Gwiazdor - Piotr C - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Gwiazdor ebook

Piotr C

3,8

122 osoby interesują się tą książką

Opis

Szczęśliwe zdjęcia, smutne życie


Oto Benek. Bernard, nie Benedykt. Scenarzysta, alkoholik i lekoman. To najgorsza chwila w jego życiu. Ma 40 lat. Nie ma ochoty na seks. Zapchał mu się zlew. Mieszka w Warszawie, jest zima.
I jeszcze ktoś wali do jego drzwi. Za chwilę warszawska lala na wycieraczce okaże się łapówką, a prosta prośba od Rygla – napakowanego sterydami rapera – stanie się morzem problemów, które zmienią Benka na zawsze.

Przyjaźń kontra sława, miłość kontra koks. Eskortki, modelki, celebrytki.
Pieniądze, ścianki, prochy, kolorowe drinki, social media i gwiazdy showbizu.

Świat o którym marzysz i którego nie chcesz poznać.

Warszawa jest kobietą, która nocą pokazuje swoje tajemnice.

Zobacz, komu zazdrościsz.


Piotr C. - jeden z najpopularniejszych polskich blogerów, nigdy nie ujawnił swojej tożsamości. Autor czterech powieści, sprzedanych w łącznym nakładzie 430 tysięcy egzemplarzy. Nominowany za „Brud” w konkursie Bestsellery Empiku 2016. Korporacyjny szczur, któremu udało się wywalczyć niezależność. Mieszka na warszawskiej Ochocie. Nie czuje potrzeby bycia rozpoznawalnym.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 294

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

Środa, 22 styczniaWarszawa Powiśle, godzina 13.00

Najbardziej przejebana rzecz pod słońcem:

Mieć czterdzieści lat.

Bez ochoty na seks.

W Warszawie.

Zimą.

W zlewie stoi sterta talerzy po sushi, wieprzowinie z imbirem, tofu z rzepą donburi, kaczce z salsą mango oraz grillowanym łososiu. I brudna woda. W wodzie pływa imbir i sos sojowy. Ktoś wstawił je do zlewu, a później zalał. Nie ja.

Wczoraj było tu czterech mężczyzn i trzy kobiety. Poszło sześć butelek czerwonego wina, cztery białego, dwa szampany i butelka whisky Johnnie Walker Blue przyniesiona przez krępego producenta. Dostał ją pewnie jako łapówkę. Nikt normalny nie przynosi w gości whisky za siedem stów. Butelki odstawiam do kartonu. Nie wierzę w segregację, ale robię segregację. Brudne garnki. Jeden upaprany brązową breją. Koło północy któraś z kobiet robiła budyń czekoladowy. Gości wyprosiłem po trzeciej rano. Nie słuchałem, co mają do powiedzenia. Mówiłem: „Idźcie sobie. Jestem już wami znudzony”.

Patrzę na talerze. Wyjmuję je ze zlewu, zgarniam z nich resztki do śmietnika i ustawiam w zmywarce. To, co zostało, wystarczy na trzydzieści trzy kolejne zmywarki. Wkładam rękę do brudnej wody w zlewie. Jest zimna. Nie powinienem tak ostro zaczynać od rana. Znaczy od pracy.

Woda spływa ze zlewu, ale bardzo wolno. Jest usyfiona jak polski polityk, ale nie będziemy teraz myśleć o politykach, bo od tego robi się niedobrze. Będziemy skupiać się na udrażnianiu. Dłubię w zlewie pałeczką do sushi. Nic. Myję ręce w łazience. Rozważam przez moment wezwanie hydraulika, ale szybko z tego głupiego pomysłu rezygnuję. Warszawski hydraulik ceni się, jakby pracował w Nowym Jorku, a kalendarz zleceń ma zazwyczaj zapchany niczym wzięty neurochirurg. Jak koledze zapchał się sedes, modlił się przy nim z godzinę. Kiedy zadzwonił do dziesięciu hydraulików, odebrało trzech; dwóm się nie opłacało, trzeci wyznaczył mu termin na kwiecień. Był luty. Gówno nas pochłonie.

Uruchamiam laptopa. Znajduję na YouTubie film: „Jak i czym przepchać zlew”. Raz internet przyda się do czegoś porządnego, a nie tylko do oglądania porno i kotów.

Mężczyzna z wąsem na ekranie przedstawia trzy sposoby na odetkanie rury. Ten wąs to plus sto do hydraulicznego ataku, jak mniemam. Ten wąs niejedną cipą trząsł – jak mówi pewien znany mi raper.

Wąsaty wymienia rzeczy, których nie mam. Przepychaczka, soda, ocet…

Dzwonek domofonu. To na pewno pomyłka. Z nikim się nie umawiałem. Złośliwe języki mówią, że dzieci, które dzwoniły do ludzi przez domofony i uciekały, teraz pracują w DPD albo na Poczcie Polskiej. Jak widać, kolejne pokolenie rośnie i już się wprawia.

Ignoruję.

Mężczyzna z wąsem proponuje drugą metodę. Sól i gorąca woda. Pauza. Idę sprawdzić, czy mam w kuchni jakąś sól. Jest. Himalajska, różowa, ale nie sądzę, aby rurom to robiło jakąś różnicę.

Ding-dong-ding-dong!!!

Po chuju fest.

Przerywam prace koncepcyjne. Idę powoli. Ding-dong-ding-dong-ding-dong – trzy szybkie dzwonki wskazują, że osoba za drzwiami oczekuje, że ktoś otworzy. Może jednak kogoś trzeba opierdolić solidnie. Otwieram drzwi i słyszę:

– Nie wiem, szanowna pani, czy pan Bernard jest obecny. Ale powiem pani, że dawno nie było u niego takiej kobiety. A wczoraj były trzy!!!

– Dzień dobry pani – mówię do kobiety. – Dzień dobry, panie Ciechanowski – mówię do głowy z czaszką jak nakrapiane jajo wystającej zza sąsiednich drzwi. – Jak życie?

Kobieta jest młoda. Wygląda znajomo. Czy ja ją znam?

– Co to za życie, panie Benku – odpowiada Ciechanowski, lat na oko sześćdziesiąt kilka, kilogramów, również na oko, ze dwadzieścia za dużo. – Jeść już nie mogę, bo zgaga i niestrawność. – Łysol lekceważąco macha ręką. – Pić nie mogę, bo lekarz zabrania. Jak czytam, to mam ochotę podkręcić radio, żeby obraz wyostrzyć. A seks? Ile się to człowiek naczeka, zanim coś z tego będzie… Ile tabletek nabierze… Pan to ma szczęście, panie Benku… – stwierdza z rozmarzeniem, obcinając bezwstydnie kołyszące się na boki biodra kobiety, która korzysta z okazji i wbija mi się do mieszkania.

Okej. Jestem zdziwiony, ale działy się tu już dziwniejsze rzeczy.

– Moja babcia Lodzia mawiała: „Kto cnotliwy, ten szczęśliwy”, panie Ciechanowski – mówię.

– Moja babka mówiła, że kupę i sprawy miłosne trzeba załatwiać każdego ranka – prycha Ciechanowski. – Straszny był z niej kawał cholery. Lała mnie pogrzebaczem, niech jej ziemia ciężką będzie…

– Widzi sąsiad? Zostały nam w życiu jeszcze jakieś przyjemności.

Zamykam drzwi. Odwracam głowę. Przyglądam się. Kobieta ma młodą twarz, ale stare oczy. Wygląda jak lalka Barbie, świeżo wyciągnięta z przypominającego trumnę pudełka. Pudełka z frontem z przeźroczystego plastiku i z bladoróżowym wnętrzem. Jak modelka „Playboya” z początków Photoshopa. Zawsze miałem słabość do kobiet z dużymi piersiami i piegami na twarzy. A może to było w poprzednim życiu?

– To ty! To naprawdę ty!!! – mówi.

Nie odpowiadam. Może sama wyjdzie. Ale znam to spojrzenie. Teraz będzie, że utyłem, pomarszczyłem się i włosy mi wypadają. To są skutki picia wódki. Co będzie, jak wypiję za dużo wódki? Będzie pojutrze.

– Wyglądasz jak z krzyża zdjęty. Ale ja się tobą zajmę. Po mojej wizycie będziesz jak nowo narodzony!

Czy ja ją znam, że ona tak do mnie mówi? Familiarnie? Mam strasznie słabą pamięć do twarzy. Pamiętam, jak całuję szyję podobnej blondynki w łazience w jakimś klubie na placu Teatralnym, na podłodze było pełno wody, bo toaleta wybiła. Wtedy mi to nie przeszkadzało.

– Lubię cię – mówiłem.

Zawsze jest „lubię cię”. Nigdy „kocham cię”. Słowa się szybko zużywają. Nigdy nie ma „kocham cię”, bo pewne deklaracje powinny być szczere, bo mówię, co myślę. Żyje się wtedy dużo łatwiej.

Pięknie się prezentowała ta kobieta z łazienki, jak te mieszkania przy Polu Mokotowskim, które sprzedaje się, jak głosi reklama, „już od 4 mln zł”. Miała skórę w kolorze mleka, długie nogi i włosy do połowy pleców.

(Trzymałem ją później, jak Indianie trzymali konie, czyli za grzywę, obijając się biodrami o jej tyłek. To były jednak dawne czasy, ze cztery, a może pięć lat temu najmarniej, kiedy jeszcze to dla mnie miało jakieś większe znaczenie).

Może to ta sama? A może nie? Może to było kiedy indziej? – frasuję się.

– Tak, to ja – mówię zrezygnowany. – Czy ja…? Czy my…?

Pytania wiszą w powietrzu.

(Czy my kiedykolwiek spotkaliśmy się w celu erotycznym, którego teraz nie pamiętam, bo widać byłem pijany, widać łączyłem szampana i wódkę, a nie powinienem łączyć szampana i wódki, a może miłość cielesna nie była zbyt udana).

Zaprzecza. Bez wahania.

– Kim pani jest? – pytam w końcu.

– Julia. Ale możesz do mnie mówić, jak tylko masz ochotę. Angelina też może być.

Uśmiech. Bardzo białe zęby. Dlaczego ja mam talent do pakowania się w takie sytuacje?

– Skąd ja panią znam?

– Rygiel mnie przysłał – mówi w końcu.

Mogłem się tego domyślić. Muszę się napić. Czasami są takie dni. Jakby to miasto generowało problemy z dupy wyjęte. Na blacie w kuchni stoi butelka koniaku. Tak, kieliszek koniaku byłby teraz w sam raz. A może jeszcze jedna kawa do tego?

– Pani wejdzie. Pani usiądzie – mówię. – Muszę zadzwonić.

I kogoś obić pogrzebaczem. Babka sąsiada Ciechanowskiego to była bardzo mądra kobieta.

Julia vel Angelina przechodzi koło mnie. Znienacka i figlarnie dotyka mojej ręki. Przytrzymuje ją, gładzi, jej mały palec u dłoni dotyka mojego małego palca.

Cofam rękę.

– Rygiel mi mówił, że robiłeś ten serial. Jestem twoją największą fanką. – Jej twarz się rozjaśnia, jakby ktoś nacisnął enter.

– Na pewno – przerywam jej.

– Ta scena… Z psem. Zawsze płaczę, jak ją oglądam.

Siada na mojej pomarańczowej lub – jak wolą kobiety – ceglastej sofie stojącej pod wielkim plakatem z szatynką z wyeksponowanym bufetem. Bufet i szatynka pojawiły się w czwartym odcinku, w drugim sezonie i już zostały.

Plakat dostałem, kiedy zawieszono zdjęcia, jako podziękowanie od ekipy. Były na nim podpisy wszystkich ludzi z produkcji, wręczała go sama szatynka zaróżowiona na twarzy. Była na pół rozebrana, bo sukienką tego nie można było nazwać. Chciałem, aby to jak najszybciej się skończyło. Szatynka chciała wrócić ze mną do tego mieszkania. Czy wróciła? Nie pamiętam.

Teraz nie ma szatynki, jest blondynka, która siedzi na kanapie. Absurdalnie krótka sukienka podwija się, co dostrzegam kątem oka, ale nie, nie robi to na mnie wrażenia, nie może to na mnie robić wrażenia, jestem dorosłym mężczyzną, widziałem niejedną nagą kobietę. Idę do łazienki, odwracam się na pięcie, wychodzę z łazienki, idę po telefon, który leży na stoliku przed pomarańczową kanapą, spoglądam jeszcze raz na nogi kobiety i znowu idę do łazienki. Ostrożnie zamykam za sobą drzwi.

Łazienka jest biała. Patrzę w lustro. Widzę starego mężczyznę o twarzy porośniętej niegolonym od wczoraj zarostem. Pucułowata morda zbolałego basseta.

Jesteś starym człowiekiem – myślę. – Masz czterdzieści lat.

Trzydzieści dziewięć i pół – pociesza lustro.

Czyli czterdzieści. Będzie gorzej. Jak masz czterdzieści lat, to już możesz umrzeć, bo powiedzą: „Trochę pożył”. Nie to, co dwudziestolatek.

Wyceniam się na trzy nekrologi i dwie wzmianki w specjalistycznych serwisach internetowych.

– Słyszałeś? Benek umarł.

– No, szkoda gościa.

Włączam telefon Nokia 6310i, najbardziej zaawansowany model w historii telefonii komórkowej, rok produkcji 2003. Kiedyś przejechałem po nim samochodem, wystarczyło zmienić obudowę i działa dalej. Wybieram na ekranie pierwszy numer. Rygiel. Rygiel jest odpowiedzią na wszystkie moje pytania.

Cztery dzwonki. Pięć dzwonków. Idzie szósty. Głos w słuchawce jest ochrypły i w dziwny sposób przeciąga sylaby.

– Siema, mordeczko, jak życie?

– Kim jest ta kobieta i co ona robi w moim domu? – pytam bezceremonialnie.

Nie jestem zdenerwowany. Jestem znużony.

– Coś ci pod kopułą nie pyka – mówi Rygiel. – Masz depresję.

– Dziękuję, panie doktorze – odpowiadam. – Dlaczego przysłałeś mi tę… młodą damę?

– Pięć lat temu potrafiłeś imprezować przez czterdzieści osiem godzin z rzędu, a after ci przechodził w…

Celebryci nie słuchają. Mają jakiś błąd w oprogramowaniu. Wirus. Może to zresztą odróżnia ich od zwykłych śmiertelników. Rygiel na tym rynku jest od dwudziestu lat i ciągle się trzyma w czołówce. Mówią o nim, że jest jak Janusz Panasewicz, całkowicie niezniszczalny i odporny na mody. Nagrał dwa albumy, które znalazły się na liście stu dwudziestu najważniejszych płyt polskiego hip-hopu. Ma swoją wytwórnię, sprzedaje ciuchy sygnowane brandem Rygiel. Występował jako juror w pierwszej edycji show „Śpiewać każdy umie”. Został wtedy przez swoje środowisko uznany za sprzedawczyka. Że poleciał na hajs.

Ile można słuchać, że się sprzedałeś, w środowisku, gdzie sprzedają się wszyscy? Mam w dupie tę całą scenę, to jest banda zakłamanych gości.

Pobił kilku fotografów, pobił kilku raperów, umawiał się z nimi na solo.

– Strasznie się nie lubię bić. Ale co robić. Taka praca – mówi.

Jest uzależniony od sławy i tego, że go rozpoznają. Jak mówi: „Od tego, że cię rozpoznają, gorsze jest tylko to, że cię nie rozpoznają”.

– Pięć lat temu to ja miałem trzydzieści cztery lata. Teraz mam sto trzydzieści cztery – odpowiadam.

– Spotykasz się z kimś? Potrzebujesz zacząć się z kimś spotykać.

O nie. Tego nie potrzebuję na pewno.

– Wczoraj miałem gości. Czterech mężczyzn, trzy kobiety, dużo alkoholu – odpowiadam.

– Sztywniutko – sapie, będąc najwyraźniej pod wrażeniem. – Mała orgietka? Silikonowe cycki i botoks? Koks był posypany? – dopytuje się. – Robiłeś je na tej swojej podłodze z betonowego plastiku?

Rygiel nie szanuje mojej podłogi. Twierdzi, że identyczną ma u siebie w garażu i owszem, jest praktyczna, jak ci się olej wyleje, ale nic poza tym. Nie wykluczam, że ma trochę racji.

– To byli ludzie z NTM – ucinam jego zapał.

– Te kurwy niemyte – sapie jeszcze raz. – No, im dymanie akurat by się przydało. Tyle że te suki to modliszki, zaraz by ci go odgryzły.

Nie komentuję. Ale ma rację.

Poznaliśmy się z Ryglem na planie serialu. Produkcja nalegała, aby go zatrudnić do epizodu, bo miało to nam zrobić dobrze w dolnej części grupy wiekowej 16–49. Ryglowi poszło jednak na tyle dobrze, że jego rola została rozszerzona. Grał właściwie siebie, rapera siedzącego na ławce przed blokiem, z VIP-em mocnym z Biedronki (tylko logo trzeba było zakryć, bo się co do product placementu nie dogadano), w rozciągniętym dresie marzącego o karierze na scenie. Małolaty patrzyły na niego i się chyba identyfikowały.

– Ja cię wyleczę. Jak cię ten lachon pociągnie za dźwignię, to ci się białko w oczach zagotuje.

– Wolę mniej ścięte – wyznaję.

– Ona świetnie robi laseczkę, ale możesz jej też wsadzić w dupeczkę. Zrobisz jej w łóżku tajfun. I ona ci to zrobi za darmo… – Wyglądało, jakby nagle się zaciął i próbował sobie coś tam poukładać w głowie.

Rygiel miał tak często. On mówił, że to proces twórczy. Ja, że za dużo alko i dragów.

– Czekaj, czekaj, zapiszę to, mam nowego leszcza w wytwórni, jemu to się spodoba, ta fraza… Te wsioki będą to ryczeć na koncertach… – mówi mimochodem i słyszę, że szuka kawałka papieru i czegoś do pisania.

– Wsioki? – pytam.

Rygiel mruczy pod nosem coś, co brzmi jak: „Moja dupa mówi mi szeptem: Chcę pieprzyć cię”.

– Publiczność – dodaje w końcu.

Przez moment milczymy. Słyszę, jak szeleści papier.

– Wolisz: „poznasz mego pana, zaraz pojawi się śmietana” czy „robi się mokra w moim CLS-ie, zaraz go possie, zaraz go podniesie”? – pyta wyraźnie zainteresowany.

– Jedno i drugie jest do dupy.

– Masz rację. – Rygiel zaczyna coś jeść i słyszę, jak przełyka. – Zachowam obie wersje – kwituje.

Znowu szeleści.

– Rygiel, czy ty jesz i srasz, jak ze mną rozmawiasz?

– Oczywiście – przyznaje bez skrępowania. – Wykorzystuję każdą wolną chwilę. – To się nazywa optymalizacja. Nie słyszałeś?

– W korporacji się zatrudnij – radzę. – Albo za coaching się weź.

Rygiel znowu nie słyszy albo nie chce słyszeć, co na jedno wychodzi.

– Piosenka dla ludu musi zawierać wszystko to, za czym lud tęskni i czego nie dostanie – wyjaśnia. – To będzie takie gówno jak Lil Pump. Gucci czapki, Gucci szmaty, oni chcą je mieć od tyłu, one chcą ich sosu, robienie loda w amg na przednim siedzeniu, koks posypany – wylicza beznamiętnie.

– Twórczość raperów faktycznie osiągnęła nieznany od lat poziom szczerości. Ich faktycznie interesują tylko ciuchy, koks i dziwki. Są spójni – komentuję.

Rygiel się śmieje.

– Wpadniesz do mnie dzisiaj? – pyta. – Mam interes.

– To dobrze. To go używaj. Masz moje błogosławieństwo. Ta kobieta to łapówka? – mówię, nie pytam.

– Ładna, nie? – zauważa chełpliwie Rygiel. – Ta laska jest genialna. Francuska estetyka i niemiecka precyzja. Pozwiedzaj ją, póki nie zaparkowało w niej jeszcze pół miasta.

– Nein – mówię. – Nie uprawiam seksu na fakturę.

– Bądź człowiekiem. Daj pipinie zarobić. Ona tego przecież nie robi dla przyjemności, tylko dla moich pieniędzy.

Patrzę w lustro.

– Czy widziałeś, żebym ja miał na drzwiach napisane: Urząd Pracy?

– Jak taki kawał cyca nie pomoże na twoje troski, to nic nie pomoże – mówi niefrasobliwie Rygiel.

Chcę mu jeszcze powiedzieć, że korzystanie z usług kobiet za pieniądze ma w sobie tyle samo emocji, co łowienie ryb w stawie hodowlanym przez wrzucanie do środka granatów. W seksie powinny być jakieś emocje, że ktoś kogoś chociaż lubi albo nienawidzi, że najbardziej się człowiek podnieca nie na widok piersi czy tyłka, ale wyrazu oczu właśnie. Że są takie rzeczy, które kobiety dają za darmo, i o nie chodzi w życiu.

– Nie, Rygiel. Miłe to, ale dzięki – ucinam.

– A to już twoja sprawa – nadyma się. – Nie chcesz prezentu, to ją oddam Ryjowi.

Ryj to agent Rygla. Ma nieproporcjonalnie wielką głowę. Chyba ma na imię Mariusz, ale wszyscy mówią do niego per Ryj. Albo Ryju.

Ryj jest agentem Rygla już jakieś dziesięć lat. Na ścianach w wytwórni są jego zdjęcia, jak zaczynał. Był z niego chudy jak pelikan chłopaczek z włosami jak żyto po przejeździe kombajnu. Od tej pory utył jakieś trzydzieści kilo i goli się na łyso. Chodzi w dresach Plein Sport albo Dsquared2 w rozmiarze XXL i koszulkach z wielkim logo Givenchy. Zadbany, ogolony i pachnący. Dobrze się kłóci o pieniądze. Jest odpowiednio agresywny. I odpowiednio groźny.

Problem z Ryjem jest taki, że lubi psuć kobiety. Traktuje je jak połcie mięsa z dziurami, które trzeba dobrze zbić. Nie chce go obsługiwać już żaden dom publiczny na całym Mokotowie, może dlatego, że kiedyś jedną pannę chciał zmusić do stosunku ze swoim owczarkiem niemieckim. A to nie był wcale jego najgorszy pomysł.

W tej branży jest jednak tak, że zawsze jakieś dziewczęta ze zbyt dużą ilością tuszu na rzęsach kręcą się po garderobie. A po koncercie chcą pójść z Ryglem do łóżka lub chociaż objąć ustami pełnię jego talentu. Zazwyczaj są to osiemnasto- dziewiętnastolatki, dla których możliwość zaliczenia celebryty jest niczym wygrana w „Tańcu z gwiazdami” lub osiemdziesiąt procent zniżki w Sephorze. Rygiel wybiera z nich jedną, góra dwie – pozostałe są dla członków ekipy. Muzyków, dźwiękowców, chłopaków od noszenia sprzętu. Ryj też jest na tej liście.

Nie żebym darzył panią prostytutkę szczególnie gorącymi uczuciami. Ale seksualnego obcowania z Ryjem to ja nie życzę nikomu. No, może poza kilkoma politykami.

– Jak nie chcesz jej dymać, to przynajmniej wpadnij wieczorem. Koło dwudziestej trzeciej będę już wolny.

– Następnym razem po prostu zadzwoń i powiedz: Czy mógłbyś do mnie wpaść, serdecznie zapraszam – radzę.

– I to poskutkuje? – dziwi się.

– Spróbuj, to się przekonasz.

Środa, 22 styczniaWarszawa Powiśle, godzina 13.11

Jest styczeń, nie ma słońca, idę do salonu i zastanawiam się, jak załatwić tę sprawę w sposób kulturalny. W poprzednich odcinkach wszystko było łatwiejsze.

– Kawy się pani napije? Koniaku? – proponuję.

– Kawa może być – odpowiada.

Ma przyjemny głos. Bardzo ciepły. Jak wczasy na Mykonosie, gdzie za piwo chcą od ciebie dwadzieścia euro. Patrzy na mnie z uśmiechem. Prosto w oczy. Ktoś ją tego nauczył albo sama się dowiedziała, że tak trzeba. Jest user-friendly. Chrząkam.

– Czy lubi pani dużych mężczyzn z nadwagą i zarostem na twarzy?

Julia, słysząc pytanie, obcina mnie spojrzeniem jak student kiełbasę na grillu. Oblizuje usta.

– Nie mam nic przeciwko.

– To dobrze – mruczę. – A czy istnieje szansa, że lubi pani bardzo agresywny seks analny połączony z duszeniem i prawdopodobnie oddawaniem moczu?

– Ja duszę czy ktoś dusi? – pyta konkretnie.

– Ktoś.

– Ja oddaję mocz czy ktoś?

– Ktoś.

– To niechętnie – odpowiada.

– Aha. Tak przypuszczałem – mówię.

Jestem trochę rozczarowany. No, ale w takiej sytuacji Ryj faktycznie nie wchodzi w grę.

– Z mlekiem czy bez mleka? – pytam.

– Z mlekiem poproszę – odpowiada.

Robię kawę w ekspresie. Kobieta obserwuje, jak spieniam mleko. Przynoszę jej filiżankę i wracam do zlewu.

– Co chcesz ze mną zrobić? – pyta.

– Za chwilę – mówię. – Muszę odetkać zlew.

– Umiesz odetkać zlew? – dziwi się, jakbym powiedział, że umiem galopować na różowym jednorożcu.

– Umiem oglądać filmy na YouTubie – odpowiadam zgodnie z prawdą.

– To jest to samo?

– Dość podobne.

Nastawiam elektryczny czajnik. Jest czarny i matowy, wygląda jak obcy albo urządzenie do lewatywy. Z boku ma napis: Fellow Stagg EKG. Dostałem go w prezencie od kobiety, która kiedyś była dla mnie bardzo ważna.

Zawsze najpiękniejsze światy to te, które już umarły.

Do stojącej w zlewie wody wsypuję kilka łyżek soli, a po chwili zalewam to wszystko gorącą wodą. W zlewie zaczyna jakby bulgotać. Leję dalej gorącą wodę z czajnika. Brud ustępuje. Szara breja spływa, zostawiając zasyfione ściany zlewu.

W „M jak miłość” pociągnęliby tę scenę lepiej. Ale to fajne uczucie. Mieć takie poczucie sprawstwa. Robisz coś i widzisz, że działa.

Powinienem zostać robotnikiem budowlanym, mieć zleceń na pół roku, przychodzić wieczorem spocony i zadowolony do swojego domu, gdzie uśmiechnięta Mariola podawałaby mi zimne piwo prosto z lodówki. Życie jest prostsze, kiedy za dużo nie myślisz. Kiedy po prostu działasz – nie analizujesz.

Kobieta podchodzi do blatu. Ma ruchy powolne niczym u mistrzów tai-chi.

– Jesteś taki zdolny – mówi.

Jej piersi wyglądają nagle na bardziej obfite. Usta na bardziej wilgotne. Jak kobiety uruchamiają ten tryb???

– Sam siebie zaskoczyłem – odpowiadam szczerze. – „Sąsiedzi” to dla mnie nie jest bajka. To dokument.

Kobieta przechyla głowę na bok. Jej włosy rozsypują się na ramię.

– I męski. Podobają mi się twoje ręce. Są takie silne.

Jej głos staje się nagle duszny i jęczący, jakby zainstalowała sobie aplikację z jednego z tych serwisów pornograficznych.

– Dzięki. Pani też jest niczego sobie – mówię.

Mężczyźni to lubią jedno: jak im się powtarza, jacy są zajebiści. Kobiety są jednak bardziej wyrafinowane. Julia bierze moją dłoń i kładzie na swojej piersi.

Moja dłoń jest duża, ale pierś jeszcze większa i sztuczna, bo czuję się trochę tak, jakbym ugniatał worek z wodą.

– Nie mów do mnie pani – szepcze zmysłowo. – Nie jestem stara. Jestem młoda i ładna. Nie masz ochoty mnie wykorzystać? Mocno? Bardzo mocno? – pyta.

Spoglądam na stertę naczyń leżącą koło zlewu.

– Uwierz mi, to będzie bardzo mocne – obiecuję.

Koniec zbliżenia na twarz Julii.

– Sprawdzisz, jak bardzo jestem mokra? – pyta.

– Będziesz cała mokra – obiecuję uroczyście.

Przekłada moją rękę na swój brzuch. Jest płaski i twardy. W sumie to takie „Kac Wawa” zmieszane z „Klanem” i „Królewną Śnieżką” – myślę.

– Długo? – pyta marzycielskim tonem.

– Co najmniej pół godziny. Jak nic – odpowiadam. – To będzie polski Christian Grey.

– Jak mam stanąć? – szepcze.

Odrywam dłoń od jej brzucha.

– Podejdź tutaj, proszę – mówię.

Julia idzie do mnie, kołysząc uwodzicielsko biodrami.

– Ściągniesz mi majteczki? Albo przesuniesz je po prostu na bok?

– Bardzo blisko. – Kiwam głową z uznaniem dla jej prognoz. – Stań tu.

Ustawiam ją przy zlewie. Tyłem do mnie.

– Tak? – Julia opiera się rękami o blat. Wypina pośladki, które bardzo interesująco rysują się pod materiałem. Wyglądają, jakby ich właścicielka spędzała pół życia na stepperze, a drugie pół, krzycząc na zajęciach z zumby.

Patrzę na nie z pewną przyjemnością, tak jak podziwiam piękną katedrę. Ale nie w każdej pięknej kobiecie muszę zaparkować, tak jak nie każdy pielgrzym, który wchodzi do katedry, musi zostać księdzem. Staję za nią.

– Jesteś gotowa? – pytam.

Nie odpowiada. Nie musi. Napiera biodrami na moje biodra. Pachnie czekoladą.

– Doskonale – potwierdzam. – A teraz bierzesz ten płyn do zmywania, który jest po prawej stronie, oraz gąbkę i zaczynasz zmywać.

Julia odwraca się w moim kierunku. Ma minę, jakby pękła jej szybka w iPhonie.

– To całkiem zabawne – mówi.

– Małgorzata Rozenek tak zaczynała i spójrz, gdzie jest teraz – odpowiadam.

– Ale zniszczę sobie paznokcie!!! – protestuje.

– Tam są rękawiczki. – Wskazuję na szufladę koło piekarnika.

– Masz zmywarkę.

– Jest, jak widzisz, pełna. Będzie zmywać jeszcze dwie godziny.

– Jesteś psychiczny. I zboczony – prycha. – To najgorsza rzecz, jaką ktoś mi proponował!!!

– Potraktuję to jako komplement. Chyba że chcesz, żeby Rygiel wystawił cię na Allegro – proponuję.

Przecząco kręci głową. Uśmiecha się do mnie. Trochę inaczej niż do tej pory. Sytuacja chyba zaczyna ją bawić.

– Jak chcesz. – Wygina się seksownie na bok, stojąc cały czas tyłem do mnie. – Pociągnij za suwak z tyłu, dobrze? Nie chcę przecież zmoczyć sukienki.

Rozpinam suwak. Robię krok w tył. Kobieta przestępuje z nogi na nogę, zsuwając sukienkę. Jej majtki to właściwie wąski kawałek koronki, tuż nad pośladkami. Ma na sobie pończochy, ale samonośne.

Odwraca się w moim kierunku. Powoli. Puszcza do mnie oko. Po czym kładzie sukienkę na kuchennym krześle i sięga do szuflady po kuchenne rękawiczki.

– Naprawdę nie wolisz lodzika? Mężczyźni bardzo lubią, jak im na początek wypolerować gałę. W wielu przypadkach to zresztą wystarcza – mówi.

– Seks jest przereklamowany – mówię. – A już zwłaszcza płatny.

Julia się krztusi.

– Słucham? – pyta. – Nigdy nie brałeś żadnej dziwki? Nigdy nie korzystałeś z płatnego seksu? Nie wierzę.

Stwierdzam, że faktycznie nie jest to pierwsza historia tego rodzaju. Około pięć lat temu pewien producent stacji, w której pracowałem – płytki oddech, przekrwione oczy, dążący do sferycznego kształtu – zaproponował mi skorzystanie z sesji, jak to określił, odstresowującej. Chodziło o masaż o dziwacznej nazwie nuru. Nic mi to nie mówiło. Producent klepał mnie przy tym po ramieniu i mrugał okiem, jakby mu tam coś wpadło.

Nie było pretekstu, aby odmówić. Wylądowaliśmy w centrum, w okolicach Jasnej. Pierwsze moje zdziwienie nastąpiło, kiedy kazano mi się rozebrać do naga. Do tej pory u masażysty, pana Krzysztofa, człowieka o posturze zawodowego boksera wagi ciężkiej i łysym czerepie, raczej zostawałem w gaciach. Myśl, że miałby mnie oglądać całkiem nagiego, wydawała mi się co najmniej dziwaczna. A jeden ruch jego rudej, owłosionej łapy wywoływał w moich oczach łzy.

Drugie zdziwienie nastąpiło, kiedy masażystka, która się pojawiła, dla odmiany miała na sobie coś, co od biedy mogło uchodzić za majtki, ale za nic więcej. Pomyślałem, że nie ma się co uprzedzać. Kobieta mówiła z wyraźnym ukraińskim akcentem. Była też niezaprzeczalnie ładna, bez żadnych udziwnień w postaci przedłużanych włosów czy powiększanych ust. Przypominała dziewczynę z sąsiedztwa z tych seriali puszczanych o czwartej nad ranem na kanałach, których nikt nie ogląda, a trzeba jakoś wypełnić nocne pasmo dla wszystkich nieszczęśliwych ludzi, którzy nie mogą spać.

– Mam na imię Nika. Jestem z Odessy. Mam dwadzieścia trzy lata.

Nic z tego pewnie nie było prawdą. Pani była zbudowana dość imponująco, miała bardzo dobry i duży biust, ewidentnie naturalny. Jeszcze wygrywał z grawitacją.

Później wypadki potoczyły się raczej zaskakująco. Kobieta usiadła na moich plecach. Wylała na nie kubeł przeźroczystego żelu robionego na bazie glonów i zaczęła się o mnie ocierać.

Do tego momentu było to nawet całkiem przyjemne. Później niestety odwróciła mnie na plecy, chwyciła za przyrodzenie i zaczęła szarpać, jakby ubijała kotlety schabowe. Wytrzymałem tak piętnaście sekund, po czym grzecznie podziękowałem.

To jednak nie były przeżycia, którymi chciałem się dzielić, a tym bardziej nie były to przeżycia, którymi chciałbym się dzielić akurat z tą kobietą.

Julia myje szklanki i odstawia je na ścierkę, którą rozłożyła na blacie.

– Mężczyźni uważają, że bez seksu nie da się żyć – mówi.

– Powietrze jest jednak nieco ważniejsze – protestuję.

– Naprawdę nie masz na mnie ochoty? – pyta.

– Człowiek to zwierzę, które samo wybiera swoje przyjemności.

– Mężczyzna, który panuje nad swoim penisem, jest dla kobiet śmiertelnie niebezpieczny – stwierdza i wraca do mycia talerza.

Nalewam sobie hojnie koniaku. Ciągnie starym siodłem. Po namyśle dolewam kolejną porcję, siadam na kanapie.

Kobieta kończy myć naczynia, wkłada z powrotem sukienkę i wypija swoją kawę.

Wychodzi punktualnie o 13.50.

Zamykam za nią drzwi. Bez żalu.

Środa, 22 styczniaWarszawa Praga, godzina 23.07

Rygiel siedzi w swojej dziupli na Pradze, gdzie w starych magazynach po kolejarzach siedzibę ma jego wytwórnia.

Przechodzę przez wielki plac. Po prawej ogromny czarny Merch AMG 6.3 należący do Rygla, po lewej jego zielone BMW 7 oraz krwistoczerwony Ford Mustang.

Rygiel ma w sumie sześć czy siedem aut, ich liczba cały czas się zmienia. Część jest tutaj, część na Wilanowie, w podziemnym garażu apartamentowca, w którym mieszka.

Jak raz zrobiło się tam spięcie w instalacji elektrycznej i coś na parkingu zaczęło się fajczyć, Rygiel, zamiast jak pozostali mieszkańcy uciekać w podskokach, zjechał windą, co przy awarii elektryki było dość ułańskim ruchem, do garażu i po kolei wyprowadził swoje samochody.

– Musiałem, inaczej śmierdziałyby spalenizną – mówił.

Kiedy zjawiłem się tu po raz pierwszy, byłem rozczarowany. Spodziewałem się nie wiem czego, atmosfery jak z teledysków, dużej ilości na pół rozebranych kobiet, a zastałem coś między składem felg, sztang i opon a nudnym biurowcem.

Myślisz „Californication”, a wychodzi „The Office”.

Rygiel chwali się, że ma w swoim studio, które nazywa kuchnią, jeden z najnowocześniejszych sprzętów do nagrywania w Polsce. „Jestem w pierwszej trójce” – powtarza i akurat pod tym względem można mu wierzyć.

Wchodzę do środka. Na recepcji siedzi drobna, młoda blondynka, czyli Lucynka. Cud słowiańskiej urody, nieco przaśnej, ale w wysokiej rozdzielczości. Ma spojrzenie aktorki z prywatnej telewizji. W serialu jest najlepszą przyjaciółką głównej bohaterki i wiecznie zmienia chłopaków. Podryguje jak ryba w saku, tyle że rytmicznie do tępego, głuchego łoskotu odbijającego się od ścian, muzyczki ewidentnie dla półgłuchych, za to z tandetnym bitem.

Dopiero po chwili orientuję się, że to rapuje KOrek, nowa gwiazda wytwórni Rygla. Ciało blondynki opina różowy T-shirt z napisem: „Girls suck, women swallow. Act your age”. Wygina się, macha rękami i jednocześnie je przy tym minimarchewki.

Bawi mnie to, patrzę na nią o sekundę za długo. Z przyjemnością – jak patrzy się na coś wyjątkowo ładnego i harmonijnego. Jest w niej jakaś radość życia. I nikt nie ma serca podejść do niej i powiedzieć: „Ale wiesz, że nie ma z czego się cieszyć?”.

Lucynka przyjechała do Warszawy z jakiejś dziury pod Słupskiem. Bardzo nie chciała tam wrócić. To, że rodzina i znajomi uczyniliby z jej życia piekło, tępiąc ją i wyśmiewając za nieudaną próbę, to jedno. Ale najbardziej bała się, że jeśli wróci, jej życie sprowadzi się do dyskoteki w sobotę, piwa i hot doga z Orlenu oraz pospiesznego seksu w łazience na stacji albo w samochodzie. Gdzie będzie ciągnąć brudnego fleta jakiegoś lokalnego figo-fago.

– Tam nie było nawet Tesco – powiedziała mi kiedyś.

Nasz wzrok się spotyka, zielone oczy Lucynki spoglądają na mnie kpiąco. Wyszczerzam się w odpowiedzi, mówię „cześć”, po czym skręcam w lewo i idę wąskim korytarzem. Na podłodze leży gruba, czerwona wykładzina, na ścianach wiszą złote i platynowe płyty Rygla. W głośnikach dalej dudni. Lecą frazy:

 

Kłamię tylko na policji.

Tylko wariaci są coś warci.

Braci się nie traci.

Z fartem prawilne mordeczki.

Zgłoszone do sądu ulicznego.

Piona i z fartem na propsie.

Jebać frajera, co na psach mordę otwiera.

 

Jest ciemno. Duszno. Pachnie samochodowym smarem. Starymi płytami gramofonowymi, skórą oraz smołą. Pod ścianą stoi gigantyczna lodówka. Pełno w niej piwa, wódki, lodu i starego hindusa na ostro.

Tutaj jest magazyn internetowego sklepu z ciuchami, wytwórnia, biuro oraz ruchalnia. To loża VIP. Luksusowy kawałek Polski, o którym marzą młodzi ludzie, kiedy przeglądają Instagrama. Zazwyczaj kręci się tu dużo kumpli Rygla. Są wytatuowani, chodzą w starannie wybieranych czapkach z daszkiem, a raz na tydzień, najrzadziej raz na dwa tygodnie odwiedzają barbera.

Dziś jest jednak trochę inaczej. Rygiel okupuje skórzaną kanapę ubrany w czarny, spłowiały podkoszulek, czarne spodnie, czarną bejsbolówkę, ciemne okulary oraz czarne sportowe buty z białą podeszwą i napisem Balenciaga.

Wygląda jak dzikie, wypuszczone z klatki zwierzę. Ponad sto kilo, ale to same mięśnie. Miks hormonu wzrostu oraz insuliny. Dzięki temu dobrze wychodzi na zdjęciach, a młodzi chcą być tacy jak on, uważając, że jest ziomem spod bloku, który się wybił.

Kiedy Rygiel miał piętnaście lat i nie był jeszcze Ryglem, tylko Kubą z warszawskiego Ursynowa, też ważył dużo ponad sto kilo, ale wtedy wiele osób się z niego śmiało, nazywając grubą jebaną świnią albo pulpetem. Kradli mu kanapki z plecaka. Wtedy nie miał kilku samochodów, World Elite MasterCard w portfelu i nie pokazywał się na mieście z tępymi gwiazdkami w krótkich kieckach i z cyckami na wierzchu.

Miał za to w sobie lęki. Dużo lęków. Ciekawe, czy nadal w nim są.

Na jego udach leżą nogi kobiety. Głaszcze je, jak głaszcze się psa. Kobieta ma na sobie sukienkę w kolorze burgunda. Znam ją. Jestem odrobinę zdziwiony, że ją znowu widzę. Trochę, nie bardzo.

Rygiel uśmiecha się na mój widok, jego oprószona pudrem twarz pęka na moment jak rana. Podnosi do góry rękę, przybijamy piątkę z głośnym plaskiem.

Naprzeciwko Rygla, na drugiej, identycznej kanapie siedzi mężczyzna w jasnoniebieskim garniturze. Siedzi rozparty jak szejk. Jego nie znam. Jest bardzo szczupły, ma długie, starannie ułożone włosy, zaczesane do góry. Długie, bardzo długie palce. Jak szpony. Twarz zastygła mu w obojętnym obrzydzeniu, jakby widział już w życiu wszystko i nic nie było w stanie go zdziwić. Takie warszawskie ustawienia fabryczne.

– Kto to? – Nieznajomy facet patrzy na mnie badawczo, jakby coś śmierdzącego przykleiło mi się do podeszwy. Aż mam ochotę sprawdzić swoje buty.

– To jest Bernard – mówi Julia i się do mnie uśmiecha, tak jak tylko ona potrafi uśmiechać się do mężczyzn.

– Bernardyn, rodzice wieszali ci beczkę na szyi i wysyłali szukać turystów w Alpach? – pyta człowiek w niebieskim garniturze.

– Jakbyś tam był – odpowiadam.

Na stoliku stoi kilka butelek wody mineralnej Evian. Nad stolikiem wisi wielka miedziana lampa. Rzuca przyduszone światło. W takim świetle wszyscy wyglądają lepiej. Lekko rozmazani.

Siadam obok nieznajomego faceta z głośnym klapnięciem. Ale tak, że dzieli nas przynajmniej metr. Tonę. Kanapa mnie pochłania. Bardzo trudno się z niej wstaje. Staram się nie myśleć o tym, co zazwyczaj się na niej dzieje, i mam nadzieję, że od czasu do czasu ktoś tu po seksie wylewa wiadro płynu do dezynfekcji.

– A co on tutaj robi? – Mężczyzna patrzy na mnie dziwnie, poruszając rękami.

– Spoko, mordo, to mój dobry koleżka. – Rygiel uspokaja go gestem ręki.

To działa jak zaklęcie. Szponiasty ma nagle trochę mniej spiętą twarz.

– To jest Kazik. Kazik jest muzykiem, gra na fortepianie oraz dupach. To jest Benek, Benek jest emerytowanym scenarzystą i emerytowanym bawidamkiem. – Rygiel robi autoprezentację i śmieje się bardzo głośno i bardzo zaraźliwie.

To dlatego, że kiedyś opowiedziałem mu dowcip.

Baronowa tańczy na balu z generałem. W pewnym momencie pyta:

– A ten młody oficer przy drzwiach to kto?

– Aaaaaa… Tooooo… porucznik Rżewski, taki bawidamek– pierdnie, chuja pokaże.

Od tej pory na hasło „bawidamek” Rygiel łzawi z oczu.

– Siema, Benek.

– Dzień dobry, Kazimierzu.

Patrzę na niego. Przypomina mi tych facetów z Mazowieckiej i Level 27, którzy zamieszczają posty na grupach na Fejsie:

Szukam kolegi, który jest przystojny, do wspólnego podrywania szmateczek warszawskich. Spisujemy się i idziemy na miasto. Idziemy na ilość. Samemu mi się nie chce podchodzić do tych pustaczków, bo psuje się morale, jak zgryźliwie odpowiadają, ale razem można się przejść i motywować się wzajemnie. Ogłoszenie poważne. Normalnych kobiet i tak nie ma. Więc po prostu powyrywajmy razem te insta girls i inne puste dziwolągi.

W tym mieście zachodzi przyspieszony proces gnilny. Goście pokroju Kazimierza są w nim jak nawóz. Ich twarze widać często na ulicach w kabrioletach, w czapkach z daszkiem za półtora tysiąca. Tak naprawdę nie interesują się niczym, zajmują się głównie sprawdzaniem stanu swojego konta i obserwowaniem, czy wszyscy dookoła zazdroszczą im tak, jak powinni. Mogę się założyć, że Kazimierz masturbuje się do swojego zdjęcia.

Patrzę na Rygla.

– Co jest, chłopaku? – pytam. – Co masz do mnie za broszkę?

Rygiel uśmiecha się całą paletą wybielonych zębów, które błyszczą tak, że mógłby nimi nadawać sygnały świetlne na latarni w Jastarni.

– Później, mordo, później, wszystko ci wyjaśnię, ale później, poczekaj… – ciągnie z lekko pijacką manierą.

Kiwam głową, że poczekam.

Kazimierz długo grzebie w kieszeni marynarki, wydobywa w końcu plastikowe pudełko, w którym jest zawinięta w sreberko kulka. Pod sreberkiem jest mała torebka strunowa. Kinder niespodzianka.

Kazik wysypuje biały proszek, który raczej na pewno nie jest proszkiem Ariel, na ekran swojego wielkiego telefonu, po czym kartą od bankomatu formuje trzy tłuste, długie, białe linie. Po chwili, jakby po namyśle, dokłada do tego czwartą.

– Benek, masz jakiś sos? – pyta.

Zaczynam grzebać w kieszeniach i po chwili wyjmuję piątkę i dwie dwójki. Kładę na blacie i przesuwam w jego kierunku.

– Tyle mam – mówię.

Oczy Kazimierza powiększają się do rozmiaru leżącej przed nim piątki. Odwraca głowę w kierunku Rygla.

– Co to za leśnik jest? – W jego głosie słychać bezbrzeżne zdumienie.

Rygiel znowu się śmieje.

– Benek, nie rób sobie jaj z kolegi – upomina mnie niczym ojciec swoje rozpaskudzone dziecko, z którego w rzeczywistości jest jednak dumny.

Julia bez słowa podaje Kazimierzowi banknot stuzłotowy wyjęty z czarnej pikowanej torebki ze złotym logo CC.

– Hej, a znacie to? Niemiec, Turek i Polak idą do burdelu, nie? – mówi Kazimierz, zwijając banknot w rurkę, ale idzie mu to dość nieporadnie. Jakby ręce nie kontaktowały się od razu z mózgiem, jakby były tu jakieś lagi w połączeniu. – Niemiec rucha i wychodzi. – Ma problem z wpakowaniem rurki do nosa, chyba się trochę rozwinęła. Ale w końcu trafia i ciągnie. – Turek wchodzi po nim i sprząta. A na koniec przyjeżdża Polak odebrać swoją żonę z pracy.

Kazimierz rechocze, Rygiel przyłącza się do niego, Julia uśmiecha się uprzejmie.

– Dobre, nie?

– Nie – odpowiadam.

Kazimierz szturcha Rygla, ten nachyla się nad telefonem i ciągnie swoją ścieżkę. Co za banał.

– Bernardyn, weź coś na wzmocnienie – proponuje Kazik. – Mój pokemon zachwalał, że świetna.

Kręcę przecząco głową. Nie chcę wypalać sobie mózgu. Alkaloidy o szkielecie tropanu to pożyczka. Pożyczasz dobre samopoczucie, pożyczasz, pożyczasz, ale w końcu będziesz musiał oddać. Tyle że nie będziesz w stanie tego spłacić. Ta pożyczka jest jak spirala długów w Providencie. To miasto naglę zaczęło pożyczać na skalę, której wcześniej nikt tu nie widział. Nowa moda. Nowy styl. Napuchłe usta. Białe nosy.

Kazimierz pociera nos. Pociera usta.

– Ale dlaczego?

– Pocę się od tego i w uszach mi piszczy. Jestem zwolennikiem agrokultury zbożowo-ziemniaczanej – odpowiadam.

– Co?

– Mówi się „słucham”. Wolę śledzia i wódkę.

Z głośników dobiega jakiś dynamiczny rap. Dopiero po chwili rozpoznaję, to Eminem – „Lose Yourself”. Kiedy ostatnio tego słuchałem? Piętnaście lat temu? Dwadzieścia? Chyba bliżej dwudziestu. Byłem wtedy jeszcze na studiach.

Jest nowy, szczęśliwy 2020 rok. 2050 jest bliżej niż 1990.

Co robiłem w 1990? Miałem piękny dres z kreszu. FIOLETOWY. Ależ to był szacunek na dzielni. Do tego turecki sweter, rzecz jasna.

– Juliaaa? – Kazik trzyma zwinięty banknot na wyciągniętej w jej kierunku dłoni.

– Nie chcę teraz – odpowiada.

Rygiel dalej głaszcze Julię po nodze.

Teraz widzę tam tatuaż. Lubię tatuaże, sam mam jeden. Kobieta ma na łydce łacińską sentencję: Quod me nutrit me destruit – Co mnie żywi, niszczy mnie.

– Gdzie moje maniery? – pyta Rygiel. – Przynieś nam wódki, kochanie – mówi do Julii. – Schłodzonej, nie tej zmrożonej dla plebsu, Benek nie lubi zmrożonej. Czyń honory domu, koteczku.

Julia wstaje, idzie do lodówki. Wyjmuje drogą francuską wódkę Grey Goose, a z zamrażalnika cztery metalowe kieliszki typu szklanka. Stawia je przed nami. W każdym mieści się jak nic sto gramów wódki. Rozlewa nam po kieliszku, Kazimierz wypija swój od razu, po czym przejeżdża językiem po zębach.

Patrzę na niego z fascynacją, jak na aportującego pekińczyka. Oglądam go jak serial o małpach w National Geographic. Albo ten show: „Rolnik szuka żony”.

– Jeszcze jeden, ale więcej. – To było do Julii, jakby tłumaczył tępej kelnerce, że nie robi dobrze tego, za co się jej płaci.

Kobieta wstaje, nachyla się nad stolikiem i długo leje wódkę do jego kieliszka. Kazimierz patrzy na nią wzrokiem, w którym jest pogarda.