Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
11 osób interesuje się tą książką
Kasia, zamiast żyć „tu i teraz”, woli scrollować Instagrama. Ma męża, dom, stabilną pracę i... totalny kryzys egzystencjalny. Była prymuską i szkolną bohaterką, której wróżono życiowy sukces, jednak czerwony pasek nie uchronił jej przed szarą codziennością.
Po tym, jak odnawia kontakt z przyjaciółką z dzieciństwa — znaną influencerką — daje się wciągnąć w świat pozorów, filtrów i porównań, które niemal doprowadzają ją do tragedii. Bo jeśli chcesz mieć zasięgi, zaczynasz od małych kłamstw, a potem płacisz za nie coraz wyższą cenę.
To boleśnie aktualna, ironiczna opowieść o perfekcjonizmie, uzależnieniu i o tym, że w świecie social mediów każdy z nas jest trochę „idiotką”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 320
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redakcja
Joanna Misztal
Projekt okładki
Maksym Leki
Fotografie na okładce
© Grok (xAI)
Redakcja techniczna, skład i łamanie
Maksym Leki
Korekta
Katarzyna Nowakowska
Marketing
Wydanie I, Siemianowice Śląskie 2026
Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA
41-100 Siemianowice Śląskie, ul. Olimpijska 12
tel. 600 472 609, 664 330 229
www.videograf.pl
© Wydawnictwa Videograf SA, Mikołów 2025
tekst © Agata Lasocka-Myszor
ISBN 978-83-8293-377-2
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Dedykacja
Rozdział I
Rozdział II
Nie porównuj swojego zaplecza do czyjejś sceny.
Steven Furtick
Tamta dziewczyna, tak mało o niej wiesz
Ma siłę, by marzyć i tak zazdroszczę jej*
– Dzień dobry, idiotko.
Szybko płuczę twarz letnią wodą, żeby zbyt długo nie patrzeć na siebie w lustrze. Życie to tylko krótki czas między pryszczami a zmarszczkami, a ja chyba je przegapiłam. Dziś naprawdę czuję się jak przystało na mój wiek. Trzydzieści pięć lat… czyli, jak zwykł mawiać mój mąż, jestem po trzydziestce, lub – jak ja o sobie myślę – jestem przed czterdziestką.
Nie mam siły robić makijażu, tylko zapaćkam sobie te popękane naczynka na policzkach lekko zeschniętym podkładem. Czy gdy sięgałam po buteleczkę, ta wyślizgnęła mi się z rąk i obiła nieco glazurę umywalki? Oczywiście. Czy ta sama minikatastrofa spowodowała chlapnięcie fluidu na przed chwilą założone ubranie? Jeszcze jak. Przebarwienia na skórze będą musiały pozostać widoczne dla świata, bo już nie mam ani czasu, ani czystych ubrań na zmianę.
Czując, jak nadciąga migrena, wbiegam do sypialni, ze sterty ciuchów leżących na rowerku stacjonarnym wybieram pstrokaty, kolorowy sweter i zakładam go na poplamione ubranie. Istnieje dom, w którym taki sprzęt faktycznie służy do ćwiczeń, a nie jako drogi wieszak?
Mam gonitwę myśli. Gdy schodzę po schodach, aż mnie ściska w dołku. Znowu nie zdążę. W końcu mnie zwolnią. Wyglądam okropnie. Boli mnie kolano, trzeba by w końcu zrzucić parę kilo, jak radził ortopeda, i go tak nie obciążać. Kolana, nie ortopedy...
Wchodzę do kuchni. Ze słowotoku myślowego wyrywa mnie głos Jaśka:
– Dzień dobry, myszko. – Uśmiecha się poczciwie.
– Czyli że jestem taka szara i pospolita? – pytam z typowym dla siebie przekąsem. Nie daje się sprowokować mojemu złemu humorowi. Podchodzi do mnie i całuje w czoło, ale ja nie czuję z tego powodu ani szczęścia, ani ulgi w bólu głowy.
– Dobrego dnia. – Niewzruszony moim chłodem podaje mi tabletkę przeciwbólową i wodę do popicia.
Kącik moich ust unosi się ledwo widocznie, ale jemu to wystarcza i znów uśmiecha się do mnie czule. Jak on mnie dobrze zna.
Zawsze, gdy się spóźniam, dopada mnie migrena. Jako małolata nabijałam się z tych wszystkich znerwicowanych bab, które łykają tabletki jak cukierki z nawet najbardziej błahego powodu. Cóż… uważaj, z kogo się śmiejesz.
– Podwieźć cię?
W odpowiedzi tylko kręcę głową, bo przełykam kapsułkę. Jeszcze tego brakowało, żebyś ty też się spóźnił przeze mnie, myślę, ale nie wypowiadam tych słów na głos. Grzęzną mi w gardle jak to gorzkie lekarstwo. Nie zasługuję na takiego męża. Odchrząkuję kilka razy, biorę ze stołu swoją torebkę i wychodzę z domu.
***
Mam prawo jazdy. Zapisałam się na kurs w dniu osiemnastych urodzin, jak te wszystkie „fajne” dzieciaki. Zdałam za pierwszym razem, rodzice byli dumni, a koledzy i koleżanki zazdrośni. Miałam predyspozycje do tego, by stać się przyzwoitym kierowcą, a jednak jadę dziś do pracy autobusem. Dlaczego? Gdy weszłam w dorosłość, zaczęłam się wycofywać zarówno z prowadzenia auta, jak i z całego swojego rozrywkowego życia. Nie siedziałam za kółkiem od dobrych kilku lat i mimo że w garażu stoi uroczy garbus w moim ulubionym turkusowym kolorze, to zwyczajnie boję się nim jeździć. Nie wiem, czemu tak jest, bo nie miałam żadnego wypadku ani stosu mandatów na koncie, które mogłyby mnie skutecznie zniechęcić. Nawet oczekiwanie w deszczu czy upale na przystanku albo opóźnienia nie potrafią mnie przekonać, by znów prowadzić auto. Zresztą na moich pigułkach na uspokojenie jest wyraźnie napisane, że siadanie za kierownicą to kiepski pomysł, więc mam świetną wymówkę.
Rozsiadam się na swoim ulubionym miejscu w pięćdziesiątce dwójce. Jedzie najszybciej do przychodni i ma jedno pojedyncze siedzenie tuż przy tylnym wyjściu. Moje miejsce.
Już na przystanku włożyłam do uszu słuchawki, odcinając się od reszty świata. Dzięki tej idealnej strategii nie muszę wychodzić poza swoją strefę komfortu i rozmawiać z obcymi.
Moja ręka odruchowo sięga do torebki po telefon, a palec klika w różowo-pomarańczową ikonkę. Bezmyślnie scrolluję zdjęcia. Ktoś jest na urlopie, ktoś kupił auto, komuś urodziło się dziecko, ktoś wrzucił zdjęcie psa, inny przebiegł maraton, a znajoma ze studiów wydała książkę. Sami ludzie sukcesu. Ewidentnie robią te rzeczy tylko po to, żeby zrobić mi na złość. Nie lajkuję ani nie komentuję, ale i tak kciuk wędruje w górę i w dół, dając mojemu mózgowi zastrzyk dopaminy, irytacji i niezdrowej zazdrości. Pławię się w tych emocjach, mimo że jednocześnie są niepożądane. Czuję, jak od nieprzyjemnych myśli robię miny, które pogłębiają zmarszczki, nadając mi jędzowaty wyraz twarzy.
Zauważam post sponsorowany z ładną sukienką. Modelka wygląda w niej obłędnie, też bym chciała tak się prezentować. Ale mam za szerokie biodra, imponującą oponkę na brzuchu i obwisłe ramiona. No i nie potrafię tak zgrabnie zapozować, makijaż też nie jest moją mocną stroną. Może gdybym kupiła tę sukienkę i nowe kosmetyki, też bym się tak uśmiechała?
Podnoszę głowę znad ekranu i klnę pod nosem. Oczywiście social media skradły całą moją uwagę i przegapiłam przystanek. Podrywam się z siedzenia i impulsywnie naciskam guzik „stop”, ale kierowca jest bezwzględny. Wszyscy się na mnie gapią, więc nie mam śmiałości, żeby poprosić go, by wypuścił mnie, gdy zatrzymał się na czerwonym świetle.
W gimnazjum nie byłam taką niedorajdą… Z drugiego końca autobusu potrafiłam poprosić kierowcę, by otworzył drzwi, i w piruecie wyskoczyć. Wtedy wzrok postronnych nie był oceniający i tłamszący, a pełen podziwu i pożądany. Ale tamtej pewnej siebie dziewczyny już nie ma. Jestem tylko ja. Kasia.
Z pochmurną miną wychodzę z autobusu i biegnę w stronę przychodni. Mam dwie możliwości: iść dłuższą drogą naokoło i spóźnić się jeszcze bardziej albo leźć na przełaj przez trawnik i ryzykować upapranie błotem. Wybieram obie te opcje. Przewracam się na śliskiej trawie i zanim udaje mi się ogarnąć i dotrzeć na chodnik, jestem już koncertowo spóźniona.
Przed gabinetem stoi już tabun pacjentów i trzech przedstawicieli medycznych. Nie patrząc nikomu w oczy, znikam w pokoju socjalnym. Szybko ściągam sweter, przez kark przerzucam stetoskop i narzucam fartuch lekarski, zapinam go bardzo skrupulatnie, aby ukryć plamę na bluzce, jednocześnie odwlekając moment rozpoczęcia pracy. Wdech i wydech – i przemykam przez tłum do swojej celi, a po piętach już depcze mi pan Bogdan, siedemdziesięcioośmioletni emeryt z zespołem metabolicznym, osteoporozą i zamiłowaniem do czytania biografii pewnego słynnego austriackiego akwarelisty. To będzie długi dzień…
***
Zawsze chciałam leczyć ludzi, co bardzo cieszyło moich rodziców, bo według nich istniały tylko trzy zawody: prawnik, lekarz i hańba rodzinna. Już jako trzylatka badałam wszystkie swoje misie i lalki. Podawałam im lekarstwa w formie malinowych żelek, smarowałam maścią, za którą służył mi krem do twarzy mamy, i mierzyłam gorączkę starym szklanym termometrem. Szybko dowiedziałam się, jak fajnie rtęć zachowuje się na parkiecie.
Chęć ratowania ludzkiego życia towarzyszyła mi przez całą młodość i była motorem napędowym do nauki. Potem przyszła jednak szara rzeczywistość, rozczarowanie możliwościami, i pasja zgasła, pozostawiając mnie totalnie wypaloną. Chciałabym kiedyś na nowo poczuć tę iskrę siły, która we mnie drzemała. Bo ja wciąż ją pamiętam, choć wspomnienie tego uczucia spełnienia zaczyna stopniowo blaknąć.
Z rozmyślań wyrywa mnie głos pana Bogdana:
– To te niebieskie rano i wieczorem, a białe… połówkę przed posiłkiem? – pyta zmarnowany i pochyla się w stronę biurka, jakbym miała odpowiedź wypisaną na twarzy.
– Na odwrót, stary ośle.
Na szczęście dla mojej reputacji te słowa padają nie z moich ust, a z ust żony pana Bogdana, która weszła do gabinetu zaraz za swoim mężem. Kiwam jednak głową, bo lepiej bym tego nie ujęła. W ich rodzinie największy posłuch ma siedmioletni jamnik, a na drugim miejscu pani Marysia. Kobieta, która – skoro już się tu pojawiła – wprowadzi w życiu biednego Bogdana prawdziwy reżim.
– Już zapisuję. – Zmuszam się do nikłego uśmiechu i dużymi literami notuję zalecenia, jednocześnie powtarzając wszystko po raz drugi. – Ma pan nadciśnienie, cukrzycę typu drugiego, hipercholesterolemię i stłuszczoną wątrobę. Źle się pan czuje, bo nie brał pan leków – zwracam się do staruszka, a chyba powinnam do pani Marysi. – Tu recepta, a tu rozpiska, co i kiedy brać.
Nie pomyliłam się. Po kwity natychmiast sięga żona.
– Wypadałoby również przejść na dietę. – Tu już z premedytacją zwracam się do kobiety. – Proszę, aby mąż jadł lekkostrawne dania. Więcej warzyw i białego mięsa.
– Dieta. Białe mięso. Oczywiście, pani doktor, już ja go przypilnuję. – Groźnie łypie na skulonego mężczyznę, po czym wsuwa papiery do torebki. – Dziękujemy, pani doktor.
Gdy tylko wychodzą, w drzwiach już pojawia się następna pacjentka. Pani Ola wypomina mi moje spóźnienie, a następnie barwnie opisuje, od której to czekała przed gabinetem, żeby zająć miejsce w kolejce.
I tak minęło mi następne siedem godzin, a gdy już nie wiedziałam, jak się nazywam, zabroniłam wchodzić kolejnemu pacjentowi, tłumacząc się teleporadami. Ciężko oparłam się na krześle, wzięłam łyk zimnej kawy i faktycznie sięgnęłam po telefon, ale zamiast dać odpocząć głowie, niemal nieświadomie zajrzałam do Instagrama.
Scroll. Scroll. Scroll. Scroll. Scroll. Pukanie. Scroll. Scroll.
– Pani doktor?
– Przecież przed gabinetem wisi kartka „Nie wchodzić bez wezwania lekarza”! – wykrzykuję w stronę nieśmiałej staruszki i zanim kończę zdanie, już czuję się z tą reakcją paskudnie. Drzwi zamykają się gwałtownie, a mnie jest zwyczajnie wstyd.
Dlaczego zareagowałam tak impulsywnie? Jestem w pracy, moi pacjenci są dla mnie ważni, wykonuję odpowiedzialny zawód, nie powinnam zachowywać się jak skończona łajza.
Spoglądam na zegarek i orientuję się, że moja pięciominutowa przerwa trwa już trzy kwadranse. Czterdzieści pięć minut, podczas których nie skończyłam pić kawy, nie wyszłam do toalety ani nie poplotkowałam z dziewczynami na recepcji. Tylko social media.
Przenoszę wzrok w dół i widzę, że w dłoni wciąż trzymam telefon z otwartą apką. Patrzę na zdjęcie dodane cztery minuty temu przez olivia_miretti_official. Widnieje na nim bezdyskusyjnie piękna dziewczyna o długich blond włosach – co nie umyka mojej uwadze – bez rozdwojonych końcówek. Promiennie się uśmiecha idealnie białymi zębami – musi wydawać fortunę na dentystę. Jej ciemnobrązowe oczy są zdecydowanie mniej podkrążone niż moje.
W tle widać luksusowy jacht, zjawiskową włoską lagunę w promieniach zachodzącego słońca. Co za kicz. Przepiękny kicz…
Rzucam okiem na krótki opis pod fotką.
Na jakiś czas wracam do Polski! Kto na szybką kawkę po latach?
Impulsywnie wchodzę w komentarze i zostawiam swój.
Ja.
I odkładam telefon.
Próbuję wrócić do rzeczywistości, więc sięgam po kartotekę pani Barbary. Chwilę przeglądam papiery i ostatnie zalecenia, ale nie potrafię się skupić. Gdzieś z tyłu głowy czuję, że zrobiłam coś niewłaściwego. Najgorsze, że moje sumienie wcale nie ma na myśli bezpodstawnego naskoczenia na staruszkę czekającą na korytarzu.
Odkładam dokumenty i znów podnoszę telefon. Co ja sobie myślałam?
Szybko szukam swojego komentarza, żeby go usunąć. Na pewno jeszcze go nie odczytała. W tej samej sekundzie widzę wyskakującą czerwoną kropeczkę na serduszku w prawym górnym rogu.
Powiadomienie…
Zamieram, gdy dociera do mnie, co to znaczy. Musiała zobaczyć moją odpowiedź pod postem. Przeszywa mnie dreszcz, gdy telefon wibruje, a w górze ekranu wyskakuje komunikat o wiadomości prywatnej.
Jestem idiotką.
* Sylwia Grzeszczak, Tamta dziewczyna.
Siedzę na toalecie ze spuszczonymi do kolan spodniami i nerwowo przygryzam paznokieć kciuka. Od powrotu z pracy nie odważyłam się odczytać wiadomości przesłanej przez Oliwię. Wiem, że jeśli wyświetlę jej treść, to będzie to widoczne u nadawcy, więc tylko na zmianę włączam i minimalizuję apkę.
Odkładam komórkę na krawędź umywalki i oplatam brzuch rękami. Bujam się na sedesie w przód i w tył, przez co krótkie, czarne włosy przysłaniają mi spoconą twarz. Zachowuję się głupio, a cały ten irracjonalny stres odbija się na moim zdrowiu. Gdy kończę, szybko wskakuję pod prysznic. Automatycznie wykonuję wszystkie czynności higieniczne, ale moje myśli nadal krążą wokół telefonu. Mam ochotę sięgnąć po niego mimo mokrych dłoni, ale boję się, że mi się wyślizgnie. Cieknąca woda miała zadziałać na mnie kojąco, ale ten cholerny magnes z logiem nadgryzionego jabłka wciąż mnie przyciąga. Wmawiam sobie, że myję się niespełna dwie minuty w imię oszczędności albo ekologii, ale chyba tylko się okłamuję. Zawijam się w ręcznik i sięgam po moje ulubione uzależnienie, wciąż nie odczytując wiadomości.
Nie patrząc pod nogi, idę do sypialni w piżamie, której spodnie pochodzą ze świątecznego kompletu, a góra ma nadruk uśmiechniętego bakłażana. Z dolnego piętra słyszę głos Jaśka:
– Obejrzymy coś razem? W zeszłym tygodniu dodali tę ckliwą komedię, o której rozmawialiśmy.
Przez chwilę nic nie odpowiadam, bijąc się z myślami. Jedyne, czego teraz chcę, to w spokoju poleżeć w łóżku przy świetle niebieskiego ekranu.
– Sprawdziłem pierwsze opinie. Mocne dwa na dziesięć, a że jesteś prawdziwym koneserem dziadostwa, to na pewno ci się spodoba – dodaje zaczepnie mój jakże zabawny mąż.
Przewracam oczami, ale uśmiecham się mimowolnie. Chcę odmówić, ale oczami wyobraźni widzę jego smutną twarz, co aż kłuje bólem głęboko w klatce piersiowej.
Schodzę na dół. W salonie jest przytulnie i ciepło. Bordowa wykładzina może jest trochę staroświecka, ale uwielbiam chodzić po niej gołymi stopami. Jasiek zapalił naszą ulubioną lampkę, która rzuca ciepłe światło przez pożółkły abażur. Komoda i półki są zastawione bibelotami, pamiątkami, ramkami ze zdjęciami i durnostojkami. Dla kogoś mogą to być zwykłe łapacze kurzu, ale ja lubię przebywać w towarzystwie tych wszystkich przedmiotów. Nasz zestaw wypoczynkowy to bajecznie wygodna, ale wysiedziana kanapa i dwa fotele, każdy z innego kompletu.
Na trójnożnym stoliku czeka już butelka wina, dwa kieliszki, a na kanapie przygotowany kolorowy koc, który wieki temu zrobiłam własnoręcznie na drutach. Moje miejsce jednak już zajął Maślak, nasz kocur znajda, który udaje, że potrafi zasnąć jak kamień w niespełna pięć sekund. Mówi się, że kot ma tylko jednego właściciela, a reszta domowników to tylko zbędny balast. Nie inaczej jest w naszym domu i chyba nikt nie ma wątpliwości, że to ja w tej relacji jestem przegrywem. Maślak to ewidentnie pupil Jaśka. Tylko on może go głaskać,brać na ręce czy karmić, ja z moim dyplomem medycyny mogę co najwyżej posprzątać kuwetę. Do tego mam wystarczające kwalifikacje, choć i tak zawsze przygląda mi się z pogardą, gdy to robię. Zwierzęta znają się na ludziach, nic więc dziwnego, że mnie nie szanuje.
Siadam przy Jaśku tak, by nie zakłócić kociej drzemki – nie chciałabym się narazić naszemu małemu księciu. Mąż otwiera butelkę i podaje mi napełnioną lampkę, po czym obejmuje mnie ramieniem i włącza film.
Połowa seansu upływa nam w milczeniu na popijaniu bordeaux. Nic dziwnego, że recenzenci nie zostawili na tym dziele suchej nitki – to prawdziwy koszmarek kinematografii, ale… takie właśnie lubię najbardziej. Z tego przyjemnego stanu wyrywają mnie wibracje spod koca, więc natychmiast sięgam po telefon. Odblokowuję ekran. Dziwne, żadnej nowej wiadomości. Znów tylko mi się wydawało. To powtarza się od roku. Nieważne, gdzie jestem i co robię, regularnie mam wrażenie, że dostaję powiadomienia. To się chyba nazywa wibracje fantomowe – ponoć doświadcza ich aż siedemdziesiąt procent posiadaczy smartfonów.
Cały czar prysł. Odpalam Insta i od razu spoglądam na symbol nieodczytanej wiadomości. Nie, na pewno nie tu i nie teraz. Wygaszam ekran, ale już po chwili rozjaśniam go na nowo. Żeby odciągnąć myśli od tego, co mogła napisać do mnie Oliwia, włączam Facebook. Scrolluję tablicę, przelatując wzrokiem tylko po nagłówkach artykułów.
Amerykańscy naukowcy ujawniają! Aż 99% ludzi źle pije wodę. Sprawdź, jak to robić BEZPIECZNIE! – Co ja właśnie przeczytałam? Trochę korci, żeby kliknąć, ale boję się, że wtedy algorytm zacznie mi podawać same takie „mądrości”.
Przeskakuję wzrokiem między komórką a telewizorem. Nie mam pojęcia, czemu bohaterka całuje się z tym blondynem i chowa pierścionek zaręczynowy – chyba coś przegapiłam. Znów rzucam okiem na post z paskudnym zdjęciem wygenerowanym przez AI. Widnieje na nim smutny piesek, który ma tylko trzy łapki, ale nie wiem, czy dlatego, że ma to coś wspólnego z wpisem, czy może jednak sztuczna inteligencja wciąż ma problem z liczbą kończyn.
Kieruję wzrok na film w momencie, gdy Jasiek parska śmiechem. Nie jestem pewna, co się wydarzyło, ale teraz bohaterka całuje się z brunetem.
Piję łyk wina i scrolluję dalej.
Tylko pół procent populacji potrafi rozwiązać to równanie. Sprawdź, czy jesteś geniuszem! 2 + 2 = ?
Patrzę na liczbę komentarzy i nie wierzę. Ponad pięć tysięcy i do tego osiemnaście tysięcy polubień!
Scroll.
Zobacz wideo! Wróżbitka Marcelina okazała się oszustką! – Aha, czyli inni szarlatani są wiarygodni. Dobrze wiedzieć. – Uśmiecham się kpiąco.
Wino. Scroll.
Skandal! Córka znanych aktywistów z Ostatniego Pokolenia przyłapana na wyrzucaniu śmieci do rzeki. Internauci zarzucają hipokryzję! – Zaraz, zaraz. Skoro są „ostatnim pokoleniem”, to czemu mają dzieci? Trąci mi tu podwójną hipokryzją.
Przez moją głowę przetaczają się kolejne nic nieznaczące informacje, o których zapominam w tej samej sekundzie, w której znikają mi z oczu.
Nim się orientuję, na telewizorze już lecą napisy końcowe i pewnie bym tego nie zauważyła, gdyby z marazmu nie wyrwał mnie komunikat o niskim poziomie baterii w smartfonie. Czuję na sobie wzrok Jaśka, więc odkładam komórkę na koc.
– Chyba wypiłam za dużo wina, ale mi się podobało. To co, sequel? – improwizuję, żeby mojemu mężowi nie przyszło do głowy, aby…
– Myszko, znowu to samo.
No i się zacznie. Zamiast filmowej premiery dostanę teraz miałką powtórkę z rozrywki.
– Myślałem, że po ciężkim tygodniu spędzimy miło czas i porozmawiamy. – Patrzy na mnie z taką troską, że aż muszę uciec wzrokiem w stronę stolika.
– O co ci znowu chodzi? Cały wieczór siedzimy razem.
Kręcę w dłoni kieliszkiem, na krawędzi którego usiadła muszka owocówka.
– W trójkącie z twoim telefonem.
Te słowa sprawiają, że od razu czuję się atakowana, jakby ktoś groził mojemu najlepszemu przyjacielowi.
– Było miło, dopóki nie zacząłeś tego tematu!
Niemal nie reaguje na mój wybuch, ale widzę, że zabolało go to stwierdzenie. Bierze głęboki oddech i patrzy na mnie cierpliwie, jakby szukał podpowiedzi na mojej twarzy, co może powiedzieć, bym mu nie uciekła.
– Kocham cię – mówi w końcu, a ja dziwię się, że ze wszystkich słów wybrał akurat te. – Chcę dla ciebie jak najlepiej. Chcę dla NAS jak najlepiej, ale od wielu miesięcy tylko się mijamy. Mało rozmawiamy, bo zawsze, gdy cię widzę, masz przyklejony do ręki telefon.
Przybliża się do mnie i desperacko łapie moją dłoń, pewnie po to, żebym nie wstała, zanim powie wszystko, co sobie zaplanował.
– Chciałbym, żebyś trochę odpuściła.
Pochyla się i sięga po mój smartfon. Zabieram go jak poparzona, a mój gwałtowny ruch aż budzi Maślaka.
– Wszystko jest okej, nie wmawiaj mi, że coś jest ze mną nie tak. – Nie chcę dłużej prowadzić tej rozmowy. – Coś sobie ubzdurałeś. Wiesz, że muszę być pod telefonem, moi pacjenci mają przecież mój prywatny numer w razie awaryjnej sytuacji.
Tym zdaniem ucinam dyskusję. To przecież logiczne, że komórka to moje narzędzie pracy. Poza tym wszyscy z nich korzystają, więc nie wiem, dlaczego akurat ja mam się ograniczać. Jasiek jest staroświecki, nie zna pełnego potencjału tych urządzeń. On by tylko dzwonił i wysyłał SMS-y, a ja zdołałam pójść z duchem czasu i nie zostać w tyle.
Tylko kiwa głową, co paradoksalnie denerwuje mnie jeszcze bardziej. Już wolałabym, żeby krzyknął, powiedział coś nieprzemyślanego, co ja mogłabym wykorzystać, ale nie – on jak zawsze jest opanowany i analizuje każde słowo.
Nie czekam, aż znowu wpadnie na jakiś świetny pomysł, i wstaję z kanapy. Niezadowolony turbulencjami Maślak patrzy na mnie z pogardą i wybiera drugą po drzemce najważniejszą kocią czynność. Liże sobie jajka.
