47,00 zł
Karol Jaroszyński w 1909 roku rozbił bank w kasynie w Monte Carlo. Jego wygrana w ruletkę stanowiła równowartość prawie ośmiuset kilogramów złota. Dzięki tej fortunie został finansistą i przedsiębiorcą, umiejętnie powiększając majątek, który w 1916 roku szacowano (w przeliczeniu na dzisiejszą walutę) na 200 miliardów złotych. Na drodze jego kariery stanęła rewolucja bolszewicka 1917 roku. Jako jeden z nielicznych próbował ocalić carską rodzinę. Także z przyczyn osobistych. Był bowiem w nieformalnym związku z córką cara.
Ta opowieść to również, a może przede wszystkim, historia tragicznej miłości.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Powieść ta nie jest biografią, lub nawet jej częścią. Jest to fabuła, oparta na faktach z życia Karola Jaroszyńskiego, ale również sporo tu fantazji autorskiej. Ile jej jest, sam nawet nie wiem, starając się tropem faktów dopowiedzieć niedopowiedziane. Zatem obok większości, które bez wątpienia miały miejsce, znajdują się i te, które się nie zdarzyły, choć zdarzyć się mogły. Nie ma zaś tylko tych, które odbyć się nie mogły. Na ogół…
W rzeczywistości wszystko wyglądazupełnie inaczej, niż jest naprawdę.
Stanisław Jerzy Lec
„Jak można tak niepostrzeżenie się stoczyć…” – zamyśliłem się, spoglądając przez okno na majestatyczny front Hotel de Paris, widoczny w oddali przez szczelinę wśród innych domów miasta. Jeszcze przed kilkoma miesiącami… no, nie… przed ponad rokiem, rezydowałem tam w luksusowym apartamencie na drugim piętrze, z widokiem na Place du Casino, otwartym rachunkiem i zachwycającą pokojówką Fatimą, dziewiętnastoletnią Somalijką.
„Ani nagle, ani niespodziewanie” – poprawiłem się w myślach, usiłując bezskutecznie domknąć okno, niedbale odnawiane niezliczoną warstwą farb. Wyciągam smoking z szafy… Dlaczego te zawiasy tak niemiłosiernie skrzypią? Kazałem naoliwić, ale komu to tłumaczyć? Już ledwo co u mnie sprzątają, właściwie wcale. Pościel zużyta, pognieciona, szara. A i po cóż zmieniać? Przyniosą nową, też szarą, bo płótno stare, sparciałe nieomal. Biorę ze stolika dzbanuszek oliwy z tacy, leję delikatnie na zawias. Może przestanie piszczeć. Oczywiście kropla spada na czubek buta. Nie problem. Nawet dobrze. Szuwaks się skończył, więc pucuję szmatką obuwie. Nikt tu za mnie tego nie wykona. Dobrze, że jeszcze z pralni koszule przychodzą porządnie wykrochmalone. I cud jakiś, że oddają akurat moje. Wącham czysty rękaw. No cóż… ług. A co ma być czuć? W „Hotel de Paris” odnosili bieliznę w pudełkach z płatkami róż. Nie roztkliwiamy się, Karol! Jest, jak ma być. To jeszcze tylko parę dni, tydzień najwyżej.
Dwa i pół roku ustawicznych, codziennych porażek, rzadko – zbyt rzadko – okraszonych chwilami tryumfu, nagłego zastrzyku wiary, że to ja właśnie, nie kto inny, jest wybrańcem kapryśnego losu, Dzieckiem Fortuny. Panem i Władcą piekielnego kręgu trzydziestu siedmiu liczb. Że cały ten świat: ów pałac hazardu, tłumy eleganckich desperatów z każdego zakątka świata, skrzące się tęczowymi błyskami klejnoty, trunki w kryształach, szatańska modlitwa irytująco nienagannego krupiera: „Rien ne va plus!”; cały ten obsesyjny mikrokosmos jest… nieprawdziwy. To iluzja, zaaranżowana wyłącznie dla mnie – jedynego prawdziwego materialnego bytu. Ich nie ma, jestem tylko ja, jedyny widz w gigantycznym teatrze marionetek. A skoro tylko ja jestem tu materialny, to cały ten spektakl wieloletni, powtarzalny, uporczywy, musi zakończyć się tylko w jeden sposób. Grand finale. Dla mnie. Rozbijam bank! Nawet nie zgarniam żetonów, bo i tak wiedzą, że to wszystko już moje. Kasjer Vincent, wzruszony – może nawet ma łzy w oczach – podpisuje czek, składa na pół, dociska paznokciem na grzbiecie i wolno przesuwa po blacie w kierunku mojej dłoni. Ja rzucam mu… nie, kładę i też wolno przesuwam żeton – 1000 franków. Słyszę brawa i okrzyki za plecami. Chowam czek do wewnętrznej kieszeni, mimowolnie a celowo powoli celebrując ostatni akord zwycięstwa. I wychodzę. Wypływam. Wzlatuję… A tam, za mną, spektakl skończony. Aktorzy mojej opery wypuszczają oddech, statyści siadają, zdejmują wykwintne nakrycia, panie oddają biżuterię skarbnikowi do kuferka, kelnerzy zlewają resztki trunków z powrotem do butelek, bo szkoda przecież. Zwijają dywany do prania, wchodzą dekoratorzy ściągnąć obrazy i draperie. Kierownik wypłaca pensję statystom, pod tylne drzwi zajeżdżają platformy po meble…
Bo to wszystko iluzja. Prawdziwy jest tylko czek. Tak będzie, bo być musi. Kiedy? Jeden Szatan wie. Może dziś? Dlaczego właśnie akurat nie dziś? A zatem trzeba tam być. Jestem przecież głównym aktorem tego spektaklu. Co by się nie stało.
Słońce w oknie skrywa się powoli za wzgórzem pałacu Grimaldich. Pora ruszać.
Teraz ten niemiły rytuał. Otwieram pugilares. Sto… sto pięćdziesiąt… Zaraz! Przecież miałem pięćset franków od Jaspera. Banknot był tu, w przegródce na bilety wizytowe, złożony na czworo… Był… Ale być przestał. Przedwczoraj jedenaście razy z rzędu szły czarne. Nie lubię jedynek, za to tuzin to moja szczęśliwa liczba. Postawiłem ten tysiąc na „czerwone”, bo to niedopuszczalne, żeby tyle razy wyszło „noir”. No i w pewnym sensie instynkt mnie nie zawiódł. Nie przyszło czarne. Wyszło „zero”.
Powoli zatrzasnąłem pugilares. 250 franków. Stawać do gry z kilkoma żetonami to śmieszne. Nawet więcej, to niesmaczne. Hańbiące. Jak można wchodzić do Białego Salonu z taką sumą? To wręcz żebracze. Fortuna nie znosi żebraków. Lepiej wcale nie iść, niż wkraczać z opuszczonym czołem, bo zaledwie pięć żetonów w spoconej dłoni. Przecież inni to czują, że zjawiasz się bez moralnego prawa do wejścia.
Koperta w kieszeni sakwojażu. 300 franków na pociąg i zaległy hotel. „Zachowaj resztki rozsądku i traktuj jako żelazną rezerwę” – uprzedził Kazik, listownie dosyłając pieniądze. „To jest ostatnia przesyłka” – ostrzegł. Kazimierz wie lepiej. Zawsze wiedział lepiej. „Żelazna rezerwa” to przecież nie znaczy nic innego, jak „nie graj nimi w kasynie”. Nakaz. Jak może brat brata, w dodatku młodszego, skazywać na upokorzenie, banicję towarzyską? Człowiek, który był raz w burdelu, a w operze nigdy, ośmiela się być Katonem osoby światowej? To doprawdy niesmaczne. Na szczęście na banknotach nie jest napisane, do czego mają posłużyć.
Sięgam na dno szafy po sakwojaż. Zabieram z bocznej kieszeni liliową kopertę i wyjmuję banknoty owinięte bibułką. Rozwijam… Na bibułce jest coś napisane… „To są pieniądze matki”. Aha! Więc szantaż. To ma mnie ująć za serce. Pieniądze matki! Od ust sobie odjęła. Akurat! Daje lekką ręką po dziesięć tysięcy rubli rocznie na parafię, a drugą odejmuje sobie od ust dla mnie. Nasza rodzinna hipokryzja. Przecież mama pragnie szczęścia dla syna. A ja matczyne pragnienie szczęścia przenoszę do kasyna. Jak ten płomień olimpijski.
Sześć nowych banknotów upasło nieco pugilares. Laseczka, cylinder. Zamek jak zawsze zacina się, ale już nie ma czego chronić. Schody.
Mijam ukosem Place du Casino. Odźwierny, prawie dwumetrowy dryblas w czapce ze złotym otokiem, ukłonił się głęboko i uchylił skrzydło drzwi. W holu głównym już gęstniało. Powitania, powitania, powitania.
– Kłaniam, monsieur Meitner!
– Jak się masz, Karol!
Całuję szeroką jak szpadel dłoń jego małżonki i dysponentki gotówką, Gertrudy. Odchodzą.
– Co u ciebie, Karolu?
– Nic szczególnego, Antonio. Jak szczęście?
– Kręci się tu gdzieś niedaleko, ha, ha!
Zbliżam się do baru. Od śniadania nic nie miałem w ustach. Szybko dwie z łososiem. Dostojnie rozglądam się. Nikt nie zwraca uwagi. Z kawiorem. Spokojnie…
– Cześć przystojniaku!
– Cześć, Adam!
– Mam nadzieję, że dziś ci się powiedzie…
– A, dziękuję.
– Szczerze. W końcu to i mój biznes. Mnie też jesteś trochę winien…
Uśmiecham się i odwracam na pięcie. „Też!”. Bezczelność! Że jest wśród tych, którym zalegam z długiem. Nietakt. Ale cóż, Amerykanin! Ma jakieś gigantyczne udziały w tamtejszym kolejnictwie, ale każde tysiąc franków pamięta, jakby to były jego ostatnie. Oryginał!
Bardzo interesująca szatynka. Tej dotąd nie widziałem. Drobna, ale jakaś taka sprężysta. Z niebanalnym biustem, którego nie ukrywa. Obok niej zupełnie bezbarwny jegomość w binoklach. Zapewne mąż, bo rozmawiają półsłówkami, nie patrząc na siebie. Wśród głów mignęły siwe bokobrody generała Ziencewa. No, to trzeba się szybko przemieścić. Temu jestem naprawdę sporo winien. Tak dużo, że można rzec, bezzwrotnie. Lepiej go unikać, bo gwałtownik. Zwłaszcza, gdy wypije, czyli co wieczór. Lubi przyczepić się i wypomina na głos, jakby z ambony, przy ludziach, gęsto podpierając epitetami. Wulgarne. Osobna rzecz, że mu się nie dziwię. Staje ze swoją świtą przy stole z trunkami.
Dostojnie, ale raźnym krokiem przechodzę pod kantor kasowy. Czekam. Wymienia jakiś rudzielec, dzieciak prawie. Z akcentu – Anglik. Ci od zawsze rządzili na tym wybrzeżu. Najwspanialsze rezydencje – ich. Na wyspie im za zimno. Niezły kapitalik położył. Ciekawe, czy rodzice się cieszą? Albo może to szczęśliwy beneficjent testamentu? Jak ja przed laty. Oj, stopnieje ci mająteczek, zanim się obejrzysz! Poszedł. Pobiegł właściwie. Wyciągam powoli pugilares, odliczam banknoty, przebierając palcami. Wyciągam te moje pięćset pięćdziesiąt franków i nieruchomieję. Niby zastanawiając się, czy nie „wyciągnąć więcej”. Taka etiuda teatralna dla kasjera. Stary Vincent wie, że to tylko jasełka. I ja wiem, że on wie. Ale rytuał odbyć się musi. Zabieram żetony. Jedenaście. Nie lubię jedynek. Może jednak wziąć dziesięć i zostawić sobie pięćdziesiąt franków? Za późno. Zza gazety, ze swojego fotela, przygląda mi się Etienne Bach, dyrektor kasyna. Znamy się od lat, ale akurat nic dobrego z tego nie wynika. Poślizgał wzrokiem po mnie, nie zwracając uwagi, że i ja na niego patrzę. Nie skinął głową, tylko wrócił do czytania. Nie przepadam za nim. Nienagannie uprzejmy i świetnie udaje serdecznego, ale gładki jest, obło-okrągły, doskonały w kształcie, jak kulka do rulety. Chowam żetony do kieszeni i sunę do Białej Sali, już nie witając się z nikim, bo stół… Stół czeka!
Wtapiam się w drugi szereg obserwujących. Nigdy nie zasiadam do gry z marszu. Zresztą mało kto tak robi. Rozglądam się. Krupier jakiś nowy. Od kilku dni go widzę zaledwie. Nie jest nowicjuszem. Łysiejący czterdziestolatek o kłującym wzroku, południowiec, bo śniady. Irytujący. Jego ruchy są zbyt zamaszyste, przeakcentowane, przypominają gesty iluzjonisty, więc oszustwo automatycznie kojarzy się samo. I ten głos – nosowy, niedbały, lekceważący. Stanowczo nie sprawia wrażenia właściwiej osoby na tym stanowisku. Nie budzi zaufania po prostu. Boże! O czym ja myślę… Krupier budzący zaufanie! Zabawne! Uwagę ściąga młody Angol. Grubo stawia, ale asekuracyjnie: uporczywie czerwone i nieparzyste: w okolicy trzydziestu procent szansy – to nie jest hazard. Dlatego wygrywa. Pięć… nie! Sześć razy wyszły „rouge”. Teraz obstawiłbym czwórkę…, ale jeszcze nie ruszam. Czarne „28”. No, proszę! Już mi fortuna sprzyja. Większość siedzących przy stole to znajomi. Wieloletni. Choć trudno ich nazwać przyjaciółmi, bo w tych murach przyjaźni nie ma. Konflikt interesów. Naturalne. Rudy Angol zmienił strategię i gra fibonaccim. Jest zasypany żetonami, to coś tam wygra. Prawo nowicjusza.
Wokół niego kręci się jeden ze stałych, a przynajmniej nader częstych gości kasyna. Niezbyt wysoki, ale sprawiający wrażenie mocnego, wyraźnie łysiejący od czoła szatyn, z pielęgnowaną, ostrą kozią bródką, ewidentnie czernioną, a niepasującą do reszty fizjonomii jakby celowo, dla ukrycia naturalnego wyglądu. Przedstawiał się „van Horn”, czy „van Horst”, ale niczym Holendra nie przypominał. A już najmniej akcentem. Odbyliśmy może z tuzin zdawkowych, niezobowiązujących rozmów przy drinku w barze. O rulecie nie zagadnął nigdy, raczej o paniach. Nie był to zatem żaden z licznych tu kuglarzy hazardu. Raczej agent służb jakichś, zwłaszcza z uwagi na tę demonstracyjną bródkę. Ale grzeczny, powściągliwy. Tak i teraz, spojrzawszy na mnie skłonił głowę powoli, przymykając jednocześnie powieki, jakby w dowód szacunku.
Fotel przede mną zwalnia Fulgencio Barros. Tysiące kilometrów gruntów, miliony sztuk bydła, najpoważniejsza persona argentyńskiej wołowiny. I zaskoczenie – wegetarianin. Pewnie za dużo wie o mięsie.
– Buenos noches, Carlo. Siadasz?
– Po tobie zawsze, Fulgo.
Też mu coś dłużnym, ale jakoś nie wspomina. Powiadają, że w interesach jest bandytą, ale tu najwyraźniej zmienia tryb na wypoczynkowy. Lubię takich. Po lewej Adam z Filadelfii. Gra jakimś swoim nader wyrafinowanym systemem, obstawia nieprzewidywalnie, zawsze z nieodgadnionym grymasem pod nosem, że nie obstawiłbym, czy się uśmiecha, czy wścieka. A może po prostu stawia, jak mu fantazja podpowiada. Toteż na ogół przegrywa, ale jak już coś zgarnie, to wysoko. Na początek obstawiam jednym żetonem pierwszy tuzin. W ślad za rudym Angolem. Taki kaprys na początek. „12”. No i pięknie…
Obracam w palcach ostatni żeton, jaki mi pozostał. Ostatni dzisiaj i ostatni może na zawsze. Hm, niby tout va bien, a emocje mnie nagle opuszczają. Wszystko jest bez znaczenia. No, ale uruchamiam resztki woli. Cztery razy po kolei było „noir”, ostatnie dwa parzyste. Kładę ciepły od dłoni żeton na „28”.
– Rien ne va plus!
Kulka zaczyna tańczyć niedaleko „28” i na koniec zgrabnie ląduje w „7”. Wstaję.
Idę głównym holem. Dyrektor Bach podnosi się z jednego ze służbowych foteli, odkłada gazetę i – przybierając całkiem sympatyczny uśmiech – zaprasza mnie gestem do gabinetu. Siadamy przy empirowym stoliku. Częstuje Remy Martin. Nie przepadam, ale przyjmuję, z lekkim ukłonem, bo nie ja tu rozdaję karty. Bach długo patrzy w okno, bawiąc się pucharkiem.
– Zadam ci, Charles, tylko jedno pytanie, na które zresztą nie musisz odpowiadać… Dlaczego grasz?
Oglądam bursztynowe refleksy koniaku i zwlekam z odpowiedzią.
– Panie dyrektorze…
– Mów mi na „ty”. Wystarczająco długo się znamy.
– A zatem, Etienne… jednym słowem mówiąc – Przeznaczenie!
– O! Mocne słowo!
– Ale przemyślane.
– Po tej odpowiedzi nie dziw się, że zadam następne. A na jakiej podstawie sądzisz, że to „Przeznaczenie”?
– Musiałbym ci więcej opowiedzieć o sobie.
– Nie spieszę się.
Powoli wypiłem koniak do dna.
– Zatem proszę… Urodziłem się w całkiem zamożnej polskiej rodzinie. Mamy dobra niedaleko Winnicy na Ukrainie.
– Wstęp banalny.
– Tak… Byłem siódmym dzieckiem, najmłodszym z rodzeństwa. Trzy siostry i trzech braci.
– O, to coś szczególnego. Byłem jedynakiem, nie mam pojęcia.
– Faktycznie to nietypowa okoliczność. Bo w pałacu pełnym guwernantek, opiekunów, służby i nauczycieli… wychowywałem się sam.
Tu Etienne po raz pierwszy zainteresował się tym, co mówię. Napełnił lampki koniakiem.
– Taaak…?
– Bracia byli sporo starsi i oni zajmowali uwagę ojca. W nich upatrywał następców w swojej cukrowni, na rodzinnych plantacjach, na urzędach. Zresztą braci też nie interesowałem. A tym bardziej sióstr, jeszcze starszych. Ja miałem kilka lat, a to już były panienki.
– Zamążpójście, romanse?
– …i Kościół.
– No dobrze. Ale co to ma wspólnego z Przeznaczeniem?
– A więc byłem samotnym dzieckiem. Wymyślałem sobie zabawy na jedną osobę. Najbardziej polubiłem grę w przewidywanie.
– Przewidywanie?
– Tak. Zgadywanie, co się stanie za chwilę. Na przykład, która z pięciu srok na krzaku poderwie się pierwsza.
– To było zajmujące?
– Jak zacząłem trafiać, to tak.
– A to dawało się przewidzieć?
– Do pewnego stopnia. Na ogół ta, która najdłużej siedziała nieruchomo, odlatywała pierwsza. A reszta to intuicja. Ale nie tylko sroki. Na przykład w sklepie. Matka często zabierała mnie do miasteczka. Ona miała jakieś interesy, na ogół w kościele, a ja wałęsałem się po ulicach.
Zamyśliłem się na chwilę… Sklep Zieglera.
– Cztery gruszki poproszę.
Abel Ziegler wybiera gruszki ze straganu. Ale zanim położy je na szalce, mówię szybko.
– Pół funta i sześć łutów…
Położył gruszki. Wskazówka waha się i zatrzymuje na ½ funta, 6 łutów. Wytrzymujemy się wzrokiem. Bierze jeszcze ze straganu dwie gruszki.
– Jak powiesz, ile teraz będzie, to masz je darmo.
Trzyma gruszki w ręku. Myślę. Bo to nie tak, że słucham tylko Głosu. Najpierw trzeba się nauczyć liczyć. Już dawno wiem, że cztery gruszki mają średnio pół funta. Najpierw uważnie patrzeć, czy nakłada średnie gruszki, czy inne. Dziś były mniejsze. Czyli już wiem. Mniej. Ale ile? I tu dopiero włącza się mi ten Głos, który – nie wiadomo czemu – podpowiada.
– Pół funta, 14 łutów.
Dokłada owoce do tamtych. Wskazówka waha się i zatrzymuje tak, jak dokładnie przewidziałem.
– Czekaj jeszcze!
Ziegler wybiera z kosza garść czereśni i czeka, by rzucić na szalkę.
– Ile?
Czereśni nie mam przetrenowanych, zatem trzeba iść tylko na intuicję.
– Funt i 1 łut.
Rzuca czereśnie na wagę. Wskazówka tańczy i zatrzymuje się na… 1 funt i 3 łuty. Abel zadowolony rozkłada ręce.
– Ha! Przegrał!
Płacę za te cztery gruszki. Idę przez ulicę, gryząc owoc.
Przychodziłem do sklepu Zieglera regularnie i bawiliśmy się wagą. Aż pewnego razu…
– Stój tu! Czekaj minutkę!
Abel wybiegł na plac i dramatycznie gestykulując, zaciągnął do warzywniaka gromadkę Żydów, którzy zawsze obsiadali pobliskie ławki, zajadle dyskutując o niczym. Ziegler, z tajemniczą miną namawiał gości, by kładli na szali owoce. Jakie chcą. Na kontuarze pojawiła się garść monet i kilka banknotów. Obstawiali. Wreszcie Abel uciszył wszystkich gestem ręki. Przyglądałem się owocom na wadze.
– Dwa funty i trzy łuty.
Sprzedawca położył na przeciwległej szali odważnik 2 funty. Wskazówka zatańczyła i uspokoiła się po chwili, wskazując… 3 łuty. Abel zarechotał zachwycony, mężczyźni patrzyli po sobie ze zdziwieniem. Abel zdjął z wagi szalkę z owocami i podsunął w moją stronę. Powoli pokręciłem głową i wskazałem palcem rublową monetę. Ziegler z kwaśnym grymasem przesunął ją po blacie w moją stronę. Chwyciłem, ukłoniłem się i wybiegłem…
Dyrektor Bach przysunął swój fotel i położył dłoń na mojej.
– Coś się stało, Charles?
– Proszę mi wybaczyć. Wspomnienia.
Natychmiast wróciłem do rzeczywistości.
– A zatem dalej. Moja dziecięca pasja przewidywania w sposób naturalny wymagała umiejętności coraz to bieglejszego obliczania, a właściwie szacowania, czyli mierzenia intuicyjnie, jak to się mówi, „na oko”. Oto przykład. Niedaleko Winnicy był poligon i często na drodze do stacji kolejowej maszerowały kolumny żołnierzy. Biegaliśmy z kolegami na wzgórek obserwować przemarsz. Bawiliśmy się wtedy w zgadywanie, ilu to żołnierzy tym razem maszeruje. Dość szybko znalazłem metodę. Pomogło mi przydrożne drzewo. A dokładniej jego cień.
– To znaczy?
– Z daleka nie sposób policzyć, nawet mając tak dobry wzrok jak dzieciak, liczbę rzędów w kolumnie. Ale da się policzyć, ile razy cień pnia drzewa zasłoni twarz żołnierza idącego brzegiem kolumny. I zanim czoło wojska zbliżyło się do naszej gromadki, już wiedziałem, że cień na twarzach mignął 56 razy. Wystarczyło przemnożyć przez cztery, dodać dwóch, którzy zawsze szli w ariergardzie i zanim czoło z dowódcą zbliżyło się do nas, oświadczałem chłopakom, że idzie dwieście dwudziestu siedmiu. W cukierni zgadywałem, które ciastko wybierze najbliższa klientka, z której gałęzi drzewa spadnie pierwszy liść. Wchodząc na targowisko jednym spojrzeniem szacowałem, ile tam stoi koni, a potem liczyłem. Trening czyni mistrza. Stawało się to powoli moją obsesją, bo im bieglej odgadywałem, tym bardziej chciałem lepiej. Tak to umiejętność błyskawicznego liczenia plus intuicja i ćwiczona pamięć zbiły się w jedność, swego rodzaju moc, czy raczej wtajemniczenie. W istocie – nie wiedząc o tym – uczyłem się praktycznie rachunku prawdopodobieństwa i pogłębionej spostrzegawczości.
– Pięknie. Ale miało być o hazardzie.
– Cierpliwości, dyrektorze! Już dochodzę do sedna sprawy… W moim rodzinnym domu, jak we wszystkich dworach w okolicy, namiętnie grywano w karty. Bezkarnie biegający wokół stołów szczeniak nie zwracał niczyjej uwagi i łatwo się domyślić, że wkrótce zasady mariasza, pikiety czy wista znałem lepiej od starych. I tu pojawiła się ciocia Ksenia. Była naszą daleką krewną, wyszła za mąż za pobliskiego sąsiada, radcę w urzędzie guberni. Na skutek tych obu przyczyn oraz przyjemności przebywania w towarzystwie, grywała u nas często. Zwłaszcza, że bezdzietna. Odrobinę zbyt pulchna trzydziestolatka, o miłej buzi i wesołym usposobieniu. Pewnego wieczoru, gdy kręciłem się wokół stołu, napotkałem jej wzrok pytający, a właściwie proszący. Patrzyła mi w oczy długo, a w kącikach ust drżał jej dyskretny uśmiech. Polałem z dzbana lemoniadę i zbliżyłem się do jej krzesła. Jeden rzut oka na jej karty wystarczył. Odszedłem naprzeciw, a ona zaczęła delikatnie przesuwać paznokciem po wachlarzu jej kart. Gdy dotknęła właściwej, nieznacznie zmrużyłem oczy. Tego wieczoru Ksenia tryumfowała bezapelacyjnie. Po skończonej sesji karcianej, mrugnęła z kolei do mnie i z pucharkiem szampana wyszła do ogrodu. Czekała na ławeczce, ucałowała mnie w policzek i wspólnie wypiliśmy z jej kieliszka. Odtąd stałem się szulerem cioci Kseni. Początkowo nadal wędrowałem wokół stołu, zerkając bezczelnie w rozdania i w odpowiednich momentach mrugałem do niej lewym lub prawym okiem, a ciocia wygrywała. Tak to dowiedziałem się, że by zdobyć kobietę, wystarczy w odpowiednim momencie mrugnąć odpowiednim okiem.
– Dowcipne. Mów dalej.
– Szybko zorientowałem się, jakimi systemami, czy raczej nawykami, posługują się tutejsi stali gracze, w tym – Boże, wybacz! – rodzice. Nie musiałem podle zaglądać w ich karty, stawałem za krzesłem Kseni i dotykając jej prawego lub lewego ramienia, kierowałem grą. Ona była tylko maszyną do rzucania kart. To trwało latami.
I oto pewnej nocy – minąłem chyba wówczas półmetek gimnazjum, mając się, błędnie, za osobę prawie dorosłą – po wyjątkowo długich i burzliwych rozgrywkach, gdy znowu tryumfowaliśmy z Ksenią, jak zwykle zeszła do ogrodu z lampką szampana. Ale tym razem pocałowała mnie… w usta. Nagle doznałem zupełnie nieznanego oszołomienia, stanu pomieszania lęku i euforii. Nie do końca wiedziałem, co się ze mną dzieje. Być może nawet dotknąłem jedwabiu, okrywającego biust cioci. Wtedy nagle, choć nie mogę powiedzieć, że nieoczekiwanie, jej ręka przesunęła się do moich spodni i rozpoczęła nader zręczny taniec z guzikami. Ach! Wprawdzie już sporo wcześniej parobek Gawryło pokazał mi, jak można organicznie sprawić sobie przyjemność, ale oto właśnie przekonywałem się, że o niebo lepiej (słowo „niebo” nie jest tu przypadkowe), gdy robi to kobieta. Chwilę później przestała mnie całować i pochyliła głowę…
Dyrektor Etienne Bach chłonął moje słowa, co chwila podnosząc kieliszek do swoich ust. Widać, że mam dar narracji. A to, że Etienne preferuje płeć męską, być może wzmacnia tylko efekt opowiadania.
– Od tej nocy awansowałem na karcianego rycerza Kseni. A ona bajecznie poszerzała wachlarz podziękowań. W końcu doszło do tego, że nagle polubiłem jazdę konną, którą do tej pory zaniedbywałem. Kłusowałem coraz chętniej i częściej do boru przy drodze na Lipowiec, gdzie na małą polankę zajeżdżała wolantem Ksenia i konie odpoczywały. Długo odpoczywały… Ale, pardon dyrektorze! Oddaliłem się od tematu hazardu. Dawne emocje poniosły.
– Proszę nie przerywać, Charles. Tak malowniczo obrazujesz.
– I oto w to moje „Et in Arcadia ego” wkroczył czas. Przeniosłem się do Moskwy, pożal się Boże, studiować. Wcześniej byłem w kijowskim gimnazjum. Tam zaczęły się karty na całego. Najpierw ograłem do nitki kolegów. Spostrzegłem od razu, że wykonujemy zupełnie inne czynności – oni spekulowali, zastanawiali się, próbowali, wahali… Ja spoglądałem na swoje karty i od razu wiedziałem wszystko. Na swój sposób była to gra nieuczciwa, bo choć karty nie były znaczone, miałem w mózgu mechanizm, który nie dawał im szans. W kilka tygodni wszystkie ich ruble były w moim kufrze. O mało nie doszło do samosądu, ale kijowscy koledzy wpadli na pomysł, żeby na mnie zarobić. Był w mieście salon u inżyniera Patoczkina. Prywatny, ale niby takie półkasyno. Poszliśmy we dwóch z Antkiem Sulima-Barszczewskim, bo najpoważniej wyglądał. Na oko po dwudziestce, z wąsem, nawet trochę już łysiał. Ja też już byłem nie ułomek, ale z fizjonomii ciągle niedolat. Pożyczyli nam zegarki na łańcuszkach, binokle, cygarety… Ach, jacy byliśmy dorośli! Przed północą zgrałem już do nitki całe towarzystwo…
– Nierozsądnie – wyrwało się dyrektorowi.
– Kompletnie bez dyplomacji. Niedojrzałość, Etienne. Po wyjściu, na schodach dogonił nas jakiś oficer. Siny ze złości, a może też i wypił za dużo, z kabury wyciągnął nagana, krzyczał, groził. Zwróciliśmy mu całą wygraną i tyle było mojej kariery u Patoczkina. Ale Kijów miasto duże – było gdzie grać. Tylko mądrzej. Wolniej jedziesz, dalej dojedziesz. Naprawdę nie zanudzam cię, dyrektorze?
– A skąd! – Etienne Bach poluzował kołnierzyk koszuli. – Chociaż najbarwniejsze było o tej cioci.
– Ksenię spotkałem później tylko raz. Gdzieś tak pół roku po moim wyjeździe do Moskwy zmarł nasz sąsiad Tomaszewicz. Na pogrzebie ją zobaczyłem. Była już w mocno zaawansowanej ciąży. Na uboczu zamieniłem z nią dwa słowa. Podszedłem mocno zgaszony i niepewny. Ukłoniłem się. Powiedziała, nie patrząc na mnie.
– Nie bój się. To nie twoje.
– Nie boję się. Po sąsiedzie rozpaczam…
To już nie była moja Ksenia. To już była matka. W należnej jej aureoli. Wyjechali gdzieś potem z rodziną… Ale ad rem. W Kijowie pierwszy raz zetknąłem się z ruletką. Od razu poczułem, że to zupełnie inna para butów. Gra pseudolosowa, powiadają. Zaiste. To już nie karty. Wymaga zaangażowania innych zmysłów. Wiele nocy przypatrywałem się rulecie i szukałem porozumienia z urządzeniem. Bo widzisz, w kartach masz do czynienia z żywym przeciwnikiem, który ma swoje nawyki, wady, omyłki. Jak to trafnie nazywają: czynnik ludzki. Tymczasem w rulecie psychologii nie ma.
– Wybacz, Charles, ale mówisz oczywistości.
– Dobrze. Słusznie. Mówmy o kasynie. O tym kasynie. Droga moja do Monte Carlo, jak się okazało, wymagała cierpliwości. Spadek po ojcu obwarowany był warunkami. Dyplom uczelni w Moskwie, którego nawiasem mówiąc, nigdy nie otrzymałem, bo hazard i życie towarzyskie (czytaj: kobiety) wyparły obowiązek edukacji na dalszy, ślepy tor. Rada rodzinna, matka przede wszystkim, ale i moi pracowici bracia czynili dosłownie wszystko, by odwlec moment mojej samodzielności. Aż w końcu, ponad dwa lata temu, udało mi się spieniężyć moją część ojcowizny i nieomal natychmiast przyjechałem tutaj.
– I przetraciłeś wszystko. Zgadza się?
– Wiesz najlepiej.
– Ale przecież było sporo wieczorów, kiedy szło ci wyśmienicie. W jedną noc wygrywałeś sumy, które niejeden nazwałby majątkiem. Nie wystarczało?
– Nie rozumiemy się zupełnie, dyrektorze. W każdym kasynie musi nastąpić moment, kiedy ktoś rozbije bank…
– Statystycznie rzecz ujmując… – Etienne Bach uśmiechnął się protekcjonalnie – musi. Praktycznie niekoniecznie.
Popatrzyłem mu w oczy, odwzajemniając uśmiech.
– Od wielu lat nikomu się to nie udało. Choć w każdej chwili może nastąpić. Nie dodaje ci to adrenaliny?
– Wam dodaje, mnie nie. Kasyno jest przygotowane na taką ewentualność. W każdej chwili. I po to grasz?
– Przecież to jasne. Żeby rozbić bank!
– Wszyscy tu wchodzą z tym marzeniem.
– Ale między nimi, a mną jest podstawowa różnica: oni marzą, a ja wiem.
– W twoim przekonaniu?
– Naturalnie. Ale tylko ono dla mnie się liczy. Ja istnieję realnie. Reszta jest iluzją.
– Aha…– Etienne Bach splótł dłonie i oparł na nich brodę.
– Teraz już rozumiem. Dlatego pomogę ci. Masz dożywotni zakaz wstępu do tego kasyna. To upraszcza sprawę.
Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się tego. Szczególnie teraz.
– Przysługuje ci w ogóle takie prawo?
– Owszem. Jesteś zadłużony u wielu stałych klientów. O tych kilkunastu tysiącach franków, które zalegasz generałowi, wiedzą wszyscy. Ale jest też grono pomniejszych wierzycieli. W tak delikatnej instytucji finansowej jak kasyno, jesteś persona non grata. Wystarczy to.
Bach znowu położył dłoń na mojej. „Obrzydliwie ciepłą ma rękę” – pomyślałem odruchowo, ale nie ruszyłem nią.
– Nie ma w tym nic osobistego. Przeciwnie. Ja cię bardzo lubię, Charles. Dowiodę ci tego: twój dług u generała spłaci kasyno. Żetonami oczywiście, czyli i tak wrócą do nas. Gdzie pomieszkujesz obecnie?
– W „La Belmont” na Avenue Saint-Laurent.
– Zapchlony pensjonat dla komiwojażerów i najniższych służących. Oj, Charles, Charles! Domyślam się, że nawet tam jesteś dłużny?
– Jakbyś przy tym był, dyrektorze.
– Zatem pokryję też koszty w tamtej budzie, już z mojej prywatnej kieszeni. Niewielki uszczerbek. I dam ci bilet pierwszej klasy do Wiednia. Na pojutrze.
– Pojutrze?
– Tak – Etienne wstał, poprawił ubranie i wyjął z kieszeni jeden stufrankowy żeton.
– Szanuję twoją niezłomną wiarę, że jesteś wybrańcem losu. Jutro. Jedna gra. Jeśli jest tak, jak myślisz, to stanie się, jak chcesz.
Położył żeton na blacie stolika.
Nazajutrz stałem długo na tarasie kasyna, wpatrując się tępo w nienaganną powierzchnię morza i czekając na zmierzch. Bo też i nie miałem o czym myśleć. Mając jeden żeton nie sposób układać jakiejkolwiek strategii, nic planować, ani tym bardziej kalkulować. Poddać się instynktowi, obstawić, kiedy czujesz i jak czujesz. I koniec zabawy na tem.
Wreszcie zmierzch zapadł. Późno, ale za to żwawo. Wkroczyłem do Białej Sali uderzony nadmiarem światła i gwaru. Nadzorujący porządek cywil, barczysty i sękaty Emmanuel, ukłonił mi się z błyskiem zainteresowania w oku. Ha, dyrektor już poinformował personel. Czyli znaczącą osobą tu jestem, przynajmniej dzisiaj. Zainstalowałem się w drugim rzędzie obserwujących, kłaniając na obie strony znajomym. Znowu ten irytujący krupier-iluzjonista. Trudno, dziś to już nie ma żadnego znaczenia. Szła długa sekwencja „noir”. Młody rudy Angol znowu szastał, ale przegrywał. Jakiś kudłaty i podpity Rosjanin pokrzykiwał, uciszany przez sąsiadów. „0”. Krupier roztańczył się rękami nad stołem. Ktoś z lewej podniósł się i odsłonił siedzącą obok szatynkę, którą widziałem kilka dni temu. Tę z interesującym biustem. Jest niepiękna, ale magnetycznie interesująca. Miła z wyglądu, mówiąc najprościej. Za nią, opierając dłonie na jej ramionach, stał milczący mąż w binoklach. No, dobrze. Elegancko, ale radykalnie przemieściłem się do pustego krzesła, odczekałem sekundę dla formalności i powoli zasiadłem. Ukłoniłem się sąsiadce, ona poczęstowała mnie żywym, choć krótkim spojrzeniem i skinęła główką. Obstawiła najbliższe cztery pola.
– Rien ne va plus!
Iluzjonista zakręcił, popisując się giętkością przegubu.
– „33”.
Uśmiechnęła się do wygranej i obstawiła to samo, podwajając stawkę. Nie taka ona szalona – bywało, że sam celowo tak czyniłem. Posłałem jej uśmiech, znowu lekko się kłaniając. Tym razem odwzajemniła się łobuzerskim uśmieszkiem, dłużej nieco. I zabębniła palcami w blat. Wciągnęło ją.
– Rien ne va plus!
– „36”.
Uderzyła dłonią w kant stołu i już nie kryjąc się, z radością rozejrzała dookoła.
– Podziwiam szczęście, madame.
– A jak ja się cieszę!
Mąż pochylił się nad jej uchem.
– Późno już, kochanie.
– Moment, proszę!
Tym razem obstawiła tylko jednym żetonem, drugi tuzin. Kulka przestała skakać po tarczy i umieściła się w rowku.
– „17”.
Odwróciła twarz do męża z tryumfująca miną.
– Widzisz?!
Krupier podsunął jej kolejną wygraną.
– Pozwoli pani, że tym razem podążę za jej szczęściem? – zaryzykowałem dość bezczelnie.
– Nie mogę zabronić.
Bez wahania obstawiła „12”. I znowu zabębniła palcami w blat. Żeton, którym do tej pory żonglowałem, ująłem w dwa palce i przykryłem (!) jej żeton na dwunastce. Natychmiast zerknęła na mnie i lekko przygryzła dolną wargę.
– Rien ne va plus!
Skupiłem wzrok na kulce, która znalazła sobie szczęśliwe miejsce na „12”… i nagle przeskoczyła na „28”.
– A niech to diabli! – wyrwało mi się.
– Pan… Polak? – zapytała po polsku, obdarzając mnie zupełnie innym rodzajem zainteresowania.
– Karol Jaroszyński, do usług.
– Ewelina Maynard. Ale de domo Michalska.
– Bardzo mi miło.
– A mnie smutno, że nakłoniłam pana do przegranej – kontynuowała.
– Zdarza się.
– Teraz będzie lepiej. Poprawię się.
Mąż uśmiechnął się zza jej włosów. Najwyraźniej nie rozumiał po polsku.
– Niestety, obstawiam tylko raz podczas wieczoru. Taką mam zasadę – podniosłem się dostojnie z krzesła.
– Może faktycznie pora, żeby skończyć? – To już powiedziała po francusku, podając rękę małżonkowi.
– Mąż się niecierpliwi, bo o północy ma kolej do Paryża – To dla odmiany, wstając od stołu, powiedziała po polsku.
Wyswobodziliśmy się z tłumu obserwatorów.
– Wolno zapytać, czy pan skoligowany z Jaroszyńskimi spod Tarnopola? To moje rodzinne okolice.
– Żałuję, ale nie. Z Winnicy.
– Nie ma co żałować. Tam pewnie też pięknie – zamknęła rozmowę. I znowu przygryzła lekko dolną wargę.
– Dziękuję za wieczór.
Ukłoniłem się mężowi.
– Karol Jaroszyński.
– Pierre Maynard.
Wyszli z kasyna w kierunku hotelu „Ermitage”. Pierre Maynard, podawszy jej ramię, narzucił zdecydowane tempo kroków. Może istotnie spieszyli się? Szedłem za nimi po nadmorskiej stronie Avenue de Monte Carlo, w cieniu i bezpiecznym dystansie. Znikli w bramie hotelowej, a ja usiadłem na ławce, ukrytej wśród bugenwilli rozległego skweru. Po mniej więcej kwadransie wyszli. On, przebrany do podróży, trzymał spory sakwojaż. Jednocześnie pod schody zajechał hotelowy powóz, portier umieścił bagaż w koszu z tyłu. Małżonek pomógł jej wsiąść i ruszyli.
Powóz wrócił po pół godzinie. Wysiadła sama, energicznie, unikając pomocy portiera, nie oglądając się na boki, znikła w skrzydle drzwi hotelowych. Odczekałem kwadrans i podniosłem się z ławki. Minąłem nieruchomego portiera, wszedłem do westybulu, kierując się do recepcji.
– Dobry wieczór. Apartament państwa Maynard, numer… hm… dwanaście – zaryzykowałem.
Recepcjonista pochylił się nad księgą gości.
„Jeśli to faktycznie dwanaście, to zaplanowała rzecz już na początku” – przemknęło mi przez myśl.
– Oui – mruknął recepcjonista i zezwalająco kiwnął do boya przy schodach.
Przyjęła mnie bez zdziwienia, ale i bez radości. Jakby wszystko było z góry ustalone. Stała na środku sypialni wyczekująco, delikatnie pomagając mi przy zdejmowaniu (uważałem, by nie nadto natarczywym) jej okryć. Zsunęliśmy się na pościel bez egzaltacji, jak małżeństwo. I dopiero kładąc głowę na poduszkę uśmiechnęła się szeroko, mrużąc oczy, jak drapieżnik.
Poruszała się rytmicznie, wyzbyta z dzikiego entuzjazmu. Przeciwnie – chłonęła rozkosz w jakimś ekstatycznym skupieniu, jeszcze bardziej mnie stymulującym. Oczy miała raz przymknięte, by za chwilę je otworzyć szeroko i znowu przymknąć w jakimś osobnym od bioder rytmie. Spocone kosmyki włosów malowniczo układały się na jej policzkach.
Tempo naszych zgodnych ruchów przyspieszyło, czasami załamując się w kontrapunktach. Usta miała w półotwarte, oddech coraz szybszy, głośniejszy, koniuszkiem języka wędrowała po brzegu zębów i ust. Niekiedy nagle, nieoczekiwanie wpijała paznokcie w skórę moich pleców.
Nasze ruchy, drgnienia, stawały się coraz gwałtowniejsze, nieopanowane. Unosiła brodę raptownie i opuszczała, szybki oddech przerywała, gryząc wargę. Oczy miała szeroko otwarte. Źrenice wbite w moje oczy nagle zbiegły się. Zatrzepotała w moim uścisku i zaczęła gasnąć. Po chwili, rozdzieleni już, wsłuchiwaliśmy się w słabnące bicie serc. A potem przytuliła się do mego boku i momentalnie usnęła.
Nad ranem poczułem jak jej palce poszukują mnie. Kilka chwil potem znowu byliśmy w sobie, ale tym razem wszystko potoczyło się inaczej. To już nie był pierwszy łyk, by ugasić pragnienie, tylko drugi, żeby poczuć smak. Staliśmy się kochankami ze stażem. Bez zachłannego egoizmu, tym razem ja czułem ją, a ona mnie. I to było inaczej piękne. A po grand finale tym razem ja natychmiast zapadłem w sen.
Obudziło mnie gwałtowne uderzenie światła. Odsunęła zasłony, już okryta w peniuar i prowizorycznie uczesana.
– Wybacz, że nie przyniosą nam kawy, ale…
– Naturalnie…
Zbiegłem po schodach w miarę dostojnie, ale na tyle szybko, żeby nie zwlekać. Siwy portier w drzwiach uniósł brwi, widząc dżentelmena w stroju wieczorowym, wychodzącego wczesnym ranem z hotelu. No i co? Pierwszy raz to widzi? Mimo wszystko odruchowo sięgnąłem, by dać mu franka i… nagle poczułem, że kieszeń jest pełna żetonów. No, proszę! Odszedłem kilka kroków na skwer i wyciągnąłem je dyskretnie. Dwadzieścia żetonów pięćdziesięciofrankowych. Zastanowiłem się przez chwilę. Upokarzające. Owszem. Ale co? Wrócić do niej i oddać? Wywołałoby to arcyniezręczną rozmowę i jeszcze bardziej upokorzyło. I mnie, i ją. Co zatem? A do czego służą żetony? I przecież w tym celu mi je dała.
Spakowałem swoje rzeczy do kufra i zszedłem do konsjerżki z prośbą, by pozostał gdzieś bezpieczny do jutra. Madame Mathilde, jeśli tak ją można nazwać, emanowała uprzejmością. Z pewną nawet dumą oświadczyła, że rano był już urzędnik z kasyna i spłacił moje należności co do centyma, więc pokój mogę trzymać do jutra, bez obiekcji. Zaproponowała nawet kawę, z której skorzystałem chętnie, bo to pierwsza w dniu dzisiejszym, a już dawno po południu. Zapewniała mnie przy okazji kilkukrotnie, że gdybym przyjechał powtórnie, to będzie czekał na mnie lux pokój na pierwszym piętrze, byle tylko uprzedzić.
Długi spacer po promenadzie wypełniłem sobie rozważaniami, jak też postąpić. Formalnie od dziś obowiązywał mnie zakaz wstępu do kasyna. Ale czym ryzykowałem? Niczym. Odrobina wstydu, gdyby agenci dyrektora wyprowadzili mnie siłą. Cóż mi to? Przecież już tu nie wrócę. Zakaz dożywotni.
Oglądałem w porcie łodzie, plażowiczów na piasku, bogate wystawy sklepów, aż zastał mnie zmierzch. No cóż… Raz kozie śmierć! Oczywiście nie ryzykowałem wtargnięcia przez główne drzwi. Tamci z pewnością są pouczeni, żeby mnie wyłuskać. Ale te lata dały mi jakąś wiedzę na temat tej „świątyni”. Wejście na zaplecze skrzydła teatralnego! Powinno być otwarte. I było. Stamtąd szybko pustym korytarzem do Salle du Trente-Quarante, gdzie już widać gości i jest się między kogo wmieszać. No, pierwszy etap za mną. Brawo. Teraz powoli do palarni.
– Charles?! Charles!
Skamieniałem i powoli się odwróciłem. Generał. Uśmiechnięty. Pijany już trochę. Podszedł i objął ramionami.
– Wot, nastojaszczyj dżentelmen!
Ukłoniłem się na wszelki wypadek. Generał i jewo kamanda otoczyli mnie szczelnie.
– Nie wiem, jakie tam masz układy z kasynem, ale wchodzimy przed chwilą i w progu dyrektor Bach. Z nowiną. Twój dług zwraca mi kasyno! Jak grom z jasnego nieba! Z serca ci powiem, że już przestałem wierzyć w ten zwrot od ciebie. A nieliche to pieniążki były! Ale proszę! Chodźmy do rulety, szybko puszczę je, bo szczęśliwe.
– Beze mnie. Obiecałem nie grać.
– No, chodźże, powiadam! Wiem, że zakazali ci grać, ale popatrzysz sobie, jak ja twoimi pieniędzmi, które tak naprawdę nigdy twoje nie były, rozbijam bank! Ha, ha, ha! No, spieszy!
Schowany w grupce akolitów generała wsunąłem się do Białej Sali. Kilka krzeseł już czekało na jego świtę, więc zasiadł pierwszy, nakazując mi miejsce obok. Rozglądałem się dyskretnie, ale nikt z cywilnych agentów kasyna nie zwrócił na mnie uwagi. Krupier też nie raczył zahaczyć mnie wzrokiem. Generał ułożył pokaźny stos żetonów i sypnął na pole.
Wyszło „19”. Zebrał za „noir”, „nieparzyste” i „drugi tuzin” i chyba tyle samo oddał. Ale szczęśliwy. Cóż, bawi się. Teraz obstawił pojedyncze numery i przegrał. Więc wziął się na sposób i znowu obstawił dużo, ale bezpiecznie, na „pierwszy i trzeci tuzin”. Wyszło „0”. Stary się zachmurzył, ale tylko na chwilę. Nadal nikt nie zwracał na mnie uwagi, więc zatem… dłoń sama powędrowała do kieszeni i najdyskretniej, jak umiałem, położyłem jeden żeton na… oczywiście „12”. Moja ostatnia przegrana na stole i wygrana w hotelu.
– Rien ne va plus!
Kulka poszalała na tarczy i posłusznie usiadła na „12”. Generał popatrzył na mnie zdziwiony, ale reszta towarzystwa nie zwróciła uwagi. No! To, co powinienem zwrócić Ewelinie i jeszcze 700 franków! I nie gram dalej. Posiedzę sobie. Obejrzę, jak generał przegrywa. Obojętnie przyglądałem się kilku następnym grom, nawet niewielka senność mi się pojawiła, ale… co to?! Na środku stołu zobaczyłem siedzącą… s r o k ę. Czarną, jak pole „17”, gdzie oparła pazurki, jedynie z białym trójkątem torsu, niczym koszuli krupiera pod połami fraka. Po sekundzie zatrzepotała skrzydłami, wzbiła się pod wysokie sklepienie sufitu i znikła… Rozejrzałem się po siedzących, ale nikt nie sprawiał wrażenia, że też ją widział. Tylko ja. Wyciągnąłem trzy żetony, potem jeszcze dwa i postawiłem kolumienkę na „17”. Najwyżej mnie wyrzucą. Trudno.
– Rien ne va plus!
Tym razem już cały stół spoglądał, gdy krupier podsunął mi stertę żetonów. Pociemniało mi w oczach i nagle pojąłem, że to jest… TA CHWILA! Na nią czekałem tyle lat! Zaraz, zaraz! Na jakich liczbach przegrywałem przedwczoraj? „28”! Postawiłem 500 na „28”.
– …va plus!
Blady krupier podsuwał mi tłum żetonów.
1000 na „36”.
– …va plus!!
Czarna łopatka pchała do mnie 36 tysięcy.
2000 na „2”.
– …plus!!!
Generał na przemian krzyczał i śmiał się. Obserwujący klaskali. Damy wydawały głośne „och!”, jak podczas orgazmu.
I dalej! Po czarnych, jak sroki. 5000 na „21”.
– …plus!!!!
5000 na „15”.
– …plus!!!!!
Czułem oddechy tłumu za plecami.
5000 na 27.
– …plus!!!!!!
Sala wrzała. Dwadzieścia trzy razy z rzędu zgarnąłem. Ja. Wreszcie ja!
Nagle ucichli. Poczułem dłoń na ramieniu.
– No, wystarczy już, chłopcze, tego dobrego…
Potem Etienne Bach głośno, ale powoli i z pewnym dostojnym smutkiem ogłosił cudownie brzmiące zdania.
– Szanowni Państwo wybaczą! Zapraszam jutro. Dziś już kasyno utraciło wypłacalność.
Huknął gwar. Stanąłem przed dyrektorem, patrząc pytająco w oczy.
– O jedenastej rano u mnie – zażądał.
Nadal patrzyłem pytająco. Bach wyciągnął z kieszeni banknot 1000 franków i wcisnął mi w rękę.
– Masz. Zabaw się, póki co.
I odszedł.
Otoczyło mnie mnóstwo nieznanych twarzy. Klepali po ramionach, jakieś panie – często niemłode – całowały w policzki. Ktoś podsunął kieliszek szampana, który natychmiast opróżniłem. Błysnęła magnezja fotografa. Skąd tu fotograf?
Stałem przy bufecie, pijąc Perignon z butelki. Jakiś nieznajomy pocałował mnie w rękę, potem ja jego… Ciemnoskóra Fatima całowała mnie w usta…, co tu nagle robi ona?
Wskoczyłem z butelką na krzesło i krzyczałem: „Jestem Panem Świata!!!”.
Zastukałem do drzwi apartamentu. Otworzyła zaskoczona, ale natychmiast opanowała się i spojrzała pytająco. Ukłoniłem się lekko.
– Wybacz, że tak wcześnie rano.
Uchyliła szerzej drzwi, ale bez entuzjazmu.
– Nie spodziewałam się ciebie, szczerze mówiąc.
Delikatnie zamknąłem drzwi za sobą.
– Pardon! Wydarzyła się wielka sprawa! Rozbiłem bank!
– Proszę?
– Rozbiłem bank kasyna! Wygrałem! Dwa miliony franków! Twoimi żetonami!
– O!… proszę!… Naprawdę?!
– To jest twoja wygrana! Mam obowiązek i przyjemność zwrócić ci ją. No… prawie. Chyba tysiąc już wydałem.
– W żadnym wypadku, chłopcze. To twoja wygrana. Zasłużyłeś wczoraj na to. Tutaj. I jeszcze jedno. Kiedy zobaczyłam cię pierwszy raz podczas zaprzeszłej nocy, zwróciłam na ciebie uwagę, bo… cóż, po prostu spodobała mi się twoja… powłoka cielesna. I przyglądałam się, z jaką szaloną determinacją traciłeś kolejne żetony. A gdy wczoraj usiadłeś obok mnie – nie wnikam, czy przypadkowo – celebrowałeś w spoconych i drżących dłoniach jedyny żeton. A straciwszy go skłamałeś, że obstawiasz tylko raz podczas wieczoru. Łatwo wywnioskowałam, że miałeś tylko jeden na całą noc. Nie mam racji??
Nareszcie uśmiechnęła się lekko i wskazała fotel, ale nie usiadłem.
– Ewelino! To… może chociaż po połowie? Twój kapitał, moja robocizna. Tak chyba będzie honorowo?
– Nonsens. Owszem, lubię pieniądze, ale zastanów się rozsądnie: co bym powiedziała mężowi? Że znajomy dał mi milion? Przecież sensacja się rozniesie, już się pewnie roznosi. Z gazet dowie się, że to ty. Jak mu wytłumaczę?
– No… Właściwie znowu masz rację. Ale to dyshonor dla mnie.
– Nie mówmy w tym przypadku o honorze. Proszę cię. Jeśli uważasz, przekaż moją część tego majątku… na Polskę.
– Na Polskę?! Przecież nie ma Polski.
– Ale będzie. Może już wkrótce. Tylko, na Boga, żadna tam „Fundacja Eweliny Michalskiej”. Raczej już… Anny Jagiellonki.
Uniosła twarz i pocałowała mnie w usta. Bardzo delikatnie, jak na Jagiellonkę.
Dyrektor Etienne Bach przyjął mnie w półmrocznym gabinecie, nie wstając zza biurka.
– No, tak… Monsieur Jaroszyński. Narobiłeś tu dużo kłopotów. Prywatnie mówiąc, mam cię za nic, bo nie dotrzymałeś danego słowa…
– Otrzymałem zakaz, ale nie przyrzekałem, że dotrzymam.
– Gówniana linia obrony. Wiesz o tym. Ale sprawa nie jest taka prosta, bo nie mamy nic na papierze. A o twojej wygranej już jest głośno. Zawsze kręcą się tu jacyś dziennikarze od sensacji. Wczoraj też byli, widzieli wszystko, zdążyli ściągnąć fotografów…
– Spostrzegłem.
Przesunął po blacie biurka złożoną w pół gazetę.
– Już napisali. Teraz węszą i rozpytują, więc jutro będzie jeszcze więcej. Zaistniał, więc, jakby to precyzyjnie nazwać… fakt prasowy? I co teraz? Jeśli nawet okażesz szczątki honoru i nie będziesz się domagał wygranej, to prasa zrobi to za ciebie. Bo widzisz – miasto z nas żyje, ale niekoniecznie nas lubi. Pojawią się chciwi prawnicy, zawisłe sądy… A kasyno to pieniądz, a ten nie lubi rozgłosu.
Chwilę milczał, patrząc w szczelinę światła w niedociągniętej zasłonie.
– A zatem… Wygrałeś, Karolu. Rozbiłeś bank. Gratuluję.
– Nie wiem, co powiedzieć.
– Nic. A tak na marginesie… Jakiś system? Mam tu szczegółowy raport z przebiegu wczorajszych gier… – Bach postukał palcem w leżącą przed nim kartkę, – I żadnej logiki w tym nie widzę.
– Nie było systemu. Stało się to, co musiało się stać.
– Słyszałem to przedwczoraj. Przeznaczenie. Kismet.
– Tak. A przy okazji, ile wygrałem?
– Dwa miliony dziewięćdziesiąt pięć tysięcy pięćset pięćdziesiąt franków. Sporo. Prawie osiemset kilo złota.
– Siedemset siedemdziesiąt osiem, mniej więcej.
– No tak. Umiesz przecież szybko liczyć. Aha! Jeszcze jedno ważne: cofam ci zakaz wstępu do kasyna. A nawet zapraszam.
– O!
– Co się dziwisz? Musisz odpracować wygraną. Teraz, w aureoli geniusza, ściągniesz do nas więcej klientów. Ludzie czytają gazety i chcą marzyć. Pozjeżdżają się więc tutaj.
– Przykro mi, ale to była moja ostatnia wizyta w kasynie. Jeśli cię pocieszy, to w jakimkolwiek kasynie.
– O!
– Tłumaczyłem ci. Chciałem osiągnąć absolut – rozbić bank w najsłynniejszym kasynie świata. I to się stało. Już nie mam czego szukać w hazardzie.
– Co zatem?
– Są inne szczyty do zdobycia.
– Na przykład?
– Przedsiębiorczość. Za dziesięć lat będę… najbogatszym człowiekiem na świecie! I… zięciem cara Mikołaja! Jestem przecież Panem Świata.
– O, la, la! Upoiło zwycięzcę. Pomoże ci, jeśli się z tobą o to założę?
– Będę zaszczycony!
– A więc za dziesięć lat, o jedenastej rano, w tym samym miejscu.
Wstał i podaliśmy sobie ręce.
Byłem już w połowie drogi do drzwi, ale zatrzymał mnie.
– Jeszcze ostatnie pytanie, którego zapewne się nie spodziewasz… Pragniesz być powszechnie lubianym?
Trafił mnie w czułe miejsce. Stałem, próbując uporządkować myśl.
– Jak już wspomniałem ci przed chwilą, wychowałem się w rodzinie licznej, majętnej, zgodnej i w zasadzie szczęśliwej. Tylko, że na skutek różnic wieku, usposobień i temperamentów, żyłem niejako obok nich. Szczelnie zdystansowany. Właściwie zaledwie akceptowany, jak ruchomy przedmiot wyposażenia domu, oczywisty, ale w zasadzie zbędny. Obojętność braci nawet mnie nie bolała, ale o względy matki i sióstr zabiegałem nieustannie i bezskutecznie. Rozpaczliwe próby zaskarbienia ich sympatii, lub choćby uwagi, odnosiły przeciwne skutki. Na ogół obojętne, niekiedy nawet karciły mnie za natręctwo. Tym boleśniej, że byle jak. I ślady tego pozostały. Być może dlatego teraz tak żywiołowo zabiegam o sympatię kobiet. Cóż. Taki już jestem i tego nie zmienię. A i nie chcę. Krótko mówiąc – tak! Od najmłodszych lat do dziś noszę w sobie dwa pragnienia: bycia lubianym i bycia lepszym od innych. Najlepszym.
– Ależ Charles! Przecież to się wzajemnie wyklucza. Albo będziesz najlepszym, albo lubianym. Trzeba wybierać. Tylko, że ty po wydarzeniu dzisiejszej nocy tego wyboru już nie masz. Te sto osób, które były świadkami twojego triumfu, obdarzyły cię podziwem, ale i niechęcią. Mniej lub bardziej świadomą. A za kilka godzin wyjdą popołudniowe gazety i będziesz bohaterem na ustach milionów, którzy otoczą cię podziwem i towarzyszącą temu zawiścią. A do tego jeszcze jesteś bezczelnie atrakcyjny z wyglądu – Tu Etienne Bach uśmiechnął się miękko i zalotnie, jak kobieta – tym gorzej dla ciebie. Więc jeśli zrobisz błyskotliwą karierę, w co nie wątpię znając twoje kompleksy, wkrótce staniesz się dzieckiem szczęścia i królem życia. I włożysz sobie na głowę koronę. Cierniową. Która nawet nie boli, jeśli ktoś ma grubą skórę. Ale ty akurat nie masz. Więc o byciu lubianym – zapomnij!
Szedłem w środku dnia przez pusty i ciemny hol Grand Casino. Stuk obcasów grzmiał w zupełnej ciszy jak salwy. Otworzyłem drzwi. Blask słońca uderzył i oślepił. Ze srebrnoszarego trawnika uniósł się kompletnie biały ptak. Sroka.
– To spora suma. Naprawdę duża… Wielka. Uczciwie mówiąc, przekracza wartość zabezpieczenia naszego banku w złocie.
Dyrektor Prywatnego Banku Handlowego w Kijowie przyjął nas na stojąco. Trudno. Widać, że lekko oszołomiony treścią trzymanego w drżącej dłoni dokumentu, nie mógł ukryć zakłopotania. Rozglądałem się ciekawie po gabinecie. Niby cały w mahoniu, świeżym, bo jeszcze pachniał, ale zegar w kącie zaledwie niemiecki „Grundmann & Sohne”, średniej marki. Kryształy żyrandola ze szkła pomniejszej jakości, a i szlifowane marnie, pochłaniały promienie światła, zamiast olśniewać. Cóż, prowincja. Nawet stolicę mają nie tu, a w Charkowie, więc czego chcieć.
– Ale zda mi się, że pan mnie nie słucha – twarz dyrektora wyrażała sprzeczne uczucia, bo suma na papierze imponująca, moja osoba nieznana, czyli, krótko mówiąc, niepewność.
– Słucham bardzo uważnie.
Urzędnik podrapał się po spoconym czole.
– Proponuje pan nam depozyt w postaci siedmiuset pięćdziesięciu kilogramów złota, próby 999, loco bank Societe Generale w Paryżu…
– To źle? Francja spokojna, Paryż bezpieczny, a tu w każdej chwili może się powtórzyć rok 1905. Fabryki staną, rubel poszybuje w dół. To raczej ja ryzykuję.
– Naturalnie… Można na to patrzeć i z tej strony, panie…
– Jaroszyński – szybko podpowiedziała smarkula, strzelając do mnie błyskiem czarnych oczu. „Te kryształy na żyrandolu powinny mieć takie słoneczne refleksy, jak jej ślepia – przemknęło mi przez myśl – wtedy byłyby coś warte. Ależ ona piękna!”.
– Naturalnie, panie Jaroszyński. Ale uprzedzam…
– Możemy wreszcie usiąść? – wypaliła i nie czekając na przyzwolenie, przysunęła sobie krzesło. – Stopy okropnie zmęczone, bo nowe pantofle mam. Prezent sprzed chwili!
Rozsiadła się i na oczach zdumionego dyrektora bezceremonialnie zsunęła obuwie ze stóp. Zająłem miejsce na sąsiednim krześle.
– Ale uprzedzam, panie Jaroszyński, że tak znaczna wpłata uzależnia pana majątek od decyzji władz banku. Niekiedy, w pana oczach, decyzji ryzykownych.
– Wiem. Ale przy tak znacznej wpłacie uzależniam bank od moich decyzji finansowych. Niekiedy, w oczach władz banku, ryzykownych. Dlatego wybrałem mały bank.
Dyrektor nadal stał, choć zachwiał się nieznacznie.
– Mniemam, że natychmiast wniesie pan o kredyt?
– Tylko po to ulokowałem te środki.
– No, taak… – Dyrektor wziął głębszy oddech, ale nie zdążył wypuścić, gdy z hukiem drzwi wkroczył dżentelmen rosłej postury, tęgi, siwowłosy i czegoś nader radosny.
– Drogi monsieur Karol!! Doprawdy! Jakżem szczęśliwy!
Doskoczył do mnie w sekundę i zaczął ściskać, jakbyśmy się kiedykolwiek znali.
Dyrektor jeszcze nie wyprostował pleców po ukłonie, gdy zaczął, jąkając się.
– Panie prezesie…
– Stroczkin! Wieniedykt Aleksandrowicz. Ależ o panu głośno po salonach w całym Kijowie! No, No!… – Po czym spojrzał na swojego podwładnego chłodno.
– A dyrektor Morozow nic nie wie. Odludek! Świeżo z Woroneżu żem go ściągnął, bo rodzina daleka, ale… – Prezes Stroczkin machnął ręką i zatrzymał wzrok na owym Morozowie.
– Pawka! Skocz do gabinetu „12”, bo tam narada jest w sprawie kredytu hrabiego Inoziemcowa… A tam „narada”! Konsylium właściwie, bo spłata umiera. Ha, ha, ha! No, idź, idź! Rychlej!
Odprowadził wzrokiem skromnie oddalającego się dyrektora.
– Nic nie wie! Taki typ… Jakżem ja rad pana widzieć, Karol! Czytałem, czytałem! Monte Carlo! Góra złota! No, no! A jakże pana witano w domu, w Winnicy? Pewnie tak radośnie, jak ja?
– Nie byłem jeszcze w domu.
– A!… Nie był… Ale musi mi pan, Karolu drogi, opowiedzieć, kiedy, jak to tam było w tym Monte Carlo. Usiądziemy u mnie, popijemy starki, a mam czterdziestoletnią! Bo sam w owym Monte Carlo jeszcze nie byłem, nie złożyło się. Choć chciałaby dusza do raju… he, he, he!
Korzystając z wolnej chwili podczas tyrady prezesa, zabrałem dokument z dyrektorskiego biurka. Więc gdy w końcu zapytał: „A cóż za potrzeba sprowadza pana w moje niskie progi?”, podetknąłem mu pod nos pismo, które przebiegł nader szybko, może tylko zwracając uwagę na liczby.
– Kredycik? Czyż nie?
– Nie użyłbym zdrobnienia, ale tak. Kredyt.
Przestał się nagle uśmiechać.
– No, tak. Oczywiste. Niemniej tak ogromny kredyt to dla nas wielki znak zapytania. Wolno prosić o niedyskrecję? Czy to będzie bezpieczna inwestycja?
– A to już pan prezes lepiej wie.
Podniósł na mnie wzrok, pełen ciekawości. Nie bezinteresownej.
– Nie rozumiem. Co zatem zamierza pan nabyć?
– Wasz bank.
Czarnooka prychnęła śmiechem dyskretnie, ale słyszalnie. Dopiero wtedy zwrócił na nią uwagę. Pochylił się ku mnie i stwierdził półgłosem:
– Skoro to na poważnie…
– Całkowicie.
– To wydaje mi się, że nasza dalsza rozmowa wymaga maksymalnej dyskrecji – i wskazał ją wzrokiem.
– Bez obaw. To moja najlepsza przyjaciółka.
Uspokojony kiwnął głową. A ja pochyliłem się ku niej i szepnąłem:
– A właściwie jak ty masz na imię?
Wyciągnęła do Stroczkina dłoń, którą on ucałował soczyście.
– Raisa Metrevelli. Miło mi…
No tak! Gruzinka! To tłumaczy tę karnację. I tę gorącą krew. Stroczkin pojaśniał w uśmiechu.
– Jestem zaszczycony! Będę pamiętał!
Z jej oczu błysnął ku mnie kolejny czarny piorun.
– Obaj zapamiętajcie.
Prezes pospieszył z wyjaśnieniem.
– Początkowo po prostu wziąłem panią za siostrę naszego drogiego Karola.
– Moje siostry są dużo starsze… I nie tak piękne – dodałem, by uspokoić gniew ślicznej, jak się okazało – Raisy.
Poskutkowało.
Wygrzebaliśmy się z pościeli dopiero koło dziesiątej. Odsunąłem zasłony, wpuszczając światło i gwar śródmiejskiej ulicy. Piętro niżej, przed wejściem hotelowym, kumulował się hałas wiecznie obecnych handlarzy zmieszanych z gośćmi i przechodniami, pisk kół tramwaju o szyny, prychanie koni, stuk pojazdów i moc dźwięków nieodgadnionego pochodzenia. Z przyjemnością obserwowałem, jak Raisa powoli zakłada bieliznę.
Splotłem dłonie za głową.
– Muszę wyjechać na parę dni.
– Kiedy?
– Zaraz!
Zatrzymała zapinanie gorsetu.
– To teraz mi mówisz? W takim razie musimy zdążyć do magazynu, bo w gości ja nie mam nic. Ani popołudniowego, ani na wieczór. I jakiś sakwojaż choćby, kosmetyki te najpotrzebniejsze. Buty na podróż. Wiesz, niepoważny jesteś! To powozem będzie? Koleją? Godzina w magazynie, jak nic. Albo i dłużej. Przecież muszę starannie dobrać, nie wezmę nic pierwszego, co mi pod nos podsuną…
– Sam jadę. Do matki. Rozumiesz, to nie będzie wizyta towarzyska.
– A kiedy wrócisz?
Rozłożyłem ręce.
– Ja wiem? Dwa dni? Tydzień?
– No wiesz! I co ja będę robić w tym czasie?
– Nie wiem. Może wróć do męża?
Lokomotywa sapała daleko z przodu. Za oknem, jak w kinematografie, przesuwały się znajome obrazy. Pejzaże z przeszłości. Dość monotonne, trzeba przyznać obiektywnie, ale cóż, kochane. Pustynie ściernisk, zagajników ciemne plamy, łąki już przyblakłe, cieniste ściany lasów…
Żelazne koła zadudniły po moście. Chyba Rastawica. No to już blisko pół drogi…
Wykupiłem cały przedział klasy pierwszej, bo przypadkowych towarzyszy podróży nie cierpię. Za to nieobute nogi można wyciągnąć, a i bąka puścić bezkarnie, co mi się właśnie zdarzyło. I poczytać w spokoju nareszcie. Ponad dwieście wiorst, to i zapas gazet, magazynów rozmaitych zabrałem: kijowskie, petersburskie, nawet „Wiener Tag”. Ze trzy funty tej prasy… nie… dwa i pół funta najwyżej. Uniosłem stos ponad pulpit… Jednak chyba będzie trzy. Papier gazetowy wcale ciężki jest w jednostce masy. O czym piszą?… Świat pędzi do przodu… „Armia Stanów Zjednoczonych kupiła projekt braci Wrightów”. Tymczasem Cesarstwo otwiera linię dla cywilnych pasażerów. „Deutsche Luftshiffars AG”. Jak cywilnym otwierają, to wojsko już ma… Ale z drugiej strony, proszę! „Marynarka Jego Królewskiej Mości opracowuje projekt armaty przeciwlotniczej”… Jak zezwolili prasie pisać, że „opracowują”, to pewnie już opracowali. Anglik ostrożny jest. Takie reguły gry… Swoją drogą, jak z armaty ustrzelić frunący aeroplan? Muszą zapewne mieć dwie lufy, jak dubeltówka, albo nawet wiele luf… I strzelać chmurą śrutu, tylko znaczniejszego, bo aeroplan to cel podobny do ptactwa, tylko większy… Pożyjemy, zobaczymy. Niestety… Dość pewne, iż przyszłe wojny będą rozgrywać się w przestworzach. Przynajmniej częściowo… Jeszcze jeden drobny bączek… I oczywiście natychmiast ktoś puka z korytarza! Patrzę uważnie w cienie za szybą. Starszy jegomość, siwa bródka, zęby szczerzy… znam! Sąsiad nasz niedaleki, spod Kalinówki. Z ojcem niegdyś w radach zasiadał… Paluszkiewicz. Chciał nie chciał, trzeba otworzyć. Wstałem.
– Młody pan Jaroszyński!! Toż to niespodzianka! Kopę lat!
– Kłaniam panu sąsiadowi.
Naściskał się mojej ręki i usiadł, posapując.
– No to jakbym cię myślami wywołał, panie Karolu. No bo oczywiście żem czytał o tej twojej fortunie z kasyna. No, Chryste Panie! Tonna złota!
– A gdzie tam tonna!
– Już ja swoje wiem. Jak gazety piszą „jeden”, to czytaj „dwa”. Ale wypytywać cię nie będę, bo pewnie wszyscy wypytują.
– Owszem, wypytują.
– To i nie dziw się im… Ależ się z ciebie mężczyzna zrobił dorodny! Jak ten czas leci! Bo ja cię pamiętam, o… dosłownie takiego! – Uniósł dłoń gdzieś tak dziesięć cali nad podłogą. Czyli pamiętał mnie z łona matki, mniej więcej szósty miesiąc ciąży. Ciekawe…
– A mój Zygmuś w oficery poszedł. Kawaleria! Też kawał chłopa!… Czyli do domu jedziesz?
– Do domu.
– No to się pani Karolina ucieszy. Telegramem uprzedziłeś, czy niespodzianka?
– Uprzedziłem.
– To już pewnie tam z nogi na nogę przestępują. No bo to, nie kłamawszy, Jaroszyńscy spod Winnicy niebiedni, ale tonnę złota do majątku dodać, to jest coś! Pytanie – w co inwestować? Nie ma mądrych, ale ja mam coś upatrzonego… Sery twarde! Przegonić precz Holendrów i Francuzów! Mleko u nas tańsze i lepsze, ręce tańsze i lepsze…
Odsunąłem gazety. Będą dwie godziny ekonomii rolniczej…
…Szybko jednak nasza rozmowa, a ściślej monolog jego, na całkiem odmienne tory przeskoczył.
– Domyślam, ma się rozumieć, że w owym Monte Carlo słynnem, a też w nadmorskich okolicach, tych Niceach różnych… Bo Nicea tam niedaleko, nieprawdaż?
– Zgadza się. Nicea.
– …towarzystwa światowego, mondu, ludzi świetnych nazwisk i wybitnych pozycji, oryginałów takoż, poznałeś tam znaczną ilość…
– Fakt. Masę.
– …wśród nich także panien znamienitych, bogatych, pięknych a pochopnych, nowoczesnych w obyczaju, he, he… po tamtejszych salonach, operach, kawiarniach, nie brakuje.
– Bywają.
– To i dla młodzieńca takiej prezencji, jak twoja, takich koneksji i dowcipu… to pewnie był jeden wielki raj?
– Nie narzekałem, panie sąsiedzie.
– A nie sądź, he, he, he, że potępiam. Wręcz przeciwnie: z każdego dzbana miodu warto popróbować! Toż to przywilej młodości. Ale… do trzydziestki! Do trzydziestki. Później już można, ba, trzeba! uważnie rozejrzeć się za towarzyszką życia najodpowiedniejszą. Niestety, jedną. Wartą ustatkowania się, czyż nie?
– Tak mówią.
– I otóż na myśl mi z nagła przyszła panna pewna z mojej familii…, ale dalekiej! Żeby nie było, że krewną rekomenduję… Krystynka. Urody anielskiej, po prostu zwala z nóg! A przy tem podobnież kniazini, szkoda, że po matce, ale mimo wszystko. A i ziemi ma szmat po horyzont, plus lasy, tartak, młyny i czego byś nie chciał. Pod sądem, prawdę mówiąc, ale wygra. Więc jakbyś był skłonny, albo tylko ciekaw, to wystarczy jeden telegram do mnie…
Za oknem pojawiły się zbudowania przedmieścia i pociąg zaczął znacząco zwalniać. Paluszkiewicz poderwał się z kanapy.
– A licho!! Toż już Winnica! A ja żem w przedziale towarzystwo zostawił! I bagaże!
Doskoczył do drzwi i żegnał się już z korytarza. Jeszcze cofnął dać bilet wizytowy, który w kieszonkę wsadziłem.
– A nie zapomnij! Krystynka! Jeden telegram…
Ja także zacząłem się zbierać. Zgarnąłem niedoczytaną prasę, bagażowy chwycił za kufer i przemaszerowaliśmy na odległy, boczny peron, gdzie na wąskich torach stał śmiesznie mały parowozik i miniaturowy wagon salonki. Znałem ten zestaw od dziecka, bo ojciec często z niego był korzystał, wiele razy i mnie zabierając. Wkroczyłem zatem do wnętrza, może nie jak do domu, ale w wehikuł czasu, cofający mnie w miłą przeszłość. Na blacie stołu stał samowar, pewnie ten sam, kosz z owocami i rogowy nożyk na małej tacce. Wszystko sprzed lat, tylko owoc świeży. Zawiadowca przez okno spojrzał pytająco, kiwnąłem głową i ruszył pociąg z jednym pasażerem, który wreszcie mógł dokończyć gazety.
Na platformie stacji „Wapniarka”, przed małym, bielonym budynkiem kolejowym, stał na baczność ten sam naczelnik co zawsze, choć tym razem w dopiętym mundurze i lśniących butach. Wlepił oczy we mnie, stojącego na stopniu i chrząkając, czekał, aż się zbliżę. Rozejrzałem się wokół i spostrzegłem niecodzienny tłumek miejscowych obywateli, ubranych niedzielnie, w koszule białe, surduty, kamizelki, nierzadko nawet jednocześnie. Zawiadowca tutejszy, rozpostartymi ramionami znaczył im granicę nieprzekraczalną, a wszystkie oczy skierowane były na mnie. Naczelnik zrobił dostojny krok naprzód, a obok blondyneczka w różowej sukience, podlotek może dziesięcioletni, o kształtnej twarzyczce i wielkich brązowych oczach, (oj, ładna panna kiedyś z niej będzie) trzymała tacę pod białym obrusem, na którym drżała karafka z wódką i oszroniony, napełniony kieliszek.
Naczelnik jeszcze raz odchrząknął i zasalutował.
– Niech mi będzie wolno… powitać uniżenie… ehm!… wielkiego syna naszej ziemi…
Cóż za bełkot. Wystarczy jedna udana noc w kasynie i stajesz się „Wielkim Synem Tej Ziemi!”.
– …z dumą…, ale nie tylko z dumą… ehm!… ale i szacunkiem…
By skończyć żenującą uroczystość, chwyciłem szybko kieliszek, podniosłem w kierunku mówcy i wychyliłem jednym machnięciem. Potem ukłoniłem jemu, a następnie zgromadzonym, czego pewnie oczekiwali, bo kilku zaczęło klaskać. Na szczęście jak spod ziemi wyrósł nasz Konstanty. Sztywny, jakby kij połknął, wykrochmalony, wyfraczony, włos przygładzony na mokro. I wzruszony autentycznie.
– Witamy, paniczu Karolu! Szczęśliwy nam dziś dzień nastał…
Dalej mu gadać nie dałem, tylko uścisnąłem, objąłem po męsku, aż nam łzy pociekły.
– Dobra. Bierz kufer i ruszamy. Czym prędzej!
– Jeden kuferek?! Ino?
– Konstanty! Opamiętaj się. Czy ja jestem jakaś matrona, żeby bagaże za mną szeregiem nieśli? Łap kufer i nie marudź.
Porwał kufer i poniósł, ale zdziwiony. Na podjeździe stała, zaprzężona w parę białych koni, nowiutka victoria. Jak spod igły. Błyszcząca czarnym lakierem i wiśniowym welurem pikowanej kanapy. Rozciągnąłem się na miękkich sprężynach. Konstanty na tylnym stopniu, czyli jak się u nas mawiało, na „zadupiu”, zacisnął kufer skórzanym pasem i już się piął na kozioł, ale go wstrzymałem.
– Czekaj! Posuń się, siądę obok ciebie.
– Proszę?! Jakże to?
– Pogadać chcę. Nie będziesz przecież do tyłu mówił.
– Ale nie godzi się tak! Paniczu! Ludzie patrzą. Gotowi pomyśleć, że panicz socjalizuje!
– Dobrze. Wieź mnie tedy, ale za miastem się przesiądę.
Cieszyłem oczy… Kiedy wiesz, jaki odnajdziesz widok za każdym pagórkiem i za każdym zakrętem drogi, to już nie są rodzinne strony. To jest dom.
– Pani matka, Bogu dzięki, zdrowa. I przy energii takiej, aż pozazdrościć. A rygor trzyma, jak, nie przymierzając, pruski oficer.
– Julka znalazła adoratora?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
