Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Święta miały być dla Mai czasem odpoczynku. Zamiast tego co roku oznaczały gotowanie, sprzątanie i opiekę nad całą rodziną. Tym razem postanawia powiedzieć „dość” i ucieka do luksusowego hotelu w malowniczej Świerkowej Dolinie.
Na miejscu okazuje się jednak, że przez pomyłkę ten sam apartament zarezerwował również Oskar – irytująco pewny siebie mężczyzna, który ani myśli ustąpić. Zmuszeni do dzielenia jednego pokoju, szybko przekonują się, że świąteczny wyjazd nie będzie wyglądał tak, jak planowali.
Pełna ciepła, humoru i zimowego klimatu opowieść o stawianiu granic, odwadze, by żyć po swojemu, i o tym, że najpiękniejsze świąteczne niespodzianki przychodzą wtedy, gdy najmniej się ich spodziewamy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 237
Rok wydania: 2024
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Monika Hakowska, 2026
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz
Okładka zawiera elementy wygenerowane przy użyciu AI
Redakcja: Magdalena Kawka
Korekta: Olga Smolec-Kmoch, Jarosław Lipski
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Andżelika Wojtkiewicz
ISBN: 978-83-8441-879-6
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Gdyby można było wskazać jeden z najbardziej absurdalnych miesięcy w roku, bez wątpienia byłby to grudzień. Czas, kiedy nawet najbardziej rozsądni ludzie zachowywali się irracjonalnie, a zwierzęta przemawiały ludzkim głosem – przynajmniej w reklamach.
Wystarczyło kilka chłodniejszych poranków, pierwsze lampki zawieszone w witrynach sklepów i jedna świąteczna reklama w telewizji, żeby nagle wszyscy wokół zaczynali mówić wyłącznie o świętach.
W redakcji nie było pod tym względem lepiej.
Kiedy Maja weszła rano do biura otulona zimowym płaszczem i szalikiem, który lekko zwisał jej z ramion, liczyła, że szybko upora się z obowiązkami, a później wróci do mieszkania, gdzie nikt niczego od niej nie będzie chciał. Przy wejściu czekała już jednak niewielka sztuczna choinka, która jeszcze dzień wcześniej nie istniała.
– Nie pytaj – rzuciła od razu Ilona, nie odrywając wzroku od monitora. – Przynieśli ją o siódmej trzydzieści pięć.
– Kto?
– Marketing.
To wyjaśniało wszystko.
Maja roześmiała się pod nosem i usiadła przy swoim biurku.
Lubiła to miejsce. Może nie była to praca marzeń, o której pisze się książki i nagrywa filmy, ale dawała jej coś, czego potrzebowała najbardziej, czyli przewidywalność. Dni miały określony harmonogram. Teksty trafiały do korekty. Korekty wracały z poprawkami. Autorzy spóźniali się z terminami. Naczelny przypominał wszystkim o deadline’ach. A potem następnego dnia wszystko zaczynało się od nowa i było w tym coś uspokajającego. Tak, przewidywalność była dla Mai czymś na tyle kojącym, że każde odstępstwo od reguły potrafiło ją wytrącić z równowagi. Zwłaszcza że poza pracą jej życie od dawna przypominało zbiór oczekiwań innych ludzi, którzy zapominali przy tym, że ona też ma swoje potrzeby i choćby nadzieję na to, że ją również ktoś w tym wszystkim uwzględni.
Oczywiście nikt nie robił tego ze złej woli. Po prostu przez lata wszyscy przyzwyczaili się do jednej wersji Mai. Tej odpowiedzialnej. Tej, która pamiętała o urodzinach cioci, odbierała telefony od mamy za pierwszym razem i nigdy nie miała problemu, by poświęcić swój czas dla innych. Z biegiem lat stało się to tak naturalne, że mało kto pytał już, czy ma na to ochotę. Zakładano, że na pewno się zgodzi.
Uruchomiła komputer i przez kilka minut naprawdę próbowała skupić się na artykule, który miała oddać przed południem. Problem polegał na tym, że grudzień w redakcji skutecznie utrudniał wszelkie próby koncentracji, a skupienie było ostatnią czynnością na liście priorytetów dla większości pracowników.
Dokładnie trzy biurka dalej ktoś właśnie rozpoczął dyskusję o tym, czy sztuczna choinka jest dopuszczalna w tak kreatywnym miejscu jak redakcja, bo przecież, poza tym, że przypomina świąteczne drzewko, absolutnie nie ma z nim nic wspólnego.
– Oczywiście, że jest – argumentował Bartek z działu sprzedaży. – Żadna choinka nie musi przez nas cierpieć. Wyobrażacie sobie teraz, że my spędzamy czas z rodzinami, a ona tu zostaje sama na calutkie święta?
– Drzewa nie cierpią – odpowiedziała natychmiast Kasia.
– Skąd wiesz?
– Bo są drzewami.
– To brzmi dość… creepy, nawet jak na ciebie.
– Wiesz, co to w ogóle znaczy? – Bartek rozpoczynał kolejny atak.
Maja spojrzała na Ilonę, Ilona spojrzała na Maję, po czym obie zgodnie wróciły do pracy, wzruszając tylko ramionami, podczas gdy wymiana zdań między Bartkiem a Kasią przechodziła na jakiś nowy poziom.
Kilka minut później przez redakcję przeszedł Kuba z marketingu, rozdając wszystkim papierowe kubeczki z gorącą czekoladą.
– Degustacja przed sponsorowanym materiałem świątecznym – oznajmił z dumą.
– A to nie lepiej było zapewnić nam jakieś dodatkowe premie, czy coś? – zapytała Ilona.
– Jedno nie wyklucza drugiego – odparł Kuba, puszczając do niej oczko, i ruszył dalej rozstawiać kubki z czekoladą.
Maja przyjęła kubek z uśmiechem. Nie była nawet ogromną fanką czekolady, ale w grudniu człowiek mógł odmówić wielu rzeczy, jednak darmowa gorąca czekolada należała do kategorii społecznie obowiązkowych. Nawet w jej przypadku.
Jednak nie trzeba było długo czekać na nowe atrakcje – być może właśnie dlatego grudzień był dla niej wyjątkowo trudnym miesiącem. Kiedy ona chciała tylko wykonać swoją pracę i skupić się na czekających ją zadaniach, cała redakcja świętowała nawet wtedy, gdy ktoś po prostu przyniósł pierniki.
Co chwilę więc kiwała głową, gdy znajome twarze podchodziły i podpytywały o plany na święta, płynnie przechodząc do tematu firmowej wigilii, a tym samym świątecznych dodatków do pensji. A im więcej czasu Maja spędzała przy biurku, tym bardziej czuła, że świąteczna gorączka zaczyna jej się wylewać przez uszy.
Najchętniej wyłączyłaby komputer i wróciła do swojego mieszkania.
W tej samej chwili przyszło jej nawet do głowy, że mogłaby wykorzystać kilka dni zaległego urlopu, ale wtedy naczelny przypomniał wszystkim o świątecznym numerze specjalnym. W redakcji rozległy się przeciągłe westchnienia, przez moment opadła radosna atmosfera, a kilka osób spojrzało na niego z takim wyrzutem, jakby właśnie odwołał Boże Narodzenie.
Ale kiedy w głośnikach po raz pierwszy tego dnia rozbrzmiało Last Christmas, Ilona demonstracyjnie odłożyła długopis.
– Przysięgam, że jeśli do dwudziestego czwartego grudnia nie oszaleję, powinnam dostać dodatkową premię.
– Ja liczę na premię i na medal – odpowiedziała Maja.
– Albo przynajmniej terapię refundowaną przez pracodawcę. Co ty na to?
– To też brzmi całkiem rozsądnie. – Ilona spojrzała na nią z uśmiechem, po czym obie wróciły do swoich obowiązków.
Za oknem Kraków wyglądał dokładnie tak, jak powinien wyglądać na początku grudnia. Niebo miało kolor rozjaśnionego ołowiu, dachy starych kamienic pokrywała cienka warstwa śniegu, a ludzie przemykający ulicą trzymali dłonie głęboko schowane w kieszeniach płaszczy.
Maja zawsze lubiła ten moment roku, choć niekoniecznie miała na myśli same święta. Raczej czas przed nimi, kilka tygodni zawieszenia pomiędzy codziennością a paroma dniami szaleństwa, potocznie zwanymi świętami.
Lubiła grudniowe światła odbijające się w mokrym bruku. Zapach cynamonu dochodzący z jej ulubionej kawiarni. Urokliwe księgarnie zastawione świątecznymi wydaniami książek. Lubiła nawet tłumy na Rynku, choć przez pozostałą część roku omijała je szerokim łukiem.
Problem zaczynał się dopiero wtedy, gdy święta przestawały być tylko nastrojowym czasem w ciągu roku, a stawały się konkretną datą w kalendarzu. Wraz z nią wracały telefony, rodzinne ustalenia i lista zadań do zrealizowania. Nikt oczywiście nie zamierzał w niczym pomagać i wszyscy zakładali, że zajmie się tym Maja, bo najlepiej się orientuje. I dokładnie w chwili, kiedy ta myśl przemknęła jej przez głowę, telefon zawibrował na biurku.
Maja spojrzała na ekran i od razu poczuła znajomy ciężar w żołądku. Oparła się mocniej o fotel i wypuściła powietrze.
– O nie.
– Co się stało? – zapytała Ilona, przerywając rytmiczne stukanie w klawiaturę.
Maja podniosła telefon tak, żeby koleżanka mogła zobaczyć wyświetlającą się nazwę kontaktu, po czym bezgłośnie poruszyła ustami:
– Moja matka.
Ilona jęknęła i odsunęła się od biurka, jakby sama chciała uniknąć nadciągającej katastrofy.
– Odbierz. Ja w tym czasie będę się modlić za twoją cierpliwość.
– Dziękuję. Jeśli rozmowa potrwa dłużej niż dziesięć minut, wezwij pomoc.
Maja westchnęła, odebrała połączenie i przyłożyła telefon do ucha.
– Cześć, mamo.
– Nareszcie! Już zaczynałam się zastanawiać, czy przypadkiem nie zgubiłaś telefonu.
– Jestem w pracy.
– Wiem, kochanie. Przecież nie zajmę ci dużo czasu.
Maja mimowolnie się uśmiechnęła. Jej matka od zawsze rozpoczynała rozmowy dokładnie w ten sam sposób. Niezależnie od tego, czy chciała zapytać o zdrowie, przepis na sałatkę czy organizację świąt, zawsze zapewniała, że to zajmie tylko chwilę.
Ta chwila bardzo rzadko trwała krócej niż kwadrans. Zazwyczaj matka kończyła swoje rozmowy po czterdziestu minutach, pozostawiając Maję z poczuciem winy.
– Zastanawiałam się, kiedy przyjedziesz – oznajmiła tym razem, kontynuując rozmowę rozpoczętą kilka dni wcześniej.
– Dokąd?
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
– Maju.
– Pytam poważnie.
– Do domu na święta.
Maja odchyliła się na krześle i spojrzała przez okno. Nad dachami kamienic wisiało ciężkie, zimowe niebo, a na parapecie po drugiej stronie ulicy ktoś właśnie ustawiał niewielkie świąteczne lampki.
– Mamo, mamy dopiero początek grudnia. Nie myślę jeszcze o świętach.
– A ja właśnie dlatego pytam teraz. Święta już niedługo. Wszystko trzeba zaplanować.
I oto dotarły do sedna. Maja mogła niemal przewidzieć dalszy ciąg tej rozmowy. Wystarczyłoby, żeby zamknęła oczy.
Najpierw pojawią się pierniki.
Potem zakupy.
Następnie mycie okien przed Bożym Narodzeniem, choć od co najmniej dziesięciu lat Maja nie widziała w nim sensu.
Później choinka.
A na końcu, nieuchronnie, dzieci Marcina.
– Chciałabym zacząć piec pierniki wcześniej – ciągnęła matka. – W zeszłym roku zabrakło czasu i wszystko robiliśmy na ostatnią chwilę. A później dzieciom było przykro, że tak mało było do lukrowania.
– Świat się przez to nie zawalił.
– Ale mogło być znacznie spokojniej – punktowała ją matka.
– Tego nigdy nie wiadomo.
Po drugiej stronie rozległo się ciche prychnięcie.
– Poza tym trzeba przygotować pokoje, przecież wiesz, że już nie jestem najmłodsza i szykowanie tylu pościeli zwyczajnie mnie wykańcza.
– Jakie pokoje?
– Dla Marcina i jego rodziny.
Oczywiście. Maja mogła się tego spodziewać. Marcin pojawiał się w rodzinnych rozmowach równie regularnie jak świąteczne piosenki w radiu.
– A kiedy przyjeżdżają?
– Jeszcze nie wiem. Agnieszka wspominała coś o dwudziestym trzecim. Wiesz, ona ma przecież tyle na głowie, do tego praca. Ja ją zwyczajnie podziwiam. Miałam was dwoje, ale ona z piątką dzieci, Marcinem i pracą… Musi być wykończona.
– Czyli tradycyjnie będziemy mieli w domu pięcioro dzieci, dwa psy i Marcina, który jak zwykle będzie tylko udawać, że nad tym wszystkim panuje. Litości.
– Przesadzasz.
– Mamo, w zeszłym roku najmłodszy próbował nakarmić psa bombkami.
– Był ciekawy świata. Zresztą dzieci podrosły. Rok to szmat czasu!
– A najstarszy schował pilota od telewizora do zamrażarki i ojciec dostawał szału przez całe święta.
– Ale na koniec pilot się znalazł.
– Po dwóch dniach.
– To są tylko niezbyt istotne szczegóły.
Maja pokręciła głową, niekoniecznie z rozbawieniem. Naprawdę lubiła swoich bratanków i bratanice. Problem polegał jedynie na tym, że ich obecność sprawiała, iż święta przypominały bardziej wielodniowy obóz przetrwania niż czas odpoczynku.
Kiedy jednak ton głosu matki zaczynał zwiastować najciekawszą część rozmowy, ktoś właśnie postawił na wspólnym stole kolejne pudełko pierników. Z działu marketingu dobiegł wybuch śmiechu, a chwilę później jeden z marketingowców zaczął nagrywać, jak pierniki po kolei wyskakują z pudełka, najpewniej na potrzeby kolejnego filmiku promocyjnego.
Grudzień zdecydowanie działał ludziom na głowy.
– …i dlatego pomyślałam, że mogłabyś przyjechać trochę wcześniej. – Maja usłyszała nagle głos matki.
Od razu wyczuła, że właśnie dotarły do właściwej części rozmowy.
– Trochę wcześniej, czyli kiedy?
– Dziewiętnastego.
Tym razem nie próbowała nawet ukrywać zdziwienia.
– Dziewiętnastego? Mamo, przecież Wigilia jest dopiero dwudziestego czwartego.
– Wiem. Ale zanim przyjedzie Marcin z rodziną, trzeba wszystko przygotować. W zeszłym roku ledwo się wyrobiliśmy, a ja naprawdę chcę być ze wszystkim gotowa.
Maja uśmiechnęła się pod nosem. Matka mówiła o świętach w taki sposób, jakby organizowała operację wojskową, a nie rodzinne spotkanie.
– A Marcin? – zapytała po chwili.
– Co Marcin?
– Nie może przyjechać wcześniej i ci pomóc?
Matka nagle wciągnęła głośno powietrze, a potem Maja usłyszała, jak je powoli wypuszcza, prosto do słuchawki. Nie żeby się zezłościła, po prostu próbowała znaleźć odpowiedź na pytanie, które Mai wydawało się zupełnie oczywiste.
– Maju, przecież wiesz, jak wygląda sytuacja Marcina.
Oczywiście, że wiedziała. Znała ją aż za dobrze. Marcin miał pięcioro dzieci i w rodzinie ten argument działał od lat niemal jak zaklęcie. Wystarczyło go użyć, żeby zakończyć każdą dyskusję. Jeśli Marcin nie mógł przyjechać wcześniej – wszyscy rozumieli. Jeśli był zmęczony – wszyscy rozumieli. Jeśli potrzebował pomocy – również wszyscy rozumieli.
Maja naprawdę nie miała nic przeciwko temu. Uwielbiała jego dzieci, znała ich przyzwyczajenia, ulubione zabawy i świąteczne życzenia lepiej niż niejeden sklep z zabawkami. Wiedziała też, że wychowanie piątki dzieci to nie spacer po Plantach w słoneczne popołudnie.
Problem polegał na czymś zupełnie innym. Nikt nigdy nie zastanawiał się, czy ona również bywa zmęczona.
– Wiem, że ma pięcioro dzieci, mamo – odpowiedziała spokojnie. – Naprawdę nie musisz mi o tym przypominać. Sama kupuję im prezenty i regularnie jestem zapraszana na wszystkie szkolne przedstawienia.
– Nie o to mi chodzi.
– To o co?
Matka westchnęła ciężko.
– Chciałabym po prostu, żebyśmy byli razem…
I właśnie dlatego te rozmowy były takie trudne. Bo jej matka nie była osobą, którą można było oskarżyć o złe intencje. Nie próbowała nikim manipulować. Nie stosowała emocjonalnych szantaży. Nie robiła scen. Po prostu przez lata przyzwyczaiła się do pewnego porządku świata. W tym porządku Maja zawsze przyjeżdżała na święta. Zawsze pomagała przy przygotowaniach i zawsze była dostępna.
A możliwość, że pewnego roku mogłoby być inaczej, wydawała się równie nieprawdopodobna jak to, że ktoś dobrowolnie zrezygnuje z pierników w grudniu.
Maja przesunęła wzrokiem po ekranie komputera, choć od kilku minut nie przeczytała ani jednego zdania z prawie skończonego artykułu na temat świątecznych tradycji.
– Wiesz, mamo, czasami mam wrażenie, że wszyscy zakładają, że moje święta zaczynają się dokładnie wtedy, kiedy ktoś potrzebuje pomocy, a ja nie mam w nich miejsca na bycie sobą.
– Co masz na myśli?
– Nic konkretnego. Po prostu zastanawiam się, czy gdybym któregoś roku powiedziała, że mam własne plany, ktokolwiek potraktowałby to poważnie.
Matka zamilkła. Maja znała ją wystarczająco długo, by wiedzieć, że właśnie próbuje zrozumieć sens tego pytania.
– Ale przecież zawsze przyjeżdżasz, przecież to właśnie jesteś ty. Tak wyglądają twoje coroczne plany – powiedziała w końcu mama. – Co miałoby się zmienić?
Maja nagle poczuła, że całe ciało odmawia jej posłuszeństwa. Zdała sobie sprawę, że matka chyba miała rację. Ona miała rację! Dopiero teraz do niej dotarło, że w rodzicielce tkwiło szczere przekonanie, że wszystko odbędzie się dokładnie tak samo jak przez ostatnie lata.
Jakby możliwość wyboru nigdy nie istniała.
Odwróciła się w stronę okna. Za szybą śnieg nadal powoli opadał na dachy kamienic, a gdzieś pomiędzy nimi błysnęły świąteczne lampki rozwieszone na czyimś balkonie.
Czy może naprawdę istnieje jakaś alternatywa? Czy rzeczywiście mogłoby się wydarzyć coś, dzięki czemu miałaby takie samo prawo jak Marcin, i ktoś w końcu mógł dostosować się również do niej?
Tylko jaka alternatywa? Nie miała męża, nawet chłopaka. Ale sama świadomość, że mogłaby mieć wybór, okazała się zaskakująco kusząca.
– Maju? Jesteś tam? – Głos matki wyrwał ją z zamyślenia.
Zamrugała kilka razy i spojrzała na ekran komputera. Kursor nadal cierpliwie pulsował w otwartym dokumencie, a Ilona najwyraźniej wyczekiwała zakończenia tej rozmowy, bo niecierpliwie przebierała palcami i sugerowała, że Maja powinna odpowiedzieć.
– Tak, jestem.
– To co z tymi świętami?
Maja przez chwilę starała się zebrać myśli, lecz nic, co mogłoby usatysfakcjonować matkę, nie przychodziło jej do głowy.
– Mamo, oddzwonię później, dobrze? Muszę wracać do pracy.
– Ale…
– Naprawdę. Zadzwonię wieczorem.
Po drugiej stronie rozległo się westchnienie.
– Dobrze. Tylko nie zapomnij.
– Nie zapomnę.
Rozłączyła się i przez kilka sekund siedziała nieruchomo, wpatrując się w ekran telefonu.
– No i? – odezwała się Ilona.
Maja odłożyła komórkę na biurko.
– Mam ochotę wyjechać na bezludną wyspę. Najlepiej taką, gdzie jeszcze trzeba dopłynąć i gdzie nie ma żadnego zasięgu.
– To świetnie się składa, bo jest dopiero jedenasta trzydzieści i na bezludną wyspę możemy nie zdążyć przed lunchem.
Maja parsknęła śmiechem.
– A gdzie zdążymy?
– Na pierogi.
– O, kochana. Właśnie uratowałaś mi życie tym pomysłem.
Kilkanaście minut później siedziały już w niewielkiej restauracji schowanej w jednej z bocznych uliczek niedaleko redakcji. Lokal nie wyglądał szczególnie imponująco, ale serwowano tam najlepszy rosół w tej części Krakowa, a zimą przepyszne domowe pierogi, co było wystarczającym argumentem, aby tu przychodzić.
Przez chwilę Maja udawała, że nie było tematu, więc rozmawiały o pracy, świątecznym numerze magazynu i kolejnych absurdach, które wydarzyły się w redakcji. Dopiero kiedy kelner postawił przed nimi talerze, Ilona spojrzała na nią wyczekująco, więc nie było już odwrotu.
– Dobra. Teraz już możesz powiedzieć, o co naprawdę chodzi.
Maja uniosła wzrok, próbując zyskać na czasie.
– W sensie?
– W sensie? Dziewczyno, wyglądasz tak, jakby ktoś właśnie poinformował cię, że w święta zostajesz tylko ze swoim bratem, a reszta jedzie na wakacje. Mów, o co chodzi.
– Nie wywołuj wilka z lasu.
Ilona uśmiechnęła się lekko.
– Czyli jednak.
Maja przez chwilę mieszała łyżką w rosole.
– Nie wiem. Chyba jestem po prostu zmęczona.
– Pracą?
– Nie, to znaczy… nie tylko pracą.
– Rodziną?
– Też nie do końca.
– To czym? – Ilona spojrzała na nią pytająco, bo nie całkiem rozumiała, w czym w takim razie tkwi problem.
Maja zastanowiła się przez moment.
– Tym, że ciągle czegoś się ode mnie oczekuje. W pracy nieustannie gonią terminy. W domu święta. Mama zakłada, że przyjadę wcześniej, więc Marcin zakłada, że będę pomagać przy dzieciakach. Wszyscy zakładają różne rzeczy, a nikt nawet nie pyta, czego ja chcę.
– To może ja zapytam.
– O co?
– Czego chcesz?
Maja roześmiała się krótko.
– Świętego spokoju.
– To zabawne.
– Dlaczego?
– Bo chyba mogę ci to załatwić.
Maja spojrzała na nią znad talerza.
– Słucham?
– Pamiętasz, że mówiłam ci o tym hotelu w górach?
Maja od razu wyłapała czas przeszły.
– Co się zmieniło?
Na twarzy Ilony pojawił się uśmiech.
– Mój chłopak najwyraźniej w końcu dorósł i jak powiedziałam mu, że wyjeżdżam od niego odpocząć, nagle przypomniał sobie, jak długo ze sobą jesteśmy.
– Nie trzymaj mnie dłużej w niepewności. Oświadczył ci się?
– Jeszcze nie, ale wyobraź sobie, że zaprosił mnie na święta do swoich rodziców.
– Dobrowolnie?
– Sama byłam w szoku.
Maja się zaśmiała.
– I co ma to wspólnego ze mną?
– To, że mam opłacony pobyt w hotelu Świerkowy Dwór. Jeśli do jutra go nie anuluję, przepadnie mi zaliczka.
Maja spojrzała na nią, analizując każde przed chwilą usłyszane słowo.
– Maju?
– Hm?
– Co ty na to, gdybyś w tym roku po prostu nie pojechała do rodziców na święta?
– Wchodzę w to.
– Tak od razu?
– Tak.
– Nie chcesz tego przemyśleć? – Ilona nie mogła uwierzyć w tak szybką decyzję Mai.
– Już przemyślałam.
– Kiedy? Przecież nawet nie zdążyłam dobrze skończyć zdania, a ty już powiedziałaś, że się zgadzasz.
– Jakieś pięć minut temu.
Ilona zaczęła się śmiać.
– Ty naprawdę to zrobisz?
– Tak.
– I pojedziesz sama w góry na święta?
Maja poczuła, że na samą myśl robi jej się lżej.
– Tak.
– Myślałam, że się nie zgodzisz. – Ilona zaśmiała się na cały głos. – Zwariowałaś.
– Całkiem możliwe, ale zaczyna mi się podobać nowa wersja mnie.
– A mama?
– Wkrótce się dowie. Choć nie wiem, kiedy dokładnie jej o tym powiem.
Ilona pokręciła głową.
– To będzie piękna katastrofa.
– Nie sądzę. Mam przeczucie, że to będzie najlepsza decyzja, jaką podjęłam od bardzo, bardzo dawna.
*
Decyzja o wyjeździe, choć początkowo wydawała się bardzo ekscytująca, z każdym dniem zaczynała wzbudzać w Mai lekki niepokój, pomimo że znała już na pamięć zdjęcia hotelowego lobby, sali kominkowej i apartamentu, który miał czekać na nią w hotelu Świerkowy Dwór.
Znała prawie na pamięć hotelową mapkę, lokalne atrakcje i plan zajęć organizowanych przez hotel w czasie świąt. Nie oznaczało to jednak, że było łatwo.
Pierwszego wieczoru po rozmowie z Iloną wróciła do mieszkania z poczuciem, że zrobiła coś, czego jeszcze do końca nie rozumie, a może bardziej coś, na co nigdy wcześniej by się nie zdecydowała. Zastanawiała się, jakim cudem nieznany dotąd impuls tak silnie na nią wpłynął, że podjęła taką decyzję w mgnieniu oka.
Na ulicach Krakowa panował grudniowy ruch, który zaczynał się zaraz po zmroku i z każdym dniem przybierał na sile. Ludzie wysiadali z tramwajów z torbami prezentowymi, wchodzili do piekarni, drogerii, zatrzymywali się przy witrynach, a potem ruszali dalej, otuleni szalikami i własnymi listami spraw do załatwienia. Maja szła powoli, chociaż mróz szczypał ją w policzki, a śnieg, który rano wyglądał lekko i malowniczo, wieczorem zdążył zmienić się w mokrą breję na chodnikach i ulicach.
Kiedy dotarła do kamienicy, przez chwilę stała jeszcze przy drzwiach wejściowych, szukając kluczy w torbie. Między portfelem, pomadką, paragonami i książką, którą od trzech dni nosiła ze sobą bez większych postępów w czytaniu, znalazła w końcu znajomy pęk. Odetchnęła z ulgą i weszła do środka. Klatka schodowa wypełniona była zapachem czyjejś kolacji, prawdopodobnie cebulą podsmażaną na maśle, co w starych kamienicach rozchodziło się z taką intensywnością, że człowiek mógł poznać jadłospis połowy sąsiadów bez wychodzenia z mieszkania.
Będąc już u siebie, zdjęła buty, odstawiła torbę pod ścianę i zapaliła lampkę w salonie. Miękkie, ciepłe światło od razu rozlało się po drewnianym parkiecie, po grzbietach książek ustawionych na regale i po małej choince w doniczce, którą tydzień wcześniej kupiła pod wpływem gderania Ilony. Choinka była krzywa, trochę zbyt rzadka po jednej stronie i zdecydowanie za mała, żeby robić wrażenie, ale Maja zdążyła się do niej przywiązać. Na kilku gałązkach zawiesiła złote gwiazdki i małe czerwone bombki, a na samym czubku umieściła kokardę, która miała zastąpić szpic, choć w praktyce wyglądała dość pokracznie.
W kuchni nastawiła wodę, wsypała do kubka kawę rozpuszczalną, zalała wrzątkiem i dolała odrobinę syropu piernikowego, który kupiła pod pozorem wczuwania się w „świąteczną atmosferę”. Prawda jednak była taka, że wystarczył jej pretekst w postaci pierwszego grudnia, żeby uznać go za produkt absolutnie niezbędny do przeżycia zimy. I tak, Maja lubiła święta, choć te spędzane we własnym mieszkaniu niekoniecznie na to wskazywały.
Kamienica, w której mieszkała, miała swoje lata, lecz właśnie dlatego Maja ją lubiła. Parkiet skrzypiał przy każdym kroku, kaloryfery żyły własnym życiem, a przez wysokie okna mogła obserwować miasto nawet wtedy, kiedy nie miała ochoty wychodzić spod koca. Tego wieczoru w ramach relaksu zamiast otworzyć książkę, sięgnęła po laptop.
Mail od Ilony czekał już w skrzynce. Temat brzmiał:
Twoja przepustka do świętego spokoju.
W treści znajdowało się kilka zdań, numer rezerwacji i dopisek, że jeśli Maja się wycofa, Ilona osobiście przyjdzie do niej z wałkiem do ciasta i przekona ją do zmiany zdania metodą tradycyjną.
Maja uśmiechnęła się pod nosem, kliknęła załącznik i przez chwilę patrzyła na potwierdzenie pobytu, daty, nazwę hotelu oraz własne nazwisko, które Ilona zdążyła już dopisać po rozmowie z recepcją.
Hotel Świerkowy Dwór, Świerkowa Dolina.
Termin: od 22 grudnia do 2 stycznia.
Słowa wyglądały zaskakująco oficjalnie. Do tej pory decyzja o wyjeździe była trochę spontanicznym odruchem kobiety, która miała dość bycia rodzinnym centrum zarządzania kryzysowego. Teraz nagle widniała przed nią w postaci rezerwacji, potwierdzenia, regulaminu i informacji o rozpoczęciu doby hotelowej.
Maja przesunęła palcami po touchpadzie i weszła na stronę hotelu.
Jej oczom ukazało się zdjęcie główne: ogromny budynek oświetlony ciepłym światłem, zasypane śniegiem ścieżki, wysokie świerki i ludzie w grubych płaszczach, którzy na fotografii wyglądali tak, jakby nigdy w życiu nie spóźnili się na pociąg, nie zgubili rękawiczki i nie pokłócili się z rodziną o to, kto ma kupić karpia. Potem kliknęła w galerię apartamentów. Tapicerowane zagłówki, miękkie zasłony, jasna pościel i łazienka z wanną. Na widok tej wanny Maja po raz kolejny się rozmarzyła, dopiła kawę i odruchowo oparła brodę na dłoni.
Wyobraziła sobie siebie z książką, w pianie po samą szyję i gorącą czekoladą stojącą na brzegu wanny, chociaż doskonale wiedziała, że w prawdziwym życiu taki obrazek kończy się zwykle mokrymi kartkami, poparzonym językiem i ręcznikiem rzuconym w najdalszy kąt łazienki. Mimo to pozwoliła tej wizji zostać jeszcze przez chwilę, przez co ledwie zauważyła, że na telefonie wyświetliło się jakieś połączenie.
Wpatrywała się w ekran, aż podświetlenie zgasło. Po chwili telefon odezwał się ponownie, tym razem krótką wiadomością.
Kochanie, oddzwonisz? Chciałam zapytać o pierniki i przyjazd.
Maja poczuła, że ciepło kawy, które jeszcze przed momentem rozchodziło się po niej przyjemnie, nagle zatrzymuje się gdzieś w okolicach żołądka. Przez kilka sekund siedziała nieruchomo, patrząc na wiadomość, a potem odłożyła telefon ekranem do dołu. Nie była jeszcze gotowa. Musiała najpierw sama oswoić się z tą decyzją, zanim odda ją pod ocenę całej rodziny. Wiedziała, że w ich świecie wyjazd samotnej kobiety do hotelu na święta zabrzmi mniej jak odpoczynek, a bardziej jak początek kryzysu, o którym trzeba będzie rozmawiać szeptem przy serniku.
Następne dni wcale nie zapowiadały się lepiej.
Grudzień pędził naprzód. Na Rynku rozłożył się świąteczny jarmark, w witrynach sklepów pojawiły się sztuczne gałązki oprószone brokatem, a Kraków wieczorami tonął w świetle lampek rozwieszonych nad ulicami. Maja czasami wracała z pracy pieszo, choć rozsądek podpowiadał jej tramwaj, ciepło i jak najkrótszą trasę do domu. W praktyce jednak skręcała w boczne uliczki, zatrzymywała się przy księgarni na rogu i oglądała świąteczne wydania powieści kuszących okładkami pełnymi śniegu, kominków i ludzi, którzy najwyraźniej mieli czas przeżywać emocje w pięknych swetrach.
W redakcji tymczasem trwał coroczny koniec świata. Wszyscy chcieli zamknąć swoje tematy przed świętami, nagle przypominali sobie o materiałach, które miały być gotowe „na wczoraj”, a dział składu funkcjonował w stanie nerwowego pobudzenia, które Maja obserwowała ze współczuciem. Przy ekspresie do kawy regularnie odbywały się narady kryzysowe, w kuchni pojawiały się kolejne pudełka pierników, makowców i mandarynek, a Ilona, która jeszcze niedawno groziła świątecznej playliście fizyczną przemocą, ostentacyjnie oddawała się świątecznym pląsom i nuciła coś pod nosem.
– Słyszałam – powiedziała Maja, zatrzymując się w progu.
Ilona spojrzała na nią znad sterty wydruków, udając, że to nie do niej.
– Niczego nie słyszałaś.
– Słyszałam bardzo wyraźnie.
– To nic takiego. Każdy po trzech tygodniach w końcu by się poddał.
Maja zaśmiała się i zabrała z drukarki swoje poprawki.
W pracy nadal była tą samą Mają. Odpowiadała na maile, dopisywała uwagi, sprawdzała przecinki, przesuwała akapity i cierpliwie tłumaczyła autorowi tekstu o świątecznych dekoracjach, że „klimatyczny” i „nastrojowy” w jednym zdaniu to jednak trochę za dużo szczęścia.
Tyle że gdzieś pod tą świąteczną otoczką cały czas pulsowała myśl o wyjeździe. Przypominała o sobie w zupełnie nieoczekiwanych momentach. W szczególności gdy ktoś wspominał o rodzinnych przygotowaniach albo gdy w redakcyjnej kuchni rozmowa schodziła na to, kto co przynosi na firmową wigilię.
Maja za każdym razem uśmiechała się lekko, coś odpowiadała i wracała do pracy, ale w środku czuła coraz wyraźniej, że zbliża się moment, którego nie da się odsuwać w nieskończoność.
Telefon od matki dzwonił regularnie co kilka dni. Maja słuchała cierpliwie, odpowiadała, dopytywała i coraz częściej łapała się na tym, że nie wspomina o Świerkowej Dolinie ani słowem. Matka opowiadała o piernikach, które trzeba będzie upiec wcześniej, o nowej pościeli, którą kupiła dla Marcina i Agnieszki, o prezentach dla dzieci, o tym, że ojciec obiecał naprawić lampki choinkowe, choć wszystkim wiadomo, że od trzech lat obiecywał to samo, a Maja i tak przywoziła ze sobą swoje.
Maja kiwała głową, chociaż matka nie mogła tego widzieć, przytakiwała w odpowiednich miejscach i udawała, że rozmowa toczy się w dobrze znanym kierunku.
Najgorsze było to, że matka naprawdę niczego nie podejrzewała. Nie zadawała żadnych pytań, które mogłyby zmusić Maję do szczerości, po prostu zakładała, że wszystko odbędzie się tak jak zawsze.
Maja z każdym telefonem czuła, że ukrywanie prawdy staje się coraz trudniejsze.
Pewnego popołudnia przy jej biurku pojawił się naczelny.
– Masz chwilę?
Oderwała wzrok od monitora, gdzie od kilku minut poprawiała ostatni fragment tekstu, który planowała oddać jeszcze przed wizytą w kadrach.
– Jeśli nie chodzi o kolejny tekst do poprawy, to mam nawet dwie.
– Tym razem mam do ciebie inną sprawę. – Wskazał głową swój gabinet. – Chodź.
Maja posłała Ilonie podejrzliwe spojrzenie.
– Jeśli zniknę na dłużej niż kwadrans, to znaczy, że zostałam zwolniona.
– Jeśli cię zwolnią przed świętami, sama odchodzę – oznajmiła Ilona, nawet nie podnosząc wzroku znad klawiatury. – Ale wcześniej zabiorę ekspres, bo komuś musi się należeć rekompensata za straty moralne.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
ROZDZIAŁ 1
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Meritum publikacji
