Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
ISBN 83-85397-02-7
Książka dostępna w zasobach:
Depozyt Biblioteczny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 552
Rok wydania: 1991
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
JADWIGA COURTHS-MAHLER
gdyby życzenia zabijały
gdyby życzenia zabijały
Gdy Berti skończyła czytanie tego listu, podniosła oczy i rozmarzonym wzrokiem powiodła przed siebie. Wiedziała, że ten list — to jeden jedyny, namiętny wybuch tęsknoty za nią. Ciocia Stefcia była jedynie pośredniczką.
— No i co, kochanie? Co sądzisz o liście Ralfa?
— Zdaje się, że Ralf ma bardzo dużo pracy.— odparła.
— Tak, cioteczko, nie można mu odmówić. Zresztą, to może być bardzo przyjemne, taki pobyt na wsi. A poza tym nęci mnie ta ruina...
Gdy Berti skończyła czytanie tego listu, podniosła oczy i rozmarzonym wzrokiem powiodła przed siebie. Wiedziała, że ten list — to jeden jedyny, namiętny wybuch tęsknoty za nią. Ciocia Stefcia była jedynie pośredniczką.
— No i co, kochanie? Co sądzisz o liście Ralfa?
— Zdaje się, że Ralf ma bardzo dużo pracy.— odparła.
— Tak, cioteczko, nie można mu odmówić. Zresztą, to może być bardzo przyjemne, taki pobyt na wsi. A poza tym nęci mnie ta ruina...
Drodzy Czytelnicy!!!
„AKAPITU"?
Wydaliśmy między innymi takie książki:
„SINOBRODY"
„HAŃBA"
„TAJEMNICZA MIŁOŚĆ MARLENY" „DZIEDZICTWO RODENBERGÓW"
„WSZYSTKIE PARY TAŃCZĄ"
Drodzy Czytelnicy!!!
„AKAPITU"?
Wydaliśmy między innymi takie książki:
„SINOBRODY"
„HAŃBA"
„TAJEMNICZA MIŁOŚĆ MARLENY" „DZIEDZICTWO RODENBERGÓW"
„WSZYSTKIE PARY TAŃCZĄ"
gdyby życzenia zabijały
/
n /
f
r l
K/'
4 \
tn
y i
>
1
1 \'■
\A<
JADWIGA COURTHS-MAHLER
gdyby życzenia zabijały
/
n /
f
r l
K/'
4 \
tn
y i
>
1
1 \'■
\A<
Do druku przygotowali:
Anna LUBASIONA — adaptacja i redakcja merytoryczna Lech DOBRZAŃSKI — redakcja techniczna
Projekt okładki i strony tytułowej MAREK MOSIŃSKI
Wydanie pierwsze powojenne P.P.U. „Akapit" Sp. z o.o. Katowice Ark. druk. 11,5. Ark. wyd. 11,0
Cieszyńska Drukarnia Wydawnicza ul. Pokoju 1, 43-400 Cieszyn Zam. nr 1237-k-91.
Do druku przygotowali:
Anna LUBASIONA — adaptacja i redakcja merytoryczna Lech DOBRZAŃSKI — redakcja techniczna
Projekt okładki i strony tytułowej MAREK MOSIŃSKI
Wydanie pierwsze powojenne P.P.U. „Akapit" Sp. z o.o. Katowice Ark. druk. 11,5. Ark. wyd. 11,0
Cieszyńska Drukarnia Wydawnicza ul. Pokoju 1, 43-400 Cieszyn Zam. nr 1237-k-91.
Roberta Warteg przytulona tkliwie do ramienia swego ojca, przechadzała się z wolna po pokładzie spacerowym wielkiego luksusowego parowca. Orkiestra okrętowa przygrywała, a większość pasażerów znajdowała się na pokładzie. Na wspaniałym okręcie, zaopatrzonym we wszelkie nowoczesne komfortowe urządzenia, jechało eleganckie, kosmopolityczne towarzystwo; życie upływało wśród zabaw i rozrywek, a ponieważ pogoda sprzyjała, więc pasażerowie mogli rozkoszować się morską podróżą.
Henryk Warteg był znanym malarzem; nazwisko jego stało się sławne, gdy przed laty obraz jego „Piękna Hiszpanka" otrzymał nagrodę. We wszystkich salonach sztuki wisiały reprodukcje tego dzieła, które było największym sukcesem malarza. Żaden z jego późniejszych obrazów nie wywołał tak wielkiego zainteresowania, o żadnym nie mówiono tak wiele. Malarz był człowiekiem ogromnie chimerycznym, potrafił tworzyć tylko w chwilach natchnienia, nie umiał malować pod przymusem. Nie byłby w stanie prowadzić zbytkownego życia, gdyby miał zadowolić się jedynie swymi dochodami. Poślubił więc kobietę, która wniosła mu ogromną fortunę.
Zanim ją poznał, był nieznanym malarzem, o którym nikt nie mówił. Wszystko to zmieniło się od razu, gdy powrócił do domu ze swoją piękną żoną. Ona wprowadziła go do najlepszego towarzystwa, prowadziła dom na szeroką stopę, aby zaznajomić męża z wpływowymi osobistościami i utorować mu drogę. A przy tym dzięki swej niepospolitej urodzie stała się natchnieniem męża, wzniosła go na szczyty,
Roberta Warteg przytulona tkliwie do ramienia swego ojca, przechadzała się z wolna po pokładzie spacerowym wielkiego luksusowego parowca. Orkiestra okrętowa przygrywała, a większość pasażerów znajdowała się na pokładzie. Na wspaniałym okręcie, zaopatrzonym we wszelkie nowoczesne komfortowe urządzenia, jechało eleganckie, kosmopolityczne towarzystwo; życie upływało wśród zabaw i rozrywek, a ponieważ pogoda sprzyjała, więc pasażerowie mogli rozkoszować się morską podróżą.
Henryk Warteg był znanym malarzem; nazwisko jego stało się sławne, gdy przed laty obraz jego „Piękna Hiszpanka" otrzymał nagrodę. We wszystkich salonach sztuki wisiały reprodukcje tego dzieła, które było największym sukcesem malarza. Żaden z jego późniejszych obrazów nie wywołał tak wielkiego zainteresowania, o żadnym nie mówiono tak wiele. Malarz był człowiekiem ogromnie chimerycznym, potrafił tworzyć tylko w chwilach natchnienia, nie umiał malować pod przymusem. Nie byłby w stanie prowadzić zbytkownego życia, gdyby miał zadowolić się jedynie swymi dochodami. Poślubił więc kobietę, która wniosła mu ogromną fortunę.
Zanim ją poznał, był nieznanym malarzem, o którym nikt nie mówił. Wszystko to zmieniło się od razu, gdy powrócił do domu ze swoją piękną żoną. Ona wprowadziła go do najlepszego towarzystwa, prowadziła dom na szeroką stopę, aby zaznajomić męża z wpływowymi osobistościami i utorować mu drogę. A przy tym dzięki swej niepospolitej urodzie stała się natchnieniem męża, wzniosła go na szczyty, których nigdy nie zdołałby dosięgnąć bez jej pomocy. Namalował ją w jej stroju narodowym — z pochodzenia była Hiszpanką — a obraz ten został nagrodzony i wsławił imię malarza. Wszyscy mówili o „Pięknej Hiszpance", która jako czarująca modelka więcej w tym miała zasługi, iż obraz się udał, niż sam malarz. W miłości pięknej i mądrej kobiety tkwiła jakaś moc sugestywna, która działała na męża.
Henryk Warteg poznał Izabellę Carena, swoją przyszłą żonę, podczas zabawy kwiatowej w Nicei. Piękną tę podróż zawdzięczał swemu przyjacielowi, Goeblowi. Walter Goebel, znakomity rzeźbiarz sprzedał właśnie kilka swoich dzieł i rozporządzał wówczas znacznymi środkami.
Młody malarz ujrzał po raz pierwszy piękną dziewczynę z południa na balkonie wytwornego hotelu; od pierwszego wejrzenia zakochał się w niej do szaleństwa.
Izabella spotykała na każdym kroku wysokiego, smukłego Niemca; jego zachwycone spojrzenia mimo woli przykuwały jej wzrok. Izabella Carena po raz pierwszy w życiu przyjechała z matką do Europy. Ojciec jej, Hiszpan, posiadał olbrzymie plantacje w Brazylii, gdzie Izabella dotąd spędzała swoje życie. Matka jej była córką Niemca i Hiszpanki, a rodzice jej mieszkali na wielkiej brazylijskiej farmie. Gdy ojciec Izabelli umarł, córka została jego spadkobierczynią, żonie zaś przysługiwała jedynie dożywotnia renta. Było to zgodne z życzeniem matki Izabelli, która nie miała już potrzeby łamać sobie głowy nad własnym testamentem.
Matka i córka kochały się bardzo. Ponieważ matka chciała poznać kraj rodzinny swego ojca, więc pojechały do Europy. Ojciec Izabelli na krótko przed śmiercią sprzedał większą część swoich posiadłości, kapitał zaś ulokował w pewnych papierach. Zatrzymał jedynie swoją najpiękniejszą hacjendę, aby spędzić tam spokojnie resztę życia.
Owa hacjenda stanowiła własność Izabelli, która miała zamiar powrócić tam po podróży do Europy. Wszystko jednak miało się stać inaczej.
Henryk Warteg przez dłuższy czas podziwiał Izabellę z oddali; wreszcie jednak nadarzyła się sposobność i został jej przedstawiony. Zakochani spędzali że sobą czarujące chwile. Walter Goebel, który również wielbił piękną Izabellę, lecz wyrzekł się jej, widząc, że kocha ona których nigdy nie zdołałby dosięgnąć bez jej pomocy. Namalował ją w jej stroju narodowym — z pochodzenia była Hiszpanką — a obraz ten został nagrodzony i wsławił imię malarza. Wszyscy mówili o „Pięknej Hiszpance", która jako czarująca modelka więcej w tym miała zasługi, iż obraz się udał, niż sam malarz. W miłości pięknej i mądrej kobiety tkwiła jakaś moc sugestywna, która działała na męża.
Henryk Warteg poznał Izabellę Carena, swoją przyszłą żonę, podczas zabawy kwiatowej w Nicei. Piękną tę podróż zawdzięczał swemu przyjacielowi, Goeblowi. Walter Goebel, znakomity rzeźbiarz sprzedał właśnie kilka swoich dzieł i rozporządzał wówczas znacznymi środkami.
Młody malarz ujrzał po raz pierwszy piękną dziewczynę z południa na balkonie wytwornego hotelu; od pierwszego wejrzenia zakochał się w niej do szaleństwa.
Izabella spotykała na każdym kroku wysokiego, smukłego Niemca; jego zachwycone spojrzenia mimo woli przykuwały jej wzrok. Izabella Carena po raz pierwszy w życiu przyjechała z matką do Europy. Ojciec jej, Hiszpan, posiadał olbrzymie plantacje w Brazylii, gdzie Izabella dotąd spędzała swoje życie. Matka jej była córką Niemca i Hiszpanki, a rodzice jej mieszkali na wielkiej brazylijskiej farmie. Gdy ojciec Izabelli umarł, córka została jego spadkobierczynią, żonie zaś przysługiwała jedynie dożywotnia renta. Było to zgodne z życzeniem matki Izabelli, która nie miała już potrzeby łamać sobie głowy nad własnym testamentem.
Matka i córka kochały się bardzo. Ponieważ matka chciała poznać kraj rodzinny swego ojca, więc pojechały do Europy. Ojciec Izabelli na krótko przed śmiercią sprzedał większą część swoich posiadłości, kapitał zaś ulokował w pewnych papierach. Zatrzymał jedynie swoją najpiękniejszą hacjendę, aby spędzić tam spokojnie resztę życia.
Owa hacjenda stanowiła własność Izabelli, która miała zamiar powrócić tam po podróży do Europy. Wszystko jednak miało się stać inaczej.
Henryk Warteg przez dłuższy czas podziwiał Izabellę z oddali; wreszcie jednak nadarzyła się sposobność i został jej przedstawiony. Zakochani spędzali że sobą czarujące chwile. Walter Goebel, który również wielbił piękną Izabellę, lecz wyrzekł się jej, widząc, że kocha ona jego przyjaciela, — zajmował się matką, pragnąc dać młodej parze okazję do porozumienia się. Niestety, pobyt obu przyjaciół dobiegał kresu.
— Musimy wyjechać, Henryku! Postaraj się jak najprędzej dojść do porozumienia z piękną Izabellą!
Henryk okazywał wprawdzie pięknej Hiszpance zupełnie jawnie swoją miłość, nie miał jednak odwagi oświadczyć się ojej rękę. Cóż miał on do zaofiarowania pięknej i bogatej dziewczynie?
Dopiero przypadek przyszedł mu z pomocą. Izabella z matką wybrały się powozem na dłuższą wycieczkę. Henryk, pełen tęsknoty za widokiem ukochanej, poszedł pieszo tą samą drogą, aby przynajmniej móc z daleka śledzić ją wzrokiem. Szedł stromą ścieżką wijąca się wśród skał nad brzegiem morza i ujrzał nagle powóz pań. Konie spłoszyły się, biegnąc w kierunku niebezpiecznej pochyłości.
Henryk od razu zrozumiał, czym to grozi. Zeskoczył natychmiast ze skały i wybiegł naprzeciw koni. Z całej siły pochwycił cugle i zatrzymał spłoszone zwierzęta. Jeden z koni upadł, lecz mimo to Henrykowi udało się zatrzymać powóz o kilka kroków od stromego urwiska. Zaofiarował natychmiast swoją pomoc paniom, szczęśliwy, że ukochana wyszła z tej przygody bez szwanku.
Matce Izabelli zaszkodził jednak ogromnie przestrach i zdenerwowanie podczas szalonej jazdy. Od dawna już cierpiała na serce, a teraz poważnie zaniemogła. Przy tej okazji Izabella zdradziła Henrykowi swoje uczucia, toteż gdy młody człowiek pomagał jej wysiadać z powozu, przycisnął ją gorąco do serca. Pocałowali się, a matka podała młodzieńcowi rękę na znak przyzwolenia. Tak więc Henryk został narzeczonym Izabelli.
W nocy został wezwany do hotelu, w którym mieszkały obie panie. Matka Izabelli dostała silnego ataku serca i czuła, że zbliża się koniec. Prosiła, aby Henryk nie opuścił córki jej i uczynił ją szczęśliwą. Seniora Carena zmarła tej samej nocy, Izabella została sierotą. Po pogrzebie udała się z przyjaciółmi do Niemiec, po czym w Dusseldorfie odbył się cichy ślub. Izabella obdarzyła męża córką, którą na pamiątkę dziadka po kądzieli, nazwano Robertą. Rodzice jednak wołali na nią ,,Berti". Gdy Berti skończyła piętnaście lat, postanowiono ją wysłać na dwa lata do Genewy, na wytworną pensję dla młodych panien. Przed samym jego przyjaciela, — zajmował się matką, pragnąc dać młodej parze okazję do porozumienia się. Niestety, pobyt obu przyjaciół dobiegał kresu.
— Musimy wyjechać, Henryku! Postaraj się jak najprędzej dojść do porozumienia z piękną Izabellą!
Henryk okazywał wprawdzie pięknej Hiszpance zupełnie jawnie swoją miłość, nie miał jednak odwagi oświadczyć się ojej rękę. Cóż miał on do zaofiarowania pięknej i bogatej dziewczynie?
Dopiero przypadek przyszedł mu z pomocą. Izabella z matką wybrały się powozem na dłuższą wycieczkę. Henryk, pełen tęsknoty za widokiem ukochanej, poszedł pieszo tą samą drogą, aby przynajmniej móc z daleka śledzić ją wzrokiem. Szedł stromą ścieżką wijąca się wśród skał nad brzegiem morza i ujrzał nagle powóz pań. Konie spłoszyły się, biegnąc w kierunku niebezpiecznej pochyłości.
Henryk od razu zrozumiał, czym to grozi. Zeskoczył natychmiast ze skały i wybiegł naprzeciw koni. Z całej siły pochwycił cugle i zatrzymał spłoszone zwierzęta. Jeden z koni upadł, lecz mimo to Henrykowi udało się zatrzymać powóz o kilka kroków od stromego urwiska. Zaofiarował natychmiast swoją pomoc paniom, szczęśliwy, że ukochana wyszła z tej przygody bez szwanku.
Matce Izabelli zaszkodził jednak ogromnie przestrach i zdenerwowanie podczas szalonej jazdy. Od dawna już cierpiała na serce, a teraz poważnie zaniemogła. Przy tej okazji Izabella zdradziła Henrykowi swoje uczucia, toteż gdy młody człowiek pomagał jej wysiadać z powozu, przycisnął ją gorąco do serca. Pocałowali się, a matka podała młodzieńcowi rękę na znak przyzwolenia. Tak więc Henryk został narzeczonym Izabelli.
W nocy został wezwany do hotelu, w którym mieszkały obie panie. Matka Izabelli dostała silnego ataku serca i czuła, że zbliża się koniec. Prosiła, aby Henryk nie opuścił córki jej i uczynił ją szczęśliwą. Seniora Carena zmarła tej samej nocy, Izabella została sierotą. Po pogrzebie udała się z przyjaciółmi do Niemiec, po czym w Dusseldorfie odbył się cichy ślub. Izabella obdarzyła męża córką, którą na pamiątkę dziadka po kądzieli, nazwano Robertą. Rodzice jednak wołali na nią ,,Berti". Gdy Berti skończyła piętnaście lat, postanowiono ją wysłać na dwa lata do Genewy, na wytworną pensję dla młodych panien. Przed samym wyjazdem jednak, matka zachorowała na zapalenie płuc i zmarła po kilku dniach na rękach zrozpaczonego męża, który nie chciał jej puścić od siebie.
W pięknej willi, którą Izabella kazała wybudować po ślubie według gustu męża, życie upływało teraz spokojnie i cicho. Ojciec i córka jeszcze serdeczniej przylgnęli do siebie, a Berti przeniosła całą swoją miłość z ubóstwianej matki, na ojca. W jej oczach ojciec był najlepszym, najszlachetniejszym człowiekiem, uosobieniem wszelkich cnót. Takie zdanie o nim wyrobiła w niej zmarła matka.
Dziewczyna szukała wciąż pociechy u ojca; co chwila wchodziła z nim do pokoju matki, gdzie wisiał obraz, który wsławił jego imię i z którym postanowił się nigdy nie rozłączać.
Berti Warteg z roku na rok stawała się bardziej podobna do matki, obecnie zaś, ukończywszy lat dwadzieścia, wyrosła na piękność. Przypominała ogromnie Izabellę, nie miała jedynie jej czarnych włosów, lecz była blondynką, jak ojciec.
Pięć lat upłynęło od śmierci jej matki, a w tym czasie ojciec zasypywał ją dowodami miłości, kochał i pieścił swoją jedynaczkę, która również starała się uprzedzić każde jego życzenie. Ojciec był jej ideałem, zapełniał całkowicie jej serce. Nie okazywała dotychczas najmniejszego zainteresowania dla żadnego innego mężczyzny. Żaden nie wytrzymałby porównania z ojcem.
Henrykowi jednak, rzecz oczywista, córka nie mogła całkowicie wypełnić życia. Kochał ją serdecznie i przez długi czas szczerze bolał nad utratą żony. W tym czasie jednak, gdy umarła, Henryk liczył zaledwie czterdzieści kilka lat, był mężczyzną w sile wieku, pełnym życia i wigoru. Toteż, gdy minął pierwszy dotkliwy ból, artysta począł szukać rozrywek.
Berti nic o tym nie wiedziała. Była przekonana, że ojciec pozostał wierny matce aż poza grób i że żadna inna kobieta nie odegra odtąd roli w jego życiu.
Henryk Warteg wystrzegał się ogromnie, aby nie rozwiać tych złudzeń córki. Właściwie był bardzo dalekim od owego ideału, który uczyniła z niego córka. Był miłym, uprzejmym, sympatycznym człowiekiem, lecz ogromnie płytkim; miał szczęście do ludzi, którzy stale przeceniali go, zarówno jako artystę, jak też i jako człowieka.
wyjazdem jednak, matka zachorowała na zapalenie płuc i zmarła po kilku dniach na rękach zrozpaczonego męża, który nie chciał jej puścić od siebie.
W pięknej willi, którą Izabella kazała wybudować po ślubie według gustu męża, życie upływało teraz spokojnie i cicho. Ojciec i córka jeszcze serdeczniej przylgnęli do siebie, a Berti przeniosła całą swoją miłość z ubóstwianej matki, na ojca. W jej oczach ojciec był najlepszym, najszlachetniejszym człowiekiem, uosobieniem wszelkich cnót. Takie zdanie o nim wyrobiła w niej zmarła matka.
Dziewczyna szukała wciąż pociechy u ojca; co chwila wchodziła z nim do pokoju matki, gdzie wisiał obraz, który wsławił jego imię i z którym postanowił się nigdy nie rozłączać.
Berti Warteg z roku na rok stawała się bardziej podobna do matki, obecnie zaś, ukończywszy lat dwadzieścia, wyrosła na piękność. Przypominała ogromnie Izabellę, nie miała jedynie jej czarnych włosów, lecz była blondynką, jak ojciec.
Pięć lat upłynęło od śmierci jej matki, a w tym czasie ojciec zasypywał ją dowodami miłości, kochał i pieścił swoją jedynaczkę, która również starała się uprzedzić każde jego życzenie. Ojciec był jej ideałem, zapełniał całkowicie jej serce. Nie okazywała dotychczas najmniejszego zainteresowania dla żadnego innego mężczyzny. Żaden nie wytrzymałby porównania z ojcem.
Henrykowi jednak, rzecz oczywista, córka nie mogła całkowicie wypełnić życia. Kochał ją serdecznie i przez długi czas szczerze bolał nad utratą żony. W tym czasie jednak, gdy umarła, Henryk liczył zaledwie czterdzieści kilka lat, był mężczyzną w sile wieku, pełnym życia i wigoru. Toteż, gdy minął pierwszy dotkliwy ból, artysta począł szukać rozrywek.
Berti nic o tym nie wiedziała. Była przekonana, że ojciec pozostał wierny matce aż poza grób i że żadna inna kobieta nie odegra odtąd roli w jego życiu.
Henryk Warteg wystrzegał się ogromnie, aby nie rozwiać tych złudzeń córki. Właściwie był bardzo dalekim od owego ideału, który uczyniła z niego córka. Był miłym, uprzejmym, sympatycznym człowiekiem, lecz ogromnie płytkim; miał szczęście do ludzi, którzy stale przeceniali go, zarówno jako artystę, jak też i jako człowieka.
Oprócz „Pięknej Hiszpanki" namalował jeszcze kilka godnych uwagi obrazów, wszystkie pod wpływem żony. Nigdy nie był zbyt płodnym artystą, a przy tym obrazy jego odznaczały się gładką, nieco słodkawą manierą, której brakło siły twórczej. Za życia Izabelli było inaczej; działała ona na twórczość męża, dodawała jej głębi, uszlachetniała ją, tak jak wpływała również uszlachetniająco na jego całą indywidualność. Od czasu jej śmierci Henryk malował obrazy coraz bardziej szablonowe. Nie przejmował się tym, że sprzedawał mało swoich dzieł, gdyż nie był zależny od zarobków.
Berti była wprawdzie jedyną spadkobierczynią swej matki, lecz Henryk aż do śmierci miał pobierać odsetki od pół miliona marek, poza tym zaś przysługiwało mu prawo stałego pobytu w willi Wartegów.
Izabella nie chciała w ten sposób bynajmniej pominąć swego męża, po prostu wzorowała się za jego zgodą na testamencie swego ojca. Wydawało się jej, że mąż będzie bardziej myślał o przyszłości Berti, niż o sobie. Przy tym wtedy spodziewała się jeszcze, że jej małżeństwo będzie długo trwało.
Henrykowi Wartegowi podówczas testament nie wydawał się ważny. Wiedział, że został zabezpieczony do końca życia i że starczy na jego osobiste potrzeby; był z natury niefrasobliwy, przypuszczał, że żona przeżyje go. Nie chciał mieszać się do jej zarządzeń.
Po śmierci Izabelli nie miał zresztą powodu, aby tego żałować. Miał dosyć, aby prowadzić życie, do jakiego przywykł.
Berti w kilka miesięcy po śmierci matki została oddana na pensję w Genewie. Podczas jej nieobecności, ojciec powrócił do dawnych kawalerskich nawyków i zaczął prowadzić wesołe życie. Berti pisywała wciąż do niego wzruszające listy, w których starała się pocieszyć go. Gdy córka powróciła, ojciec odegrał przed nią zręcznie komedię, udając, że dotąd nie przebolał zgonu ukochaej małżonki. Gdy Berti spoczywała w głębokim śnie, ojciec jej siedział w gronie przyjaciół i przyjaciółek, bawiąc się doskonale.
— Nie mogę przecież prowadzić życia jak mnich — mawiał często do siebie.
Oprócz „Pięknej Hiszpanki" namalował jeszcze kilka godnych uwagi obrazów, wszystkie pod wpływem żony. Nigdy nie był zbyt płodnym artystą, a przy tym obrazy jego odznaczały się gładką, nieco słodkawą manierą, której brakło siły twórczej. Za życia Izabelli było inaczej; działała ona na twórczość męża, dodawała jej głębi, uszlachetniała ją, tak jak wpływała również uszlachetniająco na jego całą indywidualność. Od czasu jej śmierci Henryk malował obrazy coraz bardziej szablonowe. Nie przejmował się tym, że sprzedawał mało swoich dzieł, gdyż nie był zależny od zarobków.
Berti była wprawdzie jedyną spadkobierczynią swej matki, lecz Henryk aż do śmierci miał pobierać odsetki od pół miliona marek, poza tym zaś przysługiwało mu prawo stałego pobytu w willi Wartegów.
Izabella nie chciała w ten sposób bynajmniej pominąć swego męża, po prostu wzorowała się za jego zgodą na testamencie swego ojca. Wydawało się jej, że mąż będzie bardziej myślał o przyszłości Berti, niż o sobie. Przy tym wtedy spodziewała się jeszcze, że jej małżeństwo będzie długo trwało.
Henrykowi Wartegowi podówczas testament nie wydawał się ważny. Wiedział, że został zabezpieczony do końca życia i że starczy na jego osobiste potrzeby; był z natury niefrasobliwy, przypuszczał, że żona przeżyje go. Nie chciał mieszać się do jej zarządzeń.
Po śmierci Izabelli nie miał zresztą powodu, aby tego żałować. Miał dosyć, aby prowadzić życie, do jakiego przywykł.
Berti w kilka miesięcy po śmierci matki została oddana na pensję w Genewie. Podczas jej nieobecności, ojciec powrócił do dawnych kawalerskich nawyków i zaczął prowadzić wesołe życie. Berti pisywała wciąż do niego wzruszające listy, w których starała się pocieszyć go. Gdy córka powróciła, ojciec odegrał przed nią zręcznie komedię, udając, że dotąd nie przebolał zgonu ukochaej małżonki. Gdy Berti spoczywała w głębokim śnie, ojciec jej siedział w gronie przyjaciół i przyjaciółek, bawiąc się doskonale.
— Nie mogę przecież prowadzić życia jak mnich — mawiał często do siebie.
Roberta wkrótce miała być wprowadzona w świat. Czekano w towarzystwie na pojawienie się pięknej dziewczynny. Ona jednak nie tęskniła do hucznych zabaw, lubiła zacisze domowe, a przy tym obawiała się, że trzeba będzie przyjąć do domu damę do towarzystwa, która zakłóci jej wspólne zgodne pożycie z ojcem.
Henryk Warteg bynajmniej nie śpieszył się do chwili, aby wprowadzić w świat swoją dorosłą córkę. Uchodził chętnie za młodszego, niż był w rzeczywistości. Wreszcie oświadczył córce, że pojedzie z nią najpierw do Brazylii, aby poznała wreszcie hacjendę swej matki. Zaproponował, by spędzili kilka miesięcy w Brazylii; a po powrocie do kraju zamierzał oficjalnie wprowadzić córkę w świat.
Berti z radością przyjęła ten plan. Już od dawna miała ochotę poznać ojczyznę swej matki, a poza tym należało także przekonać się, czy w tamtejszej posiadłości panuje porządek.
Ojciec i córka spędzili cztery miesiące na prześlicznej hacjendzie. Obce, odmienne życie i obyczaje zainteresowały ogromnie Berti. Henryk Warteg zaś przez jakiś czas uważał również, że ,,można tu wytrzymać". Niekiedy, gdy zaczynał się nudzić, wymykał się na małe wycieczki do Rio de Janeiro, pod pozorem, że ma tam ważne sprawy do załatwienia. Gdy powracał, był znowu w doskonałym humorze, który trwał przez kilka tygodni.
Malował nowy obraz, a ponadto udzielał lekcji swej córce. Dziewczyna miała wielki talent, stała się gorliwą uczennicą swego ojca.
W tym czasie Henryk Warteg namalował portret córki. Przedstawiał on Berti, siedzącą na hamaku w cieniu drzew granatowych. Miała na sobie długą, powiewną białą szatę, na którą opadały rozpuszczone włosy. Z rozmarzonym uśmiechem spoglądała w dal.
Obraz ten udał się znowu artyście znacznie lepiej od wszystkiego, co stworzył od czasu śmierci żony.
Gdy portret został skończony, malarza ogarnęło znudzenie. Miał na razie dosyć Brazylii i wiejskiej samotności. Pod pozorem, że musi osobiście przedstawić obraz jury, wyraził wobec córki życzenie, iż pragnie powrócić do Dusseldorfu. Berti natychmiast zgodziła się na to.
Ojciec i córka zaczęli się przygotowywać do podróży.
Gdy przybyli do Rio de Janeiro, ojciec wyraził nagle życzenie, by zatrzymać się kilka tygodni w tym mieście. Zamieszkali oboje w hotelu.
Roberta wkrótce miała być wprowadzona w świat. Czekano w towarzystwie na pojawienie się pięknej dziewczynny. Ona jednak nie tęskniła do hucznych zabaw, lubiła zacisze domowe, a przy tym obawiała się, że trzeba będzie przyjąć do domu damę do towarzystwa, która zakłóci jej wspólne zgodne pożycie z ojcem.
Henryk Warteg bynajmniej nie śpieszył się do chwili, aby wprowadzić w świat swoją dorosłą córkę. Uchodził chętnie za młodszego, niż był w rzeczywistości. Wreszcie oświadczył córce, że pojedzie z nią najpierw do Brazylii, aby poznała wreszcie hacjendę swej matki. Zaproponował, by spędzili kilka miesięcy w Brazylii; a po powrocie do kraju zamierzał oficjalnie wprowadzić córkę w świat.
Berti z radością przyjęła ten plan. Już od dawna miała ochotę poznać ojczyznę swej matki, a poza tym należało także przekonać się, czy w tamtejszej posiadłości panuje porządek.
Ojciec i córka spędzili cztery miesiące na prześlicznej hacjendzie. Obce, odmienne życie i obyczaje zainteresowały ogromnie Berti. Henryk Warteg zaś przez jakiś czas uważał również, że ,,można tu wytrzymać". Niekiedy, gdy zaczynał się nudzić, wymykał się na małe wycieczki do Rio de Janeiro, pod pozorem, że ma tam ważne sprawy do załatwienia. Gdy powracał, był znowu w doskonałym humorze, który trwał przez kilka tygodni.
Malował nowy obraz, a ponadto udzielał lekcji swej córce. Dziewczyna miała wielki talent, stała się gorliwą uczennicą swego ojca.
W tym czasie Henryk Warteg namalował portret córki. Przedstawiał on Berti, siedzącą na hamaku w cieniu drzew granatowych. Miała na sobie długą, powiewną białą szatę, na którą opadały rozpuszczone włosy. Z rozmarzonym uśmiechem spoglądała w dal.
Obraz ten udał się znowu artyście znacznie lepiej od wszystkiego, co stworzył od czasu śmierci żony.
Gdy portret został skończony, malarza ogarnęło znudzenie. Miał na razie dosyć Brazylii i wiejskiej samotności. Pod pozorem, że musi osobiście przedstawić obraz jury, wyraził wobec córki życzenie, iż pragnie powrócić do Dusseldorfu. Berti natychmiast zgodziła się na to.
Ojciec i córka zaczęli się przygotowywać do podróży.
Gdy przybyli do Rio de Janeiro, ojciec wyraził nagle życzenie, by zatrzymać się kilka tygodni w tym mieście. Zamieszkali oboje w hotelu.
Malarz w ostatniej chwili wplątał się jeszcze w romansik z pewną piękną, płomiennooką Kreolką. Epizod ten o mały włos byłby się źle skończył, gdyż dowiedział się o tym zazdrosny małżonek pięknej kobiety. Na szczęście jednak Henryk Werteg w samą porę udał się na pokład okrętu.
Był zadowolony, że udało mu się uniknąć opłakanych skutków miłej przygody, o której córka jego naturalnie nie miała pojęcia. Uśmiechniętymi oczyma spoglądał na ląd, gdy okręt wyruszył z portu.
Berti stała obok niego przy barierze i wsunęła rękę pod ramię ojca.
— Pięknie tu było, kochany ojcze. Za jakieś dwa trzy lata przyjedziemy znowu do naszej hacjendy.
— Do twojej hacjendy, Berti — poprawił ją z uśmiechem.
Przytuliła się do jego ramienia.
— Co moje to i twoje, tatusiu — rzekła.
— Nie sprzeczajmy się o to, kochanie. Co do mnie, to przyznaję że mam na razie dosyć Brazylii i cieszę się, że wracamy do kraju. Po tych wszystkich pięknych brunetkach, chciałbym wreszcie zobaczyć znowu jasne włosy i niebieskie oczy.
Spojrzała na niego filuternie.
— Jasnymi włosami mogę ci służyć, tatusiu, a jeżeli pragniesz zobaczyć błękitne oczy, to wystarczy, byś przejrzał się w lustrze.
Popatrzył z lekkim uśmiechem na córkę. Nie to miał przecież na myśli. Jego niewinna córka nie miała pojęcia, że tęsknił za blondynkami o niebieskich oczach.
Wśród pasażerów znajdowała się pewna młoda osoba, złotowłosa, błękitnooka i bardzo piękna. Oczy jej miały wprawdzie odcień zielonkawy i przypominały oczy rusałki, to jednak uszło uwagi malarza. Na niego spoglądały one zawsze z zachwytem i cichym uwielbieniem, toteż już po kilku dniach jego łatwo zapalne serce zapłonęło żywym ogniem dla pięknej blondynki.
Nazywała się Linda Rittberg. Od pierwszej chwili okazywała ogromne zainteresowanie dla Henryka Wartega i jego córki. Gdy ujrzała tych dwoje ludzi, w pięknych oczach rusałki pojawił się dziwny, stanowczy błysk.
Tego samego dnia podeszła ze słodkim uśmiechem do Roberty Warteg, która stała właśnie sama przy barierce, i odezwała się:
Malarz w ostatniej chwili wplątał się jeszcze w romansik z pewną piękną, płomiennooką Kreolką. Epizod ten o mały włos byłby się źle skończył, gdyż dowiedział się o tym zazdrosny małżonek pięknej kobiety. Na szczęście jednak Henryk Werteg w samą porę udał się na pokład okrętu.
Był zadowolony, że udało mu się uniknąć opłakanych skutków miłej przygody, o której córka jego naturalnie nie miała pojęcia. Uśmiechniętymi oczyma spoglądał na ląd, gdy okręt wyruszył z portu.
Berti stała obok niego przy barierze i wsunęła rękę pod ramię ojca.
— Pięknie tu było, kochany ojcze. Za jakieś dwa trzy lata przyjedziemy znowu do naszej hacjendy.
— Do twojej hacjendy, Berti — poprawił ją z uśmiechem.
Przytuliła się do jego ramienia.
— Co moje to i twoje, tatusiu — rzekła.
— Nie sprzeczajmy się o to, kochanie. Co do mnie, to przyznaję że mam na razie dosyć Brazylii i cieszę się, że wracamy do kraju. Po tych wszystkich pięknych brunetkach, chciałbym wreszcie zobaczyć znowu jasne włosy i niebieskie oczy.
Spojrzała na niego filuternie.
— Jasnymi włosami mogę ci służyć, tatusiu, a jeżeli pragniesz zobaczyć błękitne oczy, to wystarczy, byś przejrzał się w lustrze.
Popatrzył z lekkim uśmiechem na córkę. Nie to miał przecież na myśli. Jego niewinna córka nie miała pojęcia, że tęsknił za blondynkami o niebieskich oczach.
Wśród pasażerów znajdowała się pewna młoda osoba, złotowłosa, błękitnooka i bardzo piękna. Oczy jej miały wprawdzie odcień zielonkawy i przypominały oczy rusałki, to jednak uszło uwagi malarza. Na niego spoglądały one zawsze z zachwytem i cichym uwielbieniem, toteż już po kilku dniach jego łatwo zapalne serce zapłonęło żywym ogniem dla pięknej blondynki.
Nazywała się Linda Rittberg. Od pierwszej chwili okazywała ogromne zainteresowanie dla Henryka Wartega i jego córki. Gdy ujrzała tych dwoje ludzi, w pięknych oczach rusałki pojawił się dziwny, stanowczy błysk.
Tego samego dnia podeszła ze słodkim uśmiechem do Roberty Warteg, która stała właśnie sama przy barierce, i odezwała się:
— Przepraszam bardzo, że zaczepiam panią bez ceremonii, lecz wiem, że jesteśmy rodaczkami, pochodzimy obie z Dusseldorfu. Ucieszyłam się ogromnie, dowiedziawszy się, że na pokładzie znajdują się moi współziomkowie.
Roberta spojrzała na nią ze zdziwieniem. W tych uśmiechniętych oczach było coś, co ją wewnętrznie odpychało. Odparła jednak bardzo uprzejmie;
— Pani wie, że mieszkam w Dusseldorfie, więc zapewne pani mnie zna. Ja natomiast nie przypominam sobie, abym gdziekolwiek widziała już panią.
Panna Rittberg zauważyła, że w tej chwili nadszedł Henryk Warteg. Udała jednak, że go nie widzi i ciągnęła dalej:
— Nazywam się Linda Rittberg. Wiem dobrze, iż pani mnie nie zna. Ja jednak nieraz widywałem panią oraz jej ojca. A kto by nie znał znakomitego malarza, Henryka Wartega...
Wartegowi pochlebiły ogromnie te ostatnie słowa. Rzucając zdobywcze spojrzenie na pannę Rittberg, wmieszał się do rozmowy.
— Wobec tego, nie potrzebuję już przedstawiać się pani — rzekł.
Młoda panna udając wielki przestrach i zawstydzenie, zwróciła się
do niego ze słowami:
— Ach... przepraszam, mistrzu... ja... ja...
Warteg pomógł jej pokonać to pozorne zmieszanie, spoglądając z zachwytem w jej piękną twarz.
Dość na tym, że panna Rittberg w najprostszy sposób zawarła znajomość z Henrykiem Wartegiem i jego córką. Jeszcze tego samego dnia opowiedziała im ze smutnym uśmiechem swoje dzieje.
Była zmuszona sama zarabiać na chleb. Ojciec jej umarł, gdy chodziła jeszcze do szkoły, matka powtórnie wyszła za mąż. Owdowiała jednak wkrótce po raz drugi i musiała zamieszkać u swej siostry, która także posiadała tylko skromne mieszkanko i małe dochody. Dlatego też Linda uważała za konieczne zarabiać na własne utrzymanie. Na pierwszej swej posadzie u jakiejś chorowitej staruszki nie wytrzymała długo. Potem poznała w Wiesbaden pewną Brazyliankę, która ze swym mężem, pochodzącym z Niemiec, zamierzała powrócić do ojczyzny. Linda pojechała z nią do Brazylii, jako panna do towarzystwa. Straciła jednak posadę, gdyż kokietowała męża swej chlebodawczyni. Oczywista, że tego Linda nie zdradziła nowym znajomym.
— Przepraszam bardzo, że zaczepiam panią bez ceremonii, lecz wiem, że jesteśmy rodaczkami, pochodzimy obie z Dusseldorfu. Ucieszyłam się ogromnie, dowiedziawszy się, że na pokładzie znajdują się moi współziomkowie.
Roberta spojrzała na nią ze zdziwieniem. W tych uśmiechniętych oczach było coś, co ją wewnętrznie odpychało. Odparła jednak bardzo uprzejmie;
— Pani wie, że mieszkam w Dusseldorfie, więc zapewne pani mnie zna. Ja natomiast nie przypominam sobie, abym gdziekolwiek widziała już panią.
Panna Rittberg zauważyła, że w tej chwili nadszedł Henryk Warteg. Udała jednak, że go nie widzi i ciągnęła dalej:
— Nazywam się Linda Rittberg. Wiem dobrze, iż pani mnie nie zna. Ja jednak nieraz widywałem panią oraz jej ojca. A kto by nie znał znakomitego malarza, Henryka Wartega...
Wartegowi pochlebiły ogromnie te ostatnie słowa. Rzucając zdobywcze spojrzenie na pannę Rittberg, wmieszał się do rozmowy.
— Wobec tego, nie potrzebuję już przedstawiać się pani — rzekł.
Młoda panna udając wielki przestrach i zawstydzenie, zwróciła się
do niego ze słowami:
— Ach... przepraszam, mistrzu... ja... ja...
Warteg pomógł jej pokonać to pozorne zmieszanie, spoglądając z zachwytem w jej piękną twarz.
Dość na tym, że panna Rittberg w najprostszy sposób zawarła znajomość z Henrykiem Wartegiem i jego córką. Jeszcze tego samego dnia opowiedziała im ze smutnym uśmiechem swoje dzieje.
Była zmuszona sama zarabiać na chleb. Ojciec jej umarł, gdy chodziła jeszcze do szkoły, matka powtórnie wyszła za mąż. Owdowiała jednak wkrótce po raz drugi i musiała zamieszkać u swej siostry, która także posiadała tylko skromne mieszkanko i małe dochody. Dlatego też Linda uważała za konieczne zarabiać na własne utrzymanie. Na pierwszej swej posadzie u jakiejś chorowitej staruszki nie wytrzymała długo. Potem poznała w Wiesbaden pewną Brazyliankę, która ze swym mężem, pochodzącym z Niemiec, zamierzała powrócić do ojczyzny. Linda pojechała z nią do Brazylii, jako panna do towarzystwa. Straciła jednak posadę, gdyż kokietowała męża swej chlebodawczyni. Oczywista, że tego Linda nie zdradziła nowym znajomym.
Gdyby panna Rittberg nie mijała się z prawdą, opowieść jej wypadłaby trochę inaczej. Opisywała siebie jako prześladowaną niewinność, co wystarczyło, aby wywrzeć wrażenie na czułym z natury Henryku. Był on ogromnie wzruszony i chętnie pocieszyłby piękną dziewczynę. Patrzył na Robertę. I ona wysłuchała ze współczuciem opowiadania Lindy, lecz doznawała przy tym dziwnego wrażenia. Zawsze współczująca i chętna do niesienia pomocy innym, tym razem czuła jakby chłód w sercu. Instynktownie wyczuwała, że w sposobie zachowania się młodej panny, było coś sztucznego i kłamliwego.
Mimo, że Berti okazywała jej spokojną rezerwę, Linda Rittberg stała się odtąd nierozłączoną towarzyszką ojca i córki. Nie należała ona do osób, które przeoczyłyby korzyści, mogące wyniknąć z podobnej znajomości. Wiedziała od dawna, że Warteg jest bardzo bogaty i posiada wspaniałą willę. Podczas rozmowy usłyszała także, iż ojciec z córką powracają ze swej posiadłości wiejskiej w Brazylii. O jednym tylko nie miała pojęcia, a mianowicie, że to Roberta jest właścicielką tych wszystkich bogactw, nie zaś Warteg.
Linda zdawała sobie dokładnie sprawę, że istnieje dla niej jedna tylko możliwość, aby wydostać się ze swego ubogiego środowiska — małżeństwo z bogatym człowiekiem. Wiedziała doskonale, że mało jest bogatych mężczyzn, którzy żenią się z biednymi dziewczętami, zwłaszcza mało jest takich młodych ludzi. Łatwiej było już usidlać starszych panów. Należało tylko okazywać im wiele łagodności i słodyczy , a przy tym pochlebiać ich próżności.
Dlatego więc dążyła wszelkimi siłami do celu, który wytknęła sobie, poznawszy na pokładzie Henryka Wartega i jego córkę.
Berti zauważyła z uczuciem lęku i przykrości, że ta obca istota wdziera się coraz bardziej między nią a ukochanego ojca. Do uczucia, jakie dotąd żywiła dla niego, dołączył się lęk i niepewność. Dotychczas potrafił po mistrzowsku utwierdzić córkę w mniemaniu, że niezmiennie dochował wiary pamięci swej żony. Teraz Berti po raz pierwszy spostrzegła, że inna kobieta wywiera na niego wpływ. Doznawała wrażenie, że powinna starać się usilnie, by ojciec nigdy nie zapomniał matki. Najchętniej, podczas całej podróży, nie odstępowałaby ojca ani na krok. Marzyła, aby statek jak najprędzej zawinął do portu, aby
Gdyby panna Rittberg nie mijała się z prawdą, opowieść jej wypadłaby trochę inaczej. Opisywała siebie jako prześladowaną niewinność, co wystarczyło, aby wywrzeć wrażenie na czułym z natury Henryku. Był on ogromnie wzruszony i chętnie pocieszyłby piękną dziewczynę. Patrzył na Robertę. I ona wysłuchała ze współczuciem opowiadania Lindy, lecz doznawała przy tym dziwnego wrażenia. Zawsze współczująca i chętna do niesienia pomocy innym, tym razem czuła jakby chłód w sercu. Instynktownie wyczuwała, że w sposobie zachowania się młodej panny, było coś sztucznego i kłamliwego.
Mimo, że Berti okazywała jej spokojną rezerwę, Linda Rittberg stała się odtąd nierozłączoną towarzyszką ojca i córki. Nie należała ona do osób, które przeoczyłyby korzyści, mogące wyniknąć z podobnej znajomości. Wiedziała od dawna, że Warteg jest bardzo bogaty i posiada wspaniałą willę. Podczas rozmowy usłyszała także, iż ojciec z córką powracają ze swej posiadłości wiejskiej w Brazylii. O jednym tylko nie miała pojęcia, a mianowicie, że to Roberta jest właścicielką tych wszystkich bogactw, nie zaś Warteg.
Linda zdawała sobie dokładnie sprawę, że istnieje dla niej jedna tylko możliwość, aby wydostać się ze swego ubogiego środowiska — małżeństwo z bogatym człowiekiem. Wiedziała doskonale, że mało jest bogatych mężczyzn, którzy żenią się z biednymi dziewczętami, zwłaszcza mało jest takich młodych ludzi. Łatwiej było już usidlać starszych panów. Należało tylko okazywać im wiele łagodności i słodyczy , a przy tym pochlebiać ich próżności.
Dlatego więc dążyła wszelkimi siłami do celu, który wytknęła sobie, poznawszy na pokładzie Henryka Wartega i jego córkę.
Berti zauważyła z uczuciem lęku i przykrości, że ta obca istota wdziera się coraz bardziej między nią a ukochanego ojca. Do uczucia, jakie dotąd żywiła dla niego, dołączył się lęk i niepewność. Dotychczas potrafił po mistrzowsku utwierdzić córkę w mniemaniu, że niezmiennie dochował wiary pamięci swej żony. Teraz Berti po raz pierwszy spostrzegła, że inna kobieta wywiera na niego wpływ. Doznawała wrażenie, że powinna starać się usilnie, by ojciec nigdy nie zapomniał matki. Najchętniej, podczas całej podróży, nie odstępowałaby ojca ani na krok. Marzyła, aby statek jak najprędzej zawinął do portu, aby
* *
*
Ojciec i córka przechadzali się przez jakiś czas w milczeniu; nagle Henryk Warteg zaczerpnął tchu i wyprostował się energicznym ruchem.
— Pragnę z tobą pomówić, droga Berti.
— Słucham cię, ojcze.
Starał się unikać jej wzroku.
— Mówiliśmy przecież o tym, że po powrocie zostaniesz nareszcie wprowadzona oficjalnie w świat. Już wielki czas, masz przecież dwadzieścia lat.
— Tak, ojcze wiem o tym i przyznaję ci rację.
— Doskonale! Chodzi o to, że będziemy musieli wystarać się dla ciebie o jakąś odpowiednią damę do towarzystwa.
Berti westchnęła.
— Tak, niestety, choć ja osobiście uważam to za zupełnie zbyteczne.
— Nie da się jednak uniknąć tego.
— Wiem o tym i oswoiłam się z tą myślą. Będzie jednak bardzo trudno znaleźć odpowiednią osobę. Przede wszystkim musiałaby przecież wzbudzać w nas sympatię.
— Bezwarunkowo, ponieważ będzie z nami mieszkała. Dlatego też wdzięczny jestem przypadkowi, który sprowadził na naszą drogę odpowiednią osobę.
Berti spojrzała ze zdumieniem na ojca.
— Sprowadził na naszą drogę? O kim mówisz, ojcze?
Henryk starał się opanować zmieszanie.
— O kim? Naturalnie, o pannie Rittberg. Ona byłaby przecież idealną towarzyszką dla ciebie.
Berti zlękła się. Poczuła, że serce się jej ściska. Zbladła, oczy jej pociemniały; drżała z tłumionego wzruszenia.
Wreszcie odezwała się stłumionym głosem.
— Drogi ojcze, panna Rittberg nie nadaje się zupełnie do tego, to stanowisko nie dla niej.
* *
*
Ojciec i córka przechadzali się przez jakiś czas w milczeniu; nagle Henryk Warteg zaczerpnął tchu i wyprostował się energicznym ruchem.
— Pragnę z tobą pomówić, droga Berti.
— Słucham cię, ojcze.
Starał się unikać jej wzroku.
— Mówiliśmy przecież o tym, że po powrocie zostaniesz nareszcie wprowadzona oficjalnie w świat. Już wielki czas, masz przecież dwadzieścia lat.
— Tak, ojcze wiem o tym i przyznaję ci rację.
— Doskonale! Chodzi o to, że będziemy musieli wystarać się dla ciebie o jakąś odpowiednią damę do towarzystwa.
Berti westchnęła.
— Tak, niestety, choć ja osobiście uważam to za zupełnie zbyteczne.
— Nie da się jednak uniknąć tego.
— Wiem o tym i oswoiłam się z tą myślą. Będzie jednak bardzo trudno znaleźć odpowiednią osobę. Przede wszystkim musiałaby przecież wzbudzać w nas sympatię.
— Bezwarunkowo, ponieważ będzie z nami mieszkała. Dlatego też wdzięczny jestem przypadkowi, który sprowadził na naszą drogę odpowiednią osobę.
Berti spojrzała ze zdumieniem na ojca.
— Sprowadził na naszą drogę? O kim mówisz, ojcze?
Henryk starał się opanować zmieszanie.
— O kim? Naturalnie, o pannie Rittberg. Ona byłaby przecież idealną towarzyszką dla ciebie.
Berti zlękła się. Poczuła, że serce się jej ściska. Zbladła, oczy jej pociemniały; drżała z tłumionego wzruszenia.
Wreszcie odezwała się stłumionym głosem.
— Drogi ojcze, panna Rittberg nie nadaje się zupełnie do tego, to stanowisko nie dla niej.
— Ja uważam, że nadaje się doskonale.
Przemilczał jednak, że to panna Rittberg kunsztem swej wymowy wzbudziła w nim to przekonanie. Dała mu do zrozumienia, że pragnęłaby bardzo objąć u niego taką posadę, że czułaby się niezmiernie szczęśliwą, przebywając wciąż w pobliżu „uwielbianego mistrza".
— Nie, ojcze, o tym nie może być mowy. Panna Rittberg jest przede wszystkim za młoda, aby objąć to stanowisko.
Opór córki podsycił jednak pragnienie Henryka, który marzył o tym, aby mieć stale koło siebie śliczną, czarującą blondynkę. Ani się spostrzegł, jak Linda uwikłała go w swoje sidła. Nie myślał wprawdzie
0 tym, aby poświęcić jej swobodę i ożenić się z nią, lecz myśl, że miałby w przyszłości żyć bez niej, wydawała mu się nie do zniesienia.
Mimo to, nie mógł się zdecydować na oświadczyny, choć Linda jawnie dawała mu do zrozumienia, że go kocha.
Berti nie domyślała się, jak dalece ojciec był już związany z Lindą Rittberg; w jej obecności, Linda zachowywała się bardzo powściągliwie, stawała się dopiero wtedy zalotna, gdy pozostawała sam na sam z malarzem, a wciąż szukała do tego sposobności. Toteż Henryk Warteg od dawna padł ofiarą jej wdzięków, choć dotąd nie zdawał sobie z tego sprawy. Zdawało mu się ciągle, że to on góruje nad Lindą, a od dawna zaplątał się w jej sieci. Dlatego też odpowiedział córce, niespokojny
1 zdenerwowany:
— Ależ, Berti, czy musimy koniecznie przyjąć starszą osobę? Chyba i tobie będzie o wiele przyjemniej mieć młodą towarzyszkę. Panna Rittberg jest światową, czarującą osobą, która pod każdym względem może być dla ciebie odpowiednia.
Berty przecząco potrząsnęła głową.
— Nie, drogi ojcze, wyrzeknij się tej myśli. Muszę ci powiedzieć, że wydaje mi się ona bardzo niesympatyczną.
Na twarzy Henryka odbiła się niechęć.
— Jak to, Berti? Po raz pierwszy spostrzegam, że moja córeczka ma kaprysy. Panna Rittberg jest przecież uprzejmą i miłą osóbką, a przy tym bardzo cię polubiła. Czy chcesz odpłacić się jej za to nierozsądnym uporem?
— To naprawdę nie kaprys, tatusiu — rzekła Berti błagalnie — od
pierwszej chwili naszej znajomości, czuję do niej antypatię. Proszę cię
(
— Ja uważam, że nadaje się doskonale.
Przemilczał jednak, że to panna Rittberg kunsztem swej wymowy wzbudziła w nim to przekonanie. Dała mu do zrozumienia, że pragnęłaby bardzo objąć u niego taką posadę, że czułaby się niezmiernie szczęśliwą, przebywając wciąż w pobliżu „uwielbianego mistrza".
— Nie, ojcze, o tym nie może być mowy. Panna Rittberg jest przede wszystkim za młoda, aby objąć to stanowisko.
Opór córki podsycił jednak pragnienie Henryka, który marzył o tym, aby mieć stale koło siebie śliczną, czarującą blondynkę. Ani się spostrzegł, jak Linda uwikłała go w swoje sidła. Nie myślał wprawdzie
0 tym, aby poświęcić jej swobodę i ożenić się z nią, lecz myśl, że miałby w przyszłości żyć bez niej, wydawała mu się nie do zniesienia.
Mimo to, nie mógł się zdecydować na oświadczyny, choć Linda jawnie dawała mu do zrozumienia, że go kocha.
Berti nie domyślała się, jak dalece ojciec był już związany z Lindą Rittberg; w jej obecności, Linda zachowywała się bardzo powściągliwie, stawała się dopiero wtedy zalotna, gdy pozostawała sam na sam z malarzem, a wciąż szukała do tego sposobności. Toteż Henryk Warteg od dawna padł ofiarą jej wdzięków, choć dotąd nie zdawał sobie z tego sprawy. Zdawało mu się ciągle, że to on góruje nad Lindą, a od dawna zaplątał się w jej sieci. Dlatego też odpowiedział córce, niespokojny
1 zdenerwowany:
— Ależ, Berti, czy musimy koniecznie przyjąć starszą osobę? Chyba i tobie będzie o wiele przyjemniej mieć młodą towarzyszkę. Panna Rittberg jest światową, czarującą osobą, która pod każdym względem może być dla ciebie odpowiednia.
Berty przecząco potrząsnęła głową.
— Nie, drogi ojcze, wyrzeknij się tej myśli. Muszę ci powiedzieć, że wydaje mi się ona bardzo niesympatyczną.
Na twarzy Henryka odbiła się niechęć.
— Jak to, Berti? Po raz pierwszy spostrzegam, że moja córeczka ma kaprysy. Panna Rittberg jest przecież uprzejmą i miłą osóbką, a przy tym bardzo cię polubiła. Czy chcesz odpłacić się jej za to nierozsądnym uporem?
— To naprawdę nie kaprys, tatusiu — rzekła Berti błagalnie — od
pierwszej chwili naszej znajomości, czuję do niej antypatię. Proszę cię
(
Lecz Henryk Warteg nie umiał wyrzec się czegokolwiek, co wydawało mu się godne zdobycia. Bez wątpienia — Berti była zazdrosna o pannę Rittberg i... nie bez powodu. On jednak nie miał zamiaru przypisywać tej zazdrości jakiegokolwiek znaczenia. Każda przeszkoda, która odgradzała go od Lindy, wzmagała tylko jego pożądanie. W sercu starzejącego się mężczyzny zbudziło się nieprzeparte pragnienie miłości.
— Nie bądź niemądra, Berti, nie uprzedzaj się do panny Rittberg. Musisz się pogodzić z losem, ponieważ już umówiłem się z nią. Pojedzie z nami do naszej willi w Dusseldorfie.
Berti śmiertelnie zbladła. Nie rozumiała, czemu oznajmienie ojca przejmuje ją uczuciem tak wielkiej przykrości. Doznawała jednak dręczącej pewności, że spotkało ją ogromne nieszczęście, że Linda Rittberg stanie się zaporą między nią a ojcem.
Henrykowi zrobiło się trochę przykro, gdy patrzył na bladą twarz córki, na jej przygasłe oczy. Niespokojnie przycisnął jej ramię do siebie.
— Berti, moja maleńka, niemądra Berti, czemu przyjęłaś tak tragicznie tę wiadomość?
Wyrwała się ze swego odrętwienia i spojrzała ze smutkiem na ojca.
— Czy nie możesz tego cofnąć, ojcze? Błagam cię, uczyń to! Mam przeczucie, że grozi nam jakieś nieszczęście ze strony panny Rittberg.
Teraz rozgniewał się na dobre. Zmarszczył ponuro czoło.
— Proszę cię, Berti, panuj nad sobą. Pobyt w Brazylii wpłynął źle na twoje nerwy. Zauważyłem to już na początku podróży. Stałaś się nierówna i rozdrażniona. Gdybym widział, że masz coś przeciwko temu, nie zawierałbym umowy z panną Rittberg. Zdawało mi się, że ci sprawię tym przyjemność, a ty przyjmujesz to w dziwny sposób:.
Henryk nie mówił prawdy. Nie uszło jego uwagi, że Berti nie czuje sympatii do Lindy. W obecnej chwili jednak Linda wywierała na niego silniejszy wpływ, niż córka.
Berti potrząsnęła głową i kurczowo objęła jego ramię.
— Ojcze, nie wiem sama, co mnie usposabia przeciwko pannie Rittberg. Możliwe, że nie mam słuszności, błagam cię jednak, abyś zerwał z nią umowę. Nie nazywaj mnie niemądrą, ojcze... Podczas podróży śniła mi się kilka razy mamusia. Za każdym razem ostrzegała mnie przed panną Rittberg...
— Wstydź się, Berti, mówisz głupstwa...
Lecz Henryk Warteg nie umiał wyrzec się czegokolwiek, co wydawało mu się godne zdobycia. Bez wątpienia — Berti była zazdrosna o pannę Rittberg i... nie bez powodu. On jednak nie miał zamiaru przypisywać tej zazdrości jakiegokolwiek znaczenia. Każda przeszkoda, która odgradzała go od Lindy, wzmagała tylko jego pożądanie. W sercu starzejącego się mężczyzny zbudziło się nieprzeparte pragnienie miłości.
— Nie bądź niemądra, Berti, nie uprzedzaj się do panny Rittberg. Musisz się pogodzić z losem, ponieważ już umówiłem się z nią. Pojedzie z nami do naszej willi w Dusseldorfie.
Berti śmiertelnie zbladła. Nie rozumiała, czemu oznajmienie ojca przejmuje ją uczuciem tak wielkiej przykrości. Doznawała jednak dręczącej pewności, że spotkało ją ogromne nieszczęście, że Linda Rittberg stanie się zaporą między nią a ojcem.
Henrykowi zrobiło się trochę przykro, gdy patrzył na bladą twarz córki, na jej przygasłe oczy. Niespokojnie przycisnął jej ramię do siebie.
— Berti, moja maleńka, niemądra Berti, czemu przyjęłaś tak tragicznie tę wiadomość?
Wyrwała się ze swego odrętwienia i spojrzała ze smutkiem na ojca.
— Czy nie możesz tego cofnąć, ojcze? Błagam cię, uczyń to! Mam przeczucie, że grozi nam jakieś nieszczęście ze strony panny Rittberg.
Teraz rozgniewał się na dobre. Zmarszczył ponuro czoło.
— Proszę cię, Berti, panuj nad sobą. Pobyt w Brazylii wpłynął źle na twoje nerwy. Zauważyłem to już na początku podróży. Stałaś się nierówna i rozdrażniona. Gdybym widział, że masz coś przeciwko temu, nie zawierałbym umowy z panną Rittberg. Zdawało mi się, że ci sprawię tym przyjemność, a ty przyjmujesz to w dziwny sposób:.
Henryk nie mówił prawdy. Nie uszło jego uwagi, że Berti nie czuje sympatii do Lindy. W obecnej chwili jednak Linda wywierała na niego silniejszy wpływ, niż córka.
Berti potrząsnęła głową i kurczowo objęła jego ramię.
— Ojcze, nie wiem sama, co mnie usposabia przeciwko pannie Rittberg. Możliwe, że nie mam słuszności, błagam cię jednak, abyś zerwał z nią umowę. Nie nazywaj mnie niemądrą, ojcze... Podczas podróży śniła mi się kilka razy mamusia. Za każdym razem ostrzegała mnie przed panną Rittberg...
— Wstydź się, Berti, mówisz głupstwa...
— Nie, tatusiu! Zwłaszcza mój ostatni sen pamiętam jeszcze dokładnie. Widziałam, jak zbliżyła się do mnie panna Rittberg. Ja siedziałam koło jakiegoś muru, oplecionego białymi różami. Panna Rittberg zerwała mnóstwo róż i podawała mi je z uśmiechem. W tej samej chwili pojawiła się koło niej moja matka. Miała na sobie długą, białą szatę, tę samą, w której włożono ją do trumny... Pełna lęku, odsunęła moje ręce, które wyciągałam już po róże, po czym rzekła: „Strzeż się, z tych rąk grozi ci nieszczęście". I wtedy ujrzałam, że wśród róż znajduje się zielonkawa żmija, która z sykiem wysuwa ku mnie żądło. I nagle z głowy panny Rittberg wyrosło mnóstwo skłębionych węży, jakby z głowy Meduzy. Krzyknęłam głośno i obudziłam się.
Henryk Warteg roześmiał się z przymusem.
— Głuptasku! Więc to zły sen usposobił cię nieprzyjaźnie do panny Rittberg? Bądź rozsądna, moje dziecko, nie można przecież z powodu snu uprzedzać się do kogoś, kto nie uczynił nam żadnej krzywdy.
— To nie tylko ten sen, tatusiu! Od pierwszej chwili, ogarnia mnie w obecności panny Rittberg uczucie dziwnego przygnębiena. Ojcze, uczyń to dla mnie, zerwij umowę!
— A czy pomyślałaś o tym, że biedna dziewczyna zostanie znowu bez chleba?
Berti przygryzła wargi. Była naturą zbyt głęboką, aby rozstrzygać lekkomyślnie o cudzym losie. Lecz antypatia do panny Rittberg okazała się silniejsza. Wyprostowała się i rzekła stanowczo:
— Pomożemy jej znaleźć inną dobrą posadę. Wynagrodzisz jej również materialne straty, jakie poniesie wskutek zerwania umowy z nami.
Henryk sposępniał.
— Narażasz mnie na wielkie przykrości, Berti.
— Pozwól wobec tego, żebym ja pomówiła z panną Rittberg. Załatwię to w sposób możliwie delikatny, aby jej nie urazić.
— Nie, nie... Muszę to sam załatwić. Namyślę się, może znajdę jakieś wyjście z tej niemiłej sytuacji.
Berti odetchnęła z ulgą, po czym spojrzała z wdzięcznością na ojca.
— Najprzyjemniej byłoby, gdybyśmy w ogóle nie przyjmowali do domu obcej osoby. Kochamy się tak bardzo, że nie potrzebujemy nikogo. Przecież wypełniamy sobie wzajemnie życie, nieprawdaż, tatusiu?
— Nie, tatusiu! Zwłaszcza mój ostatni sen pamiętam jeszcze dokładnie. Widziałam, jak zbliżyła się do mnie panna Rittberg. Ja siedziałam koło jakiegoś muru, oplecionego białymi różami. Panna Rittberg zerwała mnóstwo róż i podawała mi je z uśmiechem. W tej samej chwili pojawiła się koło niej moja matka. Miała na sobie długą, białą szatę, tę samą, w której włożono ją do trumny... Pełna lęku, odsunęła moje ręce, które wyciągałam już po róże, po czym rzekła: „Strzeż się, z tych rąk grozi ci nieszczęście". I wtedy ujrzałam, że wśród róż znajduje się zielonkawa żmija, która z sykiem wysuwa ku mnie żądło. I nagle z głowy panny Rittberg wyrosło mnóstwo skłębionych węży, jakby z głowy Meduzy. Krzyknęłam głośno i obudziłam się.
Henryk Warteg roześmiał się z przymusem.
— Głuptasku! Więc to zły sen usposobił cię nieprzyjaźnie do panny Rittberg? Bądź rozsądna, moje dziecko, nie można przecież z powodu snu uprzedzać się do kogoś, kto nie uczynił nam żadnej krzywdy.
— To nie tylko ten sen, tatusiu! Od pierwszej chwili, ogarnia mnie w obecności panny Rittberg uczucie dziwnego przygnębiena. Ojcze, uczyń to dla mnie, zerwij umowę!
— A czy pomyślałaś o tym, że biedna dziewczyna zostanie znowu bez chleba?
Berti przygryzła wargi. Była naturą zbyt głęboką, aby rozstrzygać lekkomyślnie o cudzym losie. Lecz antypatia do panny Rittberg okazała się silniejsza. Wyprostowała się i rzekła stanowczo:
— Pomożemy jej znaleźć inną dobrą posadę. Wynagrodzisz jej również materialne straty, jakie poniesie wskutek zerwania umowy z nami.
Henryk sposępniał.
— Narażasz mnie na wielkie przykrości, Berti.
— Pozwól wobec tego, żebym ja pomówiła z panną Rittberg. Załatwię to w sposób możliwie delikatny, aby jej nie urazić.
— Nie, nie... Muszę to sam załatwić. Namyślę się, może znajdę jakieś wyjście z tej niemiłej sytuacji.
Berti odetchnęła z ulgą, po czym spojrzała z wdzięcznością na ojca.
— Najprzyjemniej byłoby, gdybyśmy w ogóle nie przyjmowali do domu obcej osoby. Kochamy się tak bardzo, że nie potrzebujemy nikogo. Przecież wypełniamy sobie wzajemnie życie, nieprawdaż, tatusiu?
— Tak, Berti, kochamy się bardzo — rzekł patrząc na jej prześliczną, zarumienioną twarzyczkę. — Pomyśl jednak, co będzie ze mną, gdy wyjdziesz za mąż. Wtedy przecież pomiędzy nami stanie ten trzeci.
— Ach, to przecież tak prędko nie nastąpi — odparła z uśmiechem.
— Jestem pewien, że młodzi ludzie otoczą cię wkrótce ze wszystkich stron, aż wreszcie wśród twoich wielbicieli znajdzie się taki, który ci się spodoba. Co wtedy?
Zaśmiała się wesoło.
— Wtedy oprócz córki będziesz miał jeszcze syna. Wyjdę za mąż za człowieka, który ci się spodoba, który będzie cię kochał, tak jak ja.
— Ach, ty dzieciaku! — rzekł z uśmiechem.
Uśmiechnęła się filuternie i zaczęła gwarzyć z ojcem w dawnym, serdecznym tonie. Uspokoiła się zupełnie. Co za szczęście! Panna Rittberg nie będzie im towarzyszyła, gdy za kilka dni opuszczą pokład okrętu.
Popołudnie zeszło na okręcie jak zwykle. Pasażerowie pili herbatę, słuchali koncertu, bawili się w gry towarzyskie, flirtowali i roztrząsali najnowsze ploteczki. Linda nie miała sposobności do rozmowy z Henrykiem, choć płonęła z ciekawości, pragnąc dowiedzieć się, jak Berti przyjęła wiadomość o zawartej z nią umowie.
Wreszcie pasażerowie zaczęli schodzić z pokładu, aby przebrać się do kolacji. Berti również udała się do kabiny. Warteg spostrzegł nagle Lindę, która stała na uboczu przy barierze.
— Co to? Taka samotna i zamyślona? — zwrócił się do niej.
— Ach, to pan... Pewno już czas zejść do jadalni?
— Jeszcze nie. Zanim pójdziemy do stołu, chciałbym jeszcze chwilę pomówić z panią.
— Każda rozmowa z panem, to dla mnie szczęście, drogi mistrzu — rzekła Linda.
— Tym razem niezupełnie. Niestety, córka moja twierdzi, że pani jest zbyt młoda, aby zająć w naszym domu stanowisko damy do towarzystwa... Prawdę mówiąc, muszę jej przyznać słuszność...
Oczy Lindy zapłonęły na chwilę nienawiścią. Gdy jednak podniosła wzrok na Henryka, twarz jej wyrażała smutek i cichą rezygnację.
— Powinnam była spodziewać się tego, już od dawna prześladuje mnie zły los. Ach, byłam taka szczęśliwa. Och, pan nie może sobie
— Tak, Berti, kochamy się bardzo — rzekł patrząc na jej prześliczną, zarumienioną twarzyczkę. — Pomyśl jednak, co będzie ze mną, gdy wyjdziesz za mąż. Wtedy przecież pomiędzy nami stanie ten trzeci.
— Ach, to przecież tak prędko nie nastąpi — odparła z uśmiechem.
— Jestem pewien, że młodzi ludzie otoczą cię wkrótce ze wszystkich stron, aż wreszcie wśród twoich wielbicieli znajdzie się taki, który ci się spodoba. Co wtedy?
Zaśmiała się wesoło.
— Wtedy oprócz córki będziesz miał jeszcze syna. Wyjdę za mąż za człowieka, który ci się spodoba, który będzie cię kochał, tak jak ja.
— Ach, ty dzieciaku! — rzekł z uśmiechem.
Uśmiechnęła się filuternie i zaczęła gwarzyć z ojcem w dawnym, serdecznym tonie. Uspokoiła się zupełnie. Co za szczęście! Panna Rittberg nie będzie im towarzyszyła, gdy za kilka dni opuszczą pokład okrętu.
Popołudnie zeszło na okręcie jak zwykle. Pasażerowie pili herbatę, słuchali koncertu, bawili się w gry towarzyskie, flirtowali i roztrząsali najnowsze ploteczki. Linda nie miała sposobności do rozmowy z Henrykiem, choć płonęła z ciekawości, pragnąc dowiedzieć się, jak Berti przyjęła wiadomość o zawartej z nią umowie.
Wreszcie pasażerowie zaczęli schodzić z pokładu, aby przebrać się do kolacji. Berti również udała się do kabiny. Warteg spostrzegł nagle Lindę, która stała na uboczu przy barierze.
— Co to? Taka samotna i zamyślona? — zwrócił się do niej.
— Ach, to pan... Pewno już czas zejść do jadalni?
— Jeszcze nie. Zanim pójdziemy do stołu, chciałbym jeszcze chwilę pomówić z panią.
— Każda rozmowa z panem, to dla mnie szczęście, drogi mistrzu — rzekła Linda.
— Tym razem niezupełnie. Niestety, córka moja twierdzi, że pani jest zbyt młoda, aby zająć w naszym domu stanowisko damy do towarzystwa... Prawdę mówiąc, muszę jej przyznać słuszność...
Oczy Lindy zapłonęły na chwilę nienawiścią. Gdy jednak podniosła wzrok na Henryka, twarz jej wyrażała smutek i cichą rezygnację.
— Powinnam była spodziewać się tego, już od dawna prześladuje mnie zły los. Ach, byłam taka szczęśliwa. Och, pan nie może sobie wyobrazić, co znaczyła dla mnie ta posada! Był to nie tylko jedyny ratunek, ostatnia deska zbawienia, zabezpieczony byt. O, nie! Czekało mnie ogromne, niespodziewane szczęście. Miałam przebywać wciąż w pobliżu człowieka, którego uwielbiam... ubóstwiam... Ach, mistrzu, proszę mi wybaczyć, że dałam się unieść gorącemu porywowi serca. Proszę zapomnieć... Powiedziałam zbyt wiele... Tak, wiem, że muszę się pogodzić z faktem.
Henryk był wzruszony, wstrząśnięty do głębi. Żadne przeczucie nie ostrzegło go, że Linda odgrywa komedię. Uległ całkowicie jej urokowi, zapomniał w tej chwili o Berti i o jej matce, której obraz niedawno jeszcze stał mu tak żywo w pamięci, odświeżony snem córki. Ujął rękę Lindy.
— Lindo, droga Lindo... Niech się pani nie martwi! Nie mogę patrzeć, gdy pani jest smutna.
Uśmiechnęła się smętnie.
— Proszę na mnie nie zważać drogi mistrzu. Zniosę ten cios z pokorą, tak jak znosiłam dotychczas wszystkie nieszczęścia...
— Czy pani doprawdy uważa to za wielkie nieszczęście?
Spojrzała na niego rozmarzonym, pełnym uwielbienia wzrokiem.
— Pan o to pyta? O, gdyby pan mógł zajrzeć w głąb mego serca, zrozumiałby pan, co mnie najbardziej dręczy. Nie mogę tego jednak powiedzieć... My kobiety, musimy cierpieć w milczeniu, nawet wówczas, gdy serce dopomina się o swoje prawa... Działać wolno tylko mężczyźnie.
Patrząc na nią zapomniał o wszystkim. Był zakochany i pożądał Lindy. Podniecony, przycisnął do ust jej rękę.
— Lindo, słodka Lindo... Czy to prawda, czy dobrze zrozumiałem? Więc serce twoje należy do mnie, do człowieka o tyle lat starszego od ciebie?
Wyrwała mu rękę. Ponieważ nie mogła wywołać sztucznych rumieńców, więc zakryła oblicze, jakby w najwyższym zawstydzeniu.
— Niech pan nie pyta, o, niech pan nie pyta! Jestem nieszczęśliwa, lecz nie chcę zatracać mej kobiecej dumy...
Rozejrzał się niespokojnie wokoło, patrząc, czy nikogo nie ma w pobliżu. Byli jednak zupełnie sami. Henryk zapomniał o wszystkich swoich postanowieniach. Widział przed oczyma jej złote włosy, w któ-wyobrazić, co znaczyła dla mnie ta posada! Był to nie tylko jedyny ratunek, ostatnia deska zbawienia, zabezpieczony byt. O, nie! Czekało mnie ogromne, niespodziewane szczęście. Miałam przebywać wciąż w pobliżu człowieka, którego uwielbiam... ubóstwiam... Ach, mistrzu, proszę mi wybaczyć, że dałam się unieść gorącemu porywowi serca. Proszę zapomnieć... Powiedziałam zbyt wiele... Tak, wiem, że muszę się pogodzić z faktem.
Henryk był wzruszony, wstrząśnięty do głębi. Żadne przeczucie nie ostrzegło go, że Linda odgrywa komedię. Uległ całkowicie jej urokowi, zapomniał w tej chwili o Berti i o jej matce, której obraz niedawno jeszcze stał mu tak żywo w pamięci, odświeżony snem córki. Ujął rękę Lindy.
— Lindo, droga Lindo... Niech się pani nie martwi! Nie mogę patrzeć, gdy pani jest smutna.
Uśmiechnęła się smętnie.
— Proszę na mnie nie zważać drogi mistrzu. Zniosę ten cios z pokorą, tak jak znosiłam dotychczas wszystkie nieszczęścia...
— Czy pani doprawdy uważa to za wielkie nieszczęście?
Spojrzała na niego rozmarzonym, pełnym uwielbienia wzrokiem.
— Pan o to pyta? O, gdyby pan mógł zajrzeć w głąb mego serca, zrozumiałby pan, co mnie najbardziej dręczy. Nie mogę tego jednak powiedzieć... My kobiety, musimy cierpieć w milczeniu, nawet wówczas, gdy serce dopomina się o swoje prawa... Działać wolno tylko mężczyźnie.
Patrząc na nią zapomniał o wszystkim. Był zakochany i pożądał Lindy. Podniecony, przycisnął do ust jej rękę.
— Lindo, słodka Lindo... Czy to prawda, czy dobrze zrozumiałem? Więc serce twoje należy do mnie, do człowieka o tyle lat starszego od ciebie?
Wyrwała mu rękę. Ponieważ nie mogła wywołać sztucznych rumieńców, więc zakryła oblicze, jakby w najwyższym zawstydzeniu.
— Niech pan nie pyta, o, niech pan nie pyta! Jestem nieszczęśliwa, lecz nie chcę zatracać mej kobiecej dumy...
Rozejrzał się niespokojnie wokoło, patrząc, czy nikogo nie ma w pobliżu. Byli jednak zupełnie sami. Henryk zapomniał o wszystkich swoich postanowieniach. Widział przed oczyma jej złote włosy, w których zachodzące słońce rozpalało metaliczne blaski, widział jej postać drżącą z tłumionego wzruszenia. Linda udawała słabą i bezbronną, spragnioną pociechy. Wtedy Henryk otoczył ją ramieniem. Idąc za głosem zadowolonej próżności i pragnienia, przycisnął ją mocniej do siebie.
— Lindo, najdroższa Lindo! Więc kochasz mnie? Powiedz, że kochasz mnie, tak jak ja ciebie!
Przytuliła się do niego, jakby poddając się bezwolnie jego namiętności.
— Mój mistrzu... Mój panie... O, Boże! Umrę, jeżeli będę musiała rozstać się z tobą...
Wtedy przycisnął wargi do jej ust.
— Lindo, nie chcę, żebyśmy się rozstawali. Bądź moja!
Przytulona do jego serca, uśmiechnęła się przez łzy, po czym
spojrzała na niego tajemniczymi oczyma rusałki.
— Och, mój kochany, ja przecież nie mam woli... Uczynię wszystko, czego zażądasz. Teraz mi dobrze, tak dobrze... Przestałam się smucić. Na towarzyszkę twej córki jestem za młoda, lecz jako twoja żona będę mogła zaopiekować się nią.
Henryk przestraszył się. To mu wcale nie przyszło na myśl, nie miał zamiaru prosić o rękę Lindy. Miał zupełnie inne plany, a inicjatywa małżeństwa wyszła właściwie od Lindy. W każdym razie klamka zapadła, on zaś nie mógł się już cofnąć. Ta dumna, czysta dziewczyna pokładała w nim zaufanie, nie powinien był sprawić jej zawodu.
Przycisnął spragnione wargi do jej ust, pokrywając je gorącymi pocałunkami, jakby chciał w ten sposób przypieczętować ten związek. Potem rzekł z uśmiechem:
— Spodziewam się, Lindo, że nie będziesz żałowała nigdy, iż oddałaś rękę człowiekowi starszemu od siebie...
Nie myślał jednak na serio, że Linda pożałuje kiedykolwiek tego kroku. Był zbyt próżny, aby nie zdawać sobie jasno sprawy, że może jej ofiarować pełnię szczęścia. Ona podniosła ku niemu oczy z rozmarzonym spojrzeniem:
— O mój najdroższy, nie mów takich słów, ja przecież drżę ze szczęścia! Kocham cię bezgranicznie, miłość twoja czyni ze mnie kobietę najbardziej godną zazdrości na całym świecie.
rych zachodzące słońce rozpalało metaliczne blaski, widział jej postać drżącą z tłumionego wzruszenia. Linda udawała słabą i bezbronną, spragnioną pociechy. Wtedy Henryk otoczył ją ramieniem. Idąc za głosem zadowolonej próżności i pragnienia, przycisnął ją mocniej do siebie.
— Lindo, najdroższa Lindo! Więc kochasz mnie? Powiedz, że kochasz mnie, tak jak ja ciebie!
Przytuliła się do niego, jakby poddając się bezwolnie jego namiętności.
— Mój mistrzu... Mój panie... O, Boże! Umrę, jeżeli będę musiała rozstać się z tobą...
Wtedy przycisnął wargi do jej ust.
— Lindo, nie chcę, żebyśmy się rozstawali. Bądź moja!
Przytulona do jego serca, uśmiechnęła się przez łzy, po czym
spojrzała na niego tajemniczymi oczyma rusałki.
— Och, mój kochany, ja przecież nie mam woli... Uczynię wszystko, czego zażądasz. Teraz mi dobrze, tak dobrze... Przestałam się smucić. Na towarzyszkę twej córki jestem za młoda, lecz jako twoja żona będę mogła zaopiekować się nią.
Henryk przestraszył się. To mu wcale nie przyszło na myśl, nie miał zamiaru prosić o rękę Lindy. Miał zupełnie inne plany, a inicjatywa małżeństwa wyszła właściwie od Lindy. W każdym razie klamka zapadła, on zaś nie mógł się już cofnąć. Ta dumna, czysta dziewczyna pokładała w nim zaufanie, nie powinien był sprawić jej zawodu.
Przycisnął spragnione wargi do jej ust, pokrywając je gorącymi pocałunkami, jakby chciał w ten sposób przypieczętować ten związek. Potem rzekł z uśmiechem:
— Spodziewam się, Lindo, że nie będziesz żałowała nigdy, iż oddałaś rękę człowiekowi starszemu od siebie...
Nie myślał jednak na serio, że Linda pożałuje kiedykolwiek tego kroku. Był zbyt próżny, aby nie zdawać sobie jasno sprawy, że może jej ofiarować pełnię szczęścia. Ona podniosła ku niemu oczy z rozmarzonym spojrzeniem:
— O mój najdroższy, nie mów takich słów, ja przecież drżę ze szczęścia! Kocham cię bezgranicznie, miłość twoja czyni ze mnie kobietę najbardziej godną zazdrości na całym świecie.
Wierzył jej bez zastrzeżeń. Obawiał się tylko jednego. Oto Berti odziedziczyła po matce ognisty, gwałtowny temperament, potrafiła wybuchać gniewem w chwilach, gdy się tego najmniej spodziewano. Henryk przeczuwał, że gdy oznajmi jej o swych zaręczynach, dojdzie z pewnością do przykrej sceny. Nie mógł jednak zważać na to. Podał Lindzie ramię.
— Chodźmy, kochanie, trzeba się przebrać do kolacji.
— Pomyśl, ukochany, jak zdziwią się nasi towarzysze podróży, gdy dowiedzą się, że jesteśmy zaręczeni. Czy oznajmisz im to jeszcze dzisiejszego wieczoru?
W oczach jej pojawił się badawczy wyraz. Lękała się wciąż jeszcze, że Henryk wymknie się z jej rąk. Zauważyła, że nie zbliżył się do niej w zamiarach matrymonialnych. Henryk Warteg jednak nie miał obecnie ochoty zrywać słodkich pęt. Przycisnął mocniej ramię narzeczonej:
— Zachowajmy na razie w tajemnicy nasze zaręczyny. Przede wszystkim muszę przygotować moją córkę, najdroższa!
— Czy lękasz się, że twoja córka przyjmie niechętnie tę wiadomość?— spytała, pełna lęku.
Głos jej brzmiał w tej chwili dziwnie szorstko, oczy rozbłysły nienawiścią. To jednak uszło uwagi Henryka. Odczuł jedynie strach, który brzmiał w jej pytaniu.
— Nie martw się o to! Moja mała Berti będzie z pewnością w pierwszej chwili trochę oszołomiona; kochała bardzo swoją matkę, po jej śmierci przeniosła tę miłość na mnie. Musisz wejść w jej położenie, aby pojąć, że Berti musi oswoić się najpierw z tą myślą i uznać cię za drugą matkę.
Westchnęła głęboko.
— Ach, drogi Henryku, nie zniosłabym, gdyby Berti stanęła na przeszkodzie mojej miłości. Wolałabym skoczyć za burtę, niż wyrzec się ciebie.
— Spokojnie, spokojnie, kochanie! Nikt i nic nas nie rozdzieli, nawet i Berti. Nie będzie zresztą starała się rozłączyć nas, gdy postawię ją wobec dokonanego faktu.
Nie spostrzegł zimnego błysku w jej oczach, które wydawały się w tej chwili prawie zielone. Przytuliła się tkliwie do jego ramienia.
— Postaram się zaskarbić sobie przychylność Berti. Uczynię wszy-
Wierzył jej bez zastrzeżeń. Obawiał się tylko jednego. Oto Berti odziedziczyła po matce ognisty, gwałtowny temperament, potrafiła wybuchać gniewem w chwilach, gdy się tego najmniej spodziewano. Henryk przeczuwał, że gdy oznajmi jej o swych zaręczynach, dojdzie z pewnością do przykrej sceny. Nie mógł jednak zważać na to. Podał Lindzie ramię.
— Chodźmy, kochanie, trzeba się przebrać do kolacji.
— Pomyśl, ukochany, jak zdziwią się nasi towarzysze podróży, gdy dowiedzą się, że jesteśmy zaręczeni. Czy oznajmisz im to jeszcze dzisiejszego wieczoru?
W oczach jej pojawił się badawczy wyraz. Lękała się wciąż jeszcze, że Henryk wymknie się z jej rąk. Zauważyła, że nie zbliżył się do niej w zamiarach matrymonialnych. Henryk Warteg jednak nie miał obecnie ochoty zrywać słodkich pęt. Przycisnął mocniej ramię narzeczonej:
— Zachowajmy na razie w tajemnicy nasze zaręczyny. Przede wszystkim muszę przygotować moją córkę, najdroższa!
— Czy lękasz się, że twoja córka przyjmie niechętnie tę wiadomość?— spytała, pełna lęku.
Głos jej brzmiał w tej chwili dziwnie szorstko, oczy rozbłysły nienawiścią. To jednak uszło uwagi Henryka. Odczuł jedynie strach, który brzmiał w jej pytaniu.
— Nie martw się o to! Moja mała Berti będzie z pewnością w pierwszej chwili trochę oszołomiona; kochała bardzo swoją matkę, po jej śmierci przeniosła tę miłość na mnie. Musisz wejść w jej położenie, aby pojąć, że Berti musi oswoić się najpierw z tą myślą i uznać cię za drugą matkę.
Westchnęła głęboko.
— Ach, drogi Henryku, nie zniosłabym, gdyby Berti stanęła na przeszkodzie mojej miłości. Wolałabym skoczyć za burtę, niż wyrzec się ciebie.
— Spokojnie, spokojnie, kochanie! Nikt i nic nas nie rozdzieli, nawet i Berti. Nie będzie zresztą starała się rozłączyć nas, gdy postawię ją wobec dokonanego faktu.
Nie spostrzegł zimnego błysku w jej oczach, które wydawały się w tej chwili prawie zielone. Przytuliła się tkliwie do jego ramienia.
— Postaram się zaskarbić sobie przychylność Berti. Uczynię wszystko, co będzie w mej mocy, abyś nie miał powodu uskarżać się na nią, pragnę ci przecież oszczędzić przykrości. A przy tym... kocham Berti, bo jest twoją córką.
Zatrzymał się i pocałował ją w rękę.
— Do widzenia, zobaczymy się przy stole, moja słodka Lindo. Najpóźniej jutro w południe nasi towarzysze podróży dowiedzą się, że jesteśmy zaręczeni. Może dziś wieczorem będę miał sposobność przygotować Berti. Bądź w pobliżu, abym cię mógł potem zawołać. Przedtem jednak zostaw nas samych, dopóki nie powiem wszystkiego Robercie.
