Goodbye, love - Martyna Keller - ebook + audiobook
BESTSELLER

Goodbye, love ebook i audiobook

Martyna Keller

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

27 osób interesuje się tą książką

Opis

Autorka serii „Diabły Nevady”!
Gorący romans z różnicą wieku! Studentka i pan psycholog.
Dwudziestoletnia Love Porter właśnie rozpoczęła wojnę ze swoim sąsiadem, trzydziestoczteroletnim znanym w Kolorado psychologiem Ryderem Callahanem.
W odpowiedzi na dwuznaczne hałasy dochodzące zza ściany postanowiła uraczyć mężczyznę głośną muzyką. W odwecie Ryder pojawił się w jej sypialni. To był dopiero początek. Kolejne psikusy, które zaczęli sobie wzajemnie robić, doprowadziły do zaognienia i tak napiętej już sytuacji.
Od nienawiści jest tylko jeden krok do czegoś zupełnie innego. Między Love i Ryderem pojawia się silne przyciąganie, jednak mężczyzna zdaje sobie sprawę z tego, że dziewczyna jest dla niego za młoda.
Ryder odkrywa też, że Love dręczą koszmary z przeszłości. Czy młoda sąsiadka pozwoli mu sobie pomóc?

Opis pochodzi od wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 524

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 25 min

Oceny
4,4 (742 oceny)
432
190
87
22
11
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Shindi

Całkiem niezła

byłam zmęczona po przeczytaniu tego a jeszcze na koniec okazało się ze będzie kolejna część ...
amo-amo

Całkiem niezła

Zaskoczonie na koniec. Co można jeszcze napisać w drugiej części? Brakowało po prostu fajnego zakończenia a nie kolejnego tomu.
121
Paola60

Nie polecam

Strasznie męcząca, wiele rzeczy totalnie bez sensu, głowna bohaterka irytująca. Od połowy czytana po łebkach byle skończyć, i ta niespodzianka ten cliffhanger na końcu, totalnie nie potrzebny można było spokojnie na jednym tomie skończyć.
PolaNegrid

Całkiem niezła

Straszliwie frustrująca książka… czy naprawdę wszystkie polskie nowości muszą się kończyć drastycznym cliffhangerem? 🤯
111
mika_mg

Całkiem niezła

Zaczęło się ciekawie. Później było dziwne i długo. Nie skończyłam książki.
91

Popularność




Copyright ©

Martyna Keller

Wydawnictwo NieZwykłe

Oświęcim 2022

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

All rights reserved

Redakcja:

Anna Adamczyk

Korekta:

Magdalena Mieczkowska

Karolina Piekarska

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8320-184-9

PROLOG

LOVE

– Romantyczne gówno.

Kayden zerka na mnie kątem oka, nadal jednak sprawnie przelewając colę do wysokich, papierowych kubków. Gdy kończy, podaje je stojącej po drugiej stronie lady parze i życzy im miłego seansu, jak gdyby oglądanie tego ścieku, mogło okazać się jakimś cudem miłe.

Umówmy się: nie mogłoby.

– Gdy jesteś zmęczona, robisz się zrzędliwa, Love. – Chłopak uśmiecha się kącikiem ust i zerka na ekran własnego telefonu. – Jeszcze dziesięć minut do końca zmiany. Wytrzymasz.

– Nie jestem zrzędą. Jestem szczera.

– I wszystkie romantyczne filmy oceniasz przez pryzmat swojego braku życia miłosnego. – Kayden wywraca oczami, wyraźnie rozbawiony.

Patrzę na niego spod przymrużonych powiek.

– To nieprawda. Po prostu mam za dobry gust, by podniecać się tym, że dwoje ludzi najpierw połyka się na wielkim ekranie, a potem kłamie sobie w żywe oczy, zdradza się pod przykrywką „chwili słabości”, rozchodzi się i schodzi przynajmniej trzydzieści sześć razy w ciągu zaledwie dwóch godzin, a potem kończy z trójką dzieci – bąkam. – To nudne.

– Burzliwa miłość sprzedaje się najlepiej… – słyszę w odpowiedzi. – Love.

– Jest przereklamowana. I w większości przypadków promuje toksyczne relacje.

– Ludzie to kupują. – Kay wzrusza ramionami.

– Ludzie są beznadziejni.

– To też prawda – wzdycha mój rozmówca. – Idź już. Wyglądasz, jakby ta zmiana serio wyssała z ciebie całą energię, a ja nie chcę cię mieć na sumieniu. Sam poradzę sobie z ogarnięciem tego syfu.

Krzywię się i odwracam głowę w stronę niewielkiego lustra. W jego odbiciu dostrzegam swoje własne wykończone oblicze. Blade policzki, mętne oczy i niesforne kosmyki włosów rozsypane po całej twarzy. Dobra, rzeczywiście powinnam odpocząć po tym kilkudniowym maratonie w pracy. Swoim wyglądem przypominam zombie.

– Na pewno? – upewniam się. – Dasz sobie radę beze mnie?

Kayden kiwa głową bezpretensjonalnie.

– Na pewno. Na razie, Love.

Odpowiadam mu słabym uśmiechem. Ściągam z siebie fartuch i ruszam w stronę wyjścia na zaplecze. Stamtąd zgarniam swój płaszcz i torebkę, a potem z westchnieniem kieruję się w stronę drzwi, za którymi znajdują się schody prowadzące na parking. Tuż za nim mogę ujrzeć wcale nie zatłoczony o tej porze przystanek.

Szybko wsiadam do nadjeżdżającego autobusu, uciekając przed prószącym śniegiem. Z mokrymi włosami zapewne wyglądałabym jeszcze gorzej, niż rzeczywiście wyglądam. Podróż mija mi spokojnie. Po upływie standardowych kilkunastu minut docieram do domu.

I cóż. Zdecydowanie zaskakuje mnie widok, który tam zastaję. Druga połowa bliźniaka, w którym mieszkam, do tej pory była pusta. Po śmierci starszej pani Hughes niespecjalnie ktoś chciał się tutaj wprowadzać. A teraz, widząc na sąsiednim podjeździe dużego range rovera, domyślam się, że ktoś jednak postanowił pobawić się w mojego sąsiada. Ciekawe, kto to jest.

Może rodzina? Oby nie, pewnie mają dzieci.

Kręcę głową z niesmakiem i kończę ze snuciem teorii, bo każda kolejna byłaby chyba gorsza od poprzedniej. Powolnym krokiem ruszam do drzwi. Kiedy jestem już w ciepłym mieszkaniu, zaciągam się znajomym zapachem i zrzucam z siebie ubrania. Biorę szybki prysznic, sprawdzam swój plan jutrzejszych zajęć na uczelni, a potem, już w sypialni, zakopuję się pod kołdrą z zamiarem odespania ostatnich dni.

No właśnie.

Robię to z pieprzonym zamiarem.

Otwieram oczy, gdy słyszę, jak coś uderza w ścianę, przy której znajduje się moje łóżko. Mebel drży niespokojnie, a walenie nie ustaje przez kilka dobrych sekund. Mrugam powoli, próbując zrozumieć, co się tutaj, u licha, dzieje.

– Przestań… – Kobiecy śmiech wydaje się odrobinę stłumiony, ale przy tym wciąż dobrze słyszalny.

No to są chyba jakieś jaja, myślę.

– To łaskocze… – Słyszę kolejny chichot.

Nie, nie, nie. Przyciskam poduszkę do ucha i udaję, że nic się nie dzieje. Próbuję myśleć o czymś przyjemnym, ale na próżno, bo znowu czuję, jakby ktoś kołysał moim łóżkiem. Mebel przesuwa się delikatnie w przód i w tył, a dźwięk uderzeń w ścianę przebija się nawet przez mój pancerz stworzony z poduszki.

Przez chwilę leżę całkiem nieruchomo. Dociskam poduszkę jeszcze mocniej, ale to wcale nie pomaga, bo wrażenie, jakbym dryfowała na morzu, trzyma się mnie jak rzep. Nie mogę mu się oprzeć, kiedy uderzenia przesuwają mnie raz po raz w górę i w dół. Jęczę przeciągle, błagając wszelkie istniejące bóstwa, by moje katusze się już skończyły.

Prędko jednak uświadamiam sobie, że to marzenie ściętej głowy. Szlag, gdybym mogła, ścięłabym ją teraz temu pajacowi, który tak bezwstydnie zabawia się tuż pod moim nosem.

– Kurwa – klnę w pewnym momencie, porządnie wytrącona z równowagi.

Kolejna porcja znajomych odgłosów jest jak uderzenie w twarz. Matko. Naprawdę staram się nie myśleć o tym, co dzieje się w sąsiednim mieszkaniu, ale kobiecy chichot jedynie zaognia zirytowanie, które przepływa przez moje żyły.

Rozglądam się po pokoju, w którym panuje ciemność. Sama nie wiem, czego tak uparcie szukam. Chyba po prostu próbuję nie myśleć o tym, że ktoś ostro pieprzy się za ścianą. Te dźwięki są jednoznaczne. Moi sąsiedzi to bezwstydne zwierzęta. To pieprzone dzikusy. Nie wiem, czy mają świadomość, jak cienkie są ściany w tym budynku, ale ja właśnie się o tym dobitnie przekonuję.

Przecieram dłońmi twarz. Kiedy już myślę, że to wszystko ustało, znowu słyszę jednostajne stukanie. Przewracam oczami. Jestem śpiąca i wykończona, ostatnie, na co mam ochotę, to zabawa w zgadywanie, czy moi nowi sąsiedzi kiedykolwiek dadzą mi zwyczajnie zasnąć.

– Koniec? – wzdycham z nadzieją.

Z nadzieją, która szybko gaśnie.

Biorę głęboki wdech nosem. Jestem półprzytomna, gdy wstaję i podchodzę do głośników znajdujących się naprzeciwko łóżka. Panele pod moimi bosymi stopami drżą, kiedy pokonuję dystans, jaki mnie od nich dzieli. Niewiele myśląc, włączam muzykę klasyczną i pogłaśniam ją. Jeśli to ma zagłuszyć te kobiece stęki i walenie w ścianę, to jestem skłonna słuchać jej przez całą noc.

Ponownie zatapiam się w pościeli i zasypiam z lekkim trudem.

***

Budzi mnie dziwne przeczucie, że nie jestem sama w swojej własnej sypialni. I, o Boże. Gdy tylko otwieram powoli oczy, dostaję chyba pierdolonej zapaści, widząc w mroku zarys wysokiej sylwetki faceta, stojącego przy moich przyciszonych już głośnikach. Podrywam się momentalnie do siadu i wycofuję pod ścianę, krzycząc jak wariatka do zdarcia gardła.

– Kurwa – słyszę zachrypnięty głos nieznajomego, który robi długi krok do przodu, by stanąć w snopie światła bijącego od księżyca, wpuszczonego do sypialni przez niezasłoniętą roletę okna. – Gdybym wiedział, że jesteś taka głośna, nie pakowałbym się w mieszkanie z tobą po sąsiedzku, świrusko.

Facet wsuwa dłonie do kieszeni spodni, podczas gdy ja oddycham ciężko, wpatrując się z rozchylonymi z wrażenia ustami w drania, który bez ceregieli wparował mi do domu. Staram się uspokoić kołatające serce, ale ono, jak na złość, dudni jeszcze szybciej na widok właściciela szarych oczu. Szarych oczu, które skanują mnie teraz bardzo, bardzo uważnie.

– No chyba sobie kpisz – wypalam, gdy udaje mi się zdusić w sobie pierwszą falę szoku. Patrzę na mężczyznę wściekle i wymierzam palec wskazujący w jego kierunku, pospiesznie wstając na nogi. – Wparowujesz tutaj jak do siebie…

– Miałaś otwarte drzwi, Panno Przezorna – przerywa mi nagle mój rozmówca, a jego słowa przesiąkają wręcz pieprzoną prowokacją.

Szyderstwo, które maluje się na jego twarzy, działa na mnie jak czerwona płachta na byka. Zaciskam usta w wąską linię i kręcę głową. Jak on śmiał mi przerwać? Co on tutaj w ogóle robi? Czy to podchodzi pod paragraf i mogę to zgłosić na policję?

– Co nie znaczy, że miałeś poczuć się jak u siebie! – unoszę się i momentalnie karcę w duchu, bo mój głos, jak na złość, staje się wyższy o przynajmniej kilka zdradzieckich oktaw.

Mężczyzna opiera się nonszalancko ramieniem o ścianę. Od razu zwracam uwagę na to, jak wysoki i dobrze zbudowany jest. Biały sweter opina jego szerokie ramiona oraz pozwala mi dojrzeć zarys rozbudowanej klatki piersiowej. Mój osobisty włamywacz ma czarne, nieco przydługie włosy, opadające mu swobodnie na czoło, oraz ładnie skrojone usta, spomiędzy których nagle wypada krótkie oraz prześmiewcze:

– Nie czuję się winny.

– A powinieneś – burczę. – Nie dajesz mi spać.

Staję tuż przed nim i zadzieram hardo brodę. Mężczyzna unosi pytająco brew, a mi na moment zasycha w gardle. Z bliska jest… wow. Przystojny. Bardzo przystojny. I bije od niego pewien rodzaj stanowczości podszytej wręcz namacalną pewnością siebie – takiej, która podpowiada mi, że ten gnojek wiecznie rozstawia wszystkich po kątach i robi to z czystą przyjemnością. Ugh, jeszcze tego mi brakowało.

Atrakcyjnego buca-kobieciarza tuż za ścianą.

– No popatrz. Przyszedłem z tym samym problemem – mruczy nisko przystojniak, a ja natychmiast odzyskuję rezon i parskam wymownie.

– Och, przepraszam, że wolę słuchać muzyki niż…

Przełykam nagle, czując zażenowanie plądrujące całe moje ciało.

Och, nie powiem tego na głos.

– Niż? – Nieznajomy znowu unosi brew, a moje policzki oblewa gorąc.

– Niż innych dźwięków dochodzących z twojego mieszkania. To niesmaczne. Obrzydliwe. I… Jezu. Jak można być takim niewyżytym zwierzęciem, co? – wypluwam zdegustowana, kładąc ofensywnie dłoń na biodrze.

Cień rozbawienia znika z twarzy mężczyzny i zostaje zastąpiony przez powagę. Facet taksuje mnie wzrokiem od stóp do głów, pozostając przy tym spokojnym i opanowanym. Tak bardzo niemożliwym do rozszyfrowania. Jego twarz jest kamienna, a spojrzenie nieczytelne. Przez głowę przemyka mi myśl, że może mieć około trzydziestu pięciu lat. Z pewnością jest ode mnie dużo starszy.

Jest gorący, gdy wyobrażam go sobie w nieco innych okolicznościach jako mężczyznę, który świadomy, czego chce, wypowiada komendę, oczekując cudzej potulności. Ale ma tupet. Duży… tupet, który sprawia, że jedyne, na co mam ochotę, to kopnięcie go w interes.

– Masz problemy z agresją? – pyta neutralnym tonem, ale mogłabym przysiąc, że słyszę w nim szczyptę prowokacji.

Dopiero teraz orientuję się, że palec wskazujący, którym jeszcze przed chwilą w niego mierzyłam, wbija się oskarżycielsko w jego twardą pierś. I, szlag. Wbija się w nią naprawdę mocno. Od razu cofam dłoń.

– Nie odwracaj kota ogonem – cedzę.

– Co uważasz za niesmaczne? – dopytuje zaciekawiony nieznajomy.

Rozchylam usta, ale szybko je zamykam.

– No…

– No?

– Boże święty. Czy możesz już wyjść z mojego mieszkania? – Przecieram dłonią twarz, a potem ponownie krzyżuję spojrzenie z tym fagasem. Jest niewzruszony i w pewien sposób wyluzowany, jakby nic, do diaska, nie zrobił.

Wow, on naprawdę nie ma wstydu.

– Wystarczy Ryder. – Cień rozbawienia przemyka przez tę jego przystojną buźkę.

Biorę głęboki wdech.

Kurwa, jaki ty jesteś irytujący.

– Spieprzaj stąd, draniu.

– Jaką mogę mieć pewność, że jak wyjdę, to dasz mi spać? – Przechyla głowę, by przyjrzeć się uważniej mojej twarzy. Szybko zaczynam czuć gorąc oblewający podbrzusze i mam ochotę zdzielić się za to po twarzy. Nie mogę tak na niego reagować, nawet jeśli uważam go za najprzystojniejszego faceta, jakiego kiedykolwiek widziałam.

– Ostrzegam cię – wypalam na jednym wdechu. – Lepiej. Stąd. Wyjdź.

Przystojniak marszczy nieznacznie czoło.

– Słucham?

– Jeśli ogłuchłeś przez moje głośniki, to było warto. – Uśmiecham się ironicznie. – Uważaj, bo nie chcesz wchodzić ze mną na wojenną ścieżkę. Nie chcesz tego – powtarzam ciszej, a dziwne napięcie wydaje się unosić gdzieś w powietrzu, gdy brunet nachyla się nade mną. Powoli, niespiesznie, leniwie.

Wszystko po to, by rzucić mi mrukliwie w usta krótkie:

– Obawiam się, że już to zrobiłem.

Jego oczy ciemnieją, zanim wychodzi i zostawia mnie samą. Samą z obietnicą, że ten zabójczo przystojny drań jeszcze mnie popamięta.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

LOVE

Wcale nie dziwi mnie fakt, że zaspałam.

Po nocnych ekscesach z atrakcyjnym nieznajomym sen znużył mnie o wiele później, niżbym tego chciała, więc teraz, ledwie żywa, spóźniona na zajęcia i dziękująca wszelkim istniejącym bóstwom za Kaydena Gravesa, który czeka na moim podjeździe i solidaryzuje się ze mną w byciu „najbardziej niepunktualnym studentem na roku”, czuję się jednocześnie podłamana i spokojna.

Jeśli tonąć w szambie, to razem, wzdycham w duchu.

Dopijam pospiesznie herbatę, zgarniam z komody torebkę i omal nie zabijam się, przechodząc przez próg domu w swoich ukochanych butach na platformie. Śnieg prószy z nieba lawinowo, podczas gdy zamykam drzwi, odruchowo zerkając kątem oka na sąsiedni ogród. Na szczęście nie dostrzegam swojego ulubionego sąsiada. Podniesione ciśnienie z samego rana pewnie nie wpłynęłoby na mnie korzystnie.

Od razu zauważam samochód Kaydena na podjeździe. Nie mija minuta, a usadawiam się na miejscu pasażera i odrzucam torebkę na tylne siedzenia.

– Tryskasz energią, Love – zaczyna chłopak, przekręcając kluczyk w stacyjce.

Poprawiam poły płaszcza, szczelniej opatulając się materiałem. Zima w Aspen bywa naprawdę mroźna.

– Daj spokój. Miałam ciężką noc. – Macham ręką w powietrzu.

Kayden wjeżdża na ulice miasta i dopiero po krótkiej chwili, kiedy staje na czerwonym świetle przed skrzyżowaniem, zerka na mnie sugestywnie, dając znać, bym kontynuowała.

– Do drugiej części budynku wprowadził się facet, przez którego nie mogłam zmrużyć oka – bąkam, wyjaśniając powód swojego złego nastroju.

– To znaczy? – Mężczyzna unosi brew. – Gra na gitarze? Ogląda głośno telewizor? Ma dzieci, które hałasują? A może…

– Kayden – przerywam mu, wypuszczając krótki, zrezygnowany oddech z płuc. – On pieprzy się z kimś za ścianą mojej sypialni.

Mój rozmówca milknie na moment. Uparcie wpatruje się w drogę i najpewniej czeka, aż powiem mu, że tylko żartowałam. Jaka szkoda, że, do diaska, wcale nie żartowałam. Jestem skazana na życie pod jednym dachem z niezłym lowelasem.

– Och. I jest aż tak… głośny? – wzdycha w końcu Kay.

– Nie, on nie… zresztą, Jezu. Nie mówmy o tym. Może dzisiaj będzie spokojniej. – Opieram rękę na drzwiach samochodu, wplatając palce we włosy.

A może będzie tylko gorzej.

– Sama w to nie wierzysz.

Przesuwam spojrzeniem po mijanych przez nas grupach ludzi spacerujących szerokimi chodnikami. Aspen zimą przyciąga prawdziwe tłumy, widok, który rozciąga się za szybą samochodu, jest tego dowodem. Większość zmierza w stronę słynnych ośrodków narciarskich, co wcale mnie nie dziwi. W końcu z nich słynie to miasto.

Odwracam głowę i znowu zerkam na profil Gravesa.

– Ten gość ma tupet. Rozumiesz, że jak gdyby nigdy nic, wszedł sobie do mojego mieszkania, żeby wyłączyć muzykę? – Zaciskam szczękę, przypominając sobie przedstawienie sąsiada.

Kayden uśmiecha się naprawdę szeroko, a ja sięgam do kieszeni płaszcza, by wyciągnąć z niej telefon.

– Odważny. Wpakował się wprost do jaskini lwa – kwituje chłopak. – Co robisz?

Wzruszam krótko ramionami i odpowiadam bez ceregieli zwykłe:

– Szukam go na Instagramie.

Kierowca marszczy czoło, podczas gdy ja wstukuję w wyszukiwarkę imię i nazwisko znalezione na skrzynce pocztowej sąsiada.

– Myślałem, że masz go dość.

– Oj, Kayden. – Kręcę głową z nieukrywanym politowaniem i cmokam słodko. – Złota zasada mówi, żeby wiedzieć o swoim wrogu wszystko, a potem znaleźć byle pretekst, by wykurzyć go z mieszkania.

– Nie ma takiej zasady.

– W takim razie właśnie ją ustanawiam.

Przeczucie podpowiada mi, że to dopiero początek. Ten buc nie wyglądał na faceta, który szybko odpuszcza. I pech chciał, że trafił swój na swego, bo ja również łatwo się nie poddaję. Wszystko wskazuje na to, że nasza mała bitwa naprawdę zamieni się w wojnę. Och, ani mi się śni ją przegrać.

Przegrać ją z nim.

– Matko. Czy ty wymyślasz właśnie jakiś szatański plan? – Kay łypie na mnie podejrzliwie.

– Hej, to on zaczął tę całą farsę – bronię się i spoglądam na ekran telefonu. – Ryder Callahan – mówię z przekąsem, śledząc wzrokiem nudny profil nudnego sąsiada.

– Skądś kojarzę to nazwisko – stwierdza Graves, ale nie koncentruję uwagi na jego słowach.

Zamiast tego uśmiecham się z zadowoleniem, mając przed oczami obraz swojego zwycięstwa. Callahana pakującego walizki i spieprzającego z Aspen gdzie pieprz rośnie.

To piękna wizja. Bardzo piękna.

– Dostanie za swoje – mruczę.

Kayden zatrzymuje się nagle. Dopiero teraz orientuję się, że dojechaliśmy pod uczelnię. Odpinam pas bezpieczeństwa, chowam telefon do kieszeni i zgarniam z tylnych siedzeń torebkę.

– Nie wątpię w to – parska szatyn. – A teraz chodź. I tak jesteśmy spóźnieni.

Z tymi słowami wysiada, a potem oboje ruszamy w stronę dużego budynku. Ja z zamiarem obmyślenia planu idealnego, a Kayden – przyswojenia w ekspresowo szybkim tempie materiału na dzisiejszy egzamin.

To będzie dobry dzień.

***

Dochodzi piąta, gdy stoję oparta o krawędź blatu w niewielkiej kawiarni nieopodal centrum Aspen i czekam na swoją herbatę. Tępo wpatrując się w krajobraz gór, orientuję się, że niebo jest już zszarzałe. Śnieg za to nadal nie przestał niemiłosiernie prószyć, więc chodniki i drogi będą dziś cholernie zasypane. Zapowiada się długa droga do domu.

– Dziękuję. – Uśmiecham się uprzejmie w stronę młodej dziewczyny, która podaje mi herbatę. Ta odwzajemnia gest, a ja ruszam do drzwi. Przyczepiony do nich dzwonek brzdęka, gdy przekraczam próg.

Jedną dłoń chowam do kieszeni, zaś palce drugiej owijam szczelniej wokół papierowego kubka. Jest mi zimno. Bardzo zimno, ale mimo to nie zamieniłabym tej pogody na inną. Z westchnieniem ulgi upijam łyk gorącego napoju i zaczynam marsz w dobrze znanym sobie kierunku. W połowie drogi do domu, czuję wibracje własnego telefonu.

– Tak? – rzucam do słuchawki, nie sprawdzając nawet nazwy kontaktu.

– Love, umawialiśmy się na coś – słysząc znajomy głos, mimowolnie biorę głębszy wdech do płuc.

Gdybym jednak zorientowała się, kto dzwoni, raczej nie odebrałabym połączenia. A to wszystko dlatego, że wiem, w jakim celu i dlaczego akurat teraz dzwoni do mnie własna mama.

Dobra, załatw to szybko, Love.

– Uch, przepraszam. Miałam ostatnio pracowite dni. Zapomniałam dać wam znać, że żyję – odpowiadam ze spokojem, wpatrując się beznamiętnie w zaśnieżony chodnik i ślady butów, które się na nim odznaczają.

– Dlatego nadal nie popieram tego, że wyniosłaś się tak daleko.

Zagryzam wnętrze policzka. Wyprowadzając się z rodzinnego miasta, obiecałam, że będę dzwonić do rodziców co jakiś czas, ale nie miałam pojęcia, że oni tę frazę zrozumieją jak: „co dwa dni”. Wiem, że się martwią, ale mam już dwadzieścia lat. Skoro przeżyłam samotnie w Kolorado już niemalże dwa, przeżyję i kolejne.

– Daj spokój, jest mi dobrze w Aspen. O wiele lepiej niż w Carson City – przyznaję zupełnie szczerze.

Mama wzdycha niepocieszona.

– Odwiedzisz nas w święta? Molly nie może się doczekać, aż ubierzecie razem choinkę. Kupiłam dużo nowych…

– Mamo, ja… nie przyjadę na święta – przerywam jej, by dłużej się nie produkowała. – Tak jak w tamtym roku spędzę je tutaj.

Wiem, że to dla niej cios, ale od początku zapowiadałam, że nie przyjadę w grudniu do Nevady. Sto razy bardziej wolałam spędzić ten czas tutaj, w odludnym Aspen.

– Kochanie, przemyśl to jeszcze.

– Nie chcę wracać do Carson City – wtrącam z przekonaniem, które powinno do końca ostudzić nadzieje mamy. – To moja ostateczna decyzja. Przykro mi.

Wypuszczam powietrze, zdmuchując sprzed nosa pojedynczy kosmyk czarnych włosów. Na szczęście niewiele już dzieli mnie od domu. Zaledwie parę minut drogi piechotą.

– Jednak jeśli zmieniłabyś zdanie, zawsze będzie dla ciebie miejsce, Love – słyszę przy uchu.

Upijam kolejny łyk herbaty. Szkoda, że nie zmienię zdania. W tej kwestii po prostu tego nie zrobię, chociażby ktoś przystawił mi nóż do gardła.

– Jasne. – Silę się na wesoły ton. – Wybacz, ale muszę kończyć. Trochę mi się śpieszy, a zaraz zaczynam zmianę w kinie.

Delilah nawet nie podejrzewa, że kłamię jak z nut. Ale dlaczego miałaby? Przecież jej Love świetnie radzi sobie z daleka od rodzinnego domu. Otoczona setką znajomych, związana z chłopakiem z tego samego roku oraz spędzająca czas na studenckich imprezach.

Dobre sobie.

– Rozumiem – mówi na koniec kobieta. – Miłego dnia, córeczko.

– Miłego dnia, mamo.

Kończę połączenie i wrzucam telefon z powrotem do kieszeni. Na dosłownie moment przymykam powieki oraz zaciągam się rześkim grudniowym powietrzem.

– Szlag by to – mamroczę pod nosem.

Spokój ogarnia mnie tak szybko, jak dostrzegam przed sobą znajomy dom. Kubek po herbacie wrzucam do pobliskiego kosza na śmieci, a potem wchodzę na posesję i wzdycham, zanurzając dłoń w torebce. Oczywiście znalezienie w niej pęku kluczy zajmuje mi parę dobrych minut.

W tym czasie, uparcie wpatrując się w te wszystkie niepotrzebne szpargały, powolnym krokiem pokonuję dystans dzielący mnie od drzwi. Otwieram je, ale zanim naciskam na klamkę, przeczucie nakazuje mi spojrzeć w dół. I cóż. Jedno łypnięcie na wycieraczkę wystarczy, by żółć podeszła mi do gardła.

Ja pierdolę. Chyba się zrzygam.

Cofam się o krok, przytykając dłoń do ust. Zdechła mysz po przejściach wydaje się patrzeć na mnie swoimi wyłupiastymi oczami, więc odwracam wzrok i próbuję powstrzymać cholerne torsje.

Ugh, co, do diabła?

Fuj. Obrzydliwe. Obrzydliwe jak Ryder Callahan, który właśnie wychodzi z mieszkania. Dobra, przynajmniej jego charakter taki jest, bo wygląd… nie. Nie pomyślę o tym. Nie pomyślę, nie pomyślę, nie pomyślę.

Och, dobra. Ryder Callahan jest bardzo, bardzo gorący i wygląda jak facet, za którym jeszcze parę lat temu obejrzałabym się na ulicy. Ubrany w białą koszulę idealnie opinającą umięśnione bicepsy i zwykłe garniturowe spodnie. Włosy ma roztrzepane w artystycznym nieładzie, a spojrzenie pochłaniające w każdym tego słowa znaczeniu. I te duże dłonie, srebrne sygnety na palcach… Jezu.

Prawdziwy Pan Przystojniak. Szkoda, że A – nie bawię się już w relacje damsko-męskie, oraz B – ten okaz idealnego mężczyzny jest również klasycznym przykładem skończonego buca.

– Hej, Porter! – Jego głos wyrywa mnie z krótkiego letargu. Mrugam pospiesznie, bo… o Boże. Przyłapał mnie. – Mogę podejść bliżej, jeśli potrzebujesz się napatrzeć.

– Callahan – mamroczę pod nosem.

Jak ja cię, cholera, nie trawię.

– Nie, dzięki! – odkrzykuję. – Kijem bym cię nie dotknęła, fagasie.

Ryder mruży oczy.

– Ślinisz się.

Otwieram szerzej oczy i przecieram przegubem ręki kącik ust, ale szybko dociera do mnie, że ten kretyn tylko sobie żartował. Wywracam teatralnie oczami i krzyżuję ofensywnie ręce pod biustem. Dałam się podejść.

Stan sytuacji klaruje się na: tragiczny.

– Nie ufasz samej sobie. – Ryder uśmiecha się leniwie, narzucając na szerokie ramiona czarny płaszcz i opierając się o karoserię swojego range rovera. – To źle, Porter.

Zaciskam palce na łańcuszku torebki. Ten cwaniak to moje utrapienie. Dlaczego musiał trafić mi się tak irytujący sąsiad, a nie stara babcia z kotami? Ach, właśnie. Kot!

– Wiesz co jest złe? – Unoszę brew.

– To, że do mnie wzdychasz, mimo że jestem od ciebie sporo starszy? Faktycznie, patrząc na to z perspektywy osoby trze…

– Ugh, nie wzdycham do ciebie, pajacu! – przerywam mu, czując, jak gorąc prędko oblewa moje policzki.

– W ciągu jednej rozmowy obraziłaś mnie już dwa razy. Ty naprawdę masz problemy z agresją. – Ryder odbija się nagle od samochodu i podchodzi do mnie powoli.

Jest w jego spojrzeniu coś, co wysyła po moim kręgosłupie całą falę dreszczy. Coś władczego. Zupełnie tak, jakby ten palant chciał mi pokazać, że moje miejsce jest w szeregu i nie powinnam wychylać się przed niego. Jaka szkoda, że nie zamierzam dać mu się stłamsić. Zadzieram hardo brodę, wypinam pierś w przód i patrzę na niego równie nieustępliwie.

Pieprz się, Ryderze Dupku Callahanie.

– Myślisz, że jesteś śmieszny, skoro zostawiasz mi takie niespodzianki pod drzwiami? – prycham. – Jesteś dorosłym mężczyzną, a mścisz się jak gówniarz.

– Niespodzianki? – Ryder marszczy czoło.

Przestępuję z nogi na nogę, kręcąc głową.

– A ta mysz na wycieraczce? Niech zgadnę, pomyślała sobie, że wyzionie ducha akurat pod moimi drzwiami – parskam ironicznie.

Mężczyzna, który stoi już niecałe dwa metry ode mnie, zerka w stronę wycieraczki, na której leżą mysie zwłoki. Jego twarz jednak pozostaje kamienna, spojrzenie niewzruszone, a słowa przemyślane, gdy odpowiada mi bez zbędnego namysłu:

– Najwyraźniej nawet ona nie chciała mieć z tobą do czynienia i wcale jej się nie dziwię.

Otwieram szerzej oczy. Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam. Zaciskam usta w linię wąską jak kartka papieru i przez chwilę po prostu wgapiam się w jego minę, jakbym chciała wymusić na nim cofnięcie wypowiedzianych przez niego przed sekundą słów. Ale ten facet wcale nie ma zamiaru tego robić, bo jedynie uśmiecha się kącikiem ust. Ledwie zauważalnie, powoli, z dozą pewnego rodzaju wyrachowania.

– Jesteś bezczelny – wypalam oszołomiona.

Ryder wsuwa dłonie do kieszeni płaszcza, wzruszając krótko ramionami.

– Wybacz. Śmierdzi od ciebie byciem tupeciarską siksą na kilometr, stąd ten wniosek.

I w tym momencie wizja wtargnięcia do jego mieszkania w nocy i ucięcia mu języka nie wydaje mi się wcale tak odległa i abstrakcyjna. Byłabym zdolna to zrobić, byle tylko w końcu się przymknął. Wow, on naprawdę działa mi na nerwy, a mieszka obok ledwie dzień.

Chcę coś odpowiedzieć, ale nagle dostrzegam, że coś rudego tarza się w śniegu.

– To on – syczę, wskazując palcem na kota.

Ryder przekrzywia głowę i ściąga brwi.

– Co ci zrobił Klakier? – pyta, a jego pupil jak na zawołanie przeciąga się i wplątuje pomiędzy jego nogi, oczekując pieszczot.

Klakier? Serio… Klakier?

– To on musiał ją podrzucić.

Mężczyzna znowu się uśmiecha. A potem… przykuca, by pogłaskać rudzielca.

– Dobry kociak – rzuca z aprobatą.

Mimowolnie rozchylam usta, patrząc, jak duże, męskie dłonie przesuwają się po grzbiecie zwierzęcia. Ryder na mnie nie patrzy i całe szczęście, bo czuję, jak robi mi się cieplej na sam ich widok.

Biorę krótki wdech. Nie gap się, powtarzam sobie.

– Kpisz sobie ze mnie? Masz to zabrać. – Wskazuję ręką na mysiego nieboszczyka, a żółć znowu podchodzi mi do gardła, bo śnieg przyprószył już zwłoki.

– To rozkaz? – Ryder unosi brew.

Wydaje się dziwnie… zaintrygowany.

– Ugh, tak? – odbijam piłeczkę.

Mężczyzna uśmiecha się kpiąco, eksponując białe zęby.

– Wsadź go sobie w…

Nie pozwalam mu dokończyć, gdy warczę:

– Masz. To. Zabrać. Callahan.

Ryder podnosi się do pionu. Już nie patrzę na niego z góry, a muszę porządnie zadrzeć nos, by nasze spojrzenia mogły się skrzyżować. Jest coś elektryzującego w chłodnym, zimowym powietrzu, gdy czarnowłosy przejeżdża szybko językiem po dolnej wardze, a ja śledzę wzrokiem ten przypadkowy, bądź nie, ruch.

– Trochę mi się śpieszy, Porter – mówi ze spokojem.

– I? – W moim głosie króluje lekceważenie.

– I będziesz musiała być dzisiaj samowystarczalna.

Parskam wymownym śmiechem.

– To twój kot daje mi prezenty, więc sobie je zabieraj.

– Najwyraźniej cię lubi. Chociaż on.

Przymykam powieki i niemalże sekundę później czuję, jak na rzęsach zaczynają osadzać mi się płatki śniegu. Zdzierżę nawet rozmazany makijaż, ale nie widok zadowolenia na wściekle pięknej twarzy Pana Przystojniaka. Czasami wyobrażam sobie, że przejeżdżam mu paznokciami po gardle. Mocno. Głęboko. Do krwi.

Cudownie byłoby wcielić taką wizję w życie.

– Wynoś się stąd – odpieram w końcu, bo ręce zaczynają mnie świerzbić. Otwieram oczy i ponownie krzyżuję spojrzenie z Callahanem.

Ryder unosi dłonie w obronnym geście i cofa się o kilka kroków.

– Spokojnie. Już spadam – stwierdza, odwracając się na pięcie i odchodząc.

Odprowadzam go wzrokiem, wciąż nabuzowana.

– A mysz?! – wołam za nim.

– Kazałaś mi się wynosić! – odpowiada nieco głośniej, bym była w stanie go usłyszeć, nie przerywając marszu w stronę auta. Uważnie obserwuję, jak pokonuje leniwym krokiem tę małą odległość, czując, że wszystko się we mnie gotuje.

Zaciskam szczękę. Chryste, jak ja go nienawidzę. Nienawidzę go tak, że już bardziej nie umiem. Niewiele myśląc, kucam i chwytam w zmarzniętą dłoń trochę śniegu. Formuję sporą śnieżkę, a potem z całą siłą, jaką mam w ręce, rzucam nią w stronę tego fagasa.

– Dupek! – krzyczę i zastygam w bezruchu, bo śnieg rozbija się na czarnym materiale męskiego płaszcza, tworząc biały ślad.

O kurwa.

Ryder odwraca się bardzo powoli. Przełykam z trudem nagromadzoną w ustach ślinę, patrząc na niego z miną, która nie wyraża niczego. A on odwdzięcza mi się tym samym. Ma ściągnięte brwi, gdy zabójczo powolnym ruchem ręki strzepuje ze swojego okrycia śnieg.

– Radziłbym ci spieprzać, Porter – cedzi złowrogo.

– Bo co? Skończę w zaspie? – parskam śmiechem.

– Przerobię cię, kurwa, na bałwana.

Milknę. On nie żartuje, uświadamiam sobie. Nie gdy na jego twarzy brakuje tego cynicznego uśmieszku, a szare oczy ciskają we mnie gromy. Sztywnieję, bo Pan Przystojniak w wersji wyrwę-ci-kłaki-z-głowy wygląda równie gorąco, co niebezpiecznie. Poważnie, sama nie wiem, czy ten widok jest bardziej miły dla oka, czy niemiły dla mojej fryzury.

Składam niewinnie usta w dzióbek, chichotając nerwowo. Ale Ryder Callahan wciąż gapi się na mnie jak na najgorszego wroga, którym pewnie jestem. Założę się, że wskoczyłam na pierwsze miejsce jego listy najbardziej znienawidzonych ludzi na tej planecie.

Rozchylam mimowolnie usta, kiedy mężczyzna robi długi krok w moją stronę.

– Nie złapiesz mnie – wypalam pospiesznie.

– Módl się, żebym nie złapał.

A potem nie zastanawiam się zbyt długo. Rzucam się do biegu z pełną świadomością, że jeśli dam się dorwać, skończę marnie. Śnieg chrupie pod moimi stopami, kiedy mknę przed siebie, czując za sobą obecność faceta. Nie odwracam się. Oddycham szybko, pokonując kolejne metry w zawrotnym tempie. Jezu, to takie żałosne.

Mój sąsiad goni mnie po własnym ogródku.

– Masz za słabą kondycję – prycham głośno pomiędzy łapczywymi wdechami. Obraz, który mam przed oczami, wydaje się rozmazany, kiedy przyśpieszam. Zimne powietrze smaga mnie w rozgrzaną twarz, a wiatr rozwiewa włosy. Rany, wypluję sobie zaraz płuca.

– Regularnie biegam! – słyszę jego głos gdzieś za plecami, ale nie przestaję biec przed siebie w szaleńczym tempie.

– Moje morale właśnie spadły! – odkrzykuję, a zimny pot oblewa moje plecy.

Kurwa, kurwa, kurwa.

Jak mnie dogoni, to nie oszczędzi.

– Porter, i tak cię…

Ryder nie dokańcza, bo najpierw ja wpadam na zaspę śniegu, a potem… On na mnie. Przygniata mnie do niej ciężarem swojego ciała, dysząc mi ciężko w usta i patrząc prosto w oczy. Próbuję nie myśleć o tym, że leżę z Callahanem w dwuznacznej pozycji, ale, o Boże. Coś dużego ociera mi się o udo i naprawdę wolałabym nie myśleć o tym, co to jest.

Zamiast tego, poczerwieniała ze złości, a może i nie, rzucam:

– No bez jaj. Nie bądź bucem i oszczędź mi włosy. – Mam nadzieję, że jak już wytarza mnie w śniegu, to da mi spokój.

– Chyba śnisz.

Jego oddech rozbija się na moim policzku, a spojrzenie wydaje się wypalać skórę. Dawno nie byłam tak blisko z żadnym facetem, więc nie dziwi mnie fakt, że wzdrygam się zupełnie mimowolnie. Moje mięśnie napinają się nagle, a serce przyśpiesza rytm, bo Ryder Pieprzony Callahan nie zamierza ze mnie wstać.

Wygodnie ci, gnojku?

– Proszę? – nalegam słodko.

Mężczyzna marszczy czoło, łypiąc na mnie jak na naiwną idiotkę.

– Nie?

– Ładnie proszę? – ponawiam próbę, siląc się na uroczy ton.

Ale ten kretyn jest nieugięty.

– Nie?

– Zacznę krzyczeć i przypną ci łatkę osiedlowego kryminalisty – wyduszam z siebie, wijąc się pod ciężarem twardych mięśni.

– A więc szantaż? – Ryder rozdziela moje nogi kolanem, by wygodniej się nade mną usadowić. Na ten ruch jedyne, co robię, to wciągam powoli powietrze do płuc. Mam nadzieję, że ten ciężki drań tego nie słyszy.

– Każdy sposób jest dobry, jeśli jest skuteczny. – Szczerzę się.

Brunet śledzi wzrokiem moją twarz, zatrzymując się przez dłuższą chwilę na ustach. Ciężar jego spojrzenia sprawia, że czuję na nich dziwne mrowienie. Rozchylam je delikatnie, a moja pierś faluje z każdym zaczerpniętym wdechem.

– Ty naprawdę jesteś świrnięta – stwierdza w końcu mężczyzna.

– A ty ciężki – mruczę. – Zejdź ze mnie.

– Ktoś musi ci dać nauczkę, Porter.

Mrugam powoli, zastygając nieruchomo. Siła bijąca od Rydera odbiera mi nagle dech. Przeszywa wszystkie nerwy i dociera do serca, które zaczyna kołatać jeszcze mocniej. Nie jestem pewna, czy tkwiąc pod nim i słysząc słowo „nauczka”, myślę o karze czy o nagrodzie.

Mój żołądek robi fikołka, gdy mężczyzna bierze w dłoń śnieg.

– Nie zrobisz tego. – Patrzę kątem oka na jego broń.

– Zrobię. – Brunet uśmiecha się jak psychopata.

– Ni… – zaczynam, ale w tej samej chwili czuję, jak mężczyzna wciera śnieg w moje włosy. Piszczę cicho, próbując wydostać się spod niego, ale bezskutecznie. Jest zbyt silny. Dopiero po niecałej minucie kończy swoje dzieło.

Zgrzytam zębami, burcząc pod nosem krótkie:

– Super.

Zemszczę się, dupku.

– Ryder! – słysząc czyjeś wołanie, razem z mężczyzną odwracamy głowy w kierunku jego podjazdu. Na widok tajemniczej brunetki mój ulubiony sąsiad zaczyna podnosić się do pionu. Ja natomiast szybko rozpoznaję ten głos. Należy do kobiety, która ostatniej nocy wspominała, że „coś ją łaskocze”.

A więc kochanka, przechodzi mi przez myśl. Nie wstaję. Zamiast tego próbuję pozbyć się nadmiaru śniegu z włosów. Ryder przygląda mi się przez krótką chwilę z góry, zanim ledwie zauważalnie unosi kącik ust i mruczy w moim kierunku z niebywałą aprobatą:

– Miło było, Śnieżko.

Z tymi słowami zostawia mnie samą, zakopaną w śniegu, z mokrymi włosami, wypiekami na twarzy i potężnie urażonym ego. Patrzę spod przymrużonych powiek, jak ten drań wsiada do samochodu ze swoją panną, a potem wyjeżdża na ulice Aspen.

Śnieżko, jego głos echem rozbrzmiewa w mojej głowie jeszcze przez kilka najbliższych minut. No pięknie. Chyba zyskałam nowy tytuł nadany przez samego Rydera Callahana.

– Jeszcze zobaczymy, kto tu rządzi – mamroczę pod nosem i wstaję.

Bałwan.

***

Jest już prawie noc, gdy nadal koczuję w kuchni i czekam na powrót swojego sąsiada z ostrym nożem w ręku. Przez ostatnie godziny zdążyłam przekląć go przynajmniej trzydzieści sześć razy i odkryć, że Ryder Callahan obsmarował mi rano śniegiem okna, przez co w niektórych miejscach stały się nieszczelne.

Tak, marznę.

Nie, nie ujdzie mu to płazem.

Odruchowo spoglądam na zegar. Jego wskazówki układają się w godzinę dziesiątą. Nie wiem, jak długo ten drań będzie poza domem, ale mam nadzieję, że szybko wróci. Muszę wyrównać z nim kilka rachunków.

Stukam paznokciami o blat, odwracając głowę w kierunku okna. Burza na zewnątrz trwa w najlepsze. Porywisty wiatr targa gałęziami drzew, a ich szum dociera do kuchni, w której siedzę, nawet mimo tego, że wszystkie okna i drzwi są zamknięte. Co jakiś czas na czarnym niebie maluje się błyskawica. W chwili, w której pojawia się kolejna, dostrzegam range rovera wjeżdżającego na sąsiedni podjazd.

Mam cię, Callahan.

Otacza mnie mrok, więc nie martwię się, że wyglądający na zmęczonego Ryder dostrzeże mnie w oknie. Facet wysiada z samochodu, a ja, upewniając się, że ruszył do domu, narzucam na ramiona kurtkę. Czekam dłuższą chwilę i wychodzę na zewnątrz, mając w głowie jedynie plan zemsty, który umili mi trochę fakt, że mam takiego buca za sąsiada.

Przeraźliwe zimno atakuje mnie zewsząd. Śnieg pomieszany z deszczem sypie mi w oczy, kiedy przemykam do znajomego samochodu. Ostatni raz zerkam w kierunku bazy wroga i uśmiecham się, nie dostrzegając go w oknach. A potem zaciskam mocniej dłoń na rękojeści noża i zaczynam przebijać oponę auta tego dupka.

Po wszystkim wracam do siebie. Przebieram się w zwykłą czarną bluzę, zgarniam notatki do kolejnego egzaminu i opadam na sofę w salonie z zamiarem wkuwania materiału przez całą noc. I nie spodziewam się, że gdy tylko przeczytam pierwsze zdanie zapisane na kartce, światła w całym domu nagle zupełnie zgasną.

No pięknie. To się nazywa fart.

Od razu zaczynam poszukiwania świeczek. Kiedy je odnajduję, zapalam kilka i wmawiam sobie, że prąd szybko wróci. Wyglądam za okno i orientuję się, że w żadnym domu nieopodal nie pali się światło. Ekstra. Przynajmniej to nie tak, że zalegam z opłatami i odłączyli mi energię elektryczną.

Przecieram dłonią zmęczoną twarz i marszczę czoło w zdumieniu, słysząc dźwięk dzwonka do drzwi. Za nimi, jak szybko się okazuje, stoi kobieta, która przerwała dzisiaj mi i Callahanowi zabawę w śniegu.

– Cześć… – Nieznajoma drapie się z tyłu głowy. – Jestem Chloe.

Taksuję ją przelotnym wzrokiem od stóp do głów, a potem spoglądam jej prosto w szare oczy, w których dostrzegam wyczekiwanie. Och, no tak.

– Love – kontruję, przyjmując jej dłoń.

Czego chce ode mnie laska Rydera?

– Widzę, że ty też nie masz prądu – wysnuwa wniosek, ale nie jest przy tym jakkolwiek irytująca. Jest uprzejma, miła i nie wydaje się wcale tępa jak but.

A właśnie tego oczekiwałam po kimś, kto zadaje się z Callahanem.

– Awaria z tego, co widzę, trwa na całym osiedlu – bąkam mrukliwie.

Chloe kiwa głową, uśmiechając się serdecznie. I tak, to zdecydowanie rodzaj uśmiechu, który można by zakwalifikować do tych wzbudzających same pozytywne emocje. Niewymuszony i sympatyczny. Ugh, Ryder znalazł sobie uroczą dziewczynę.

– Nie miałabyś może pożyczyć kilku świeczek? – pyta z nadzieją.

A co, potrzebujecie stworzyć sobie nastrój, żeby znowu nie dać mi zmrużyć oka?, prycham pogardliwie w duchu.

– Jasne. – Wzruszam ramionami. – Wejdź.

Otwieram szerzej drzwi i pozwalam jej wejść do środka. Sama ruszam w stronę salonu i komody, w której trzymam podobne rzeczy. Jest coś dziwnego w świadomości, że wybranka Rydera pląta się po moim domu. Jego nigdy bym tutaj nie wpuściła. Fuj.

– Nie wiem, o co chodziło Ryderowi – słyszę za plecami.

– Hm?

Otwieram szufladę i zaczynam wertować jej zawartość, cały czas czując na sobie ciężar spojrzenia Chloe. Dziewczyna opiera się ramieniem o ścianę i bacznie mi się przygląda.

– No… On z jakiegoś powodu nie chciał, żebym tutaj przychodziła – tłumaczy.

Oczywiście, że nie chciał. Jego duma mu na to nie pozwalała.

– Cóż.

– Dobrze, że jestem odporna na wpływ starszego brata. Gdyby nie mój upór, pewnie siedziałby w ciemnościach przez całą noc. – Chloe parska dźwięcznym śmiechem, a ja zastygam na moment w bezruchu. Dopiero po chwili bardzo powoli odwracam się w jej kierunku, by spojrzeć jej w oczy. No właśnie. Oczy. Łudząco podobne do tych Rydera.

Cholera, wiedziałam, że wydają mi się znajome.

– Jesteś jego… siostrą? – dukam.

Brunetka kiwa ochoczo głową.

– Tak. Pomagam mu w przeprowadzce. Wybacz, jeśli ostatniej nocy słyszałaś jakieś dziwne dźwięki. Strasznie się tłukliśmy, ale składanie mebli… Uch, tego nie da się robić cicho. No i szybko rzecz jasna, gdy masz kota, który uwielbia kraść uwagę i łaskotać swoim ogonem. – Chloe znowu się uśmiecha, a ja czuję, jak oblewa mnie rumieniec.

O Jezu. Czyli Ryder Callahan nie uprawiał wcale ostrego seksu za ścianą mojej sypialni.

Kurwa, kurwa, kurwa.

– Nic się nie stało. – Obnażam zęby w nieco nerwowym uśmiechu i powracam spojrzeniem do zawartości szuflady. Pospiesznie wyciągam z niej te pieprzone świeczki i niemalże wciskam je w dłonie Chloe. – Proszę. Mam nadzieję, że przetrwacie.

Moja rozmówczyni dziękuje mi skinieniem głowy.

– Tak pomyślałam… może wybierzemy się kiedyś na kawę? – proponuje.

Ryder mnie zabije. Gołymi rękami.

– Jasne – zgadzam się. – Zawsze jesteś tu mile widziana, Chloe.

– Wystarczy Chlo – rzuca wesoło i rusza w stronę wyjścia. – Wielkie dzięki. Ratujesz nam życie.

– Nie ma problemu. Pozdrów Rydera.

Chociaż mówię to bez emocji, czuję, jak przez moje żyły przepływa czysta satysfakcja. Mój ulubiony sąsiad z pewnością nie chciałby, bym złapała dobry kontakt z jego siostrą. Szkoda, że wszystko wskazuje na to, że postaram się z nią dogadywać. Naprawdę… dobrze dogadywać i przy okazji nieco go poirytować.

– Jasne. Na razie, Love – mówi na odchodne Chlo, a potem przechodzi przez próg mojego domu.

Ale tylko przez próg, bowiem zderza się z własnym bratem. Zagryzam wargę. Widok Rydera Callahana budzi we mnie naprawdę sporo sprzecznych emocji. Z jednej strony czysty gniew, a z drugiej – niewyjaśnioną ekscytację.

Niezręczną ciszę postanawia przerwać jego siostra:

– Patrz, Ryder. Love podzieliła się z nami świeczkami. – Z tymi słowami wyciąga w jego stronę swoją zdobycz.

Mężczyzna zachowuje kamienną twarz. Patrzy najpierw na swoją wesołą siostrę, a dopiero potem na mnie. Zimny pot oblewa moje plecy, bo, szlag. Ryder ma ściągnięte brwi, zmrużone złowrogo oczy i naprawdę wściekle mroczne spojrzenie. Zupełnie tak, jakby powstrzymywał się przed spraniem mi tyłka.

Ups. Czyżby się zorientował?

– Nie będą nam już potrzebne, bo wrócił prąd. To była jakaś dosłownie chwilowa awaria. Wracaj do domu, Chlo. Muszę zamienić z Porter parę słów. – Zwraca się do brunetki i uśmiecha przy tym kącikiem ust, zachowując pozory.

Niczego nieświadoma dziewczyna przytakuje.

– Ale wracaj szybko, w porządku?

– Jasne.

Zasycha mi w gardle. Zostaję sam na sam z wkurwionym Ryderem Callahanem, który nagle zamyka kopniakiem drzwi i podchodzi do mnie w trzech długich krokach. Jego oczy ciemnieją, gdy staje naprzeciwko. Patrzy na mnie z góry, obserwując uważnie niczym drapieżnik swoją ofiarę.

A potem wyciąga rękę w moim kierunku. Chłód sygnetu ociera się o mój policzek w chwili, w której Ryder owija sobie wokół palca kosmyk moich włosów. Tracę dech, bo ten drań jest nieczytelny i nieobliczalny. Jest jak enigma.

– Powiedz mi, Porter… – zaczyna niskim głosem, od którego przechodzą mnie ciarki.

Wypuszczam ciężki oddech z płuc, czując, jak mężczyzna ciągnie mnie za pasmo i ściąga moją twarz bliżej swojej, tak że dzielą nas ledwie centymetry. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tracę grunt pod nogami, gdy jest tak blisko.

– Czy ty naprawdę przebiłaś mi pieprzoną oponę?

Rozchylam usta.

Cholera.

ROZDZIAŁ DRUGI

RYDER

Nigdy nie spotkałem kogoś tak nieobliczalnego jak Love Tykająca Bomba Porter. Przypadek, który najpierw idealnie usypia ludzką czujność, a potem atakuje w najmniej spodziewanym momencie.

Patrzę na swoją upierdliwą sąsiadkę i myślę, że w żadnym wypadku nie mógłbym spodziewać się tego, jak wielki ładunek wybuchowy może tkwić w tak drobnym ciele i jak wielkie wyrachowanie mogłoby skrywać się pod maską uroczej dziewczyny z podwórka obok. Porter idealnie gra głupa, gdy mruży oczy w fałszywym niezrozumieniu i pyta:

– Ale o co ci tak właściwie chodzi?

Jest przy tym tak autentyczna, że gdybym nie był psychologiem i nie zwracał uwagi na pewne szczegóły, pewnie bym jej uwierzył i jeszcze przeprosił za najście. Jedno jest pewne – ta dzikuska wie, jak stwarzać pozory, a to czyni ją naprawdę niebezpieczną.

– Przebiłaś mi oponę w aucie – powtarzam zniecierpliwiony.

Porter parska śmiechem.

– Ja? – Wskazuje na siebie palcem.

– Nie, Święty Mikołaj – ironizuję.

Brunetka zagryza wargę, taksując mnie ostentacyjnie wzrokiem.

– Tobie akurat bliżej do Grincha.

Wywracam oczami. Boże, co ja z nią mam.

– Po prostu się przyznaj – rozkazuję twardo i kładę ofensywnie dłonie na biodrach. – Jesteś jedyną osobą w promieniu mili, która byłaby w stanie to zrobić.

– Skąd ta pewność?

Biorę głębszy wdech nosem.

– Bo nazywasz się, do cholery, Love Porter.

– Auć. – Przykłada teatralnie dłoń do serca. – Więc co złego, to ja.

Ręce mi opadają. Kurwa, czuję, jakbym mówił do ściany. To przecież oczywiste, że żywot mojej biednej opony postanowiła zakończyć ta świruska. Mimo że znam ją krótko, już zdążyłem się przekonać, ile popapranych pomysłów siedzi jej w głowie.

– Nie bawmy się w przedszkole. Nie jesteśmy dziećmi. – Kręcę głową.

Moja rozmówczyni uśmiecha się kpiąco.

– Oczywiście, że nie – mówi i dodaje szeptem pod nosem: – W końcu ktoś tu przechodzi raczej kryzys wieku średniego.

Zaciskam szczękę. Porter wie, że działa na mnie jak czerwona płachta na rozwścieczonego byka, i zamiast zejść z linii ostrzału, sama mi się nadstawia. Mimowolnie przybliżam się do niej jeszcze bardziej, tak że czubki naszych butów stykają się ze sobą.

– Jesteś nieznośnym dzieciakiem – cedzę przez zęby. – Przyznaj się.

Porter ściąga brwi w politowaniu.

– Nie zmusisz mnie do tego, kiedy nie jestem niczemu winna. – W jej głosie słychać szczyptę prowokacji.

Tym razem to ja się uśmiecham.

– Masz rację – rzucam cicho, jakby do siebie.

– Co?

– Najlepiej będzie, jak obejrzymy miejsce zdarzenia. Może coś ci się przypomni i doznasz pieprzonego olśnienia – sugeruję, wskazując ręką drogę do drzwi. – Panie przodem, Porter.

Brunetka prycha pogardliwie, zakładając ręce pod biustem.

– Śnisz.

– O tobie? Całe szczęście nie miałem jeszcze takiego koszmaru – wypluwam niczym obrazę.

I teraz czuję się jeszcze bardziej chujowo z faktem, że tej nocy Love Porter rzeczywiście nawiedziła mnie w snach: jej ciskające gromami oczy, pełne, niepotrzebnie otwierające się usta i zgrabne ciało na czele z ładnym tyłkiem wciśniętym w ciasne jeansy.

O zgrozo, to było naprawdę złe.

– Nie wiesz, co tracisz. – Puszcza mi oczko.

– Porter – mamroczę zniecierpliwiony.

– Nigdzie z tobą nie pójdę.

Z tymi słowami odwraca się na pięcie i rusza w tylko sobie znanym kierunku. Odprowadzam ją wzrokiem, który mimowolnie zjeżdża na… Jezu. Tam, gdzie nie powinien, jeśli nie chcę nabawić się obsesji.

Wypuszczam zalegające w płucach powietrze, przecieram dłonią zmęczoną twarz i ruszam w pogoń za dziewczyną, która najwyraźniej myśli, że udało jej się mnie spławić.

Nie, Love Porter. Ze mną, do diabła, nie wygrasz.

– Pójdziesz – odpowiadam, na co brązowooka przystaje w miejscu.

Odwraca się i posyła mi kpiący uśmieszek, jak to ma w zwyczaju.

– Musiałbyś wynieść mnie siłą, Panie Stanowczy.

Nie odpowiadam. I to jest dla Love jak ostrzeżenie, bo rozchyla delikatnie usta ze zdziwienia, gapiąc się na mnie szeroko otwartymi oczami, jak na fatamorganę.

– Ryder… – Parska nerwowym śmiechem, robiąc krok w tył.

Próbuje się wycofać, ale jestem od niej szybszy. Przyciągam ją do siebie, a jej drobne ciało zderza się z moim torsem zupełnie nagle. Układam dłonie na biodrach dziewczyny tylko po to, by z łatwością ją podnieść i przerzucić sobie przez ramię niczym worek ziemniaków. Jest naprawdę lekka, przechodzi mi przez myśl. Zbyt lekka, jakby nic nie ważyła.

– Zwariowałeś?! – Jej warknięcie wytrąca mnie z letargu.

O tak, Porter. Przegrałaś.

– To naruszenie przestrzeni osobistej! – syczy, uderzając mnie żałośnie w dolną część pleców. Jej ciosy są jednak tak słabe, że ledwie wyczuwalne.

Zaczynam marsz w stronę drzwi, nieprzejęty jej małym buntem. Stawiam długie, ciężkie kroki, wsłuchując się w jej przyśpieszony oddech i ledwo słyszalne, szeptane pod nosem przekleństwa.

– To, Porter, dowód, że straciłem do ciebie cierpliwość – bąkam, mocniej ściskając dłonią jej udo i dbając o to, by nie ześlizgnęła mi się z ramienia, gdy tak się wierci. – Jesteś paskudną kłamczuchą.

– Puść. Mnie. Dupku. – Słyszę, jak wyraźnie akcentuje każde wypowiedziane przez siebie słowo.

– To się przyznaj – kontruję.

– Po moim trupie! – Kolejny cios.

– Da się załatwić.

Brunetka wciąga powietrze. Ja w tym czasie otwieram bez problemu drzwi, przechodzę przez próg i mimo przeraźliwego zimna panującego na zewnątrz nawet się nie wzdrygam. Niewyparzony język tej jędzy rozgrzał mnie do pieprzonej czerwoności.

– Nie jestem twoim popychadłem – cedzi.

– A ja nie jestem twoim kolegą, żeby tolerować takie szczeniackie wybryki.

Porter w końcu się zamyka. Kiedy jestem już przy własnym samochodzie, stawiam ją na ziemi i obserwuję jej poczerwieniałą ze złości twarz. Śnieg prószy na jej czarne włosy, które zaczesuje za uszy, eksponując wysokie kości policzkowe. Wygląda na porządnie wpienioną. A przynajmniej to wyrażają jej oczy – zimne, pełne rezerwy i nieskrywanej pretensji.

– Za to chyba jesteś kiepskim kierowcą. Gołym okiem widać, że musiałeś walnąć o krawężnik. – Zerka mimochodem na tę przeklętą oponę, a potem jej spojrzenie znowu krzyżuje się z moim.

– Jesteś mistrzynią wciskania ludziom kitu.

Dziewczyna wsuwa dłonie do kieszeni bluzy i wzrusza ramionami. Obserwując ją z kamienną miną, rozchylam usta, by spomiędzy nich mogły wydostać się słowa obrony:

– A ja zajebistym kierowcą.

– Czuły punkt odnaleziony. – Jej kącik ust nieznacznie drga. Porter przestępuje z nogi na nogę. Dopiero teraz zauważam, że jej bose stopy wciśnięte w warstwę śniegu zaczynają czerwienieć.

Na moment milknę. Zupełnie mimowolnie zaczynam w duchu zastanawiać się, jaki czuły punkt mogłaby posiadać Love Porter. Ta roztrzepana dziewczyna jest naprawdę trudna do rozszyfrowania, nawet dla kogoś takiego jak ja.

– Wiem, że to ty – wzdycham po chwili.

– Wspaniale – mruczy lekceważąco dziewczyna.

Jest tak cholernie tupeciarska, że mam ochotę uciąć jej język.

– I liczę, że ty z kolei wiesz, że odwdzięczę ci się za to z nawiązką. – Zwężam oczy, a moje słowa stanowią pewien rodzaj obietnicy. Bo moje pokłady cierpliwości względem bezczelnego charakteru Porter naprawdę się dzisiaj skończyły.

Brunetka przechyla nieznacznie głowę, by dokładniej mi się przyjrzeć. Jej oczy w ulicznym świetle lampy wydają się jeszcze bardziej intensywne, a porcelanowa twarz, pośród sypiącego zewsząd śniegu, jest jeszcze jaśniejsza. Nigdy w życiu nie powiedziałbym, że ktoś wyglądający tak niewinnie mógłby w każdym aspekcie przypominać zło wcielone.

Ta bestia jest dla mnie srogą nauczką.

– To wojna, Ryder. – Dziewczyna przybliża się do mnie nagle. Wspina się na palcach, by wyszeptać mi do ucha: – A na niej wszystkie chwyty są dozwolone.

Włos mimowolnie jeży mi się na karku, bo jej głos zniża się o kilka oktaw. Jest hipnotyzujący, przesiąknięty odwagą i manierą. Mimo tego, że wprawia mnie on w naprawdę dziwny stan, pozostaję niewzruszony, gdy zaciskam dłoń na jej biodrze, widząc, że zamierza się cofnąć. Mój uścisk jest stanowczy i po tym, jak Porter się wzdryga, szybko nabieram przekonania, że wyczuwa gniew, w jaki mnie wpędziła.

– Więc strzeż się, Porter – mamroczę jej to w lekko rozchylone usta. – Atak może nadejść w każdej chwili i z każdej strony.

Jej twarz rozświetla drapieżny uśmiech. Zanim jednak brunetka zdąży odpowiedzieć, słyszę znajomy głos rozbrzmiewający po podwórku. Od razu ściągam dłoń z biodra sąsiadki, odwracając się w kierunku zmierzającej do nas Chlo.

– Zmarzniecie! – Jej początkowo karcący ton szybko staje się neutralny. – Nie stójcie tak, bo zaraz nabawicie się zapalenia płuc. Jezu, Love, czy ty naprawdę nie masz założonych butów? Lepiej pomóżcie mi z pierniczkami. Oboje – zaznacza, mierząc nas tym swoim rozentuzjazmowanym spojrzeniem.

Przełykam z trudem i zerkam na Porter, która jedynie rozciąga usta w cholernie szerokim, pełnym zadowolenia uśmiechu. Uparcie próbuję wymusić na niej odrzucenie propozycji Chlo, ale jedyne, co robi mój wróg numer jeden, to odpiera z przesadną radością:

– Pierniczki? Jasne, uwielbiam pierniczki. – Brunetka szczerzy się jeszcze bardziej i rusza ochoczo w stronę mojej siostry. Krzywię się na ten widok, bo szybko dociera do mnie, że ten wieczór wcale nie będzie spokojny. Nie gdy pod jednym dachem będą działały te dwie wiedźmy.

– Ryder, nie stój tak. – Głos Chlo sprawia, że odzyskuję rezon.

Z westchnieniem podążam za nimi, uprzednio ostatni raz zerkając w stronę przebitej opony. Będę ją musiał potem wymienić, a wszystko przez to, że Love Porter ma zadatki na bycie osiedlową kryminalistką i najwyraźniej nie cofnie się przed niczym.

Ale w porządku. Chce prawdziwej wojny? To ją dostanie.

Całe szczęście udaje mi się uciec z ich pola widzenia. Nie wiem, czy zdołałbym wytrzymać z Porter w jednym pomieszczeniu dłużej niż kwadrans. Przemykam niezauważenie do własnego gabinetu, w którym jak zawsze panuje półmrok, i zasiadam w fotelu. Chcąc oczyścić umysł, sięgam po leżące na biurku dokumenty i zaczynam zagłębiać się w lekturę papierów dotyczących swojego pacjenta.

Devon jest chłopakiem, który nie miał w życiu łatwo. Jego ojciec, szanowany facet zasiadający w radzie miasta, latami znęcał się nad własną żoną, a młody musiał na to patrzeć, już odkąd sięgał pamięcią. Całe dzieciństwo kojarzyło mu się ze świstem kabli, którymi ten tyran prał swoją kobietę, i z jej szlochanymi prośbami. Prośbami, które wcale nie brzmiały jak: „przestań”, tylko: „nie pozwól mu na to patrzeć, każdemu, tylko nie jemu”.

Ale owe prośby wcale nie zostały wysłuchane. Bo Devon patrzył, patrzył i patrzył. Zawsze patrzył. A gdy próbował pomóc matce, zostawał zamykany na dwie doby w piwnicy. Jego piekło trwało, dopóki nie skończył szesnastu lat. Wtedy nie umiał nad sobą zapanować. Po prostu wbił ojcu nóż w plecy, podczas gdy ten niemalże skatował matkę.

Devon miał wiele blizn. Nikt do tej pory nie przepracował z nim traum, które tkwiły w nim, zakorzenione naprawdę głęboko. Pod maską przebojowego, może nawet odrobinę gruboskórnego chłopaka, skrywało się zranione wnętrze i nie miałem co do tego żadnych wątpliwości. Ludzie z reguły woleli zakładać maski i udawać twardych, by nie wzbudzać podejrzeń. Odgrywali role, a wszystko po to, by nikt nie ujrzał tego, jak bardzo są złamani i jak bardzo potrzebują, by ktoś wyciągnął w ich stronę pomocną dłoń.

Przesuwam kciukiem wzdłuż linii szczęki w mimowolnym zamyśleniu i odkładam dokumenty na biurko. W myślach ustalam przebieg jutrzejszego spotkania z Devonem. Muszę działać powoli, by utrzymać jego zaufanie. Badać grunt ostrożnie, bo lawina pytań mogłaby go spłoszyć. Zapisuję kilka uwag na kartce, a potem zerkam na zegar. Orientując się, że od czasu, gdy zostawiłem w kuchni Chloe i Porter minęło już pięćdziesiąt dobrych minut, podnoszę się do pionu, uprzednio gasząc lampę na biurku.

Ściągam brwi, gdy w tym całym bałaganie dostrzegam tylko swoją sąsiadkę. Stoi odwrócona do mnie tyłem, mieszając coś energicznie w misce i kręcąc biodrami w rytm kultowego Last Christmas. Obserwuję ją z politowaniem i dziwnym podekscytowaniem, bo ten widok… szlag. Jest jednocześnie niewiarygodnie komiczny, ale również okropnie seksowny.

Love Porter wywijająca w różowym fartuchu w mojej kuchni wygląda jak seksbomba.

Opieram się ramieniem o framugę drzwi i na chwilę odrywam wzrok od tej wariatki, starając się odnaleźć nim Chlo. Dostrzegam ją na tarasie, gdy przymocowuje z drabiny świąteczne lampki do krawędzi dachu. Wzdycham bezdźwięcznie, bo nienawidzę tych pstrokatych ozdób, ale z jakiegoś powodu mam słabość do młodszej siostry.

– I keep my distance, but you still catch my eye… – Dźwięczny głos rozbrzmiewa po kuchni w akompaniamencie muzyki, a ja od razu uciekam spojrzeniem do brunetki.

Naprawdę staram się nie prychnąć. Jedyne, na co sobie pozwalam, to zrobienie trzech kroków w stronę dziewczyny. Stojąc za jej plecami, dostrzegam w misce gotową masę na te przeklęte pierniki. Już mam zamiar się odezwać, ale ona w tej samej chwili unosi wzrok na czarne, lustrzane, marmurowe płytki, którymi wyłożona jest ściana naprzeciwko. Zanim zdążę zareagować, drewniana łyżka jest przy mojej twarzy, a resztki masy na koszuli.

Zwieszam delikatnie głowę i zerkam na poplamiony materiał.

– Odłóż broń – mruczę, wracając wzrokiem do oczu Porter.

Dziewczyna zaciska usta w wąską linię.

– Nie.

– Nie? – Unoszę brew.

– Zachodzisz mnie od tyłu. To wystarczający powód, bym tego nie robiła.

Prycham wymownie.

– Miałem pokojowe zamiary. Tym razem. – Unoszę ręce w obronnym geście.

– Nie wierzę ci. – Brązowooka przybliża łyżkę do mojego gardła. Na jej twarzy maluje się tylko podejrzliwość, która, cóż… Jest w pełni uzasadniona. – Jak dużo widziałeś?

Jej policzki oblewa szkarłat. Uśmiecham się półgębkiem, opuszczając ręce.

– Dużo – odpowiadam niekonkretnie. – Ale nie przejmuj się, Porter. Uznałem to za miły widok.

Dziewczyna wywraca oczami. Opuszcza łyżkę i wraca do mieszania masy. A przynajmniej tak myślę, bo na moment tracę czujność i nie wiem, w którym momencie ten diabeł sięga po garść mąki i rzuca nią w moją stronę. Przecieram leniwym ruchem ręki twarz, pozbywając z niej białego proszku. Nie wierzę, że to, do cholery, zrobiła.

– Ty nie jesteś normalna – cedzę.

Odpowiada mi słodkim uśmiechem.

– To też jest miły widok, wiesz? – parska uroczo.

Nie myślę za dużo. Staję za nią i przyciskam ją ciężarem ciała do blatu, by odciąć jej drogę ucieczki. Słyszę, jak wciąga nerwowo powietrze do płuc, zapewne doskonale czując moje ciało na sobie. W pierwszej chwili próbuje walczyć, ale w odpowiedzi jedynie mocniej do niej przywieram. Ładny tyłek Love Porter ociera się o mnie mocno, ale naprawdę staram się o tym nie myśleć. Po prostu sięgam dłonią po jajko i rozbijam je na włosach tej jędzy.

Nie odsuwam się jednak. Zamiast tego nachylam się nad jej uchem. Powolnym ruchem ręki zaczesuję za nie jej posklejane pasma, szepcząc gardłowo:

– Dlaczego tak stoisz, Love? Czyżbyś się poddała?

Jak na zawołanie, brunetka zaczyna się pode mną wiercić. Ale nie jest w stanie nic wskórać, kiedy opieram wyprostowane ręce po obu jej stronach na krawędziach kuchennego blatu. Przez moje żyły przepływa czysta adrenalina podszyta satysfakcją.

Porter oddycha ciężko. W odbiciu płytek widzę, że sznuruje usta. Jest bliska zdzielenia mnie po twarzy. Szkoda tylko, że nie ma absolutnie żadnego pola manewru. Unosi wzrok na ścianę i krzyżuje go z moim. Gniew w jej oczach wysyła po moim ciele falę pobudzenia.

– Tylko się odsuń, a wydłubię ci oczy – grozi.

– To nie brzmi jak prośba.

Dziewczyna kręci głową w geście protestu.

– Nie będę się przed tobą płaszczyć, kretynie.

– Twój wybór, Porter. – Wzruszam krótko ramionami, a potem sięgam po kolejne jajko. Słyszę, jak Love bierze płytki wdech. – Jesteś pewna, że nie wolisz poprosić?

– Obawiam się, że „proszę” skierowane w twoją stronę nie przejdzie mi przez gardło.

– Auć. – Udaję urażonego i rozbijam kolejne jajko w czarnych włosach.

Dziewczyna przymyka powieki, bo żółtko spływa jej po policzku.

– Dobrze się bawisz? – pyta znużona.

– Dopiero się rozkręcam – odpowiadam zgodnie z prawdą i chwytam opakowanie mąki. Posypuję nią czarne pukle, czując nieodparte zadowolenie. Kto by pomyślał, że znęcanie się nad sąsiadką będzie dla mnie tak satysfakcjonujące?

Słysząc skrzypiący dźwięk wydawany przez drzwi tarasowe, odruchowo zerkam w tamtym kierunku. Tak szybko, jak dostrzegam wchodzącą do domu Chlo, odsuwam się od Porter i przeklinam w duchu wyczucie czasu własnej siostry.

Ta wchodząc do kuchni, przystaje w miejscu i mierzy nas zdziwionym spojrzeniem.

– Serio? – pyta z udręką. – Ile wy macie lat, co?

– Ja się tylko broniłem – zaznaczam i zerkam na swoją ofiarę, której wzrok, gdyby mógł zabijać, już dawno wpędziłby mnie do grobu.

– Nieważne. Idźcie się ogarnąć czy coś. Ja to posprzątam. – Chlo macha ręką w powietrzu, od razu zgarniając z blatu otwarte składniki.

Porter natomiast rusza na poszukiwania łazienki, nawet na mnie nie patrząc. Podążam za nią aż do właściwego pomieszczenia, w którym dziewczyna staje naprzeciwko lustra i spogląda z grymasem na swoje odbicie. Próbuje wyczesać z włosów skorupki jajek palcami, ale bezskutecznie. Ma naprawdę długie kudły.

– Będziesz tutaj tak stał? – mruczy cierpko.

Podchodzę do niej powoli i wzdycham.

– Zostaw to. Tylko pogarszasz sprawę.

Porter parska wymownym śmiechem.

– No, popatrz. Ktoś sprawił, że już jest zła.

– Zasłużyłaś na to, Love. – Odnajduję grzebień Chlo leżący na szafce. Najwyżej urwie mi jaja, jeśli będzie w opłakanym stanie.

Brunetka spina się nieznacznie, gdy tylko wypowiadam tych kilka słów. Mrużę podejrzliwie oczy, bo jest coś dziwnego w jej reakcji, coś, co nie pozwala mi myśleć, że to tylko przypadek. Zupełnie tak, jakby „zasłużyłaś na to” wywarło na nią pewien wpływ.

– Chodź tutaj – rzucam cicho, chwytając delikatnie jedną warstwę włosów i zaczynając je rozczesywać. Są długie, miękkie i gęste, ale cholernie posklejane.

Porter przymyka powieki.

– Mów, jeśli ciągnę za mocno. Nie chcę ci zrobić krzywdy – zaznaczam.

– Jest… w porządku.

Kiwam głową i spoglądam w lustro. W jego odbiciu widzę siebie, leniwym ruchem ręki rozczesującego pasma, i dziewczynę, dziwnie zamyśloną. Korci mnie, by zapytać, co się stało, ale wiem, że nie dość, że by mi o tym nie powiedziała, to jeszcze opieprzyłaby mnie za moje wścibstwo. Zresztą… umówmy się. Nie jesteśmy dla siebie nikim innym jak wrogami.

A wrogowie nie pytają się wzajemnie o to, co ich zasmuciło.

– Na pewno? – Nie mam pojęcia, czy Love wychwytuje w tym drugie dno.

Otwiera oczy. Odwracam więc automatycznie wzrok i skupiam się na ciemnych włosach przelatujących mi przez palce.

– Na pewno, Ryder – odpowiada szeptem.

Słyszę, jak jej paznokcie stukają o krawędź umywalki w szybkim, nerwowym tempie. Czuję, jak jej mięśnie pozostają spięte, oddech urywany, a dolna warga drżąca. Nie trwa to jednak długo. Love szybko się reflektuje. Znowu zakłada maskę. Znowu gra zimną sukę.

Ale nie odzywa się. I ja też tego nie robię, gdy po prostu w milczeniu rozczesuję jej włosy. Nie robię tego nawet wtedy, gdy Love Porter wychodzi z łazienki bez słowa, a potem trzaska drzwiami mojego domu, zostawiając mnie samego z całym szeregiem niewypowiedzianych na głos pytań.

ROZDZIAŁ TRZECI

RYDER

Rano jak zawsze bez pośpiechu dopijam czarną kawę i żegnam się z Klakierem. W drodze do drzwi poprawiam mankiety koszuli, narzucam na ramiona czarny płaszcz i sięgam po leżącą na komodzie w korytarzu teczkę z potrzebnymi dokumentami.

Śnieg prószy z nieba, gdy przemierzam podjazd i wsiadam do range rovera, w którym oponę zdążyłem zmienić już wczoraj. Siedząc na miejscu kierowcy, wyciągam z kieszeni telefon i wystukuję krótką wiadomość do Devona z pytaniem, czy pamięta o dzisiejszej wizycie. Wysyłam ją i opieram tył głowy o zagłówek fotela, czekając na odpowiedź.

Stukam palcami o kierownicę i odruchowo zerkam na sąsiednie podwórko. Love Porter. Chcąc nie chcąc, myślałem o niej więcej, niż chciałem i powinienem. Nie mogłem jednak nic zrobić z faktem, że wciąż zastanawiała mnie jej wczorajsza reakcja. Może to zboczenie zawodowe, może czysta ciekawość – naprawdę nie wiem, jaki jest powód mojego zainteresowania tym, co siedzi w głowie mojej świrniętej sąsiadce.

Na jej widok, pospiesznie zamykającej drzwi, a potem zbiegającej szybko ze schodów, mimowolnie ściągam brwi. Ta dziewczyna jest roztrzepana i porządnie szurnięta.

– Zabolało – bąkam pod nosem, gdy brunetka traci równowagę i upada na ziemię w tych swoich ultrawysokich butach.

Szybko jednak podnosi się do pionu i otrzepuje ubranie z zalegającego na nim śniegu. Rozgląda się uważnie wokoło, zapewne po to, by skontrolować, czy ktoś był świadkiem jej gleby stulecia. Gdy tylko nasze spojrzenia się krzyżują, jej usta wykrzywiają się w nic innego jak w nieme i wymowne: „ja pierdolę”.

– A ty na co się gapisz?! – woła z daleka, a ja uchylam szybę i wzdycham ociężale.

Stara wersja Love wróciła, proszę państwa.

– To karma, Porter! – odkrzykuję.

Łamaga. Świrnięta łamaga.

– Pilnuj swoich opon! – kontruje.

– Odpieprz się od moich opon!

Mimo odległości, która nas dzieli, widzę, jak jej kącik ust szybuje nieco ku górze. Patrzę na to, jak Porter przewraca oczami, macha mi na pożegnanie, a potem maszeruje szybkim krokiem w tylko sobie znanym kierunku. Ja natomiast karcę się w myślach, bo to, co wyprawiam, można by zaliczyć do najbardziej głupich pomysłów, na jakie mógłbym wpaść.