Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Po pandemii gwiazdowirusa, życie na planecie, wydaje się wracać do normy. Post pandemiczna rzeczywistość trwa już kilka lat, gdy nowy wirus atakuje jeszcze bardziej gwałtownie. Tym razem jest to pandemia, jakiej świat jeszcze nie widział.
Na nic zdały się wieloletnie szczepienia całej ludzkości, wręcz przeciwnie, wydaje się że szczepionka na DAVID, otwiera furtkę dla nowego patogenu jeszcze szerzej.
Czy to początek wojny światowej? A może ona już trwa od dawna?
Ofiar jest tak wiele, że Państwa, wraz z swoimi systemami społecznymi, infrastrukturą i swoimi instytucjami upadają. Ustaje zaopatrzenie w energię, paliwa, wodę i żywność.
Ocaleni z zagłady próbują organizować życie na nowo w centrach kryzysowych, gdy nadchodzi kolejny cios. Ktoś bezlitośnie bombarduje centra kryzysowe, zorganizowane wokół szpitali i sierocińców, skutecznie likwidując tych, którzy do tej pory utrzymywali się przy życiu.
Czy ci nieliczni, którzy żyją w rozproszeniu gdzieś w swoich twierdzach, są w stanie obronić się przed grasującymi uzbrojonymi bandami?
Na domiar złego, zostają wypuszczone autonomiczne drony, sterowane sztuczną inteligencją, które mają tylko jeden cel, zabić wszystkich na swojej drodze.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 483
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czysty Świat
Niniejsza powieść jest osadzona w realiach alternatywnej rzeczywistości. Wszelkie podobieństwa do rzeczywistych zdarzeń są przypadkowe.
Autor:
Damian Zalewski
Nikt jeszcze nie wie czy Stare słońce zarysuje nowy dzień Blaszany huk próbuje dostać się Przez szyby, w miękki sen Na ulicy wrzeszczą psy Herbata wzniosła krzyk, u sąsiada Ani jedna droga nie prowadzi mnie Z powrotem w noc
I niby wszystko jest Tak jak powinno być Za chwilę zbudzi mnie Szary świt Tylko dlaczego ja Z takim nieludzkim strachem Nie potrafię
Trudno to zrozumieć Lecz nic nie daje siły by żyć Jakaś misterna część W konstrukcji zdarzeń Pękła Chciałem zreperować świat A oto widzę, że sam Jestem jednym z tych cholernych drani i świń
Szeroka droga Nie była moja Jasna siła Utracona
Dopiero teraz wiem jak nisko upada Kto nie wypełnił swego czasu w pokorze Oto dlaczego tak się obawiam Że za minutę trzeba będzie wstawać i żyć
Zaprzepaszczone siły Wielkiej armii Świętych znaków Niepożądane myśli Klęska wiary Fale strachu Z nieodwracalnym skutkiem Burzą trwały, senny azyl I oto trzeba będzie Dumnym krokiem Iść bez twarzy
W kolejny dzień, w kolejny dzień...
Coma „Zaprzepaszczone siły wielkiej armii wielkich znaków”
Rozdział Pierwszy. Guy Fawkes.
Pan Guy Fawkes – bo tak sam siebie nazywał – był traderem, starym traderem. W jego przypadku „starym” znaczyło tyle, że w przeciągu lat grania na giełdzie, które teraz można było liczyć w dziesiątkach, zarobił i stracił już całe fortuny. Pierwsze, co przegrał na początku kariery, to wszystkie oszczędności, potem cały majątek, samochód oraz mieszkanie wraz z wyposażeniem. Gdyby to było możliwe, sprzedałby żonę i dzieci, jednak rodzina, którą stworzył, sama od niego odeszła.
Potem przyszły dla niego dobre czasy. Zarobił bardzo dużo i stał się posiadaczem ogromnych pieniędzy, jednak do życia i bliskich, których miał, zanim zaczął istnieć na giełdzie, już nigdy nie powrócił. Inwestowanie było dla niego wszystkim. I wcale nie robił tego dla pieniędzy, tylko dla samej gry. Środki płatnicze niewiele dla niego znaczyły – był w stanie wydać tylko ułamek posiadanej kwoty, jedynie tyle, ile potrzebował na utrzymanie mieszkania, jedzenie i rachunki. Nic innego poza giełdą go nie interesowało, nic innego się nie liczyło i nie było mu potrzebne do życia.
Nawet sam nie wiedział, ile ma pieniędzy na wszystkich swoich kontach, i niespecjalnie go to zajmowało. Miał ich raz mniej, raz więcej, zależnie od tego, czy brał się do roboty i skupiał na wykresach, czy dawał się ponieść żywiołowi. Jego nieosiągniętym celem było stanie się medium, które połączy swój umysł z rynkiem i bez konieczności ślęczenia nad analizami, czytania komunikatów prasowych i myślenia, będzie widzieć przepływ kapitału, jedynie spoglądając na notowania. Chciał się scalić z rynkiem, tworzyć z nim jedność.
To podświadomość dyktowała mu ten sposób działania. Nie do końca panował nad tym, kiedy spekulując na giełdowym parkiecie, wpadał w trans. Na szczęście te stany przychodziły falami: najpierw ciężko pracował i powoli powiększał depozyt, by potem większość z tego stracić w szale żerowania. To było silniejsze od niego. Jego mózg, odbierając i przetwarzając sygnały z rynku, wypluwał dane wyjściowe odnośnie zajmowanych pozycji. Z kolei informacja zwrotna o profitach uruchamiała tym większe zastrzyki dopaminy i endorfin, im bardziej udane były te zagrania. W pewnym momencie substancji tych było tak dużo, że mózg przestawał normalnie pracować – wchodził w stan odłączenia od jaźni, wręcz się blokował. Jedyne czynności, które wtedy wykonywał, to mechaniczne wciskanie przycisków „kupuj” lub „sprzedaj” w uwarunkowaniach, których sam do końca nie pojmował. Niestety dla jego portfela nigdy nie kończyło się to dobrze. Następowało wtedy odcięcie dopływu naturalnych dopalaczy, a w ich miejsce pojawiały się hormony stresu i strachu, wywołujące stany depresyjne. Pojawiał się kac, a po nim otrzeźwienie. Na trzeźwo granie znowu szło lepiej i w ten sposób cały cykl powtarzał się od nowa.
Dzisiaj miał sześćdziesiąt trzy lata. Przez siedzący tryb życia był niezmiernie otyły, nie miał żadnej kondycji i ledwie się ruszał. Do tego palił wagony papierosów i co wieczór wypijał ćwierć litra koniaku lub ulubionej, trzydziestoletniej whisky, co za dnia równoważył sześcioma filiżankami mocnej kawy. Jego zdrowie było w ruinie. Nigdy nie myślał o przyszłości, odsuwał te myśli od siebie, jakby ta rutyna miała trwać wiecznie.
Jednak pewnego dnia wypadki potoczyły się inaczej – coś zmieniło się na otwarciu giełdy w Nowym Jorku o 15:30 czasu europejskiego. W mieszkaniu w jednej z krakowskich kamienic na Starym Mieście, z oknami wiecznie zasłoniętymi ciężkimi kotarami, było ciemno nawet w dzień. Mieszkanie zajmowało całe piętro, ale tylko jeden pokój był zamieszkały. W innych było pusto; jedynie dawne ślady stóp na grubej warstwie kurzu znaczyły czyjąś niegdysiejszą obecność. W pokoju, w którym przebywał, nie było nic poza wielką, pięciodrzwiową dębową szafą, ogromnym biurkiem złożonym z trzech ław ustawionych w półkole oraz sterty jarzącego się sprzętu elektronicznego – mieniących się monitorów, z których każdy wyświetlał co innego. W środku półkola stało obrotowe skórzane krzesło, z którego boków i przez poręcze wylewało się żelowate cielsko, spowite dymem papierosowym.
Nie był sam. Rozmawiał jednocześnie z wieloma osobami, choć żadnej z nich nie znał osobiście, nie wiedział, jak wyglądają, ani jak się nazywają. Tak naprawdę wcale go to nie interesowało, bo znał ich lepiej, niż mogli się spodziewać. Wiedział, jakie mają lęki i pragnienia, nie mówiąc o poglądach czy ilorazie inteligencji. Po odpowiednio długiej dyskusji był w stanie to wszystko oszacować. W ten sposób zdobywał dane potrzebne do przewidzenia ich decyzji giełdowych. Rynek to zbiór lęków, pragnień, emocji i nastrojów każdego uczestnika. Nie wystarczy śledzić indeksów, walut i surowców, by poprawnie mierzyć jego puls. Trzeba też znać relacje ludzi, poznać ich emocje i przewidzieć reakcje. Prawie wszystkie komentarze giełdowe – te publiczne i te pisane w wiadomościach bezpośrednich – były bezużytecznym śmieciem. Należało umieć odfiltrować te wartościowe. Gdy ci, którzy dotąd mieli silne argumenty, nagle zaczynają błądzić po omacku, szukając punktu oparcia, to znaczy, że zaczyna dziać się coś niezwykłego.
Jest początek roku 2020. Ta liczba wygląda jak otwarte wrota, tylko co można wypuścić przez sekwencję liczb, kodów lub znaków? To zależy, jak duży ma być ten kod. Im mniejszy, tym szybsze, lecz prostsze będzie jego działanie. Na razie jeszcze nic się nie działo, nie licząc coraz bardziej natarczywych doniesień o nowym wirusie grypy. Wydawało się, że informacje te same w sobie są wirusem, który ktoś wypuszcza w konkretnym celu. Wprowadzono kwarantannę w Chinach – przedsięwzięto środki ostrożności daleko wykraczające poza domniemane zagrożenie.
Okazało się, że scenariusz następnych wydarzeń był zgoła inny. Wirus został zawleczony do innych krajów i na inne kontynenty – wtedy rozpętało się piekło. Wydawało się, że w mediach nie istnieje inny temat niż „gwiazdowirus”. Guy Fawkes wiedział jednak, że poza tą zasłoną dymną dzieją się sprawy większe i ważniejsze, których teraz nikt nie dostrzeże. Podczas gdy inni dyskutowali o liczbie zakażeń, testach, maseczkach i obostrzeniach, on zarabiał na „gwiazdowirusie”, „davidzie”, tudzież „starvidzie”, bo takimi nazwami ochrzczono nową odmianę wirusa.
Najwięcej zarobił na kontraktach na ropę naftową. Przewidując spadek zapotrzebowania na paliwa, zajął krótkie pozycje. Sam nie spodziewał się, jak zyskowne okażą się te transakcje. Coś tu było nie tak – cena ropy nie powinna być tak niska; w krytycznym momencie kosztowała dziesięć razy mniej niż przed pandemią. Połączył fakty i stwierdził, że najwięcej ucierpi na tym Rosja, której dochody opierają się na surowcach energetycznych. Jeśli gwiazdowirus jest wykorzystywany do wywołania kryzysu na rynku ropy, to znaczy, że dojdzie do ważnych wydarzeń politycznych między Rosją a Zachodem. Zwykle kończy się to lokalną wojną, jakich było już wiele. Tylko gdzie tym razem wybuchnie kolejna? To było dobre pytanie, warte miliona dolarów, a on już wiedział, że znajdzie na nie odpowiedź.
O gwiazdowirusa wcale się nie martwił, gdyż prawie nie opuszczał swojej nory. Jedzenie, zakupy – wszystko załatwiał online. Z nikim nie spotykał się twarzą w twarz, więc nie miał jak się zarazić. To poczucie bezpieczeństwa pozwoliło mu stać z boku i przyglądać się pandemicznej panice, zachowując obiektywizm i tylko nieznacznie dając się ponieść emocjom. Dzięki temu mógł na spokojnie analizować poczynania rynku, który pchały kolejne fale gwiazdowirusowego szaleństwa. Pod pretekstem nadzwyczajnego światowego zagrożenia wydrukowano niewyobrażalne sumy pieniędzy, mających pokrycie jedynie w nowych wydarzeniach medycznych, podkręcanych do granic możliwości przez mass media. A to światowym lockdownem, a to coraz surowszymi restrykcjami sanitarnymi, pojawieniem się pierwszych szczepionek, rozpowszechnianiem obowiązku szczepień czy wreszcie wprowadzeniem paszportów DAVID. Te ostatnie i zasady ich funkcjonowania były czymś, co wydarzyło się chyba pierwszy raz w historii ludzkości.
Jednak on tym emocjom nie uległ. Nie potrzebował paszportu. Bardziej bał się potencjalnych skutków ubocznych preparatu niż zjadliwości samego „davida”, więc się nie zaszczepił.
Czternastego listopada 2020 roku, około godziny 16:33, do drzwi jego mieszkania zapukał dostawca pizzy. Guy Fawkes podjechał na krześle, odebrał jedzenie i zapłacił. Nie wiedział, że na tekturowym opakowaniu, którego dotyka, znajdują się mikroskopijne kropelki wydzieliny dostawcy. Aby dowieźć pizzę na czas, chłopak musiał przejechać trzy kilometry rowerem – spieszył się, bo nie było to jego jedyne zlecenie tego dnia. Po takiej przejażdżce zdarzało mu się odkasływać; jechał szybko, męczył się i oddychał głęboko, filtrując swoimi drogami oddechowymi miejski smog i kurz. Dostawca był młody, dorabiał na studiach, cieszył się dobrym zdrowiem i kondycją. Nawet nie wiedział, że jest zarażony wirusem starvid. Nie nosił maseczki, gdyż podczas jazdy uniemożliwiała mu ona normalne oddychanie – przez cały czas był zasapany z pośpiechu. Wniesienie pizzy po schodach na drugie piętro również wymagało od niego sporego wysiłku.
Grubas złapał pudło, przenosząc cząstki śliny dostawcy na swoje dłonie. Nigdy nie tracił zbyt wiele czasu na higienę – ręce mył tylko po wyjściu z toalety. Natychmiast, póki pizza była jeszcze ciepła, zaczął jeść ją palcami. W ten sposób przetransportował wirusa wprost do swojego organizmu.
Po trzech dniach poczuł się gorzej. Dostał gorączki, kataru i kaszlu. Z każdym kolejnym dniem sytuacja stawała się poważniejsza. Oddech stał się świszczący, w płucach coś charczało i rzęziło, a podczas ataków kaszlu wypluwał flegmę, której zdawało się nie być końca. Wciąż jednak nie zwracał na to większej uwagi.
Wkrótce było jeszcze gorzej. Gorączka nie ustępowała, bolała go głowa oraz wszystkie mięśnie i kości. Kaszel pogłębił się do tego stopnia, że Guy nie mógł złapać tchu. Dusił się; czuł, jak coś potężnego uciska mu klatkę piersiową. Serce kołatało, biło nierówno – raz mocniej, raz słabiej. Z przerażeniem zdał sobie sprawę, że stał się jedną z tych cyferek, które media prezentują w każdej minucie, w każdym wydaniu wiadomości i o których dyskutują wszyscy dookoła.
Sama świadomość, że ma tę chorobę, wywoływała u niego lęk, choć największy strach budziło uczucie ciągłego, jednostajnego uścisku – jakby jakiś demon chwycił go swoją ogromną łapą i dusił, zaciskając ją coraz mocniej i mocniej, nieprzerwanie, nie popuszczając ani na chwilę w ciągu kolejnych dni i nocy. Doszło do tego, że musiał walczyć o każdy oddech, a gdy już nie miał sił złapać tchu, wpadł w panikę. Zadzwonił po pogotowie. Miał na tyle sił, żeby spakować swoje trzy telefony, laptopa, powerbank i ładowarki. Następnie zadzwonił do dozorcy budynku, który był starszym człowiekiem w wieku emerytalnym, od jedenastu lat niepijącym alkoholikiem.
– Panie Józku, wezwałem pogotowie, nie mogę oddychać.
– Co się stanęło? Co panu jest? – przejął się pan Józek, gdyż nie raz za dobre napiwki załatwiał różne rzeczy temu lokatorowi. Jego największą troską teraz była wizja, że mógł to wszystko stracić.
– Nie wiem, mam gorączkę, ciężko oddychać – Grubas zasapał się i mówił urywanymi zdaniami.
– Dobra, dobra, niech przyjadą, ja popilnuję co trzeba – myślał powoli dozorca.
Ratownicy przybyli po około pół godzinie, podczas której Guyowi kilkukrotnie wydawało się, że straci przytomność. W końcu ktoś zapukał do drzwi, zza których słyszał, jak pan Józek ich beszta za późne przybycie. Drzwi otworzył już wcześniej, ale nie miał siły krzyknąć, by o tym poinformować ludzi znajdujących się za nimi. Po kilkukrotnym pukaniu ktoś w końcu nacisnął na klamkę. Weszła para kosmitów – a przynajmniej takie miał przekonanie, co zapewne było skutkiem niedotlenienia. Kosmici szybko ocenili sytuację.
– Zaszczepiony? – odezwali się na dzień dobry, na co on nic nie odpowiedział, oprócz łapczywego łapania powietrza niczym ryba wyrzucona z wody. Nie robił nic poza walką o każdy oddech.
– Daj mu aparat – odezwał się jeden z nich rutynowo. Po chwili założono mu na twarz maskę z tlenem. Od razu zrobiło mu się nieco lepiej.
– Ma pan dokumenty? – To było dla nich najważniejsze. Guy wskazał na szufladę w biurku.
– Możemy podać panu? – człowiek od stóp do głów ubrany w kombinezon zadał pytanie, wyciągając rękę w lateksowej rękawiczce, w której dzierżył kawałek plastiku będący jego dowodem osobistym. Skinął głową, że tak. Tamci podali mu przedmiot będący potwierdzeniem jego istnienia, po czym rozłożyli sprzęt do robienia testów na gwiazdowirusa.
– Zaszczepiony? – po raz kolejny padło to samo pytanie, na co pokręcił głową, że nie. Ratownicy popatrzyli na siebie i przyjęli zrezygnowane pozy, jakby ogrywali scenkę w teatrze. Potem ściągnęli mu maskę z ust, by zrobić test patyczkiem, przy okazji próbując wymusić odpowiedzi na pytania, jakby byli częścią służb odpowiedzialnych za szerzenie gwiazdowirusowej ideologii.
– A dlaczego niezaszczepiony?
– A co mówi pogotowie, które ciągle zwleka z przyjazdem? – to mu wyszło z próby kontrataku za to, że się spóźniają i do tego zadają tego typu pytania. A poza tym poczuł złość, że ktoś ingeruje w jego suwerenne decyzje.
– No co mówi? – dopytał ratownik agresywnie, niezbyt przejmując się poczuciem winy z powodu ociągania się i w ten sposób powstawania niepotrzebnych zwłok, przed wyjazdami do wezwania.
Kurwa, prawie wykitowałem, zanim raczyliście przyjechać, byście tylko wywieźli moje zwłoki – pomyślał Guy.
– Przepraszamy za zwłoki – odpowiedział na głos.
Chwilę trwała niezręczna cisza, po czym tamci ryknęli szczerym śmiechem, choć kompletnie nie zrozumieli dowcipu, a raczej zrozumieli go na swój sposób.
– Nie przepraszamy, tylko dziękujemy – poprawili go, co ich jeszcze bardziej rozbawiło. Nawet dla obeznanego w każdym skurwysyństwie tradera było to dość makabryczne
Przynajmniej potem ratownicy stali się dla niego bardziej życzliwi, choć wszystko, co tu zobaczyli – to mieszkanie, sposób, w jaki żył i jego fizjonomia – wydawało im się pokraczne i dziwne. Zrobili mu szybki test na gwiazdowirusa, którego wynik okazał się pozytywny. Pan Józek, który zdążył tylko przestąpić próg mieszkania, szybko się wycofał i więcej już nie pokazał.
Sam transport do szpitala był koszmarem. W kamienicy nie było windy, więc musiał zejść do karetki na własnych nogach, podpierany przez dwóch ratowników; nie było szans, by zdołali go wynieść na noszach. Jednak to, co czekało na niego w szpitalu, było jeszcze gorsze. Gdyby wiedział, co go tam spotka, pewnie wstrzymałby się z wzywaniem pomocy.
Na izbę przyjęć został już wwieziony. Lekarz pierwszego kontaktu przystanął nad nim i zapytał krótko:
– Zaszczepiony? – Guy pokręcił głową.
– No to co ty tu odwalasz? – zapytał medyk takim tonem, jakby uznał, że kupa śmierdzącego tłuszczu przed nim powinna gnić u siebie w domu. Gdyby nie maska tlenowa i skrajne wyczerpanie, Guy pewnie by mu odpowiedział. Teraz jednak leżał nieruchomo i przez wąskie szparki powiek zimno wpatrywał się w swojego oprawcę. Coś musiało być w tym krokodylim wzroku, bo doktorek na chwilę odpuścił.
– Specjalne pięterko tu mamy dla takich jak ty… Głowa! – rzucił głośno do pacjenta, trzymając w ręku patyczek do wymazu.
– Co głowa? – pomyślał Guy, nie reagując.
– Głowa! – powtórzył lekarz, po czym nie czekając, pacnął siedzącego na łóżku mężczyznę w potylicę, pochylił mu czaszkę do przodu i brutalnie wsadził patyczek do nosa. Narzędzie było długie, sięgało aż do nosogardzieli, drażniąc tkanki, które normalnie nie mają kontaktu z ciałami obcymi. Uczucie było skrajnie nieprzyjemne. Po wszystkim lekarz odłożył próbnik i wysłał go do analizy.
Pół godziny później przyszedł wynik.
– Pozytywny. No to jedziemy, via mortis na trzecie piętro – Guy zauważył, że wśród personelu pojawiły się drwiące uśmieszki.
– Pod rurę go i do piachu, za gruby jest – usłyszał jeszcze szept za plecami, zanim powieziono go do miejsca, gdzie miał umrzeć.
Trafił do dużej sali. Leżało tam już kilkanaście osób, wszystkie pod aparatami tlenowymi, kilka w śpiączce farmakologicznej podłączonych do respiratorów. Złożono go na jedynym wolnym łóżku.
– Twój katafalk. Mam nadzieję, że się podoba – mruknął lekarz, który wciąż mu towarzyszył. Akurat wypadła pora obchodu, więc przy okazji sprawdził reakcję organizmu nowego pacjenta na podanie tlenu.
– Dziewięćdziesiąt jeden, a było… – zerknął w kartę – sześćdziesiąt trzy. No dobrze, chcesz poleżeć, to proszę bardzo – odwrócił się obojętnie i przeszedł do następnych.
Guy go obserwował. Człowiek leżący obok był o kilkanaście lat starszy od niego. Jego stan był tragiczny; miał założoną maskę, przez którą maszyneria tłoczyła powietrze. Niestety, tempo oddechu starca było źle zsynchronizowane z pracą urządzenia – gdy człowiek robił wydech, maszyna forsowała wdech. Zamiast pomagać, aparat utrudniał mu walkę o życie. Lekarz widział to wszystko, ale nie zrobił nic. Spojrzał na saturację, coś zanotował i poszedł dalej. Guy na szczęście miał podpięty jedynie wężyk do nosa, więc nawet jeśli rytm podawania tlenu nie był idealny, nie sprawiało mu to aż takich trudności. Czuł się znacznie lepiej dzięki zbawiennemu działaniu życiodajnego gazu.
Po zakończeniu obchodu personel udał się do wyjścia.
– Chcę wyjść, wypisuję się! – Guy krzyknął za nimi tak głośno, jak tylko mógł. Lekarz zastygł wpół kroku, reszta personelu przystanęła, ale zaraz potem wszyscy oprócz lekarza odwrócili się i wyszli.
– Pojebało cię? Masz davida, masz kwarantannę, nie możesz stąd wyjść.
– Dlaczego? Sam sobie tlen kupię.
– Sam sobie, sam sobie... Widzę, że GRUBO z egoizmem u tego pana. Tylko o sobie myśli, samolub, co ma gdzieś innych. Nieważne, że wszystkich naraża. On się nie zaszczepi, on ma davida i pójdzie zarażać, tak? Spróbuj się tylko ruszyć. Już ja się postaram, żebyś, zanim gdziekolwiek się dowleczesz, trafił prosto pod rurę. Chcesz? To próbuj. – Gdy lekarz skończył mówić, stał jeszcze chwilę, sprawdzając, czy typ ma jakieś obiekcje, jednak Grubas milczał. Medyk odwrócił się więc na pięcie i podążył za resztą.
Gdy został sam, Guy sięgnął po torbę z elektroniką, by sprawdzić najnowsze notowania. Nie widział wszystkiego tak komfortowo jak na swoich wielkich monitorach, ale teraz musiało mu to wystarczyć. W gruncie rzeczy jego życie niewiele się zmieniło – nadal siedział w bezruchu, gapiąc się w wykresy. Tak minęły mu dwa kolejne dni. Nawet to, że wypróżnianie odbywało się do basenu przy asyście pielęgniarek, nie przeszkadzało mu zbytnio; traktował to jako konieczne obowiązki wobec własnego ciała. To one miały problem, nie on. Jedzenie było tak okropne, że nawet świnia by się zrzygała, ale i tak nie miał apetytu – żywił się kroplówkami. Można powiedzieć, że jego życie towarzyskie nawet się tu urozmaiciło, bo przebywał wśród ludzi, choć niektórzy z nich nie byli już świadomi otoczenia.
Osobiście czuję się jak na nieco sztywniackim przyjęciu, z którego co rusz ktoś wychodzi – taki żarcik sobie wymyślił.
Trzeciego dnia saturacja zaczęła spadać, mimo że instalacja podawała mu tlen w maksymalnych dawkach. Znów musiał walczyć o każdy dech, znów czuł potworny głód tlenowy. Najgorsza była kolejna noc. Prawie nie spał – gdy tylko próbował przysnąć, czuł, że się dusi i musiał ratować się seriami głębokich wdechów. Współlokatorzy z sali rzucali mu ukradkowe, wymowne spojrzenia, w których nie było zaskoczenia, a jedynie pewność co do tego, co wydarzy się dalej.
Ranek przywitał z ulgą, choć z jego płucami wcale nie było lepiej. Oczekiwał otwarcia giełd europejskich, ciesząc się, że przynajmniej będzie mógł się czymś zająć. Niestety, nawet to zajęcie – w którym dotąd potrafił się zatopić bez reszty – stało się katorgą, gdy każda sekunda wymagała świadomego myślenia o wdechu i wydechu. Czynność, o której normalnie się nie pamięta, teraz wymagała tytanicznego wysiłku. Saturacja leciała w dół. Musiał chwilami odpoczywać, gdyż mięśnie międzyżebrowe odmawiały posłuszeństwa jak po morderczym treningu. Czasami, gdy udawało mu się skupić na notowaniach, zapominał o oddychaniu – dopiero narastający ucisk w klatce piersiowej przypominał mu o walce.
W tych chwilach niedotlenienia jego umysł pracował inaczej. Widział rzeczy, których nie było; mara mieszała się z rzeczywistością. Ale były też obrazy, które widział wyraźniej – odfiltrowane z szumu, obiektywne i proste. Analizował notowania już od dłuższego czasu, zapominając o machaniu żebrami jak miechem. Pole widzenia stawało się coraz węższe, świat wokół cichł. Nie zauważał tego, skupiony na małym wyświetlaczu tabletu. I właśnie wtedy po raz pierwszy to zobaczył: koniec wszystkiego.
Jakiś odruch z najgłębszych pokładów hipokampu wysłał nagły sygnał do zaczerpnięcia potężnego haustu powietrza. Guy oderwał wzrok od wykresów i uniósł głowę z głośnym sykiem wciąganego tlenu. Wyglądał jak wieloryb wynurzający się z odmętów. Wzrok błądził panicznie po sali, a umysł próbował umiejscowić się w rzeczywistości. Dyszał ciężko, nie wiedząc, czy to, co przed chwilą ujrzał, było snem, czy prawdą. Szukał kontaktu wzrokowego z innymi pacjentami, jakby chciał im coś ogłosić, ale oni tylko mrużyli oczy w geście niezrozumienia. Dwóch lub trzech z nich wcisnęło przycisk przyzywający personel.
Guy uspokoił się nieco, zbierając siły do ponownej analizy tej wizji. Tymczasem do sali weszła pielęgniarka dyżurna.
– No co tam? Kto wołał? – zapytała, rozglądając się. Wszyscy wskazali na Guya. Pielęgniarka zmierzyła go wzrokiem: posiniała twarz, piana na ustach i korpus prężący się w nadludzkim wysiłku. Skinęła głową i bez słowa wyszła zawołać lekarza.
Poprawił nieco saturację i ponownie zapuścił się w wykresy. Znów to ujrzał: jeszcze dwa lata, może trzy i „game over”. Widział to teraz z całkowitą, lodowatą pewnością.
Ale dlaczego? W jaki sposób?
Nieważne jak – to było już przesądzone. Skoro na świecie nie było już żadnej realnej konkurencji dla systemu określanego mianem demokratycznego, istnienie tak ogromnych mas ludzkich przestało mieć sens.
Słyszał własne myśli, brzmiące niczym beznamiętny głos komentatora wygłaszającego nudne formułki. Przestał widzieć i słyszeć, ale było mu dobrze. Odpływał, a jego wzrok stawał się szklisty.
Pierwsze spazmy były podświadome. Ktoś nim szarpnął; gdzieś z oddali dobiegł go krzyk:
– Oddychaj! Oddychaj!
Coś kazało mu usłuchać rozkazu. Znów zmusił się do głębokich wdechów, ale były one coraz słabsze. Po dwóch, trzech razach ponownie o nich zapominał. Nie dano mu jednak spokoju – szarpano go i wołano:
– Wdech! Oddychaj!
Częściowo oprzytomniał. Wokół łóżka stała grupa lekarzy i pielęgniarek. Patrzył na nich łagodnie, lekko się uśmiechając. Chciał coś powiedzieć, ale przemożna niemoc trzymała go za gardło.
– Chce pan coś powiedzieć?! Coś załatwić?! Pożegnać się z kimś?! Kogoś powiadomić?! – zobaczył nachyloną nad sobą twarz lekarza w maseczce, krzyczącego te słowa prosto w jego stronę.
Nie widzicie? To już koniec! Nie trzeba już więcej niewolników i mięsa armatniego… a zresztą, za długo by tłumaczyć.
Guy nic nie powiedział. Tylko lekko pokręcił głową i przestał skupiać na nich wzrok na znak, by dali mu spokój. Lekarz wyprostował się i zwrócił do stojącej obok anestezjolog:
– No to chyba już.
Lekarka podpięła serię środków wprowadzających w stan śpiączki farmakologicznej do wenflona na jego dłoni.
– Proszę intubować – rzuciła do jednej z pielęgniarek i pomogła podłączyć pacjenta do respiratora.
Guy przestał czuć, myśleć, a nawet śnić. Pogrążył się w nicości na cztery dni i noce. Czy potem znalazł się gdzieś indziej? Tego nie wie nikt.
Już po jego śmierci na kontach jego byłej żony i dzieci – zgodnie z dotychczasową regularnością – pojawił się nowy przelew. Tym razem był on znacznie większy. Jego syn kupił za tę sumę osiemdziesięciopięciometrowy jacht. Wyposażył go, skompletował załogę złożoną z przyjaciół i wyruszył w rejs dookoła świata.
Rozdział Drugi. Robert.
Szpitale opustoszały. Jeszcze parę dni temu były pełne ludzi – pacjentów, lekarzy i personelu medycznego – a teraz świeciły pustkami. Pierwsze, co zrobili lekarze po wywołaniu paniki przez media, to udali się na wielomiesięczne urlopy. Zostali tylko nieliczni, którzy byli do tego zmuszeni sytuacją finansową, wykorzystali już wolne lub działali z poczucia obowiązku. Wywołało to jeszcze większą panikę, gdyż w mediach głównego nurtu bez przerwy powtarzano informacje o tym, że przez DAVID-a w szpitalach brakuje miejsc z powodu przepełnienia oraz braków kadrowych. O prawdziwej przyczynie tych braków w żadnym ze znaczących mediów nie zająknięto się ani słowem.
Pacjenci również zniknęli – zostali odesłani do domów, a nowych nie przyjmowano, utrudniając procedury, jak tylko było to możliwe. Ludzie stracili kontakt z lekarzami; zamiast tego wprowadzono teleporady, co przyniosło tragiczne skutki. Nierzadkie były przypadki, gdy chorzy z zawałem, udarem czy nagłym atakiem utajonej choroby otrzymywali poradę polegającą na odpoczynku i zażyciu środka przeciwbólowego. Znakomitą większość zaplanowanych zabiegów odwołano, przestano monitorować stan chorych przewlekle. Na szpitalnych łóżkach zostali tylko najcięższe przypadki: pacjenci po skomplikowanych operacjach lub obłożnie chorzy.
Ten exodus był kuriozalny. Z perspektywy systemu wyglądało to tak, jakby ludzie nagle przestali chorować na cokolwiek poza SARS DAV-2. Społeczeństwo straciło dostęp do świadczeń, na które przez lata ciężko pracowało, płacąc składki. Ironią był fakt, że ludzie często sami unikali kontaktów z medykami, odmawiając sobie ratunku z obawy przed gwiazdowirusem.
Liczba pacjentów urazowych spadła z powodu lockdownu – było mniej wypadków komunikacyjnych, za to wzrosła liczba interwencji w domach. Dochodziło tam do przedziwnych sytuacji: upadków, poparzeń, zatruć, a nawet podduszeń w bardzo nietypowych okolicznościach. Zdawało się, że zamknięcie ludzi w czterech ścianach wywołało eksplozję mrocznej kreatywności. Powstawały scenariusze godne filmów o pechowcach, których przeznaczenie dopada w najmniej spodziewanym momencie.
Choć na początku pandemii przypadki SARS DAV-2 były rzadkie i w znakomitej większości fałszywe, załogi karetek przez cały czas musiały nosić stroje chroniące przed skażeniem biologicznym. Na szczęście wiosna była chłodna, ale pracujący w nich ludzie woleli nie myśleć, co się stanie, gdy przyjdzie im tak funkcjonować podczas upalnego lata.
Robert siedział w gabinecie zabiegowym obok dyżurki, bo tylko tam działał klimatyzator. Normalnie wiosną nie korzystałby z chłodzenia, ale ciało w szczelnym, plastikowym kombinezonie nagrzewało się błyskawicznie. Założenie tego cholerstwa trwało całe wieki, a nigdy nie było wiadomo, ile czasu zostanie mu między jedną akcją a drugą. To były jego pierwsze dni w pracy ratownika medycznego – i akurat rozpoczęła się pandemia. Jakby początki w tym zawodzie nie były wystarczająco trudne.
Najtrudniej było jednak pozostać czystym, choć minął już rok, odkąd skończył kurację odwykową. Wyjazdy do wypadków i potrzebujących pomocy nie były tak wyczerpujące jak życie w abstynencji – zwłaszcza że teraz wszystkiego doświadczał na trzeźwo. A może właśnie dlatego? Nie pił od roku, ale wciąż czuł się, jakby żył w innym świecie: zobojętniały, nieco depresyjny, z poczuciem, że nic na świecie nie ma wartości. To, co u innych budziło największy dyskomfort – wyjazdy do brudnych, śmierdzących i zarobaczonych bezdomnych – dla niego było jak kubeł zimnej wody wylany na głowę. Za każdym razem przypominali mu, kim prawie się stał. Z całego zespołu miał dla nich najwięcej cierpliwości.
Podczas terapii stał się bardziej świadomy tego, dlaczego jego życie potoczyło się w ten sposób. Już w szkole średniej różnił się od rówieśników – był dojrzalszy, wrażliwszy, widział więcej. Tę „piękną duszę” odziedziczył po matce, bo ojciec był jego całkowitym przeciwieństwem. Fizycznie jednak Robert był jego kopią, młodszą o dwadzieścia pięć lat.
Na fotografii weselnej wiszącej w ich mieszkaniu ojciec Roberta był wysokim brunetem o dziewczęcych oczach z długimi rzęsami i wydatnej żuchwie. Robert wyglądał teraz niemal identycznie. Pan młody w dobrze skrojonym garniturze był nieziemsko przystojny – to pewnie pomogło mu oczarować kobietę w jasnoniebieskiej sukni, matkę Roberta. Niestety, później w tym związku zupełnie się nie układało. Robert był owocem ich miłości i głównym powodem pośpiesznej decyzji o małżeństwie, jednak mężczyzna wcale nie zamierzał dochowywać przysięgi wierności. Nie zamierzał także angażować się w życie rodzinne; wolał imprezy i przyjaciół. Tłumaczył, że w ten sposób „pracuje” na utrzymanie rodziny – i nie można było odmówić mu racji, wszak prowadził firmę organizującą przyjęcia, głównie weselne.
Robert długo nie zdawał sobie sprawy, że naśladuje ojca we wszystkim, co ten robił. Dobrze mu to wychodziło: zawsze miał uznanie rówieśników, był duszą towarzystwa, a dziewczyny za nim szalały. Jednak wbrew własnej naturze traktował je przedmiotowo, gdyż w tamtym czasie nie był prawdziwym sobą. Był kimś stworzonym dla innych, spełniającym oczekiwania otoczenia. Dla nich śpiewał, grał i zabawiał ich podczas upojnych wieczorów. Ta przemiana osobowości kosztowała go zbyt wiele, by mogła dokonywać się samoczynnie – potrzebował „magicznego napoju”.
Alkohol był znieczulaczem. Pozwalał na łatwość nawiązywania kontaktów, ale jednocześnie obdzierał go z prawdziwego „ja”. Okazało się, że wszystkie te znajomości były płytkie; żył wśród wielu „przyjaciół”, a tak naprawdę był sam. Z żadną z dziewczyn nie zbudował na tyle głębokiego uczucia, by stworzyć trwały związek. Ludzie przychodzili i odchodzili, dbając o własne interesy. Gdy przestał być im potrzebny, zostały mu tylko butelki. Pełne pozwalały trwać, puste wpędzały w beznadziejność.
Teraz miał trzydzieści jeden lat i kończył z poprzednim życiem. Był w trakcie głębokiej przemiany, która zaczęła się po śmierci jego ojca. Starszy mężczyzna miał słabe zdrowie i problemy kardiologiczne; któregoś dnia jego serce po prostu się zatrzymało. Według lekarzy istotnym czynnikiem rozwoju choroby był styl życia, jaki prowadził.
Na szczęście jego współpracownicy byli całkiem w porządku. Miał też towarzyszkę prawie tak niedoświadczoną jak on sam – Adelę, lekarkę bez specjalizacji. Razem wielokrotnie musieli stawiać czoła nieprzewidzianym sytuacjom, które podczas wyjazdów zdarzały się niemal codziennie. Teraz największym wyzwaniem było przekazanie pacjenta do szpitala; nikt nie chciał nikogo przyjmować, choć oddziały świeciły pustkami. Załogi karetek wywierały presję na izbach przyjęć, ustawiając się w długich kolejkach pod kolejnymi budynkami. Oficjalna wersja głosiła, że placówki są przepełnione, co było oczywistą nieprawdą. Nikt jednak nie mógł tego zweryfikować – ze względu na rygor sanitarny wstęp na teren szpitala był surowo zabroniony, a wszystkie drzwi pozostawały zaryglowane. Zresztą nikt o zdrowych zmysłach nie palił się do tego, by wejść do środka i sprawdzić, jak jest naprawdę. Reporterzy również nie kwapili się do rzetelnych relacji; woleli fotografować rzędy ambulansów przed SOR-ami. Widocznie taki obraz był im na rękę – otrzymali zlecenie na sfilmowanie tragedii, więc aby zainkasować wynagrodzenie, musieli dostarczyć materiał o „kolejkach śmierci”.
Właśnie usłyszał komunikat z głośnika: zasłabnięcie i utrata przytomności. Choć głos kobiety wzywającej pomocy był schrypły i bełkotliwy, jak po latach nadużywania alkoholu, musieli jechać – utrata przytomności zawsze była uzasadnionym powodem. W karetce działała klimatyzacja, więc nikt nie zwlekał z wejściem do auta. Gdy ekipa była w komplecie, kierowca ruszył, a po przejechaniu przez bramę włączył sygnały dźwiękowe i świetlne. Cel: jedno z osiedli z wielkiej płyty na Prokocimiu. Nie mieli daleko.
Udali się do mieszkania pod wskazany adres i zastali tam spodziewaną scenerię. Mieszkanie było nieodnawiane od lat, na ścianach przyklejone były tapety z lat dziewięćdziesiątych, oblepione brudem i pożółkłe od tytoniowego dymu. Wszystko w mieszkaniu miało ten sam żółtawobrązowy nalot: meble z płyty pilśniowej pamiętające poprzednią epokę, framugi okien, tkaniny foteli, łóżek, zasłon i obrusów, stare, zakurzone, nigdy nieużywane sprzęty stojące na wygiętych od grawitacji półkach. Mężczyzna leżał na podłodze w korytarzu, już od wejścia do mieszkania, wszędzie w tle wymownie prezentowały się puste butelki po alkoholu, stojące w pomieszczeniach na stołach, na parapetach okien, a nawet w kątach pod ścianami. W kuchni na stole leżała maszynka do robienia papierosów i rozsypany tani tytoń. Człowiek, do którego było wezwanie, był pomiędzy pięćdziesiątym a sześćdziesiątym rokiem życia, czuć było woń alkoholu w wydychanym przez niego powietrzu, nawet przez maski na twarzach ratowników. Robertowi przeszło przez myśl, jak one mogą chronić przed wirusem w takim razie, jeśli cząstki zapachowe przez nie przenikały. Upojenie alkoholowe to nie była główna przyczyna utraty przytomności przez tego człowieka; miał niskie ciśnienie i słabą reaktywność, według relacji kobiety znajdującej się wraz z nim w mieszkaniu miał cukrzycę, a stracił przytomność, bo upadł i uderzył się w głowę. Nie było wyjścia, trzeba było zabrać go do szpitala.
Ułożyli pacjenta na noszach jezdnych, założyli aparat tlenowy i po schodach znieśli na zewnątrz budynku. Zaparkowali autem na dziedzińcu otoczonym blokami, gapiło się na nich setki okien ze wszystkich stron. Mieszkańcy osiedla, widząc przyjazd karetki na sygnale i wysiadającą z niej ekipę w kombinezonach, takich samych jak z filmu katastroficznego o wirusie Ebola, wylegli na balkony i wystawili głowy przez okna. Byli święcie przekonani, że to jest wezwanie do kogoś zarażonego gwiazdowirusem, możliwe że umierającego, wszak przed chwilą oglądali telewizję, w której bez przerwy, na wszystkich kanałach, pokazywano rzędy karetek przewożących zarażonych gwiazdowirusem, stojących przed szpitalnymi budynkami, gdyż te były przepełnione chorymi. Widzieli ludzi podpiętych pod aparaty tlenowe, leżących pod respiratorami i ciężarówki wywożące ciała tych, którzy już umarli na tę chorobę.
Gdy tylko wyjechali z klatki schodowej, chcąc przejechać noszami do karetki, z okien i balkonów rozległy się okrzyki i gwizdy entuzjazmu oraz oklaski. Ci ludzie sądzili, że są schowani w swoich norach przed wszędzie czającym się niebezpieczeństwem, a może jak księżniczki zamknięte w wysokich wieżach? I oto przybyli prawdziwi bohaterowie, niczym dzielni rycerze bez skazy, spiesząc im na ratunek. Robert właśnie tak się przez chwilę poczuł, jakby był bohaterem. Wahał się, czy czuć się z tym głupio, czy nie. Wszak zdarzały się przypadki, że ktoś naprawdę zachorował na modnego dziś wirusa, a poza tym prawie nikt nie chciał wykonywać jego roboty. Zapakowali szybko pacjenta do pojazdu, po czym każdy zajął w nim swoje miejsce i ruszyli do szpitala.
– Ja pierdolę, widziałaś to? – zwrócił się do Adeli, ale ta nie słyszała go wyraźnie przez hałas „pieska” (tak nazywali sygnał dźwiękowy karetki), silnika i opon oraz to, że mówił w masce, co utrudniało komunikację.
– Co? – odkrzyknęła Adela przytłumionym głosem. Zdał sobie sprawę, że pewnie ona też tak słyszy jego.
– Widziałaś to? – ściągnął maskę i wykrzyknął z niedowierzaniem.
– Ja pierdolę! Widziałam – wybuchła śmiechem. Poszła jego śladem i też ściągnęła maskę.
– Kurwa! Co się dzieje? Wszyscy, którzy powinni pracować w szpitalach, mają to w dupie, tylko my zapierdalamy w jakichś strojach jak ufoludki. Zabieramy, z całym szacunkiem dla jegomościa, jakiegoś menela, a tamci jego ziomkowie biją nam z balkonów brawo. Kurwa! To jakiś absurd! – krzyczał i śmiał się z opisywanej sytuacji.
– Widzisz, że aparat tlenowy ma. My w takich strojach, pewnie myśleli, że to DAVID – wywnioskowała Adela.
– No, ja się nie zdziwię, że jak zejdzie, to mu DAVID wpiszą. Skóra się liczy, a po tym nie ma sekcji zwłok i obowiązkowa kremacja – powiedział to, co mu akurat do głowy przyszło, ale od razu tego pożałował, bo Adeli uśmiech zszedł z twarzy.
– A przestań już, może aż tak to nie będzie – Adela odżegnywała te obawy od siebie, a jednocześnie była nieco zszokowana brutalnością słów Roberta.
Na drugi tydzień znów spotkali się w tym samym składzie w załodze. Adela jak zwykle była wesoła i trzymała się ze wszystkimi w zespole, ale widać było, że ma coś ukrytego w środku i czeka na sposobność, by o tym choćby wspomnieć. Zrobiła to podczas obiadowego kebaba.
– Rozmawiałam ze znajomą z Kopernika.
– No? – Robert dał znać, że wie, o co chodzi.
– Ten menel, pamiętasz? Zawinął się, testy na davida miał pozytywne. Wpisali mu przyczynę śmierci, że to DAVID.
– Business as usual – po tym stwierdzeniu nie kontynuował wypowiedzi, gryzł kebaba, jakby nigdy nic.
Adela patrzyła na niego obojętnie, niczego nie oczekując, ale jakiś smutek i zawód wymalował się na jej twarzy i w ten sposób sfinalizował sprawę, którą w tym dniu tłamsiła w sobie. Z apatią i nie zwracając uwagi na to, co robi, kończyła swój posiłek.
Po kilku tygodniach zniesiono twardy lockdown, jednak przez kolejne dni, tygodnie i miesiące u Roberta w pracy niewiele się zmieniło, a przynajmniej pod względem dostępności świadczeń medycznych dla społeczeństwa. Administracja szpitali, przychodni i sami lekarze robili, co mogli, aby zniechęcić ludzi dobijających się po poradę i pomoc medyczną do wizyt u lekarza, a jeśli do takiej już musiało dojść, to tylko po negatywnym wyniku testu na dawidowirusa. Jeśli jakiś nieszczęśnik pochwalił się pozytywnym wynikiem, bardzo często nie był leczony i odmawiano mu świadczeń, dopóki oficjalnie nie został wyleczony z SARS-DAV-2. To oczywiście w wielu przypadkach doprowadzało do pogorszenia stanu zdrowia, a nawet do śmierci z powodu pierwotnych przyczyn, dla których pacjenci próbowali szukać pomocy. Skoro jednak jej nie otrzymywali, musieli doświadczać naturalnych konsekwencji takiego obrotu sprawy.
Robert nie mógł uwierzyć w gęste opary niezliczonych absurdów, w których się znalazł, pomimo tego, że poruszał się w nich w każdej chwili i każdego dnia. Jako młody człowiek wierzący w swoje ideały i będąc ratownikiem, który pragnie wypełniać swoją pracę z powołaniem, był wstrząśnięty znieczulicą, wyrachowaniem, chamstwem i nieludzkim traktowaniem pacjentów przez lekarzy. Wydawało się, że działają oni w szale, pod wpływem czegoś, co wyzuwa ich z człowieczeństwa. Wielokrotnie zastanawiał się, czy tak było zawsze, czy to czasy, które nadeszły, tak zmieniły tych ludzi. Doszedł do wniosku, że winnym może być koktajl złożony ze strachu, frustracji, chciwości, pazerności i zaślepienia pieniędzmi. Zauważył, że pieniądze odegrały bardzo dużą rolę w tym, że wszyscy znaleźli się w obecnym stanie rzeczy. Pieniądze nie szły za pacjentem, tylko za statystykami jak największych zakażeń i śmierci na najbardziej popularną chorobę świata.
Oczywiście nie wszyscy lekarze i personel medyczny zachowywali się w ten sam sposób, jednak ogólna i wszędobylska histeria, strach i panika pandemiczna działały presją na oszalały i bezmyślny tłum – wszyscy musieli iść w jednym nurcie lub zostaliby zdeptani. Tak się zresztą działo; każdy lekarz, który próbował kwestionować zastosowaną tyranię wobec pacjentów, był dyskryminowany przez Naczelną Izbę Lekarską i częstokrotnie pozbawiany prawa wykonywania zawodu.
Pandemia na wszystkich odcisnęła swe piętno w jakiś sposób. Robert bardzo źle znosił tę całą sytuację. To było sprzeczne z jego wyobrażeniami o pracy, gdzie niesie się pomoc ludziom, dba o ich zdrowie i życie, a przecież sam był świadkiem tego, jak odwoływano terminy zabiegów ratujących życie, na które ktoś i tak już czekał bardzo długo, wykorzystując gwiazdowirusa jako pretekst. Pacjenci byli zdani całkowicie na łaskę i niełaskę personelu medycznego, nad którym nie było jakiejkolwiek kontroli. Nawet bliscy i rodzina nie wiedzieli, co się dzieje z ich chorymi rodzicami, dziadkami czy dziećmi za zamkniętymi drzwiami szpitali. Stwarzało to wiele przestrzeni do nadużyć, niedopełniania obowiązków, a niejednokrotnie podejrzewano zaniechania doprowadzające do pogorszenia stanu zdrowia pacjenta. Gdy ten stan i tak już był ciężki, wtedy z dużym prawdopodobieństwem kończyło się to tak, że pacjent po prostu stawał się denatem.
Robert przez pewien czas miał swoistą depresję z tego powodu, ale potem powiedział sobie, że on wobec siebie nie ma żadnych zarzutów – postanowił działać zgodnie ze swoimi przekonaniami i sumieniem. Otrzeźwiło go też pewne zdarzenie, gdy przyjechał na wezwanie do pobicia. Na miejscu okazało się, że pewien mężczyzna w średnim wieku został uderzony w twarz i upadł, uderzając głową o kamienny schodek po tym, jak wywiązała się awantura o to, że nie miał założonej maseczki. Ktoś po prostu uznał tego człowieka za zagrożenie dla swojego zdrowia i życia, widząc, że tamten nie ma maski na twarzy.
Dla Roberta to był punkt zwrotny w postrzeganiu tego, kto w tym całym cyrku jest oprawcą, a kto ofiarą. Uświadomił sobie, że bez zgody całego społeczeństwa nie działoby się to wszystko. Oni sami wydają na siebie wyrok, sami wpędzają się w upodlenie, sami odbierają sobie możliwość leczenia, dbania o własne zdrowie, a nawet jego ratowania. Człowiek ten został zawieziony na SOR. Okazało się, że był niezaszczepiony i odmawiał założenia maski, więc został tam potraktowany jak śmieć. Było to swoistego rodzaju traktowanie pouczające, że nie należy występować przeciw systemowi i stawiać się wyżej nad status zbydlęconego niewolnika.
To było dla Roberta kolejnym szokiem. Zdał sobie sprawę, jak mały jest człowiek, który występuje przeciw… właśnie, przeciw czemu? Całemu światu? Wszystkim ludziom? Dopiero teraz uświadomił sobie, jak możliwe były wybuchy światowych wojen, powstawanie nieludzkich ideologii, ludobójstwa, szaleństwa i orgie piekieł szalejące na ziemi. Gdy coś takiego zaczynało się dziać, było jak opętanie przez nadprzyrodzone moce przychodzące gdzieś z innego wymiaru, z zaświatów. Jak można przemówić do kogoś, używając słów i odnosząc się do ziemskiej rzeczywistości, podczas gdy wcale nie rozmawia się z człowiekiem, tylko z wydmuszką opanowaną przez upiora zesłanego z samych odmętów piekielnych? Jedyne, co można zrobić, to dać się demonom wyszaleć, niech się sami pozabijają. Nawet gdyby wiedział, że celem jest zabicie wszystkich, nic nie mógłby z tym zrobić. Ale on czuł – czuł cierpienie tych ludzi i dlatego się od nich nie odwracał. Zawsze taki był, to był jego dar i jego przekleństwo. Przekleństwo, bo nigdy nie mógł zrobić swojego interesu, wykorzystując innych. Ale dar, bo dzięki temu widział więcej i czuł więcej. Czy jest ktoś na świecie, kto potrafi powiedzieć, co ma większą wartość?
Został więc w załodze swojej karetki, wbrew zdrowemu rozsądkowi i instynktowi samozachowawczemu. Mijały dni, tygodnie i miesiące, a on stężał; nie liczył na nic i na nikogo. Trochę osamotniał, odizolował się od pomniejszych znajomości. Skupił się na pracy i na składaniu swojego motocykla. Swego czasu kupił coś, co było zarejestrowane pod marką Indian, ale jedyne, co było tam wspólnego z tym motocyklem, to silnik i część ramy, a i tak wymagające gruntownego remontu. Jemu to jednak odpowiadało, gdyż miał papiery i tabliczkę znamionową potrzebną do legalizacji, a resztę mógł stworzyć wedle własnego uznania. Zawsze chciał mieć maszynę odpowiednią na miasto, ale maszyny z więcej niż dwoma cylindrami nie były dla niego. Chciał mieć coś pośredniego pomiędzy bobberem a cruiserem, jakim pierwotnie miał być jego Indian.
Udało mu się to osiągnąć dzięki modyfikacji ramy, kierownicy i ułożeniu wszystkiego w całość. Ostateczny efekt był oszałamiający; już na pierwszy rzut oka było widać, że maszyna jest szybka, zwinna i zawsze chętna do działania. Dużo czasu zajęło ułożenie wszystkich instalacji tak, żeby działały niezawodnie; wymagało to wiele prób i poprawek, ale na końcu wszystko działało tak, jak powinno. Teraz zawsze był pewien, że maszyna go nigdy nie zawiedzie – znał ją od każdej najmniejszej śrubki i od najdelikatniejszego tchnienia cyklu czterosuwowego silnika. Mogła go zanieść wszędzie, gdzie tylko miał życzenie. Jeśli on był niezdecydowany co do tego, jak daleko wyruszyć, to dzieło, które stworzył, zawsze kazało mu jechać dalej i poznawać więcej – wystarczyło tylko dodać gazu, by odkryć nowy świat. I tak się działo: za każdym razem, gdy ją dosiadał, było to wielką przygodą. Niosła go w magiczne miejsca, w których zapierało mu dech w piersiach, i nigdy nie miała dość, zawsze chciała więcej i więcej. Więc dalej i dalej dawał się jej ponosić, aż tylko głód, zmierzch słońca i pustki w baku wołały o swoje.
***
Coraz trudniej było uniknąć szczepień. Jako członek personelu medycznego musiał się szczepić obowiązkowo. Za każdym poprzednim razem kupował fałszywy certyfikat, ale ci, którzy prowadzili tę działalność, zostali przyłapani, a on nie znał innych dojść do ludzi, którzy się tym zajmowali. Co prawda znał wielu lekarzy, pielęgniarek i ratowników, ale wszyscy oni nie podzielali jego sceptycyzmu i niechęci wobec szczepień, nie mówiąc już o unikaniu ich, a tym bardziej fałszowaniu certyfikatu. Środowisko medyczne było bardzo entuzjastyczne wobec tego dobrodziejstwa nauki i cywilizacji; gdyby ujawnił się ze swoimi poglądami i postępowaniem, zostałby czarną owcą, wyrzutkiem wyśmianym, nietolerowanym i nieakceptowanym przez nich.
Jednak teraz musiał się zaszczepić, jeśli chciałby dalej pracować w zawodzie, ponieważ według prawa szczepienie personelu medycznego było obowiązkowe. Dużo myślał nad tym, jak rozwiązać ten problem, i ostatecznie wymyślił plan, który polegał na tym, że sam sobie wstrzyknie preparat i zrobi to tak, żeby zawartość strzykawki nie dostała się do jego organizmu. Wymyślił, że szczepienie wykona w miejscu swojej pracy, gdzie wielu współpracowników jest jego znajomymi; poprosi o strzykawkę, a potem spróbuje się pozbyć jej zawartości. Za cel obrał sobie gabinet doktor Adeli, młodej i sympatycznej lekarki odbywającej staż w szpitalu. Poznali się podczas wspólnych dyżurów na SOR; była wtedy lekarzem w załodze karetki reanimacyjnej. Wiedział, że czasami miała dyżury w punkcie szczepień; wystarczyło tylko pojawić się tam wtedy, gdy ona akurat tam pracowała. Dobrze się znali i darzyli siebie sympatią; ucięcie małej pogawędki podczas zabiegu byłoby w tym wypadku czymś zupełnie naturalnym.
Teraz był właśnie ten dzień. Adela osobiście nie dokonywała zastrzyków, ale była w gabinecie jako lekarz dyżurny i pomagała przy dokumentacji. Chętnych na zabieg nie było wielu, dziennie pojawiało się tylko kilka osób, więc kiedy stanął przed gabinetem, nie było w poczekalni nikogo innego. Przystanął na chwilę, wyciągnął z kieszeni zwitek waty higienicznej, wziął trzy głębokie wdechy, nacisnął klamkę i wszedł. Były tam dwie pielęgniarki, które też znał, i ona – wszystkie obrzuciły go wzrokiem.
– O! Cześć! – powiedział radośnie, udając zaskoczenie, że ją tu widzi, po czym dodał następne „cześć” do wszystkich.
– Cześć – odpowiedziały szczerze uradowane. Taki gość to zawsze miłe urozmaicenie dnia.
– A ty tutaj jesteś? Jak ci leci? – przejął inicjatywę Robert.
– A nic, powolutku. A co tam u ciebie? – odpowiedziała Adela, podczas gdy jej koleżanki patrzyły na niego badawczo.
– Ach wiesz, coraz mniej davida, chyba robicie tutaj dobrą robotę.
– No ba! Jesteśmy w tym najlepsze – odparła wyzywająco Adela. Widać było, że dziewczyny mają dobrą komitywę.
– Ojej, to widzę, że świetnie trafiłem. Właśnie o takie miejsce mi chodziło.
– A co dla ciebie możemy zrobić, młodzieńcze? – koleżanki wsparły lekarkę wymową ciała, jakby mogły zaoferować wiele.
– Eee, taka piękna pogoda, na spacer moglibyśmy pójść – zaproponował.
– No coś ty? Przecież pada dzisiaj co chwilę. Chyba dla deszczowców – zaśmiały się dziewczyny.
– Tak? No to do baru, jak pogoda nie pasuje – odparł, sugerując, że one same go do tego przywiodły.
– A ty nie masz dzisiaj dyżuru czasami?
– Ach, dyżur... byłbym przez was zapomniał. Ja muszę zaraz na dyżur wracać – machnął ręką na czoło. – A mogło być tak fajnie – dodał.
– Herbatki może albo kawki się napijesz? – zaproponowała lekarka.
– Chętnie, ale już chyba nie zdążę, tylko na szczepionkę przyszedłem.
– A co ty tam masz do zrobienia?
– Kwartał mi od ostatniego razu minął, no więc jestem.
– No dobra, wyciągnij to świeże – Adela skierowała cicho swe słowa do jednej z koleżanek, która zakrzątała się przy przygotowaniu igły, strzykawki i preparatu. Po czym głośniej zwróciła się do Roberta: – Zaraz się tobą zajmiemy, kawalerze.
– Ha, ha, drżę w oczekiwaniu.
– Boisz się igły?
– Nie, ale robicie takie wspaniałe wrażenie, że jestem gotowy na wszystko.
Dziewczyny zaśmiały się szczerze i wesoło.
– No to dzisiaj jest twój dobry dzień, możesz wybrać którąś z nas – Adela zastawiła pułapkę, a dziewczynom z oczu patrzyło, że te, które nie zostaną wybrane, będą na niego złe.
– Ach, zaiste, później się odezwę, bo wszystkie niewiasty nad wyraz cudowne i nie ma między nimi wspanialszej nad inne.
– No, ale ukłucie ktoś musi zrobić, niestety – Adela stonowała zabawę.
– A sam sobie zrobię, jeśli można. Ja też potrafię, już to robiłem nieraz, jestem profesjonalistą.
– Agata, masz bratnią duszę – Adela zwróciła się do jednej z dziewczyn.
– Też wolisz sama? – odezwał się Robert, po czym natychmiast się zorientował, jak to zabrzmiało.
– Tak, tak. Agata to singielka – wydała ją koleżanka, co po raz kolejny wywołało lawinę śmiechu w gabinecie. Robert też się śmiał, lustrując wzrokiem Agatę i patrząc jej w oczy, co skutkowało tym, że ogólny śmiech się przeciągał.
Widać było, że dziewczyna wpadła mu w oko. Była wysportowana, pełna energii, jej ruchy były sprężyste i zdecydowane. Pod kitlem miała sportowy strój i obuwie, blond włosy ciasno spięte z tyłu głowy i prawie niewidoczny makijaż. Do niedawna była dobrze zapowiadającą się lekkoatletką i miała na koncie kilka znaczących sukcesów, jednak poważny wypadek samochodowy, któremu ulegli jej rodzice, spowodował, że musiała się nimi zaopiekować. To skutecznie wstrzymało jej sportowe plany, a może i zakończyło je na zawsze. Posiadła jednak znaczną wiedzę z ogólnopojętej medycyny i pielęgniarstwa – przez długi czas rodzice byli przykuci do łóżka, a teraz trwała ich intensywna rehabilitacja. Nauczyła się robić znacznie bardziej skomplikowane zabiegi niż tylko zastrzyki; przeszła kurs pielęgniarstwa i ratownictwa medycznego. Była młodsza od Roberta o kilka lat, do tego pewna siebie i odważnie idąca naprzód. Tak naprawdę już od jakiegoś czasu mieli na siebie oko, wymieniali przelotne spojrzenia, parę razy zamienili kilka krótkich zdań, ale póki co – to wszystko. Robert był jednak gotowy podjąć wyzwanie.
– A co z tą kawą? Jak przyjdę później, to jeszcze aktualne? – zapytał, wykorzystując przerwę w wesołości.
– A to najlepiej Agaty już pytaj – druga pielęgniarka zaproponowała wesoło.
– No dobra, z miłą chęcią jeszcze się odezwę – powiedział już bezpośrednio do wspomnianej singielki.
– Ha, ha, okej, to zapraszam – odparła wesoło i niewinnie.
– Może jednak się skusisz, żeby Agata ten zastrzyk zrobiła? – zaproponowała Adela.
– Byłoby niezmiernie miło, tylko że ja trochę nieśmiały jestem... ale mogę wziąć od ciebie strzykawkę – odpowiedział do Agaty.
– Zaraz będzie gotowe, szykuj się – odparła. Robert ściągnął bluzę i podciągnął ramiączko podkoszulki.
– Jest coś do dezynfekcji rąk?
Wskazały mu dozownik na półce. Po dokonaniu tej czynności podszedł do Agaty, która napełniała strzykawkę preparatem z fiolki. Odpowietrzyła igłę i wręczyła mu zestaw, po czym namoczyła skrawek waty w spirytusie i starannie przetarła mu ramię.
– Gotowe do wstrzykiwania – powiedziała.
Robert wbił igłę w lewe ramię, trzymając ją kciukiem i wskazującym prawej dłoni. Reszta palców trzymała kłębek waty przygotowany jeszcze przed wejściem. W ten sposób byłoby mu bardzo niewygodnie przesunąć tłok, ale wcale nie miał zamiaru tego robić, wtedy gdy igła będzie wbita w ramię. Zamiast tego wymownie obrzucił wzrokiem kobiety, które w napięciu obserwowały jego dokonania..
– Proszę się odwrócić, bo zapeszycie i mi nie wyjdzie.
Adela i jej koleżanka spełniły prośbę, a Robert schował ramię przed ich widokiem. Natomiast Agata tylko uśmiechała się i przeniosła wzrok ze strzykawki na jego twarz. Robert podniósł rozpostartą lewą dłoń i ustawił ją na linii jej wzroku, usiłując zasłonić narzędzie. Poczuł ból wywołany ruchem mięśni, w których tkwiła igła, ale uśmiechnął się, udając zabawę. Następnie delikatnie wyjął igłę z ciała i przesunął tłok strzykawki – jej zawartość rozlała się po ramieniu. Wytarł wilgotny ślad skrupulatnie trzymaną watą.
– Już, można plasterek.
Nie był już tak roześmiany jak przed chwilą, bo wyraz twarzy Agaty też zmienił się w jednej chwili. Nie wiedział, ile widziała, ale domyślił się, że wystarczająco dużo. Nie powiedziała jednak nic. Bez słowa przykleiła plaster, a jej wzrok mówił: „Znam twój sekret, kochanie”.
– Dzięki – powiedział dobitnie, na znak, że to nie tylko za plaster. Mrugnęła do niego porozumiewawczo.
– Świetna robota, dostaniesz odznakę dzielnego pacjenta – dała znać, że wszystko jest w porządku.
– Super, muszę już lecieć, odezwę się później. Macie wszystko do papierów?
– Chyba tak, jakby co, będziemy w kontakcie – oznajmiła Adela.
– To było niezapomniane przeżycie, nie spodziewałem się, że będzie aż tak wspaniale – zażartował na odchodne.
– Ha, najlepsze przed tobą! – koleżanka Adeli nie dawała za wygraną.
– Masz mnie – strzelił do niej z palca po kowbojsku. Jego wzrok i Agaty spotkały się, na znak że rozumieją sugestię. Uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo.
– No to powodzeniaaa! – Powiedziała Adela podekscytowanym głosem.
– Dzięki, to na razie, pa. – Odparł w rozpromienionym uśmiechu.
– Pa! – odpowiedziały chórkiem.
Wyszedł i zamknął drzwi za sobą, ale nie ruszył korytarzem od razu. Choć udało mu się dokonać tego, co zamierzał, ta wizyta przebiegła zgoła inaczej, niż sobie ją wyobrażał. Przede wszystkim cała akcja z fałszywym zaszczepieniem kosztowała go dużo więcej nerwów, niż przewidywał, ale jednocześnie był kontent z siebie, że pozostał opanowany i niczego nie dał po sobie poznać. Zupełnie nie przewidział natomiast spotkania z dziewczyną, na której potencjalnie mogłoby mu zależeć i która wpadła mu w oko. O ile się orientował, ostatnio widział ją na ortopedii, nie tutaj – musiało się coś pozmieniać. Akurat wtedy znalazła się w gabinecie razem z Adą, gdy on zaplanował załatwienie sprawy swojego szczepienia, i akurat ona była świadkiem jego oszustwa. Dobrze, że go nie wydała; na pewno czeka go rozmowa z nią na ten temat.
Agata zrobiła na nim piorunujące wrażenie. Musiał ochłonąć w bezruchu, by szalejące impulsy w zakończeniach nerwowych choć trochę powróciły do stanu równowagi. Z tą dziewczyną spotkał się tylko przelotnie kilka razy, a dzisiaj po raz pierwszy był z nią tak blisko, więc nie do końca rozumiał, dlaczego ona tak na niego działa. Miał jakieś przeczucie, niemalże pewność, że coś związanego z nią się jeszcze wydarzy, otworzy się jakiś nowy rozdział i powstaną inne możliwe scenariusze dalszego rozwoju wypadków, a on sam będzie tego inicjatorem. Uśmiechnął się sam do siebie – ta nowo poznana koleżanka jest bardzo ładna i atrakcyjna, z charakteru wydaje się być wspaniałą osobą, więc to bardzo pozytywnie rokuje na najbliższą przyszłość. Nie pozostaje nic innego, tylko radośnie oczekiwać tego, co przyniosą kolejne dni. Z uśmiechem nieschodzącym mu z twarzy ruszył korytarzem do pomieszczenia sanitarnego, gdzie przebywają załogi karetek.
Reszta dnia w pracy, jak zawsze, szybko mu minęła. Nie miał też okazji do rozmyślań o czekającym go dzisiaj spotkaniu. Nie sprzyjała temu konieczność ciągłego skupienia uwagi podczas tych wszystkich czynności, które wykonywał w czasie akcji ratowniczych. Wyjazdy do nagłych wezwań, gdzie prawie każde z nich dotyczy wysokiego prawdopodobieństwa zagrożenia życia lub zdrowia, obfitują w intensywność i dynamikę rozwoju zdarzeń. Wymagają stuprocentowego zaangażowania, są wyczerpujące fizycznie i psychicznie.
Po skończonej pracy nie czuł aż takiego zmęczenia, jak to zwykle miało miejsce – może dlatego, że ekscytował się perspektywą ponownego zobaczenia się z Agatą. Udał się pod gabinet, który już raz dzisiaj odwiedzał, zaraz po wyjściu z karetki, ściągnięciu foliowego kombinezonu i umyciu twarzy oraz rąk. Po drodze powąchał się pod pachami; stwierdził, że jest perfekcyjnie. Pot był świeży, bo dopiero ostatni wyjazd stworzył okazję do tego, żeby się zgrzać. Uznał, że nie cuchnął nieświeżością jak wielu kloszardów, których zdarzało mu się ratować – co to, to nie. On pachniał mężczyzną, wydzielał wabiące feromony. Jeśli to miałoby odrzucić jego wybrankę, to znaczy, że zapewne biologicznie nie pasują do siebie. Niech będzie to zatem swego rodzaju testem na dopasowanie – zażartował w myślach sam do siebie. Pod gabinetem nie było nikogo. Zapukał, usłyszał Adelę mówiącą „proszę wejść”, więc wszedł.
W gabinecie Adela była sama. Poczuł lekki zawód, że nie zobaczył Agaty, ale od razu uświadomił sobie, że to nie jest nic straconego – może nawet tak jest lepiej, jeśli uda mu się z nią umówić i porozmawiać sam na sam.
– O! Sama jesteś?
– A kogo chciałbyś tu jeszcze ujrzeć? – Patrzyła na niego wesoło.
– Ha! Sama mnie tutaj uwikłałaś w intrygę, a wiesz, jakie mam wrażliwe serce – położył dłoń na piersi, jakby go coś tam zabolało.
– Ha, ha! Zawsze chciałam to zrobić, teraz mam dziką satysfakcję – mrugnęła przyjacielsko okiem.
– Zatem wiedz, że oto dopięłaś celu. A wszystko przez to, że jeździłaś w mojej karetce – złożył dłonie na biodrach i przybrał neutralną pozę.
– Mam coś dla ciebie – to mówiąc, podała mu karteczkę.
Robert zobaczył, że był tam numer telefonu. Było jasne, do kogo. Nie mogła ukryć w swych oczach i uśmiechu swej sympatii do niego.
– Dzięki. Wy to się chyba lubicie, mam wrażenie?
– Powiem tak: jesteś szczęśliwcem – zaakcentowała kropkę w tym zdaniu.
– Chętnie bym z tobą porozmawiał o niej, gadaj, co wiesz.
– Sam się przekonasz. Życzę powodzenia.
Widać było, że jest zajęta. Wiedział też, że po pracy zabiera dziecko z przedszkola, nie było sensu więc dalej przedłużać tej rozmowy. Miał już wszystko, co mógł z niej wynieść.
– Dzięki za telefon do niej. Wpadnij kiedyś do nas na dyżurkę, ja zbieram się do domu właśnie – przesunął się w stronę drzwi.
– Jasne, ty też zaglądnij czasami – zaproponowała szczerze.
– OK, to na razie – pożegnał się, wychodząc.
– Cześć! – rzuciła za zamykającymi się drzwiami.
Po powrocie do domu wziął prysznic, odgrzał obiad i zjadł, zaparzył kawę. Miał ochotę na jogging, jazdę na rowerze albo siłownię, jednak są takie dni, kiedy priorytety decydują o tym, co się powinno robić w danej chwili. Wyszedł na balkon, usiadł na krzesełku, upił łyk kawy i kubek położył na stoliku. Jedną ręką rozpostarł kartkę z numerem telefonu otrzymanym od Adeli, a drugą wystukał cyfry na telefonie przy pomocy kciuka. Odebrała po drugim sygnale – dobry znak.
– Hej, tu Robert.
– Hej. – Chwila przerwy. Po czym chciała coś powiedzieć, ale wszedł jej w słowo, w rezultacie oboje umilkli.
– Ha, ha, no mów – zaproponował.
– A nic, tak chciałam spytać, co robisz – odparła.
– No właśnie nic. Miałem zaprosić cię na kawę, ale uciekłaś.
– Ależ skąd, podtrzymuję zaproszenie.
– Brzmi jak wyzwanie na tę odległość – zażartował.
– No tak, czasoprzestrzeń nas dzieli – odparła z melancholią w głosie.
– W żadnym wypadku, nas nie dzieli nic.
Chwila przerwy; usłyszał westchnięcie, chyba jej się spodobało.
– A jednak, nie widzę cię tutaj – tym razem dał się słyszeć ton zawodu.
– To dlatego, że nie wiem, gdzie jesteś.
– A jak ci powiem, to się pojawisz?
– Tak, tylko podaj namiary.
– Nowa Huta, Bieńczyce, a ty? Gdzie jesteś?
– Ruczaj, Bunscha.
– To więcej czas niż przestrzeń w takim razie, szczególnie o tej porze – miała na myśli korki.
– Będę za piętnaście minut u ciebie.
Znów chwila przerwy – to pewnie przez to, że brzmiał jak cudotwórca.
– Jak ty to zrobisz?
– Mam swoje sposoby. To co? Zaproszenie aktualne?
– Ale nie każ mi czekać, młodzieńcze – rzuciła wyzwanie.
– Waćpanna też nadal będzie młoda, gdy tam dotrę – zapewnił.
– No to dobywaj rumaka i ruszaj, mój luby – zaśmiała się.
– Zaiste tak uczynię – powiedział, po czym rozłączył się.
Dopił kawę, po czym szybkim krokiem dopadł do szafy w pokoju. Wyciągnął motocyklowe jeansy z wkładkami z kevlaru, skórzaną kurtkę, założył buty z wysoką cholewą. Z góry szafy ściągnął kask motocyklowy ze skórzanymi rękawicami włożonymi w środek. Przełożył lewe przedramię przez osłonę szczęki w kasku, w wolną dłoń chwycił plecak, a w prawą zestaw kluczy do mieszkania, skrzynki na listy, wiaty śmietnikowej, zapięć rowerowych i sam już nie pamiętał czego jeszcze. Tak przygotowany wyszedł z mieszkania i zamknął drzwi. Przed drzwiami chwilę się zastanowił, po czym wszedł do środka, udał się do pokoju i wziął drugi kask. Dopiero wtedy powtórzył procedurę wyjścia.
Jego motocykl stał na parkingu przed blokiem i prażył się w słońcu. Założył kask, drugi schował do bagażnika, włożył rękawice i wsiadł na maszynę. Wsadził kluczyk w stacyjkę, wrzucił luz i jednocześnie cofając, uruchomił rozrusznik. Silnik zaskoczył prawie od razu. Po wyjechaniu z miejsca postojowego ruszył w dół parkingu na drogę wyjazdową z osiedla. Jak tylko motocykl, rozpędzając się z górki, nabrał odrobinę prędkości, wrzucił drugi bieg i dodał gazu. Jednoślad rycząc, ruszył z kopyta. Robert upewnił się, że nikt nie wyjeżdża zza jego pleców ani nie znajduje się przed nim, jeszcze mocniej odkręcił manetkę i przemknął przez osiedlowe uliczki niczym sygnał elektryczny na płytce PCB. Poczekał chwilę na światłach, a gdy zapaliło się zielone, ruszył do przodu, wykorzystując całą moc silnika i zostawiając samochody daleko z tyłu. Szczęście mu sprzyjało – na początku trasy trafił na zieloną falę, więc przemykał przez skrzyżowania, balansując pomiędzy pasami. Tam, gdzie trafił na czerwone, podjeżdżał do przodu między autami, by ustawić się przed sygnalizatorami i ruszyć jako pierwszy.
Na miejsce dojechał pięć minut przed czasem. Wyjął telefon i zadzwonił do Agaty.
– Jestem – oznajmił, gdy odebrała.
– Już? Serio? Gdzie jesteś?
– Pod twoim domem.
– Jak to możliwe? Kłamałeś! Byłeś tu wcześniej!
– Nie kłamałem, zaraz się sama przekonasz.
– Poczekaj, wyjdę do ciebie, muszę to zobaczyć.
– OK, czekam.
Po pięciu minutach się pojawiła. Gdy zobaczyła jego strój i kask, wszystkiego się domyśliła.
– Najpierw myślałam, że oszukujesz i byłeś w pobliżu, zanim zadzwoniłeś – odezwała się, jak tylko zbliżyła się na odległość, przy której mogła być słyszana.
– Nic z tych rzeczy, moja droga. Przybywam na rumaku, jak zapowiedziałaś.
– Ha, ha, no tak. A można go obejrzeć?
– Tam jest – wskazał pobliski parking, gdzie od razu się udali.
– Fajny. Wygląda jak Harley.
– Bardziej jak Indian, ale to jest custom – poprawił ją. Widząc, że się nie orientuje, dodał: – To znaczy, że sam go złożyłem.
– Pewnie mógłbyś długo o nim opowiadać.
– Interesujesz się motocyklami?
– Nie, nawet nigdy nie jechałam takim, ale zawsze chciałam się przejechać.
– Mam tu kask dla ciebie. Jak będzie pasować, to zrobimy małą przejażdżkę.
– Naprawdę? Ale trochę się boję.
– To dobrze, poczujesz trochę adrenaliny – uśmiechnął się do niej i podał kask, po czym pomógł poprawnie go założyć i zapiąć. Był na nią trochę za duży, ale na krótką przejażdżkę się nadawał. Rozłożył podnóżki przy siodełku dla pasażera, wsiadł na maszynę i gestem głowy dał znak, żeby też wsiadła. Upewnił się, że oparła stopy na przygotowanych przez niego podnóżkach, odpalił silnik i ruszył z parkingu.
Agata objęła Roberta w pasie, by poczuć się bezpieczniej, i podczas jazdy utwierdziła się w przekonaniu, że to była bardzo dobra decyzja z jej strony – a to głównie dlatego, że oprócz siedzenia nie miała absolutnie żadnego innego oparcia. Przez pierwsze kilometry obejmowała Roberta, chłonąc doznania bliskości jego ciała i znajdując miejsce dla swoich dłoni; nie mogła odwrócić uwagi swych zmysłów od badania jego fizycznej obecności. Jakby jej osobowość i fizyczność próbowały poznać i przyzwyczaić się do natury mężczyzny, który prowadził pojazd. To było dla niej całkiem nowe i oszałamiające doznanie, gdy pędząc z ogromną prędkością po ulicach miasta, nic nie oddzielało jej od wartko płynącej wokół przestrzeni, a omywające ich powietrze dotykało jej mocnym uściskiem. Było to niebezpieczne, ale jednocześnie dawało moc wrażeń nieporównywalnych z niczym innym. Czuła, jak jej dusza się uwalnia, mogła zachłysnąć się tą wolnością, więc na długiej prostej krzyknęła Robertowi do kasku, w miejscu, gdzie pod nim powinno znajdować się jego ucho:
– Yeah!
Na co on się roześmiał i dodał więcej gazu.
Po tym, jak ruszyli z parkingu, Robert skierował się w stronę Puszczy Niepołomickiej. Pomyślał, że skoro spotykają się we dwoje, to miejsce, gdzie będą sami, w otoczeniu pięknego lasu, będzie sprzyjać temu, aby ten czas był spędzony jak najmilej. Szybko tam dotarli. Wjechali w głąb leśnych dróg i przy jednej z utwardzonych ścieżek Robert zatrzymał maszynę, wyłączył silnik i stanął, podpierając się nogami. Pierwsza zeszła z motocykla Agata – mając ziemię pod stopami, poczuła się jak morski ptak lądujący po długim locie na kawałku skały. Robert zakotwiczył motor, pomógł jej przy rozpięciu kasku i dziewczyna już mogła okazać pełną gamę wrażeń na swojej twarzy. Wciąż buzowała w niej adrenalina, była podekscytowana, a do tego zafascynowana Robertem. Zapragnęła przedłużyć to spotkanie i chętnie zgodziła się na propozycję spaceru wśród drzew. Wciąż była nie ochłonęła po przejechanej trasie, intensywniej niż kiedykolwiek zachwyciła się otaczającą ich przyrodą, zapachem lasu i kwiatów, głośnym śpiewem ptaków.
Trochę z chłodu od jazdy i cienia drzew, ale też od wszystkich emocji, na jej ramionach pojawiła się gęsia skórka, którą potarła dłońmi. Robert bez słowa zdjął swoją kurtkę i jej podał. Uśmiechnęła się, robiąc spojrzenie, które mówiło, że co prawda jest to gest dżentelmena, który czasami bywa tani, ale też już tak po prostu jest, że kurtka się przydaje – i z wdzięcznością się nią okryła, bez wkładania rąk w rękawy. Choć skóra kurtki była gruba, to podszewkę miała miękką; pachniała jego ciałem oraz lekką nutą jego perfum i płynu po goleniu. Z całej siły starała się nie dać po sobie znać, że w tym momencie chyba trochę się zakochała. Gdy ruszyli leśną ścieżką, spojrzała na niego, chcąc zapamiętać jego wygląd, co zauważył, i przez chwilę popatrzyli sobie w oczy. Choć starała się być twarda, to i tak jej oczy musiały być mocno maślane, bo objął ją ramieniem dla zapewnienia jej poczucia bezpieczeństwa, jakby ta przechadzka miała być równie ekstremalna w doznania, jak szybka jazda na motorze. Sama była zaskoczona swoją reakcją – może dlatego, że tych kilka znajomości, które do tej pory miała, nie rozwinęło się w nic poważnego.
Przez większość swojej nastoletniej młodości bezgranicznie poświęcała się sportowi. Żadne z dotychczasowych sympatii nie przetrwały żelaznego reżimu jej treningów. Kariera sportowa wymagała od niej poświęcenia wszystkiego, z tego powodu doznała już kilku zawodów miłosnych, a ideał miłości, która wszystko przetrzyma, gdzieś jej się zgubił. Potem było jeszcze gorzej: wypadek rodziców wywrócił jej życie do góry nogami. Jako najstarsza z trojga rodzeństwa i jedyna pełnoletnia, musiała przejąć na siebie wszystkie obowiązki rodzinne. Wszystko naraz spadło jej na głowę: nie dość, że przejęła obowiązki rodziców związane z utrzymaniem domu i wychowywaniem nastoletnich siostry i brata, to jeszcze sami rodzice wymagali niemalże całodobowej opieki, szczególnie zaraz po wyjściu ze szpitala. Nigdy nie wrócili do pełnej sprawności, jednak cała rodzina nauczyła się funkcjonować w nowej rzeczywistości. Oczywiście nie odbyło się to bez dużych zmian w życiu ich wszystkich. Ojciec był w stanie pracować tylko jako osoba z grupą inwalidzką, mama niestety była przykuta do wózka. Aby wspomóc domowy budżet, Agata też musiała zacząć zarabiać. Z siatkówki nie udało jej się pozyskać ani grosza, za to dość łatwo dostała pracę w swoim drugim, ostatnio wyuczonym zawodzie: medycynie pourazowej i pielęgniarstwie.
Teraz, gdy sport odszedł na dalszy plan, jej życie weszło na inne tory. Czy coś przegrała? Czy dużo straciła, porzucając sportową karierę? Ciężko byłoby jej odpowiedzieć na to pytanie. Wszystkie zmiany związane z rodzinną tragedią stały się nagle, jak to właśnie dzieje się przy tego typu wypadkach. Najważniejsi byli rodzice, ich życie i zdrowie, reszta zeszła na dalszy plan. Było wystarczająco ciężko utrzymywać się na powierzchni, walcząc o przetrwanie, i była zbyt przejęta trwogą o swoich najbliższych i stresem dnia codziennego, by mieć jeszcze czas na rozmyślania o tym, jak potoczyłyby się sprawy, gdyby rodzice nadal byli zdrowi i pełni sił. Tak naprawdę cieszyła się z każdych sukcesów w walce o mamę i tatę oraz o przetrwanie całej rodziny. Na razie udało się odzyskać jakąś część dawnej stabilności, a nowa praca bardzo jej odpowiadała. Chciała się w niej rozwijać i, co najważniejsze, udawało jej się coraz częściej z optymizmem patrzeć w przyszłość. Zaczęła nowe życie – była gotowa, by się w nim zanurzyć i czerpać z niego garściami.
Agata z Robertem zrównali krok. Trochę zmieszani, ale jednocześnie śmiali w chęci dalszego poznawania siebie, posuwali się wolno przed siebie wąską ścieżką wśród drzew.
Rozdział trzeci. Wirus biologicznej broni binarnej atakuje.
