czyli co wie­czór. Lubi przy­cze­pić się i wypo­mina na głos, jakby z ambony, przy ludziach, gęsto pod­pie­ra­jąc epi­te­tami. Wul­garne. Osobna rzecz, że mu się nie dzi­wię. Staje ze swoją świtą przy stole z trun­kami.

Dostoj­nie, ale raź­nym kro­kiem prze­cho­dzę pod kan­tor kasowy. Cze­kam. Wymie­nia jakiś rudzie­lec, dzie­ciak pra­wie. Z akcentu – Anglik. Ci od zawsze rzą­dzili na tym wybrzeżu. Naj­wspa­nial­sze rezy­den­cje – ich. Na wyspie im za zimno. Nie­zły kapi­ta­lik poło­żył. Cie­kawe, czy rodzice się cie­szą? Albo może to szczę­śliwy bene­fi­cjent testa­mentu? Jak ja przed laty. Oj, stop­nieje ci mają­te­czek, zanim się obej­rzysz! Poszedł. Pobiegł wła­ści­wie. Wycią­gam powoli pugi­la­res, odli­czam bank­noty, prze­bie­ra­jąc pal­cami. Wycią­gam te moje pięć­set pięć­dzie­siąt fran­ków i nie­ru­cho­mieję. Niby zasta­na­wia­jąc się, czy nie „wycią­gnąć wię­cej”. Taka etiuda teatralna dla kasjera. Stary Vin­cent wie, że to tylko jasełka. I ja wiem, że on wie. Ale rytuał odbyć się musi. Zabie­ram żetony. Jede­na­ście. Nie lubię jedy­nek. Może jed­nak wziąć dzie­sięć i zosta­wić sobie pięć­dzie­siąt fran­ków? Za późno. Zza gazety, ze swo­jego fotela, przy­gląda mi się Etienne Bach, dyrek­tor kasyna. Znamy się od lat, ale aku­rat nic dobrego z tego nie wynika. Pośli­zgał wzro­kiem po mnie, nie zwra­ca­jąc uwagi, że i ja na niego patrzę. Nie ski­nął głową, tylko wró­cił do czy­ta­nia. Nie prze­pa­dam za nim. Nie­na­gan­nie uprzejmy i świet­nie udaje ser­decz­nego, ale gładki jest, obło-okrą­gły, dosko­nały w kształ­cie, jak kulka do rulety. Cho­wam żetony do kie­szeni i sunę do Bia­łej Sali, już nie wita­jąc się z nikim, bo stół… Stół czeka!

Wta­piam się w drugi sze­reg obser­wu­ją­cych. Ni­gdy nie zasia­dam do gry z mar­szu. Zresztą mało kto tak robi. Roz­glą­dam się. Kru­pier jakiś nowy. Od kilku dni go widzę zale­d­wie. Nie jest nowi­cju­szem. Łysie­jący czter­dzie­sto­la­tek o kłu­ją­cym wzroku, połu­dnio­wiec, bo śniady. Iry­tu­jący. Jego ruchy są zbyt zama­szy­ste, prze­ak­cen­to­wane, przy­po­mi­nają gesty ilu­zjo­ni­sty, więc oszu­stwo auto­ma­tycz­nie koja­rzy się samo. I ten głos – nosowy, nie­dbały, lek­ce­wa­żący. Sta­now­czo nie spra­wia wra­że­nia wła­ści­wiej osoby na tym sta­no­wi­sku. Nie budzi zaufa­nia po pro­stu. Boże! O czym ja myślę… Kru­pier budzący zaufa­nie! Zabawne! Uwagę ściąga młody Angol. Grubo sta­wia, ale ase­ku­ra­cyj­nie: upo­rczy­wie czer­wone i nie­pa­rzy­ste: w oko­licy trzy­dzie­stu pro­cent szansy – to nie jest hazard. Dla­tego wygrywa. Pięć… nie! Sześć razy wyszły „rouge”. Teraz obsta­wił­bym czwórkę…, ale jesz­cze nie ruszam. Czarne „28”. No, pro­szę! Już mi for­tuna sprzyja. Więk­szość sie­dzą­cych przy stole to zna­jomi. Wie­lo­letni. Choć trudno ich nazwać przy­ja­ciółmi, bo w tych murach przy­jaźni nie ma. Kon­flikt inte­re­sów. Natu­ralne. Rudy Angol zmie­nił stra­te­gię i gra fibo­nac­cim. Jest zasy­pany żeto­nami, to coś tam wygra. Prawo nowi­cju­sza.

Wokół niego kręci się jeden ze sta­łych, a przy­naj­mniej nader czę­stych gości kasyna. Nie­zbyt wysoki, ale spra­wia­jący wra­że­nie moc­nego, wyraź­nie łysie­jący od czoła sza­tyn, z pie­lę­gno­waną, ostrą kozią bródką, ewi­dent­nie czer­nioną, a nie­pa­su­jącą do reszty fizjo­no­mii jakby celowo, dla ukry­cia natu­ral­nego wyglądu. Przed­sta­wiał się „van Horn”, czy „van Horst”, ale niczym Holen­dra nie przy­po­mi­nał. A już naj­mniej akcen­tem. Odby­li­śmy może z tuzin zdaw­ko­wych, nie­zo­bo­wią­zu­ją­cych roz­mów przy drinku w barze. O rule­cie nie zagad­nął ni­gdy, raczej o paniach. Nie był to zatem żaden z licz­nych tu kugla­rzy hazardu. Raczej agent służb jakichś, zwłasz­cza z uwagi na tę demon­stra­cyjną bródkę. Ale grzeczny, powścią­gliwy. Tak i teraz, spoj­rzaw­szy na mnie skło­nił głowę powoli, przy­my­ka­jąc jed­no­cze­śnie powieki, jakby w dowód sza­cunku.

Fotel przede mną zwal­nia Ful­gen­cio Bar­ros. Tysiące kilo­me­trów grun­tów, miliony sztuk bydła, naj­po­waż­niej­sza per­sona argen­tyń­skiej woło­winy. I zasko­cze­nie – wege­ta­ria­nin. Pew­nie za dużo wie o mię­sie.

– Buenos noches, Carlo. Sia­dasz?

– Po tobie zawsze, Fulgo.

Też mu coś dłuż­nym, ale jakoś nie wspo­mina. Powia­dają, że w inte­re­sach jest ban­dytą, ale tu naj­wy­raź­niej zmie­nia tryb na wypo­czyn­kowy. Lubię takich. Po lewej Adam z Fila­del­fii. Gra jakimś swoim nader wyra­fi­no­wa­nym sys­te­mem, obsta­wia nie­prze­wi­dy­wal­nie, zawsze z nie­od­gad­nio­nym gry­ma­sem pod nosem, że nie obsta­wił­bym, czy się uśmie­cha, czy wścieka. A może po pro­stu sta­wia, jak mu fan­ta­zja pod­po­wiada. Toteż na ogół prze­grywa, ale jak już coś zgar­nie, to wysoko. Na począ­tek obsta­wiam jed­nym żeto­nem pierw­szy tuzin. W ślad za rudym Ango­lem. Taki kaprys na począ­tek. „12”. No i pięk­nie…

Obra­cam w pal­cach ostatni żeton, jaki mi pozo­stał. Ostatni dzi­siaj i ostatni może na zawsze. Hm, niby tout va bien, a emo­cje mnie nagle opusz­czają. Wszystko jest bez zna­cze­nia. No, ale uru­cha­miam resztki woli. Cztery razy po kolei było „noir”, ostat­nie dwa parzy­ste. Kładę cie­pły od dłoni żeton na „28”.

– Rien ne va plus!

Kulka zaczyna tań­czyć nie­da­leko „28” i na koniec zgrab­nie ląduje w „7”. Wstaję.

Idę głów­nym holem. Dyrek­tor Bach pod­nosi się z jed­nego ze służ­bo­wych foteli, odkłada gazetę i – przy­bie­ra­jąc cał­kiem sym­pa­tyczny uśmiech – zapra­sza mnie gestem do gabi­netu. Sia­damy przy empi­ro­wym sto­liku. Czę­stuje Remy Mar­tin. Nie prze­pa­dam, ale przyj­muję, z lek­kim ukło­nem, bo nie ja tu roz­daję karty. Bach długo patrzy w okno, bawiąc się puchar­kiem.

– Zadam ci, Char­les, tylko jedno pyta­nie, na które zresztą nie musisz odpo­wia­dać… Dla­czego grasz?

Oglą­dam bursz­ty­nowe refleksy koniaku i zwle­kam z odpo­wie­dzią.

– Panie dyrek­to­rze…

– Mów mi na „ty”. Wystar­cza­jąco długo się znamy.

– A zatem, Etienne… jed­nym sło­wem mówiąc – Prze­zna­cze­nie!

– O! Mocne słowo!

– Ale prze­my­ślane.

– Po tej odpo­wie­dzi nie dziw się, że zadam następne. A na jakiej pod­sta­wie sądzisz, że to „Prze­zna­cze­nie”?

– Musiał­bym ci wię­cej opo­wie­dzieć o sobie.

– Nie spie­szę się.

Powoli wypi­łem koniak do dna.

– Zatem pro­szę… Uro­dzi­łem się w cał­kiem zamoż­nej pol­skiej rodzi­nie. Mamy dobra nie­da­leko Win­nicy na Ukra­inie.

– Wstęp banalny.

– Tak… Byłem siód­mym dziec­kiem, naj­młod­szym z rodzeń­stwa. Trzy sio­stry i trzech braci.

– O, to coś szcze­gól­nego. Byłem jedy­na­kiem, nie mam poję­cia.

– Fak­tycz­nie to nie­ty­powa oko­licz­ność. Bo w pałacu peł­nym guwer­nan­tek, opie­ku­nów, służby i nauczy­cieli… wycho­wy­wa­łem się sam.

Tu Etienne po raz pierw­szy zain­te­re­so­wał się tym, co mówię. Napeł­nił lampki konia­kiem.

– Taaak…?

– Bra­cia byli sporo starsi i oni zaj­mo­wali uwagę ojca. W nich upa­try­wał następ­ców w swo­jej cukrowni, na rodzin­nych plan­ta­cjach, na urzę­dach. Zresztą braci też nie inte­re­so­wa­łem. A tym bar­dziej sióstr, jesz­cze star­szych. Ja mia­łem kilka lat, a to już były panienki.

– Zamąż­pój­ście, romanse?

– …i Kościół.

– No dobrze. Ale co to ma wspól­nego z Prze­zna­cze­niem?

– A więc byłem samot­nym dziec­kiem. Wymy­śla­łem sobie zabawy na jedną osobę. Naj­bar­dziej polu­bi­łem grę w prze­wi­dy­wa­nie.

– Prze­wi­dy­wa­nie?

– Tak. Zga­dy­wa­nie, co się sta­nie za chwilę. Na przy­kład, która z pię­ciu srok na krzaku pode­rwie się pierw­sza.

– To było zaj­mu­jące?

– Jak zaczą­łem tra­fiać, to tak.

– A to dawało się prze­wi­dzieć?

– Do pew­nego stop­nia. Na ogół ta, która naj­dłu­żej sie­działa nie­ru­chomo, odla­ty­wała pierw­sza. A reszta to intu­icja. Ale nie tylko sroki. Na przy­kład w skle­pie. Matka czę­sto zabie­rała mnie do mia­steczka. Ona miała jakieś inte­resy, na ogół w kościele, a ja wałę­sa­łem się po uli­cach.

Zamy­śli­łem się na chwilę… Sklep Zie­glera.

– Cztery gruszki popro­szę.

Abel Zie­gler wybiera gruszki ze stra­ganu. Ale zanim położy je na szalce, mówię szybko.

– Pół funta i sześć łutów…

Poło­żył gruszki. Wska­zówka waha się i zatrzy­muje na ½ funta, 6 łutów. Wytrzy­mu­jemy się wzro­kiem. Bie­rze jesz­cze ze stra­ganu dwie gruszki.

– Jak powiesz, ile teraz będzie, to masz je darmo.

Trzyma gruszki w ręku. Myślę. Bo to nie tak, że słu­cham tylko Głosu. Naj­pierw trzeba się nauczyć liczyć. Już dawno wiem, że cztery gruszki mają śred­nio pół funta. Naj­pierw uważ­nie patrzeć, czy nakłada śred­nie gruszki, czy inne. Dziś były mniej­sze. Czyli już wiem. Mniej. Ale ile? I tu dopiero włą­cza się mi ten Głos, który – nie wia­domo czemu – pod­po­wiada.

– Pół funta, 14 łutów.

Dokłada owoce do tam­tych. Wska­zówka waha się i zatrzy­muje tak, jak dokład­nie prze­wi­dzia­łem.

– Cze­kaj jesz­cze!

Zie­gler wybiera z kosza garść cze­re­śni i czeka, by rzu­cić na szalkę.

– Ile?

Cze­re­śni nie mam prze­tre­no­wa­nych, zatem trzeba iść tylko na intu­icję.

– Funt i 1 łut.

Rzuca cze­re­śnie na wagę. Wska­zówka tań­czy i zatrzy­muje się na… 1 funt i 3 łuty. Abel zado­wo­lony roz­kłada ręce.

– Ha! Prze­grał!

Płacę za te cztery gruszki. Idę przez ulicę, gry­ząc owoc.

Przy­cho­dzi­łem do sklepu Zie­glera regu­lar­nie i bawi­li­śmy się wagą. Aż pew­nego razu…

– Stój tu! Cze­kaj minutkę!

Abel wybiegł na plac i dra­ma­tycz­nie gesty­ku­lu­jąc, zacią­gnął do warzyw­niaka gro­madkę Żydów, któ­rzy zawsze obsia­dali pobli­skie ławki, zaja­dle dys­ku­tu­jąc o niczym. Zie­gler, z tajem­ni­czą miną nama­wiał gości, by kła­dli na szali owoce. Jakie chcą. Na kon­tu­arze poja­wiła się garść monet i kilka bank­no­tów. Obsta­wiali. Wresz­cie Abel uci­szył wszyst­kich gestem ręki. Przy­glą­da­łem się owo­com na wadze.

– Dwa funty i trzy łuty.

Sprze­dawca poło­żył na prze­ciw­le­głej szali odważ­nik 2 funty. Wska­zówka zatań­czyła i uspo­ko­iła się po chwili, wska­zu­jąc… 3 łuty. Abel zare­cho­tał zachwy­cony, męż­czyźni patrzyli po sobie ze zdzi­wie­niem. Abel zdjął z wagi szalkę z owo­cami i pod­su­nął w moją stronę. Powoli pokrę­ci­łem głową i wska­za­łem pal­cem rublową monetę. Zie­gler z kwa­śnym gry­ma­sem prze­su­nął ją po bla­cie w moją stronę. Chwy­ci­łem, ukło­ni­łem się i wybie­głem…

Dyrek­tor Bach przy­su­nął swój fotel i poło­żył dłoń na mojej.

– Coś się stało, Char­les?

– Pro­szę mi wyba­czyć. Wspo­mnie­nia.

Natych­miast wró­ci­łem do rze­czy­wi­sto­ści.

– A zatem dalej. Moja dzie­cięca pasja prze­wi­dy­wa­nia w spo­sób natu­ralny wyma­gała umie­jęt­no­ści coraz to bie­glej­szego obli­cza­nia, a wła­ści­wie sza­co­wa­nia, czyli mie­rze­nia intu­icyj­nie, jak to się mówi, „na oko”. Oto przy­kład. Nie­da­leko Win­nicy był poli­gon i czę­sto na dro­dze do sta­cji kole­jo­wej masze­ro­wały kolumny żoł­nie­rzy. Bie­ga­li­śmy z kole­gami na wzgó­rek obser­wo­wać prze­marsz. Bawi­li­śmy się wtedy w zga­dy­wa­nie, ilu to żoł­nie­rzy tym razem masze­ruje. Dość szybko zna­la­złem metodę. Pomo­gło mi przy­drożne drzewo. A dokład­niej jego cień.

– To zna­czy?

– Z daleka nie spo­sób poli­czyć, nawet mając tak dobry wzrok jak dzie­ciak, liczbę rzę­dów w kolum­nie. Ale da się poli­czyć, ile razy cień pnia drzewa zasłoni twarz żoł­nie­rza idą­cego brze­giem kolumny. I zanim czoło woj­ska zbli­żyło się do naszej gro­madki, już wie­dzia­łem, że cień na twa­rzach mignął 56 razy. Wystar­czyło prze­mno­żyć przez cztery, dodać dwóch, któ­rzy zawsze szli w arier­gar­dzie i zanim czoło z dowódcą zbli­żyło się do nas, oświad­cza­łem chło­pa­kom, że idzie dwie­ście dwu­dzie­stu sied­miu. W cukierni zga­dy­wa­łem, które ciastko wybie­rze naj­bliż­sza klientka, z któ­rej gałęzi drzewa spad­nie pierw­szy liść. Wcho­dząc na tar­go­wi­sko jed­nym spoj­rze­niem sza­co­wa­łem, ile tam stoi koni, a potem liczy­łem. Tre­ning czyni mistrza. Sta­wało się to powoli moją obse­sją, bo im bie­glej odga­dy­wa­łem, tym bar­dziej chcia­łem lepiej. Tak to umie­jęt­ność bły­ska­wicz­nego licze­nia plus intu­icja i ćwi­czona pamięć zbiły się w jed­ność, swego rodzaju moc, czy raczej wta­jem­ni­cze­nie. W isto­cie – nie wie­dząc o tym – uczy­łem się prak­tycz­nie rachunku praw­do­po­do­bień­stwa i pogłę­bio­nej spo­strze­gaw­czo­ści.

– Pięk­nie. Ale miało być o hazar­dzie.

– Cier­pli­wo­ści, dyrek­to­rze! Już docho­dzę do sedna sprawy… W moim rodzin­nym domu, jak we wszyst­kich dwo­rach w oko­licy, namięt­nie gry­wano w karty. Bez­kar­nie bie­ga­jący wokół sto­łów szcze­niak nie zwra­cał niczy­jej uwagi i łatwo się domy­ślić, że wkrótce zasady maria­sza, pikiety czy wista zna­łem lepiej od sta­rych. I tu poja­wiła się cio­cia Kse­nia. Była naszą daleką krewną, wyszła za mąż za pobli­skiego sąsiada, radcę w urzę­dzie guberni. Na sku­tek tych obu przy­czyn oraz przy­jem­no­ści prze­by­wa­nia w towa­rzy­stwie, gry­wała u nas czę­sto. Zwłasz­cza, że bez­dzietna. Odro­binę zbyt pulchna trzy­dzie­sto­latka, o miłej buzi i weso­łym uspo­so­bie­niu. Pew­nego wie­czoru, gdy krę­ci­łem się wokół stołu, napo­tka­łem jej wzrok pyta­jący, a wła­ści­wie pro­szący. Patrzyła mi w oczy długo, a w kąci­kach ust drżał jej dys­kretny uśmiech. Pola­łem z dzbana lemo­niadę i zbli­ży­łem się do jej krze­sła. Jeden rzut oka na jej karty wystar­czył. Odsze­dłem naprze­ciw, a ona zaczęła deli­kat­nie prze­su­wać paznok­ciem po wachla­rzu jej kart. Gdy dotknęła wła­ści­wej, nie­znacz­nie zmru­ży­łem oczy. Tego wie­czoru Kse­nia try­um­fo­wała bez­a­pe­la­cyj­nie. Po skoń­czo­nej sesji kar­cia­nej, mru­gnęła z kolei do mnie i z puchar­kiem szam­pana wyszła do ogrodu. Cze­kała na ławeczce, uca­ło­wała mnie w poli­czek i wspól­nie wypi­li­śmy z jej kie­liszka. Odtąd sta­łem się szu­le­rem cioci Kseni. Począt­kowo na­dal wędro­wa­łem wokół stołu, zer­ka­jąc bez­czel­nie w roz­da­nia i w odpo­wied­nich momen­tach mru­ga­łem do niej lewym lub pra­wym okiem, a cio­cia wygry­wała. Tak to dowie­dzia­łem się, że by zdo­być kobietę, wystar­czy w odpo­wied­nim momen­cie mru­gnąć odpo­wied­nim okiem.

– Dow­cipne. Mów dalej.

– Szybko zorien­to­wa­łem się, jakimi sys­te­mami, czy raczej nawy­kami, posłu­gują się tutejsi stali gra­cze, w tym – Boże, wybacz! – rodzice. Nie musia­łem podle zaglą­dać w ich karty, sta­wa­łem za krze­słem Kseni i doty­ka­jąc jej pra­wego lub lewego ramie­nia, kie­ro­wa­łem grą. Ona była tylko maszyną do rzu­ca­nia kart. To trwało latami.

I oto pew­nej nocy – miną­łem chyba wów­czas pół­me­tek gim­na­zjum, mając się, błęd­nie, za osobę pra­wie doro­słą – po wyjąt­kowo dłu­gich i burz­li­wych roz­gryw­kach, gdy znowu try­um­fo­wa­li­śmy z Kse­nią, jak zwy­kle zeszła do ogrodu z lampką szam­pana. Ale tym razem poca­ło­wała mnie… w usta. Nagle dozna­łem zupeł­nie nie­zna­nego oszo­ło­mie­nia, stanu pomie­sza­nia lęku i eufo­rii. Nie do końca wie­dzia­łem, co się ze mną dzieje. Być może nawet dotkną­łem jedwa­biu, okry­wa­ją­cego biust cioci. Wtedy nagle, choć nie mogę powie­dzieć, że nie­ocze­ki­wa­nie, jej ręka prze­su­nęła się do moich spodni i roz­po­częła nader zręczny taniec z guzi­kami. Ach! Wpraw­dzie już sporo wcze­śniej paro­bek Gaw­ryło poka­zał mi, jak można orga­nicz­nie spra­wić sobie przy­jem­ność, ale oto wła­śnie prze­ko­ny­wa­łem się, że o niebo lepiej (słowo „niebo” nie jest tu przy­pad­kowe), gdy robi to kobieta. Chwilę póź­niej prze­stała mnie cało­wać i pochy­liła głowę…

Dyrek­tor Etienne Bach chło­nął moje słowa, co chwila pod­no­sząc kie­li­szek do swo­ich ust. Widać, że mam dar nar­ra­cji. A to, że Etienne pre­fe­ruje płeć męską, być może wzmac­nia tylko efekt opo­wia­da­nia.

– Od tej nocy awan­so­wa­łem na kar­cia­nego ryce­rza Kseni. A ona bajecz­nie posze­rzała wachlarz podzię­ko­wań. W końcu doszło do tego, że nagle polu­bi­łem jazdę konną, którą do tej pory zanie­dby­wa­łem. Kłu­so­wa­łem coraz chęt­niej i czę­ściej do boru przy dro­dze na Lipo­wiec, gdzie na małą polankę zajeż­dżała wolan­tem Kse­nia i konie odpo­czy­wały. Długo odpo­czy­wały… Ale, par­don dyrek­to­rze! Odda­li­łem się od tematu hazardu. Dawne emo­cje ponio­sły.

– Pro­szę nie prze­ry­wać, Char­les. Tak malow­ni­czo obra­zu­jesz.

– I oto w to moje „Et in Arca­dia ego” wkro­czył czas. Prze­nio­słem się do Moskwy, pożal się Boże, stu­dio­wać. Wcze­śniej byłem w kijow­skim gim­na­zjum. Tam zaczęły się karty na całego. Naj­pierw ogra­łem do nitki kole­gów. Spo­strze­głem od razu, że wyko­nu­jemy zupeł­nie inne czyn­no­ści – oni spe­ku­lo­wali, zasta­na­wiali się, pró­bo­wali, wahali… Ja spo­glą­da­łem na swoje karty i od razu wie­dzia­łem wszystko. Na swój spo­sób była to gra nie­uczciwa, bo choć karty nie były zna­czone, mia­łem w mózgu mecha­nizm, który nie dawał im szans. W kilka tygo­dni wszyst­kie ich ruble były w moim kufrze. O mało nie doszło do samo­sądu, ale kijow­scy kole­dzy wpa­dli na pomysł, żeby na mnie zaro­bić. Był w mie­ście salon u inży­niera Patocz­kina. Pry­watny, ale niby takie pół­ka­syno. Poszli­śmy we dwóch z Ant­kiem Sulima-Barsz­czew­skim, bo naj­po­waż­niej wyglą­dał. Na oko po dwu­dzie­stce, z wąsem, nawet tro­chę już łysiał. Ja też już byłem nie uło­mek, ale z fizjo­no­mii cią­gle nie­do­lat. Poży­czyli nam zegarki na łań­cusz­kach, bino­kle, cyga­rety… Ach, jacy byli­śmy doro­śli! Przed pół­nocą zgra­łem już do nitki całe towa­rzy­stwo…

– Nie­roz­sąd­nie – wyrwało się dyrek­to­rowi.

– Kom­plet­nie bez dyplo­ma­cji. Nie­doj­rza­łość, Etienne. Po wyj­ściu, na scho­dach dogo­nił nas jakiś ofi­cer. Siny ze zło­ści, a może też i wypił za dużo, z kabury wycią­gnął nagana, krzy­czał, gro­ził. Zwró­ci­li­śmy mu całą wygraną i tyle było mojej kariery u Patocz­kina. Ale Kijów mia­sto duże – było gdzie grać. Tylko mądrzej. Wol­niej jedziesz, dalej doje­dziesz. Naprawdę nie zanu­dzam cię, dyrek­to­rze?

– A skąd! – Etienne Bach polu­zo­wał koł­nie­rzyk koszuli. – Cho­ciaż naj­barw­niej­sze było o tej cioci.

– Kse­nię spo­tka­łem póź­niej tylko raz. Gdzieś tak pół roku po moim wyjeź­dzie do Moskwy zmarł nasz sąsiad Toma­sze­wicz. Na pogrze­bie ją zoba­czy­łem. Była już w mocno zaawan­so­wa­nej ciąży. Na ubo­czu zamie­ni­łem z nią dwa słowa. Pod­sze­dłem mocno zga­szony i nie­pewny. Ukło­ni­łem się. Powie­działa, nie patrząc na mnie.

– Nie bój się. To nie twoje.

– Nie boję się. Po sąsie­dzie roz­pa­czam…

To już nie była moja Kse­nia. To już była matka. W należ­nej jej aure­oli. Wyje­chali gdzieś potem z rodziną… Ale ad rem. W Kijo­wie pierw­szy raz zetkną­łem się z ruletką. Od razu poczu­łem, że to zupeł­nie inna para butów. Gra pseu­do­lo­sowa, powia­dają. Zaiste. To już nie karty. Wymaga zaan­ga­żo­wa­nia innych zmy­słów. Wiele nocy przy­pa­try­wa­łem się rule­cie i szu­ka­łem poro­zu­mie­nia z urzą­dze­niem. Bo widzisz, w kar­tach masz do czy­nie­nia z żywym prze­ciw­ni­kiem, który ma swoje nawyki, wady, omyłki. Jak to traf­nie nazy­wają: czyn­nik ludzki. Tym­cza­sem w rule­cie psy­cho­lo­gii nie ma.

– Wybacz, Char­les, ale mówisz oczy­wi­sto­ści.

– Dobrze. Słusz­nie. Mówmy o kasy­nie. O tym kasy­nie. Droga moja do Monte Carlo, jak się oka­zało, wyma­gała cier­pli­wo­ści. Spa­dek po ojcu obwa­ro­wany był warun­kami. Dyplom uczelni w Moskwie, któ­rego nawia­sem mówiąc, ni­gdy nie otrzy­ma­łem, bo hazard i życie towa­rzy­skie (czy­taj: kobiety) wyparły obo­wią­zek edu­ka­cji na dal­szy, ślepy tor. Rada rodzinna, matka przede wszyst­kim, ale i moi pra­co­wici bra­cia czy­nili dosłow­nie wszystko, by odwlec moment mojej samo­dziel­no­ści. Aż w końcu, ponad dwa lata temu, udało mi się spie­nię­żyć moją część ojco­wi­zny i nie­omal natych­miast przy­je­cha­łem tutaj.

– I prze­tra­ci­łeś wszystko. Zga­dza się?

– Wiesz naj­le­piej.

– Ale prze­cież było sporo wie­czo­rów, kiedy szło ci wyśmie­ni­cie. W jedną noc wygry­wa­łeś sumy, które nie­je­den nazwałby mająt­kiem. Nie wystar­czało?

– Nie rozu­miemy się zupeł­nie, dyrek­to­rze. W każ­dym kasy­nie musi nastą­pić moment, kiedy ktoś roz­bije bank…

– Sta­ty­stycz­nie rzecz ujmu­jąc… – Etienne Bach uśmiech­nął się pro­tek­cjo­nal­nie – musi. Prak­tycz­nie nie­ko­niecz­nie.

Popa­trzy­łem mu w oczy, odwza­jem­nia­jąc uśmiech.

– Od wielu lat nikomu się to nie udało. Choć w każ­dej chwili może nastą­pić. Nie dodaje ci to adre­na­liny?

– Wam dodaje, mnie nie. Kasyno jest przy­go­to­wane na taką ewen­tu­al­ność. W każ­dej chwili. I po to grasz?

– Prze­cież to jasne. Żeby roz­bić bank!

– Wszy­scy tu wcho­dzą z tym marze­niem.

– Ale mię­dzy nimi, a mną jest pod­sta­wowa róż­nica: oni marzą, a ja wiem.

– W twoim prze­ko­na­niu?

– Natu­ral­nie. Ale tylko ono dla mnie się liczy. Ja ist­nieję real­nie. Reszta jest ilu­zją.

– Aha…– Etienne Bach splótł dło­nie i oparł na nich brodę.

– Teraz już rozu­miem. Dla­tego pomogę ci. Masz doży­wotni zakaz wstępu do tego kasyna. To uprasz­cza sprawę.

Prawdę mówiąc, nie spo­dzie­wa­łem się tego. Szcze­gól­nie teraz.

– Przy­słu­guje ci w ogóle takie prawo?

– Ow­szem. Jesteś zadłu­żony u wielu sta­łych klien­tów. O tych kil­ku­na­stu tysią­cach fran­ków, które zale­gasz gene­ra­łowi, wie­dzą wszy­scy. Ale jest też grono pomniej­szych wie­rzy­cieli. W tak deli­kat­nej insty­tu­cji finan­so­wej jak kasyno, jesteś per­sona non grata. Wystar­czy to.

Bach znowu poło­żył dłoń na mojej. „Obrzy­dli­wie cie­płą ma rękę” – pomy­śla­łem odru­chowo, ale nie ruszy­łem nią.

– Nie ma w tym nic oso­bi­stego. Prze­ciw­nie. Ja cię bar­dzo lubię, Char­les. Dowiodę ci tego: twój dług u gene­rała spłaci kasyno. Żeto­nami oczy­wi­ście, czyli i tak wrócą do nas. Gdzie pomiesz­ku­jesz obec­nie?

– W „La Bel­mont” na Ave­nue Saint-Lau­rent.

– Zapchlony pen­sjo­nat dla komi­wo­ja­że­rów i naj­niż­szych słu­żą­cych. Oj, Char­les, Char­les! Domy­ślam się, że nawet tam jesteś dłużny?

– Jak­byś przy tym był, dyrek­to­rze.

– Zatem pokryję też koszty w tam­tej budzie, już z mojej pry­wat­nej kie­szeni. Nie­wielki uszczer­bek. I dam ci bilet pierw­szej klasy do Wied­nia. Na poju­trze.

– Poju­trze?

– Tak – Etienne wstał, popra­wił ubra­nie i wyjął z kie­szeni jeden stu­fran­kowy żeton.

– Sza­nuję twoją nie­złomną wiarę, że jesteś wybrań­cem losu. Jutro. Jedna gra. Jeśli jest tak, jak myślisz, to sta­nie się, jak chcesz.

Poło­żył żeton na bla­cie sto­lika.

Naza­jutrz sta­łem długo na tara­sie kasyna, wpa­tru­jąc się tępo w nie­na­ganną powierzch­nię morza i cze­ka­jąc na zmierzch. Bo też i nie mia­łem o czym myśleć. Mając jeden żeton nie spo­sób ukła­dać jakiej­kol­wiek stra­te­gii, nic pla­no­wać, ani tym bar­dziej kal­ku­lo­wać. Pod­dać się instynk­towi, obsta­wić, kiedy czu­jesz i jak czu­jesz. I koniec zabawy na tem.

Wresz­cie zmierzch zapadł. Późno, ale za to żwawo. Wkro­czy­łem do Bia­łej Sali ude­rzony nad­mia­rem świa­tła i gwaru. Nad­zo­ru­jący porzą­dek cywil, bar­czy­sty i sękaty Emma­nuel, ukło­nił mi się z bły­skiem zain­te­re­so­wa­nia w oku. Ha, dyrek­tor już poin­for­mo­wał per­so­nel. Czyli zna­czącą osobą tu jestem, przy­naj­mniej dzi­siaj. Zain­sta­lo­wa­łem się w dru­gim rzę­dzie obser­wu­ją­cych, kła­nia­jąc na obie strony zna­jo­mym. Znowu ten iry­tu­jący kru­pier-ilu­zjo­ni­sta. Trudno, dziś to już nie ma żad­nego zna­cze­nia. Szła długa sekwen­cja „noir”. Młody rudy Angol znowu sza­stał, ale prze­gry­wał. Jakiś kudłaty i pod­pity Rosja­nin pokrzy­ki­wał, uci­szany przez sąsia­dów. „0”. Kru­pier roz­tań­czył się rękami nad sto­łem. Ktoś z lewej pod­niósł się i odsło­nił sie­dzącą obok sza­tynkę, którą widzia­łem kilka dni temu. Tę z inte­re­su­ją­cym biu­stem. Jest nie­piękna, ale magne­tycz­nie inte­re­su­jąca. Miła z wyglądu, mówiąc naj­pro­ściej. Za nią, opie­ra­jąc dło­nie na jej ramio­nach, stał mil­czący mąż w bino­klach. No, dobrze. Ele­gancko, ale rady­kal­nie prze­mie­ści­łem się do pustego krze­sła, odcze­ka­łem sekundę dla for­mal­no­ści i powoli zasia­dłem. Ukło­ni­łem się sąsiadce, ona poczę­sto­wała mnie żywym, choć krót­kim spoj­rze­niem i ski­nęła główką. Obsta­wiła naj­bliż­sze cztery pola.

– Rien ne va plus!

Ilu­zjo­ni­sta zakrę­cił, popi­su­jąc się gięt­ko­ścią prze­gubu.

– „33”.

Uśmiech­nęła się do wygra­nej i obsta­wiła to samo, podwa­ja­jąc stawkę. Nie taka ona sza­lona – bywało, że sam celowo tak czy­ni­łem. Posła­łem jej uśmiech, znowu lekko się kła­nia­jąc. Tym razem odwza­jem­niła się łobu­zer­skim uśmiesz­kiem, dłu­żej nieco. I zabęb­niła pal­cami w blat. Wcią­gnęło ją.

– Rien ne va plus!

– „36”.

Ude­rzyła dło­nią w kant stołu i już nie kry­jąc się, z rado­ścią rozej­rzała dookoła.

– Podzi­wiam szczę­ście, madame.

– A jak ja się cie­szę!

Mąż pochy­lił się nad jej uchem.

– Późno już, kocha­nie.

– Moment, pro­szę!

Tym razem obsta­wiła tylko jed­nym żeto­nem, drugi tuzin. Kulka prze­stała ska­kać po tar­czy i umie­ściła się w rowku.

– „17”.

Odwró­ciła twarz do męża z try­um­fu­jąca miną.

– Widzisz?!

Kru­pier pod­su­nął jej kolejną wygraną.

– Pozwoli pani, że tym razem podążę za jej szczę­ściem? – zary­zy­ko­wa­łem dość bez­czel­nie.

– Nie mogę zabro­nić.

Bez waha­nia obsta­wiła „12”. I znowu zabęb­niła pal­cami w blat. Żeton, któ­rym do tej pory żon­glo­wa­łem, ują­łem w dwa palce i przy­kry­łem (!) jej żeton na dwu­na­stce. Natych­miast zer­k­nęła na mnie i lekko przy­gry­zła dolną wargę.

– Rien ne va plus!

Sku­pi­łem wzrok na kulce, która zna­la­zła sobie szczę­śliwe miej­sce na „12”… i nagle prze­sko­czyła na „28”.

– A niech to dia­bli! – wyrwało mi się.

– Pan… Polak? – zapy­tała po pol­sku, obda­rza­jąc mnie zupeł­nie innym rodza­jem zain­te­re­so­wa­nia.

– Karol Jaro­szyń­ski, do usług.

– Ewe­lina May­nard. Ale de domo Michal­ska.

– Bar­dzo mi miło.

– A mnie smutno, że nakło­ni­łam pana do prze­gra­nej – kon­ty­nu­owała.

– Zda­rza się.

– Teraz będzie lepiej. Popra­wię się.

Mąż uśmiech­nął się zza jej wło­sów. Naj­wy­raź­niej nie rozu­miał po pol­sku.

– Nie­stety, obsta­wiam tylko raz pod­czas wie­czoru. Taką mam zasadę – pod­nio­słem się dostoj­nie z krze­sła.

– Może fak­tycz­nie pora, żeby skoń­czyć? – To już powie­działa po fran­cu­sku, poda­jąc rękę mał­żon­kowi.

– Mąż się nie­cier­pliwi, bo o pół­nocy ma kolej do Paryża – To dla odmiany, wsta­jąc od stołu, powie­działa po pol­sku.

Wyswo­bo­dzi­li­śmy się z tłumu obser­wa­to­rów.

– Wolno zapy­tać, czy pan sko­li­go­wany z Jaro­szyń­skimi spod Tar­no­pola? To moje rodzinne oko­lice.

– Żałuję, ale nie. Z Win­nicy.

– Nie ma co żało­wać. Tam pew­nie też pięk­nie – zamknęła roz­mowę. I znowu przy­gry­zła lekko dolną wargę.

– Dzię­kuję za wie­czór.

Ukło­ni­łem się mężowi.

– Karol Jaro­szyń­ski.

– Pierre May­nard.

Wyszli z kasyna w kie­runku hotelu „Ermi­tage”. Pierre May­nard, podaw­szy jej ramię, narzu­cił zde­cy­do­wane tempo kro­ków. Może istot­nie spie­szyli się? Sze­dłem za nimi po nad­mor­skiej stro­nie Ave­nue de Monte Carlo, w cie­niu i bez­piecz­nym dystan­sie. Zni­kli w bra­mie hote­lo­wej, a ja usia­dłem na ławce, ukry­tej wśród bugen­willi roz­le­głego skweru. Po mniej wię­cej kwa­dran­sie wyszli. On, prze­brany do podróży, trzy­mał spory sakwo­jaż. Jed­no­cze­śnie pod schody zaje­chał hote­lowy powóz, por­tier umie­ścił bagaż w koszu z tyłu. Mał­żo­nek pomógł jej wsiąść i ruszyli.

Powóz wró­cił po pół godzi­nie. Wysia­dła sama, ener­gicz­nie, uni­ka­jąc pomocy por­tiera, nie oglą­da­jąc się na boki, zni­kła w skrzy­dle drzwi hote­lo­wych. Odcze­ka­łem kwa­drans i pod­nio­słem się z ławki. Miną­łem nie­ru­cho­mego por­tiera, wsze­dłem do westy­bulu, kie­ru­jąc się do recep­cji.

– Dobry wie­czór. Apar­ta­ment pań­stwa May­nard, numer… hm… dwa­na­ście – zary­zy­ko­wa­łem.

Recep­cjo­ni­sta pochy­lił się nad księgą gości.

„Jeśli to fak­tycz­nie dwa­na­ście, to zapla­no­wała rzecz już na początku” – prze­mknęło mi przez myśl.

– Oui – mruk­nął recep­cjo­ni­sta i zezwa­la­jąco kiw­nął do boya przy scho­dach.

Przy­jęła mnie bez zdzi­wie­nia, ale i bez rado­ści. Jakby wszystko było z góry usta­lone. Stała na środku sypialni wycze­ku­jąco, deli­kat­nie poma­ga­jąc mi przy zdej­mo­wa­niu (uwa­ża­łem, by nie nadto natar­czy­wym) jej okryć. Zsu­nę­li­śmy się na pościel bez egzal­ta­cji, jak mał­żeń­stwo. I dopiero kła­dąc głowę na poduszkę uśmiech­nęła się sze­roko, mru­żąc oczy, jak dra­pież­nik.

Poru­szała się ryt­micz­nie, wyzbyta z dzi­kiego entu­zja­zmu. Prze­ciw­nie – chło­nęła roz­kosz w jakimś eks­ta­tycz­nym sku­pie­niu, jesz­cze bar­dziej mnie sty­mu­lu­ją­cym. Oczy miała raz przy­mknięte, by za chwilę je otwo­rzyć sze­roko i znowu przy­mknąć w jakimś osob­nym od bio­der ryt­mie. Spo­cone kosmyki wło­sów malow­ni­czo ukła­dały się na jej policz­kach.

Tempo naszych zgod­nych ruchów przy­spie­szyło, cza­sami zała­mu­jąc się w kon­tra­punk­tach. Usta miała w pół­otwarte, oddech coraz szyb­szy, gło­śniej­szy, koniusz­kiem języka wędro­wała po brzegu zębów i ust. Nie­kiedy nagle, nie­ocze­ki­wa­nie wpi­jała paznok­cie w skórę moich ple­ców.

Nasze ruchy, drgnie­nia, sta­wały się coraz gwał­tow­niej­sze, nie­opa­no­wane. Uno­siła brodę rap­tow­nie i opusz­czała, szybki oddech prze­ry­wała, gry­ząc wargę. Oczy miała sze­roko otwarte. Źre­nice wbite w moje oczy nagle zbie­gły się. Zatrze­po­tała w moim uści­sku i zaczęła gasnąć. Po chwili, roz­dzie­leni już, wsłu­chi­wa­li­śmy się w słab­nące bicie serc. A potem przy­tu­liła się do mego boku i momen­tal­nie usnęła.

Nad ranem poczu­łem jak jej palce poszu­kują mnie. Kilka chwil potem znowu byli­śmy w sobie, ale tym razem wszystko poto­czyło się ina­czej. To już nie był pierw­szy łyk, by uga­sić pra­gnie­nie, tylko drugi, żeby poczuć smak. Sta­li­śmy się kochan­kami ze sta­żem. Bez zachłan­nego ego­izmu, tym razem ja czu­łem ją, a ona mnie. I to było ina­czej piękne. A po grand finale tym razem ja natych­miast zapa­dłem w sen.

Obu­dziło mnie gwał­towne ude­rze­nie świa­tła. Odsu­nęła zasłony, już okryta w peniuar i pro­wi­zo­rycz­nie ucze­sana.

– Wybacz, że nie przy­niosą nam kawy, ale…

– Natu­ral­nie…

Zbie­głem po scho­dach w miarę dostoj­nie, ale na tyle szybko, żeby nie zwle­kać. Siwy por­tier w drzwiach uniósł brwi, widząc dżen­tel­mena w stroju wie­czo­ro­wym, wycho­dzą­cego wcze­snym ranem z hotelu. No i co? Pierw­szy raz to widzi? Mimo wszystko odru­chowo się­gną­łem, by dać mu franka i… nagle poczu­łem, że kie­szeń jest pełna żeto­nów. No, pro­szę! Odsze­dłem kilka kro­ków na skwer i wycią­gną­łem je dys­kret­nie. Dwa­dzie­ścia żeto­nów pięć­dzie­się­cio­fran­ko­wych. Zasta­no­wi­łem się przez chwilę. Upo­ka­rza­jące. Ow­szem. Ale co? Wró­cić do niej i oddać? Wywo­ła­łoby to arcy­nie­zręczną roz­mowę i jesz­cze bar­dziej upo­ko­rzyło. I mnie, i ją. Co zatem? A do czego służą żetony? I prze­cież w tym celu mi je dała.

Spa­ko­wa­łem swoje rze­czy do kufra i zsze­dłem do kon­sjerżki z prośbą, by pozo­stał gdzieś bez­pieczny do jutra. Madame Mathilde, jeśli tak ją można nazwać, ema­no­wała uprzej­mo­ścią. Z pewną nawet dumą oświad­czyła, że rano był już urzęd­nik z kasyna i spła­cił moje należ­no­ści co do cen­tyma, więc pokój mogę trzy­mać do jutra, bez obiek­cji. Zapro­po­no­wała nawet kawę, z któ­rej sko­rzy­sta­łem chęt­nie, bo to pierw­sza w dniu dzi­siej­szym, a już dawno po połu­dniu. Zapew­niała mnie przy oka­zji kil­ku­krot­nie, że gdy­bym przy­je­chał powtór­nie, to będzie cze­kał na mnie lux pokój na pierw­szym pię­trze, byle tylko uprze­dzić.

Długi spa­cer po pro­me­na­dzie wypeł­ni­łem sobie roz­wa­ża­niami, jak też postą­pić. For­mal­nie od dziś obo­wią­zy­wał mnie zakaz wstępu do kasyna. Ale czym ryzy­ko­wa­łem? Niczym. Odro­bina wstydu, gdyby agenci dyrek­tora wypro­wa­dzili mnie siłą. Cóż mi to? Prze­cież już tu nie wrócę. Zakaz doży­wotni.

Oglą­da­łem w por­cie łodzie, pla­żo­wi­czów na pia­sku, bogate wystawy skle­pów, aż zastał mnie zmierzch. No cóż… Raz kozie śmierć! Oczy­wi­ście nie ryzy­ko­wa­łem wtar­gnię­cia przez główne drzwi. Tamci z pew­no­ścią są pouczeni, żeby mnie wyłu­skać. Ale te lata dały mi jakąś wie­dzę na temat tej „świą­tyni”. Wej­ście na zaple­cze skrzy­dła teatral­nego! Powinno być otwarte. I było. Stam­tąd szybko pustym kory­ta­rzem do Salle du Trente-Quarante, gdzie już widać gości i jest się mię­dzy kogo wmie­szać. No, pierw­szy etap za mną. Brawo. Teraz powoli do palarni.

– Char­les?! Char­les!

Ska­mie­nia­łem i powoli się odwró­ci­łem. Gene­rał. Uśmiech­nięty. Pijany już tro­chę. Pod­szedł i objął ramio­nami.

– Wot, nasto­jasz­czyj dżen­tel­men!

Ukło­ni­łem się na wszelki wypa­dek. Gene­rał i jewo kamanda oto­czyli mnie szczel­nie.

– Nie wiem, jakie tam masz układy z kasy­nem, ale wcho­dzimy przed chwilą i w progu dyrek­tor Bach. Z nowiną. Twój dług zwraca mi kasyno! Jak grom z jasnego nieba! Z serca ci powiem, że już prze­sta­łem wie­rzyć w ten zwrot od cie­bie. A nie­li­che to pie­niążki były! Ale pro­szę! Chodźmy do rulety, szybko pusz­czę je, bo szczę­śliwe.

– Beze mnie. Obie­ca­łem nie grać.

– No, chodźże, powia­dam! Wiem, że zaka­zali ci grać, ale popa­trzysz sobie, jak ja two­imi pie­niędzmi, które tak naprawdę ni­gdy twoje nie były, roz­bi­jam bank! Ha, ha, ha! No, spie­szy!

Scho­wany w grupce ako­li­tów gene­rała wsu­ną­łem się do Bia­łej Sali. Kilka krze­seł już cze­kało na jego świtę, więc zasiadł pierw­szy, naka­zu­jąc mi miej­sce obok. Roz­glą­da­łem się dys­kret­nie, ale nikt z cywil­nych agen­tów kasyna nie zwró­cił na mnie uwagi. Kru­pier też nie raczył zaha­czyć mnie wzro­kiem. Gene­rał uło­żył pokaźny stos żeto­nów i syp­nął na pole.

Wyszło „19”. Zebrał za „noir”, „nie­pa­rzy­ste” i „drugi tuzin” i chyba tyle samo oddał. Ale szczę­śliwy. Cóż, bawi się. Teraz obsta­wił poje­dyn­cze numery i prze­grał. Więc wziął się na spo­sób i znowu obsta­wił dużo, ale bez­piecz­nie, na „pierw­szy i trzeci tuzin”. Wyszło „0”. Stary się zachmu­rzył, ale tylko na chwilę. Na­dal nikt nie zwra­cał na mnie uwagi, więc zatem… dłoń sama powę­dro­wała do kie­szeni i naj­dy­skret­niej, jak umia­łem, poło­ży­łem jeden żeton na… oczy­wi­ście „12”. Moja ostat­nia prze­grana na stole i wygrana w hotelu.

– Rien ne va plus!

Kulka posza­lała na tar­czy i posłusz­nie usia­dła na „12”. Gene­rał popa­trzył na mnie zdzi­wiony, ale reszta towa­rzy­stwa nie zwró­ciła uwagi. No! To, co powi­nie­nem zwró­cić Ewe­li­nie i jesz­cze 700 fran­ków! I nie gram dalej. Posie­dzę sobie. Obej­rzę, jak gene­rał prze­grywa. Obo­jęt­nie przy­glą­da­łem się kilku następ­nym grom, nawet nie­wielka sen­ność mi się poja­wiła, ale… co to?! Na środku stołu zoba­czy­łem sie­dzącą… s r o k ę. Czarną, jak pole „17”, gdzie oparła pazurki, jedy­nie z bia­łym trój­ką­tem torsu, niczym koszuli kru­piera pod połami fraka. Po sekun­dzie zatrze­po­tała skrzy­dłami, wzbiła się pod wyso­kie skle­pie­nie sufitu i zni­kła… Rozej­rza­łem się po sie­dzą­cych, ale nikt nie spra­wiał wra­że­nia, że też ją widział. Tylko ja. Wycią­gną­łem trzy żetony, potem jesz­cze dwa i posta­wi­łem kolu­mienkę na „17”. Naj­wy­żej mnie wyrzucą. Trudno.

– Rien ne va plus!

Tym razem już cały stół spo­glą­dał, gdy kru­pier pod­su­nął mi stertę żeto­nów. Pociem­niało mi w oczach i nagle poją­łem, że to jest… TA CHWILA! Na nią cze­ka­łem tyle lat! Zaraz, zaraz! Na jakich licz­bach prze­gry­wa­łem przed­wczo­raj? „28”! Posta­wi­łem 500 na „28”.

– …va plus!

Blady kru­pier pod­su­wał mi tłum żeto­nów.

1000 na „36”.

– …va plus!!

Czarna łopatka pchała do mnie 36 tysięcy.

2000 na „2”.

– …plus!!!

Gene­rał na prze­mian krzy­czał i śmiał się. Obser­wu­jący kla­skali. Damy wyda­wały gło­śne „och!”, jak pod­czas orga­zmu.

I dalej! Po czar­nych, jak sroki. 5000 na „21”.

– …plus!!!!

5000 na „15”.

– …plus!!!!!

Czu­łem odde­chy tłumu za ple­cami.

5000 na 27.

– …plus!!!!!!

Sala wrzała. Dwa­dzie­ścia trzy razy z rzędu zgar­ną­łem. Ja. Wresz­cie ja!

Nagle uci­chli. Poczu­łem dłoń na ramie­niu.

– No, wystar­czy już, chłop­cze, tego dobrego…

Potem Etienne Bach gło­śno, ale powoli i z pew­nym dostoj­nym smut­kiem ogło­sił cudow­nie brzmiące zda­nia.

– Sza­nowni Pań­stwo wyba­czą! Zapra­szam jutro. Dziś już kasyno utra­ciło wypła­cal­ność.

Huk­nął gwar. Sta­ną­łem przed dyrek­to­rem, patrząc pyta­jąco w oczy.

– O jede­na­stej rano u mnie – zażą­dał.

Na­dal patrzy­łem pyta­jąco. Bach wycią­gnął z kie­szeni bank­not 1000 fran­ków i wci­snął mi w rękę.

– Masz. Zabaw się, póki co.

I odszedł.

Oto­czyło mnie mnó­stwo nie­zna­nych twa­rzy. Kle­pali po ramio­nach, jakieś panie – czę­sto nie­młode – cało­wały w policzki. Ktoś pod­su­nął kie­li­szek szam­pana, który natych­miast opróż­ni­łem. Bły­snęła magne­zja foto­grafa. Skąd tu foto­graf?

Sta­łem przy bufe­cie, pijąc Peri­gnon z butelki. Jakiś nie­zna­jomy poca­ło­wał mnie w rękę, potem ja jego… Ciem­no­skóra Fatima cało­wała mnie w usta…, co tu nagle robi ona?

Wsko­czy­łem z butelką na krze­sło i krzy­cza­łem: „Jestem Panem Świata!!!”.

Zastu­ka­łem do drzwi apar­ta­mentu. Otwo­rzyła zasko­czona, ale natych­miast opa­no­wała się i spoj­rzała pyta­jąco. Ukło­ni­łem się lekko.

– Wybacz, że tak wcze­śnie rano.

Uchy­liła sze­rzej drzwi, ale bez entu­zja­zmu.

– Nie spo­dzie­wa­łam się cie­bie, szcze­rze mówiąc.

Deli­kat­nie zamkną­łem drzwi za sobą.

– Par­don! Wyda­rzyła się wielka sprawa! Roz­bi­łem bank!

– Pro­szę?

– Roz­bi­łem bank kasyna! Wygra­łem! Dwa miliony fran­ków! Two­imi żeto­nami!

– O!… pro­szę!… Naprawdę?!

– To jest twoja wygrana! Mam obo­wią­zek i przy­jem­ność zwró­cić ci ją. No… pra­wie. Chyba tysiąc już wyda­łem.

– W żad­nym wypadku, chłop­cze. To twoja wygrana. Zasłu­ży­łeś wczo­raj na to. Tutaj. I jesz­cze jedno. Kiedy zoba­czy­łam cię pierw­szy raz pod­czas zaprze­szłej nocy, zwró­ci­łam na cie­bie uwagę, bo… cóż, po pro­stu spodo­bała mi się twoja… powłoka cie­le­sna. I przy­glą­da­łam się, z jaką sza­loną deter­mi­na­cją tra­ci­łeś kolejne żetony. A gdy wczo­raj usia­dłeś obok mnie – nie wni­kam, czy przy­pad­kowo – cele­bro­wa­łeś w spo­co­nych i drżą­cych dło­niach jedyny żeton. A stra­ciw­szy go skła­ma­łeś, że obsta­wiasz tylko raz pod­czas wie­czoru. Łatwo wywnio­sko­wa­łam, że mia­łeś tylko jeden na całą noc. Nie mam racji??

Naresz­cie uśmiech­nęła się lekko i wska­zała fotel, ale nie usia­dłem.

– Ewe­lino! To… może cho­ciaż po poło­wie? Twój kapi­tał, moja robo­ci­zna. Tak chyba będzie hono­rowo?

– Non­sens. Ow­szem, lubię pie­nią­dze, ale zasta­nów się roz­sąd­nie: co bym powie­działa mężowi? Że zna­jomy dał mi milion? Prze­cież sen­sa­cja się roz­nie­sie, już się pew­nie roz­nosi. Z gazet dowie się, że to ty. Jak mu wytłu­ma­czę?

– No… Wła­ści­wie znowu masz rację. Ale to dys­ho­nor dla mnie.

– Nie mówmy w tym przy­padku o hono­rze. Pro­szę cię. Jeśli uwa­żasz, prze­każ moją część tego majątku… na Pol­skę.

– Na Pol­skę?! Prze­cież nie ma Pol­ski.

– Ale będzie. Może już wkrótce. Tylko, na Boga, żadna tam „Fun­da­cja Ewe­liny Michal­skiej”. Raczej już… Anny Jagiel­lonki.

Unio­sła twarz i poca­ło­wała mnie w usta. Bar­dzo deli­kat­nie, jak na Jagiel­lonkę.

Dyrek­tor Etienne Bach przy­jął mnie w pół­mrocz­nym gabi­ne­cie, nie wsta­jąc zza biurka.

– No, tak… Mon­sieur Jaro­szyń­ski. Naro­bi­łeś tu dużo kło­po­tów. Pry­wat­nie mówiąc, mam cię za nic, bo nie dotrzy­ma­łeś danego słowa…

– Otrzy­ma­łem zakaz, ale nie przy­rze­ka­łem, że dotrzy­mam.

– Gów­niana linia obrony. Wiesz o tym. Ale sprawa nie jest taka pro­sta, bo nie mamy nic na papie­rze. A o two­jej wygra­nej już jest gło­śno. Zawsze kręcą się tu jacyś dzien­ni­ka­rze od sen­sa­cji. Wczo­raj też byli, widzieli wszystko, zdą­żyli ścią­gnąć foto­gra­fów…

– Spo­strze­głem.

Prze­su­nął po bla­cie biurka zło­żoną w pół gazetę.

– Już napi­sali. Teraz węszą i roz­py­tują, więc jutro będzie jesz­cze wię­cej. Zaist­niał, więc, jakby to pre­cy­zyj­nie nazwać… fakt pra­sowy? I co teraz? Jeśli nawet oka­żesz szczątki honoru i nie będziesz się doma­gał wygra­nej, to prasa zrobi to za cie­bie. Bo widzisz – mia­sto z nas żyje, ale nie­ko­niecz­nie nas lubi. Poja­wią się chciwi praw­nicy, zawi­słe sądy… A kasyno to pie­niądz, a ten nie lubi roz­głosu.

Chwilę mil­czał, patrząc w szcze­linę świa­tła w nie­do­cią­gnię­tej zasło­nie.

– A zatem… Wygra­łeś, Karolu. Roz­bi­łeś bank. Gra­tu­luję.

– Nie wiem, co powie­dzieć.

– Nic. A tak na mar­gi­ne­sie… Jakiś sys­tem? Mam tu szcze­gó­łowy raport z prze­biegu wczo­raj­szych gier… – Bach postu­kał pal­cem w leżącą przed nim kartkę, – I żad­nej logiki w tym nie widzę.

– Nie było sys­temu. Stało się to, co musiało się stać.

– Sły­sza­łem to przed­wczo­raj. Prze­zna­cze­nie. Kismet.

– Tak. A przy oka­zji, ile wygra­łem?

– Dwa miliony dzie­więć­dzie­siąt pięć tysięcy pięć­set pięć­dzie­siąt fran­ków. Sporo. Pra­wie osiem­set kilo złota.

– Sie­dem­set sie­dem­dzie­siąt osiem, mniej wię­cej.

– No tak. Umiesz prze­cież szybko liczyć. Aha! Jesz­cze jedno ważne: cofam ci zakaz wstępu do kasyna. A nawet zapra­szam.

– O!

– Co się dzi­wisz? Musisz odpra­co­wać wygraną. Teraz, w aure­oli geniu­sza, ścią­gniesz do nas wię­cej klien­tów. Ludzie czy­tają gazety i chcą marzyć. Pozjeż­dżają się więc tutaj.

– Przy­kro mi, ale to była moja ostat­nia wizyta w kasy­nie. Jeśli cię pocie­szy, to w jakim­kol­wiek kasy­nie.

– O!

– Tłu­ma­czy­łem ci. Chcia­łem osią­gnąć abso­lut – roz­bić bank w naj­słyn­niej­szym kasy­nie świata. I to się stało. Już nie mam czego szu­kać w hazar­dzie.

– Co zatem?

– Są inne szczyty do zdo­by­cia.

– Na przy­kład?

– Przed­się­bior­czość. Za dzie­sięć lat będę… naj­bo­gat­szym czło­wie­kiem na świe­cie! I… zię­ciem cara Miko­łaja! Jestem prze­cież Panem Świata.

– O, la, la! Upo­iło zwy­cięzcę. Pomoże ci, jeśli się z tobą o to założę?

– Będę zaszczy­cony!

– A więc za dzie­sięć lat, o jede­na­stej rano, w tym samym miej­scu.

Wstał i poda­li­śmy sobie ręce.

Byłem już w poło­wie drogi do drzwi, ale zatrzy­mał mnie.

– Jesz­cze ostat­nie pyta­nie, któ­rego zapewne się nie spo­dzie­wasz… Pra­gniesz być powszech­nie lubia­nym?

Tra­fił mnie w czułe miej­sce. Sta­łem, pró­bu­jąc upo­rząd­ko­wać myśl.

– Jak już wspo­mnia­łem ci przed chwilą, wycho­wa­łem się w rodzi­nie licz­nej, majęt­nej, zgod­nej i w zasa­dzie szczę­śli­wej. Tylko, że na sku­tek róż­nic wieku, uspo­so­bień i tem­pe­ra­men­tów, żyłem nie­jako obok nich. Szczel­nie zdy­stan­so­wany. Wła­ści­wie zale­d­wie akcep­to­wany, jak ruchomy przed­miot wypo­sa­że­nia domu, oczy­wi­sty, ale w zasa­dzie zbędny. Obo­jęt­ność braci nawet mnie nie bolała, ale o względy matki i sióstr zabie­ga­łem nie­ustan­nie i bez­sku­tecz­nie. Roz­pacz­liwe próby zaskar­bie­nia ich sym­pa­tii, lub choćby uwagi, odno­siły prze­ciwne skutki. Na ogół obo­jętne, nie­kiedy nawet kar­ciły mnie za natręc­two. Tym bole­śniej, że byle jak. I ślady tego pozo­stały. Być może dla­tego teraz tak żywio­łowo zabie­gam o sym­pa­tię kobiet. Cóż. Taki już jestem i tego nie zmie­nię. A i nie chcę. Krótko mówiąc – tak! Od naj­młod­szych lat do dziś noszę w sobie dwa pra­gnie­nia: bycia lubia­nym i bycia lep­szym od innych. Najlep­szym.

– Ależ Char­les! Prze­cież to się wza­jem­nie wyklu­cza. Albo będziesz naj­lep­szym, albo lubia­nym. Trzeba wybie­rać. Tylko, że ty po wyda­rze­niu dzi­siej­szej nocy tego wyboru już nie masz. Te sto osób, które były świad­kami two­jego triumfu, obda­rzyły cię podzi­wem, ale i nie­chę­cią. Mniej lub bar­dziej świa­domą. A za kilka godzin wyjdą popo­łu­dniowe gazety i będziesz boha­te­rem na ustach milio­nów, któ­rzy oto­czą cię podzi­wem i towa­rzy­szącą temu zawi­ścią. A do tego jesz­cze jesteś bez­czel­nie atrak­cyjny z wyglądu – Tu Etienne Bach uśmiech­nął się miękko i zalot­nie, jak kobieta – tym gorzej dla cie­bie. Więc jeśli zro­bisz bły­sko­tliwą karierę, w co nie wąt­pię zna­jąc twoje kom­pleksy, wkrótce sta­niesz się dziec­kiem szczę­ścia i kró­lem życia. I wło­żysz sobie na głowę koronę. Cier­niową. Która nawet nie boli, jeśli ktoś ma grubą skórę. Ale ty aku­rat nie masz. Więc o byciu lubia­nym – zapo­mnij!

Sze­dłem w środku dnia przez pusty i ciemny hol Grand Casino. Stuk obca­sów grzmiał w zupeł­nej ciszy jak salwy. Otwo­rzy­łem drzwi. Blask słońca ude­rzył i ośle­pił. Ze srebr­no­sza­rego traw­nika uniósł się kom­plet­nie biały ptak. Sroka.

– To spora suma. Naprawdę duża… Wielka. Uczci­wie mówiąc, prze­kra­cza war­tość zabez­pie­cze­nia naszego banku w zło­cie.

Dyrek­tor Pry­wat­nego Banku Han­dlo­wego w Kijo­wie przy­jął nas na sto­jąco. Trudno. Widać, że lekko oszo­ło­miony tre­ścią trzy­ma­nego w drżą­cej dłoni doku­mentu, nie mógł ukryć zakło­po­ta­nia. Roz­glą­da­łem się cie­ka­wie po gabi­ne­cie. Niby cały w maho­niu, świe­żym, bo jesz­cze pach­niał, ale zegar w kącie zale­d­wie nie­miecki „Grund­mann & Sohne”, śred­niej marki. Krysz­tały żyran­dola ze szkła pomniej­szej jako­ści, a i szli­fo­wane mar­nie, pochła­niały pro­mie­nie świa­tła, zamiast olśnie­wać. Cóż, pro­win­cja. Nawet sto­licę mają nie tu, a w Char­ko­wie, więc czego chcieć.

– Ale zda mi się, że pan mnie nie słu­cha – twarz dyrek­tora wyra­żała sprzeczne uczu­cia, bo suma na papie­rze impo­nu­jąca, moja osoba nie­znana, czyli, krótko mówiąc, nie­pew­ność.

– Słu­cham bar­dzo uważ­nie.

Urzęd­nik podra­pał się po spo­co­nym czole.

– Pro­po­nuje pan nam depo­zyt w postaci sied­miu­set pięć­dzie­się­ciu kilo­gra­mów złota, próby 999, loco bank Societe Gene­rale w Paryżu…

– To źle? Fran­cja spo­kojna, Paryż bez­pieczny, a tu w każ­dej chwili może się powtó­rzyć rok 1905. Fabryki staną, rubel poszy­buje w dół. To raczej ja ryzy­kuję.

– Natu­ral­nie… Można na to patrzeć i z tej strony, panie…

– Jaro­szyń­ski – szybko pod­po­wie­działa smar­kula, strze­la­jąc do mnie bły­skiem czar­nych oczu. „Te krysz­tały na żyran­dolu powinny mieć takie sło­neczne refleksy, jak jej śle­pia – prze­mknęło mi przez myśl – wtedy byłyby coś warte. Ależ ona piękna!”.

– Natu­ral­nie, panie Jaro­szyń­ski. Ale uprze­dzam…

– Możemy wresz­cie usiąść? – wypa­liła i nie cze­ka­jąc na przy­zwo­le­nie, przy­su­nęła sobie krze­sło. – Stopy okrop­nie zmę­czone, bo nowe pan­to­fle mam. Pre­zent sprzed chwili!

Roz­sia­dła się i na oczach zdu­mio­nego dyrek­tora bez­ce­re­mo­nial­nie zsu­nęła obu­wie ze stóp. Zają­łem miej­sce na sąsied­nim krze­śle.

– Ale uprze­dzam, panie Jaro­szyń­ski, że tak znaczna wpłata uza­leż­nia pana mają­tek od decy­zji władz banku. Nie­kiedy, w pana oczach, decy­zji ryzy­kow­nych.

– Wiem. Ale przy tak znacz­nej wpła­cie uza­leż­niam bank od moich decy­zji finan­so­wych. Nie­kiedy, w oczach władz banku, ryzy­kow­nych. Dla­tego wybra­łem mały bank.

Dyrek­tor na­dal stał, choć zachwiał się nie­znacz­nie.

– Mnie­mam, że natych­miast wnie­sie pan o kre­dyt?

– Tylko po to ulo­ko­wa­łem te środki.

– No, taak… – Dyrek­tor wziął głęb­szy oddech, ale nie zdą­żył wypu­ścić, gdy z hukiem drzwi wkro­czył dżen­tel­men rosłej postury, tęgi, siwo­włosy i cze­goś nader rado­sny.

– Drogi mon­sieur Karol!! Doprawdy! Jak­żem szczę­śliwy!

Dosko­czył do mnie w sekundę i zaczął ści­skać, jak­by­śmy się kie­dy­kol­wiek znali.

Dyrek­tor jesz­cze nie wypro­sto­wał ple­ców po ukło­nie, gdy zaczął, jąka­jąc się.

– Panie pre­ze­sie…

– Strocz­kin! Wie­nie­dykt Alek­san­dro­wicz. Ależ o panu gło­śno po salo­nach w całym Kijo­wie! No, No!… – Po czym spoj­rzał na swo­jego pod­wład­nego chłodno.

– A dyrek­tor Moro­zow nic nie wie. Odlu­dek! Świeżo z Woro­neżu żem go ścią­gnął, bo rodzina daleka, ale… – Pre­zes Strocz­kin mach­nął ręką i zatrzy­mał wzrok na owym Moro­zowie.

– Pawka! Skocz do gabi­netu „12”, bo tam narada jest w spra­wie kre­dytu hra­biego Ino­ziem­cowa… A tam „narada”! Kon­sy­lium wła­ści­wie, bo spłata umiera. Ha, ha, ha! No, idź, idź! Rychlej!

Odpro­wa­dził wzro­kiem skrom­nie odda­la­ją­cego się dyrek­tora.

– Nic nie wie! Taki typ… Jak­żem ja rad pana widzieć, Karol! Czy­ta­łem, czy­ta­łem! Monte Carlo! Góra złota! No, no! A jakże pana witano w domu, w Win­nicy? Pew­nie tak rado­śnie, jak ja?

– Nie byłem jesz­cze w domu.

– A!… Nie był… Ale musi mi pan, Karolu drogi, opo­wie­dzieć, kiedy, jak to tam było w tym Monte Carlo. Usią­dziemy u mnie, popi­jemy starki, a mam czter­dzie­sto­let­nią! Bo sam w owym Monte Carlo jesz­cze nie byłem, nie zło­żyło się. Choć chcia­łaby dusza do raju… he, he, he!

Korzy­sta­jąc z wol­nej chwili pod­czas tyrady pre­zesa, zabra­łem doku­ment z dyrek­tor­skiego biurka. Więc gdy w końcu zapy­tał: „A cóż za potrzeba spro­wa­dza pana w moje niskie progi?”, pode­tkną­łem mu pod nos pismo, które prze­biegł nader szybko, może tylko zwra­ca­jąc uwagę na liczby.

– Kre­dy­cik? Czyż nie?

– Nie użył­bym zdrob­nie­nia, ale tak. Kre­dyt.

Prze­stał się nagle uśmie­chać.

– No, tak. Oczy­wi­ste. Nie­mniej tak ogromny kre­dyt to dla nas wielki znak zapy­ta­nia. Wolno pro­sić o nie­dy­skre­cję? Czy to będzie bez­pieczna inwe­sty­cja?

– A to już pan pre­zes lepiej wie.

Pod­niósł na mnie wzrok, pełen cie­ka­wo­ści. Nie bez­in­te­re­sow­nej.

– Nie rozu­miem. Co zatem zamie­rza pan nabyć?

– Wasz bank.

Czar­no­oka prych­nęła śmie­chem dys­kret­nie, ale sły­szal­nie. Dopiero wtedy zwró­cił na nią uwagę. Pochy­lił się ku mnie i stwier­dził pół­gło­sem:

– Skoro to na poważ­nie…

– Cał­ko­wi­cie.

– To wydaje mi się, że nasza dal­sza roz­mowa wymaga mak­sy­mal­nej dys­kre­cji – i wska­zał ją wzro­kiem.

– Bez obaw. To moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka.

Uspo­ko­jony kiw­nął głową. A ja pochy­li­łem się ku niej i szep­ną­łem:

– A wła­ści­wie jak ty masz na imię?

Wycią­gnęła do Strocz­kina dłoń, którą on uca­ło­wał soczy­ście.

– Raisa Metre­velli. Miło mi…

No tak! Gru­zinka! To tłu­ma­czy tę kar­na­cję. I tę gorącą krew. Strocz­kin poja­śniał w uśmie­chu.

– Jestem zaszczy­cony! Będę pamię­tał!

Z jej oczu bły­snął ku mnie kolejny czarny pio­run.

– Obaj zapa­mię­taj­cie.

Pre­zes pospie­szył z wyja­śnie­niem.

– Począt­kowo po pro­stu wzią­łem panią za sio­strę naszego dro­giego Karola.

– Moje sio­stry są dużo star­sze… I nie tak piękne – doda­łem, by uspo­koić gniew ślicz­nej, jak się oka­zało – Raisy.

Poskut­ko­wało.

Wygrze­ba­li­śmy się z pościeli dopiero koło dzie­sią­tej. Odsu­ną­łem zasłony, wpusz­cza­jąc świa­tło i gwar śród­miej­skiej ulicy. Pię­tro niżej, przed wej­ściem hote­lo­wym, kumu­lo­wał się hałas wiecz­nie obec­nych han­dla­rzy zmie­sza­nych z gośćmi i prze­chod­niami, pisk kół tram­waju o szyny, pry­cha­nie koni, stuk pojaz­dów i moc dźwię­ków nie­od­gad­nio­nego pocho­dze­nia. Z przy­jem­no­ścią obser­wo­wa­łem, jak Raisa powoli zakłada bie­li­znę.

Splo­tłem dło­nie za głową.

– Muszę wyje­chać na parę dni.

– Kiedy?

– Zaraz!

Zatrzy­mała zapi­na­nie gor­setu.

– To teraz mi mówisz? W takim razie musimy zdą­żyć do maga­zynu, bo w gości ja nie mam nic. Ani popo­łu­dnio­wego, ani na wie­czór. I jakiś sakwo­jaż choćby, kosme­tyki te naj­po­trzeb­niej­sze. Buty na podróż. Wiesz, nie­po­ważny jesteś! To powo­zem będzie? Koleją? Godzina w maga­zy­nie, jak nic. Albo i dłu­żej. Prze­cież muszę sta­ran­nie dobrać, nie wezmę nic pierw­szego, co mi pod nos pod­suną…

– Sam jadę. Do matki. Rozu­miesz, to nie będzie wizyta towa­rzy­ska.

– A kiedy wró­cisz?

Roz­ło­ży­łem ręce.

– Ja wiem? Dwa dni? Tydzień?

– No wiesz! I co ja będę robić w tym cza­sie?

– Nie wiem. Może wróć do męża?

Loko­mo­tywa sapała daleko z przodu. Za oknem, jak w kine­ma­to­gra­fie, prze­su­wały się zna­jome obrazy. Pej­zaże z prze­szło­ści. Dość mono­tonne, trzeba przy­znać obiek­tyw­nie, ale cóż, kochane. Pusty­nie ścier­nisk, zagaj­ni­ków ciemne plamy, łąki już przy­bla­kłe, cie­ni­ste ściany lasów…

Żela­zne koła zadud­niły po moście. Chyba Rasta­wica. No to już bli­sko pół drogi…

Wyku­pi­łem cały prze­dział klasy pierw­szej, bo przy­pad­ko­wych towa­rzy­szy podróży nie cier­pię. Za to nie­obute nogi można wycią­gnąć, a i bąka puścić bez­kar­nie, co mi się wła­śnie zda­rzyło. I poczy­tać w spo­koju naresz­cie. Ponad dwie­ście wiorst, to i zapas gazet, maga­zy­nów roz­ma­itych zabra­łem: kijow­skie, peters­bur­skie, nawet „Wie­ner Tag”. Ze trzy funty tej prasy… nie… dwa i pół funta naj­wy­żej. Unio­słem stos ponad pul­pit… Jed­nak chyba będzie trzy. Papier gaze­towy wcale ciężki jest w jed­no­stce masy. O czym piszą?… Świat pędzi do przodu… „Armia Sta­nów Zjed­no­czo­nych kupiła pro­jekt braci Wri­gh­tów”. Tym­cza­sem Cesar­stwo otwiera linię dla cywil­nych pasa­że­rów. „Deut­sche Luft­shif­fars AG”. Jak cywil­nym otwie­rają, to woj­sko już ma… Ale z dru­giej strony, pro­szę! „Mary­narka Jego Kró­lew­skiej Mości opra­co­wuje pro­jekt armaty prze­ciw­lot­ni­czej”… Jak zezwo­lili pra­sie pisać, że „opra­co­wują”, to pew­nie już opra­co­wali. Anglik ostrożny jest. Takie reguły gry… Swoją drogą, jak z armaty ustrze­lić fru­nący aero­plan? Muszą zapewne mieć dwie lufy, jak dubel­tówka, albo nawet wiele luf… I strze­lać chmurą śrutu, tylko znacz­niej­szego, bo aero­plan to cel podobny do ptac­twa, tylko więk­szy… Poży­jemy, zoba­czymy. Nie­stety… Dość pewne, iż przy­szłe wojny będą roz­gry­wać się w prze­stwo­rzach. Przy­naj­mniej czę­ściowo… Jesz­cze jeden drobny bączek… I oczy­wi­ście natych­miast ktoś puka z kory­ta­rza! Patrzę uważ­nie w cie­nie za szybą. Star­szy jego­mość, siwa bródka, zęby szcze­rzy… znam! Sąsiad nasz nie­da­leki, spod Kali­nówki. Z ojcem nie­gdyś w radach zasia­dał… Palusz­kie­wicz. Chciał nie chciał, trzeba otwo­rzyć. Wsta­łem.

– Młody pan Jaro­szyń­ski!! Toż to nie­spo­dzianka! Kopę lat!

– Kła­niam panu sąsia­dowi.

Naści­skał się mojej ręki i usiadł, posa­pu­jąc.

– No to jak­bym cię myślami wywo­łał, panie Karolu. No bo oczy­wi­ście żem czy­tał o tej two­jej for­tu­nie z kasyna. No, Chry­ste Panie! Tonna złota!

– A gdzie tam tonna!

– Już ja swoje wiem. Jak gazety piszą „jeden”, to czy­taj „dwa”. Ale wypy­ty­wać cię nie będę, bo pew­nie wszy­scy wypy­tują.

– Ow­szem, wypy­tują.

– To i nie dziw się im… Ależ się z cie­bie męż­czy­zna zro­bił dorodny! Jak ten czas leci! Bo ja cię pamię­tam, o… dosłow­nie takiego! – Uniósł dłoń gdzieś tak dzie­sięć cali nad pod­łogą. Czyli pamię­tał mnie z łona matki, mniej wię­cej szó­sty mie­siąc ciąży. Cie­kawe…

– A mój Zyg­muś w ofi­cery poszedł. Kawa­le­ria! Też kawał chłopa!… Czyli do domu jedziesz?

– Do domu.

– No to się pani Karo­lina ucie­szy. Tele­gra­mem uprze­dzi­łeś, czy nie­spo­dzianka?

– Uprze­dzi­łem.

– To już pew­nie tam z nogi na nogę prze­stę­pują. No bo to, nie kła­maw­szy, Jaro­szyń­scy spod Win­nicy nie­biedni, ale tonnę złota do majątku dodać, to jest coś! Pyta­nie – w co inwe­sto­wać? Nie ma mądrych, ale ja mam coś upa­trzo­nego… Sery twarde! Prze­go­nić precz Holen­drów i Fran­cu­zów! Mleko u nas tań­sze i lep­sze, ręce tań­sze i lep­sze…

Odsu­ną­łem gazety. Będą dwie godziny eko­no­mii rol­ni­czej…

…Szybko jed­nak nasza roz­mowa, a ści­ślej mono­log jego, na cał­kiem odmienne tory prze­sko­czył.

– Domy­ślam, ma się rozu­mieć, że w owym Monte Carlo słyn­nem, a też w nad­mor­skich oko­li­cach, tych Nice­ach róż­nych… Bo Nicea tam nie­da­leko, nie­praw­daż?

– Zga­dza się. Nicea.

– …towa­rzy­stwa świa­to­wego, mondu, ludzi świet­nych nazwisk i wybit­nych pozy­cji, ory­gi­na­łów takoż, pozna­łeś tam znaczną ilość…

– Fakt. Masę.

– …wśród nich także panien zna­mie­ni­tych, boga­tych, pięk­nych a pochop­nych, nowo­cze­snych w oby­czaju, he, he… po tam­tej­szych salo­nach, ope­rach, kawiar­niach, nie bra­kuje.

– Bywają.

– To i dla mło­dzieńca takiej pre­zen­cji, jak twoja, takich konek­sji i dow­cipu… to pew­nie był jeden wielki raj?

– Nie narze­ka­łem, panie sąsie­dzie.

– A nie sądź, he, he, he, że potę­piam. Wręcz prze­ciw­nie: z każ­dego dzbana miodu warto popró­bo­wać! Toż to przy­wi­lej mło­do­ści. Ale… do trzy­dziestki! Do trzy­dziestki. Póź­niej już można, ba, trzeba! uważ­nie rozej­rzeć się za towa­rzyszką życia naj­od­po­wied­niej­szą. Nie­stety, jedną. Wartą ustat­ko­wa­nia się, czyż nie?

– Tak mówią.

– I otóż na myśl mi z nagła przy­szła panna pewna z mojej fami­lii…, ale dale­kiej! Żeby nie było, że krewną reko­men­duję… Kry­stynka. Urody aniel­skiej, po pro­stu zwala z nóg! A przy tem podob­nież knia­zini, szkoda, że po matce, ale mimo wszystko. A i ziemi ma szmat po hory­zont, plus lasy, tar­tak, młyny i czego byś nie chciał. Pod sądem, prawdę mówiąc, ale wygra. Więc jak­byś był skłonny, albo tylko cie­kaw, to wystar­czy jeden tele­gram do mnie…

Za oknem poja­wiły się zbu­do­wa­nia przed­mie­ścia i pociąg zaczął zna­cząco zwal­niać. Palusz­kie­wicz pode­rwał się z kanapy.

– A licho!! Toż już Win­nica! A ja żem w prze­dziale towa­rzy­stwo zosta­wił! I bagaże!

Dosko­czył do drzwi i żegnał się już z kory­ta­rza. Jesz­cze cof­nął dać bilet wizy­towy, który w kie­szonkę wsa­dzi­łem.

– A nie zapo­mnij! Kry­stynka! Jeden tele­gram…

Ja także zaczą­łem się zbie­rać. Zgar­ną­łem nie­do­czy­taną prasę, baga­żowy chwy­cił za kufer i prze­ma­sze­ro­wa­li­śmy na odle­gły, boczny peron, gdzie na wąskich torach stał śmiesz­nie mały paro­wo­zik i minia­tu­rowy wagon salonki. Zna­łem ten zestaw od dziecka, bo ojciec czę­sto z niego był korzy­stał, wiele razy i mnie zabie­ra­jąc. Wkro­czy­łem zatem do wnę­trza, może nie jak do domu, ale w wehi­kuł czasu, cofa­jący mnie w miłą prze­szłość. Na bla­cie stołu stał samo­war, pew­nie ten sam, kosz z owo­cami i rogowy nożyk na małej tacce. Wszystko sprzed lat, tylko owoc świeży. Zawia­dowca przez okno spoj­rzał pyta­jąco, kiw­ną­łem głową i ruszył pociąg z jed­nym pasa­że­rem, który wresz­cie mógł dokoń­czyć gazety.

Na plat­for­mie sta­cji „Wap­niarka”, przed małym, bie­lo­nym budyn­kiem kole­jo­wym, stał na bacz­ność ten sam naczel­nik co zawsze, choć tym razem w dopię­tym mun­du­rze i lśnią­cych butach. Wle­pił oczy we mnie, sto­ją­cego na stop­niu i chrzą­ka­jąc, cze­kał, aż się zbliżę. Rozej­rza­łem się wokół i spo­strze­głem nie­co­dzienny tłu­mek miej­sco­wych oby­wa­teli, ubra­nych nie­dziel­nie, w koszule białe, sur­duty, kami­zelki, nie­rzadko nawet jed­no­cze­śnie. Zawia­dowca tutej­szy, roz­po­star­tymi ramio­nami zna­czył im gra­nicę nie­prze­kra­czalną, a wszyst­kie oczy skie­ro­wane były na mnie. Naczel­nik zro­bił dostojny krok naprzód, a obok blon­dy­neczka w różo­wej sukience, pod­lo­tek może dzie­się­cio­letni, o kształt­nej twa­rzyczce i wiel­kich brą­zo­wych oczach, (oj, ładna panna kie­dyś z niej będzie) trzy­mała tacę pod bia­łym obru­sem, na któ­rym drżała karafka z wódką i oszro­niony, napeł­niony kie­li­szek.

Naczel­nik jesz­cze raz odchrząk­nął i zasa­lu­to­wał.

– Niech mi będzie wolno… powi­tać uni­że­nie… ehm!… wiel­kiego syna naszej ziemi…

Cóż za beł­kot. Wystar­czy jedna udana noc w kasy­nie i sta­jesz się „Wiel­kim Synem Tej Ziemi!”.

– …z dumą…, ale nie tylko z dumą… ehm!… ale i sza­cun­kiem…

By skoń­czyć żenu­jącą uro­czy­stość, chwy­ci­łem szybko kie­li­szek, pod­nio­słem w kie­runku mówcy i wychy­li­łem jed­nym mach­nię­ciem. Potem ukło­ni­łem jemu, a następ­nie zgro­ma­dzo­nym, czego pew­nie ocze­ki­wali, bo kilku zaczęło kla­skać. Na szczę­ście jak spod ziemi wyrósł nasz Kon­stanty. Sztywny, jakby kij połknął, wykroch­ma­lony, wyfra­czony, włos przy­gła­dzony na mokro. I wzru­szony auten­tycz­nie.

– Witamy, pani­czu Karolu! Szczę­śliwy nam dziś dzień nastał…

Dalej mu gadać nie dałem, tylko uści­sną­łem, obją­łem po męsku, aż nam łzy pocie­kły.

– Dobra. Bierz kufer i ruszamy. Czym prę­dzej!

– Jeden kufe­rek?! Ino?

– Kon­stanty! Opa­mię­taj się. Czy ja jestem jakaś matrona, żeby bagaże za mną sze­re­giem nie­śli? Łap kufer i nie marudź.

Porwał kufer i poniósł, ale zdzi­wiony. Na pod­jeź­dzie stała, zaprzę­żona w parę bia­łych koni, nowiutka vic­to­ria. Jak spod igły. Błysz­cząca czar­nym lakie­rem i wiśnio­wym welu­rem piko­wa­nej kanapy. Roz­cią­gną­łem się na mięk­kich sprę­ży­nach. Kon­stanty na tyl­nym stop­niu, czyli jak się u nas mawiało, na „zadu­piu”, zaci­snął kufer skó­rza­nym pasem i już się piął na kozioł, ale go wstrzy­ma­łem.

– Cze­kaj! Posuń się, siądę obok cie­bie.

– Pro­szę?! Jakże to?

– Poga­dać chcę. Nie będziesz prze­cież do tyłu mówił.

– Ale nie godzi się tak! Pani­czu! Ludzie patrzą. Gotowi pomy­śleć, że panicz socja­li­zuje!

– Dobrze. Wieź mnie tedy, ale za mia­stem się prze­siądę.

Cie­szy­łem oczy… Kiedy wiesz, jaki odnaj­dziesz widok za każ­dym pagór­kiem i za każ­dym zakrę­tem drogi, to już nie są rodzinne strony. To jest dom.

– Pani matka, Bogu dzięki, zdrowa. I przy ener­gii takiej, aż pozaz­dro­ścić. A rygor trzyma, jak, nie przy­mie­rza­jąc, pru­ski ofi­cer.

– Julka zna­la­zła ado­ra­tora?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki