I czyste morza - Damian Zalewski - ebook

I czyste morza ebook

Damian Zalewski

0,0

Opis

Dariusz wkracza w dorosłość, w tym samym czasie nakłada się kilka innych wydarzeń, a każde z nich może nosić miano punktu zwrotnego jego życia. Jego ojciec, z którym nie miał kontaktu od wczesnego dzieciństwa, umiera. Zostawia mu spadek, niebotyczną sumę pieniędzy. Dariusz uwikłany wburzliwy i intensywny romans, gdzie podczas imprez nie stroni się od substancji psychoaktywnych, chce uciec od coraz bardziej owładającego nim nałogu. Kupuje ogromny jacht, naprędce kompletuje załogę i wyrusza w rejs po wodach Atlantyku. Izolacja od świata udaje mu się nadspodziewanie dobrze, gdyż wybucha kolejna fala globalnej pandemii. Świat pogrąża się w chaosie, dotychczas tlące się konflikty, rozpalają się z swoją uwolnioną mocą, oraz wybuchają nowe wojny, Powrót na ląd w tych okolicznościach jest zbyt niebezpieczny. Morza i oceany także stają się niebezpiecznym miejscem, ze względu na działania wojenne, plagę piractwa i rozboje. Czy piękny żaglowiec i jego załoga przetrwają tą zawieruchę? 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 443

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



I CZYSTE MORZA

Damian Zalewski

Spis treści

Na dnie sarkofagu noc czarna sukni

Rozrzucam korale wspomnień

Wtulona we włosów płaszcz

Wonna rodnią swą teraz okryta snem

Na wpół lodowata dłoń zimne twe usta

A jeszcze niedawno ogień tlił

Pamiętam rozkoszny wiatr

Masztem gnący sztorm daję Ci moją łzę

Okręt mój płynie dalej gdzieś tam

Serce choć popękane chce bić

Nie ma Cię i nie było jest noc

Nie ma mnie i nie było jest dzień

KAT „Łza cieniów minionych”

Rozdział Pierwszy

Dariusz, 2019 rok

Dariusz obudził się długo po świcie, letnie słońce stało już wysoko na niebie i intensywnie grzało. W namiocie, w którym spał, zrobiło się niemożliwie gorąco. Pękała mu głowa i nie czuł się dobrze. Nie pamiętał dokładnie, jak i kiedy wrócił na teren przydomowego trawnika, na którym rozbity był namiot. Najchętniej z powrotem zapadłby w sen, dopóki nie minie mu kac. Mógłby też po prostu leżeć tak długo, aż przestanie mu się kręcić w głowie i poprawi samopoczucie. A najlepiej byłoby się przenieść do jakiejś innej, odnowionej rzeczywistości, gdzie wiele z tego, co do tej pory znał, zostałoby uznane za niebyłe. Jak różne teksty i bazgroły pisane spontanicznie w brudnopisie, a potem wyrzucane do kosza.

Tymczasem próbował trwać w nirwanie i nie myśleć o niczym. Przez chwilę mu się to udało i może taki stan udałoby się podtrzymać nieco dłużej, gdyby nie to, że wspomnienia o grubej aferze, która zaszła na wczorajszej imprezie, zaczęły się przebijać do jego świadomości.

– Wypad, tępa dzido! – powiedział przy wszystkich do dziewczyny, która jeszcze przed kilkunastoma minutami była mu bardzo bliską osobą, a przynajmniej bawił się z nią w taką grę.

– To ty spadaj! Idź już stąd, palancie! – odpowiedziała mu Patrycja, jego dziewczyna, a raczej była dziewczyna, bo chwilę wcześniej ostro się pokłócili, po czym oświadczył, że z nią zrywa.

Zanim jeszcze słowa Patrycji wybrzmiały do końca, rozejrzał się po twarzach swoich znajomych, wyczytał w nich poparcie dla niej i dezaprobatę swojej osoby.

Od ponad godziny był już nieźle wstawiony, ale bynajmniej nie bawił się przez to lepiej. No chyba że za dobrą zabawę uznać to, że przystawiał się do dziewczyny, która dzisiaj pojawiła się na miejskim skwerku. Dosiadła się do Darka i jego znajomych, gdy okupowali murek okalający niewielki park oraz ławeczki przy nim ustawione.

Właśnie o to wybuchła sprzeczka między nim a Patrycją, która dała mu wyraźnie znać, że – delikatnie mówiąc – nie jest zadowolona z tego, jak on się zachowuje. Dariusz nie tylko próbował wszystko zbagatelizować, ale ignorował ją i wcale nie przestawał swoich umizgów do tej nowej w ich towarzystwie.

Nic jednak nie ułożyło się tak, jakby sobie tego życzył. Jego mózg upojony alkoholem był otępiały i za każdym razem, gdy tylko otwierał usta, to się kompromitował. W pewnym momencie poczuł się wyobcowany, miał wrażenie, że inni źle znoszą jego towarzystwo. Gdy nie mógł już swobodnie nawiązać konwersacji z kimkolwiek, skupił się na butelce. Po chwili upił się na tyle mocno, że sam poczuł, iż ma dość. Odszedł od nich w ostatnim momencie. Udało mu się oddalić wystarczająco daleko, by nikt nie widział, jak wymiotuje za drzewem w parku. To były jedne z ostatnich chwil, jakie zapamiętał z poprzedniego wieczoru. Teraz już wiedział, że pozostawił po sobie obciach wśród znajomych, zerwał z Patrycją, a tę nową zraził do siebie tak, że chyba krzyknęłaby w przestrachu, gdyby go znów zobaczyła.

W namiocie zrobiło się gorąco nie do wytrzymania, dręczyło go pragnienie, ale nie miał nic do picia. Z drugiej strony pęcherz dawał znać, że jest już mocno przepełniony. Musiał wstać, wyjść z namiotu, pójść do domu i doprowadzić się do porządku. Nie miał daleko, gdyż namiot znajdował się w małym ogródku przynależącym do budynku, w którym mieszkał. Zebrał się w sobie i wyszedł na zewnątrz. W świetle dnia mógł obejrzeć w jakim stanie jest jego odzież: koszulka i spodnie były czyste, tylko pogniecione i przepocone. Czyli całkiem w porządku, jeśli wziąć pod uwagę wydarzenia podczas ostatniego wieczoru oraz to, że spał w ubraniach. Klucze, portfel, dokumenty i telefon były w kieszeniach spodni, przynajmniej coś można było zaliczyć do pozytywów dzisiejszego ranka.

Wszedł do jednorodzinnego domku w zabudowie bliźniaczej, mieszkał tam razem z matką, ojczymem i dwoma przyrodnimi braćmi. Ojczym z matką już od świtu byli w pracy w salonie z kosiarkami do trawy – to był biznes, którego byli właścicielami. Nie pamiętał, kiedy widział się z nimi ostatni raz, chyba w sobotę albo niedzielę, a dziś był już czwartek. W dni powszednie wychodzili, zanim wstał, a wracali, gdy go już nie było. Potem, gdy on ściągał do domu, oni już dawno spali.

Pierwotnie namiot miał być atrakcją dla młodszych dzieci, przygodą jaką jest spanie poza domem (choć w bardzo jego ścisłym pobliżu), jednak ostatecznie zawładnął nim Darek. Pozwoliło mu to na bezkolizyjne powroty w środku nocy bez robienia hałasu i budzenia reszty rodziny.

Najmłodszy z braci, Wojtek, był na kolonii nad morzem dla dzieci z szóstej i siódmej klasy podstawówki. Średni brat, Łukasz, który po wakacjach zacznie trzecią klasę liceum, jeszcze spał. Darek był najstarszym z chłopaków i właśnie zawalił rok studiów na politechnice. Sam jeszcze nie wiedział, co zaplanować z tych wszystkich poważnych rzeczy, o których ciągle mówi mu jego matka. Teraz też się nad tym nie zastanawiał, w końcu były wakacje. Należały mu się, czy nie, postanowił przeżyć je jeszcze raz.

Był zdrowy, przystojny, nie za niski i nie za wysoki, nie za gruby i nie za chudy – po prostu w sam raz. Przynajmniej tak sam o sobie myślał. Kasztanowa czupryna lekko opadała na gładkie lico o wyraźnych, nieco surowych, rzeźbionych testosteronem rysach, które sprzyjały bogatej mimice. Dzięki temu, gdy wydobywał dźwięki z instrumentu, na jego twarzy malowało się całe mnóstwo emocji. Potrafił dobrze grać na gitarze i całkiem ładnie śpiewać, jednak sam nigdy nic nie skomponował; głównie odtwarzał rockowe szlagiery. Ogólnie rzecz biorąc, miał przyjemną osobowość, o ile nie przesadzał z używkami, po których z reguły zaczynał szaleć. Dziewczynom się podobał, koledzy też go lubili. W ten wakacyjny czas wystarczyło tylko pozwolić dniom płynąć ich naturalnym trybem i czekać na to, co same przyniosą. Po co się wychylać i zaczynać coś, na co nie był jeszcze gotowy?

Najpierw podreptał do łazienki – wysikał się, umył ręce i twarz oraz przepłukał usta. Następnie podszedł do lodówki, wyciągnął sok pomarańczowy, rozcieńczył go wodą z kranu i wypił trzy kubki, jeden po drugim. Głośno beknął i sprawdził telefon. Na grupie „skate Wadowice” nie było żadnych nowych wiadomości, oprócz dwóch zupełnie wyrwanych z kontekstu. Doskonale wiedział, co to oznacza: powstała już nowa grupa, na którą go nie zaproszono, zapewne przy dużym udziale Patrycji. Pomyślał, że jej nienawidzi i tak naprawdę nigdy mu na niej nie zależało. Kręcił z nią tylko dlatego, że chciał mieć jakąś dziewczynę, a ona akurat się napatoczyła. Zresztą ich krótki związek rozwinął się głównie z jej inicjatywy.

„Olać to” – pomyślał. Prędzej czy później spotka znajomych na mieście. Zawsze też mógł wrócić na skatepark, gdzie był stałym bywalcem od początku jego istnienia, czyli już od siedmiu lat. Myślał jednak o tym bez entuzjazmu; w wieku dziewiętnastu lat czuł się trochę za stary na to, by bezcelowo wygłupiać się z poznanymi tam dzieciakami.

W tamtej chwili nie miał jednak siły na nic. Poczłapał więc do swojego pokoju i legł na łóżku na wznak. Pościel przywitała go lekkim chłodem i neutralnym zapachem, jako że już dawno nie dotykała ludzkiego ciała. Chciał znów zatopić się w odrętwieniu i nie robić nic, ale wspomnienia natarczywie pchały mu się do obolałej głowy. Same porażki i kwasy. Gdy tak leżał, czuł, jak narasta w nim irytacja.

– To co? Jedziemy? – Łukasz stanął w otwartych drzwiach pokoju.

Wyglądał prawie jak kopia swojego starszego przyrodniego brata. Widocznie większość genów odziedziczyli po matce albo po jakimś przodku z jej strony – Wojtek zresztą też. Cała trójka miała bujne włosy i gdy pojawiali się gdzieś razem, rodzina i znajomi wołali na nich Fraglesi.

Darek spojrzał na niego zaskoczony. Był zdziwiony, że młodszy brat już wstał, i kompletnie nie rozumiał, o co ten go pyta.

– Co?

– Pociąg będzie za piętnaście minut – oznajmił Łukasz.

– Pociąg? Jaki pociąg? – Darek nadal nie ogarniał sytuacji.

– Nic, nieważne. – Łukasz zorientował się, że jego starszy brat wcale nie jest ubrany dlatego, że wybiera się z nim do miasta, tak jak wcześniej obiecał. To, że teraz nie spał, było jedynie dziełem przypadku.

Młodszy brat poczuł złość na samego siebie, że w ogóle o cokolwiek go poprosił. Wszak można było się spodziewać, że to się tak skończy – czyli że ta zakała rodziny znowu nawali. Łukasz już miał odejść, gdy Darek nagle się odezwał:

– Nie, no weź powiedz, co z tym pociągiem? – Normalnie olałby brata, ale ostatnimi czasy podpadł już tylu osobom, że wiedziony instynktem samozachowawczym postanowił chociaż tutaj czegoś nie zepsuć.

– Miałeś mi pomóc przywieźć akwarium, pamiętasz? – Łukasz zaczynał tracić cierpliwość.

– Aaa! Akwarium! Dobra! Jasne, tylko myślałem, że to ma być później. Nie ma problemu, możemy jechać teraz – odparł Darek żywiołowo, choć każda komórka jego ciała krzyczała, że wcale nie chce się ruszać z łóżka.

Teraz sobie przypomniał: faktycznie, parę dni temu brat poprosił go o pomoc w transporcie dużego akwarium. Towar mieli odebrać od jakiegoś ziomka z Krakowa, a opcja przywiezienia go pociągiem do ich domu w Wadowicach miała zostać wykorzystana tylko wtedy, gdyby nie udało się zorganizować transportu samochodem. Widocznie nikt ze zmotoryzowanych znajomych nie mógł pomóc. Kurier też odpadał, bo Łukasz razem z akwarium miał dostać kilka rybek zamkniętych w foliowych woreczkach z wodą.

Łukasz już otwierał usta, by powiedzieć, co o nim myśli, ale zastygł w osłupieniu. Patrzył z niedowierzaniem, jak Darek pokracznie, lecz z widoczną mobilizacją, wstaje i zakłada rozrzucone przed łóżkiem buty.

– Albo rybki, albo akwarium – rzucił Darek, klepnął go w ramię, wyminął w drzwiach i ruszył korytarzem wprost do wyjścia.

Łukasz uznał, że tamten mówi raczej do siebie, i podążył za nim.

Na miejscu Darek szybko przestał żałować, że dał się namówić na tę eskapadę. Ziomek od akwarium okazał się zwyczajnym chłopakiem z liceum, kolegą z klasy Łukasza. Nie wyglądał ani na kujona, ani na prostaka. Był krótko ostrzyżonym blondynem o chłopięcej twarzy i nieco krępej sylwetce. Natomiast jego siostra okazała się całkiem niezła i od razu wpadła mu w oko.

– Mamy obsuwę. Koleś od pielęgnic będzie dopiero po osiemnastej, właśnie przed chwilą do mnie dzwonił – oznajmił Tomek, właściciel akwarium, gdy tylko bracia weszli do mieszkania.

– Ej, ziomek, ale jest dziesiąta rano – skwitował Łukasz, rozbawiony na całego, i przybił piątkę gospodarzowi.

– No właśnie, ej – zawtórował mu Tomek, po czym poświęcił dłuższą chwilę na kontemplowanie własnego śmiechu.

Ci dwaj często zachowywali się w ten sposób, by sprawiać wrażenie niewzruszonych, niezależnie od okoliczności. Chcieli w ten sposób podkreślić swój młodzieżowy styl i zaimponować innym totalnym luzem. Nieprzewidziane przeszkody nie robiły na nich wrażenia, a wręcz potrafili wiele rzeczy obrócić w żart.

Darek najbardziej interesował się w tym momencie Karoliną. Zauważył, że w jej oczach błysnął zwiastun przygody. Nie pozostało mu nic innego, jak zaakceptować sytuację i ugrać coś dla siebie. Nie mógł jednak po prostu przystać na wszystko, co robią ci gówniarze; postanowił zaznaczyć swój autorytet starszego.

– Młody, weź mi, k... weź mi nawet nie mów – Dariusz w ostatniej chwili powstrzymał się przed soczystym wulgaryzmem.

Schował twarz w dłoniach, a potem przesunął je powoli w dół, odsłaniając nowe oblicze: pełne zawodu bratem, rezygnacji, ale zarazem wielkodusznej akceptacji sytuacji. Spojrzał Karolinie prosto w oczy.

– Jak ty z nimi wytrzymujesz? – zapytał z udawanym współczuciem w głosie.

– Witaj w klubie tych, co mają brata – odparła, wzruszając ramionami.

Słysząc jej głos, Dariusz poczuł przyjemną ekscytację. W odpowiedzi jedynie się uśmiechnął.

– I co teraz, młody? Chciałem do domu na śniadanie wrócić – zwrócił się do Łukasza.

– Pójdziemy na miasto, postawię ci kebsa – zaproponował Tomek, który poczuł się winny z powodu opóźnienia.

– No! To rozumiem – rozpromienił się Darek i poklepał go po ramieniu.

– A mi? Mi też postawisz? – wtrąciła się Karolina, zwracając się do brata.

– Tak, ale najpierw ty mi – wypalił Tomek, lecz gdy tylko te słowa opuściły jego usta, od razu ich pożałował.

Takie dwuznaczne teksty były chlebem powszednim, gdy przebywał w gronie kolegów z klasy. Za każdym razem prześcigali się w mocnych, czasem wręcz wulgarnych żartach, a dziewczyny z ich towarzystwa były do tego przyzwyczajone. Karolina jednak do nich nie należała – była młodsza, niewinna, no i była jego siostrą. Trochę się zapomniał, a poza tym podświadomie chciał zaimponować starszemu bratu Łukasza.

Pierwszy prychnął Darek, choć wcale tego nie planował. Spojrzał rozbawiony na Łukasza, przez co tamten natychmiast zaraził się wesołością i również parsknął śmiechem. Tomek z kolei zaczął niewinnie wpatrywać się w przestrzeń.

– Ty debilu! – Wściekła Karolina zaczęła okładać pięściami ramię brata.

– Ale o co ci chodzi?! – Tomek bronił się przed ciosami, bo dziewczyna uderzała naprawdę mocno. – Dobra, dobra! Masz tego kebsa, okej?!

Karolina zmierzyła go wzrokiem pełnym pogardy, dając do zrozumienia, że to jeszcze nie koniec.

Darek z Łukaszem starali się nie pokazać, jak bardzo rozbawiła ich ta rodzinna sprzeczka. Zmazali uśmiechy z twarzy i nieco nadgorliwie zacisnęli usta w grymasie powagi.

– O! Ale fajna ryba! – Darek dopiero teraz zaczął dokładniej przyglądać się mieszkańcom akwarium. – O! A ta jaka! I ta! – Pokazywał palcami okazy, które wypatrzył. Odwrócił się do pozostałych, by sprawdzić, czy widzą ryby, które tak go zachwyciły, jednak cała trójka w skupieniu spoglądała tylko w jego kierunku. – Dobra, idziemy na tego kebsa – zarządził, odrywając się od podwodnego spektaklu. Sprawiał wrażenie, jakby nie miał nic przeciwko, by zostać tutaj do momentu, aż będzie można zabrać zbiornik.

– Ale co potem? Do osiemnastej zostanie jeszcze trochę czasu – zauważył.

– Możemy pójść popływać na Zakrzówek – zaproponował Tomek.

Darkowi od razu spodobał się ten pomysł. Męczył go upał, więc z rozkoszą wskoczyłby do chłodnej, orzeźwiającej wody, która ukoiłaby ból głowy. No i istniała szansa, że pójdzie z nimi Karolina.

– Już cię lubię. Od razu cię polubiłem, jak tylko cię zobaczyłem – rzucił Darek w taki sposób, że wywołał tym lawinę śmiechu.

Rodzeństwo musiało jedynie zabrać z domu ręczniki i stroje kąpielowe. Darek i Łukasz byli zmuszeni wstąpić do pobliskiego marketu, żeby kupić sobie najpotrzebniejsze rzeczy. Starszy z braci nie omieszkał przy tym chwycić dwóch zimnych piw z chłodziarki. Gdy wychodzili ze sklepu, dostali wiadomość od umówionego kupca – facet poinformował, że nie zdoła dzisiaj sfinalizować transakcji i odebrać ryb przed wieczorem.

W drodze do polecanej przez wielu mieszkańców budy z kebabem krakowskie rodzeństwo oraz Łukasz dali sygnał na swoich internetowych grupach, że można dzisiaj coś zorganizować. W efekcie, zanim jeszcze skończyli jeść, mieli już gotowy plan na zagospodarowanie czasu aż do późnego wieczora.

Nadmiar wolnego czasu, świetna pogoda i obecność kogoś z dorosłością potwierdzoną dokumentem stanowiły idealne warunki do zorganizowania melanżu. Pozostało ustalić miejsce, bo propozycji padało wiele. Ostatecznie stanęło na Zakrzówku. Sam zalew był wtedy oficjalnie nieczynny, ogrodzony siatką i niezmodernizowany, jednak wciąż stanowił gigantyczny obszar nieużytków tworzący urokliwe, dzikie miejsce w środku miasta. Młodzież regularnie urządzała tam nielegalne imprezy, przechodząc przez dziury w płocie. Wspinała się po skałkach i jeździła rowerami po crossowych ścieżkach. Oprócz surowego, głębokiego zalewu było tam mnóstwo przestrzeni, by ukryć się pomiędzy załomami skalnymi, skarpami czy usypanymi z kamieni wałami. Dodatkowo wszystko już dawno zarosło trawą, krzakami oraz kępami drzew, co czyniło ten dziki teren idealnym na kameralne spotkanie przy grillu i browarach.

Woda w zalewie była wyjątkowo zimna, zważywszy na to, że lato trwało w pełni, a pogoda dopisywała. Akwen był niezwykle głęboki – dno dawnego kamieniołomu znajdowało się kilkadziesiąt metrów pod powierzchnią, skąd nieustannie wypływały świeże, podskórne pokłady. Dzięki temu woda pozostawała czysta, przejrzysta i miała przepiękny, błękitny odcień. Chłopaki urządzali skoki z coraz większych wysokości. Strome, urwiste brzegi wznosiły się miejscami nawet trzydzieści metrów ponad taflę, co dawało im spore pole do popisu. W zabawie pojawiła się też nuta rywalizacji: najpierw skakali z dwóch, trzech metrów, potem z pięciu, siedmiu i dziesięciu. Żaden z nich w pojedynkę by się na to nie odważył, ale w grupie nakręcali się nawzajem, podnosząc poprzeczkę coraz wyżej.

– Teraz to już piecze, jak się nie wejdzie idealnie prosto – stwierdził Tomek po swoim najwyższym skoku.

– No i lepiej trzymać nogi razem, ha, ha! – zaśmiał się Łukasz, a do jego rozbawienia dołączyli Tomek z Darkiem. Karolina zawtórowała im dopiero po chwili, gdy zrozumiała dwuznaczny sens aluzji.

– Jak ktoś skoczy z wyższa i mu nie wyjdzie, może zarobić na Nagrodę Darwina – dodał Tomek, spoglądając na krawędź urwiska nad nimi z wyraźnym krytycyzmem.

– Potrzymaj mi piwo – rzucił Darek, nie precyzując, do kogo mówi. Zresztą i tak nie miał już żadnej puszki, bo właśnie zdążył wyżłopać resztkę. Ośmielony alkoholem krążącym we krwi oraz chęcią zaimponowania Karolinie, wspiął się na skałę wysoką na prawie piętnaście metrów.

– Kmieć ma chyba parcie na szkło – skomentował Łukasz, gdy jego brat stanął na wąskim gzymsie, szykując się do lotu.

W odpowiedzi Darek zaczął śpiewać, drąc się na całe gargło. Jego głos wracał zwielokrotniony, odbijając się głośnym echem od pionowych ścian kamieniołomu:

– “Ain't it fun when you get so high, well that you, you just can't come. Ain't it fun when you know that you gonna die young”!

– On zawsze, jak się najebie, to zaczyna śpiewać – skomentował te popisy Łukasz.

– Serio chce skoczyć? Jeszcze coś mu się stanie! – rzekła z nieudawanym przestrachem Karolina.

Łukasz i Tomek nie odpowiedzieli, tylko uważnie obserwowali sytuację. Obaj wiedzieli, że nie zdołają go powstrzymać, skoro uparł się na ten skok.

– Such fun, fun, aah, yeah! – wrzasnął Darek, machając rękami, po czym odbił się od skały.

Ekipa patrzyła z napięciem, jak chłopak leci i z głośnym pluskiem wbija się w wodę. Minęło dobrych kilka sekund, zanim jego głowa pojawiła się na powierzchni.

– Yeah! – krzyknął Darek, gdy tylko zaczerpnął powietrza.

– Jesteś pojebany! – odkrzyknął Łukasz, ale w jego głosie było więcej rozbawienia niż złości. Nie chciał wyjść przy znajomych na mięczaka.

Darek dopłynął do brzegu. Towarzysze obserwowali go wyczekująco, próbując przewidzieć jego kolejny ruch. Zauważyli jednak, że musiał boleśnie odczuć to uderzenie o taflę. Okrzyki i śpiewy szybko ucichły, a chłopak cały czas próbował wydmuchać nos.

– Kurde, woda mi nieźle poszła na twarz. Pod ciśnieniem wlała się do nosa i teraz czuję, jakby mi zalało zatoki – przyznał, parskając i prychając.

– Z takiej wysokości to trzeba umieć skakać, ja wymiękam – zakomunikował Tomek.

– Ja też – w ślady kolegi poszedł Łukasz.

– I tak musimy się zwijać, jeśli chcemy zdążyć z zakupami – zauważyła przytomnie Karolina. Nie chciała już przedłużać zabawy, która na tym dzikim kąpielisku robiła się coraz bardziej niebezpieczna.

– Komu dałem piwo do potrzymania? – spytał Darek.

– Ha, ha, chciałbyś – skomentował Łukasz z lekkim zażenowaniem.

– Spoko, skoro trzeba zająć się zaopatrzeniem, to zbierajmy się – zadecydował starszy brat. Przebrali się i ruszyli do pobliskiego sklepu.

– Dobra, ty trzy, Majka dwie, Iza dwie, Tadki osiem… Yyy… Kto tam jeszcze? – Tomek próbował zliczyć sztuki zamówione przez towarzystwo.

Słuchał kolejnych życzeń przez przystawioną do ucha komórkę, by w końcu z irytacją w głosie oznajmić do słuchawki:

– Dobra! Bierzemy trzy skrzynki, bo jeszcze ekipa z Ruczaju się zapowiedziała. Widzimy się na Zakrzówku! – Chwilę jeszcze potrzymał telefon przy uchu, po czym się rozłączył. – Trzy skrzynki na razie – zakomunikował Darkowi.

– No problem, ja kupuję, ty płacisz – odpowiedział tamten.

– Masz dowód przy sobie? – upewnił się Tomek.

– Mam.

Szli teraz w pięć osób, bo dołączył do nich Paweł – kolega z klasy Łukasza i Tomka. Na naprędce zorganizowaną, spontaniczną imprezę zapowiedziało się jeszcze kilka osób, choć nikt nie wiedział, ilu znajomych poinformowanych pocztą pantoflową ostatecznie się pojawi. Wszyscy mieli spotkać się bezpośrednio na miejscu. Nowi biesiadnicy zobowiązali się dostarczyć kiełbasę, węgiel drzewny i jednorazowego grilla.

Specyfika dzikiego terenu wymagała, by ich piątka zapewniła to, co najważniejsze, czyli napój bogów. Musieli więc zaopatrzyć się w parę skrzynek piwa w sklepie znajdującym się najbliżej celu. Zorganizowali to tak, że Dariusz, który jako jedyny mógł pochwalić się dowodem osobistym, załatwił transakcję z kasjerką, a Tomek wyłożył pieniądze za wszystkich.

Po chwili dźwigali już ciężki ładunek, przystając co kilkadziesiąt metrów na odpoczynek i zmianę rąk. Optymalnie byłoby, gdyby na każdą skrzynkę przypadło dwóch chłopaków. Skrzynek były jednak trzy, a chętnych do noszenia tylko czterech – Karoliny nie angażowali do tego zadania.

Poradzili sobie w ten sposób, że nieśli wszystkie trzy skrzynki naraz, ustawione w jednym szeregu. Dwaj chłopcy idący w środku trzymali po jednym uchwycie z dwóch różnych skrzynek, natomiast dwaj idący po zewnętrznych stronach nieśli ładunek za skrajne rączki. Przez tę konstrukcję zajmowali całą szerokość chodników i ścieżek, którymi się poruszali. Żadna z mijanych osób nie złościła się jednak z tego powodu; przechodnie uśmiechali się tylko i schodzili im z drogi, by ułatwić wymijanie.

Pomimo upału, ciężaru taszczonego towaru i obficie wylewanego potu atmosfera była wspaniała. Nikt już nie pamiętał o akwarium i rybkach, a Dariusz i Łukasz skutecznie wypierali ze świadomości fakt, że wieczorem będą musieli jakoś wrócić do Wadowic.

Darek swoim zwyczajem dyskretnie spoglądał na Karolinę. Choć była od niego znacznie młodsza, uwagę przykuwała jej uroda. Pod tym względem chłopak dzielił dziewczyny na dwa rodzaje: na piękne oraz wszystkie inne. Oczywiście był w stanie rozróżnić je ze względu na inne cechy – na przykład na brunetki i blondynki czy na mądre i głupie – ale ten jeden wyznacznik miał dla niego tak kluczowe znaczenie, że wszystko inne stawało się drugorzędne. Zwracał więc uwagę głównie na kształt ust, rysy twarzy oraz na to, jak dziewczyna patrzy, uśmiecha się i mówi. Jeśli dostrzegł w kimś piękno, które go urzekło, natychmiast rodziło się w nim pragnienie, by posiąść ten klejnot. Chciał mieć go na własność zawsze, kiedy tylko przyjdzie mu na to ochota: tę rozkoszną muzykę jej słów, słodki taniec języka i warg, głębię obrazu w arcydziele jej oczu oraz mieniącą się zmysłowymi kształtami twarz, którą pragnął oglądać z każdej strony.

W Karolinie znalazł właśnie coś takiego. Urzekł go sposób, w jaki układały się jej usta oraz zarys podbródka – to, jak odsłaniała rząd kształtnych zębów, gdy się uśmiechała lub gdy próbowała mówić coś głośniej i dobitniej. Gdyby ktoś go zapytał, bez bicia przyznałby, że spodobała mu się ta mała. Dziewczyna była niska, na oko miała mniej więcej metr sześćdziesiąt wzrostu. I choć wydawała się delikatnie krępa, nie miała nadwagi; można wręcz powiedzieć, że mogła pochwalić się pełnymi kształtami, apetycznym biustem i widowiskowo zarysowanymi biodrami, pośladkami oraz udami.

Darek prawie zawsze potrafił zrobić dobre pierwsze wrażenie. Wiedział, że ma w sobie coś, co podczas pierwszego spotkania przyciągało dziewczyny, a w najgorszym wypadku – nie zrażało ich do niego. Później bywało już różnie. W głównej mierze zależało to od okoliczności i od tego, jak długo udawało mu się nie zrobić czegoś wybitnie głupiego.

Na razie wszystko układało się bardzo dobrze – miał perspektywę na przyjemne spędzenie reszty dnia. Świadomość tego pozwalała mu znośniej borykać się z konsekwencjami wczorajszego biesiadowania. W końcu nawet ból głowy stawał się jakby nieco mniejszy.

To, że był trochę starszy od przyjaciół swojego brata – a przede wszystkim był pełnoletni – powodowało, że jego autorytet rósł w ich oczach. Pozostało mu tylko tego nie zaprzepaścić. Wiedział, że w tej kwestii może zaszkodzić sobie wyłącznie on sam. Nawet brat nie byłby w stanie go zdyskredytować, choćby opowiedział innym wszystkie kompromitujące sekrety, jakie tylko znał.

Karolina – najmłodsza z całego towarzystwa – naturalnie najbardziej interesowała się Dariuszem. Skończyła pierwszą klasę liceum i dopiero wkraczała w świat pierwszych zauroczeń i fascynacji płcią przeciwną. Łukasz był co prawda bardziej dopasowany do niej wiekiem, ale opowiadał właśnie o jakiejś fajnej dziewczynie, z którą spotykał się już parę razy w szkole i z którą zamierzał spędzić czas, a może nawet i cały dzisiejszy wieczór. Paweł z kolei, co tu dużo mówić, był po prostu brzydki i nieco pulchny, więc przynajmniej na pierwszy rzut oka nie miał szans w konkurencji ze starszym bratem Łukasza.

Przez całą drogę Dariusz był bardzo uprzejmy dla siostry Tomka – zachowywał się jak dżentelmen pełen szacunku i oddania w stosunku do kobiet. Spowodowało to, że Karolina szybko zaczęła widzieć w nim kogoś, komu może zaufać. Szczególnie w razie konieczności zawarcia sojuszu przeciwko bratu, z którym cały czas się droczyła i toczyła złośliwe szermierki słowne. Darek, jako świadek i bierny uczestnik tych utarczek, starał się obracać większość gadek w żart, by pozostać neutralnym, ale jednocześnie zawsze znajdował dla niej jakieś miłe słowo.

Gdy przybyli na umówione miejsce, nie musieli długo czekać na resztę biesiadników. Nawet osoby odpowiedzialne za zaopatrzenie w kiełbasę pojawiły się dość szybko. Za to ci, którzy mieli przynieść jednorazowy grill i węgiel drzewny, wyraźnie się spóźniali. Zaczęli więc od tradycyjnego ogniska – pieczenia kiełbasek na kiju i odkapslowania pierwszych butelek z piwem.

– Dlaczego nie kupiliście w puszkach, tylko dźwigaliście tyle szkła taki kawał drogi? – zapytał ironicznym tonem chłopak, który permanentnie hodował brud za paznokciami, a jego koszulka i spodenki również nie były pierwszej świeżości.

– Bo nie było tego piwa w puszce. To jest kraft i sprzedają go tylko w butelkach – wyjaśnił Tomek.

– A nie było żadnego innego w puszce? – Niechluj (bo taką ksywę miał w klasie) dalej nie rozumiał, dlaczego przynieśli tak ciężki ładunek.

– Zostaw go, on sam przyniósł zwyczajną – skomentował Darek i ruchem głowy wskazał na kiełbasę Niechluja nabitą na gruby patyk.

Chłopak popatrzył na kiełbasy innych, ale nie dostrzegł żadnej różnicy – może oprócz tego, że tamte były mniejsze.

– Miało być sto pięć gramów mięsa na sto gramów produktu – przypomniał Darek. – Takie kupiliście? – zwrócił się do dostawców.

Tamci zarumienili się i spuścili wzrok. Darek już wiedział, że poszli na łatwiznę. Może i te kiełbaski były lepsze od najtańszej zwyczajnej, ale na pewno nie był to produkt z górnej półki.

– Trzeba dobrze upiec na ogniu, to zrobi się dwieście gramów na sto gramów produktu – zażartował Tomek, stając w obronie kolegów.

Mimo że każdy wiedział, iż to tylko żart, wszystkim to sformułowanie się spodobało i biesiadnicy z tym większą starannością przykładali się do pieczenia.

– Jestem za! Jak potraficie, to spoko, a ja w tym czasie obczaję gitarę. Mogę? – Darek wyciągnął rękę, w której trzymał swój kij, w stronę jednego z chłopaków. Drugą ręką zaczął sięgać po gitarę, którą ktoś przyniósł ze sobą. Wiedział, że trochę się szarogęsi, ale uznał, że może sobie na to pozwolić – zwłaszcza że to od niego zależało teraz zaopatrzenie w alkohol. – Ej, masz! Potrzymaj mojego kija! To znaczy moją kiełbasę! – poprawił się szybko, a słysząc śmiech towarzystwa, dodał: – Nie tę! Tę, co tu w ręku mam! No bierz, a nie gdzieś się gapisz! – instruował, sugerując ruchem głowy, że tamten spogląda na jego krocze. – Gdzie się patrzysz?! Tę w ręku trzymaj, mówię! – powtórzył.

Jednocześnie rozglądał się po zebranych niczym stand-uper po wykonaniu popisowego numeru. Darek nie odpuszczał chłopakowi, który nie przejawiał zbytniej ochoty, by wykonać polecenie. Jednak śmiech i presja otoczenia – tym większe, im dłużej tamten wstrzymywał się przed przejęciem kija – w końcu sprawiły, że uległ.

– No! Na dwa baty jedziesz. Dwieście gramów z tego wyciśnij – Darek mrugnął okiem do chłopaka, który stał teraz przy ognisku z dwoma kijami i z miną, jakby właśnie został mu zadany gwałt.

Ku lekkiemu niezadowoleniu Darka tylko część osób zareagowała cichym śmiechem. Co prawda jego gadka była mocna i w pewnych okolicznościach mogła bawić, ale nie wszystkim spodobało się to, że przypadkowy chłopak stał się ofiarą publicznych drwin. Ostatecznie tamten przyjął to w miarę dobrze – pokręcił głową z dezaprobatą i uśmiechnął się lekko, dając do zrozumienia, że dla dobra ogółu obróci tę sytuację w żart.

Darek w końcu chwycił gitarę i wrócił z nią na swoje dotychczasowe miejsce. Usiadł obok Karoliny i dwóch dziewczyn w czarnych strojach, o włosach ufarbowanych na głęboką czerń i z ustami umalowanymi na czarno. Przyjrzał im się tylko pobieżnie. Były od niego nieco starsze, emanowały uśpioną energią i trochę go onieśmielały. Nie wiedział do końca, co o nich myśleć. Raz wydawały mu się artystkami, raz elegancko uszykowanymi kobietami, a w innej chwili – wystylizowanymi na specyficzną imprezę laskami lub dziewczynami z subkultury heavymetalowej flirtującej z satanizmem. W głowie pojawiały mu się najróżniejsze określenia na ich temat. Karolina patrzyła na niego badawczo, podczas gdy jedna z tych Służebnic Pana Ciemności zaciągała się papierosem trzymanym w kąciku ust. Mrużyła oczy od dymu, jakby liczyła, czy Darek ma już wystarczająco dużo grzechów, by pójść do piekła.

– Wybaczcie artyście, ale prawdziwa muzyka wymaga poświęceń – powiedział poważnym głosem Dariusz i mrugnął w stronę chłopaka, który piekł jego kiełbasę.

Próbował zachowywać się nonszalancko, jednak zdawał sobie sprawę, że upił się już na tyle, by dawać upust najgorszym nawykom ze swojego repertuaru. Choć nie słyszał wcześniej, jak nastrojona jest gitara, zagrał va banque. Uderzył w dźwięczny akord, po czym zaintonował mocnym głosem refren „No Woman, No Cry” Boba Marleya. Towarzystwo przy ognisku zareagowało entuzjastycznie. I choć była to tylko jedna linijka utworu, wszyscy zaczęli bić mu brawo. Wstrzymał się jednak od dalszego prezentowania swoich talentów muzycznych.

Dobrze byłoby na jakiś czas zająć się czymś, co powstrzyma mnie od picia, pomyślał, zachowując jeszcze resztki świadomości. Zdawał sobie sprawę, że w tym momencie jest tu najbardziej wstawiony ze wszystkich, choć impreza dopiero się rozkręcała. Towarzystwo dopiero się poznawało i witało; zebrani wymieniali się informacjami lub próbowali znaleźć dla siebie najlepsze miejsce. To nie była jeszcze ta faza, gdy wszyscy zdzierają gardła i śpiewają w uniesieniu, ze łzami w oczach oraz z poczuciem nagłej przyjaźni i braterstwa. Ten nieoczekiwany występ pozwolił mu jednak częściowo zmazać złe wrażenie, jakie zrobił wcześniejszy „gwałt” zadany kiełbasą.

Sługi Ciemności tymczasem gdzieś odeszły – widocznie bały się o swój komfort na wypadek, gdyby kolejne występy Darka miały postawić je w świetle reflektorów. Dzięki temu wokół chłopaka i Karoliny stworzyła się bardziej kameralna przestrzeń.

– Ładnie grasz… i śpiewasz – powiedziała nieśmiało Karolina. Patrzyła na niego oczami, w których widać było czyste szczęście.

Siedząc przy nim, bezwiednie starała się dotrzymać mu kroku w pociąganiu z butelki. Próbowała naśladować starszych, aby nie wyjść na małolatę. W efekcie była już wstawiona, choć z trudem opróżniła dopiero pierwsze piwo i teraz męczyła kolejne.

– Dzięki, może jeszcze coś później zagram specjalnie dla ciebie – rzucił banałem, posyłając jej uśmiech.

– Ojej, naprawdę? – Karolina była uszczęśliwiona i jednocześnie onieśmielona, jakby miała dostać nowego iPhone'a.

Na chwilę zapomniała o całym świecie. W tamtym momencie w głowie miała tylko jego śpiew i grę na gitarze.

Słodka jest, pomyślał Darek.

– Chodź, sprawdzimy, czy te kiełbasy zamieniły się już w szlachetne i organiczne danie z niską zawartością tłuszczów nasyconych – zaproponował ze śmiechem. Chciał, by dziewczyna miała szansę pobyć na imprezie trochę dłużej, zanim upije się do reszty.

Wziął kiełbasę, którą wyznaczony przez niego chłopak celowo niedbale oparł o kamień przed ogniskiem. Wyglądało to tak, jakby tamtemu było zupełnie wszystko jedno, czy mięso zaledwie się podgrzeje, czy spali na popiół.

– Twoja już jest dobra? – spytał Karolinę.

– Prawie, a twoja?

– Chyba jeszcze trochę – odparł i ustawił kij nad ogniem, bo kiełbasa była zupełnie nieprzypieczona.

Tamta męska dziwka jeszcze się uczy swojej roboty, pomyślał zirytowany.

– Gdzie nauczyłeś się tak grać? – Pytanie Karoliny nagle przywróciło go do rzeczywistości.

– Sam. Na gitarze po moim starym. Od mojego starego – poprawił się szybko Darek.

– Coś się stało z twoim ojcem? – zapytała, nim zdążyła pomyśleć.

– Nie, nic. Po prostu rodzice się rozwiedli i została mi po nim gitara…

Po tych słowach nastała między nimi chwila ciszy – każde z nich zajęło się własnymi myślami. Karolinę uspokoił fakt, że ojciec Darka chyba miał się dobrze. Jednocześnie w głowie kłębiło jej się mnóstwo pytań, ponieważ wśród najbliższych znajomych nie miała osób, których rodzice byliby rozwiedzeni. Jej samej ten temat nigdy bezpośrednio nie dotyczył i nie zastanawiała się nad nim zbyt wiele. Według niej rozchodzili się wyłącznie rodzice. Dlaczego więc miało to dotykać dzieci lub jakoś szczególnie na nie wpływać?

Spadek dopływu alkoholu do krwi wywołał u Darka lekką melancholię. Wróciły wspomnienia o tym, co działo się już po rozwodzie i jak bardzo tęsknił za ojcem. Jedyne, co go z nim wtedy łączyło, to właśnie ten instrument. Godzinami siedział sam w pokoju – najpierw uderzał w struny, by usłyszeć jakikolwiek dźwięk, a potem starał się wydobyć te same akordy, które grał jego tata, gdy jeszcze z nimi mieszkał. W miarę dorastania okazało się jednak, że miał zbyt idealistyczne wyobrażenie o ojcu. Pamiętał wyłącznie wspaniałe chwile z wczesnego dzieciństwa, wypełnione śpiewem i grą na nieodłącznej gitarze. Po rozwodzie prawie się nie widywali; dochodziło jedynie do nielicznych spotkań w sądzie lub gdzieś w parku na mieście. Gdy chłopak trochę podrósł, pozwolono mu odwiedzić ojca w jego mieszkaniu – i było to najbardziej pokraczne doświadczenie w jego życiu. Wtedy w końcu uświadomił sobie, że to, co powtarzano mu od dawna: Twój ojciec to dziwadło nieprzystosowane do życia z kimkolwiek, okazało się bolesną prawdą.

Nie zawsze taki był. Podobno kiedyś zachowywał się całkiem normalnie, ale uzależnił się od gry na giełdzie. Ten nałóg zawładnął nim całkowicie – przestały go interesować rodzina, dom i praca. Wszystko, co zarobił jako informatyk, przegrywał na platformach transakcyjnych, głównie na Forexie. Doprowadził siebie i najbliższych do ruiny finansowej, niszcząc przy tym swoje małżeństwo. Mama małego Darka nie miała wyjścia; musiała ułożyć sobie życie na nowo, już bez męża.

Mieszkanie jego starego było pustą, śmierdzącą norą, a on sam upodobnił się do orka: zęby miał czarne od tytoniu, był wiecznie nieogolony i czerwony na twarzy, a oczy miał przekrwione od ciągłego wpatrywania się w ekrany komputerów.

Darek uświadomił sobie, że lokum ojca wyglądało dokładnie tak samo jak wtedy, gdy matka wraz z nim się stamtąd wyprowadzała i zabierała większość mebli do nowego mieszkania. Ogołocone pokoje nadal stały puste, a kurz grubą warstwą zalegający na podłogach oraz nielicznych sprzętach wskazywał, że od tamtej pory chyba nikt tam nawet nie zaglądał.

Na tamto spotkanie Darek przyniósł ze sobą gitarę ojca. Nieśmiało liczył na to, że uda się odtworzyć to, co było kiedyś, gdy byli razem – że choć na chwilę znów poczuje atmosferę dawnych dni, tamten nastrój i jeszcze raz usłyszy znajome piosenki. Okazało się jednak, że gdyby nie ten instrument, nie mieliby o czym rozmawiać. Po pierwsze, młodego Darka odrzucała już sama aparycja tego obleśnego faceta. Po drugie, od ojca po prostu śmierdziało: cuchnęło mu z ust, spod pach i z krocza, a także ze stóp i brudnych skarpet, które były dziurawe od niewiarygodnie długich pazurów sterczących u palców. Paznokcie u rąk też miał długie, lecz Darek uznał, że pewnie tak łatwiej mu szarpać struny podczas gry, choć nie zauważył, by ojciec kupił sobie drugi instrument.

– Masz gitarę – ojciec kiwnął głową w stronę instrumentu. – Grasz na niej coś? – spytał po dłuższej chwili milczenia, jaka nastała po kolejnej próbie nawiązania rozmowy, która ewidentnie im się nie kleiła.

– Na razie mało się nauczyłem – odparł Darek.

Ojciec tego nie skomentował. Patrzył na niego obojętnie i swoim zwyczajem łapał powietrze niczym ryba wyrzucona z wody. Choć siedział naprzeciwko syna na obrotowym krześle, bardziej zajęty był zerkaniem na monitory. Jarzyły się na nich zielone wykresy giełdowe, rysujące się na czarnym tle w czasie rzeczywistym. Za każdym razem, gdy kurs się zmieniał, aż podskakiwał z emocji. Darek miał wręcz wyrzuty sumienia, że odrywa go od tego zajęcia. Wiedział, że w ten sposób mogą upłynąć kolejne długie minuty, zanim znów ktoś się odezwie, więc zaczął grać – najpierw pojedyncze dźwięki, a później fragmenty piosenek, których nauczył się sam.

– To się inaczej gra. Daj to, pokażę ci.

Przy którymś przejściu z jednego chwytu na drugi ojciec w końcu wykazał zainteresowanie tym, co robi syn. Darek ochoczo oddał mu instrument, uśmiechając się pod nosem.

– Tak. Tak chwytasz, tak robisz przejście – zademonstrował technikę gry, choć ze względu na długi okres bez praktyki nie wszystko mu wychodziło. Zbyt długie paznokcie na ręce szarpiącej struny natychmiast się połamały i mężczyzna nie potrafił już precyzyjnie wydobyć pojedynczych dźwięków.

Darek przypomniał sobie wtedy, gdzie kilka lat temu, zanim się stąd wyprowadzili, schował plastikową kostkę do gry. Znajdowała się w innym, prawie pustym pokoju, w prostej, małej i brzydkiej szafeczce z szufladą, której chyba nikt, nawet za darmo, by nie chciał.

– Poczekaj! Wiem, gdzie jest piórko! – podekscytowany chłopak szybkim krokiem przeszedł do drugiego pomieszczenia.

Gdy podchodził do szafki, a później, gdy wracał do drzwi, zostawił ślady podeszw na grubej warstwie kurzu. Nie mógł wtedy wiedzieć, że zostaną one tam uwiecznione na prawie sto następnych lat.

Jakaś szczapa w ognisku strzeliła tak głośno, że aż kij, na którym trzymał jedzenie, drgnął w jego dłoni. Odsunął patyk znad płomieni i przyjrzał się kiełbasie – była spalona na węgiel.

– To chyba było sto pięć gramów trocin albo plastiku na sto gramów produktu – powiedział ze złością.

Karolina parsknęła cichym śmiechem; zaśmiały się też Córy Nocy, które znów przysiadły się obok nich. Reszta towarzystwa udawała, że nie słyszy tego komentarza, albo po prostu zapomniała, do czego nawiązywał. Darek cisnął zwęglone resztki w ogień. Celował wprawdzie w któregoś z dostawców wędlin, ale przez niedoszacowanie siły rzutu kiełbasa wpadła prosto w płomienie.

– Weź kawałek ode mnie, moja jest dobra – zaproponowała mu Karolina.

– Dzięki, ale tak naprawdę nie lubię takiej kiełbasy. Najwyżej wezmę mały kęs, żeby nie było ci smutno – odrzekł i odłamał kawałek.

Nagle nabrał nieprzepartej ochoty na otworzenie kolejnej butelki. Pomyślał o kokainie, którą kupił już kilka razy w klubie nocnym. Zwiększała tolerancję na alkohol, a jednocześnie pozwalała utrzymać imprezowy nastrój. Kiedyś wyniósł z klubu jedną działkę i nosił zawiniątko w małym plecaku, ale gdzieś je zgubił. Odtąd co jakiś czas przeszukiwał kieszenie. Nigdy nie był do końca pewien, czy pazłotko z proszkiem po prostu nie zaszyło się w jakimś trudno dostępnym zakamarku. Bezwiednie zaczął robić to i teraz, jednak niemal od razu odnalazł coś innego: skręta zachomikowanego od wczoraj. Zupełnie o nim zapomniał. Prawdę mówiąc, wypił wtedy tyle, że zaczął mu się rwać film. Na szczęście teraz sobie o nim przypomniał. Wczoraj był tak zrobiony, że nie dałby rady go wypalić. Kupił go bezsensownie, na spółkę z innym ziomkiem – całkiem w porządku młodym chłopakiem z osiedla przy skateparku. Tamten chciał się ujarać blantem, ale Darek złośliwie schował towar i uporczywie odmawiał wszelkim prośbom o zwrot zioła. Napawał się swoją władzą; bawiło go, że młodszy nic nie może u niego wskórać. Z pijanym nikt się nie dogada. To cud, że skręt przetrwał w jednym kawałku, rzucony luzem do małej przegródki plecaka.

Darek wyjął trawkę zawiniętą w bibułkę, czym od razu wzbudził zainteresowanie Karoliny, Czarnych Wiedźm i jeszcze dwóch typów siedzących obok. Wsadził jointa do ust i odwrócił się do jednej z Diablic ćmiącej papierosa. Ich spojrzenia się skrzyżowały i przez chwilę oboje zastygli w bezruchu. Gestem przywołał ją, żeby się zbliżyła, po czym sam nachylił się w jej stronę. Współpracowała. Końcówki ich patronów wypełnionych ususzonymi roślinami zetknęły się i żarzący tytoń zapalił rozkruszone kwiaty konopi indyjskich. Zaciągnął się z ulgą, głęboko. Gdy dziewczyna z papierosem chciała wrócić na swoje miejsce, nie pozwolił jej. Napełniony jak ryba nadymka, wciąż na bezdechu, wyciągnął papierosa z jej warg i zbliżył do nich swoje usta. Dziewczyna natychmiast domyśliła się, co ma zrobić. Gdy zetknęli się w pocałunku, zaczęli działać w pięknej harmonii – on zrobił wydech, a ona wdech. Profesjonalnie zatrzymała dym w płucach, a on w tym czasie wziął następnego bucha, po czym puścił skręta dalej w obieg. Następna w kolejce była druga Czarna Kocica.

Karolina była wściekła. Po pierwsze dlatego, że pocałował się z tą Czarną Małpą, a po drugie – że nie dał jej zapalić. Najpierw gwałtownie się zaczerwieniła, a potem próbowała wstać.

– Sorry, twój brat by mi nie pozwolił – Darek uśmiechał się, odprężony i rozbawiony jej emocjami.

– Może mojego tatusia też o to spytasz?

– Oj, przestań. Wiesz, jak jest, Tomek cały czas na nas zerka. A pewnie o dziewiątej musicie już zbierać się do domu – przypomniał jej. – Chodź, przejdziemy się. – Wstał z ziemi i podał jej rękę, by pomóc jej wstać.

Dała się przebłagać i tymczasowo schowała urazę. Poza tym nie chciała tu zostać – czułaby się jak na scenie teatru, gdzie musiałaby publicznie odgrywać swoje upokorzenie.

– Idziemy na chwilę. Odświeżyć się – rzucił na odchodne osobom, które paliły jego skręta, ale na tyle głośno, żeby Tomek usłyszał.

– Nie wpadnijcie do wody! – zażartował ktoś.

Darek wziął to sobie do serca. Po marihuanie co prawda poprawiał się sposób mówienia, wcześniej zniekształcony piwami, ale za to koordynacja ruchowa jeszcze bardziej kulała.

Poszli nad krawędź urwiska. Po jego drugiej stronie znajdowało się wyrobisko kamieniołomu, teraz wypełnione wodą. Ostatnie kilka metrów dzielących ich od przepaści zabezpieczono siatką rozciągniętą na słupkach wbitych w skałę. Ogrodzenie w wielu miejscach było jednak przerwane, więc łatwo ominęli tę przeszkodę. Podeszli tak blisko, że od spadku kilkadziesiąt metrów w dół dzielił ich zaledwie jeden krok. Oboje poczuli, że nogi robią im się jak z waty.

– Trzymaj się mnie, a ja ciebie – powiedział Darek, po czym objął dziewczynę i przytulił do siebie.

Stali, podziwiając monumentalne kształty skał i gładką taflę wody, coraz mniej wyraźne w gęstniejącym mroku, jako że było już dawno po zachodzie słońca.

Karolinie przeszła złość. Znów poczuła się bezpiecznie, choć to uczucie – o czym jeszcze nie wiedziała – było ze wszech miar złudne. Oparła głowę na jego ramieniu. Przytulali się do siebie coraz mocniej. Chłopak pochylił się, dotknął podbródkiem jej włosów, potem skroni i schodził coraz niżej, prawie do policzka. Ich twarze znalazły się tuż przy sobie. Wtedy Darek udał, że zaciąga się skrętem. Karolina przygotowała się na wdmuchnięcie wyimaginowanego dymu, a chłopak po prostu przytknął swoje usta do jej warg. Dziewczyna zamknęła oczy. Jej pocałunki stawały się coraz bardziej śmiałe i uległe. By zachować równowagę, jeszcze mocniej chwyciła go w ramionach i szerzej rozstawiła nogi dla stabilniejszej postawy. Natychmiast to wykorzystał. Przycisnął udo do jej krocza, jednocześnie przesuwając dłonie na jej pośladki. Przyciągnął ją mocniej do siebie, a jego język z łatwością penetrował wnętrze jej ust. Karolina jęknęła cicho i zamruczała; było jej tak dobrze, że pozwalała mu na wszystko.

Niespodziewanie musieli się od siebie oderwać, bo usłyszeli czyjeś kroki.

– Tu jesteście! Szukamy was, bo musimy wracać za niedługo – wyjaśnił Tomek.

Razem z nim przyszli Łukasz oraz dziewczyna, z którą brat Dariusza spędzał ten wieczór.

– Jeszcze macie prawie dwie godziny – oznajmił Darek.

Doskonale wiedział, że Tomek rzucił to tylko po to, by cokolwiek powiedzieć. Chciał też od razu zareagować, aby odwlec moment zakończenia imprezy. Gdyby wzięli słowa chłopaka na poważnie, mogłoby to popsuć Tomkowi i Karolinie całą resztę wieczoru.

– Niby tak, ale trzeba wyjść wcześniej, bo mamy daleko do domu. No i należałoby wytrzeźwieć, więc pilnuję, żeby ona już nic dzisiaj więcej nie piła. Stary by się ostro wkurwił – powiedział Tomek i spojrzał groźnie na siostrę.

Ona jednak była w zupełnie innym świecie, całkowicie spokojna i wciąż rozmarzona. Musiała wręcz powstrzymywać się przed krzyżowaniem nóg czy przykucnięciem, bo motylki w brzuchu strasznie ją gilgotały.

– Paliłaś coś? – Tomek patrzył na nią badawczo.

– Nieee… – odpowiedziała niewinnie, ale spojrzenie miała lekko zamglone.

– Chłopie, ja jej niczego nie zapodałem, to chyba zmęczenie – zarzekał się Darek.

– A my jak wracamy? – rzucił nagle Łukasz i spojrzał lodowato na przyrodniego brata.

– Nie wiem, obczaj pociągi albo Ubera – Darek wydał mu polecenie jak uczniakowi, co jeszcze bardziej rozeźliło młodszego.

– Pomogę ci – zaoferowała towarzyszka Łukasza. Chciała w ten sposób rozładować wzbierające w nim napięcie.

– To chodźcie jeszcze, dołączymy do reszty na chwilę, co będziemy tu tak stać – zaproponował Darek.

Z miejsca, gdzie płonęło ognisko, dochodziły do nich pierwsze przyśpiewki, ktoś pobrzękiwał też na gitarze. Gdy wrócili, reszta imprezowiczów przywitała ich radosnymi okrzykami. Szczególnie Dariusza. Każdy miał w pamięci jego niedawny, pilotażowy występ wokalno-instrumentalny.

– „No woman, no cry”! – wykrzyknął ktoś tak, że zabrzmiało to wyjątkowo dwuznacznie.

Darek domyślił się, że było to nawiązanie do niedawnych chwil, w których widziano go z Karoliną oraz z Czarnymi Wiedźmami, a jednocześnie stanowiło zachętę do dalszego koncertu.

– Tak! Zagraj coś! – jakaś dziewczyna, którą pierwszy raz zauważył na tej imprezie, poparła swojego przedmówcę.

Wydawało się, że gitara sama przyleciała mu do rąk, zanim jeszcze przysiadł obok swojego plecaka. Lekko nastroił kilka strun i zaczął grać kawałek, który znali chyba wszyscy.

– Yeah! – krzyknął ktoś z zachwytu.

Towarzystwo zaczęło śpiewać razem z Darkiem.

– Talk to me softly. There is something in your eyes… – zaśpiewali najpierw nieliczni, a potem, gdy przyszło do refrenu, rozśpiewali się już wszyscy. – Don't you cry tonight. I still love you, baby…

Muzyka uwolniła do atmosfery nieco magii. Bawiąca się młodzież poczuła przypływ endorfin, a swoje emocje starała się oddać poprzez wspólny śpiew. W kulminacyjnych momentach utworu Darek dawał z siebie wszystko, a jego mocny głos niósł się nad wodą, potęgując hipnotyzujący nastrój tego wieczoru.

– Toooniiight… Yeeeaaayeeeaaah… – zakończył Darek, przeciągając zaśpiew jeszcze dłużej niż w oryginalnym wykonaniu i drąc się na całe gardło.

Zresztą nie tylko on brał udział w tym swoistym konkursie na to, kto dłużej i głośniej wytrzyma na jednym wydechu. Gdy wszystkim zabrakło już powietrza, zagrał końcowy akord. Znów rozległy się okrzyki zachwytu i brawa, ale nie pozwolił im trwać zbyt długo. Natychmiast zaintonował kolejny kawałek, który młodzież rozpoznała w lot: „Smells Like Teen Spirit” Nirvany. Twarze imprezowiczów rozjaśniły się od błękitu ekranów, gdy zaczęli nerwowo szukać tekstu w internecie. Podczas tej piosenki wszyscy tak mocno zdzierali gardła, że niektórzy zaczęli się poważnie obawiać interwencji straży miejskiej lub policji. Po wybrzmieniu ostatnich akordów Dariusz dał odpocząć sobie i innym, tym bardziej że zrobiło się naprawdę późno i część obecnych, w tym Tomek i Karolina, musiała już opuścić imprezę.

– Powiedziałem mamie, że wrócę ostatnim empekiem – poinformował Darka jego brat.

– No to jedź – Darek tylko wzruszył ramionami.

– Ty nie jedziesz? Jak później wrócisz?

– Nie wiem, taxi wezmę albo coś – bąknął.

– Okej, jak uważasz – odpowiedził Łukasz, choć miał spore wątpliwości, czy jego brat do końca wie, co robi.

– My też musimy już iść – oznajmił Tomek.

Darek nie był pewien, czy tamten chce się natychmiast pożegnać, czy jednak toleruje go na tyle, że nie miałby nic przeciwko, by odprowadził jego młodszą siostrę. Karolina chyba nie miała żadnych wątpliwości, bo nie przejawiała najmniejszego zamiaru, by uciekać już teraz.

– Poszedłbym was odprowadzić, ale umówiłem się z kimś na deala i zaraz tu przyjdzie – skłamał gładko. W oczach Karoliny ujrzał nagłe niedowierzanie, szybko więc objął ją i przytulił przy wszystkich. – Będziemy w kontakcie. Wymieńmy się numerami, puść mi sygnał, to cię zapiszę – zaproponował.

Rozluźnił uścisk i schylił się, by wyjąć telefon z plecaka. Karolinie to wystarczyło i zupełnie ją uspokoiło. Poprosił też o kontakt do jej brata.

– Uważaj na nią – powiedział, przybijając grabę Tomkowi.

– Jasne – mruknął tamten i pożegnał go taksującym spojrzeniem od stóp do głów.

Uff, odetchnął w myślach, gdy w końcu poszli. Pomyślał, że niepotrzebnie zawracał dziewczynie w głowie. Chciał się tylko zabawić, a teraz mogłoby zrobić się nieprzyjemnie w jego najbliższym otoczeniu, gdyby znowu narobił jakiegoś kwasu.

– Nieźle zbajerowałeś tę małą – Ewelina wymownie wypuściła dym z papierosa.

– Bo przyszła do mnie, zanim spotkałem ciebie – mrugnął do niej zalotnie.

Kurczę, ładna jest, pomyślał. Dziewczyna była szatynką o brązowych oczach i ślicznej buzi ze śmiałym, zawadiackim wyrazem.

– Ha, ha, ha! – parsknęła śmiechem wraz ze swoją koleżanką, która do tej pory pozostawała jedynie milczącym cieniem. – A ten diler? To od niego masz te skręty? – zmieniła temat.

– Diler…? Nie wiem, czy na pewno przyjdzie… – W pierwszej chwili zupełnie zapomniał o swoim kłamstwie. – A co to za podsłuchiwanie? Tak cię to interesuje? – zapytał.

– Może. Zależy, jak ciekawa będzie oferta – popatrzyła na niego wyzywająco.

– Nie mam żadnego dilera, a to, co miałem, zdobyłem przez przypadek. Ale zaraz… Wy macie jakieś dojścia? – ni to spytał, ni to stwierdził.

Ewelina paliła dalej papierosa i przez moment wydawało się, że zignoruje pytanie. Sprawiała wrażenie, jakby się nad czymś głęboko zastanawiała. W końcu się odezwała:

– Przyjdź jutro na domówkę. Tylko to będzie impreza dla dorosłych, nie dla takich dzieci jak tutaj – rzuciła mu wyzwanie.

– To już będzie trzecia impreza z rzędu, w mordę jeża – zmęczenie, upojenie alkoholem i upalenie trawką sprawiły, że powiedział to takim tonem, iż wszyscy w zasięgu słuchu parsknęli głośnym śmiechem. Wyobrazili sobie Dariusza i to, jak będzie wyglądał po ukończeniu takiego maratonu.

– Powiesimy ci tabliczkę z adresem na szyi, żebyś trafił do domu – odezwała się po raz pierwszy milcząca dotąd towarzyszka.

Było to na tyle zaskakujące, że Darek aż się wzdrygnął.

– Jezu! To mówi! Myślałem, że to hologram! – wyrwało mu się.

– Nadia – dziewczyna wyciągnęła dłoń na powitanie.

Zauważył kilka tajemniczych tatuaży na wierzchu jej dłoni.

– Darek – przedstawił się i tym razem nie omieszkał zlustrować jej twarzy i sylwetki znacznie dokładniej niż dotychczas.

Dziewczyna miała naturalnie czarne włosy i zielone oczy. Urodą śmiało mogła konkurować ze swoją koleżanką, jeśli nawet jej w tym nie przewyższała. Była jednak, co od razu odnotował, znacznie bardziej dostojna i powabna. Wyglądała na nieco starszą, a jej przenikliwe spojrzenie wskazywało, że nie należy do naiwnych. Na szyi nosiła naszyjnik z szarym kamieniem, upstrzony białymi wstawkami. Musiała go przed chwilą wyciągnąć na wierzch, bo wcześniej go u niej nie widział. Emanowała pewnością siebie i choć dotychczas pozostawała niezauważona, teraz z łatwością zdominowała przestrzeń wokół siebie. Ewelina grzecznie przesunęła się nieco, dając Nadii większą swobodę ruchów. Widać było, że młodsza z dziewcząt bardzo się pilnuje, by nie wchodzić starszej koleżance w słowo.

Darek zaczął mieć wątpliwości, która z tej mrocznej pary tak naprawdę gra pierwsze skrzypce, choć przyznawał w duchu, że tworzą wyjątkowo zgrany duet. Podał rękę drugiej z dziewczyn.

– Ewelina – odparła.

– Nie wiem, czy was poznam jutro w świetle dnia, bo teraz idealnie wtapiacie się w mrok – zakpił. W duchu zastanawiał się drwiąco, czy nie mieszkają w jakiejś krypcie i nie wychodzą z niej dopiero po zachodzie słońca.

– Dlatego spotkamy się w nocy – odpowiedziała Ewelina i zgasiła peta.

– Zastrzegam, że moja krew jest niedobra. W zasadzie lepiej zjeść kebaba, przynajmniej będzie bardziej na świeżo – zażartował.

– To przynieś krwawicę – nakazała poważnym tonem Nadia.

– A co to za impreza? Gdzie będzie ta domówka? – Darek był coraz bardziej zaintrygowany.

– Podaj swój numer, jutro się dowiesz – oznajmiła Nadia, po czym cała trójka wpisała nawzajem swoje kontakty do telefonów.

– Ładnie śpiewasz.

Tym razem nie zauważył, która z nich to powiedziała – przez gwar dookoła, który akurat teraz nieco przybrał na sile, oraz przez fakt, że wciąż wklepywał dane do smartfona. W tych słowach wyczuł jednak szczere uznanie dla swoich dokonań muzycznych.

– Dzięki, na trzeźwo by tak nie wyszło – odparł, udając skromność. – A właśnie, dlaczego ja nie piję? – poszukał wzrokiem skrzynek z piwem, ale wokół stały już tylko puste butelki.

– Nie ma już piwa?! – spytał głośno.

– Nie ma, właśnie mieliśmy cię spytać, czybyś czegoś nie kupił – odezwał się jakiś typ, który zupełnie nie pasował do tego licealnego środowiska.

Z lekkim zaskoczeniem odnotował, że ekipa przy ognisku mocno się zmieniła i nalazło się tu sporo obcego towarzystwa, nie wiadomo skąd. Nie miał jednak zamiaru użerać się z przybłędami.

– Dwadzieścia procent dla mnie – zastrzegł.

Typ odwrócił wzrok i powstrzymał się od odpowiedzi. Darek uznał, że nie będzie siedzieć o suchym pysku z dzieciakami, których nawet nie zna. Znajomi Tomka i Łukasza już dawno poszli, zabierając ze sobą gitarę. Jacyś nastolatkowie usiłowali teraz rapować do znanych tylko sobie hip-hopowych kawałków, recytując teksty, które dla nich miały jakieś głębsze znaczenie. Grupka dziewczyn intonowała nieco bardziej melodyjne tony, kołysząc się i machając rękami w rytm tiktokowych choreografii. Darek zupełnie nie odnajdywał się w tych klimatach i uświadomił sobie, że znacznie większą nić porozumienia znalazłby z tymi dwiema Wiedźmami, które siedziały obok niego.

– Będę się zbierał – oznajmił nagle.

– My też już idziemy – powiedziała Ewelina.

Pożegnali się z mocno już podchmielonym towarzystwem krótkim „cześć” i ruszyli w stronę miasta. Po drodze Nadia i Ewelina rozmawiały ze sobą stłumionymi głosami; Darkowi wydawało się nawet, że ich konwersacja odbywa się głównie telepatycznie, a na głos wyrywa im się tylko pojedyncze słowo.

Gdy doszli do ulicy, z której odjeżdżały tramwaje i autobusy, musieli się rozstać, ponieważ mieszkali w zupełnie innych kierunkach.

– Ja w tamtą stronę – wskazał ręką.

Rzucili sobie tylko krótkie „do jutra” i Dariusz resztę drogi do domu pokonywał już sam. Na stacji benzynowej obok przystanku kupił dużą butelkę wody, choć mocno kusiły go inne napoje, by się jeszcze doprawić. Na szczęście udało mu się złapać nocny autobus i godzinę później wślizgnął się do swojego namiotu.

Obudził się późno, gdy letnie słońce niemiłosiernie grzało powierzchnię płatów namiotu, w którym spał. Kolejnego ranka pękała mu głowa i znowu czuł się parszywie. Nie pamiętał dokładnie, jak i kiedy wrócił. Najchętniej zapadłby w sen, dopóki nie minie mu kac. Mógłby też po prostu leżeć tak długo, aż przestanie mu się kręcić w głowie i poprawi samopoczucie. A najlepiej byłoby przenieść się do jakiejś innej, odnowionej rzeczywistości, gdzie wiele z tego, co do tej pory znał, zostałoby uznane za niebyłe. Jak różne bazgroły pisane bezmyślnie, które potem lądują w koszu. Tymczasem próbował trwać w nirwanie i nie myśleć o niczym. Przez chwilę mu się to udawało i może taki stan udałoby mu się podtrzymać nieco dłużej, gdyby nie to, że wspomnienia o wczorajszej imprezie zaczęły się przebijać do jego świadomości.

Na szczęście nie pił tyle, by urwał mu się film, w zasadzie pamiętał bardzo dobrze wszystko to, co wydarzyło się wczoraj. Uśmiechał się sam do siebie, wspominając pocałunki z nowo poznanymi dziewczynami.

Pomyślał o Karolinie, o tym jaka była fajna i słodka. Jednak wiedział, że ją zostawi. I to właśnie teraz, zanim miałoby się między nimi wydarzyć cokolwiek więcej. Dzisiaj miało się stać coś innego, większego, bardziej tajemniczego i ekscytującego.

W namiocie zrobiło się gorąco nie do wytrzymania, dręczyło go pragnienie, ale miał tylko butelkę z resztką wody mineralnej kupionej wczoraj na stacji benzynowej. Z drugiej strony pęcherz dawał znać, że jest już mocno przepełniony. Musiał wstać, wyjść z namiotu, pójść do domu i doprowadzić się do porządku.

Tak jak wczoraj przed namiotem w świetle dnia zrobił przegląd swoich ubrań: koszulka i spodnie były utytłane ziemią i trawą i porządnie przepocone.

Dzień świstaka, tylko coraz bardziej wyebany jestem, pomyślał i westchnął.

Wyciągnął klucze z kieszeni spodni i wszedł do domu. Zaczął od łazienki i powtórzył wczorajszy poranny rytuał: wysikał się, umył ręce i twarz, przepłukał też usta, by pozbyć się obrzydliwego posmaku. Spojrzał w lustro na swoją twarz: znowu patrzyły na niego przekrwione oczy. Następnie poszedł do lodówki, wyciągnął sok pomarańczowy, rozcieńczył go wodą z kranu i wypił trzy kubki, jeden po drugim. Głośno beknął i sprawdził telefon. Na grupie „skate Wadowice” nadal było cicho, ale teraz zupełnie się tym nie przejmował. Miał za to nowe wiadomości od Karoliny i Eweliny. Postanowił, że najpierw przeczyta coś od Czarnego Charakteru, gdyż od tego zależał plan jego następnych działań. Na razie nawet nie chciał otwierać wiadomości od Karoliny, aby nie zobaczyła, że odczytał to, co napisała.

Okazało się, że Ewelina przesłała mu pinezkę oznaczającą jakiś dom na Woli Duchackiej oraz informację o godzinie – dwudziesta trzydzieści, czyli całkiem późno.

No tak, to chyba jednak są wampirzyce, pomyślał. Przypomniał też sobie, jak powiedziały, że interesują je pieniądze. Od niedawna miał kasę, czyli odkąd ukończył osiemnasty rok życia. Do tego czasu był ekstremalnie biedny. Odkąd stał się dorosły, miał prawo samodzielnie dysponować środkami, które jego ojciec wpłacał mu na konto. Nim stał się pełnoletni, pieniędzmi z alimentów dysponowała jego matka, on nie miał zbyt wiele z tego, jakieś grosze na swoje wydatki, praktycznie prawie nic. Wszystko to, co znajdowało się na jego koncie, było rozdysponowane na utrzymanie domu i rozkręcanie biznesu z kosiarkami. Co prawda interes od początku jego powstania miał się dobrze i przynosił zyski, jednak wtedy nie były one duże. Firma cały czas wymagała inwestycji, dopiero w tym sezonie powstał budynek z nowym salonem z bogatą ofertą, dużym parkingiem i biurem.

Darek był przyzwyczajony do swojego ubóstwa i do oszczędzania na wszystkim. Fakt, że nie miał żadnego wpływu na to, czy cokolwiek z jego pieniędzy będzie wydane na jego potrzeby, czyniło go całkowicie ubezwłasnowolnionym. Inni decydowali o tym, w co będzie ubrany, co będzie jadł, jak będzie spędzać wolny czas i jak ma rozwijać swoje zainteresowania. Akurat w tym ostatnim opcję miał tylko jedną: siedzenie w domu, bo nie miał w zasadzie żadnego hobby. Ewentualnie włóczenie się po okolicy z rówieśnikami, którzy – tak jak on – mieli puste kieszenie. Jedyne co miał wartościowego to deskorolka. Całe dnie spędzał na skate parku lub tam, gdzie udało się znaleźć kawałek wybetonowanej przestrzeni. Najlepiej ze schodkami, małymi murkami, by można było ćwiczyć różne triki.

Teraz sytuacja się odmieniła całkowicie. Nagle stał się posiadaczem konta, na które co miesiąc wpływały całkiem pokaźne środki, wielkości średniej krajowej pensji. Dla niego to była fortuna, a w dodatku nie miał doświadczenia w gospodarowaniu swoimi pieniędzmi. Nagle dostrzegł nowe możliwości, a ich mnogość i niesamowitość go oszałamiały. Teraz mógł wszystko: podróżować, kupować to, na co ma ochotę, zrobić prawo jazdy, mógł się nawet wyprowadzić i zacząć samodzielnie żyć. Miał aż tyle do roboty, że nie robił nic. Dalej marnował czas na niewiele wnoszące do jego życia znajomości, na upijanie się wieczorami i na wegetowaniu nazajutrz w oczekiwaniu aż minie kac. Taki styl życia mu odpowiadał, bo nie musiał się niczym martwić ani myśleć o czymkolwiek za wiele. Nie miał więc żadnych gotowych planów co do swojej przyszłości, żył z dnia na dzień, a pieniądze, których jeszcze nie wydał, traktował jak poduszkę bezpieczeństwa w razie kłopotów.

Powąchał swoje pachy i się skrzywił, wszedł do łazienki, zdjął ubranie, które miał na sobie, i wrzucił do kosza na rzeczy do wyprania. Wziął prysznic, a potem się ogolił. Włożył czystą bieliznę, koszulkę i krótkie spodnie. Gdy wszedł do kuchni, by przyszykować sobie śniadanie, zastał Łukasza.

– Cześć, młody.

– Hej.

– No i co z tym akwarium?

– Za tydzień typ od rybek ma znów przyjechać.

– To załatwcie lepszą kiełbasę tym razem – poradził Darek i uśmiechnął się szeroko.

Łukasz zaśmiał się krótko i zmienił temat.

– Karolina pytała o ciebie.

– Wiem, później do niej napiszę – odpowiedział Darek, skupiając swoją uwagę na pokrojeniu chleba.

– Myślałem, że może się z nią umówiłeś… Tyle siedziałeś rano w łazience – podsumował zaczepnie.

– Aaa, nieee. Dwa dni się już nie myłem.

– Przecież to dla ciebie jest normalne – zakpił Łukasz.

– Mam inne spotkanie dzisiaj – uciął dyskusję Darek, bo nie była mu na rękę.

Łukasz, widząc minę brata, nawet nie próbował jej kontynuować. I tak skończył już swoje śniadanie.

– Ja też – powiedział tylko.

Opuścił szybko kuchnię, pokrzątał się trochę pomiędzy łazienką i swoim pokojem, po czym wyszedł z domu.

Darek został sam. Przygotował sobie jajka sadzone, które lekko przypalił, bo zamiast pilnować patelni, gapił się w komórkę. Po jedzeniu poczuł zmęczenie i senność. Już dawno nie przespał normalnie całej nocy. Łóżko w jego pokoju przyciągało go jak magnes, nawet sam nie wiedział, kiedy się tam znalazł.

Rozdział drugi

Nadia, 2019 rok

Choć było przed południem, w pokoju panował półmrok przez grube żaluzje okienne, które były szczelnie zasłonięte. Nikłym źródłem światła, szybko rozpraszającym się w pomieszczeniu, były dwie świece postawione na blacie antycznego biurka. Teraz już na wpół wypalone, z woskiem rozlanym u ich podstawy.

Młodziutka kobieta w półprzezroczystej narzucie z ciemnego jedwabiu siedziała przy biurku, trzymając wahadełko nad blatem. Wpatrywała się w hipnotyzujące ruchy metalowej kuli zawieszonej na nitce.

– Przyjdzie – powiedziała cicho do siebie.

Zdmuchnęła świece i odłożyła przyrząd, który trzymała za drugi koniec nitki, najpierw położyła kulkę, a później puściła nić.