Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Depozyt Biblioteczny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 244
Rok wydania: 1991
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
JADWIGA COURTHS-MAHLER
Akapit
Katowice 1991
Niniejsze wydanie opracowano na podstawie edycji INSTYTUTU WYDAWNICZEGO „PLAN'1 Sp. z o.o. WARSZAWA — 1939
Do druku edytorsko przygotowali:
Anna Lubaś Lech Dobrzański Danuta Warzecha
Projekt okładki i str. tytułowej Marek Mosiński
Ark. druk. 10,5. Ark. wyd. 10,5 Papier offset, kl. III 70 g, rola 61 cm Rzeszowskie Zakłady Graficzne Rzeszów, ul, płk. Lisa-Kuli 19 Zam. 1117/91
Była godzina dziewiąta wieczór. Hrabia Joachim Wildenfels, piękny wysoki mężczyzna o bladej, melancholijnej twarzy, zadzwonił na służącego.
— Osiodłać konia! — rzucił lakoniczne polecenie.
— Ależ, tatusiu! Nie możesz teraz wyjechać konno, bo zbiera się na burzę — odezwał się czternastoletni Lotar, jedyny syn hrabiego.
— Ja także nie radziłbym panu hrabiemu — dodał pan Wetzel, wychowawca Lotara.
— Do burzy jeszcze daleko, zdążę w porę wrócić do domu — odparł hrabia.
— Ach, Joachimie! Tak już ciemno na dworze! Spójrz na te złowrogie chmury nad zamkiem! — szepnęła hrabina Tea, matka hrabiego.
— Nie lękaj się, mamo, wszakże nieraz wyjeżdżałem z domu o tej porze. Jest dopiero dziewiąta, za godzinę powrócę. Te przejażdżki konne zastępują mi środek nasenny. Dobranoc, moi państwo!
I z tymi słowy hrabia Joachim wyszedł z jadalni.
Hrabina Tea udała się do swoich apartamentów. Weszła do przedpokoju, gdzie czekała na nią jej wierna służąca, Grillowa, zwana Grylcią.
— Czy pan hrabia wyjechał z domu? Na taką niepewną pogodę? — zapytała z przestrachem w głosie. — Słyszałam, że wyprowadzali konia ze stajni...
— Niestety, pojechał... Nie pozwolił się zatrzymać... — westchnęła hrabina Tea.
Po chwili wyszła na balkon. Pełna troski spojrzała na niebo, owietrze było gęste i parne. Wokoło panowała niesamowita cisza.
— Cisza przed burzą! — pomyślała hrabina i jakieś niejasne, złe rzeczucie ścisnęło jej serce.
Powróciła do pokoju. Tutaj nad biurkiem wisiał portret jej syna, lalowany przed wieloma laty. Hrabia miał na sobie mundur swego ułku. W czasie, gdy malowano ten portret, Joachim liczył zaledwie wadzieścia trzy lata... Dawne czasy... Był wtedy wesołym, beztroskim, ieco lekkomyślnym młodzieńcem... Później nagle zaszła w nim jakaś iptowna zmiana. Matka czuła, że coś dręczy ukochanego jedynaka, ytała go o to, on jednak nigdy nie zwierzył się jej ze swoich trosk.
Hrabia Joachim nie odznaczał się nigdy silną wolą ani wielką mocą larakteru. Ojciec jego, człowiek niby ulany ze stali, postanowił yplenić tę wadę surowym wychowaniem. Przebrał jednak miarę. Syn ił się ojca i w tajemnicy przed nim popełniał rozmaite szaleństwa. )tem stary hrabia Wildenfels, nie pytając syna o zdanie, ożenił go hrabianką Zuzanną Hagenau. Joachim znajdował się wtedy w stanie kiejś ciężkiej depresji duchowej i bez słowa sprzeciwu poddał się woli 23.. Zdawało się, że stary hrabia uczynił właściwy wybór. Joachim po ibie — tak, nawet wcześniej jeszcze, bo już w okresie narzeczeństwa — rawiał wrażenie innego człowieka. Hrabina Tea sprzeciwiała się temu iązkowi. Wiedziała, że Zuzanna Hagenau ma oschłe serce i jest osobą -zdolną do cieplejszych uczuć, podczas gdy Joachim łaknie miłości, rzeciw jednak nie zdał się na nic i małżeństwo doszło do skutku, abia Joachim stał się mężem uprzejmym i rycerskim. Pozostawiał nie zupełną swobodę, wiedząc, że jej chłodna, wyniosła natura broni ją przed przekroczeniem tych granic, jakie świat wyznaczył rciwej kobiecie. Ich wzajemny stosunek był chłodny i konwencjonal-Hrabia Joachim kochał za to gorąco swoją matkę i jedynego syna tara. Żona była jakby obcą kobietą, daleką jego sercu.
Dziś rano hrabina Zuzanna wyjechała do Ostendy. Po jej wyjeździe tylko mąż, ale i teściowa odetchnęła z ulgą. Hrabina Zuzanna Dziła całe otoczenie...
Hrabina Tea, jak to często bywało, zastanawiała się nad zmianą, zaszłą w usposobieniu syna. Z zadumy wyrwał ją odgłos gromu. Jaskrawa błyskawica przecięła chmury. Wiatr zawył, w oknie zabrzęczały szyby. Rozpętane żywioły szalały. Zerwała się burza podobna do orkanu. Olbrzymie drzewa w parku chwiały się niby wątłe trzciny. Grzmiało i błyskało, wiatr świszczał złowrogo. Później spadł nagle ulewny deszcz, zmieszany z gradem.
Hrabina Tea przerażona cofnęła się w głąb pokoju. Blada, z rękami złożonymi jak do modlitwy, spoglądała przed siebie. Gdzie mógł teraz być Joachim? Czy schronił się gdzieś podczas tej okropnej burzy? Czemu nie wraca? Nasłuchiwała wciąż i modliła się za syna. Znowu rozległ się przeraźliwy głos gromu.
— Ojcze Niebieski, czuwaj nad moim synem! — szepnęła drżącymi wargami.
W tym samym czasie jednak, gdy matka zanosiła modły pod niebiosa — hrabia Joachim leżał nieprzytomny i zalany krwią na szosie. Burza wyrwała z korzeniami wielkie drzewo, które, padając, przygniotło jeźdźca i konia. Koń nie żył już, hrabia zaś ciężko ranny i bez zmysłów, dogorywał pod zwłokami swego wierzchowca.
2
Burza ucichła. Przeminęła równie prędko, jak nadciągnęła. Księżyc świecił jasno i pogodnie wśród poszarpanych strzępów chmur. Hrabina Tea, pełna niepokoju, oczekiwała powrotu syna. Z początku myślała, że Joachim schronił się gdzieś na wsi. Była jednak pewna, że natychmiast po burzy wróci do domu, aby ją uspokoić.
On jednak nie powracał!
Przerażona nie potrafiła dłużej panować nad sobą. Wybiegła do przedpokoju. Stała tam blada i wystraszona Grillowa. Ona również nasłuchiwała.
— Grylciu, zwołaj ludzi. Mego syna musiał spotkać jakiś wypadek. Inaczej byłby od dawna powrócił... — powiedziała hrabina.
W kilka chwil później cala służba zebrała się w hallu. Hrabina Tea rozkazała, aby ludzie z pochodniami i latarniami wyruszyli do lasu i przeszukali okolicę. Rozkaz jej spełniono.
Wkrótce odnaleziono ciężko rannego. Głośne nawoływania rozległy się wśród nocy. Ludzie zgromadzili się na miejscu wypadku. Z wielkim trudem udało się usunąć ciężkie drzewo i zwłoki konia. Z ust hrabiego dobywał się cichy jęk. Na szczęście blisko było stąd do domu. Rządca posłał jednego służącego do hrabiny, aby ją przygotować. Drugi służący natychmiast wyruszył do miasta, by sprowadzić lekarza. Kilku ludzi pośpieszyło po nosze dla rannego.
Hrabina w najwyższym niepokoju oczekiwała na wiadomość. Usłyszawszy straszną wieść, zachwiała się. Chwila słabości szybko jednak minęła. Nieszczęśliwa matka pokonała boleść i śpiesz-nie pobiegła do lasu. Za nią jak nieodstępny cień podążyła wierna Grylcia.
Szlafrok hrabiny wlókł się po rozmokłej ziemi. Pasma siwych włosów opadały na twarz. Ona jednak nie zważała na to. Bez tchu biegła przed siebie, aż wreszcie zatrzymała się w lesie na miejscu wypadku.
W milczeniu padła na kolana obok nieruchomego ciała syna.
Wkrótce nadeszli ludzie z noszami. Hrabina wstała i pomogła ułożyć Joachima na noszach. Twarz jej skamieniała z boleści. Smutny orszak ruszył do zamku.
Ułożono hrabiego na łóżku. W pokoju oprócz hrabiny pozostał tylko rządca oraz Grylcia. Hrabina obmyła zakrwawioną twarz syna. Czas wolno płynął. Każda minuta wydawała się wiekiem całym. Wreszcie przybył lekarz, który zajął się rannym.
Hrabina zachowywała się jak bohaterka. Nie wychodziła ani na chwilę z pokoju i pomagała lekarzowi. Wreszcie zbadano chorego i nałożono mu opatrunki.
Milczała wciąż. Nie płakała, nie rozpaczała, lecz pełnymi niepokoju oczyma wpatrywała się w twarz lekarza. Przeczuwała, że czeka ją coś strasznego.
Lekarz polecił rządcy, aby czuwał przy łożu chorego, a sam wyszedł z hrabiną do przyległego pokoju.
— Panie doktorze... proszę mi powiedzieć... prawdę... — szepnęła hrabina Tea.
— Hrabia żyje... Nie traćmy nadziei...
— Ale czy...?
Lekarz zawahał się.
— Prawdę... proszę mi powiedzieć prawdę... — powtórzyła hrabina, zaciskając kurczowo dłonie na poręczy fotela.
Lekarz zbliżył się, aby podtrzymać słaniającą się postać.
— Pani hrabino... niech pani się modli, aby... aby... nie pozostał przy życiu...
Głowa hrabiny opadła w tył. Zdawało się, że umiera. Po chwili kosztem nadludzkiego wysiłku wyprostowała się.
— Śmierć lub kalectwo? Prawda? — spytała cicho.
Lekarz skinął głową.
Hrabina wstała. Miała zamiar wejść do sypialni syna. Lekarz jednak zatrzymał ją.
— Pani hrabino, proszę się najpierw przebrać. Szlafrok jest poplamiony krwią, trzeba go zmienić. Chory wkrótce może odzyskać przytomność. Pójdę teraz do niego. Gdyby się ocknął, każę zawołać panią hrabinę.
Grylcia przygotowała już inną suknię dla swojej pani. Drżącymi rękami pomagała jej przy przebieraniu się. Hrabina Tea szybko upięła włosy, potem natychmiast powróciła do syna.
Hrabia Joachim leżał na łóżku blady, nieruchomy z zamkniętymi oczyma. Oddychał z trudem; od czasu do czasu z ust jego dobywał się cichy jęk.
Matka usiadła obok łóżka, nie spuszczając oczu z ukochanych rysów. Lekarz pochylił się ku niej:
— Kazałem zatelegrafować do hrabiny Zuzanny — szepnął.
— Czy obawia się pan, że to już tak prędko...?
Lekarz spojrzał na nią z powagą i ze współczuciem.
— Możliwe... nie jest wykluczone, że zgon nastąpi bardzo szybko...
Hrabina przycisnęła dłonie do serca, aby powstrzymać krzyk
rozpaczy cisnący się na usta. Później znowu spojrzała na syna. Nie płakała, nie mogła zapłakać, choć łzy przyniosłyby jej ulgę. Wielkie bóle bywają bez łez. Lecz oczy matki musiały zapewne posiadać jakąś nieznaną, czarodziejską moc, bo raz jeszcze przywołały do życia śmiertelnie rannego syna.
Joachim nagle otworzył oczy. Spojrzenie jego błądziło gorączkowo po pokoju, wreszcie spoczęło na matce.
Każda matka potrafi w takich chwilach zdobyć się na bohaterstwo. Toteż hrabina Tea opanowała boleść i uśmiechnęła się do syna. On jednak wyczuł, jaką rozpacz skrywa matka pod tym uśmiechem.
— Mamo... mateńko... — rzekł słabym głosem.
Pochyliła się nad nim. Miała uśmiech na ustach, lecz w oczach jej płonął ból.
— Joachimie, mój drogi synu! Nie mów, leż spokojnie!
Zamilkł i zapadł w cichą zadumę. Musiał sobie dopiero przypomnieć, co się stało. Odnosił wrażenie, że dusza jego oddzieliła się od ciała. Mimo to wyraźnie zdawał sobie sprawę ze swego ciężkiego stanu.
— Aha, już wiem... to było drzewo... nie zdążyłem uniknąć ciosu... Fafner spłoszył się... Co stało się z Fafnerem?
Ogarnęła go troska o Fafnera, ulubionego konia.
— Fafner jest zdrów i cały w stajni — skłamała hrabina, wiedząc, że takie kłamstwa bywają dobrodziejstwem.
— To dobrze... A, pan doktor... Panie doktorze, proszę...
Lekarz pochylił się nad chorym.
— Jak długo jeszcze, panie doktorze? — zapytał spokojnie i przytomnie chory.
— Panie hrabio...
— Doktorze, proszę być szczerym... Nie jestem starą babą.
— Nie trzeba tracić nadziei.
— A więc bliski koniec... O, moja biedna matka...
Przymknął oczy i przez chwilę leżał jak martwy. Potem znowu zwrócił się do lekarza.
— Doktorze... muszę jeszcze coś załatwić... coś bardzo ważnego... Czy pan ma jakiś środek... jeszcze godzinę chciałbym być... silny i przytomny... jeśli pan ma... pragnę zażyć...
Lekarz zrozumiał, o co chodzi. Wyjął ze swojej walizeczki jakąś flaszkę, nalał kilka kropel lekarstwa na łyżkę i podał choremu lek. Hrabia Joachim podziękował mu spojrzeniem.
— A teraz chcę pozostać sam z moją matką...
— Będę w pobliżu. Gdybym był potrzebny, proszę mnie zawołać. Za godzinę mogę panu raz jeszcze dać te krople — rzekł lekarz i wyszedł z pokoju.
Matka i syn pozostali sami.
— Nie uśmiechaj się, mamo — rzekł nagle Joachim — twój uśmiech sprawia mi ból.
Hrabina padła na kolana. Ucałowała rękę syna. Zamknęła oczy i położyła głowę na poduszce obok chorego. Joachim z trudem oddychał.
— Opanuj się, mamo, bądź silna... Uczyniłaś już dla mnie tak wiele... teraz jeszcze i to... Potrzeba mi twej pomocy... Musisz wziąć na siebie pokutę za mój grzech... Zawsze chciałaś wiedzieć, co mnie gnębi... teraz dowiesz się... Ciążyła na mnie wina... wielka wina... Ty naprawisz... wiem... moja dobra matko... ty jedna... naprawisz...
Hrabina uniosła głowę i spojrzała na niego.
— Nie mów, jeżeli ci to sprawia ból — poprosiła.
— Nie, nie... to dla mnie dobrodziejstwo... muszę, bo... będzie za późno! Przyrzeknij mi, że odpokutujesz, naprawisz...
— Przyrzekam ci, mój synu! Przysięgam ci na moją miłość dla ciebie, że uczynię wszystko, czego zażądasz ode mnie.
Chory zaczerpnął tchu. Później zapytał po cichu:
— Gdzie jest marynarka, którą miałem na sobie? W górnej kieszeni leży mały kluczyk...
— Kluczyk leży na stole razem z innymi przedmiotami... Wyjęliśmy wszystko z kieszeni marynarki.
— Matko, weź ten klucz... wejdź do przyległego pokoju... w moim biurku na górze, po lewej stronie jest szufladka. Otwórz ją tym kluczykiem i przynieś mi niewielką kasetkę, którą tam znajdziesz.
Hrabina Tea podniosła się i wyszła, aby spełnić życzenie chorego. Po chwili powróciła, trzymając kasetkę. Joachim nacisnął mały guziczek i otworzył wieko. Wyjął z kasetki jakieś puzderko i podał je matce.
— Otwórz! — poprosił.
Uczyniła to i ze zdumieniem patrzyła teraz na kosztowny naszyjnik, wysadzany brylantami i szmaragdami rzadkiej piękności.
— Ten naszyjnik? Jakież to dziwne! Skądże on się tu wziął? — wyjąkała wreszcie w osłupieniu.
Hrabia wyjął teraz z kasetki dużą kopertę i podał ją matce.
— Otwórz i przeczytaj, a zrozumiesz wszystko... Nie będę musiał wiele mówić...
Hrabina przeczytała napis na kopercie:
,,Do mojej matki hrabiny Teodory Wildenfels, urodzonej hrabianki Solnau. Otworzyć w razie mojej śmierci".
Usiadła i otworzyła kopertę, po czym zabrała się do czytania. Joachim śledził wzrokiem jej twarz, widział jak zmienia wyraz. Malowały się na niej na przemian przestrach i smutek. Wreszcie hrabina skończyła czytać, westchnęła głęboko i ujęła rękę syna.
— Moje biedne ukochane dziecko — rzekła do głębi wstrząśnięta.
Oczy Joachima zalśniły radością.
— Więc nie potępiasz mnie, mamo? Nie odwracasz się ze wstrętem ode mnie?
Pochyliła się nad nim i złożyła pocałunek na jego czole.
— O, gdyby twoja wina była po tysiąckroć większa od tej — to także nie potępiłabym cię, mój synu. Matka potrafi wszystko wybaczyć. Czemuż wcześniej nie zwróciłeś się do mnie? O, czemuś mi nie zaufał? Byłabym ci pomogła znosić twoje cierpienie... I pomogłabym ci naprawić, odpokutować winę...
Westchnął głęboko.
— Nie mogłem, matko. Spodziewałem się wciąż, że sam dopnę celu. Od piętnastu lat szukam ich wciąż bezskutecznie... Znikli, jakby ich ziemia pochłonęła... Może ty będziesz miała więcej szczęścia. Prawda, że postarasz się odszukać ich i zmazać moją winę?
Ujął rękę matki, wpatrując się płonącymi oczyma w jej oblicze.
— Przyrzekam ci drogi synu, że nie spocznę dopóki ich nie odnajdę i nie zmażę twojej winy.
— Dziękuję ci, mamo, dziękuję całym sercem. A jeżeli ich odnajdziesz... jeżeli zobaczysz Anię... wtedy... wtedy... Mamo, powiedz jej, że nigdy, ani przedtem, ani później, nie kochałem tak żadnej kobiety. Znałaś ją, lecz nie wiedziałaś jaka to piękna, subtelna dusza. Wówczas... ach, tak... byłem w owym czasie szczęśliwy, szczęśliwy jak nigdy w życiu... Gdy trzymałem ją w objęciach... nad jeziorem... O mamo, jakże ona drżała... O, jak wpatrywała się we mnie swymi cudnymi, najdroższymi oczyma... Zapominałem wtedy o całym świecie... o moim surowym ojcu, o nazwisku i urodzeniu... Byłem po prostu szczęśliwym człowiekiem... A później... później... to ja wypędziłem ją stąd... Odeszła... może na nędzę i poniewierkę... przeze mnie...
Matko, ta myśl rozdzierała mi serce... zatruwała mi życie... więcej niż wszystko inne...
Zamilkł wyczerpany i zamknął na chwilę oczy. Matka spoglądała nań z bezgraniczną litością i pieszczotliwie gładziła jego ręce.
— Teraz rozumiem, że nie mogłeś być szczęśliwy z Zuzanną. Chociaż... gdyby to była inna kobieta, to także nic by ci nie pomogło.
— Nie. W sercu moim żyje obraz Ani, nie zapomnę jej do ostatniego tchnienia. Zuzanna jest chłodna i wyniosła, ale to ułatwiało mi raczej pożycie z nią. Nie żądała ode mnie tego, czego nie mogłem jej dać. O tak, mój ojciec naprawdę uczynił trafny wybór...
W ostatnich słowach brzmiała bezgraniczna gorycz.
— Przebacz ojcu, Joachimie. Pragnął zawsze twego dobra. Gdyby wiedział, do czego doprowadzi jego surowość, byłby nieraz postępował inaczej. Nigdy jednak nie uzyskałbyś zezwolenia ojca na małżeństwo z Anią Horst. Pod tym względem miał niezłomne zasady.
— A ty, mamo? Czy dałabyś zezwolenie? Czy zgodziłabyś się, aby twój syn poślubił dziewczynę mieszczańskiego pochodzenia?
Hrabina Tea spojrzała z boleścią na syna.
— Twoje szczęście byłoby dla mnie ważniejsze, niż niemądre przesądy stanowe.
Uśmiech rozjaśnił rysy hrabiego.
— Och, w takim razie... jeżeli ją znajdziesz... przytulisz ją do serca. Mamo, myśl zawsze o jednym: każde dobrodziejstwo wyświadczone Ani — to jakby dobrodziejstwo wyświadczone mnie. Kochaj ją, a tym samym zmniejszysz moją winę i hańbę.
— Bądź spokojny, Joachimie, będę ją kochać jak córkę, przysięgam
ci!
Odetchnął, jakby wielkie brzemię spadło mu z serca.
— Dziękuję ci, mamo. Teraz mogę już spokojnie zamknąć oczy... na zawsze.
— Joachimie! — zawołała rozdzierającym głosem.
— Nie żałuj mnie, mamo. Ciesz się, że będę miał spokój. Odpocznę... Cierpiałem okrutne katusze.
Zamknął oczy. Twarz jego przybrała dziwny wyraz.
Hrabina schowała do kasetki naszyjnik i dokument, po czym przywołała lekarza. Lekarz znowu podał choremu orzeźwiające krople. Hrabia Joachim otworzył oczy. Spoglądał znowu zupełnie przytomnie.
— Mamo, zawezwij Lotara. Pragnę się z nim pożegnać. Już pora, prawda, doktorze?
Hrabina Tea pośpieszyła do sypialni wnuka i obudziła chłopca.
— Lotarze, kochanie moje... Ocknij się, wstań...
Lotar usiadł na łóżku i ze zdumieniem przecierał oczy.
— Dlaczego babuniu? Przecież jest jeszcze ciemno?
— Wstań, kochanie. Bądź spokojny i mężny. Twój biedny tatuś jest bardzo chory. Nie bój się, kochanie, tatuś spadł z konia i teraz chciałby cię zobaczyć...
— Czy jest bardzo źle, powiedz mi babuniu.
— Tak, Lotarze.
Lotar szybko narzucił na siebie ubranie. Oboje udali się do pokoju chorego.
— Zachowuj się spokojnie, Lotarze — szepnęła babka — musisz być silny, żeby nie martwić tatusia.
— Nie rozpłaczę się na pewno, nie obawiaj się, babuniu — rzekł chłopiec mężnie, połykając łzy.
I mały mężczyzna dotrzymał słowa. Przeraził go widok ojca, lecz mimo to zdusił dławiące go łzy.
Hrabia Joachim spojrzał zamglonymi oczyma na synka. Najcięższym było dlań to pożegnanie z Lotarem. Położył rękę na głowie chłopca, mówiąc:
— Bądź zawsze mężnym i dzielnym, mój synu... i wiernym sobie. Niech cię Bóg błogosławi!
Chłopiec ucałował ręce ojca.
— Tatusiu, kochany tatusiu! Przecież ty wyzdrowiejesz! — zawołał pełen trwogi.
Łzy zalśniły w oczach hrabiego Joachima.
— Mój drogi chłopcze... Dziecko moje ukochane! — szepnął bezdźwięcznie. Owładnął nim ból. Po chwili opanował się i rzekł do matki:
— Mamo, gdybyś ty nie mogła dokończyć tego dzieła... gdyby... to powiedz wszystko LotarowL. on spełni nasz obowiązek do końca... on naprawi... Zachowaj moje zapiski dla niego... może będzie trzeba...
Ucałowała jego oczy.
— Stanie się jak zechcesz, bądź spokojny. Odnajdziemy ich, naprawimy wszystko... wszystko... — szeptała.
Do pokoju wszedł lekarz. Obrzuciwszy wzrokiem twarz Joachima, spostrzegł, że zbliża się koniec. Wskazał hrabinie Lotara i dał jej znak.
Zrozumiała natychmiast i przycisnęła dłonie do zbolałego serca. Ujęła wnuka za rękę i wyprowadziła go z pokoju.
— Wróć do siebie, moje dziecko, ja przyjdę później. Tatuś musi mieć spokój.
Lotar usłuchał. Hrabina śledziła go wzrokiem.
— Nie chcę, aby patrzył jak ojciec kona — pomyślała i wstrząsnął nią dreszcz.
Powróciła znowu do łoża syna. Hrabia zapadł jakby w stan letargu. Lekarz zbadał puls. Po chwili umierający raz jeszcze otworzył oczy.
— Matko?
Pochyliła się nad nim.
— Co, mój synu?
Uśmiechnął się.
— Aniu — szepnął — Aniu... Moja dziecinko, moja złotowłosa... O, jakże cię kocham... Aniu, mój promyku jasny... słoneczko moje...
Na chwilę odzyskał znowu przytomność.
— Matko... Matko moja... Lotar i ty... wy oboje... ach, być bez winy... bez winy... Aniu... Aniu... Aniu...
Głos mu się załamał. Z ust uleciało długie bolesne westchnienie. Oczy zasnuły się bielmem. Hrabia Joachim umarł.
Hrabina Tea kochającą ręką zamknęła mu oczy — później bez słowa, bez jęku, osunęła się zemdlona na posadzkę. Aż do tej chwili starczyło jej siły, teraz' gdy wszystko się skończyło, padła bez zmysłów obok łoża śmierci.
3
Hrabina Zuzanna po przyjeździe do Ostendy zastała już w hotelu depeszę, wzywającą ją do powrotu. Do odejścia następnego pociągu pozostawało jej kilka godzin. Zjadła śniadanie, wykąpała się i napisała kilka bilecików do swoich znajomych, zawiadamiając ich. że musi natychmiast powrócić do domu.
Znużona i zła siedziała w hotelu przy oknie, spoglądając na morze. Na plaży było rojno i gwarno. Hrabina Zuzanna nie mogła pojąć, dlaczego wszyscy ludzie są tacy weseli. Ona sama spała tej nocy źle. a teraz znowu czekała ją długa podróż. A później, w domu? Co ją tam czeka? Nieszczęśliwy wypadek... tyle tylko dowiedziała się z depeszy. Kto wie, może trzeba będzie całe lato siedzieć w domu i odgrywać rolę pielęgniarki? Nie znosiła chorych ludzi, nie doglądała nawet Lotara podczas choroby.
Co się mogło stać? Takie depesze są straszne. Przecież powinni byli dla niej mieć trochę względów. wiedzieli, że odbyła daleką podróż. Może lepiej nie w racać? Ale jeśli nie wróci, to teściów a na pewno obrazi się na nią. Raz jeszcze przeczytała depeszę:
Nieszczęśliwy wypadek. Stan hrabiego Joachima poważny. Prosimy natychmiast powrócić. Doktor Kreuzer.
Ach, ten zwięzły telegraficzny sty l! Gdyby doktor Kreuzer podał jej przy najmniej jakieś szczegóły. A to dopiero pech! Liczy ła, że się dobrze zabawi w Ostendzie, a tymczasem musi natychmiast wracać.
y *
*
* *
Po przyjeździe do Wildenfelsu uderzy ła ją ogromna cisza, jaka tu panowała. Przy słano po nią powóz na stację, lecz ani stangret, ani lokaj nie powiedzieli hrabinie, co się stało. Nie zapytała ich o to. bo nie lubiła rozmawiać ze służbą.
W hallu przyjęła ją hrabina Tea. Miała na sobie żałobne szaty i była bardzo blada.
— O. Boże! Mamo. co się stało? — zawołała przestraszona Zuzanna.
— Ależ to okropne, okropne? — zawołała hrabina Znizaiim Kilka łez spłynęło po jej pobladłych policzkach. Otarła je starannie łwo®-kową chusteczką.
Hrabina Tea nie płakała, oczy miała sochę i bez bflaskui. liianfe w okrutny sposób najdroższą na świecie istotę i odnosiła iiaźanik. ze sama przestała żyć, że jest tylko cieniem zabłąkanym na tym ziemskim padole.
Zuzanna szybko odzy skała panowanie nad sobą. Wstała. pectniSa się nad teściową i pocałowała ją.
— Będziemy razem znosić to wielkie derpiKoku dl0>^3 TTTt3fTTTVn> Gdybym to przeczuwała, pozostałabym w dorao. Jestem wsoiząśnkaa głębi.
— Czy chcesz go zobaczy ć? Zaprowadzę cię do uóeso.
Hrabina Zuzanna przestraszy ła saę. Lękała się wszysiiiegoi, csd inniiafo
jakikolwiek związek ze śmiercią.
— Czy_ czy jest bardzo zmieniony? — zapytała.
— Nie bój się — odparła z gorzkim yśniadaeicn łnaibŚHaa Tsa. — Wygląda jakby spał, twarz nie jest zmkikm Jeżdls soe obawiasz—
— Wejdę tam później teraz jeszcze nie mogę_ Nk mam nawstL m sobie czarnej sukni Jakie to okropie! Ach miszę sc^me zawmr lblti żałobnych sukien, mam tylko jedną raarma Straszne, kio k 10 pomyślał...
Nie zapytała: Czy cierpiał? Czy myślał o mnie? Zamdy mąk Ibyi dCk nkj tak samo obcym i dalekim jak za żyoa.
— Nie ziarnie jej to nieszczęście — myślała z goryczą fbasdina inaaiłB — o, nie, kilka eleganckich toalet żałobnych przywróci jjeji m pe-wna^ równowagę ducha. O, Joachimie! O mój syno!
Znużonym krokiem przeszła do wieJkkj sali w kiórsj spoczywamy -m. marach zwłoki hrabiego Joachima.
Hrabina Zuzanna udała się do swego btóiMina i wiożyia ziarna suknię. Później wysłała depeszę do wielkiego magazynie mod. mm&wgt-jąc dla siebie kilka żałobnych ioaki. Nasiępiue psrzywv>Wa! jpon Nużącą, wydała jej parę pokcsśu po czym dofóaro poszia dto foŁ&m
Lotar siedział przy stole z głową ukrytą w dłoniach. Głośne łkanie wstrząsało postacią chłopca. Nie słyszał wcale kroków matki. Położyła mu rękę na ramieniu, wówczas dopiero odwrócił się:
— Mamo, ach mamo! — zaszlochał rozpaczliwie.
— Uspokój się, Lotarze, trzeba zapanować nad bólem. Należy mężnie znosić takie ciosy — powiedziała z pociechą, a zarazem z upomnieniem.
Lotar wstał i odezwał się z wyrzutem:
— O, mamusiu, tyś go na pewno tak bardzo nie kochała. Babunia i ja — my się tak strasznie martwimy, myśmy go kochali, tak bardzo kochali. O, mój biedny, drogi, kochany tatuś!
Hrabina Zuzanna zarumieniła się z gniewu. Zdawała sobie sprawę, że Lotar ma słuszność. Zacisnęła wargi. Tak, nie kochała nigdy Joachima. Wyszła za niego, bo tak postanowili jej rodzice. Był jedną z naświetniejszych partii w kraju, mógł zapewnić jej bogactwo i przepych. Wildenfelsowie posiadali ogromną fortunę, wiedziała o tym.
Joachim także nie kochał jej, on również poślubił ją, aby uczynić zadość woli swego ojca. Był niedołęgą — tak jest — niedołęgą, nigdy nie potrafił jej zaimponować! Czy miała mu się narzucać, skoro nigdy nie pragnął jej miłości? Nie, na to posiadała zbyt wiele dumy!
Hrabina Zuzanna nie czuła się winna. Wyrzuty syna nie mogły jej dotknąć.
— Nie mów takich głupstw, Lotarze — powiedziała. — Rozumiem twój ból i dlatego nie gniewam się na ciebie. Nie należy jednak ujawniać w ten sposób swoich uczuć.
Lotar spojrzał na matkę, jakby ją widział pierwszy raz w życiu. Do tej chwili nieraz zastanawiał się nad jej naturą. Obserwował ją bacznie, lecz nigdy nie dopatrzył się w jej postępowaniu śladu dobroci ani wielkoduszności. I dlatego zbliżył się jeszcze bardziej do babki, okazując jej coraz żywsze przywiązanie.
*
* *
Pogrzeb hrabiego Joachima odbył się z wielkim przepychem, postarała się o to jego żona. Hrabina Tea nie troszczyła się o nic, nie odstępowała zwłok syna aż do chwili zamknięcia trumny.
Zuzanna robiła honory domu. Odgrywała rolę niepocieszonej wdowy i wyglądała prześlicznie w żałobnej toalecie, która stanowiła idealne tło dla jej jasnych włosów i świeżej cery. Nikt nie domyślał się, że każdy jej ruch obliczony był na efekt. Tylko hrabina Tea wyczuwała kłamstwo i obłudę w zachowaniu synowej. Nie miała do niej jednak żalu. Zuzanna nie kochała wprawdzie Joachima, lecz i on także nie darzył jej gorętszym uczuciem. Pamiętała, co mówił zmarły o Ani Horst. „Nigdy nie kochałem tak żadnej kobiety!"
I hrabina Tea przypominała sobie w takich chwilach ostatnie polecenie syna. Myślała o Ani Horst i jej rodzinie.
Znała dobrze złotowłosą Anię. Była to śliczna, młoda, pełna wdzięku dziewczyna, jedyna córka administratora Horsta. Hrabina Tea nie przypuszczała nigdy, że Anię i jej syna łączą bliższe więzy. Gdzie teraz może przebywać Ania? Z notatek syna dowiedziała się, iż Horst z rodziną wyjechał do Ameryki. Mieszkał z początku w Stanach Zjednoczonych, później w Wenezueli. Tu urywały się ślady. Hrabia Joachim mimo wszelkich starań nie potrafił odnaleźć Horsta i jego rodziny. Powierzył tę sprawę kilku prywatnym detektywom, lecz ich poszukiwania również nie odniosły skutku. Teraz ona sama musiała zabrać się do dzieła. Tak, nie ustanie w trudzie, nie spocznie — dopóki nie wynagrodzi krzywdy wyrządzonej przez Joachima, dopóki nie spełni jego ostatniego życzenia.
— Mamo, pamiętaj... Wszystkie dobrodziejstwa, jakie wyświadczysz Ani— to dobrodziejstwa wyświadczone mnie...
Tak, te słowa umierającego miały się stać przewodnią nicią jej życia.
— Babuniu, najdroższa babuniu! Kochaj mnie! — usłyszała nagle tuż obok siebie drżący głosik chłopca. Ocknęła się z bolesnej zadumy i przytuliła wnuka do serca.
— Lotarze, moje ukochane dziecko! Teraz mam już tylko ciebie jednego na świecie!
Lotar ucałował ją serdecznie.
— Babciu — my dwoje — to jedno! Prawda, babuniu? — rzekł zdławionym głosem.
Pozostali razem w saloniku hrabiny. Zuzanna zajmowała się gośćmi.
Niejeden spośród młodszych, a nieżonatych panów spoglądał z zainteresowaniem na piękną młodą wdowę. Była teraz wolna, a wszyscy wiedzieli, że hrabiowie Wildenfels posiadają magnacką fortunę.
4
Na pozór życie w zamku płynęło dawnym trybem. Właściwym dziedzicem został obecnie Lotar, lecz do chwili jego pełnoletności matka miała zarządzać majątkiem.
Hrabina Tea i hrabina Zuzanna odbyły kilka narad z administratorem i rządcami. Byli to ludzie doświadczeni i bardzo oddani. Stan majątkowy przedstawiał się wspaniale. Hrabina Tea posiadała własny kapitał, wynoszący półtora miliona marek. Synowa nie wniosła wprawdzie wielkiego posagu, lecz jako wdowa po hrabim Wildenfelsie, posiadała pokaźne dochody. Lotar miał w przyszłości zostać właścicielem rozległych włości i ogromnej fortuny. Nie zadawalało to jednak ambicji hrabiny Zuzanny. Ona marzyła dla syna o karierze dyplomatycznej.
Hrabia Joachim zawarł w swoim czasie z profesorem Wetzlem umowę na kilka lat. Toteż Wetzel miał nadal pozostać nauczycielem i wychowawcą Lotara, co bynajmniej nie odpowiadało hrabinie. Rada nie rada musiała się jednak pogodzić z losem, chociaż nie lubiła wychowawcy syna.
W tydzień po śmierci hrabiego Joachima obie hrabiny i Lotar siedzieli na tarasie, pijąc herbatę. Nagle hrabina Tea odezwała się do synowej:
— Jutro przed południem wyjeżdżam do Berlina. Może mam ci załatwić jakieś sprawunki?
Zuzanna spojrzała na nią ze zdumieniem.
— Do Berlina? Ty, mamo? Teraz, pośród lata?
— Tak, muszę tam załatwić kilka spraw.
— Zabierz mnie, babuniu — poprosił Lotar.
— Nie, kochanie, tym razem nie mogę cię zabrać. Pozostanę tam zresztą zaledwie dwa dni.
— Czy mam z tobą pojechać, mamo? Jesteś teraz taka wyczerpana i potrzeba ci opieki — zaofiarowała się skwapliwie hrabina Zuzanna. Taka podróż do Berlina stanowiła bądź co bądź jakieś urozmaicenie.
— Nie, dziękuję ci, Zuzanno. Grillowa pojedzie ze mną, to mi wystarczy. Ja czuję się dobrze, pozostań lepiej z Lotarem.
— Przecież Lotar nie jest małym dzieckiem, mógłby spokojnie pozostać przez kilka dni sam w Wildenfelsie.
— Zapewne, Zuzanno. Pomyśl jednak, że spadł na niego niespodziewanie okropny cios, z którego nie otrząsnął się jeszcze. Wolę, byś została z nim.
— Ale ja miałabym też niejedno do załatwienia w Berlinie...
— Możesz pojechać po moim powrocie.
Zuzanna była bardzo rada z takiego obrotu sprawy. Wolała pojechać sama i cieszyła się, że znalazła pretekst do wyjazdu.
Po herbacie poszła z synem na przechadzkę do parku. Hrabina Tea udała się do swoich apartamentów. W przedpokoju siedziała Grylcia zajęta szyciem.
— Przyjdź do mnie później, Grylciu — rzekła hrabina.
Grillowa szybko odłożyła robotę i przeszła do saloniku. Hrabina
Tea siedziała przy biurku, nad którym wisiał portret jej syna. Przed nią leżało puzderko z naszyjnikiem. Szkatułkę zawierającą ważne dokumenty przechowywała w skrytce swego biurka.
— Zbliż się, Grylciu — powiedziała hrabina drżącym głosem.
— Czy pani hrabina niedobrze się czuje? — spytała Grylcia z niepokojem.
— Nie, czuję się dobrze, jestem tylko trochę zdenerwowana. Powiem ci zaraz dlaczego.
Obrzuciła serdecznym spojrzeniem twarz wiernej służącej.
— Zestarzałaś się w służbie u mnie, moja Grylciu, i zawsze okazywałaś mi żywe przywiązanie. Wiem, że mogę ci zaufać. Czy przypominasz sobie dawnego administratora Horsta?
— Ma się rozumieć, pani hrabino. Przystojny był z niego człowiek, pracowity i poczciwy. Miał bardzo miłą żonę. A cóż dopiero córka, panna Ania! Ach, jakaż to była śliczna dziewczyna, a jaka dobra...
Hrabina skinęła głową.
— Słodkie, złotowłose dziecko!
Grillowa zmieszała się trochę.
— Pani hrabina zechce mi wybaczyć... Pewno nie powinnam wyrażać się tak o tych ludziach. Zapomniałam zupełnie o tajemnicy, jaką mi w swoim czasie powierzono. Przecież nikt nie wiedział o tym oprócz państwa, nikt —jedynie ja i mój nieboszczyk mąż... Nie pisnęłam też nikomu ani słówka, chociaż ludziska dziwili się wtedy bardzo, że Horst z rodziną tak nagle wyjechał... Bo, prawdę mówiąc, trudno było pana administratora posądzić o coś złego... Cóż, chyba, że to była prawda... A nasz starszy pan hrabia był sprawiedliwym panem, chociaż surowym. Kto inny byłby może wyznaczył Horstowi znacznie surowszą karę...
Hrabina Tea, wsparła głowę na dłoni i ciężko westchnęła.
— Opowiedz mi jeszcze raz, jak to wtedy było, bo już dokładnie nie pamiętam tej historii z zaginionym naszyjnikiem — szepnęła.
— A ja pamiętam doskonale. Pani hrabina na kilka tygodni przed tym wydarzeniem miała na sobie ten naszyjnik. Był trochę przyciasny i pani hrabina mówiła później, że ją po tym rozbolała głowa. Odłożyłam naszyjnik wraz z pozostałą biżuterią do szkatułki, gdy pani hrabina skarżyła się na ból głowy. Hrabia Joachim siedział także w pokoju, a pani hrabina powiedziała: „Nigdy już nie włożę tego naszyjnika, bo taki jest niewygodny!" Później pani hrabina osobiście odniosła szkatułkę do biura administracji. Pan administrator zamknął ją w żelaznej szafie. A w kilka tygodni później pani hrabina powiedziała znowu: „Szkoda, że nie mogę nosić tego naszyjnika, jest trochę ciasny, aleja go tak lubię. Wiesz co, może jubiler będzie mógł dodać jedno ogniwo i poszerzyć naszyjnik. Idź do administratora i poproś o wydanie naszyjnika". Poszłam więc i poprosiłam pana Horsta o naszyjnik. Niech mi pani hrabina wierzy, ten człowiek zachowywał się zupełnie spokojnie, wcale nie był zmieszany. Żartował ze mną, a później otworzył szafę. Ale naszyjnika nie było. Przeszukał calusieńką szafę — nadaremnie! Powróciłam do domu i opowiedziałam to pani hrabinie. W kilka chwil potem nadszedł także pan Horst. Był blady i bardzo wzburzony. Zawezwano pana hrabiego. Pan hrabia poszedł z administratorem do skarbca, podobno zbadano wszystkie zamki, przeszukano każdy kącik, lecz naszyjnika nie znaleziono. A miał być bardzo cenny, powiadano, że kosztował coś z pięćdziesiąt tysięcy marek. Klucze do skarbca posiadał jedynie administrator i pan hrabia, śladów włamania nie wykryto. No więc, naturalnie, podejrzenie padło na pana Horsta. Pan hrabia powiedział, że na takim stanowisku może pracować tylko człowiek nieposzlakowany. Może to i racja. A jednak miałam zawsze wrażenie, że pan Horst był rzetelnym i uczciwym człowiekiem.
Hrabina słuchała w milczeniu opowiadania Grylci.
— Tak, moja droga. Wbrew wszelkim pozorom pan Horst był bez winy. Spójrz, proszę...
Drżącymi rękami otworzyła puzderko. Grillowa krzyknęła:
— Naszyjnik! Pani hrabino! O Boże! To przecież ten sam naszyjnik, który wtedy zginął...
Hrabina skinęła głową, spoglądając ze smutkiem na błyszczący klejnot.
— Tak, Grylciu, ten sam naszyjnik... Wydalono wtedy Horsta, a on był niewinny. Ja... — hrabina zawahała się —ja sama zawiniłam w tym wypadku. W roztargnieniu włożyłam naszyjnik do skrytki mego biurka, a pozostałą biżuterię oddałam administratorowi. Nigdy jakoś nie zaglądałam do tej skrytki. Przypadkiem zajrzałam do niej dziś, po upływie piętnastu przeszło lat... I znalazłam naszyjnik. Czy możesz sobie wyobrazić moje wzburzenie? Horst musiał cierpieć za nie popełnione winy. Widzę go, jak opuszcza Wildenfels, słyszę płacz jego żony i córki. Kroczył z dumnie podniesioną głową, nie załamał się... Mój mąż gniewał się bardzo, mówił, że to zaciętość z jego strony... Ach, Grylciu, a ta jasnowłosa Ania, jego córka! Jakże była zasmucona! Obejrzała się za siebie z tak wielkim zwątpieniem, z taką rozpaczą, jakby oczekiwała jeszcze od kogoś pomocy w ostatniej chwili... O Boże!
Oczy hrabiny napełniły się łzami. Grillowa przelękła się na dobre.
— Niechże się pani hrabina uspokoi! Każdemu człowiekowi może się przytrafić omyłka. Można to przecież naprawić. Pan administrator na szczęście nie odpowiadał przed sądem, żywa dusza nie wie o tej całej sprawie.
— Tak, Grylciu. Postaram się wynagrodzić mu tę krzywdę. Czy rozumiesz mnie?
